Stać nas… albo leżymy

Stać nas… albo leżymy

„Na głośne ostatnio w publicystyce politycznej pytanie, czy Polskę stać na państwo opiekuńcze, odpowiadam – Polski nie stać na rezygnację z państwa opiekuńczego” – takie słowa wypowiedział zmarły przed rokiem prof. Tadeusz Kowalik. Słowa te stały się mottem dla cyklu spotkań wokół książki „Socjaldemokratyczna Polityka Społeczna”, którą zadedykowano Profesorowi, będącemu inspiracją dla wielu dzisiejszych zwolenników budowania systemu dobrobytu przy znaczącym udziale państwa opiekuńczego.

Wspomniana publikacja za punkt wyjścia bierze wartości i cele, ale nie sposób pominąć – zwłaszcza w nieprzychylnym medialnym otoczeniu – ekonomicznego uzasadnienia dla wysiłków na rzecz rozwijania nad Wisłą państwa socjalnego, a zwłaszcza jego najbardziej dojrzałego, socjaldemokratycznego wariantu.

Państwo socjalne bywa wciąż rozpatrywane, nie tylko przez jego organicznych przeciwników, jako odziedziczony po minionym systemie balast, na który nie możemy sobie pozwolić. Szczególnie w czasie kryzysu. Czy nie czas zmienić to myślenie? Być może jest właśnie odwrotnie – nie tylko możemy i powinniśmy rozwijać politykę społeczną, także w dobie recesji, ale niewykluczone, że stanowi ona jeden z motorów przezwyciężenia kryzysu i wejścia na drogę rozwoju.

Nie jest przypadkiem, że w Europie z kryzysem radzą sobie względnie dobrze kraje skandynawskie, gdzie poziom opiekuńczości jest wysoki, a nie państwa śródziemnomorskie, w których poziom dobrobytu określa się jako jedynie elementarny (rudimentary welfare state). Casus nordycki jest wartym przemyślenia tropem, za którym podążanie rekomendował Polsce niedawno noblista Joseph Stiglitz. Jednak powołanie się na ów przykład może być o tyle nieprzekonujące, że tamtejsze instytucje dobrobytu były od lat tworzone na nieco innym fundamencie kulturowym i politycznym, a obecnie funkcjonują w kraju o innym poziomie rozwoju i ramach makroekonomicznych niż nasze. Dlatego warto pamiętać o skandynawskiej inspiracji, ale przywoływać ją w szerszym kontekście, ze wskazaniem na bardziej uniwersalne racje przemawiające za podążaniem nordyckim szlakiem rozwoju.

Otóż w najbardziej bezpośrednim wymiarze państwo interweniujące w stosunki gospodarczo-społeczne może przyczyniać się do wzrostu popytu (lub zahamowania jego spadku), a ten będzie nakręcać gospodarkę. Owo wzmacnianie popytu może się odbywać poprzez tworzenie miejsc pracy lub publiczne stymulowanie ich powstawania poza sektorem publicznym, ale także bezpośrednio przez transfery socjalne, które sprawią, że osoby znajdujące się tymczasowo poza rynkiem pracy nie znajdą się także poza rynkiem konsumpcji podstawowych dóbr i usług. Nie przypadkiem Brazylia weszła w fazę długotrwałego rozwoju właśnie dzięki wydobyciu z nędzy 20 milionów ludzi za pomocą państwowych świadczeń różnego rodzaju. Przykład Brazylii, która co prawda przeżywa tymczasowe trudności, ale – patrząc w długim horyzoncie czasowym – wykazuje tendencje rozwojowe, dowodzi, że nie tylko w wysoko rozwiniętej Skandynawii, ale także w krajach uboższych możliwy jest rozwój polityki społecznej, a nie jej zwijanie.

W Polsce głównym hamulcem wychodzenia z recesji – co przyznaje także Narodowy Bank Polski – jest właśnie bariera popytowa. Za nią stoją ubóstwo i bezrobocie, jak również niskie zarobki i niepewność ich utrzymania na coraz bardziej niestabilnym rynku pracy. Wysiłki państwa powinny zmierzać w kierunku przełamania owej bariery, a środkiem ku temu jest właśnie polityka społeczna.

Jeśli nawet przyjmiemy tezę, że od pewnego pułapu podnoszenie świadczeń może ograniczyć motywację do pracy, w Polsce jesteśmy dalecy od tego typu sytuacji. Mamy wciąż bardzo niskie i selektywne świadczenia z tytułu wystąpienia poszczególnych ryzyk socjalnych. Co więcej, ubóstwo jest także powszechne wśród osób pracujących, wobec czego świadczenia pieniężne, czy to rodzinne, czy z pomocy społecznej, są często niezbędne, aby podreperować budżety gospodarstw osób pracujących. W wielu przypadkach mogą stanowić niezbędne uzupełnienie dochodu z pracy, a nie jego „demotywującą” alternatywę.

Bardzo trudno jednak podnosić świadczenia czy płace w atmosferze „cięciobsesji”, by nawiązać do określenia, którym posługiwał się wspomniany Tadeusz Kowalik. Ten syndrom widoczny jest w myśleniu władzy w Polsce, ale także w innych krajach Europy. Bez zmiany paradygmatu w kierunku inwestycji publicznych i odejścia od fetyszyzowania takich pojęć jak dług i deficyt nie sposób rozwijać politykę społeczną, a tym samym mierzyć się z kryzysem. Można więc powiedzieć, że polityka społeczna sama warunkuje stosunki gospodarcze, z drugiej zaś strony jest zależna od polityki ekonomicznej.

Polityka społeczna widziana jako narzędzie walki z kryzysem to najbardziej bezpośredni, ale nie jedyny argument, jaki może stać za jej rozwojem. Prowzrostowy, a nawet prorozwojowy potencjał państwa dobrobytu to coś więcej niż doraźne wzmacnianie popytu. Przypomnijmy, że państwa dobrobytu to nie tylko transfery socjalne, ale także usługi publiczne – od edukacji, przez służbę zdrowia, po opiekę. Ów system instytucji widziany w całości i wewnętrznej złożoności dopiero pozwala dostrzec głębsze i długofalowe korzyści ekonomiczne płynące z rozbudowy sfery publicznego dobrobytu. Przystępnie i ze swadą na konkretnych przykładach ilustruje to w jednym z niedawnych artykułów Rafał Woś. Pokażmy pokrótce cztery zasadnicze grupy argumentów.

Po pierwsze – państwo dobrobytu umożliwia bardziej racjonalny rozkład środków w cyklu życia jednostki, pomiędzy różnymi jego fazami. Dzięki szczelnemu powszechnemu zabezpieczeniu społecznemu gromadzone są publicznie środki, tak by osoby, które dotknie jakieś z socjalnych ryzyk – np. starość, choroba czy niepełnosprawność – nadal mogły partycypować w rynku dóbr i usług i zaspokajać swoje potrzeby bytowe, co nota bene powinno być jednym z celów nadrzędnych ekonomii politycznej. Zrozumienie dla tych zasad sięga już drugiej połowy XIX wieku, natomiast dopiero wraz z rozwojem państwa opiekuńczego w okresie powojennym coraz silniej w systemach zabezpieczenia (w tym w największym jego segmencie – emerytalnym) wyraźne były wymiary solidarnościowy i redystrybucyjny. Chodzi więc nie tylko o rozkład środków między różnymi fazami życia jednostki, ale o przepływ między różnymi grupami ludzi: od tych, którzy nie doświadczają danego ryzyka, ku tym, którym się ono w danym czasie przytrafia, jak również od zamożniejszych do uboższych. Niestety w ostatnim czasie w Polsce system emerytalny coraz bardziej traci swoje solidarystyczne oblicze, a część osób wypada poza rynek usług i dóbr potrzebnych do godnego życia.

Po drugie – zabezpieczenie przed biedą, wykluczeniem czy brakiem możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb to nie tylko podtrzymanie rynku, ale także ograniczenie kosztów, które koniec końców i tak publicznie trzeba będzie ponieść. Wykluczenie społeczne ogranicza potencjał konsumencki, ale także możliwości jednostki w zakresie wytwarzania dóbr materialnych i kulturalnych oraz pełnienia ról społecznych. W dłuższej perspektywie osoby głęboko i długotrwale wykluczone stają się coraz mniej zdolne do wykonywania różnych czynności społecznie użytecznych i ekonomicznie produktywnych. A często wręcz wymagają dodatkowych nakładów zdrowotnych i socjalnych z uwagi na skutki swego wykluczenia. Państwo opiekuńcze chroniąc przed wykluczeniem, chroni się przed kosztami, jakie musiałoby z czasem ponieść.

Należy jednak zachować ostrożność w posługiwaniu się argumentem ekonomicznym w uzasadnianiu wsparcia dla osób wykluczonych. Nie zawsze możemy znaleźć dla niego proste ekonomiczne wytłumaczenie, natomiast i bez niego publiczna pomoc osobom w trudnej sytuacji życiowej jest wskazana.

