przez Darren White | poniedziałek 25 maja 2015 | opinie
Czy jesteśmy świadkami powstawania dualistycznego systemu prawnego, w którym kibice piłki nożnej są traktowani jako obywatele drugiej kategorii?
Mówi się, że postrzeganie kibiców piłkarskich jako problemu, z którym trzeba sobie poradzić, to już przeszłość. Wiara w prawdziwość tego twierdzenia jest z pewnością krzepiąca. Niestety, pomimo że zorganizowani kibice wymyślili i wprowadzili w życie lepsze wzorce zachowań, nie brakuje przykładów świadczących, iż fani piłki nożnej wciąż traktowani są przede wszystkim jako problem. Jest to ważna kwestia, ponieważ dyskryminowanie i demonizowanie całych grup społecznych jest po prostu złe. Ma znaczenie również dlatego, że wywiera istotny wpływ na resztę społeczeństwa. Ci z nas, którzy dorastali w latach 80. i chodzili na mecze, a jednocześnie angażowali się politycznie, szybko rozpoznali przećwiczone na kibicach techniki, których użyto przeciwko zorganizowanemu ruchowi związkowemu.
Wielu specjalistów mówi o powstawaniu dualistycznego systemu prawnego, w którym kibice piłkarscy są traktowani jako osobna kategoria obywateli. Kluczowa dla tego procesu jest demonizacja fanów piłki, którą osiąga się poprzez mobilizowanie tradycyjnego strachu przed „chuliganem” – od wieków wykorzystywanego jako pretekst do zwiększania kontroli nad społeczeństwem. O tym rozpowszechnionym wciąż stereotypie pisze na swoim blogu prawniczka Alison Gurden:
„Gdy mówię ludziom, że reprezentuję w sądzie kibiców piłkarskich, tradycyjna odpowiedź brzmi: »Co? Chuliganów?«. Odpowiadam wtedy: nie, mężczyzn, kobiety, nastolatków, studentki, lekarzy, policjantów, architektki, budowlańców i barmanki, którzy jednocześnie są kibicami piłkarskimi!”.
W tym roku [2014 – przyp. red.], w miarę zbliżania się brazylijskiego Mundialu, zaroi się w prasie od historii o kibicowskich „grupach ryzyka”, zakazach stadionowych, ograniczeniach prawa do swobodnego przemieszczania się i innych środkach podjętych w celu zapobieżenia masakrze, której wizją chętnie nas postraszy kilku chuliganów-pozerów. Gdy nastrój moralnej paniki zostanie już należycie podgrzany i podchwycony bez zbędnych pytań przez media, o wiele łatwiej będzie uzasadnić użycie środków represji, które raz wprowadzone będzie można z łatwością rozszerzać. Dlatego ważne jest, żeby starać się rozpatrywać te kwestie w szerszym kontekście i zastanawiać się, czy wprowadzane rozwiązania nie wykraczają poza to minimum, jakie jest rzeczywiście niezbędne dla zachowania porządku publicznego. Jest to szczególnie istotne w momencie, gdy rząd brytyjski zaangażowany jest w przepychanie przez parlament ustawy o zachowaniu aspołecznym, przestępstwach i utrzymaniu porządku (Antisocial Behaviour, Crime and Policing Bill), którą George Monbiot opisał w „Guardianie” jako „najbardziej opresyjną ustawę głosowaną ostatnimi czasy w parlamencie”.
Życie pod eskortą
W sierpniu 2011 r. Cardiff City grało w Londynie z West Ham United na stadionie Boleyn Ground. Policja przyznała spotkaniu status „meczu wysokiego ryzyka”. W praktyce oznacza to, że fani Cardiff musieli wsiąść w specjalne autokary o 5 rano, żeby zdążyć spotkać się z policją pod stacją benzynową w South Mimms. Tam zostali przeszukani, wymienili otrzymane wcześniej kupony na bilety na mecz, po czym autokary odeskortowano na stadion. Fani Cardiff dostali tylko połowę swojej puli biletów, a żaden kibic nie mógł dojechać na spotkanie indywidualnie. Niektóre grupy kibiców Cardiff i West Hamu mają co prawda na swoim koncie historię brutalnych starć, ale w ciągu ostatnich dekad bitwy, którymi zapracowali na złą reputację, zdarzały się bardzo rzadko. Wciąż jednak dla wielu mecz Cardiff z West Hamem oznacza, że mogą być problemy, więc argumenty przeciw restrykcjom i eskorcie były łatwo zbijane jako świadczące o zbytniej miękkości wobec chuliganów.
Podobnej historii wzajemnych konfliktów nie mają za sobą kibice Huddersfield Town i Hull City. Mimo to w marcu 2013 r. policja West Yorkshire oznaczyła ich mecz najwyższą możliwą kategorią niebezpieczeństwa C+IR. Fani Hull City, których wolność przemieszczania się miała zostać ograniczona w dzień meczu, nie byli nigdy karani za udział w bójkach. Decyzja policji wywołała oburzenie. John Prescott, były wicepremier i poseł z Hull, określił zarządzenie mianem „najbardziej drakońskich ograniczeń prawa do swobodnego przemieszczania się od czasu akcji przeciw strajkującym górnikom”. Klub zachował się nietypowo i wydał oficjalne oświadczenie protestujące przeciw „praktycznej kryminalizacji kibiców” i „możliwym konsekwencjom dla kibiców na meczach wyjazdowych w ogóle”. Piętnastolatek z Hull, Louis Cooper, pozwał policję do sądu, twierdząc, że restrykcje nie miały żadnych podstaw prawnych.
Policja odpowiedziała, że „uważnie wysłuchała uwag fanów” i złagodziła restrykcje. Mimo tego złagodzenia, indywidualny dojazd na mecz wciąż był zabroniony. Hull City FC zaproponował zorganizowanie wszystkiego co potrzebne, żeby Cooper mógł dojechać na mecz, ale to oznaczałoby, że nie dotknęłyby go ograniczenia obowiązujące pozostałych kibiców i nie mógłby zaskarżyć policji. Cooper odmówił, tłumacząc, że nie chodziło mu o specjalne traktowanie.
Kiedy policja chciała ogłosić meczem podwyższonego ryzyka tegoroczne derby Newcastle vs. Sunderland, zapewniając przy tym, że nie ma możliwości ograniczania wolności swobodnego przemieszczania się kibiców ani wpływania na godziny rozpoczęcia meczu, oba kluby były tak oburzone, że wspólnie zaprotestowały przeciw decyzji policji. […]
Według badań przeprowadzonych przez skłaniający się w stronę libertarianizmu Manifesto Club, co najmniej 48 meczów w ciągu ostatniej dekady uzyskało status meczów podwyższonego ryzyka. Brało w nich udział 14 dużych klubów z Anglii i Walii, a mecze odbywały się w sześciu różnych dystryktach policyjnych. Manifesto Club wskazuje, że dane te są prawdopodobnie zaniżone. Informacje zebrano na podstawie próśb o udostępnienie informacji publicznej, a „władze policyjne często opóźniają przekazanie informacji lub odwołują się do wyjątków na podstawie cz. II paragrafu 31 ustawy o Wolności Informacji (Freedom of Information Act)”.
Amanda Jacks, pracownica Federacji Kibiców Piłkarskich (Footbal Supporters’ Federation) zajmująca się meczami podwyższonego ryzyka: „FSF sprzeciwia się przypisywaniu meczom statusu podwyższonego ryzyka z tego prostego powodu, że ogranicza to swobodę przemieszczania się zwykłych kibiców, nie dając gwarancji zapobiegnięcia burdom. Restrykcje nie wpływają na złagodzenie atmosfery w dniu meczu, wręcz przeciwnie, mogą ją pogarszać. Przypisanie meczowi statusu szczególnego ryzyka jest jednocześnie trudne do podważenia drogą sądową. Prawo do niezakłóconej podróży na mecz nie jest prawem człowieka, a sądy mogą powoływać się na to, że bilet na mecz kupujesz dobrowolnie”.
Niepokojąca dla tych, którym leżą na sercu swobody obywatelskie, jest trudność ze wskazaniem odpowiedzialnych za wdrożenie zarządzeń dotyczących meczów podwyższonego ryzyka. Jak wskazuje Manifesto Club, „często bardzo ciężkie jest ustalenie, kto jest odpowiedzialny za decyzję o statusie danego meczu”. Każdy profesjonalny mecz w Anglii i Walii organizuje się z udziałem Grupy Doradczej ds. Bezpieczeństwa, składającej się z przedstawicieli służb ratunkowych, członków komisji licencyjnej Sports Grounds Safety Authority, lokalnych samorządowców oraz reprezentacji klubów biorących udział w meczu. Warto zauważyć, że nie uwzględniono tu żadnych organizacji kibicowskich, mimo że zarówno Federacja Piłki Nożnej, jak i Związek Wyższych Oficerów Policji zalecają dialog z fanami. Manifesto Club ocenia, że oznacza to, iż „żadna ze stron nie bierze odpowiedzialności za podjęte decyzje”, czyli, w skrócie: „łatwiej przepchnąć dowolne rozwiązanie”.
W sezonie 2010/2011 profesjonalne mecze piłkarskie w Anglii i Walii obejrzało 37 mln ludzi. W sumie aresztowano 3089 osób – 0,01 proc. wszystkich widzów. Mecze podwyższonego ryzyka kryminalizują i karzą wszystkich fanów drużyn grających na wyjeździe w nadziei, że powstrzymają dzięki temu ową malutka mniejszość chuliganów. „Zgodnie z prawem Wielkiej Brytanii, wszystkich obowiązuje zasada domniemania niewinności, nie domniemania winy. Ludzie ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny, nie za czyny innych”.
Kryminalizowanie grup kibiców to jedno, ale co z traktowaniem pojedynczych fanów? Istnieją świadectwa, które pozwalają zadać pytania o zasadność podejmowanych decyzji i o to, kto jest za nie odpowiedzialny. Wszystko razem rysuje przed nami niepokojący obraz ataku na wolności osobiste i świadczy o wpływie uprzedzeń na procesy prawne.
Służąc społeczeństwu
Fan Liverpoolu Keith Culvin przyjechał na mecz z Manchesterem United na Old Trafford razem z innymi kibicami. Keith ma 53 lata, jest ojcem trójki dzieci i ma firmę świadczącą usługi hydrauliczne. Jest też członkiem stowarzyszenia kibiców Spirit of Shankley, w imieniu którego regularnie spotyka się z policją – na jej prośbę, w celu usprawnienia działań związanych z pilnowaniem kibiców.
