Radosne niewolnictwo

Radosne niewolnictwo

Zaczęło się w Mafeking. Stamtąd wywodzą swoje korzenie. Rdzeniem idei jest to, by ktoś zrobił coś, czego nikt rozsądny, dorosły, zrobić nie chce – z różnych powodów:

  • bo za to nie płacą
  • bo to niebezpieczne
  • bo po prostu nikt nie chce tego robić, skoro atawizmy, rozsądek, rachunek ekonomiczny i rachunek sumienia, wszystkie one razem lub z osobna mówią o tym: nie.

Ta idea brzmi: niech ktoś zrobi to za nas, a jeśli się da, to niech jeszcze za to zapłaci, a gdy zrobi, to wymyślimy mu coś kolejnego. Decydenci przemocą lub przy pomocy podstępnej ideologii, religii, albo czegoś działającego podobnie, od niepamiętnych czasów w celu obniżenia kosztów własnych starają się nas do tego namówić, przekonać, zmusić. Za prekursora uznaje się generała Baden-Powella, który w czasie oblężenia Mafeking wykorzystał zindoktrynowanych nieletnich do wykonania zadań, jakich rozsądni dorośli nie chcieli się podejmować. Dziś zmuszanie i zachęcanie nieletnich do takich działań zaowocowałoby w najlepszym wypadku wyrokami w zawieszeniu. Wówczas również istniały prawa, ale nie istniały organy kontrolne i nadzorujące, więc pilnowano jego przestrzegania jedynie okazjonalnie. Nie wszędzie i nie zawsze granice dorosłości były określone i sztywno przestrzegane. U źródeł skautingu leży posłużenie się dziećmi w wykonywaniu działań łącznikowych w chwili, gdy żołnierze, biorąc pod uwagę wysokość strat przy ich realizacji, odmawiali wykonywania. Gówniarz zrobi to, by wykazać, że jest lepszy od żołnierza – abstrahując od tego, że żołnierz kierował się rozsądkiem, zaś dzieciaka motywowała chora ambicja. To jest uznawany przez wielu punkt założycielski.

Dwa dominujące nurty tej idei to organizacje wzorowane na skautingu oraz wolontariat. Odtąd niewolnicy, którzy dla nas pracują, będą to robić bez kosztów z naszej strony – a my wymyślimy system nic nie wartej punktacji, żeby ich motywować. I na dodatek taka forma aktywności będzie popularna, wielu sąsiadów będzie się tym zajmować. Moda.

Jesteśmy światli i liberalni, ale promujemy wykonywanie pracy za darmo. Niewolnictwo z krytyką niewolnictwa, więc nazwy nic nie znaczą. Albo znaczą coś całkiem innego niż się wydaje.

Pół biedy, jeśli to naprawdę są ochotnicy. Gorzej, gdy dostaje się punkty rekrutacyjne do liceum – masz albo nie – bo wtedy trzeba, a przynajmniej wypadałoby. Sprawie dodaje pikanterii, że poza metropoliami taką działalność doceniają i korzystają z niej dość nieliczne grupy. Uprzedzam: wszelkie skojarzenia z mafią są chybione. Bo to może być szpital, Dom Pomocy Społecznej, szkoła. To może być cokolwiek. Ale odbiorcy tego typu usług – „niech pan pojedzie dalej ze 3 kilometry, oni tam chyba takich szukają” – to m.in. różne instytucje, nierzadko jednostki budżetowe. Muszą coś zrobić, ale w ten sprytny sposób obniżają koszty. Bo wiele tego rodzaju usług dostają darmo.

Do młodych kieruje się ofertę – praktyki i szkolenia, które mają być pierwszym progiem inicjacyjnym. Atrakcyjne wyzwanie. Wielu nowych znajomych. Obietnica, że gdy oni sami staną się już sprawniejsi, to pokierują ruchem lub pomogą w punktach medycznych, no i nauczą się działać w zespole.

W 1939 r. to harcerze utrzymywali pozycje, gdy wojsko się wycofywało. To harcerze zadali olbrzymie straty nacierającym Niemcom w Katowicach, Rosjanom w Grodnie, Ukraińcom we Lwowie itd. To harcerze są znani z powstania warszawskiego. Ale sami się tam pchali, to była ich własna, oddolna inicjatywa. Wszędzie, gdzie się pojawiali, pchali się na pierwszą linię – byle bliżej śmierci? – takie cywilne wojsko. Tam, gdzie są, bywają widoczni, chociażby podczas kwesty na cmentarzu, przy świętach państwowych, albo przy pakowaniu zakupów w markecie za punkty. Udowadniają, że służą Polsce. Było wielu bohaterskich harcerzy, ich były najsłynniejsze i najbardziej spektakularne akcje – ale nie czuli się wykorzystani. Byli dumni.

W PRL traktowano ich niemal jak służbę, zabierano ich na różne akcje do pomocy. W szkołach promowano harcerstwo. To się zresztą zmienia, bo walka o eurogranty skacze z zagadnienia na zagadnienie. Skauting słabnie, bo wymaga dotacji – jeśli ma przyciągać, to musi być nowoczesny. Środki, narzędzia, miejsca – za to trzeba płacić. A z wolontariatu się tylko wyciąga. Orlęta AK, harcerze – do którejkolwiek z tych organizacji twoja latorośl chciałaby należeć, do ciebie należy pokrycie kosztów umundurowania czy transportu, jeśli gdzieś będą ją wywozić. Natomiast zyski z wykorzystania tych młodocianych ideowców wyciągną dorośli, pełnoletni. To oni zostaną docenieni, uhonorowani za zorganizowanie i udostępnienie tej taniej siły roboczej. Jest jeszcze jeden aspekt wspólny tych wszystkich umundurowanych grup: hierarchia, a wraz z nią polecenia, które trudno odróżnić od rozkazów. Odmowa wykonania rozkazu/polecenia jest niemal równoznaczna z wykluczeniem z organizacyjnego kręgu. A kiedy jest się wewnątrz, nie widzi się tego, że to tresura, nie nauka samodzielności.

Ale harcerstwo i podobne organizacje nadają się do wykorzystania tylko incydentalnie, akcyjnie. Na dłuższych „dystansach” używa się wolontariuszy.

Hospicja, DPS-y, Caritas. Wszędzie tam wypadałoby użyć psychologa czy terapeuty, by zaradzić problemom podopiecznych, ale ich zatrudnianie kosztuje. Wolontariusz, który wysłucha żalów i zadziała jak odgromnik, rozładuje napięcie – nic nie kosztuje. Co więcej, taki wolontariusz wykona gratis czynności, do których wypadałoby zaangażować wykwalifikowany i opłacany personel. Skoro już umierający, wymagający opieki, są usunięci na taki ledwo widoczny na co dzień margines, poza horyzont, nie leżą na trotuarach – abyśmy mogli zająć się zarabianiem na siebie i wypracowywaniem zysku dla naszych nadzorców – to ktoś musi się tym zająć. Czy będziemy musieli mu za to płacić? Im wszystkim? Czy tylko niektórym, a resztę namówimy, by zrobili to za darmo i na dodatek z radością. Przecież wynaleziono wolontariat!

Taki wolontariat potrafi dokonywać wielkich rzeczy. Akcja Owsiaka to absolutnie zjawiskowa historia. Nie jestem zwolennikiem celów Owsiaka – „zastąpimy państwo w finansowaniu służby zdrowia” – bo to działa na państwo demoralizująco, skłania do lekceważenia nas, ale zaangażowanie i efekty organizatorów tych działań budzą mój podziw. Przyjmując krótką perspektywę czasową widzimy WOŚP jako supersłodką historię. Tyle sprzętu! W pewnym momencie konkurencji puściły nerwy. Biskup Ryczan powiedział, że w akcji Owsiaka silny jest element satanistyczny. Szatan potrafi być taki podstępny i czasem robi dobre rzeczy. Dziś jednak akcje kościelne i Owsiak są niemal równie popularni, rynek okazał się niesamowicie głęboki.

