Wybierzmy z orbanomiki to, co najlepsze

Wybierzmy z orbanomiki to, co najlepsze

Budapeszt w Warszawie przestał już być mile widziany. Okazało, że z tegoż Budapesztu może być już tylko rzut beretem do Moskwy, więc stolica Węgier straciła na atrakcyjności nawet dla tych, którzy byli w nią zapatrzeni najmocniej. Skądinąd zupełnie słusznie. Problematyczna jest już sama koncepcja szukania dla Polski wzorów do naśladowania za granicą, ale jeśli koniecznie musimy to robić, to zdecydowanie lepiej byłoby zerkać raczej na północ niż południe – i obwieścić w Warszawie drugi Sztokholm lub Helsinki. Zasadniczo jednak jestem zwolennikiem budowania w Warszawie Warszawy, w Krakowie Krakowa, a w Katowicach Katowic. Dobre zagraniczne praktyki warto zawsze gruntownie przemyśleć i przepuścić przez filtr rodzimych uwarunkowań, żeby potem się nie okazało, że próbowaliśmy usilnie zrobić śpiewaka operowego z urodzonego hiphopowca. A przecież hiphopowca też da się okiełznać, uspokoić i wprowadzić na odpowiednie tory, z korzyścią dla wszystkich wokół – wystarczy tylko odpowiednio do niego podejść.

Na poszukiwania dobrych praktyk możemy udać się także nad Balaton, nawet pomimo tego, że węgierski przywódca (zwany przez niektórych czule Victatorem) nazbyt ochoczo brata się z pewnym pełniącym obowiązki prezydenta eks-kagiebistą, niechętnie patrzy na sądy konstytucyjne i niektóre media. Niedobrze byłoby, gdyby w wyniku słusznego oburzenia na, delikatnie mówiąc, dyskusyjne posunięcia Orbana umknęło nam kilka naprawdę godnych uwagi pomysłów, które lider Fideszu zrealizował lub dopiero zamierza. Przecież fakt, że w podobny sposób zaczniemy sobie radzić z zagranicznymi korporacjami nie musi od razu oznaczać, że w następnym kroku wyślemy na emeryturę sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

Dał nam przykład Orban jak zwyciężać z korporacjami już podczas jednej z pierwszych swoich batalii. Stoczył ją z węgierskimi odpowiednikami otwartych funduszy emerytalnych. Obrał inną taktykę rozwiązania problemu częściowo sprywatyzowanych emerytur niż władze nad Wisłą i trzeba powiedzieć, że była to taktyka dużo bardziej zdecydowana. Postawił przed Węgrami jasny i uczciwy wybór: albo przechodzicie w całości do systemu publicznego, albo zostajecie w prywatnych funduszach i tracicie prawo do państwowej emerytury. Jako że idee wolnościowe atrakcyjne są głównie na poziomie deklaracji (zwłaszcza tych wygłaszanych w internecie), ludzie tłumnie rzucili się do wybierania pierwszej opcji. W efekcie tamtejsze OFE de facto przestały istnieć. Operacja przyniosła budżetowi ok. 10 mld euro i zatamowała wyciek publicznych środków z systemu. Naszym rządzącym zabrakło niestety cojones, by sprawę przeprowadzić w równie zdecydowany sposób. W naszych OFE zostało wciąż ok. 150 mld zł, a część tej kwoty należy do tych, którzy wcale w systemie emerytur kapitałowych być nie chcą. Co więcej, 3 proc. wynagrodzeń 2,5 mln Polaków, zamiast zasilać publiczny system, wciąż trafia do prywatnych funduszy, aby te mogły beztrosko grać na giełdzie. A przecież zamiast tworzyć skomplikowane wygibasy prawne, które miały OFE wybić zęby w taki sposób, żeby im broń Boże szczęki nie naruszyć, można było po orbanowsku postawić Polaków przed jasnym wyborem – jestem pewny, że nasza reakcja byłaby identyczna jak obywateli znad Balatonu.

Kolejnym aktem suwerennej polityki ekonomicznej w wykonaniu węgierskim było wprowadzenie podatku kryzysowego. Początkowo miał objąć jedynie banki, jednak dość szybko został rozszerzony na firmy telekomunikacyjne, energetyczne i największe przedsiębiorstwa handlowe. Miał on formę podatku obrotowego, a więc obliczany był od przychodu, a nie tylko od wykazanego dochodu, którego ukrycie nie jest, jak wiemy, problemem dla międzynarodowych koncernów. Ten progresywny podatek – podmioty z największym obrotem płaciły najwyższe stawki – dochodził nawet do 6,5 proc. w branży telekomunikacyjnej. Dla innych obciążonych nim segmentów był trochę mniej surowy – w handlu osiągał do 2,5 proc. W sektorze bankowym, w którym wciąż obowiązuje, wynosi zaledwie 0,53 proc. sumy bilansowej, ale trzeba pamiętać, że tamtejszy sektor finansowy podlega jeszcze jednemu podatkowi – od transakcji finansowych (0,1 proc. od transakcji giełdowych i 21 euro od transakcji międzybankowych).

Te obciążenia sprawiły, że od 2010 r. sam tylko sektor finansowy zapewnił węgierskiemu budżetowi ok. 3,6 mld euro dodatkowych wpływów. Ogół przyjętych rozwiązań podatkowych mających na celu zapewnienie wpływów z tych źródeł, które środków mają pod dostatkiem, przyniósł bardzo wymierne efekty. Dochody sektora finansów publicznych wzrosły do 46,6 proc. PKB w 2012 r., podczas gdy jeszcze w roku 2006 wynosiły 42,3 proc. Polskiemu sektorowi finansów publicznych, którego dochody należą do najniższych w Europie i w 2012 r. liczyły 38,3 proc. PKB, taki zastrzyk środków niewątpliwie by się przydał. Tym bardziej, że wiele z naszych usług publicznych (np. służba zdrowia) cierpi na chroniczne niedofinansowanie.

Te działania zwracają uwagę nie tylko swoją skutecznością, ale też przemyślaną precyzją i solidnością. Ściągnęły one środki z obszarów gospodarki, które nie tylko tradycyjnie przynoszą największe zyski, ale też są na Węgrzech zdominowane przez podmioty zagraniczne. Dzięki temu wzmożona akcja podatkowa nie obciążyła nadmiernie podmiotów rodzimych. A w związku z tym, że nowe zobowiązania nie były wprost wymierzone w podmioty zagraniczne (a tylko w sektory, w których dominują), Komisja Europejska nie miała podstaw do ingerencji. Co więcej, opodatkowano tylko te branże, w których nie ma możliwości łatwego przeniesienia działalności zagranicę, bo związane są ściśle z obsługą konkretnego rynku (jak telekomunikacja czy wielkopowierzchniowy handel detaliczny) albo uzależnione są od lokalnej infrastruktury (przypadek energetyki). Firmy musiały więc zacisnąć zęby i znieść dodatkowe obciążenia bez możliwości szantażu ucieczką.

Trudno nie zauważyć, że i w tym zakresie skorzystanie z węgierskich doświadczeń mogłoby być dla Polski bardzo korzystne. Nasza sytuacja jest bowiem pod wieloma względami podobna. Również w Polsce sektory najbardziej dochodowe są zdominowane przez kapitał zagraniczny – szczególnie sektor bankowy i handlu wielkopowierzchniowego, a w znacznym stopniu również telekomunikacyjny, szczególnie po lekkomyślnych prywatyzacjach Polskiej Telefonii Cyfrowej i Telekomunikacji Polskiej. Istnieje ponadto w zagranicznych przedsiębiorstwach zjawisko masowego ukrywania zysków przed fiskusem – podatek dochodowy płaci w naszym kraju ledwie połowa działających tu firm zagranicznych! Opodatkowanie obrotów, a nie zysków sieci telekomunikacyjnych czy instytucji finansowych mogłoby przynieść nie tylko znaczne wpływy budżetowe (sektor bankowy w ostatnich latach generuje rekordowe zyski), ale też nie odbiłoby się negatywnie na krajowej gospodarce. Nie musiałoby to wcale przełożyć się na wzrost cen za usługi – od tego są regulatorzy krajowi (UKE, UOKiK czy KNF) oraz unijni, żeby dbać o to, żeby firmy z wymienionych sektorów nie przerzucały nadmiernej części kosztów na klientów. Skoro udało się np. znacznie ograniczyć koszt opłaty interchange, pobieranej przez banki za obsługę płatności kartą, oraz koszty roamingu za rozmowy międzynarodowe w obrębie UE, to jasne jest, że istnieją możliwości zadbania o interes konsumentów.

Polski sektor bankowy, podobnie jak do niedawna węgierski, jest w większości oparty o kapitał zagraniczny. Nawet po kupnie Nordei przez PKO BP wciąż tylko ok. 40 proc. sektora znajduje się w krajowych rękach. Niezwykle ważne dla suwerennej gospodarki jest posiadanie silnych instytucji finansowych kontrolowanych przez kapitał krajowy, które w razie kryzysu stabilizowałyby sytuację np. wzmożoną akcją kredytową, zamiast przerzucać swój kapitał do spółek-matek. Na Węgrzech jeszcze do niedawna kapitał krajowy kontrolował jedynie 30 proc. sektora bankowego, jednak w wyniku polityki rządu Orbana zaczęło się to zmieniać. Najpierw ogłoszono, że celem jest co najmniej 50 proc. i zaczęto w tym kierunku systematycznie zmierzać. Na pierwszy ogień poszedł Szechenyi Bank, w którym państwo węgierskie przejęło 49 proc. udziałów. Po wykupie przechodzącego spore kłopoty banku MKB z rąk BayernLB za 55 mln euro cel 50 proc. został osiągnięty, a na tym nie koniec. Rząd Węgier już doszedł już do porozumienia z General Electric (w Polsce znanego jako właściciel Banku BPH) w sprawie kupna Budapest Banku, który w przeciwieństwie do MKB ma się całkiem dobrze. Po tej transakcji w rękach węgierskich znajdzie się już większość tamtejszego sektora bankowego. Rząd Orbana nie zamierza przetrzymywać tych aktywów w nieskończoność – zapowiedział, że odsprzeda je prywatnemu kapitałowi krajowemu, gdy tylko nadarzy się okazja.

