Cała naprzód!

Polskość dla wielu jawi się jako problem. Oczywiście moglibyśmy uznać, że jest to ich problem, że nam nic do tego. To oni nie wiedzą, jak znakomitą mamy tradycję, jakich bohaterów narodowych, jaką wspaniałą kulturę wytworzyli Polacy na przestrzeni wieków. Sam nie odczuwam w żaden sposób mojej narodowości jako obciążenia, jednak wydaje się, że jeśli znaczna część społeczeństwa posiada problemy z własną tożsamością narodową, to siłą rzeczy mamy do czynienia z zagadnieniem, które należałoby jakoś rozwiązać.

Chciałbym w tym tekście – w szkicowy sposób – wskazać, skąd biorą się problemy z polskością oraz jak można się ich pozbyć. Proces ów powinien polegać na dojściu do momentu, w którym nasza tożsamość mogłaby być kształtowana przez nas samych, w zgodzie z naszymi potrzebami. Wymagałoby to odrzucenia pewnego sposobu debatowania o polskości. Przyjmuję tutaj perspektywę czysto teoretyczną, nie zajmując się w ogóle tzw. bazą. Jestem świadomy, że niektóre zagadnienia związane z tym, jak siebie postrzegamy, biorą się z pewnych faktów, które zasługują na miano obiektywnych. Dla czystości obrazu wolę jednak pozostać w sferze ideologii. Oznaczać to będzie, że rozwiązania tu proponowane będą zawsze niepełne. Jednak jasne jest, że nikt nigdy nie napisze tekstu, który ostatecznie i ze wszystkich perspektyw opisze dany problem. Warto czasem więc ograniczyć się do pewnego wycinka rzeczywistości, gdyż dzięki temu można zobaczyć pewne rzeczy wyraźniej.

Zacznijmy od ustaleń, które – choć niezbyt odkrywcze – pomogą nam wprowadzić do tekstu pewien porządek. Tożsamości powstają dzięki wychwyceniu różnicy (jest to – rzecz jasna – kwestia bardzo skomplikowana; warto by zastanowić się, co sprawia, że pewne różnice są pomijane, a inne brane pod uwagę) między definiującym się podmiotem a innymi. Gdyby – dla przykładu – wszyscy ludzie posiadali ten sam kolor skóry, to oczywiste jest, że nikt nie czyniłby z koloru skóry czynnika istotnego dla tożsamości. Oznacza to, że koniecznym warunkiem autoidentyfikacji jest spotkanie z innym. Co więcej, to właśnie kwestia tego, kim jest ów inny, jest zasadnicza dla procesu kształtowania tożsamości. Proces ten bowiem nie polega na możliwie najdokładniejszym opisie określanego bytu, ale na podaniu cech, które w danej chwili wydają się najistotniejsze. Poczucie istotności danej cechy lub jej braku zależy właśnie od tego, w jaki sposób postrzegamy innego – co nas najbardziej różni od niego.

Afrykańskie plemię sprzed kolonizacji, które miało kontakt tylko z ościennymi ludami, mogło wytwarzać własną tożsamość jedynie w oparciu o różnice zachodzące między nimi a sąsiadami. Natomiast po kolonizacji częścią ich tożsamości musiały stać się te cechy, które odróżniały ich od kolonizatorów. Jako wniosek możemy więc stwierdzić, że to, w jaki sposób postrzegamy samych siebie, zależy nie tylko od tego, jacy „obiektywnie” jesteśmy, ale również (a może przede wszystkim) od tego, z kim się porównujemy.

Zatem jeśli chcemy rozprawiać o polskości, musimy w pierwszym rzędzie rozpoznać naszego „innego” – punkt odniesienia, który pozwala nam określić siebie samych. Odpowiedź jest dość prosta: tym punktem odniesienia jest Zachód. Jednak zanim przejdziemy do omawiania stosunku wobec Zachodu, warto poświęcić kilka zdań Wschodowi. Jeszcze do niedawna polska tożsamość była również określana przez relację do Rosji. Mówiło się o Polsce jako o mieszaninie pierwiastków łacińskich i słowiańskich, swego rodzaju syntezie. Wskazywano na nasze niejasne położenie. Pytano: czy Polska jest wschodem Zachodu, czy zachodem Wschodu? Czasem taką sytuację afirmowano, twierdząc, że dzięki melanżowi różnych elementów powstała na naszych ziemiach nowa jakość, być może wręcz nowa cywilizacja. Innym razem krytykowano ten stan rzeczy, uznając, że prowadzi on jedynie do chaosu i w gruncie rzeczy uniemożliwia jasne samookreślenie.

Wydaje się jednak, że od upadku ZSRR Wschód przestał zajmować poważne miejsce w debatach tożsamościowych. Jest tak dlatego, gdyż wcześniej pełnił on rolę prawie wyłącznie negatywną. Polacy „od zawsze” uważali się za stojących cywilizacyjnie wyżej od swoich wschodnich sąsiadów. Wschód nigdy nie był potencjalnym punktem dojścia. Służył głównie temu, aby utwierdzić się w opowieści o wyjątkowych wartościach, które posiada nasz naród. Po 1989 roku Polacy całą uwagę skierowali na Zachód, gdyż główny powód definiowania się względem Wschodu – czyli polityczno-militarna dominacja Moskwy w naszym regionie – odchodził w niebyt.

Dominującą narracją Polski transformacyjnej było „doganianie Europy”. Za europejskie wartości, które mieliśmy przyswoić, a których to według ideologów rządzących medialnym przekazem nie posiadaliśmy, uznano wolny rynek (na nasze nieszczęście owa gonitwa za Europą rozpoczęła się, gdy rozkwitał tam neoliberalizm), demokrację, obywatelskość, tolerancję, przedsiębiorczość czy szacunek wobec prawa. Zachód jawił się jako niemal bajkowa kraina, gdzie coca-cola leje się z kranów, na ulicach zawsze jest czysto, a wszystkie konflikty rozwiązywane są zgodnie z Habermasowskim ideałem demokracji deliberatywnej. Tam raj – u nas nędza.

Jaką rolę odgrywała polskość w tej opowieści? Z grubsza rzecz biorąc, była ona balastem. Co prawda wskazywano czasem na dobre cechy Polaków. Przecież w sierpniu ‘80 dzięki światłemu przywództwu Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka stoczniowcy gdańscy potrafili zachować się odpowiedzialnie i strajk zakończył się pokojowo. Również Okrągły Stół świadczył o tym, że z Polakami nie jest tak źle. Transformacja nie zakończyła się przecież krwawą masakrą komunistów, lecz wielkim narodowym pojednaniem. Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski – człowiek z nadziei i człowiek honoru – mimo wszelkich różnic podali sobie ręce i zaprowadzili w Polsce demokrację.

Jednak samo hasło „doganiania Zachodu” jasno wskazywało, że naszemu społeczeństwu daleko jeszcze do ideału. Nie chodziło przecież jedynie o wskaźniki gospodarcze. Polacy nie różnili się od Niemców czy Anglików wyłącznie zarobkami. Problemem miały być szalejące ksenofobia, antysemityzm, postawy roszczeniowe, rozpowszechniona mentalność człowieka sowieckiego, niezaradność, umiłowanie w męczeństwie czy swego rodzaju antypaństwowość. Zatem mimo tego, że formalnie po 1989 r. nastała w Polsce demokracja, to w znacznej mierze polskość do niej nie dorosła. Polskość jako forma musiała zostać zmieniona (o ile nie: zniesiona), by kraj ten zaczął przypominać mityczny Zachód.

Dość szybko okazało się, że rodzimi okcydentaliści używają powyższej narracji jako formy sprawowania władzy. Europejskość stała się pałką, którą z większą lub mniejszą gracją okładano politycznych przeciwników. Reakcja była łatwa do przewidzenia. Szybko powstała kontropowieść, zgodnie z którą Zachód jest zagrożeniem dla polskości. Polacy wcale nie muszą się zmieniać, aby stawić czoła wyzwaniom współczesnego świata. Wręcz przeciwnie: muszą oni konserwować odwieczne cechy narodowe (umiłowanie wolności, bezgraniczny patriotyzm, katolicyzm etc.), żeby przetrwać. Problemem, z którym polskość powinna się zmierzyć, są wraże (wewnętrzne i zewnętrzne) siły. Wyplenienie różnych zakłóceń tożsamościowych sprawi, że będzie u nas sielsko / (jak choćby nad Zatoką Perską).

