przez Piotr Wójcik | czwartek 13 lutego 2014 | opinie
Oskarżenie o populizm to jedno z cięższych dział wytaczanych i ochoczo używanych przez zwolenników rozwiązań wolnorynkowych. W końcu nikt nie lubi wychodzić na głupka nierozumiejącego mechanizmów rządzących gospodarką i światem, którego słowa mają na celu jedynie cyniczne uzyskanie łatwego poklasku. W ten sposób oskarżenie o populizm jest skutecznym narzędziem zamykającym usta niewygodnych. Narzędziem odwołującym się do najprostszych ludzkich motywacji: po stronie oskarżonego – strachu przed ośmieszeniem, po stronie właściwego odbiorcy przekazu – poczucia intelektualnej wyższości. Tak więc w istocie samo oskarżenie o populizm jest populistyczne.
W kulawej polskiej debacie publicznej, która obok pluralizmu nigdy nawet nie stała, pewnej grupie interesów udało się wytworzyć nad sobą nimb prawdziwych ekspertów. Pracownicy sektora finansowego lub reprezentanci pracodawców stali się w oczach dużej części opinii publicznej bezstronnymi fachowcami od gospodarki. Dobrze ubrani, posługujący się piękną polszczyzną (i nie tylko polszczyzną) oraz zawsze skorzy do ironicznego uśmiechu w reakcji na głupotę prostaczków. Jakimś cudem zapomniano, że są oni przecież jedynie stroną w ekonomicznej debacie, równie uwikłaną w partykularne interesy jak wszystkie pozostałe. Dzięki wsparciu wielu ekonomistów akademickich oraz publicystów głównego nurtu udało im się wytworzyć poczucie, że ideologia neoliberalna nie jest tylko jedną z wielu doktryn ekonomicznych (i to dosyć skrajną). Wręcz przeciwnie, przekonują, że jest ona naukowym konsensusem, obiektywnym wynikiem wielu lat badań. Na tym tle pozostałe strony dyskursu (pracobiorcy, związkowcy, a często także politycy) jawią się jako ignoranci próbujący przepchać swoje niesłuszne żądania. Jako reprezentanci grup interesów, które w najbardziej prymitywny sposób starają się zdobyć poparcie nieuświadomionych i niewykształconych mas. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że polskim związkowcom przydałyby się solidne szkolenia z zakresu kompetencji miękkich. Jednak fakt, że prezentują się gorzej niż ich antagoniści, nie oznacza jeszcze wcale, iż głoszone przez nich tezy zasługują jedynie na drwinę. I nie oznacza, że są populistami.
Tymczasem gdyby się przyjrzeć, nawet pobieżnie, strategii, którą obrały środowiska liberałów gospodarczych, aby uzyskać aprobatę dla swoich racji, należy dojść do wniosku, że jest to strategia stricte populistyczna. W końcu wytworzenie wokół siebie aury fachowości i autorytetu to jeden z najprostszych sposobów pozamerytorycznej perswazji, na który już Schopenhauer zwracał uwagę w swej „Erystyce” (argumentum ad verecundiam). Co więcej, jest to sposób bazujący na bardzo prymitywnych ludzkich motywacjach. Któż nie lubi posłuchać prawdziwego eksperta, a następnie zabłysnąć zasłyszaną mądrością w towarzystwie? Jak prostacko przyjemne jest wykpienie ignoranta, wytykając mu nieznajomość rzeczy. A jak przerażający jest spoglądający w oczy strach zbliżającego się ośmieszenia. Wręcz obezwładniający – jeszcze do niedawna wydające się silnymi, argumenty pod naciskiem kpiącego tonu eksperta nagle zaczynają wydawać się zupełnie bezpodstawnymi. Tak więc lepiej siedzieć cicho – po co się afiszować, skoro można wyjść na idiotę? Bezpieczniej jest przytaknąć i przyswoić. I właśnie na takich podstawowych motywacjach, jak wstyd czy skłonność do pychy, oparli swą strategię przekonywania adepci doktryny wolnorynkowej. Zwyczajni populiści, ubrani w szaty ekspertów, sami jak gdyby nigdy nic szermują oskarżeniami o populizm. Jednak ich populizm nie zasadza się tylko na metodzie perswazji. Dotyka samej istoty ich argumentów.
Jedną z najczęstszych reakcji liberalnych ekonomistów jest oburzenie na wszelkie próby podniesienia jakichkolwiek obciążeń finansowych – podatków lub składek. Zawsze pojawiają się w takich sytuacjach standardowe argumenty: „rząd kładzie łapę na naszych pieniądzach”, „państwo naszym kosztem zasypuje dziurę budżetową” etc. W bardzo sprytny sposób zaciemniono istnienie dość oczywistej relacji między płaconymi przez nas daninami a otrzymywanymi przeróżnymi świadczeniami. I nie mówię tu tylko o świadczeniach, z których ową relację można wyciągnąć wprost – jak chorobowe czy darmowa opieka medyczna – ale chociażby o mniej rzucającym się w oczy (bo spowszedniałym) korzystaniu z dróg krajowych albo dotowanej i dzięki temu tańszej komunikacji publicznej.
Tymczasem w polskim dyskursie składka stała się zupełnie abstrakcyjną i niesprawiedliwą daniną zdzieraną przez państwo z obywateli, a najczęściej z uciemiężonych pracodawców. Nikogo oczywiście nie zainteresuje, że Polska z wpływami podatkowymi (wraz ze składkami na ubezpieczenia społeczne) na poziomie nieco ponad 30% PKB sytuuje się w tym względzie sporo poniżej średniej UE. W końcu każdy podatek, obojętnie jakiej wysokości, to rozbój w biały dzień. W takich warunkach zwiększenie wysokości np. składki zdrowotnej jest w zasadzie niemożliwe i fakt, że z nakładami na służbę zdrowia na poziomie ok. 4,5% PKB znajdujemy się w ogonie Europy, staje się zupełnie nieistotny. Przecież każdy z nas chciałby mieć więcej niż mniej w portfelu i niechętnie patrzy na każde plany zwiększenia obciążeń. Liberalni ekonomiści bardzo sprawnie wykorzystują te motywacje, tworząc w debacie publicznej atmosferę, w której każde podniesienie danin publicznych staje się kradzieżą.
Zdyskredytowano w ten sposób także redystrybucję – jeden z podstawowych sposobów walki z postępującym rozwarstwieniem – która stała się w oczach wielu zakamuflowanym złodziejstwem. Najświeższym przykładem opisywanego populizmu była histeria, jaką próbowały wszcząć środowiska liberalne na wieść o oskładkowaniu umów cywilno-prawnych. Drugorzędne było, że osoby zatrudnione na takich umowach to zaledwie ułamek ogółu pracowników (wg różnych szacunków od kilkuset tysięcy do miliona osób przy ok. 16 milionach wszystkich pracowników), a duża część tych umów już jest oskładkowana, tak więc planowane zmiany mają w istocie marginalny charakter. Tutaj do rozpoczęcia zwyczajowego koncertu wystarczyło samo pojawienie się słowa „oskładkowanie”.
Sztandarowym chłopcem do bicia w liberalnym przekazie stało się państwo. Po wielu latach doświadczeń z okresu PRL u dużej części naszego społeczeństwa wykształciło się podskórne przekonanie, że jest ono narzuconym z zewnątrz nieprzyjaznym tworem, z którym trzeba się na co dzień użerać. Wystarczyło jeszcze tylko ekstrapolować przeżycia wielu Polaków w związku z nieefektywną państwową gospodarką PRL-u na czasy współczesne i oznajmić wszem i wobec, że państwowe gospodarowanie jest nieefektywne z samej zasady. W ten sposób środowiska liberalne wytworzyły odwróconego homo sovieticusa – osobnika, który podejrzliwie patrzy na państwo i wszystko co publiczne, traktując je jak obce ciało pasożytujące na jednostkach łaknących wolności. Neoliberalny odwrócony homo sovieticus jest równie skrzywiony przez oddziaływanie PRL-u jak homo sovieticus właściwy, tylko że w drugą stronę. Zamiast instynktownie szukać całkowitego podporządkowania się władzy, zawsze i wszędzie węszy ciemiężyciela, którym jest państwo.
Po „zaprojektowaniu” w ten sposób mentalności sporej części Polaków stosowanie populizmu stało się banalne. Wystarczyło tylko przy każdej okazji dyskredytować sektor państwowy i tworzyć na jego temat przeróżne mity, które następnie spokojnie kwitły na odpowiednio użyźnionej glebie. I tak np. emerytura z ZUS-u stała się niepewna i iluzoryczna („wirtualne zapisy księgowe”), z kolei emerytura z OFE, pochodząca ze środków ulokowanych w płynnych aktywach finansowych lub w państwowych (!) obligacjach, miała zapewnić spokojny byt na starość.
