przez Piotr Wójcik | poniedziałek 27 lutego 2017 | opinie
Jestem niemal nieustannie skonfundowany, gdy obserwuję życie polityczne w ostatnim czasie. Z jednej strony doszła do władzy partia, której etatystyczno-socjalne idee są mi bardzo bliskie. Co więcej, ekipa ta rzeczywiście próbuje wdrażać je w życie. I powoli przynosi to efekty, które widać w ostatnich bez mała rewelacyjnych danych z gospodarki – duży wzrost płac w 2016 r., pierwszy od 2008 r. wyraźny wzrost udziału płac w PKB, najwyższy w UE wzrost PKB w IV kwartale 2016 r., najlepsza sytuacja finansowa gospodarstw domowych od 2007 r., czteroprocentowy wzrost liczby urodzeń, a nawet hossa na giełdzie. Z drugiej jednak strony, co rusz mam wrażenie, że wiele z tych zmian należałoby przeprowadzić nieco inaczej. A często wręcz zupełnie inaczej. Wciąż mam wrażenie, że gdyby reaktywację państwa przeprowadzić bardziej z głową i według zdrowych standardów, efekty byłyby lepsze. W zasadzie z błędów obecnej ekipy rządzącej można by stworzyć krótki poradnik „jak nie budować instytucji publicznych”.
Nie walczyć na dziesięciu frontach na raz
Lepiej nie otwierać zbyt wielu frontów jednocześnie, gdy przystępuje się do zmiany paradygmatu, na którym zasadza się od ćwierćwiecza państwo, na inny, a w zasadzie zupełnie odmienny. Najlepiej otworzyć tylko te najbardziej potrzebne. Skoro doszło się do władzy dzięki postulatom ekonomicznym, warto dobrze się zastanowić, czy spór z sądem konstytucyjnym jest rzeczywiście konieczny. W końcu raczej nie zakwestionuje on sztandarowych projektów: wsparcia rodzin zasiłkiem na dzieci, publicznego programu mieszkaniowego czy godzinowej stawki minimalnej. Wątpliwe też, by mógł się przyczepić do ustaw podatkowych, jeśli byłyby dobrze napisane. Gdy jednak uznamy, że z jakichś względów akurat spór z sądem konstytucyjnym jest konieczny, to nie należy skłócać się ze wszystkimi pozostałymi silnymi grupami interesu. Jeśli chcemy dążyć do spięcia z sędziami, dobrze byłoby nie zrażać do siebie mediów, bezsensownie postulując ograniczenia dotyczące ich pracy w Sejmie. Jeśli gotujemy się na konflikt z rynkami finansowymi, np. obciążając banki podatkiem, nie należy prowadzić awanturniczej polityki w UE, obwieszczając na przykład, że się nie przyjmie żadnego uchodźcy, choć widać gołym okiem, że procedura ich rozdzielania i tak utknęła w martwym punkcie.
Nie trzeba też wrzucać wszystkich przeciwnych grup do jednego worka z napisem „liberalno-lewicowe elity biznesowo-polityczne”, bo nie stanowią one jednolitej grupy i nie mają takich samych interesów. I nie zapominać, że w tym worze można znaleźć też i sojuszników, jeśli się dobrze poszuka. A bez jakichkolwiek sojuszników wśród głównych grup interesu nie da się przeprowadzić głębokiej i przede wszystkim trwałej zmiany społeczno-ekonomicznej. Za nic w świecie nie otwierać wszystkich planowanych frontów na raz, a już na pewno o tym nie krzyczeć. Nie sprawiać wrażenia, jakby chciało się dokonać jakiejś wielkiej rewolucyjnej zmiany, bo to działa jak płachta na byka na tych, którzy korzystają ze status quo. Nie zapominać, że z silnymi grupami interesów najłatwiej jest walczyć po cichu, krok po kroku, uprzejmie się uśmiechając i przytakując, gdy to nic nie kosztuje i nie wiąże się z żadnymi realnymi ustępstwami.
Nie wylewać dziecka z kąpielą
Reformując instytucje, nie równać ich z ziemią. Naprawianie polega na tym, że przywraca się czemuś jego funkcjonalność, a nie niszczy. Gdy chcemy zreformować sąd konstytucyjny, należy go naprawić, nie obezwładnić. W sytuacji serii wypadków oficjeli, nie opowiadać, że trzeba rozwiązać cały BOR, tylko zidentyfikować obszary, które nie działają i zająć się nimi. „Opcja zerowa” niemal nigdy się nie sprawdza – nie sprawdziła się, gdy 25 lat temu zaczęliśmy reformować gospodarkę, nie sprawdzi się i teraz, gdy reformujemy instytucje. Nawet niewydolna instytucja posiada bagaż doświadczeń i umiejętności, które można wykorzystać i które szkoda tracić. Nie uznawać wszystkich zastanych pracowników służby cywilnej za sługusów wcześniejszego „reżimu”. Wielu z nich to profesjonaliści, którzy zdecydowali się służyć wspólnocie za marne grosze. Odsuwanie ich to nie tylko niesprawiedliwość wobec nich samych, ale przede wszystkim ogromna strata kompetencji.
Pod żadnym pozorem nie należy upolityczniać, czy też w polskich warunkach: upartyjniać, instytucji publicznych. Nawet jeśli do tej pory były przejęte przez przeciwny obóz polityczny, rozwiązaniem jest ich profesjonalizacja, a nie robienie tego samego à rebours. Warunkiem dobrego funkcjonowania instytucji jest zaufanie jak największej części obywateli – jeśli spora ich grupa uważa je za partyjne (vide powiedzenie „państwo PiS”), to utrudnia się tym organom osiąganie założonych celów. Nie należy oddawać z założenia niezależnych instytucji pod kontrolę polityków – jeśli sądy źle działają, trzeba stworzyć mechanizmy kontroli bezpośrednio przez obywateli, a nie przez akurat sprawującą władzę większość sejmową. Nie rezygnować z konkursów na wysokie stanowiska w korpusie cywilnym tylko dlatego, że wiele z nich było ustawionych. Po pierwsze nie wszystkie, a po drugie samo ich istnienie utrudniało umieszczanie swoich na stanowiskach. Sam znam co najmniej kilka historii z niższego szczebla, w których wybrany wcześniej kandydat nie wygrywał konkursu – po prostu nie było możliwości nie wybrać lepszego. Raczej zatem należy dopracować ten mechanizm, a nie wrzucać go do kosza.
Nie przeprowadzać zmian „na szybko”, bez przygotowania i debaty. Lepiej ich w ogóle nie przeprowadzić albo chociaż opóźnić, niż zrobić to źle. Działając w ramach złych instytucji ludzie tworzą mechanizmy dostosowawcze, dzięki czemu nawet w ramach złych przepisów i podmiotów tworzą się dobre praktyki. Gdy chce się zdemolować zastany ład, bez konsultacji społecznych, instynktownie obudzi się wobec tego sprzeciw. Bo lepsze oswojone złe instytucje niż totalny chaos. Nawet jeśli gimnazja mają swoje grzechy na sumieniu, to nie ma potrzeby ich likwidować przepisami pisanymi na kolanie – można to zrobić rzetelniej rok później. Polska edukacja ma już dosyć rewolucyjnych przemian.
I przede wszystkim, nie zapominać, że kiedyś przestanie się rządzić. Reformując instytucje polityczne, robić to w taki sposób, żeby nie utrudniały życia, gdy będziemy w opozycji. Bo dziś może ułatwi to zadanie, ale za kilka lat, gdy role się odwrócą, przeciwnicy polityczni wykorzystają je do własnych celów.
Nie stawiać ideologii ponad interesem kraju
Nie ideologizować przesadnie instytucji. Oczywiście polityka każdej partii jest odzwierciedleniem idei, które za nią stoją, jednak same instytucje powinny pozostać możliwie bezstronne. Idee są różne i się zmieniają, a Polska jest jedna i chcielibyśmy, żeby trwała jeszcze lata i wieki. Jej instytucje mają służyć prawicowcom i lewicowcom, katolikom i wojującym ateistom, prawdziwym macho i homoseksualistom. Wszyscy oni są obywatelami Polski i nie znikną, nawet jeśli zamknie się na nich oczy. Nie tworzyć z mediów publicznych prawicowej tuby, bo nie będą mogły na nią patrzeć osoby o innych poglądach. A chyba warto dotrzeć z misją do wszystkich, a nie do wiernych i już przekonanych. Nie rozdawać dotacji pismom idei z ideologicznego klucza – monodebata publiczna to najkrótsza droga do upośledzenia intelektualnego społeczeństwa. A upośledzone społeczeństwo to upośledzone państwo.
Nie wynosić na zewnątrz sporu politycznego i nie nakładać na politykę zagraniczną własnych ideologicznych przekonań. Szukanie sojuszników na podstawie własnego światopoglądu to najgłupsza strategia geopolityczna, jaką można sobie wyobrazić. Nie dążyć do zbliżenia z krajami o zupełnie odmiennych interesach tylko dlatego, że nie lubią tych samych polityków, co my. Jak przyjdzie co do czego, to i tak pójdą własną drogą, a na nas się nawet nie obejrzą (ewentualnie wykorzystają nas we własnej wewnętrznej grze politycznej, jak Brytyjczycy). Nie szukać sojuszników wśród krajów, które bratają się z naszymi największymi wrogami, bo widać na oko, że żadnej realnej wspólnoty interesów na dłuższą metę się z nimi nie zbuduje. Skoro zwalczamy Nord Stream II, to nie ma większego sensu zbliżać się do Węgrów, którzy dążą do stworzenia analogicznego South Stream. Raczej należy przeorientować się na tych, którzy podzielają z nami obawy geopolityczne – nawet jeśli czuje się do nich niechęć z powodów światopoglądowych. Geopolityka to gra o krajowe interesy, a nie przepychanka konfesyjno-ewangelizacyjna.
Nie rezygnować z kandydatur popierania Polaków na najwyższe urzędy międzynarodowe tylko dlatego, że było się z nimi w ostrym sporze politycznym w kraju. Już sam fakt zasiadania przez Polaków na wysokich międzynarodowych stołkach podnosi prestiż Polski. Zachodnim elitom trudniej będzie przehandlować nasz kraj, gdy pochodzą z niego ci, z którymi jeszcze niedawno poklepywały się po plecach. Poza tym nawet największy kosmopolita w głębi duszy nigdy nie zapomni, skąd pochodzi. Przecież tu ma rodzinę (bliższą lub przynajmniej dalszą), wspomnienia, sieci społeczne, często majątek. Właśnie dlatego słusznie mówi się, że „kapitał ma narodowość”.