Te dwie opowieści dość szybko ukonstytuowały coś, co można nazwać współczesnym sporem o polskość. Spór ten – jak się wydaje – ma zasadniczy wpływ na polską politykę i od ponad 20 lat wyznacza główne linie podziału sceny politycznej. Czy uznajemy, że Polska – wspaniale – lecz trzeba po trochu / ją ucywilizować – niech klęczy na grochu? Czy raczej twierdzimy, że polskość jest formą prawie doskonałą, którą trzeba jedynie odrobinę oczyścić z niepotrzebnych naleciałości? (Oczywiście w czystej polityce obie postawy występują w formie złagodzonej).

Należy zauważyć, że oba stanowiska w sporze o polskość z pozoru traktują ją jako coś autonomicznego. To znaczy: obie strony twierdzą, że nasza tożsamość posiada pewne immanentne cechy, które są niezależne od tego, co wobec niej zewnętrzne. Oczywiście nie chodzi o to, że cechy te wzięły się z powietrza. Idzie raczej o to, że w sporze o polskość brakuje rozpoznania, iż to, jak sami siebie postrzegamy, oraz to, jak określamy naszą tożsamość – jest efektem tego, z kim się porównujemy. I okcydentaliści, i obrońcy tradycji sądzą, że polskość jest nam dana jako przedmiot badań, którego istotę można odkryć poprzez uważne przyglądanie się Polakom: ich zachowaniom, wzorcom postępowania, kulturze czy historii. Można nawet zaryzykować tezę, że obie strony w wielu punktach zasadniczo zgadzają się co do tego, czym jest polskość – różnice powstają dopiero wtedy, gdy przychodzi do jej oceny. Spór ten nie jest więc dyskusją nad tym, jaka jest istota naszej tożsamości. Jest raczej konfliktem o to, jak należy polskość wartościować.

Polskość zatem jest w tym sporze pewną stałą, czymś o określonej naturze, formą, którą można przyjąć lub odrzucić. My, Polacy, możemy o naszej tożsamości debatować, możemy się do niej odnosić, możemy ją oceniać, ale nie bardzo wiemy, jak ją kształtować. Skoro polskość jest już dana, to w jaki sposób mielibyśmy aktywnie wytwarzać narodowe wzorce? Z jednej strony można ją jedynie kontemplować, z drugiej po prostu odrzucić. Bynajmniej więc żadna z powyżej naszkicowanych wizji polskości nie może być narzędziem jakiejkolwiek zmiany. W obu przypadkach jest ona jedynie przedmiotem estetycznej lub etycznej oceny.

Debaty o polskości w ich obecnej formie nie mogą nas w takim razie posunąć ani odrobinę do przodu, gdyż uprzednio zakładają, czym polskość jest. Po co są więc prowadzone? Może właśnie po to, aby uwolnić się od odpowiedzialności za zmiany? Łatwiej pójść na spektakl teatralny, a po jego zakończeniu wyrazić swoją opinię na temat obejrzanego przedstawienia, niż samemu wystąpić na scenie. Polacy nie chcą „występować”, nie chcą działać, wolą prowadzić spór, w którym wciąż powtarzają te same retoryczne gesty. Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, jaką funkcję pełni polskość w owych debatach, to powiedziałbym, że jest to jedynie przedmiot pozwalający na trwanie w sytuacji konfliktu. Jeśli tak jest, to jasno widać, że polskość nie może być dla nas narzędziem zmiany. Nie będzie ona służyła temu, aby naród ten wytworzył solidarną i inkluzywną wspólnotę, dzięki której Polakom będzie żyć się owocniej.

Zanim spróbujemy sobie powiedzieć, w jaki sposób moglibyśmy „zaprząc” polskość do tego rodzaju pracy, postawmy pomocnicze pytanie. Mianowicie – czy jeśli uznajemy, że polskość powinna służyć pewnemu celowi, a jednocześnie stwierdzamy, że tak się nie dzieje, to czy automatycznie nie zajmujemy pewnego stanowiska w opisywanym sporze? Czy nie implikuje to opowiedzenia się za tezą, że nasza obecna tożsamość jest w swej istocie bezużyteczna? Nie do końca, gdyż aby twierdzić, że pewne pojęcie mogłoby być bardziej użyteczne dla wzrastania społeczeństwa, nie potrzebujemy w ogóle go wyraźnie waloryzować. Co więcej, zdrowo jest założyć o każdej idei czy zjawisku społecznym, że wciąż istnieje pole do pracy nad nimi, że nie są (i nigdy nie będą) skończonymi dziełami. Zatem również o polskości możemy swobodnie sądzić, że należałoby uczynić ją bardziej użyteczną – i zarazem sądzić tak bez jednoczesnego spoglądania na nią z obrzydzeniem.

Jak więc sprawić, aby nasza tożsamość była dla społeczeństwa siłą, nie balastem? Przede wszystkim należałoby wyjść z bezużytecznej logiki sporu, która każe przyjmować polskość jako coś z góry danego, jako przedmiot pozbawiony wszelkiej dynamiki. Potrzebujemy przestać traktować naszą tożsamość jako coś, co podlega jedynie ocenie. Musimy mieć świadomość, że polskość jest czymś, co się raczej wydarza, niż po prostu jest. A sposób, w jaki się ona dzieje, jest zależny od naszej woli. Już samo myślenie o polskości w kategoriach narzędzia, które daje nam różne możliwości użycia, powinno działać terapeutycznie. Takie podejście ustawia nas bowiem w roli czynnych podmiotów, a nie jedynie obserwatorów, którzy mogą co najwyżej wyrazić podziw lub wzgardę. Aktywne kształtowanie tożsamości jest oczywiście procesem trudnym i długotrwałym, ale cóż nam pozostaje? W innym przypadku oddajemy te pojęcie – tak bardzo ważne dla kształtowania się wspólnoty – siłom, które mogą mieć interesy odmienne od naszych. Zamiast więc pytać o to, czym jest polskość, czy jest formą użyteczną, czy nie, zapytajmy: jakiej polskości byśmy chcieli?

Zanim jednak będziemy mogli szczerze zadawać tego rodzaju pytania, tj. zanim nasze pytania będą miały jakąkolwiek moc sprawczą, musimy zneutralizować spór o polskość w jego obecnej formie. Jak wcześniej stwierdzono, polskość jest obecnie definiowana przez odwołanie do Zachodu. Jest to w pewnym sensie jedyny możliwy wybór. Nie będziemy przecież określać się względem Orientu, Ameryki Łacińskiej czy Chin. Jasne jest, że to Zachód stanowi nasz punkt odniesienia. Warto jednak zauważyć, że w dotychczasowych debatach Europa Zachodnia przedstawiana jest zawsze jako swego rodzaju monolit. Jedni po prostu twierdzą, że we wszystkim powinniśmy Zachód naśladować, a inni uważają, że jest to siedlisko wszelkiego zła i „cywilizacji śmierci”. Oba obrazy są oczywiście dalekie od prawdy. Brak jakiegokolwiek zniuansowania zakłamuje również to, jak postrzegamy samych siebie. Jeśli porównujemy się do fałszywego obrazu, to automatycznie nasz własny obraz zostaje wypaczony. Gdybyśmy potrafili zobaczyć Zachód w sposób bardziej zbliżony do prawdy – razem z jego słabościami i zaletami, to myślenie o polskości nie byłoby ani przeżyciem traumatycznym, ani nadto ekstatycznym. Skupilibyśmy się raczej na zwykłych, codziennych cechach, które sprawiają, że różnimy się od Niemców, Francuzów czy Hiszpanów. Inaczej się odżywiamy, inaczej traktujemy gości, odnosimy się do siebie w inny sposób. Polskość nie musi być niczym dramatycznym. Zamiast szukać jednej wielkiej różnicy (np. Polacy żywią gorący popęd do śmierci, a na Zachodzie ludzie kultywują życie), lepiej i zdrowiej jest poszukać wielu małych różnic, które sprawiają, że nasz naród jest różny od narodów położonych na zachód od Odry.

W ten sposób wytworzona zostałaby polskość codzienna, która nie kazałaby nam dokonywać patetycznych deklaracji. Zresztą proces ów już się rozpoczął. Polacy po wstąpieniu do UE, dzięki ułatwieniom w przekraczaniu granic, mogli bez nabożnego lęku obserwować, jak naprawdę wygląda Zachód. Dość łatwo można było zobaczyć, że ten ideał wcale taki idealny nie jest. Powstała więc odrobinę dziwna sytuacja, w której obraz „innego” się rozsypał. Problemem jednak pozostaje to, że ciągle przyzwyczajeni jesteśmy do mówienia o polskości w kategoriach zbyt dramatycznych, aby przekuć owe spostrzeżenia na zmianę tego, jak postrzegamy siebie samych.