Powinniśmy z uwagą spojrzeć na te kroki Węgrów szczególnie teraz, gdy z naszego rynku zamierza się wycofać Raiffeisen, który już przygotowuje się do sprzedaży swych tutejszych spółek-córek, a o podobnym kroku przebąkuje podobno Millennium. Może się okazać, że podobna okazja odzyskania chociażby części sektora bankowego już się nie powtórzy.

Pod koniec ubiegłego roku rząd Orbana ujawnił kolejne plany, tym razem związane z zagranicznymi sieciami hipermarketów. Podobnie jak nad Wisłą, również nad Balatonem zdominowały one handel detaliczny. Część pomysłów opiera się o rozwiązania znane i sprawdzone wcześniej – np. wprowadzenie stałego progresywnego podatku obrotowego (na wzór omawianego wcześniej podatku kryzysowego, który już zakończył swe obowiązywanie). Wynosiłby on 1 proc. od obrotów powyżej 50 mld forintów i kolejny procent na każde kolejne 50 mld. Maksymalna stawka wynosiłaby 6 proc. i objęte nią byłyby podmioty z obrotami powyżej 300 mld forintów (czyli ok. 4 mld zł) – ten warunek obecnie spełnia tylko Tesco. Najwyższa stawka, trzeba przyznać, jest zaskakująco wysoka i wątpliwe, że zostanie ona utrzymana długofalowo.

O ile jednak podatek obrotowy jest już pomysłem dość dobrze znanym, o tyle szczególne zaciekawienie wzbudzają pozostałe elementy działań planowanych na rok 2016. Orban zapowiada m.in. zamykanie hipermarketów, które nie wykażą dochodu do opodatkowania przez dwa lata z rzędu. Pomysł iście rewolucyjny i wart śledzenia, szczególnie przez Polaków, którzy także muszą użerać się z praktykami sztucznego zaniżania dochodów przez podmioty zagraniczne, wśród których są również hipermarkety. Kolejne pomysły mają na celu przede wszystkim wsparcie mniejszych, rodzimych detalistów. Mowa tu o zakazie handlu wielkopowierzchniowego w niedzielę, uniemożliwieniu sieciom hipermarketów prowadzenia darmowych linii autobusowych dowożących klientów oraz otwierania placówek blisko zabytków wpisanych na listę UNESCO. W polskich warunkach szczególnie ten pierwszy pomysł wart jest rozważenia (pozostałe dwa miałyby u nas marginalne znaczenie), gdyż mógłby realnie wspomóc osiedlowych sklepikarzy, zapewniając dopływ klientów pozbawionych w niedzielę możliwości zakupów w hipermarketach. Dyskusja o zakazie handlu w niedzielę powraca u nas co jakiś czas, jednak wiodące znaczenie mają w niej argumenty religijne, przez co łatwo pomysł ten zaszufladkować jako kolejną odsłonę wojny ideologicznej. Umyka natomiast ważny aspekt wpływu podobnych regulacji na pozycję lokalnych detalistów. Wzorem Węgrów czas to zmienić.

Oczywiście „orbanomika” zawiera także wiele elementów niewartych kopiowania. Trudno np. zrozumieć logikę, którą kierują się Węgrzy, z jednej strony wojując z zachodnim kapitałem, a z drugiej coraz bardziej uzależniając się od kapitału rosyjskiego. Są to m.in. kolejne kontrakty gazowe, choć już teraz 75 proc. gazu na Węgrzech pochodzi z rosyjskiego źródła, albo umowa z Rosatomem na budowę nowych bloków atomowych połączona z kredytem udzielonym przez Rosjan. Suwerenna polityka ekonomiczna nie polega przecież na tym, żeby uwolnić się z jednej zależności gospodarczej tylko po to, by wpaść w inną.

Równie szkodliwe są niektóre elementy polityki podatkowej. Połączenie jednej z najwyższych w Europie stawek VAT (27 proc.) z jedną z najniższych stawek PIT (16 proc., a przebąkuje się nawet o obniżce do 10 proc.) to gotowa recepta na zapewnienie sobie galopującego rozwarstwienia społecznego. Nie polecałbym również węgierskiej polityki cięć wydatków socjalnych, szczególnie na zasiłki i instytucje rynku pracy – m.in. ograniczono czas pobierania zasiłku dla bezrobotnych do zaledwie 3 miesięcy. W naszej części Europy musimy w końcu zrozumieć, że wydatki na „socjal” nie wynikają tylko z dobroci serca, ale po prostu się opłacają i zwracają z nawiązką. Z Orbana powinniśmy więc wyciągnąć tylko to, co naprawdę się nam przyda i ani krzty więcej. Po pozostałe składniki naszego gospodarczego sosu proponuję udać się gdzie indziej, np. do Gunnara Myrdala czy generała Parka.

Strach ma wielkie oczy

Strach ma wielkie oczy

Skonstruowane u progu XIX w. maszyny przędzalnicze stały się jednym z motorów rewolucji przemysłowej i rozwoju gospodarki kapitalistycznej. Spowodowały także masowe bezrobocie wśród rzemieślników i degradację ich profesji. Odpowiedzią pokrzywdzonych było niszczenie urządzeń, których stosowanie pozbawiało ich pracy. Apogeum ruchu protestu, znanego dziś pod nazwą luddyzmu, przypadło na lata 1811-1813. Wtedy też parlament brytyjski wprowadził Frame Breaking Bill, regulację zaostrzającą uchwalone wcześniej prawo chroniące maszyny przed ludźmi. Zgodnie z nową ustawą, mającą obowiązywać przez dwa kolejne lata, niszczenie maszyn zagrożone było karą główną. Szacunkowe dane mówią o kilkudziesięciu powieszonych luddystach. Innych, potraktowanych łaskawiej, zsyłano dożywotnio do Australii.

Wszystko to działo się w okresie wojen napoleońskich, a okoliczności wojenne sprzyjały stanowieniu barbarzyńskiego prawa. Tylko nieliczni członkowie elit gotowi byli ująć się za ofiarami represji. Jednym z tych nielicznych był Lord George Byron, który obronie luddystów poświęcił swą pierwszą mowę parlamentarną.

Polscy dziennikarze bywają bardziej jednak lordowscy od angielskich lordów. Przekonują o tym poranne audycje w jednej ze stacji radiowych, gdzie chętnie ostatnio dyskutuje się o protestach społecznych. Przy nieśmiałych sprzeciwach prowadzącego mówi się tam, a wręcz nawołuje, do „demonstracji siły” rządu, do „pacyfikacji”, czemu towarzyszą przepełnione troską zdania o „podpalaniu Polski” przez „szkodników” w obliczu niestabilnej sytuacji w Ukrainie. W kolejnych dniach i tygodniach podobne głosy zyskują na sile i tracą na subtelności.

Wygląda na to, że na dzikich polach skojarzeń i epitetów jedynie krok dzieli uczestników kulturalnych dyskusji od posłużenia się otwarcie frazeologią zaczerpniętą z „Ogniem i mieczem”, od wprowadzenia na nowo w obieg publicznej debaty pojęć „tłuszczy” i „czerni”. Zmieniłyby się desygnaty, ale przekonanie o przyrodzonej wyższości poglądów elit nad masami pozostałoby niewzruszone i niewymagające dowodu, jak w toczących się w szlacheckiej Rzeczpospolitej historycznych powieściach Sienkiewicza.

Niedaleko trzeba szukać dowodów długiego trwania struktur mentalności szlacheckiej – pogardy oraz dehumanizacji grup słabszych ekonomicznie i zagrożonych społeczną marginalizacją, które upominają się o swoje prawa. Wystarczy poczytać internetowe komentarze pod dowolnym tekstem poruszającym omawiany w studio temat protestów. Tu, gdzie nie obowiązuje minimum dyskusyjnej etykiety, nie sposób otrząsnąć się z wrażenia, że moc sienkiewiczowskiego imaginarium – wtłaczanego do głów programem szkolnych lektur – przyczynia się do łatwości, z jaką poglądy i ekonomiczne interesy innych grup unieważnia się przy pomocy garści epitetów, ciągłego wytykania „chamstwa”, „roszczeniowości” czy „nieróbstwa”. W niepewnych czasach, gdy deklasacją zagrożonych jest tak wielu, tworzone mocą wyzwiska wyobrażone hierarchie społeczne pozwalają poczuć ulgę z powodu bycia szlachcicem wobec dowolnie wybranego chama. I chociaż nie aspiruję do roli nieomylnego psychoanalityka debaty publicznej, to jednak intuicja podpowiada mi, że za posługiwaniem się wobec protestujących tak pogardliwym językiem stać musi jakiś potężny, trudny do opanowania lęk. Przepojone pogardą emocjonalne epitety pomogą jednak tylko na krótką metę. Mam wrażenie, że jeśli nie lekarstwem, to przynajmniej remedium nadającym lękom konkretną formę mogłaby okazać się konfrontacja z ich narracyjnym, literackim ucieleśnieniem. W końcu już starożytni Grecy w perypetiach tragicznych bohaterów odnajdowali własne strachy i obawy, by się z nimi zmierzyć.

Wspomniany wcześniej lord Byron spędził lato 1816 r. nad Jeziorem Genewskim. Z powodu niskiej aktywności słonecznej oraz wielkiej erupcji wulkanicznej czas ten zapisał się w historii jako „rok bez lata”. Niedawna wojna w Europie, rozruchy społeczne na Wyspach Brytyjskich, anomalie klimatyczne i klęska nieurodzaju musiały podsycać niepokój. Tym bardziej, że i Byron, i towarzysze jego szwajcarskich wakacji – Percy Shelley i Mary Wollstonecraft Shelley – zdawali sobie sprawę, że błyskawiczny rozwój nauki i technologii zapowiada rychły przełom cywilizacyjny.