Po trzecie – obok działań o charakterze bytowym, ważnym filarem państwa opiekuńczego (zwłaszcza socjaldemokratycznego) są rozmaite usługi opiekuńcze, socjalne i edukacyjne. Ich znaczenie, choć często ekonomicznie niedoszacowane, wydaje się najbardziej istotne z ekonomicznego punktu widzenia. Na przykład w przypadku ludzi opiekujących się osobami niesamodzielnymi możemy dzięki pomocy instytucjonalnej odblokować ich potencjał zawodowy i społeczny, którego bez tego zewnętrznego wsparcia nie mogą wykorzystać. Jeśli chcemy ich aktywizować zawodowo, musimy rozbudować żłobki i przedszkola, instytucje opieki długoterminowej (w tym także dziennej) oraz usługi środowiskowe. Wówczas praca przynajmniej w niepełnym wymiarze może stać się dla nich możliwa (choć nie w każdym przypadku), a to pozwala uniknąć całkowitego, długotrwałego wypadnięcia poza rynek pracy, na który później trudno wrócić. Poza tym uwspólnotowienie powinności opiekuńczych to również sposób na odciążenie opiekunów domowych, którzy dzięki temu będą mogli świadczyć wsparcie dłużej, a także mniejszym kosztem zdrowotnym i psychicznym.

Po czwarte – wspomniane usługi, a jeszcze bardziej te związane z edukacją, zdrowiem i podnoszeniem kwalifikacji zawodowych, to sposób na podniesienie i podtrzymywanie potencjału ludzkiego, co stanowi cenny zasób w społeczeństwie kognitywnym, wymagającym elastyczności i innowacyjności. Sam poziom bezpieczeństwa socjalnego zresztą też temu służy. Innowacje wiążą się z ludzką kreatywnością, gotowością do zachowań niestandardowych i próbowania rzeczy nowych, a do tego przydatne jest zabezpieczenie na wypadek, gdyby podczas eksperymentowania noga się powinęła. Rzecz w tym, że gdy ludziom nie zapewni się siatki bezpieczeństwa, niekoniecznie będą skłonni ryzykować, w obawie przed upadkiem. A nawet jeśli spróbują, a się nie powiedzie, mogą kolejnej szansy nie mieć, gdy siatka bezpieczeństwa jest słaba lub dziurawa. W tym sensie bezpieczeństwo sprzyja innowacyjności i kreatywności, a nie ją hamuje. E. Byrd w swych publikacjach o charakterze porównawczym znajduje dla owych zależności także empiryczne potwierdzenie.

Ponadto współczesna innowacyjność – mimo indywidualizacji życia społecznego – wymaga jednak współpracy, zaufania i miękkich kompetencji. Instytucje publiczne integrujące ludzi o różnych cechach społecznych wykształcają już na etapie przedszkolnym te umiejętności, walnie przyczyniając się do budowania społeczeństwa wiedzy. Nie przypadkiem to właśnie skandynawskie państwa dobrobytu wiodą prym w rankingach innowacyjności gospodarczej.

Powyższy zbiór argumentów ukazuje, jak wiele czynników rozwoju może zostać zaprzepaszczonych, jeśli sfera usług publicznych i świadczeń socjalnych będzie podlegała nieubłaganej logice cięć i oszczędności. Państwo opiekuńcze zdaje się bronić ekonomicznie nie tylko z punktu widzenia pobudzania wzrostu, ale także dostarcza czynników rozwoju społeczno-gospodarczego. Obranie jednak ścieżki ku budowie państwa opiekuńczego/socjalnego/dobrobytu nie usuwa dylematów względem tego, który z jego wariantów byłby najkorzystniejszy i który ma największe szanse zostać zrealizowanym w istniejących warunkach. Nie zwalnia też z ciągłego wysiłku krytycznego i przyglądania się powołanym instytucjom oraz – w razie konieczności – modyfikowania ich.

Dobrze byłoby, gdybyśmy nie musieli już dyskutować, czy w ogóle potrzebne jest nam państwo opiekuńcze, którego racje bytu wydają się bezsprzeczne, ale o tym, jak uczynić je najsprawniejszym i najbardziej wydolnym w realizacji przypisanych mu celów.

Elegia na śmierć prekariusza

Elegia na śmierć prekariusza

Na początek dłuższy cytat z „Gazety Wyborczej” (17.06.2013 r.). Tak pisze były kurator Szczecińskiego Okręgu Szkolnego, dr inż. Zbigniew Szyroki, w liście „Jak odwrócić załamanie demograficzne w Polsce”: „W 2012 r. mamy 750 tys. 900 zarabiających netto powyżej 5 tys. zł i 10 mln ludzi biednych i niepotrzebnych; niewidocznych – jakby ich nie było. A brak pracy to nie tylko bieda i wykluczenie społeczne, ale i zanik poczucia wartości, kreatywności, zdolności do konkurencji. I to na ogół jest dziedziczne. Zgodnie z przysłowiem »jabłko pada niedaleko od jabłoni«.

Ta cieniutka warstewka »pięciotysięczników« zapewni swoim dzieciom wszystko – dobre mieszkania, jedzenie, lekarza, dentystę, wczasy, basen, kort, naukę języków obcych, korepetycje, dodatkowe zajęcia pozalekcyjne – wszystko, czego dusza zapragnie, w tym firmowe ciuchy. Stać ich też na szkoły prywatne, gdzie będą wyrastać wśród swoich.

A co mogą bezrobotni, biedni, wykluczeni? Nic! Ich dzieci chodzą głodne do szkoły. A jak wynika z badań – głód powoduje nawet powolniejszy rozwój mózgu. Nieraz nawet nie są w stanie zrozumieć, czego nauczyciel od nich chce. A jest ich milion, a może i więcej.

Problem bezrobocia, biedy, w konsekwencji wykluczenia znikł z dyskusji publicznej. Nie ma go w prasie i w telewizji. Głównie w telewizji – gdzie mamy na okrągło celebrytów i tych, którzy uważają się za polityków. /…/ Jak padły PGR-y /…/ i setki tysięcy ludzi prawie z dnia na dzień znalazło się w »czarnej dziurze« biedy i bezsensu życia, to w telewizji problem sprowadzano do »wina marki wino« i pijaństwa”.

Nie są to przecież kwestie nowe, ale podane lapidarnie dają wgląd w ściśle ze sobą związane problemy III Rzeczpospolitej. Nie ma złudzeń: jest gorzka prawda o państwie stworzonym dla bogatych i wpływowych, kosztem mas. To państwo nie ma już żadnego etosu, żadnej miary dobra poza pragmatyczną władzą pieniądza. Udało się nam bardzo szybko w nadwiślańskim mikroklimacie wyhodować ten byt, znalazł bardzo podatną glebę i gorliwych ogrodników, a wzrost stymulowała ideologia traktująca wartość rynkową jednostki i społeczeństw jako nadrzędną, jako usprawiedliwienie każdego grupowego i pojedynczego łajdactwa, jako apologię wyzysku. I jeśli pójdzie tak dalej, doczekamy społeczeństwa kastowego o bardzo skrupulatnie zablokowanych ścieżkach awansu, z instytucjami wszelkiej możliwej proweniencji podporządkowanymi interesom właścicieli III RP i z prawem o charakterze stricte klasowym w kwestiach newralgicznych dla systemu.

To już się dzieje, przyspiesza drezyna historii (na lokomotywę nas nie stać), napędzana siłą woli politycznej zdeterminowanej władzy. Ustawy antypracownicze, ustawy antyzwiązkowe, niemal każdy protest obywatelski traktowany jako przejaw buntu, medialna kasta na straży wyobrażeń społecznych. Wszystko robione oczywiście tak, by oczy młodych, wykształconych prekariuszy wywodzących się z mniejszych i większych miast i z polskiej wsi kierowały się wciąż na kibolskie bazgroły na murach. Trzeba rzecz widzieć we właściwym świetle: możesz być dobrym obywatelem liberalnej demokracji w wersji dla Polaków, w końcu ci się uda, bo przecież myjesz zęby, masz aspiracje, dyplom, odpowiednie nastawienie do świata i wynajmujesz pokój ze stałym dostępem do Internetu. Walcz o nowy wspaniały świat, jeśli tak lubisz, przyklaśniemy też twojej walce z faszyzmem – bylebyś nie walczył z nami i z realnym liberalizmem. Bo chyba nie chcesz być jak tamci, schowani w cieniu, więc nie do końca zdefiniowani, ale z pewnością nieprzystosowani i aspołeczni.

Poza tym łatwiej policzyć rzucających się w oczy, wygolonych na łyso facetów, szukających dla siebie ścieżek awansu choćby w ramach kibicowskich subkultur, niż zdiagnozować koszty społeczne strukturalnego bezrobocia. Strach przed młodym mężczyzną, który może dać w mordę, jest bardziej namacalny i łatwiej go pokazać w telewizji niż lęki kobiety, która nie ma z czego ugotować obiadu dla dzieci i wie, że za progiem dorosłości nie czeka ich żadna obiecująca przyszłość, że ich świat będzie taki, jaki jej. Osiłek wykrzykujący swoją niechęć i pogardę w sali pełnej ludzi, których uważa za reprezentantów „antypolskiego establishmentu”, da się ująć w efektowny kadr i mocny, publicystyczny komentarz. Ale pobladły na twarzy mężczyzna w średnim wieku, wpatrzony w ścianę i niezapłacone rachunki – to żaden temat. To jeszcze jeden nieudacznik w rejestrze niewykorzystanych zasobów ludzkich, mniej ciekawy od skinów, nieżyjącej Madzi, uboju rytualnego, niemieckiej polityki historycznej. Co prawda tych nieudaczników trochę by się zebrało, ale w „normalnej gospodarce” – powiedzą światli ekonomiści i tłumek pożytecznych idiotów – tak to już jest z nieudacznikami, zatem pracuj i módl się, albo pracuj, zadłużaj się i konsumuj, albo wynoś się ludziom sprzed oczu.