Jedną z bardziej idiotycznych liberalnych opowieści, ale znakomicie wpadającą w ucho, jest mit szczególnej skłonności sektora publicznego do korupcji. Po latach afer Polacy stali się na takie argumenty bardzo podatni. Tutaj odsuwana na bok jest już zwyczajna logika – w końcu w procederze korupcji potrzebne są dwie strony i ta druga najczęściej jest reprezentantem sektora prywatnego. Wystarczy przypomnieć, że zdecydowanie największa pod względem liczby postawionych zarzutów afera korupcyjna w Polsce miała miejsce w sektorze prywatnym – a dokładnie w polskiej lidze piłkarskiej. Tak więc skłonność do korupcji w obu sektorach jest przynajmniej taka sama. Gdybyśmy wyeliminowali zupełnie sektor państwowy, liczba łapówek wcale by nie spadła – po prostu byłyby one rzadziej ujawniane, gdyż w sektorze prywatnym przekupstwo dużo trudniej wykryć, a udowodnić czasem nie sposób.
Innym mitem, którym neoliberałowie karmią odwróconego homo sovieticusa, jest nieefektywność sektora państwowego. Przykładów nieefektywności sektora prywatnego jest co najmniej tyle samo. Znakomicie ilustruje to np. prywatna służba zdrowia w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o średnią siłę nabywczą na osobę, USA plasują się z reguły na 2. miejscu na świecie (po Luksemburgu), za to już pod względem stanu zdrowia obywateli na miejscu około 30. Najświeższym przykładem nieudolności firm prywatnych są obecne kłopoty sądów z dostarczaniem listów przez InPost. Włos się jeży na głowie, gdy pod koniec stycznia br. słyszy się od pracowniczki jednego z sądów, że od początku roku nie otrzymała z powrotem jeszcze żadnej „zwrotki” z wysłanych pism (czyli dowodu odbioru). Nie byłoby wcale dziwne, gdyby pracownicy InPost po prostu je wyrzucali – po co komu jakiś świstek papieru?
Przykłady populistycznych wycieczek liberałów gospodarczych można mnożyć w nieskończoność. Większość neoliberalnego przekazu składa się z wyświechtanych i dawno obalonych frazesów, które można przewidywać w ciemno jeszcze przed dyskusją oraz recytować bez zająknięcia, nawet będąc obudzonym w środku nocy. Każde podniesienie płacy minimalnej oczywiście skończy się wzrostem bezrobocia (pomimo że są koncepcje mówiące, iż w niektórych sytuacjach jej podniesienie może spowodować wzrost zatrudnienia), a każdy dodruk pieniądza naturalnie zakończy się szalejącą inflacją (to nic, że Japonia drukuje na potęgę, a o inflacji raczej marzy, aniżeli się z nią zmaga). Gdybym miał przeprowadzić wywiad z Leszkiem Balcerowiczem, wcale nie potrzebowałbym do tego Leszka Balcerowicza. Sam odpowiedziałbym na postawione pytania. Co więcej, prawdopodobnie uzyskałbym autoryzację, gdyby zabiegany profesor uznał, że wywiad umknął mu z pamięci.
Na szczęście dominacja neoliberalnej doktryny powoli zaczyna się kruszyć. Jak lubi ostatnio powtarzać Rafał Woś z „Dziennika Gazety Prawnej”, krytycy kapitalizmu w końcu powyłazili ze swych nor i coraz śmielej wskazują jego słabe strony. Oby jego obserwacja okazała się prawdziwa. A więc drodzy sceptycy wolnego rynku – powyłaźmy z nor. To nie my jesteśmy populistami.
przez dr Rafał Bakalarczyk | piątek 7 lutego 2014 | opinie
Wraz ze styczniem kończy się maraton dobroczynności, z którym mamy do czynienia w tym okresie co roku. Najpierw na fali emocji okołoświątecznych, a później WOŚP, która również stała się częścią polskiej tradycji i – mimo licznych głosów krytyki z prawa i lewa – póki co nią pozostanie. Przy okazji uruchamiają się dwie równoległe i zarazem powiązane dyskusje. Pierwsza na temat poziomu solidarności w polskim społeczeństwie i naszej skłonności do dzielenia się z innymi. Druga – rozkwitająca przy okazji WOŚP, sprofilowanej na kwestie medyczne – dotyczy pytań o wydolność państwa opiekuńczego, efektywność i skuteczność usług publicznych, zwłaszcza służby zdrowia.
Choć jedna i druga dyskusja, jak to u nas bywa, przeradzają się momentami w przewidywalny rytuał, sama tematyka jest warta szerokiej publicznej debaty także po ustaniu charytatywnego karnawału.
Nie takie państwo straszne, jak je malują
W grudniu ub. roku największą furorę zrobił prowadzony od lat program Szlachetna Paczka. Polega on na tym, że darczyńcy za pośrednictwem prowadzącej akcję organizacji Wiosna przeznaczają paczki dla konkretnych, wybranych przez siebie rodzin, które wcześniej opisują własną sytuację i potrzeby. W mainstreamie prezentowano tę inicjatywę jako sukces, a jej formułę niejednokrotnie przeciwstawiano tradycyjnym formom pomocy realizowanym przez państwo. Wśród zalet Szlachetnej Paczki często wymienia się dobrowolny, oddolny charakter, jako antytezę odgórnych biurokratycznych działań państwa, a także możliwość trafnego dotarcia do konkretnych osób potrzebujących – jako przeciwieństwo ponoć nieefektywnej pomocy publicznej, która rzekomo nie trafia do tych, do których powinna.
Ukazywanie publicznego wsparcia jako negatywnego punktu odniesienia jest nie tylko nie do końca trafione, ale i w praktyce szkodliwe. W ten sposób bowiem delegitymizuje się instytucje, które – nawet działając nie bez zarzutów – pomagają potrzebującym na znacznie większą skalę niż akcje charytatywne. Ponadto adresaci publicznej pomocy są tu na mocy przepisów traktowani mniej lub bardziej jako podmioty praw, mający upoważnienie do pewnych roszczeń i zdolność odwoławczą. Natomiast w przypadku prywatnej i społecznej filantropii są całkowicie zdani na łaskę darczyńców.
Z tych oto względów zamiast krytykować państwo jako z natury mniej efektywne, warto się zastanowić, co zrobić, aby jego potencjał był lepiej wykorzystany, a wady zostały wyeliminowane; aby uczynić je sprawniejszym w identyfikowaniu oraz adresowaniu potrzeb społecznych i zdrowotnych. A także aby uczynić je bardziej przejrzystym i rozsądnie gospodarującym posiadanymi środkami. Poza tym postawmy pytanie, czy tezy o nieefektywności i nieskuteczności państwa nie są wyolbrzymiane.
Weźmy przykład. W ramach programu Szlachetna Paczka w 2013 r. pomoc dotarła do 13 230 rodzin. To spora liczba, której znaczenia nie należy bagatelizować, ale pamiętajmy jednocześnie, że według metodologii Eurostatu w Polsce w 2011 r. zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem było aż 10 mln osób. W ramach świadczeń społecznych w 2012 r. 2,5 mln rodzin otrzymywało zasiłek rodzinny – wsparcie materialne dla rodzin o niskim dochodzie. Widzimy więc, że skala wsparcia, jakie dokonuje się dzięki państwu, jest nieporównywalnie większa. Na marginesie warto jednak przypomnieć, że miarą skuteczności polityki społecznej jest nie tyle liczba rodzin wspieranych, co jak najmniejsza liczba rodzin doświadczających ubóstwa i wykluczenia, nie tylko zresztą materialnego. Pod tym względem nadal wypadamy słabo, a poprawy sytuacji nie zagwarantuje sama polityka wsparcia socjalnego – potrzebna jest poprawa sytuacji rynku pracy (wzrost zatrudnienia i wzrost dochodów z pracy) i takiego zabezpieczenia społecznego, które pozwoliłoby jak największej liczbie osób się utrzymać.
Wracając do kwestii skuteczności publicznych świadczeń w zestawieniu z charytatywnymi zbiórkami, zauważmy, że także największa tego typu akcja – WOŚP – pozyskuje środki kilka tysięcy razy mniejsze niż te, którymi dysponuje NFZ. Co więcej, koszty administracyjne stanowią jedynie 1,05% planowanych kosztów Funduszu ogółem, co jest znacznie niższym udziałem procentowym, niż to ma miejsce w przypadku wielu akcji charytatywnych. Dla porównania: obsługa administracyjna WOŚP kosztowała w tym roku 8-9% wszystkich wydatków, co również nie jest wielkość horrendalną, niemniej publiczny system zdrowotny wydaje się być pod tym względem mimo wszystko znacznie bardziej efektywny.