Tak, wolontariusze robią wiele rzeczy pożądanych społecznie. I ja to robiłem – zbierałem podpisy, sprzątałem, sadziłem drzewa. Tak, mogę to zrobić: gdy nie warto czekać na państwo lub samorząd – i gdy tego chcę. Ale nie wtedy, gdy jestem do tego zmuszony. Często słyszę, że wolontariusz wysłany gdzieś tam, zdobędzie praktykę w pracy – bo tu pracy nie ma i nie ma jak zdobyć praktyki. Tuż obok są tak zwane staże, w ramach których młodzi i starzy wykonują te same prace, co zwykli pracownicy, tyle że za 500 zł miesięcznie. Podobnie działają takie wypożyczalnie niewolników jak Centra Integracji Społecznej, w których też za przepracowanie miesiąca dostaje się demoralizującą i demotywującą pensję. Ta moda na wolontariat w sytuacjach, w których występować powinni etatowi pracownicy, świadczy nie o tym, że chcemy bezinteresownie działać dla innych, lecz o tym, że przed nami jest bezmiar czasu, zero możliwości zarobku, a brak chęci na popadnięcie w niszę notorycznego klienta opieki społecznej. Wolontariuszem zostaje się, by nie zostać streetworkerem stojącym przed osiedlowym monopolowym, wyrywaczem torebek, grabieżcą, a jednocześnie nie ma się możliwości podjęcia pracy. Co więcej, tam, gdzie dotąd czymś zajmował się opodatkowany, oskładkowany pracownik, teraz jego rolę może przejąć wolontariusz. I taki pracodawca – najczęściej dyrektor jednostki budżetowej – zjeżdża z kosztami w ten sposób, że zwalnia pracowników, a ich miejsce zajmują wolontariusze. O tym jednak cicho sza! Ale już o tej inwazji dobrowolnych niewolników i o tym, jak wiele oni czynią, robi się głośno. Są konkursy, w których nagrody dostają przygarniający wielu wolontariuszy, w sposób wyczynowy korzystający z darmowej pracy.

Jestem pracownikiem. Za wiele wykonywanych przeze mnie czynności – nie ujętych w umowie o pracę – nie dostaję pieniędzy. Wolontariat wciska się tu i tam, w moje i w wasze życie. Kiedy chcę coś zrobić gratis dla innych – robię to chętnie. Kiedy muszę to zrobić, aby mój szef więcej zarobił, wszystko się we mnie gotuje. To też jest wolontariat, ten mroczny, satanistyczny. Im bardziej rozpowszechnia się idea darmowej pracy, tym bardziej boję się o swoją przyszłość. Bo ci, którzy wymyślają takie akcje, mają co jeść i gdzie spać. Natomiast wykonawcy, zamiast zarobić swoją krwawicą na życie, sfinansują czyjąś – nie swoją – frajdę. Aby mieć siłę do zrobienia tego, trzeba co pewien czas jeść, a jedzenie nie bierze się znikąd, trzeba płacić. Tymczasem za pot i zmęczenie wolontariuszy ktoś w świetle kamer odbierze nagrodę jako dobroczyńca.

Neokolonializm nasz powszedni

Neokolonializm nasz powszedni

Czym różni się Polska od przeciętnego państwa postkolonialnego? U nas przez większą część roku jest zimno i ponuro, a tam z reguły ciepło i całkiem słonecznie, o ile akurat nie ma pory deszczowej. Nasze rozpadające się slumsy tylko straszą (chociażby enklawy biedy na Śląsku), tamtejsze nierzadko zapierają dech w piersiach (np. malowniczo położone brazylijskie fawele). Tamtejsi piłkarze z reguły potrafią czynić z piłką cuda, nasi to co najwyżej rzetelni wyrobnicy, a i o tej rzetelności zapominają, gdy przychodzi im założyć reprezentacyjny trykot. Jak widać różnic między Polską, a postkolonialnymi państwami z Ameryki Południowej czy Afryki jest całkiem sporo, ale nie wszystkie na naszą korzyść. Zresztą czy naprawdę trzeba wchodzić w szczegóły, by postawić tezę, że łatwiej znosi się biedę w Rio de Janeiro albo Marrakeszu niż w Bytomiu czy Świętochłowicach?

Gdy z poziomu rozważań geograficzno-klimatycznych zejdziemy na kwestie ekonomiczno-społeczne, dostrzeżemy, że nasz kraj wykazuje mnóstwo cech typowych dla terytorium postkolonialnego. A raczej neokolonialnego, bo quasi-kolonialne mechanizmy są tu sprawą jak najbardziej aktualną, a nie tylko odbiciem przeszłego zniewolenia. Żyjemy w kraju, w którym to nie społeczeństwu ma być dobrze, ale zagranicznym inwestorom oraz rodzimej elicie kompradorskiej, które wspólnie wyciskają tubylców jak cytrynę. Wspólnie, podkreślam, bo ważne, żeby pamiętać, iż współczesny kolonializm opiera się w równym stopniu na wyzysku przychodzącym z zewnątrz, co i tym wewnętrznym. Harmonia i współpraca podmiotów zagranicznych z częścią rodzimych jest niezbędnym warunkiem rozkwitu tego modelu.

Według Eurostatu, PKB na głowę mieszkańca wynosi w Polsce 68 proc. średniej UE. Inaczej mówiąc, rocznie produkujemy już ponad 2/3 tego, co w przeciętnym kraju UE, takim jak Włochy (98 proc. średniej) czy Hiszpania (95 proc.). Bardzo zbliżyliśmy się do Grecji (75 proc. średniej). Cieszyć się jednak nie ma z czego, gdyż owoce tej produkcji, w odróżnieniu od powyższych krajów, nie zasilają wcale portfela zwykłego Polaka. Pomimo że produkujemy już ponad 2/3 tego, co Włoch czy Hiszpan i prawie tyle, co Grek, wartość majątku zgromadzonego przez przeciętnego obywatela naszego kraju stanowi… 10 proc. majątku Włocha, 20 proc. Hiszpana i 25 proc. Greka (według Global Wealth Databook 2013, o którym pisałem również w felietonie dla portalu jagiellonski24.pl). To zresztą nic dziwnego – na terytoriach neokolonialnych bogacenie się rdzennej ludności tubylczej jest ostatnie na liście priorytetów, o ile w ogóle się na niej znajduje. Jeśli kogoś wciąż nie przekonuje odniesienie teorii neokolonialnej do Polski, to wskażę jeszcze jedno smaczne porównanie – otóż, pod względem wartości majątku przeciętnego obywatela, Polsce najbliżej jest do… Libanu. A więc byłej francuskiej kolonii, która w ostatnim półwieczu doświadczyła długiej i brutalnej wojny domowej, okupacji części swojego terytorium oraz szeregu bombardowań ze strony Izraela.