Oczyszczenie debat o polskości z momentów wskazujących na nieprzekraczalny rozdźwięk między nami a Zachodem pozbawiłoby głównego paliwa obie strony naszego sporu. Nasza tożsamość stałaby się czymś normalnym, niekłopotliwym, czymś, z czym nie trzeba się zmagać. Byłby to postęp w stosunku do tego, z czym spotykamy się obecnie, gdzie polskość jest jakimś metafizycznym piętnem, z którym można się albo pogodzić, albo je brutalnie odrzucić. Nie to powinno być jednak naszym punktem dojścia. Potrzebujemy polskości, która będzie przez nas aktywnie kształtowana. Potrzebujemy polskości, która jest marzeniem o lepszej przyszłości. Marzenia realizuje się poprzez ciężką pracę, jak jednak zmusić się do ciężkiej pracy, gdy nie mamy marzeń?

Walt Whitman we wstępie do „Źdźbeł trawy” stwierdził, że same Stany Zjednoczone są największym poematem. Wychwalał Amerykę jako krainę wolności, równości, obywatelskiej miłości. Czy wierzył w swoje słowa? Czy nie widział ogromu niesprawiedliwości, cierpienia i zwykłej biedy? Oczywiście, że widział. Trzeba by więc uznać, że jego pieśni o Stanach Zjednoczonych były raczej śpiewem o tym, czym Ameryka może i powinna się stać. Były to pieśni przyszłości, które wyznaczały zadanie obecnym i przyszłym pokoleniom. Takiej formy tożsamości potrzebujemy również i my. Polskość nie musi być jedynie patrzeniem w przeszłość. Polskość może być również tym, co kryje przed nami przyszłość.

Walka trwa. I ma sens

„Walka trwa!” – głosi hasło promujące IX edycję Festiwalu Obywatela, który odbył się w Łodzi w dniach 18-20 października. To dobry komentarz do sytuacji, w jakiej funkcjonują dziś przedstawiciele bardzo różnych prospołecznych sił w Polsce. Podziw budzi fakt, że działając zazwyczaj w trudnym – obojętnym czy wręcz wrogim – otoczeniu społecznym, kulturowym i politycznym znajdują siły, narzędzia i motywację do  aktywności. I przy swej różnorodności, która stanowi normalny element „żywiołu społecznego” nawet w ułomnych, ale demokratycznych ramach ustrojowych, potrafią korzystać z szans, jakie daje współpraca.

Pozwolę sobie najpierw na przedstawienie subiektywnie widzianego „festiwalowego krajobrazu”, by później przejść do bardziej publicystycznego szkicu. Festiwal Obywatela z roku na rok przyciąga coraz liczniejszych i bardziej zróżnicowanych gości. Strzałem w dziesiątkę okazał się pomysł, by z jednej strony zaprosić „anonimowych bohaterów” Polski prospołecznej, często lokalnej, a z drugiej – osoby szerzej znane z działalności politycznej, naukowej czy publicystycznej. To przełamało pewną barierę; o ile jeszcze w ubiegłym roku znaczna część goszczących na imprezie aktywistów była jedynie odbiorcami przekazywanych treści, o tyle teraz wielu z nich miało także możliwość współtworzyć program wydarzenia.

Warto przypomnieć, kim byli nasi goście, na co dzień działający w swoich lokalnych wspólnotach, środowiskach pracy,  grupach (społecznego) interesu. Festiwal otworzyło naprawdę poruszające spotkanie z opiekunami osób niesamodzielnych, Elżbietą Karasińską ze Stowarzyszenia „Mam Przyszłość” i Marzeną Kaczmarek z ruchu Wykluczonych Opiekunów Dorosłych Osób Niepełnosprawnych. To wydarzenie bardzo boleśnie otwierało oczy na jawną niesprawiedliwość naszego państwa wobec najsłabszych, kompletną arogancję władzy wobec ich – skromnych przecież – potrzeb. Pokazywało również heroiczny wymiar osobistego życia ludzi opiekujących się latami niepełnosprawnymi dziećmi bądź schorowanymi, starszymi rodzicami, mierząc się równocześnie i z prywatnymi problemami, i z kłodami rzucanymi pod nogi przez instytucje publiczne.

Z pewnością jednymi z najbardziej wyrazistych gości Festiwalu byli działacze związków zawodowych: Jarosław Przęczek (Związek Zawodowy Meblarzy RP), Piotr Kret (Porozumienie Pracownicze), Michał Kukuła (NSZZ „Solidarność”) oraz Adam Olejnik (Międzyzakładowy Związek Zawodowy „Odkrywka”). Mówili nie tylko o swoich doświadczeniach związanych z obroną interesów pracowniczych w zakładach pracy, sądach i wobec decydentów. Wnieśli także wiele życia w imprezowo-towarzyskie rozmowy, pokazując przy tym znaczną wrażliwość na inne poza związkowymi tematy i sprawy, żywo dyskutując i deklarując (dalszą) współpracę nie tylko ze środowiskiem „Nowego Obywatela”, ale również przedstawicielami innych zaproszonych do Łodzi ruchów społecznych. Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o reprezentantce środowiska pielęgniarek, a równocześnie działaczce Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, Małgorzacie Aulejtner, która z ogromną troską i pasją przedstawiła coraz trudniejszą sytuację „białego personelu” w czasie dyskusji ekspercko-społecznej z udziałem dr. Marka Balickiego. Z kolei lokalne komitety protestacyjne przeciwko szkodliwym inwestycjom reprezentowały na tegorocznym Festiwalu Obywatela trzy panie: Katarzyna Fereniec-Obszańska ze Stowarzyszenia Ochrony i Rozwoju Ziemi Nieborowskiej, Anna Ludwin-Właszczuk ze Stowarzyszenia „Aktywni dla Regionu” oraz Beata Ularowska z Międzygminnego Społecznego Komitetu Ochrony Środowiska”.

Festiwalowa różnorodność dała się zauważyć także w kuluarach, w czasie wieczornych imprez czy wreszcie w trakcie sobotniej wycieczki integracyjnej po Łodzi, którą poprowadził dr Maciej Kronenberg. Spotkali się i rozmawiali ze sobą ludzie różnych środowisk ideowych i politycznych. Wypada zacząć od dwójki najbardziej zasłużonych: jak niemal co roku byli z nami Joanna i Andrzej Gwiazdowie. Była także Jadwiga Chmielowska, niegdyś solidarnościowa działaczka opozycyjna, dziś skarbnik Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W debatach poświęconych sprawom związków zawodowych uczestniczył nasz zeszłoroczny prelegent, Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”. Był z nami Adam Ostolski, szef polskich Zielonych. Był Tomasz Jankowski, rzecznik prasowy Samoobrony, oraz Maciej Łapski i Ewa Zdunek, animujący rodzący się ruch Polska Społeczna. Gościliśmy także przedstawicieli Polskiej Partii Socjalistycznej, na czele z Ewą Miszczuk z Wrocławia. Przyjechał również Cezary Miżejewski, jeden z liderów nieemigracyjnej PPS u progu transformacji ustrojowej, a dzisiaj działacz spółdzielczy.

Byli także publicyści internetowego pisma Nowe Peryferie, m.in. Aleksandra Bilewicz i Marceli Sommer, oraz trzyosobowa reprezentacja periodyku lewicy chrześcijańskiej, magazynu „Kontakt”, na czele z Mateuszem Luftem. Byli także z nami Barbara Bielawska z Partii Kobiet czy Rafał Bakalarczyk, ściśle współpracujący z opiekunami osób niepełnosprawnych felietonista „Nowego Obywatela”. Był Bartłomiej Kozek, publicysta „Zielonych Wiadomości”, jak również Bartosz Pilitowski, który zaprezentował kampanię na rzecz patriotyzmu konsumenckiego „Polski Ślad”.

Jako trzecią grupę gości należy wymienić osoby, które zaprosiliśmy do debat o bardziej eksperckim charakterze. Tutaj znaleźli się po pierwsze specjaliści od spraw związków zawodowych i zagadnień świata pracy, czyli dr Jan Czarzasty i dr Daniel Kiewra. Wprowadzenie do debaty społecznej/społecznikowskiej na temat problemów z tzw. koleją dużych prędkości wygłosił Karol Trammer, szef magazynu branżowego „Z Biegiem Szyn”. Dr hab. Rafał Chwedoruk oraz związani z naszą redakcją dr Jarosław Tomasiewicz i Jarosław Górski wzięli udział w debacie „Kiedy Polacy wyjdą na ulice? Warunki niezbędne dla zaistnienia skutecznego ruchu protestu”.

