Liczby nie kłamią

Liczby nie kłamią

W neoliberalnym systemie ekonomiczno-społecznym aplikowanym Polsce od 26 lat, rozwój mierzy się głównie wybranymi wskaźnikami ekonomicznymi – korzystnymi z punktu widzenia globalnego kapitału, możliwości maksymalizacji zysku wielkich graczy czy zdolności państw do obsługi długu publicznego (czyli jego maksymalizacji). Wskaźniki takie jak wielkość długu publicznego, wzrost PKB czy inflacja nie są złe jako takie, gdyż kierują państwo w stronę stabilności ekonomicznej. Natomiast istnieje wiele innych wskaźników, które leżą w interesie społecznym i narodowym Polski i Polaków, a które są w konflikcie z celem maksymalizacji zysku przez globalny kapitał, za to zbieżne z celem zrównoważonego rozwoju społeczeństwa. Mówiąc inaczej, chodzi o podział dochodów wypracowanych w danym państwie i jakość jego rozwoju. Chodzi o to, mówiąc w skrócie, czy to kraj pełen zagranicznych oddziałów firm unikających płacenia podatków dochodowych, przejmujących krajowe dochodowe rynki i przyczyniających się do wzrostu dobrobytu w kraju swojego pochodzenia, czy kraj prężnego lokalnego kapitału zdolnego konkurować globalnie oraz płacącego wystarczająco dużo podatków na dobrą publiczną edukację, publiczną służbę zdrowia, zabezpieczenia od bezrobocia, solidne pensje. W poniższym tekście skoncentruję się na statystykach, dzięki którym można zrozumieć, na czym polega ten konflikt ekonomiczny.

Tabela 1. Dane statystyczne w miliardach (źródła: Eurostat, GUS, Global Financial Integrity, obliczenia własne).

liczby-nie-klamia-tab1

Tabela 1 pokazuje rozwój kilku istotnych wskaźników ekonomicznych i jest kopalnią informacji o przemilczanych aspektach polskiej „Zielonej Wyspy”. Skoncentrujmy się na kilku z nich:

  1. Widać, że średni wzrost PKB jest niższy od sumy dotacji netto z UE i od wzrostu długu publicznego. Gdyby dodatkowo oczyścić wzrost PKB z inflacji, dodać koszt odsetek długu publicznego oraz nielegalne wypływy finansowe z Polski, mit „Zielonej Wyspy” można wrzucić do kategorii baśni i fantazji. Statystyki pokazują jasno, że realny wzrost – w sensie bogacenia się Polski – nie istnieje od wielu lat i nawet nie pokrywa wzrostu długu i funduszy unijnych. Jeśli w perspektywie finansowej UE 2021-2027 drastycznie zmniejszą się fundusze dla Polski, to biorąc pod uwagę ograniczenia wynikające ze słusznej, konstytucyjnej zasady ograniczenie długu publicznego, okaże się – i widać już dzisiaj – że rozwój Polski jest toksyczną bombą z opóźnionym zapłonem. Po 2020 r., wraz z nałożeniem się problemów demograficznych, musi ona wybuchnąć, jeśli rzecz będzie się toczyć obecnym tokiem. Gdy patrzymy na zadłużoną Grecję i jej fundusz powierniczy, kluczowego znaczenia nabiera wzmocnienie konstytucyjnej ochrony państwowej kontroli nad lasami, zasobami mineralnymi, wodą pitną, ziemią rolną i strategiczną infrastrukturą energetyczną i transportową. Wtedy nie będzie wolno za pomocą zwykłej ustawy sprywatyzować tych aktywów, aby spłacać dług publiczny.
  2. Na czerwono został zaznaczony efekt nacjonalizacji 154 miliardów zł oszczędności emerytalnych Polaków w OFE. Oczywiście realnie żadnych problemów finansowych to nie zmieniło i było zwykłym trikiem księgowym mającym na celu odskoczenie od konstytucyjnego limitu zadłużenia. Samo zadłużenie realnie wzrosło w 2014 r. zapewne o przynajmniej 100 miliardów złotych. Tym samym nasuwa się istotny problem nieszczelności art. 216. Konstytucji RP: Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawaa dokładnie pogrubionej części, pozwalającej na manipulacje wyliczaniem wysokości długu za pomocą zmiany ustawy w sejmie przez zwykłą większość.
  3. Warto tu zwrócić uwagę na nielegalne wypływy finansowe z Polski. Zapewne jest to kwota sporo mniejsza, niż drenowanie zysku z Polski przez duże, zagraniczne korporacje celem uniknięcia zapłacenia i tak w sumie niewielkiego podatku CIT. Biorąc pod uwagę omijanie tego problemu przez władze oraz fakt nacjonalizacji OFE, a także np. podatek Belki uderzający w zwykłych obywateli, jasno widać beneficjentów i sponsorów obecnego układu politycznego.
  4. Odsetki za dług zagraniczny są spore i bardzo ryzykowne, patrząc na przykład „frankowiczów”. Dług niezłotówkowy powinien być zamieniony na złotówkowy w pierwszej kolejności.

Tabela 2. Dane statystyczne w % (źródła: Eurostat, GUS, Global Financial Integrity, obliczenia własne).

liczby-nie-klamia-tab2

W tabeli 2 rzuca się w oczy kilka elementów:

  1. Na niebiesko został zaznaczony wzrost zadłużenia publicznego w latach 2008-2011. Zapewne był to efekt przeciwdziałania kryzysowi finansowemu, co kosztowało ekstra, porównując ze średnim przyrostem długu, około 10% PKB.
  2. Na czerwono ponownie widać efekt manipulacji ustawą obliczającą dług publiczny (efekt nacjonalizacji OFE). Biorąc pod uwagę, że Grecja podobnie manipulowała długiem przez lata, widać, jakie to może mieć dramatyczne skutki kilka lat później.
  3. Na szczególną uwagę zasługuje średnio -4,1% PKB rocznego bilansu płatniczego Polski, czyli dwukrotność wydatków na armię. To bardzo ważna informacja i wskaźnik, na którego zmniejszenie należy zwracać baczną uwagę w przyszłości.
  4. Warto być świadomym malejących funduszy UE w relacji do PKB. Zapewne trend ten będzie kontynuowany.
  5. Średnio 2,4% PKB Polska wydaje na odsetki (nie mylić ze spłatą) od długu publicznego. To około 50% kwoty wydawanej na publiczną służbę zdrowia, która, jak pokazuje tabela 3, wynosi zaledwie około 4,7% PKB.
  6. Około 1,1% PKB to zidentyfikowane nielegalne wypływy finansowe z Polski.

Tabela 3. Wybrane dane ekonomiczne z baz danych Banku Światowego i Eurostatu (lata 2011-2013).

liczby-nie-klamia-tab3

W tabeli 3 rzuca się w oczy kilka kwestii:

  1. Widać, że w Polsce przeznacza się około 10% PKB mniej na cele socjalne, niż robią to kraje rozwinięte. Ta brakująca kwota zapewne jest bilansowana przez nielegalne wypływy finansowe, unikanie płacenie podatków przez zagraniczne korporacje, uprzywilejowanie podatkowe polskich superbogaczy itd., czyli istnienie de facto regresywnych, a nie progresywnych podatków, sumując CIT, PIT, VAT, akcyzy, podatki lokalne itd.
  2. Polski rynek pracy charakteryzuje się niskim udziałem pensji w PKB. Tygodnik „Polityka” podawał wartość 35,6%, mówi się też o około 48% – różnice to kwestia metodologii, jednak komunikat jest oczywisty: pensje są za niskie w relacji do PKB o przynajmniej 10%. Widać również strukturalnie za wysokie bezrobocie i za niski udział zatrudnionych w populacji. Mówiąc inaczej, polski rynek pracy jest bardzo niskiej jakości, jako patologiczny rezultat działań tak hołubionej przez neoliberałów „niewidzialnej ręki rynku”.
  3. Zwraca też uwagę, porównując np. z Czechami, zbyt niski odsetek eksportu zaawansowanych technologii. Jest to pośrednio powiązane z poniższym wykresem 1, pokazującym, że Polska na badania i rozwój wydaje dużo mniejsze kwoty niż inne państwa. Produkcja zaawansowanych technologii nie bierze się z „odwiecznych praw rynku”, lecz jej warunkiem koniecznym (choć niewystarczającym) jest zapewnienie odpowiednich publicznych finansów i przemyślanej, długoterminowej polityki przemysłowej.
  4. Spore zagrożenie dla rozwoju Polski stanowi nadmierny udział zagranicznego kapitału w polskiej bankowości. Takie kraje, jak Niemcy czy Dania wiedzą, co robią, utrzymując go na niskim poziomie i warto je naśladować. Pouczający jest poniższy wykres 2.

Wykres 1. Wydatki na badania i rozwój w latach 2002-2012 jako procent Produktu Krajowego Brutto (Źródło: Eurostat).

liczby-nie-klamia-wyk1

Wykres 2. Udział banków kontrolowanych z zagranicy w aktywach największych 10 banków w 2008 r. (za: http://www.sgh.waw.pl/katedry/kzfp/konferencjeseminaria/CS-SGH2012.01.17.pdf/download).

liczby-nie-klamia-wyk2

Poniższe tabela 4 i wykres 3 powinny być memento dla zwolenników nadmiernego zadłużania, zwłaszcza w obcych walutach. Mianowicie widać, jakie ryzyko niesie za sobą przy nadmiernym zadłużeniu skokowy wzrost kosztów obsługi długów, spowodowany utratą wiarygodności na rynkach finansowych czy atakami spekulacyjnymi.

Tabelka 4. Zadłużenie wybranych państw UE i odsetki od długu.

liczby-nie-klamia-tab4

Wykres 3. Koszty obsługi długu publicznego (odsetki) jako % PKB (2012 r.).

liczby-nie-klamia-wyk3

Rosnące nierówności społeczne to poważny problem w Polsce. Za pomocą wskaźnika Giniego można ten problem pokazać. Poniższy wykres 4 pokazuje, jak kształtuje się ten wskaźnik w różnych krajach.

Wykres 4. Wskaźnik Giniego dla wybranych państw (Źródło: Wikipedia).

liczby-nie-klamia-wyk4

Polska nie wypada tu najgorzej, choć gorzej to wygląda patrząc na rozwój wieloletni, co pokazuje poniższy wykres 5. Chile, neoliberalny raj wg licznych polskich „ekspertów”, ma jeden z wyższych poziomów nierówności, a USA idą łeb w łeb z Ukrainą i Rosją, wyprzedzając Chiny.

Wykres 5. Wskaźnik nierówności społecznych Giniego dla wybranych państw w latach 1985-2012 (źródło Bank Światowy).

liczby-nie-klamia-wyk5

Wykres 5 pokazuje kilka ciekawych rzeczy:

  1. Widać, że kraje komunistyczne miały w 1985 r. podobną wartość wskaźnika Giniego, około 0,25. Porównując z Rosją czy Chinami, Polska była nawet pionierem wzrostu nierówności w latach 1992-1997.
  2. Niewielki spadek od 2004r. łączy się ze zmianą metodologii liczenia.
  3. Nierówności społeczne rosną dużo szybciej w Chinach, Rosji czy Ukrainie, niż w Polsce.
  4. Czechy i Węgry nie poddały się neoliberalnej presji i utrzymują niski wskaźnik nierówności.
  5. Boliwia została poddana neoliberalnej kuracji kilka lat przed Polską. Można sobie tylko wyobrazić, jaki to oznaczało dramat dla tego, i tak ubogiego, społeczeństwa. Dopiero około roku 1999 odrzucono założenia Konsensusu Waszyngtońskiego, więc Boliwia, podobnie jak inne kraje Ameryki Łacińskiej, poszły swoją, zdroworozsądkową drogą. Ciekawostką jest, że znany nam dobrze prof. Jeffrey Sachs pełnił podobną rolę w Boliwii, jak potem w Polsce będąc doradcą z ramienia Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

W powyższym tekście pokazałem kilka wskaźników, które, powiedzmy, nie należą do wiedzy i refleksji mainstreamowej w Polsce. Widać z nich, że Polska w wielu obszarach rozwija się w sposób charakterystyczny dla kraju eksploatowanego w sposób niezrównoważony.
W ostatniej, poniższej tabeli 5 zastanowimy się, jak te wskaźniki powinny wyglądać za około 20 lat. Niestety, szybkie zmiany nie są tu możliwe, gdyż sprawy zaszły za daleko. To żmudny proces, który należy bardzo dobrze zaplanować i konsekwentnie wdrożyć.

Tabela 5. Przykładowe cele dla roku 2035 dla Polski jako wyraz wdrażania art. 2 Konstytucji RP o sprawiedliwości społecznej.

liczby-nie-klamia-tab5

Oczywiście, tabela 5 może być rozwinięta o inne wskaźniki, takie jak demografia, imigracja, emigracja, bieda i wykluczenie społeczne, udział wydatków w PKB dla edukacji czy ubezpieczenie od bezrobocia. Zaproponowane cele odzwierciedlają sytuację w krajach, na których powinniśmy się wzorować, takich jak Finlandia, Dania, Niemcy, a w niektórych przypadkach także Czechy i Węgry. Co takie zmiany by oznaczały?