Oczywiście zawsze można postawić starą, wytartą i zwyczajnie nudną już tezę, że za naszą nędzną kondycję odpowiadają lata „komuny”, podczas której Polacy nie mogli się bogacić. Takie tłumaczenie ma jednak słabe punkty. Pierwszy to przykłady krajów, które mają na swoim koncie podobne doświadczenia historyczne. Czeskie PKB per capita wynosi 80 proc. średniej UE. Czyli polskie PKB na głowę to ok. 85 proc. czeskiego. Za to majątek przeciętnego Polaka stanowi tylko 55 proc. majątku Czecha. Gdzie uciekło 30 punktów procentowych? Chyba nie zabrała ich „komuna”? Tłumaczenie latami PRL-u złej sytuacji tubylców znad Wisły, tak bardzo odstającej od reszty mieszkańców UE, ma jeszcze jedną zasadniczą wadę. Otóż według tej argumentacji Polacy są tacy biedni, gdyż w latach 1945-1989 mieli zablokowaną możliwość gromadzenia majątku. Za takim postawieniem sprawy stoi założenie, że w roku 1989 ruszaliśmy od zera, a nad Wisłą mieliśmy wtedy klepisko nieruszone pracą ludzką. A to przecież nieprawda. PRL pozostawił po sobie całkiem sporo majątku państwowego – czyli wspólnego, wytworzonego pracą całego społeczeństwa. Nikt nie kazał nam rozdysponować go w taki sposób, że zwykły Polak nic z tego nie miał i rzeczywiście musiał w 1989 roku zaczynać niemal od zera.

Kraj Przeciętny majątek zgromadzony na głowę (w USD)
Włochy 195 925
Niemcy 157 882
Hiszpania 99 214
Grecja 83 442
Portugalia 71 193
Słowenia 52 039
Czechy 36 201
Estonia 26 562
Liban 20 918
Polska 20 803

Na majątkowe dysproporcje składa się wiele przyczyn. Na pewno jedną z nich jest kwestia wyceny składników majątku – chociażby nieruchomości, których ceny na zachodzie Europy są znacząco wyższe niż w Polsce. Ale nie tłumaczy to aż takich przepaści. Głównym powodem zaistniałego stanu rzeczy jest neokolonialny model rozwoju, przyjęty w Polsce z równym udziałem naszych elit i zagranicznych „życzliwych” doradców – model, w którym zwykli obywatele są ostatnimi w kolejce beneficjentami wzrostu gospodarczego, jeśli w ogóle nimi są. „Owoce przemian”, z których korzystali przeciętni Polacy, były już tylko ogryzkami. Wielki wpływ na to miała oczywiście prywatyzacja, w ramach której nasza własność wspólna rozeszła się po cenach czasem niewiele większych niż obecne osobiste majątki zachodnich Europejczyków. To m.in. dlatego musieliśmy po 1989 r. „zaczynać od nowa”.

Co dzieje się z owocami niewątpliwie całkiem niezłego wzrostu gospodarczego, jakiego Polska doświadcza w ostatnich latach? Gdzie one trafiają, skoro nie do portfeli polskich gospodarstw domowych? Odpowiedź jest prosta – przede wszystkim na rachunki przedsiębiorstw, zarówno zagranicznych, jak i polskich. Konta firm działających w Polsce puchną wręcz od pieniędzy, a ich stopy oszczędności biją rekordy i znajdują się obecnie na poziomach najwyższych w historii. To oczywiście samo w sobie nie musi być złe. Problem w tym, że w naszym kraju bogacenie się przedsiębiorców nie wiąże się z poprawą sytuacji bytowej pozostałych obywateli. Można to wyczytać z jednego z okresowych raportów NBP (nt. sytuacji polskich gospodarstw domowych), ale kto by tam czytał analizy banku centralnego? Jako że mnie zdarzyło się przeczytać, uprzejmie donoszę, że ogólna stopa oszczędności w naszym kraju w IV kwartale 2013 r. wyniosła 17,3 proc. PKB, z czego oszczędności przedsiębiorstw to… 16 proc. PKB! Jest to sytuacja w zasadzie niespotykana. Jednak najbardziej druzgocący jest trend – jeszcze w 2012 relacja ta wynosiła 13,2 proc. PKB do 5,11 proc. W ostatnim czasie nastąpił więc drenaż osobistych oszczędności Polaków na wyjątkową skalę, któremu towarzyszył znaczny przyrost oszczędności przedsiębiorstw. Nie od dziś wiadomo, że kryzys nie musi być złą wiadomością dla niektórych przedsiębiorców – jest on przecież znakomitym alibi do cięcia realnych kosztów pracy.

W Polsce warunki wyjątkowo sprzyjają takim posunięciom. Kolejnym świadectwem tego, gdzie trafiają zyski z gospodarki, jest porównanie produktywności pracy do jej godzinowych kosztów, których zdecydowaną większość stanowią płace brutto. Tam, gdzie majątki osobiste są znaczące, tam wysokie są również płace – w innym razie ludzi nie byłoby stać na systematyczną rozbudowę swojej własności. Oczywiście przedsiębiorcy także tworzą gospodarstwa domowe, a więc ich finanse odbijają się na statystykach majątku gospodarstw domowych. W krajach rozwiniętych (a takim pod względem struktury zatrudnienia mimo wszystko jesteśmy) przedsiębiorcy stanowią jednak zdecydowaną mniejszość siły roboczej, zaś większość stanowią pracownicy. Sytuacja, w której płaca za pracę ma się nijak do produktywności, musi więc przekładać się na stan posiadania Polaków w ogóle. A jak wygląda stosunek płac i produktywności w Polsce na tle omawianych wcześniej państw? Produktywność Włocha według OECD to 37,2 dolarów na godzinę, a Polaka 22,7. Czyli nasza produktywność to jakieś 2/3 produktywności Włocha. Mogłoby się zatem wydawać, że godzinowy koszt polskiej pracy (a w koszcie pracy płaca stanowi zdecydowaną większość) powinien wynosić – przynajmniej w jakimś przybliżeniu – 2/3 kosztu pracy włoskiej. Tymczasem, według Eurostatu, godzinowy koszt pracy we Włoszech wynosi 28 euro, a w Polsce zaledwie 7,6 euro, czyli niemal 4 razy mniej. A więc zamiast 66 proc. mamy 25. Produktywność Hiszpana (42 dolary na godzinę) jest dwa razy wyższa niż Polaka, a godzinowy koszt jego pracy trzy razy wyższy (21,1 euro). Produktywność Polaka jest o 18 proc. niższa niż Czecha, ale koszt pracy mniejszy o 26 proc. Jednak prawdziwie druzgocące są dane pokazujące relację między wzrostem produktywności a wzrostem płac. W latach 2001-2012 produktywność Polaków rosła średniorocznie o 3,3 proc., Włochów o 0,004 proc., Hiszpanów o 1,4 proc., a Czechów o 2,8 proc. Ale już pod względem kosztów pracy trend wyglądał zupełnie inaczej. Jednostkowy koszt pracy w Polsce rósł w tym okresie średniorocznie o 0,9 proc., we Włoszech o 2,4 proc., w Hiszpanii o 1,75 proc., a w Czechach o 1,8 proc. Jak widać opłaca się w Polsce zatrudniać – szkoda że pracować już dużo mniej. A gromadzić osobistego majątku w takich warunkach po prostu nie sposób.

