Imaginarium dobre dla biednych i uciśnionych

Czas, w którym przyszło nam żyć, jest straszny. Gdzie mamy wypatrywać pomocy? Skąd oczekiwać odsieczy? Czy możliwe jest wyzwolenie z tej opresji, tego zniewolenia, poprawienie swego losu? Oto prezentacja sposobów, praktyk, myków, którą znamy od zaklinaczy rzeczywistości, od tych, którzy nie dawali się gnębić, ale szukali sposobów wyzwolenia.

Bo przychodzi trudny czas, kiedy nie działają związki zawodowe, nie istnieje prawo pracy, a nawet w pobliżu nie gnieździ się żadna mafia, czyli jest maksymalna pustynia, dupa świata, kraina bez żadnych śladów pomocy socjalnej, czyli tu, gdzie jesteśmy lub za chwilę się znajdziemy. Bo przychodzi czas, kiedy jest gorzej i gorzej, i znikąd nie widać pomocy. I właśnie wtedy możemy pomóc sobie sami… Bezradni i bezbronni nie możemy stać bezczynnie. Czyż mamy dać się zarżnąć jak świnie? Ludzie próbują znaleźć sposoby obrony i je znajdują.

Oczywiście można dochodzić swoich praw w sądzie. Kiedy tylko mamy czas i pieniądze, można to robić – gdy brak nam pierwszego lub drugiego, wtedy lepiej nie ryzykować. Użycie magii wyrównuje różnice w majętności czy wykształceniu. Nie wszyscy są zdolni do używania magii. Ale są tacy, którzy mogą bronić się za jej pomocą w obliczu przewagi.

Szefowie wiedzą, czym jest prawo pracy i jak się je stosuje. Ale używają go tylko wybiórczo – gdy im jest to na rękę. Ścieżki naszego życia prowadzą w mrok. Cały czas jednak możemy wybierać – to nie Kołyma. Jeszcze nie. Można iść szlakiem Jimmy’ego Hoffy, ale to poddanie się władzy możnych i silnych, tyle że innych. Można też sięgnąć po siłę ze swego wnętrza.

Co można zrobić, aby dostać podwyżkę? Aby otrzymać urlop, kiedy chcemy? Aby nasz kierownik stracił stanowisko? Aby nie dostać wypowiedzenia? Aby przyznano nam premię? Aby dostawać najłatwiejsze zadania? Aby szef płacił pensję w terminie? Aby szef wreszcie kupił ubrania robocze? Aby szef wreszcie zaczął dostrzegać nasze osiągnięcia i przestał dostrzegać potknięcia? Aby spóźnienia uchodziły nam na sucho? Aby trudne zadania dawały się łatwo wykonać? Jak pozbyć się ze swojego otoczenia przykrego kolegi? Oto tuzin przykładów. Tuzin ścieżek.

Co zrobić, aby dostać podwyżkę? Sposoby są dwa. Można użyć guzika z ubrania kierownika. Guzik należy spalić, szczątki sproszkować i rozsypać wokoło jego biurka. Tak, aby nikt tego nie zauważył. Trzymając w drugiej dłoni monetę. I myśleć przy tym cały czas o różnicy między monetą a guzikiem, z naciskiem: moneta, nie guzik. Można też na tydzień przed każdą kolejną pensją nosić majtki założone na lewą stronę – ale tylko w pracy. Po pensji, niezależnie od efektu, majtki nosimy normalnie.

Co zrobić, by urlop dostać w tym terminie, który nam odpowiada, a nie w tym, który wygodny jest dla szefostwa? 13 minut po pełnej godzinie należy dotknąć szefa lub kierownika, który o tym decyduje, palcem trzymanym uprzednio w naszym odbycie. Powtarzać należy to przez trzy kolejne dni, bez znaczenia jednak jest, czy to ta sama godzina. Istotne jest 13 minut po pełnej godzinie, nie zaś to, czy to jest ta, czy inna. Skuteczność osiąga się przez dopełnienie trzydniowego cyklu.

Co zrobić, by upierdliwy kierownik stracił stanowisko? By przestał nami rządzić? Aby pozbawić go władzy nam nami, musimy posiadać na jego temat dużą wiedzę z dość specyficznych dziedzin. Będziemy bowiem potrzebowali krwi jego zwierzęcia. Może to być pies, ale lepsze są chomik, myszoskoczek, szynszyl. Największą zaś siłą odznacza się krew ptaków, poprzez proste nawiązanie do ich właściwości: ptaki odlatują. Jeżeli więc to możliwe, musimy zdobyć jego kanarka, papugę, a jeśli ma posesję na wsi i hoduje kury, może to być i kura. Ta jest najsilniejsza. Ptaka należy zarżnąć. Wyrwać mu pióra i umaczać we krwi. Dwanaście piór położyć wokoło siedziby firmy, w równych odstępach. Trzynaste pióro umaczane we krwi ptaka ukryć w jego biurku. Sześć piór umaczanych we krwi i sześć czystych wrzucić do sedesu, z którego korzysta w pracy, i spuścić. Jeżeli kierownik nie hoduje ptaka, lecz futerkowca lub albo gryzonia, zamiast piór należy użyć kępek sierści. Nie zawsze działa.

Co zrobić, aby nie dostać wypowiedzenia, gdy wielu je otrzymuje? Tu potrzebny jest długopis kierownika. Tym długopisem należy 33 razy napisać jego pełne imię i nazwisko na kartce. Kartkę potrzeć o genitalia, aby nimi pachniała. Długopis spalić i sproszkować. Ugotować ryż i ugnieść z niego kulki wielkości cząstki najmniejszego palca. Kulki ryżu wymieszać ze sproszkowanym długopisem, owinąć w podartą na kawałki kartkę z nazwiskiem kierownika i rzucić ptakom. Jeżeli w pobliżu jest akwen wodny, karmimy kaczki lub łabędzie, pilnując jednak, by nie pozostawiać niezjedzonych kulek. Nie wrzucamy ich do wody, lecz karmimy ptaki na brzegu. Pozostałe kulki zabieramy ze sobą. Jeżeli nie mamy w okolicy stawu lub jeziora, dajemy je gołębiom. Karmimy ptaki do momentu zjedzenia przez nie wszystkich kulek. Jeżeli ptaki szybko zjedzą wszystkie kulki, a groźba zwolnień cały czas krąży w firmie, powtarzamy zniszczenie długopisu. Do chwili zaprzestania zwolnień.

Co zrobić, by dostać premię? Znane są co najmniej trzy sposoby. Do pierwszego sposobu potrzebna jest chałwa waniliowa. Kawałkiem chałwy, a najwygodniejsza w użyciu jest taka w postaci batona, pocieramy szefa. Najlepiej po ciele, rękach, twarzy, karku, a jeśli to kobieta – po udach. Należy wykonać co najmniej trzy potarcia. Można też pocierać ubranie szefa, starając się wybierać części garderoby przylegające do ciała, jak mankiety czy kołnierzyki koszuli. Kiedy jednak pocieramy ubranie, ilość potarć musi być jak największa.

Sposób drugi nie wiąże się z bezpośrednim kontaktem. Wystarczy, patrząc na szefa, trzymać kciuk lewej ręki w swoim odbycie. Jeżeli mamy luźne ubranie robocze, wystarczy w tym celu zrobić odpowiednio szeroką dziurę w lewej kieszeni spodni lub kombinezonu i przez nią wysuwać dłoń ku tyłowi w sprzyjającej sytuacji. Działa słabiej i nie zawsze.

Sposób trzeci polega na mruczeniu: „premia, premia”, gdy tylko szef jest blisko. Wymaga długiego i uporczywego stosowania. Może to trwać nawet pół roku.

Co zrobić, aby dostawać najłatwiejsze, najprostsze, najlepiej punktowane zadania? Mając następny dzień wolny, dokładnie planujemy menu spożywanych potraw. Wszystkie posiłki spożywane po pracy powinny zawierać orzechy, chleb, wędzone ryby i owoce tropikalne. Wystarczy jeden produkt, ale im więcej składników, tym pewniejsze działanie. Prócz tego pijemy różowe wino – aż do upicia się. Zrobioną kolejnego dnia kupę odkładamy aż do wyschnięcia na wiór. Kupę suszymy tylko w sposób naturalny, latem na słońcu, zimą ułożoną blisko grzejnika. Kupa ususzona w piekarniku, prodiżu czy mikrofalówce traci potrzebne właściwości. Kupę następnie proszkujemy. Proszek sypiemy pod swe stopy, kiedy kolejny raz przekraczamy próg firmy – ale robimy to już „na ziemi” firmy, nie wcześniej.

Co zrobić, aby szef płacił pensję w terminie i uczciwej wysokości? To trudne i pewnego sposobu nie ma. Pomaga tu trzykrotne okrążanie szefa z najmniejszymi palcami wsadzonymi w dziurki od nosa, prawej ręki w lewą dziurkę, lewej w prawą dziurkę. Szef nie musi nas widzieć, my jego tak. Powtarzać nie częściej niż co sześć dni.

Co zrobić, aby szef wreszcie kupił ubrania robocze? Dwie są metody, by do tego doprowadzić, obie mają związek z bielizną. Można pracować bez majtek, tak jednak, aby się to nie wydało. Pewniejszą metodą jest jednak praca w majtkach żony. Najpewniej jednak, choć o to jest trudno, pracować w majtkach żony szefa.

