przez Jarosław Stachowski | środa 21 maja 2014 | opinie
Polakom nie raz serwowano historie o cudach gospodarczych. Irlandzki, japoński, chiński – o tych słyszał prawie każdy. O cudzie holenderskim – prawie nikt.
W 1982 roku holenderskie związki zawodowe zgodziły się ograniczyć presję płacową w zamian za regulacje skłaniające pracowników do redukowania czasu pracy. Dekada funkcjonowania nowego prawa wystarczyła, by udział osób pracujących w „niepełnym” wymiarze godzin wzrósł z 19 do 27%, a bezrobocie spadło z 10 do 5%. Po ponad trzydziestu latach od zapoczątkowania zmian, holenderski rynek pracy wciąż ma się dobrze, a Holandia należy do państw o najniższym poziomie bezrobocia w Unii Europejskiej. Według Eurostat pod koniec 2013 roku było to 6,9% – dla porównania w Polsce 10,2%. Oprócz niskiego poziomu bezrobocia sukcesem jest też wysoki poziom zatrudnienia: 76,5% Holendrów w grupie wiekowej 20-64 miało pracę w 2013 roku. Wiele wskazuje na to, że właśnie skrócenie czasu pracy pomogło w osiągnięciu tego poziomu.
W Polsce nadmierna presja płacowa nie jest zagrożeniem. Związki zawodowe są u nas znacznie słabsze niż w Holandii, płace i warunki panujące na rynku dyktują w zasadzie jednostronnie pracodawcy. Wysoki poziom bezrobocia odbija się na poziomie płac, a jednocześnie skutecznie ogranicza szanse na poprawę pozycji negocjacyjnej polskich pracowników. Nasze płace należą do najniższych w Unii. Premier Donald Tusk niestrudzenie przekonuje, że za 7-9 lat zrównają się one ze średnią europejską. Niestety, w ostatnich pięciu latach średnia płaca rosła wolniej niż produktywność.
Sytuację gospodarczą Polski można określić jako „recesję wzrostu”. Oznacza to, iż mamy do czynienia ze wzrostem gospodarczym, ale jest on zbyt niski, żeby zrównoważyć wzrost produktywności. Wzrost produktywności nie równoważony przez wzrost gospodarczy wiąże się z kolei ze zwolnieniami pracowników. Aby zatrudnienie rosło, wzrost gospodarczy powinien przewyższać wzrost produktywności. Boom gospodarczy wpłynąłby na zmniejszenie liczby bezrobotnych, na ten jednak nie ma co liczyć. Zamiast boomu mieliśmy w ostatnich latach zahamowanie wzrostu płac i zwolnienia. Owoce poprawy produktywności nie trafiały do pracowników – ani w formie podwyżek, ani ograniczenia czasu pracy.
Polski rząd wydaje się czekać aż problem bezrobocia rozwiąże demografia: jeszcze tylko 6 lat i problem zniknie. Nikt przecież nie obiecywał, że niewidzialna ręka rynku będzie zwinna i szybka.
Inaczej niż Polska na recesję zareagowały Niemcy. Polityka dotowania pracowników przechodzących na krótszy tydzień pracy pozwoliła na utrzymanie wysokiego poziomu zatrudnienia, co było nie lada osiągnięciem w ogarniętej kryzysem Unii Europejskiej. Niemcy cieszą się także niskim poziomem bezrobocia wśród młodych. Zdaniem kanadyjskiej ekonomistki Juliet Schor, krótszy tydzień pracy jest niezbędnym elementem walki z bezrobociem młodych. W jej opinii problemu nie rozwiąże wzrost gospodarczy. Politycy nie mają zatem na co czekać.
W Polsce wskaźniki bezrobocia wśród młodych należą do najwyższych w Unii – w przypadku osób do 25. roku życia wynosi ono ponad 27%. Ich sytuację na rynku pracy opisuje zasada LIFO (last in, first out): młodzi pierwsi tracą na recesji i ostatni zyskują, gdy gospodarka się rozpędza. Obecnie są wielkimi przegranymi recesji.
Skrócenie czasu pracy może stać się skutecznym instrumentem w walce z recesją wzrostu. Może także przyczynić się do wzrostu produktywności i płacy oraz spadku poziomu bezrobocia. Ograniczenie czasu pracy skłoni podmioty gospodarcze do zwiększenia zatrudnienia, co przełoży się na wzrost presji płacowej. Stopniowo rosnące koszty pracy skłonią zaś przedsiębiorców do inwestowania w produktywność i innowacje. Niskie koszty pracy przestaną tym samym stanowić główny, jeśli nie jedyny polski konkurencyjny towar eksportowy.
Skracać jest z czego, bo jak pokazują badania CBOS, Polacy pracują średnio aż 46 godzin tygodniowo. Polski pracownik należy do najdłużej pracujących w Unii.
Jak zapewniają zwolennicy krótszego tygodnia pracy, pracownicy mogą na nim zyskać: lepsze samopoczucie, zdrowie, ograniczenie wypalenia zawodowego, poprawę relacji z otoczeniem i więcej energii na aktywny wypoczynek. Dlaczego więc ludzie sami nie decydują się pracować krócej? Chcą, ale nie mogą – tak streścić można wyniki badań Juliet Schor przeprowadzonych na kontynencie amerykańskim. Pracownicy zamiast podwyżki woleliby często krótszy tydzień pracy, prawo nie daje im jednak możliwości wyboru. Zostają więc w pracy dłużej niż by chcieli. Ci, którym udało się ograniczyć czas pracy, zwykle nie żałują: ponad 80% przebadanych przez Juliet Schor uważało, że ograniczenie czasu spędzanego w pracy przyniosło im większe zadowolenie z życia.
Pracownikom coraz trudniej wyrwać się z życia zawodowego, często poświęcają czas prywatny na pracę, choć nie zawsze robią to dobrowolnie. Często pracodawca wywiera na nich presję, np. przy pomocy technologicznej „smyczy”: telefonu lub e-maila. Niemiecka minister pracy Ursula von der Leyen postanowiła ukrócić ten proceder w kierowanym przez siebie resorcie. Jej zdaniem „technologia nie powinna kontrolować nas – to my powinniśmy kontrolować technologię”. W związku z tym wprowadziła reguły ograniczające korzystanie z komunikacji elektronicznej, która do pracy może być wykorzystywana przez pracowników ministerstwa tylko w godzinach służbowych.
Długi tydzień pracy często prowadzi do konsekwencji odwrotnych do zamierzonych, m.in. do spadku produktywności czy ograniczania innowacyjności. Jednym z pierwszych, który zwrócił uwagę na zbawienny wpływ krótszego czasu pracy na produktywność, był amerykański ekonomista Richard D. Wolf. Jego zdaniem, wydłużenie przeciętnego tygodnia zawodowego zaszkodziło zarówno gospodarce, jak i jakości życia obywateli, podczas gdy skrócenie przeciętnego tygodnia pracy przyczyniło się do wzrostu produktywności w Europie. Hiszpański Instytut Studiów Ekonomicznych zauważa podobną zależność w Grecji, Hiszpanii, Portugalii i we Włoszech, gdzie ludzie poświęcają więcej czasu na pracę niż w Niemczech czy Holandii, ale ich produktywność jest niższa.
Niemcy i Holandia wypadają lepiej nie tylko na tle tzw. państw PIGS. Porównanie z innymi gospodarkami, w których pracuje się więcej – Stanami Zjednoczonymi czy Wielką Brytanią – również przemawia na korzyść państw o krótszym tygodniu pracy.
Wpływowi krótszego tygodnia pracy na produktywność chce się przyjrzeć gmina Göteborg w Szwecji. W ramach eksperymentu pracownicy urzędów będą przebywać w miejscu zatrudnienia godzinę krócej niż zwykle. Zwolennicy eksperymentu liczą, że pracownicy wykonają w ciągu 6 godzin zajęcia, które zwykle zajmowały im 7 godzin.