Mecze między tymi drużynami bywają bardzo emocjonujące, a zacięta rywalizacja między miastami sprawia, że kibice nie wytrzymują napięcia. W związku z tym, żeby zredukować ryzyko konfrontacji między chuligańskimi ekipami obu drużyn, policja Greater Manchester zatrzymuje fanów po meczu. W ostatnich latach kibice narzekali, że w czasie pomeczowych blokad na stadionie policja nie pozwalała im korzystać z toalet. Podczas spotkań stowarzyszenia Spirit of Shankley z Greater Manchester Police, przedstawiciele policji przyjęli skargi do wiadomości i zobowiązali się do poinstruowania funkcjonariuszy w tej sprawie, a stowarzyszenie kibiców wydało na ten temat oświadczenie prasowe.
Pięć minut po zakończeniu meczu Culvin zauważył, że na schodach przy jednym z wyjść powstała problematyczna sytuacja. Słyszał kibiców, którzy chcieli skorzystać z toalet, i tłum, który zaczynał gromadzić się na szczycie schodów. „Wśród tych kibiców były kobiety, dzieci i starsze osoby, zdenerwowane faktem, że nie mogą skorzystać z toalety, mimo oficjalnych ustaleń. Próbowali przekazać to funkcjonariuszom”. Culvin postanowił rozwiązać problem.
Po około pięciu minutach stało się jasne, że policjanci na schodach nie zamierzali nikogo słuchać. Stawali się również „agresywni wobec mnie i innych fanów, co groziło eskalacją nastrojów”. Culvin zadzwonił do policjanta, którego numer otrzymał jako kontakt w razie problemów. Funkcjonariusz znajdował się poza stadionem, ale zapewnił, że wyśle kogoś w celu rozwiązania sytuacji. Kiedy Keith zauważył policjanta u dołu schodów, zwrócił się do pilnujących z prośbą, żeby go przepuścili i pozwolili z nim porozmawiać. Jego prośba została jednak agresywnie odrzucona, co sugerowało, że jeśli nawet wyżsi rangą policjanci zrozumieli problem, to ustalenia z ich spotkania nie zostały przekazane szeregowym funkcjonariuszom.
Teraz poziom wzburzenia wśród kibiców był już bardzo wysoki. Keith poprosił jeszcze raz o umożliwienie rozmowy z funkcjonariuszem kontaktowym – znów bezskutecznie. Przeszedł kilka kroków z rękami przyciśniętymi do boków, po czym zobaczył funkcjonariusza w żółtej kamizelce lądującego na siedzeniu obok. „Nagle dwóch policjantów, z którymi rozmawiałem wcześniej, wynosi mnie ze schodów. Zaciągnęli mnie w zbiegowisko przy toaletach, rzucili o ścianę, zaczęli bić po nogach i plecach, po czym zakuli w kajdanki”.
Culvin został zamknięty w celi na stadionie, a następnie odwieziony na komisariat, gdzie postawiono mu zarzut napaści na policjanta. Odczytano mu oświadczenie funkcjonariusza, którego miał zaatakować. Rzekomo odepchnął go, co spowodowało, że stracił równowagę.
Sprawa trafiła do sądu, ale została oddalona. Keith Culvin, doświadczony w radzeniu sobie z takimi sytuacjami, zanim podszedł do policjantów poprosił bowiem jednego z kibiców, żeby filmował całe zdarzenie telefonem. Nagranie jasno pokazało, że nie zaatakował funkcjonariusza. „Kiedy prokurator skonfrontował zeznania policjantów z linią obrony i nagraniem z telefonu, postępowanie karne zostało natychmiast przerwane” – mówi Melanie Cooke, która reprezentowała Keitha w sądzie.
„Nie mam wątpliwości, że bez tego nagrania zostałbym uznany winnym czegoś, czego nie zrobiłem. Uważam, to za odrażające, tak samo jak fakt, że prokuratura wciąż utrzymuje akt oskarżenia w rejestrze, żeby móc trzymać próbki mojego DNA, odciski palców i fotografię”. Keith zapowiada złożenie skargi na Greater Manchester Police.
W lecie 2010 r. Tony McManus wybierał się na Mistrzostwa Świata w RPA. Odkładał pieniądze od miesięcy i zarezerwował sobie miesięczny urlop w pracy. Tony jest czterdziestoletnim budowlańcem z Middlesbrough. Jeździł po całej Wielkiej Brytanii i Europie, kibicując Middlesbrough FC i reprezentacji Anglii.
Jak wielu innych, Tony McManus miał za młodu pewne problemy z prawem, nic poważnego. Dorósł, ustatkował się i od dawien dawna nie zrobił nic złego. Kiedy tamtego lata wraz z kolegami pojawili się na lotnisku, zostali zatrzymani przez policję. Istniały rzekomo dowody, że są „kibicami potencjalnie niebezpiecznymi”. W policyjnym języku oznacza to tyle, że policja uważa, iż mogą włączyć się w jakąś bójkę. Nie chodzi nawet o to, że mają na koncie tego rodzaju akty czy że istnieje podejrzenie, że mogli je mieć. Ot, pozbawione podstaw podejrzenie, że mogą rozrabiać w przyszłości.
McManus i jego kolega nie zostali wpuszczeni do samolotu – ich paszporty zostały skonfiskowane, a następnie zatrzymano ich na 7 godzin w policyjnym areszcie. Później powiedziano im, że policja będzie się ubiegać o zakaz stadionowy i że tego samego dnia mają stawić się w sądzie. Zasugerowano im, że powinni przystać na takie rozwiązanie, bo sprawa w sądzie będzie kosztowna. McManus nie zgodził się i wynajął prawnika.
Dowody, którymi dysponowała policja, okazały się niezbyt mocne. Nagranie z telewizji przemysłowej pokazało Tony’ego McManusa, który wychodzi z pubu w Tottenhamie. Było to w 2002 r. w dzień meczu Middlesbrough. Pub jest znany jako miejsce, w którym pojawiają się chuligani Middlesbrough i każdy, kto do niego wszedł, został uznany za podejrzanego jedynie na podstawie tego skojarzenia. Tony był również widziany w Stoke, jak siedział w minibusie obok kogoś, kto wyglądał, jakby został ranny w bójce. Policja nie widziała bójki, nie było również nic, co wskazywałoby, że McManus brał w niej udział.
McManus odkrył, że gdy policja zabiegała o zakaz stadionowy dla niego, opisała go jako jednego z przywódców 750-osobowej grupy chuliganów Middlesbrough. Nie wyjaśniono, jak policjanci doszli do tego wniosku na podstawie dowodów, które wskazywały najwyżej, że wśród jego otoczenia znajduje się kilka osób, które nie są aniołami. Wyjaśniło się za to, jak bardzo beztroska jest policja w rzucaniu oskarżeń.
„Wygląda na to, że wystarczy, żebyś porozmawiał z kimś, kto jest »kibicem potencjalnie niebezpiecznym« czy poszedł do tego samego pubu co on, żeby samemu zostać za takiego uznanym. To oznaczałoby, że każdy kibic Boro, który kiedykolwiek ze mną rozmawiał, jest teraz »kibicem potencjalnie niebezpiecznym«”.
Jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że policja najwyraźniej zbiera szczegółową dokumentację zupełnie niewinnych zachowań kibiców piłkarskich, do których może się odwołać w dowolnym momencie, nawet po ośmiu latach.
Policja wielokrotnie odraczała przeprowadzenie sprawy sądowej McManusa (minęły miesiące od zakończenia Mundialu), po czym zdecydowała, że nie ma wystarczających dowodów, aby nałożyć na dwóch mężczyzn zakaz stadionowy i wycofała wniosek. Tony McManus bez przyczyny stracił swój urlop i szansę obejrzenia na żywo upokarzanej reprezentacji Anglii.
Zatrzymajmy się tu na chwilę. Tony’emu uniemożliwiono wyjazd zagranicę i zamknięto go w areszcie nie dlatego, że stosował przemoc albo popełnił jakieś przestępstwo, ale dlatego, że w jego środowisku obracały się osoby, które policja uznaje za podejrzane. Może zabrzmi to jak wyolbrzymienie, ale to są metody, które z reguły utożsamiamy, cóż, z państwami policyjnymi. No ale przecież policja myślała, że Tony może być chuliganem, więc wszystko w porządku.
Tony McManus wytoczył policji proces. Takie sprawy z reguły osądza ława przysięgłych. McManus i jego prawnicy byli pewni, że ławnicy dostrzegą jawną niesprawiedliwość i będą po jego stronie. Policja twierdziła jednak, że to czysto techniczno-proceduralny spór dotyczący tego, czy policja zachowała się „rozsądnie”, i dlatego decyzję powinien podjąć sędzia. Sąd przystał na tę interpretację i sprawa odbyła się bez udziału ławy przysięgłych. W jej trakcie sędzia jawnie dawał do zrozumienia, że uważa, iż policja zachowała się „rozsądnie” w rozumieniu istniejącego prawa. McManus i jego prawnicy zrozumieli, że sędzia z dużym prawdopodobieństwem orzeknie na ich niekorzyść.
Gdy firma ubezpieczeniowa, która opiekowała się sprawą McManusa, dowiedziała się, jak wygląda sytuacja, wycofała finansowanie. Tony nie mógł kontynuować sporu bez ubezpieczenia, de facto został więc zmuszony do wycofania pozwu. Najbardziej przerażający wydaje się jednak fakt, że sędzia uznał za całkowicie uzasadnione i zgodne z prawem działania policji, która podejrzewa kogoś o bycie chuliganem i odmawia mu prawa do wyjazdu za granicę jedynie z powodu towarzystwa, w jakim się obraca. Co gorsza, sędzia mógł mieć rację, co z kolei mówi nam coś bardzo niepokojącego na temat obowiązujących przepisów.
Jest wreszcie John (imię zostało zmienione). John ma 15 lat i jest fanatycznym kibicem Portsmouth. Mieszka z rodzicami i nigdy nie miał kłopotów z prawem. Pod koniec zeszłego sezonu Portsmouth zostało relegowane do czwartej ligi przed ostatnim meczem sezonu z Shrewsbury. Klub został jednak przejęty przez fundację stworzoną przez kibiców i spodziewano się na meczu rekordowej frekwencji fanów Portsmouth chcących świętować ten nowy początek.
John jechał do Shrewsbury pociągiem ze swoim kolegą i jego tatą. Kiedy przyjechali na stację, kolega z tatą poszli skorzystać z toalety. John czekając na nich kręcił się przed stacją wraz z innymi kibicami.