Nie stawiać na wiernych amatorów
I wreszcie, pod żadnym pozorem nie robić totalnej amatorki. Skoro już media publiczne muszą być tubą propagandową, to niech to będzie chociaż propaganda subtelna i inteligentna. Bo inaczej, zamiast przekonywać do swoich racji, wystawi się na pośmiewisko. Nie wstawiać antypatycznej Beaty Mazurek na rzecznika, bo przecież wiadomo, że zostanie najgorszym rzecznikiem czegokolwiek ever. Nie otaczać się miernotami tylko dlatego, że są wierne i nie rugować wyróżniających się jednostek, bo to wcale nie ułatwi zadania. Prędzej czy później (raczej prędzej) ich miernota się ujawni i obróci przeciw. Na przykład dadzą się ponieść emocjom i wykluczą inną miernotę z obrad Sejmu, czym dadzą asumpt do miesięcznego paraliżu parlamentu. Lepiej trochę się pomordować z ludźmi, którzy coś sobą prezentują – nawet jeśli czasem to nieprzyjemne, to na dłuższą metę przyniesie zdecydowanie lepsze rezultaty.
Jak widać, w zdroworozsądkowej strategii budowania dobrego państwa nie ma większej filozofii. Wcale nie trzeba rezygnować przy tym z własnych ideałów i przekonań. Nie trzeba też rezygnować z własnych celów i chodzić na zgniłe kompromisy z tymi, których uważa się za główne zawalidrogi w dziele sanacji państwa. Wystarczy nieco uzbroić się w cierpliwość i nie chodzić na łatwiznę. I nie dawać się ponosić własnemu przekonaniu o nieomylności. Polska potrzebuje reaktywacji państwa i silnych instytucji, ale warto zrobić to z głową. Pozytywnie odbije się to zarówno na Polakach, jak i na tych, którzy to przeprowadzą.
Piotr Wójcik
przez Joanna Grzymała-Moszczyńska | środa 15 lutego 2017 | opinie
Złudzenia optyczne? Och, to bardzo ciekawe jak działa nasz mózg! Fakt, że rozumiemy sens zdania, nawet jeśli przestawimy pierwsze litery słów? Niezwykłe, jak dobrze działa nasz system językowy! Zapomniałaś o rocznicy lub urodzinach kolegi, opowiedziałeś historię, a koleżanka mówi ci, że było zupełnie inaczej? Kto by to wszystko pamiętał, przecież jesteśmy tylko ludźmi.
Gdy opowiadamy ludziom o różnych złudzeniach i ograniczeniach poznawczych, najczęściej są zainteresowani i rozbawieni, ale jednak nie czują się urażeni. Te ograniczenia i niedoskonałości uważamy za stałą część ludzkiej natury. Wszystko radykalnie się zmienia, gdy w podobny sposób zaczynamy mówić o podejmowaniu decyzji. Nikt prawdopodobnie nie poczuje się osobiście dotknięty, gdy powiemy, że uległ złudzeniu optycznemu. Większość osób nie obrazi się, gdy im powiemy, że cierpią na bóle pleców, ponieważ nasz kręgosłup wyewoluował zbyt szybko i nie jest odpowiednio przystosowany do siedzącego trybu życia. Ale gdy wskazujemy na błędy popełniane przy podejmowaniu decyzji i zwracamy uwagę na niespójności w wyborach, jakich dokonują, wówczas, jak twierdzi Eldar Shafir, psycholog z Uniwersytetu w Princeton, obrażamy ich samych, ich niezależność, ich umiejętności i kompetencje, nie mówiąc o ich doskonałym wglądzie w to, czego potrzebują i pragną.
Absurdem byłoby upieranie się, że nasze zmysły zawsze działają w sposób idealny i nic ani nikt nie jest w stanie tego zmienić – ani pogorszyć, ani udoskonalić ich funkcjonowania. Równocześnie, jak zwraca uwagę Shafir, uznani myśliciele, tacy jak John Stuart Mill czy Milton Friedman, upierają się, że decyzje, które podejmujemy, są dokładnie takie, jak być powinny i nikt ani nic, a w szczególności państwo, nie jest w stanie uczynić ich lepszymi. Ilustracją tych przekonań może stanowić ten – bardzo popularny – cytat z Friedmana: Nikt nie wydaje cudzych pieniędzy tak ostrożnie, jak wydaje swoje własne. Albo słowa Milla: Najzwyklejszy człowiek zna swoje uczucia i położenie nieskończenie lepiej, niż ktokolwiek inny. Te zdania, w kontekście aktualnej wiedzy psychologicznej na temat ludzkiego funkcjonowania poznawczego, są po prostu absurdalne.
Oczywiście, możemy bardziej „martwić się” swoimi pieniędzmi, ale wcale nie oznacza to, że wydamy te pieniądze znacząco lepiej niż odpowiednio przeszkolona osoba o dobrych intencjach. Obszary, w których bardzo często podejmujemy błędne decyzje, oparte na założeniach sprzecznych z prawdą, to te, na których najbardziej nam zależy – a więc to, jakie działanie przyniesie największy zysk, zapewni nam najlepszą edukację, bezpieczeństwo czy poprawę stanu zdrowia. Oczywiście odpowiednie przygotowanie i zmotywowanie doradców jest dużym wyzwaniem, ale nigdy mu nie podołamy, jeśli, zgodnie z tym, co mówi Shafir, nie rozpoznamy pierwotnego problemu, jakim są nasze bardzo ograniczone możliwości podejmowania tzw. Racjonalnych Decyzji.
Według Shafira fakty odnośnie do ludzkiego zachowania są jednoznaczne. Jesteśmy istotami nieuchronnie i głęboko uzależnionymi od kontekstu. Począwszy od postrzegania kolorów, przez odczuwanie emocji, dokonywanie wyborów i wydawanie sądów, nasze doświadczenia są silnie kształtowane przez kontekstualne niuanse, których w dodatku najczęściej nie jesteśmy świadome. Nie jesteśmy w stanie wpłynąć na własną percepcję złudzenia optycznego. Podobnie jest w naturalnym, codziennym funkcjonowaniu – jesteśmy więźniami kontekstu.
Przykładów są tysiące – począwszy od czaru okazji supermarketowych, przez mechanizmy rządzące korzystaniem z usług finansowych, po wpływ pory dnia na decyzje sędziów. Wyniki badań Dazigera i współpracowników (2011) wskazują, że stosunek przychylnych rozstrzygnięć w sądach w trakcie dnia waha się od 65% rano, do blisko zera przed przerwą na lunch, aby po przerwie powrócić do poziomu wyjściowego.
Nie ma również wątpliwości co do tego, że jesteśmy skłonni/e wydawać dużo więcej, gdy korzystamy z karty kredytowej, niż gdy płacimy gotówką. Wpływ środka płatniczego, jaki wybieramy, na to, ile wydamy, jest bardzo silny (do 100%) i według naukowców nie może być w całości przypisany ograniczeniom w płynności finansowej (Prelec i Simester, 2001). Ogromny wpływ – szczególnie w sektorze finansowym – mają również reklamy. Badania przeprowadzone w RPA testowały różne sposoby prezentowania oferty kredytu. Okazuje się, że zdjęcie uśmiechniętej kobiety towarzyszące ofercie zwiększyło zainteresowanie mężczyzn kredytem tak samo, jak obniżenie oprocentowana o 4,5% (Bertrand i in. 2005). Zaprezentowanie osobie potencjalnie zainteresowanej kredytem jednej oferty zamiast czterech, zwiększa prawdopodobieństwo podjęcia pożyczki tak samo, jak obniżenie oprocentowania o 2%. Zaskakująco wysoki wpływ na naszą sytuację materialną ma również pogoda – osoby, które przychodzą na rozmowę o pracę w dzień deszczowy, prawdopodobnie zostaną ocenione niżej, niż gdyby rozmowa odbywała się przy pięknym słońcu (Schwarz i Clore 1983). Podobnie jest z rozmowami kwalifikacyjnymi na studia medyczne – kandydatki i kandydaci byli oceniani o 10% mniej korzystnie, gdy ich rozmowy odbywały się w dzień deszczowy w porównaniu z dniem słonecznym (Redelmeier i Baxter 2009).
Według Shafira, przyjęcie do wiadomości faktu, że jesteśmy istotami, których preferencje są podatne na wpływ kontekstu (w taki sam sposób, w jaki jesteśmy podatni na złudzenia optyczne), powinno radykalnie zmienić nasze poglądy na autonomię i niezależność procesu podejmowania codziennych decyzji od wszelkich manipulacji.
Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że osoby mają wiele różnych tożsamości – w moim przypadku polityczki, doktorantki, córki, członkini Koła Pszczelarzy w Krynicy-Zdroju – a ich preferencje są mocno uzależnione od tego, która z tych tożsamości jest akurat najsilniej zaktywizowana. Badania wskazują, że aktualnie dostępna tożsamość może zmienić radykalnie to, czy damy przekonać się do czegoś, z czym wstępnie się nie zgadzamy (Kelley 1955), naszą percepcję reklam (Forehad i in. 2002) czy decyzje konsumenckie (LeBoeuf i in. 2010).
Tego rodzaju niestabilność w postawach i wyborach jest sprzeczna z prostackimi poglądami na autonomię, powszechnie wyznawanymi przez liberałów. Pracujący ojciec będzie bardziej skłonny przyjąć zaproszenie na weekendową konferencję poza miejscem zamieszkania, gdy otrzyma je będąc w pracy (kiedy dominuje jego tożsamość zawodowa), niż gdy dotrze ono do niego wieczorem, kiedy będzie bawił się ze swoim dzieckiem (a więc kiedy bardziej dostępna będzie jego tożsamość ojcowska). Czyją autonomię w takiej sytuacji powinniśmy szanować bardziej – zawodową czy rodzicielską? Czy posiadając wiedzę na temat tego mechanizmu i wykorzystując ją do przekonania naukowczyni, którą bardzo cenimy i chcemy, aby wystąpiła na naszej konferencji, wykazujemy się brakiem szacunku dla jej autonomii i uwłaczamy jej godności? Jeśli wpływ kontekstu na percepcję wzrokową nie urąga naszej godności, tym bardziej nie powinniśmy postrzegać jako zniewagi uznania faktu, że podejmujemy decyzje pod wpływem kontekstu. W tym sensie tzw. zasada szkody Johna Stuarta Milla, wyrażona w eseju „O wolności”, według której ludzie wiedzą, co leży w ich najlepszym interesie i powinni mieć możliwość dokonywania zgodnego z tym, wolnego od manipulacji, wyboru, nie jest w pełni stosowalna do istot, jakimi jesteśmy.