Krótszy tydzień pracy mógłby zostać wprowadzony w polskich urzędach i firmach należących do skarbu państwa. Tam byłoby to stosunkowo najłatwiejsze do wprowadzenia. Rozwiązanie, które wypracowała Holandia, może stać się także udziałem innych krajów. Ubolewać należy, że inne państwa są powściągliwe w ograniczaniu czasu pracy. Polacy należą do najciężej pracujących w Unii Europejskiej, kiepsko u nas z produktywnością, bezrobocie jest wysokie, a młodzi wyjeżdżają za granicę. Skracając tydzień pracy możemy odmienić nasz los.
przez Wojciech Wytrych | środa 14 maja 2014 | opinie
Nowa moda. Jeszcze trzydzieści lat temu ludzie chcieli z getta uciekać, nie dać się tam zamknąć. Z czym się getto potocznie kojarzy? Żydzi i Soweto. Czyli jak się już tacy do naszego miasta dostaną, to trzeba ich odseparować w osobnej dzielnicy, z której nie jest łatwo się wydostać do dzielnicy sąsiedniej. Niech się tam kiszą we własnym sosie.
Ale świat się zmienia i to, co kiedyś miało wydźwięk negatywny, dziś jest celem trudnym do osiągnięcia. I tam gna nas ambicja. Tam chcemy być. Ale nie każdemu jest to dane. Bo ci, którzy są w środku, tak zmienili polaryzację swych ambicji, by uważać, że odseparowani są pozostający na zewnątrz. Administratorzy miast tym ambicjom przyklaskują i wspierają je, bo są dla nich korzystne. To, co dotychczas należało do psiego obowiązku władz opłacanych z naszych podatków, teraz ochoczo przejmują na swoje karki omamieni podatnicy. Władza ich olewa i nie realizuje swoich obowiązków. Nie zaspokaja żywotnych potrzeb, więc bierzemy sprawy we własne ręce, za własne pieniądze, choć płacimy za to, że władza powinna to zrobić, zorganizować. Ale nie robi tego z lenistwa, bo lepiej mieć trzech wiceprezydentów i sponsorować coś, czego sponsorować nie trzeba, a na to, co trzeba, nie zostaje funduszy. Albo – co gorsza – z wyrachowania, więc braki w obsłudze podatników są tak dotkliwe, że ci zdesperowani i sprowokowani (skrycie i przy pomocy półkłamstw) sami postanawiają to zrobić.
Trzeba też wziąć pod uwagę modę – to bzdura, że mając lat 70 (jak większość członków zarządów wspólnot mieszkaniowych na osiedlu komunalnym) nie ulega się jej. Może nie mają smartfonów i hipsterskich ciuchów, ale snobizm na mieszkanie w bezpiecznym bloku łechce ich ambicje – na stare lata dorobiliśmy się tego, że mieszkamy w ekskluzywnej dzielnicy, a jeśli nie dzielnicy, to chociaż bloku. I cóż z tego, że nie przenieśliśmy się nigdzie, a jedynie blok zmienił swój status lub choćby tylko wygląd? To ludzie prości i łatwo im zagrać na takich emocjach.
Więc czas na getto. Kiedyś ci w środku byli zamknięci. Dzisiaj ci w środku myślą, że to ci na zewnątrz są odcięci w bagnie problemów, a ci wewnątrz są od nich wolni. Getto jednak nie pozwala na to i sprowadza się do tego, że odseparowani nie mogą liczyć na pomoc z zewnątrz. Dotykają ich jednak zewnętrzne problemy. Na kilku poziomach odrzucili powiązania z zewnętrzem, więc ono nie czuje się z nimi związane. Muszą radzić sobie sami. Tymi kosztami nie obarczą wszystkich z okolicy, więc to nie zysk, lecz strata. Pewnie w psychice coś im kompensuje te kosztowne inicjatywy.
Grodzimy się od reszty. Stawiamy własny śmietnik. To odważna jest decyzja. Na zagrodzonym trawniku możemy urządzić parking.
Jeden z wiceprezydentów Kielc wypowiedział się kiedyś w telewizji tak oto: błędem było oddawanie wspólnotom bloków po obrysie, oddamy im całe działki za złotówkę, ale niech one tym gospodarują.
Na plus (?) liczy się większa działka – zatem chyba więcej do podziału na właścicieli mieszkań. Nie wiem, choć możliwości kombinacji ze strony administracji są na tyle szerokie, że może się okazać, iż działka jednak nie należy do bloku, a blok ją jedynie na śmieciowej umowie użytkuje.
Minusem wyraźnym i domyślanym jest status części ogrodzonej. To, co dotychczas robiły służby miejskie lub czego zaniechały – to było ich. Teraz scedowane zostały obowiązki, ale już fundusze na ich obsługę – raczej nie. Do tej pory wspólnoty mieszkaniowe miały blok po obrysie, a trawniki między blokami były obsługiwane przez służby miejskie. A gdy blok dostanie działkę i ją ogrodzi, służby miejskie mogą sprawdzić, czy wspólnota zorganizowała koszenie dwa razy do roku na swój koszt. Do tej pory jeśli wiatr albo ludzie nanieśli śmieci, wzywało się służby miejskie, by zrobiły porządek. Teraz patrol Straży Miejskiej przejdzie obok i jeśli zauważy syf, to wystawi wspólnocie mandacik.
Widzę to tak, choć może się mylę: miasto ma z głowy koszty i obowiązki, czyli tanio zrzuca z siebie narastające dramatycznie problemy, wynikające z tego, że przez ostatnie 20 lat biernie przyglądało się postępującej dekapitalizacji osiedli komunalnych. I nagle z takiego zapuszczonego zakamarka, jakim jest np. kielecki Czarnów, robi się prawie ekskluzywne osiedle, z ogrodzonymi blokami z odnowioną elewacją. Nagle: jak tu jest ładnie! Ale ten śliczny młodzian w garniturze ma obsrane gacie i słomę w butach. Bloki wyglądają ślicznie z nową elewacją, lecz bebechy oczekują na gastrologa – instalacje mają po 40 lat, część bloków nie ma nawet zbiorczych wodomierzy.
Nagle wspólny dotąd śmietnik jest czyjąś własnością i już nie wyrzuca się śmieci tam, gdzie najbliżej, lecz do tego jeszcze nie zamkniętego na klucz. I malownicze dotąd osiedle przepoczwarzyło się. Chodnik, którym wracałem wieczorem z pracy, prześwietlony światłem padającym z latarni i przefiltrowanym przez gałęzie, kończy się na siatce – dotarłem do granicy jakiejś wspólnoty. Nie ma przejścia.
Ludzie żyjący tu od 40 lat dali się porwać niezdrowej idei – aż tak się nie lubią?! – oddzielenia się od podobnych nam, sąsiadów z bloku obok. Za własne pieniądze, za kredyt do spłacenia przez lat wiele. Do tego namówiły wspólnoty władze miasta.
Już nie jesteśmy wszyscy razem. Chodnik zagrodzony siatką, śmietnik na klucz, nowe pola konfliktów, ale antagonista jest z sąsiedniego bloku, a nie z Urzędu Miasta. Satanizm stosowany. Satanizm użytkowy.
Ludzie zamknięci w getcie, jak szczury stłoczone na małej powierzchni, zaczynają gryźć się wzajem. Agresja i frustracja zostają przekierowane do środka. Nie przeciw odpowiedzialnym za ten stan rzeczy, lecz przeciw zastępczym celom. Na przykład przeciw tobie.
przez Piotr Wójcik | wtorek 6 maja 2014 | opinie
Taka sytuacja: po skończonej kolacji wstajemy i sprzątamy po sobie. Gdy zbieram kubki, znajomy pyta: „państwo za ciebie tego nie zrobi?”. Niby tylko żart, a tak wiele mówi o współczesnych zwolennikach „wolności” i przeciwnikach „ograniczającego ją państwa”. W teoriach tzw. wolnościowców aktywna polityka państwa prowadzi niechybnie do rozleniwienia obywateli, którzy mając świadomość istnienia pomocy publicznej, całkowicie zdadzą się na nią i całymi dniami będą leżeć do góry brzuchem. Według nich, zwolennicy szerokiego zabezpieczenia społecznego chcą po prostu jak najwięcej czasu spędzać na kanapie z pilotem w dłoni, a drugą ręką w gaciach, niczym półgłówkowaty Al Bundy. Są też przekonani, że gdy tylko państwo odda pole obywatelom, ci wezmą sprawy w swoje ręce, co błyskawicznie uruchomi ich energię i wyzwoli społeczny dynamizm. Dzięki temu, że sami będziemy musieli zadbać o swoje sprawy, staniemy się bardziej samodzielni, innowacyjni, poszerzymy horyzonty, przekonamy się, jak wielkie mamy przestrzenie działania. Gdy tylko państwo ograniczy swą aktywność do kilku funkcji, odzyskamy wolność, staniemy się ludźmi w pełnym tego słowa znaczeniu. To koncepcja całkiem kusząca – ale tylko na pierwszy rzut oka. Im dalej w las, tym wyraźniej widoczne są luki takiego rozumowania.