W pewnym momencie, bez ostrzeżenia, duży oddział policji uformował szpaler i kazał kibicom iść z nimi. John próbował wyjaśnić, że czeka na dorosłego opiekuna, ale został zignorowany. Kibice zostali zaprowadzeni do pustego klubu nocnego. Na wejściu zostali przeszukani przez kogoś, kto wyglądał na ochroniarza, po czym zamknięto ich w klubie na ok. dwie godziny, bez dostępu do picia i jedzenia. Johnowi pozwolono wyjść i kupić smażonego kurczaka, ale z powodu zagrożenia, jakie najwidoczniej stwarzał, musiał iść pod policyjną eskortą i natychmiast wrócić. Ani razu nie wyjaśniono mu, co się właściwie dzieje.
Po dwóch godzinach kibice zostali wypuszczeni, uzyskali zgodę na pójście na stadion, a John w końcu dołączył do kolegi i jego taty.
Po powrocie do domu John opowiedział rodzicom, co się stało. Ci skontaktowali się z Federacją Kibiców Piłkarskich, która z kolei skontaktowała ich z prawnikiem. Wspólnie zwrócili się do lokalnej policji i wytknęli funkcjonariuszom, że nie mają prawa traktować dzieci w taki sposób. Policja odpowiedziała, że operacja była uzasadniona, ponieważ w pociągu, którym jechał John, znajdowali się „potencjalnie niebezpieczni kibice”. Funkcjonariusze przyznali jednak, że powinni byli zwrócić uwagę na to, że John jest niepełnoletni, i zgodzili się wypłacić mu czterocyfrowe odszkodowanie.
W przypadku Johna znów mamy do czynienia z domniemaniem winy z powodu towarzystwa. Policja podejrzewała kilka osób z pociągu, więc uznała, że zamknięcie niewinnych ludzi, w tym dzieci, jest uzasadnione.
Twarda ręka dla kibiców
Federacja Kibiców Piłkarskich w ciągu ostatnich 12 miesięcy miała do czynienia z wieloma przypadkami, które sugerują istnienie dualistycznego systemu prawnego – traktującego kibiców piłkarskich inaczej niż resztę społeczeństwa. Amanda Jacks, pracownica FKP, wielokrotnie słyszała od fanów, że sami policjanci mówili im, że gdyby nie byli kibicami piłkarskimi, nie mieliby problemów. Miała do czynienia m.in. z przypadkami siedemnastolatka, który został zakuty w kajdanki i aresztowany za to, że chciał zabrać piłkę na pamiątkę; kibica, który dostał zakaz stadionowy od swojego klubu w związku ze sprawą kompletnie niezwiązaną z futbolem, w której zabrakło dowodów do postawienia go w stan oskarżenia; historie grup młodych ludzi zatrzymywanych i zmuszanych do podania swoich danych osobowych przed kamerą; kibiców, których zatrzymano w sprawach cywilnych, po czym ich dane przekazano policji, która trzyma je w archiwum. „W dosłownie każdej sprawie, przy której pomagamy, postawiony przed sądem kibic dostanie zakaz stadionowy – niezależnie od tego, co zrobił, i od tego, czy ma na swoim koncie dawniejsze przewinienia”.
W dokumencie wydanym w sierpniu 2013 r. prokuratura ogłasza, że będzie kontynuować „politykę zera tolerancji wobec wykroczeń i przestępstw związanych z piłką nożną” i że „w przypadku, gdy zgromadzone dowody uznane zostaną za wystarczające do postawienia przed sądem, stosowana będzie zasada domniemanego oskarżenia”. Ta zasada jest kluczowa, oznacza bowiem, że inne środki, takie jak ostrzeżenie czy mandat, nie są stosowane – za wszelką cenę dąży się do postawienia podejrzanych w stan oskarżenia. Jak napisano na blogu Heresy Corner „zasada domniemanego oskarżenia „nie bierze pod uwagę kwestii proporcjonalności kary [do popełnionego czynu]; wytaczanie procesu komuś, kto nie miał wcześniej problemów z prawem może złamać mu życie, nawet jeśli ostatecznie zapadnie wyrok uniewinniający”. Również blogerzy zajmujący się prawem wyrażali obawy odnośnie do decyzji prokuratury o automatycznym stawianiu w stan oskarżenia i skutków podejmowania tak poważnych kroków.
Nie twierdzimy, że kibice piłkarscy to jedyna grupa społeczna, która podlega „szczególnemu traktowaniu” i stereotypizacji. Chcemy jedynie podkreślić, że za każdym razem, kiedy władze usprawiedliwiają odejście od równości wobec prawa i powszechnie obowiązujących standardów sprawiedliwości względami bezpieczeństwa, tak naprawdę stajemy się mniej bezpieczni. Granice tego, co dopuszczalne w życiu publicznym, zostają przesunięte, a my osuwamy się w demonizację i dehumanizację naszych współobywateli.
Epilog
Skończyliśmy pisać ten artykuł na kilka dni przed derbami Merseyside na Anfield. Kibice Evertonu opowiadają, że gdy usiłowali dostać się na stadion, przy wejściu dla gości rozpętało się istne pandemonium. Dla tysiącosobowego tłumu otwarto zaledwie cztery kołowrotkowe bramki. Tłum przygniótł część kibiców do ściany budynku. Trzynastoletniemu kibicowi nastąpił na stopę policyjny koń. Materiały wideo z tych zdarzeń trafiły na portal Liverpool Echo.
Policja broniła się twierdząc, że kibice zostali poinstruowani, aby przybyć odpowiednio wcześnie, tymczasem „o 7:45 mniej niż połowa z 2700 przyjezdnych fanów była na stadionie”. Przedstawiciele służb podkreślali, że apel o wcześniejsze przybycie był szeroko rozpowszechniany z racji wprowadzonej przez klub surowszej niż zazwyczaj polityki przeszukiwania kibiców, wprowadzonej w celu niedopuszczenia do wniesienia na stadion flar i innych materiałów pirotechnicznych. Zagrożenie pirotechniką jest jednym z najnowszych argumentów służących tworzeniu opowieści o nieodłącznej groźbie, jaka łączy się z kibicami piłkarskimi […].
Na skargi kibiców dotyczące bezpieczeństwa odpowiada się, że sami są sobie winni. Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną grupę klientów, zadawano by pytania: dlaczego władze nie miały planu, jak poradzić sobie z łatwym do przewidzenia nagromadzeniem ludzi przed bramkami albo czy priorytetem było dla nich bezpieczeństwo, czy przeszukania. Ale to byli kibice piłkarscy. Przyjechali za późno. Byli potencjalnie niebezpieczni.
Mówi się, że postrzeganie kibiców piłkarskich jako problemu, z którym należy sobie poradzić, to już przeszłość…
Tłum. Mateusz Trzeciak
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się 17 lutego 2014 r. na łamach portalu lewicowego tygodnika „New Statesman”.
przez Karol Trammer | poniedziałek 18 maja 2015 | opinie
Niemiecka kolej rozpoczyna wielkie dogęszczanie sieci przystanków kolejowych. Koncern Deutsche Bahn przystępuje do realizacji programu budowy 350 nowych przystanków kolejowych na terenie całych Niemiec. Obecnie na niemiecką sieć stacji i przystanków kolejowych składa się około 5,4 tys. punktów. Nowe przystanki powstać mają na liniach regionalnych – głównie w pobliżu wsi i osiedli, ale również przy uczelniach, szpitalach, basenach, centrach handlowych i przy większych przedsiębiorstwach. Program rozbudowy sieci przystanków prowadzony jest pod nazwą „Stationsoffensive”.
Najpierw wytypowanych zostało ponad 2 tys. potencjalnych lokalizacji. Obecnie prowadzone są prace mające na celu wyłonienie 350 najlepiej rokujących punktów, w których powstaną nowe przystanki. W zasięgu pieszego dojścia do nich – wyliczanego maksymalnie na 1,2 km w miastach i 2,4 km na obszarach wiejskich – znajdą się aż dwa miliony mieszkańców Niemiec.
Tysiące nowych pasażerów
Program „Stationsoffensive” bazuje na dotychczasowych doświadczeniach w dogęszczaniu sieci przystanków, dzięki czemu w Niemczech udało się przyciągnąć do pociągów tysiące nowych pasażerów.
Tylko na terenie Bawarii w ciągu minionych 20 lat otwarto 60 nowych przystanków kolejowych – między innymi w tych miastach, gdzie pociągi bez zatrzymania przejeżdżały przez centrum, by zatrzymać się dopiero na dworcu leżącym nieco na uboczu. Kolej zbliżyła się do małych i średnich miast między innymi za sprawą przystanków Wilhermsdorf Mitte z 1998 r., Rödental Mitte z 2005 r., Schweinfurt Mitte z 2006 r. czy Neustadt (Aisch) Mitte z 2012 r.
Przystanki Aschaffenburg Hochschule z 2007 r. oraz Rosenheim Hochschule z 2012 r. zostały zbudowane w pobliżu uczelni, przystanek Graben (Lechfeld)-Gewerbepark zlokalizowany został w 2012 r. przy centrach logistycznych koncernu wysyłkowego Amazon i sieci spożywczej Lidl, z kolei w mieście Bad Aibling nowy przystanek – Bad Aibling Kurpark – powstał w 2009 r. tuż przy parku uzdrowiskowym.
Nowe przystanki kolejowe zbudowane zostały również na terenach wiejskich – w miejscowościach, przez które wcześniej pociągi przejeżdżały bez zatrzymania. Na przykład w 2006 r. powstał przystanek w liczącej niespełna 1 tys. mieszkańców wsi Rottershausen na północy Bawarii.
Jak wynika z danych bawarskiego resortu spraw wewnętrznych, budownictwa i transportu, na 60 przystankach, które zostały zbudowane w ciągu ostatnich 20 lat, do pociągów każdego dnia wsiada w sumie 40 tys. pasażerów.
Kolej bliżej ludzi
Pierwsze przystanki w ramach programu „Stationsoffensive” zostaną zbudowane właśnie w Bawarii. Na początku marca 2015 r. porozumienie w tej sprawie zostało zawarte między koncernem Deutsche Bahn a władzami landu.