Co zrobić, aby szef zmienił optykę patrzenia na nas i zaczął dostrzegać głównie nasze osiągnięcia, a przestał zauważać potknięcia? Ilekroć zauważamy szefa, łapiemy się lewą ręką za prawe ucho, przekładając ją za karkiem. Ilekroć zaś szef zbliży się do nas na wyciągnięcie ręki, dotykamy go ręką, którą uprzednio trzymaliśmy swoje genitalia. Dwa chwycenia się za ucho i dwa dotknięcia powtórzone po trzynastokroć powinny dać spodziewany efekt.

Co zrobić, aby spóźnienia uchodziły nam na sucho? Wystarczy, ilekroć szef odwróci się do nas plecami, ukucnąć za nim trzykrotnie, gdy stoi odwrócony. On jednak nie może tego zauważyć. Skuteczność będzie większa, jeśli podeszwy naszych butów są umoczone w naszym moczu.

Co zrobić, aby trudne dla nas zadania stawały się łatwymi? Jeżeli polecenia wykonania otrzymujemy przez telefon, należy w trakcie ich wysłuchiwania starać się dotknąć czubka nosa językiem. Ściągnąć dolne części ubrania tak, by ukazać nagie podbrzusze. Po wysłuchaniu polecenia należy ubrać się ponownie. Jeżeli jednak otrzymujemy polecenie bezpośrednio, potrzebne nam będą tłuszcze. Łatwiejsze jest ich użycie w postaci stałej. Masłem, margaryną, wazeliną lub smalcem nacieramy się pomiędzy pośladkami i pod pachami. Pewniejsze, ale trudniejsze jest polanie sobie tam oleju maszynowego o niskiej krzepliwości.

No i co zrobić, by przykry kolega został od nas oddzielony, abyśmy nie musieli go spotykać i z nim współpracować? Palcami, którymi uprzednio dotykaliśmy swego odbytu i naprzemiennie swoich genitaliów, tak by zapachy były intensywne i niekuszące, dotykamy każdej rzeczy, która jego jest. Dobrze jest jeść potrawy skutkujące wzdęciami i kiedy one nadchodzą, puszczać wiatr stojąc lewym profilem do tego kolegi. Najlepiej, gdy w tej sytuacji stoimy twarzą ku północy. Działanie jest wzmocnione, jeśli jednocześnie wykonujemy wachlujące ruchy dłońmi w jego stronę. Nie zawsze działa.

Oto dwanaście ścieżek.

Magiczność pracownicza jednak nie zawsze jest skuteczna. Czynniki zewnętrzne, okoliczności, sytuacja – nie zawsze sprzyjają. Magia jednak niesie ze sobą niewielkie koszty, w sam raz dla pracowniczego portfela.

Ale pamiętać trzeba, że ta magia nie zawsze skutkuje również i dlatego, że szefowie i kierownicy też posługują się magią, aby nami kierować, władać i rządzić. Ich magia może być silniejsza od naszej. Ale poddać się i nie próbować walki byłoby absolutną sromotą.

Królestwo za polityczność!

Królestwo za polityczność!

Ciarki mnie przechodzą, gdy słyszę o „niezależnych” i „apolitycznych” instytucjach. Proszę sobie zatem wyobrazić moje odczucia, gdy w reakcji na sytuację, w której prezes jednej z instytucji ochoczo planował dymisję ministra naszego kraju, niektórzy komentatorzy zaczęli głosić postulat jeszcze większego uniezależnienia i odpolitycznienia tejże instytucji. Oczywiście w kraju, w którym kultura polityczna z kulturą ma tyle wspólnego, co wolny rynek z wolnością, pomysły ograniczania sfery oddziaływania polityki muszą spotykać się z poklaskiem. Wpadki naszych kiepskich polityków nie powinny jednak być argumentami przeciw polityce jako takiej. W czasach wchodzącej brutalnie we wszystkie obszary życia logiki rynkowej, w naszym interesie jako społeczeństwa leży obrona sfery politycznej, a nawet jej poszerzanie. Tymczasem niestety „polityka”, „polityczność”, „upolitycznienie” i inne pojęcia pokrewne uchodzą u nas za skompromitowane. Zupełnie niesłusznie.

Definicji polityki jest chyba tyle, ilu politologów. Ja posługuję się bardzo prostą, żeby nie powiedzieć prostacką: polityka to podejmowanie działań na rzecz – różnie pojmowanego – dobra wspólnego. Chwila – powiedziałby ktoś – a walka o „frukta”, rozdzielanie miejsc na listach, obsadzanie „swoimi” stanowisk w spółkach skarbu państwa? Odpowiadam: to wcale nie jest polityka – te zjawiska (którym należy stanowczo przeciwdziałać) jedynie jej towarzyszą. Gdy wypełniają ją i stają się jej treścią, wtedy wspólnota ma poważny problem. I ten problem niewątpliwie mają Polacy. Jednak najgłupsze, co można w takiej sytuacji zrobić, to odrzucić politykę tout court. Bo to oznaczałoby dla wspólnoty samorozbrojenie i oddanie się pod okupację kogoś dużo gorszego niż zepsuci politycy.

W sytuacji upolitycznienia sfery publicznej, również wtedy, gdy kultura polityczna jest na najniższym możliwym poziomie, troska o dobro wspólne istnieje zawsze, choćby jako nierealizowany, ale możliwy do pomyślenia potencjał. Tymczasem gdy sfera publiczna przestaje być domeną polityki, dobro wspólne znika nawet z teorii i potocznego języka. Na jego miejsce wchodzi zaś niepostrzeżenie – pod płaszczykiem tzw. efektywności – zwyczajny partykularny interes. Interes oczywiście głównie osób i grup znajdujących się blisko centrów decyzyjnych.

Przynajmniej od kilkudziesięciu lat obserwujemy zawężanie zakresu polityki, co przejawia się na dwa sposoby. Po pierwsze, polityka i politycy mają coraz mniejszy wpływ na rzeczywistość. A więc pośrednio my wszyscy mamy mniejszy wpływ na rzeczywistość, gdyż to my tych polityków wybieramy i czasowo dajemy im mandat do rządzenia. I mówię tu o politykach wszystkich szczebli, także lokalnych. Decentralizacja władzy – postulat modny i często deklarowany – staje się jedynie przykrywką dla procederu „odbijania” sfery publicznej polityce. Zmniejszanie roli państwa odbywa się pod płaszczykiem przekazywania wspólnotom lokalnym coraz większej ilości kompetencji, jednak w istocie otrzymują one jedynie ochłapy, a prawdziwa władza wędruje nie w dół, lecz w górę. Przejmują ją instytucje zdominowane przez technokratów i ekspertów, kierujące się rzekomo obiektywnymi przesłankami, a tak naprawdę – interesami grup je kontrolujących, nie zawsze interesami wyrażanymi wprost.

Agencje ratingowe, fundusze inwestycyjne i inne podobne instytucje szantażują rządy samą możliwością reakcji („co na to powiedzą rynki finansowe?”). Dzięki temu uzyskują coraz większy nieformalny wpływ na władze w kolejnych krajach. Podświadomie odczuwana przez decydentów politycznych możliwość błyskawicznego przeniesienia kapitału inwestycyjnego w inne miejsce ogranicza suwerenność ich myślenia i decyzji, przez co suwerenny przestaje być także lud. Decyzje, w których politycy wciąż są naprawdę autonomiczni, mają coraz mniejsze, żeby nie powiedzieć drugorzędne znaczenie. Natomiast te najważniejsze, dotyczące standardów życia wspólnoty, oddawane są bez walki anonimowym „białym kołnierzykom”. Substytutem dawnej władzy stają się urastające do miary najważniejszych problemów wojenki światopoglądowe, które są jedynie desperackimi próbami odzyskania poczucia sprawczości – tak przez polityków, jak i społeczeństwo.

Po drugie, sfera polityki zawęża się wraz z pojawianiem się kolejnych dogmatów, niepodważalnych praw i standardów, które każda wspólnota polityczna musi spełniać, jeśli chce uchodzić za cywilizowaną (oczywiście liczących się już mocarstw te dogmaty nie dotyczą). Aksjomaty te dotykają wszystkich obszarów, choć oczywiście najwięcej ich jest w dziedzinie ekonomii, która dla „nowej władzy” jest najważniejsza. Mamy więc przykładowo wymóg dyscypliny budżetowej z jednej strony, a z drugiej postulat państwa neutralnego światopoglądowo. Kolejne aksjomaty można wymieniać jednym tchem: niska inflacja, zmniejszanie roli państwa w gospodarce, obniżanie podatków itd.

I nawet nie chodzi o to, że powyższe postulaty nie mają pewnych słusznych podstaw. Problem w tym, że wspólnota, która wybija się na niepodległość, tak naprawdę ma związane ręce, a przed sobą tylko jedną możliwą drogę rozwoju (co najwyżej w kilku nieodległych od siebie wariantach). A więc wspólnota taka, uzyskawszy niepodległość, wpada z zależności wyrażanej wprost w zależność wyrażaną domyślnie.