Stoi za nim dosyć idiotyczna koncepcja człowieka, sprowadzająca homo sapiens do obrzydliwego stworzenia, które tylko czeka, by móc się wyłożyć na kanapie. Jednak przede wszystkim nawet pobieżne przyjrzenie się lumpen-wolnościowemu światopoglądowi ujawnia liczne absurdy logiczne. W jaki sposób mielibyśmy uwolnić gospodarczy dynamizm, ładując przeciętnemu obywatelowi na głowę te obowiązki, które wcześniej miał właśnie zdjęte z głowy? Skoro musiałby zużywać energię na każdą najdrobniejszą sprawę, która go dotyczy, to skąd wzięłyby się pokłady energii społecznej, rzekomo czekające na uwolnienie? Skoro cierpimy na brak kreatywności i aktywności społecznej, czy nie rozsądniej byłoby stworzyć obywatelom warunki do kreatywnego i społecznego współdziałania? Niezbywalnym elementem tych warunków jest system szeroko dostępnych usług publicznych, uwalniających jednostki od obowiązków niepotrzebnie zajmujących energię i czas, które przecież nie są nieskończone.
Brak silnego państwa i szeroko dostępnego zabezpieczenia społecznego nie prowadzi wcale do uwolnienia aktywności gospodarczej, a wręcz przeciwnie – do jej zahamowania. Obywatel, który ma świadomość, że może liczyć tylko na siebie, staje się dużo bardziej zachowawczy w decyzjach dotyczących własnej przyszłości. Trzeba być nie lada ryzykantem, żeby w sytuacji zerowego zabezpieczenia społecznego zechcieć np. rozwijać kompetencje w dopiero raczkującej dziedzinie, której długofalowy rozwój jest mocno niepewny. Lepiej zostać kolejnym prawnikiem lub pedagogiem. Przykładowo w 2003 roku w Korei Południowej, gdy po kryzysie z 1997 r. bardzo zliberalizowano rynek pracy, aż 80% uczniów najlepiej rokujących w dziedzinie nauk ścisłych zamierzało studiować medycynę. Po prostu zawód lekarza (wcale nie najlepiej wtedy płatny) gwarantował najbardziej stabilne zatrudnienie. Odpowiedź na pytanie o szanse i perspektywy rozwojowe rynku pracy składającego się z niemal samych lekarzy, jest chyba dość oczywista.
Ale przecież awersja do ryzyka przejawiałaby się również w innych sferach. Pracownik stałby się mniej skory do innowacji lub brania większej odpowiedzialności (np. poprzez awans), skoro mogłoby to się dla niego skończyć zwolnieniem. Również zmiana pracy na bardziej wymagającą nie jawiłaby się w takich okolicznościach jako ekscytujące wyzwanie – przywodziłaby raczej na myśl widmo wylądowania na bruku, jeśli jednak nie wyjdzie. Racjonalną strategią w liberalnym raju jest zatem tkwienie na posadzie żałosnej, ale pewnej.
Nieprawdą jest również, że wysokie wydatki socjalne negatywnie wpływają na osiągi makroekonomiczne. Przykładowo, okres po II wojnie światowej, kiedy na całym niemal Zachodzie funkcjonowało państwo opiekuńcze, był zarazem okresem dynamicznego rozwoju. Większy dynamizm cechował zresztą ówczesną Europę niż USA, choć ta pierwsza tradycyjnie na wydatki socjalne przeznaczała dużo więcej. W latach 1950-1987 średni wzrost gospodarczy Niemiec wyniósł 3,8%, Szwecji 2,7%, Holandii 2,5%, natomiast USA – 1,9%. Tymczasem w roku 1980 wydatki socjalne w relacji do PKB kształtowały się na takich oto poziomach: Niemcy 23% PKB, Szwecja 28%, Holandia 24%, a USA 13%.
Na ograniczeniu aktywności państwa oraz braku zabezpieczenia socjalnobytowego cierpi także społeczeństwo obywatelskie. Dla prawidłowego funkcjonowania sektora pozarządowego niezbędny jest sprawny, dysponujący szerokimi kompetencjami sektor rządowy. Ludzie zmuszeni do ciągłej troski o byt raczej nie znajdą czasu i chęci, by zająć się pro bono sprawami publicznymi. Za to obywatele mający zapewnione stabilne środki do życia i dysponujący odpowiednią ilością wolnego czasu (gdyż instytucje państwa zdjęły z nich pewną ilość obowiązków) mogą z czystym sumieniem poświęcić się działalności społecznej, artystycznej czy politycznej. Wpływ państwa i samorządu na trzeci sektor ma także aspekt wymierny. Jak podaje GUS, w 2012 roku aż 52% przychodów organizacji pożytku publicznego pochodziło ze środków publicznych, a tylko 20% ze składek lub darowizn podmiotów prywatnych (pozostałe 28% stanowiły tzw. przychody rynkowe, czyli np. odpłatna działalność statutowa). Jak widać, sektor prywatny nie garnie się do łożenia na rozwój społeczeństwa obywatelskiego.
Kolejna niezwykle ważna rola państwa związana jest z redystrybucją bogactwa. Na obecnym etapie rozwoju Polski sprawna redystrybucja jest niezbędna dla poprawy warunków życia. Jak udowodnili Kate Pickett i Richard Wilkinson, standard życia w danym kraju rośnie wraz ze średnim dochodem, aż do poziomu mniej więcej 20 tys. dolarów na osobę. Po przekroczeniu tego poziomu zamożności standard życia staje się skorelowany głównie ze stopniem równości ekonomicznej – jest tym wyższy, im niższy jest poziom rozwarstwienia społecznego – zaś średni dochód staje się czynnikiem zupełnie drugorzędnym. Według danych MFW, Polska w 2012 roku osiągnęła PKB w wysokości 20592 dolarów na osobę. Pickett i Wilkinson oparli swoje badania na indeksie, który uwzględnia wskaźniki występowania patologii oraz pozytywnych zjawisk społecznych i zdrowotnych. I okazało się, że w badanej grupie państw z PKB powyżej 20 tys. dolarów na osobę, USA, pomimo najwyższego przeciętnego dochodu (wraz z Norwegią), wypadały zdecydowanie najgorzej! Nie trzeba chyba dodawać, że charakteryzowały się one także zdecydowanie największym rozwarstwieniem. Co więcej, widać było wyraźną prawidłowość, wskazującą, że państwa zmagające się z większymi nierównościami ekonomicznymi osiągały gorszy wynik według wskazanego indeksu. Dodajmy, że wyższy standard życia w społeczeństwach cechujących się względną spójnością społeczną dotyczył wszystkich – także najbogatszych, którzy w najwyższym stopniu obciążeni byli redystrybucją. Jak widać, na obecnym etapie rozwoju naszego kraju, to właśnie sprawna redystrybucja może być jednym z najistotniejszych narzędzi poprawy naszego standardu życia. A taką redystrybucję zapewnić może tylko państwo.