Ponieważ Szwajcarii nie ominęły deszcze i chłody, kompania spędzała czas w czterech ścianach, czytając niemieckie powieści gotyckie. W takich właśnie okolicznościach zrodził się pomysł zawodów literackich, w ramach których każdy stworzyć miał opowieść grozy. Potwór doktora Frankensteina, powołany do życia przez Mary Shelley, oraz przywrócona nowoczesności przez niedokończony utwór Byrona (oraz stworzone na jego kanwie pełnowymiarowe opowiadanie Johna Polidoriego) postać wampira są dziś żywymi figurami masowej wyobraźni. Wiedziony prometejskim imperatywem naukowiec stwarzający monstrum, oraz arystokrata żywiący się ludzką krwią powracają w różnych kostiumach w odpowiedzi na ciągle żywe lęki. Choćby tymi przed postępami alienującej się technologii (pieniądz, papiery wartościowe i giełda to także swoiste technologie) lub bezwzględnym, choć niekoniecznie arystokratycznym, wyzyskiem.

Wobec rzeczywistego lub udawanego lęku naszych „opiniotwórców” przed powrotem Jakuba Szeli (tego historycznego i tego z „Wesela”), chciałbym zaproponować im lekturę pewnej współczesnej powieści, bardzo poczytnej i obsypanej nagrodami przez czytelników literatury fantastyczno-naukowej. Książki poczytne bywają nimi także dlatego, że trafiają w problemy społeczne. Mogą też kształtować reakcje na te problemy, i to często takie, że aż strach. Książka, którą chciałbym tu przedstawić dotyka m.in. problemu relacji między oświeconymi elitami a masami.

Witajcie zatem na Midgaardzie, niezwykłej planecie zamieszkałej przez humanoidalne istoty. Doprawdy, lepiej znaleźć się tam, niż pozostać w Europie, gdzie przeklęty etatyzm i wszechobecne regulacje doprowadziły do takiego spętania indywidualnej wolności, że nawet lodówki napominają tu zdigitalizowanym głosem o szkodliwości spożywania alkoholu. Na Midgaard wysłano ekspedycję naukową, która – nie ingerując w zastany świat – miała go zbadać i niepostrzeżenie opuścić. Tak się jednak nie stało, zaś fabuła czterotomowej powieści Jarosława Grzędowicza „Pan Lodowego Ogrodu” wyrasta stąd, że kilkoro spośród członków ekspedycji nie odrobiło należycie lekcji doktora Frankensteina.

Autor, z pomocą swej etnologicznej i technologicznej swady i erudycji buduje świat miecza i klanu, magii i mitu, w którym z nieznanych powodów nie działają wytwory zaawansowanej ziemskiej techniki. Uczeni z Ziemi rychło pojmują, że mają za to dostęp do sztuki czarnoksięskiej i bezwzględnie korzystają z możliwości, jakie przed nimi otwiera. Wysłany z misją ratunkową główny bohater rychło przekonuje się, że uczestniczy w wydarzeniach do złudzenia przypominających fabułę „Jądra ciemności” Josepha Conrada, gdzie rzucony poza granice swej cywilizacji „człowiek europejski” powołuje w głębi kongijskich lasów do życia społeczne monstrum. Czytelnik zaś może bez trudu, posiłkując się autorskimi aluzjami, pojąć, że ma do czynienia nie tylko z dość zgrabnie skonstruowaną opowieścią fantastyczną, ale także z powieścią idei, odsyłającą do najzupełniej współczesnych światopoglądów.

Klucz ideowy nie jest tu nadmiernie skomplikowany. Sugerują go już choćby nazwiska uczonych, którzy postanowili zapanować nad światem Midgaardu. Postacie i swobodnie realizowane zamierzenia wysłanników z Ziemi – Ulrike Freihoff, Passionarii Callo i Piera van Dykena – to stosownie spreparowany amalgamat feminizmu, psychoanalizy, ideologii krwi i ziemi, kontrkulturowego terroryzmu, komunistycznej rewolucji, relatywizmu i dyskursu postmodernistycznego. Magia jako metafora ideologii prowadzi ich do zaprowadzenia totalitarnych reżimów. Nie trzeba dodawać, że mają się one kojarzyć czytelnikowi wyłącznie z rozmaitymi odcieniami idei choćby podejrzewanych o związek z lewicowością, a raczej z osobliwym, krojonym na potrzeby tendencyjnej polemiki jej obrazem.

Znamienne jest również wyobrażenie Grzędowicza o mechanizmie, poprzez który dokonują się opowiadane przez niego rewolucje społeczne. Ich czynnym, świadomym podmiotem są wyłącznie jednostki żądne osobistej władzy i kultu. Masy pozostają w istocie bierne, łatwe do sterowania, przepełnione pragnieniem krwi i resentymentem, nieskończenie plastyczne. Czekają jedynie, by je uwiedziono i sprowadzono na złą drogę – wprost do totalitarnego piekła opartego o kult jednostki.

Od tej reguły istnieją oczywiście odstępstwa. Oprócz uczonych łotrów i powolnych im mas spotkamy w powieści także ziemskich i midgaardzkich bogów i bohaterów, którzy zdołają uratować prawowitego dziedzica cesarstwa, przywrócić równowagę, zdrowy rozsądek, spokojne miejskie życie i wolny rynek.

Chociaż książka Grzędowicza pomyślana jest bez wątpienia jako miły w lekturze młot na lewicowe czarownice, nie zamierzam demaskować jej tendencyjnej jednostronności, nadużyć i uproszczeń – zadanie byłoby zbyt łatwe. Dawno już Jacek Dukaj zwracał uwagę na to, że polska fantastyka charakteryzuje się „wyobraźnią po prawej stronie”. Proponuję przeczytanie tej powieści części liberalnych elit po to, by przekonały się, że chętnie sięgają po chwyty retoryczne i wyrażają mimochodem takie przeświadczenia, jakich nie powstydziłby się w konserwatywnych zapędach autor „Pana Lodowego Ogrodu”.

Czarnym charakterem nie musi być wszak naukowiec, bo teorie spiskowe mają niejedno imię. Do tej roli, o czym przekonują dyskusje prowadzone w polskich mediach, świetnie nadaje się działacz związkowy, ewentualnie polityk ukryty za kulisami. Jednak nawet jeśli przyjmiemy założenie, że zawsze znajdą się tacy, którzy żerują na społecznym niezadowoleniu, to nie wynika stąd wprost i niezbicie, że wszelkie protesty są sterowane z zewnątrz, a przez to niesłuszne lub wręcz bezprawne. Niezwykle łatwo oświeceni komentatorzy przyjmują, że protestujący stanowią bezwolną masę, która daje sobą powodować. I powracają w swym opiniach do wciąż tej samej śpiewki o „niedojrzałym społeczeństwie” – oraz o powołanych z zasady do kierowniczej roli (chociaż już nieszlacheckich) elitach.

Na koniec wypada powrócić do ruchu luddystów. Nie po to, by komukolwiek przypisywać chęć krwawego tłumienia buntów społecznych, chociaż niektóre publicystyczne reakcje na protesty górników i rolników nie były odległe od stawiania takich postulatów. Nazwa angielskiego ruchu sprzed dwóch stuleci pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Neda Ludda, na poły mitycznej postaci, której przypisywano pierwsze akty niszczenia maszyn przędzalniczych. Pieśń gminna głosi, że Ludd miał swoje schronienie nieopodal Nottingham, w lesie Sherwood, znanym jako kryjówka Robin Hooda i jego kompanii.

Niepostrzeżenie wkraczamy więc poprzez Sherwood z powrotem w dziedzinę zmyśleń, domysłów, literackich fikcji, prawd i narracji. Wkraczamy jednak od całkiem innej strony. Literatura w swych popularnych i wysokich odmianach pozwala konfrontować się i oswajać z lękami – przed krwawymi rewolucjami chociażby. Może też wyrażać nadzieję i dążenie do świata trochę lepszego i bardziej sprawiedliwego. Dlatego, chociaż strach ma wielkie oczy, głosu ulicy nie musicie koniecznie zbywać pogardą, zarzutami o interesowności, populizmie czy naiwności. Również dziennikarskie elity mają swoje interesy, swój populizm i swoją naiwność. Ich nazwanie i oswojenie poprzez lekturę oraz pozbawioną uprzedzeń debatę będzie z pewnością lepsze od wyższościowych fochów.

Świat według Saramonowiczów

Świat według Saramonowiczów

Nie warto zazwyczaj zajmować się tym, co w telewizyjnym czy radiowym programie chlapnie jakiś celebryta albo tym, co napisze na swoim facebookowym profilu. Ale tym razem, wyjątkowo, dwa takie chlapnięcia chciałbym uwiecznić. Pierwszy, przy okazji rolniczych protestów i zapowiedzi gwiaździstego marszu na Warszawę, odezwał się  najwybitniejszy polski twórca żenujących komedii, Andrzej Saramonowicz, a jego głos błyskawicznie i z entuzjazmem ponieśli po odmętach cyberprzestrzeni liczni warszawiacy.

Kocham Warszawę, która jest moim rodzinnym miastem. Nie życzę sobie, żeby moje miasto było najeżdżane przez górników, którzy palą opony i wybijają okna. Nie życzę sobie, żeby było najeżdżane przez traktory i rolników, którzy moim zdaniem, są najbardziej uprzywilejowaną grupą społeczną – dodała w audycji radia Tok FM Jolanta Pieńkowska. Zdaniem tej popularnej telewizyjnej prezenterki, żony miliardera Leszka Czarneckiego, kolekcjonerki luksusowych torebek (wśród których jest i egzemplarz szytej na zamówienie Hermes Birkin za 47 tys. zł), to rolnicy są w naszym kraju najbardziej uprzywilejowaną grupą społeczną. Bo mają KRUS i dotacje unijne. Sympatyczna pani Jolanta nie będzie mogła na stare lata żyć z krusowskiej emerytury, więc trudno się dziwić, że uprzywilejowana pozycja rolników ją drażni. Nosicielka torebki Hermes Birkin musi być też prawdziwą estetką, więc nie dziwi jej protest przeciwko najeżdżaniu rodzinnego miasta przez traktory, które tak brutalnie kojarzą się z polem i gnojem, że powinny wstydliwie przemieszczać się po polnych i gminnych drogach, a nie wjeżdżać do miasta, które pani Pieńkowska kocha.

