Tory wciąż znikają

Tory wciąż znikają

Koniec z likwidowaniem linii kolejowych – zadeklarował po wygranych wyborach rząd PiS. Tymczasem Grupa PKP nadal demontuje tory.

Ostatnia decyzja o likwidacji linii kolejowej została wydana 5 listopada 2015 r. Był to sam koniec rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego – decyzję likwidacyjną dotyczącą linii z Kępna do Namysłowa ówczesna minister infrastruktury  i rozwoju Maria Wasiak podpisała już po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość, lecz przed zaprzysiężeniem rządu tej partii. Po nastaniu rządów PiS postanowiono: koniec z wydawaniem decyzji o likwidacji linii kolejowych.

Czarna lista linii kolejowych

W lutym 2016 r. wyszło na jaw, że spółka PKP Polskie Linie Kolejowe jak gdyby nigdy nic dąży do uzyskania decyzji likwidacyjnych dla 29 odcinków sieci kolejowej liczących w sumie 432 km. Na czarnej liście, wydobytej z PKP PLK przez Fundację ProKolej, znalazły się między innymi linie Racławice Śląskie – Głubczyce, Mieszków – Śrem, Elbląg – Braniewo, Gryfów Śląski – Świeradów-Zdrój i Jelenia Góra – Karpacz. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa poinformowało jednak, że spółka PKP PLK nie ma co liczyć na uzyskanie decyzji likwidacyjnych. – „Polska kolej ma się rozwijać, dlatego spółka PKP PLK nie będzie podejmowała działań prowadzących do likwidacji linii kolejowych” – oznajmił minister Andrzej Adamczyk, podkreślając, że wśród celów, jakie stawia przed spółką, jest poszukiwanie możliwości uruchomienia nieczynnych linii.

Odejście od likwidacji linii kolejowych potwierdzali wiceministrowie odpowiedzialni za kolej: „Zostały podjęte działania polegające na wstrzymaniu likwidacji linii kolejowych oraz systemowym odejściu od likwidowania infrastruktury kolejowej” – informował w marcu i maju 2016 r. ówczesny wiceminister Piotr Stomma, odpowiadając na interpelacje poselskie. Deklaracje te podtrzymał następca Stommy wiceminister Andrzej Bittel, zapewniając w styczniu 2017 r., że „nie zakłada się dalszej likwidacji linii kolejowych”.

Infrastruktura i inne odpady

Mimo deklaracji rządu o odejściu od likwidacji infrastruktury kolejowej, Grupa PKP wcale nie zaprzestała rozbiórek linii kolejowych – od początku 2016 r. zlecono demontaż w sumie 272 km linii kolejowych. Przez ostatnie dwa lata spółka PKP – która przejmuje od PKP PLK linie po decyzji likwidacyjnej – zleciła rozbiórki linii między innymi z Sulechowa do Świebodzina, ze Skoków do Janowca Wielkopolskiego, ze Ścinawy do Legnicy, z Kamieńca Ząbkowickiego do Złotego Stoku czy z Brodnicy do Kowalewa Pomorskiego.

Wraz z demontażem 50-kilometrowej linii Brodnica – Kowalewo Pomorskie bezpowrotnie od kolei odcięte zostało powiatowe miasto Golub-Dobrzyń. Spółka PKP, ogłaszając pod koniec stycznia 2017 r. przetarg na rozbiórkę tej linii, zaznaczyła bowiem, że wykonawca ma „przeprowadzić rozbiórkę infrastruktury kolejowej, zabezpieczyć załadunek i transport, zutylizować gruz, podkłady kolejowe i inne odpady oraz uporządkować teren”. Tak brzmi standardowy zapis stosowany przez PKP przy zamówieniach na rozbiórki poprzedzające przekazanie samorządom lub sprzedaż gruntów po linii kolejowej.

To nie linia kolejowa, to naniesienia

Tory między Brodnicą a Kowalewem Pomorskim zostały zdemontowane mimo apeli polityków i organizacji pozarządowych. „System kolejowy powoli jest odbudowywany i nawet jeżeli obecnie na części linii nie jest prowadzony ruch, to nie można przesądzić, że nie ma on szansy na nie powrócić za 5, 10 czy 15 lat. Dlatego należy zachowywać nieeksploatowaną infrastrukturę kolejową, gdyż jej czas prawdopodobnie jeszcze nadejdzie” – wspólnie przekonywały ministra infrastruktury Fundacja ProKolej oraz Centrum Zrównoważonego Transportu. Interpelację w tej sprawie wystosowała także posłanka Nowoczesnej Joanna Scheuring-Wielgus: „Linia kolejowa Brodnica – Kowalewo Pomorskie ma zbyt duży potencjał, żeby go tracić w wyniku pochopnej decyzji o rozbiórce. Przywrócenie jej do życia zapewniłoby mieszkańcom Brodnicy, Golubia-Dobrzynia i Kowalewa Pomorskiego najkrótszą możliwą drogę do największego miasta regionu, jakim jest Bydgoszcz”.