Na tym można byłoby zakończyć wywód. I wielu to czyni. Chciałbym jednak – bynajmniej nie z przekory, ale w imię prospołecznej wizji – wskazać na słabości przechylenia w drugą stronę. Ma ono miejsce, gdy zaczynamy postrzegać i przedstawiać WOŚP oraz podobne akcje wyłącznie przez pryzmat ich negatywów, a w tle malujemy wizję państwa socjalnego, w tym publicznej służby zdrowia, bez żadnej skazy ani słowa krytyki. Symbolem tej postawy, dość w ostatnim czasie popularnej wśród części lewicowych internautów, mogą być hasła typu „Hate WOŚP, love NFZ”. Myślę, że ten rodzaj myślenia i jego obecność w debacie publicznej rodzi szereg pułapek, wręcz zagrożeń.
Nie palmy komitetów, zakładajmy własne
Po pierwsze, gdy ktoś bezpardonowo uderza w WOŚP, zaczyna być postrzegany jako killjoy, psujący – choćby chwilową, powierzchowną – atmosferę wspólnoty i solidarności, a sam wzbudza raczej awersję i dystans. Wprawdzie krytyczna postawa siłą rzeczy wymusza narażanie się oraz wybudzanie ludzi z błogiej nieświadomości czy samozadowolenia i tego nie unikniemy, chcąc coś zmienić. Ale czy akurat ten moment – jeden z niewielu w roku, gdy powstają kolektywne i zasadniczo pozytywne emocje – jest najlepszym, by płynąć pod prąd? Zwłaszcza gdy nasza szara codzienność obfituje w tak wiele drobnych i większych symptomów zniszczenia przeżyć i więzi zbiorowych oraz atrofii indywidualnej solidarności, że może lepiej to na nie skierować krytyczny impet?
Pokazywanie WOŚP w najgorszym świetle wyzwala poczucie dysonansu wśród osób, które w jakiejś mierze uczestniczą w tej inicjatywie. Wzbudza wątpliwość, czy na pewno jesteśmy tacy fajni, wrzucając pieniądze do puszki i przyklejając sobie serduszko. Czy nie bierzemy udziału w jakimś zbiorowym otumanieniu, na którym ktoś zbija kapitał oraz medialną popularność. Opisana sytuacja nie wydaje się korzystna. Przede wszystkim takie poczucie dysonansu może wywołać reakcje obronne i niechęć wobec tych, którzy przypominają, że „w istocie nasze działania wcale nie są potrzebne”. Niekoniecznie służy to przyciąganiu osób na stronę frontu na rzecz budowania publicznego systemu dobrobytu, zwłaszcza jeśli nie towarzyszy temu konstruktywna i przebijająca się w debacie propozycja tego, co związani z działalnością w WOŚP mogą zrobić w zamian na rzecz dobra wspólnego. Ktoś powie o solidarnym płaceniu podatków i składek, tyle że akurat wiele osób zaangażowanych w WOŚP to niekoniecznie krezusi czy ludzie w ogóle syci. Wiele z nich jest niezamożnych i w polskich realiach fiskalnych – charakteryzujących się dość płaskim systemem podatkowym z relatywnie wysokimi obciążeniami osób niemajętnych, dużym udziałem podatków pośrednich, a małym bezpośrednich – już i tak płaci sporo w postaci PIT-u i VAT-u w relacji do swoich zasobów. Na składki natomiast z reguły nie ma wpływu, bo albo jest na bezrobociu, albo pracuje na śmieciówce czy na skromnym etacie, od którego składki odprowadza kto inny. Część osób po prostu nie widzi alternatywy, by dać ujście potrzebie solidarności i bycia częścią pewnej wspólnoty.
W sytuacji tak silnej dezintegracji społecznej jaka ma miejsce w Polsce, rozmaite mechanizmy więziotwórcze, zarówno świeckie, jak i religijne, nie powinny – o ile nie stoją w jawnej sprzeczności z wartościami życia zbiorowego – być z zasady wykorzeniane, a co najwyżej modyfikowane, aby były bardziej skuteczne i włączające. Podobnie z zaangażowaniem społecznym. Gdy mamy tak niski poziom kapitału społecznego, zwłaszcza tego o charakterze pomostowym, łączącego ludzi o różnych cechach społeczno-ekonomicznych, może warto zastanowić się, czy rzucać kłody pod nogi inicjatywom, które wychodzą temu naprzeciw. Remigiusz Okraska napisał kiedyś felieton, w którym sugerował, że delegitymizowanie przez odmienne strony podziałów politycznych wszelkich form zaangażowania swoich adwersarzy (np. poprzez doszukiwanie się i eksponowanie ich słabszych cech czy zarzucenie nieuczciwości) jest zabójcze, zwłaszcza w sytuacji pustynnienia życia społecznego i obywatelskiego. Myślę, że tamta obserwacja nie traci na aktualności. A jeśli dana inicjatywa pomocowa nam nie odpowiada, czy to z przyczyn ideologicznych, czy ze względu na formę i profil działania, to zamiast z nią walczyć, lepiej pokazać pozytywną alternatywę, angażując się w inne, bliższe nam projekty lub organizując własne. I choć w przestrzeni społecznej zapewne są i takie, którym należy powiedzieć no pasaran (jeśli nawołują do przemocy i wykluczenia), to jednak wątpię, czy powinno się to odnosić – przy rozmaitych obiekcjach wobec nich i ich liderów – akurat do takich inicjatyw jak WOŚP, Szlachetna Paczka czy Caritas.
Nie idealizujmy – krytykujmy i naprawiajmy
W dodatku przeciwstawianie WOŚP państwowej służbie zdrowia lub jej administracyjnym organom jak NFZ, ukazywanym wyłącznie w pozytywnym świetle, nie wydaje mi się strategią skuteczną. Taka retoryka nie przekona licznych obywateli. I to nie tylko ideologicznie przeciwnych wszystkiemu co państwowe, ale także tych, którzy na własnej lub bliskich skórze doświadczają nieprawidłowości i nierzadko niesprawiedliwości publicznego systemu zdrowotnego. Weźmy NFZ. Nie trzeba być szczególnie wnikliwym analitykiem polityki zdrowotnej, by usłyszeć choćby o premiach dla wyższych urzędników przy jednoczesnej zaniżonej wycenie poszczególnych świadczeń, np. w obszarze pediatrii czy geriatrii (by przywołać te obszary, którymi zajmuje się WOŚP). I choć wspomniane premie są w skali systemowej nieznaczącymi kwotami w zestawieniu z tym, czego brakuje w publicznej kasie na zaspokojenie potrzeb zdrowotnych, jednak nie budzą one zaufania do tej instytucji.
Zresztą problemy dotyczą nie tylko NFZ, jego kadry i wyceny świadczeń, ale także polityki zdrowotnej na różnych szczeblach i etapach wdrażania. Poczynając od pozyskiwania środków, których jest stanowczo za mało m.in. z uwagi na stopę bezrobocia i wzrost ilości nieoskładkowanych umów o dzieło, a więc czynniki, które wykraczają poza kompetencje zarówno NFZ, jak i Ministerstwa Zdrowia, a wiążą się z całościowym funkcjonowaniem polskiego państwa. W obliczu tych zjawisk hasła typu „hate WOŚP, love NFZ” brzmią nie tylko nieprzekonująco, ale wręcz groteskowo, nawet jeśli – patrząc systemowo – mechanizm pozyskiwania i zagospodarowywania środków na leczenie poprzez składki i podatki pozostaje mimo swych słabości bardziej efektywny niż charytatywne zbiórki pokroju WOŚP. Nie chodzi tu jednak tylko o skuteczność perswazji, ale także o rozwijanie w sobie umiejętności krytycznego analizowania i reformowania instytucji publicznych. W atmosferze ich wybielania w imię pokazywania wyższości sektora publicznego nad prywatnym czy nawet społecznym otoczeniem zatraca się misja modernizacji i rozwoju usług publicznych, która to (a nie tylko sama ich obrona) powinna stanowić nasz azymut.
Wielosektorowość i sprawiedliwość
Po trzecie – środowiska postępowe zdają się popadać w pułapkę źle rozumianego etatyzmu, który nie oznacza tu wiary w konieczność interwencji państwa, lecz w konieczność przejmowania przez nie jak najwięcej funkcji przy odpuszczaniu czy nawet negowaniu tego, co jest pozapaństwowe. Trudno to nawet nazwać anachronizmem, bo już dawno – choćby w dokumentach programowych Polskiej Partii Socjalistycznej – była mowa o wielosektorowym systemie społeczno-gospodarczym, gdzie znalazłoby się miejsce w odpowiednich, niekoniecznie równych proporcjach, na to, co państwowe, społeczne oraz prywatne.