  1. W obszarze finansów widać wyraźnie, że główną ofiarą takich zmian byłaby szeroko pojęta zagranica, obecnie drenująca Polskę z zasobów poprzez niewłaściwy system podatkowy, unikanie płacenia podatku od zysków kapitałowych, nielegalne wypływy kapitałowe oraz spore odsetki od długu publicznego. Straciliby także niektórzy polscy superbogacze, wyprowadzający swoje aktywa do rajów podatkowych. System podatkowy da się uszczelnić w kilka lat, natomiast oddłużanie to proces na 20-30 lat.
  2. Tym samym wywoła to zmasowaną kampanię przeciwko takiemu kierunkowi. W praktyce jej metodologię można zaobserwować już teraz, kiedy się mówi o podatku obrotowym dla dużych sieci handlowych oszukujących na podatku CIT, o przewalutowaniu kredytów we frankach czy o kwestii wzmocnienia konstytucyjnej ochrony lasów państwowych: liczne jednostronne artykuły w mediach, opinie „autorytetów” związanych z zagranicznym kapitałem, grożenie międzynarodowym arbitrażem, zwalczanie sił politycznych popierających ten kierunek czy epatowanie społeczeństwa katastroficznymi wizjami.
  3. Sfera socjalna jest obecnie niedofinansowana na około 10% PKB, co widać w marnych wydatkach na publiczną służbę zdrowia, publiczne nakłady na mieszkania czy – nieujęte w powyższych zestawieniach – niewielkie wydatki na ubezpieczenie od bezrobocia.
  4. Szczególnie zaniedbany jest rynek pracy. Jest on za mały, ze szczególnym wskazaniem na osoby starsze oraz udział pensji w PKB, który powinien wzrosnąć o kolejne przynajmniej 10%. To proces na lata, obarczony dużym ryzykiem konfliktów społecznych.
  5. Dobry rynek pracy to konkurencyjny przemysł, czyli produkcja zaawansowanych technologii. Tu brakuje kolejne 2% PKB rocznie na badania i rozwój, by z czasem polskie technologie zaczęły być globalnie konkurencyjne w masowej skali.
  6. To wszystko oznacza jednak duże wydatki publiczne, których nie wolno finansować przez zaciąganie kolejnych długów. Ich sfinansowanie powinno być dokonane dzięki systematycznej zamianie obecnego regresywnego systemu podatkowego na progresywny, wliczając w to najbogatszych rodaków oraz największe zagraniczne firmy, zwłaszcza w sektorach usług krajowych.
  7. Opodatkowanie zagranicznego kapitału sektorów produkcyjnych jest trudniejsze i powolniejsze, gdyż wiąże się z ryzykiem szybkiej wyprowadzki z Polski. Tym samym zwiększenie obciążeń podatkowych powinno być dostosowane do konkretnych sektorów i ich logiki biznesowej. Dotyczy to również Specjalnych Stref Ekonomicznych, których powolna fiskalizacja jest koniecznością.
  8. System bankowy to krwioobieg gospodarki. Obecnie nadmierny wpływ zagranicznego kapitału jest rażący i średnioterminowo powinien zostać zmniejszony o przynajmniej 50%, również dzięki inteligentnym regulacjom.
  9. Wskaźnik nierówności społecznych Giniego powinien systematycznie się polepszać. Myślę, że poziom Węgier, Czech czy Słowacji nie jest czymś niemożliwym.
  10. Dlaczego Polska nie miałaby stać się za 20 lat zamożniejszym państwem niż Niemcy czy Szwecja? To oczywiście trudny cel, ale czy nierealny, mimo że 20 lat to bardzo mało na wygenerowanie takiego wzrostu? Chodzi jednak o prowokację intelektualną. Dlaczego nie możemy mieć ambitnych celów i je realizować, zwłaszcza biorąc pod uwagę polskie zasoby naturalne, kapitał ludzki, silną tożsamość i kulturę?

Przykłady celów opisanych w tabeli 5 są zgodne z interesem narodowym i społecznym Polski i Polaków oraz z art. 2 Konstytucji RP, który stanowi, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Moim zdaniem wiele powyższych celów realizuje zapisy tego artykułu, a utrzymanie obecnego, neoliberalnego kierunku jest niekonstytucyjnym zaniechaniem.

Na górze myśliwce, na dole Qachaqbar

Na górze myśliwce, na dole Qachaqbar

1.

Już na ławkach, przed wejściem, ktoś rozpływa się w narkotykowym niebie. Na ziemi, zaraz po przekroczeniu furtki, leżą zużyte strzykawki. A trzydzieści metrów dalej rozłożone przez wolontariuszy namioty dla uchodźców.

Podobno około czterystu. Ostatnia fala to sami Afgańczycy, w większości nastolatki i dzieci. Niektóre bez krewnych. Rodzicom starczyło tylko na jeden przemyt.

Żar leje się z nieba, w połowie sierpnia temperatura dochodzi do trzydziestu ośmiu stopni. Wokół namiotów przechadzają się wolontariusze. Zabiorą dzieci na plac zabaw, zorganizują zajęcia plastyczne i gry zespołowe, puszczą bańki mydlane.

Od święta pojawi się w parku policja na kilkanaście minut. Na odcinek z narkomanami zamknie oczy. Przejdzie do obozowiska uchodźców, przespaceruje się w tę i z powrotem, odmaszeruje.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

2.

Park Pedion Areos, „Pole Aresa”, jest ładny i zadbany, ale Ateńczycy nie przychodzą już tutaj na spacery. Pole greckiego boga zniszczenia i wojny to dziś skład żywności i wody. Za współczesną łaźnię grecką robi fontanna przed wejściem, choć niektórzy kąpią dzieci pod strumieniem z węża ogrodowego. Pod pomnikami bohaterów greckiej rewolucji kilku uchodźców ucina sobie drzemkę. Chłopiec z Afganistanu biega przebrany za Napoleona. Inni grają w piłkę.

Są afgańscy lekarze, przedsiębiorcy, studenci, robotnicy, dziennikarz, żołnierz, prawnik, nauczyciel akademicki. Nie ma wśród nich biedaków. Trzeba mieć kilka tysięcy euro, żeby zapłacić przemytnikowi, Qachaqbarowi, jak nazywają go Afgańczycy, który pomaga imigrantom przedostać się do Europy. Uchodźcy zazwyczaj uciekają z mniejszą częścią pieniędzy. Resztę dopłaci rodzina. Oczywiście, jeśli uchodźca dotrze do następnej bazy – w końcu dla nikogo, kto rozpoczyna drogę, nie jest pewne, czy zakończy ją żywy.

Qachaqbar jest katem i wybawcą. Nie da wody i jedzenia, zwyzywa, spoliczkuje przy wszystkich, doprowadzi do płaczu i kopnie leżącego. Przypominając, że ma zapłacić, inaczej droga do lepszego świata skończy się dla niego w miejscu, w którym stoi. Ale jest tym, który pomoże, gdy zjednoczona Europa zamknie oczy i granice na cztery spusty.

3.

Na górze, na niebie, jest Chinook. Produkowany przez Amerykanów wielozadaniowy, wyposażony w trzy karabiny maszynowe śmigłowiec transportowy. Po jego prawej F-coś tam, może F-16?, lub inny myśliwiec. A na dole jest przemytnik na łodzi obok flagi z czaszką – tłumaczy jeden z pedagogów, który organizuje w parku zajęcia dla dzieci. – Obrazek pokazuje sytuację uchodźców: są zawieszeni między wojną a zarabiającą na niej mafią. Między śmiercią od bomb lub z rąk talibów a śmiercią na morzu lub podczas nielegalnego przekraczania granic.

Rozmawiamy o rysunku ośmioletniego chłopca.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

4.

Samoloty wojskowe to codzienny widok dla ludzi mieszkających w rejonach konfliktów na Bliskim Wschodzie. Dzieciaki zapamiętują, jak ojcowie opowiadają, co akurat przelatuje nad głową. Afgańczycy więcej wiedzą o posługiwaniu się bronią palną, niż o uprawie roli.

Pytam, jak wyglądało ich życie w ojczyźnie, za czym będą tęsknić, jak pamiętają dzień, w którym postanowili, że muszą się wynieść. Odpowiedź zawsze jednakowa, wypowiedziana zdziwionym głosem wyliczanka kilku słów wyraźnie sygnalizująca, że pytanie było nie na miejscu. – No, wojna jest: bomby, wybuchy, samoloty, śmierć. Jak może wyglądać dzień w Afganistanie?

Zamiast gry w klasy i podchodów strach przed wyjściem z domu. Zamiast ilustrowanej „Encyklopedii samolotów wojskowych” codzienne obserwacje. Dziecięce rymowanki podobne do tych, które pamiętam z własnego dzieciństwa („Na górze róże, na dole fiołki…”, nie przestaje chodzić mi po głowie, kiedy mijam grupki dzieci w wieku przedszkolnym) zastępują doniesienia o kolejnych bombardowaniach.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

Człowiek by pomyślał, że taki obrazek z wojny będzie szary, brutalny, nie wiem… – dzielę się refleksją.

Wolontariuszom zależy, aby dzieci miały chociaż kolorowe kredki.

Fot. Angelina Kussy

Fot. Angelina Kussy

5.

Żeby ze stolicy Afganistanu dotrzeć do Pedion Areos, trzeba pokonać ponad pięć i pół tysiąca kilometrów. Dziesięć godzin samolotem, ale prawie tysiąc piechotą. To prawie dwie szerokości Europy. Dwa razy od Lizbony do Warszawy. Przez wielkie państwa, Iran i Turcję, pustynie, morze, wysokie góry.

Do Iranu można dostać się na dwa sposoby: bezpiecznie, legalnie, z wizą. Lub nielegalnie, pod siatką. Ryzykując, przyłapanie przez żołnierza irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, Sepāh-e Pāsdārān-e, który powie: „Masz 3 minuty na ucieczkę, potem zaczynam strzelać”. Osoby, które nie biegają wystarczająco szybko, giną na tym odcinku.

Łatwiejsza w przejściu jest granica irańsko-turecka, lecz potem zostaje kilkudniowa droga pod górę, czasem bez jedzenia i picia, jeśli zapasy się skończyły lub były zbyt ciężkie, by ciągnąć je na szczyt. Nie każdy daje radę.

Jak jedenastoletni syn Gofura. Nie miał siły iść kilka dni nieustannie pod górę, sapał i narzekał, nie było już wody dla wszystkich. Ojciec odwrócił się i poszedł sam. Zostawił go w górach po stronie tureckiej.

Gdy dotarli do wybrzeży, Gofur i 20 innych osób w lichych pontonach popłynęli w kierunku greckiej wyspy Lesbos. W tym samym czasie setki innych Afgańczyków, Syryjczyków, Irakijczyków cumowały na pierwszych napotkanych wyspach należących do Unii Europejskiej: Leros, Kos, Chios czy Samos. W prowizorycznym ośrodku dla uchodźców czekali na dokument poświadczający miesięczne pozwolenie na pobyt.

Fot. Angelina Kussy

Fot. Angelina Kussy

Na przeludnionych już wyspach będą przeszkadzać swoją obecnością europejskim turystom, którzy „lubią jeść, opalać się i odpoczywać”. I którzy będą udzielać wywiadów o tym, że „imigranci” (słowo „uchodźca” nie przejdzie im przez gardło) zamienili ich wakacje w koszmar.

Potem uchodźcy skontaktują się z Qachaqbarem w sprawie dalszych kroków.

Gdy szok minie, a głos instynktu przetrwania umilknie, Gofur będzie płakał w ośrodku przez cztery noce z rzędu. Będzie ściskał swoją koszulę między nogami i wył z bólu. Powtarzając, że nie rozumie, dlaczego to zrobił. Dlaczego zostawił syna.

6.

Grupa greckich anarchistów umawia się w południe. Pheobus, 19-letni chłopak z bródką, gra na pianinie, aby zarobić na rachunki, mieszka sam otoczony sporą kolekcją książek. Reszta studiuje na uniwersytecie lub dokształcają się samodzielnie. Wszyscy mają ciemne oczy i ciemne włosy, śmiejemy się, że wpisują się w polski stereotyp Greka. Jest wśród nich wysoka studentka filologii angielskiej. Między pracą w kawiarniach, oczywiście na umowach śmieciowych. Po robocie angażują się w różne struktury alternatywne wobec oficjalnej gospodarki: pomagają w kuchniach społecznych, udzielają korepetycji dzieciom, wymieniają się rzeczami za pośrednictwem różnych portali, tak, żeby jak najmniej pieniędzy było potrzebne do życia.

Idą na targ. Dyskutują, jak prosić o warzywa dla uchodźców i jak w uprzejmy sposób sformułować zdania po grecku, aby przekonać do siebie sprzedawców. Nie ujawniają się ze swoimi poglądami politycznymi; chcą, aby pomoc nie miała żadnego logo. Z takich akcji pochodzą surowce do potraw, które wolontariusze przynoszą do parku.