Old train tracks at Boscarne Junction, near Bodmin on the  Bodmin and Wenford Railway which operates a heritage service running old steam trains. Boscarne Junction is a terminus and services run to Bodmin Parkway. The Camel Trail between Bodmin and Wadebridge runs alongside.
Ministerstwo nie wstrzymując rozbiórki prowadzonej przez PKP, tłumaczyło, że decyzję o likwidacji podjął rząd Marka Belki we wrześniu 2005 r. i dodawało, że od tego czasu tory, rozjazdy i perony stanowią już tylko „naniesienia po nieczynnej linii kolejowej”.

Do ministerstwa nie przestawały spływać pytania od kolejnych polityków, dlaczego – mimo deklaracji rządu o zaprzestaniu demontażu sieci kolejowej – Grupa PKP wciąż zleca rozbiórki linii. W maju 2017 r. wiceminister Andrzej Bittel, odpowiadając na interpelację posła Tomasza Jaskóły z klubu Kukiz’15, przeciął złudzenia: „Minister systemowo rozstrzygnął, że w zakresie dalszej likwidacji linii kolejowych, zostaną wstrzymane tego typu działania. Nie oznacza to jednak, że dla linii kolejowych dotychczas zlikwidowanych zostanie przywrócony status linii kolejowych. Decyzje dotyczące likwidacji linii kolejowych, które wydane zostały do końca 2015 r., nadal obowiązują”.

Choć rzeczywiście od dwóch lat nowe decyzje likwidacyjne nie zapadają, to w przypadku decyzji wydanych przed przełomem 2015 i 2016 r. proces likwidacji jest kontynuowany. I to w najbardziej nieodwracalnym zakresie: przejścia od decyzji istniejącej na papierze do rozbiórki infrastruktury kolejowej w terenie i „odkolejowienia” gruntów.

Zlikwidować likwidacje

W listopadzie 2017 r. do komisji infrastruktury sejmu i senatu trafiła petycja z apelem o wstrzymanie prowadzonego przez Grupę PKP intensywnego procesu demontowania linii kolejowych z wydaną decyzją likwidacyjną: „Zwracamy się z prośbą o doprowadzenie do jak najszybszego przyjęcia moratorium na fizyczną likwidację nieczynnych linii kolejowych” – czytamy w petycji, którą poparło 75 podmiotów z całej Polski, wśród których są organizacje prokolejowe, obywatelskie i ekologiczne, stowarzyszenia miłośników kolei, związki zawodowe oraz samorządy terytorialne (sygnatariuszem apelu jest również dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”).

Kolejnym krokiem po wstrzymaniu rozbiórek infrastruktury kolejowej powinno być przeanalizowanie decyzji likwidacyjnych przyjętych do końca 2015 r.: „Szlaki, które niegdyś wydawały się nierentowne, dziś stają się przydatne lub wręcz niezbędne” – czytamy w petycji. – „Liczymy, że rozbiórki zostaną wstrzymane, decyzje likwidacyjne uchylone, a linie zakwalifikowane do likwidacji zostaną z czasem przywrócone do ruchu”.

Jak zwracają uwagę sygnatariusze petycji, po zdemontowaniu infrastruktury kolejowej i „odkolejowieniu” gruntów jest już zwykle za późno na odtworzenie ciągu kolejowego: „Pas ziemi pozostały po rozebranej linii kolejowej jest niejednokrotnie przerywany poprzez sprzedaż pojedynczych działek, co definitywnie uniemożliwia ewentualną odbudowę infrastruktury”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/93 styczeń-luty 2018), www.zbs.net.pl

Taniec i rewolucja

Taniec i rewolucja

„Jeśli nie mogę do tego tańczyć, to nie jest moja rewolucja” – powiedziała w ubiegłym stuleciu Emma Goldman, urodzona na Litwie anarchosocjalistka i feministka. Właściwie to nie wyrzekła tego zdania dosłownie, jest to parafraza dłuższej wypowiedzi, jednak być może nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przypisywać jej tę wypowiedź. Jej rewolucja była świetlistą, lekką ideą, otwarciem drzwi do ekspresji, do wyobraźni, do tego, by móc robić piękne, promienne rzeczy. Moja rewolucja, choć poglądy ekonomiczno-polityczne mam nieidentyczne z poglądami Emmy – w odróżnieniu od niej, wierzę w struktury i instytucje społeczne – jest wydarzeniem podobnym, wyzwalającym energię, sprawiającym, że chce się żyć.