Zresztą wysuwanie przez polskich przedsiębiorców i ich rzeczników tezy o niskiej produktywności jako głównej przyczynie niskich płac jest cokolwiek bałamutne. Abstrahując od faktu, że płace Polaków są nieadekwatnie niskie właśnie w stosunku do ich produktywności, to przecież niska produktywność nie wynika wcale z lenistwa polskich pracowników. Wręcz przeciwnie, Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy, a nawet świata. Wśród państw OECD, pod względem przepracowanych godzin w roku, Polacy lokują się na 5 miejscu (1929 godzin). Konkurujemy m.in. z Koreańczykami (2163 – 2 miejsce). Nawet Japończycy (1745 godzin), o których obiegowa opinia mówi przecież, że spędzają w pracy cały dzień, są pod tym względem daleko za Polakami. A takim Hiszpanom zaledwie 1666 godzin pracy w roku wystarczy, by utrzymywać nad nami olbrzymią przewagę majątkową. Niska produktywność nie wynika też z braku kompetencji Polaków – przecież za granicą pracodawcy są nimi często zachwyceni. Niska produktywność Polaków spowodowana jest głównie tym, że pracują oni w firmach zacofanych względem Zachodu. W firmach, które, co pokazują niezależnie od siebie różne statystyki, nie inwestują i nie chcą inwestować w innowacje i rozwój – pod względem nakładów na nie jesteśmy w ogonie Europy. A więc przedsiębiorcy, tłumaczący niskie płace niską produktywnością, de facto przerzucają na pracowników odpowiedzialność za negatywne konsekwencje własnych słabości.

Pieniędzy w Polsce wcale tak bardzo nie brakuje – po prostu w ramach przyjętego modelu rozwojowego zostały one rozdzielone w kompletnym oderwaniu od zasług. Spowodowało to trudny do przełamania klincz. Jedną z przyczyn, dla których polskie firmy nie inwestują swoich pokaźnych oszczędności, jest obawa przed niskim popytem na ich produkty i usługi (co wprost pokazuje niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy). Ale bariera popytowa wynika przecież właśnie z neokolonialnej polityki płacowej firm działających w Polsce. Piłka jest po ich stronie. Wydaje się, że inwestycje polskich przedsiębiorstw w tzw. kapitał ludzki to najlepszy sposób na wyjście polskiej gospodarki z neokolonialnego impasu.

Są na to trzy sposoby: zwiększenie zatrudnienia, podwyżki płac i inwestowanie w rozwój kompetencji pracowników. I wszystkie trzy w Polsce szwankują – bezrobocie jest wysokie (12 proc.), płace koszmarnie niskie, a pod względem szkoleń zawodowych nasze firmy są, uwaga, na ostatnim miejscu w UE – według Eurostatu w tej konkurencji wyprzedziły nas już nawet Bułgaria i Rumunia, które z reguły były dotąd za nami. Jeśli przedsiębiorcy działający w Polsce „chomikują” swe zyski w obawie przed brakiem popytu, niech odważą się sięgnąć do swych kies, by zainwestować w pracowników. Zwróci im się to szybciej niż mogliby przypuszczać – w końcu więcej Polaków będzie wówczas stać na ich towary. Przecież, jak słusznie zauważył Henry Ford, samochody nie kupią samochodów.

Z amatorskich badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów

Z amatorskich badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów

Czy pamiętają państwo Feliksa Siemienasa? Był to jeden z bohaterów polskiej transformacji początków lat 90. Dorobił się ogromnej fortuny, nosił garnitury od najlepszych krawców i jeździł limuzyną marki Rolls-Royce. Barwna postać, gawędziarz, dowcipniś – dziennikarze bardzo chętnie przeprowadzali z nim wywiady, w gazetach ukazywały się kolorowe zdjęcia i jego samego, i dowodów jego zamożności, takich jak limuzyna czy willa w rozmiarze średniej wielkości pałacu, a najcelniejsze sentencje biznesmena wytłuszczano i wrzucano na pierwsze strony. Spośród złotych myśli biznesmena zapadła mi w pamięć (na długo, jak widać!) jedna. Kiedy pytano Siemienasa, jak dorobił się wielkiego majątku, odpowiadał: „W Polsce jest tylko jeden niezawodny sposób na zarobienie grubej gotówki: kupić działkę jako rolną, a sprzedać jako budowlaną”.

Medialna kariera pana Feliksa zbiegła się akurat w czasie z prorynkową kampanią medialną mającą na celu przekucie postkomunistycznego roszczeniowego społeczeństwa w zbiór nowoczesnych prorynkowych jednostek. Przekonywano więc publiczność, że bogactwo narodów bierze się z zaradności i przedsiębiorczości jednostek, które motywowane żądzą zysku i bogactwa porywają się na twórcze przedsięwzięcia i społecznie pożyteczną działalność, organizują świat na nowo, wymyślają usprawnienia, dzięki którym potrzeby bliźnich są zaspokajane, a świat staje się coraz zasobniejszy i żyje się na nim lepiej. Czytałem więc pochwały przedsiębiorczości i zdrowej chciwości oraz wynurzenia człowieka obdarzonego tymi cechami i nic nie rozumiałem. W jaki sposób spekulacje ziemią (czy w ogóle jakiekolwiek spekulacje) mogą przyczynić się do postępu lub zaspokojenia ludzkich potrzeb?

Oczywiście rozumiałem (i rozumiem), że są ludzie, którzy potrzebują działek budowlanych tam, gdzie do dyspozycji są tylko działki rolne. Rozumiałem, że powinno się im umożliwić negocjacje z odpowiednimi urzędami decydującymi o przeznaczeniu i klasyfikacji ziemi. Czy jednak wprowadzenie między potrzebujących a urząd takiego Feliksa Siemienasa (i jemu podobnych przedsiębiorczych jednostek) nie jest marnotrawstwem, czy nie powoduje zupełnie niepotrzebnego zubożenia i interesantów, i instytucji dobra wspólnego? Jakie dzięki takiej działalności powstają wartości, jakie wynalazki czy idee? Czy świat może stać się choćby odrobinę lepszy, bardziej przyjazny, piękniejszy, a jakakolwiek zbiorowość (naród chociażby) bogatsza dzięki temu, że Feliks Siemienas kupi działki rolne, a sprzeda budowlane?

Przez jakiś czas śledziłem uważnie popularne w tamtych latach rankingi i zestawienia najzamożniejszych Polaków. Interesowało mnie, jak w praktyce działa ta zasada, o której tyle mówili publicyści, uczeni i ekonomiści, a która – jeśli jej nie przeszkadzać – przynieść miała naszej umęczonej ojczyźnie bogactwo i szczęście. W jaki sposób chciwość (lub choćby chęć wzbogacenia się) i przedsiębiorczość jednostek miała się przekładać na powszechny dobrobyt i postęp. Owszem, widziałem i takie przypadki, które mogły mnie przekonać, że przedsiębiorcy zaspokajali ludzkie potrzeby: ktoś tam robił wędliny, ktoś miał fabrykę mebli, ktoś wydawał czasopisma – w każdym razie powstawało coś konkretnego, bez czego ludziom rzeczywiście żyłoby się chyba trochę gorzej. Rzadko jednak udawało mi się znaleźć wśród bogacących się biznesmenów ludzi, którzy stworzyli, upowszechnili czy wdrożyli do działania coś oryginalnego, jakieś idee, usprawnienia, produkty, których do tej pory nie było, a które posuwałyby świat do przodu i jakoś przyczyniały się do większego zadowolenia z życia.

Im więcej takich zestawień sobie po amatorsku analizowałem, tym silniejsze miałem wrażenie, że składają się one z postaci, które – trzymajmy się tej metafory – kupują działki rolne, a sprzedają budowlane. W żaden sposób nie byłem i wciąż nie jestem w stanie pojąć, jaka może być korzyść dla wspólnego dobra chociażby z tego, że jakiś sprzedawca samochodów – podajmy taki fajny przykład sprzed lat – zakolegował się z decydentami i kiedy policja wymieniała polonezy i żuki na auta zachodnie, sprzedał jej mnóstwo volkswagenów drożej niż kosztowały one w jego salonach. Czy dzięki jego przedsiębiorczości policja jeździ lepszymi samochodami? A gdyby nie on, to co, nie jeździłaby? Jaka byłaby szkoda dla policji, gdyby kupiła samochody taniej?

