Sektor biedy publicznej

Sektor biedy publicznej

Narodowy Fundusz Zdrowia jest w Polsce jednym z kilku etatowych chłopców do bicia. Wspólnie z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych stanowią wyjątkowo wygodną parę dla amatorów walenia w sektor publiczny. Wszak nie trzeba specjalnie się wysilać, żeby od ręki znaleźć kilka faktów drażniących przeciętnego obywatela, a związanych z funkcjonowaniem tych instytucji. Naparzać w ZUS jest chyba nawet łatwiej – w końcu prawie każdemu coś tam „zabiera” (nomenklatura jego krytyków celowo użyta), uszczuplając nasze, często dość skromne, budżety domowe. Ale NFZ i służba zdrowia są równie wdzięcznymi obiektami rytualnych żalów lub też kpin – tak w debacie publicznej, jak i w towarzystwie. Tematów do narzekań nie brakuje i wiele osób aż się garnie, by skwitować je dosadnym komentarzem: wielomiesięczne lub nawet czasem kilkuletnie okresy oczekiwania na zabieg czy operację; karetki, które nie przyjechały lub przyjechały za późno; zakończone ludzkim dramatem błędy lekarskie itd.

Wszystko to wzbudza uzasadnione głosy oburzenia na poziom służby zdrowia. Często prowadzi jednak do mniej uzasadnionych wniosków, według których polski system opieki medycznej jest wyjątkowo nieudolny, a w związku z tym o zdrowie musimy zadbać sami. Słowem, pojawia się śpiewka znana z dyskusji o emeryturach – jeśli sobie nie odłożymy, to na starość będziemy goli i weseli, bo na państwowe zabezpieczenie nawet nie ma co liczyć. Stąd już tylko krok do przyjęcia, wydawałoby się, jedynie racjonalnej postawy: „Przecież nie będę się składał na coś, co nie działa, co de facto nie istnieje!”.

Taki sposób myślenia pomija dwa istotne fakty. Po pierwsze, bulwersujące przykłady będą nam towarzyszyć nawet wtedy, gdy uda się w końcu stworzyć system opieki zdrowotnej z prawdziwego zdarzenia. Z natury rzeczy jest to bowiem branża, w której każdy błąd może być na wagę życia. Po drugie, co ważniejsze, kiepski stan polskiej służby zdrowia niekoniecznie musi wynikać z patologii zarządzania, błędów czy słabości „czynnika ludzkiego”. Wystarczy fakt, że jest ona biedna jak mysz kościelna. A postawa sporej części społeczeństwa, niechętnej składaniu się na usługi publiczne, tylko pogłębia ten problem.

Wszystkie dane porównujące ilość środków w systemach zdrowotnych różnych krajów pokazują, że Polska odstaje pod tym względem wyraźnie na minus. Tak bardzo, że w zasadzie powinniśmy się dziwić, iż cokolwiek u nas w tym obszarze jeszcze działa – a takich pozytywnych przykładów znalazłoby się, wbrew pozorom, całkiem sporo. Biorąc pod uwagę ilość publicznych środków przekazywanych na ochronę zdrowia, Polska odstaje nawet od krajów, w których służba zdrowia generalnie jest… prywatna. Oczywiście mowa o danych uwzględniających poziom rozwoju gospodarczego, a więc stosunek publicznych wydatków na służbę zdrowia do PKB danego kraju. W Polsce wskaźnik ten wynosi 4,8 proc. i jest jednym z najniższych wśród państw OECD. Za nami są tylko Estonia (4,7 proc.), Meksyk czy bastion wolnego rynku i prywatyzacji wszystkiego, jakim jest Chile (3,5 proc.). Reszta cywilizowanego świata przeznacza na służbę zdrowia znacząco wyższe środki z państwowej kasy. Nawet w Czechach i na Słowacji są one wyraźnie większe (odpowiednio 6,3 i 5,6 proc.), nie mówiąc już o krajach, których służba zdrowia cieszy się zasłużoną renomą, takich jak Szwecja (7,7 proc.) czy Niemcy, w których wydatki są, uwzględniając proporcje rozwoju, niemal dwa razy większe niż w Polsce i wynoszą 8,7 proc. PKB. Zresztą nawet w USA, gdzie funkcjonuje prywatna służba zdrowia, a państwo zapewnia ubezpieczenie jedynie wąskim, najbardziej potrzebującym grupom społecznym, środki publiczne przeznaczane na ochronę zdrowia są prawie dwa razy większe w stosunku do PKB niż w Polsce i wynoszą 8,5 proc. Podobnie jest w Szwajcarii, w której niedawno społeczeństwo odrzuciło w referendum wprowadzenie powszechnych publicznych ubezpieczeń zdrowotnych – również tam publiczne środki przeznaczane na ochronę zdrowia są dużo wyższe niż w Polsce i wynoszą 7,1 proc. PKB, choć generalnie system opieki zdrowotnej jest tam prywatny. Polska pod tym względem wyraźnie odstaje też od przeciętnych poziomów tego wskaźnika – dla państw OECD wynosi on 6,7 proc., a dla krajów Unii Europejskiej 6,4 proc.

Sytuacja wygląda już całkiem dramatycznie, gdy przyjrzymy się bezwzględnym kwotom przypadającym na jednego pacjenta. Według zestawienia Bloomberga, który przeanalizował systemy opieki medycznej 51 krajów z całego świata (badając wydatki publiczne i prywatne), na jednego polskiego pacjenta przeznacza się 854 dolary rocznie. W Europie za nami są tylko Bułgaria i Rumunia, za to zaraz przed nami jest… Rosja (887 dolarów). Aż wstyd podawać dane dotyczące kolejnych państw, bo to już są zupełnie inne światy – na Słowacji na głowę przypada 1326 dolarów, a w Czechach 1432 dolarów. W Niemczech przeznaczane jest 5,5 razy więcej środków niż w Polsce, bo dokładnie 4683 dolarów, nie mówiąc już o Szwecji (5319 dolarów), Szwajcarii (8980 dolarów) czy wreszcie USA (8895 dolarów). Oczywiście, że opieka zdrowotna to nie tylko pieniądze, ale przy tak olbrzymich rozbieżnościach w nakładach trudno oczekiwać, że akurat w naszym kraju uda się odkryć kamień filozoficzny, dzięki któremu stworzymy sprawny i zarazem bardzo tani system opieki zdrowotnej.

Zaraz, zaraz – mógłby ktoś powiedzieć – przecież fakt, że pieniędzy w systemie jest mało, nie musi kłócić się z tym, że nawet ten niewielki zasób jest wykorzystywany nieefektywnie. A w takiej sytuacji nie ma sensu „dorzucać do pieca”, bo to będzie oznaczać jedynie zmarnowanie jeszcze większych środków. Według tej logiki, powinniśmy się więc wręcz cieszyć z tego, że pieniędzy w systemie jest relatywnie mało, bo siłą rzeczy oznacza to mniejsze marnotrawstwo. Najpierw przebudujmy system, a dopiero potem podejmujmy decyzje o ewentualnym zwiększeniu poziomu finansowania. Takie myślenie wydaje się całkiem rozsądne. Problem tkwi jednak w tym, że teza o wyjątkowo nieefektywnym wykorzystywaniu naszych skromnych środków także okazuje się nieprawdziwa.

Aby się o tym przekonać, znów musimy zerknąć do zestawienia Bloomberga. Jako chyba jedyne odnosi ono do skuteczność systemów opieki zdrowotnej (obliczoną na podstawie podstawowych danych dotyczących stanu zdrowia obywateli, tj. długości życia, śmiertelności niemowląt etc.) do poziomu finansowania, dzięki czemu zdaje sprawę z efektywności wydatkowania pieniędzy. I okazuje się, że Polska wypada w nim przyzwoicie – na 51 krajów zajmujemy 22 lokatę z wynikiem (efficiency score) 52,4. Niewiele przed nami, na 21 miejscu, jest Kanada (52,9), a za nami są… Niemcy (51,6). Trudno uznać system, który pod względem efektywności lokuje się między Kanadą a Niemcami za szczególnie nieudolny. Tym bardziej, że daleko za nami lokuje się wiele innych krajów Europy – Słowacja ma 31 miejsce, Dania 34, Austria 35, Holandia 40, Belgia 41 – oraz znajdujące się na szarym końcu USA, których prywatny system opieki zdrowotnej jest uznawany za jeden z najmniej wydajnych na świecie, szczególnie na tle olbrzymich środków, które są weń co roku pompowane (publiczne i prywatne finansowanie łącznie mają gigantyczną wartość ponad 17,5 proc. PKB).