Nie jestem osobą skłonną do tańca. Imprezy spędzam od wczesnej młodości raczej w kuchni, na rozmowach o upadku kapitalizmu, Star Warsach i ostatniej płycie Zeppelinów. Nie mam wyczucia rytmu, nie mam za grosz zmysły równowagi, co sprawia, że ani ja nie mam ochoty tańczyć, ani nikt specjalnie nie marzy o tym, żeby przetańczyć ze mną cały wieczór. Nie było takiej chwili, gdy mnie lub moim bliskim marzyła się dla mnie kariera baletnicy czy tancerki.

Jednak zdarzyło mi się kilka razy w życiu, że stopy same podrywały mnie do tańca. Pierwszy raz do muzyki hippisów – gdy potańcówka zamierała, bo ktoś puścił „Schody do nieba” ja, odwrotnie, nie mogłam się powstrzymać przed podskakiwaniem, tak samo przy Floydach, a najchętniej „Echoes” albo „Set the controls”, albo melorecytacjach Doorsów. Zdarzało mi się to też, kiedy słuchałam tych utworów sama.

img-rebel-sound-on-beats-1-426

Drugi raz niedawno, tuż przed ostatnimi wyborami w Wielkiej Brytanii. Zespół ska/reggae Captain SKA nagrał  piosenkę „Liar, liar” o Theresie May i torysowskich politykach naszych czasów, którzy z kłamstwa uczynili strategię i światopogląd. Piosenka zdobyła na początku czerwca 2017 czwarte miejsce na brytyjskiej liście przebojów (mimo całkowitej cenzury ze strony wielkich radiostacji, z BCC włącznie). Wszystkie dochody uzyskane z jej sprzedaży zostały przekazane na banki żywności w Wielkiej Brytanii. W Polsce ludzie często nadal mają wyobrażenie o Wielkiej Brytanii jako o wyspach dobrobytu, jednak sytuacja od dłuższego czasu jest radykalnie odmienna od tego mitu. Lata erozji struktur społecznych i ostrego neoliberalnego kursu doprowadziły tam do stanu katastrofy społecznej. Z jednej strony to nadal jeden z najbogatszych krajów świata. Z drugiej natomiast zarządzanie i podział dochodu sprawiają, że na ulicach miast dosłownie mieszkają i powoli (a czasem szybko) marnieją ludzie. Bezdomni siedzą i żebrzą przy sklepach i bankomatach miast północnej Anglii, czasami po jednym z każdej strony. Często są to osoby z problemami i uzależnieniami, którym nie ma kto pomóc z powodu drastycznych i stale nasilających się cięć wydatków na sprawy socjalne. Ale coraz częściej to zwykli ludzie, którym coś się nie powiodło i wypadli z systemu. Są wśród nich byli żołnierze, którzy nie mieli do czego wrócić. Młody bezrobotny, który pojechał za pracą do Londynu, pracy nie dostał, ale za to zadłużył się, by płacić za mieszkanie (prawie wszystko sprywatyzowane) i znalazł się po kilku miesiącach na ulicy. Udało mu się wrócić, mówi: „przynajmniej na północy Anglii ludzie są lepsi”. Młody mężczyzna mieszkał ze starym ojcem. Nie miał pracy. Gdy ojciec umarł, musiał się wyprowadzić. Ulica była jedynym miejscem, które na niego czekało.