Tym bardziej należy pamiętać o tym dziś, gdy istnieje rozległa literatura na temat wielosektorowej gospodarki dobrobytu i polityki społecznej. Akcentuje ona włączenie w proces zaspokojenia potrzeb i budowania spójności także podmiotów niepaństwowych, od sektora prywatnego przez społeczno-obywatelski po nieformalny. Trudno zanegować tę dyskusję i nie warto się od niej dystansować. Pozwolę sobie zacytować facebookową wypowiedź Cezarego Miżejewskiego, który od lat działa na pograniczu sektorów publicznego i społecznego: Debata o social mix jest chyba kluczową dla całej polityki społecznej. A zarazem dla całej lewicy, która utknęła w meandrach nie bynajmniej w debacie o publicznych usługach, ale o wyższości państwowego nad społecznym, przegrywając w eliminacjach z prywatnym i to nie tylko wykonawstwem, ale również prywatyzowaniem funkcji państwa. Jeśli nie otworzymy się na działanie publiczno-społeczne, i nie stworzymy spójnej wizji, to będziemy za kilka lat wspominać, że coś było publiczne, ale walczyliśmy o to na fejsie. PS. Oczywiście to nie pochwała mainstreamowego Owsiaka, ale wszystkich społecznych inicjatyw.
Lepiej zatem włączyć się w ową dyskusję o wielosektorowości i dążyć, aby w jej ramach wypracować taki wariant międzysektorowego ładu, który optymalnie realizuje nasze wartości, jak solidarność czy sprawiedliwe zaspokajanie rozległych i złożonych potrzeb. O ile poniekąd zrozumiała jest rezerwa wobec włączania w to świata biznesu, zwłaszcza gdy działa on tak jak w Polsce, o tyle w przypadku różnych inicjatyw społecznych jest to bezzasadne. Choć w ramach sektora pozarządowego są inicjatywy bliższe i dalsze prospołecznym ideałom (WOŚP i filantropijne akcje są od nich raczej dalej niż np. działalność podmiotów gospodarki społecznej), niewłaściwe jest negowanie tego wkładu w zaspokajanie potrzeb społecznych.
Sprzęt zakupiony przez Owsiaka pomaga relatywnie niewielkiej liczbie przypadków w porównaniu z liczbą wymagających pomocy i nie otrzymujących jej w adekwatnym czasie i zakresie. Ponadto na niewiele by się on zdał, gdyby nie publiczna infrastruktura medyczna oraz wykwalifikowani i zatrudnieni ze środków publicznych lekarze i pielęgniarki, którzy przy pomocy tej aparatury wykonują ciężką i użyteczną pracę. Należy o tym pamiętać i przypominać innym. Jednak z uwagi na ułatwienie pracy choćby tej garstce pracowników służby zdrowia i zapewnienie większych szans na godne leczenie niewielkiej części pacjentów warto o pewną ostrożność, gdy mamy ochotę dezawuować tym podobne zbiórki. Punktem wyjścia dla prospołecznych, postępowych środowisk powinno pozostać szerokie i sprawiedliwe zaspokojenie podstawowych potrzeb ludzi, w tym zwłaszcza najsłabszych. A dotknięci chorobą pacjenci publicznej służby zdrowia (uzupełnianej przez WOŚP) do tej grupy należą.
Z powyższego płynie dla mnie kilka wniosków i rekomendacji. Potrzebne jest po pierwsze przekierowanie energii krytycznej z walki z WOŚP i innymi, najczęściej kościelnymi organizacjami charytatywnymi, na konstruktywną (!) krytykę systemu polityki społeczno-gospodarczej, w tym funkcjonowanie usług publicznych i ich słabości, jak niedofinansowanie, nieprzejrzystość, coraz silniejsza orientacja rynkowa w zarządzaniu nimi itp. Po drugie, przyjęcie jako nieusuwalnej, a do pewnego stopnia pozytywnej, obecności różnych form zbiorowej i indywidualnej solidarności oraz doświadczeń życia zbiorowego, które odbywają się poza instytucjami państwa. Ewentualny dystans wobec poszczególnych z nich należy manifestować raczej poprzez równoległe inicjatywy, które byłyby pozytywną alternatywą i sposobem przyciągania do naszych idei i sposobów działania. Po trzecie – uznanie potrzeby istnienia wielosektorowego systemu dobrobytu i dążenie, by w jego ramach pierwiastek publiczny był silnie obecny, zarówno jeśli chodzi o zakres oddziaływania, jak i jakość współdziałania z tym, co niepubliczne.
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 31 stycznia 2014 | Felietony
Sylwestra spędziliśmy w domu w solidarności z psem. Czytaliśmy kryminały, romansidła, nawet horrory, co było miłą rozrywką po lekturach obowiązkowych. Z odległego miasta dochodziły słabe odgłosy, ale pies ma dobry słuch i groźnie szczekał w ciemną przestrzeń za oknem. Przed dom nie mogliśmy wyjść, ponieważ na sąsiedniej górze ukochany pan z miejscową kawalerką odpalał całe skrzynki sztucznych ogni. Próbowaliśmy podglądać w telewizorze masowe „imprezy rozrywkowe”, ale obraz i dźwięk wpędzały psa (31 kg) na nasze kolana. Lizał nas od ucha do ucha na potwierdzenie sojuszu obronnego. Dopiero w Nowy Rok okazało się, że strzelanie razem z panem jest wspaniałą zabawą i nie ma się czego bać. Uszy do góry, jeszcze będzie z ciebie komisarz Alex.
Sympatyczny zwyczaj wychodzenia na noworoczny toast na plac lub deptak, został – jak każda spontaniczna inicjatywa – zawłaszczony przez władze i media. W wielkim tłumie nie można zatańczyć ani strzelić korkiem od szampana, ale trzeba się „dobrze bawić”, żeby nie wyglądać na buraka, któremu brak entuzjazmu, optymizmu i wiary w przyszłość. Prowadzący robili, co mogli, dyrygując tłumem – „brawami witamy wielkiego artystę”, „brawami żegnamy wielkiego artystę”, „machamy rękami”, „klaszczemy”, „śpiewamy”. Ludzie też starali się jak mogli okazywać rozbawienie, ale niewiele mogli. Kiedy czuli na sobie oko kamery, śmiali się i podskakiwali w miejscu. Nic złego nie powiem. Niech każdy bawi się lub nie bawi tak, jak chce, byle nie wybijał szyb i nie wrzucał petard na balkony i do śmietników.
Po Październiku ‘56 wrócił przedwojenny zwyczaj bali karnawałowych. Społeczeństwo nadal było klasowe. Klasa panująca bawiła się na zamkniętych imprezach, lud na wspaniałych balach dostępnych dla wszystkich. Trzeba było tylko wcześniej postarać się o bilety (niezbyt drogie), bo na dobrych balach organizatorzy tłoku nie planowali. W Gdańsku nie było przestronnych pałaców, więc najlepsze bale były na Politechnice. Dwie orkiestry grały muzykę taneczną w różnym stylu, posadzki były świetnie przygotowane, dużo miejsca do tańczenia i spacerowania, aby odszukać znajomych. Na imprezy zamknięte nikt nie próbował się wkręcić, nie tylko ze względu na polityczny honor. Panowała opinia, że tam bawi się hołota. Akademicki Klub Morski musiał podlizywać się władzy (paszporty i dewizy na zagraniczne rejsy) i raz w roku zapraszał na jakąś imprezę I sekretarza KW PZPR. Rolę koniaku pełnił wówczas świetny polski jarzębiak, ale bonza się skrzywił: „piję tylko koniaki”. Zarząd sprostał wyzwaniu i kupił koniak w Peweksie. Władza nalał sobie całą szklankę i duszkiem wypił. Barwny opis tego chamstwa obiegł całe miasto.
Masowe imprezy oddają ducha czasów. Polityka też spełnia oczekiwania masowego odbiorcy. Publiczność zabawiana jest tasiemcowymi telenowelami z życia wewnętrznego klasy politycznej. Ludzie są tym zmęczeni, ale uważają za swój obywatelski obowiązek śledzenie losów polityków. Uczeni teoretycy oraz praktycy wytrenowani w grach politycznych snują mądre rozważania w stylu, czy Komorowski wyemancypował się spod dominacji Tuska. O wpływy byłego WSI i SB nikt nie pyta, bo to pytanie niebezpieczne.