Jeśli już ktoś coś dawał – to nie mniej, niż pełną siatkę. Na około 50 stoisk, które obeszli, siedmiu sprzedawców odmówiło. Jedna pani oddała cały towar ze swojego stoiska. Niektórzy wybierali warzywa i owoce, które lada dzień się zepsują, takie jak miękkie już pomidory. Jeden sympatyczny sprzedawca podszedł do sprawy profesjonalnie: na pięć minut ich zatrzymał, żeby wymacać wszystkie swoje pomarańcze i wybrać te najlepsze.

W ogarniętej kryzysem ekonomicznym Grecji czasów polityki „zaciskania pasa”, gdy oszczędzać już nie ma na czym, nikogo nie dziwi pytanie o jedzenie. Cała Grecja pokryta jest siecią oddolnie zorganizowanych kuchni społecznych, w których wolontariusze zbierają jedzenie, gotują i rozdają potrzebującym. Organizowanie się, pomaganie i korzystanie z pomocy to codzienne doświadczenie większości współczesnych Greków.

Pozwólcie im zginąć! – krzyczy zgarbiona i ubrana cała na czarno staruszka, która właśnie wkładała do swojego wózeczka zakupione warzywa. – Grecy też są głodni dodaje rozwścieczonym tonem.

Ale my zbieramy warzywa na posiłki w parku, Grecy też czasami przychodzą, nie pytamy o narodowość rozdając jedzenie – tłumaczy jej jedna z anarchistek.

I tak powinni umrzeć – usłyszą w odpowiedzi.

I pójdą dalej. Mają już tyle produktów, że więcej się nie zmieści do wozu.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

7.

Warzywa i owoce pojadą do Steki, centrum zarządzania pomocą uchodźcom w dzielnicy Exargia, gdzie w kuchni społecznej wolontariusze przygotują posiłki. Tutaj jest też tablica, na której zapisuje się, czego brakuje w parku, a wolontariusze robią jej zdjęcie i wrzucają na Facebooka. W Steki przechowywane są rzeczy, które przynoszą ludzie, którzy zareagowali na zdjęcie: jedzenie, wodę, ciuchy, lekarstwa.

Jeden z tych, którzy „powinni umrzeć”, to Ata Aliazada, średniego wzrostu nieco krępy mężczyzna o nerwowym uśmiechu. Dotarł do parku po 40 dniach drogi. Był tłumaczem wojska afgańskiego. Rozmawiamy przy górze ciuchów, które przynieśli dziś Grecy.

Plan na przyszłość? Przeżyć.

Miał pieniądze, samochód, duży dom. Pokazuje mi na ekranie komórki zdjęcia posiadłości, braci i sióstr, swoje w wojskowym mundurze.

Wybuch nastąpił tuż obok niego, ledwo przeżył i wtedy stwierdził, że ma dosyć. Skontaktował się z kimś z rodziny, żeby mu przywiózł pieniądze i ze znajomym, który zna przemytnika.

Pytasz mnie, co się dzieje w Afganistanie, ale ja sam tego nie rozumiem. Kiedyś talibowie walczyli przeciwko rządowi i Stanom Zjednoczonym, obecnie talibowie i rząd to jedno i to samo, chociaż niby ci pierwsi mają zwalczać tych drugich. Działania zbrojne finansowane są przez wrogich sąsiadów: Iran i Pakistan. Amerykanie szkolą nasze wojska i dostarczają broń, ich gospodarka oparta jest na wojnie, więc tylko korzystają na tym, co się u nas dzieje. Co mam na myśli? Eksploatują nasze surowce. Media o tym nie mówią. Krytyczne gazety w Afganistanie? Żartujesz?

Od roku, od początku kadencji nowego prezydenta Aszrafa Ghaniego, Afgańczycy boją się wychodzić z domu. Poprzedni, Hamid Karzaj, chciał pracować dla wszystkich: Uzbeków, Turkmenów, Tadżyków, Hazarów i Pasztunów. Tak mówią Afgańczycy z parku. Wraz z nowym prezydentem wrócił Afganistan plemienny, etnicznie podzielony.

8.

Pięć i pół tysiąca kilometrów, żeby dotrzeć do parku, pokonała Narges Hassanzadah z mamą. Pochodzą z Kabulu. Narges ma 18 lat, ciemną chustę na głowie i kontrastującą z jej czarnymi oczami różową szminkę na ustach. Siada bokiem, elegancko łącząc nogi.

Ma dwie siostry, 24 i 21 lat. Obie mężatki. Tylko dla niej nie zdążyli znaleźć mężczyzny. Śmieje się, że udało jej się uciec przed przeznaczeniem.

I przed życiem kobiety w Afganistanie. Do diabła ze wstawaniem o świcie, pieczeniem chleba w przydomowej piekarni, sprzątaniem domu i praniem. Koniec zakazu studiowania. Koniec skierowanych do mężczyzn próśb o pozwolenie na wyjście z domu.

Narges i Mohammadowi, który tłumaczy naszą rozmowę, zrobię zdjęcie telefonem komórkowym, gdy będziemy się żegnać. Ona każe mi je skasować i poprosi o takie, na którym będzie sama. Zapozuje wtedy ze szczerym uśmiechem.

Wkrótce mi wyjaśnią: zdjęcie kobiety z innym mężczyzną, bez ślubu, mogło być dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Strach, że ktoś je zobaczy w mediach społecznościowych, był silniejszy od tego, co sama na ten temat myśli. Fotografia w Afganistanie to narzędzie niebezpieczne. Jeśli jest na niej uwieczniona kobieta, ktoś wywoła zdjęcie i zacznie rozdawać, ona nie będzie mogła wyjść za mąż. Rozdano jej wizerunek, od teraz ma „złe imię”.

Narges ma marzenie: chce zostać aktorką. Potrzebuje rozgłosu. Jeśli nie pojawi się na ekranie, nikt nie będzie jej słuchał. A chce mówić o rzeczach ważnych, o tym, co dzieje się w Afganistanie. O sytuacji kobiet.

A tak najbardziej w świecie chce pomóc mamie, która ciężko pracowała po śmierci ojca. Ma cukrzycę. Narges marzy, żeby mogła pójść do szpitala.

9.

Rozejrzyj się po parku, czy ja jestem podobny do Narges? Powiedziałabyś, że jesteśmy z jednego kraju? – pyta Mohammad. W Atenach żyje od 10 lat, pracuje dla Wspólnoty Afgańskiej w Atenach. Uciekł po tym, jak stracił rodziców, kiedy z talibami walczyły jeszcze wojska amerykańskie.

Cztery najliczniejsze w Afganistanie grupy etniczne – Pasztunowie, Tadżycy, Uzbecy i Hazarowie – skupiają się w innych regionach. Mają swoje języki i odrębne lokalne rządy. Nietrudno jest rozpoznać „obcego”. Twarze podobne do europejskich o nieco ciemniejszej karnacji jak u Narges – Tadżycy. Niski wzrost i mongolskie rysy jak Mohammeda – Hazarowie. Jedni drugim są wrogami.

Dlatego uchodźcy docierają do ziemi europejskiej i płaczą ze szczęścia, bo czują ulgę. Myślą, że przemoc i segregację zostawili za sobą.

Mohammad przychodzi do parku ich ostrzec.

Poczekajcie. Nie idźcie dalej w pośpiechu. Grecy wykończeni zagranicznymi długami, praktycznie pozbawieni publicznej służby zdrowia, być może nie pomogą wam tak jak Niemcy. Nie dadzą pracy.

Ale do Niemiec jeszcze daleka droga.

Po drodze Macedonia, Serbia i Węgry.

Porywają i sprzedają ludzi na organy, dzieci do adopcji. Pobiją was służby graniczne i policja – mówi Mohammad, który współpracuje również z organizacją Act Up Drass Helas przeciwko handlowi ludźmi. Uchodźcy nie wiedzą jak przywita ich cywilizowana Europa.

Grecy wyuczeni są solidarności – tłumaczy. – Nawet jeśli sami nie mają, to się podzielą. A lewicowy rząd, choć nie pomaga, nie pozwoli uchodźcom zrobić krzywdy. Nie zamknie ich w ośrodkach o więziennych warunkach. Nie naśle policji, która spali im rzeczy i dokumenty pod parlamentem, jak Syryjczykom za poprzednich rządów.

Kilka dni po tej rozmowie Mohammad wyruszy w podróż po Europie. Jako aktywista będzie działał na rzecz praw ludzi uciekających przed wojną i terrorem.

Kryzys migracyjny to tragedia uchodźców, nie Europejczyków – będzie argumentował. – Dla Zachodu to jest okazja, aby przygotować nową generację, która pokończy europejskie uniwersytety, wróci i stworzy zdrowy kraj, który nie zagraża całemu światu jak rosnące w siłę Państwo Islamskie. Ci młodzi ludzie zasługują na drugą szansę.

10.

Aliakbar Jawahari do Aten dotarł po 45 dniach, a koledzy, z którymi przebył drogę, od trzech dni są już u celu. Mieli 3000 euro na trasę Grecja-Szwecja, więc poczekali na kolegę, który utknął w parku, bo brakuje mu 600 euro.

Był upał, jak to zwykłe w Afganistanie, kiedy zadzwonili talibowie i powiedzieli, że albo przestanie uczyć, albo podetną mu gardło. Potem jeszcze wysłali groźby potwierdzeniem na piśmie.

24-letni Aliakbar uczył informatyki. Jest ateistą. Takich jak on, od technologii i angielskiego, szerzenia zgniłej kultury Zachodu, talibowie nie lubią najbardziej.

Rodzinie nic nie powiedział. Zebrał się z innymi chłopakami, którzy postanowili wyruszyć w drogę i wymknął się w nocy. Wziął rodzinne oszczędności.

Nie było ataków bombowych w jego prowincji Dajkondii, ale talibowie nie odpuścili żadnemu lokalnemu liderowi, a za takich mieli nauczycieli. Najpierw ostrzegali telefonicznie. Potem śledzili i szkalowali.

Będzie tęsknił za krajem. Bardzo lubił uczyć dzieci. Uważa, że nie ma nic ważniejszego, niż bliscy. I nikt nie chciałby jechać do Europy, żeby być z dala od nich.

Wróci, jeśli kiedyś sytuacja w Afganistanie się ustabilizuje.

Boi się zadzwonić do rodziny.

11.

Część rodziny Khaleda Babori zginęła w eksplozji. – Zginą wszyscy, prędzej czy później. Nie może być inaczej przy czterech eksplozjach na prowincję dziennie – mówi ubrany od sześciu dni w niebieską koszulkę i niebieskie krótkie spodenki szesnastolatek. W parku zabrakło ubrań w rozmiarze odpowiednim dla szczupłych chłopaków.

Okropnie bał się wyjechać. Oglądał w wiadomościach informacje o kolejnych uchodźcach, którzy utonęli w drodze. Bił się z myślami aż w końcu w ramadan zadecydował. Przeprawa z Afganistanu do Aten zajęła miesiąc, podróżował w kilkuosobowej grupie. Po drodze pytali lokalnych mieszkańców: „w którą stronę do Europy?”. Nie mieli żadnej mapy.

Przez granicę między Iranem a Turcją przemycili ich w samochodzie Kurdowie. Potem spali na skałach, cztery dni nic nie jedli.

Wieczorem, zanim wypłynęli w stronę greckich wysp, przeszedł się na wzgórze. Popatrzył w dal, w morze. Zobaczył jakąś łódkę lub ponton. Wróciły obrazy, które oglądał wcześniej w telewizji. Ktoś na dużej łodzi z mocnym silnikiem podpłynął i krążył wokół jednego pontonu tak długo, aż poszedł na dno.

Na tyle daleko od lądu, żeby ludzie nie mogli się uratować i na tyle blisko, żeby Khaled mógł obserwować to z góry. W ciągu ostatniego tygodnia utonęło 70 osób. Mówi, że być może zatapiający to irańscy terroryści, ale skąd on może to wiedzieć. Nie ma już gdzie wrócić. Pozostało modlić się do Allaha. I wierzyć. Przecież na pewno nie zatapiają wszystkich pontonów.

12.

Shah Nazari ma ciemne włosy i lekki zarost. Jest Tadżykiem, rozpoznaję bez pytania po twarzach. W obozie na wyspie Lesbos skłamał, że ma 17 lat. O dwa mniej niż w rzeczywistości, „bo z Niemiec nie deportują nieletnich”. Inny Afgańczyk skłamał, że jest Syryjczykiem: „bo ich Niemcy uznają za uchodźców, a nas nie”.

Nie ma tak ciemnej skóry jak większość Afgańczyków, mógłby udawać Włocha. Przez chwilę będzie rozważał, czy nie kupić fałszywego dowodu. Spojrzy na mój, obróci we wszystkie strony i odda śmiejąc się ironicznie, jak bardzo życie zależy od obywatelstwa. – Masz ten plastik, jesteś wielką szczęściarą. Tylko go nie zgub – rzuci na zakończenie w żartach. – Bo do Polski wrócisz z nami przez Macedonię.