Tak, ludzie na ulicy piją i biorą narkotyki. A co my, po szczęśliwej stronie tej cienkiej linii, robilibyśmy na ich miejscu? Bieda nie jest testem charakteru – jest nieszczęściem niszczącym charakter. W Wielkiej Brytanii staranie się o pracę jest wyczerpującym zajęciem, a sprywatyzowane służby pośrednictwa wynagradzane są za wyrzucanie z systemu osób niekwalifikujących się do zasiłków. Kontakt z instytucjami jest lodowaty, często nieludzki. Biurokracja neoliberalna jest machiną bezosobową, śmiało może konkurować z instytucjami państw totalitarnych ubiegłego stulecia. Ktoś, kto pragnie dowiedzieć się więcej o tym, jak wygląda obecnie życie w Wielkiej Brytanii, powinien obejrzeć najnowszy film Kena Loacha „Ja, Daniel Blake”. Film oparty jest na prawdziwych ludzkich historiach i wielu widzów rozpoznaje w nim świat wokół siebie. Ludzie wychodzą z kina z płaczem.

Jednak nawet ci szczęściarze, którzy mają pracę, a nawet niezbyt rzadko spotykaną pracę stałą, nie mają słodkiego życia. Profesor zarządzania Peter Fleming opisuje brytyjski rynek pracy jako zorganizowany na podobieństwo obozu pracy. Ci, którzy pracy nie mają, to kandydaci do przeprowadzki na ulicę. Ci, którzy pracują, cierpią z powodu nienawistnych warunków pracy, alienacji sięgającej poziomu placówki karnej, gdzie praca ma być dodatkową karą. Nie ma już zawodów wyjętych z tej reguły. O tym właśnie świecie śpiewał ubiegłego lata Captain SKA. O państwie kłamstwa i pogardy, alienacji, niepotrzebnego cierpienia.  Neoliberalne media, skupione w posiadaniu oligopoli, przede wszystkim będących własnością Ruperta Murdocha, robią co mogą, by wpoić ludziom przekonanie, że winni są temu nie rządzący, nie banki i właściciele tego świata, ale… biedni imigranci, w tym także Polacy. Piosenka „Liar, liar” przebiła się przez ten mur zakłamania rzeczywistości. Skoczny rytm, prześmiewczy tekst, a jednocześnie przesłanie dające nadzieję i zachęcające do oporu, trafiły do milionów odbiorców. Partia Pracy pod kierownictwem socjalisty Jeremy’ego Corbyna, choć wyborów nie wygrała, to jednak zdobyła znaczącą część głosów i pokazała silnie swoją polityczną obecność. Uczyniła to ku zaskoczeniu czy wręcz niedowierzaniu medialnych komentatorów, którzy od dłuższego czasu nie pozostawiali na Corbynie suchej nitki, twierdząc między innymi, że jest niewybieralny. Moje stopy czuły tę rewolucję od pierwszego razu, gdy usłyszałam piosenkę. Nie mogłam powstrzymać się od tańczenia, ku zdziwieniu moich bliskich i mojemu własnemu.

Trzecim miejscem, gdzie moje stopy podrywają mnie do tańca, jest warszawska Kooperatywa Dobrze. Od pięciu lat prowadzę badania w terenie w organizacjach prowadzących działalność gospodarczą, której głównym celem jest wartość wyższa, a dochód i zysk są jedynie środkami do osiągnięcia tego celu.  Są to bardzo różne organizacje polskie i brytyjskie. Są wśród nich małe prywatne biznesy, spółdzielnie, organizacje pozarządowe, nieformalne i publiczne. W większości są małe i średnie. Kooperatywa Dobrze, zrzeszająca ponad 250 osób, prowadząca sklepy spożywcze w dwóch atrakcyjnych lokalizacjach w Warszawie i osiągająca dobre wyniki finansowe, jest jedną z większych i sprawniej zarządzanych. Jest organizacją dobra wspólnego zajmującą się sprzedażą zdrowej i ekologicznej żywności. Jej struktura jest demokratyczna i zdecentralizowana, a relacje międzyludzkie opierają się na radykalnych wartościach równościowych i ekologicznych. Ludzie pracują dla idei, w które wierzą, dla siebie i dla wspólnego dobra, nie dla zewnętrznych inwestorów. Praca uważana jest za wartość samą w sobie, co wiąże się zarówno z szacunkiem dla praw pracowniczych, jak i z całym zestawem poważnie traktowanych obowiązków, przede wszystkim związanych z koniecznością pracy każdego członka i członkini na rzecz spółdzielni. Miałam okazję pracować razem ze spółdzielcami, prowadząc obserwację uczestniczącą. Często odwiedzam obie lokalizacje w charakterze badaczki, a czasami też klientki. Na pewno uczuciu taneczności sprzyja muzyka, która często jest tu grana: reggae, ska, rock. Ale jest też coś więcej w atmosferze tych miejsc, co sprawia, że chce mi się tańczyć – taki jakby wewnętrzny rytm, poczucie zgrania i harmonii.