A dziś? Kto mi wyjaśni, jak przyczynia się do dobra wspólnego taki, powiedzmy, miliarder, pan Leszek Czarnecki, twórca Getin Banku i Open Finance? Instytucje te znane są ze sprzedawania produktów finansowych (takich jak polisolokaty) przez entuzjastycznych doradców finansowych, którzy zapominają wspomnieć klientom o takich drobiazgach, jak gigantyczne opłaty likwidacyjne czy odwołując się do ekonomicznej ezoteryki namawiają na finansowanie ich z kredytu. UOKiK nałożył za te praktyki na Getin Bank drobną karę finansową, lecz niewielka to pociecha dla pokrzywdzonych, którzy pikietują oddziały banków i nachodzą wszystkich świętych w nadziei na odzyskanie choć części „zainwestowanych” kapitałów.

Co do tego, że motywem powołania i istnienia tych instytucji jest – zgodnie z teoriami klasyków ekonomii – chciwość, nie mam najmniejszej wątpliwości, zwłaszcza kiedy słucham i czytam niekończące się świadectwa ich klientów. Lecz kto mi wyjaśni, w jaki sposób przyczyniają się one do powszechnego dobra i bogactwa narodu? Czy nie jest przypadkiem tak, że warunkiem istnienia i prosperowania takich instytucji – a więc i bogactwa jej właścicieli – jest niski poziom cywilizacyjny społeczności, w której działa? Czyli np. załamanie systemu opieki emerytalnej, brak zaufania do pomocy państwa i rodziny oraz powszechny strach przed nędzą na starość; zapaść wymiaru sprawiedliwości; niski poziom edukacji i wiedzy prawnej oraz finansowej; niski poziom wiedzy o manipulacjach psychologicznych; wiara w możliwość działania mechanizmów finansowych typu „pożyczę na 12%, na polisie zarobię 20% i będę 7% do przodu. A skoro instytucja może prosperować najlepiej w środowisku zacofanym, dlaczego miałaby być zainteresowana jego rozwojem, postępem, którego owoce dostępne będą dla wszystkich? Czy dla własnego dobra nie powinna raczej dołożyć wszelkich starań, aby żaden postęp w tej społeczności się nie dokonywał?

Albo – różnica skali ogromna, ale przykład smakowity – jak się do dobra wspólnego i do bogactwa narodów przyłożył niejaki Kamil Cebulski? W wielu mediach przedstawiany jest on dziś jako wzór do naśladowania dla młodych ludzi, niegdyś nastoletni milioner, dziś założyciel uczelni będącej kuźnią kadr polskiego biznesu, wpajającej studentom ducha przedsiębiorczości i organizator warsztatów z przedsiębiorczości dla licealistów i gimnazjalistów. Kamil Cebulski pierwszego miliona dorobił się, kiedy dostęp do internetu był drogi. Wpadł mianowicie na genialny pomysł: nagrywał strony internetowe na płyty i sprzedawał po 29,90. Tak jest! Dziś w naszym kraju przedsiębiorczości uczy i podstawy przyszłego postępu wykuwa facet, który internet nagrywał na płyty i sprzedawał.

A słynny ostatnio Marek Falenta, który zanim wpadł na bardziej ekstrawaganckie sposoby pomnażania pieniędzy, dorobił się (podobno) pół miliarda, handlując długami szpitali? Znów mam wrażenie, że teoria niewidzialnej ręki rynku działa jakby połowicznie: widzę tu oczywiście chciwość i przedsiębiorczość, ale nie mogę zrozumieć, w jaki sposób przekładają się one na „bogactwo narodów”, które ma być przesłanką dla stwierdzenia, że „chciwość jest dobra”. Ostatnio przeczytałem, że pan Falenta obraził się na rodaków i na państwo za niedostateczny entuzjazm okazany jego kreatywnym i niekonwencjonalnym metodom prowadzenia interesów. Zapowiedział, że przejdzie na biznesową emeryturę, a ludzie, którzy u niego pracowali, pójdą na zasiłek.

No i sam nie wiem, czy to źle, czy może jednak dobrze. Obiegowa prawda mówi, że to, iż przedsiębiorca zatrudnia ludzi, jest dla społeczeństwa korzyścią niezaprzeczalną. A ja bym jednak chciał, żeby mi ktoś udowodnił, obliczył na papierze lub w pamięci komputera, że społeczny bilans korzyści i strat rzeczywiście jest dodatni. Bo nie jestem wcale pewien, czy jako społeczeństwo wyszlibyśmy na tym gorzej, gdybyśmy pracownikom wysłanych na emeryturę panów Siemienasa, Czarneckiego, Falenty, Cebulskiego i jeszcze wielu podobnych pań i panów zaczęli płacić zasiłek w wysokości ostatniego wynagrodzenia za to tylko, że nie będą robić tego, co robili do tej pory. Niech siedzą w domu i oglądają seriale, niech grają w gry komputerowe albo uprawiają turystykę, tylko niech nie sprzedają działek budowlanych, nie handlują długami, niech nie manipulują kursami akcji, niech nie obsługują dziwnych policyjnych zakupów, niech nie wciskają ludziom polisolokat. Niech nie uczą przedsiębiorczości poprzez opiewanie korzyści, jakie może przynieść sprzedawanie internetu na płytach. Może właśnie społeczeństwo wyszłoby lepiej na tym, gdyby w miarę wcześnie wyszukiwało takich panów (i panie), zrzucało się na ich wille z basenami, rolls-royce’y, rolexy i jachty. Niech się opalają, piją drinki z palemką, jedzą bliny z kawiorem, byleby nic nie robili. Niech mi to ktoś obliczy czarno na białym!

Mit niemocy

Mit niemocy

Polityka wspólnotowa i dążenie do osiągnięcia długofalowych celów rozwojowych wiążą się z kosztami, nie zawsze ponoszonymi w równym stopniu przez wszystkich obywateli. Przykładowo, ceny usług państwowej poczty z indywidualnego punktu widzenia mogą się zdawać niezrozumiałe czy wręcz niesprawiedliwe. Mieszkańcy miast dopłacają bowiem w cenie znaczka do utrzymania sieci placówek pocztowych na prowincji. Dopłacają za docieranie przez listonoszy w miejsca mało dostępne, rzadko odwiedzane.Jednak alternatywne scenariusze też mają swoją cenę. Ograniczony zasięg poczty czy rzadziej kursujące pociągi na „nierentownych” liniach nie tylko osłabiają więzi społeczne, ale także podkopują długofalowe perspektywy rozwojowe naszego kraju.

Ile tracimy, gdy po likwidacji połączenia kolejowego studia w większym mieście stają się dla młodego talentu zbyt dużym kosztem? Ostatecznie chytry płaci dwa razy, a cenowy wyścig na dno kończy się odbieraniem pism sądowych przy stoisku z wędzoną rybą. Scenariusz ten ma oczywiście swoich wygranych, ale nie są oni na tyle liczni, aby bez mrugnięcia okiem lekceważyć jego koszty.

Tymczasem są one lekceważone. „Dlaczego mam za to płacić?” – rozumuje wielu, widząc niesłychaną opresję w utrzymywaniu instytucji służących wspólnym celom. Okres transformacji jest bowiem, poza sukcesami i porażkami, ćwierćwieczem „focha” na wszystko, co wspólne, społeczne, wykraczające poza interes indywidualny i środowiskowy. Kowalski niespecjalnie lubi swoje państwo, nie jest z niego dumny, nie czuje się jego częścią, nie wierzy w swój wpływ na otaczającą go rzeczywistość.

Bój się zmiany na lepsze?