Był duszą towarzystwa i troskliwym bratem rozśmieszającym ósemkę rodzeństwa. Niełatwo było je zostawić. Ale plan jest taki – najstarszy syn dociera do Europy, ustatkuje się i sprowadzi rodzinę. Choć nie mają nawet na przemyt, bo zbankrutowali po tym, jak wybuch zniszczył ich sklep z hidżabami.

Pomogła przyjaciółka z Facebooka. Przyjęła jedno z wielu zaproszeń, które wysyłał, żeby porozmawiać z ludźmi o czymś innym, niż wojna; wypytywał o kulturę, zwyczaje, codzienne życie w ich kraju. Tak się poznali.

Daniela jest Rumunką mieszkającą w Belgii. Mąż ją zdradził i chciała rozwodu, zwierzała się Shahowi godzinami na czacie. Potem zaczęła dzwonić. On radził pamiętać o dziecku. Dać temu jeszcze szansę. Wróciła do męża i są szczęśliwi, a Daniela nie zapomniała o przyjacielu. Łącznie wysłała mu już 900 dolarów.

Angielskiego nauczył się zaledwie przez rok, na kursie, na który ciężko pracował jego ojciec. Liceum skończył z najlepszymi wynikami. Odebrał dyplom, spojrzał na niego, usiadł i wybuchnął płaczem dziecka. Zacisnął ręce ze złości, bo pomyślał, że może wyrzucić go do kosza. W kraju terroru talibów to zwykła kartka, która do niczego nie służy.

Zamknął książki, zatrudnił się w innym sklepie z hidżabami za 7 euro dziennie i spłacał powoli długi ojca. Marzy o tym, żeby skończyć w Niemczech studia i zostać lekarzem okulistą. Mówi, że to dlatego, że człowiek jest w stanie żyć pozbawiony wielu rzeczy, nawet ręki i nogi, ale jak się nie widzi tego, co się wokół dzieje, to tak jakby nie żyć.

13.

Gdy zamyka oczy, widzi pożar i ciała. Czasem wahał się, czy wyruszyć w drogę, ale wtedy przywoływał w głowie obraz taliba. – Dzieci nowego prezydenta są w Ameryce. Nie boi się o ich życie, jak nasi rodzice. Nie zna tego strachu – powtarza Shah kilka razy podczas naszej rozmowy. Prosi, żebym zanotowała.

Rodzice nie pozwolili mu przekroczyć granicy afgańsko-irańskiej nielegalnie, czekał dwa tygodnie na wizę. W Iranie przyjął go kuzyn, potem Shah przebił się do Turcji, zatrzymał się u przyjaciela i zadzwonił do ojca. – Sprzedaj dom, potrzebuję pieniędzy. Przyszły, gdy był w Stambule. Rodzice, czterech braci i cztery siostry mieszkają teraz w wynajmowanych czterech pokojach.

Pozostała droga ku idyllicznym greckim wyspom. Łódź miała 9 metrów. Zmieściła 40 osób. Usłyszeli odgłosy podobne do kruszonego lodu. Łódka trzęsła się cała, dzieci płakały, wszyscy zaczęli się modlić. Przetrwali. Rozbili się pod koniec drogi, 40 osób wylądowało w wodzie, ale byli już blisko, ojcowie i młodzi powyciągali małe dzieci na brzeg.

Do ośrodka dla uchodźców szli trzy godziny. Próbowali pojechać autostopem, ale bez skutku. Jedna osoba zwolniła, żeby wskazać drogę do najbliższego posterunku policji. 4 dni spędzili w obozie. Z tego dwa na zewnątrz, bo nie było już miejsca. Nie było nawet elektryczności. Do jedzenia dawali makaron z chlebem.

Wrócili na wodę, pozostało przepłynąć Morze Egejskie i dotrzeć do Grecji lądowej.

Obok nich płynęły 3 łodzie. Były fale, zaczął wiać wiatr, jedna wywróciła się bokiem. – Nie mieliśmy nawet jednego miejsca. Nie mogliśmy nic zrobić. Musieliśmy zamknąć oczy i przepłynąć obok, kiedy oni tonęli.


Niektóre imiona zostały wymyślone przez bohaterów tekstu. Mafia ściga tych, którzy wyjawiają szczegóły dotyczące jej działania.

Uchodźcy z parku Pedion Areos zostali przeniesieniu już do przygotowanego przez rząd grecki otwartego „centrum gościnnego” w Eleonas. W innych miastach Europy (np. w Belgradzie) uchodźcy wciąż mieszkają w tragicznych warunkach w parkach.

Tak niszczono tańsze pociągi

Tak niszczono tańsze pociągi

Wojna sześcioletnia

Jak Grupa PKP zwalczała tanie połączenia InterRegio.

Początek czerwca 2009 r., na dworzec Warszawa Centralna wjeżdża podmiejski skład elektryczny serii ED72. Tłum pasażerów szturmuje pociąg. Szybko zaczyna brakować miejsc siedzących – część osób staje w przejściach między siedzeniami, część siada na podłodze w przedsionkach. Słychać beczenie sygnału zamykania drzwi. Za chwilę ten podmiejski skład pomknie Centralną Magistralą Kolejową do Krakowa. Pokonanie całej trasy zajmie mu 3 godz. 18 min., czyli o 23 min. dłużej niż ekspresowi spółki PKP Intercity.

Wówczas za bilet na pociąg ekspresowy trzeba było zapłacić 97 zł. Podróż składem ED72 – kursującym pod marką InterRegio – kosztowała tymczasem 38,50 zł.

Wojenka podjazdowa

Uruchamiane przez należącą do samorządów wojewódzkich spółkę Przewozy Regionalne pociągi InterRegio na kolejnych trasach zdobywały dużą popularność zazwyczaj w ciągu zaledwie kilku dni po uruchomieniu. Przedstawiciele Grupy PKP nie byli w stanie tego znieść.

Połączeniom InterRegio natychmiast została wypowiedziana wojna. Początkowo była to wojna na słowa. W 2009 r. ówczesny rzecznik prasowy PKP Intercity Paweł Ney nie krył emocji: „To po prostu zwykłe pociągi podmiejskie, puszczone wbrew założeniom konstrukcyjnym na dalekie trasy. Teraz tylko czekać aż relacje międzynarodowe zaczną obsługiwać tramwaje, autobusy miejskie zaczną jeździć za granicę, a przewoźnicy towarowi zaproponują tani transport węglarkami na wakacje”.

W połowie 2009 r. ówczesny prezes PKP S.A. Andrzej Wach rozwój sieci połączeń InterRegio nazwał kanibalizmem na rynku kolejowym. Wkrótce potem spółka PKP Intercity opublikowała informację prasową, w której wejście spółki Przewozy Regionalne w segment połączeń dalekobieżnych określono „snem gęsi o byciu łabędziem”.

Cała sytuacja wywołała jednak w Grupie PKP także odruchy walki konkurencyjnej. W odpowiedzi na niskie ceny biletów InterRegio spółka PKP Intercity zaoferowała ograniczone pule tanich biletów – w przypadku pociągów kursujących w godzinach zbliżonych do kursów InterRegio ceny biletów zaczynały się już od 19 zł. Zmuszony do walki rynkowej państwowy przewoźnik nie czuł się jednak zbyt pewnie – Paweł Ney stwierdził, że to „wojenka podjazdowa, która w dłuższej perspektywie na pewno zaszkodzi kolei”.

Tych pociągów nie lubi minister

W ramach wojenki w okienkach informacyjnych obsługiwanych przez PKP Intercity – choć teoretycznie powinny być w nich udzielane informacje o połączeniach wszystkich przewoźników – nie informowano o pociągach InterRegio. Sprawę ujawniły w połowie 2009 r. „Wydarzenia” telewizji Polsat.

Walkę Grupy PKP z pociągami InterRegio otwarcie wsparł Juliusz Engelhardt, w latach 2008-2010 pełniący funkcję wiceministra infrastruktury odpowiedzialnego za kolej. W sierpniu 2009 r. skierował on pismo do wszystkich marszałków województw: „Z niepokojem obserwuję uruchamianie przez spółkę Przewozy Regionalne dużej liczby połączeń typu InterRegio” – pisał Engelhardt. – „Uruchomienie przez spółkę Przewozy Regionalne połączeń typu InterRegio spowodowało pogorszenie warunków ekonomicznych przewozów dokonywanych przez spółkę PKP Intercity”.

W październiku 2009 r. spółka PKP Intercity, kierując skargę do Urzędu Transportu Kolejowego, oficjalnie nazwała pociągi InterRegio nieuczciwą konkurencją.

Zamach na InterRegio

Do najostrzejszej batalii Grupy PKP przeciw InterRegio doszło na początku maja 2010 r. Wówczas spółka PKP Polskie Linie Kolejowe – mając na względzie zaległości Przewozów Regionalnych we wnoszeniu opłat za korzystanie z torów – zażądała od przewoźnika wycofania 13% realizowanych połączeń. Przewozy Regionalne przedstawiły listę pociągów Regio do wstrzymania. Spółka PKP PLK jej jednak nie zaakceptowała i przygotowała własne zestawienie składające się w całości z pociągów InterRegio.

– „Nie będziemy mieli z czego uregulować długu wobec PKP PLK, jeżeli będą wstrzymane pociągi InterRegio, bo to właśnie one są najbardziej dochodowe” – alarmowała Małgorzata Kuczewska-Łaska z zarządu Przewozów Regionalnych.

4 maja 2010 r. przygotowane do jazdy pociągi InterRegio nie zostały wpuszczone na trasy. Kursowanie połączeń InterRegio zostało przywrócone dopiero z początkiem czerwca 2010 r., po ustaleniu harmonogramu spłaty zadłużenia. Dodajmy, że – mimo tej miesięcznej luki w kursowaniu – 2010 r. był najlepszym w historii InterRegio. Ze składów tej kategorii skorzystało wówczas 18,2 mln pasażerów, co oznaczało zdobycie przez spółkę Przewozy Regionalne 33% rynku kolejowych połączeń dalekobieżnych. Ten wynik oznaczał, że zawieszenie broni między Grupą PKP a Przewozami Regionalnymi nie potrwa zbyt długo.

I rzeczywiście, już pod koniec 2010 r. Urząd Transportu Kolejowego i PKP PLK zarządziły proces uzgodnień oferty przez konkurujące spółki PKP Intercity i Przewozy Regionalne. Te „wzajemne uzgodnienia” w praktyce skończyły się wykreśleniem licznych pociągów InterRegio z rozkładu jazdy – tuż przed jego wejściem w życie.

Kolejny precyzyjny atak nastąpił w połowie grudnia 2013 r., gdy w życie wszedł wprowadzony przez PKP PLK zapis zakazujący wjazdu na Centralną Magistralę Kolejową składów jeżdżących z prędkością mniejszą niż 120 km/h. Był to cios wymierzony w połączenia InterRegio w relacji Warszawa – Kraków obsługiwane zespołami ED72 osiągającymi prędkość 110 km/h. Tak na spółce Przewozy Regionalne wymuszono skierowanie na tę trasę wagonów prowadzonych wynajętymi lokomotywami. Wpłynęło to na utratę rentowności w jednej z kluczowych relacji. I w efekcie po roku – w grudniu 2014 r. – spółka Przewozy Regionalne całkowicie wycofała się z obsługi połączenia z Warszawy do Krakowa.

Optymalizacja, czyli likwidacja

Decyzje o likwidacji połączeń InterRegio podejmowane były w dużym pośpiechu.

– „Przyglądamy się ich ekonomice” – tak na początku kwietnia 2015 r. powiedział o połączeniach InterRegio Tomasz Pasikowski, prezes spółki Przewozy Regionalne. Jego słowa – wypowiedziane sześć lat po wyruszeniu pierwszego pociągu InterRegio – świadczyły o tym, że w spółce oraz w jej otoczeniu zwyciężają zwolennicy ostatecznego wycofania się samorządowego przewoźnika z uruchamiania komercyjnych połączeń dalekobieżnych.

Dwa miesiące później, w połowie czerwca 2015 r., zlikwidowano pociągi InterRegio „Bolko” relacji Lublin – Radom – Kielce – Katowice – Opole – Wrocław oraz „Piast” relacji Warszawa – Katowice – Opole – Wrocław.

Pośpieszna likwidacja

Gdy z torów znikały pociągi InterRegio „Bolko” i „Piast”, w spółce PKP Polskie Linie Kolejowe prowadzone były właśnie prace nad konstrukcją rozkładu jazdy 2015/2016, wchodzącego w życie 13 grudnia 2015 r. Jak nieoficjalnie dowiedział się dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”, trasy dla pociągów InterRegio jeszcze w połowie czerwca 2015 r. figurowały wśród zamówień spółki Przewozy Regionalne na rozkład 2015/2016. Zamówione były między innymi też trasy dla pociągów InterRegio „Bolko” i „Piast”. To pokazuje pośpiech, w jakim decydowano o przyszłości połączeń InterRegio.