Przystanek otrzyma między innymi miejscowość Ergolding, przez którą pociągi regionalne relacji Monachium – Passau dziś przejeżdżają bez zatrzymania. Do jedynej stacji w liczącym 42 tys. mieszkańców mieście Weiden dołączą dwie kolejne: Weiden Nord i Weiden-Rehbühl. W centrum miasta Hof zbudowany zostanie przystanek Hof Mitte. Na linii Lindau – Hergatz, która obecnie cechuje się niską dostępnością dla miejscowej ludności, nowe przystanki powstaną w czterech wsiach. – Dzięki programowi „Stationsoffensive” zbliżymy kolej do ludzi – również na obszarach wiejskich – mówi Joachim Herrmann z władz Bawarii, w której w ramach pierwszego etapu realizacji programu „Stationsoffensive” zbudowanych zostanie 20 przystanków.
Zgodnie z założeniem programu, budowa każdego przystanku ma być sfinansowana w połowie ze środków koncernu Deutsche Bahn i w połowie z budżetu landu. Dodatkowo władze landów – jako odpowiedzialne za organizację i finansowanie kolejowych połączeń regionalnych – zobowiązują się, że przez nowe przystanki pociągi będą kursowały przynajmniej raz na godzinę. Gwarantuje to nie tylko określony poziom zamówień dla przewoźników, ale również stabilność wpływów zarządcy infrastruktury z tytułu udostępniania przewoźnikom torów i dworców. Wymóg minimalnie 60-minutowej częstotliwości kursowania pociągów ponadto zapewni atrakcyjność oferty przewozowej, tak by rzeczywiście przyciągała pasażerów.
– Wyjdzie to na dobre całej kolei. Nowi pasażerowie będą korzystać nie tylko z połączeń regionalnych, ale będą też docierać do większych węzłów i tam przesiadać się do pociągów dalekobieżnych – mówi André Zeug, szef odpowiedzialnej za zarządzanie dworcami i przystankami spółki DB Station & Service. – Już rozmawiamy z kolejnymi landami na temat „Stationsoffensive”.
350 x 350
Na terenie landu Badenia-Wirtembergia, według wstępnych założeń, powstać ma 55 nowych przystanków kolejowych. – Gdy wiele osób, także żyjących poza metropoliami, uzyska wygodny dostęp do kolei, liczba pasażerów rzeczywiście może wyraźnie wzrosnąć – przewiduje Stefan Buhl, szef oddziału Związku Pasażerów Pro Bahn w Badenii-Wirtembergii.
Aż jedna trzecia przystanków w ramach programu „Stationsoffensive” powstać ma na terenie Nadrenii Północnej-Westfalii. Ogólna koncepcja mówi o sensowności wybudowania w tym landzie nawet 120 nowych przystanków kolejowych. Miejscowe władze wskazują na potrzebę dogęszczenia sieci przystanków kolejowych nie tylko w miastach silnie zurbanizowanego Zagłębia Ruhry, jak Dortmund czy Düsseldorf, ale też w mniejszych ośrodkach leżących na peryferiach: chociażby w położonym na linii Krefeld – Kleve 34-tysięcznym mieście Goch, gdzie obecnie pociągi bez zatrzymania przejeżdżają przez osiedle Pfalzdorf.
Jak zaznaczają przedstawiciele Deutsche Bahn, przy wyborze przystanków należy brać pod uwagę bardzo wiele czynników – choćby powiązanie komunikacyjne z otoczeniem, zakres koniecznych prac budowlanych, przewidywane koszty utrzymania czy wpływ nowego postoju na rozkład jazdy pociągów. O sukcesie programu „Stationsoffensive” będzie można mówić, jeśli na każdym z 350 nowo wybudowanych przystanków wsiadać do pociągów będzie 350 pasażerów na dobę.
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 3/77 (maj-czerwiec 2015).
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 11 maja 2015 | opinie
Kilka tygodni temu w Krakowie odbył się pokaz filmu „Niepamięć” w reżyserii Piotra Brożka oraz dyskusja nad nim. Zapowiadany jako „pierwszy dokument o pańszczyźnie”, wzbudził spore kontrowersje. „Niepamięć” nie jest właściwie filmem o pańszczyźnie ani nawet analizą jej dziedzictwa we współczesnym polskim społeczeństwie. To raczej mocno subiektywny zapis spotkania wywodzącej się ze wsi wielkomiejskiej inteligentki, Magdaleny Barteckiej, z potomkiem arystokratycznej rodziny, Franciszkiem Ledóchowskim. To zbyt mało, żeby mówić o filmie na temat pańszczyzny i jej dziedzictwa. Ale wystarczająco dużo, by zastanowić się, co właściwie pozostało we współczesnej Polsce z dość już odległej przeszłości. Znamienny jest także tytuł. Niepamięć wiąże się z brakiem wiedzy i rzeczywiście w trakcie krakowskiej dyskusji po filmie miałem wrażenie, że poruszamy się po omacku w dziedzinie niepamięci, czyli domniemań i hipotez, mniej lub bardziej udolnych prób rekonstrukcji stanu rzeczy.
W naszej współczesnej kulturze i obyczajach bardzo trudno wyraźnie rozpoznać, co jest realnym dziedzictwem wsi, a co konglomeratem bardzo wielu transformacji, przez jakie przechodziło polskie społeczeństwo w ciągu tylko ostatnich dziesięcioleci. Należałoby zresztą doprecyzować na wstępie, o jakiej wsi myślimy. Mamy w granicach Polski wsie z tak różnych regionów, jak Pomorze Zachodnie, Wielkopolska, ściana wschodnia, Galicja, świętokrzyskie. Mamy wieś na Kaszubach i na Spiszu. Historyczne różnice są tu znaczne, kwestie gospodarcze mieszają się ze strukturą etniczną czy z politycznym, społecznym i kulturowym dziedzictwem zaborów, a nawet czasów przedrozbiorowych. Ale to wszystko, co przetrwało do dziś z tego odleglejszego dystansu czasowego, jest właściwie wyłączną domeną profesjonalistów, przede wszystkim etnologów. Laik może tylko uchwycić pewne najwyrazistsze znaki odmienności, wciąż dostrzegalne czy to w języku, czy w obyczajach i artefaktach, pozostałościach tego, co jeszcze ocalało ze specyfiki wsi, która weszła w kontakt z homogenizującą siłą kultury masowej i w znacznej mierze „dostosowała” się do wzorców życia tworzonych w miastach. Na marginesie: jeśli pojedziecie dziś na „wiejski odpust”, dostaniecie tam najczęściej zabawki przywiezione z miejskich hurtowni, wyprodukowane w Chinach. Jeśli będziecie mieli szczęście, to ozdobą odpustu będzie kilka stoisk z eko-żywnością oraz z dość różnej jakości i „autentyczności” wyrobami z drewna. To jest najwymowniejszy znak tego, co się stało z kulturą wiejską/ludową w skali masowej – także na samej wsi.
Początek końca kultury wiejskiej w jej różnych historycznych odmianach to ten moment w czasach PRL, kiedy na wsi masowo pojawiły się telewizory. Kobiety przestały się spotykać wieczorami, by drzeć pierze – każdy we własnym domu oglądał kolejny odcinek Teatru Sensacji „Kobra”. Wcześniej wtopienie się wsi w wielkomiejską nowoczesność sygnalizowała ekspansja innych produktów przemysłowych: ubrań, potrzebnych w domu i zagrodzie artykułów codziennego użytku oraz sprzętu rolniczego. Na polskiej wsi znajdziecie jeszcze starych ludzi, opowiadających ze łzami w oczach o tym, jak w ich gospodarstwie pozbyto się ostatniego konia służącego do prac na roli. Było to w latach 60., 70., niekiedy jeszcze w 80. Czy tego chcemy, czy nie, dziś wiejskie rzemiosło stanowi na ogół element folkloru – wytwarzanego na potrzeby bądź to bardzo bogatego klienta, bądź na rynek masowy, dla turystów albo uczniów szkół podstawowych, którzy na wycieczce w Zakopanem kupią masowo produkowane imitacje ciupag.
Kolejną okolicznością, która przyczyniła się do zaniku wiejskiej kultury jako znaczącego zjawiska, była masowa migracja ludności wiejskiej do miast. Być może to właśnie ten, rozłożony na wiele pokoleń i wciąż niezakończony proces, był tu najistotniejszy, choć także mówienie o migracjach jako o spójnym fenomenie jest uproszczeniem. Tak naprawdę bowiem niewiele mają ze sobą wspólnego ludność chłopska z Galicji emigrująca za chlebem do Ameryki w drugiej połowie XIX w., imigranci z bieda-wsi piaszczystego Mazowsza i dzisiejsi emigranci zarobkowi, uciekający ze wsi popegeerowskiej w Wielkopolsce do Anglii, Niemiec, do rodzimych metropolii. Bardzo trudno nam też w pełni zrozumieć dziś migracje ludności wiejskiej opisane w „Ziemi obiecanej” Reymonta, gdy wegetację na głodnej i bezrobotnej wsi zamieniano masowo na robotnicze życie w łódzkich manufakturach. Tymczasem to właśnie rewolucja wielkiego przemysłu – co dobrze widać właśnie na kartach tamtej powieści – przetrąciła kark kulturze wsi – zarówno kulturze chłopstwa (biednego i bogatego), jak i kulturze panujących nad wsią i folwarkami szlacheckich/arystokratycznych dworków. Ale pal licho dworek. Skupmy się na chłopkach i chłopach, wieśniakach, którzy nie mieli do stracenia nic oprócz głodu, nie tylko na przednówku, dla których piekło fabryk, których kominy sięgały wyżej niż kościelne wieże, okazywało się atrakcyjniejsze od piekła wsi.
To jedno jest pewne. Gdy pytamy dziś, dlaczego współczesna rodzima kultura jest tak „miastocentryczna”, prawdopodobna odpowiedź może brzmieć: ta wiejska była niechciana, nie miała nic lub niewiele, co można byłoby przechowywać i kultywować po przeprowadzce do większego ośrodka. Wyrzekali się jej więc ci, którzy z niej się wywodzili, czyli masy migrujące do miast. Czym często była wieś? Harówką od wczesnego rana do nocy, brakiem higieny, błotnistymi drogami, podporządkowaniem czterem żywiołom i czterem porom roku. Miasto dawało awans, nawet jeśli był to awans problematyczny, obciążony nowymi rodzajami ryzyka. Miasto to była (i wciąż jest) edukacja, miasto to był (i znów coraz częściej się tym staje) dostęp do „reglamentowanych” dóbr cywilizacyjnych: lekarza, urzędów, instytucji kulturalnych, lepiej zaopatrzonego rynku towarów i usług itd., itp. Miasto to był dostęp do lepszego standardu mieszkaniowego. I wreszcie miasto to praca, a przynajmniej cień szansy na pracę, której tak często nie starczało na przeludnionej i małorolnej wsi.