Podobne postawy nie szokują w kraju z taką historią, gdzie dowartościowanie wysokiej jakości instytucji nie ma jeszcze dość mocnych korzeni. Patologie w wielu z nich nie są wymysłem mediów i jednostkowymi anegdotami, a bylejakość usług publicznych często jest faktem. W wielu miejscach obywatel wciąż czuje się jak intruz, ktoś niepotrzebny i nieznaczący. Tam, gdzie zaufania nie nadszarpują lokalne układziki, często robi to obojętność i niekompetencja. Szacunek dla wartości, jaką jest dobro wspólne, nie jest powszechny, gdyż nie promieniuje od elit. Taki stan rzeczy szkodziłby więziom społecznym nawet gdyby ostatnie ćwierćwiecze było powszechnie postrzegane jako sukces. Dlatego państwo wciąż jest słabe, a mandat rządzących – kontestowany. Konsekwencją powyższej sytuacji jest przypisywanie złych intencji autorom niemal każdej inicjatywy płynącej „z góry”. Oczywiście są i tacy, którzy aktywnie sprzeciwiają się podobnemu oglądowi i stanowi rzeczywistości. Problem w tym, że owym wyjątkiem są zazwyczaj ci, którzy w odpowiedzi na opozycyjne wobec rządu narracje katastroficzne roztaczają symetrycznie emocjonalną obronę status quo. Obrona ta nie dotyczy jednak państwa jako takiego, a tylko konkretnej formacji rządzącej. Po odmianie koniunktury politycznej i zmianie warty na szczytach władzy dzisiejsi zwolennicy rządu prawdopodobnie z równą chęcią wejdą w role kontestatorów i malkontentów, niedowierzających w możliwość pozytywnej zmiany. Brak obrońców państwa jako wartości, dominuje natomiast podejrzliwość i fatalizm, pozwalający uciekać przed wyzwaniami i znajdować ulgę w micie niemożności.

Zgodnie z antypaństwowym dogmatem, zmiany na lepsze nie są możliwe. Drogówka, tak jak dwie dekady temu, zawsze przywita nas ordynarną sugestią korupcyjną. W urzędzie pani z okienka, powoli mieszając kawę, niechybnie postara się zrujnować nam dzień. W polityce zaś panowie w garniturach będą wyłącznie spiskować, jak „nachapać się” kosztem zwykłego, biednego człowieka. Jak może być inaczej?

Tym samym rozmowy ujawnione w ramach „afery taśmowej” mogą być widziane tylko w jednym świetle, takim do jakiego przywykliśmy i na jakie przyzwalaliśmy, np. wysłuchując połajanek o „złodziejskim ZUS-ie”. Czego tymczasem dowiedzieliby się z nagrań ci, którzy z chęcią piszą rozprawki o „aferze” nie wysłuchując nawet całych dwóch godzin i jedenastu minut rozmowy Belka – Sienkiewicz?

Fakty i mity

Po pierwsze tego, co powinno być oczywiste przed „aferą”. Pozytywne zmiany, jakkolwiek powolne i trudne, przeprowadzane przez ludzi z tej lub innej bajki, są możliwe. „Państwo istnieje teoretycznie” tylko dopóki poszczególne jego części nie zrozumieją, jaką jest wartością i jak wielki potencjał do ulepszania świata w nim drzemie.

Na samym początku rozmowy słyszymy o konieczności poszerzenia kompetencji NBP, który to postulat nie jest obcy czytelnikom tej kolumny. Podczas kryzysu finansowego ujawniło się z całą siłą, iż brak możliwości awaryjnego skupu obligacji przez bank centralny może w pewnych przypadkach zaowocować ograniczeniem suwerenności. Kraj niemający instrumentów obrony swojego długu podczas ataku spekulacyjnego staje się łatwym łupem dla finansjery, zmuszanym do drastycznych cięć oszczędnościowych i wyprzedaży majątku. Efektem jest de facto przejście pod kuratelę instytucji finansowych, aplikujących dość specyficzną terapię, która zdaje się nie mieć końca i nie poprawia stanu „pacjenta”.

W dalszej części taśmy słyszymy rozważania o tym, jak można spróbować zrepolonizować działający w Polsce bank, zarabiając na tym. Można pomyśleć, iż chodzi o wzbogacenie prywatnych kieszeni rozmówców, jednak na przekór fałszywym interpretacjom minister i prezes wyraźnie mówią, że chcą zarobić dla podatnika. Pomysły repolonizacji banków w czasach światowego kryzysu finansowego nie powinny budzić szczególnego zdziwienia czy kontrowersji. Gdyby nie wcześniejszy opór ideologiczny, do przejęcia WBK mogło zresztą dojść już kilka lat temu. Zupełnie niedawno zaś PKO BP przejął Nordeę.

W rozmowie słyszymy również kilka innych wątków, m.in. pochwałę brawurowej walki Viktora Orbána z instytucjami finansowymi (w tym OFE), uwagi o potrzebie wspólnych działań instytucji państwa przeciwko nadmiernym przywilejom wielkiego biznesu, propozycje skoordynowanych wysiłków przeciwko ksenofobii itp. Dla pełnego oglądu sytuacji każdy obywatel powinien przesłuchać całość podsłuchanej rozmowy. Moje osobiste zdanie o obu panach – pozytywne, choć nie entuzjastyczne – jest dokładnie takie samo jak przed „aferą”, lecz dla wielu zanurzonych w mitologicznych narracjach, przypisujących państwu i jego przedstawicielom wyłącznie złe intencje, zetknięcie się z tak autentyczną troską urzędników o interes publiczny może wywołać szok.

Cała ta sprawa przypomina również o wciąż toczącym się konflikcie mniejszych lub większych interesów z dobrem społecznym. Grupy oligarchiczne nie mogą znieść względnej samodzielności środowiska politycznego. Samosterowność i idący za nią potencjał do stanowienia o przyszłości państwa są uznawane za groźne same w sobie, nawet jeśli nie przekładają się na wielkie pozytywne zmiany. W interesie możnych jest więc państwo nie tyle liberalne czy nie-liberalne, przyjazne czy nieprzyjazne przedsiębiorczości, lecz po prostu słabe.

Budowa sprawnego państwa, służącego społecznym interesom, jest zadaniem trudnym, lecz nie niemożliwym. Wymaga walki z mitami i powolnego umacniania instytucji życia zbiorowego. Poddanie się mitologii niemocy jest skazywaniem się na porażkę bez podjęcia wyzwania. Nie tak wykuwały się cywilizacje.

Każdy sobie rzepkę skrobie

Z takim hasłem pojawili się niegdyś działacze Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego na wiecu młodzieżówki liberałów. Mieli też inne hasła, np. „Więcej banków, mniej szpitali”. Dziennikarze pogubili się w sytuacji i pokazali ten wiec w telewizji. Długi czas uważałam hasła gdańskich anarchistów za najlepszą syntetyczną definicję nowego systemu, który rozwalcował Polskę po upadku marksizmu.

Dla komunistów ideologia wspólnej własności środków produkcji była tylko skutecznym narzędziem rządów jednej partii, dyktatury urzędników i posłuszeństwa Moskwie. Elity PRL bez żalu porzuciły wspólną własność na rzecz swojej prywatnej własności, a do posłuszeństwa wobec Moskwy w ramach pluralizmu dołożyły Berlin i Brukselę. Demokrację sprowadzono do przegłosowywania opozycji. Zamiast nieznanych sprawców działają teraz seryjni samobójcy. Procedury, na które powołują się aroganccy i niekompetentni urzędnicy, zastąpiły słowo „socjalizm”, rozstrzygające o prawomocności decyzji funkcjonariuszy PRL. System oparty na bezkarności władzy i strachu obywateli okazał się trwały. Nie wiem, co jeszcze musiałoby się wydarzyć – po Smoleńsku, po wielu skandalach i aferach, po ośmieszeniu ministra spraw wewnętrznych, który „szedł po kibiców”, a teraz tropi własnych agentów – aby obalić może nie system oparty na tradycjach PRL, bo to zadanie trudne, ale przynajmniej skompromitowany rząd.