III RP: kraj, którym rządzi Platforma Oligarchii. W sytuacji zagrożenia kryzysem władza niedwuznacznie już pokazuje, że działa na korzyść wąskiej elity finansowej i grubych ryb transformacji. Pewnie po części działa też ze strachu przed analitykami transnarodowych instytucji finansowych, którzy pilnie śledzą bilans zysków i strat, jakie przynosi im ojczyzna „Solidarności” i taniej siły roboczej. Z werbalnego czy faktycznego szacunku dla robotniczego zrywu niewiele już zostało. Za to stary zwyczaj korzystania ze wschodnich Europejczyków jako parobków ma się niezgorzej. III RP: kraj zastraszanych i ośmieszanych związkowców i central związkowych, przez lata zbyt dobrze żyjących z ustanowionego przy okazji transformacji status quo. Dziś, siłą rzeczy, musimy bronić związków zawodowych, z nieśmiałą nadzieją, że pójdą wreszcie po rozum do głowy i bez względu na wszystko będą wreszcie strzec dobra pracowników. Kwestia związków zawodowych być może stanie się symbolem społecznego przebudzenia polskiej lewicy i wszystkich antyneoliberalnych sił w Polsce. A być może pokaże młodym, wykształconym prekariuszom drogę do odkrycia swojej, niezbyt skłaniającej do optymizmu, tożsamości.

To zresztą rzecz interesująca: pamiętacie medialne obrazy singla z lat 90.? To był jeszcze nie leming, a japiszon – self-made man, ambitny, przebojowy, dlatego samotny. Przynajmniej tak to wyglądało w mediach. A dziś? Single, wiecznie niepewni swojej pracy i zarobków, w dodatku przytłoczeni propagandą hiperkonsumpcji, nawykli do tego, że w przestrzeni publicznej wartość osoby określa się wedle mieć, a nie być. Niezwiązani z nikim na stałe nie dlatego, że robią błyskotliwą karierę w korporacjach, ale ponieważ brak im stałości, jaką daje tych kilka swoich mebli, zakotwiczonych na własnej podłodze. Wiecznie na walizkach na przykład dlatego, że zachowali na tyle smutnej przytomności umysłu i poczucia niezależności, że nie chcą wziąć kredytu na mieszkanie. Albo dlatego, że nie mogą otrzymać tego kredytu, bo przecież elastyczne formy zatrudnienia są tak wspaniale wolnościowe, tak sympatycznie antysocjalistyczne i niechybnie stymulują gospodarkę. Co prawda liberalni konserwatyści prawią prekariuszom o wartościach i wspaniałości rodziny, ale biedni trzydziestoletni wciąż są na brzegu stabilnego życia, bo ci sami liberalni konserwatyści głoszą apoteozę rynku, który zawsze ma rację.

Prekariusze miast, miasteczek i wsi żyją zatem od jednej umowy cywilnoprawnej do drugiej w wynajętych pokojach i mieszkaniach albo wciąż siedzą kątem u rodziców, zdani na ich łaskę i niełaskę, ich kaprysy, rozczarowania i wypominania. A czasem pakują walizki i wyjeżdżają za chlebem. Mają dość praktycznych skutków płynnej ponowoczesności, którą tak zachwycają się w teorii, bo chcieliby choć trochę stać się konserwatystami: nawet w wolnym związku, nawet ze świeckim ślubem, ale wreszcie na dobre pod wspólnym dachem, z dzieckiem czy dwojgiem dzieci, z najmniejszym nawet oknem z widokiem na przyszłość i z przedszkolem na następnej ulicy.

Ale w kraju dla bogatych płynna nowoczesność podchodzi prekariuszom aż pod gardło, aż po oczy, czasem ich zalewa. Do tego w miarę postępów realnego liberalizmu zaostrza się walka klas: przybywa paszkwili na socjalizm, socjal, rozdawnictwo, związki zawodowe i złe państwo. Pisane są one tym pewniejszą ręką, że z coraz większym poczuciem bezkarności, cynizmem bądź głupotą oligarchia, jej najemnicy i mentalni zakładnicy mogą na naszych oczach uprawiać realny liberalizm. I tym bardziej przybywa płynnej nowoczesności, im goręcej lewica oddaje się zwalczaniu skutków, nie przyczyn zjawisk zachodzących w kraju. A biedny, starzejący się powoli prekariusz? Cóż, długo jeszcze będzie na to wszystko patrzył zza cudzego okna, a gdy już na śmierć przestraszy się faszyzmu, żadna karetka nie podjedzie, by go ratować – cięcia budżetowe wymagają ofiar, śmierć frajerom. I zostanie sam, umierając na zawał, a gdy go znajdą, skwitują jego truchło jak życie pegeerowców w latach 90.: nieudacznik, pewnie pijak i cholerny roszczeniowiec. A nad grobem zachlupią mu żałobnie fale płynnej nowoczesności… Taka to elegia na śmierć prekariusza.

Pani Ewa

Pani Ewa

Ulubioną rozrywką rosyjskich czynowników jest rechotanie z ludzi daremnie poszukujących szczątków swoich bliskich, wrzuconych gdzieś do bezimiennego dołu. Jeszcze lepszy ubaw zapewniają uroczystości nad grobem, w którym leży jakieś inne ciało. Na cmentarzu w Zakopanem w grobie Witkacego miała być pochowana młoda dziewczyna. Można popłakać się ze śmiechu.

W odzwyczajaniu nas od szacunku dla zmarłych rosyjskie i polskie władze, działając ramię w ramię (to ulubiona fraza pani Kopacz), ostro nas przećwiczyły. Jeśli Janusz i Piotr Walentynowicze nie mieli halucynacji, to w powtórnym pochówku w Gdańsku znowu złożono do grobu niewłaściwą osobę.

Te i inne wybitne osiągnięcia polskiej prokuratury i polskiej medycyny sądowej są pretekstem do politycznych ataków na PiS. Miejmy nadzieję, że już niedługo mainstreamowe media spłyną do ścieku i będzie można spokojnie zastanowić się, co robić.

Pytanie, gdzie znikło ciało Ani Walentynowicz, może zdenerwować Rosję i zachodnich sojuszników, którym Polacy ciągle destabilizują sytuację mimo potulnego rządu. A poza tym – co za różnica, gdzie zwłoki leżą? Postępowi ludzie dawno już porzucili katolickie gusła, zabobony i emocje związane z ciałem człowieka. O wystawie eksponatów wykonanych z ludzkich zwłok kulturalne osoby mówią: kontrowersyjna.

Ale tym razem chcę napisać o pani Ewie Walentynowicz z domu Andryka, która też zmagała się z problemem ukrytych zwłok. Najpierw kilka słów o jej bracie, Władysławie Andryce, pseudonim „Burza”. Należał do AK i WiN. W 1947 r. został aresztowany i skazany na długi pobyt w więzieniu. Miał wtedy 19 lat. Po dwóch latach objęła go amnestia i poszedł do pracy. Został przodownikiem i w nagrodę otrzymał książeczkę oszczędnościową podpisaną przez Bieruta. Nagrodę przeznaczył na cele podziemnej organizacji Młode Pokolenie Walczy. Zadenuncjowany przez zdrajcę we własnych szeregach uciekł z Gdańska do Gorzowa Wielkopolskiego. Sądząc z aktu zgonu, zginął 16.08.1950 r. Bezpieka dopadła go w kinie Capitol. Podczas ucieczki zastrzelił go funkcjonariusz UB Jan Dłużyk przez drzwi ubikacji. Władysław został pochowanypod nazwiskiem Handryła, bez daty urodzenia, na cmentarzu, ale w nieustalonym miejscu.

Historia pani Ewy kojarzy mi się z Antygoną. Przez wiele lat celem jej życia było odnalezienie grobu brata, przywrócenie mu dobrego imienia i godny pogrzeb z honorami należnymi żołnierzowi. Pani Ewa nieustannie jeździła do Gorzowa. Odszukała grabarza, który przypomniał sobie, w którym miejscu w nocy w tamtym czasie kogoś zakopywano. Pani Ewa uzyskała zgodę prokuratora na ekshumację i opłaciła identyfikację. Podejrzenia się potwierdziły. Szczątki przywódcy organizacji Młode Pokolenie Walczy przyjechały do Gdańska i 28 czerwca 1996 roku odbył się niezwykły, wzruszający pogrzeb na cmentarzu w Oliwie. Były poczty sztandarowe organizacji kombatanckich, rodzina, przyjaciele, koledzy. Grała orkiestra wojskowa z Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Kompania Honorowa Wojsk Obrony Terytorialnej „Niebieskie Berety” pożegnała młodego żołnierza salwami. Andrzej Gwiazda sam niósł małą trumienkę, bardzo lekką, zawierającą trochę suchych kości.