Co można było przenieść ze wsi do miasta? Artefakty? Strój wiejski okazywał się zbędny. Przedmioty starzały się i odchodziły do lamusa. Często były zresztą ubożuchne i nie było ich wiele – widomy znak mizerii kulturowej przednowoczesnej wsi. Piosenki, klechdy, bajania? Powoli zacierały się w pamięci, wypierane przez miejską kulturę masową i jej rozrywki. Zostawała pamięć, ale i ta z czasem coraz bardziej okazywała się niepamięcią, czymś schowanym głęboko w duszy, bo nikomu już – z coraz młodszych i młodszych – niepotrzebnym. A może zostawała duma z własnej przeszłości? Ale jaka duma i z czego, skoro tamto życie było nierzadko upokarzająco smutne i ubogie? Przecież wielu z tych, co ze wsi przybywali do miasta, nie miało niemal nic własnego. Może poza religijnością, która na płótnach malarzy ukazujących Wielkanoc na wsi zawsze jest taka sama: dworek, pan i pleban, chłopki klęczące na ziemi przy święceniu pokarmów. Tak, piękne wiejskie obyczaje, tyle że były obyczajami służącymi przede wszystkim panom, a ci klęczący ludzie o spracowanych rękach, o surowych twarzach, które szybko przegryzały starość, zmęczenie i ból, byli tylko postaciami z drugiego, trzeciego planu. Te masy nie miały w zasadzie nic swojego – nawet ich kultura była „kulturą podporządkowaną”, niepodmiotową, niesuwerenną. Nic więc dziwnego, że w kolejnych pokoleniach zrzucali z siebie resztki tej wiejskości, tego „wieśniactwa”, tej „wsiowości” – nawet nie dlatego, że im tak kazano, ale dlatego, że pamięć była brzemieniem, a może wręcz głęboko schowanym resentymentem i wstydem (to właśnie widać w „Niepamięci”!), świadomością podległości nawet jeśli już nie pańszczyźnianej, to zawsze instytucjonalnej, obyczajowej, kulturowej.
Ale tu warto wprowadzić kontrargument. Polska wieś ostatnich dekad zaborów i późniejsza miała przecież swoje reprezentacje partyjne, swój ruch ludowy, swoje elity polityczne i kulturowe. Miała samoorganizację i samopomoc, wcieloną choćby w różne formy spółdzielczości. Była zatem także wieś zamożniejsza, świadoma swoich praw, harda. Niejednokrotnie antyklerykalna, choć religijna. Była wieś, która umiała korzystać z rewolucji przemysłowej dla powiększenia własnej zasobności, która z mas swojej ludności potrafiła uczynić siłę polityczną. Jednak i w jej obrębie zachodziło stopniowe obumieranie „tradycyjnej wiejskości”. Chłopki i chłopi w strojach ludowych, których widzimy jeszcze na zdjęciach z czasów II Rzeczpospolitej, nie chadzali tak przecież na co dzień, o czym wielokrotnie informowali mnie przeróżni rozmówcy. Zakładali je właśnie na specjalne okazje – tak tworzył się folklor jako specyficzna wizytówka własnego rodowodu. Niby wciąż „naturalna”, ale w jakiś sposób już odświętna, kultywowana w ramach rytuałów manifestowania własnej tożsamości/odrębności, świadomie przyjmowanej konwencji, z definicji niecodzienna.
Te procesy przebiegały coraz intensywniej i sięgały coraz głębiej, by w czasach PRL doprowadzić do niemal pełnego „umiastowienia” wsi, związanego m.in. z coraz częściej występującą dwuzawodowością, która utrzymuje się do dziś. To umiastowienie dokonywało się tym bardziej, że w ustroju centralnego sterowania wyobraźnią i aktywnością społeczną wszelka samorządność, wszelki oddolny ruch społeczny, były skrzętnie pilnowane. Szczególnie wyraziste były konsekwencje tego faktu w wymiarze politycznym: cały dawny ruch polityczny chłopstwa, bardzo różnorodny, został reglamentowany w ramach Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Centralizowała się także kultura ludowa, przemieniając się w „Cepelię” i ekskluzywne kramy w Sukiennicach. W dodatku wieś w czasach PRL – obok niewątpliwego skoku cywilizacyjnego – doświadczyła dwóch specyficznych form „neopańszczyzny”. Ta bardziej znana to Państwowe Gospodarstwa Rolne, ta rzadziej wspominana to ogromne kontyngenty żywności, jakie polska wieś musiała składać na rzecz miasta. Polegały one na dostarczaniu państwu w ściśle wyznaczonych terminach zboża, ziemniaków, żywca (a do 1957 r. także mleka) po znacznie zaniżonych cenach. Warto także przyjrzeć się historii powszechnych ubezpieczeń społecznych na polskiej wsi – znany nam stan rzeczy jest de facto wynikiem ustaleń, jakie wywalczyła dopiero na początku lat 80. XX w. Solidarność Rolników Indywidualnych! Do 1972 r. bezpłatna opieka zdrowotna w ogóle nie dotyczyła rolników indywidualnych i ich rodzin. Pierwsze świadczenia dla rolników pojawiły się w PRL dopiero w 1963 r., a i to w zamian za nieodpłatnie przekazane państwu przez chłopów gospodarstwa rolne. Również dopiero w 1972 r. ostatecznie zniesiono kontyngenty! To pokazuje skalę upośledzenia wsi.
Gdy nadeszła III RP wyzwaniem dla polskiej wsi stały się nowe, bardzo silne czynniki modernizacyjne, związane z transformacją. Wieś po raz kolejny doświadczyła wówczas swej podrzędności: zwłaszcza rolnicy, których część na krótką chwilę zjednoczył Andrzej Lepper, oraz wieś popegeerowska, której zrzucono z pleców jarzmo neo-pańszczyzny, w zamian dając jej nieznośną lekkość masowego bezrobocia.
Dla wszystkich wyżej wymienionych przyczyn bardzo trudno dziś zrobić film o pańszczyźnie, który rzeczywiście byłby dokumentem wprost jej poświęconym i analizującym jej skutki w perspektywie długiego trwania. Temat wymaga z pewnością więcej niż jednego dokumentu, prędzej już wielopłaszczyznowego cyklu w rodzaju poświęconego polskiej transformacji „Systemu 09”. Gdybym jednak miał zaryzykować odpowiedź na pytanie, co jest współczesnym dziedzictwem pańszczyzny, a przynajmniej jego ważnym elementem składowym, odpowiedziałbym, że jest nim kultura podporządkowania, nieumiejętność budowania własnej podmiotowości. Kultura wsi, kultura mas po-chłopskich jest de facto kulturą wyrzeczenia się samej siebie i dostosowania do cudzej logiki i wzorców. Być może jest to istotna część fenomenu, który nazywamy dziś neokolonializmem; masy wciąż potrzebują pana, nawet jeśli coraz rzadziej potrzebny im pleban. Równocześnie trwa zaciekła walka o lepsze umiejscowienie w szybko kostniejącej hierarchii ekonomiczno-kulturowej III RP – „kultura polskich menedżerów”, oparta na bezinteresownym upokarzaniu stojących niżej także może być dalekim echem pańszczyzny, rodzimej tradycji przed-nowoczesnego wyzysku. Ale to spekulacje. „Niepamięć” to dopiero punkt wyjścia dla uświadamiania sobie tożsamości mniej sielankowej niż pogodne dni Jana Onufrego Zagłoby, we wsi Burzec bawiącego dzieci Skrzetuskich. Póki co to niepamięć jest prawdziwą kulturą polskiej wsi.
przez Michał Wójtowski | poniedziałek 4 maja 2015 | opinie
„Nędza etyki” Jarosława Górskiego jest tekstem ważnym i odważnym. Autor stawia w nim najważniejsze kwestie na ostrzu noża, bez niedomówień. Zarazem jest to przykład wypowiedzi, która udatnie łączy przemawiającą do rozumu analizę społeczno–polityczną z literackim warsztatem, dzięki któremu tekst trafia do emocji i wyobraźni czytelnika. Jarosław Górski wykorzystuje ową szczególną swobodę, jaką ma felietonista, by bez ogródek powiedzieć: jest wojna!
Nie pozostawia przy tym wątpliwości co do jej charakteru. Kanwę felietonu stanowi opowieść o Sebastianie – niegdyś uczniu, którego przygotowywał do matury, dziś upokarzanemu warunkami życia i pracy młodego i zdolnego kucharza. Sebastian mógłby stać się ofiarą bezwzględnej walki silniejszych ze słabszymi, zamiast kapitulować decyduje się na bezpardonową walkę o swoje w ramach narzuconych reguł. Wie, że jest na wojnie, gdzie nie ma miejsca dla dezerterów: maszerujesz albo giniesz. Warunki narzucają tu silni, zamożni i ustosunkowani, dysponujący ekonomicznymi oraz ideologicznymi środkami nacisku na słabych. Słabym pozostają zaś kły i pazury – to dzięki nim mają szanse przetrwać. Przetrwanie w tej wojnie ma jednak swoją cenę. Trzeba tłamsić, poniżać i narzucać swoje warunki jeszcze słabszym lub dającym się dosięgnąć na polu bitwy, licząc wszelkie możliwe zyski, nie licząc się natomiast z etyką jako niedostępnym luksusem.
Cieniem Sebastiana w felietonie Górskiego jest postać Macieja Kuronia. Niczym w powieści Dostojewskiego mamy więc parę bohaterów, których losy wchodzą ze sobą w dialog – uprzywilejowany staje naprzeciw uciskanego. Pozostawiam na boku prawomocność doboru składników kontrastu. Pisarsko jest on atrakcyjny, a przy tym ma niewątpliwie liczne analogie w mniej lub bardziej anonimowej mikrohistorii społecznej naszego kraju.
Wiem, skąd znam taki świat. Wiem, skąd znam taką konsekwentną pisarsko metodę jego przedstawiania. Tak pisał Tadeusz Borowski, autor „U nas, w Auschwitzu…”: „Pamiętasz, jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży ciężka, krwawa praca człowieka. To myśmy budowali piramidy, rwali marmur na świątynie i kamienie na drogi imperialne, to myśmy wiosłowali na galerach i ciągnęli sochy, a oni pisali dialogi i dramaty, usprawiedliwiali ojczyznami swoje intrygi, walczyli o granice i demokracje. Myśmy byli brudni i umierali naprawdę. Oni byli estetyczni i umierali na niby”.