Myślę, że właśnie to grało w duszy polskiemu uczonemu, jednemu z prekursorów nauk o zarządzaniu, Karolowi Adamieckiemu, który sto lat temu sformułował prawo harmonii jako jedną z głównych zasad organizowania. Podkreślał on znaczenie harmonii duchowej, jak ją określał, niedającej się ująć w wykresy, a jednak koniecznej dla sprawnego funkcjonowania całości. Adamiecki uważał, że prawo harmonii jest blisko związane z życiem jako takim. Przyroda w ten sposób oszczędza energię, a może wręcz ją zwiększa i mobilizuje. Już starożytni Grecy wiedzieli o tym, a nawet u nich „rytm i harmonia były pewnego rodzaju kultem religijnym”.

Co wspólnego mają hippisi, Jeremy Corbyn i Kooperatywa Dobrze, oprócz taneczności? Może właśnie odpowiedź kryje się w idei harmonii duchowej Adamieckiego. We wszystkich trzech przypadkach organizacja zawiera silny impuls sięgający do zbiorowej wyobraźni. Muzyka hippisów wprost nawiązywała do romantyzmu, do otwierania drzwi percepcji, mniej lub bardziej wyraźnych skojarzeń z poezją Williama Blake’a. Jeremy Corbyn za swoje hasło wyborcze przyjął silne wezwanie Percy’ego Bysshe Shelleya: „For the many, not for the few” – wyrecytował bardzo przekonująco fragment tego wiersza podczas festiwalu młodzieżowego w Glastonbury w czerwcu 2017 roku. Kooperatywa natomiast jest organicznym przekraczaniem granic i tworzeniem nowych form struktur, jakby poezją w codziennym działaniu. Taki program zmian jest głęboko rewolucyjny, ale nie jest ciężki – ani przemocowy, ani wykalkulowany. Jest w nim lekkość, która z dystansem czy ironią nie ma nic wspólnego. To rodzaj nadziei, który pojąć można tylko zanurzając się w niej, tak jak w muzyce.

I tego właśnie życzę Wam, drodzy Czytelnicy i sobie – nowego roku, do którego chciałoby się tańczyć.

Prof. Monika Kostera

Miasta, obywatele i nowe podejście do usług publicznych

Rekomunalizacja usług publicznych nabierała w ostatnich latach tempa w miastach i miasteczkach w całej Europie. W trendzie tym nie chodzi tylko o proste odwrócenie prywatyzacji, ale także o ponowne przemyślenie lokalnych usług publicznych w kontekście zmian klimatu i globalizacji, jak również o tworzenie nowych przestrzeni aktywności obywatelskiej. Czy może on wskazać nowy kierunek dla naszego kontynentu?

Narracją dominującą przez szereg lat w Europie, powtarzaną zasadniczo przez wszystkie strony sceny politycznej, była ta o „kryzysie” – ekonomicznym, demokratycznym, klimatycznymi i oczywiście tak zwanym uchodźczym. Problem z tą kryzysową opowieścią – niezależnie od tego, jak mocne ma ona zakorzenienie w faktach – wiąże się z tym, że jest ona często używania do podminowania naszych chęci i możliwości odpowiadania na wspólne wyzwania za pośrednictwem instytucji publicznych (choć oczywiście nie ograniczając się tylko do nich). Towarzyszy ona zatem poczuciu nieuchronnego zwijania się roli władz na różnych szczeblach oraz samej przestrzeni publicznej.

Potrzebujemy zatem kontr-narracji. Szczęśliwie kilka z nich mamy już pod ręką. Jedną z nich jest rekomunalizacja – opowieść o obywatelach i miastach odwracających procesy prywatyzacji i z powodzeniem opracowujących lepsze, bardziej demokratyczne usługi publiczne dla wszystkich, potrafiące zarazem odpowiadać na wyzwania takie jak zmiany klimatu. Trend prywatyzacyjny oraz dążenie do zmniejszania roli sektora publicznego, a także innych nienakierowanych na zysk sposobów dostarczania usług, być może nigdy jeszcze nie był w Europie i na świecie silniejszy, co widać po polityce Donalda Trumpa w USA czy Michela Temera w Brazylii. Jest jednak czymś podnoszącym na duchu widok tak wielu ludzi w większych i mniejszych miastach – polityków, członkiń służby publicznej, pracowników firm komunalnych oraz obywatelek – chcących naprostować klęski sprywatyzowanych usług i stworzyć model usług publicznych przyszłości.