Oczywiście nie interesuje mnie tutaj osobiste zdanie scenarzysty żenujących komedii ani prezenterki głupawych programów telewizyjnych. Warto natomiast pochylić się nad nimi jako egzemplifikacjami sposobu myślenia polskiego filistra, którego umysłowość i sposób widzenia świata sublimuje w takie dzieła, jak komedie Saramonowicza i poranne programy Jolanty Pieńkowskiej, i który w tych właśnie wytworach kultury audiowizualnej odnajduje bliską sobie wizję świata. A jest to wizja, w której świat pracy, podstawowych ludzkich potrzeb materialnych i godnościowych albo nie istnieje, albo jest obśmiany. Wpis Saramonowicza jest w sumie podobny do jego komedii: względną podmiotowość mają w nich postaci o wysokim statusie materialnym, przy czym nie wiadomo zwykle, w jaki sposób uzyskanym. Nieistotne są tu problemy i aspiracje człowieka dającej się zdefiniować pracy, nieistotna jest społeczna doniosłość jego trudu. Na bohaterów z tej sfery światło rzuca się w taki sposób, by podkreślić wszystko to, co daje się łatwo wyszydzić. Na przykład język – nota bene stylizacje gwarowe wpisu Saramonowicza, owo „trza” i „zajunć”, mają za podstawę raczej chłopski język utrwalony w dziewiętnastowiecznej literaturze niż to, jak dziś rzeczywiście mówi się na wsi, ale przecież reżyser nie musi mieć żadnej wiedzy o niczym, jego wypowiedzi artystyczne i publicystyczne rodzą się ze stereotypu a nie z wiedzy i wyłącznie utrwalanie stereotypu mają na względzie. Albo wygląd kojarzący się właśnie z pogardzaną pracą czy nieodzowny traktor, który także kojarzy się z gnojem i brudem ziemi. Rolnicze traktory w wizji Saramonowicza przemocą wnoszą ów gnój i brud na czyste warszawskie ulice, tak jak swego czasu w koszmarach inteligenckich filistrów tabuny chamów nanosiły zabłoconymi buciskami gnój do salonów.

Ach, gdyby można było Saramonowiczowi i Pieńkowskiej zarzucić hipokryzję. Uznać, że są cyniczni, że tylko udają, że nie rozumieją, iż dorobili się wysokiej pozycji społecznej i materialnej dzięki temu właśnie, że ktoś w brudzie i gnoju coś materialnego stworzył, wyprodukował albo chociaż wyrwał ziemi. Ależ skąd. Oni naprawdę szczerze myślą, że rolnicy, górnicy, przemysłowi robotnicy, ktokolwiek zresztą, kto w swoim zajęciu musi się ubrudzić, spocić bądź zmęczyć, są nie tylko wstrętni, są – zwłaszcza występując zbiorowo i domagając się poszanowania swoich interesów – groźnym i wyłącznie destrukcyjnym żywiołem, do którego należy przemawiać tonem wyższości i językiem wulgarnego chama. Elementem życia społecznego, który należy powstrzymać przy pomocy policyjnej pały, i którego broń Boże nie można dopuścić do głosu. Pieńkowskie i Saramonowicze tego świata są naprawdę święcie przekonani, że ci, którzy im się właśnie z brudem i potem pracy kojarzą, są po prostu przeżytkiem dawnego czasu. A co gorsza, samym swoim istnieniem przypominają oni tym, którzy tyle wysiłku wkładają w to, aby o tym nie pamiętać, że świat jest także brudny, składa się również z kurzu i gnoju, że są w nim także elementy nieładne.

Saramonowicze nie są hipokrytami: oni rzeczywiście myślą, że gdy się zamknie i obroni policyjną pałą całe miasta przed wstępem tych, którzy nieładnie wyglądają i przypominają o czymś tak niemiłym, jak ich wysiłek i związane z nim życiowe problemy, to ludziom będzie się żyło lepiej, przyjemniej, sympatyczniej. Ludziom, czyli takim jak oni, tym z tych zamkniętych miast czy choćby tylko zamkniętych osiedli. Samoświadomość i inteligencja Pieńkowskich pozwala im naprawdę, bez żadnej hipokryzji być przekonanymi, że uprzywilejowanie grup społecznych polega na tym, że przy pomocy różnych świadczeń chroni się je od nędzy i zapewnia ciągłość ich produkcji. I co najgorsze: oni rzeczywiście myślą, że ci brudzący i pocący się przy robocie, jeżdżący traktorami i wykonujący podobne podłe czynności, są po prostu niepotrzebni, i niepotrzebne jest to, co oni zdołają naprodukować. Filister wierzy, że dotacje do górnictwa czy rolnictwa to finansowanie skansenu, anachronicznych stylów życia czy nierentownych miejsc pracy i zupełnie nie jest w stanie zrozumieć, że produkcja i posiadanie własnych zasobów surowców energetycznych czy własnej żywności to dla kraju rzecz bardzo istotna. Bo Saramonowicz i tak może jeść ziemniaki z Cypru (jakie to szczęście, że cypryjscy rolnicy nie mają interesu, aby przyjeżdżać do Warszawy, bo chyba z samej Australii musielibyśmy te ziemniaki sprowadzać), a Pieńkowska, jak powiedziała w jednym z wywiadów, i tak niemal nic w Polsce nie kupuje. Miejscem, w którym uwielbiam robić zakupy – cytuje Pieńkowską „Fakt” – jest Nowy Jork. Potrafię pojechać tam na kilka dni tylko po to. Tam mam poczucie, że mogę sobie bezkarnie wybrzydzać.

Saramonowiczom i Pieńkowskim wydaje się, że jest możliwy taki kraj, w którym nie będzie rolników, górników, robotników, wszystkich tych – jak to widzą ze swojej ukochanej Warszawy – brudasów zamieszkujących różne prowincjonalne dziury, śmierdzących piwem, szczających po parkach i generalnie psujących atmosferę fajnego miasta, jakim jest stolica. Bo przecież sprawa jest jasna – skoro Pieńkowska ma furę pieniędzy, a Saramonowicz furkę, to świadczy to jednoznacznie, że ich praca jest na rynku potrzebna, a praca tych na ciągnikach czy tych w kopalniach, z trudnością wiążących koniec z końcem – jest niepotrzebna, czyli niepotrzebni są też ci na ciągnikach. Niech więc szlag trafi rolników i ich polskie ziemniaki, a czemu nie i górników z ich węglem, przemysł z jego (tandetną) produkcją, niech szlag trafi nawet sklepy, których personel nie potrafi dać pani Pieńkowskiej poczucia, że może bezkarnie wybrzydzać. To jest właśnie oryginalny polski pomysł na modernizację, od ćwierćwiecza konsekwentnie wcielany w życie. Skoro pewne grupy społeczne, których tożsamość wyznacza ich podłe zajęcie, wydają się nieładne i niemiłe, skoro domagają się czegoś, czego Saramonowicze nie rozumieją i nie chcą rozumieć, to należy te grupy zlikwidować, a co najmniej odseparować od miłych państwa policyjnym kordonem. Od razu zrobi się milej, ładniej i nowocześniej.

Skoro bowiem nie ma związku między społeczną i finansową pozycją miłych państwa, a tym, że ktoś w naszym kraju jeździ traktorem czy pracuje w sklepie, to dlaczego nie miałby być możliwy kraj, którego bogactwo wypracowują twórcy żenujących komedii i głupawych programów telewizyjnych? Ci, którzy „patrząc – widzą wszystko oddzielnie” i inaczej widzieć nie potrafią. Tak właśnie myśli duża część naszych elit oraz tych, którzy do tych elit aspirują. Widzący zawsze wszystko oddzielnie mentalni Saramonowicze, którzy mocą swojego społecznego statusu urządzają nam Polskę: kraj bez przemysłu, bez rolnictwa, bez górnictwa, a wkrótce pewnie także kraj bez nauczycieli i bez kogokolwiek, czyim uprzywilejowaniem oburzy się dumna nosicielka drogiej torebki. Kraj, który ziemniaki i wszystko inne, czego potrzebuje, kupuje na Cyprze czy w Nowym Jorku, ale ma za to znakomite osiągnięcia w produkcji żenujących komedii i głupawych programów telewizyjnych.

I może jeszcze, przy okazji, pozwolę sobie zwrócić się do warszawskich ruchów miejskich, którym, jako warszawski mieszczanin, szczerze kibicuję. Może warto byłoby w większym stopniu uwzględniać w projektach dobrej Warszawy to, że jest ona nie tylko, jak by chcieli różni mentalni Saramonowicze, miastem należącym do jego mieszkańców, ale także – a w pewnych momentach nawet przede wszystkim – stolicą kraju, czerpiącą z tego statusu niezaprzeczalne korzyści (i dla siebie jako miasta, i dla swoich mieszkańców), a więc i mającym z tego powodu pewne zobowiązania? Może warto wziąć pod uwagę choćby to, że w mieście od czasu do czasu zjawiają się i będą zjawiać wydarzenia przyciągające tłumy – czy to protesty i demonstracje, czy to koncerty lub zawody sportowe – i postulować powstanie dużej liczby miejskich szaletów? Mentalnym Saramonowiczom może wydawać się, że rolnicy chodzą „szczać po parkach”, bo wynika to z ich dzikości, złośliwości i nienawiści do tych, którym się lepiej powiodło, ale my chyba rozumiemy, że wśród setek, wśród tysięcy ludzi, którzy daleko mają do domu, może się czasem trafić ktoś taki, komu bardzo chce się siusiu?

Niższe podatki i inne prezenty

Początek roku skłania do pierwszych gospodarczych podsumowań roku 2014 – pełnego złych i dobrych zaskoczeń. Na początku wszechobecny był optymizm i oczekiwanie znaczącego przyspieszenia tempa wzrostu PKB. Kalkulacje te dość obcesowo przerwała geopolityka, gdy z całą mocą wybuchł zbrojny konflikt za wschodnią granicą. Chociaż latem, przy okazji ofensywy „zielonych ludzików”, wydawało się, że próba zaprowadzenia prymatu polityki twardej siły nad gospodarką może wziąć górę, to dziś jest już jasne, że sił ekonomicznych ignorować nie można.