Inną ciekawą obserwację na temat efektywności naszego systemu ochrony zdrowia mogliśmy przeczytać w niedawnym felietonie Jana Wróbla w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Otóż według standardów szwajcarskich prywatnych ubezpieczycieli medycznych, za efektywne uważane są te instytucje, których koszty administracyjne wynoszą poniżej 4 proc. ogólnej sumy wydatków. Wydatki NFZ wynoszą w sumie ok. 70 mld zł, natomiast koszty administracyjne ok. 700 mln zł, czyli zaledwie ok. 1 proc. A więc pod względem kosztów administracyjnych ten podobno marnotrawny NFZ zmieściłby się bez najmniejszego problemu w wyśrubowanych szwajcarskich standardach.

Rytualne walenie w NFZ (podobnie jak ataki na ZUS) jest nie tylko niezbyt sprawiedliwe. Tezy o rozpasanym NFZ i nieudolnej służbie zdrowia są kolejną z odsłon sączącego się od 1989 r. do opinii publicznej przekazu o nieefektywnym sektorze publicznym. Przekazu, który ma za zadanie zniechęcić Polaków do wspólnej własności i publicznego zarządzania oraz przekonać do prymitywnej teorii, jakoby prywatne zawsze było lepsze i skuteczniejsze. Efekty tego przekazu są wyraźne – spora część Polaków kombinuje, jak uniknąć płacenia składek, gdyż „emerytury i tak nie dostaną”, a „kontuzjowanej nodze” NFZ będzie miał do zaproponowania co najwyżej amputację. Omijanie opodatkowania i płacenia składek za pracowników stało się najpopularniejszym modelem biznesowym nad Wisłą, a w optymalizacji podatkowej – polegającej choćby na wyprowadzaniu podatków na Cypr – znaczna część społeczeństwa nie widzi nic zdrożnego, bo przecież jest to legalne, a państwo „i tak by te środki zmarnowało”. Tzw. freelancerzy kombinują, jak by tu podpisać umowę o dzieło, a nie zlecenie, nawet jeśli ich praca nie ma nic wspólnego z dziełem – byle tylko nie zapłacić ani złotówki składki. Wysoko wynagradzani specjaliści bez mrugnięcia okiem przechodzą na samozatrudnienie – choć charakter ich pracy w niczym nie przypomina działalności gospodarczej – byle tylko płacić stałą i niską (ok. 1000 zł) składkę dla przedsiębiorców.

Danymi potwierdzającymi tę smutną rzeczywistość masowego wypinania się na wspólnotę można sypać jak z rękawa. Pod względem samozatrudnienia Polska znajduje się na trzecim miejscu w UE – w tej formie zatrudnione jest aż 22,4 proc. siły roboczej. Niebezpiecznie przypominamy tym Grecję, w której to właśnie masowa skłonność do kombinowania (czy też „zaradność”, jak chcą zwolennicy takiej postawy), a nie zbyt wysokie wydatki publiczne, jak chcieliby nam wmówić niektórzy, była główną przyczyną kryzysu. Właśnie dzięki masowemu przyjmowaniu takich „zaradnych” postaw mają w Polsce miejsce tak cudowne zdarzenia, jak jednoczesny wzrost płac, spadek bezrobocia i… spadek wpływów do ZUS-u z tytułu składek, co miało miejsce w pierwszym półroczu 2014 r. Łączne płace w tym okresie wzrosły, a więc analogicznie powinny wzrosnąć składki – te jednak spadły (po raz pierwszy od roku 2008) i były o ok. 3 mld zł niższe niż podpowiadałyby dane makroekonomiczne. Można sobie tylko wyobrazić, ile operacji lub zabiegów medycznych można byłoby przeprowadzić za 3 mld zł i ile kolejek w służbie zdrowia skrócić.

Tych 3 miliardów służba zdrowia nie zobaczyła. Jak co roku w styczniu Polacy pospieszyli za to wrzucać datki do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Niestety nie zauważając, że jednym ze źródeł potrzeby organizowania takich akcji, jest wszechobecna w Polsce kultura kombinowania. A wśród tych wielu kierujących się odruchem serca Polaków, do puszek ruszyły też oczywiście rzesze mniejszych lub większych cwaniaczków i kombinatorów. Z troską pochylili się oni nad marnością polskiej publicznej opieki medycznej, zupełnie nie zauważając, że to właśnie m.in. ich działania doprowadziły do takiego deficytu środków. Najwyraźniej nie pojmując tego, że te kilka stów wrzuconych na WOŚP nie pokryje tych kilku tysięcy „zachomikowanych” składek. Ani nie jest dla tych drobnych kombinacji żadnym usprawiedliwieniem. Najlepszym i chyba największym przykładem takiego rozdwojenia jaźni jest sponsor tegorocznego WOŚP, czyli P4 Sp. z o.o., właściciel operatora sieci komórkowej Play. Przez dwa lata (aż do grudnia 2014 r.) spółka ta miała na Cyprze spółkę-córkę, której głównym aktywem były znaki towarowe sieci Play, z których spółka-córka czerpała dochód nisko oprocentowany (dzięki systemowi podatkowemu panującemu na „wyspie Afrodyty”), obniżając tym samym przychód spółek krajowych korzystających z tych znaków. Modelowy przykład wyprowadzania podatków z kraju, oczywiście w pełnej zgodzie z prawem. Jasne że hipokryzja wielkich korporacji jest doskonale znana. Problem w tym, że duża część polskiego społeczeństwa zupełnie nie dostrzega braku spójności w podatkowej optymalizacji i filantropii.

Snujący się od 1989 r. liberalny przekaz stara się tworzyć u Polaków przeświadczenie, że oddolne działanie – choćby z tego powodu, że odbywa się z pominięciem państwa – zawsze będzie lepsze i skuteczniejsze. Wystarczy jednak rzut oka na powszechnie dostępne dane, by przekonać się, że nie musi tak być. W 2013 r. suma ogólnych wydatków WOŚP wyniosła ok. 71 mln zł, natomiast jej koszty administracyjno-osobowe wyniosły 4,6 mln, a więc 6,5 proc. wydatków. Czyli jakieś 6,5 razy więcej niż w przypadku analogicznych kosztów NFZ. I to pomimo tego, że WOŚP w większości oparty jest o pracę wolontariuszy, tymczasem NFZ zatrudnia wynagradzanych pracowników.

To, czego polska służba zdrowia potrzebuje w pierwszej kolejności, oczywiście poza większą ilością środków, to zbudowanie w końcu w społeczeństwie przeświadczenia, że przyszłości nie da się zbudować na spontanicznych akcjach, lecz jedynie na porządnie działających i szczodrze finansowanych instytucjach publicznych. Niezbędne jest także dostrzeżenie bohaterów dnia codziennego nie tylko wśród małolatów ganiających z puszkami, ale też pielęgniarek i innych marnie wynagradzanych pracowników niedofinansowanego sektora publicznego, codziennie użerających się z materią, z którą przeróżni uczestnicy akcji charytatywnych mają do czynienia głównie od święta. I wreszcie konieczne jest przeświadczenie, że płacone składki to nie są stracone pieniądze, lecz wspólna zrzutka na budowę naszego dobrobytu. Zrzutka trochę taka jak WOŚP, ale dużo większa i nieporównanie ważniejsza.

Damy im popalić!

Damy im popalić!

Nie tak dawno temu w tygodniku „Przegląd” można było przeczytać ciekawy wywiad z profesorem Karolem Modzelewskim. Wybitny działacz antykomunistycznej opozycji i uczony przedstawił w nim między innymi swoją obawę, że rosnące w naszym kraju rozwarstwienie dochodów oraz społeczna degradacja części Polaków mogą doprowadzić do wygranej w wyborach Prawa i Sprawiedliwości:

PiS jest dla sfrustrowanych, to wspólnota emocji negatywnych. W oczach ludzi przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość negatywna polega na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się powiodło. Na zasadzie: my im damy popalić! Wszyscy, którym się nie powiodło, noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. Oni wiedzą, że PiS im nie zapewni poprawy warunków życia. Ale da im tę satysfakcje, że pogoni sukinsynów, którzy po naszych plecach doszli do tego, co mają. PiS jest partią rewanżu socjalnego, ale nie polityki socjalnej – mówi profesor Modzelewski. I zaraz, w odpowiedzi na dyskusyjną, ale nieskontrowaną opinię prowadzącego rozmowę redaktora Roberta Walenciaka, jakoby mądrość lewicy zawsze polegała na tym, że poprzez progresywne podatki i politykę wyrównywania szans łagodziła negatywne emocje, dodaje: Ale frustracja jest nie dlatego, że są nierówności dochodowe, płacowe, tylko dlatego, że znaczna część ludzi poczuła się zdegradowana społecznie i materialnie. Przede wszystkim przez utratę pewności jutra i przez utratę szans na awans swoich dzieci. To jest fakt! Tu nie ma co kręcić! To jeden z najczarniejszych elementów naszego bilansu. Nasz bilans po roku 1989 ma jasne strony: demokrację, wolność. Ma jednak też strony ciemne: pozostawienie za burtą, nie wiem, jednej trzeciej, jednej czwartej, trudno to policzyć, ale znacznej części obywateli. I ta znaczna część będzie głosować na takich jak PiS. Nie ma w tym nic dziwnego. Wzmacnia to syndrom zawiedzionego zaufania. Przekonanie, że nas oszukano.