Na marginesie: tegoroczny Festiwal uświetnił koncert zespołu Hańba. Publiczność bawiła się naprawdę świetnie przy folkowo-punkrockowej muzyce i wyśpiewywanych do jej rytmu tekstach, wśród których nie zabrakło poezji Juliana Tuwima czy Władysława Broniewskiego. Mam nadzieję, że o tej kapeli będzie coraz głośniej, a „Nowy Obywatel” okaże się środowiskiem trendsetterskim nie tylko na gruncie tematyki społecznej.

IX Festiwal Obywatela stanowi zdecydowany dowód na to, jak mało wiemy o sobie nawzajem, jako społeczeństwo. To świat (medialnie) nieopisany, a przynajmniej nie w sposób, który dawałby rzetelną wiedzę o tym fragmencie rzeczywistości. To też utrudnia zrozumienie, co pozwala zwyciężać, a co przyczynia się do porażek w bardzo konkretnych i odmiennych warunkach, w jakich działają małe stowarzyszenia rodziców, bardzo różne od siebie organizacje związkowe, mniejsze partie polityczne czy środowiska „etosowych inteligentów”, na gruncie których być może kiedyś powstaną think tanki inne od tych uzależnionych od wielkiego kapitału i podporządkowanych dogmatom współczesnego kapitalizmu.

Zróżnicowana formuła ostatniego Festiwalu pozwoliła zidentyfikować zarówno środowiskowe uwarunkowania funkcjonowania wielu grup działających na rzecz sprawiedliwości społecznej, jak i wspólny dla nich kontekst systemowy, związany z praktyką polityczną, tendencjami gospodarczymi oraz cywilizacyjnymi i wynikającymi z nich „trendami myślowymi” itd. Na omawianych przykładach było dobrze widać, jak jałowy jest zdarzający się czasem spór: działać czy myśleć (pisać/mówić)? Te dwa fundamentalne – w wymiarze indywidualnym i społecznym – elementy muszą wzajemnie na siebie oddziaływać w ramach dynamicznej pracy „w czynie i myśli”.

Kilka festiwalowych debat pokazało, że o ile całokształt warunków, w jakich przychodzi działać środowiskom prospołecznym, można nazwać trudnym, o tyle wachlarz (nie)możliwości rozkłada się bardzo szeroko. Spośród wszystkich zaproszonych środowisk to opiekunowie osób niesamodzielnych są grupą najbardziej zmarginalizowaną, wypychaną poza margines jakichkolwiek dyskusji i lekceważoną przez reprezentantów państwa. Ich specyficzne osamotnienie, zależność od urzędniczej i politycznej łaski czy fakt, że jako część elektoratu nie stanowią żadnej grupy nacisku zdecydowanie nie poprawiają ich położenia. Tutaj samopomoc i samoorganizacja stanowią o „być albo nie być” lokalnych grup, próbujących wspólnie przebić się ze swoimi postulatami do mediów i rządzących. Walka czysto lokalna byłaby tu skazana na niepowodzenie, jako niewidzialna dla posłów i ministrów stanowiących i realizujących prawa.

Zupełnie inne problemy mają organizacje takie jak „Rodzice dla Szczecina” (na Festiwalu stowarzyszenie to reprezentowali Dorota Korczyńska i Radosław Majcher). Na ich przykładzie dobrze widać, jak zorganizowana grupa ludzi dysponujących pewnym kapitałem kulturowym (który pewnie pokrywa się z przynajmniej przeciętnym statusem materialnym) jest w stanie wpływać na politykę samorządu lokalnego, np. w sferze edukacji. A jednak nawet oni przyznają, że działalność, którą prowadzą, przypomina bardziej „gaszenie pożarów”, czyli jest formą reakcji na lokalne i systemowe czynniki wymuszające opór społeczny. Zarówno w przypadku stowarzyszeń oświatowych, jak i w sytuacji grup sprzeciwiających się budowie kolei dużych prędkości w swojej okolicy, aktywność obywatelska jest reakcją na doznawane zło. W tym sensie można przyznać rację „ojcom założycielom” klasycznego liberalizmu: wspólne dobro, ale także walka różnych grup interesu, rodzi się wówczas, gdy „suma egoizmów” łączy ludzi w ruchy (lokalnego) sprzeciwu.

Gdzieś na przecięciu „świata lokalnego” i „struktur makro” umiejscowione są terenowe i zakładowe struktury związków zawodowych, a także poszczególne grupy pracowników bardziej wrażliwych na politykę (a)społeczną państwa, jak pielęgniarki. Tutaj częściej istnieje możliwość uzyskania wsparcia, ze strony branżowych instytucji czy wymiaru sprawiedliwości; większe są także możliwości skutecznego wywierania presji za pośrednictwem ogólnokrajowych mediów głównego nurtu, dzięki wyrazistszej w nich obecności. Nie zawsze to działa, ale stwarza aktywności publicznej dodatkowe perspektywy, tym bardziej że nieco liczniejsze grupy zawodowe oraz struktury związkowe wciąż stanowią dla klasy politycznej punkt odniesienia, nawet jeśli ma to charakter koniunkturalny.

Nie da się ukryć, że mniejsze, pozaparlamentarne ugrupowania o różnych odcieniach lewicowości będą zainteresowane bliższym poznaniem środowisk związkowych/pracowniczych i uzyskaniem ich sympatii, szczególnie teraz, po Ogólnopolskich Dniach Protestu. Wielką niewiadomą stanowi jednak to – a przynajmniej trudno było wysnuć jednoznaczne wnioski z festiwalowej debaty eksperckiej – czy same związki są zdolne zarówno do długofalowej współpracy, jak i do rozbudowy zaplecza intelektualnego i medialnego. Tu zresztą warto zauważyć, że dyskusja o służbie zdrowia w pełni potwierdziła podejrzenia, że również w obrębie instytucji publicznych nie prowadzi się żadnej przemyślanej polityki społecznej – chyba że uznać za nią politykę dewastacji państwa przez klasę rządzącą.

W ubiegłym roku po Festiwalu zwracałem uwagę przede wszystkim na jego obywatelski charakter. Tym razem położyłem nacisk na kwestię powiązań między systemowymi a lokalnymi uwarunkowaniami działalności na rzecz bardziej egalitarnego, sprawiedliwego i przyjaznego ludziom społeczeństwa i państwa. Jednak w znacznej mierze tegoroczna myśl przewodnia nawiązuje do ubiegłorocznej, gdy hasłem wywoławczym było „Odzyskajmy demokrację!”. Bo przecież trwa także walka o kształt polskiej demokracji. Nie jako pustego słowa, z którego szydzą zarówno oligarchowie, jak i co bardziej autorytarni prawicowcy. Trwa walka o demokrację, w której będzie liczył się człowiek, jego wspólnota, a także jego sumienie i jego prawo do wolności od wszechwładzy polityków i pieniądza. I nawet jeśli jest to batalia, w której „cel jest niczym, ruch wszystkim”, także ma ona sens. Na Festiwalu Obywatela widziałem ludzi, którzy w to wierzą i dlatego uczestniczą w obywatelskiej „wojnie partyzanckiej”, toczonej zarówno w obrębie systemu III RP, jak i poza nim.

Mam wybór

Mam wybór

Nie wszyscy pilnie czytają magazyny i biuletyny historyczne. Ja też tylko je przeglądam, ponieważ dzieje „okrągłego stołu” są z przyczyn politycznych starannie omijane przez wszystkich historyków. Dlatego pozwolę sobie zwrócić uwagę na sensacyjny artykuł z miesięcznika „W Sieci Historii”.

Po przegranej przez Polskę II wojnie światowej polscy lotnicy, bohaterowie bitwy o Anglię, byli bezdomni i zostali skutecznie usunięci z kart historii. Archiwalia dotyczące polskich pilotów utajnili Anglicy, ale dzięki Pakistańczykom pamięć o bohaterach nie zaginie. Islamska Republika Pakistanu po uzyskaniu niepodległości miała jednego pilota, dwóch oficerów i 20 żołnierzy. Twórca państwa ściągnął z Londynu grupę polskich pilotów, którzy wyszkolili kadrę i zorganizowali lotnictwo. Były wśród nich kobiety, między innymi Zofia, żona marszałka Pakistanu Władysława Turowicza. Teraz kobiety z Pakistanu pilotujące samoloty bojowe mają w NATO opinię najbardziej brawurowych. Na trop tej fascynującej historii wpadła polska himalaistka Anna Pietraszek. Pierwszy wywiad z Zofią Turowicz nagrała w 2004 r. Pani Anna po 30 latach badań zrealizowała godzinny film dokumentalny dla TVP, który wywołał poruszenie w Pakistanie. Niestety TVP nie zgodziła się na jego emisję w Polsce.