No dobrze, ale czy polityka w ogóle jest nam potrzebna? Skoro odchodzi do lamusa, to może jest to pożądany trend? Nic bardziej mylnego. Polityka to sama esencja wspólnoty. Jeśli tak ochoczo angażujemy się w wojenki obyczajowe czy personalne, to dzieje się tak właśnie dlatego, że jak tlenu łakniemy poczucia wspólnej sprawczości. Spór o sprawy wspólne łączy nas bardziej niż zwycięstwo piłkarskiej reprezentacji Polski czy medale olimpijskie dla „naszych”. Podmiotowość polityczna jest tym, co czyni z nas wspólnotę – gdy jej nie ma, brakuje również prawdziwego zwornika. Gdy zawężamy zakres polityki, zawężamy także zakres decyzyjności wspólnoty, a co za tym idzie – osłabiamy jej fundamenty. Nic przecież tak nie łączy, jak przeświadczenie o potrzebie (i możliwości) podjęcia wspólnie decyzji istotnych dla każdego z nas. Gdy tego zabraknie, gdy oddamy gros decyzji w ręce „apolitycznych” i „niezależnych” instytucji (nawet jeśli będą to instytucje krajowe), przestaniemy być wspólnotą, a staniemy się jedynie grupą ludzi zarządzanych przez te same podmioty.

Ciągle potępiane „upolitycznienie sfery publicznej” to także szeroki zakres kontroli społecznej. Nawet jeśli polityka wiąże się z wieloma patologiami, to jednocześnie daje nam mandat, by te patologie piętnować i domagać się ukarania winnych (czy ten mandat jest realizowany, to już inna kwestia). Faktem jest, że gdy nie spodobają się nam upublicznione nagrania rozmów paru ministrów, premier musi – co najmniej – gęsto się za nich tłumaczyć na konferencji prasowej. I drugorzędne jest to, że te tłumaczenia są dęte – już nasza w tym głowa, by wypracować takie mechanizmy kontroli i nacisku społecznego, żeby dęte tłumaczenia i mydlenie oczu maksymalnie ograniczyć. Najważniejsze jest to, że mamy w ogóle mandat do tego, by domagać się wyjaśnień, zmian itp. Natomiast rynkom finansowym lub międzynarodowym korporacjom możemy co najwyżej nagwizdać. Bo przecież, jeśli nam się nie podoba, zawsze możemy iść gdzie indziej. Tymczasem wolność konsumencka to fikcja – wie o tym każdy, kto próbował zmienić np. sieć kablową. Podmioty prywatne nigdy nie będą działać na rzecz dobra wspólnego, gdyż takiego celu nie stawiają sobie nawet w teorii. I nie ma w tym niczego złego. Zła i nienormalna jest dopiero sytuacja, w której oddajemy takim podmiotom część naszej sfery publicznej.

Gdy dopuszczamy w ogóle myśl, by rozstać się z politycznością, musimy brać pod uwagę, co stanowi dlań alternatywę. A ta jest co najmniej odpychająca. Na miejsca zwolnione przez wybieranych przez nas polityków już czekają zastępy technokratów. Technokracja jest w istocie gorsza niż najgorsza biurokracja. Biurokracja (w pejoratywnym rozumieniu tego pojęcia) jest zdegenerowaną i skrajnie zrutynizowaną formą realizowania polityki, a więc tak jak polityka, ma u swych źródeł (nawet jeśli dawno zapomnianych) dbałość o dobro wspólne. Tymczasem technokracja jest odczłowieczona już w swej idealnej i czystej formie. W przypadku biurokracji możemy chociaż liczyć na poprawę lub się jej domagać. W przypadku technokracji nie mamy ku temu żadnych podstaw. Żeby technokracja spojrzała na potrzeby ludzi, musiałaby przestać być technokracją. Ona kieruje się jedynie obiektywnymi przesłankami, wyrażanymi w formie przeróżnych celów inflacyjnych, stóp zwrotu z inwestycji, fluktuacji wzrostu itd. Społeczeństwo jest dla niej jedynie zbiorem statystyk i wykresów. Głodujące dziecko lub samotna matka to dla technokratów pojęcia zupełnie abstrakcyjne i jeśli nie da się ich przedstawić w formie analizy lub raportu, to znaczy, że nie istnieją. W urzędniku można chociaż spróbować wzbudzić litość lub przypomnieć, że służba cywilna nieprzypadkowo ma w nazwie „służbę”. W przypadku pracownika „niezależnej” instytucji nie ma na to szans. W istocie, najgorsze co może spotkać demokrację, to rząd techniczny.

Technokracja jest czymś jeszcze – to śmierć wszelkiej idei. Tymczasem to właśnie idee popychają nas do działania. To przede wszystkim one popychały świat i historię do przodu. Owszem, nieraz zaprowadziły nas też na skraj przepaści, ale odciągnęły nas wtedy od niej inne idee. Gdy oddamy sferę publiczną technokratom, zabraknie idei, zabraknie więc wszelkiej głębszej myśli i humanizmu. Niechybnie staniemy znów na skraju przepaści – z tym że wtedy nie będzie miało nas już co od niej odciągnąć.

Najnowsza afera taśmowa i inne, przyszłe afery, które z pewnością jeszcze nie raz wyjdą na światło dzienne, nie powinny nas zrażać do polityki jako takiej. Wręcz przeciwnie, świadomość tego, jak wiele jeszcze jest do zrobienia w naszej wspólnocie, powinna nas motywować do działania. Nie oddawajmy decyzji politycznych „niezależnym instytucjom” i „apolitycznym ekspertom”, bo gdy to już zrobimy, odzyskanie sfery publicznej będzie nie lada problemem. Lepiej trzeźwo spojrzeć na polityków i ze zgrozą przypomnieć sobie, że sami jako wspólnota ich wybraliśmy. Wtedy szybciej dotrze do nas, że mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek kontrolować ich, naciskać, żądać. Zarówno premiera, jak i wójta kilkutysięcznej gminy. Z takim podejściem będziemy w stanie uzdrawiać politykę i przywracać jej prawdziwe znaczenie. A wtedy jasne stanie się, że w zdrowym państwie każdy organ decyzyjny – państwowy czy samorządowy – powinien być polityczny. Wyjątek stanowić powinny być organy kontrolne (NIK) oraz wymiar sprawiedliwości. Gdy jednak apolityczny charakter przypisuje się instytucji powołanej do prowadzenia polityki (np. pieniężnej), powinniśmy zacząć patrzeć na naszą demokrację z troską.

O czym nie powinno się rozmawiać z dziećmi

O czym nie powinno się rozmawiać z dziećmi

Dobre dwadzieścia lat temu, jeszcze w trakcie studiów, zaczynałem pracę nauczyciela-polonisty w sympatycznej podstawówce. Uczyłem w siódmych i ósmych klasach, ale często zdarzało się, że musiałem zastąpić koleżankę lub kolegę w klasie młodszej. Trafiło mi się kiedyś pilne zastępstwo u maluchów, w – jeśli dobrze pamiętam – drugiej klasie. Ponieważ dowiedziałem się o nim tuż przed rozpoczęciem lekcji, nie było mowy o jakimś przygotowaniu tematu czy konspektu – musiałem improwizować. O czym rozmawiać z takimi dzieciakami? Chwyciłem podręcznik jednego z nich i po przekartkowaniu znalazłem znany mi od dziecka wierszyk (jeszcze się wtedy w podręcznikach uchował) Juliana Tuwima „Wszyscy dla wszystkich”:

Murarz domy buduje,
Krawiec szyje ubrania,
Ale gdzieżby co uszył,
Gdyby nie miał mieszkania?

A że wierszyk pamiętałem ze szkoły, przypomniałem sobie nagle lekcję, w której przy okazji jego lektury, sam uczestniczyłem jako maluch. Moja wychowawczyni prosiła kolejne dzieci, by powiedziały, jaki zawód wykonują rodzice, później opowiedziały trochę o ich pracy, a każde inne dziecko mogło się zgłosić wtedy, kiedy stwierdziły, że zawód jego rodzica jest w jakiś istotny sposób powiązany z zawodem rodzica poprzednika. Kiedy więc jeden z moich kolegów opowiedział, że jego mama pracuje w sklepie i sprzedaje ludziom chleb i mleko, zgłaszała się koleżanka, której tata pracował jako zaopatrzeniowiec i rozwoził do sklepów towary samochodem, po nim kolega, którego z kolei tata pracował w warsztacie samochodowym itp. Kiedy dzieciom zabrakło inwencji w odnajdywaniu takich powiązań, wychowawczyni pomagała. Ponieważ mój ojciec jako nauczyciel-resocjalizator prowadził wtedy pracownię szkutniczą dla chuliganów z Woli i czasem mnie do pracy zabierał, ja – pamiętam – zgłosiłem się po opowieści koleżanki, której mama pracowała jako leśnik (tak mi się skojarzyło: las-drewno-łódki) opowiadałem (może zbyt długo), jak dłutem i strugiem profiluje się wręgi, gotuje klej stolarski, szyje na maszynie żagle, woduje łódkę i wiele podobnych historii. Pamiętam, że wszyscy opowiadaliśmy dumni z naszych rodziców.