Biorąc pod uwagę to wszystko, jak w zasadzie miałaby wyglądać wolna od manipulacji możliwość wyboru? Jak zwraca uwagę Shafir, teoretycznie słuszny sprzeciw wobec manipulacji, która „narusza autonomię ofiary poprzez podkopywanie i obrażanie jej zdolności do podejmowania decyzji” (Wilkinson 2013), oparty jest na bardzo naiwnym obrazie „ofiary” i jej funkcjonowania psychologicznego. Uznanie wpływu sytuacji i kontekstu w żadnym wypadku nie oznacza, że nie potrafimy podejmować decyzji, lecz że nasze decyzje są ogromnie podatne na manipulacje i zniekształcenia. Liberalny upór – godny lepszej sprawy – że jakiekolwiek wpływanie na decyzje obywateli i obywatelek (np. poprzez stosowne regulacje wprowadzane przez państwo) jest przejawem braku szacunku dla ludzi, jest ślepy na fakty oczywiste dla studentki pierwszego roku psychologii. Jeśli przyjmiemy za fakt naszą ograniczoną możliwość podejmowania „racjonalnych” decyzji, przestaniemy wymagać dla nich tak wiele uznania.
Jesteśmy manipulowani w wielu obszarach i na różne sposoby. Manipulacja jest integralną częścią naszego życia. Dlaczego nie uznać tego faktu i nie zrobić z niego możliwie najlepszego użytku? Liberałowie argumentują, że pewien stopień manipulacji jest dopuszczalny. Tak było w przypadku reformy OFE: naszej decyzji zostawiono, czy przenosimy oszczędności emerytalne do ZUS-u (co było możliwością docelową), czy zostajemy w OFE. Jednak fakt, że ludzie zwykle odrzucają opcje, które zdecydowanie im się nie podobają, nie sprawia, że sama konstrukcja sytuacji wyboru nie jest manipulacją. Zwłaszcza że często nie zdajemy sobie sprawy z tego, która część tej sytuacji powinna zostać odrzucona – oraz dlatego, że ta część, która w największym stopniu jest manipulacją, nie musi koniecznie być tym, co odrzuca nas najbardziej.
Jak udowadnia Shafir, możemy nie lubić noszenia gotówki i wybierać płatności kartą kredytową, ale to właśnie korzystanie z karty sprawia, że wydajemy dwukrotnie więcej. Wcale nie muszę czuć się niekomfortowo, gdy „doradca finansowy” pyta, czy bezpieczeństwo mojej rodziny lub spokojna starość są dla mnie ważne, gdy przychodzę do banku złożyć wniosek o kredyt mieszkaniowy. Gorzej, gdy możliwość podjęcia „wolnego wyboru” sprawia, że wychodząc z banku orientuję się, że wykupiłam toksyczną polisolokatę.
Kopalnią przykładów tego rodzaju manipulacji jest książka Pawła Reszki „Jak oszukują nas wielkie firmy”. W jednej z rozmów dyrektor sprzedaży firmy ubezpieczeniowej i zarządzającej aktywami mówi: Racjonalności po stronie klienta nie ma. On kieruje się emocjami. Bierze nie to, co jest dobre, ale to, co fajnie opakowane. Najlepiej sprzedają więc wyspecjalizowani w tym rzemiośle „kuglarze”.
Książka pełna jest opisów bezwzględnych manipulacji mających na celu sprzedawanie toksycznych produktów finansowych – polisolokat, za pomocą których można wyłącznie stracić pieniądze, czy ubezpieczeń, które nie ubezpieczają na żadną okoliczność. Klienci i klientki podpisują je, ponieważ umowy skonstruowane są w sposób absolutnie niezrozumiały dla osoby bez stosownego przygotowania.
Fascynującym zbiorem technik manipulacyjnych jest także strona internetowa firmy Kredyty-chwilówki.pl. Silnie eksponowaną częścią jej działalności jest tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu. Firma zajmuje się organizacją wydarzeń z gruntu sympatycznych – Mikołajek dla dzieci z Przedszkola Samorządowego w Gorzowie Wielkopolskim wraz z prezentami opakowanymi w firmowe reklamówki, czy spotkań dotyczących „edukacji ekonomicznej”, podczas których przekazuje się 6-letnim dzieciom wiedzę dotyczącą tego, czym zajmują się „doradcy finansowi” oraz tego, dlaczego nie należy bać się kredytów. W dawaniu dzieciom prezentów, a tym bardziej w edukacji ekonomicznej, nie ma przecież nic złego. Czy to coś, co mogłoby wzbudzić sprzeciw rodziców? Firma buduje swój wizerunek instytucji miłej i dobroczynnej, tworząc pozytywne skojarzenia dzieci i rodziców z lichwą – bo przecież ważne są edukacja i odpowiedzialność, a te kredyty to nic złego.
Jak możemy przeciwdziałać manipulacjom czyhającym na nas na każdym kroku? W oczywisty sposób rozwiązaniem jest wprowadzanie – szczególnie w takich obszarach jak sektor finansowy – daleko posuniętych regulacji. Jednak wystarczy wspomnieć reakcje polskich mediów i establishmentu na Rekomendację S wydaną przez Komisję Nadzoru Finansowego w marcu 2006. Przedstawiała ona zagrożenia związane z kredytami frankowymi oraz wprowadzała zalecenie, aby banki jako pierwsze oferowały klientom kredyty w złotówkach. W książce Reszki wspomina to były współwłaściciel firmy doradztwa finansowego: Jaka była reakcja? Niech pan spojrzy na artykuły w gazetach i na portalach ekonomicznych. Niemal wszystkie w duchu: „Wprowadzanie rekomendacji dotknęło głównie osoby o najniższych dochodach. Część z nich straciła możliwość zaciągnięcia kredytu”. Tak? A może uchroniło przed wizją bankructwa?
Politycy nie pozostawali w tyle. Pamiętam Zytę Gilowską, były oświadczenia think tanków ekonomicznych. W sumie racjonalne, bo przecież: każdy ma prawo ryzykować, dlaczego powinniśmy odbierać komuś prawo do decydowania, dlaczego ograniczamy wolność, komuna już była. I to wszystko było racjonalne, dopóki kurs franka spadał, płace rosły, oprocentowanie było niskie. Potem wszystko pękło i zaczęło się szukanie winnego, czyli kozła ofiarnego. Najfajniej byłoby zrobić winnego z Komisji Nadzoru Finansowego. Zaczęło się mówienie, że to nadzór finansowy nie dopilnował. Więc KNF przypominała: „Myślmy ostrzegali!!!”, i opublikowała wypowiedzi krytykujące przyjęcie w 2006 roku Rekomendacji S. (Reszka 2016, s. 94).
Zyta Gilowska mówiła z pełnym szacunkiem o zdolnościach obywateli i obywatelek do podejmowania racjonalnych decyzji kredytowych – moim zdaniem obywatele są dorośli i mają prawo do pewnej dozy lekkomyślności w podejmowaniu decyzji (PAP, 10.02.2006). Również Klub Parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości przyjął Rekomendację S z „niepokojem”, gdyż wprowadzanie sztucznych ograniczeń tamujących naturalny rozwój rynku kredytów nie służy polskiej gospodarce, a już na pewno nie służy obywatelom.
Fascynującą lekturą jest również raport podsumowujący akcję „Wolność dla marzeń, wolność dla kredytów”, przygotowany przez Instytut Globalizacji. Na podstawie wyników badań zleconych TNS OBOP autorzy wnioskują, że Polacy są ostrożni i świadomi ryzyka kredytowego. Dlatego też dodatkowe regulacje są zbędne. Możemy tam przeczytać wypowiedź Andrzeja Sadowskiego, wiceprezydenta Centrum im. Adama Smitha, który mówi: Nie można ingerować w obszar roztropności banku i jego klienta. O tym, jak skończyła się wiara w „roztropność” banków oraz ich klientów i klientek, nikomu nie trzeba przypominać.
Jak pisze Shafir, pozostaje zaakceptować, że świat jest nieuchronnie pełen manipulacji i zająć wobec tego faktu stanowisko. Oraz zastanowić się, czy najlepszą z dostępnych możliwości rzeczywiście jest sytuacja, w której rządy i organizacje społeczne w imię uszanowania ludzkiej godności i wolności wyboru pozwalają nam wpadać w pułapki finansjery sprzedającej niebezpieczne produkty i nierealistyczne marzenia w atrakcyjnych opakowaniach.
Podczas gdy rząd amerykański wydaje 2 miliony dolarów rocznie na program edukacji żywieniowej, McDonald’s inwestuje 1,4 miliarda dolarów w reklamę. Większość australijskich dzieci w wieku 9-10 lat jest przekonanych, że Ronald McDonald wiedział najlepiej, co dzieci powinny jeść. Metaanaliza 40 badań dotyczących relacji pomiędzy oglądaniem telewizji a otyłością u dzieci, wskazuje, że głównym mechanizmem zapośredniczającym tę relację jest oglądanie reklam (Olfman 2005). Jak możemy się przed tym bronić? Grecja nie pozwala na wyświetlanie reklam zabawek przed 22.00, Belgia wprowadziła pięciominutowy bufor przed i po (oraz w trakcie) programów dla dzieci, Norwegia i Szwecja zabraniają kierowania reklam do dzieci poniżej 12. roku życia (Browne i Horpen 2004).
Jednak regulacje (niestety) nie rozwiążą wszystkich problemów społecznych – szczególnie w obszarze zachowań prozdrowotnych, bezpieczeństwa czy szeroko rozumianego dobrostanu fizycznego i psychicznego. Choć zapewnienie możliwości skorzystania z dobrej jakości, bezpłatnej i powszechnej służby zdrowia jest podstawą, nie zawsze taka możliwość będzie wystarczającą zachętą do wzięcia udziału np. w programie profilaktyki raka szyjki macicy lub badaniu przesiewowym w kierunku cukrzycy. Dlatego też musimy zgodzić się na to, aby rządy i organizacje społeczne mogły konstruować rzeczywistość w sposób ułatwiający podejmowanie właściwych, dobrych dla nas wyborów.