„System Tuska” został wnikliwie przeanalizowany na sto sposobów. Podkreślana jest bezideowość koalicji rządzącej, której jedynym celem wydaje się utrzymanie władzy. Nie do końca podzielam ten pogląd. Podobnie oceniany był przez krytyków Lech Wałęsa. Trybun ludowy, którego ambicją była niepodzielna władza najpierw nad związkiem zawodowym, a potem nad całą Polską – władza dla władzy. Analogie między Lechem Wałęsą a Donaldem Tuskiem są zastanawiające. Obaj są autokratami, którzy za nic mają zasady demokracji, o wszystkim sami decydują, ale za nic nie odpowiadają. Nielojalni wobec współpracowników, nabuzowani nienawiścią do konkurentów spoza własnego sytemu. Bezideowość Wałęsy i Tuska są pozorne. Realną opozycję nazywają antysystemową, co demaskuje ich polityczne cele. Nadrzędnym zadaniem było i jest bezkonfliktowe wprowadzenie neoliberalnej doktryny gospodarczej i uzależnienie Polski od silniejszych sąsiadów. Dla Lecha Wałęsy „czarnym ludem” byli Andrzej Gwiazda i Anna Walentynowicz, dla Donalda Tuska bracia Kaczyńscy.
Sposób grania na emocjach ludzi też jest wciąż taki sam. Niezawodne jest straszenie chaosem, zagrożeniem bezpieczeństwa, załamaniem gospodarczym. Nieustannie wbija się ludziom do głowy, że tylko odpowiedzialny Wódz wie, jak poradzić sobie z Rosją, Niemcami, kibolami, związkowcami, Unią, strajkami, jak zapobiec rozwiązaniu rumuńskiemu, masowym demonstracjom, rewolucji. Groźba niekontrolowanego wybuchu budzi przerażenie, chociaż groźne są tylko wybuchy kontrolowane.
Rozstrzygającymi argumentami są: „Wałęsa jest znany i podziwiany na całym świecie” lub „Donald Tusk w Unii ma opinię wybitnego, przewidywalnego polityka, przyjaźni się z Angelą Merkel”. Można podać wiele przykładów wpływu opinii zewnętrznej na akceptację polskich ministrów finansów i spraw zagranicznych czy na wyniki wyborów. Nawet generał Jaruzelski zyskał w opinii publicznej, kiedy Rosjanie zaprosili go na paradę zwycięstwa do Moskwy.
Opinię Zachodu kształtują polskie media głównego nurtu i tak koło się zamyka. Dobrze jest czasem wyłączyć się z szumu informacyjnego produkowanego przez media. Nie polecam postawy apolitycznej – „Moja chata z kraja”, ale z dystansu czasem lepiej widać.
A jak już popadniemy w beznadziejną frustrację, zawsze można liczyć na zdarzenia nieprzewidziane. Car Rosji stracił nimb boskości, kiedy w Petersburgu zawaliła się trybuna. Carycy Merkel życzę dużo zdrowia, ale może oczywisty fakt, że jest kruchą kobietą, sprowadzi wielbicieli Tuska do rzeczywistości.
przez Jarosław Górski | czwartek 23 stycznia 2014 | opinie
Akcja bojkotu sklepów i produktów firmy LPP, która aby uniknąć płacenia polskich podatków, przeniosła część swoich spółek na Cypr i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, spotkała się z silnym odporem neoliberalnych publicystów i mediów. Między innymi na swoim blogu w internetowym piśmie „Liberté!” odezwał się Marcin Celiński, który liberalnym zwyczajem zwymyślał bojkotujących od użytecznych idiotów, zasugerował, że kierują się oni złą wolą lub ignorancją, a może i są na usługach wrednej konkurencji. Następnie zaś pouczył czytelników, że taka akcja z patriotyzmem nie ma nic wspólnego.
Cóż, Celiński ma prawo do patrzenia na świat i ludzi przez okulary własnej ideologii, choćby i takiej, z której błędami i wypaczeniami świat i ludzie muszą się borykać. Skoro jednak przyznamy mu także prawo do nazywania nas – mogę tak napisać, ponieważ sam akcję popieram czynnie i biernie – „użytecznymi idiotami”, to przyznajmy sobie prawo do nazwania roli, którą on sam odgrywa, chyba najadekwatniejszym mianem: szkodliwego mądrali. Bo Celiński gromiąc akcję wymierzoną nie w jakiegokolwiek człowieka (chybione porównanie LPP do badylarzy), ale w chciwość i nieodpowiedzialność wielkiej korporacji, atakuje też wolność oraz racjonalność konsumenckiego wyboru, a także wolność głośnego i zorganizowanego informowania innych o motywacjach własnego działania. Również zaprezentowane przez Celińskiego wyobrażenie patriotyzmu gospodarczego czy konsumenckiego uważam za szkodliwe i promujące zachowania o katastrofalnych skutkach nie tylko dla gospodarki, ale i dla wspólnoty.
Patriotyzm gospodarczy w żadnym razie nie polega na popieraniu zawsze i wszędzie tylko swojego i swojskiego – i podobnie nie oznacza bezmyślnego odrzucenia tego, co cudze. Wynika on właśnie z patriotyzmu jako takiego, który wcale też nie oznacza fanatycznego przywiązania do swojskości i pogardy czy nienawiści do tego, co obce. Patriota to człowiek świadom, że z krajem urodzenia i (lub) zamieszkania, ze wspólnotą współmieszkańców łączą go silne więzi, wymagające troski i pielęgnacji. Świadom także tego, że jego własna tożsamość – na którą składają się między innymi zwyczaje i upodobania, wrażliwość i wyobraźnia, status społeczny czy życiowe osiągnięcia – jest w dużej mierze współtworzona przez wspólnotę, w skład której wchodzą ludzie jemu podobni. I że ci właśnie ludzie także potrzebują wspólnoty – a więc również i jego – do budowania własnej tożsamości i realizowania swej życiowej twórczości. Wspólnota może w związku z tym istnieć dzięki wzajemnemu obdarowywaniu się jej uczestników, obdarowywaniu oczywiście nie wyłącznie (choć też) dobrami materialnymi, ale także niedającymi się w wulgarny ekonomiczny sposób wycenić wytworami ducha i kultury. Patriota będzie zatem miał świadomość własnych powinności wobec wspólnoty, której wiele zawdzięcza, ale i świadomość tego, że inni uczestnicy wspólnoty także powinni wywdzięczać się wspólnocie – a za jej pośrednictwem również jemu samemu – za dobra od niej otrzymane.
Patriota gospodarczy rozumie, że podatki i daniny – w tym podatki od zysku przedsiębiorstw – nie są wcale szykanami, którymi państwo z niewiadomych powodów dręczy ludzi przedsiębiorczych i twórczych, lecz stanowią środki niezbędne dla kontynuowania wspólnoty. One wspólnocie – i powołanym przez nią instytucjom, takim jak państwo czy mniejsze jednostki samorządu – po prostu się należą, jako ekwiwalent tych wszystkich materialnych i niematerialnych zasobów i osiągnięć wspólnoty, z których ludzie i instytucje prowadzący działalność gospodarczą czerpią całymi garściami, a bez których prowadzenie ich działalności byłoby niemożliwe czy bardzo utrudnione. I chodzi tu nie tylko o kosztowne sądy, policję czy straż pożarną, które strzegą bezpieczeństwa prowadzenia interesów, ale również w trudzie i znoju przez stulecia pracy całej społeczności wytwarzane przekonania, że nie wolno okradać nawet złodzieja i że pracownik winien jest porządną pracę nawet podłemu pracodawcy. Nie chodzi tu tylko o obliczalne koszty, jakie państwo poniosło na wykształcenie ludzi, których ręce i umysły będą teraz wyzyskiwane przez przedsiębiorców, ale także o tak niewymierne a doniosłe dobra tworzone wysiłkiem pokoleń jak język czy pojęcia, bez których prowadzenie jakiejkolwiek działalności gospodarczej byłoby niemożliwe. Patriota gospodarczy wobec tego wie, że podatki należą się wspólnocie, a kwestią negocjacji jest ich wysokość czy kształt. Niezadowolenie uczestnika wspólnoty z wyników tych negocjacji uprawnia go do domagania się ponownych ustaleń, ale nigdy nie zwalnia go z płacenia podatków.
Patriota gospodarczy rozumie też, że zarówno on sam, jak i inni uczestnicy jego wspólnoty występują w wielu społecznych rolach, które na siebie wzajemnie oddziałują i których nie da się rozdzielić. Kiedy więc w sklepie kupuje spodnie, pamięta – mimo że sprzedawcy zależy, aby o tym zapomniał – że bycie konsumentem nie jest jego istotą, ale właśnie jedną z jego ról, której nie da się oddzielić od roli obywatela, pracownika, członka wspólnoty lokalnej i narodu, empatycznego człowieka dobrze życzącego nie tylko sobie, ale także innym. Dlaczego zatem dokonując wyborów konsumenckich, nie miałby się kierować również przesłankami obywatelskimi, pracowniczymi czy po prostu ludzkimi?