No i powtórzyłem tę lekcję już jako nauczyciel. Wyszła tak sobie, dzieci coś tam poopowiadały, ale jakoś niechętnie odnajdywały wzajemne zależności różnych zawodów. No cóż – wytłumaczyłem sobie – gdzież tam mnie, człowiekowi bez doświadczenia w pracy z maluchami i bez znajomości klasy naśladować własną wychowawczynię. A poza tym to już nie były te czasy, kiedy rodzice zabierali dzieci do pracy. Te czasy właśnie się niedawno skończyły.

Kilka dni później zostałem poproszony do gabinetu dyrektorki szkoły. Oprócz niej siedziała tam już nauczycielka, którą zastępowałem i szkolna pani pedagog (słowa „pedagożka” wtedy jeszcze nie używano). Okazało się, że zostałem wezwany na dywanik w sprawie lekcji, którą przeprowadziłem. Dzieci poskarżyły się rodzicom, a rodzice dzwonili do szkoły z pretensjami. No bo jakże tak można: wypytywać dzieci przy innych dzieciach, czym zajmują się ich rodzice? Czyżbym nie wiedział – usłyszałem – że do naszej szkoły chodzą nie tylko dzieci jakichś ważnych i zamożnych osób, ale że większość uczniów ma rodziców zwyczajnych: robotników, ekspedientki, pielęgniarki albo motorniczych tramwajów? Przecież są tu także dzieci rodziców bezrobotnych i „różnej społecznej patologii”. Czy ja się przez moment chociaż zastanowiłem, co będą czuły takie dzieci, kiedy każe się im opowiadać, czym zajmują się ich rodzice, a zwłaszcza kiedy same będą słuchać, że rodzice innych dzieci robią wspaniałe kariery, świetnie zarabiają, że po prostu są lepsi od ich własnych rodziców. Tłumaczyłem się, że przecież ani przez moment nie rozmawiałem z dziećmi o tym, ile ich rodzice zarabiają i jakie kariery robią, ale o tym, na czym polega ich praca i jaki jest z niej wspólny pożytek. Że przecież wiersz Tuwima wciąż jest w podręczniku, a jak rozmawiać o jego przesłaniu, nie odwołując się do doświadczeń małych czytelników? Na próżno. Wysłuchałem sporo o swoim braku delikatności, a trochę i o tym, że mógłbym nieco więcej słuchać starszych i lepiej rozumiejących świat koleżanek, a nieco mniej się sprzeczać.

Niedawno rozmawiałem z kolegą polonistą, który wciąż uczy w szkole podstawowej. Opowiadał, że on i jego koledzy mają absolutny zakaz rozmawiania z uczniami o tym, jak który z nich spędzał wakacje. Kiedyś, dawno temu, to właściwie była reguła, że na pierwszych lekcjach po wakacjach zadawało się wypracowanie na temat „Moja wakacyjna przygoda”. Dzieciaki mogły napisać o czymś miłym, jeszcze przez chwilę pożyć atmosferą wakacji. Później czytało się te wypracowania głośno, przy całej klasie. Dziś – nie wolno. Argument ten sam: trzeba uniknąć licytacji i zawstydzania biedniejszych dzieci przez bogatsze. Inna koleżanka opowiadała, że z podobnej racji nie zaleca się na lekcjach rozmów z dziećmi o samochodach, modzie, stylu życia. Pamiętamy odżywającą od czasu do czasu dyskusję o szkolnych mundurkach, dzięki którym jakoby w szkole skończy się wywyższanie jednych dzieci ponad drugie, przechwalanie się drogimi ubraniami itp.

Wciąż budzą w nas oburzenie takie sytuacje, jak choćby segregacja dzieci na szkolnych stołówkach – dla biednych tylko zupa i ziemniaki, dla bogatych także mięso, garnirunek, deser i kompocik. Słyszałem o takim rozwiązaniu tego problemu, że aby biedniejsze dzieci nie czuły się gorsze, jadały obiady na innych przerwach niż bogatsze. Czasem, choć coraz rzadziej, oburzenie budzą wycieczki i zielone szkoły tylko dla niektórych, albo maturalne i gimnazjalne bale rujnujące uboższych rodziców niechcących dopuścić do tego, żeby ich dzieci poczuły się gorzej.

Ale może warto zadać pytanie, jaki jest ukryty, głębszy sens takich prorównościowych działań i postaw. Czy dzieci, z którymi w szkole nie będzie się – wspólnie, przy całej klasie – rozmawiać o tym, jaką pracę wykonują ich rodzice, jaka jest społeczna i finansowa sytuacja ich rodzin, będą w jakikolwiek sposób i przed czymkolwiek chronione? Przecież one – już pierwszoklasiści, już przedszkolaki – rozmawiają ze sobą i doskonale wiedzą, kim są i co robią rodzice kolegów, wiedzą też, może bez szczegółów, którzy zarabiają więcej, a którzy mniej, znają siłę swoich pieniędzy i pieniędzy w ogóle. I będą to wiedziały, będą się tym ekscytować i licytować, pewnie i z takiej przyczyny, że wyczują coś ekscytującego w temacie, na jaki z dziećmi nie rozmawia się głośno i oficjalnie.

Skoro z dziećmi, aby ich nie zawstydzać, nie wolno rozmawiać o tym, jaki zawód wykonują ich rodzice, to znaczy, i dla dzieci też to jest czytelne, że istnieją zawody zawstydzające. Że istnieją zawstydzające, choć przecież legalne sposoby zarabiania na chleb i istnieją takie, których się wstydzić nie trzeba. Zawstydzające to te, które przynoszą mizerny dochód, zaś dumnym można być z takich, które przynoszą dochód wielki. I nie wolno mówić o tym, podobno aby nie zniechęcać młodych ludzi do wysiłków i starań, że przecież często takie zawody i sposoby pozyskiwania środków do życia, które choć mają ogromną społeczną doniosłość, są fatalnie wynagradzane, a takie, których społeczną doniosłość wskazać trudno, bywają źródłem gigantycznych fortun. Że choćby pielęgniarki, listonosze, woźni szkolni, sklepowi sprzedawcy i sprzedawczynie czy robotnice i robotnicy w wielu fabrykach, choć żyją uczciwie i przykładają się do swojej pracy zarabiają grosze i wraz ze swoimi rodzinami żyją na pograniczu nędzy, a – powiedzmy – politycy wygrywający kilkadziesiąt razy z rzędu w ruletkę albo bankowcy namawiający swoich klientów na rujnujące polisolokaty mogą się cieszyć niebosiężnymi dochodami i takimże statusem. Biednyś – wstydź się! Oczywiście zrobimy wszystko, żeby oszczędzić ci wstydu, ale im więcej będzie tych starań, tym bardziej będziesz widział, jak zawstydzająca jest twoja bieda. Będziesz widział, że dla twojego dobra o pewnych twoich sprawach i kłopotach nie mówi się i nie pozwala mówić innym, zamiata się je głęboko pod dywan, a że pod dywanem one – choć już niewidziane – mają jeszcze lepsze warunki rozwoju, że buzują tam, tętnią, wzrastają, że domagają się ujścia, tym bardziej trzeba je jeszcze upchnąć kolanem. Przekaz taki: biednyś – wstydź się! – zapada głęboko w umysł i serce jako pewnik, jedna z uniwersalnych kategorii oglądu świata.

Warto by tutaj zastanowić się, czy zadaniem wychowawców jest kreować pozornie bezpieczne sztuczne środowisko dla swoich wychowanków, czy też raczej pomagać zrozumieć to istniejące rzeczywiście, nawet gdy wydaje się ono ogromnie skomplikowane i niesprawiedliwe. Przecież żyjemy w kraju o gigantycznych różnicach społecznych – dlaczego miałyby one być niewidzialne akurat w szkole i dla dzieci? Czy zamiast unikać z dziećmi niebezpiecznej i bolesnej rozmowy o modnych ciuchach – bo jeden ma lepsze i zmienia codziennie, a drugi ma dobre, markowe, ale tylko jedną zmianę, którą nosi, aż nie zedrze – nie byłoby lepiej właśnie z nimi o nich porozmawiać i wraz z nimi powiedzieć głośno: jedni mają ubrania droższe, inni tańsze, jedni mają rodziców bogatszych, inni biedniejszych, tak wygląda świat, w jakim żyjemy? Przecież tak wygląda. Może nie?

Czy to byłoby źle, gdyby zamiast zabraniać dzieciakom przechwalania się takim czy innym wyznacznikiem dziecięcego statusu, dać im jasny i oficjalny – bo płynący od autorytetu państwowej szkoły – komunikat: w szkole jest tak, jak w całym naszym kraju, są bogatsi, którzy na różne rzeczy mogą sobie pozwolić, i biedniejsi, którzy muszą obejść się smakiem. Czy to sprawiedliwe? Nie, ale tak jest. Nie jest tak?