To była inna wojna i inny świat. Mamy tyle szczęścia, że historia oszczędziła nam najgorszego. Nie znaczy to, że w naszym świecie nie istnieje to wszystko, co wtedy, „na dnie historii”, ujawniło się z całą siłą. Świat Sebastiana jest więc zalążkiem świata Tadka.
Sebastian jest korwinistą – tak felietonista otwiera przed czytelnikiem jeden z wątków swej wypowiedzi. Twierdzi on, że „właśnie Korwin–Mikke umie coś, co kiedyś potrafili socjaliści: opisać zjawisko, którego i Sebastian, i większość z nas doświadcza zmysłowo: w tym świecie toczy się bezwzględna wojna”.
Celne spostrzeżenie. Korwin-Mikke, wiemy o tym, opanował umiejętność opisywania zjawisk. Jego retoryczna sprawność może budzić podziw, podobnie jak skuteczność trafiania do ludzi, zwłaszcza młodych, takich jak Sebastian. Gdy byłem w wieku Sebastiana zdającego maturę, także mnie uwiódł Janusz Korwin-Mikke. Pisał znakomite książki o brydżu. Nauczył mnie licytacji i rozgrywki, stawiania impasów i wielu sztuczek, które pomagały realizować trudne kontrakty. Zasadą jest tu zimna krew i wykorzystanie każdej nadarzającej się szansy, każdego błędu przeciwnika i – nade wszystko – umiejętne posługiwanie się rachunkiem statystycznym. Brydż to gra, która nie zna dylematów, najzupełniej wystarczy w nim umiejętność liczenia.
O ile przy zielonym stoliku statystyka pozwala trzymać się czystego opisu sytuacji, o tyle w życiu społecznym sytuację naszą stanowimy. Robimy to m.in. posługując się językiem. Językiem, który nie tylko nazywa świat, ale też pozwala go tworzyć. Korwin-Mikke o tym wie. Jego bezlitosna narracja społeczna, w której widać odbicie zimnej brydżowej kalkulacji, wyklucza ze świata jednostki, grupy, poglądy. Dostarcza także gotowych formuł – słownych, a więc pojęciowych – i sloganów, po które sięgają jego zwolennicy. To samo można powiedzieć o każdej narracji dotyczącej życia społecznego. Każda z nich zawiera w sobie swoistą etykę (a zoologiczna etyka korwinistów nie stanowi tu wyjątku), która porządkuje świat i którą można wykorzystać dla własnych celów. Tu także – w języku, a nie tylko w świecie przedmiotowym – toczy się wojna o nasze sprawy. W języku, w którym takie słowa jak „socjalizm” i „sprawiedliwość społeczna” stały się prawie niecenzuralne. Dlatego wydaje mi się, że od czerpania inspiracji ze spostrzegawczości i instynktu Korwina ważniejsze jest to, by przywrócić słowom ich właściwe znaczenia. Tymczasem pod tym względem omawiany felieton wydał mi się krokiem w przeciwnym kierunku.
Tytuł „Nędza etyki” ma, jak się zdaje, dwóch adresatów. Mam tu wątpliwość, bowiem tylko jeden z nich został jednoznacznie wskazany. Chodzi mianowicie o „młodą polską lewicę”, która „swoim etycznym przesłaniem” zakłamuje obraz sytuacji, czyli bezwzględnej walki o byt. W tym adresie polemicznym autor ma chyba sporo racji – zapewne wielu „socjalnie nastawionych idealistów” operuje jedynie w sferach wysublimowanej spekulacji etycznej lub do indywidualnej etyki ogranicza horyzonty swego myślenia i działania. Mniejsza już o to, kogo autor miał na myśli, chociaż takie doprecyzowanie zapewne posłużyłoby jasności przekazu. To jednak niepokoi mnie mało.
Mój niepokój budzi głównie ostatni akapit felietonu. Czytamy tam: „Tyle że i Sebastianowi, i mnie, nic po etycznej przemianie, i myślę, że także nic po niej innym ludziom, którzy żyją na wojnie, gdzie jeśli chcą coś mieć, to muszą to komuś wyrwać. Nie ma sensu mówić do ludzi żyjących w dżungli językiem etycznej powinności I przemiany”. Wydaje się, choć to jedynie moja interpretacja, że ten fragment należy rozumieć nie tylko jako podważenie stanowiska części współczesnej polskiej lewicy, ale też – zamierzone lub niezamierzone – podważenie tej części jej tradycji, którą uosabia twórczość i praktyczna działalność Edwarda Abramowskiego. I nie chodzi tu jedynie o słowa-klucze, w rodzaju „etycznej przemiany”. Rzecz dotyczy przede wszystkim zawartych w całym tekście sugestii o nicości etyki indywidualnej wobec potęgi stosunków ekonomicznych.
Myśli Abramowskiego zawdzięczają swoje miejsce w historii światowego marksizmu i w polskiej historii myśli właśnie etycznej oraz indywidualistycznej reinterpretacji tez niemieckiego filozofa. A także – chociaż w przebiegu biografii intelektualnej niekonsekwentnemu – odrzuceniu determinizmu. Był to akt odwagi i przenikliwości, któremu polska lewica wiele zawdzięcza.
Jak wiele? W tym miejscu odwołam się do znanej anegdoty, którą w swych wspomnieniach umieścił Ludwik Krzywicki. Cytuje on kpiarską wypowiedź pewnego socjalistycznego działacza, wygłoszoną w obecności Abramowskiego: „Jestem jak atom wody, nurt mnie dokądś niesie, kierunek nie ode mnie zależy, ani szybkość, z jaką prąd mnie unosi, a gdybym, jako atom, miał przymioty duchowości ludzkiej, a więc gdybym myślał, czuł, chciał, to snułbym tę samą filozofię, jaką snuje pan, panie Abramowski, dowodziłbym, że ja, atom, wpływam na kierunek biegu, iż ode mnie zależy prędkość pędu rzecznego. Idę, dokąd mnie pchają moje przekonania, są mi one narzucone przez cały mój układ duchowy, przez otoczenie, w którym się wychowałem, w którym żyję; dążę ku socjalizmowi, bo każdy uczciwy, inteligentny człowiek, o ile usłyszał o dzisiejszych teoriach społecznych i przyjrzał się krzywdom ludzkim, musi być socjalistą. Jeśli pan chce, jestem jak człowiek opętany, moją ideą opętańczą jest wyzwolenie klasy pracującej”. Tak żartował sobie z indywidualizmu i etycyzmu Abramowskiego nie kto inny, lecz sam Feliks Dzierżyński. Gospodarz i kronikarz ich spotkania pisze następnie, że poglądy Abramowskiego ekscytować mogły najwyżej zapatrzone weń „gromadki dziewcząt” lub nieco większe grupy inteligencji, podczas gdy Dzierżyński miał w sobie zdolność „pozyskania tysięcy”.
Czy Krzywicki w swej ocenie miał rację? Co do Dzierżyńskiego – z pewnością. Jeśli zaś idzie o Abramowskiego, to jego wpływ na kształt polskich inicjatyw lewicowych nie da się przecenić. Chodzi tu, oczywiście, o ruch spółdzielczy. Ale także – z postulatami etycznego indywidualizmu związany – wpływ na całe pokolenie nauczycielek i nauczycieli o prospołecznej orientacji, które działało pod wpływem Abramowskiego w czasach strajku szkolnego i później – niekiedy poza połowę wieku XX. Nie sposób również zapomnieć o tym, jak etycyzm Abramowskiego wpływał na polską kulturę literacką, na Żeromskiego i Dąbrowską, by trzymać się tylko nazwisk najbardziej znanych. To nie była etyka nędzna i samowystarczalna, lecz etyka kierująca skutecznym działaniem. Wciąż nie potrafimy być równie skuteczni, nie znaczy to jednak, że należy zarzucić raz na zawsze postulaty etyczne lub zawiesić je do czasu przekształcenia społecznych instytucji.
Dlatego właśnie nie kupuję ferworu retorycznego, w którym ginie etyczny aspekt lewicowości, zaś na pierwszym planie pojawia się sposób widzenia spraw, jaki narzuca nam bezlitosna, deterministyczna frazeologia korwinistów. Język niekiedy nas ponosi i zdradza. Uwagę tę odnoszę zresztą i do siebie. Jako czytelnika omawianego tu felietonu, który mógł mylnie go odczytać, oraz autora repliki, któremu drżała ręka, gdy w takim a nie innym kontekście przywoływał wypowiedzi Borowskiego i Dzierżyńskiego.
W obronie „abramowszczyzny”, ale też w poczuciu elementarnej solidarności z Sebastianem – pozwolę sobie na ostatni już, zamykający cytat z „Prób świadectwa” Jana Strzeleckiego:
„W naszym oporze nie chodziło o ocalenie nas samych; to zyskiwało się nierównie pewniej przez uległość. Nasz opór był oporem przeciwko światu, który oni chcieli ludziom zgotować. Ale nasz opór nie był bez reszty wyznaczony przez obiektywny układ rzeczy, tylko przez nasz sąd o tym układzie, przez orzeczenie, że to, co oni czynią, jest zbrodnią, której istnienie jest dla nas wyzwaniem. Działaliśmy więc, jak mówią filozofowie, w szczelinie wolności. Nasz opór był aktem moralnego podmiotu, nie dało się go ani wywieść, ani uzasadnić wyłącznie przedmiotową wiedzą”.
przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 27 kwietnia 2015 | opinie
Używanie słowa „kultura” w odniesieniu do korporacji jest uprawnione. Mówimy o kulturze plemienia łowców głów, o hiszpańskiej kulturze zabijania byka ku uciesze gawiedzi, o żydowskim rytuale wieszania żywej krowy głową na dół, islamskim obyczaju zabijania pohańbionych kobiet. Dziwimy się, ale mądrzy ludzie tłumaczą, że wiara, tradycja i emocje w innych kręgach kultury mogą być odmienne i dla nas niezrozumiałe.