Skoro płacąc pieniędzmi – za które przecież sam zapłacił komuś własną pracą, a więc czasem, życiem, którego każdemu z nas tak szybko ubywa – w sklepie z ubraniami, jako konsument zwraca uwagę na jakość i cenę swoich spodni, to dlaczego nie miałby się podobnie jak o fason, solidność szwów czy trwałość materiału troszczyć o ów okruszek szkolnej pracowni, uniwersyteckiego laboratorium, o ten skrawek strażackiej sikawki czy ułamek szczodrej ministerialnej dotacji dla liberalnego pisma „Liberté!” dołączone do swojego zakupu? Czy nie powinien, we własnym interesie, domagać się tego, aby niewielka (w Polsce w porównaniu z innymi europejskimi krajami naprawdę bardzo niewielka) część zysku z jego wydatku przyczyniła się jako podatek do wspólnego dobrobytu? Czy nie działa racjonalnie i we własnym, dobrze pojętym interesie pracownika, omijając – a więc bojkotując – sklepy należące do spółek, które mimo osiągania bajecznych zysków płacą swojemu personelowi głodowe stawki i w ten sposób przyczyniają się do zaniżania płac i poziomu życia w całym kraju? Z kim – racjonalnie i we własnym interesie – powinien się utożsamiać: czy z pracownikami, którzy będą opłacani najniżej i wtedy, gdy firma będzie przynosić straty, i wtedy, gdy będzie dawać niewyobrażalne zyski, czy właśnie z firmą – jak ją trafnie scharakteryzował Celiński – z istoty swojej także racjonalną, choć – dodajmy – pozbawioną empatii, zawsze dążącą do zysku, uciekającą tam, gdzie jej lepiej, nie mającą ojczyzny ani nie odczuwającą żadnych zobowiązań?
Pisze Celiński, że od firm nie można oczekiwać patriotyzmu – i ma rację. Z pewnością nie od spółek giełdowych, których rozproszeni właściciele oceniają ich skuteczność wyłącznie na podstawie kursów akcji i dywidend. Ale pod zły adres kieruje tę uwagę. Organizatorzy i uczestnicy bojkotu firmy LPP nie oczekują od niej patriotyzmu. Oczekują patriotyzmu od jej klientów a swoich rodaków, działają właśnie w tym celu, aby uświadomić im, czego mocą własnych zachowań konsumenckich mogą oczekiwać od nieludzkich tworów, zaprogramowanych wyłącznie na zarabianie pieniędzy. I dlatego właśnie nie piszą petycji do władz firmy – to nie miałoby sensu – lecz organizują konsumencki bojkot. Konsumenci, działając racjonalnie i we własnym, prywatnym i wspólnotowym interesie, są w stanie wpływać na wyniki finansowe spółek, ich kurs akcji, dywidendy – i w końcu na sposób prowadzenia biznesu. To właśnie selekcja firm pod kątem własnych, nie tylko konsumenckich, ale także obywatelskich, pracowniczych, rodzinnych czy ludzkich potrzeb, czyli bojkot – a nie kompulsywne zakupy czy płocha chęć upodobnienia się do fotoszopowych lalek z reklam – jest racjonalnym, odpowiedzialnym i patriotycznym zachowaniem konsumenckim każdego z nas.
Pisze też Celiński o tym, że to od rządzących powinniśmy domagać się, aby zapobiegali podobnym ucieczkom kapitału do rajów podatkowych. I także, częściowo, ma rację. Nie chcę nic insynuować samemu Celińskiemu, ale przyzwyczaiłem się już, że gospodarczy liberałowie widzą tylko jeden sposób takiego zapobiegania: obniżać podatki. To żadne rozwiązanie. LPP przeniosło część swoich spółek do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie podatek dochodowy wynosi 0%. Emirowie mogą sobie na to pozwolić, bo żyją z rabunkowej gospodarki ropą naftową, mogą rozdawać pieniądze poddanym, a ludźmi półniewolniczej i niewolniczej pracy po prostu się nie przejmują. Jakkolwiek więc polscy rządzący podatków by nie obniżali, zawsze znajdzie się kraj, w którym będą one niższe i do którego będą chciały uciec firmy dążące do „optymalizacji podatkowej”. Jednak gdybyśmy zaproponowali inne działania rządzących zmierzające do uniemożliwienia takich kombinacji, jakie zaprezentowała LPP, to czy jakiś szkodliwy mądrala nie grzmiałby o tłumieniu wolności gospodarczej?
„Wybraliśmy parlament, ten wybrał rząd – to do rządu należy kierować pytania, dlaczego miliony Polaków są na wyspach brytyjskich, a tysiące spółek na Cyprze” – pisze Celiński. Rządem nie jestem, ale wiem, że miliony Polaków są na Wyspach Brytyjskich właśnie dlatego, że tysiące spółek – także tych, z którymi interesy robi polskie państwo – są na Cyprze. I że w związku z tym naszego państwa nie stać choćby na przyzwoitą opiekę nad matkami z małymi dziećmi, które z tego powodu wolą rodzić w Anglii. Polacy wolą, żeby płacili im i traktowali według swoich standardów brytyjscy, a nie cypryjscy pracodawcy, podlegający brytyjskiemu, a nie cypryjskiemu prawu. A polskie spółki mogą być na Cyprze między innymi dlatego, że polscy konsumenci rzadko bywają gospodarczymi patriotami i po prostu nie interesują się, gdzie mają siedziby spółki, których produkty i usługi kupują. Błędne koło, które właśnie starają się przerwać uczestnicy bojkotu.
Oczywiście wcale nie uważam, że polski gospodarczy patriota to ktoś, kto kupuje wyłącznie produkty firm mających siedzibę w Polsce. Myślę, że chętniej kupi produkt firmy obcej, ale nieunikającej płacenia podatków i przyzwoicie traktującej pracowników w kraju swojej siedziby: na Ukrainie, w Bangladeszu, Chinach czy Anglii, niźli takiej, która reklamuje się jako polska, ale miga się od uczciwego regulowania swoich zobowiązań. Po prostu uzna, że lepiej, aby z jego zakupu skorzystała jakaś obca wspólnota – ludzie, z którymi może się w jakiś sposób utożsamić – niż żeby miał on finansować wyłącznie kolejne fanaberie właścicieli chorych z chciwości, z którymi nic kompletnie go nie łączy. Polacy szczególnie powinni sobie zdawać sprawę z tego, że promowanie w jakimkolwiek zakątku globu wyzysku i oszustwa wreszcie uderzy w nich rykoszetem. W końcu nasi rządzący, biznesmeni i różni szkodliwi mądrale wyobrażają sobie, że nasz kraj będzie konkurencyjny właśnie wtedy, gdy pozwolimy się wyzyskiwać i traktować gorzej niż inni, gdy bardziej niż inni obniżymy płace, podatki, cywilizacyjne oczekiwania.
Gospodarczy patriota będzie jednak chętnie wspierał swoimi decyzjami konsumenckimi firmę, która, jak pisze Celiński, „się rozwija, a wraz z jej rozwojem zwiększa zatrudnienie, co za tym idzie daniny podatkowe, NFZ, ZUS”. No i – dodajmy już wbrew Celińskiemu – płaci pełny podatek dochodowy, bo nie jest absolutnie tak, że płacenie wypracowanych przez pracowników składek na ZUS czy NFZ zwalnia kogokolwiek od płacenia podatku od własnego zysku. Patriota gospodarczy wesprze tę firmę nie dlatego, że chce, aby to polski, a nie zagraniczny kapitalista mógł pławić się w luksusie, ale dlatego, że dzięki temu najbardziej skorzysta jego własna wspólnota. Taka postawa konsumencka jest racjonalna i równie racjonalny jest bojkot – a więc zorganizowane zaprzestanie wspierania decyzjami konsumenckimi firmy, która nie reguluje swoich zobowiązań wobec tych, dzięki którym może istnieć i osiągać zyski. Ma rację Celiński – wtedy skorzysta na tym firma spoza naszego kraju. Trudno. Niech skorzysta – byle taka, którą udało się zmusić do zachowania przyzwoitych standardów.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 15 stycznia 2014 | opinie
Na dworcu PKS w Opolu awaria w toalecie. Przed drzwiami gromadzi się coraz większy, poddenerwowany tłumek. Mężczyźni i kobiety, średnia wieku – około 30. Spieszą się i niepokoją, bo wkrótce odjadą „Sindbady” na Zachód. Opole jest znacznie lepiej skomunikowane z Berlinem niż z Warszawą. Tam stolica, gdzie kapitał – trudno oprzeć się smutnej myśli. Ponad dwadzieścia lat realnego liberalizmu, w tym chwalebnych reform społeczno-gospodarczych w wykonaniu prawicy, więcej zrobiło dla osłabienia więzi Opolszczyzny z Polską niż działania śląskich separatystów.