Śledztwo, które pani Ewa zaczęła w PRL, od 1990 roku prowadziła już jawnie. Niestety nikt nie wierzył, że w III RP prawda i sprawiedliwość mogą zwyciężyć. Mąż pani Ewy był zdecydowanie przeciwny angażowaniu się w niebezpieczną i kosztowną walkę z bezpieką. Nawet szwagierka, Ania Walentynowicz, nie pokładała nadziei w skuteczność wysiłków pani Ewy. Szczerze mówiąc, też nie wierzyliśmy, ale staraliśmy się podtrzymywać ją na duchu i publikowaliśmy w „Poza Układem” informacje o sprawie.

A pani Ewa wytrwale szukała świadków, zdrajców, kolegów brata, eliminowała fałszywe tropy, ustalała okoliczności. Z zawodu maszynistka, prowadziła dochodzenie krok po kroku jak profesjonalny śledczy. Kiedy podejrzenia wokół Jana Dłużyka zaczęły się zagęszczać, prokurator nie mógł go przesłuchać, ponieważ okazało się, że starszy pan jest bardzo chorowity. Przypadek lub raczej palec boży sprawił, że w szpitalu na sąsiednim łóżku leżał prokurator. Dzielny pogromca bandytów opowiadał, że w pościgu w kinie Capitol wywichnął sobie palec i wystąpił o dodatek do emerytury za uszczerbek na zdrowiu. Jan Dłużyk stanął przed sądem i został skazany na 10 lat więzienia. Pewnie nie będzie siedział, ale wyrok skazujący jest w Ubekistanie i tak niebywałym sukcesem.

Pani Ewa doprowadziła jeszcze do unieważnienia wyroku skazującego Władysława z 1947 roku i przyczyniła się do tego, że prezydent Kaczyński w 2009 roku odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Bezpieka na wiele sposobów prześladowała i dręczyła rodzinę Władysława. Po wojnie była taka koncepcja, aby młodzi patrioci poszli do MO, gdzie, jak wydawało się, mogli skuteczniej chronić Polaków. Dla Kurasia, pseudonim „Ogień”, skończyło się to śmiercią, dla Adama, brata Władysława – więzieniem. Cytuję, co na podstawie relacji rodziny napisaliśmy w 1990 roku w kwietniowym numerze „Poza Układem”: „Już po zamordowaniu Władysława 23.10.1950 Adam Andryka został aresztowany i skazany na dwa lata więzienia za to, że nie doniósł na brata. W śledztwie Adam był bity przez naczelnika Wydziału Specjalnego Kalamona oraz jego zastępców Różańskiego, Krzempka i innych”. Wówczas opublikowaliśmy również kuriozalny akt oskarżenia, ale niekompletny. Dolna część kartki, gdzie były pieczątki i podpisy, została oddarta. Adam już nie żyje. Pani Ewa bardzo się ucieszyła, że Adama uważamy za bohatera, nie za kolaboranta.

Kiedy Władysław już nie żył, bezpieka sugerowała, że został aresztowany, a nawet że uciekł za granicę. Do makabrycznych żartów w stylu rosyjskim można zaliczyć prowokację wobec najmłodszego brata, Mieczysława. Cytuję relację rodziny: „Na obozie pracy SP (Służba Polsce) otrzymał paczkę z zagranicznymi specjałami i papierosami, rzekomo od brata Władysława, który uciekł za granicę. Mietek specjały zjadł, luksusowe papierosy wypalił, a do współpracy z obcym wywiadem nie przyznał się”. Hufiec zbiorowo potępił Mietka, wyrzucił z SP i zaczęły się kłopoty z pracą, ze szkołą. Mieczysław Andryka już też nie żyje.

Chcieliśmy, aby przynajmniej pani Ewa doczekała się publicznego uznania dla wyjątkowego i skutecznego zaangażowania w dochodzenie do prawdy i sprawiedliwości. Jednak pomysł, aby zgłosić panią Ewę do konkursu nagrody „Kustosz Pamięci Narodowej”, nie przyniósł rezultatów. Gdański Oddział IPN miał już swojego kandydata: fotografa Bogusława Nieznalskiego. Magda Czachor, pracownica IPN, opracowała i wysłała wniosek podpisany przez kilka osób. Niestety został on odrzucony. Wniosków obywatelskich IPN otrzymuje bardzo dużo, przeglądane są pobieżnie i nie mają większych szans w konkurencji z wnioskami zasłużonych instytucji lub dotyczącymi osób, których działalność jest powszechnie znana.

Nie krytykuję decyzji Kapituły tej nagrody. Rola każdej kapituły jest zawsze niewdzięczna, ponieważ porównanie niewymiernych osiągnięć i zasług jest trudne i zawsze budzi wątpliwości. Hasło „Precz z komuną”, albo nawet dłuższe „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, można napisać na płocie. Ale historia pani Ewy wymaga opisania w dłuższym tekście i poza wąskim kręgiem przyjaciół nie jest znana nawet w Gdańsku. Mieliśmy tylko małe, niszowe pismo „Poza Układem”.

Teraz z pozoru jest dużo lepiej. Są niezależne media, ale odnoszę wrażenie, że rosyjska kwalifikacja „wrag sowieckogo naroda” wciąż obowiązuje, chociaż w złagodzonej formie. Jakie szanse ma pani Ewa w porównaniu z „towarzyszką panienką”, czyli córką Jaruzelskiego? Rafał Ziemkiewicz przeprowadził z nią długi, wnikliwy, przyjacielski wywiad, opublikowany w niezależnym tygodniku „Do rzeczy” na pięciu stronach. Wypytywanie dzieci dyktatorów i zbrodniarzy o to, co sądzą o swoim ojcu, jest głęboko niemoralne. Córka nie może ojca wyprzeć się i go potępić, powiedzieć „to jest zbrodniarz, który ma krew na rękach”. Nie może też zbrodni pochwalić, aby się nie skompromitować. Opowiada więc jakieś banały, że tatuś był troskliwy i nie pił wódki. Publiczność kocha wzruszające obrazki z życia wyższych sfer.

Nawet na przesłuchaniu w komunistycznym śledztwie teoretycznie przysługiwało prawo odmowy odpowiedzi, jeśli pytanie dotyczyło bliskich. Każdy sędzia ma prawo wyłączyć się ze sprawy, każdy dziennikarz może uchylić się od zabierania głosu w sprawie lustracji, jeśli staje wobec konfliktu sumienia.

Dzielę włos na czworo, a powód wydaje się oczywisty. Była już cała seria filmów, wywiadów, powieści, które przedstawiały różnych agentów, zdrajców, katów w białych i czarnych rękawiczkach jako ofiary systemu, porządnych ludzi, dobrych patriotów, którzy trochę inaczej rozumieli swoje obowiązki wobec Ojczyzny niż żołnierze wyklęci, ale też mieli dylematy moralne. Teraz przyszedł czas na lansowanie drugiego pokolenia.

Filister, liberał i ociekająca spermą horda

Filister, liberał i ociekająca spermą horda

Kwestii skrajnej prawicy, nacjonalizmu, faszyzmu, nazizmu, kwestii wściekłych szowinistycznych łysoli nie da się w Polsce rozwiązać, bo ci skrajni prawicowcy, nacjonaliści, faszyści, naziści, wściekli szowinistyczni łysole są Polsce potrzebni. A w każdym razie są potrzebni tym, którzy własne potrzeby utożsamiają z potrzebami Polski i w dodatku umieją dorobić do tego ideologię. Są potrzebni polskiemu filistrowi, polskiemu liberałowi.

1.

Sto z górą lat temu zaobserwowano istnienie pewnego typu umysłowego – a może także klasy społecznej – określanego jako filister. Polski filister miał najczęściej korzenie szlacheckie lub takie sobie przypisywał, od kilku pokoleń w miarę stabilną sytuację materialną, inteligenckie aspiracje, a często także zajęcia. Filister był zarówno konserwatystą, jak i postępowcem, to znaczy uznawał i szanował społeczne hierarchie, przyjmował pełną rewerencji i nieco uniżoną postawę wobec autorytetów, lubił swoje zamożne, spokojne życie, obawiał się społecznych wstrząsów, a w jego systemie wartości wysoką rolę odgrywały higiena, edukacja i nabywanie wiedzy, pewna delikatność obyczajów i form, nawet jeśli niezbyt udolnie naśladowana z zachowań wyższych sfer. Wyróżniającą cechą polskiego filistra było przeświadczenie o tym, że własne obyczaj, sposób zachowania, system wartości i przekonań są głęboko słuszne, a do tego niejako obiektywne. Mimo że wykształcony filister miał świadomość, iż systemy wartości i obyczaje są różne, a także zmieniają się w czasie, jednak swój obyczaj traktował jako ostateczny punkt dojścia takiego ewentualnego procesu.