W spocie wyborczym Polski Razem Jarosław Gowin opowiada o wymarzonej Polsce, w której politycy spierają się o to, jak obniżyć podatki. Trudno wybaczyć krakowskiemu intelektualiście tak prostacki sposób myślenia, nawet jeśli jest to tylko wyborcza propaganda. Należy zauważyć powszechne wśród konserwatywnych liberałów przekonanie, według którego niższe podatki zawsze pozytywnie wpływają na portfele obywateli. Tymczasem nie trzeba być orłem z matematyki, by zorientować się, że niższe podatki to także mniej usług publicznych. A zatem więcej trzeba będzie płacić z własnej kieszeni za ich prywatne odpowiedniki. Doskonale wiedzą o tym Szwedzi, którzy m.in. za obniżanie podatków prawdopodobnie w najbliższych wyborach pokażą czerwoną kartkę rządowi Frederika Reinfeldta. Wiedzą to także Amerykanie, którzy muszą zmagać się z koszmarem prywatnej służby zdrowia. Aż 46% upadłości konsumenckich w USA jest spowodowanych koniecznością poniesienia kosztów świadczeń medycznych; 15% Amerykanów w ogóle nie jest objętych opieką medyczną, ponieważ nie stać ich na prywatne ubezpieczenie. Ci zaś, których stać i tak nie mają się z czego cieszyć. Prywatna służba zdrowia w USA funkcjonuje tak, że pomimo ogromnych nakładów (8,5 tys. dolarów na osobę – dla porównania, w Polsce jest to 1,45 tys. dolarów) przeciętna długość życia w niektórych południowych stanach jest niższa niż w Algierii czy Bangladeszu, a śmiertelność niemowląt wyższa niż w Polsce (gdzie funkcjonuje chronicznie niedoinwestowana publiczna służba zdrowia).
Obniżka podatków odbija się zresztą nie tylko na jakości usług publicznych, ale także na ich ilości. Im mniejsze będzie państwo, o tym więcej rzeczy będziemy musieli zadbać sami. Co oczywiście odbije się na mniejszej ilości dostępnego czasu i energii, które moglibyśmy wykorzystać choćby na próbę rozkręcenia własnego biznesu po godzinach lub realizację nietypowego zlecenia. Ograniczenie usług publicznych może przełożyć się zatem na niższy poziom aktywności zarobkowej. Słowem: ostatecznie rzecz biorąc, obniżka podatków może odbić się negatywnie, a nie pozytywnie na naszych domowych budżetach.
Zdroworozsądkowy Polak powinien marzyć o Polsce, w której politycy spierają się nie o to, jak obniżyć podatki, ale o to, jak poprawić jakość usług publicznych. Nie chcemy rozwoju zabezpieczeń społecznych po to, żeby całymi dniami leżeć do góry brzuchem. Chcemy aktywnego państwa po to, by móc się skupić na tym, do czego jesteśmy jako ludzie predestynowani: na byciu obywatelami.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 28 kwietnia 2014 | opinie
Uwielbiam podróże pociągami, a już zwłaszcza wczesną wiosną, kiedy cieszy każde spojrzenie przez okno. Drzewa pokrywają się świeżusieńką zielenią, obiecując, że przytłumiony zimą świat już za chwilę będzie ciepły, pachnący, przyjazny. Tym razem cieszyłem się także tym, że jadę do jednego z naszych piękniejszych wielkich miast, w którym, choćbym miał pełne ręce roboty, wystarczy mi pobyć kilka godzin, żeby porządnie wypocząć. Kiedy na dworze zaczęło się już ściemniać, poszedłem na herbatę do wagonu restauracyjnego. Jedyne wolne miejsce znalazłem przy stoliku, przy którym elegancka pani w okularach poiła soczkiem niespełna trzyletnią dziewczynkę. Zapytałem, uśmiechnąłem się, przysiadłem, a że dziewczynka na to zaczęła przemawiać do mnie swoim zadziwiającym narzeczem, za chwilę zgadałem się i z panią, która okazała się jej babcią. I tak zaczęła się bardzo miła podróżna konwersacja i sympatyczna kolejowa znajomość. Jak to w takich sytuacjach bywa, opowiedzieliśmy sobie nawzajem sporo ciekawostek, nie przedstawiając się sobie nawet: ja dowiedziałem się, po co babcia z wnuczką jeździły do Warszawy, a ona, po co ja jadę do ich miasta. Póki co, wiedziałem tylko, że dziewczynka ma na imię Maja.
Dojechaliśmy, potem jeszcze przeszliśmy przez dworzec, rozmawiając, a ja – ponieważ wychodząc z domu, jak często, w ostatniej chwili, zapomniałem wziąć gotówki – po drodze podszedłem do wszystkich kolejnych bankomatów, z których każdy – co za pech – akurat nie działał. Trudno – pomyślałem na głos – kupię bilety na autobus, płacąc kartą. Rozmawiając, weszliśmy do dwóch dworcowych kiosków, ale – jak na złość – w każdym z nich można było płacić tylko gotówką. Zaniepokojony – do hotelu miałem naprawdę daleko – zapytałem uprzejmej współpasażerki o jakieś bankomaty w okolicy, ale ona machnęła ręką i uśmiechnęła się.
– Ależ po co ma pan szukać bankomatów – powiedziała. – Przystanek ma pan tuż przy wyjściu z dworca, kupię panu ten bilet. I drugi, żeby jutro mógł pan dojechać do centrum. Albo wie pan co? – dodała, widząc, że się waham. – Pożyczę panu dwadzieścia złotych, trochę gotówki więcej przyda się panu na wszelki wypadek. Pan ma jutro zajęcia tuż obok mojej pracy, wpadnie pan, odda. Proszę.
Podała mi banknot. I jeszcze zgrabną wizytówkę, na którą tylko rzuciłem okiem i sam podobnej nie mając, przedstawiłem się z imienia i nazwiska. Podziękowałem, kupiłem bilety, a potem babcia i wnuczka (musiały jeszcze chwilę zaczekać, aż odbierze je samochodem tata Mai) odprowadziły mnie do przystanku. Kiedy odjeżdżałem, spojrzałem jeszcze na nie. Moja współpasażerka wzięła wnuczkę na ręce, a Maja pomachała do mnie złożoną kolorową parasolką, która zza szyby autobusu wydała mi się bukietem kwiatów. Takie drobne wydarzenie – a takie krzepiące! Spotykają się zupełnie obcy ludzie, a nie rzucają się sobie od razu do gardła, nie przepychają się i nie warczą na siebie, za to cieszą się wspólnym, chociaż krótkim czasem, są dla siebie życzliwi i pomocni. Ufają sobie. Ludzie sobie ufają!
***
To spotkanie, rozmowa i miły gest współpasażerki napełniły mnie radością na cały następny ranek i wczesne popołudnie. Zajęcia, które prowadziłem, choć wymagające dużego skupienia i wysiłku umysłu, poszły mi jak z płatka – okazało się, że uczestniczyły w nich osoby bardzo zainteresowane tematem, było wiele pytań, które przerodziły się w otwartą dyskusję. Rozmawialiśmy w sali wykładowej, do której wkrótce zaczęli schodzić się słuchacze kolejnych zajęć. Kilka ciekawych osób zaprosiło mnie jednak do kawiarni na dokończenie rozmowy. Do miejsca pracy mojej znajomej z pociągu, mieszczącego się w efektownej kamienicy, starej, ale z czyściusieńką jasną fasadą, dotarłem tuż przed godziną piętnastą, uprzednio pobrawszy z bankomatu pieniądze, zakupiwszy ładną kopertę i kartkę, na której napisałem parę słów podziękowania. Tabliczka zawieszona przy ciężkich drewnianych drzwiach wejściowych skierowała mnie na trzecie piętro, które, jak się okazało, całe zajmowane było przez poszukiwaną instytucję. Instytucję – dodajmy – zajmującą się doradztwem w jakiejś hermetycznej (w każdym razie dla mnie) biznesowej specjalności.
Przez recepcjonistkę zostałem powitany przemiłym pytającym spojrzeniem. Powiedziałem, do kogo przychodzę i w jakiej sprawie. Rozmówczyni uniesieniem brwi godnym Noli Rae, brytyjskiej mistrzyni pantomimy, wyraziła przeogromne zmartwienie, że „pani prezes wyszła dosłownie dziesięć minut temu i już dzisiaj nie wróci”.