Dlaczego nie masz? Dlaczego jesz w stołówce tylko zupę, nie jeździsz na wycieczki, nie masz takich rzeczy, jakie mają inni? Bo jesteś biedny. Taki właśnie jest świat, w którym żyjesz: są w nim ludzie bardzo bogaci, bogaci, tacy średni, biedni i bardzo biedni. Skoro świat jest właśnie taki, bieda musiała na kogoś trafić, trafiła na ciebie. Bo masz matkę pielęgniarkę, ojca woźnego w szkole, bo rodzice nie mogą znaleźć pracy, bo ojciec odszedł i nie chce płacić na dzieci, bo – i tak może być – rodzice nie starają się dostatecznie. Jesteś biedny, to nie masz, jasna sprawa. Jaka w tym twoja wina? Żadna. Czy rodzice są winni? Różnie może być. Jaka zasługa tych twoich kolegów, którzy mają? Żadna. Jaka zasługa ich rodziców? Różnie może być. Zazdrościsz? Pewnie, nie masz, to zazdrościsz. Ale wstydzić się nie ma czego. Jesteś z rodziny bogatej lub biednej, wiedz o tym, tak jak wiesz, że masz na imię Krzyś czy Kasia, jesteś dziewczynką lub chłopcem, masz lat osiem lub dziesięć, jesteś Polakiem, chodzisz do szkoły.

Czy to by było źle, gdyby człowiek, potem już dorastający i zupełnie dorosły, posiadał już umiejętność powiedzenia sobie: nie mam tego czy tamtego, co mają inni, bo jestem od nich biedniejszy? Czy to wstyd? Ależ skąd. Żyję w świecie i kraju, w którym są bogatsi i biedniejsi, tych biedniejszych jest więcej – trafiło na mnie. Nie mam, to zazdroszczę, chciałbym mieć to, czego nie mam, ale żaden wstyd nie mieć. Mimo takich i takich starań, a i z powodu takich i takich zaniechań, jestem biedny. Nie muszę się wstydzić, więc i nie muszę sobie wyobrażać siebie jako bogatego, wyobrażać, że kiedyś tam odegram się na tych, którzy widzieli moją biedę i mój wstyd. Nie jestem bogaczem in spe, nie wzbogacę się natychmiast, kiedy ktoś tam kogoś tam pogoni, kiedy każdy będzie mógł już bez przeszkód myśleć tylko o sobie. W świecie, w którym żyję, ktoś musi być biedny, dlaczego nie ja? To oczywiście niesprawiedliwe, ale ten świat taki jest, i dopóki taki będzie, będzie niesprawiedliwy. Inna kwestia, czy taki być musi. Mówi się, że zamożność bierze się z ciężkiej pracy i starań. Staram się, pracuję ciężko, ale – różnie może być. Różnie może być.

Krezusi czy nędzarze?

Krezusi czy nędzarze?

Ćwierćwiecze polskiej transformacji, w przeciwieństwie do poprzednich rocznic, stało się przyczynkiem do krytycznej analizy polskiego status quo. Dziś, gdy „mleko się rozlało”, nie brakuje głosów rozważnej refleksji. Wszystkie te wspominkowo-krytyczne panele i dyskusje są jednak niewielką pociechą dla osób, które polska transformacja wyrzuciła za burtę. Nie wolno zapominać, że mieszkańcy obszarów chronicznie wysokiego bezrobocia i wykluczenia nie są jedynymi ofiarami przemian. Zaszczepiony dużej części społeczeństwa przerośnięty indywidualizm będzie przez długi czas obciążał zdolność do współpracy, tak ważną dla rozwoju szczęśliwego i zamożnego społeczeństwa.

Trudno o rzetelną gospodarczą ocenę ćwierćwiecza choćby dlatego, że temat dotyka sfery materialnych podstaw egzystencji wielkich rzesz ludzi. Apel o chłodną, nieemocjonalną analizę musi więc wywoływać reakcję sprzeciwu. Chłodna analiza jest bowiem przywilejem technokratów, rzadko dostępnym dla tych, których dotknęły wielkie osobiste nieszczęścia. A jednak na próbę takiej analizy warto się zdobyć. Nie, jak to dotychczas bywało, celem gloryfikacji „trudnych, ale koniecznych” przemian ani też sprowadzenia wszystkich niepowodzeń, przewin i patologii do kilku poręcznych nazwisk. Nasze rozczarowania i nasze osiągnięcia nabierają szerszego znaczenia dopiero po umieszczeniu ich w kontekście procesów, w których przyszło nam uczestniczyć.

Jak mierzyć transformację?

Sukces czy porażka? Najłatwiej byłoby powiedzieć: „Jak dla kogo”.

Bezrobocie, utrzymujące się na dwucyfrowym poziomie przez większość trwania III RP, wskazuje, że restrukturyzacja gospodarki wyznaczyła dużej części społeczeństwa miejsce poza rynkiem pracy. Wysokie bezrobocie powodowało w dodatku naturalną presję na hamowanie wzrostu płac. Kwestionowanie problemu bezrobocia, próba wyjaśniania go istnieniem szarej strefy i wyborami życiowymi („lenistwem”), oznacza zamykanie oczu na fakty. Dwa miliony Polaków żyją dziś w strefie ubóstwa i jest to wielki dramat zarówno osobisty, jak i całej wspólnoty.

Minione 25 lat to jednak także na pewno nie oszałamiający, ale jednak dość wysoki wzrost dochodu narodowego i poprawa poziomu życia wielu rodaków. Mimo to, powiedzieć, że „Polska w czasie transformacji wykonała pewien postęp, jednak nie wszyscy to odczuli” – to jak nic nie powiedzieć. Na dzisiejszy stan zamożności społeczeństwa warto popatrzeć z perspektywy historycznej. Wzrost gospodarczy ostatnich 25 lat pozwolił Polsce na relatywne „odrobienie strat” w stosunku do społeczeństw Europy Zachodniej. Nasze PKB w przeliczeniu na mieszkańca sięga dziś 60% zachodnioeuropejskiego, a więc jest na poziomie najwyższym od Złotego Wieku.

PKB na głowę Polski w relacji do Europy Zachodniej w latach 1500-1989. Poziom PKB na głowę Europy Zachodniej = 100. Źródło: M. Piątkowski, Poland’s New Golden Age: Shifting from Europe’s Periphery to Its Center.

PKB na głowę Polski w relacji do Europy Zachodniej w latach 1500-1989. Poziom PKB na głowę Europy Zachodniej = 100. Źródło: M. Piątkowski, Poland’s New Golden Age: Shifting from Europe’s Periphery to Its Center.

Porównanie do Europy Zachodniej chyba najlepiej oddaje oczekiwania i ambicje Polaków wobec swego państwa. Bardzo często napotykamy na zestawienia polskiej służby zdrowia ze szwedzką, polskiego systemu podatkowego z irlandzkim czy polskiej polityki prorodzinnej z jej francuską odpowiedniczką. Takie podejście, w którym punktem odniesienia jest wysoka poprzeczka europejskich standardów socjalnych i prawnych, jest jak najbardziej właściwe. Nie będziemy w stanie stworzyć państwa choć trochę lepszego, jeżeli nie będziemy celować dużo, dużo wyżej. Jednocześnie jednak ani przez moment nie powinniśmy oszukiwać się, skąd przychodzimy i gdzie dziś jesteśmy.

Na tle krajów Europy Zachodniej Polska była przez większość swojej historii krajem zacofanym. Mimo niepozbawionych znaczenia osiągnięć w sferach kultury i nauki, sztuka dobrego rządzenia i odpowiedzialności za państwo nie przyjęła się wśród rodzimych elit. Przyjęty model społeczny był antyhumanistyczny, co powodowało, że nasz kraj był opóźniony w czerpaniu ze źródeł twórczej pracy upodmiotowionych obywateli. Dochód narodowy, czyli wszystkie dobra wytwarzane w kraju, w większym stopniu niż na Zachodzie składał się u nas ze zwykłego, fizycznego wyzysku siły roboczej i sprzedaży prostych zasobów ziemi. Nasze „nadganianie” nawet w najlepszych okresach – pod koniec XIX wieku oraz w II RP – przybliżało nas jedynie do kształtu społeczno-gospodarczego znanego z przeszłych dokonań krajów zachodnich. Zbyt rzadko byliśmy w awangardzie rozwoju nauk, zbyt rzadko po ciemku sami odkrywaliśmy przyszłość i zbyt często stąpaliśmy po cudzych śladach. Używając metafory hokejowej: mądre kraje nie podążają tam, gdzie krążek jest, lecz tam, gdzie będzie.

Nie znaczy to, że wysiłek – podjęty chociażby w trakcie międzywojennego interludium – był mały czy pozbawiony znaczenia. Nie był jednak wystarczający, aby osiągnąć poziom rozwoju społecznego i gospodarczego zbliżony do bogatego Zachodu. Okres PRL, mimo podjęcia pewnych wysiłków modernizacyjnych, takich jak walka z analfabetyzmem, promowanie urbanizacji i rozwój przemysłu, również nie zmniejszył dystansu w stosunku do krajów najbardziej rozwiniętych. Całkiem mocna polska myśl naukowa nie mogła stać się motorem rozwoju przy niewydolnym systemie gospodarczym i instytucjach promujących nie postawy obywatelskie, lecz lojalność wobec nomenklatury. Nie ulega wątpliwości, że w 1989 roku nie mieliśmy instytucji silnych i świadomych swej społecznej roli – ani nawet zakorzenionej pamięci takich instytucji, do której można by się odwołać.