Nie wiem, czy zgadzam się ze stricte politycznym rozpoznaniem profesora. Choć podzielam pogląd, że PiS stanowi wspólnotę emocji negatywnych, to jednak myślę, że nie wyłącznie negatywnych, a co więcej nie wydaje mi się, by odróżniało to PiS od innych partii, choćby PO. Wiem jednak na pewno, że stanowczo nie zgadzam się ze społecznym rozpoznaniem Modzelewskiego. Nie jest ani tak, że ludzie przegrani, których transformacja pozostawiła za burtą, głosują gremialnie na PiS, ani tym bardziej, że wszyscy – jak twierdzi profesor – noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. A już z całą pewnością nie wszyscy przegrani chcą dać popalić architektom i beneficjentom polskiej transformacji.

Wśród polskich inteligentów żywe jest przekonanie, że wśród tych, którym powiodło się w życiu gorzej, silna jest potrzeba odegrania się na tych, którym powiodło się lepiej. Podobnie bardzo silna jest wśród nich obawa przed jakąś nadchodzącą erupcją tych negatywnych emocji. Wcześniej niż Modzelewski dał temu wyraz profesor Marcin Król, mówiąc w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” nawet o wieszaniu na latarniach. Widmo Jakuba Szeli wciąż powraca i wciąż wyzwala w wielu wizję tego, który stoi niżej w społecznej hierarchii jako wściekłego frustrata, który wyczekuje tylko okazji, żeby zza pazuchy wyciągnąć siekierę.

Legenda o przegranych – zawistnikach i frustratach kierujących się najniższymi motywacjami – dobrze służy trwałości systemu. I to niezależnie od tego, czy wyciągnie się z niej takie wnioski, że trzeba przegranych mocno trzymać za mordę, takie, że należy polityką podatkową i wyrównywaniem szans łagodzić ich negatywne emocje, czy też, co najczęstsze, że należy jednocześnie łagodzić emocje i trzymać za mordę. Legenda ta pozwala głoszącym ją wyalienować własne zawiści i frustracje poprzez przypisanie ich tym stojącym niżej. Jest także bardzo konstruktywna z punktu widzenia stabilności systemu wolnorynkowego. Jako przykład posłużyć może pewien mój znajomy, który jeszcze nigdy nie został ani zelżony, ani obrabowany na ulicy przez zawistnych frustratów, jeszcze nigdy jego mieszkanie nie zostało okradzione przez przegranego złodzieja, ale za to kilkakrotnie stracił istotne sumy inwestowane w różne tzw. produkty finansowe w legalnych bankach o marmurowych i kolumniastych siedzibach, będących własnością eleganckich panów posługujących się nienaganną polszczyzną i/lub angielszczyzną. I ów znajomy mój gotów jest zarzynać się w robocie, by wydać dodatkowe setki tysięcy złotych na mieszkanie w środku strzeżonego osiedla, dodatkowe tysiące złotych miesięcznie na czesne i dowożenie córki do prywatnej szkoły, w której nie grozi jej zetkniecie się z późnymi wnukami Jakuba Szeli. A na wszelką sugestię o tym, że strzec się należy raczej panów w garniturach, reaguje oskarżeniami o bolszewizm.

Myślę, że nie byłoby źle, gdyby przepowiednie wskazujące na niebezpieczeństwo krwawej erupcji nienawiści ze strony tych, którym się nie powiodło, uzupełnić o drugą stronę medalu. Istotna część tych, których transformacja pozostawiła za burtą, nie głosuje na PiS ani na żadną inną partię, i to wcale nie dlatego, że uważa, iż także PiS-owi należałoby dać popalić. Po prostu nie interesuje ich polityka, ale wcale nie dlatego, że uważają, iż polityka to bagno, którego nie da się osuszyć, ale dlatego właśnie, że traktują swój własny byt ekonomiczny jako coś zupełnie zewnętrznego i odrębnego wobec rzeczywistości społeczno-politycznej, coś, na co żaden polityk wpływu nie ma i mieć nie może.

Zdarza mi się, i to wcale nierzadko, rozmawiać z ludźmi, przez których walec Balcerowicza przejechał bez zatrzymywania się, a którzy żadnych pretensji w kierunku tych, którym się powiodło, nie zgłaszają. Wręcz przeciwnie, odczuwają potrzebę przyjęcia wobec każdego, komu powodzi się lepiej niż im – łącznie ze znanymi im ludźmi sukcesu z wirtualnego świata: politykami wszelkich ugrupowań, biznesmenami, celebrytami – postawy uniżonej życzliwości, i to nie tylko na pokaz. Wszelkie złe emocje wynikające z własnego podłego statusu skłonni są zaś kierować wyłącznie ku sobie i swoim najbliższym.

Czy to społeczna katastrofa, której ulegli, wprawiła ich w stan jakiegoś stuporu? A może po prostu głębiej niż inni uwewnętrznili kapitalistyczną legendę mówiącą o tym, że jeśli komuś źle się w życiu dzieje, to jest sam sobie winien, i nie chcą dalej drążyć tematu? Myślę, że odpowiedź jest prostsza: brak zainteresowania polityką czy odgrywaniem się na kimkolwiek, wynika z racjonalności ludzkiego działania, która jest tym większa (a nie mniejsza, jak chętnie by to widzieli oświeceni!), im cięższe są warunki życia. Skoro zdobycie zasobów najprostszych – jedzenia, mieszkania, ubrania – wymaga wydatkowania ogromnej energii, to oszczędza się tę energię na wszystkim innym, a zwłaszcza na takich działaniach, które nie przynoszą dającego się doświadczyć rezultatu. Z doświadczenia uniwersyteckich profesorów, działaczy opozycyjnych czy publicystów wynika jasno, że polityka działa. Bo przecież tylekroć brali udział w jakichś politycznych zmaganiach (choćby zmierzających do wyboru uczelnianego rektora czy dyrektora instytutu), i nawet jeśli nie zawsze w nich zwyciężali, to jednak jakiś wpływ na rzeczywistość mieli. Z doświadczenia wielu – może większości? – obywateli naszego kraju wynika tymczasem, że karty są już rozdane i wszystkie społeczne miejsca są zawsze dane z góry: wychowawca klasy szkolnej, kierownik w pracy, właściciel mieszkania, dzielnicowy, a im wyżej, tym bardziej: minister, prezydent, premier… Podejmowanie jakichkolwiek prób zmiany tego stanu rzeczy jest nieracjonalne, a tym bardziej nieracjonalne jest kierowanie zawiści czy agresji w kierunku tych, którzy mocą zrządzenia losu zajmują wyższe społeczne stanowiska, a więc tych, którym się udało.

Ktokolwiek odniesie u nas sukces – głosi obiegowa prawda – może spodziewać się od rodaków nie podziwu, lecz nienawiści. Ale to nie jest cała prawda. Ktokolwiek odniesie sukces, jest znacznie mniej narażony na przejawy społecznej nienawiści niż ten przegrany. W mojej dzielnicy, takiej przeplatanej, bo żyją tu ludzie z dziada pradziada „przegrani”, ale pośród ich rozwalających się kamienic wyrastają plomby zamieszkałe przez ludzi, którym jakoś tam w życiu się udało, łatwo jest rozpoznać, choćby po ubraniu, jednych i drugich. Ci „wygrani” chodzą zwykle po ulicach śmiało i pewnie, tymczasem wielu „przegranych” ma wyrobiony nawyk uważnego rozglądania się wokół siebie. Koledzy przecież wiedzą, że w miarę bezpiecznie można dać po mordzie komuś, kto przecież na policję nie pójdzie, a nawet jak pójdzie, to usłyszy, że skoro dostał po mordzie, skoro skrojono mu telefon czy buty, to widocznie sam się prosił. A gdyby jakiś „człowiek – nawet umiarkowanego – sukcesu” poszedł na policję – mogłoby być naprawdę niedobrze. Oczywiście, zaraz mi tu jakiś mój kolega opowie, jak to został napadnięty przez „przegranych” za inteligencikowaty wygląd, i jak to go na całe życie straumatyzowało, i będzie miał rację. Ja tylko wspominam, że napady na „przegranych” nie powodują żadnej traumy, bo są czymś powszednim, oczywistym i spodziewanym.