Ja także zmartwiłem się trochę, jednak chcąc pocieszyć recepcjonistkę, uśmiechnąłem się i zaproponowałem, że zostawię u niej kopertę z liścikiem i banknotem, a ona odda ją jutro pani prezes. Recepcjonistka jednak stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli zostawię kopertę „u pani Agnieszki”. Zadzwoniła do wzmiankowanej, aby mnie zapowiedzieć, po czym zostałem skierowany do pokoju znajdującego się pośrodku długiego korytarza. Podszedłem, zapukałem, otworzyłem drzwi, zobaczyłem kilka stanowisk biurowych, przy których siedziały dwie kobiety i trzech mężczyzn. Jedna z pań, widocznie właśnie pani Agnieszka, wstała, dała mi ręką znak, podszedłem, uprzejmie wskazała mi krzesło i jednocześnie usiedliśmy.
– Pan ma przesyłkę do pani prezes – raczej stwierdziła, niż zapytała.
– Właściwie nie, nie przesyłkę, po prostu chciałem jej oddać dwadzieścia złotych, jestem jej winien…
– Ach, więc pan jest prywatnym znajomym pani prezes?
– Nie, nie jestem, właściwie wcale się nie znamy, spotkaliśmy się w pociągu…
– W pociągu?
– W pociągu. Pani prezes pożyczyła mi dwadzieścia złotych, właśnie…
– Ale pani prezes nic mi nie mówiła.
– Rozumiem, oczywiście – kiwnąłem głową potakująco. – Ale ja od pani prezes nic nie chcę, zostawię tylko dwadzieścia złotych i list. Czy mogłaby pani oddać? I podziękować ode mnie?
– No ale właśnie mówię, że ja nic nie wiem. Pani prezes nie mówiła, czy to było dwadzieścia złotych, czy ile.
Ach, na moment odebrało mi mowę, zmniejszyłem się troszeczkę, a mój wzrok mimowolnie powędrował ku ziemi. Musiało to zrobić wrażenie na pani Agnieszce, bo zaraz odezwała się pojednawczo:
– Nie, ja nic nie mówię, tylko nie chciałabym, żeby potem pani prezes miała do mnie pretensje. Albo żeby coś pomyślała, rozumie pan?
Nie rozumiałem, ale na wszelki wypadek zaproponowałem, trochę jakby obcym głosem, że przecież mogę zostawić zaklejoną kopertę z banknotem w środku. Że zostawię też numer telefonu, aby można było w razie czego rozstrzygnąć wszelkie wątpliwości. Jakby na dowód szczerości swoich intencji położyłem na biurku pani Agnieszki i kopertę, i banknot, które po dłuższej milczącej chwili ujęła dłoń świadcząca niezbicie o tym, że stylizacja paznokcia jest dziedziną sztuk pięknych, w której ojczyzna nasza wciąż stanowi prawdziwą światową potęgę, mimo że nasi jej mistrzowie porzucili już rozbuchany barok na rzecz harmonijnego klasycyzmu. Dłoń-arcydzieło uniosła kopertę na wysokość głowy (znakomicie świadczącej z kolei o rodzimych stylistach fryzur) i zamachała nią gestem subtelnym a pełnym wyrazu, jakby dłoń romantycznej damy machała chusteczką na pożegnanie kochanka wywożonego na Sybir.
– Tomek, jak sądzisz? – pani Agnieszka zagadnęła siedzącego naprzeciw niej przystojnego kolegę. Ten uniósł wzrok utkwiony dotąd w ekranie komputera, obrzucił przedmiot wątpliwości koleżanki wzrokiem zdradzającym profesjonalistę i znawcę, którego ekspertyzom ufać można bezgranicznie. Po czym wzruszył ramionami i orzekł:
– Ja wiem?…
I wrócił do powierzonych mu zadań, które z pewnością wykonuje rzetelnie.
– Ale zaczekaj – odezwała się znad najodleglejszego biurka pani w żakiecie koloru mleka z odrobiną kawy. – A skąd pani prezes będzie wiedziała, że to ty zakleiłaś kopertę? Że nie na przykład pan zostawił niezaklejoną, bo przecież zostawia się zwykle niezaklejoną, a ty coś tam tego, i nie zakleiłaś? Nawet nie, że pomyśli, że specjalnie coś tam, ale że pomyśli, że coś tam pomyliłaś czy coś?
Ów wywód zrobił wielkie wrażenie na pani Agnieszce, która bez słowa odłożyła kopertę i banknot i podsunęła je w moim kierunku.
– Ależ bardzo przepraszam – jęknąłem – ja chcę tylko oddać dwadzieścia złotych, nic więcej. Oddam i sobie pójdę…
– Niech pan przyjdzie jutro – koleżanka pani Agnieszki okazała się Salomonem. – Pani prezes już będzie.
– Dziś wieczorem wracam do Warszawy.
– To nie może pan zostać dzień dłużej?
– Kupiłem bilet, mam pracę, hotel drogi – poczułem się tak winny odrzucenia znakomitego rozwiązania, że wyrzuciłem z siebie litanię usprawiedliwień, którą zakończyłem szeptem: Przecież to nie jest nic wielkiego, ja chcę tylko zostawić dwadzieścia złotych.
– No tak, ale w razie czego, to pani prezes pomyśli, że to my tam coś. A pan sobie pojedzie!
– Boże! – szepnąłem i nie wiem, czy sprawił to wezwany, czy moja bezradna mina, ale pani Agnieszka kazała mi zaczekać, wyszła z pokoju i nie wracała dobre dziesięć minut, a każda z tych minut w mojej głowie rozciągała się w kwadrans. W końcu ukazała się w drzwiach.
– Pan dyrektor pana przyjmie – wskazała mi dłonią korytarz i odprowadziła do drzwi gabinetu. Zapukała i gestem zaprosiła mnie do wnętrza. Z fotela uniósł się lekko szpakowaty mężczyzna w okularach o oprawce tak cieniuteńkiej, jakby w ogóle jej nie było. I w garniturze dopasowanym i odprasowanym idealnie, jakby prasowano go na właścicielu.
– Znam sprawę – rzekł zdecydowanie właściciel garnituru, podchodząc i podając mi rękę, której istotnym elementem był ostry jak żyletka mankiet błękitnej koszuli ujęty gustowną spinką. – I myślę, że powinniśmy się razem zastanowić nad jej rozwiązaniem.
– Oczywiście – odetchnąłem z ulgą. – Zostawię pieniądze i liścik u pana i gdyby pan mógł ode mnie podziękować…
– Sugerowałbym jednak odmienne postępowanie – pan dyrektor splótł palce na wysokości piersi.
– Odmienne?
– Jest przecież tyle możliwości, adres pan zna, nazwisko pani prezes, są przecież wyspecjalizowane instytucje, zarówno publiczne, jak i prywatne…
– Mam wysłać pieniądze pocztą?
– Ja nie mówię, co pan ma zrobić. Sugeruję jedynie rozważenie różnych możliwych opcji.
– Ale czy nie mógłby pan po prostu przekazać przy okazji pani prezes…
– Samodzielnie nie mogę podjąć takiej decyzji. Chciałbym tylko zauważyć, że nasze biuro jest w zasadzie miejscem, w którym mogą przebywać wyłącznie osoby zatrudnione. Ewentualnie po uprzednim umówieniu.
– Czyli rozumiem, że nie mogę tu przebywać?
– Ja nie mówię, że pan nie może tu przebywać, ja przecież nic takiego nie powiedziałem. Ja tylko rozważam, czy pan może tu przebywać.
– Jak rozumiem, to znaczy, że mam stąd iść?
– Ja nie powiedziałem przecież ani razu, że pan ma stąd iść. Ja tylko się zastanawiam, czy pan nie powinien podjąć takiej decyzji.