Europejska fala rekomunalizacji

Opowieść tę przybliża wydana niedawno książka „Reclaiming Public Services: How Cities and Citizens Are Turning Back Privatisation”. Choć dokumentuje ona szereg działań na rzecz rekomunalizacji z różnych stron świata, to zauważalnie wyróżnia się w niej (zarówno ilościowo, jak i w kwestii znaczenia oraz ambicji prowadzonych walk) Europa Zachodnia. Czytamy w niej o dobrze znanych przypadkach, takich jak niemiecka transformacja energetyczna (Energiewende), w trakcie której dziesiątki lokalnych sieci przesyłowych wróciło w publiczne ręce, a także stworzono sporą ilość nowych – publicznych i należących do samych obywateli – producentów energii ze źródeł odnawialnych. We Francji batalie o rekomunalizację dostarczania wody pojawiały się w serwisach informacyjnych przez wiele lat, zauważalne są również dążenia do powrotu w publiczne ręce podmiotów z sektorów takich jak transport zbiorowy czy stołówki szkolne. Nawet w kolebce i pionierce polityk prywatyzacyjnych i liberalizacyjnych w Europie, czyli w Wielkiej Brytanii – miasta takie jak Nottingham, Leeds czy Bristol stworzyły nowe spółki energetyczne, stawiające sobie za cel walkę z ubóstwem energetycznym i zwrot w stronę odnawialnych źródeł energii (OZE). Spora część hiszpańskich miast, w których władzę w roku 2015 przejęły progresywne koalicje obywatelskie, również podążyła szlakiem rekomunalizacji. Na drugim krańcu kontynentu, w Norwegii, toczy się podobny proces – rady miejskie z postępowymi większościami cofają prywatyzację usług publicznych w ścisłej współpracy ze związkami zawodowymi.

Jak widać po powyższej liście, rekomunalizacja może przybierać zróżnicowane formy. W jednych sektorach, takich jak woda, oznacza powrót w ręce publiczne usługi mającej charakter monopolu naturalnego. W innych, w których doszło do liberalizacji, oznacza tworzenie nowych, nienastawionych na zysk przedsięwzięć dostarczających „opcję publiczną” – mogących być własnością publiczną, spółdzielczą lub hybrydową. Wiele przykładów rekomunalizacji było i pozostaje politycznie kontrowersyjnych – nie dotyczy to jednak ich wszystkich. Czasem obywatelki i obywatele sami zasiadają na fotelu kierowcy, dzięki czemu nowe usługi publiczne stają się przestrzenią dla partycypacji społecznej – czasem zaś ogranicza się wyłącznie do sali obrad rady miasta. Wątpliwości pojawiają się przy samym słowie „rekomunalizacja”, jako że część usług nigdy nie była świadczona za pośrednictwem publicznego podmiotu albo nigdy wcześniej nie istniała. Czasem też pojawia się wątpliwość co do tego, że trend ten pojawia się na szczeblu międzymiejskim bądź regionalnym, a nie jedynie miejskim. Innym razem dotyczy faktu, że w części przypadków chodzi o spółdzielnie czy inne formy własności, nie zaś o spółki należące do samego miasta.

Mimo wspomnianych wątpliwości da się z tych różnorodnych zjawisk zbudować jednolity obraz sytuacji. Nie mamy tu do czynienia z odwrotem fali prywatyzacji (poza niektórymi sektorami w poszczególnych krajach) ani też ze spójnym ruchem, lecz z powstającym na naszych oczach trendem rekomunalizacyjnym, mającym potencjał do zmiany reguł gry nie tylko w sektorze usług publicznych. Trend ten w dużej mierze powstawał bez większego szumu medialnego, nie licząc pewnych istotnych wyjątków w rodzaju niemieckiej Energiewende. Dokonuje się on bowiem przede wszystkim na szczeblu lokalnym, a lokalne władze nie zawsze mają ochotę rozgłaszać swoje działania z powodu lęku przed oskarżeniami o ich „zideologizowany” charakter. Dużą rolę odgrywa tu również istnienie potężnych graczy, chcących, żeby obywatelki i obywatele nie posiedli wiedzy o możliwościach, jakie mają w swych rękach.