Ci najbardziej przegrani, proszący czasem, żeby wpuścić ich do śmietnika, żeby mogli wybrać sobie trochę makulatury i butelek, właściwie cały czas chodzą poobijani, z podbitymi oczami i połamanymi nosami. Bo to właśnie na nich skupia się sprawiedliwość negatywna innych przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość polegająca na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się nie powiodło tak samo jak im, albo jeszcze bardziej. Na zasadzie: my im damy popalić! Wielu spośród tych, którym się nie powiodło, nosi w sercu zamysł, żeby dać popalić nie – jak twierdzi profesor Modzelewski – tym, którym się powiodło, ale tym, którym nie powiodło się równie lub jeszcze bardziej niż im.

Zresztą ci, którym się powiodło, również kierują swoje negatywne emocje raczej w dół lub w bok niż w górę, nawet wtedy, gdy w ten sposób sami przykładają się do swojej degradacji. Po części wynika to z ludzkiej natury, po części zostało wypracowane mozolną i dobrze zorganizowaną pracą architektów naszej transformacji, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że im więcej będzie przegranych, im większą będą ci przegrani budzili niechęć, tym lepiej będą kanalizowali frustrację i złe emocje, i tym bezpieczniejszy będzie system. W myśl tej logiki należy więc doprowadzić do tego, aby wszelkie grupy nienależące do elity znalazły się wśród przegranych i zaczęły także ogniskować wściekłość innych przegranych.

Spójrzmy choćby na to, jak sprawnie media głównego nurtu, a także rządy – nieważne, PiS-owskie, PO-wskie czy SLD-owskie – od początków transformacji organizują akcje przenoszenia społecznej frustracji i zawiści w kierunku grup zawodowych co prawda finansowo nie zawsze docenianych, ale cieszących się społecznym prestiżem, dużym poczuciem własnej godności, społecznej doniosłości wykonywanej pracy i społecznego zakorzenienia, a więc opierających się procesom prowadzącym do degradacji i poniżenia: nauczycieli, górników, rolników, lekarzy, pielęgniarek, kolejarzy. Grupy te mają kanalizować zawiść nie tylko tych przegranych, którzy mają mniej pieniędzy od ich przedstawicieli. Jak słusznie zauważył profesor Modzelewski, poczucie bycia przegranym i płynąca zeń frustracja niekoniecznie dotyczyć musi ludzi bezwzględnie biednych. Często udziela się także tym, którzy stracili pewność i poczucie trwałości swojego finansowego i społecznego statusu (choć, jak dopowiem, finansowo mogą sobie radzić całkiem nieźle). Przegranym w tym sensie będzie więc drobny przedsiębiorca jeżdżący dobrym samochodem, ale wciąż drżący o to, czy kolejne zamówienia pozwolą mu pospłacać kredyty. Będzie nim naukowiec bez etatu, co roku modlący się o łaskę grantodawców. Samozatrudniony menedżer średniego szczebla czy inżynier na kontrakcie.

Mechanizmy nagonki są wypróbowane i stare jak świat. Kiedyś z tego, że ponoć jakiś czarny zgwałcił białą kobietę robiono informację, że czarni gwałcą białe kobiety, a z tego, że ponoć Żyd zabił chrześcijańskie dziecko – informację, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci. Dziś w naszym kraju z faktu, że znaleziono gdzieś nauczycielkę zarabiającą 5 tysięcy złotych (brutto, netto, co za różnica?), inny nauczyciel molestował uczennicę, pensum dydaktyczne w szkołach wynosiło kiedyś 18 godzin, a dzieci nic nie umieją, robi się informację, że nauczyciele dostają 5 tysięcy złotych za 18 godzin molestowania uczniów, których niczego nie uczą. Analogicznie – rolnicy oczywiście śpią i samo im rośnie, a jak nie śpią, to stoją z piwem pod sklepem, czego dowodzi reportaż wzbogacony o zdjęcie przedstawiające rolnika stojącego z piwem pod sklepem. Górnicy cieszą się zaś nadzwyczajnymi przywilejami, bo dostają deputat węglowy, czternastkę i piwo na barbórkę.

Dzięki wynalazkowi internetowego komentarza możemy zaobserwować, że tego typu szczucie trafia zarówno do tych przegranych, którzy znajdują się w gorszej sytuacji finansowej niż jego obiekty („Nauczyciel ma 5000 za 72 godziny w miesiącu, a jeszcze wakacje, ferie itp., czyli ma jakąś stówę za godzinę, podczas której siedzi sobie jak panisko i pije kawkę, a ja mam za godzinę w barze 7 złotych na rękę na czarno i jeszcze nie wolno mi usiąść!”), jak i tych, którzy są w sytuacji dużo lepszej („Ja do mojego stanowiska analityka w banku doszedłem naprawdę ciężką pracą, a nikt mi deputatu węglowego nigdy nie płacił jak tym brudasom i mogą mnie wywalić na zbity pysk z dnia na dzień!”).

Oczywiście organizatorom akcji udaje się przekonać publiczność, że ich zła sytuacja wynika z tego, że obiektom nagonki zbyt dobrze się powodzi. Kelnerka z baru uwierzy więc, że podjeżdżający nowym SUV-em właściciel płaci jej na czarno 7 złotych, bo nauczyciele zarabiają krocie, a analityk bankowy, kiedy go w ramach optymalizacji w końcu wywalą na zbity pysk, uwierzy, że to przez górnicze przywileje. Ważnym celem takich zabiegów jest także wyzwolenie zupełnie bezinteresownej zawiści i domagania się przez publiczność, żeby broń Boże nikt od nas nie miał lepiej. Nikt poza ścisłymi elitami, których uprzywilejowana pozycja jest aż onieśmielająca, i które chroni silne, wciąż przez media głównego nurtu wzmacniane piętnowanie zawiści (proszę zobaczyć, że piętnuje się zawiść wyłącznie wobec tych wielkich – nigdy wobec tych podobnych do nas).

Znaczna część Polaków to przegrani, bo stracili jedną szczególnie ważną rzecz: poczucie pewności tego, kim są, umiejętność określenia samego siebie, wskazania przed samym sobą i przed innymi, jaki sens ma ich życie. Dlatego świetnie zarabiający analityk bankowy, który wie, że dziś może tym analitykiem być, a jutro nie, zazdrości nauczycielom, górnikom (którymi jednocześnie gardzi jako biedakami), ich wolnego czasu, białych bluzek i kwiatów na Dzień Nauczyciela, knefli, pióropuszy i orkiestry dętej na Barbórkę. Skoro on sam nie może zawsze i wszędzie odpowiedzieć sobie na pytanie „kim jestem?”, skoro nie może dogadać się z czyhającym na jego stanowisko kolegą, aby ugrać coś więcej u szefa, chciałby, żeby innych też tej pewności i siły pozbawiono.

Dość łatwo jest kontrolować zawiść ludzi, których poczucie tożsamości jest zachwiane, którzy nie wiedzą do końca, kim są, jak mają o sobie myśleć i przedstawiać siebie innym. Już dziś ten mechanizm działa. Jesteś prywatnym przedsiębiorcą, junior sales-managerem, posłem, publicystą, naukowcem (takich pewnych swojego profesorskiego statusu uczonych jak prof. prof. Modzelewski i Król będzie coraz mniej), ale twój status może się zmienić w każdej chwili, wielokrotnie się już zresztą zmieniał. Właściwie więc bywasz kimś tam, teraz może szczęśliwie kimś tam jesteś, ale skoro nie wiesz, kim będziesz jutro, to właściwie nie wiesz o sobie niczego. To bardzo niesprawiedliwe, że ty się tak bardzo starasz, a kto inny jest kimś, i wie, kim jest: nauczycielem, górnikiem, urzędnikiem na poczcie, kolejarzem, rolnikiem, lekarzem, związkowcem, matką, ojcem, dziadkiem. Dopóki on jest kimś, ty będziesz czuł się jeszcze bardziej nikim. A nawet jeśli ty i tak zawsze będziesz nikim, domagaj się tego, aby i ten inny był nikim, jest w końcu taki sam jak ty albo jeszcze gorszy. Oczywiście, że gorszy, jego poczucie tożsamości pochodzi przecież z innej epoki, takiej, w której każdy miał jakieś poczucie tożsamości. A przecież to ty jesteś z tej epoki, epoki modernizacji, to ty jesteś zmodernizowany i twój brak tożsamości jest twojej osobistej modernizacji dowodem. Dlaczego więc tamci mają mieć coś więcej od ciebie? To niesprawiedliwe, niech mają mniej! Skoro już mają mniej, niech im będzie odebrane to, co mają, nawet jeśli tobie, który masz więcej, nic od tego nie zostanie dodane. Prekariusze, przegrani i zwycięzcy będący jednocześnie przegranymi, domagają się i będą się domagać Programu Powszechnej Prekaryzacji i zdaje się, że pod tym względem będą stanowić realną społeczną siłę: ich głos zostanie usłyszany, a postulaty spełnione.