Podjąłem zatem decyzję. Kiedy szybkim krokiem opuszczałem ulicę, przy której znajdowało się biuro, minął mnie samochód, w którym dostrzegłem moją współpasażerkę z pociągu. Odwróciłem się. Samochód zatrzymał się przy kamienicy, ona z niego wysiadła. W dłoni trzymała przedmiot, który w pierwszej chwili wziąłem za złożoną kolorową parasolkę, ale który po uważniejszym oglądzie okazał się nahajką. Weszła do bramy, a ja krokiem jeszcze szybszym poszedłem na dworzec. Pieniądze odesłałem pocztą.
przez Bartłomiej Grubich | wtorek 22 kwietnia 2014 | opinie
Chociaż pierwsze książki Richarda Sennetta ukazały się ponad 40 lat temu, w Polsce jego twórczość jest na szerszą skalę prezentowana dopiero od kilku lat. Co prawda wcześniej sporadycznie ukazywały się przekłady jego prac, jednak dopiero wydana w 2006 r. „Korozja charakteru” zapoczątkowała lepszy okres, a kolejne pozycje pojawiają się u nas regularnie co kilka lat. Wydano m.in. klasyczny „Upadek człowieka publicznego” (1974, wyd. polskie 2009), ale i książki bardziej współczesne, jak „Etyka dobrej roboty” (2008, wyd. polskie 2010), pierwsza część trylogii określanej przez samego autora jako „projekt homo faber”. W ubiegłym roku ukazała się po polsku kolejna pozycja z tego cyklu, zatytułowana „Razem. Rytuały, zalety i zasady współpracy”.

Nie dajmy się odstraszyć poważnymi tytułami. Sennett operuje bowiem językiem dalekim od tego, co nazywamy stylem naukowym. Nie jest to jeden z autorów, dla którego miarę intelektualnego poziomu zdaje się stanowić ilość danych statystycznych czy łacińskich pojęć wciskanych do każdego zdania. Nie jest to język „sztywny” i hermetyczny, raczej literacki – w najlepszym tego słowa znaczeniu. Liczne w „Razem” barwne opisy, zaskakujące porównania, żartobliwe wtrącenia i z życia wzięte przykłady, sprawiają, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. Zamiast przytaczać rzędy i kolumny cyfr, Sennett opowiada historie z dzieciństwa czy anegdoty z badań terenowych. Jako punkt wyjścia do wyprowadzenia poszczególnych wątków potrafi potraktować zarówno piosenkę gwiazdy pop, Lily Allen pt. „Odpierdol się”, jak i twórczość wybitnego socjologa, Georga Simmla.
Tematem przewodnim „Razem” jest współpraca. Amerykański socjolog, traktuje ją z jednej strony jako naturalną skłonność człowieka, lecz jednocześnie jako coś, co „trzeba rozwijać i pogłębiać – zwłaszcza gdy mamy do czynienia z ludźmi różniącymi się od nas samych. Wtedy bowiem [współpraca] staje się naprawdę niełatwym wyzwaniem”. Szczególnie w dzisiejszych czasach, w których zdolność kooperacji została umniejszona do rangi jednej z wielu cech wpisywanych do CV, umiejętności „przywodzącej na myśl osoby sprawne w prowadzeniu konwersacji na przyjęciach lub chytrze wciskające klientom bezużyteczne towary”. Autor zwraca uwagę, że „kompetencje dialogiczne” to prawdziwy fach – co do którego można mieć większy lub mniejszy talent. Zawsze jednak można się go nauczyć.
Dzisiejsze czasy nie sprzyjają współdziałaniu. Organizacja pracy opiera się raczej na odseparowywaniu od siebie osób zatrudnionych w poszczególnych działach, nie mówiąc już o specjalistach i freelancerach. Potencjał do działania razem rozbijany jest ponadto przez krótkoterminowy charakter pracy, o czym w kraju coraz powszechniej stosowanych umów śmieciowych wiemy doskonale. Atomizacja zatrudnionych ma zaś przełożenie na funkcjonowanie całego organizmu społecznego. Zanik kompetencji związanych ze współdziałaniem przejawia się w powierzchowności relacji międzyludzkich i braku gotowości do konfrontacji z różnorodnością tożsamości, interesów i postaw. Zdaniem Sennetta przyjmujemy w związku z tym jedną z dwóch strategii. Część z nas po prostu zamyka się w homogenicznych „gettach”, wycofując się w ten sposób z życia społecznego, a jednocześnie w kontaktach z „obcym” dąży do konfrontacji. Inni natomiast wytwarzają sobie „neutralny” obraz świata, w którym „wszyscy ludzie są w zasadzie tacy sami”. „Pragnienie neutralizowania różnic, oswajania ich bierze się z lęku przed różnicą, splecionego z naszą kulturą gospodarczą i kulturą konsumencką. Jednym ze skutków jest osłabienie impulsu do współpracy z tymi, którzy pozostają nieustępliwie Inni” – zauważa Sennett.
Funkcjonowanie „razem” jest konieczne w większości dziedzin. W książce przytoczony jest przykład przygotowań muzyków do koncertu. Można ćwiczyć godzinami i być doskonałym muzykiem. Jednak kropkę nad „i” stawia umiejętność współpracy – konieczne są próby, podczas których ćwiczy się z innymi muzykami.
Odwołując się do historii, Sennett wskazuje na rytuały jako narzędzia służące kulturze współpracy. Przypomina, iż uścisk dłoni wymyślili Grecy jako gest wskazujący, iż nie ma się w ręku broni. Dziś uścisk dłoni ma mniej praktyczny wymiar, lecz jego wartość symboliczna jest nadal aktualna. Zdaniem Sennetta właśnie za pomocą takich drobnostek buduje się ramy, które są niezbędne do komunikacji. Oczywiście rytuały takie często stają się grą pozorów i teatrem. Jednocześnie zapewniają jednak przewidywalność i stabilność reguł.
Pokładając wiarę w znaczeniu kultury i przemian, jakim podlega ona na przestrzeni wieków, nie zapomina też o równie fundamentalnych dla współdziałania „twardych” czynnikach, związanych z polityką i gospodarką. Przytacza np. badania UNICEF dotyczące oświaty: „Społeczeństwa o wyższym poziomie nierówności zmagać się muszą z częstszymi przypadkami znęcania się i przemocy. Z kolei dzieci w społeczeństwach bardziej egalitarnych wykazują większą skłonność do wzajemnej nauki. […] Niski poziom kooperacji w szkole jest, według raportu, negatywnie skorelowany z ilością czasu spędzanego z rodziną przy wspólnych posiłkach”. Dzieci starają się nadrabiać braki w sferze więzi poprzez konsumpcję, stając się w efekcie „bardziej zależne od konsumowania dóbr materialnych aniżeli od innych ludzi. Gdy tak się dzieje, niknie zdolność kooperowania”. Te mechanizmy mają oczywiście daleko idące konsekwencje dla zachowań i postaw przyjmowanych w okresie dorosłości. Nawiązywanie znajomości staje się trudniejsze, mimo posiadania setek „znajomych na Facebooku”: „Oto zasadniczy, lecz często ignorowany fakt na temat stron społecznościowych: komunikacja twarzą w twarz, osobiste relacje i fizyczna obecność mogą stanowić formę przywileju. Wie to każdy, kto szukał pracy i wysyłał e-mailem swoje CV: szanse, że zostanie ono przeczytane, są niewielkie. Przywilej i bliskość, obecność i dostęp idą w parze – stara zasada sieci kumplowskich” – zauważa Sennett. Ale zaraz dodaje: „W większości biednych wspólnot więzi oparte na bezpośrednich relacjach na niewiele się jednak zdają”.
Oczywiście nie oznacza to, że wszystkie zmiany narzucane przez współczesną szkołę, popkulturę czy strukturę zatrudnienia są bezrefleksyjnie przyjmowane przez ludzi. Choć w „Razem” podstawową tezą jest to, że współczesne instytucje społeczne nie wykorzystują naturalnej skłonności do kooperacji, to jednak zauważa się tu także różne formy oporu wobec tej sytuacji. Sprzeciw nie musi oznaczać wyjścia na ulicę – wystarczą chociażby… plotki. Plotkowanie pomaga wytwarzać zaangażowanie emocjonalne nawet w pracach nastawionych na rutynowe, powtarzalne działanie. Sennett przytacza przykład sortowni listów, gdzie osoby urządzające niezobowiązujące pogawędki potrafiły lepiej współpracować. Okazywało się to niezwykle przydatne we wszystkich kryzysowych sytuacjach, kiedy trzeba było zareagować na nowe realia w porozumieniu z innymi.