W oczywisty sposób pojawia się pytanie: czy chcemy wydawać publiczne środki na manipulacje? Z jednej strony – oczywiście, że nie! Ale z drugiej możemy zapytać, czy chcemy efektywnie wydawać pieniądze publiczne na rozwiązywanie problemów zdrowotnych, walkę ze smogiem czy przestępczością? Marzę o tym, aby tego rodzaju problemy nie istniały, ale dopóki istnieją nie możemy obrażać się na rzeczywistość i musimy szukać skutecznych sposobów radzenia sobie z tymi zagrożeniami. Jak słusznie zwraca uwagę Shafir, nie byłoby szczególnie mądrym uznanie, że występowanie wypadków samochodowych stanowi obrazę dla ludzkiej godności i w związku z tym nieprowadzenie działań mających na celu zapobieganie im.
W 2010 r. rząd Davida Camerona zapoczątkował tzw. Behavioural Insights Team, którego celem jest tworzenie mechanizmów mających na celu m.in. promocję zdrowszego trybu życia, zwiększania ściągalności podatków i wspieranie dobroczynności. Przykładem interwencji zaprojektowanej w ramach tego zespołu jest drobny zabieg, który może ułatwić płacenie podatku w terminie. W Wielkiej Brytanii urzędowi podatkowemu udało się o 15 procent zwiększyć liczbę osób, które opłacały podatek w terminie – dokonano tego dzięki odwołaniu do normy społecznej, w formie wysłania listu informującego podatnika, że większość jego sąsiadów już to zrobiła (Mols i in. 2014).
Inną, również dość subtelną interwencją, tym razem mającą na celu obniżenie poziomu przestępczości, było posprzątanie i doświetlenie oraz reagowanie na łamanie norm (takich jak picie alkoholu) w miejscach dotkniętych wysokim wskaźnikiem łamania prawa (Braga i Bond, 2008). W punktach poddanych tego typu interwencji obserwowano 20% mniej zgłoszeń naruszenia porządku (34% mniej napaści i 11% mniej kradzieży), bez jednoczesnego wzrostu przestępczości w innych miejscach w pobliżu.
Bardzo skuteczne są również interwencje odnoszące się do ważnych dla nas tożsamości. Kampanie medialne mające na celu zmniejszenie zaśmiecenia w okolicy autostrad w Teksasie i Oklahomie odniosły znaczący sukces – w ciągu roku poziom zaśmiecenia został zredukowany o 72%! Dlaczego? Według badaczy wynikało to z tego, że hasła takie jak „Don’t mess with Texas” (gra słów: „don’t mess” oznacza zarówno „nie śmieć”, jak i „nie zadzieraj”) odwoływały się do lokalnej dumy i podkreślały, że śmiecenie nie jest zachowaniem godnym „prawdziwych Teksańczyków” (Grasmick i in. 1991).
Zupełnie oczywistym jest to, że zaprezentowany tu tok myślenia może wydawać się niepokojący, wywoływać dyskomfort i sprzeciw. Zdaję sobie sprawę z ogromnych wyzwań etycznych (i praktycznych) z nim związanych, jak chociażby to, kto ma prawo decydować o wdrażaniu rozwiązań opisanych powyżej czy definiować to, jak powinno wyglądać „dobre życie”. Co w sytuacji, gdy manipulacji podejmuje się rząd, który ma na celu ograniczanie podstawowych wolności obywatelskich? Ale równocześnie: czy nie jest niepokojący sposób postępowania i skala manipulacji sektora finansowego czy wielkich korporacji? Wreszcie pytanie: czy wykażemy się większym szacunkiem dla osoby o znaczącej krótkowzroczności, przekonanej, że ma doskonały wzrok, zachęcając ją do założenia okularów, czy może lepiej, abyśmy uznali, że ma pełne prawo do posiadania takiego przekonania i podejmowania Wolnych i Racjonalnych Wyborów, a następnie nie zareagowali, widząc, że zbliża się do przepaści?
Joanna Grzymała-Moszczyńska
Autorka we fragmentach swojego tekstu streściła argumentację przedstawioną w artykule Eldara Shafira „Manipulated as a Way of Life” opublikowanym w „Journal of Marketing Behavior”, 2015, 1: 245–260.
przez Jarosław Tomasiewicz | piątek 10 lutego 2017 | opinie
Od dekad krytykuję polską lewicę za intelektualną impotencję wyrażającą się w bezmyślnym importowaniu zagranicznych wzorów. CTRL+C, CRTL+V. To takie błędne koło: specyficzny splot czynników geopolitycznych, historycznych, społeczno-ekonomicznych i kulturowych spowodował, że lewica w Polsce pozostawała na ogół (pomijając kilka historycznych wyjątków) osamotnioną mniejszością; poczucie izolacji sprawiało, że z utęsknieniem wyczekiwała pomocy z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”); stawianie na „bratnią pomoc” zamiast na pracę w rodzimym społeczeństwie pogłębiało alienację lewicy. Przy czym, o ile sto lat temu lewica rozkwitała intelektualnie (Brzozowski! Abramowski! Luksemburg! Kelles-Krauz! Machajski! Hempel! – i wielu, wielu innych), to obecnie, po dziesięcioleciach gonienia obcych wzorów i implementowania ich w „tym kraju”, stała się intelektualnie wyjałowiona. Sprowadzenie polskiej lewicy do roli translatora zewnętrznych trendów dostrzegam nie tylko ja – „bardzo dziwna postać”, jak raczył nazwać mnie ongiś jeden z lewicowych redaktorów – ale też nieposzlakowani lewicowcy.
Ale spokojnie, tym razem nie będę przynudzał i powtarzał się. Wręcz przeciwnie – skrytykuję domorosłych lewaków z nadwiślańskiego zaścianka za niedostrzeganie najnowszych mód zrodzonych w Ojczyźnie Światowej Klasy Kreatywnej.
Po kolei. Przez ostatnie lata hipster-lewica, udająca obecnie lewicę radykalną, wygrzewała się w ciepłym słoneczku liberalnego mainstreamu, który zdominował układ geopolityczny. Można było bezpiecznie walczyć o postęp mając za plecami liberalne państwo – oczywiście nie będące szczytem marzeń goszysty, pryncypialnie krytykowane za „błędy i wypaczenia”, ale jednak uważane za mniejsze zło niż ciemnogród i populizm. Ono samo było trzymane w ryzach przez „oświecony absolutyzm” Unii Europejskiej, a tę znowuż asekurował – jako zwornik globalnego ładu – dobrotliwy Wielki Wujek Barack. W ten sposób mogło pojawić się zjawisko charakterystyczne dla schyłkowych imperiów: imperialistyczna lewica pragnąca sfinansować reformy socjalne w metropolii profitami z poddanych hegemonicznemu uciskowi peryferii, dlatego zainteresowana w utrzymaniu istniejącego ładu geopolitycznego (zjawisko brytyjskiego socjalimperializmu XIX/XX w. opisywał Bernard Semmel). Bezzębna prawica mainstreamowa, skoncentrowana na liczeniu korporacyjnych zysków, mogła sobie wszczynać kulturowe wojenki, ale generalnie zepchnięta została do głębokiej defensywy, oddając jedną pozycję po drugiej. Skrajna prawica w większym stopniu egzystowała w histeryczno-sensacyjnych medialnych stories niźli w realu.
Aż tu nagle demon powrócił. Objawił się AltRight – „prawica alternatywna”, alternatywna wobec mainstreamu; zjawisko skądinąd niejednolite. To nie jest reaganowsko-thatcherowska neoliberalna/neokonserwatywna New Right, której ostatnim wyrazem była Tea Party. AltRight to odrodzenie twardej „Starej Prawicy” – etnopolitycznej, tradycjonalistycznej, populistycznej – w nowych postmodernistycznych formach. Swoisty powrót do korzeni. I to właśnie altrightowcom udało się pokonać mainstreamową lewicę na jej własnym polu: zdobyć poparcie robotników używając nie haseł kulturowych (Thomas Frank trochę się zdezaktualizował), lecz ekonomicznych. Robotnicy z Pasa Rdzy poparli protekcjonizm przeciw globalizmowi.
Dla lewicy, która zdążyła już zapomnieć o cechującym ją kiedyś antyimperializmie, to geopolityczne trzęsienie ziemi, ba – coś w rodzaju odwrócenia magnetycznych biegunów Ziemi. Nagle zabrakło punktu oparcia, punktu odniesienia. Lewica musi odnaleźć się w nowej sytuacji, dokonać samokrytyki, reorientacji, przewartościowania. Odpowiedzieć sobie na pytanie: co robić? Najpopularniejsza odpowiedź brzmi: to, co dotąd, tylko bardziej. Zewrzeć szeregi, okopać się na swych pozycjach. To reakcja mieszczanina przestraszonego załamaniem status quo. Bastionami oporu (safe zones) stają się uniwersytety i liberalne samorządy wielkich miast. Magazyn „Rolling Stone” opisuje formowanie się koalicji anty-Trumpowej. Znajdą się w niej organizacje proimigranckie, ekologiczne, feministyczne, mniejszości seksualnych, walczące o ograniczenie dostępu do broni i – co ciekawe – „prawdziwi konserwatyści” (czyt. neokonserwatyści) niechętni izolacjonizmowi Trumpa. Nie brakuje wam tu kogoś? Bo mi brakuje – związków zawodowych. Wygląda na to, że lewica obraziła się na robotników. Zamiast tego Trump spotyka się z liderami związkowymi.
Jednak nie wszyscy amerykańscy lewicowcy są wyznawcami kultu cargo, ufnymi, że powtarzanie pewnych rytuałów zapewni im pomyślność. Niektórzy uważają, że wyzwanie ze strony AltRight wymaga symetrycznej odpowiedzi: stworzenia alternatywnej wobec mainstreamu lewicy odwołującej się do zapomnianych fundamentów lewicowości. Przeciwnicy postrzegają kiełkujący fenomen AltLeft jako nowe wcielenie sojuszu ekstremów, „miejsce, gdzie Pat Buchanan spotyka Ralpha Nadera” (choć alt-leftists odrzucają jakiekolwiek formy współpracy z faszystami, rasistami, antysemitami, fundamentalistami). Zwolennicy akcentują, że jest to de facto powrót do tradycji Starej Lewicy – „lewicy takiej, jaką była od II wojny światowej do kontrkultury lat 60.”.