Szacunek i cześć dla własnej moralności, a może także niechęć do nadmiernego a męczącego zgłębiania problemów tego świata, powodowały, że polski filister bardzo niechętnie przyjmował do wiadomości, iż przekonania i zachowania ludzi mogą być jakoś zależne od ich utrwalonych doświadczeń i związanego z nimi sposobu widzenia świata, od ich materialnego i społecznego statusu, od poczucia – lub jego braku – własnej wartości, twórczości i sprawczości. Ponieważ filister uważał oglądanie i ocenianie świata w złożonych kategoriach społecznych, ekonomicznych i historycznych za niebezpieczne dla własnego systemu wartości, rozwadniające czy może zbyt trudne, wobec tego oceniał świat w swoiście rozumianych kategoriach moralnych i reagował oburzeniem na wszelkie odstępstwa od swego moralnego wzorca. Aczkolwiek odstępstwa te były mu potrzebne jak powietrze, ponieważ utwierdzały go w przekonaniu, że jego własna uprzywilejowana pozycja w tym świecie wynika właśnie z tego, że to on reprezentuje wartości prawdziwe i słuszne.

Filister reagował więc miłym i krzepiącym świętym oburzeniem na wiadomości o tym, że chłop dziecko chore na krup wiezie do szeptuna, a nie do lekarza; że robotnik z każdą tygodniówką idzie do knajpy, po czym tłucze żonę i dzieci domagające się obiadu; że w żydowskim sklepie klient nie może się dogadać po polsku; że znów gdzieś tam wyrodna matka podrzuciła dziecko pod kościół. Filister zbierał takie informacje skrzętnie, bo potwierdzały one jego wizję świata, w której on sam – dzięki temu, że przecież tak gorliwie obserwował obyczaje wyższych sfer, śledził pojawiające się wciąż nowoczesne idee, a jednocześnie strzegł odwiecznych wartości – był miarą dla innych. Miał więc najświętsze prawo widzieć wokół siebie świat złożony z przyjaznych, a przynajmniej zrozumiałych jemu podobnych istot oraz z ciemnego chłopa, brutalnego robotnika, obcego i panoszącego się Żyda oraz w ogóle z motłochu pozbawionego moralności. A że filister był właśnie nowoczesny i higieniczny, lubił opisywać świat przy pomocy higienicznych pojęć. Dzielił się on znów na czyste osoby i brudne zbiorowości, w których chłop śmierdział gnojem, robotnik potem, Żyd czosnkiem, a wyrodna matka rozpustą.

Oczywiście wszelkie próby przedstawiania filistrowi propozycji zobaczenia świata w kategoriach innych niż w jego rozumieniu moralne musiały spalić na panewce. Filister nie chciał słuchać, że istniejące w wielkiej skali ciemnota, brutalność, obcość czy rozpusta to społeczne problemy, które można i powinno się rozwiązywać przy pomocy społecznych środków (choć zdaje się, nigdy nie rozwiąże się do końca). Że jeśli da się ludziom szansę na osiągnięcie względnej materialnej zamożności i wykształcenia, pozwoli im się doświadczyć w miarę trwałej pewności egzystencji i godności własnej, jeśli się człowiekowi pozwoli poczuć, że od jego starań i działań wiele zależy, czyli jeśli się człowiekowi da takie wyposażenie, które za zasługę dobrego urodzenia było dane filistrowi, to człowiek ten zacznie poszukiwać dla siebie łagodniejszych obyczajów, będzie miał jakąkolwiek motywację, żeby swoim bliskim i w ogóle światu zacząć okazywać czułość, a nie nienawiść. I może nawet zachce mu się myć po robocie, może zacznie szukać bardziej wyrafinowanych sposobów odpoczynku niż wódka, mordobicie czy rozpusta.

Takie rozumowanie było dla filistra nie do przyjęcia, było świadectwem naiwnego pięknoduchostwa lub złowrogiej ideologii, rozwadniało tylko moralną ocenę i służyło ukryciu faktu, że na świecie istnieje cywilizacja, której trzeba strzec, oraz dzikość, przed którą trzeba się chronić. Jedynym ratunkiem dla nielicznych przedstawicieli zbiorowości złych i dzikich z natury było bezkrytyczne przyjęcie systemu wartości filistra, zapomnienie o własnym indywidualnym i zbiorowym doświadczeniu, dochrapanie się jego materialnego statusu i stylu bycia, a więc całkowite wyzbycie się empatii i solidarności z miejscem, z którego wyszli.

2.

Dziś polski filister ma się całkiem dobrze i mimo że może należeć do zwalczających się politycznych obozów oraz wyznawać różne ideologie, jednego jest pewien: swojej moralnej i wszelkiej innej wyższości nad tłumem, którego istotą jest po prostu tłumność i którego nie wolno postrzegać inaczej niż w kategoriach zbiorowych. Dziś sam siebie nazywa liberałem, bo liberalizm to taka ideologia, która pozwala mu posiadać miłą świadomość, że swoją uprzywilejowaną pozycję zawdzięcza zaletom ducha i umysłu. Jedną ze spraw dzielących dzisiejszego prawicowego i lewicowego liberała jest jakoby stosunek do rozszerzającego się nacjonalistycznego i rasistowskiego ekstremizmu. Jednak prawicowy liberał nie postrzega tego zjawiska zasadniczo inaczej niż lewicowy.

Prawicowy liberał jest pewien, że jego wartości i poglądy na życie są słuszne, a indywidualna wartość niezwykle wysoka, i to predestynuje go do odgrywania wiodącej roli w narodzie. Niestety, na skutek ogólnego upadku cywilizacji zapanowała d…kracja (jak zwykł mawiać trochę trzymany na dystans, ale jednak mistrz i nauczyciel prawicowego filistra) i roli tej nie można odgrywać wprost, zajmując po prostu należne sobie stanowiska w społecznej hierarchii oraz – co tu dużo gadać – hierarchii władzy; trzeba udawać, że się ją współdzieli z motłochem. I wciąż walczyć z liberałem lewicowym, którego na pomieszanie dobrego i złego zwie się socjalistą. Który zawłaszczył narzędzia kontroli masy, a więc i stanowiska. I oto właśnie zjawia się masa, już zorganizowana, już działająca, spragniona własnej sprawczości i znaczenia. Masa, która jest na tyle tępa, że własną pogardę do niej można jej sprzedać jako troskę i zrozumienie. Masa, przed którą Zawisza może przedstawiać się jako mąż stanu, Ziemkiewicz jako intelektualista, a Poręba jako niezłomny autorytet moralny. Taką masę – wydaje się prawicowemu liberałowi uwielbiającemu politykowanie i uważającemu, że w d….kracji politykuje się nie z masami, ale przy użyciu masy – wystarczy dowartościować, trzeba więc zataić własną do niej pogardę, zagonić do urn, gdzie zagłosuje pod dyktando, postraszyć nią politycznych przeciwników, a później się ją weźmie za mordę, bo oczywiście wolność jest wartością najwyższą, ale przecież dotyczy to jednostek, nie masy. To, że przekonania, historyczna tradycja i działania masy są wstrętne, to prawicowego filistra nie obchodzi. Jednego nie obchodzi dlatego, że podziela część tych poglądów i metod działania, a innego dlatego, że w ogóle całą masę, wraz z jej poglądami i metodami działania, uważa za wstrętną, ale jednak niezbędną do tego, żeby nią prowadzić politykę. Bo prawicowy filister wie, że polityka to rzecz brudna, ale prawdziwy mężczyzna musi się czasem pobrudzić, aby ochronić przed brudem to, co najcenniejsze: swoje kobiety i dzieci.

Lewicowy liberał również jest pewien, że jego wartości i poglądy na życie są słuszne, a indywidualna wartość niezwykle wysoka, i to predestynuje go do odgrywania wiodącej, oczywiście służebnej – jak to definiuje inteligencki etos, na który filister chętnie się powołuje – roli w społeczeństwie. Jest feministą i kocha mniejszości, o których prawa gotów jest walczyć. Wie, że człowiek cywilizowany nie tylko używa widelczyka do ciasta i pija latte, ale także jest otwarty na inność i nie okazuje swojej wyższości, co w odniesieniu do masy jest naprawdę bardzo męczące. I oto nadchodzi ratunek: nacjonaliści, faszyści, naziole, łyse pały. I nagle można poluzować politpoprawnościowe zwieracze, bo przecież wobec takiej swołoczy nie obowiązują żadne zasady. Można w końcu zacząć głośno mówić o tym – nie tylko emocjonalnie, na wiecach i demonstracjach, ale także w rzetelnej publicystyce – jak się odwiecznie pojmuje świat: istniejemy my, pojedynczy i osobowi, cywilizowani i do cywilizacji predestynowani, oraz oni, nieosobowi i bezosobowi, do ucywilizowania niezdolni, których można opisywać wyłącznie w kategoriach zbiorowych i przyrodniczych. Bydło, motłoch, swołocz, masa, czemużby nie czerń? Bydło żądne krwi, złożone z czystej nienawiści i męskiej frustracji.