Konflikt zbrojny w regionie okazał się nie mieć tektonicznego znaczenia dla polskiej gospodarki, która mimo gospodarczych powiązań ze Wschodem jest jednak częścią innego systemu. Prymat polityki, dokonującej za naszą wschodnią granicą zmian metodą faktów dokonanych, okazał się być iluzoryczny. Jedno jest pewne: kraj wielkości Rosji, a tym bardziej Polski czy Węgier, nie może sobie pozwolić na izolację od globalnego centrum gospodarczego. I to nawet mimo słabości i patologii tegoż centrum, takich jak np. rosnące nierówności społeczne. Skutkują one osłabieniem podmiotowości szerokich rzesz obywateli krajów rozwiniętych i w długim terminie prowadzą do osłabienia hegemonii Zachodu.

Pokusa wejścia na „orbanowską” ścieżkę politycznego samostanowienia i gospodarczej autarkii, ignorująca te świeże doświadczenia, byłaby lekkomyślnością dla kraju takiego jak Polska. To nie oznacza, że jakiekolwiek osłabienie więzi z gospodarczym centrum musi oznaczać katastrofę. Świat staje się coraz bardziej wielobiegunowy i nie jest przesądzone, iż karty gospodarczego dobrobytu zawsze rozdzielać będzie ta sama euroatlantycka grupa państw. Dzisiejsze wysiłki związane z ustanowieniem traktatu TTIP i umową partnerstwa transpacyficznego stanowią próby ocalenia status quo, ale efekty tych działań nie są na razie znane. Już dziś pewne jest natomiast to, że rewolucja informacyjna i komunikacyjna sprawiają, iż żaden podmiot państwowy nie może sobie pozwolić na osamotnienie i że nie ma lepszej gwarancji bezpieczeństwa niż wspólne interesy gospodarcze.

Polska mogła zebrać cenne lekcje i doświadczenia przy okazji wydarzeń na wschodzie. Straciła, gdy niektóre branże popadły w poważne kłopoty. Ale odniosła też gospodarcze korzyści – bardzo ważne, choć nie tak nagłaśniane w mediach, jak obniżenie PKB w krótkim okresie. Te ciche, długofalowe zyski, które będą w przyszłości procentować, to przede wszystkim brak szoku gospodarczego i załamania w obliczu trudnej próby. Widoczne jest to na przykładzie rekordowo niskiego kosztu obsługi nowych długów państwa polskiego – dla rynków finansowych ten rok pokazał, że pod względem stabilności gospodarczej Warszawa trzyma się równie mocno, co Paryż. To świadectwo wciąż realnej możliwości dołączenia w przyszłości do grona krajów rozwiniętych.

Nie stanie się to oczywiście szybko, gdyż dotychczas stosowane u nas metody podwyższania wydajności poprzez prostą akumulację (np. wiedzy, kapitału) nie wystarczą, aby wejść na najwyższą półkę globalnej gospodarki opartej na wiedzy. Tu kluczowy dla dobrobytu krajów staje się poziom organizacji dużych przedsiębiorstw oraz możliwości ochrony, utrzymywania i poszerzenia praw własności intelektualnej. Wbrew opiniom ideologów globalizacji, najbardziej wysokowydajne miejsca pracy nie przepływają automatycznie do krajów mniej rozwiniętych. Nie dzieje się tak nawet, gdy kraj posiada dobrze rozwiniętą podstawową infrastrukturę, przepisy „przyjazne” biznesowi oraz wysokiej jakości kapitał ludzki. Zasobów potrzebnych do stania się krajem pierwszoligowym nie można akumulować w łatwy sposób. Do tego potrzebna jest dogłębna znajomość trendów i inteligentne strategie przejmowania tych części łańcuchów wartości, które najszybciej wspomagają zmiany strukturalne. Pomimo to, zeszłoroczny „test” można uznać za zaliczony.

Rok 2014 dał również oddech polityce pieniężnej – stale niska inflacja daje przestrzeń do popełniania błędów. Nawet zbyt mocna obniżka stóp procentowych nie zagrozi stabilności cenowej, a brak obniżki nie spowoduje drastycznego wygaszania dynamiki wzrostowej, dzięki inwestycyjnemu strumieniowi napędzanemu wiarą w przyszłość i środki unijne. Bezrobocie zaś, choć wciąż wysokie i bardzo odczuwalne, zaczęło w tym roku trend spadkowy.

Był więc to rok specyficzny, w którym nie spełniły się ani najpomyślniejsze, ani najczarniejsze scenariusze. A jaki będzie rok 2015?

Nowy rok to dobra okazja do wypowiadania życzeń – tym bardziej jeśli to rok wyborczy, w którym, jak wiadomo, liczba spełnionych życzeń ulega trendowi wzrostowemu. Czego można życzyć Polsce w nowym roku? Można życzyć obniżki podatków! Jest to życzenie z pewnością popularne, ale czy uzasadnione? Wydaje się, że tak, jeśli zawęzimy obniżki do dwóch istotnych obszarów.

Po pierwsze, obniżone powinny zostać podatki dla najbiedniejszych. Ze względu na potrzeby i strukturę konsumpcji tej dużej grupy wiadomo, że znacząca większość „odzyskanych” od fiskusa pieniędzy nie przeleżałaby w przysłowiowej skarpecie, tylko zostałaby wydana. Tu ujęcie keynesowskie, wskazujące jako celowe te obniżki, które uruchamiają większy efektywny popyt na rynku może równie dobrze przybrać postać uwielbianej przez liberałów słynnej krzywej Laffera. Jeżeli istnieją takie poziomy dochodów, przy których obniżka stawki mogłaby spowodować większą aktywność gospodarczą, to dotyczy to na pewno właśnie najuboższych. Oczywiście troska o budżet jest wielką wartością, ale czyż przesunięcia w ramach budżetu na rzecz takiego celu są niemożliwe? Z tym pytaniem warto wkroczyć w rok wyborczy. Jeżeli faktycznie te obniżki podatkowe okażą się dla budżetu zbyt drenujące, można zastanowić się nad działaniami rekompensującymi, np. wprowadzeniem systemu „split”, który uniemożliwiłby dokonywanie wielomiliardowych wyłudzeń VAT.

Jest i drugi obszar, gdzie między wyważeniem potrzeb budżetu a całą gospodarką mogą powstać chwilowe sprzeczności. Są nim prywatne nakłady na badania i rozwój, które stanowią jeden z kluczowych wskaźników wysokorozwiniętych gospodarek. Do tej pory prywatne podmioty w Polsce przeznaczają na ten cel zbyt małą część swoich budżetów. Premiowany jest wręcz zakup zagranicznych rozwiązań w postaci „ulgi technologicznej” powiększającej lukę wiedzy między twórcami własności intelektualnej a Polską. Rozwiązaniem praktykowanym w krajach o wyższym poziomie i dynamice rozwoju sektorów wysokiej techniki są podwójne odpisy inwestycyjne na prace badawczo-rozwojowe firm.

W praktyce oznacza to, że firma dokonująca prorozwojowych inwestycji mogłaby odpisać dwukrotność tej kwoty od podatku. To rozwiązanie („2 za 1”) jest w krótkim okresie fiskalnie niekorzystne dla skarbu państwa, ale po kilku latach przyczynia się do podniesienia strukturalnego poziomu rozwoju gospodarki kraju, dokonywanego dzięki coraz lepszej międzynarodowej pozycji konkurencyjnej dużych przedsiębiorstw dokonujących prac badawczo-rozwojowych.

Czy te dwa życzenia mają szansę się spełnić? Budżet na rok 2016 poznamy już za niecały rok, a w międzyczasie czeka nas w polskim życiu polityczno-gospodarczym czas pełen wrażeń.

Krzysztof Mroczkowski

Nowy orientalizm. Kolonialne wpływy w zachodnich opiniach o Ukrainie

W ostatnich miesiącach prorosyjscy komentatorzy w wielu krajach zachodnich przedstawiają wypadki w Ukrainie za pomocą mieszaniny stereotypów przerażająco podobnej do retoryki typowej dla niegdysiejszych rozumowań imperialnych i rasistowskich. W efekcie Ukraińcy (ale także Gruzini, Mołdawianie, Polacy, Litwini, Łotysze i Estończycy) padli ofiarą nowej postaci orientalizmu, czyli spaczonego sposobu myślenia, nazbyt często prezentowanego w wypowiedziach ludzi Zachodu na temat innych części świata.

Niniejszy artykuł ma na celu dostarczenie pożywki umysłowej czytelnikom i komentatorom. Gdy idzie o tych ostatnich, ma on także nakłonić ich do powstrzymania się od nieprzemyślanego pisania o Europie Wschodniej. Warto, abyśmy najpierw uwolnili się od stereotypów, których istnienia możemy sobie nawet nie uświadamiać. Zachodni komentatorzy winni wyzbyć się dawnych uprzedzeń, zakorzenionych w epoce kolonialnej, zanim zaczną komentować sprawy Europy Wschodniej.

„Orientalizm” i jego dzisiejszy sens

W roku 1978 Edward W. Said wydał „Orientalizm” – książkę, która stała się kamieniem milowym dla studiów postkolonialnych oraz lekturą obowiązkową dla każdego zainteresowanego badaniem krajów azjatyckich, szczególnie muzułmańskich. Said skutecznie zdemaskował wadliwe pojmowanie „Wschodu” przez Zachód. Zauważył między innymi, że zachodni komentatorzy konsekwentnie postrzegali (i robią to nadal) Orient jako byt niezdolny do zmiany, ugrzęzły na zawsze w bezkresnej przeszłości schyłku i zacofania.

Co jeszcze ważniejsze, według Saida „Wschód” był (jest) stale przedstawiany jako niezmiennie pasywny przedmiot, niegodny i niezdolny do bycia podmiotem działającym na własny sposób. Zachodnie stereotypy kolonialne i postkolonialne widzą w nim śpiącą, bezwolną istotę, poddającą się działaniu Zachodu jako jedynego bytu, któremu przysługuje godność aktywnej podmiotowości.