Nieco ponad miesiąc później było już jasne, w jakim kierunku poszły decyzje. Pod koniec lipca 2015 r. spółka Przewozy Regionalne poinformowała bowiem, że na przełomie sierpnia i września zlikwiduje wszystkie komercyjne pociągi dalekobieżne. Wycofanie się z tego segmentu zostało przedstawione jako jeden z elementów prowadzonej restrukturyzacji przewoźnika, co w informacji prasowej opisano rażącą nowomową: „Restrukturyzacja oznacza szeroko pojętą optymalizację”.

TLK zamiast InterRegio

Decyzja o „optymalizacji”, czyli mówiąc po polsku: likwidacji połączeń InterRegio, stanowiła zapowiedź pogorszenia oferty kolei. Zwłaszcza w przypadku tych ciągów, na których składy InterRegio do końca sierpnia 2015 r. istotnie uzupełniały ofertę PKP Intercity. Przykładowo połowa połączeń w relacji Poznań – Toruń – Olsztyn realizowana była pod banderą InterRegio. Na siedem całorocznych pociągów kursujących między Warszawą a Szczecinem, dwa to były składy InterRegio. Na trasie Warszawa – Poznań pociągi kategorii InterRegio każdego dnia wzbogacały kolejowy rozkład jazdy o trzy dodatkowe połączenia. Jedyne bezpośrednie połączenie Bielska-Białej oraz Rybnickiego Okręgu Węglowego z Wrocławiem zapewniane było przez pociąg InterRegio.

Likwidacje tych połączeń nie przeszłyby niezauważone – tym bardziej w momencie powakacyjnego nasilenia się regularnych podróży, a także w gorącym okresie przedwyborczym.

W tej sytuacji w obliczu konieczności szybkiego zastąpienia znikających połączeń stanęła spółka PKP Intercity. O tym, że część likwidowanych połączeń InterRegio zostanie zastąpiona pociągami TLK, spółka PKP Intercity poinformowała dopiero 26 sierpnia 2015 r., a więc zaledwie kilka dni przed wycofaniem połączeń InterRegio.

Pociągi-widmo

Ostatecznie składami TLK zastąpione zostały jedynie trzy zlikwidowane połączenia InterRegio: „Mewa” z Warszawy do Szczecina, „Drwęca” z Poznania do Olsztyna oraz „Szyndzielnia” z Bielska-Białej do Wrocławia. Zastępujące InterRegio pociągi TLK – ponieważ wprowadzane były na wariackich papierach – początkowo funkcjonowały jako pociągi-widmo: choć rozpoczęły kursowanie, to nie występowały ani w internetowej wyszukiwarce połączeń, ani w tabelach z rozkładami jazdy dostępnych na stronie internetowej PKP Intercity.

Skutki trasowania pociągów na ostatnią chwilę najbardziej widoczne są w przypadku pociągu TLK „Mamry” z Olsztyna do Poznania, zastępującego pociąg InterRegio „Drwęca”. Na okres od 1 września do 17 października pociąg ten otrzymał aż osiem różnych wariantów godzin kursowania. Co więcej, w wariancie obowiązującym przez większość tego półtoramiesięcznego okresu pociąg na postoje na trzech kolejnych stacjach mitręży ponad 40 minut – 8 min. w Inowrocławiu, 25 min. w Mogilnie oraz 10 min. w Gnieźnie.

Skazani na ekspres

Jako że większość likwidowanych składów InterRegio nie została zastąpiona pociągami TLK, to na części tras podróżni odczuli nagłe zmniejszenie liczby połączeń – przykładowo liczba połączeń między Olsztynem a Poznaniem spadła z czterech do trzech, z kolei między Warszawą a Poznaniem kursują o dwa pociągi mniej.

Nawet gdy w miejsce wycofanych składów dalekobieżnych spółki Przewozy Regionalne uruchomiono pociągi TLK, to nie otrzymały one postojów we wszystkich miejscowościach dotychczas obsługiwanych przez InterRegio. W efekcie mieszkańcy małych i średnich miast, takich jak Gogolin, Janikowo, Pobiedziska, Swarzędz czy Trzemeszno, utracili dostęp do połączeń dalekobieżnych.

Wraz z likwidacją InterRegio znowu dał o sobie znać proceder skazywania pasażerów na najdroższe połączenia: z Poznania w kierunku Warszawy przez całe popołudnie nie wyrusza żaden pociąg kategorii niższej niż ExpressInterCity – powstała luka między tańszymi pociągami ciągnąca się od godz. 14:43 do godz. 19:35. Do końca sierpnia o godz. 17:22 odjeżdżał pociąg InterRegio.

Powyższy tekst to dokonana na potrzeby „Nowego Obywatela” kompilacja dwóch artykułów z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 5/79 (wrzesień-październik 2015): www.zbs.net.pl.

Świńska klasa

Świńska klasa

Rytuały i wzajemne trzymanie w sekrecie swoich tajemnic to kamień węgielny położony pod jedność brytyjskich elit z Partii Konserwatywnej, wykształconych w prywatnych szkołach.

Prawda to czy nie, Internet podjął chwilowo decyzję, że brytyjski premier włożył swoje genitalia do ust martwej świni, gdy studiował w Oxfordzie. Domniemania te zostały wysnute przez niebywale dobrze ustosunkowane postaci z establishmentu: byłego zastępcę przewodniczącego Partii Konserwatywnej, lorda Michaela Ashcrofta, oraz byłą redaktorkę treści politycznych w „Sunday Times”, Isabel Oakeshott. Historia została opublikowana w „Daily Mail”, co lokuje ją na najwyższym możliwym poziomie „zamachu” na postać w brytyjskiej polityce.

Cel Ashcrofta to, według „Daily Mail”, „zemsta”. W latach poprzedzających przejęcie przez Camerona urzędu (2010) unikający podatków miliarder podarował Partii Konserwatywnej ponad 8 milionów funtów, ratując ją przed popadnięciem w długi po katastrofalnej porażce wyborczej z 2005 roku. Pracował jako skarbnik, a później zastępca przewodniczącego partii, pomagający w odzyskaniu pod rządami Camerona wizerunku, który zachęciłby wyborców do jej popierania. Ashcroft oczekiwał jednak, że w zamian za swój wkład dostanie wyższy urząd, a Cameron nie spłacił tego długu, gdy nadszedł odpowiedni moment.

Wydaje się, że Ashcroft spędził ostatnie pięć lat kompilując swoją nową książkę „Call me Dave”, w której opisuje historię ze świnią oraz wysuwa wobec Camerona inne kompromitujące zarzuty.

Ci, którzy pozostają na obrzeżach brytyjskiego krajobrazu politycznego, skupiać się będą na kluczowym w ich mniemaniu detalu – na fakcie, że przywódca kraju należącego do grupy G8 współżył z martwą świnią – ponieważ ich to bawi. Ale Brytyjczycy pokładają się ze śmiechu z głębszej przyczyny. Nie chodzi tylko o schadenfreude, jakiej doświadczamy, gdy inny człowiek zrobi coś obrzydliwego i zostanie na tym przyłapany – chodzi o kwestie klasowe.

Podczas swoich studiów na Oxfordzie Cameron był członkiem kilku tajnych stowarzyszeń dla młodych, bogatych mężczyzn. Najsławniejszy z nich to Bullingdon Club, na modłę którego został potem ustanowiony Skull and Bones, cieszący się złą sławą klub na uniwersytecie Yale. Pozornie cele, które stawiali sobie członkowie Bullingdon Club, to: ubrać się modnie, upić się z kumplami do nieprzytomności w drogiej restauracji lub prywatnej jadalni i zdemolować to miejsce – a byli w stanie zapłacić za straty nie przepracowując nawet dnia. Innym z ich znanych rytów inicjacyjnych było spalenie 50 funtów na oczach bezdomnej osoby.

Odsłania to przed nami inną stronę stowarzyszeń takich jak Bullingdon Club i to, o co naprawdę w nich chodzi: a chodzi o budowanie i wzmacnianie zespołu wyższej klasy prawego skrzydła sceny politycznej. Przyjaźnie i sojusze, wykute nad wódką w tajnych stowarzyszeniach potężnych bogatych dzieciaków, determinują później ich kariery zawodowe, a owi młodzi ludzie zyskują dostęp do najwyższych szczebli drabiny w społeczeństwie brytyjskim. Trzech spośród członków gabinetu Camerona należało do takich stowarzyszeń, podczas gdy inni prowadzili banki, które spowodowały załamanie gospodarki w 2008 lub imperia medialne, które je chroniły.

Palenie pieniędzy przed nosem bezdomnej osoby to coś więcej niż tylko brzydki żart – służy ono wyszkoleniu zmysłów chłopca z Bullingdon tak, by inni ludzie wydawali mu się w pewien sposób mniej ważni. Robili to zarówno David Cameron, jak i jego stronnicy, George Osborne i Boris Johnson, i nie jest przypadkiem, że wszyscy oni optowali za zamontowaniem konstrukcji z ostrych kolców w Londynie i całej Wielkiej Brytanii w miejscach, gdzie kładą się spać bezdomni. Poseł, który dostarczył Ashcroftowi szczegółów historii ze świnią, poszedł na jedno ze spotkań ekskluzywnego klubu, ale wyszedł zniesmaczony, ponieważ „w tym wszystkim chodziło tylko o pogardę wobec ubogich ludzi”.

Jedną z przyczyn, dla których Brytyjczycy są tak skorzy uwierzyć w historyjkę lorda Ashcrofta, odkładając na bok świadomość, że jest on jedną z postaci z najwyższej establishmentowej półki w państwie, które jest absurdalnie przyjazne oskarżającemu, jest fakt, że społeczeństwo dobrze już zna zaplecze ideologiczne Camerona. W takim zapleczu i środowisku nie ma nic sympatycznego, zwłaszcza jeśli klasa rządząca wypowiada ubogim i niepełnosprawnym wojnę w takim kształcie i natężeniu, że Thatcher by się zaczerwieniła.

Z tego względu usłyszenie pogłoski o tym, że człowiek ze szczytu piramidy był zmuszany przez presję rówieśniczą do wkładania penisa w otwór gębowy martwej świni, a w razie odmowy ryzykowałby wykluczenie z klubu paskudnych, uprzywilejowanych ludzi, powoduje reakcję satysfakcji przyjemniejszej od zwyczajnego śmiechu. Postać siejąca postrach staje się przedmiotem wyśmiania. To jak odwrócenie sceny z „Harry’ego Pottera”, gdzie bogini uosabiający najgłębsze lęki i koszmary ludzkie, mogli zostać odstraszeni poprzez rzucenie na nich zaklęcia, które sprawiało, że wyglądali absurdalnie.

Świński skandal, który rozśmiesza obecnie świat, wydarzył się nie w stowarzyszeniu Bulligdon Club, lecz w Piers Gaverston, mniej popularnym (aż do tego tygodnia) klubie, znanym jednak z dziwacznych rytuałów seksualnych i rytów inicjacyjnych. Podczas gdy chłopcy z Bullingdon Club budowali swoje poczucie braterstwa wokół pogardy dla ubogich, w Piers Gaverston chodziło o seksualne poniżenie i tworzenie wspólnych tajemnic. Strukturalna funkcja takiego działania to umowa wzajemnej gwarancji ich zniszczenia pomiędzy władcami jutra – ja znam twoje sekrety, ty znasz moje, więc po prostu pozostańmy po tej samej stronie, dobrze?

Napędza to jeden z podstawowych mechanizmów brytyjskiej klasy rządzącej – po co zdradzać czyjeś brzydkie sekrety, skoro można siedzieć cicho i kontrolować tę osobę? A to znów wzmacnia podstawy brytyjskiego systemu parlamentarnego, zwanego „whipping system” (biczowanie), gdzie główny „whip” z każdej z liczących się partii ma za zadanie posiadać zamknięty w swoim biurze arsenał kompromitujących kwitów na inne osoby. Zostają one w odpowiednim czasie wyciągnięte na światło dzienne i służą „biczowaniu” członków partii chcących głosować wbrew woli jej lidera. Grozi im się wypłynięciem historii, których naprawdę nie chcieliby ujawniać.

W tej elitarnej kulturze korupcja jest nie tylko finansowa. Jeśli spojrzeć na szczyty brytyjskiej polityki, zauważymy, że prawy charakter i czysta kartoteka nie zbiją nam kapitału. Trudno będzie wspiąć się na te wyżyny i dołączyć do klubu – chyba że jego członkowie upewnią się, że jesteśmy szumowinami, i że nikt o tym nie wie.

Interesującym tego przykładem jest rola, jaką Margaret Thatcher odegrała w podwyższeniu politycznego statusu niektórych członków swojego rządu i ich sprzymierzeńców. Ostatnie domniemania na temat rosnącego skandalu dotyczącego wykorzystywania dzieci przez parlamentarzystów głoszą, że Thatcher „odwracała wzrok” od poczynań awansowanych przez siebie pedofilów, a nawet przyznała tytułu rycerskie dobrze znanym seryjnym sprawcom wykorzystywania dzieci, Jimmy’emu Savile’owi i Cyrilowi Smithowi. Sprawa jej własnego ministra spraw wewnętrznych, obecnie już nieżyjącego Leona Brittana, jest nadal przedmiotem śledztwa.