Bo to nie przegrani są istotną siłą mogącą w jakiś sposób zagrozić społecznemu i gospodarczemu porządkowi. Są nią silne i zorganizowane grupy społeczne, wypowiadające swoje rzeczywiste albo wyobrażone interesy. A skoro udało się wmówić ludziom, że każdy przejaw siły i organizacji jest oburzający, będą oni bronić zastanego porządku nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy działa on na ich niekorzyść. Niech się profesor Król nie martwi. Przegrani nie powieszą go na latarni. Powieszą swoich sąsiadów.

Kto zablokował bezpłatną pomoc prawną?

Od kilku lat moje życie zawodowe polega – w największym skrócie – na dostarczaniu osobom wykluczonym różnego rodzaju usług. Fundacje takie jak moja, aby móc funkcjonować na „pełny etat”, szukają finansowania gdzie się da. W naszej pracy staramy się jednak trzymać prostej zasady: niezależnie od tego, czy pieniądze są, czy ich nie ma, nikogo nie odsyłamy bez pomocy. Naszych podopiecznych mało interesuje, skąd aktualnie pozyskujemy środki. Podstawą jest zaufanie wypracowane dzięki dotychczasowej działalności. A skąd bierzemy pieniądze? Strumieni pomocy jest kilka – sowite, ale kiepsko dopasowane do naszych potrzeb fundusze unijne, skromne i momentami okropnie zbiurokratyzowane dotacje państwowe, no i środki z samorządu, który dzięki ważnej przewadze, polegającej na bezpośrednim kontakcie z beneficjentami pomocy, pomaga najskuteczniej i najwydajniej. Inne strumienie finansowania, np. pieniądze od prywatnych darczyńców, są na tle wymienionych w zasadzie marginalne. To zaś, czy dana gmina, miasto czy dzielnica zostaną zasilone środkami z Unii, budżetu państwa lub jeszcze innych źródeł, zależy w 99 proc. od sprytu i pracowitości wójta, prezesa organizacji pozarządowej czy dyrektora ośrodka pomocy społecznej. W dobie konkursów i przetargów na „najniższą cenę”, o geograficznym rozkładzie pomocy socjalnej decydują reguły, które można nazwać „rynkowymi”.

Krytykom pomocy socjalnej opartej o granty muszę przyznać jedno – często to urzędnicy rozpisujący przetargi decydują o tym, co powinniśmy robić, a my, choć doskonale wiemy, czego potrzebują nasi podopieczni, szukamy złotego środka między ich wytycznymi a realnymi potrzebami. Ten szpagat – raz większy, raz mniejszy – stał się sednem naszej pracy. Jednak poza patologiami, których źródłem jest „biurokratyczne niedopasowanie”, jedną z podstawowych luk w systemie opieki socjalnej, z jaką mamy do czynienia, jest jego ślepota na jeden z najważniejszych dziś problemów społecznych – wykluczenie prawne.

Schemat, w jakim funkcjonuje dziś wiele organizacji pomocowych (i nie tylko) zobrazować można następująco: organizacja X bierze pieniądze na wykonywanie usługi A tylko po to, aby móc opłacić kogoś, kto realnie pracuje dając usługę B. Bo na A nie ma zapotrzebowania – choć zawsze są pieniądze, zaś na B pieniędzy nie ma wcale albo jest bardzo mało. Czy organizacja X dopuszcza się oszustwa? Sami oceńcie, pamiętając, że po drugiej stronie zawsze jest człowiek, który przychodzi po pomoc, nie zastanawiając się, na co ostatnio otrzymałeś dotację.

Przykładem usługi B ze wskazanego przykładu, jest bardzo często – bezpłatna pomoc prawna. Nigdy jeszcze żadna usługa, którą oferowała nasza fundacja, nie miała takiego „obłożenia” (używając języka rynkowego), jak możliwość spotkania z prawnikiem lub choćby doradcą. Nie zdajemy sobie sprawy, jak kilka czynników – postępująca biurokratyzacja życia codziennego, działalność parabanków i nieuczciwych handlarzy długami, bezsilność prawa konsumenckiego – zmieniło życie codzienne osób wykluczonych. Narosły problemy, których nie rozwiązuje rynek. Dla osób dysponujących 200-300 zł miesięcznie na wszystkie wydatki, opłata 100 zł, jakiej życzy sobie prawnik za napisanie pisma do komornika, stanowi barierę nie do przejścia. Dużo prostsze jest w takiej sytuacji nieotwieranie kopert z sądu. A kto nie otwiera kopert, ten nigdy się nie obroni, także przed nieistniejącymi długami i wielkimi odsetkami. I tak to się od lat kręci. Wykluczonych prawnie lubią też niektórzy urzędnicy. Niby pozbyliśmy się analfabetyzmu, ale co dziesiąty nasz klient nie rozumie tekstu pisanego. Takim ludziom można wmówić wszystko, a jeżeli się to napisze w piśmie urzędowym, to będzie to dla nich ostateczna instancja. Jak za komuny – urząd zadecydował, sprawa zamknięta. Co z tego, że ktoś dostanie 600 zł zasiłku, jeśli 450 zł będą przez następnych kilka lat ściągać z niego nieuczciwi wierzyciele (bo udało im się sprzedać kurs szybkiego czytania za 5 tys. zł czy materac za 10 tys. zł). Ponad połowa klientów naszej poradni to ludzie zadłużeni, spłacający niebotyczne odsetki – od 50 proc. w górę.

Rok temu udało nam się zorganizować pierwszą poradnię działającą zupełnie za darmo. Funkcję doradców wzięli na siebie studenci i młodsi absolwenci prawa, lokal dostaliśmy od miasta, w pokrywaniu kosztów pomagały nam zaprzyjaźnione organizacje. Z poradniami nie trzeba się reklamować – w przeciwieństwie do wielu usług finansowanych z środków unijnych, długa kolejka oczekujących pojawia się właściwie natychmiast. Pracujemy i szukamy wsparcia finansowego, żeby zapłacić za benzynę czy bilety miesięczne dla naszych doradców. Byliśmy szczęśliwi, gdy usłyszeliśmy w exposé premier Kopacz, zapowiedź dofinansowania bezpłatnej pomocy prawnej. Uwierzyliśmy, że ktoś wreszcie tych ludzi zauważył. Czekaliśmy na odpowiednią ustawę i akty wykonawcze. I nagle – grom z jasnego nieba – stało się coś zupełnie przeciwnego: ktoś metodami biurokratycznymi zablokował możliwość świadczenia bezpłatnych porad osobom niebędącym klientami ośrodków pomocy społecznej. Ktoś postanowił zablokować poradnictwo prowadzone przez organizacje pozarządowe (NGO). Pieniądze, które obiecała Ewa Kopacz, mają zasilić samorządy i korporacje prawnicze. Porada prawna będzie mogła być udzielona wyłącznie przez prawnika po aplikacji, a żeby poradnie przy NGO nie mogły ich już udzielać, dla tych klientów, którzy nie są klientami ośrodków pomocy społecznej (OPS), wprowadzono wymóg rozliczania się z fiskusem. W praktyce oznacza to, że każdą poradę będzie trzeba skrupulatnie rozliczyć oraz przez 5 lat archiwizować dokumenty potwierdzające korzystanie przez klientów z pomocy OPS-ów itd. Do tego dochodzą kwestie ochrony danych osobowych i wyceny porady. Taka ilość biurokracji skutecznie zablokuje możliwość udzielania porad przez organizacje pozarządowe. Wszystkich tych obowiązków nie będą miały za to korporacje prawnicze, które z jakiegoś powodu zostały przez ustawodawcę wyróżnione. To naprawdę dziwne, bo przez ostatnie dwie dekady funkcjonowania poradnictwa prawnego, korporacje prawnicze nie wykazały się zbytnim zaangażowaniem w pomoc ubogim.