Nie tylko deprywatyzacja

Czemu zatem Europa – i czemu właśnie teraz? Jeśli chodzi o kwestie krótkoterminowe, to kryzys ekonomiczny oraz towarzysząca mu polityka cięć i zaciskania pasa, narzucana również władzom lokalnym, zmusiły je do mocniejszego przyjrzenia się swoim finansom i lepszego kontrolowania wydatków. Często okazywało się, że, w przeciwieństwie do tyrad propagandzistów z sektora prywatnego, prywatyzacja okazywała się droższa niż bezpośrednie publiczne dostarczanie usług. Kiedy Paryż odzyskał kontrolę nad swoimi wodociągami w roku 2010, miastu udało się oszczędzić 35 milionów euro rocznie tylko z powodu braku konieczności płacenia firmom-matkom. Regionalna instytucja zajmująca się audytem potwierdziła, że rekomunalizacja pozwoliła Paryżowi „zmniejszyć ceny wody przy utrzymaniu wysokich poziomów inwestycji”.

W Newcastle (Wielka Brytania) modernizacja systemów sygnalizacyjnych oraz sieci światłowodowej zrealizowana została przez wewnętrzny miejski zespół za 11 milionów funtów, co było kwotą dwukrotnie niższą niż w przypadku, gdyby dokonała jej firma prywatna. Norweskie Bergen wzięło z powrotem pod swoje skrzydła dwa domy opieki nad osobami starszymi, co dało miastu pół miliona euro zysku, choć spodziewano się miliona euro strat. Koszty zbiórki odpadów oraz usług sprzątania zmniejszyły się w hiszpańskim Leon z 20 do 10 milionów euro, a 224 pracownic i pracowników otrzymało od sektora publicznego umowy o pracę.

Minęło około 20 lat od dużych fal liberalizacji i prywatyzacji usług publicznych, które przetoczyły się przez zachód i wschód Europy na przełomie XX i XXI wieku. To dobry moment, by sprawdzić realne osiągnięcia i niedociągnięcia zarządzania nimi przez sektor prywatny. Żyjemy również w okresie, w którym spora część koncesji, dzierżaw oraz „partnerstw publiczno-prywatnych” (PPP) powoli wygasa i kiedy można je przedłużać lub nie. Podczas gdy przez lata skupiano uwagę na prywatyzacji usług takich jak wodociągi, dochodziło również do postępującego outsourcingu do sektora prywatnego lokalnych usług społecznych i zdrowotnych czy też procesów administracyjnych. To w tych właśnie segmentach możemy dziś obserwować aktywność rekomunalizacyjną w Norwegii, Szwecji czy Austrii – krajach, w których nie sprywatyzowano nigdy usług takich jak dostarczanie wody. Lokalne władze zaczęły dostrzegać, że mogą samodzielnie świadczyć wspomniane usługi – niższym kosztem i gwarantując lepsze warunki zatrudnionym przy ich świadczeniu.

Opowieść o rekomunalizacji nie kończy się jednak na odwróceniu prywatyzacji czy na naprawie tego, co ona popsuła. W wielu przypadkach chodzi o przemyślenie na nowo usług publicznych jako takich, a więc o zmianę paradygmatu. W przypadku sektora energetycznego widać to po wzroście znaczenia inicjatyw rozproszonych, opartych na źródłach odnawialnych. Wspomniana zmiana nie ogranicza się jednak wyłącznie do odpowiedzi na wyzwania związane z wąsko rozumianymi zmianami klimatu. Widać to po sektorze odpadowym, w którym mamy do czynienia z działaniami na rzecz ograniczenia ich ilości do zera. Redukcja ilości odpadów jest jednym z kluczowych argumentów stosowanych przez miasta decydujące się na rekomunalizację ich zbiórki – stoi on bowiem w sprzeczności z modelem biznesowym prywatnych firm, skupiających się na ich spalaniu oraz składowaniu na wysypiskach.

Głównym argumentem, z powodu którego mniejsze i większe francuskie miejscowości zdecydowały się na odzyskanie stołówek szkolnych, było dostarczanie dzieciom lokalnej, organicznej żywności. Firmy takie jak Sodexo z reguły polegały na zestandaryzowanych, międzynarodowych łańcuchach dostaw. Niektóre mniejsze miasteczka we Francji decydują się nawet na dostarczanie do szkół żywności z lokalnych miejskich farm lub pozyskanej we współpracy z miejscowymi spółdzielniami rolnymi. Silne powiązania między rekomunalizacją a „relokalizacją” gospodarki (oraz pieniędzy wygenerowanych przez publiczne wydatki) są zauważalne we wszystkich opisywanych sektorach.