Wielką wagę przywiązuje Sennett do twórczej roli konfliktu – wbrew „zdroworozsądkowej” mądrości, która każe dopatrywać się w nim siły destrukcyjnej i skupiać na zażegnywaniu czy neutralizowaniu. Przy spełnieniu pewnych warunków (m.in. wzajemnego zaufania, umiejętność słuchania się nawzajem itp.) nawet taki spór, który nie prowadzi do konsensusu, przyczynia się do wzbogacenia relacji – także w modelowo skrajnym przypadku, gdy z konfliktu wychodzą jednoznaczny wygrany i przegrany, czyli mamy do czynienia z grą o sumie zerowej. „Między konkurentami w wymianie o sumie zerowej jest i współpraca. Polega ona na ustalaniu podstawowych reguł, zanim jeszcze zacznie się właściwa rywalizacja. […] Między oponentami w międzyludzkich wymianach pojawia się też inny rodzaj więzi. Rzadko kiedy wymiana jest całkowita i absolutna; zwycięzca zazwyczaj pozostawia coś przegranemu. […] Przypomina to sport: nikt nie chce, by pokonany przeciwnik zupełnie się załamał”. Innymi słowy, absolutny egoizm kończy możliwość gry.
Może to brzmieć paradoksalnie, ale to konflikty, wedle koncepcji Sennetta, umożliwiają stabilność, a „tylko stabilność sprawia, że ludzie zdobywają rozległą wiedzę o funkcjonowaniu swych organizacji”. Obecnie reguły gry są rozmyte i nieznane, a kluczowy w tym względzie jest brak stabilności w relacjach pracowniczych. Umowy śmieciowe i związana z nimi skrócona perspektywa czasowa uniemożliwiają myślenie strategiczne.
Niektórzy spośród rozmówców Sennetta z nostalgią spoglądają na „ostrych” przełożonych, którzy potrafili krzyknąć na swojego pracownika. Robili to oczywiście m.in. ze względów charakterologicznych, ale, co istotne, mogli sobie na to pozwolić również dlatego, że nawzajem się znali. Potrafili dobrze ocenić własne możliwości i kompetencje. O swoich dzisiejszych szefach badani mówią z większym dystansem – nawet jeżeli uznawani są za dobrych pracowników, taka ocena ma dla nich niewielką wartość. „Bezpośrednie oceny zostały zastąpione przez standaryzowane formularze ewaluacyjne. Odhaczając poszczególne kratki, mierzy się (trudno mierzalne) rzeczy – na ile ktoś gotów jest pracować po godzinach, równoważyć niekompetencje współpracowników lub nawet jak bardzo wierzy w firmę” – stwierdza Sennett.
W ten sposób rozbiciu ulega coś, co Sennett nazywa trójkątem społecznym. Na jego boki składają się: zasłużone zwierzchnictwo, wzajemny szacunek oraz współpraca w sytuacjach kryzysowych. Elementy te umożliwiały ucywilizowanie pracy, nawet jeżeli sama w sobie była ona trudna. Co istotne, odbywało się to w sposób nieformalny i właściwie bezrefleksyjny. Efekty były jednak odczuwalne, na co wskazywały badania prowadzone przez Sennetta. Niestety chwiejność trójkąta społecznego jest obecnie odczuwalna wśród znacznej części pracowników, szczególnie ogarniętego kryzysem sektora finansowego. „Zrozumieli, jak nikłym szacunkiem darzyli swoich szefów, jak powierzchowne było zaufanie między współpracownikami, a przede wszystkim jak słabe okazały się więzi współpracy, gdy już doszło do katastrofy”.
Autor potrafi świetnie analizować rzeczywistość społeczną – nieco gorzej radzi sobie jednak z pomysłami na rozwiązanie opisywanych problemów. Jego pomysły na poprawę sytuacji i docenienie na nowo współpracy między ludźmi mogą rozczarować tych, którzy oczekują konkretnych, precyzyjnych projektów działania. Sennett proponuje raczej ogólne wskazówki, czego przykładem jest opisywany przezeń projekt „dyplomacji życia codziennego” czy też postulat wspólnotowego zaangażowania.
Sennett wyróżnia kilka sposobów podejścia do zaangażowania, lecz szczególnie bliskie jest mu to, które łączy się z towarzyskością. Przywołuje tu postać Normana Thomasa, wieloletniego przywódcy Socjalistycznej Partii Ameryki. Niewątpliwie nie był on skutecznym liderem, Sennett twierdzi wręcz, że był pozbawionym charyzmy człowiekiem bez władzy. Równocześnie osoba Thomasa jest stawiana za wzór, gdyż przedstawiał on swoim stylem bycia wspomniane zaangażowanie przez towarzyskość. Spotkania, w których uczestniczył Thomas, ciągnęły się długo w nocy. „Ignorował porządek małych zebrań (nawet jeśli wcześniej został on ustalony). Chętnie rozdzielał sprawy do załatwienia, nawet jeśli osoba obarczona danym zadaniem w ogóle o nim wcześniej nie myślała. Rzadko udawało mu się wyjść poza pierwszy lub drugi punkt porządku obrad”. Innymi słowy nad porządek stawiał twórczy chaos – dyskusje i rozmowy, które miały integrować w tamtych czasie najbardziej różnorodne (klasowo i etnicznie) środowisko polityczne. I taki też powinien być punkt wyjścia do zaangażowania dla Sennetta – spędzanie czasu ze sobą dla samego spędzania czasu. Razem.
Książka „Razem” powinna przypaść do gustu zarówno osobom zaznajomionym z innymi pozycjami Sennetta, jak i tym, którzy nie znają jego twórczości. Choć jest to druga część trylogii, to równie dobrze może być czytana jako ta pierwsza. Oczywiście jak w każdym tego typu przypadku, można się z poglądami autora w mniejszym lub większym stopniu nie zgadzać (np. moim zdaniem przesadza z krytyką portali społecznościowych). Będzie to jednak wartościowa niezgoda, gdyż trudno odmówić Sennettowi tego, że jego poglądy są przemyślane i konsekwentne.
Książka Richarda Sennetta pt. „Razem” została objęta patronatem medialnym przez kwartalnik „Nowy Obywatel”.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 11 kwietnia 2014 | opinie
Z analitycznego punktu widzenia kilkanaście ostatnich tygodni było okresem wysypu wielkiej liczby danych na temat międzynarodowych powiązań gospodarczych i politycznych. Byłoby wielką stratą nie skorzystać z chwilowego dostępu do „kuchni” globalnych interesów i zależności, jaki otworzył się przed nami przy okazji niepokojów za naszą wschodnią granicą.
W przed-przedpokoju
Okazuje się, że dzięki szczęśliwemu splotowi uwarunkowań, a w pewnym zakresie również dzięki własnej pracy, Polska jest mniej niż jeszcze niedawno podatna na ciężkie szoki zewnętrzne. Aby uświadomić sobie w pełni wagę tej zmiany, należy przywołać sytuację sprzed roku. Amerykański bank centralny zaczął wówczas bardzo stopniowe ograniczanie skali skupu papierów wartościowych obciążonych istotnym ryzykiem. To, co potem nastąpiło, na swojej skórze już wcześniej poznali m.in. Polacy posiadający zobowiązania w szwajcarskiej walucie.
Przed kryzysem zadłużenie się we frankach wydawało się naturalnym rozwiązaniem. Charakterystyczne dla wysoko rozwiniętego kraju niskie stopy procentowe, a więc wolny przyrost odsetek, przy umacniającym się złotym miały sprawiać, że – w przeliczeniu na polską walutę – kwota do spłaty z czasem będzie automatycznie maleć. Co jednak było wiadome (?) analitykom, wyższe stopy procentowe w kraju „doganiającym” nie wynikają tylko z obyczaju czy gry o „premię za ryzyko”, lecz są podyktowane twardymi realiami ekonomicznymi, które prędzej czy później dadzą o sobie znać.