Oznacza to przede wszystkim prymat ekonomiki nad kulturą, pierwotność bazy wobec nadbudowy, powrót do Marksowskiej tezy, że „byt kształtuje świadomość”. Pogarda wobec biednych i przegranych traktowana jest jako najważniejszy z grzechów. My będziemy lewicowi w sprawach ekonomicznych […], lecz raczej centrowi w sferze kultury – napisał „alternatywny lewicowiec” Robert Lindsey. Takie podejście stawia AltLeft w opozycji zarówno do technokratycznej socjaldemokracji, która już dawno zdezerterowała do obozu neoliberalizmu, porzucając klasę ludową, jak i wobec „lewicy kulturowej” (Cultural Left) dominującej po lewej stronie barykady. Ci pierwsi to po prostu „zdrajcy klasy robotniczej”, wróg klasowy. Drugim, jako „błądzącym towarzyszom”, poświęca się większość polemicznego ferworu.
AltLeft toleruje zwolenników Cultural Left pod warunkiem, że nie eksponują swych antagonizujących poglądów. Lewica kulturowa krytykowana jest nie co do zasadności czy kierunku przemian kulturowych, ale ze względu na ekstremizm. Lindsey pisze: Prawa gejów – tak! Gejowska polityka – nie! Wsparcie i tolerancja dla biologicznych homoseksualistów, aby żyli wedle swego wyboru w wolności i szczęściu. […] Z drugiej strony homoseksualizm nie powinien być wywyższany ani wychwalany […]. Prawa kobiet – tak! Kobieca polityka – nie! Alternatywna lewica popiera feminizm równościowy, ale nie feminizm genderowy, radykalny, nienawidzący mężczyzn. Według alt-leftists promowana przez kulturalistów „polityka tożsamościowa” prowadzi do zastępowania walki klas konfliktem rasowym i/lub płciowym. W tym ujęciu biali ludzie są złem […] a każdy kto nie jest biały, automatycznie jest świętym. Oznacza to nie tylko dzielenie klasy pracującej według rasistowskich kryteriów, ale też stosowanie odpowiedzialności zbiorowej (zwróćmy przy tym uwagę, że o ile przynależność klasową można zmienić stosunkowo łatwo, to rasowej czy płciowej raczej nie, co czyni antagonizm nieprzezwyciężalnym).
Innym aspektem „alternatywnej lewicy” jest internacjonalizm rozumiany jako antyimperializm, a nie kosmopolityzm. Lindsey podkreśla, że pragnienie ludzi, by […] posiadać narodową, etniczną czy religijną tożsamość powinno być postrzegane jako prawo, w które nie wolno się wtrącać. Wynika z tego akceptacja dla wielokulturowości imigrantów w pierwszym pokoleniu, ale promowanie asymilacji w następnych. Z jednej strony krytykowany jest szowinizm (extreme patriotardism) i wsparcie dla zachodniego imperializmu – także ze strony Berniego Sandersa, klasyfikowanego jako „zimnowojenny liberał”. Z drugiej strony, odrzuca się pogląd, że „Zachód jest zły, a nie-Zachód jest cudowny”. AltLeft odcina się zarówno od antysemityzmu, jak i od radykalnego syjonizmu, akceptując antysyjonistów, ale też… umiarkowanych syjonistów.
Amerykańska AltLeft istnieje niewiele ponad rok (strona Altleft.com pojawiła się w listopadzie 2015 r.), jest ugrupowaniem niewielkim i do tego zróżnicowanym, o niewykształconej jeszcze fizjonomii. Jeden z jego zwolenników napisał: Niestety, AltLeft przyciąga szeroki wachlarz dziwnych typów, z których każdy ma swoje błazeńskie pomysły na to, czym AltLeft być powinna. No cóż, początki zawsze są trudne.
Czy Polacy powinni naśladować AltLeft? Nie. Wystarczy powrót do rodzimej tradycji, rzeczowa, nieuprzedzona analiza rzeczywistości, po prostu zdrowy rozsądek. Jaskółki można dostrzec.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Mateusz Trzeciak | poniedziałek 6 lutego 2017 | opinie
Lewicowa propozycja zmiany świata wypływa z systemu wartości odmiennego niż konserwatywny, liberalny czy nacjonalistyczny. Wolność, Równość i Braterstwo to fundament lewicowego systemu etycznego (dziś również Siostrzeństwo lub zastępująca ostatni człon Solidarność) i najkrótszy opis punktu, do którego zmierzamy.
Realizacja tej propozycji oznacza stworzenie świata, w którym wszyscy ludzie będą wolni od przymusu ekonomicznego i prześladowań, równi wobec prawa i siebie nawzajem. Długofalowym planem jest stworzenie warunków, które sprzyjać będą rozwojowi najlepszych cech rodzaju ludzkiego.
Stojąc na gruncie idei wyprowadzonych z Marksa, lewica stwierdza, że zło dzisiejszego świata wynika z takiego a nie innego systemu gospodarczego – sposobu produkcji, oraz służącej mu ideologii, czyli kultury, instytucji, systemów wartości.
Pierwszym krokiem do zmiany stosunków gospodarczych i społecznych jest wyzwolenie się społeczeństwa z ram tej ideologii. Odrzucenie postaw pożądanych w kapitalizmie, szkodliwego systemu wartości, stawiającego na indywidualizm, konkurencję oraz sukces rozumiany jako dojście do bogactwa i pozycji.
Logiczną konsekwencją takiej diagnozy jest stwierdzenie, że ruch proponujący inne urządzenie świata musi zaproponować również, jeśli nie w pierwszym rzędzie, alternatywny system etyczny.
W odróżnieniu od prawicy konserwatywnej i nacjonalistycznej, lewica wie, że tego nie da się zadekretować. W odróżnieniu od liberałów uważa, że jednostkowe wolności nie sumują się w wyzwolenie społeczne. Ruchy emancypacyjne na całym świecie propagowały lewicowy system etyczny poprzez tworzenie nowej kultury oraz obiegu edukacji alternatywnego wobec państwowego i kościelnego.
Przykładem tekstu poruszającego to zagadnienie na gruncie polskiej tradycji lewicowej jest „Program wykładów nowej etyki” (zwany również Katechizmem) Edwarda Abramowskiego. W latach 20. i 30. program stworzenia nowej kultury – od malarstwa, przez turystykę, literaturę i teatr – był kluczową kwestią dla działaczek i działaczy lewicy. Tak pisał o tym działacz oświatowy PPSD, późniejszy prezes pepeesowskiego Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Kazimierz Czapiński:
[…] Charakter tej kultury jest inny. Jest to kultura optymistyczna. Kultura zaufania do nauki. Kultura solidarności ogólnoludzkiej, a więc pokojowej współpracy – kultura pracy, bo właśnie praca jest największym szlachectwem okresu proletariackiego. Kultura równości, kultura równego startu dla wszystkich. Kultura wolności prawdziwej, bo opartej na gwarancjach równości gospodarczej. Kultura maksymalnego, największego wysiłku całej ludzkości – w kierunku szczęścia i sprawiedliwości. […] Partia socjalistyczna dobrze rozumie, że nie podoła olbrzymim zobowiązaniom i wielkiej odpowiedzialności, jeśli nie potrafi wytworzyć ludzi obowiązkowych, wykształconych i moralnie odpowiedzialnych.
Lewica w Polsce od lat błąka się na marginesie sceny politycznej. W wyobraźni społecznej funkcjonuje głównie jako spadkobierczyni PZPR lub bananowa wielkomiejska młodzież. Nie ma swojego obrazu świata, systemu wartości, wizji przyszłości, z którymi potrafiłaby dotrzeć do ludzi, jakich powinna reprezentować, nie była w stanie sformułować własnej propozycji etycznej.
Wynika to oczywiście z dziesiątek powodów – najbardziej oczywiste z nich to obciążenie PRL-em oraz nierównowaga sił i środków w porównaniu z prawicą i liberałami. O tym, że lewica bardzo długo nie miała wpływu na rzeczywistość (a i dziś ma bardzo ograniczony), zdecydowały siły dużo potężniejsze niż SLD czy garstka aktywistek i działaczy lewicy pozaparlamentarnej. Nie zmienia to faktu, że ten brak wpływu był i jest silnie demoralizujący. Jedną z reakcji na tę niemoc jest popadanie w skłonność do niemalże programowego sprzeciwu wobec posługiwania się w działalności politycznej systemem etycznym. Sprzeciwu wobec oceniania rzeczywistości przez pryzmat wartości – Równości, Wolności i Solidarności. Przekonanie, że wartości jako takie są przestarzałe, a już na pewno nie są lewicowe. Przyjęcie i uwewnętrznienie prawicowej opowieści o sobie – jedyne wartości to, oczywiście, Bóg Honor i Ojczyzna (względnie wolność, własność, sprawiedliwość), a wszystko inne to nihilizm i brak moralności.
W warunkach takiej autokastracji pozostają dwie propozycje – technokratyczna lub negatywno-ironiczna. Żadna z nich nie stanie się Dobrą Nowiną, której lewica potrzebuje jak powietrza.
Propozycja socjaldemokratyczna bez wejścia na poziom wartości – równości, wyzwolenia, godności i wolności – sprowadza się do wizji armii urzędników i formularzy podatkowych. Za punkt wyjścia obierana jest koncepcja jednostki posiadającej swoje egoistyczne dążenia i pragnienia. W tej propozycji do koncepcji socjaldemokratycznej jednostkę przekonać można poprzez wykazanie matematycznego rachunku zysków i strat: może twoje pragnienia nie są wspólnotowe, ale bardziej opłaca ci się płacić wyższe podatki i wstąpić do związku zawodowego, niż zdać się na dobrą wolę najbogatszych i ekonomię skapywania.
To nie jest opowieść, która może porwać kogokolwiek. Klub miłośników biurokracji nie jest środowiskiem, z którym można się utożsamiać na poziomie emocji. Wysoko ustawiony próg wejścia uniemożliwia otwarcie się na osoby, których hobby nie jest porównywanie systemów opieki społecznej w krajach UE. A ugrupowań, które lepiej niż lewica posługują się tabelą rachunkową, jest sporo.
Propozycja socjaldemokratyczna pozbawiona pierwiastka utopijnego – wizji celu, do którego dążymy jako ruch i wspólnota – staje się szeregiem niepołączonych ze sobą recept na zwalczanie poszczególnych symptomów kryzysu realnego kapitalizmu. Takiej wizji nie jest pozbawiona nowa prawica, która światowe rynki widzi jako arenę zmagań służących odnowieniu narodowych wspólnot. Odwołanie do wartości, wspólnoty i celu pozwala na ubranie nawet najbardziej reakcyjnej agendy w szaty rewolucyjne. Ograniczając się do rocznika statystycznego w roli źródła naszych przekonań, skazujemy się na bezsilne reagowanie na postępy prawicy.