W tym sensie kultura korporacyjna zasadniczo różni się od innych. Wprawdzie korporacji przyznano prawa osoby, może nawet poczuć się obrażona i zażądać przeprosin, ale jedyną namiętnością tej dziwnej osoby jest pożądanie pieniędzy, chociaż nie słyszałam o uniewinnieniu z powodu działania w afekcie. Korporacja ma prawo do ochrony dobrego imienia i interesów materialnych. Jeśli korporacja przegra proces sądowy, płaci odszkodowanie i jak sądzę bardzo cierpi. Natomiast zarząd jest bezkarny, pracownicy też i pozostają anonimowi. Nawet bankructwo banku czy innej dużej spółki nie kompromituje prezesa. Jeśli postrzegany jest jako twardziel bezwzględnie dążący do zwiększenia zysku, bez trudu i niezwłocznie znajduje zatrudnienie w innej korporacji. Wygranie sprawy sądowej z korporacją, która zatrudnia armię najlepszych prawników jest wydarzeniem niezwykłym.
Wszyscy zatrudnieni w korporacji są tylko trybikami umieszczonymi w sprawnie zorganizowanym systemie obniżania strat i powiększania zysków. Korporacja jest współczesnym Golemem. Chociaż stworzona przez ludzi, żyje własnym życiem, nie ulega ludzkim emocjom, które jej przypisujemy, a także nie podlega ocenom moralnym.
Korporacja nie jest strukturą hierarchiczną. Na przykład nie można złożyć skargi na pracownika do jego zwierzchnika. Można tylko wnieść udokumentowaną reklamację. Korporacja jest siecią, w której żadne „oczko” nie jest dostatecznie kompetentne, aby załatwić jakąś, nawet najprostszą sprawę, do końca. Kontakt klienta z korporacją odbywa się drogą elektroniczną (telefonicznie lub przez internet). Rozmowa jest nagrywana. Odwiedzanie biura obsługi klienta jest stratą czasu. Na rozmowę z tak zwanym konsultantem czeka się dłużej niż w połączeniu telefonicznym. Informacje przekazane klientowi przez konsultanta nie są dla korporacji wiążące. Klient na ogół nie nagrywa rozmowy, więc nawet przed sądem jest na pozycji przegranej.
Najtrudniejszą sprawą jest rezygnacja z niechcianych usług. Korporacja nie spocznie, dopóki nie sprzeda jakiejś dodatkowej usługi. „Granie na czekanie” w T-Mobile wyłączałam już wiele razy. Dwukrotnie bezskutecznie rezygnowaliśmy z dodatkowych pakietów telewizyjnych premium Film Box i premium Canal +. W ostatniej umowie już tych kanałów nie ma, ale wciąż za nie płacimy. Podobno płacenie jest dowodem akceptacji. W umowie pojawiły się Filmy i Seriale, ponieważ wszyscy tego chcą. Są klienci, którzy mają dość czasu i energii, aby na bieżąco kontrolować rachunki. Nasze rachunki reguluje bank.
System korporacyjny powstał w Stanach Zjednoczonych. Cięcie kosztów opiera się na zasadzie „kliencie, obsłuż się sam”. Korporacja może wtedy zrezygnować z zatrudniania fachowców. Wystarczą „profesjonaliści” ściśle przestrzegający procedur. Dzięki temu specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi, od kontaktów z klientami, od marketingu, reklamy, reklamacji i sprzedaży, są uniwersalni i mogą pracować w każdej korporacji.
Klient w systemie korporacyjnym rozmawia z automatem. Wybiera jedną z wielu opcji albo odpowiada „tak” lub „nie” na pytania. System jest uniwersalny. W 1988 r. kolega w Sacramento opowiadał, jak wzywał pomocy, kiedy żona zaczęła rodzić. Przyjechali strażacy z nożycami do cięcia blachy, ubrani w kombinezony zabezpieczające przed wyciekami substancji promieniotwórczych. Sprawnie załadowali rodzącą i odwieźli do szpitala. Podejrzewaliśmy, że kolega na polecenie automatu „jeśli kobieta rodzi naciśnij …i tu jeden z kilkunastu numerów”, które trzeba odsłuchać, wybrał niewłaściwą opcję.
Śmialiśmy się, gdy w serialu Nash Bridges policjant, któremu ukradli samochód, rozmawiał z policyjnym automatem. Przy pytaniu, czy jesteś nieletnią Murzynką rodzącą na środku autostrady – trzasnął słuchawką, ponieważ tylne światła samochodu rozpłynęły się w sinej dali.
Teraz już nam nie do śmiechu, ponieważ amerykański system korporacyjny rozszerzył się z prędkością pożaru w Kalifornii i objął już wszystkie dziedziny, firmy i instytucje. System wygodny i bezpieczny dla decydentów i dysponentów, jest uciążliwy i niebezpieczny dla klientów.
Mam nadzieję, że czytelnicy już sami się zorientowali, że nasze państwo akceptowało kulturę korporacyjną i wdrożyło jej zasady z całą starannością, jak powiedziałaby pani premier. Wszyscy obywatele są klientami korporacyjnego państwa. „Racjonalna”, jak mówi prezydent, większość podporządkowała się nieludzkim zasadom i nawet już tego nie dostrzega. Oduczenie się empatii i poczucie wyższości nad naiwnym klientem, którego łatwo oszukać i oskubać z pieniędzy, jest w korporacji gwarancją awansu. Mniejszość, która zachowała zdrowy rozsądek, godność, patriotyzm i wolę walki wychodzi na ulice, wznosi okrzyki, nosi transparenty, macha sławnym krzesełkiem. Większość publicystów z obu stron jest zdegustowana. Podobno są inne „racjonalne” sposoby naprawy Rzeczpospolitej. Nie wiem, jakie. Wszystkie zostały zablokowane lub okazały się bezskuteczne. Nawet groźba bankructwa Polski nie przeraża zarządu państwa. Zawsze znajdzie się jakaś lukratywna posada poza granicami Polski. Pozostaje jeszcze zorganizowanie państwa alternatywnego.
Kultura korporacyjna odrzuca argumenty wykraczające poza priorytetowe zadanie: ciąć koszty, zwiększać zyski. Korporacji nie boli przeniesienie kosztów i uciążliwości na klienta, czyli obywatela. Podam najświeższy przykład zasady „kliencie, obsłuż się sam”. Listonosze nie będą już przynosić rent i emerytur do domu. Każdy musi założyć konto w banku. Na wsi nie ma banków i bankomatów, nie ma też komunikacji publicznej. Nie wyobrażam sobie, jak starzy, często schorowani i samotni ludzie, mieszkający w chałupach rozrzuconych na wzgórzach, będą maszerować do Nowego Sącza.
Prezydent Komorowski ma nadzieję na zlikwidowanie polskiego zaścianka. Ja odwrotnie. Mam nadzieję, że wygra Andrzej Duda i Polska przetrwa.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 20 kwietnia 2015 | opinie
Zawsze mierziła mnie pedagogika wstydu – niezależnie od tego, czy serwowana była przez głównonurtowe „oświecone elity”, czy przez „prawdziwych i niepokornych Polaków”. Według tej dydaktycznej logiki powinniśmy – właściwie permanentnie – odczuwać wstyd za naszą prowincjonalność i za to, jak nas widzą na tak zwanym Zachodzie, odwiecznym źródle cywilizowanych norm i wartości, wobec którego nam, prostackim tubylcom znad Wisły, pozostaje tylko przyjąć pozycję pokornego naśladowcy. Tymczasem wystarczy obejrzeć z bliska weekendowe eskapady zerwanych z łańcucha młodych Brytyjczyków w Krakowie czy Wrocławiu, żeby przekonać się, że inne narody w „robieniu trzody” mają dużo większe osiągnięcia niż my i nie zmienią tego żadne jajka zajadane przez naszych rodaków podczas podróży samolotem. Uśmiech politowania wzbudzają we mnie krzyki o tym, jakiego to wstydu narobił nam prezydent, bo wlazł na podest, na który podobno się nie wchodzi – wstyd, jeśli już, przynosił swemu państwu raczej premier Włoch organizujący balangi z roznegliżowanymi modelkami (na których notabene świetnie bawił się np. premier Czech) albo prezydent Francji, cichaczem wymykający się na seksualne schadzki niczym napalony nastolatek. A jednak, o ile wiem, ich rodacy nie odczuwają wskutek wybryków swoich przedstawicieli jakichś przesadnych wyrzutów sumienia. Zupełnie nie wiem, dlaczego to akurat Polacy mieliby być pierwsi do samobiczowania.
Z drugiej strony, kilka rzeczywistych powodów do krytyki naszej wspólnoty by się znalazło, ale o nich jakoś nie zamierzają się zająknąć ani „elity” spod znaku Pieńkowskiej i Kuźniara, ani niepokorni Polacy w rodzaju Warzechy czy Lisickiego. Największym z nich jest degrengolada polskiego rynku pracy.
Można przejrzeć setki statystyk dotyczących polskiego rynku pracy, a i tak nic nie zobrazuje sytuacji lepiej niż jeden reprezentatywny przykład „z życia wzięty”. Przypadkowo na taki właśnie niedawno się natknąłem – były to informacje na temat warunków, w jakich pracują zatrudnieni w salonach Reserved, a więc jednej z największych polskich marek odzieżowych. Regułą jest tam umowa zlecenie ze stawką około 10 zł brutto za godzinę. Wystarczy dokonać prostego obliczenia, żeby zrozumieć, że jest to ordynarny sposób na obejście płacy minimalnej – 10 zł razy 160 godzin w przeciętnym miesiącu pracy daje 1600 zł brutto, a więc wyraźnie poniżej pensji minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł. Co więcej, jest to praktyka właściwie nielegalna – kodeks pracy wyraźnie stanowi bowiem, że każda relacja między stronami umowy, która spełnia kryteria stosunku pracy, powinna być za taki uznawana niezależnie od tego, jak strony formalnie nazwą samą umowę. Kryteria te to świadczenie pracy w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, na jego rachunek i pod jego kierownictwem. Każdy człowiek pozostający przy zdrowych zmysłach przyzna, że praca w Reserved spełnia te przesłanki. Kasjerki i kasjerzy nie mogą kasować klientów za ciuchy u siebie pod blokiem, a dziewczyny składające swetry nie mogą robić tego w domu późnym wieczorem, lecz wszystko to siłą rzeczy muszą wykonywać w sklepie – w wyznaczonych godzinach i pod czujnym okiem wymagających kierowników. Nie ulega wątpliwości, że w świetle prawa powinni być zatrudnieni na umowach o pracę. Na jakiej zasadzie podpisuje się z nimi umowy zlecenie? Prawem kaduka – po prostu wielka sieć odzieżowa może w Polsce łamać kodeks pracy zupełnie oficjalnie, niczym się nie przejmując. Jednak najbardziej bulwersujący jest fakt, że z reguły pierwsza umowa jest w Reserved podpisywana dopiero po miesiącu pracy, który jest swoistym okresem próbnym. O zasadzie tej mówi się nowym pracownikom zupełnie oficjalnie.