Kryzys ukraiński ujawnia dziś istnienie uderzająco podobnych uprzedzeń. Tym razem jednak ich ofiarą nie jest Bliski Wschód, lecz Europa Wschodnia. Prorosyjskie komentarze, jakie ukazywały się w zachodnich mediach w ostatnich miesiącach, bez wyjątku dostarczały rażących i obezwładniających przykładów wspomnianych stereotypów, i to w takiej ilości, że trudno powstrzymać się od pytania, co właściwie powstrzymało autorów, a niektórych znam osobiście, przed poświęceniem chwili na namysł przed pisaniem.

Tak było w przypadku bardzo licznych komentarzy anglojęzycznych, pochodzących także od wybitnych ekspertów. Jednak w równie oczywisty sposób dotyczy to innych krajów zachodnioeuropejskich o wysokim poziomie sentymentów antyamerykańskich, jak choćby Włoch, niejednokrotnie też Francji i Hiszpanii. Refleksja nad sednem argumentacji stosowanej przez prorosyjskich komentatorów natychmiast ujawnia metodologiczną słabość ich analiz.

Argumentacja prorosyjska podąża zazwyczaj w dwóch kierunkach: czerpiącym z „whataboutyzmu” [oryg. whataboutism – ożywiona dziś metoda propagandy sowieckiej, polegająca na zrównywaniu wykroczeń polityki wewnętrznej i zewnętrznej ZSRR i państw zachodnich – przyp. tłum.] oraz nieco bardziej „geopolitycznym”. W przypadku argumentacji pierwszej broni się działań Rosji przez odwołanie do dobrze znanej zasady „tak, ale…”. Rosja zajęła Krym? Tak, ale co z Irakiem? Rosja wspiera separatyzm we wschodniej Ukrainie? Tak, ale czy Amerykanie nie postąpili tak samo w Kosowie? I tak dalej. Nie ma sensu marnować czasu na krytyczny rozbiór takiej linii argumentacji, bo w gruncie rzeczy to nic więcej niż pozbawiony wszelkiej samoistnej wartości sofizmat (argumentum ad hominem) – używany sprytnie i skuteczny, ale zawsze tylko sofizmat.

Argumentacja „geopolityczna” ma z kolei nieco tylko większą wartość. Obrona działań Rosji oparta jest tu na oskarżaniu Zachodu o nieuprawnione „wtrącanie się” w sprawy regionu lub na okazywaniu zrozumienia dla obaw Moskwy w sprawie rozszerzania NATO, rozpadu jej sfery wpływów lub działań Unii i NATO na obszarze jej „bliskiej zagranicy” itd. I właśnie tu na scenę wkracza orientalizm.

Wielkie pomieszanie

W tę pułapkę wpadają właściwie wszyscy zabierający głos w debacie po stronie Rosji. Lektura wielu artykułów, które oskarżają Zachód o „wywołanie” ukraińskiego chaosu przez „prowokowanie” Rosji na obszarze jej strategicznych interesów oraz urażenie jej mocarstwowej dumy, jasno pokazuje, że ich autorzy, pisząc o małych krajach Europy Wschodniej, przyjmują spaczoną, hierarchiczną i wreszcie – orientalistyczną (jeśli nie zgoła rasistowską) perspektywę.

Gdy jakiś komentator twierdzi, że Rosja czuje się zagrożona postępami NATO w Europie Wschodniej lub zbliżeniem Ukrainy do UE, sugeruje w zasadzie, jakoby Rosja miała niepodważalną legitymację do dochodzenia swych praw w tym regionie, zaś Europa Wschodnia służyła jedynie kompensowaniu nierozwiązanych rosyjskich kompleksów niższości. Prorosyjscy komentatorzy milcząco odmawiają Ukrainie rangi aktywnego podmiotu w całym sporze, negując tym samym jej państwową niezależność1.

Idea, zgodnie z którą rosyjskie działania stanowią uzasadnioną reakcję na ingerencję „obcych” w sprawy regionu postrzeganego jako „rosyjski”, nie jest niczym innym, jak tylko nowszą wersją tej samej imperialnej mentalności, z jaką Europejczycy dzielili między siebie Bliski Wschód. Jest to tym bardziej zaskakujące, że głoszą ją ludzie, którzy zajmują w innych sprawach stanowiska ostentacyjnie antyimperialistyczne. W ich wypowiedziach Europa Wschodnia jest pasywnym przedmiotem, wobec którego Rosja pełni rolę jedynego uprawnionego do działań „aktora” (w łacińskim znaczeniu słowa – „sprawcy”), przy czym pomija się znaczenie aktorów mniejszych, lokalnych. Nie sposób inaczej wytłumaczyć bezkrytycznej akceptacji dla rosyjskich wywodów etnohistorycznych dotyczących Krymu i wschodniej Ukrainy. Komentatorzy uznali wszak śmiechu warte argumenty Putina, jakoby Krym był rosyjską Jeruzalem i że Ukraina to coś na podobieństwo Ziemi Świętej narodu rosyjskiego2. Ukraińskiej wersji tych samych wypadków nie rozważano nigdy poważnie lub lekceważono jako wyraz nacjonalizmu zgrai chłopstwa odartego z własnej historii. Niewielu ekspertów zauważyło, że „racje” Rosji oparte są na zaledwie jednej z wielu interpretacji historii Europy Wschodniej, opracowanej na użytek państwowej legitymizacji Rosji carskiej i sowieckiej.

Jedyny szlachetny naród Europy Wschodniej?

Podobnie jak wszystkie interpretacje historii, tak i rosyjskie odczytanie dziejów Ukrainy opiera się na doborze faktów i znaczeń, którym z precyzją nadano funkcje podporządkowane określonym politycznym priorytetom. Nie można poważnie dowodzić, że Krym/Donbas/Ukraina powinny być rosyjskie, ponieważ Rosja uznaje je za część swej historii. Aby to zrobić, należałoby najpierw uznać za rzecz oczywistą, że z jakiejś przyczyny rosyjska interpretacja historii jest siłą rzeczy nadrzędna względem wszystkich pozostałych, co jest oczywistym nonsensem.

Ale na tym nie koniec. Dla komentatorów prorosyjskich fakt, że Krym przez tysiące lat nie był rosyjski, nie ma znaczenia. Liczy się natomiast to, że był rosyjski przez niespełna dwa stulecia – tymczasem z perspektywy historycznej nie znaczy to nic. Rosyjska wizja i rosyjskie doświadczenie tego obiektu-terytorium są automatycznie postrzegane jako bardziej istotne, bardziej „szlachetne”, a co za tym idzie – znaczą więcej niż tysiąclecia nierosyjskiej historii regionu. Tragedie innych ludów – tak ważne, nawiasem mówiąc, dla uczynienia tego regionu bardziej „rosyjskim” – tracą tu jakiekolwiek znaczenie.

Tymczasem owi inni, cała nierosyjska ludność, zajmują ogromną „neutralną” przestrzeń pomiędzy Rosją a „Zachodem”. Wszystkie te narody są konstruktem historycznych doświadczeń i tradycji. I w tym właśnie rzecz – ich tożsamości są równie „sztuczne” jak rosyjska. I nie ma powodu wierzyć, że rosyjska tożsamość należy do innego porządku, że jest uświęcona jakimś ahistorycznym szlachectwem.

Nas wszystkich (zarówno wschodnich, jak i zachodnich Europejczyków) stworzył proces kształtowania tożsamości. Rosjanie nie są wyjątkiem – ich postrzeganie, odczuwanie i rozumienie historii nie spadło z nieba. Wytworzyli ją oni, a ściślej mówiąc – zostali stworzeni jako efekt pewnych wydarzeń, strategii i planów. I nie zasługują na więcej szacunku niż inni. Niestety, zwolennicy nadają Rosjanom szlachectwo, które chroni przed jakąkolwiek kwestionującą interpretacją. Stąd właśnie wynika nonszalancka, „orientalistyczna” idea „sfer wpływu”, którą skrupulatnie odrzuciliby w każdym innym przypadku.

Trudno się rozstać ze starymi nawykami

Praktyka odmawiania nierosyjskim narodom Europy Wschodniej godności aktywnego podmiotu ma długą historię. Jako zachodni Europejczycy mamy zwyczaj uznawania, że ta część świata należy do „sfery” rosyjskiej lub zgoła powinna być rosyjska. To powołuje do życia odrażające sądy, że w Ukrainie Rosja miała prawo interweniować, ponieważ już wcześniej „musiała zrezygnować” z państw bałtyckich, wobec czego „Zachodowi” naprawdę nie wolno „odbierać” jej innych krajów. Albo że przez wzgląd na Ruś Kijowską Ukraina jest dla rosyjskiej identyfikacji tak ważna, iż stanowi to wystarczający powód dla ignorowania pragnień milionów ludzi, którzy musieli (i nadal muszą) znosić swobodę Rosji w określaniu jej własnej tożsamości.

Dla stanowczo zbyt licznych zachodnich ekspertów istotne znaczenie mają uczucia Rosjan. Wszystko pozostałe, a więc to, co mogą myśleć Ukraińcy, Polacy, Mołdawianie, Bałtowie, Gruzini i Ormianie, jest dalece mniej ważne, jako że są to jedynie odczucia „reszty”, podmiotów o niższym statusie, niegodnych rangi aktora. W najlepszym razie są to odruchy ofiar orientalistycznej interpretacji historii, którą to rolę nazbyt często ludzie Zachodu przypisują swym wschodnioeuropejskim sąsiadom.

Niewspółmierna atencja dla uczuć Rosji, współczucie dla rosyjskiej „tragedii” utraty imperium i niewrażliwość na priorytety innych narodów stają się możliwe, gdy postawi się naród rosyjski na wyższym stopniu hierarchii, odwołując się do błędnego orientalistycznego przekonania, że jedynie dawnej potędze przysługuje ranga aktora. Europejscy kolonialiści dostrzegali we Wschodzie jedynie przedmiot rozgrywki. Prorosyjscy komentatorzy widzą Europę Wschodnią w taki sam sposób: Rosja może postępować zgodnie ze swymi zachciankami, jako że stanowi część naturalnego porządku geopolitycznego.