Jakie jest ratio legis takiej durnoty, jaka jest jej potencjalna korzyść podatkowa – nie mam nawet siły pytać. Od lat niedofinansowane bezpłatne poradnie prawne teraz nie będą mogły działać nawet za darmo, a jeżeli się na to zdecydują, to skażą się na ciągły strach przed skarbówką. Nie wierzę, że to zwykła głupota, nie wierzę, że urzędnicy nie rozumieli, co chcą zablokować – za dużo „grubych misiów” pasie się na faktycznym braku równości wobec prawa, którą gwarantuje Konstytucja. Od lat, w dużej mierze bez finansowania, funkcjonowały poradnie przy organizacjach pozarządowych. Teraz, gdy pojawiły się rządowe środki na ten cel – zabrano poradnictwo organizacjom non-profit i oddano je komercyjnym kancelariom. Trzeba będzie dalej robić swoje, pomimo państwa, tylko czemu ta nasza praca organiczna ma być z roku na rok cięższa?

Kuflem w korporacje

Chroniąc lokalne puby, brytyjski rząd przeciwdziała stratom, jakie podczas kryzysu poniosły lokalne społeczności.

Dlaczego to inwestorzy mają zawsze korzystać na planach zagospodarowania przestrzennego, kiedy w grę wchodzi znane i lubiane miejsce czy budynek? Dlaczego znowu mielibyśmy ustępować przed świętym prawem rynku?

Wiadomość o tym, że w Anglii stworzono specjalną procedurę prawną, mającą zapobiegać rynkowemu „grodzeniu” lokalnych pubów [w oryginale: enclosure – słowo to w j. angielskim wyraźnie odsyła do tzw. ogradzania pól, procesu polegającego na wywłaszczaniu uboższych warstw z wartościowych dóbr na rzecz wielkich posiadaczy. Zjawisko to osiągnęło apogeum w okresie rewolucji przemysłowej, a więc podczas kształtowania się nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej w Anglii – przyp. tłumacza], jest bardzo krzepiąca. Mało tego, istnieje tam nawet urząd ministra (Community Pubs Minister), którego zadaniem jest ocenianie znaczenia pubów dla lokalnych społeczności i zabezpieczanie ich przyszłej działalności. Do tej pory około sto pubów wciągnięto formalnie na listę „dóbr społecznego znaczenia”.

Wiem, wiem, co powiedziałaby na to Margaret Thatcher: „Przeklęte interwencje państwa w działanie wolnego rynku!”. Na szczęście ostatnio tego rodzaju rynkowy fundamentalizm nieco osłabł. Na tyle, by Minister Pubów, Brandon Lewis – zasiadający przecież w parlamencie z ramienia konserwatystów! – wychwalał znaczenie lokalnych pubów dla naszej ekonomicznej, społecznej i kulturowej przeszłości, dla teraźniejszości i przyszłości. To dalej Lewis: Jak cenne są te lokale, wiemy od stuleci. Nie tylko jako miejsca, gdzie można wypić sobie pintę, ale także ze względu na to, że służą one lokalnym społecznościom i lokalnej gospodarce. Dlatego właśnie będziemy czynić wszystko, by wspierać je i chronić przed zamknięciem.

Sprawie tej poświęcił niedawno uwagę „The New York Times”. Od wybuchu kryzysu finansowego w 2008 roku działalność zakończyło 7000 pubów, pozostawiając niektóre lokalne wspólnoty w sytuacji nie do pomyślenia – życia bez własnego „local”, jak nazywają go miejscowi. Coś takiego stało się w londyńskiej Hampstead Village, gdzie – ku rozpaczy mieszkańców – grupa zewnętrznych inwestorów wykupiła trzystuletni pub Old White Bear, by przekształcić go w luksusowy dom z sześcioma sypialniami.

Około 2 tys. mieszkańców Hampstead podpisało petycję w sprawie uznania Starego Białego Niedźwiedzia za dobro społecznego znaczenia. Jeden z nich powiedział: Gdy wyrwiecie nam to serce, będziemy wszyscy albo włóczyć się po ulicach jak zombie, albo siedzieć w domach i nigdy więcej się nie spotkamy.

Jeśli jednak wspólnota zdoła zarejestrować swój lokal jako „dobro społecznego znaczenia”, a ten zostanie wystawiony na sprzedaż, miejscowi będą mieli prawo wstrzymania kupna zagrożonego pubu, sklepu, biblioteki czy boiska piłkarskiego do czasu przygotowania własnej formalnej oferty. Rząd przygotował nawet przewodnik „Understanding Community Right to Bid” (Jak korzystać ze wspólnotowego prawa do złożenia oferty) oraz pomaga ocenić szanse powodzenia „wspólnotowego wykupu”.

Podejrzewam, że nawet z pomocą rządu wykup i utrzymanie pubu mogą być trudne dla społeczności lokalnej. Mimo to wspaniałe jest samo istnienie formalnego prawa chroniącego dalekosiężny interes społeczny. A pojawienie się tego rodzaju precedensu to jawna zachęta do zabiegania o kolejne prospołeczne rozwiązania. Skoro rząd może hojnie obdarowywać inwestorów ulgami podatkowymi oraz dopłatami, dlaczego nie miałby udzielić znaczącego wsparcia finansowego zwykłym ludziom pragnącym wykupić swoje „dobro społecznego znaczenia”? Dlaczego to biznes miałby zgarniać wszystkie dotacje?

Jeśli zatem lokalność jest naprawdę ceniona, dlaczego nie wyposażyć wspólnot w środki obrony przed komercyjnymi inwestorami, których nie interesuje dobro wspólnoty i lokalnych ekosystemów? Wreszcie, dlaczego nie można okazać takiego samego szacunku mieszkańcom Indii, Kenii czy Indonezji, gdy tamtejszy odpowiednik lokalnego pubu znajdzie się na celowniku międzynarodowych inwestorów? Wszak rdzenni mieszkańcy pozbawieni „dóbr społecznego znaczenia” również mogą „włóczyć się po ulicach jak zombie”, gdy zostaną one wykupione, ogrodzone lub zniszczone.

W każdym razie bądźmy wdzięczni za ten prawny i polityczny precedens. Mamy teraz na czym budować wsparcie i pełne uznanie prawa wspólnot do własności dóbr, które są dla nich naprawdę ważne.

Davis Bollier
Tłum. Michał Wójtowski

Artykuł ukazał się pierwotnie na blogu Bolliers.org. Przedruk za „YES! Magazine”. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Puste miejsce w szkolnej klasie

Puste miejsce w szkolnej klasie

Pani Joannie Zbierskiej – z wdzięcznością

Warto dobrze wsłuchać się w dzwonki, które codziennie rozbrzmiewają w polskich szkołach, bo coraz częściej dzwonią one na alarm. Nie pierwszym pewnie, ale wartym odnotowania głosem w tej dyskusji, był tekst Antoniego Michnika, który po ostatnich wyborach europarlamentarnych wskazał na genetyczny związek sukcesu ugrupowania Janusza Korwin-Mikkego z ideologią polskiej szkoły – radykalnym indywidualizmem, zanikiem myślenia w kategoriach dobra wspólnego, podsycaniem rywalizacji kosztem skłonności do współpracy, postrzeganiem świata społecznego w kategoriach ekonomizmu, gdzie obowiązują reguły gry o sumie zerowej, w której sukces jednych musi zasadzać się na porażce innych. Wreszcie, o czym Michnik także wspomina, mamy do czynienia z systemem odzwierciedlającym nierówności społeczne. Jaskrawy wyraz tej tendencji stanowi rozwój szkolnictwa prywatnego, w którym udział postrzegany jest jako wyznacznik sukcesu i wyższego statusu. Zgadzam się, że opis polskiej szkoły – i szerzej, systemu edukacji – jako laboratorium bezlitosnej rywalizacji, jest trafny. Wymaga jednak uzupełnienia. Majaczyło mi ono w głowie już wcześniej, ale wskutek ostatnich wydarzeń nabrało nareszcie wyraźniejszych kształtów.

Piszę te słowa wkrótce po tym, gdy Państwowa Komisja Wyborcza podała do publicznej wiadomości z mozołem obliczone wyniki wyborów samorządowych. Jeśli wybory są „źrenicą demokracji”, to te ostatnie dały okazję, by w tę źrenicę zajrzeć i przestraszyć się nie na żarty skalą zaniedbań i erozji godności instytucji publicznych. Nie trafiają do mnie zabarwione poczuciem wyższości i tanią uciechą drwiny tych, którzy z lubością przypominają słowa byłego ministra o „kupie kamieni”. Uważam, że pora naprawdę się zatrwożyć, nie zaś wekslować wszystko na tory kpin, w których szczytem refleksji są memy internetowe – równie efemeryczne, jak troska naszych dowcipnisiów o działanie państwa. A to właśnie państwo pozostaje głównym przegranym tych wyborów.