Już pisałam, że cała walka o prawa kobiet wydaje mi się bezsensowna. Kobiety traktowane są jak kulawe kaczuszki, którym trzeba przyprawić prawną protezkę, aby mogły człapać. A co z tymi, które chcą fruwać? Może wypadałoby przynajmniej je pokazać, zamiast powtarzać w kółko: „chcę mieć wybór” – czyli nieograniczone prawo do aborcji, do małżeństwa z koleżanką i adoptowania dzieci, do sprowadzania narkotyków dla pieska i tzw. sponsoringu. O propagandzie drugiej, prawicowej strony, tym razem nie napiszę. Nadstawianie dwóch policzków w jednym felietonie byłoby przesadą.

Napiszę o wykluczonych, o których nie ma kto się upomnieć. Proszę uprzejmie czytelników, aby w najbliższych wyborach do parlamentu oddali głosy przynajmniej na kilka osób reprezentujących blokersów oraz miejscowości, gdzie nie ma komunikacji publicznej, chodników, przejść dla pieszych, a nawet poboczy. Byłoby też wskazane, aby znalazł się choć jeden poseł nie posiadający samochodu.

Blokersi i piesi traktowani są jak gatunki wymarłe, ponieważ w środowiskach „ludzi na poziomie” nie występują. Uchwalając ustawę śmieciową, posłowie mieli przed oczyma domek, a przed nim kubły. Nie widzieli wysokich bloków, gdzie są zsypy na śmieci z jedną rurą. Małe dobre szkoły zamierają, jeśli położone są przy szosie bez chodników i poboczy. Rodzice tych szkół wybrać nie mogą. Wybudowanie chodnika niewiele pomaga, ponieważ natychmiast wprowadzają się tam rowery i parkują samochody.

Wskazana byłaby też reprezentacja e-wykluczonych. Znam wsie w Małopolsce i na Podkarpaciu, gdzie zasięgu Internetu bezprzewodowego i komórki trzeba szukać na górce, na studni, za stodołą, albo wędrować kilometrami. Do tej pory myślałam, że białe plamy na mapie wszelkiej komunikacji obejmują Bieszczady i wyludniony Beskid Niski. Okazuje się, że dotyczy to także Gorców. W bardzo długiej dolinie Ochotnicy drogą przez Przełęcz Knurowską nie jeżdżą żadne autobusy. Są jeszcze przystanki, ale prywatna firma z Nowego Targu zbankrutowała.

Uzależnieni od samochodu, Internetu i komórki nie mają świadomości, że ich wolność (jak powiedział Hegel, a za nim towarzysz Lenin) polega na zrozumieniu konieczności. Nie dostrzegają, że już od dawna funkcjonują według schematu, którego nie wybierali. Wielodniowe wędrówki przez góry są już niemodne i utrudnione. Szlaki turystyczne dla pieszych zanikają w terenie, nie ma pieniędzy na ich odnawianie. Nawet na czerwonym, głównym szlaku beskidzkim znaki są zatarte i nie ma żadnych drogowskazów. W ich miejsce pojawiło się wiele informacji o ścieżkach edukacyjnych i nowych szlakach dla koni, rowerów lub amatorów oscypków.

Turyści przyjeżdżają własnym samochodem, wchodzą do schroniska, wypijają piwo reklamowane jako napój chłodzący i schodzą tą samą drogą. Kto chciałby ambitnie zejść innym szlakiem, nie ma autobusu, którym mógłby wrócić do samochodu. Przy tym modelu uprawiania turystyki i wypoczynku wspaniałe pałace wybudowane dla gości przy szosie w Ochotnicy stoją puste. Spacery po szosie są niebezpieczne. Spacery po polach i łąkach są naruszeniem prawa, ponieważ to tereny prywatne. Jedyne prawo obywatelskie, które przyswoili sobie mieszkańcy III RP, to prawo własności. „Na terenie mojej posiadłości mogę robić, co mi się podoba”. W II RP szlaki turystyczne były chronione prawem. W PRL to prawo przetrwało. Teraz zmienia się bieg szlaków, ponieważ jakiś oligarcha kupił górę, dolinę albo jezioro. Jedyną przestrzenią otwartą dla wędrowca są lasy państwowe.

Uniwersalnym lekarstwem na likwidację całej infrastruktury niezbędnej do życia (sklepy, szkoły, urzędy, poczta, nawet komisariaty) ma być według decydentów Internet. Proszę zatem uprzejmie wyborców o głosowanie na ludzi, którzy czytają książki i nie siedzą bez przerwy w Internecie. Może oni zauważą, że ktoś, kto nie ma komputera, e-konta i drukarki, albo brak mu umiejętności posługiwania się tymi narzędziami, też jest obywatelem Polski i nie powinien być dyskryminowany. Trzeba zapewnić mu jakieś możliwości kupienia biletu, kontaktu z urzędem, lekarzem, szkołą.

Wszystkie poradniki dla starszych ludzi, którzy chcą nauczyć się korzystania z komputera, kończy rada „zapytaj wnuczka”. Zazwyczaj e-wnuczek utożsamia komputer z Internetem, więc nauczy babcię ćwierkać na Twitterze lub oglądać filmiki na YouTube. Obserwowałam zdumiewające efekty walki z e-wykluczeniem. Gmina rozdaje komputery biednym objętym opieką społeczną. Babcia szpieguje na Facebooku młodsze pokolenie. Dżentelmen zainteresowany głównie piciem wódki teraz z powodzeniem surfuje po portalach randkowych w poszukiwaniu kobiety, która utrzyma go i posprząta zagnojone obejście.

Obserwowanie życia na prowincji pozwala oderwać się od schizofrenicznego świata mediów i wrócić do rzeczywistości.

Ja mam dwie ręce i nimi kręcę, a ty masz gały, żeby patrzały

Ja mam dwie ręce i nimi kręcę, a ty masz gały, żeby patrzały

Niedawno odnowiłem umowę z operatorem telefonu komórkowego. Z żadną tam firmą-krzak, lecz należącą do wielkiej międzynarodowej korporacji, notowanej na giełdach całego świata. Ponieważ ostatnio dużo rozmawiam, z pomocą miłego i pomocnego konsultanta telefonicznego wybrałem zupełnie inne warunki niż do tej pory; miałem płacić nieco więcej, ale już nie martwić się, że przekroczę limity przydzielonych minut i każda dodatkowa będzie mnie słono kosztować. Pan konsultant polecił mi nowoczesny aparat i poradził, że jeśli będę chciał czasem skorzystać także ze starego, dobrze by było, gdybym kupił za jedyne 10 zł adapter karty SIM, bo nowa karta nie pasuje do starszych urządzeń. Dogadaliśmy się, podpisaliśmy umowę, a ponieważ akurat nie było w magazynie ani takiego aparatu, jaki sobie wybrałem, ani adaptera, przyniósł je kilka dni później kurier.

Po miesiącu dostałem rachunek do zapłacenia. Był on o kilkadziesiąt złotych wyższy, niż się spodziewałem. Ale pamiętałem, jak konsultant mówił, że do pierwszego rachunku zostaną dołączone wszelkie dotychczasowe zaległości, a poza tym nie miałem akurat czasu i głowy, żeby to wszystko sprawdzać, więc pocieszyłem się myślą, że właśnie pozbyłem się jakichś zadawnionych zobowiązań i od tej pory wszystko będzie, jak planowałem. Niestety, po miesiącu rachunek przyszedł znów o kilkadziesiąt złotych wyższy, niż oczekiwałem. O dziesięć złotych niższy co prawda, niż poprzedni, ale nie taki, na jaki się umawiałem. Zadzwoniłem na infolinię. I tam okazało się, że wszystko jest jak najbardziej w porządku. W tym miesiącu nie przekroczyłem limitu i zapłaciłem tyle, ile miałem zapłacić, miesiąc temu zapłaciłem dokładnie tyle samo, i jeszcze dziesięć złotych za adapter karty SIM.