Wykształcony i czysty lewicowy liberał doda jeszcze nieco pojęć higienicznych i medycznych, ze szczególnym uwzględnieniem endokrynologii: ociekające potem i śliną, śmierdzące spermą, buchające testosteronem i adrenaliną. Zwały mięśni przewalające się masami. „Przyglądam się hordzie – pisze socjolożka Kinga Dunin. – Przede wszystkim jest szczęśliwa, nabuzowana adrenaliną i testosteronem. Zwycięska. Wywrzaskują swoją pogardę z sadystyczną satysfakcją, jaką sprawia im poniżanie i nienawiść”. „To czysta nienawiść – orzeka pisarz Ignacy Karpowicz, kiedy już dał sugestywny opis tłuszczy śmierdzącej spermą i ociekającej testosteronem. – Czysta nienawiść, ale margines, mówią niektórzy. O co tyle szumu, przecież nikogo nie zabili, mówią inni. Otóż nie. Taki margines się rozszerza niezauważalnie na całą stronę zeszytu. Najpierw jest małe, potem większe. Najpierw jest niechęć, potem Holocaust. Wszyscy, którzy nienawidzili w Orli, Krynkach czy Białymstoku powinni trafić za kratki. W resocjalizację nie wierzę. Nienawiść się nie resocjalizuje, tylko zapieka i wzrasta”. Cóż taki opis implikuje? Że ta nienawiść bierze się już nawet nie z ideologii, którą przyjmują z takich czy innych powodów sfrustrowani ludzie, ale wprost z ich natury, jest wydzielana przez ich organizmy tak jak płyny fizjologiczne i hormony. Nienawiść, która, skoro się pojawiła, może tylko wzrastać, a więc najmniejszy jej objaw znaczy tyle co zbrodnia, co Holokaust, bo zawsze do nich prowadzi.

Oczywiście biologiczno-zbiorowa wizja nazistowskiej nienawiści zwalnia od dociekania innych jej przyczyn, a nawet od razu dyskwalifikuje dążenia do takiego dociekania. Wszelkie próby wskazywania na to, że nienawiść i frustracja to nie jakieś biologiczne determinizmy, lecz problemy społeczne, którym sprzyjają obojętność wspólnoty na los jednostki, rozwarstwienie ekonomiczne czy utrwalone – choćby w szkole lub w staraniach o pracę – przekonanie o bezskuteczności własnych indywidualnych wysiłków i nieważności własnych indywidualnych aspiracji, traktowane będą jako w najlepszym razie pięknoduchostwo, w najgorszym natomiast jako akces do brunatnej zarazy. I nie ma żadnego tłumaczenia, że przyczyn zjawiska szuka się nie dla usprawiedliwiania podłych czynów, ale z przekonania, że brunatnej zarazie należy i można zapobiegać. Lepiej takich prób nie podejmować, bo po co się narażać na opinię obrońcy faszystów.

A poza tym frustracja traktowana jest w dyskursie naszego zadowolonego z siebie, sytego lewicowego liberała nie jako problem społeczny, któremu należy zapobiegać, ale jako obelga. Jeśli w liberalnej prasie pojawia się pogłębiony artykuł biograficzny o jakimś przeciwniku czy niezbyt gorliwym wielbicielu jej aktualnej linii, można być pewnym, że konkluzją i wyjaśnieniem jego wyboru, a jednocześnie podaną z satysfakcją obelgą, będzie frustracja bohatera. Dziś do modnych słów-kluczy lewicowego liberała, którymi się zbywa problemy społeczne i załatwia prywatne porachunki, dołącza również „resentyment”. Także o frustracji i resentymencie całych grup społecznych liberał mówi z satysfakcją jako o dowodzie własnej wyższości, nie doszukując się ani ich przyczyny, ani sposobów zapobiegania. Bo filister-liberał nie chce ani dociekać przyczyn, ani zapobiegać. Potrzebuje frustratów, żeby mógł wciąż mobilizować własne poczucie wyższości i uprzywilejowanego miejsca w społecznej hierarchii.

3.

Liberalna optyka – prawicowa czy lewicowa – jest dziś właściwie jedyną obecną w publicznym dyskursie. Problem prawicowego ekstremizmu będzie więc narastać, bo polski liberał potrzebuje społecznej frustracji. Nawet jeśli uda się coś zdziałać dzielnemu ministrowi, który już po nich idzie, będzie odrastać. Bo naziści potraktowani policją i represjami, zamknięci do więzienia, kiedyś z tego więzienia wyjdą. Teraz dopiero nabuzowani nienawiścią. I wyciągną wnioski. Skoro do tej pory, przez ponad dwadzieścia lat, w miarę nie niepokojeni zastraszali całe miasta – Olsztyn, Białystok, Wrocław – i skoro łamali nosy i żebra, cięli nożami twarze, glanowali, lżyli i podpalali, a wszystko to w miarę uchodziło na sucho, natomiast policyjne pokazowe represje rozpoczynają się po kilku akcjach polegających na wyciu i wrzaskach podczas wykładów ważnych profesorów i redaktorów, to będzie znaczyło, że trzeba na jakiś czas przestać widowiskowo burzyć spokój profesorów i redaktorów. I wrócić do mało spektakularnej pracy organicznej: łamania nosów i żeber, cięcia twarzy, glanowania, lżenia i podpalania. Naziści szybko nauczą się, że polski liberał jest uczulony na dyskomfort tych, których postrzega jako ważnych, oraz obojętny na los tych, których postrzega jako nieważnych. A wtedy niech bogowie mają nas, ich sąsiadów, w opiece!

A materiał na uzupełnianie nazistowskich kadr też będzie odrastać, jeśli obok policyjnych nie zaczniemy podejmować – i to w skali państwowej – społecznych środków walki ze społeczną frustracją, upokorzeniem, z wyuczonym przekonaniem o bezskuteczności jakichkolwiek środków komunikowania się ze światem poza brutalnymi oraz o nieważności wszelkich indywidualnych wysiłków. Ale jak przekonać do tego polskiego liberała, który chyba boi się stracić swój punkt odniesienia: nędzną sfrustrowaną hordę?

Kraj wysokich kosztów (społecznych)

Kraj wysokich kosztów (społecznych)

Czas kryzysu gospodarczego jest zawsze wielkim empirycznym testem hipotez o skuteczności rozmaitych doktryn gospodarczych. Dla badaczy dane ilościowe gromadzone podczas takich „eksperymentów” są bezcenne – pozwalają naświetlić wiele zależności i procesów. A jednak poleganie wyłącznie na empirii w świecie, który zawsze będzie pełen coraz to nowych znaków zapytania, wydaje się mieć coś z kalectwa. Oto właśnie polscy niewierni Tomasze, radykalni empiryści, postanowili sprawdzić na społeczeństwie swoją hipotezę roboczą. Brzmi ona tak: „Kraj staje się bogaty dzięki niskim kosztom pracy”.

Skąd wziął się taki pogląd, trudno dociec. Setki lat historii gospodarczej wielu państw, w tym rozwiniętych, wskazują, że o bogactwie krajów i społeczeństw decyduje w pierwszym rzędzie rodzaj wykonywanej pracy. Innymi słowy: polepszająca się struktura gospodarcza i wartość wytwórcza roboczogodziny. Posiadanie zaawansowanych gałęzi produkcyjnych wpływa pozytywnie na całą gospodarkę, nawet jeśli zatrudniona jest w nich niewielka część obywateli. Te wysokopłatne miejsca pracy ustalają poziom standardu życia i konsumpcji również poza wysokowydajnym sektorem. Przykładowo świadczenie podobnych usług fryzjerskich w Berlinie i Kijowie pozwala na zasadniczo odmienny poziom życia osób zatrudnionych w tej branży. Dlaczego tak się dzieje? Dzięki posiadaniu przez Niemcy zaawansowanej struktury gospodarczej i pozytywnym efektom wysokiego parytetu płac i konsumpcji. To ważna lekcja dla drobnego biznesu – także polskiego.

Polskie organizacje przedsiębiorców skutecznie lobbowały za zmianami w prawie pracy pozwalającymi na elastyczne komenderowanie „zasobami ludzkimi”. Zderzając się z kłopotami koniunkturalnymi, wielu pracodawców winą za słabe wyniki postanowiło obarczyć rzekomo zbyt uprzywilejowaną pozycję pracowników. Warto to podkreślić: te poczynania nie są podyktowane wyłącznie chęcią ustalenia hegemonii zatrudniających nad zatrudnianymi. Wielu przedsiębiorców szczerze wierzy, że takie zmiany pomogą koniunkturze gospodarczej. Są w wielkim błędzie. Udział płac polskich pracowników w wartości dodanej w porównaniu do krajów o podobnej strukturze i poziomie rozwoju jest po prostu niski.

Dalsze obniżenie płac, które będzie niechybnym skutkiem ostatnich zmian w regulacjach czasu pracy, nie pomoże koniunkturze. Przeciwnie – zaszkodzi jej, doprowadzając do utrwalenia i pogłębienia trapiącej nas luki popytowej. Wtedy właśnie w całej ostrości ukaże się wskazany przez Charlesa Kindlebergera błąd kompozycji: dla pojedynczego przedsiębiorcy niższe płace pracowników to niższe koszty, ale w makroskali oznaczają one niższe wydatki konsumpcyjne zatrudnionych. A to szkodzi ogółowi prywatnych firm i nakręca spiralę recesji.