Kto je wygrał – trudno na pierwszy rzut oka ocenić. Jeśli jednak miałbym wskazywać zwycięzców, to wybór padłby na formację nie polityczną, lecz umysłową, która w państwie i jego obecności w życiu społecznym widzi wroga. Zwyciężył duch Janusza Korwin-Mikkego, ale on sam jest jedynie wierzchołkiem góry (niekoniecznie zresztą lodowej), która w neoliberalnych atlasach podpisywana jest nazwami Deregulacja, Tanie Państwo, a nawet Wolność. Góra ta nie wypiętrzyła się ani podczas ostatnich, ani poprzednich wyborów. Dopiero teraz jednak widać ją tak wyraźnie, bo zajęła wiele obszarów potencjalnej polityki państwa i, prawdę powiedziawszy, ma zarówno cechy góry, jak i depresji. Na dostępnych mi mapach zajmuje ona między innymi teren przynależny systemowi oświaty. Jej nazwy to: Abdykacja, Kapitulacja lub Walkower. Przywołaną wcześniej diagnozę Antoniego Michnika uzupełnić należy zatem o obserwację, że szkoła może wychowywać instytucjom państwowym wrogów nie tylko za sprawą jakiegoś podboju ideowego. Przyczyną pierwotną wydaje się wycofywanie się państwa z obszarów, gdzie powinno ono prowadzić świadomą i aktywną politykę społeczną.

Nie na moją głowę pogłębione i szczegółowe raporty, jestem wszak tylko byłym uczniem i byłym nauczycielem, który trochę w szkole i okolicach przeżył i zobaczył. Najpierw, jeszcze w liceum, widywałem moich nauczycieli sprzedających z łóżek polowych biustonosze. Widywałem też znakomitych wychowawców i nauczycieli matematyki, którzy odchodzili ze szkoły do banku, bo mieli dwójkę dzieci. Działo się to na początku lat 90., gdy trwoniono w systemie oświaty kapitał talentu i doświadczenia, który powinien procentować przez wiele lat. Patrzyłem zatem (choć może jeszcze wtedy jej nie widziałem) na zdradę, której ofiarą padli nauczyciele jako grupa zawodowa – spauperyzowana i upokorzona, złożona na ołtarzu transformacji wraz z innymi przedstawicielami profesji inteligenckich.

Nieco później, już na studiach, widywałem źle opłacanych wykładowców, którzy z czasem obejmowali kolejne katedry w szkołach wyższych jedynie z nazwy, obsługujących pozornych beneficjentów boomu edukacyjnego. W tym samym czasie specjalizacje nauczycielskie na studiach wyższych postrzegane były przez większość studentów jako absolutna ostateczność na ścieżce kształcenia zawodowego. Wreszcie, na przełomie wieków, państwo nasze przeprowadziło reformę systemu edukacji, przekazało finansowanie szkół samorządom i wprowadziło kolejne regulacje zasad awansu zawodowego nauczycieli.

Co z tej reformy wynikło, wiemy dziś doskonale. Pracę szkoły poddano rachunkowi ekonomicznemu, gdzie niska cena stała się najważniejszym kryterium. Nic więc dziwnego, że w małych miejscowościach samorządy decydowały o zamykaniu placówek, w większych zaś wiele szkół przekazuje się podmiotom prywatnym lub stwarza warunki, w których szkolnictwo niepubliczne zajmuje uprzywilejowaną pozycję. Jednocześnie do obłędu doprowadzono biurokrację, formalizm i suchą kwantyfikację w procesie kształcenia. Dotyczy to w równej mierze nauczycieli – zbierających zaświadczenia i wypełniających dokumentację szkolną – jak i uczniów, którzy od najmłodszych lat rozwiązują testy, zdają egzaminy, składają podania i, poddani presji rywalizacji, gryzą paznokcie.

W trakcie wprowadzania reform stało się jasne, że proces kształcenia dehumanizuje się, a relacje nauczyciela i ucznia podlegają uprzedmiotowieniu. W warunkach wyścigu szczurów „tanie państwo” oznacza w szkole redukcje zatrudnienia, przepełnienie klas, brak przestrzeni dla samorealizacji uczniów i nauczycieli, dla sztuki nauczania, dla głębszego związku nauczyciela i ucznia. Sztuka niepostrzeżenie stała się usługą, uczenie się – współzawodnictwem i skrupulatnie kalkulowaną inwestycją, szkoła – zatłoczoną edukacyjną siłownią.

Stało się jednak coś jeszcze. Neoliberalna doktryna doprowadziła do tego, że w społecznym obrazie zawodu nauczycielskiego pojawia się coraz wyraźniejsze przekonanie, że jest to obsypywany podwyżkami darmozjad, cieszący się niesłusznymi przywilejami wynikającymi z zapisów Karty Nauczyciela. Wiedzę o pokładach niechęci do nauczycieli czerpać można z lektury forów internetowych, z podsłuchiwania rozmów w autobusach, ale także z rzekomo ambitnej prasy, gdzie przez długie lata „rozbudowane przywileje nauczycielskie” przedstawiano jako nieledwie główne źródło zła w systemie edukacji i – posłużmy się tą kalką – jego nieprzystosowania do wymogów współczesnego, elastycznego rynku pracy. O Karcie Nauczyciela oraz o jakości pracy objętych jej przepisami pracowników można i należy dyskutować, jak o wszystkim, co dotyczy sposobu funkcjonowania państwa i jego instytucji. Jednak w tym przypadku dyskusja przekształca się częstokroć w nagonkę, tym łatwiejszą do przeprowadzenia, im więcej na rynku pracy „elastyczności”, wymuszanej ręką wolnego rynku, twardą i niekoniecznie niewidzialną.

Kosztów takich nagonek, które uderzają również w innych urzędników, nie można wycenić, można się ich jedynie domyślać i je szacować. Nauczyciel, zdegradowany finansowo w latach 90., bywał później deprecjonowany moralnie. Jeśli uzyskiwał kolejne stopnie awansu zawodowego i zyskiwał większe zarobki, stawał się dla systemu finansowania oświaty ciężarem, a dla posługujących się neoliberalnym dyskursem – pasożytem.

Te procesy przenikały do jądra jego pracy, gdzie zdarzało mu się doświadczać poniżenia. I nie chodzi tu koniecznie o zakładanie na głowę kosza na śmieci. Uczniowie są ludkiem pojętnym i często okrutnym, niektórzy wiedzą, o czym rozmawiają i ile zarabiają ich rodzice. Trudno się dziwić erozji autorytetu nauczyciela w świecie, gdzie zawartość portfela uznawana jest za wartość najwyższą. Dyskomfort musiało pogłębiać to, że przytłoczony biurokracją i obsesją przygotowywania do testów nauczyciel miał coraz mniej czasu na osobiste spełnianie się w zawodzie i samokształcenie, do którego jest przecież zobowiązany.

Ale nauczyciel to nie tylko osoba, nie tylko zawód. Nauczyciel jest urzędnikiem. W życiu młodych ludzi właśnie on jest pierwszą instancją państwa, z którą się spotykają. A jakość spotkania ma niebagatelne znaczenie dla autorytetu tego ostatniego. Niestety, szkoła finansowo zdegradowana, szkoła „taniego państwa”, szkoła z przeceny, może oznaczać, że w powszechnym odbiorze na przecenę trafi także samo państwo, a wszelkie instytucje „utrzymywane z moich zbyt wysokich podatków” staną się łatwym celem dla wszelkich neoliberalnych populizmów.

Skądinąd, skoro już o populizmach mowa, nie ulega dla mnie wątpliwości, że próby budowania autorytetu szkoły, nauczyciela i państwa za pomocą przymusowego ubierania uczniów w mundurki, montowania kamer monitoringu oraz sankcji karnych, jak przed kilkoma laty, przez swoją doraźność i karykaturalność jedynie pogorszyły sytuację. Niestety, podobny pośpiech i doraźność obserwowaliśmy niedawno przy okazji wprowadzania ujednoliconego podręcznika dla klas pierwszych. Ten krok, wart docenienia, bo podważający dominację komercji w dziedzinie oświaty i świadczący o dostrzeżeniu popełnionych wcześniej błędów, rokuje dobrze, ale nie może być ostatnim. Kolejne uwidocznią, miejmy nadzieję, że państwo energicznie kształtujące publiczną oświatę działa w interesie wszystkich obywateli, także słabszych.