Czy w kraju o tak słabej tradycji instytucjonalnej transformacja mogła się obyć bez patologii i nadużyć? Bartłomiej Radziejewski zauważył, jak wspólnym wysiłkiem wielu kolejnych rządów udało się (z wielką trudnością) oddalić próbę przejęcia PZU przez międzynarodowy koncern. To, że tego typu zdarzenia wciąż jeszcze są powodem do świętowania, a nie normą, pokazuje, jak wielki dystans dzieli nas od upragnionej zachodniej Europy. Mimo pewnej poprawy mechanizmy obrony społecznego interesu wciąż jeszcze przywodzą na myśl tradycję pospolitego ruszenia. W krajach, które z oligarchicznymi zakusami radziły sobie historycznie lepiej, upowszechnienie etosu państwowego spowolniło inwazję neoliberalizmu.

Ta sama wymarzona Europa Zachodnia, co warto zauważyć, również pod wieloma względami „nie dorasta” do własnych obietnic. Uprzywilejowanie niektórych podmiotów w grze rynkowej na niekorzyść konsumenta doprowadziło do finansjeryzacji gospodarki i wzrostu nierówności. „Zachód”, nawet w oczach emigrujących z Polski, stopniowo traci swoje atuty. W warunkach hegemonii konsensusu waszyngtońskiego nawet kraje kojarzone z powszechnym dobrobytem straciły wiele ze swojego społecznego charakteru – stąd np. polski współczynnik Giniego niewiele się różni od unijnej średniej. W porównaniu do tak społecznie kosztownych transformacji jak rosyjska i ukraińska, wynik nasz jest wręcz więcej niż zadowalający. To, że naszych osiągnięć nie porównujemy z krajami postsowieckimi, świadczy o naszych wyobrażeniach o przynależności i wzmacnia wolę pozytywnych zmian. Tracimy przy tym jednak szerszą perspektywę: „Skąd przychodzimy” i „Dokąd zmierzamy”.

Można tę refleksję nazwać pesymistyczną, zadowalającą się małymi sukcesami i defetystycznie godzącą się na wielkie społeczne koszty – lecz nie takie jest jej założenie. Z celu, jakim jest zrównoważony rozwój społeczno-gospodarczy, nie można – i ze względów praktycznych nie warto – rezygnować. Na tle części otoczenia naszej historycznej wędrówki ostatnie 25 lat było sukcesem, ale to nie unieważnia wielkiej przepaści między słusznymi aspiracjami polskiego społeczeństwa a stanem rzeczywistym. Przepaść tę może zasypać jedynie żmudna obywatelska praca: nad stworzeniem sprawniejszych urzędów, mądrzejszych mediów, lepszych polityk lokalnych. A przede wszystkim praca nad zmianą systemu gospodarczego na promujący dobrobyt jak najszerszych rzesz obywateli.

Droga stąd do Europy

Jaki więc jest ten nasz system gospodarczy, w ramach którego możemy cieszyć się sukcesem, ale jednak ograniczonym? To system, w którym wzrost gospodarczy jest w znacznej mierze konsumowany przez właścicieli kapitału (często zagranicznego), przy ograniczonym wzroście płac (a zatem i poziomu życia) pracowników. Część komentatorów argumentuje, że taki system był w okresie naszej 25-latki mimo wszystko nie do uniknięcia. Jeżeli tak jest, a Polska w konsekwencji znalazła się w pułapce średniego dochodu (zbyt biedni, by konkurować produktami i zbyt bogaci, by konkurować siłą roboczą), odpowiedzią na przełamanie tego zastojowego trendu musi być wzmacnianie rodzimej siły kapitałowej, czyli wzrost oszczędności prywatnych, mądrzejsze zarządzanie i wzrost konkurencyjności przedsiębiorstw. To pozwoliłoby wyrównać niekorzystny bilans, spowodowany wypływaniem zysków z kapitału za granicę. Zwiększenie poziomu oszczędności Polaków (dzięki wyższym płacom) mogłoby być produktywnie wykorzystywane przez rodzimych przedsiębiorców. Fundusze odkładających na przyszłość Polaków poprzez system bankowy i rynek kapitałowy zasiliłyby polską gospodarkę, a stopy zwrotu z inwestycji zasilałyby z kolei oszczędzających pracowników.

Taki scenariusz wymaga jednak od państwa prowadzenia mądrej polityki gospodarczej. Od polskich przedsiębiorców – mądrego zarządzania, podejmowania kalkulowanego ryzyka oraz prowadzenia bardziej inkluzyjnej polityki opartej na kapitale ludzkim, czyli wykorzystującej najcenniejsze zasoby każdego kraju – ludzkie umysły. Czy możemy liczyć na taki postęp?

Polska jest państwem, które bardzo powoli, ale jednak dochodzi do pewnej instytucjonalnej dojrzałości, dzięki czemu zasady gry coraz rzadziej dopuszczają np. otwartą korupcję. Jako obywatele domagamy się wyższych standardów i – na przekór wyrokom naszej historii – wierzymy, że naszym przeznaczeniem jest miejsce w gronie najbardziej cywilizacyjnie rozwiniętych krajów świata. Mamy rację, ale czeka nas jeszcze wiele pracy.

Cierpienia młodego Dinozaura

Cierpienia młodego Dinozaura

Dinozaur w naturze występuje w postaci szkieletu. Dinozaur, który choć ledwie żywy, łazi, gada, a nawet od czasu do czasu pisze felieton, jest formą względnie młodą. Jeśli żyje dostatecznie długo, co dinozaurom się zdarza, może doczekać się czasów, kiedy głoszone przez niego poglądy i idee, latami przemilczane i zwalczane, zaczną docierać do opinii publicznej. Niewielki z tego pożytek, ponieważ straty wynikające z chowania głowy w piasek i odkładania problemów na dogodniejsze czasy są nieodwracalne. Ale historia jeszcze się nie skończyła i zawsze jest jeszcze co ratować.

W okresie transformacji ustroju ludzie nie chcieli słuchać ostrzeżeń. Bez chwili zastanowienia pędzili za Wałęsą w nadziei, że jakoś to będzie. Polska wyprawa na księżyc: „Polecimy, a tam się rozejrzymy”. Z myśleniem życzeniowym nie dało się dyskutować. Kłamstwa, manipulacje, łamanie zasad – były widoczne gołym okiem, ale Polska beztrosko wchodziła we wszystkie pułapki, z których teraz trudno się wydostać.

Podam tylko jeden przykład. Nie wprowadziliśmy żadnych zabezpieczeń dla ochrony polskiej gospodarki. Polacy cieszyli się, że polska (czytaj: komunistyczna) gospodarka idzie w rozsypkę. Teraz zalewa nas portugalska stonka-Biedronka, wykańczając resztki polskiego drobnego handlu. Byliśmy w kwietniu w Oslo. Dowiedzieliśmy się, że w Norwegii tylko norweskie firmy mają prawo otwierać sklepy o dużej powierzchni.

Polaków w trudnych sytuacjach ratuje niezwykły talent do improwizacji. Niestety, Unia i rząd tresują nas w niesamodzielności. Po latach tresury moskiewskiej jest to fatalny zbieg okoliczności. Ludzi o mentalności dziada, tchórza i cwaniaka nie jest w Polsce więcej niż wśród innych nacji, ale chyba nigdzie nie są tak fetowani jako rozsądni, kulturalni, ba, nawet jako bohaterzy. Zdrada jest gloryfikowana, ponieważ jest skuteczna w karierze, pozwala wyeliminować przeciwników i konkurentów. Dopóki jest nagradzana, nic się w Polsce nie zmieni.

Teza, jakoby trzeba było wybierać między entuzjastycznym popieraniem każdego zła, kłamstwa i każdej okupacji a bezskuteczną straceńczą donkiszoterią, jest fałszywa. Wystarczy dbałość o własne sumienie, co w religijnym narodzie nie powinno być czymś nadzwyczajnym. Słyszałam ostatnio taką argumentację jakiegoś lobbysty rytualnego zabijania krów: Co z tego, że w Polsce będzie to zakazane, jeśli za naszymi granicami inni przejmą ten „rynek” i będą na tym zarabiać. Mamona to najważniejszy bożek naszych czasów.

Odbył się paradny pogrzeb Wojciecha Jaruzelskiego. Wielu Polaków służyło w Ludowym Wojsku Polskim, ale tylko nieliczni uczestniczyli w zabijaniu żołnierzy niepodległościowego podziemia. Teraz, kiedy wszystkie ważne fakty z życiorysu Jaruzelskiego, a także okoliczności wprowadzenia stanu wojennego, są już znane, „ludzie rozsądni” mówią: „musiał, bo nie zrobiłby kariery, ale ostatecznie zgodził się na okrągły stół”. Wynika z tego logiczny wniosek, że „okrągły stół” był planem moskiewskim, co zawsze podejrzewałam.

Najbardziej bezczelnym argumentem usprawiedliwiającym pogrzeb państwowy jest powoływanie się na sądy, które Jaruzelskiego nie zdegradowały ani nie skazały. Nie mogły, ponieważ niepodległa RP zakonserwowała w Polsce wpływy Moskwy i miejscowych komunistów. Przyczynili się do tego politycy Zachodu, którzy sprzeciwiali się lustracji i dekomunizacji oraz jawnie popierali Jaruzelskiego jako gwaranta stabilizacji regionu. Stabilizacja okazała się nadzwyczajnie skuteczna. Putin zbezczelniał a Polska ugrzęzła w powszechnej niewydolności i korupcji.