Pozycja negatywno-ironiczna jest jednak wielokrotnie gorsza. Dla części istniejącego środowiska aktywistycznego drogą do lewicowego zaangażowania było odrzucenie norm społecznych, kategorii i wspólnot uznawanych za tradycyjne. Równoczesny brak sformułowania własnych kategorii wspólnotowych skutkuje przejściem na pozycje negacji i poczucia wyższości, komunikowanych na zewnątrz poprzez otwarte wyśmiewanie grup i jednostek stosujących takie kategorie. To recepta na pewną porażkę.
Taki model myślenia i działania jest alienujący i destrukcyjny również wewnętrznie. Ciągłe toczenie beki uniemożliwia operowanie na poziomie pozytywnych emocji i wytworzenie własnej silnej tożsamości grupowej. Ten brak wizji przyszłości, nadziei i poczucia wspólnoty, połączony z kulturą wyśmiewania wszystkiego, co poważne, skutkuje popadnięciem w błędne koło frustracji i konfliktów. Najczęstszą reakcją na taki stan rzeczy jest jeszcze więcej dystansu, jeszcze więcej ironii – w tym wobec siebie, własnej działalności, organizacji i Sprawy.
W takim układzie spora część niewielkiego lewicowego środowiska zmienia się w swego rodzaju internetową subkulturę. Grupę posługującą się hermetycznym kodem kulturowym, obracającą się we własnym kręgu, coraz bardziej wyobcowaną i w kontakcie ze światem zewnętrznym reagującą właśnie jak subkultura. Z krążącymi wewnątrz grupy komunikatami musimy być na bieżąco, jeżeli chcemy utrzymać ciągłość i w ogóle rozumieć, co się dzieje.
Praktycznym przykładem tego procesu jest zaangażowanie widocznej części lewicy w internetową kulturę dank memes – wciąż bardziej hermetycznych i autotelicznych grafik, intencjonalnie brzydkich, pozbawionych sensu i wartości dla wszystkich, którzy nie są na bieżąco z forami w rodzaju 4chan i innych internetowych śmietnisk.
To wszystko ma daleko idące konsekwencje. Kultura internetowego flejmu zostaje przeniesiona na wszelkie odcinki komunikacji. Każda rozmowa zmienia się w monolog, w którym nie chodzi o przekonanie kogokolwiek, wyjaśnienie swojego stanowiska, nawet nie o ostrą polemikę, ale o zaoranie i zmasakrowanie, postrzegane jako domyślny sposób prowadzenia dyskusji.
Rozpowszechnienie wzorów komunikacji takich jak programowe przyjmowanie roli zdystansowanego obserwatora i cynicznego komentatora można, zgodnie z lewicową tradycją, interpretować jako skutek alienacji człowieka w społeczeństwie kapitalistycznym. Wiąże się ona z zanikiem bądź utowarowieniem więzi społecznych, poczuciem jednostkowej bezsilności i, w konsekwencji, epidemią zaburzeń depresyjnych.
Kody kulturowe wygenerowane przez platformy typu 4chan są w jakimś sensie kulturą konserwatywnego kapitalizmu w stanie czystym. Cechuje je postawa pogardy wobec słabości (do której zaliczane jest właściwie całe spektrum wartości lewicowych – feminizm, solidarność, pomoc wzajemna), wyrażana z pozycji doskonale wyobcowanej anonimowości, usytuowanej poza jakąkolwiek więzią społeczną. Dlatego platformy takie nie są w stanie wytworzyć niczego innego niż jakaś odmiana alt-rightu – wynika to wprost z natury takiego medium.
Żywiołowość pewnych internetowych form komunikowania się nie oznacza, że nie powinniśmy utrzymywać do nich krytycznego dystansu. Nie ma możliwości uczestniczenia w takiej kulturze bez wzmacniania jej podstawowego przekazu. Zamknięcie się w getcie internetowej subkultury znacząco osłabia możliwości przyciągnięcia osób spoza wąskiego środowiska oraz wpływa na zdolności poznawcze i komunikacyjne. Oparcie tożsamości na formach językowych, a nie wartościach, nie wzmacnia wewnątrzgrupowych więzi.
Uczucia wspólnotowe nie są same w sobie związane z ideologią konserwatywną, choć wiele osób na lewicy zdaje się żywić właśnie takie przekonanie. Położenie większego nacisku na kwestię podzielanych wartości posłuży wewnętrznej integracji ruchu, w którym uczestniczymy. Może też posłużyć zwiększeniu naszych szeregów – w końcu identyfikacja polityczna w znacznym stopniu oparta jest na emocjonalnym zaangażowaniu. A trudno jest je wykrzesać odwołaniem do technokracji albo niezrozumiałymi formami komunikacyjnymi.
Nie było nam łatwo, jako dzieciom transformacji ustrojowej, odrzucić liberalną opowieść o byciu kowalem własnego losu i głębokiej niesprawiedliwości wsparcia socjalnego, odrzucić kategorie „nierobów” i „patologii” – a jednak to robimy.
Nie jest nam łatwo, jako osobom wychowanym w społeczeństwie patriarchalnym, wdrażać postulaty równości płci – a przecież postulujemy wprowadzanie parytetu i suwaka w działalności politycznej, kształtujemy zasady dyskusji dążące do zniwelowania przewagi mężczyzn nad kobietami, wypracowujemy standardy równościowe.
Na co dzień, w miarę możliwości, rezygnujemy z jedzenia mięsa lub nabiału, produktów zawierających olej palmowy, nie kupujemy ubrań szytych w Bangladeszu, bojkotujemy firmy represjonujące związki zawodowe, przestajemy oglądać tresującą nas do indywidualizmu i konsumpcji telewizję. Ograniczamy rzeczy, które szkodzą planecie, społeczeństwom lub nam samym.
Równocześnie część z nas jak zamach na swoje prawa człowieka traktuje pomysł odrzucenia szkodliwej i nieprzynoszącej niczego kultury ironicznego dystansu i wulgarnego rechotu. Kultury, która stworzyła Donalda Trumpa, alt-right i popularność Janusza Korwina-Mikke, kultury plucia na wszystko, co dla kogoś ważne. Oburzenie jest domyślną reakcją na propozycję, żeby zacząć otaczać się rzeczami dobrymi, pięknymi i mądrymi, a w działalności społecznej i politycznej kierować się etyką – kategoriami empatii, wspólnoty i solidarności.
Projekt lewicowy, socjaldemokratyczny, wypływa z wartości, z systemu etycznego. Dąży do zapewnienia wolności, godności i bezpieczeństwa wszystkim ludziom. Zakłada, że prawo jednostki do przyjemności, jej wolność pozytywna może i powinna być ograniczana w celu minimalizacji cierpienia wszystkich.
Światopogląd, który odrzuca wartości wspólnotowe i dąży do maksymalizacji przyjemności jednostki, to libertarianizm. Tego rodzaju wizja zakłada indywidualne wyzwolenie jednostki z więzi wspólnoty, postrzeganych niemal wyłącznie jako źródło opresji. Jako spadkobiercy i spadkobierczynie tradycji socjalistycznych uznajemy, że emancypacja odbywa się wewnątrz wspólnoty, w ramach wspólnotowych wartości i zobowiązań. Jest to lekcja, którą z powodzeniem odrobiła prawica. Zlekceważenie roli etyki i wartości w najlepszym przypadku skazuje lewicę na bycie dostarczycielem socjalnej korekty programowej projektu konserwatywnego lub liberalnego. W najgorszym – na polityczny niebyt.
Michał Maleszka, Mateusz Trzeciak
przez Ignacy Husarski | środa 1 lutego 2017 | opinie
PZU i Polski Fundusz Rozwoju poinformowały 8 grudnia 2016 r. o zakupie za 10,59 mld zł 32,8% akcji Pekao SA od włoskiego banku Unicredito. Tym samym udział polskiej własności w polskim systemie bankowym ponownie przekroczy 50%. Polska straciła na całej operacji z Pekao SA około 2% PKB, a Włosi odzyskali zainwestowane pieniądze za pomocą zaledwie 2,5-letniej średniej dywidendy. Ryszard Petru (obecnie z Nowoczesnej) doradzał wicepremierowi Balcerowiczowi w rządzie w latach 1997-2000 w rządzie premiera Buzka (obecnie PO). Ciekawe, czy także w kwestii tej, delikatnie mówiąc, niedoszacowanej i niegospodarnej prywatyzacji?
Bank był „prywatyzowany” od 1998r. Do 1999 r. Za 100 mln złotych sprzedano 5,29% EBOiR i za 3,93 mld zł Unicredito Italiano i Allianz AG otrzymały 52,09%. Pekao SA w latach 2001-2015 wypłaciło 22 mld zł dywidendy.
Nie wchodząc w kwestię wpływu inflacji, zysku z wniesionych włoskich innowacji, strat wynikłych z braku troski o jakość instrumentów finansowych w Polsce i potencjalnych „trupów” w księgach Pekao SA, można uznać, robiąc proste kalkulacje, że rząd polski dopłacił do interesu jakieś 28 mld złotych, pozbywszy się 57% akcji, a odzyskawszy tylko 32,8%. Aby dojść do wyjściowych 57%, trzeba by dorzucić jeszcze przynajmniej z 8 mld zł, a to już 35 mld zł strat Skarbu Państwa. Unicredito zwróciło sobie zakup w około 2,5 roku przeciętnej dywidendy za lata 2001-2015. Nie chcę wchodzić w kalkulacje względem prywatyzacji pozostałych 47% akcji, bo nie znalazłem danych.
Tygodnik „Polityka” trochę się cieszy, a trochę martwi faktem odkupienia akcji Pekao SA. Przedmiotem troski jest nadmiar kontroli polityków, w domyśle PiS, nad polskim sektorem bankowym: Gdyby to były ręce drobnych, prywatnych inwestorów giełdowych, którzy kupiliby jego akcje na GPW – moglibyśmy się tylko cieszyć. Bank znów byłby polski, pozostając jednak bankiem prywatnym. Tak się jednak nie stało. Repolonizacja Pekao SA oznacza bowiem jego renacjonalizację. Stanie się bankiem kontrolowanym przez wielkie spółki skarbu państwa, czyli faktycznie kontrolowanym przez polityków. Podobnie jak drugi największy bank detaliczny, PKO BP… [Politycy] Ulegną pokusie, by udzielał pożyczek przedsiębiorstwom bez zdolności kredytowej, których inne banki kredytować nie będą chciały.