Europa Wschodnia jako kukiełka

Orientalistyczne myślenie prorosyjskich komentatorów ujawnia się w sposobie opisywania Ukrainy jako państwa niezdolnego do działania z własnej inicjatywy. Niezmiennie upatrują oni w krajach Europy Wschodniej przedmiotów manipulacji Zachodu. Oto, co wynika z powyższego: skoro Rosja postrzegana jest jako jedyne państwo godne statusu „aktora”, zaś Europa Wschodnia jako pasywny i hierarchicznie podporządkowany przedmiot, to wszelkie niezależne działanie jakiegokolwiek państwa Europy Wschodniej musi być z konieczności wynikiem ingerencji Zachodu.

Nic dziwnego, że prorosyjscy komentatorzy prawie nigdy nie mówią o „wstąpieniu Europy Wschodniej do NATO”, lecz o „rozszerzeniu [oryg. expansion – ekspansji – przyp. tłum.] NATO/UE na Europę Wschodnią”. Wschód jest postrzegany jako przestrzeń dla podboju – z istoty podporządkowaną Rosji – gdzie „Zachód” inicjuje niebezpieczną rozgrywkę przeciw „prawowitemu” właścicielowi. Lokalni aktorzy pozbawieni są znaczenia, zaś ich rolę w całokształcie procesu rozszerzenia NATO i UE można pominąć. Dawne państwa komunistyczne postrzegane są jako ofiary przeprowadzonego wbrew ich woli włączenia w zachodnie struktury bezpieczeństwa. To oczywisty nonsens – miało ono charakter dwukierunkowy, przy wzmożonej aktywności aktorów wschodnich, których naciski partnerzy zachodni często uznawali za nadmierne. W prorosyjskich analizach nie ma po tym śladu – państwom wschodnioeuropejskim nie przyznaje się roli aktywnych aktorów, zaś całkowicie wykluczona zostaje myśl o tym, że dziesiątki milionów mieszkańców regionu w wielu momentach historycznych pragnęło zmienić przynależność sojuszniczą.

Jest to nie tylko nostalgiczne postsowieckie myślenie, lecz także otwarty rasizm. Skoro Europa Wschodnia kieruje wzrok ku Zachodowi, musi to być sprawka „zachodniej ingerencji”, „nacisków”, „organizacji pozarządowych” – zwolennicy Rosji zawsze znajdą sobie kozła ofiarnego dla wytłumaczenia rosyjskich porażek. To coś „zachodniego” musi działać ku „destabilizacji przestrzeni eurazjatyckiej”. To, że autentyczne lokalne interesy narodów wschodnioeuropejskich mogłyby prowadzić do odwrócenia sojuszy, jest tu nie do przyjęcia, podczas gdy to Rosja jest rzeczywiście odpowiedzialna za destabilizowanie regionu, wynikające z jej sprzeciwu wobec pragnień dawnych poddanych imperium. Dla speców mówiących o „Zachodzie destabilizującym Europę Wschodnią”, krótkie spojrzenie z takiej perspektywy i weryfikacja własnych stanowisk mogłyby okazać się nader interesujące.

Czy aby nie jesteśmy rasistami?

Stanowisko orientalistyczne prowadzi do kwestionowania szczerości wszelkich prozachodnich ruchów protestu w Europie Wschodniej. Nikt wyposażony w choć odrobinę wiedzy na temat Europy Wschodniej nie może poważnie myśleć, że Bruksela lub Waszyngton mogłyby zmobilizować miliony ludzi w krajach takich jak Ukraina. Niezależnie od skali wsparcia „z zewnątrz”, to czynniki wewnętrzne ostatecznie skłaniają ludzi do działania, szczególnie gdy ryzykują oni własnym życiem. Absurdem jest myślenie, że ktokolwiek mógłby wystawiać się na ryzyko bycia zastrzelonym tylko dlatego, że tak każe mu jakiś biurokrata z Brukseli. Zatem rasistowskie jest rozumowanie, zgodnie z którym nikt na wschód od Unii Europejskiej nie może pragnąć porządków nieuwzględniających dominacji Rosji, a my, „ludzie Zachodu”, mielibyśmy być jedynymi godnymi i zdolnymi do walki o rządy prawa i prawa człowieka. Przekonania tego rodzaju mogą przynosić ulgę samej Rosji. Lepiej wszak udawać, że wstąpienie Europy Wschodniej do NATO i Unii wynika z antyrosyjskiego spisku, niż uznać porażkę własnego modelu i fakt, że – mówiąc wprost – liczne państwa europejskie wciąż obawiają się intencji Rosji.

Dlaczego powinniśmy wyzbyć się „orientalizmu”

Główną ofiarą omawianych stereotypów jest nasza zdolność właściwego rozumienia Europy Wschodniej. Jakkolwiek nie można ignorować wpływów zachodnich, to jednak głęboko niesłuszne jest postrzeganie ukraińskiego ruchu na rzecz demokracji jako odstępstwa od rzekomo „naturalnego” i nieodzownego porządku rzeczy, w którym nie uznajemy Ukraińców za godnych rangi narodu i aktywnego podmiotu. Narażamy w ten sposób na ryzyko naszą zdolność pojmowania roli lokalnych aktorów, ich wyborów oraz ich uczuć.

Pociągające jest skupienie się jedynie na strategiach wielkich potęg i postrzeganie Europy Wschodniej jako szachownicy, na której mierzą się dwaj gracze. Niezależnie od rozrywki, jaką wielkie strategie zapewniają na równi specjalistom i szerokiej publiczności, Europa Wschodnia nie jest boiskiem piłkarskim. Zaś my na Zachodzie doprawdy powinniśmy wyzbyć się wyższościowego oglądu małych narodów Europy Wschodniej, traktowania ich jak bytów niższych przy jednoczesnym upatrywaniu w Rosji jedynego narodu wartego poważania i godności. Odrzucenie tych błędnych pojęć powinno być pierwszym i obowiązkowym krokiem każdego, kto chciałby zabierać głos w sprawie Europy Wschodniej.

Fabio Belafatti

Tłum. Michał Wójtowski

Tekst pierwotnie ukazał się 27 października 2014 r. na stronie internetowej http://euromaidanpress.com.

Przypisy:

1. Wychodząc z innego punktu, Anton Szekchostow krótko i nad wyraz podobnie argumentował w bardzo dobrym artykule, opublikowanym, gdy ten był w trakcie ostatecznej redakcji. Jestem mu wdzięczny za podniesienie tej kwestii i mam nadzieję, że mój tekst będzie kolejnym wkładem w debatę.

2. Dla zdania sobie sprawy z absurdalnego symplicyzmu i zwodniczości tych koncepcji polecam lekturę poświęconego Ukrainie rozdziału „Rekonstrukcji narodów” Timothy Snydera.

Ojczyzna pańszczyzna na wieki wieków amen

Ojczyzna pańszczyzna na wieki wieków amen

Po śmierci Józefa Oleksego jeden z portali przypomniał wywiad, jakiego polityk udzielił „Dziennikowi Trybuna” w 2013 r. W rozmowie z Agnieszką Wołk-Łaniewską, długoletnią współpracownicą Jerzego Urbana z tygodnika „NIE”, były premier barwnie opowiadał o swojej karierze politycznej jeszcze w poprzednim ustroju. Istotny wątek rozmowy dotyczył kwestii dość dla Polaków wstydliwej – awansu społecznego czasów PRL, którego dziedzicami są przecież dzisiejsze pokolenia. Życiorys Oleksego jest pod tym względem nieledwie wzorcowy – inteligentny i ambitny prowincjusz z niższych warstw społecznych zdobywa średnie wykształcenie (właściwie dzięki przykościelnej szkole), później trafia na studia na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Rok po marcu 1968 zapisuje się do partii, a już niespełna 10 lat później zasila wysokie kręgi władzy.

Dopełnieniem tej rozmowy jest inny wywiad, jakiego Oleksy udzielił Robertowi Mazurkowi w „Rzeczpospolitej”. Podsumowując swoją działalność w Polsce Ludowej polityk stwierdzał w nim: Właściwie żyłem porządnie, starałem się nie wyrządzać ludziom zła, nie krzywdzić ich. Nawet jak byłem w reżimie komuny, unikałem sytuacji, w których bym czegokolwiek nadużył, kogoś sponiewierał. Po lekturze tych wywiadów lepiej zrozumiałem, na czym polega fenomen zaangażowania Polaków w komunizm. I co, najprawdopodobniej, wciąż stanowi dziedzictwo „polakokomuny” w naszych realiach.

W czasach Polski Ludowej dokonała się duża transformacja społeczna, w znacznej mierze związana głębszymi procesami zachodzącymi w naszym kręgu cywilizacyjnym. Opierała się ona na migracji mas ludności ze wsi do miast, narzuceniu społeczeństwom wielkomiejskiej modernizacji, której podstawowym elementem był wzrost znaczenia przemysłu. Pod tym względem dynamika realnego socjalizmu niewiele różniła się od modelu rozwoju przyjętego w świecie kapitalistycznym. W obrębie obu systemów bodaj najistotniejszym elementem modernizacyjnej układanki była industrializacja i mniej lub bardziej udane próby upowszechnienia dobrobytu. Także po to, żeby pracownik najemny/robotnik, sprzedający „tanią siłę roboczą”, wegetujący na obrzeżach społeczeństwa, państwa i rynku, mógł stać się obywatelem, konsumentem, człowiekiem zdrowym… i przewidywalnym w swoich wyborach politycznych. W krajach Zachodu te warstwy społeczne, które według słów Marksa nie miały nic do stracenia oprócz kajdan, wykorzystały sprzyjające warunki rosnącej demokratyzacji życia publicznego, zorganizowały się i wywalczyły sobie prawa do większego udziału w wypracowywanym kapitale. Z czasem, po dekadach ciężkich walk o swoje, twardoręcy robotnicy i ich kasłające gruźliczą krwią żony przemienili się w drobnych ciułaczy, turystów zwiedzających świat i emerytów spędzających leniwie czas z wędką. A dzieci poszły do szkół, zamiast na drugą zmianę.