W każdym z tych przypadków domniemywa się, że Thatcher była informowana przez tajne służby o dewiacjach tych mężczyzn, ale przypuszcza się, że zaciekle ignorowała te informacje. Jeśli chodzi o związki sekretów z polityką, nie ulega wątpliwości, że wiedząc, iż byli oni pedofilami, Thatcher mogła mieć na nich polityczny wpływ, a więc awansowanie ich umocniłoby jej osobistą władzę podczas sprawowania urzędu.

Parlamentarny skandal dotyczący wykorzystywania dzieci jest przerażający sam w sobie, ale podkopał on poza tym ponownie publiczne zaufanie do Westminster, które i tak było już przedmiotem rosnącej pogardy za bycie „poza zasięgiem” i za brak rozliczeń ze społeczeństwem po kryzysie finansowym i skandalach z wydatkami. Wyborcy nie są jednak zadowoleni z liczby skalpów.

W którym miejscu ta cała sprawa łączy się z nieszczęściem Camerona? Opinia publiczna jest już tak zmęczona, że została jej tylko naga antypatia w stosunku do działań władców z Westminster, które jest tylko rynkiem sekretów elit niepoddanych rozliczeniu. Nasi politycy mogą uprawiać seks z dziećmi, a ci, którzy mogliby nam pomóc się o tym dowiedzieć, upewniają się tylko, że historia nie wycieknie. Gdy takie zachowanie staje się normą, nie możemy tak naprawdę dziwić się, że brytyjska opinia publiczna wierzy, iż jej premier włożył penisa w otwór gębowy świni, by dostać się do grona członków tajnego stowarzyszenia. To także jest prawdopodobnie dla tych ludzi normalne.

Wielu członków brytyjskiej klasy rządzącej popełnia poważny błąd niezrozumienia, że nienawiść do archetypu „chłopca z Bullingdon” nie wypływa z czystej zawiści. Większość wykształconych w prywatnych placówkach edukacyjnych mężczyzn, którzy rządzą tym krajem, naprawdę uważa, że każdy chciałby być taki jak oni, a więc – że każda krytyka elit wynika przede wszystkim z zazdrości.

Jednym z fundamentów podejścia do życia wpajanego tym 7 procentom brytyjskich dzieci, które chodzą do „niezależnych szkół prywatnych”, jest przekonanie o merytokracji. I to pomimo świadomości, że większość obywateli nie tylko nie może sobie pozwolić na wysłanie swojego potomstwa do tych płatnych placówek, ale i że ci, którzy je skończą, mają podstawioną drabinę do wyższych klas społecznych. To z nich rekrutuje się jedna trzecia parlamentarzystów, prawie połowa felietonistów wszystkich gazet, większość lordów, dyplomatów i wyższej kadry urzędniczej służby cywilnej oraz ponad 70 proc. sędziów. Powszechnie wiadomo, że sitwa „starych chłopaków” dba przede wszystkim o swoich.

Nie powstrzymuje ich to jednak przed informowaniem opinii publicznej, że system jest uczciwy. Absolwent Eton i były członek Bullingdon Club, Boris Johnson, powiedział w swojej przemowie dla Centrum Studiów Politycznych, że ludzie o najwyższym IQ dostają najlepsze posady, ponieważ są najbardziej inteligentni. Nie chodzi nawet o to, że to oczywista nieprawda, ale i o to, iż Boris zaraz potem oblał na wizji test IQ, co nie przeszkodziło mu upierać się, że dzieci chodzące do szkół płatnych dobrze sobie radzą z powodu swojej błyskotliwości. Pracował w przeszłości na wielu stanowiskach – jako minister rządowego gabinetu, burmistrz Londynu, felietonista, wydawca magazynu – i cieszył się każdą z tych posad ze względu na poparcie udzielane przez ludzi, z którymi chodził do szkoły.

Kanclerz Skarbu Państwa, George Osborne (także z Bullingdon Club) był krytykowany przez organizacje charytatywne reprezentujące ubogich i niepełnosprawnych, których byt ekonomiczny i bezpieczeństwo zostały zrujnowane przez jego reformy. Odrzucił tę krytykę jako „antybiznesową” i przyznał ulgi podatkowe milionerom (z których połowa, oczywiście zupełnym przypadkiem, chodziła do prywatnych szkół) w imię „uczciwości”.

Sam David Cameron lubi często wspominać o domniemanym istnieniu merytokracji w Wielkiej Brytanii. On także uczył się w Eton przed przystąpieniem do Bullingdon Club i Piers Gaverston. Jest jednym z najgłośniejszych konserwatystów, gdy przychodzi do wychwalania idei merytokracji, mówiącym ubogim ludziom i mniejszościom etnicznym, że ich niemożność poruszania się w górę po drabinie ekonomiczno-społecznej wynika z ich braku „aspiracji” oraz że „wolne” rynki (to znaczy – nieregulowalne finansowe bonanzy prowadzone przez jemu posłusznych) „mogą sprawić, że będziecie lepszymi ludźmi”.

Pominąwszy to, co mówi, widzimy także, iż jego rząd znacząco podniósł poziom nierówności, a obniżył społeczną mobilność, sprawiając, że ludziom spoza jego uprzywilejowanego środowiska jeszcze trudniej hołdować merytokratycznym wartościom, które regularnie opiewa.

Rana tej hipokryzji ropiała jeszcze zanim Lord Ashcroft ukarał go w tym tygodniu za złamanie zasad rytuału: będziesz słuchał ludzi, którzy cię stworzyli, albo zostaniesz poniżony. To nie były, jak niektórzy mówią, po prostu głupawe żarty młodych chłopaków. Nie były, bo takie sekrety są trzymane w tajemnicy przez sprawujących władzę ludzi po to, by mieć innych sprawujących władzę ludzi pod kontrolą. Tego typu układ jest antytezą demokracji.

Jest także przeciwieństwem merytokracji, którą głoszą. Nie tylko dlatego, że bogaci chłopcy łatwo wspinają się na szczyt – o tym już wcześniej wiedzieliśmy – ale i dlatego, że brzydki, mały skandal Davida Camerona odpowiada na podejrzenia, jakie żywiło wiele osób: że w brytyjskim społeczeństwie nie zostajesz premierem, ponieważ jesteś utalentowany i ciężko pracujesz. Nie zostajesz nim nawet, ponieważ jesteś bogaty. Dostajesz się na to stanowisko dzięki terroryzowaniu bezdomnych i współżyciu ze świnią, i rytuały te dają ci władzę, bowiem okazałeś swoim koleżkom-oligarchom bezwzględne, żałosne posłuszeństwo.

To dlatego się śmiejemy.

Lawrence Richards
tłum. Magda Komuda

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się 21 września 2015 na portalu theleveller.org. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Kraj żywych trupów

Kraj żywych trupów

Jest taki kraj, który trochę udaje, że istnieje. To mój kraj. Trochę na niby, ale bardzo wzniosły, jeśli chodzi o odmienianie przez wszystkie przypadki na wysokim diapazonie słów takich jak „ojczyzna”, „patriotyzm”, „naród”. Kraj, który w konstytucji pro forma ma zapisaną „sprawiedliwość społeczną”, ale w realnym, codziennym bycie opiera się na darwinizmie społeczno-gospodarczym, nierównomiernej strategii rozwojowej i instytucjonalnej atrofii. Tu strzeżone osiedla są miarą życiowego sukcesu, linią demarkacyjną „lepszego świata” nawet dla rzekomo lewicowych publicystek w rodzaju Kingi Dunin.

To kraj, w którym własny samochód jest z zasady jedyną szansą na ratunek przed komunikacyjnym i społecznym wykluczeniem. Z transportu masowego zrobiono bowiem albo jego parodię, albo ekskluzywny produkt dla dość nielicznej grupy potencjalnych pasażerów. To kraj, w którym przestrzeń publiczna to przede wszystkim miejsce na pstrokaciznę i szpetotę reklam – i niemal nic ponadto. To kraj, którego społeczeństwo nie jest zdolne do zbudowania sprawnej architektury państwowej. To kraj, który najlepsze, co ma w dziedzinie ładu przestrzennego czy estetyki, zawdzięcza na ogół pokoleniom dawno minionym, a często też – obcym kulturom. To kraj, w którym świadome lub bierne przyzwolenie na lumpenliberalne strategie przystosowania do rzeczywistości kształtują byt kilkudziesięciu milionów ludzi – czyniąc niemożliwą szansę na jakąkolwiek zmianę systemową.

Z okazji niedawnej rocznicy Porozumień Sierpniowych odbyły się w Polsce liczne msze święte. Nie mam nic przeciwko temu, ale uważam, że zaraz po mszach powinny zacząć się strajki i pikiety, jak kraj długi i szeroki. I to by dopiero było pełne i właściwe uczczenie Sierpnia w kraju, w którym każdy kolejny sierpień to więcej władzy wielkiego kapitału, polityczno-biznesowej oligarchii i więcej łamania praw pracowniczych, rozwarstwienia i wciąż więcej przykładów traktowania ludzi słabych, starych i bezbronnych jak śmieci. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

Nieco później przytrafiła nam się za to inna historia. Przez kraj przelała się fala buntu przeciw uchodźcom z Afryki. Zawyło coś i zaburczało w narodowych trzewiach, skoczyła temperatura emocji i wyobrażeń społecznych, kebab wypadł Kowalskiemu z rąk przy wieczornej lekturze internetów. Nagle stało się jasne, kto wkrótce zabierze dumnym potomkom husarii rozbijającej Turków pod Wiedniem spokojny byt na ojczyzny (lub obczyzny) łonie. To uchodźca, który ma dostać większe pieniądze niż polski bezrobotny i zasiedli nasze lokale komunalne, a w krajach ościennych – zupełnie inaczej niż cała polska społeczność emigracyjna – chciałby tylko socjalu i spokojnej egzystencji w „równoległych społecznościach”.

Gdy trafiłem niedawno na podaną w alarmistycznym tonie informację zatytułowaną „Nie będzie mieszkań komunalnych dla młodych Polaków: Władze PO przyznają je islamskim imigrantom”, zamieszczoną na portalu wGospodarce, odczułem coś w rodzaju gorzkiego rozbawienia. Po kliknięciu w link było już tylko śmieszniej i straszniej: Wywodzące się z PO władze Gdańska chcą być w awangardzie europejskiego postępu i jak najbardziej udogodnić życie przybyszom z północnej Afryki. Rozszerzenie listy osób mogących ubiegać się o wynajęcie mieszkań komunalnych także o uchodźców to pierwszy krok w budowaniu socjalnego modelu pomocy imigrantom, który doprowadził do społecznej katastrofy w zachodnich państwach Europy.

Pomijam już neoliberalną logikę tego newsa, z której właściwie wynika, że Polacy z kraju-raju masowo emigrują do krajów dotkniętych „społeczną katastrofą”. Rozumiem, że mowa choćby o znajdującej się w totalnej zapaści Skandynawii (która upada odkąd większość mocno dorosłych dziś postkorwinistów zaczęła ząbkować), o Niemczech i Francji. Trudno serio traktować tak grube uogólnienie. Ale jest w nim zawarty o wiele ciekawszy element, jasny i prosty przekaz: przez imigrantów młodzi Polacy nie będą mieli mieszkań komunalnych. I to jest sprawa, wobec której nie można przejść obojętnie.

Polityka mieszkaniowa w Polsce, podobnie jak inne dziedziny polityki społecznej, leży odłogiem od bardzo dawna. Zastąpiły ją znane programy-protezy, korzystne przede wszystkim dla deweloperów i banków. Od początku transformacji wszelkie próby racjonalnej dyskusji o polityce publicznej są ucinane za pomocą kilku sloganów o socjalizmie, roszczeniowości, rozbuchanym socjalu wygodnym „dla nierobów, życiowych nieudaczników i meneli”.

Poza tę logikę nie można wyjść do dziś, nie licząc mini-dyskusji w środowiskach mikrolewicy, nierzadko generowanych przez tytuły modnych akurat książek, z czym mieliśmy do czynienia niedawno przy okazji książki „13 pięter” Filipa Springera. Walka ruchów lokatorskich i części ruchów miejskich o godny i efektywny system mieszkalnictwa komunalnego w całym kraju to bicie głową w mur – mur obojętności polityków, władz samorządowych, opinii publicznej. I co się raptem okazuje? Że imigranci zabiorą młodym Polakom mieszkania komunalne! Napiszę to mocno: trudno takie wzorce „informacji” uznać za coś innego niż goebelsowską propagandę. Na marginesie: krótki przegląd portali internetowych pomógł mi w ustaleniu, że gdańska komunalna pula dla imigrantów nie będzie większa niż 1-2 mieszkania rocznie. Zaiste, rozbuchany to socjal i szeroko otwarta furtka dla narastania imigranckich roszczeń względem polskiego społeczeństwa i państwa.