No, tu już mną trochę zatrzęsło. Wziąłem do ręki umowę i przeczytałem tym razem konsultantce, miałem to czarno na białym, że przecież umawiałem się na niższą kwotę. Ale miła pani po drugiej stronie słuchawki poinformowała, że mój troskliwy operator zaopatrzył mnie nie tylko w te usługi, które były zapisane w umowie, ale także w kilka innych niezbędnych udoskonaleń, takich jak puszczanie osobom chcącym się ze mną połączyć muzyczki do słuchania czy esemesy z jakimiś ważnymi informacjami biznesowymi, pogodowymi i innymi (przychodziły, ale brałem je za uporczywy spam i od razu kasowałem). Poza tym okazało się, że połączenie internetowe po wyczerpaniu niewielkiego limitu darmowych megabajtów nie zwalnia prędkości, jak zapewniał mnie pan konsultant, ale zamienia się w drogi płatny pakiet. A że nowoczesne telefony łączą się z Internetem stale…

Długo trwało odkręcanie radosnej twórczości poprzedniego konsultanta i rezygnowanie z tych wszystkich dodatków. Oczywiście pieniędzy za dwa miesiące niekorzystania z niezamówionych usług nie dało się już odzyskać. Na koniec wygłupiłem się upierając, że żadnego adaptera karty SIM nie dostałem. Bo rzeczywiście, w przesyłce nie było zupełnie nic, co wyglądałoby na urządzenie o wartości 10 zł. Dopiero konsultantka uświadomiła mi, że ów tajemniczy adapter to kawalątek plastiku o wielkości może centymetr na półtora i wadze może ćwierć grama. Kosztuje to w budkach z telefonicznymi gadżetami kilkadziesiąt groszy, co i tak jest ceną sporo przesadzoną.

***

No i tak sobie siedzę wściekły. Bo przecież dałem się podejść jak dziecko, okazałem się frajerem, którego można strzelić na jakąś stówę, można wepchnąć mu za dziesięć złotych coś, co warte jest może z grosz, a za kolejne złotówki coś, co nie jest warte splunięcia (ta muzyczka chociażby czy esemesy z ogólnodostępnymi informacjami). I oczywiście zaczynam obwiniać siebie: że nie znam się na sprzęcie, że nie czytam dokładnie umów, które podpisuję, a jeszcze dokładniej tego, co w nich małym druczkiem. Że wykazuję się brakiem czujności, naiwnością, ufnością, mimo że przecież wiem doskonale, że kapitalizm to nic miłego, a przedsiębiorstwa są w nim po to, żeby generować zysk, a nie po to, żeby zaspokajać moje potrzeby. Przypominam sobie podobne przygody. Jak kiedyś za namową osoby zwanej doradcą bankowym skusiłem się na kredyt odnawialny o w miarę przyzwoitych odsetkach, które (co było napisane w umowie maleńkim druczkiem i w zadziwiającym miejscu) po kilku dniach stawały się lichwiarskie. Jak kupiłem komputer, który okazał się mieć zupełnie inne (oczywiście gorsze) parametry, niż twierdził sprzedawca i kartka informacyjna w renomowanym sklepie. Jak dałem się nabrać kilku pracodawcom, którzy potrzebowali mojej pracy natychmiast, mówili że nie ma czasu na sporządzanie umowy, no ale przecież polecił mnie wspólny znajomy… Jak dałem się oszukać innym pracodawcom, którzy obiecywali kwotę netto, a płacili brutto…

I jeszcze przypominam sobie przygody moich znajomych. Jeden, jak i ja prekariusz, dla fasonu nazywający się freelancerem, postanowił oszczędzać na starość i założył w banku dobrze oprocentowaną lokatę, która – znów maleńkim druczkiem – okazała się spekulacyjnym funduszem obłożonym zabójczymi prowizjami, które przez kilka lat zjadły trzy czwarte kwoty („Masz to jak w banku” – mówiło się kiedyś. Boże, kiedy to było?). Inny, wśród uśmiechów, z kawką i ciasteczkami, podpisał umowę na korzystny kredyt, który po doliczeniu wszystkich prowizji, ubezpieczeń i ubezpieczeń ubezpieczeń, okazał się zabójczy. Inni, wielu takich młodych, którzy uwierzyli stażodawcom, że jeśli zostaną na kolejne bezpłatne trzy miesiące, to później już na pewno otrzymają płatną umowę. Inni – starsi państwo – kupili grzejnik antyreumatyczny opracowany w kosmicznych laboratoriach NASA, a później zobaczyli taki sam w sklepie, dwudziestokrotnie tańszy.

A potem pokrzepiam się przypomnieniem sobie, że przecież już nie za każdym razem daję się nabrać, sfrajerzyć, zrobić w wała, w bambuko, że użyję tu tylko cenzuralnych określeń. Że już na wszelki wypadek nie daję sobie wcisnąć żadnych bankowych udogodnień i odrzucam wszelkie propozycje spotkań z doradcami, że czytam uważnie umowy (teraz zagapiłem się, wstyd mi), że wiem, że trzeba wszystko mieć na piśmie. Że aby nie czuć się jak ostatni frajer, na wszelki wypadek traktuję doradców, sprzedawców, konsultantów – a zwłaszcza ich przełożonych, wymyślających te wszystkie marketingowe sztuczki i cisnących podwładnych, aby za wszelką cenę wciskali ludziom różne niepotrzebne rzeczy, wyciskając w zamian ich pieniądze i ufność – z góry jak oszustów. Oczywiście takich oszustów, którzy w razie czego są kryci, mogą przecież pokazać umowę z trzydziestym siódmym punktem zapisanym maczkiem i powiedzieć: trzeba było czytać uważnie, trzeba było nie dać się zbajerować miłemu konsultantowi, trzeba było pilnować swoich interesów, trzeba było się znać na parametrach urządzeń, paragrafach prawa, stopach i procencie składanym, trzeba było wiedzieć, co to jest adapter karty SIM – frajerze! Jak ci artyści marketingu stojący niegdyś na Bazarze Różyckiego z trzema kartami i pokrzykujący: „Ja mam dwie ręce i nimi kręcę, a ty masz gały, żeby patrzały!”.

No ale potem myślę o kontaktach z potencjalnymi nowymi pracodawcami, którym nie mogę przecież z góry okazywać nieufności, żądać natychmiast precyzyjnych umów i zabezpieczać się na wszystkie strony, bo przecież w ten sposób przekreślałbym swoją szansę na pracę i zarobek. Więc także dla ratowania własnego samopoczucia zgadzam się na rozpoczęcie pracy przed podpisaniem umowy, ale tak na wszelki wypadek przygotowuję się gdzieś tam w głowie do tego, żeby w razie czego nie wyjść, przed sobą samym, na ostatniego frajera, móc powiedzieć sobie: wiedziałem, że to oszust, przejrzałem jego intencje i sztuczki, no ale co miałem robić? Oczywiście, lepiej później musieć przyznać, że się niesłusznie źle myślało o człowieku czy firmie, zwłaszcza że przecież myślało się dla siebie, nie zrobiło się im żadnej krzywdy, niż znowu wyjść na frajera i to permanentnego, takiego, co to go już tyle razy ograli w trzy karty, a który wciąż przystępuje do gry i wciąż głupi nie rozumie, że w to nie da się wygrać…

No ale w końcu myślę sobie, że te wszystkie reakcje obronne, nawet słuszne – to ciągłe profilaktyczne uważne czytanie umów, celowo konstruowanych tak, żeby nie dało się ich zrozumieć, to patrzenie na ręce urzędnikom bogatych banków, agentom wielkich firm ubezpieczeniowych, sprzedawcom w sieciach sklepów, odkładanie słuchawki, kiedy tylko zabrzmi w niej głos telemarketera – to są objawy jakiejś potężnej aberracji. Przecież porządny człowiek powinien ufać innym ludziom, niezależnie od tego, jaki zawód wykonują i w jakiej społecznej roli występują. Nie może być tak, że w obronie przed gangsterami zaczyna się patrzeć na świat jak gangster. Przecież tak właśnie być powinno, tak właśnie jest dobrze, kiedy wierzy się człowiekowi, gdy coś mówi. Przecież krzywdzimy wielu porządnych ludzi podejrzeniem, uprzedzeniem, oczekiwaniem od nich najgorszego, tym łapaniem się w ich towarzystwie za portfel; krzywdzimy nawet wtedy, gdy nie wychodzimy z tym na zewnątrz. Przecież te odruchy zaczynają rządzić naszym życiem, odzywają się w relacjach z innymi ludźmi, i to także tymi najbliższymi. W końcu nieufność rozlewa się po duszy czarnym cieniem, pokrywającym całą paletę barw naszych bliźnich.