Żyjemy w schizofrenicznym państwie opartym na fałszywych fundamentach, a naród jest głęboko podzielony. Zawodne okazują się próby zagłaskiwania różnic, przykrywania ich głupawą propagandą i likwidowania ognisk buntu przemocą. Na przemoc sądową w sprawie protestu wobec zaproszenia majora Baumana do Wrocławia internauci odpowiedzieli akcją „Wszystkich nas nie zamkniecie”.

Nasza rola wołających na puszczy jest skończona. Możemy już z czystym sumieniem pogrążyć się w słodkim lenistwie życia emerytów, ponieważ niezależni publicyści piszą sprawnie i szybko publikują to, co moglibyśmy napisać. Wróciły nasze diagnozy i pomysły. Nawet lemingi, o których pisaliśmy w styczniu 1994 roku, weszły już do języka potocznego.

Wałęsą nie ma sensu już się zajmować. Kompromituje się sam. Ci, którzy nadal kochają go i szanują, będą to czynić nadal, ponieważ akceptują zdradę.

Wyszło szydło z worka w wielu sprawach:

Joanna Duda-Gwiazda, czyli ja, została zdemaskowana jako socjalistka. Nie protestuję. Muszę tylko zaznaczyć, że nie mam nic wspólnego z Piotrem Ikonowiczem, socjalistą internacjonalistycznym. Ikonowicz został wykluczony z PPS-u za złamanie uchwały wykluczającej koalicję wyborczą z postkomunistami. Skończyło się tak, że PPS przestał istnieć, a Ikonowicz został szefem PPS-u, ale już „właściwego”. Podróbki polityczne nikogo w Polsce nie dziwią. ZSL, chłopska przybudówka do PZPR, wszedł w buty PSL. Teraz PSL składa wieńce pod pomnikiem Witosa i protestuje przeciwko sankcjom gospodarczym wymierzonym w Rosję. Na sankcje, którymi Putin dyscyplinuje Polskę, PSL odpowiada żądaniem wyrównania strat przez polski rząd albo Unię. Zasady dialektyki marksistowskiej PSL opanował perfekcyjnie.

Krzysztof Wyszkowski okazał się liberałem, Bogdan Borusewicz karierowiczem bez żadnych poglądów. Henia Krzywonos to bizneswoman i celebrytka utalentowana politycznie. Prawdopodobnie zasiądzie w parlamencie europejskim, ponieważ zwolni się miejsce po komisarzu Januszu Lewandowskim. Bogdan Lis i Andrzej Celiński to postkomuniści. Kornelowi Morawieckiemu marzy się zjednoczenie wszystkich Słowian. Mam nadzieję, że się nie doczeka, że Putin nie połknie ani Ukrainy, ani Polski.

Wyniki wyborów do europarlamentu pokazały, że między skrajnymi poglądami zachodzi symbioza. Partia Palikota przegrała, a Korwin-Mikke osiągnął sukces. Politolodzy odkryli koło Amalrika, o którym wiele lat temu pisaliśmy w „Poza Układem”.

Z punktu widzenia dinozaura wszystko idzie dobrze, ponieważ pierwszym warunkiem naprawy jest powrót ze świata propagandy do rzeczywistości. Czekam jeszcze na poważną dyskusję o światowych finansach i przyczynach kryzysu. Gdyby w takiej dyskusji pojawiło się zakazane, bo kojarzące się z marksizmem, słowo „wyzysk”, mogłabym spać spokojnie. Pewnie się nie doczekam, ponieważ poważni politycy dążą do rozwoju i pokonania konkurencji na światowych rynkach. Zwiększanie wyzysku wydaje się skutecznym sposobem. Skorumpowani politycy chcą po prostu więcej pieniędzy.

Z tymi cierpieniami w tytule może trochę przesadziłam. Ale pozostaje jeszcze cała sfera języka, pojęć i obyczajów związanych z postmodernizmem, postkulturą, postpaństwem, postedukacją i z niebezpieczną utopią zarządzania całą światową gospodarką z jednego stanowiska komputerowego, według jednie słusznego programu.

Więc się nie wycofuję. Jestem nieszczęsną gadziną zasługującą na współczucie lub przynajmniej na ochronę jako zabytek.

Królestwo za polityczność!

Niesprawiedliwości stało się zadość

W cywilizowanych krajach przyjęło się, że państwo powinno wspierać grupy słabsze ekonomicznie. Ma to wielorakie uzasadnienie i aż trudno wymienić wszystkie argumenty przemawiające za takim kierunkiem działań. Przede wszystkim upośledzenie majątkowe niektórych obywateli zawsze odbija się na całym społeczeństwie. W efekcie cierpią na tym nawet ci, którym powodzi się doskonale. Ponadto, wbrew naiwnym teoriom „sytych i zadowolonych”, powodzenie życiowe wcale nie jest efektem wyłącznie talentu i ciężkiej pracy. Nie jest wielką zasługą (ani też winą, podkreślam) młodego przedsiębiorcy, że odziedziczył dobrze funkcjonującą firmę po rodzicach. Dobrze zapowiadający się młody naukowiec przypuszczalnie dużo mniej by osiągnął, gdyby nie zapobiegliwi rodzice, od najmłodszych lat dbający o jego gruntowne wykształcenie. Takiego wsparcia nie mógłby otrzymać już chłopak z ubogiej rodziny – i analogicznie, nie jest tylko jego winą, jeśli zakończy edukację na wcześniejszym etapie, a jego dostęp do dobrze płatnej pracy będzie ograniczony. M.in. dlatego, by kolejne przychodzące na świat osoby w możliwie najmniejszym stopniu musiały odczuwać na własnej skórze błędy lub nieszczęścia swych przodków państwo staje po stronie warstw upośledzonych. Ze świadomością, że szanse na starcie i tak nigdy nie będą idealnie równe.

Zdawałoby się, że w Polsce, a więc kraju, który od 10 lat jest częścią Zjednoczonej Europy, filozofia działania państwa powinna być podobna. Otóż nie jest. Pół biedy, gdyby nasze państwo traktowało „wygranych” i „przegranych” chociaż jednakowo. Niestety nawet to nie ma miejsca. W Polsce przyjęto rozwiązania ewidentnie wspierające tych, którzy są ekonomicznie dobrze sytuowani. Innymi słowy, warstwy o najwyższym statusie materialnym są dodatkowo uprzywilejowane przez państwo. Dotyczy to przede wszystkim polskiego systemu podatkowego, który, o zgrozo, ma charakter regresywny – a więc umożliwia najzamożniejszym płacenie proporcjonalnie niższych danin na rzecz swojej wspólnoty politycznej. Co nie przeszkadza im najgłośniej wymądrzać się o tym, jak ta wspólnota powinna wyglądać.

Progresywny system fiskalny, w którym bogatsi oddają państwu większą część dochodów niż gorzej sytuowani, jest najlepszym środkiem zmniejszania rozwarstwienia ekonomicznego. Rozwiązanie to opiera się na prostej konstatacji: odebranie dodatkowych 10% dochodu osobie bogatej niespecjalnie wpłynie na obniżenie jej standardu życia (jeśli w ogóle), za to pozostawienie tych 10% w kieszeni osoby ubogiej może wręcz uratować jej życie. W Polsce formalnie obowiązuje dwustopniowa progresja ze stawkami 18 i 32%. Jak widać, nawet na papierze jest ona bardzo płaska. W Europie Zachodniej najwyższa stawka podatkowa jest z reguły zdecydowanie wyższa. I nie mówię tu tylko o państwach skandynawskich, gdzie wynosi ona powyżej 50% (np. w Szwecji 56%), ale np. o państwach takich jak Włochy (45%), Niemcy (także 45%) czy Hiszpania (42%). Co gorsza, w Polsce owa progresja jest czystą fikcją, listkiem figowym dla rządzących, którzy znanym sobie sposobem mogą zawsze umyć ręce i stwierdzić, że nie mogą nic zrobić z rosnącym rozwarstwieniem społecznym. Tymczasem podatek dochodowy według stawki 32% płaci zaledwie… 2% podatników. Jako że próg dochodowy dla niej wynosi trochę ponad 7 tys. zł miesięcznie, od razu widać, że rzesze zamożnych obywateli omijają najwyższą stawkę szerokim łukiem. Najpopularniejszym z nich jest przechodzenie na 19-procentowy podatek liniowy dla przedsiębiorców. Z furtki tej korzysta ochoczo choćby przechodząca na samozatrudnienie rodzima klasa menedżerska, zarabiająca, lekko licząc, dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie (lub więcej, oczywiście). Zatrudnieni na stanowiskach kierowniczych rozliczają się tak, jak osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, choć ich praca nie przypomina żadnej działalności gospodarczej. Nasza skala podatkowa jest więc w istocie trzystopniowa – 18% dla większości Polaków, 19% dla zarabiających powyżej ok. 85 tys. zł rocznie, no i 32% dla tej garstki dobrze wynagradzanych, którym przyzwoitość nie pozwala jawnie oszukiwać wspólnoty.