Gdy byłem nastolatkiem, zdarzało mi się napotykać instytucję starszych panów, mniej lub bardziej dziarsko stwierdzających, że „Hitler by się przydał”. Dziadkowie reagowali tak na spóźniające się autobusy i pociągi, rosnące ceny opału, młodzież, która nie ustępowała w tramwajach miejsca starszym. Reagowali tak na Lecha Wałęsę, na postkomunistów, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, zimne wiosny i – niewykluczone – starcze problemy z erekcją i demencją. Stwierdzenie „Hitler by się przydał” było uniwersalną odpowiedzią tych panów na każdy doskwierający im w danym momencie dyskomfort.

Jak się okazuje, w ostatnich tygodniach okrzyk „Hitler by się przydał” dobiega przede wszystkim z szeregów ludzi bardzo i wciąż dość młodych, nierzadko wykształconych i z dużych miast, choć część z nich kształciła się przez lata na okołoprawicowych, a część na okołoliberalnych tygodnikach opinii. Część wychowywała się też na haśle „śmierć frajerom” i słyszanym regularnie w domu, w szkole, w telewizji i we własnych subkulturach przekonaniu, że „trzeba się ustawić”. Ustawianie się zaś w polskich realiach polega głównie na próbie zajęcia wyższej pozycji w hierarchii całowania w d…

Sądzę, że właśnie to pokolenie darwinizmu społecznego, aktualnie „walczące z ciapatymi”, zalegalizuje nam za kilka dekad „dobrowolną eutanazję”. Oczywiście, z przyczyn humanitarnych, a przy okazji dlatego, żeby ze starymi, słabymi i zbędnymi nie męczyć się zanadto. W ten sposób skrajny szowinizm pojedna się u nas ze skrajnym postępem kosztem najsłabszych, czyli – idąc za symulacjami wysokości emerytur – całkiem dużej grupy społeczeństwa. Ktoś powie: to tylko gadanina, cały ten przelewający się dziś rynsztok. Ale jest taki moment, gdy to, co stanowi „tylko paplaninę” utrwala się w formie silnych wzorców, przekonań i przyzwoleń społecznych, gdy stopniowo, ale nieubłaganie maleje niezgoda na jawnie okazywaną „cnotę” darwinizmu społecznego.

Nie trzeba do tego uchodźców. Rodzimi bezdomni także świetnie się nadają jako materiał do ćwiczeń z nienawiści. Chcemy przecież żyć w coraz bardziej posegregowanym świecie, na tyle higienicznym i bezpiecznym (od którego momentu ta potrzeba z ludzkiej zamienia się w nieludzką?), by nie wzbudzał w nas odrazy nieoczekiwany smród czy niekonwencjonalne zachowanie. Dobrze to widać w historii opisanej przez mieszkańca Łodzi, Marcina Bogusławskiego. W wywiadzie jakiego udzielił „Gazecie Łódzkiej” wspomina: To było pod koniec maja. Dojeżdżałem nad ranem na Dworzec Kaliski autobusem linii N2. Zauważyłem, że jakiś mężczyzna próbuje wsiąść. Mimo, że naciskał przyciski, drzwi nie otwierały się. Wstałem i nacisnąłem guzik w środku, ale i to okazało się bezskuteczne. Zwróciłem uwagę kierowcy, który poinformował mnie, że mężczyzna jest bezdomny i celowo nie wpuszcza go do autobusu. Pozostałych pasażerów, którzy się pojawili na przystanku, kierowca wpuszczał drzwiami przy „szoferce”.

Bogusławski, filozof z Uniwersytetu Łódzkiego, wysłał w tej sprawie list do Prezesa Zarządu MPK, prezydent miasta Hanny Zdanowskiej i mediów. MPK stanęło po stronie kierowcy, a gdy tylko lokalne środki przekazu podchwyciły temat, na Bogusławskiego wylała się w sieci fala nienawiści. On sam wspomina: Reakcja łodzian mnie zaskoczyła. Nie żyjemy w bogatym mieście. Z biedą spotykam się na każdym kroku. Polska nie daje sobie rady z problemem eksmisji. Polacy miewają też problemy z higieną, i tak dalej. Okazuje się jednak, że bezdomność stała się wygodnym tematem do rozładowywania frustracji, agresji słownej, surowych ocen. Pewnie dzięki temu ludzie czują się lepiej. […] Mam poczucie, że to problem zdecydowanie bardziej „systemowy”. Neoliberalny kult wyścigu szczurów, wartościowanie ludzi przez pryzmat sukcesu materialnego. […] Do tego frustracja i niezmiennie popularny w Polsce sposób budowania grup – przez wskazywanie wrogów, zagrożeń i napiętnowanych odmieńców. To, co opisuje Bogusławski, jest znamienną cechą darwinizmu społecznego: biedniejsi i biedni, słabi i słabsi mają na ogół dość siły, by jawnie wystąpić przeciw jeszcze biedniejszym i słabszym. Nie trzeba też do tego bardziej precyzyjnego instrumentarium opisu rzeczywistości – słaby to wróg, i tyle.

Nie obawiam się nastania faszyzmu jako formy ustrojowej. Bądź co bądź faszyzm, jeśli trzymać się jego naukowych opisów, wymaga silnych struktur i mocnych instytucji publicznych, elementarnej umiejętności zbudowania bardziej wyrafinowanych form samoorganizacji publicznej. A do ich stworzenia współcześni Polacy nie są cywilizacyjnie zdolni: ani starsze pokolenia, ani tym bardziej te młodsze. Część z nich może za to zamknąć się na strzeżonym osiedlu, poruszać się w obrębie ściśle wyznaczonych rewirów bytowania, pracy i konsumpcji, przemieszczać się w „samochodowej banieczce” od punktu A do B i C. I tyle w kwestii struktur, które zdolne są umysłowo i funkcjonalnie ogarnąć.

Widzę inny problem. Mamy do czynienia z lumpenliberalnym szowinizmem, który w razie czego nie stroni nawet od socjalnych hasełek, by poszerzyć pole swojego oddziaływania. Ta specyficzna struktura wyobrażeń i realnych wzorców społecznych, mało logiczna, bazująca na kulcie indywidualnych strategii przetrwania, jest antycywilizacyjna i antyetatystyczna. Jest to swoista negatywna wolnościowość, która spełnia się w przekonaniu, że „sam/sama sobie poradzę najlepiej”. To także wspólnota negacji sfery publicznej. Jej opresyjność wyraża się przede wszystkim w odmowie solidaryzmu społecznego – i jest na ogół niewidoczna dla tych, którym „jakoś się udało”.

A jeśli jest widoczna, to objawia się w ostentacyjnym wyklinaniu instytucji własnego państwa i stygmatyzacji słabszych albo w zrezygnowanym machnięciu ręki. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie będzie czekał na pociąg, który i tak nie przyjedzie – wsiądzie do samochodu. Nikt też nie będzie czekał na mieszkanie komunalne w normalnym standardzie – zapożyczy się raczej na własne mieszkanie, co zresztą podnosi status wizerunkowy jednostek i młodych małżeństw w trakcie niedzielnego obiadku u teściów. A gdy przychodzi do rozładowania gniewu, to na bok idą pytania, czy to na pewno właśnie uchodźcy pozbawiają Polaków pracy, wypychają na emigrację, oszukują na wypłacie, wyzyskują, traktują per noga, śmieją się w twarz i urządzają reformy, po których nie ma czego zbierać po niegdyś działających na prowincji instytucjach i sieciach infrastruktury publicznej. Takie zagadnienia to jak grochem o ścianę – są nudne i łatwo je zamilczeć.

Z wielu przyczyn termin „własne państwo” niewiele w ogóle dziś w Polsce znaczy. I to nie dlatego, że „państwo to znów okupant”, jak głoszą za swoim guru (post)korwiniści. Przede wszystkim dlatego, że nie da się zbudować państwa i szacunku dla niego na lumpenliberalnej, powszechnie obowiązującej ideologii. To się wzajemnie wyklucza. W Polsce wyznawcami lumpenliberalizmu jest nie tylko większość kasty dziennikarskiej, nie tylko znaczna część klasy politycznej czy oligarchii dobrze żyjącej z promowania lumpenliberalizmu. Wierzy weń znaczna część społeczeństwa, sądząc, że przyczyną obecnego stanu rzeczy jest faktycznie niewydolne państwo oraz ciągły deficyt wolnego rynku. Ale jak ma działać państwo oparte na rozbitym społeczeństwie, które raz po raz co najwyżej daje upust frustracji, kierując swój gniew i większość „umysłowego wysiłku” na przykład przeciw „ciapatym”? Być może za sto, dwieście lat historycy opiszą dokładnie ten fenomen – logikę autodestrukcji, która opanowała Polaków w czasie, gdy akurat mieli dość sprzyjające warunki, by wreszcie zbudować efektywne państwo.

Najbardziej bolesne jest to, że nie mówimy o abstrakcjach, że ta „filozofia (anty)państwa” uderza w bardzo konkretnych ludzi. Darwinizm społeczny, jego zdolność do selekcji jednostek, rodzin i społeczności na lepsze i gorsze wedle kryterium dochodowego, ma bardzo realne skutki. Unia polityki realnej, czyli szeroka, zbudowana ponad podziałami i etykietami lumpenliberalna sieć oddziaływań na wyobrażenia społeczne funkcjonuje bez zarzutu, jeśli idzie na przykład o wprowadzone przez Sojusz Lewicy Demokratycznej eksmisje na bruk. Policja, urzędnik, właściciel, komornik – instytucje działają efektywnie. Spójrzmy na zdjęcia z eksmisji: młodzi policjanci mają nieobecne twarze, ale są bardzo sprawni w pilnowaniu, by literze prawa stało się zadość.

Podobno w Polsce chroni się życie ludzkie od poczęcia do naturalnej śmierci. Podobno godnością ludzi Polska stoi, tyle tu przecież ulic i rond Jana Pawła II. Podobno wciąż mamy w parlamencie lewicową reprezentację, strzegącą „tradycyjnych wartości lewicy”. Może to wszystko cyniczny żart, w którym się gubię. Nie wiem na przykład, czy wyrzucona z mieszkania milicjantka z objawami starczej demencji, przed dekadami kierująca ruchem samochodowym w Warszawie, pozostawiona przez funkcjonariuszy policji na klatce schodowej z kotem i reklamówką, podpada pod kategorię „żywy człowiek”, którego elementarne prawa wymagają jakiejś ochrony. Chyba nie. I może w tym problem – że mamy w kraju sporą grupę „żywych trupów”, ludzi nikomu do niczego niepotrzebnych, naprawdę zbędnych, których można się pozbyć z „przestrzeni życiowej” należącej do nowych nadludzi. Może ci wszyscy, którzy przegrywają na polskim modelu transformacji, są ludźmi na niby – i właściwie nie żyją. Tak, to chyba kraj ze sporą populacją żywych trupów, który wciąż nie radzi sobie z ich utylizacją. I najprawdopodobniej długo tak pozostanie.

Finansjeryzacja peryferii

Finansjeryzacja peryferii

Co łączy wprowadzenie systemu OFE oraz kupno PKP Energetyka przez fundusz CVC? Oba wydarzenia to najbardziej symboliczne operacje wejścia na nasz rynek międzynarodowych podmiotów finansowych. Z tego punktu widzenia sprzedaż tej energetycznej spółki jest wydarzeniem przełomowym – dokładnie tak samo jak prywatyzacja naszych emerytur pod koniec XX wieku. I równie niebezpiecznym.

Peryferyjność gospodarek naszego regionu ma jedną niezaprzeczalną zaletę – ominęła nas głęboka finansjeryzacja, która rozpoczęła się w gospodarkach Zachodu już w drugiej połowie lat 70., a w latach 80. nabrała znacznego przyspieszenia. Finansjeryzacja z grubsza oznacza postępujące „puchnięcie” sektora finansowego zarówno w stosunku do całej gospodarki, jak i w liczbach bezwzględnych. Sektor finansowy odrywa się wtedy od realnego życia gospodarczego, czyli wyceny aktywów finansowych nie odzwierciedlają wartości, którą rzekomo aktywa te reprezentują w świecie rzeczywistym. Przestaje on wtedy pełnić swą funkcję platformy dostarczającej kapitału podmiotom gospodarczym, a zaczyna być wehikułem, za pomocą którego dysponujące wystarczającą ilością środków i informacji elity finansowe osiągają niebotyczne zyski. W latach 80. udział usług finansowych w PKB USA wynosił ok. 5%, a 20 lat później już ok. 8,5%. Jednak udział zysków instytucji finansowych notowanych w USA w I dekadzie XXI wieku wzrósł od lat 80. dużo bardziej (ponad trzykrotnie) i wynosił ok. 35% wszystkich zysków generowanych przez podmioty gospodarcze. Jak widać, zyski te były zupełnie nieproporcjonalne do wartości dodanej, którą te instytucje dawały gospodarce (35% udziału we wszystkich zyskach przy 8,5% udziału w PKB).

Postępująca od lat 80. liberalizacja sektora finansowego oraz większe otwarcie na przepływy kapitałowe granic większości państw świata spowodowały inflację aktywów finansowych, czyli gwałtowny wzrost ich wartości. Ma to dwie bardzo negatywne konsekwencje – i nie mówię o tym, że umożliwiło absurdalne wręcz bogacenie się dosyć wąskiej grupie osób, które czynią to de facto nie kalając się pracą i nie przynosząc żadnej korzyści społeczeństwu. Można by to jeszcze jakoś przeboleć, chociaż niewątpliwie to bardzo demoralizujące. Przede wszystkim przynosi to jednak negatywne skutki wszystkim pozostałym, którzy chcą się bogacić normalnym wysiłkiem, a nie spekulacją.