O tym, że recepta na polepszenie bytu rodaków nie leży w antagonizmie pracodawcy – pracownicy, już przekonywałem czytelników. Od niedawna być może wie to również Prezydent RP, który zaprosił prof. Jerzego Hausnera, aby ten publicznie omówił raport na temat konkurencyjności polskiej gospodarki. Kompetentni ekonomiści w jego zespole sprawili, że obok tradycyjnych narzekań na dolę polskich przedsiębiorców bardzo dobrze zdiagnozowana została istota problemu. Jest nią niska wartość dodana polskiej wytwórczości oraz konieczność celowej polityki sektorowej.

Raport wskazuje również, nie do końca słusznie, na niewielki poziom oszczędności jako przyczynę niskich inwestycji. Ten problem, podyktowany nieprawdziwym ekonomicznym równaniem S = I (oszczędności = inwestycje), jest mocno przesadzony. Nawet siedzący obok Hausnera profesor Jerzy Osiatyński zwykł mawiać (cytuję z pamięci): Jak większe oszczędności mogą oznaczać większe inwestycje? Jeżeli ludzie nie konsumują, nie wydają, lecz oszczędzają, to który przedsiębiorca będzie inwestował i rozwijał skalę działalności? To oczywiście uproszczenie, ale naprowadza nas ono na istotny wątek w dyskusjach o przyszłym kształcie ładu bankowego i finansowego.

Wbrew potocznemu mniemaniu pieniądze na kredyty dla kredytobiorców nie pochodzą z depozytów uprzednio złożonych w banku przez oszczędzających. Proces udzielania kredytu związany jest z emisją pieniądza. Pieniądz sam w sobie nie jest zasobem skończonym. Dlatego fiksacja na punkcie oszczędności oraz „skąpego” budżetu jest mocno przesadzona. Mówi się mniej więcej tak: „Jest deficyt, to znaczy nie ma pieniędzy. Gdybyśmy oszczędzali pieniądze [co oznacza zwykle: zabrali je szkołom czy szpitalom], to wtedy moglibyśmy je mieć! Bylibyśmy bogaci”. Tego typu myślenie niestety wciąż podświadomie występuje w potocznym rozumieniu procesów gospodarczych. Ale baza monetarna tworzona jest przez bank centralny na podstawie danych o wzroście PKB, inflacji itd. Do gospodarki pieniądz trafia jednak dopiero za pośrednictwem banków komercyjnych. To banki komercyjne mają największy wpływ na ilość środków w obiegu. Nawet polityka bardzo taniego pieniądza, stosowana przez światowe banki centralne, nie wywołała w czasie kryzysu większej inflacji, gdyż prawdziwym miejscem wpuszczania pieniądza do gospodarki są właśnie prywatne banki depozytowo-kredytowe.

Banki komercyjne nie tworzą jednak pieniądza na zawołanie, jak twierdzą niektórzy radykalni przeciwnicy prywatnej bankowości. W świecie banków depozytowo-kredytowych nie dochodzi do dowolnej kreacji pieniądza w wysokości wielokrotności depozytów – w takim przypadku banki rosłyby wykładniczo. Problem ze wzrostem aktywów (szczególnie derywatów) istnieje, ale jest to problem instytucji typu shadow banking („banków” inwestycyjnych, handlujących i tworzących instrumenty pochodne, hedge fundów itp.). Zdrowy system depozytowo-kredytowy, znany np. z powojennej Europy Zachodniej, nie generuje takich nierównowag. A zatem jak kreowany jest pieniądz? Pieniądz kreowany jest „z powietrza” w momencie zaciągania kredytu. Przywilej banków prywatnych jest znaczący, lecz nie tak nieograniczony, jak się to wydaje. Wielkość emisji kredytu jest bowiem wyznaczana realnymi zdolnościami kredytobiorcy do spłaty.

Oczywiście powyższy opis jest uproszczony, ale oddaje istotę rzeczy – przynajmniej na razie. Coraz częściej ze strony ekonomistów finansowych pojawiają się bowiem odważne propozycje zmiany systemu. Michael Kumhof z Międzynarodowego Funduszu Walutowego sugeruje odchodzenie od kreacji pieniądza przez banki prywatne, co jednak w dzisiejszych warunkach skutkowałoby potencjalnie mniejszą bazą akcji kredytowej. Lord Adair Turner, były brytyjski regulator finansowy, poważnie rozważa możliwość finansowania deficytu budżetowego „darmową” emisją pierwotną z banku centralnego, wskazując, iż w pewnym momencie nawet Milton Friedman postulował takie rozwiązanie. Ponawiane są również postulaty podatku od transakcji finansowych oraz rygorystycznej separacji banków depozytowo-kredytowych od inwestycyjnych. Niektóre propozycje mają więcej, inne mniej uzasadnienia, jednak debata na te tematy jest zaskakująco żywa pomimo torpedowania tematu reform przez wpływowe instytucje finansowe. Przypomina ona, że często istnieje więcej niż jedno dobre rozwiązanie, jeżeli tylko służą one nadrzędnemu celowi długotrwałego rozwoju.

Warto mieć to spostrzeżenie w pamięci, gdy z wyzwaniami kryzysu gospodarczego musi się zmierzyć polska polityka gospodarcza. W krótkim okresie krajowa gospodarka nie jest w stanie samodzielnie przyspieszyć przy obecnej polityce, bazującej na błędnym kole niskiego efektywnego popytu. To przyspieszenie może się dokonać w warunkach dekoniunktury wyłącznie dzięki państwowemu impulsowi wydatkowemu, który jednak staje się trudny z uwagi na presję zadłużenia. Poradzić sobie z tym problemem można na wiele sposobów.

Warto wymienić kilka z nich, które pozwoliłyby zmniejszyć presję na budżet (oferując większe pole manewru dla wydatków) lub dać impuls inwestycyjny bez użytkowania budżetu. Rząd może dokonać zmiany w systemie emerytalnym, przenosząc część pieniędzy z OFE do ZUS, tym samym obniżając księgowy poziom długu. Innym rozwiązaniem jest skup przez NBP na rynku wtórnym obligacji denominowanych w walutach obcych z rezerwy walutowej (w konstytucji zabronione jest bezpośrednie finansowanie budżetu przez bank centralny). Kolejnym rozwiązaniem pozwalającym na pozabudżetowy impuls inwestycyjny mogłoby być powołanie konsorcjów projektowych przez spółki państwowe, samorządy i inne, celem dokonywania wieloletnich projektów rozwojowych. Emisja przez konsorcja wieloletnich niskooprocentowanych obligacji oraz skup obligacji przez NBP lub BGK pozwoliłyby uzyskać pozabudżetowe źródło finansowania. Możliwe są również zmiana ustawy o finansach publicznych z 2009 roku, zniesienie restrykcji nakładanych na wydatki po przekroczeniu progu 55% relacji długu do PKB oraz likwidacja „reguły wydatkowej”. Kolejną opcją jest zwiększenie skali Programu Inwestycje Polskie. Wreszcie – pożądane byłoby także wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej (przynajmniej na czas kryzysu).

Powyższe propozycje mają zalety, choć także różne słabości. Należy jednak pamiętać, że daleko ważniejsze od skonstruowania systemu idealnego jest zaradzenie nagłej potrzebie przeciwdziałania wysokiemu bezrobociu. Bez impulsu inwestycyjnego będzie się ono utrzymywać na obecnym poziomie przez długi czas. Warto już dziś rozważać dostępne możliwości, naciskając jednocześnie na zniesienie niepotrzebnych i szkodliwych zmian w prawie pracy. Sytuacja nie jest bez wyjścia, chociaż czas goni. Pora na impuls inwestycyjny.

Triumf nadludzi

Triumf nadludzi

„Człowiek miarą jest wszechrzeczy” – to dumne wyznanie antropocentryzmu przestaje być drogowskazem naszych czasów. Dziś Protagorasa zastępuje Nietzsche z jego rojeniami o nadczłowieczeństwie. To już nie tylko marzenia szalonego filozofa, nie tylko chałupnicze próby XIX-wiecznych eugeników i XX-wiecznych nazistów – obecnie za projektowanie i produkcję supermenów bierze się nauka z błogosławieństwem rządów i korporacji.

Cel jest – jak zawsze – szczytny: udoskonalenie człowieka. Któż nie chciałby być mądrzejszy, zdrowszy, piękniejszy? A jednak mnie, uznającego człowieka za jedyny praktyczny (bo weryfikowalny) punkt odniesienia, pomysły „przezwyciężania człowieczeństwa” poprzez modyfikacje genetyczne czy cyborgizację przerażają.

Mamy tu do czynienia z najskrajniejszym jak dotychczas projektem zmiany ludzkiej natury. Próby takie podejmowane były od dawna, dotychczas wszakże opierały się na lamarkistowskiej teorii o decydującej roli środowiska i przeświadczeniu o plastyczności ludzkiej natury. Mówiąc w skrócie: wierzono, że zmieniając otoczenie człowieka, zmieni się zasadniczo jego samego. Na ogół jednak te próby kończyły się fiaskiem. Skutki rzadko odpowiadały zamiarom. Inżynieria społeczna budzi więc uzasadnioną nieufność.