Polacy zmykają z kraju. Pustoszeją nie tylko miejscowości na ścianie wschodniej. Znajomy na Facebooku często opowiada o losie Sanoka, zdekapitalizowanego miasta, z którego przyszłość, biznes i pieniądze uciekają wraz z ludźmi. Kolejne bomby wybuchają pustką i tykają gdzie indziej. Jak informowały niedawno media, w świętokrzyskim w 2013 r. odnotowano najwyższy przyrost bezrobocia w stosunku do innych województw oraz najmniejszy wzrost wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Już dziś w co piątej z rodzin jeden z jej członków pracuje poza tym regionem lub krajem. A wojewódzkim instytucjom kultury obniżono dotacje o 12,5 proc. Źle się dzieje w antypaństwie…
Tyle jest w III Rzeczpospolitej miejsc, które coraz bardziej przypominają za duże ubranie na wychudłym człowieku. I te krajobrazy współczesnych miasteczek, zbyt dalekich od metropolii, by masowo instalowali się tam nowobogaccy. Na obrzeżach miast i wsi kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt nowych domów, ale w większości stare budynki, liszajowate kamienice. Mieszkają w nich ludzie, których przedsiębiorca zamyka w hali na kłódkę, gdy zjawia się inspekcja pracy. Ale przed Bożym Narodzeniem nie zapomina o pracowniczej Wigilii. Popłuczyny po katolicyzmie, po etyce pracy, po przyzwoitości – folwarki na miarę III RP.
Pewien przedsiębiorca, żyjący ze środków PFRON, ma zaprzyjaźnionego lekarza, który orzeka o niepełnosprawności. A jeszcze ktoś inny oferuje fachową pomoc w wyciszeniu sprawy, gdy pracownik zemdleje w robocie, bo jest faktycznie niepełnosprawny, a pracował już czternastą godzinę i nieco się wyeksploatował. Jednak o tym wszystkim jest cicho, jak najciszej, choć to jest właśnie ta Polska wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych, apatii, obaw i bezkarności lokalnych sobiepanków, knebla na ustach w czasach formalnej wolności słowa.
I te ruiny jak rany: po zakładach pracy, po przemyśle, po życiu. Jest początek ciepłej zimy, kępy trawy stroszą się wśród opustoszałych murów, cień chmur wędruje przez puste miejsca, gdzie jeszcze tu i ówdzie nie zatarły się do końca wyblakłe litery ostrzegające klasę robotniczą przed nieuważną pracą i zachęcające do wzmożonego wysiłku. Deszczowa kałuża odbija bladoniebieski skrawek kosmosu, nikt w nią nie wdepnie, nikogo tu nie ma i długo jeszcze nie będzie, choć zardzewiał i zgnił drut siatki strzegący tego miejsca przed nieupoważnionymi. Ale cieniom chmur i obojętności nieba towarzyszą jedynie ludzkie cienie: miejsca jak blizny po przeszłości. Nawet złomiarze już się tutaj nie zapuszczają. A 30-latkowie siedzą w autokarze firmy „Sindbad” i nie patrzą na widoki za oknem. Śpią, bo trzeba przespać, minąć Polskę, żeby obudzić się już w lepszym świecie.
Nocą miasteczko biorą w posiadanie młodzi chłopcy i młode dziewczyny. Piąteczek! Sobota! Dyskoteka nie jest tak daleko od kościoła, więc uważaj, rodzicu, jak idziesz chodnikiem w niedzielny poranek, bo łatwo wdepnąć w prezerwatywę. Może to twoje dzieci się tu bawiły. Ale teraz, w nocy, gdy śpisz, krzyczą w euforii, uczą się hedonizmu, bez którego nie ma współczesnego rynku. Prawdziwa rewolucja obyczajowa, przeciw której biskupi nie napiszą listu, bo nazbyt jest dla nich niezwykła i niezrozumiała. Nowa, nastoletnia klasa próżniacza, uprzywilejowana w swojej młodości i licznych pragnieniach wykreowanych w tyglu wielkiego kapitału, pragnieniach, za które płacą rodzice, żeby dzieci miały lepiej niż oni kiedyś (i teraz), żeby dzieci pokazywały światu i sąsiadom, że właśnie ich stać. Dziecko – sztandar statusu domowego.
Więc leje się wódka, ćmią się ćmiki, zużywają się mocniejsze używki, ktoś rzyga na markowe buty, „w samochodzie przy chodniku zapłacono już dziewczynie”. Piąteczek! Sobota! Piękni, jeszcze nie dwudziestoletni, prawdziwi roszczeniowcy III RP, bawią się młodzieżową konsumpcją. Lecz to potrwa jeszcze tylko chwilę, za moment przyjdzie do nich gorycz wysokiego bezrobocia, pustka miasteczka, zdumienie, że nie stać ich na to, co w życiu naprawdę ważne. Zazdrość, że jedna z drugą koleżanka ma lepiej, że kolega ma naprawdę ustawionego dziadziusia, który niegdyś utrwalał nadwiślański socjalizm, a później budował lokalny kapitalizm, że kolega z ławki pracuje, bo matka ma etat w urzędzie, że koleżanka pracuje, bo ciotka jest menedżerem w sieci handlowej i trochę zrestrukturyzowała zasób ludzki, żeby zmieścić chrześniaczkę. I kolejne autokary odjadą na Zachód, pełne tych, którym tutaj nie wystarczyło znajomości.
W moich rodzinnych stronach lokalny bogacz przyozdobił bramę symbolem „$”. On już wie, stać go na szczerość ze światem: tylko pod tym jarzmem, tylko pod tym znakiem Polska będzie Polską, a Polak Polakiem. Ale nie każdy chce nazywać rzeczy po imieniu. Bo III RP jest jak któryś z południowych stanów USA, gdzie wojny kulturowe decydują o wszystkim, są jak opium mas, wyciszające wszelkie konflikty klasowe. Całe łajdactwo, niesprawiedliwość i krzywda znikają za zasłoną dymną kulturowych wojenek. Gdy instytucje państwa służą jego demontażowi, a społeczeństwo staje się coraz bardziej aspołeczne, rządzi pieniądz, posługujący się nadrzeczywistością jako narzędziem kamuflażu prawdziwego świata i reguł gry, które nim zarządzają. Aby kolejne autokary mogły wyjechać pełne ludzi, którym beznadzieja odebrała tutaj własne miejsca.
Na dworcu PKS w Opolu ludzie przestępują z nogi na nogę przed nieczynną toaletą. Pierzchają nagle – podjeżdżają autokary. Koła podróżnych toreb stukoczą o nierówny chodnik, wielka emigracja zwykłych ludzi jest taka banalna, płaski monitor wielkiego telewizora w hali dworcowej pokazuje świat nasycony barwami, ciepły jak staroświecka choinka, ktoś ogląda się przez ramię, by jeszcze spojrzeć na uśmiechniętych, rozluźnionych dziennikarzy, którzy opowiadają właśnie, że w jakimś przedszkolu zabroniono zatrudnionym tam paniom pomagać dzieciom w toalecie – z obawy przed molestowaniem. Ale nikt już tego nie słucha, kloszardzi przycupnęli blisko drzwi, drzemią, oni nigdzie się nie wybierają. I tak zwykle są gdzie indziej, smutni outsiderzy, ubodzy krewni swoich nieco mniej ubogich krewnych, którzy właśnie wsiadają do autobusów, by nie dać się pożreć lokalnej pustce.