Ilekroć, tak jak teraz, myślę o kryzysie szkoły i państwa, przypomina mi się zdanie wypowiedziane przez francuskiego męża stanu Leona Gambettę. Wiedział on dobrze, jak wygląda kryzys państwa. Oglądał go z niecodziennej perspektywy, bo z gondoli balonu, którym jesienią 1870 r. uciekał z Paryża oblężonego przez Prusaków. Mając w pamięci tamtą traumę, formułował po latach postulat wynikający z jej przemyślenia: „Prawdziwym zwycięzcą pod Sedanem był pruski nauczyciel; nauczyciel francuski ma wygrać wojnę następną”. Z tego gruntu wyrosła reforma francuskiego szkolnictwa, oparta na paradygmacie republikańskiej edukacji obywatelskiej i laickości, kształtowana przez państwo, a później – wyraźnie oddzielająca sfery edukacji publicznej i prywatnej. Francuski system oświaty do dziś opiera się na zbudowanych wówczas podstawach. Byłem przez siedem lat nauczycielem we Francji i – proszę mi wierzyć – system ten, pomimo trudności, działa. A ja sam wyniosłem z niego i to wspomnienie, że nauczyciel francuski potrafi walczyć, także strajkiem, o szkołę, w której wolność, równość i braterstwo są nie tylko hasłami, lecz poważnie traktowanymi celami. Potrafi i chce, bo czuje się szanowany i społecznie chroniony, jeśli nawet nie zawsze jest dobrze opłacany.

Przytoczone słowa Gambetty wpadły mi w ucho po raz pierwszy dawno temu, na lekcji historii. Rzucone en passent przez nauczycielkę łączącą cechy erudytki, pruskiego belfra i Sokratesa. Dziś może zostałaby ze szkoły zwolniona, bo trzymała uczniów krótko, zawracała im głowy bezużyteczną wiedzą, niewpisującą się w tzw. klucz, a zamiast przygotowywać do egzaminów – uczyła. Odeszła ze szkoły po półtora roku tak, jak się w niej pojawiła – bez zapowiedzi, pozostawiając najlepsze wspomnienia i długi wdzięczności. Dziś wliczam do nich wyniesione z lekcji przekonanie, że polski nauczyciel także wygrywał swoje wojny i niejedną jeszcze może wygrać. Bo nie tylko Francuzi wyciągali w przeszłości wnioski ze swoich klęsk i niepowodzeń. Polska historia roi się od nich, ale nie brakuje w niej także nauki wyciąganej z porażek. Zastanawiające jest, jak często odpowiedzią na narodowe klęski były inicjatywy edukacyjne. Komisja Edukacji Narodowej, tajne komplety, poradniki dla samouków, strajki szkolne, latające uniwersytety – to wszystko działo się często w sytuacjach zagrożenia lub upadku własnej organizacji państwowej, a więc w warunkach skrajnie trudnych. Dziś nasza sytuacja jest lepsza o tyle, że narzędzia kształtowania polityki instytucji publicznych mamy w zasięgu ręki. Wobec ich kryzysu i rozkwitu antypaństwowych populizmów przypomnijmy sobie o etosie polskiego nauczycielstwa oraz państwowotwórczej roli edukacji, bo wielokrotnie już nauczyciel zastępował wszystkich urzędników, a szkoła – całe państwo.

Na początek powinniśmy jednak otrzeźwieć i przypomnieć sobie, że klasa szkolna to przyszłe społeczeństwo. I że państwo musi zapracować w niej na szacunek – prowadząc politykę nie tylko symboliczną, ale i społeczną. Jeśli wycofa się z klasy szkolnej, ryzykuje wymazanie się z przyszłości. Dlatego nie stać nas ani na tanie państwo, ani na tanią szkołę. Państwo musi wrócić do szkoły, zająć miejsce, które opuściło, i wyraźnie powiedzieć: „Obecny!”.

Kijem i marchewką w emigrację

Kijem i marchewką w emigrację

Czy nie-emigranci mogą zrozumieć emigrantów? Czy polskie myślenie o emigracji zawsze będzie mieć cechy systemu zero-jedynkowego, w którym te dwie cyfry wiążą się albo ze zmywakiem, albo z milionem dolarów?

W 2008 r. na ekranach polskich kin pojawił się film „Lejdis” Tomasza Koneckiego. Jedyna scena z tej produkcji, jaka utkwiła mi w pamięci, to fragment, kiedy jedna z bohaterek poznając pewnego mężczyznę dowiaduje się, że ten przez kilka lat mieszkał w Londynie i pyta go z lekką pogardą w głosie: Zmywak? Jej rozmówca pracował w Anglii jako grafik komputerowy, a sama scena dość wyraziście przedstawiła jedną z dwóch dominujących percepcji emigracji w Polsce. To podejście, według którego emigracja wiąże się wyłącznie z takimi słowami jak „zmywak”, „porażka”, „ucieczka”, „nieudacznik”. Tu emigrantem może być tylko osobą, której „nie wyszło” w płynącej mlekiem i miodem krainie nad Wisłą, przez co zmuszona była wyjechać do kraju obcego i okropnego, w którym zresztą nie mieszka, lecz „siedzi”. Na gruncie semantycznym bardzo często stosowane wyrażenia typu „Tomek siedzi w Londynie”, „Anka siedzi w Stanach” są ciekawe, choć proste w interpretacji, w dość wyrazisty sposób wiążąc emigrację z czymś, na co jest się skazanym, czymś, czego doświadcza się za karę, lub mówiąc wprost – z więzieniem.

W ten nurt wpisać można również swego czasu bardzo popularny w polskich mediach temat „eurosieroctwa”. Socjolodzy szybko określili go mianem siania paniki moralnej, opartej na generalizowaniu pewnych pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymianiu.

Istnienie tej silnej tendencji w pisaniu o zjawisku emigracji nie może dziwić. Przyczyn jego pojawienia się można szukać zarówno na gruncie psychologicznym, jak i społeczno-politycznym. Uprawiające przez ostatnie lata propagandę sukcesu polskie media przestały opisywać rzeczywistość, a zaczęły stwarzać ją na nowo. Za przykład może tu posłużyć materiał informujący użytkowników pewnego bardzo popularnego portalu o tym, że w krakowskich hotelach i hostelach można zarobić więcej niż w ich odpowiednikach w Dublinie. Tak się składa, że osobiście znałem pracowników branży hotelarskiej w obu zestawianych miastach. Zwykły recepcjonista w Dublinie zarabiał równowartość ok. 7 tys. złotych, natomiast menedżer hostelu w Grodzie Kraka – 900 złotych na umowę zlecenie. Potrzeba zatem niezwykłej wyobraźni lub jakiejś równoległej, alternatywnej matematyki, by sytuację tę przedstawić dokładnie odwrotnie. Tezy równie absurdalne pojawiały się w ramach rządowych akcji mających skłonić emigrantów do powrotu nad Wisłę. Jednym z głównych punktów programu było porównywanie cen różnych produktów w Polsce i w Londynie. W zapomnienie poszły kwestie zarobków, nie mówiąc o kulturze pracy czy relacji pracodawca-pracownik. Mało tego, zapomniano, że w Polsce droższe są chociażby odzież, samochody, komputery czy sprzęt RTV. Nagle atutem Polski miała być niższa niż w Anglii cena… marchewki. Argument w sam raz, kiedy zabraknie pod ręką kija.

Podobnie było w przypadku przedstawiania kryzysu w Europie Zachodniej. Obecnie temat przestał być w Polsce tak nośny, jednak sposób prezentowania go przez długi czas trwale uformował przekonania części mieszkańców naszego kraju. Wedle tej wizji Polska jest krajem stabilnym, konsekwentnie zmierzającym ku arkadyjskiej szczęśliwości, a Europa Zachodnia to ziemia niepewna, targana wewnętrznymi konfliktami z mniejszościami etnicznymi spoza kontynentu i zmagająca się z upiornym kryzysem ekonomicznym.

O ile dostrzegam jeszcze istnienie wśród współobywateli obaw przed emigracją i stereotypów o przerażającym życiu na obczyźnie, o tyle wątpię, czy ktokolwiek jeszcze wierzy w istniejącą w Polsce Arkadię lub choćby nawet normalność tego miejsca. Tu po prostu ludzie tak przyzwyczaili się do życia w kryzysie, że nawet nie zwracają już na niego uwagi. Od 1939 roku było wystarczająco dużo czasu.