W tej sytuacji Poprawiacze Człowieka skapitulowali przed nieprzyjazną rzeczywistością, po cichu wycofując się z dogmatu o naturalnej dobroci ludzi. Postanowili pójść na skróty: po co zmieniać ustrój, kulturę, stosunki międzyludzkie – zmienimy człowieka. Zdecydowali się na „ucieczkę do przodu”, wspierając inżynierię społeczną inżynierią genetyczną. Postanowili połączyć Lamarcka z Darwinem, zasadę środowiska z zasadą genotypu, „ziemię” i „krew”. Ta synteza ma dać nam Człowieka Doskonałego.

Ale doskonałe jest wrogiem dobrego. Jak przypomina nam ludowa mądrość, dobrymi chęciami piekło wybrukowano. Projekt ten może być atrakcyjny dla ludzi, którzy za każdą cenę chcą uciec od samych siebie, problemem jest jednak właśnie ta – każda! – cena. Projekt transhumanistyczny jest najskrajniejszą formą uprzedmiotowienia człowieka, który okazuje się być nawet nie narzędziem, lecz tworzywem. Człowiek ma się wyrzec swej istoty, swego człowieczeństwa w imię… no właśnie – w imię czego? W imię jakich wartości? Kto miałby prawo narzucenia innym swojego wzoru? Jak miałby wyglądać nadczłowiek?

Kto decydowałby o kierunku transhumanistycznej ewolucji człowieka. Rodzice? Nietrudno sobie wyobrazić, że znaczna część (w Polsce pewnie większość) postanowiłaby, iż dzieci mają „umieć sobie radzić w życiu”, więc wszczepiłaby im gen „przebojowości”, tj. chamstwa, cynizmu, interesowności, egoizmu. Każdy sam, wedle swej fantazji? To doprowadziłoby do wykształcenia się wielu odmiennych – niekompatybilnych, być może wrogich – gatunków. Stanisław Lem w „Podróży XXI” Ijona Tichego opisuje w humorystyczny, acz wielce prawdopodobny sposób historię społeczeństwa sterującego swoją ewolucją biologiczną. To może państwo? Ale w myśl jakiej ideologii? W imię jakich wartości, wedle jakiego wzoru ludzkość miałaby być przekształcana? Chrześcijańskiego? Muzułmańskiego? Buddyjskiego? Faszystowskiego? Anarchistycznego? Komunistycznego? Liberalnego?

Transhumaniści lewicowi (daruję sobie dyskusję z neonazistami z Euvolution.com, śniącymi o aryjskim Homo galacticus) oczywiście mają nadzieję na stworzenie człowieka pasującego do ich wizji społeczeństwa egalitarnego. Jak to jednak osiągnąć? Czy równość totalna nie jest możliwa tylko przy jednakowości? Jeśli tak, to jest po prostu niecelowa. Społeczeństwo istnieje dlatego, że istnieje podział pracy; podział pracy wynika ze zróżnicowania ludzi. Jeśli zaś np. wyhoduje się istoty, które same siebie będą mogły zapładniać, to przestanie istnieć rodzina. Nie będzie nie tylko ludzi, ale i społeczeństwa oraz będącej jego wytworem kultury, tylko jakieś zbiorowisko monad. Równość jest ważną wartością, ale nie na tyle, żeby poświęcać dla niej swe niedoskonałe człowieczeństwo. Żadna wartość nie jest warta tego, by dla niej poświęcać inne wartości.

To jednak i tak puste rozważania. Lewica pozostaje w głębokim kryzysie, od trzech dekad znajduje się w defensywie i realnych szans na wdrożenie swego projektu nie ma. A to oznacza, że dominująca ideologia neoliberalna będzie kształtowała człowieka na wzór i podobieństwo swoje. Nietrudno się domyślić, że Człowiek Idealny ucieleśni się w postaci Idealnego Konsumenta albo Idealnego Robotnika, być może też Idealnego Żołnierza, Idealnego Błazna, Idealnej Prostytutki. Człowieczeństwo zostanie zredukowane do jednej z funkcji. Powstałoby społeczeństwo zróżnicowane na wzór termitiery. Tak wyglądałby świat, gdyby to w latach 30. istniały możliwości inżynierii genetycznej i ludzkość została uformowana według panujących wówczas ideałów.

Być może w jakimś idealnym społeczeństwie transhumanizm miałby sens. Teraz to jest bomba atomowa. Hodowanie ludzi daje każdej władzy w ręce najpotężniejszą broń, jaką można sobie wyobrazić. Po wydarzeniach w NRD w 1953 roku Bertolt Brecht napisał wiersz, który głosił, że naród zawiódł zaufanie rządu i rząd postanowił ten naród odwołać. Była to poetycka wizja rozśmieszająca swoją absurdalnością, ale inżynieria genetyczna pozwoli ją urzeczywistnić. Bo chyba nie ulega wątpliwości, że o kierunku ewolucji decydować będzie elita finansowa, klasa polityczna, „Grupa Trzymająca Władzę”.

Na pewno nie cała ludzkość dokonałaby jednoczesnego przekształcenia: część nie chciałaby, części może nie byłoby stać. Inżynieria genetyczna – jak każda nowość – byłaby początkowo dostępna tylko dla nielicznych, dla elity. Czy elita zechciałaby poczekać na resztę? Wątpliwe. Raczej zapewniłaby swojemu potomstwu status nadludzi. Co stałoby się wówczas z nieprzekształconą częścią ludzkości? Obawiam się, że spotkałby ją los Tasmańczyków wytępionych w XIX wieku. Nie sądzę, by nadludzie traktowali ludzi lepiej niż ludzie traktują się nawzajem.

Dziś człowieczeństwo to jedyny pewny grunt, jedyny punkt odniesienia, jedyny wspólny mianownik. Wartości są zmienne, wtórne, względne. W sytuacji kryzysu humanistycznej Utopii, w sytuacji dogorywania religijnej Tradycji, ludzka natura z jej atawizmami to już naprawdę ostatni szaniec broniący świata przed zapędami inżynierii społecznej – wszystko jedno: totalitarnej czy wolnorynkowej.

Sprzeciw wobec transhumanizmu wynika więc z tych samych powodów co sprzeciw wobec totalitaryzmu. Wrogość do transhumanizmu ma też wspólny – humanistyczny – mianownik z antykapitalizmem: kapitalizm zdetronizował człowieka z pozycji wartości najwyższej, zastępując go zyskiem, transhumanizm natomiast człowieka zastępuje nadczłowiekiem.

Marzenie wszelkich totalitaryzmów – Nowy Człowiek – urzeczywistnić ma się jako człowiek GMO. Homo perfectus będzie gatunkiem odmiennym od naszego. Cieszyć się z tego mogą tylko mizantropi – tylko czy mizantropia jest do pogodzenia z lewicowością?

Na tym tle najmniej ważną jest obawa o niezaplanowane uboczne skutki nieudanych eksperymentów (jakieś epidemie, kalekie mutanty itp.)…

Oczywiście wobec tych wszystkich zastrzeżeń pozostaje jeszcze jeden, ostateczny argument – o nieuchronności transhumanistycznej ewolucji. Osobiście pozostaję sceptyczny wobec koncepcji zdeterminowanego jednokierunkowego „postępu”. Uważam to za wdrukowany w naszą świadomość Oświeceniowy schemat, któremu raz po raz zaprzeczają fakty. Nieuchronne nie znaczy dobre – wiele faktów, jak globalne ocieplenie czy wymieranie gatunków, wskazuje, że zmierzamy ku katastrofie, a ludzie Zachodu żyją wiarą w „postęp”. Poza tym dopóki coś się nie wydarzy, dopóty nieuchronność tego nie została dowiedziona.

…Lewica od dekad stoi w rozkroku, który staje się coraz bardziej bolesnym szpagatem. Ma dwa zobowiązania: iść z postępem oraz bronić słabszych. U fundamentów lewicowości leży przekonanie, że te dwa cele są tożsame lub zbieżne, albo przynajmniej niesprzeczne – że postęp pomaga słabszym. Tymczasem od początku Epoki Globalizacji zmiany idą w kierunku przeciwnym do lewicowych ideałów. W swej ostatniej książce Günther Wallraff pisze, że zaczynając pracę ponad czterdzieści lat temu, miał nadzieję, iż świat zmienia się na lepsze. Obecnie zauważa tendencję odwrotną – wzrost niesprawiedliwości i pogorszenie stosunków międzyludzkich. Mamy coraz mniej bezpieczeństwa, coraz mniej solidarności, coraz większe rozpiętości majątkowe. „Postęp” jest bezlitosny dla tych, którzy za nim nie nadążają. „Postęp” gnębi słabych.

Rozwój biotechnologii te podziały pogłębi. To już nie będzie walka klas, lecz walka odmiennych biologicznie gatunków. Słabsi przegrają. Wyginą. Na tym polega „postęp”.

Wszak tak nauczał Darwin. Tako rzecze Zaratustra.