Inwestorzy mogą wymienić swoje pieniądze na złotówki i chętnie to zrobią, inwestując w polską gospodarkę lub zakładając lokaty w polskich bankach. Możliwość zarobienia na różnicy w wysokości stóp procentowych (tzw. carry trade) przyciąga kapitał finansowy, jednak owa różnica nie może być wzięta z sufitu. W przeciwnym wypadku do danego kraju napłynie przede wszystkim kapitał typowo spekulacyjny, co spowoduje ryzyko wystąpienia bańki kredytowej (np. na rynku nieruchomości) i gwałtownej recesji w razie nagłego odpływu środków. Stopy procentowe są więc nie tylko wyznacznikiem potencjału wzrostu kraju, ale i przesłanką do prognoz w zakresie przyszłej wartości danej waluty. Innymi słowy, szwajcarski milioner trzyma pieniądze na niżej oprocentowanym koncie w banku szwajcarskim zamiast na zapewniającym wyższe odsetki rachunku w Polsce nie tylko ze względu na zaufanie, ale także dlatego, że wyższa stopa procentowa wiąże się z prawdopodobieństwem słabnięcia polskiej waluty. Dlatego może zdecydować się trzymać tracące na wartości złotówki tylko wtedy, gdy będzie ich przybywało w odpowiednio szybkim tempie.
Właśnie ten mechanizm zadziałał po zeszłorocznych sygnałach zmian w polityce Fed. Chociaż w sferze faktów polityka amerykańskiego banku centralnego nie zmieniła się znacząco, spodziewane posunięcia odczytywano jako wstęp do wieloletniego okresu umacniania się tamtejszej gospodarki, wyższych stóp procentowych i niesłabnącego dolara. To spowodowało, iż magia przyciągania nowych potęg gospodarczych (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) oraz tzw. rynków wschodzących, do których zaliczana jest także Polska – nagle znacząco zblakła. Jeszcze kilka lat temu szybki wzrost gospodarczy w tych krajach, przy osłabieniu ekonomicznym i bezprecedensowo niskich stopach procentowych w USA, spowodował wielki przepływ kapitału w ich kierunku. Teraz, po oznakach odwrócenia wektorów, słabsze wzrosty i powstawanie „baniek” powoduje poważne turbulencje na rynkach wschodzących. Niedawnym prymusom światowej gospodarki zaczęto wieszczyć kłopoty. Nerwowo było zwłaszcza na początku roku, kiedy panika w Turcji (notabene skazanej na sukces w tym stuleciu) spowodowała rozchwianie m.in. polskiego rynku, zaś samą Ankarę zmusiła do podwyższenia stóp procentowych w celu powstrzymania dalszej ucieczki kapitału.
Jakkolwiek wcześniejsze wstrząsy Polska przeszła relatywnie bezboleśnie, to po przyłączeniu Krymu do Rosji zaczęto kreślić czarne scenariusze. Ochłodzenie stosunków między Wschodem a Zachodem, z naszym krajem tuż przy linii frontu, mogło spowodować osłabienie gospodarcze podobne do tego z końca lat 90. Jednak wbrew czarnowidztwu konflikt w sąsiednim kraju i kłopoty z drożnością ważnego, wschodniego kanału eksportowego nie spowodowały znaczącego pogorszenia prognoz polskiego wzrostu ani odwrotu inwestorów, co najlepiej widać po stabilności parametrów naszego długu zagranicznego. Co to wszystko oznacza? Zaszła epokowa zmiana. Polska nie jest co prawda nawet w przedpokoju cywilizacyjnej elity narodów, jednak kalkulacje globalnych graczy ewidentnie nie przewidują scenariusza, w którym podlegamy daleko idącej materialnej degradacji. Oczywiście należy czujnie śledzić instytucjonalizację stosunków Ukraina-UE oraz skutki wprowadzenia bezcłowego handlu, aby ich efektem nie był kolejny etap „wyścigu na dno”, z cięciami płac, pączkującymi specjalnymi strefami ekonomicznymi oraz walką o niemieckie montownie. Jednak stan na dziś to pewne miejsce w przed-przedpokoju rozwiniętego świata, z nadziejami na polepszenie pozycji dzięki mądrej pracy i splotowi korzystnych okoliczności.
Między ideą a konkretem
Niezależnie od naszej oceny postawy Zachodu wobec Rosji, nie sposób nie uznać, że w większym stopniu jest ona dyktowana lepiej lub gorzej pojętym interesem gospodarczym najsilniejszych państw, aniżeli deklarowanymi pryncypiami. Czy zatem rację mają apologeci wizji świata jako areny brutalnej rywalizacji, przejmujący ze Spencerowskiego postrzegania ewolucji nie tylko wartość pracy organicznej, ale i prymat walki o byt jako siły organizującej stosunki społeczne, wręcz tworzywa cywilizacji? Czy odpowiedzią na nieprzestrzeganie oficjalnie deklarowanych zasad solidarności ma być ucieczka w zbudowany na rozczarowaniu szowinizm? Przyjęcie takiej optyki byłoby poważnym błędem.
Historia dobitnie pokazała, iż prawa postępu gospodarczego i społecznego mają się nijak do koncepcji świata jako gry o sumie zerowej – świata wygranych i przegranych. Pozytywne trendy cywilizacyjne są wynikiem wielusetletniej pokojowej kampanii dobrej woli, rozpowszechniającej zdobycze ludzkiego umysłu w poprzek wąskich interesów – indywidualnych, grupowych czy klasowych. Ten inspirujący marsz był wspierany przez tworzenie się i rozwój państw narodowych. Na gruncie właściwych sobie kultur wytworzyły one instytucje będące podstawą rozwoju, którego pozytywne skutki swobodnie przekraczały już granice.
Czasami może się wydawać, że wskazywanie przez ekonomistów na kluczowe znaczenie instytucji w tworzeniu dobrobytu stanowi rodzaj wymówki przed zmierzeniem się z palącymi problemami gospodarki sensu stricto. Jednakże badanie po badaniu, często sięgające kilka wieków wstecz, potwierdza to spostrzeżenie z całą doniosłością, wskazując, iż tylko narody, które były w stanie wykształcić wysokiej jakości instytucje, mogły dokonywać korzystnych dla siebie przeobrażeń, wnosząc zarazem unikalny wkład w ogólny rozwój cywilizacyjny.
Silne instytucje oznaczają silne państwo, zdolne łagodzić skutki wypadków losowych i ograniczać zasięg problemów społecznych. Dogmatycy zrównoważonego budżetu lubią argumentować, że wspieranie grup, którym powiodło się gorzej, to „stawianie konia przed wozem”, bo „żeby wydawać, należy najpierw zarobić”. I chociaż w kwestii polityki społecznej wojowniczy dogmatyzm budżetowy jest chybiony, to w jego przesłankach jest zawarte słuszne spostrzeżenie. Nie można posiąść i utrzymać zdobyczy cywilizacji samym tylko żądaniem godnego życia i solidarności. Nawet doniosłe osiągnięcia mogą szybko zniknąć, rozmyte przez politykę równania do najtańszej specjalnej strefy ekonomicznej na świecie.
Wszystkie najcenniejsze zdobycze rozwiniętego społeczeństwa muszą być oparte na mocnych filarach, których dziś nam brakuje, a mianowicie na możliwości samostanowienia o własnej przyszłości. Jest ona pochodną siły gospodarczej, ta zaś oparta jest nie na szowinizmie, jak chcieliby niektórzy, ale na mozolnej pracy nad instytucjami. W tym – nad wzorcami społecznymi współpracy, ułatwiającymi budowanie pozycji ekonomicznej kraju. Niektórzy za pierwotną wadę nadwiślańskiej wspólnoty uznają przedkładanie symbolu nad konkret, pryncypiów nad pragmatyzm i emocji nad interesy. W najkorzystniejszym od stuleci klimacie międzynarodowym Polska ma szansę – i musi! – stworzyć rozumną syntezę tych pozornych dychotomii.