Przypomina się tu dobrze opisana przez artystów słowa, historyków i socjologów, mentalność pańszczyźnianych i popańszczyźnianych chłopów, których utrwalone doświadczenia kazały im wciąż obawiać się krzywdy i oszustwa. Powodowało to chroniczną nieufność i niechęć do innych, ale także usprawiedliwiało własne nieuczciwości, popełniane nawet nie z chęci zysku, ale z potrzeby złagodzenia poczucia bycia ofiarą wykorzystania. W końcu skoro pan mógł bezkarnie gnać chłopa do roboty, podnosić normy, oszukiwać na obrachunku, a w wolnych chwilach gwałcić żonę i córkę, to kradzież drewna z pańskiego lasu zyskiwała walor terapeutyczny. Dziś, zachowawszy wszelkie proporcje, możemy zaobserwować podobne zjawiska w umysłach ludzi wolnych, choć przecież zależnych od jednostek i instytucji potężniejszych od siebie.

***

System, w którym przyszło nam żyć, a w którym zarabianie pieniędzy jest najwyższą cnotą najsilniejszych, jest trochę jak mityczna wróżka Kirke. Posiadł umiejętność – przynajmniej w pewnym stopniu – zamieniania ludzi w świnie. I naprawdę trzeba być mądrym jak Odyseusz, by obronić się przed takim czarem. Jeśli ktoś zna jakieś kontrzaklęcie, proszę, by mi je zdradził. Ja tymczasem mam tylko taki pomysł, by o tych czarach pamiętać, mówić głośno i także głośno mówić o tym, że dobrze jednak jest być marynarzem, a nie świnią.

I mam ponadto taką refleksję. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu właściciele fabryk na całym świecie, prywatni i państwowi, nie przejmowali się oczyszczaniem spalin ani ścieków. Po prostu zarabiali, brali pieniądze do kieszeni, a odchodami, których w tym procesie nie dało się uniknąć, obdzielali nas wszystkich. Zyski były prywatne lub państwowe, a koszty publiczne. W końcu jednak podtruwani ludzie zaczęli domagać się zakładania filtrów na kominy i upusty, słusznie przecież obawiając się o to, co wspólne i wszystkim nam niezbędne. No i w pewnym przynajmniej stopniu udało się fabrykantów zmusić – bo przecież nie uprosić – do myślenia o czystości powietrza, wody i ziemi. Może warto byłoby teraz pomyśleć o ekologii naszych umysłów i wzajemnych relacji i w końcu zacząć domagać się, aby to właśnie ci, którzy zarabiając niewyobrażalne pieniądze wypuszczają między nas swoje ścieki, masy moralnego brudu, który powstaje w tym procesie, zaczęli ponosić za to odpowiedzialność.

Ile socjaldemokraty w Tusku

Ile socjaldemokraty w Tusku

Przed paroma tygodniami Donald Tusk w rozmowie dla „Polityki” stwierdził, że czuje się trochę socjaldemokratą. Szybko zostało to podchwycone przez media, a także innych polityków PO, którzy wyrazili zaniepokojenie tą deklaracją. Niepotrzebnie, bowiem poglądy premiera, a przede wszystkim działania jego ministrów i kierowanej przez niego partii, mają z socjaldemokracją niewiele wspólnego.

Szef rządu rozwinął wspomnianą myśl w kolejnym wywiadzie: Przeszedłem długą drogę do dojrzałości. Zdążyłem się przekonać, że świat wytwarza całe pokłady ludzkiej krzywdy, a ludzie bez własnej winy nie mają niekiedy szans na przeżycie. Państwo musi takim ludziom pomagać. Co mają począć rodzice dzieci niepełnosprawnych, które wymagają opieki, bo nie widzą, bo zatrzymuje się im oddech, bo są sparaliżowane. Przecież nie mogą iść do pracy, bo są przez 24 godziny przy swoich dzieciach. Co tu pomoże liberalizm w wydaniu szkoły chicagowskiej! Trzeba znaleźć pieniądze, nałożyć na kogoś podatek i płacić tym ludziom, że są ze swoim dzieckiem, że dają dobro większe niż PKB. I tylko w tym sensie człowiek staje się socjaldemokratą, a nie ma to nic wspólnego z ideologią, tylko z wypełnianiem zwyczajnej ludzkiej powinności („Gazeta Wyborcza”, 5 lipca br.). Cieszy, że Donald Tusk coś zrozumiał, przechodząc drogę z pozycji dość egzotycznych i niebezpiecznych do nieco bardziej pragmatycznych. Dobrze, że wie już, iż PKB nie mierzy wszystkiego, a państwo musi interweniować w rozmaite sfery życia zbiorowego, do czego potrzebne są podatki. Nieco dziwi, że tak wytrawny polityk opanowanie wspomnianego elementarza uznaje za przejaw dojrzałości, ale cóż – należy życzyć dalszych, oby jak najszybszych postępów na drodze ku zrozumieniu rzeczywistości społecznej. Póki co, poglądy, a tym bardziej czyny szefa rządu z socjaldemokracją mają jednak niewiele wspólnego. Istotą modelu socjaldemokratycznego nie jest bowiem pomoc państwa w sytuacjach skrajnych, zapewniana obywatelom w każdym cywilizowanym kraju, także realizującym model liberalny czy chadecki. Jest nią systematyczne i kompleksowe asystowanie przez nie ludziom w różnych sytuacjach życiowych oraz systemowe dążenie do poszerzenia sfery bezpieczeństwa socjalnego, zwiększenia poziomu integracji społecznej i minimalizacji nierówności.

Przykład pomocy dla rodziców dzieci niepełnosprawnych brzmi w ustach premiera szczególnie niefortunnie. W czasie niedawnych protestów związkowych w Warszawie wspomniana grupa również wyszła na ulice, by opowiedzieć o tym, jak rząd w białych rękawiczkach dokonuje niemalże cichej eutanazji, zostawiając rodziny dotknięte niepełnosprawnością bez środków do życia. Dobitnym wyrazem braku wrażliwości koalicji rządzącej jest wysokość zasiłku pielęgnacyjnego na leczenie i rehabilitację, która od 8 lat wynosi zaledwie 153 zł miesięcznie. Z kolei świadczenie pielęgnacyjne dla opiekunów całkowicie rezygnujących z pracy zawodowej ze względu na wymagania długoterminowej opieki stanowi równowartość niewiele ponad połowy płacy minimalnej, też przecież niewygórowanej. Więcej o sytuacji wspomnianej grupy można usłyszeć od jej przedstawicielek.

Przy tak prowadzonej polityce nie jest niespodzianką, że 12% rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem żyje na granicy minimum egzystencji, czyli na skraju biologicznego przetrwania. Pytanie, czy coś takiego jest możliwe w kraju rządzonym na socjaldemokratyczną modłę, ma charakter retoryczny.

Piszę ten tekst wracając z kolejnej dyskusji na kanwie książki „Socjaldemokratyczna polityka społeczna”, wydanej właśnie z intencją objaśnienia i doprecyzowania, co składa się na model socjaldemokratyczny, wokół którego narosło wiele nieporozumień. Przyjrzyjmy się pokrótce, jakie są podstawowe elementy tej perspektywy i w jakim stopniu pokrywa się z nimi polityka Donalda Tuska.

1. Progresywny i sprawiedliwy system podatkowy
W modelu socjaldemokratycznym dąży się do tego, by obciążenia podatkowe były uzależnione od możliwości finansowych poszczególnych płatników, przez co rozumie się system progresywny z dość wysokimi stawkami dla najlepiej uposażonych. Tymczasem PO, głosując ongiś ramię w ramię z PiS, jeszcze bardziej spłaszczyła już i tak płaski system podatkowy, likwidując górną stawkę (40%). Propozycje jej przywrócenia nie spotkały się z aprobatą partii rządzącej, wobec czego przepadły. Oprócz tego Platforma zwiększyła VAT, którego obecne stawki są dotkliwie odczuwane zwłaszcza przez gorzej sytuowane gospodarstwa domowe, wydające „na życie” ogromną część swych budżetów.