O tak zwanej aferze taśmowej powiedziano już tyle w niezależnych mediach, że trudno dodać coś oryginalnego. Zwrócę tylko uwagę na trop, który zauważył Antoni Macierewicz. Jedynie prezydent Komorowski i jego ludzie nie ucierpieli. Prezydent patrzy na wszystko z dystansu i jest zatroskany jak dobry i mądry ojciec narodu.

Nad parlamentem unosi się duch prezydenta Wałęsy, najbardziej skutecznego polityka Polski i całego świata. Jego dewizą było: „pod przegraną się nie podpiszę”. Amerykański dziennikarz skomentował krótko: „to nie jest człowiek walki”, ale Polacy podziwiają taki talent polityczny. Wałęsa zawsze trafiał do obozu zwycięzców. Parlamentarzyści też chętnie porzuciliby obóz Tuska i przeszli do obozu Kaczyńskiego, gdyby wygrywał. „Kaczyński wciąż przegrywa” – lamentują ludzie rzekomo sympatyzujący z opozycją. Senator PO Jan Rulewski ostro potępiał bohaterów afery taśmowej, ale dręczony przez dziennikarkę Anitę Gargas pytaniem „dlaczego pan nie wystąpi z PO”, wreszcie wydusił: „pani żąda, abym popełnił polityczne samobójstwo”. Rozumując w ten sposób, będziemy czekać na zmianę władzy w Polsce do końca świata, a nawet dzień dłużej (cytuję Owsiaka). Panowie Tusk i Komorowski mają szanse pobić rekordy Putina i Łukaszenki.

Nie dołączę do obozu krytyków Kaczyńskiego, bo w tej sytuacji nie wypada. Napiszę tylko o najważniejszym błędzie PiS-u – rywalizacji działaczy o miejsca na listach do ostatniej chwili przed wyborami. Wtedy brakuje czasu na indywidualną kampanię, a wylansowanie nowych kandydatów jest niemożliwe. Nie jestem członkiem PiS-u, ale ta sprawa dotyczy mnie osobiście. Jeśli jeszcze raz prezydentem Gdańska zostanie Budyń albo jakiś jego koleżka, to popełnię czyn karalny. Nie wiem jeszcze jaki, ale coś wymyślę. W systemie liberalnym zalecana jest rywalizacja wewnątrz organizacji: partii politycznych, przedsiębiorstw, a nawet organizacji społecznych. Każdy sobie rzepkę skrobie. Pokusa motywowania ludzi indywidualnym sukcesem jest oczywista i nie jest to wynalazek liberałów. Marksiści też wierzyli w prześcignięcie kapitalistów przy pomocy współzawodnictwa pracy.

Moim zdaniem rywalizacja indywidualna sprawdza się tylko przy prostych pracach i pod warunkiem, że nie wymusza nadmiernego pośpiechu. W pracy dobrze zorganizowanej w ogóle nie musi być stosowana. Zadania trudne, nowe, interdyscyplinarne, wymagają współpracy zespołu ludzi, którzy znają się i mają do siebie zaufanie. Kultura pracy zespołowej musi być świadomie kształtowana przez kierownictwo, ponieważ ludzie mierni bywają sprytni i zręcznie podstawiają nogę zdolniejszym. Organizacja ponosi wówczas straty materialne, a szkody związane ze stratą zdolności do innowacji lub złą opinią mogą być nieodwracalne. Z książeczki „Jak zdobyć szklaną górę organizacji”, którą czytałam jeszcze w PRL, zapamiętałam smakowitą anegdotę. Menedżer, który miał uzdrowić podupadającą firmę, wpadł na pomysł wprowadzenia rywalizacji między działami. Otrzeźwił go stary Polonus: „w Polsce nazywamy to sikaniem do własnej zupy”.

Dlaczego Polacy nie otrzeźwieli po aferze taśmowej? Kibicują koalicji rządzącej albo opozycji tak, jakby to była wewnętrzna gra klasy politycznej, która nie dotyczy realnego życia. Pytani dają dziwaczne odpowiedzi. Zaczepił nas na ulicy mężczyzna, wygłosił kilkuminutowe przemówienie na temat marności rządów Tuska i zapytał Andrzeja, na kogo głosować. – „Na PiS, bo to jedyna realna opozycja”. – „Na Jarosława nie mogę, bo mnie oszukał”. – „Jak pana oszukał?”. – „Powiedział, że gdy Lech zostanie prezydentem, to on nie będzie premierem. Premierem został Marcinkiewicz. Ale potem Jarosław, oni się umówili”. Zastanawiałam się potem, czy ten człowiek kpił, czy próbował nas szczuć na PiS, czy czeka na idealną partię i idealną demokrację, czy czeka na twardziela, który wreszcie zaprowadzi porządek i rozpędzi wszystkich polityków. Kiedy trzeba dokonać wyboru i wrzucić kartkę do urny, prawda nie leży pośrodku, o czym próbują nas przekonać autorytety siedzące okrakiem na barykadzie.

Nie jestem psychologiem ale doszłam do wniosku, że Polacy są w stanie ciężkiej psychozy, jak dobre małżeństwo w trakcie rozwodu po haniebnej zdradzie.

A zaczęło się od tego, że Lech Wałęsa przypiął sobie do klapy marynarki wizerunek Marii z Jasnej Góry, a Kościół nie zaprotestował. Tylko nasz przyjaciel napisał litanię do Matki Bożej przyszpilonej do klapy.

Czy naprawdę ciężko być szefem?

Ciężko jest być szefem. Niedawno w „Wall Street Journal” ukazał się artykuł opisujący trudny los pewnego dyrektora generalnego (CEO), który co rano musiał zwlekać się z łóżka i przybierać buńczuczny wyraz twarzy. Czekał go długi dzień mówienia innym, co mają robić. Podobno sytuacja była tak trudna, że nie miał innego wyjścia niż rzucić pracę na rok, aby żeglować z rodziną po Oceanie Atlantyckim.

Forbes potwierdza: „wielu CEO ma osobistych asystentów, którzy ustawiają im grafik, i muszą latać ze spotkania na spotkanie, ledwo znajdując chwilę, żeby skoczyć do łazienki”. Cóż za upokorzenie! Ale nawet gorsza niż wysiłek pęcherza jest konieczność wyrzucania ludzi z pracy: „Może wam się wydawać, że CEO podchodzi z dystansem do decyzji o tym, kogo zwolnić, ale w większości przypadków bylibyście jak najdalej od prawdy. Podejmowanie trudnych decyzji o ludziach wokół potrafi być bardzo bolesne”. Nabierzcie otuchy, wy, którzy straciliście pracę w czasach trudnych dla gospodarki. Przynajmniej nie musieliście nikogo wylać.