Czasopismo martwi się wpływem polityków PiS na polski system bankowy, nie zająknąwszy się o tym, czyja decyzja i wpływ doprowadziły do ubytku pieniędzy publicznych w wysokości, mniej więcej, budżetu obronnego Polski w roku 2016: 35 mld zł, czyli około 2% PKB. Nie udało mi się również znaleźć w Internecie komentarzy panów Balcerowicza i Petru na temat tego zakupu. A przecież w latach 1997-2000 Leszek Balcerowicz pełnił funkcję wicepremiera i ministra finansów w rządzie Premiera Buzka, a Ryszard Petru był jego doradcą. Warto się ich dopytać, na podstawie jakiej oceny skutków i kalkulacji dokonali decyzji o takiej prywatyzacji i co o tym sądzą z perspektywy czasu.
Pekao SA to około 13% polskiego sektora bankowego. Rząd premiera Buzka i wicepremiera Balcerowicza w dwa lata „sprywatyzował” 52,9% polskiego sektora bankowego. Jeśli równie „korzystnie” prywatyzowano pozostałe banki w latach 1998-1999, to biorąc pod uwagę, że Pekao SA stanowił 25% całości bankowej prywatyzacji/przejęć tych lat, można roboczo założyć patrząc na liczby, że straciliśmy na tym jako kraj i podatnicy około 8% PKB Polski z roku 2015 i około 12% PKB z roku 1998. Zapewne Nowoczesna czy PO nie będą analizować odpowiedzialności swoich prominentnych polityków za ten oczywisty brak gospodarności.
Co dalej z repolonizacją banków? Nie ma magicznego algorytmu, który potrafi ocenić, ile z nich powinno się znaleźć w polskich rękach. Na podstawie rozmów z finansistami i posługując się zdrowym rozsądkiem można założyć, że o ile da się uzasadnić mądrością etapu dojście do psychologicznych 50% przy pomocy państwowego kapitału, o tyle ta forma polonizacji nie powinna być kontynuowana. Zbyt duża koncentracja banków w rękach państwowych spółek zagrozi konkurencji na tym wrażliwym rynku.
Jak proporcje między krajowym i zagranicznym kapitałem wyglądały w różnych krajach w 2010 r.? W większości krajów o silnych gospodarkach udział zagranicznych banków nie przekracza 30%. Moim zdaniem Polska powinna więc dążyć obniżenia poziomu zagranicznej własności do maksymalnie 20%, ale za pomocą innej metody polonizacji. Powinna się ona opierać na przejęciach przez polskie prywatne grupy kapitałowe, wspierane przez rozsądną, długofalową i zakulisową politykę państwa.
A jaki z tego wniosek dla propaństwowej i prospołecznej polskiej lewicy? Ano taki, że powinna się ona trzymać możliwie daleko od wszystkiego, co ma cokolwiek wspólnego z partiami i mediami należącymi do środowiska mającego cokolwiek wspólnego z taką niegospodarnością na wielką skalę publicznych środków, od mediów z Agorą i „Polityką” na czele, po PO czy Nowoczesną. I zadawać pytania osobom odpowiedzialnym za takie prywatyzacje, jak to się stało, że obywatele stracili dziesiątki miliardów zł na prywatyzacji samego sektora finansowego.
Ignacy Husarski
przez Remigiusz Okraska | czwartek 26 stycznia 2017 | opinie
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi głównie o bazę. Czyli o stosunki produkcji i pracy, przeobrażenia technologiczne i organizacyjne, układ sił klasowych – koncentrację przestrzenną pracowników najemnych, poziom ich zorganizowania/uzwiązkowienia, liczebność i rozmieszczenie rezerwowej armii pracy itd., itp. Brzmi dziwnie, niemodnie, nudnie, mało „seksownie”? Owszem. Tyle że lewica jest dzisiaj wobec prawicy bezradna m.in. dlatego, że porzuciła coś, co kiedyś stanowiło ABC jej myśli ideowopolitycznej i narzędzi analitycznych.
Gdy podobne procesy zachodzą w skali kontynentu czy globu, to trudno mówić o przypadku. Od lat 70. gospodarki krajów Zachodu odchodzą od modelu fordowskiego, od kapitalizmu „skoncentrowanego”. Nowe technologie oznaczają zmianę form produkcji, m.in. jej decentralizację przestrzenną i czasową. Oznaczają też globalizację i outsourcing – przenoszenie produkcji, masowy i tani transport towarów na duże odległości itp. To z kolei równa się rozbiciu bastionów klasy robotniczej, dawnych central związkowych, zagłębi przemysłowych. To zaś sprawia, że klasa robotnicza ma mniejszą siłę polityczną, a także schodzi ze sceny życia publicznego i kulturalnego. Nowe formy produkcji skutkują odmiennymi modelami konsumpcji i stylu życia. Pracownicy coraz rzadziej postrzegają siebie przez pryzmat wykonywanego zawodu, miejsca zatrudnienia, przynależności do zbiorowości robotniczej itp. To wszystko oznacza, że elity polityki i biznesu stają się silniejsze. Państwo staje się bardziej prokapitalistyczne, a mniej prospołeczne. To oznacza jeszcze większe osłabienie związków zawodowych i bastionów robotniczych, jeszcze więcej outsourcingu, prac „śmieciowych” i bezrobocia, jeszcze większą słabość i „niemodność” pracowników, ich problemów, aktywności itp.
Co więcej, takie przeobrażenia podkopują także klasę średnią – czy to wskutek pauperyzacji społeczeństwa i związanego z nią spadku popytu na rozmaite produkty i usługi, czy to w efekcie typowej dla kapitalizmu koncentracji majątków i środków produkcji w rękach rekinów kosztem płotek (niczym już teraz niehamowanej, bo welfare state równie mocno co klasę robotniczą chronił klasę średnią przed biznesowymi gigantami). Spora część „średniaków” pikuje w dół – małe sklepy przegrywają z sieciówkami, mikrofirmy stają się zaledwie podwykonawcami większych bez żadnej faktycznej autonomii, liczne dobra niegdyś dostępne dzięki akumulacji kapitału są teraz już tylko na wieloletni i trudny do spłacenia kredyt itd. Wbrew korwinowskiej propagandzie, małych sklepikarzy nie dobijają składki na ZUS, lecz to, że pod nosem wyrosła im Biedronka (lub Wal-Mart), z którą nie mają szans konkurować nawet przy zerowych składkach i podatkach dokładnie tak samo, jak niedoświadczony chuderlak przegra z mistrzem świata wagi superciężkiej.
To oczywiście schemat, który ma w różnych krajach i regionach inne tempo, niuanse, dynamikę i zakres, ale opisujący pewien ogólny trend.
Lewica ma z takiej sytuacji cztery wyjścia. Być taką, jak dawniej, czyli „upierać” się przy elektoracie robotniczo-przemysłowym. Ten jednak nie tylko maleje pod względem liczebnym, ale i zostaje zdekoncentrowany, nierzadko zamienia się w lumpenproletariat (to nie jest termin pogardliwy, lecz diagnostyczny – oznacza degradację z poziomu zorganizowanego proletariatu do poziomu wegetacji na obrzeżach rynku pracy ze wszystkimi tego konsekwencjami społeczno-kulturowymi). Z biegiem lat nie tylko nie zapewnia wygrania wyborów, ale nawet liczącego się poparcia, także wskutek odpolitycznienia czy odpływu takiego elektoratu do prawicy. Według niemodnych dziś myślicieli byt społeczny określa świadomość społeczną – rozwój masowej i silnej lewicy był możliwy dopiero po powstaniu wielkiego przemysłu i towarzyszącej mu robotniczej „armii”; sama idea jest doskonale bezpłodna, jeśli nie trafi na podatny grunt stosunków społecznych.
Drugi scenariusz to próby powiązania postawy propracowniczej ze wspieraniem i pozyskaniem innych grup słabszych – kobiet, rozmaitych mniejszości. Działa(ło) to stosunkowo dobrze np. w krajach skandynawskich, głównie z powodu silnego zakorzenienia lewicy oraz ugruntowanego etosu egalitarnego, uwarunkowanego historycznie. Ale i tam jest to „koalicja” trudna, bo podmywana zmianami na rynku pracy czy przeobrażeniami kulturowymi, jak indywidualizm, egocentryzm, decentralizacja społeczeństwa i jego „uplemiennienie” podług wzorców konsumpcyjnych, stylów życia, hobbies itp. Nawet tam rośnie w siłę ultraprawica i zbiera poparcie społecznych „dołów”, choć jeszcze dekadę, półtora temu było to nie do wyobrażenia.
Trzecia opcja to rejterada z pozycji klasowych ku reprezentowaniu „nowoczesnych” idei i postaw, mało szkodliwych dla elit biznesu i pieniądza. Tę opcję wybrała lewica w wielu krajach Zachodu. Na poziomie ideowym jej zwieńczeniem była „trzecia droga” Blaira i Schroedera itp., na poziomie praktycznym „lewicowy” demontaż państwa opiekuńczego i flirt z liberalizmem gospodarczym, natomiast na poziomie „elektoratowym” próby reprezentowania właściwie wszystkich, ale w coraz mniejszym stopniu środowisk plebejskich. Ludzie nowocześni i postępowi, kobiety, młodzież, mniejszości etniczne czy kulturowe – wszyscy mieli być zjednoczeni ponad podziałami klasowymi, samą swoją nowoczesnością, postępowością czy mniejszościowym statusem gwarantować prawdę, dobro i piękno, które pokonają fałsz, zło i brzydotę. Liczne sukcesy odniesione na gruncie, nierzadko ważnych, progresywnych zmian w sferze kultury czy obyczajowości, dokonały się jednak w tym samym czasie, gdy kondycja klasy pracującej i warstw ludowych ulegała stałemu pogorszeniu.