Miga mi to wszystko w pamięci, gdy kupuję bilet kolejowy w prowincjonalnej kasie gdzieś w Wielkopolsce. Dobrze, że w tym styczniu jest tak ciepło, bo nie ma żadnego ogrzewania dla podróżnych. Starsza kobieta, która sprzedaje mi bilet, ma włączony piecyk elektryczny, siedzi ubrana na cebulkę. Ciekawe, czy musi dokładać się do zużytego prądu. Może choć klimat się nad nami zlituje i z pensji, pół-pensji i ćwierć-pensji prowincjonalni (i nie tylko tacy) Polacy nie będą musieli wydawać na ogrzewanie tak dużo. Może w końcu przyjdzie to cholerne globalne ocieplenie i zrobi nam z Bałtyku ciepłe bajoro, i wyrosną tutaj owoce cytrusowe. A Polak zrobi się czarny, będzie rwał banany i zbierał bawełnę. Czarny Polak na ojczystej palmie pod neokolonialnym słońcem – ostatni cud boski nad umęczonym narodem. Somalia rozkwitnie nad Wisłą – korwiniści będą mieli jak w raju. Właściwy naród na właściwym miejscu i nareszcie w klimacie przyjaźniejszym dla wciąż białych Murzynów.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 6 stycznia 2014 | opinie
Za dziesięć lat o tej porze: Polska jest nudnym i bogatym krajem europejskim. Strumień zdobytych po europrośbie funduszy strukturalnych nieodwracalnie odnowił oblicze tej ziemi. Polacy cieszą się z wysokich zarobków, ze śmiechem wspominając czasy, kiedy potoczne pojęcie „Zachodu” nie obejmowało kraju między Bugiem a Odrą. Nie patrzą w przeszłość, ciesząc się z sukcesu naszej wspólnej, europejskiej ojczyzny, która dzięki coraz ściślejszej integracji rozwiązała wszystkie swoje problemy. Są młodzi (przynajmniej duchem), pozbawieni kompleksów i pełnymi garściami czerpią z normalności, nienormalnej przecież w naszej części kontynentu. Nieroszczeniowi, dynamiczni, szczęśliwi, z torbami wypchanymi zakupami pełnymi delikatesów. I luźnym zdążają tramwajem, wytworną konfekcją okryci…
Zarysowana wizja jest oczywiście mrzonką. Chociaż ogólny efekt zastrzyku funduszy unijnych jest pozytywny, to naiwne jest liczenie, że zapewnią nam one skok cywilizacyjny. Spore ilości już wchłoniętych przez Polskę euro nie spowodowały trwałego spadku poziomu bezrobocia czy jakościowych zmian na rynkach produkcji bądź usług. Nadal jesteśmy w dużej mierze tanimi podwykonawcami dla zachodnich koncernów, a rodzima myśl naukowa i zdecydowany wzrost kwalifikacji obywateli to nasiona, które padają na wyjątkowo nieurodzajny grunt zapóźnionej polskiej gospodarki.
Dobroczynny wpływ Brukseli i żółwio powolne nadganianie przez Polskę szybko obniżających się zachodnich standardów życia nie powinny nas uśpić. Rozwiejmy wątpliwości: fundusze europejskie nie są wystarczającą dźwignią do trwałych, strukturalnych zmian w tym kraju. Może się okazać, że za dziesięć lat o tej porze – gdy ostatnie firmy będą zamykały swoje niegdyś intratne fabryki w specjalnych strefach ekonomicznych, uszczęśliwiając równie wysoko wykwalifikowanych, lecz wiele tańszych Ukraińców – Polska wcale nie będzie bogata. Co więcej, wcale nie musi też być krajem nudnym. Spiętrzenie problemów pokolenia czterdziestolatków z wyżu demograficznego oraz frustracja wywołana utrwaleniem przez system edukacji antymerytokratycznych, klasowych reguł dziedziczenia statusu społecznego mogą zaowocować kryzysem, którym nie będą potrafiły zarządzić nawet najtęższe głowy.
Sposób przejścia przez trudną cezurę roku 2020 może mieć trwały wpływ na pomyślność naszego kraju. Przy radykalnie zmniejszonym strumieniu środków europejskich oraz nieuchronnym porzucaniu Polski przez kapitał zagraniczny na rzecz państw o tańszej sile roboczej, znajdziemy się w strefie zagrożenia dryfem cywilizacyjnym. Czy tego chcemy czy nie, nasze państwo musi znaleźć na siebie pomysł, gdyż dotychczasowemu zbliża się termin ważności. U tego progu zmierzymy się z nowymi zagrożeniami i będziemy mieli okazję wykorzystać nasze szanse.
***
Nie jesteśmy pozbawieni atutów. Mamy coraz lepiej wykwalifikowanych pracowników, co jest w dużej mierze sukcesem polskich nauczycieli. Ten potencjał, choć nierównomiernie rozłożony, jest obecny w wielu regionach kraju, czekając na bardziej sprzyjające otoczenie rynkowe. W kolejnych latach będziemy notować wzrost gospodarczy – nie bardzo wysoki, lecz wyższy od przewidywań analityków, co będzie efektem lepszego wykorzystywania potencjału produkcji w okresie koniunktury oraz chęci do pracy i aspiracji popytowych. Luka popytowa, której istnienie bezsprzecznie udowodnił ostatnio w swoim raporcie NBP, będzie nieco maleć.
To wszystko, jak również dopływ środków z Brukseli i nieco bardziej zdroworozsądkowe podejście do kwestii deficytu i jego źródeł, sprawi, że będziemy mieli do czynienia z pewną gospodarczą konwergencją (zbliżaniem się) do poziomu „starej Unii”. Nie bez znaczenia będzie specyficzna pozycja naszego „starszego brata” – Niemiec, wykorzystujących na swoją korzyść pokryzysowy model zarządzania gospodarczego Wspólnotą, w którym przypadnie nam rola pomocnego kooperanta. Bez względu na przyczyny tego stanu rzeczy i jego szersze konsekwencje, jest to okoliczność sprzyjająca. Procentować będzie także, nieco dziwaczny z perspektywy ulicy, wizerunek Polski jako kraju coraz bardziej zachodniego, liberalnego, nie sprawiającego większych kłopotów.
Wymienione atuty będą niestety równoważone przez coraz większy cień problemu demograficznego. Ten zaś wyrasta w wielkiej mierze z pogłębiających się różnic w szansach życiowych w ramach jednego społeczeństwa. Ekonomiczny aspekt zapomnienia o wielkiej części kraju jest oczywisty – niewykorzystanie potencjałów ludzkich odbywa się kosztem obecnych i przyszłych pokoleń. Dla wielu wyjazd na Wyspy był nie tyle życiową okazją, co wręcz koniecznością. Przy chronicznie wysokim bezrobociu trudno namawiać te półtora miliona rodaków do powrotu. Ale nie jest też tak, że jedynym powodem wyjazdów na Zachód jest nadzieja na wyższe zarobki. Od wieków tam żyło się lepiej niż tu.
Słabość więzi wspólnotowych powoduje, że pomimo nawyków i przywiązania do ojczystej kultury, wielu Polaków z miejscem urodzenia nie łączy zbyt wiele – a przynajmniej zbyt mało, aby myśleli o powrocie. Trudno o wspólnotę w kraju, w którym hasło „Powinniśmy sobie pomagać” kojarzone jest z totalitaryzmem. Niełatwo uwierzyć, że zapomniane miejscowości i całe regiony doczekają lepszego jutra, skoro nikt nawet nie sili się na takie obietnice. W obliczu rosnącego indywidualizmu brak społecznego spoiwa jest coraz bardziej dotkliwy – nawet emocje przeżywane medialnie stają się wspólnymi doświadczeniami coraz mniejszych grup. To puste miejsce coraz śmielej zajmuje frustracja i narzekanie na państwo i rodaków.
Powyższe obserwacje, nawet tak powierzchowne, mogą stać się wskazówką przy rozważaniu wyzwania roku 2020. Wymaga ono aktywności wielu stron: rządzących, przedsiębiorców i zwykłych Polaków. Jest ono jednocześnie doniosłe, jak i w zasięgu naszych możliwości. Wystarczy złagodzenie gwałtowności procesów demograficznych, a spadek liczby rąk do pracy nie stanie się narodową katastrofą dzięki wzrostowi gospodarczemu.
Zawarta w pierwszym akapicie tego tekstu obietnica lepszej przyszłości, choć naiwna i przesadzona, nie jest pozbawiona elementów racjonalności. Niedopowiedzianym warunkiem jej spełnienia jest niezakłócanie status quo, prezentowanego jako rządy „spokoju” czy też „technokratyczne”, oferujące krzepiącą wizję Polski w budowie. Sen o wykuwanym pracą organiczną sukcesie może się ziścić, jeżeli tylko zwykli ludzie będą robić to, co dotychczas – wstawać wcześnie rano i harować.
Jest to wizja podejrzanie wygodna z punktu widzenia obecnego rządu oraz środowisk biznesowych, ale, powtórzmy, niepozbawiona racjonalnych podstaw. Niestety, w zderzeniu z rzeczywistością przyszłej dekady niechybnie się rozsypie, ponieważ w trójkącie rządzący-biznes-Polacy ci ostatni co najwyżej milcząco akceptują układ sił. Tymczasem progu roku 2020 nie da się z sukcesem pokonać bez prawdziwej umowy społecznej, żywo popieranej przez wszystkie strony. Same nawoływania nie przekonają rodaków do wytężonego wysiłku demograficznego w tak niekorzystnych dla większości z nich warunkach i bez wiarygodnej obietnicy lepszego, bardziej sprawiedliwego jutra. A bez owego wysiłku już wkrótce jako wspólnota będziemy biec dwa razy większym wysiłkiem – i dwa razy wolniej.