Tego typu głupstwa pisane są zwykle w oparciu o badanie z lat 50. poświęcone „zespołowi stresu menedżerskiego”. Badanie to przeprowadzono jednak nie na menedżerach, lecz na makakach. W swoim słynnym eksperymencie neurobiolog Joseph Brady poddał grupę małp serii elektrowstrząsów – zwierzęta rażono prądem co 20 sekund przez 6 godzin. Inna grupa – „małpi menedżerowie” – przechodziła tę samą procedurę, lecz miała możliwość powstrzymania porażeń poprzez przyciśnięcie dźwigni w każdym 20-sekundowym interwale. „Małpi menedżerowie” szybko nauczyli się powstrzymywać elektrowstrząsy naciskając dźwignie. Sytuacja wygląda paskudnie dla obu grup, ale zdecydowanie gorzej dla małp pozbawionych szansy uniknięcia bólu. A jednak to właśnie „małpi menedżerowie”, obdarzeni większą odpowiedzialnością i kontrolą, zaczęli umierać na wrzody żołądka. Wyniki eksperymentu zdawały się wskazywać, że odpowiedzialność za podejmowanie trudnych decyzji jest czymś tak stresującym, iż może powodować poważne zagrożenie dla zdrowia. Tak narodził się zespół stresu menedżerskiego.

Z małpim menedżerem wiążą się oczywiście dwa problemy: menedżer i małpa. Makaki to nie ludzie, a zarządzanie elektrowstrząsami to nie podejmowanie decyzji biznesowych. Stać nas na więcej.

Istnieją już setki prac badawczych poświęconych powiązaniom między stresem, zdrowiem i władzą. I praktycznie wszystkie pokazują coś wręcz odwrotnego niż przypadek małpich menedżerów. Biolog Robert Sapolsky prowadził np. badania na stadach pawianów w Afryce. Ich wyniki wskazują, że im niższa pozycja danego osobnika w hierarchii, tym większe prawdopodobieństwo, iż będzie on miał wysoki poziom hormonów stresu i choroby związane ze stresem. Za to „wysoko postawiony” samiec alfa, który może pokryć każdą samicę, jaką sobie wybierze i wyładować agresję na każdym samcu o gorszej od niego pozycji w stadzie, ma dużo niższy poziom stresu. Jeśli istnieją małpi kierownicy – to są to właśnie oni.

Ewolucyjni psychologowie mówią często o mózgu tak, jakby chodziło o scyzoryk szwajcarski ze specjalnym narzędziem „zaprojektowanym” przez ewolucję do rozwiązywania każdego ewolucyjnego problemu. Ale reakcja na stres to nie szwajcarski scyzoryk – to młot kowalski. Reakcja na stres to uniwersalny sygnał alarmowy, który w podobny sposób odpowiada na różne zagrożenia. Wyskakująca z zarośli hiena wywołuje w nas tego samego typu reakcje, co sala konferencyjna wypełniona zwierzchnikami oceniającymi naszą prezentację w Power Poincie. Mózg wyzwala hormony stresu, w tym adrenalinę i kortyzol, powodując przyspieszenie pulsu. Szybko wzrasta stężenie glukozy w organizmie, powodując przypływ energii, która kierowana jest do mięśni rąk i nóg. Wstrzymane zostają mniej istotne czynności organizmu, takie jak wzrost czy trawienie. Pomaga to w bieganiu czy walce wręcz, ale już niekoniecznie w przypominaniu sobie kawału, którym chcieliśmy zacząć wystąpienie.

Jeśli jesteś zebrą na sawannie i uciekasz przed hieną, to albo ten przypływ adrenaliny uratuje ci życie, albo zostaniesz zjedzona na śniadanie. Tak czy inaczej reakcja stresowa potrwa tylko kilka minut. Ludzie natomiast obdarzeni są zdolnością pamiętania każdego żartu spalonego w przeszłości i wyobrażania sobie podczas bezsennych nocy we wszystkich bolesnych szczegółach porażek, jakich mogą doznać w nadchodzących miesiącach. Kiedy reakcja stresowa trwa miesiącami, staje się toksyczna. Przyspieszone tętno zmienia się w chorobę serca, przypływ glukozy – w cukrzycę, a przeciążony system immunologiczny ulega infekcjom. Reakcja stresowa, która wyewoluowała, by chronić nasze życie, teraz mu zagraża.

Jak działa reakcja stresowa w kontekście hierarchii służbowej? W niedawnych badaniach prowadzonych przez psychologa Gary’ego Shermana i jego współpracowników pojawia się najprostszy z dotychczasowych test różnicy w poziomie stresu między liderami a podwładnymi. Uczeni zbadali etatowych pracowników ze świata biznesu i wojska, którzy przeszli przez zajęcia dla kadry kierowniczej w Harvard Business School. W pierwszym kroku zaklasyfikowali uczestników badania jako liderów lub nie-liderów. Liderzy zostali zdefiniowani jako ci, których praca wymaga zarządzania innymi ludźmi. W obu pomiarach niepokoju i poziomu kortyzolu liderzy wykazali wyraźnie niższe poziomy stresu niż nie-liderzy. Wyniki były takie same w biznesie i wojsku. Z przywództwem wiążą się przywileje.

Wyniki te współgrają z implikacjami wielkiego badania brytyjskich urzędników, które toczy się od lat 60. Brytyjska służba cywilna posiada niezwykle wyrafinowaną i drobiazgową hierarchię z wyraźnie określonym statusem poszczególnych stanowisk – od sekretarzy po asystentów. Wszyscy badani są zatrudnieni i wszyscy mają ubezpieczenia zdrowotne. Pomimo to lekarz Michael Marmot wykrył, że każdy krok w dół drabiny służbowej to zwiększona liczba problemów zdrowotnych na tle stresowym, w tym największego problemu zdrowotnego – śmierci.

Kiedy dyrektor albo generał narzeka na stres, musimy zwracać szczególną uwagę na to, co dokładnie mają na myśli. Mogą dostawać więcej e-maili niż są w stanie „przerobić”. Mogą pracować po godzinach. Ale w większości przypadków mają prawo odmówić i mogą decydować, kiedy i jak radzić sobie z wyzwaniami. Mają dużo więcej kontroli nad swoimi życiami niż sekretarka, która umawia im spotkania albo woźny, który sprząta ich biura.

Ludzie tak bardzo łakną kontroli nad swoim życiem, że kiedy jest ona ograniczona, są skłonni ją imitować. W badaniach psychologa Aarona Kaya i jego współpracowników ludzie, którzy czuli, że brakuje im kontroli, byli bardziej skłonni do żarliwej wiary w kontrolującego Boga. Wierzyli także w kontrolujący rząd, teorie spiskowe i różne zabobony. Ktoś musi mieć kontrolę. Brak kontroli skorelowany jest z wyższym ciśnieniem, obniżoną odpornością i chorobami stresopochodnymi. Kontrola to esencja władzy, a zarazem ogniwo łączące status ze stresem.

Skoro jednak posiadanie kontroli chroni przed stresem, to dlaczego małpi przywódcy umierali na wrzody? Okazało się, że badanie zawierało fatalny błąd. Małpy nie były przypisane do przywódczej lub bezbronnej grupy w sposób losowy, co stanowi nieodzowny fundament każdego eksperymentu. Na przywódców „awansowane” były te małpy, które nauczyły się używać dźwigni do powstrzymywania elektrowstrząsów. Tymczasem szybko uczące się osobniki mogły zawdzięczać swój sukces temu, że szczególnie silnie odczuwały porażenia. A jeśli tak, to o ich losie przesądziło nie posiadanie kontroli, lecz nasilona reakcja stresowa na elektrowstrząsy. Jest w tym wszystkim lekcja – i nie chodzi tylko o metodę naukową. Jeśli starasz się kontrolować sytuację za wszelką cenę, bo przeraża cię, co może się stać, jeśli odpuścisz, to znak, że tak naprawdę wcale nie masz kontroli.

Keith Payne

tłum. Marceli Sommer

Artykuł ukazał się pierwotnie 24 września 2013 r. na stronie http://www.scientificamerican.com; przedruk za zgodą autora. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.