W świecie realnego socjalizmu to satelickie wobec Związku Radzieckiego monopartie były gwarantem tutejszej wersji „państwa dobrobytu”. Projekt okazał się mniej udany niż zachodni tak na poziomie gospodarczym, jak i obywatelskim. PRL-owski awans społeczny nierzadko okazywał się problematyczny. Albo trzeba było płacić za niego lojalnością wobec skorumpowanej monopartii, albo – co pokazuje historia regularnych robotniczych wystąpień – towarzyszyło mu ciągłe poczucie braku i krzywdy; poczucie awansu społecznego, ale ze ślepą kuchnią, krzywymi ścianami mieszkania w bloku, sklepowymi kolejkami i zapisami na radio, telewizor, lodówkę i pralkę. Niby wszystko było – ale często na niby. Prowizorka i bubel – te słowa dobrze zapamiętałem z interwencyjnego programu konsumenckiego z telewizji czasów PRL. Dorzucić można by było jeszcze „lojalkę” – i mielibyśmy realny socjalizm w pigułce. Najkrótsza z możliwych historii Polski Ludowej: nad pomyślnym trwaniem niepomyślnego systemu czuwali chłopscy synowie z awansu społecznego, pilnujący innych chłopskich synów, którzy z bezrolnych i małorolnych przemienili się w wielkoprzemysłowy proletariat.

Aktorów na tej scenie da się wymieniać po nazwiskach: po jednej stronie Anna Walentynowicz, robotnica z PRL-owskiego awansu społecznego, kobieta nieustępliwa i zajadła, która użerała się z władzą o nieświeże jajka w przyzakładowej stołówce. Po drugiej stronie – Józef Oleksy, rzemieślnicze dziecko spod Nowego Sącza. Był on, jak sam mówił, dobrym człowiekiem. Cenił też, co arcyludzkie, święty spokój i miłe luksusy. To, że ktoś kogoś bezkarnie bił w imię socjalizmu i władzy ludu, że z folwarków i robotniczych osiedli wyzierała nędza – to szczegóły z wielu przyczyn dziś nieinteresujące, tak jak mało interesująca dla beneficjentów aktualnego systemu są dzisiejsze bieda i wyzysk. Jowialni, mili (starsi) panowie o delikatnych palcach i podniebieniach smakoszy, chętnie zapominają o takich szczegółach – niezależnie od ustroju.

Tu ktoś zawoła oburzony: a dlaczego autor nic nie mówi o żydokomunie?! Dlaczego nic nie ma o sowieckim imperium, nadzorującym kolonialne projekty określane mianem „ludowych demokracji”. Problem z tym wątkiem polega na tym, że bardzo często stanowi świetny pretekst do tego, by w ogóle nie mówić o polakokomunie, czy też – patrząc szerzej i głębiej – o pańszczyźnianym dziedzictwie, zachowanym w obyczajach i strukturach społeczno-gospodarczych. A przecież pańszczyzna, komuna i kapitalizm po polsku stanowią różne historyczne wariacje na ten sam temat – wewnętrznej i zewnętrznej kolonizacji. Józef Oleksy to nie tylko twarz, to nie tylko imię i nazwisko. To maska, którą da się nałożyć na wiele, bardzo wiele postaci w naszych dziejach – od zarządców folwarków, do polityków III Rzeczpospolitej, przez kastę rodzimych menadżerów, ekspertów i publicystów, zarządzających gospodarką, instytucjami i wyobraźnią społeczną Polaków. Oni wszyscy niczemu nie są winni. Potrafią być mili dla sprzątaczek i kelnerów. Oni tu tylko nadzorują i zarządzają, zgodnie z wytycznymi określonej epoki. A przy okazji – dobrze z tego żyją, pilnując, żeby polaczki-biedaczki znały swoje miejsce w tak a nie inaczej urządzonej rzeczywistości.

Ta kolonizacja ma także swoją drugą stronę. Jeśli wnikliwiej przyjrzeć się polskiej historii, to jest to lekcja ubezwłasnowolnienia szerokich mas. Powtórzę oczywistość nie dość wciąż oczywistą: polskie społeczeństwo jest społeczeństwem pochłopskim. I społeczeństwo to praktycznie nigdy w dziejach nie było na dłużej (i na serio) podmiotem własnego życia społeczno-gospodarczego. Nie ma niemal żadnych doświadczeń z budowaniem instytucji własnego, suwerennego państwa. Nie odziedziczyło ich jako trwałego nawyku, trwałej zdolności wypracowanej przez następujące po sobie pokolenia. Może dlatego zawsze czuje się wobec państwa obco – nawet gdy zasila jego administrację, instytucje publiczne, struktury centralne. Wie, że państwo można oszukać z korzyścią dla siebie, swojej rodziny i znajomych, ale często nie wie, jak je budować. Zaś władze państwa i wyższa kasta urzędnicza, także w zasadniczej mierze pochodzące z awansu społecznego, łatwo wchodziły w buty „nadzorców folwarku”. Pomocą w tym względzie służyły i służą mechanizmy kooptacji, czyli dostosowania do reguł gry wyznaczanych przez mniej lub bardziej brudny kapitał społeczny. W skrócie: dołączenie do elity niemal zawsze wiązało się z przyjęciem logiki zarządców folwarku, ze wspólnictwem w korupcji, naginaniu prawa, przymykaniu oczu na złodziejstwo, uznaniu, że wszystko jest trochę na niby, poza własną kiesą. Posłuchajcie kuluarowych rozmów nadzorców zasobu ludzkiego – często właśnie to w nich usłyszycie.

Oto polska tragedia: konieczność wmyślenia się i wżycia w logikę panów obcych i swoich, właścicieli wielkich majątków i latyfundiów, przez tych, którzy mają ambicje, potencjał i zdolności. Z ciasnych izb, z baraków robotniczych, z (naj)gorszych dzielnic wielkich miast, z zabitych dechami wioszczyn niektórzy szli, idą i będą dalej „iść w pany”. Za jaką cenę? Przyjęcia cudzych reguł gry dotyczących tych grup społecznych, z których „się wyszło”. Niewiele się tutaj różni prowincjusz Oleksy, „gubernator Polski wschodniej”, polujący z flintą w przygranicznych lasach, od dzisiejszych „nowopolaków”, którzy odpoczywają w termach w Białce Tatrzańskiej i wydają tam dziennie kwoty, jakie większości polskich rodzin muszą wystarczyć na miesięczne utrzymanie.

Być może Oleksy był bardziej od nich sentymentalny, być może częściej śnił mu się w nocy obraz Najświętszej Panienki i umęczona ojczyzna jak postaw sukna na wszystkie strony rozdzierana. Ale na dobrą sprawę oni wszyscy realizują systemowe wytyczne swoich czasów. Dawno temu mówili językiem ludzi z dworków, później językiem sanacyjnych pułkowników, po wojnie mową okołosowieckiego marksizmu. Dziś mówią językiem wypracowanym na potrzeby wielkich instytucji finansowych. A zawsze wypowiadają swoje kwestie z wielkim przekonaniem – nawet gdy uronią przy tym łzę lub skrzywią usta w życzliwym grymasie współczucia. I zawsze są pewni, że tak właśnie trzeba, że inaczej nie da się z polakoludem, z polakobiedą, polakonajemnikami. Choć sami są polakoludem i polakonajemnikami. Od reszty społeczeństwa różni ich to tylko, że za swoje podwykonawstwo – biznesowe, medialne, polityczne czy ideologiczne – więcej dostają. W ich polakobigosie o smaku sushi więcej jest tłustych kąsków, gdy reszta musi napchać brzuch kapustą. Jest kwestią kulturowej otoczki, czy jedzą to danie z (cudzych) sreber rodowych, na porcelanie kupionej w komisie czy z drogich designerskich talerzy. Jest zwykle kwestią nadbudowy, czy przed posiłkiem robią znak krzyża, czy wyznają inne wiary i światopoglądy.

Tu uwaga konieczna dla zniuansowania obrazu: kolejne wcielenia poddaństwa nie zawsze podlegają logice zerojedynkowej. Relacje władzy i dominacji przebiegają w poprzek przez różne szczeble hierarchii władzy, pieniądza, zarządzania ideami. Dlatego dobry Polak pracujący w PRL jako kierownik sklepu meblowego, szefowa lokalnego Pewexu czy kaowiec na rejsie po nadbałtyckich ośrodkach wczasowych „tylko się dopasowywali”. Komunie wierzyli mniej lub bardziej, ale zawsze dbali o swoje. Byli w partii albo nie byli, ale podstawiali miseczkę, gdy skapywało. Byli w „Solidarności” albo nie byli, ale i tam podstawiali miseczkę. Jak to śpiewał Kelus? Wierzący co wierzą, że muszą być w Partii / bo żona bo dziecko bo raty bo maluch / partyjni co chyłkiem przyjmują komunię / bo bony na cukier bo bony do raju. Byli zdeprawowani? Nie wątpię, choć ich demoralizacja miała inny kontekst, niż demoralizacja wysokiej rangi polakoczynowników.

Co najistotniejsze: z pokolenia na pokolenie uczono ich, że z głębin biedy i polakopańszczyzny można wydobyć się tylko chłopskim sprytem i zaradnością, nadstawianiem miseczki albo pleców. Niewiele mieli innych wzorców, a ich dzieci i wnuki też nie mają ich zbyt wiele. Dzisiejszy system opiera się o bardzo podobne mechanizmy, choć na całe szczęście jest mniej szczelny – w takim chociażby sensie, że nie operuje już hasłami „powszechnej jednomyślności”. Obojętnych i niechętnych pozostawia na ogół samym sobie – jeśli ktoś nie chce uczestniczyć w jego rytuałach i obchodach na cześć, to może się wycofać i nie musi w tym celu emigrować w Bieszczady ani na Mazury. Może wyjechać za chlebem albo znaleźć sobie w ramach polskiego systemu jakąś niszę. Przy łucie szczęścia nawet ta nisza może okazać się złotą klatką – choćby dla koncesjonowanych radykałów.

Na pogrzebie Józefa Oleksego dwóch prezydentów ogłosiło, a biskup ich słowa potwierdził święconą wodą, że zmarły był wybitnym politykiem i prawdziwym patriotą. Wszystko się zgadza i pięknie wpasowuje w wielowiekową tradycję polakopańszczyzny. Tutaj surmy złote grają tym, co zwykle. Tak już być musi. Na wieki wieków amen i o jeden folwarczny dzień dłużej.