Wreszcie scenariusz czwarty, raczej wyobrażony niż realizowany na Zachodzie, choć w dużej mierze odpowiedzialny za sukcesy lewicy np. w Latynoameryce. Wychodzi on z założenia, że jakkolwiek na Zachodzie nie ma już (a w różnych „peryferyjnych” obszarach nie ma jej jeszcze lub nigdy nie będzie, bo industrializacja była tam tylko wyspowa i szczątkowa) takiej klasy robotniczej, jak dawniej, to jest wciąż duża, a właściwie rosnąca – wskutek lumpenproletaryzacji pracowników najemnych oraz kruszenia się klasy średniej – klasa ludowa. Nie gwarantuje ona wygrania wyborów, ale stać po stronie ludu oznacza spełniać historyczną powinność lewicy – być po stronie słabszych. To do nich lewica powinna się zwrócić, mówić ich językiem, odwoływać do ich kultury i tożsamości, ich gniewu, lęków, problemów, sytuacji, nadziei i marzeń. Jeśli tego nie zrobi, uczyni to ktoś inny.
I uczynił. Triumfalny pochód prawicy, a wręcz skrajnej prawicy, polega głównie na zagospodarowaniu gniewu i strachu klasy ludowej: resztek proletariatu przemysłowego, nowej klasy robotniczej (zatrudnionej raczej w logistyce czy montowniach niż w tradycyjnym przemyśle), chłopstwa i robotników rolnych, niższych warstw klasy średniej, uboższej części prekariatu oraz lumpenproletariatu. To znów jest uproszczony schemat, znów ma różne niuanse, ale sedno tej fali wygląda właśnie tak. Czy to I wojna, czy Wielki Kryzys – zaowocowało to popularnością czarnosecinnej prawicy i autorytaryzmów. Świat bez pracy, chleba, stabilizacji, nadziei – jest czasem szukania kozłów ofiarnych, wsobności, węszenia za wrogami, okopywania się we wspólnocie etnicznej, jest czasem wiary w silnych ludzi, którzy „zrobią porządek”, jest czasem szukania oparcia w „tradycji”, w tym, co znane, oswojone, dające poczucie bezpieczeństwa. Jest czasem kurczowego chwytania się każdej nadziei, najbardziej głupiej czy złudnej, a bywa że podłej.
Analiza stawiająca w centrum uwagi „bazę”, nie zaś „nadbudowę”, nie jest lekiem na całe zło. Nie wyjaśnia absolutnie każdego zjawiska, bo istnieje sporo innych zmiennych, od psychobiologicznych po różnice kulturowe. Ale nawet toporny „ekonomizm” zbliża nas do rozpoznania problemu bardziej niż całkowite pominięcie lub lekceważenie roli przeobrażeń gospodarczych. Kto nie wierzy, niech zastanowi się nad tym, jak bardzo legły w gruzach wszystkie naiwne wizje środowisk demokratycznych czy lewicowych upatrujących nadziei w czynnikach pozaekonomicznych. Wejście do Unii Europejskiej i w ogóle „europeizacja” miały z Polski uczynić kraj nowoczesny, postępowy, liberalny kulturowo, tolerancyjny itd. Tymczasem dziś popularność postaw wręcz przeciwnych jest znacznie większa niż 10 czy 20 lat temu. Podobne oczekiwania wiązano ze zmianą pokoleniową – dziś to właśnie młode pokolenie jest najbardziej konserwatywne pod wieloma względami. Można oczywiście uznać, jak czyni niemała część „światłej” części opinii publicznej, że Polacy i Polki wysysają z mlekiem matek wszystko to, co złe, ciemne, zacofane itp.; że nad Wisłą mieszka jakieś dziwne, ohydne plemię. Cóż, od takiej diagnozy tylko krok do auto-nienawiści (wobec własnej wspólnoty) lub elitarnego nabzdyczenia. Sugerowałbym zrobić coś zupełnie innego – sprawdzić, jak rozwój „wstecznictwa” wiązał się z przeobrażeniami socjogospodarczymi, czyli jak wraz z nim lub przed nim rosła skala bezrobocia, zatrudnienia „śmieciowego”, samozatrudnienia, bieda-firemek i topornych mikrousług, a spadał odsetek stabilnych umów o pracę, zatrudnienia w branżach i zakładach nowoczesnych czy choćby mających postać staroświeckiego „porządnego” przemysłu. „Dzikie” warunki materialne skutkują zdziczeniem światopoglądowym.
Ale jedynie głupiec, nawet jeśli jest to głupiec z doktoratem czy z elitarnego saloniku kulturalnego, ma dla postaw spod znaku zdziczenia tylko potępienie i jałowe moralizowanie. Alternatywą dla tak czy inaczej pojętego faszyzmu, nawet jeśli to faszyzm zdecentralizowany, przybierający postać setek indywidualnych stron internetowych zamiast karnego maszerowania czwórkami w jednakowych mundurach, nie jest moralizowanie, nie są zaklęcia i pouczenia. Jest nią zmiana systemowa, zmiana reguł gry, zmiana podziału dochodu narodowego na korzyść słabszych. Tak stało się np. w ramach rooseveltowskiego New Deal. Reformy socjalne uchroniły USA przed piekłem autorytaryzmu, przemocy, czystek, wojny wszystkich ze wszystkimi. Ale reformy są trudne. Klasy posiadające rzadko kiedy stać na refleksję nieegoistyczną.
Lewica jest dzisiaj wobec tego bezradna. Po pierwsze, bo sytuacja jest o wiele trudniejsza niż dawniej – kapitalizm współczesny ma postać heterogeniczną. Trudno o wspólnotę w społeczeństwie indywidualistycznym i podzielonym na dziesiątki „sekt” kulturowych, zawodowych, konsumpcjonistycznych. Jedyne wciąż silne spoiwa – tożsamość narodowa i religijna – zostały całkowicie zawłaszczone przez prawicę, nie bez zaniechań lewicy (pisał o tym szerzej u nas Jarosław Tomasiewicz). Po drugie, bo lewica porzuciła perspektywę klasową czy choćby „ludową”. Mimo deklaratywnej prospołeczności (nierzadko przypominającej tandetną ludomanię) nie potrafi w to grać, często nie czuje takich identyfikacji. Nie jest to jej świat i naturalny punkt odniesienia mimo rozmaitych gestów, jak kreowanie się wielkomiejskiego inteligenckiego projektariatu czy akademików na poniewieranych prekariuszy, bez uwzględniania faktu, że dzielą ich styl życia, kapitał kulturowy czy perspektywy: niezamożny/-a młody/-a doktorant/-ka czy „pracownik/-ca kultury” będą za 20 lat kimś zupełnie innym, wyżej postawionym, a niezamożna młoda kasjerka czy kierowca – jedynie starszymi i sponiewieranymi życiem kasjerką i kierowcą. Myślenie w kategoriach klasowych jest takim środowiskom obce. Stąd karkołomne próby wykazywania, że „tak naprawdę” ksenofobiczna prawica nie wygrywa głosami klasy ludowej lub że to chwilowe.
A nawet jeszcze bardziej karkołomne, wręcz groteskowe pomysły polityczne. Kuriozalnym przykładem tego ostatniego jest tekst działaczki lewicowej partii opublikowany w lewicowym medium, mówiący, że prawicę przegłosują, a lewicę odbudują kobiety. Zupełnie brak tu refleksji, że interesy Grażyny Kulczyk i interesy sprzątaczki są zupełnie inne. Brak też refleksji, że w lewicowości nie chodzi tylko o przegłosowanie prawicy, bo kluczowe jest to, po co i w imię czego/kogo to zrobić. Bez zwrotu lewicy ku klasie ludowej, bez znalezienia kanałów komunikacji z nią i pozyskania jej poparcia, nie ma nadziei na świat lepszy, nie ma nadziei na silną lewicę, nie ma nadziei na trwałe przerwanie pasma sukcesów prawicy.
W Polsce będzie to jeszcze trudniejsze. Lewica jest tu skompromitowana podwójnie – komunistyczną odległą przeszłością oraz mniej odległą kolaboracją z sytymi liberalnymi elitami i uwikłaniami w skojarzenia z ich dziedzictwem, odrzucanym przez klasę ludową ze względu na antyspołeczny i nieegalitarny wymiar takiej polityki. Co więcej, o ile prawica w innych krajach nie zawsze jest prosocjalna (aczkolwiek na poziomie haseł i obietnic staje się taką coraz bardziej – vide ewolucja programowa Frontu Narodowego czy paternalistyczno-protekcjonistyczne wywody Trumpa), o tyle w Polsce jej główny nurt jest właśnie taki. Prawica ma dla ludu tożsamość – patriotyzm, „politykę historyczną”, religijność, etnocentryzm, straszenie imigrantami czy „upadkiem moralnym” – ale ma też chleb. Po fiasku rządów symbolizowanych przez Zytę Gilowską, dziś już nie tylko na poziomie haseł wyborczych jest to „Polska solidarna”. Klasa ludowa wprost odczuwa korzyści z 500+, walki ze „śmieciowym” zatrudnieniem, podwyżek minimalnych stawek płac, objęcia podstawową opieką medyczną osób niemających opłacanych składek na ubezpieczenie zdrowotne, malejącego bezrobocia itp. (a także coraz bardziej konkretnych kolejnych reform socjalnych: publicznego programu mieszkaniowego, podwyższenia zasiłków dla bezrobotnych itp.). I co z tego, że ta polityka jest daleka od doskonałości czy niekonsekwentnie socjalna według wyobrażeń lewicy, skoro jest bardziej prospołeczna niż poczynania poprzednich ekip. A że towarzyszy temu kontrowersyjny pakiet poczynań w innych sferach? Jeszcze nikt nie oszukał piramidy potrzeb Maslowa – a przynajmniej nie w wymiarze masowym.
Przy okazji „czarnego protestu” – tak masowego i udanego właśnie dlatego, że projektowane zmiany uderzały również, jeśli nie przede wszystkim, w kobiety z klasy ludowej – środowiska lewicowe przywoływały znane słowa z „Opery za trzy grosze”:
Panowie, co stawiacie wymagania,
by świat rozkosznie was podniecał wciąż —
jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania,
a potem róbcie ewidencję ciąż.
Zgoda, słuszny postulat. Tyle że można to bez trudu sparafrazować tak: Jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania, a potem róbcie ewidencję poparcia dla tolerancji, mniejszości, Trybunału Konstytucyjnego, ekologii, swobód obywatelskich i obyczajowych itd., itp. Bez zmian w „bazie” nie będzie zmian w „nadbudowie”. Jeszcze nikt nie oszukał piramidy potrzeb Maslowa.
Remigiusz Okraska
Powyższy tekst stanowi nieco zmienioną i rozszerzoną wersję wypowiedzi dla redakcji „Magazynu Kontakt”, która opublikowała ją w postaci jednego z głosów w ankiecie przedstawionej czytelnikom i czytelniczkom na facebookowym profilu czasopisma.