Jak zdegenerowany musi być nasz rynek pracy, skoro nawet wielka sieć odzieżowa, obecna w niemal każdej galerii handlowej, należąca do jednej z największych polskich spółek odzieżowych LPP, może pozwolić sobie na tak bezceremonialne traktowanie kodeksu pracy? Jak niskie muszą być powszechnie obowiązujące w Polsce standardy, jeśli nawet największe firmy mogą – zupełnie się z tym nie kryjąc – bez konsekwencji zatrudniać nowych pracowników przez miesiąc bez umowy, bo w ten sposób, jeśli się nie sprawdzą, zawsze można będzie jeszcze bardziej oszczędzić na podatku i składkach? W jak głębokim poważaniu musi mieć kontrole Państwowej Inspekcji Pracy i innych instytucji szefostwo dużej spółki, która część swych pracowników zatrudnia de facto na czarno? Oczywiście kruczki prawne, dzięki którym w razie kontroli będzie można się wywinąć od kary, zawsze się znajdą – w stosunku do osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych zawsze powołać się można na kodeks cywilny, który nie określa wymaganego momentu podpisania umowy. A więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby umowę podpisać w czasie, gdy wykonywanie zlecenia trwa już w najlepsze. Jasne, niby przewidziano 7 dni na zgłoszenie osoby do ubezpieczenia, ale w razie kontroli zawsze można powiedzieć, że akurat te dziewczyny pracują dopiero od trzech. Nie mówiąc już o tym, że studentek i studentów w ogóle nie trzeba ubezpieczać.
W ten oto sposób przedsiębiorca może jawnie śmiać się w twarz reprezentującym państwo inspektorom PIP, którzy zwykle rozkładają bezradnie ręce, bo przecież osoby zatrudnione na umowach zlecenie to nie pracownicy, więc ta instytucja nic do ich sytuacji nie ma. Owszem, można ustalić stosunek pracy, ale orzeczenie może wydać tylko sąd, najlepiej na wniosek strony. Jeśli takiego wniosku nie ma, obowiązuje zasada swobody podpisywania umów. Bardzo wygodna interpretacja – dzięki temu inspektorzy pracy nie muszą się ruszać zza biurek, a ich sumienia pozostają czyste. Przecież gdyby nagle mieli sami, z własnej inicjatywy zacząć pisać powództwa o ustalenie stosunku pracy (co mogą robić), to w warunkach polskiej degrengolady – do której zresztą sami dopuścili – byliby zawaleni robotą. A po co, skoro mogą umyć ręce, dzięki czemu wszyscy będą szczęśliwi – pracodawcy, kontrolerzy, a w zasadzie to nawet i pracownicy powinni być, no bo tak na dobrą sprawę chcącemu nie dzieje się krzywda, prawda?
Tak właśnie wyglądają realia naszego rynku pracy. Bo – nie oszukujmy się – podobne praktyki to w Polsce norma, a nie wyjątek. Gdybyśmy przyjrzeli się bliżej sklepom odzieżowym dowolnej innej marki, to sytuacja wyglądałaby pewnie bliźniaczo podobnie do tej z salonów Reserved. Właściciele spółek odzieżowych, handlowych czy gastronomicznych oraz ich ajenci bez mrugnięcia okiem omijają kodeks pracy, oferując pracownikom umowy zlecenie, choć charakter ich zadań spełnia wszystkie przesłanki stosunku pracy i tak powinien być traktowany. Państwowa Inspekcja Pracy przymyka na ten proceder oko, przyjmując wygodną dla siebie „postawę wyczekiwania” na skargi pracowników, choć gdyby jej inspektorzy wpadli do takiej, dajmy na to, Galerii Katowickiej i zechcieli przeprowadzać w niej rzetelne kontrole, to po wystawione mandaty trzeba byłoby chyba podjechać ciężarówką. Nowo wchodzącym na rynek pracy młodym Polakom firmy handlowe oferują pierwszy miesiąc pracy „bez umowy”, czym od początku kariery zawodowej uczą ich kombinatorstwa, „robienia na lewo” i tego, że przepisy należy raczej omijać niż ich przestrzegać. Prawdziwie solidarnej wspólnoty nie doczekamy się chyba nigdy z taką szkołą życia, jaką serwuje wchodzącym na rynek pracy młodym Polkom i Polakom duża część pracodawców rodzimych lub działających w naszym kraju.
Najbardziej przykre w tym wszystkim jest to, że w opisanym procederze brylują rodzime firmy, których spółka LPP (właściciel marek Reserved, Cropp czy House) jest koronnym przykładem. Od czasu, gdy LPP ogłosiła przeprowadzkę swoich marek na Cypr, by móc swobodnie wyprowadzać dochody do raju podatkowego na Wyspie Afrodyty, podejrzewać można, że włodarze spółki oraz jej ajenci mają się za mitycznych Sarmatów, którzy przybyli nad Wisłę kolonizować zastany tutaj plebs. A na rzecz plebsu nie warto ponosić kosztów większych niż te absolutnie niezbędne do osiągnięcia zysku. O ile można jeszcze jakoś zrozumieć – co nie znaczy: pochwalić – zatrudnianie w opisany sposób w niewielkich szmateksach, których byt oraz dochód są równie niepewne jak utrzymanie przez nie miejsc pracy, to już wysyłania pracowników na umowy śmieciowe lub okresowo nawet do szarej strefy przez wielką firmę, zatrudniającą tysiące osób i mającą stabilną pozycję na rynku, nie sposób nazwać inaczej niż rozbojem w biały dzień.
Z drugiej strony trudno się dziwić, że zamiast rynku pracy mamy w Polsce Dziki Zachód. Firmy działające w naszym kraju, kierując się jedyną znaną im logiką (czyli rynkową), dokonały bilansu zysków i ewentualnych strat, z którego wyszło im, że opłaca się naginać prawo. I nie chodzi tu tylko o wyjątkowo małą aktywność PIP, ale też o śmieszną wysokość kar. Maksymalny mandat za łamanie kodeksu pracy wynosi w Polsce 2 tys. zł, a dla recydywistów 5 tys. Przykładowo we Francji taki mandat może wynosić nawet… 45 tys. euro. Dlatego nad Sekwaną takie swobodne interpretowanie prawa pracy po prostu się nie opłaca. Co ciekawe, pomimo że liczba kontroli PIP jest tak niewielka, to jej aktywność wciąż spada. W roku 2010 przeprowadzono 95 tys. kontroli, rok później już tylko 90,6 tys., a w 2012 r. dokładnie 89 949. I to pomimo faktu, że liczba inspektorów w tym czasie wzrosła.
Największym bodaj absurdem pozostaje przepis, który stanowi, że kontrolę PIP należy… zapowiedzieć z 7-dniowym wyprzedzeniem. W takiej sytuacji to i tak cud, że inspektorzy pracy wystawiają w Polsce jakiekolwiek mandaty. Jedną z niewielu jaskółek pozytywnych zmian jest fakt, że do prac sejmowych trafił ostatnio projekt nowelizacji prawa, która zniosłaby ten wymóg. Swoją drogą, należałoby chyba pogratulować posłom refleksu – zorientowali się, że coś tu nie gra, po, bagatela, 8 latach od wprowadzenia ustawy o PIP. Nikogo też chyba nie zdziwi, że rządowy projekt zmian w prawie negatywnie zaopiniowała Konfederacja Pracodawców Lewiatan. Reasumując: bez częstszych kontroli PIP, bez zniesienia wymogu ich zapowiadania, a także bez wyraźnego podniesienia kar za łamanie prawa pracy, nic się na naszym patologicznym rynku pracy nie zmieni.
Papież Franciszek, belka w oku wolnorynkowych katolików, wypowiedział niedawno wspaniałe słowa: Jeśli ktoś chodzi na mszę w każdą niedzielę i przystępuje do komunii, można go zapytać: a jakie są twoje relacje z pracownikami? Zatrudniasz ich na czarno? Płacisz im sprawiedliwą pensję? Odprowadzasz składkę emerytalną i zdrowotną? Należałoby zaapelować do polskich duchownych, by w zgodzie z obecną wykładnią Kościoła pod żadnym pozorem nie udzielali Komunii świętej kadrom zarządzającym spółką LPP oraz jej podmiotami zależnymi. Oczywiście jeśli mają w ogóle czelność jeszcze do niej przystępować. A podczas szczerej spowiedzi może warto zapytać wierzących przedsiębiorców, czy nie omijają lub nie łamią prawa podczas zatrudniania swoich pracowników – jestem pewien, że żaden z nich podczas sakramentu pokuty nie wymienia tego jako grzechu, choć jest to zjawisko nagminne. A jak wiadomo trwanie w grzechu jest powodem do odmowy udzielenia rozgrzeszenia. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Kościół katolicki traktuje tych pracodawców, którzy uporczywie łamią prawo pracy dużo lepiej niż choćby pary żyjące bez ślubu. Trudno nie odnieść wrażenia, że nasi duchowni traktują życie seksualne i rodzinne jako jedyną sferę życia, którą należy rozpatrywać z perspektywy moralnej.
Niestety w Polsce sfera gospodarowania generalnie nie jest uznawana za obszar życia moralnego – nie tylko przez duchownych, ale i resztę społeczeństwa. Jedyną racjonalną zasadą życia ekonomicznego jawi się nam zysk, a jakikolwiek namysł moralny w tym obszarze jest w Polsce uznawany za wyraz zwykłej naiwności lub w najlepszym razie za zbędną ekstrawagancję. Tymczasem póki nie uznamy zasad etyki za integralną część życia gospodarczego, nadrzędną w stosunku do zysku, to wciąż przepisy takie jak Kodeks Pracy będą powszechnie uznawane za nieżyciowe dziwadło, a łamanie ich za sympatyczny przykład „polskiej zaradności”. Póki nie zaczniemy naginania i obchodzenia prawa przez podmioty gospodarcze nazywać wprost bandytyzmem, polski rynek pracy nadal będzie przypominał Dziki Zachód, z tą różnicą, że refleks i dobry rewolwer zastąpiła przewaga ekonomiczna. A jak wiemy z westernów, rdzennym mieszkańcom Ameryki czasy Dzikiego Zachodu na dobre raczej nie wyszły – podobnie nie wychodzą na dobre tubylcom znad Wisły.