Po pierwsze fakt, że sektor finansowy tak wiele „waży” w stosunku do całej gospodarki, znacznie ją destabilizuje. Kapitał pozbawiony barier oraz regulacji jest niezwykle labilny i chimeryczny, a następujące często zmiany kierunku jego strumienia co rusz powodują załamania koniunktury w różnych częściach globu. Cierpią na nich wcale nie ci zarabiający krocie, lecz ta reszta, która wciąż woli parać się konkretnym fachem. Nic więc dziwnego, że od początku lat 80. przez świat przetoczyła się fala kryzysów: od Ameryki Łacińskiej aż po Azję, a zwieńczeniem tej serii jest jak na razie kryzys, który rozpoczął się w USA w 2007 roku.

Po drugie, firmy wykupywane przez sektor finansowy, a działające w jak najbardziej realnej gospodarce, stają się zakładnikami nowych udziałowców. Niespecjalnie interesuje ich działalność w długim terminie, za to oczekują jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Postawione przed takim dictum zarządy, dodatkowo zmotywowane perspektywą udziału w tych zyskach, zaczynają prowadzić politykę ich maksymalizacji w krótkim terminie. Bez oglądania się na to, że cierpi dobro interesariuszy firmy, czyli np. pracowników (cięcia płac, zwolnienia), lokalnych dostawców (dyktowanie niskich cen) czy klientów (zamykanie mniej rentownych gałęzi działalności).

Peryferyjne kraje naszego regionu ominęła inflacja aktywów finansowych, gdyż w czasach epicentrum liberalizacji sektora finansowego (lata 80. i 90.) najpierw były one poza systemem gospodarek rynkowych, a później ich gospodarki rynkowe dopiero raczkowały. Poza tym niewątpliwie dużą zasługę odegrały tutaj wprowadzone w naszym kraju rozsądne regulacje oraz działalność Komisji Nadzoru Finansowego, która poza pewnymi wpadkami (np. Amber Gold) wykonuje swą pracę całkiem nieźle. Dzięki temu mamy jeden z najzdrowszych systemów bankowych w Europie (chociaż w zbyt dużym stopniu zależny od kapitału zagranicznego), a naszą gospodarkę jak na razie ominęła finansjeryzacja. W 2013 roku suma aktywów krajowego sektora finansowego wyniosła 126% PKB i była na poziomie niższym nawet niż w krajach naszego regionu (Czechy 167%, Węgry 136%). W tym samym roku wskaźnik ten w strefie euro wyniósł, bagatela, 481%. Myli się jednak ten, kto by uznał, że międzynarodowe instytucje finansowe odpuściłyby tak łakomy kąsek, jak mające duży potencjał rynki naszego regionu. Metod wejścia na peryferyjne rynki mają one sporo, a jednym z najbardziej popularnych jest prywatyzacja systemów emerytalnych, która miała miejsce głównie na peryferiach gospodarczego centrum, takich jak Boliwia, Argentyna, Chile, Węgry, Czechy czy wreszcie Polska.

Jednym z głównych warunków redukcji zadłużenia Polski w pierwszych latach transformacji była prywatyzacja systemu emerytalnego, czego dopilnować miał wspierający proces oddłużenia Bank Światowy. Tak więc system OFE de facto został wprost polecony nam przez zagranicznych wierzycieli, którzy wcześniej kredytowali działalność władz PRL. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że gdy odpowiedzialny za reformę emerytalną minister pracy Leszek Miller nie wykazywał wystarczającego entuzjazmu dla proponowanych zmian, został zastąpiony w wykonywaniu tego zadania przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który do prywatyzacji emerytur aż się palił. Inaczej mówiąc, niechętny propozycjom Banku Światowego minister został zastąpiony innym, dużo bardziej przychylnym. Dodatkowo rozpętano wielką akcję medialną, która miała nie tylko skłonić Polaków do korzystania z usług OFE, lecz także zniechęcić ich do publicznego systemu, co do teraz przynosi negatywny skutek w postaci nagminnego omijania płacenia składek przez naszych rodaków. Akcja ta była modelowym przykładem przedmiotowego potraktowania nie tylko instytucji suwerennego państwa, ale też całego społeczeństwa.

Zgodnie z planem, w 1999 roku dokonano w naszym kraju częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego przez oddanie części składki otwartym funduszom emerytalnym. Inaczej mówiąc, przekazaliśmy część publicznych pieniędzy prywatnym funduszom inwestycyjnym, by mogły nimi obracać na rynkach kapitałowych. Były to w zdecydowanej większości podmioty o kapitale zagranicznym – w 2013 r. zagraniczne OFE miały w rękach niemal 80% rynku. Zarządzanie składkami emerytalnymi to wyjątkowo lukratywny biznes – w latach 1999-2013 z tytułu należnych im opłat OFE pobrały sobie 19 mld zł. Niestety dla budżetu państwa i systemu ubezpieczeń społecznych był to silny cios – ilość środków w systemie emerytalnym wyraźnie spadła, a emerytury na starych zasadach wciąż należało wypłacać. W związku z tym w okresie 1999-2012 tylko z powodu wprowadzenia OFE dług publiczny wzrósł o 280 mld zł. Oznacza to, że połowa przyrostu długu publicznego w tym okresie była spowodowana wprowadzeniem nowego systemu. Ogromny wyciek publicznych środków z systemu ubezpieczeń społecznych, jaki zaistniał w związku z wprowadzeniem OFE oraz wcześniejsza akcja obrzydzania ZUS, spowodowały, że powstała wielka dziura w systemie, którą rządzący postanowili załatać podnosząc wiek emerytalny. Rozwiązanie to napotkało wielki opór społeczny i ponad 2 mln obywateli podpisało się pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, został on jednak odrzucony. Inaczej mówiąc, polska władza wolała wyrzucić do kosza podpisy 2 milionów obywateli, niż złamać słowo dane zagranicznym instytucjom finansowym i zlikwidować system OFE, zamiast podnoszenia wieku emerytalnego. Ostatecznie przygnieciony ciężarem długu polski rząd zdecydował się na częściowy demontaż systemu, jednak wciąż pozostawiał do dyspozycji instytucji finansowych 150 mld zł, które powinny być częścią polskich ubezpieczeń społecznych. A 2,5 miliona Polaków nadal przekazuje im część swojej składki.

Pomimo częściowego odwrócenia skutków reformy, „operacja OFE” niewątpliwie okazała się dla międzynarodowych instytucji finansowych udana. Korzyści z niej już teraz można liczyć w dziesiątkach miliardów złotych, tymczasem dla polskich emerytów mogą one okazać się zupełnie iluzoryczne, gdyż wysokość ich emerytury będzie zależna od koniunktury na rynkach kapitałowych w momencie przechodzenia na nią, a ta bywa zupełnie nieprzewidywalna, szczególnie w czasach globalnej finansjeryzacji. Jeśli przez giełdę przetoczy się akurat krach, to feralni emeryci zostaną z niczym. Doskonale obrazuje to przypadek Chile. W ciągu zaledwie jednego kryzysowego roku 2008 ze sprywatyzowanego chilijskiego systemu emerytalnego wyparowało 60% zysków zakumulowanych przez… 26 lat. Perturbacje na rynkach finansowych doprowadziły do tego, że aż 2/3 chilijskich emerytów musiały pobierać świadczenia od państwa, gdyż AFP (tamtejsze OFE) nie zgromadziły dla nich kapitału wystarczającego nawet na emeryturę minimalną. Jak widać, „oszczędności” zgromadzone w OFE, ulokowane w płynnych papierach czasem wartościowych, są dużo bardziej wirtualne niż zapisy księgowe na subkontach w ZUS.

Kolejną udaną próbą posunięcia polskiej finansjeryzacji do przodu jest kupno PKP Energetyki przez fundusz private equity (inwestujący na niepublicznym rynku kapitałowym) CVC. Kontrowersji związanych z prywatyzacją tej spółki jest mnóstwo (sprzedaż naturalnego monopolu podmiotowi z zagranicy, pozbywanie się spółek związanych z koleją w sytuacji wizji pojawienia się dużych funduszy unijnych w tym obszarze), jednak najbardziej interesujące jest co innego. Sprzedaż ważnej spółki Skarbu Państwa nie inwestorowi strategicznemu, który, chcąc zarabiać na jej działalności, dbałby o jej długoterminowy potencjał, lecz instytucji finansowej, która będzie chciała sprzedać ją z zyskiem, oznacza otwarcie naszych strategicznych obszarów gospodarki na spekulację finansową. Sprzedaż spółki dostarczającej energię funduszowi inwestycyjnemu, który nie kupuje jej, by rozwijać jej funkcjonowanie, lecz aby jak najszybciej zarobić na wzroście jej rynkowej wartości, oznacza, że newralgiczne obszary życia naszego społeczeństwa (komunikacja publiczna i energetyka) przestają być zarezerwowane dla realnych działań, które mają na celu polepszenie ich standardu w długim terminie. Od tego momentu stają się również polem generowania zysków nawet za cenę obniżenia potencjału i jakości, gdyż krótkoterminowym udziałowcom zupełnie nie będzie to przeszkadzać. Niewątpliwie bardzo poszerza to pole działania sektora finansowego, który będzie mógł w Polsce być aktywny zarówno w obszarze ubezpieczeń społecznych, jak i usług publicznych. A to wystawia je na te same zagrożenia, co poddany finansjeryzacji sektor wytwórczy na całym świecie – niezważające na konsekwencje (społeczne i gospodarcze) cięcia kosztów, obniżanie potencjału produkcyjno-usługowego poprzez wyprzedaż majątku czy zamykanie mniej rentownych gałęzi działalności. Mówiąc w skrócie, wpuszczenie sektora finansowego do obszaru usług publicznych oznacza, że standard i powszechność tych usług oraz osiąganie celów społecznych złożymy na ołtarzu krótkoterminowych zysków finansjery. Dla niej polska kolej jest czymś zupełnie abstrakcyjnym i mało interesującym, liczą się za to przede wszystkim salda w księgach, bieżący wynik finansowy oraz kursy akcji.

W interesie światowego sektora finansowego oczywiście leży poszerzanie swego pola działania. Dzięki temu znajduje on nowe możliwości generowania zysków, które zbyt często oderwane są od realnej wartości dodanej. Nasz kraj, którego sektor finansowy wciąż jest stosunkowo niedużych rozmiarów, posiada z tej perspektywy ogromny potencjał rozwojowy. Musimy więc być przygotowani na to, że kolejne obszary naszego życia gospodarczego będą poddawane finansjeryzacji. Niewątpliwie energetyka jest takim obszarem. Oprócz sprzedaży PKP Energetyka bardzo istotnym wydarzeniem na tym polu jest stworzenie przez Towarową Giełdę Energii (należącą do GPW) rynku instrumentów finansowych, mającego ruszyć lada moment. Umożliwi on kupowanie energii na rynku spot, czyli bez jej realnej dostawy. Do tej pory TGE umożliwiało spekulację na energii poprzez „transakcje forward”, czyli zaklepanie sobie danego wolumenu energii po konkretnej cenie i w określonym terminie. Zabezpieczało to kupującego energię przed zbyt dużym wzrostem jej wartości, lecz gdy jej wartość w tym czasie spadła, tracił on, gdyż zgodnie z umową musiał ją kupić po ustalonej cenie. Wszystko kończyło się jednak dostawą zamówionego wolumenu energii, a więc ten swoisty zakład był oparty na jakiejś realnej działalności. Jesienią będzie można zakupić prawa do energii bez jej realnej dostawy. Będzie je można sprzedać lub kupić w najbardziej dogodnym momencie i handlować nimi przez lata, nie odbierając nawet jednej kilowatogodziny. To oczywiście umożliwi podmiotom finansowym zarabianie ogromnych kwot na wahaniach cen na rynku energii, a także spekulacyjne działania, takie jak granie na podwyżki cen poprzez ściąganie z rynku dużych wolumenów, a następnie sprzedaż ich z zyskiem.

Nie ma co się oszukiwać – nasza podpięta pod globalną wymianę gospodarka skazana jest na postępująca finansjeryzację. Jednak wiedząc o tym oraz znając jej zagrożenia, możemy się na to przygotować, chroniąc przed jej wpływem najbardziej newralgiczne obszary życia gospodarczego, takie jak chociażby usługi publiczne. Z tego punktu widzenia decyzję o sprzedaży PKP Energetyka funduszowi spekulacyjnemu należy oceniać jak najgorzej. Jednak ochrony przed finansjeryzacją potrzebują także najważniejsze gałęzie produkcji i nasi narodowi czempioni. Warto pamiętać, że strumienie kapitału przychodzą i odchodzą, a prawdziwe bogactwo i powodzenie może przynieść społeczeństwu jedynie realne wytwórstwo.