2. Świadome dążenie do zmniejszenia nierówności
Socjaldemokratyczne państwo aktywnie działa na rzecz minimalizacji rozwarstwienia społecznego. Służy temu odpowiednia polityka fiskalno-transferowa, jak i ta związana z kształtowaniem poziomu płac. Tymczasem za poprzedniej kadencji rządu Donalda Tuska, jak podaje Centrum Analiz Ekonomicznych, na reformach podatków oraz systemu zabezpieczenia społecznego zyskały głównie osoby o wyższych dochodach, stracili natomiast niezamożni. Przed ostatnimi wyborami wspomniany think tank oszacował ponadto, jak na sytuację poszczególnych grup dochodowych przełożyłaby się pełna realizacja programów poszczególnych partii. Ugrupowanie premiera znowu wypadło blado, w kategorii sprzyjania wyłącznie bogatym dając się wyprzedzić jedynie Ruchowi Palikota. I rzeczywiście, w obecnej kadencji nie widać wyraźnych posunięć koalicji rządowej w zakresie niwelowania nierówności, choć dane w tej materii są wręcz alarmujące.

3. Uniwersalny, a nie selektywny dostęp do świadczeń społecznych
W podejściu socjaldemokratycznym promuje się świadczenia skierowane nie tylko do najuboższych, ale obejmujące w różnym stopniu wszystkie grupy społeczne. Istnieją tu zarówno rozbudowane programy adresowane do ogółu obywateli (zwłaszcza w sferze publicznych usług edukacyjnych, zdrowotnych i opiekuńczych), jak i te dedykowane grupom w szczególnej sytuacji, jednak nawet w tym drugim przypadku kryterium dostępu rzadko jest bardzo niski dochód, a często wieloaspektowa diagnoza potrzeb (np. związanych z niepełnosprawnością). Polityka PO stoi w jawnej sprzeczności z tą filozofią. Progi dochodowe uprawniające do świadczeń socjalnych podniesiono nieznacznie i po długim czasie, utrzymano dostępność wielu programów jedynie dla najuboższych, a także postawiono przed najsłabszymi nowe progi – przykładem mogą być kryteria dla otrzymania wsparcia, które musi spełnić opiekun niesamodzielnej osoby dorosłej, rezygnujący z jej powodu z pracy zawodowej. W efekcie „reformy”, z której rząd obecnie próbuje się wycofać, kilkadziesiąt tysięcy ludzi straciło środki do życia, a także przestano za nich opłacać składki zdrowotne i emerytalno-rentowe, pogłębiając ich wielowymiarowe wykluczenie. Jest to całkowite odejście od zasady podążania za potrzebami i rzecz nie do pomyślenia w socjaldemokratycznym państwie, w którym dąży się do tego, by zabezpieczenie społeczne miało możliwie powszechny charakter. Nieco lepiej wyglądają działania rządu na polu poszerzania dostępu do instytucjonalnej opieki nad małymi dziećmi, ale i tu systemowi daleko jeszcze od uniwersalności, zwłaszcza w przypadku żłobków.

4. Uniezależnienie poziomu życia od pozycji na rynku pracy (tzw. dekomodyfikacja)
Socjaldemokracja dąży do tego, by czasowe lub trwałe znalezienie się poza rynkiem pracy nie ograniczało możliwości uczestnictwa w życiu społecznym i zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej, zakłada równoległe prowadzenie działań przywracających ludzi do aktywności zawodowej i pozazawodowej. Polski rząd nie idzie w tym kierunku, czego wyrazem jest jego polityka wobec bezrobocia. Zasiłek dla bezrobotnych jest niski w stosunku do wynagrodzeń w gospodarce narodowej, wypłacany przez krótki okres i warunkowany kryteriami, które bywają trudne do spełnienia (w rezultacie uprawnionych do jego pobierania jest zaledwie kilkanaście procent osób zarejestrowanych w urzędach pracy). W efekcie osoby, które tracą zatrudnienie, szybko popadają w stan ubóstwa i wykluczenia. Jednocześnie mało pieniędzy wydaje się na aktywne polityki rynku pracy, czego przejawem było zamrożenie ogromnych środków zgromadzonych w Funduszu Pracy. Na walkę z bezrobociem przeznacza się w Polsce Tuska najmniejszy odsetek PKB wśród wszystkich krajów Unii (liderem są skandynawskie państwa socjaldemokratyczne). Ponadto, przygotowany przez rząd projekt zmian w ustawie o instytucjach rynku pracy i promocji zatrudnienia przewiduje łatwiejszą niż dotąd drogę do wykreślania długotrwale bezrobotnych z rejestru, a tym samym pozbawiania ich ubezpieczenia zdrowotnego. Znów oddalamy się od socjaldemokratycznego ideału.

5. Równość szans bez względu na płeć
Dążenie do równości płci na rynku pracy, w życiu rodzinnym i systemie zabezpieczenia społecznego to ważny filar socjaldemokratycznej polityki. Jest wiele środków prowadzących do tego celu, ale do najważniejszych należy zaliczyć powszechność dostępu do usług opiekuńczych, pozwalających łączyć opiekę z pełnieniem innych ról, a także odpowiednia konstrukcja instytucji urlopów rodzicielskich, sprzyjająca partnerskiemu zaangażowaniu obojga rodziców. Poczynania rządu na tej osi wyglądają wprawdzie nieco lepiej niż na tych wspomnianych wyżej, jednak jego aktywność nie jest wystarczająco zdecydowana, przez co okazuje się wręcz przeciwskuteczna. Owszem, za rządów Tuska przyjęto ustawę żłobkową oraz zwiększono dostęp do edukacji przedszkolnej, co jest częścią socjaldemokratycznego kanonu. We wszystkich wskaźnikach objęcia najmłodszych instytucjonalną opieką nadal ciągniemy się jednak w europejskim ogonie. Po drugie, zmiany – np. jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi do lat trzech – opierają się bardziej na tworzeniu regulacji sprzyjających prywatnej i samorządowej aktywności na tym polu niż na publicznych gwarancjach równych praw. Rozwój rynkowych usług opiekuńczych może też prowadzić do zróżnicowania jakości i do segregacji dzieci z rodzin o różnym pochodzeniu, podczas gdy ideą przyświecającą socjaldemokratycznej polityce jest integracja osób z różnych warstw i o różnym potencjale. Również zmiany w urlopach rodzicielskich, polegające na ich wydłużeniu przy jednoczesnym zmniejszeniu tzw. stopy zastąpienia, wydają się nieco za słabą zachętą, by także ojcowie angażowali się w opiekę nad potomstwem. Tymczasem, jak wskazuje Instytut Spraw Publicznych, im dłużej matki będą poza rynkiem pracy w porównaniu z mężczyznami, tym bardziej prawdopodobne, że pracodawcy nie będą skłonni zatrudniać kobiet w wieku rozrodczym. W efekcie nierówność płci może wzrosnąć, zamiast zmaleć.

6. Partycypacja i dialog społeczny
Ważnym elementem socjaldemokratycznej polityki społeczno-gospodarczej, a także jej historycznym podłożem było zawsze oparcie jej realizacji na konsultacjach i dialogu społecznym, z dużym udziałem przedstawicielstwa świata pracy. Na tym polu porażka obecnego rządu jest chyba najbardziej ewidentna i można byłoby o niej długo pisać. Za najlepszy komentarz do tego punktu niech posłużą wydarzenia, jakie miały miejsce między 10 a 14 września przed Sejmem, oraz ich szerszy kontekst.

***

Na wszystkich powyższych odcinkach rządy Platformy Obywatelskiej fundamentalnie odbiegają od tego, na czym opiera się socjaldemokratyczna wizja rozwoju społecznego. Pojedyncze kroki w słusznym kierunku, jak w sprawie OFE czy zwiększenia publicznych dotacji na edukację przedszkolną, niewiele tutaj zmieniają. I nie chodzi tu o wierne odzwierciedlenie wspomnianego modelu, który w warunkach ścierania się różnych koncepcji i interesów rzadko jest możliwy do realizacji w czystej postaci. Chodzi raczej o ogólny kierunek polityk publicznych, który zdaje się wciąż mieć w Polsce wektor przeciwny do socjaldemokratycznego.

Fenomen gówno wartych prac

Fenomen gówno wartych prac

Illustracja - John Riordan

Ilustracja John Riordan

W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu. Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.

Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 60. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie. To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 20. XX w. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.

Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.

Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.

To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.

Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.

Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 60. ubiegłego wieku). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.

Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre. Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.

Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.

* * *

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód? I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.

Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie. Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.

Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności. To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.

Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi. Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!

Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa. Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.

David Graeber
tłum. Michał Michalski

Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie STRIKE! (lato 2013). Z pełnymi wydaniami magazynu można się bezpłatnie zapoznać na jego stronie internetowej: http://www.strikemag.org/.