To jednak nie wszystko. Naszą formalną progresję podważa w praktyce kolejne rozwiązanie dogodne dla wybrańców. My, maluczcy, myślimy sobie, że składki ZUS płaci się od całości swych zarobków. Wolne żarty. Zapobiegliwa władza ustanowiła granicę oskładkowania na poziomie 112 tys. zł rocznego dochodu. Po przekroczeniu tej kwoty składki przestają być naliczane – jak rozumiem, żeby zbytnio naszych krezusów nie przeciążać. Jeszcze się, nie daj Bóg, obrażą i też przejdą na liniową skalę. Bo wspominanych wcześniej „samozatrudnionych w korpo” ta granica w ogóle nie dotyczy – oni rozliczają się z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych na zasadach przyjętych dla przedsiębiorców, czyli płacą ok. 1000 zł składki miesięcznie. A więc np. dyrektor samozatrudniony w banku, zarabiający 50 tys. zł miesięcznie, płaci składki na ubezpieczenie społeczne na poziomie… 2%. Tak, to nie pomyłka: dwóch procent.

Przejdźmy teraz do naprawdę grubych graczy – zarabiających nawet nie setki tysięcy, ale miliony złotych rocznie. Oni oczywiście nie zarabiają na swojej pracy (nie chcę przez to powiedzieć, że nie pracują), lecz czerpią zyski z kapitału. Czyli np. z gry na giełdzie, odsetek z lokat, inwestycji w nieruchomości i – przede wszystkim – z otrzymywanych dywidend, czyli przypadającej im części zysków spółek, których udziały posiadają. Ci milionerzy płacą tak zwany podatek od dochodów kapitałowych lub podatek od dywidend. Podatek oczywiście liniowy. I oczywiście niezbyt wysoki – stawki obu podatków wynoszą 19%. W tzw. cywilizowanym świecie podatek od dochodów kapitałowych jest z reguły większy – przykładowo, w Niemczech wynosi 25%, w państwach Skandynawii około 30%, nawet w liberalnej Irlandii ustanowiono 25-procentową stawkę. Tymczasem w Polsce milioner płaci podatek dochodowy według stawki o 1 pkt procentowy większej niż osoba pracująca za płacę minimalną. Z tą różnicą, że pracujący za „najniższą krajową” musi jeszcze zapłacić składki zusowskie, a bogacze, o których tu mowa, składek nie płacą, ponieważ dochody kapitałowe nie są obciążone składkami.

Podatek dochodowy od osób fizycznych w Polsce stanowi zaledwie kilka procent PKB. A więc jest on zaledwie dopełnieniem przychodów budżetowych. W państwach, którym sprawiedliwy porządek społeczny leży na sercu, budżet oparty jest przede wszystkim właśnie o PIT, gdyż, jak wspominałem, jest on najlepszym narzędziem ograniczania rozwarstwienia. Tymczasem Polska poszła w kierunku odwrotnym i oparła swoje dochody podatkowe o podatki pośrednie, przede wszystkim VAT. Według budżetu na rok 2014, wpływy z podatku VAT mają stanowić 47% przychodów budżetowych, a wszystkie podatki pośrednie (czyli np. akcyza) – 72%. Podatek PIT stanowi jedynie 18% wpływów podatkowych zaplanowanych na 2014 rok. Właśnie oparcie budżetu o VAT jest kolejnym elementem regresywnego charakteru polskiego systemu podatkowego. Podatek VAT obciąża bowiem proporcjonalnie w największym stopniu najbiedniejszych obywateli, ponieważ w zasadzie całe swoje dochody (nie licząc stałych opłat) przeznaczają oni na bieżącą konsumpcję – z tej prostej przyczyny, że na nic więcej im nie starcza. Inaczej mówiąc, ubodzy płacą VAT od największej części swego dochodu, podczas gdy zamożniejsi pieniądze odkładają, lokują na indywidualnych kontach emerytalnych, inwestują na rynkach kapitałowych, wydają zagranicą itd. Oparcie systemu na podatkach pośrednich jest więc kolejnym dowodem na to, że państwo polskie sprzyja dobrze sytuowanym, kosztem warstw słabszych.

Kolejne przyjęte w Polsce fatalne rozwiązanie dotyczy podatku od nieruchomości. Podatek od nieruchomości jest najprostszym sposobem opodatkowania majątku, gdyż domu czy działki nie da się wyprowadzić za granicę. Tyle że w Polsce podatek ten wymierza się nie od wartości nieruchomości, lecz od jej powierzchni. Prowadzi to do takich absurdów, że ktoś, kto ma stary, rozpadający się 300-metrowy dom w Katowicach na Janowie, zapłaci 201 zł podatku, zaś posiadacz pięknej, nowiutkiej 200-metrowej willi na katowickim Brynowie, będzie musiał przelać na konto katowickiego magistratu o 70 zł mniej. Jest to o tyle zastanawiające, że już „budowle” (wg prawa podatkowego różnią się od budynków m.in. tym, że nie są stale przywiązane do ziemi lub ich konstrukcja nie składa się z czterech ścian i dachu) opodatkowane są według ich wartości. A więc nie ma żadnych realnych przeszkód, żeby także budynki opodatkować według wartości. Niestety w Polsce fakt, że nie ma przeszkód dla zaistnienia jakiegoś dobrego rozwiązania, nie jest jeszcze wystarczającym argumentem za tym, by takie rozwiązanie wprowadzono.

W polskim systemie podatkowym duże znaczenie ma rozbudowana sieć różnorakiego rodzaju ulg. Wydawałoby się, że to dobrze – w końcu ulgi pozwalają państwu skierować pomoc tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Problem w tym, że z wielu ulg mogą skorzystać tylko ci, których na to stać. Mało tego: ci, którzy mogą sobie pozwolić na większy wydatek (czyli bogatsi), w większości przypadków dostaną większą ulgę. Przyjrzyjmy się kilku przykładom: odliczanie od podstawy opodatkowania wpłat na IKZE, czyli Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Oczywiście na taką ekstrawagancje mogą sobie w Polsce pozwolić tylko ludzie zamożni. A im więcej wpłacą, tym bardziej zmniejszą swój dochód przed opodatkowaniem (granica jest na poziomie ok. 4200 zł rocznej wpłaty). Ulga budowlana także jest zarezerwowana dla zamożnych – biedni przecież zazwyczaj nie budują. Na jej podstawie można otrzymać zwrot 65% VAT z przedstawionych faktur. Czyli im większa suma będzie na tych fakturach (co będzie wynikało oczywiście z budowy większego i droższego domu), tym większy będzie zwrot. Jak zatem widzimy, niektóre ulgi podatkowe nie tylko nie zmniejszają rozwarstwienia, ale wręcz je zwiększają.

Koronnym przykładem niesprawiedliwości polskiego systemu podatkowego jest zupełny brak opodatkowania spadków w ramach I grupy podatkowej, czyli w obrębie najbliższej rodziny. Podatek od spadków ma na celu to, żeby osoby, które miały szczęście urodzić się w zamożnych rodzinach – i przez to są już na starcie mocno uprzywilejowane – podzieliły się częścią swojej spuścizny ze wspólnotą, w obrębie której żyją także ci, którzy takiego szczęścia nie mieli. Oczywiście nie chodzi o to, żeby obciążać wnuczka, który otrzymał 50-metrowe mieszkanie po babci. Aby zabezpieczyć się przed takimi przypadkami wystarczy ustanowić kwotę wolną od podatku na całkiem wysokim poziomie: dajmy na to 500 tys. zł. W Polsce mamy jednak do czynienia z sytuacją bez mała patologiczną, w której wielomilionowe majątki mogą być dziedziczone bez zapłacenia nawet złotówki podatku. Takie rozwiązanie jest szczególnie skandaliczne kraju, w którym istotną grupę wśród najbogatszych stanowi uwłaszczona na publicznym majątku nomenklatura minionego reżimu i beneficjenci „złodziejskiej prywatyzacji” lat 90. Na kompletny absurd zakrawa fakt, że rozwiązanie takie – likwidację opodatkowania spadków – wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość, a więc partia, która zarówno dekomunizację, jak i rozliczenie transformacyjnej korupcji trzyma na sztandarach.

Powyższy wywód, choć może się wydawać przytłaczająco pesymistyczny, ma jeden pozytywny wydźwięk. Okazuje się mianowicie, że dysponujemy szeroką paletą stosunkowo prostych posunięć, które mogłyby zmienić nasz porządek społeczny na bardziej sprawiedliwy. Są to np.: wprowadzenie czterostopniowego progresywnego podatku dochodowego (15%, 25%, 35%, 45%), który dotyczyłby zarówno pracowników, jak i osób prowadzących działalność gospodarczą; oskładkowanie przedsiębiorców proporcjonalnie do ich dochodów; podniesienie podatków od dochodów kapitałowych i dywidend oraz wprowadzenie ich silnej progresji. W zamian za to można by obniżyć stawkę VAT, co – razem z zaproponowaną zmianą w PIT (najniższa stawka zmniejszona do 15%) – odciążyłoby najuboższych. Należałoby się także zastanowić nad podwyższeniem kwoty wolnej od podatku dochodowego, która obecnie należy do najniższych w Europie. Dodatkowe ruchy to podatek od nieruchomości wymierzany od jej wartości, zmniejszenie roli ulg oraz opodatkowanie spadków w ramach I grupy podatkowej (ale z odpowiednio wysoką kwotą wolną).

W moim odczuciu powyższe działania realnie zmieniłyby polski porządek społeczny na bardziej sprawiedliwy. Pytanie tylko, czy znajdzie się siła polityczna, która na takie ruchy się zdecyduje. Niestety, przypuszczam, że wątpię.