Priorytet dla miast i aktywności obywatelskiej

Nie jest przypadkiem, że na czoło tych trendów wybijają się miasta. To one są dziś na pierwszej linii zmagania się z konsekwencjami cięć i zaciskania pasa, jak również nowych wyzwań związanych ze zmianami klimatu i niedoborem surowców. Rzeczywistość uderza najmocniej na szczeblu lokalnym, a operującym na nim politykom trudniej niż ich koleżankom i kolegom ze szczebla krajowego i europejskiego ignorować konkretne, odczuwane na co dzień skutki takich, a nie innych polityk publicznych. Można również sądzić, że miasta kontynentu zachowały nieco ze swych politycznych tradycji wolności, gościnności i obywatelstwa. Nie ma wątpliwości, że aktywność obywatelek i obywateli, ich partycypacja – dla której miasta pozostają najbardziej oczywistą przestrzenią – jest dla wspomnianej zmiany paradygmatu kluczową kwestią, napędzającą wiele spośród najbardziej interesujących europejskich inicjatyw na rzecz rekomunalizacji, niezależnie od tego, czy realizowane są one we współpracy czy też w opozycji do lokalnych polityków.

Obywatelki i obywatele wymuszali na lokalnych władzach odzyskiwanie usług publicznych – w wielu przypadkach odgrywali wręcz aktywną rolę w ich tworzeniu i zarządzaniu nimi. Prowadzi to do wymyślenia na nowo tego, co kryje się za określeniem „publiczne”. Chodzi tu przede wszystkim o (od)budowę wspólnotowej zdolności do działania i solidarności, która nie ogranicza się do usług publicznych. Istnieją silne powiązania między walką o lokalne usługi publiczne a zmaganiami o prawa uchodźców czy imigrantek. Przykład Barcelony i innych miast hiszpańskich, w których lata mobilizacji przeciwko eksmisjom oraz odcinaniu dostępu do bieżącej wody i prądu doprowadziły do wybrania progresywnej większości we władzach lokalnych, skupiającej się na rekomunalizacji oraz prawach migrantów, pokazuje praktyczny wymiar tego typu powiązań.

Wszystko to zmusza jednak do zadania pytania o to, na ile aktualny nacisk na rolę miast w dostarczaniu usług publicznych – ale też w kwestii zmian klimatu lub przyjmowaniu uchodźców i imigrantek – nie jest związany przede wszystkim ze słabnącą rolą postępowych sił politycznych na szczeblu narodowym/państwowym. Czy narodowe rządy nie są w tym samym czasie coraz bardziej skupione na zaspokajaniu interesów wielkiego biznesu i na wymuszaniu zaciskania pasa na społeczeństwie – w tym na samorządach? Choć rekomunalizacja ma się dobrze w sporej części Europy, nie brak również przykładów rządów próbujących aktywnie się jej przeciwstawić. Władze Hiszpanii, wraz z prywatną firmą i innymi ciałami biznesowymi, pozwały miasto Valladolid za przejęcie kontroli nad swą siecią wodociągową. Przyjęły również prawo mające na celu zapobieżenie tworzenia nowych spółek miejskich czy nowych miejsc pracy w sektorze publicznym. W Wielkiej Brytanii obowiązuje obecnie prawo zabraniające samorządom tworzenia nowych lokalnych firm autobusowych.

Nawet jeśli nie wszystkie państwa decydują się na tego typu działania, to trudno wymienić choćby jeden europejski rząd wspierający dziś (albo chociaż umożliwiający w przyszłości) rekomunalizację. W przypadku instytucji europejskich oficjalnie prezentują one „neutralność” co do tego, czy kluczowe usługi realizowane są przez podmioty publiczne czy prywatne. Dominująca w Komisji Europejskiej kultura oraz układ sił w Europarlamencie i Radzie Europy kończy się przyjmowaniem reguł i praw, które – nawet jeśli nie wspierają interesów wielkich korporacji w sposób bezpośredni – skupiają się na zintegrowanych, zliberalizowanych rynkach na poziomie europejskim, na którym konkuruje ze sobą małe grono dużych, nakierowanych na zysk graczy, uważając ten model za „normalny”, uniwersalny sposób organizacji pola gry. Wielki biznes dobrze wie, jak uczynić swój głos słyszalnym w Brukseli, podczas gdy samorządy i ruchy społeczne stojące za rekomunalizacją mają znikomą, a czasem wręcz żadną reprezentację w stolicy Europy.

Sieci miast – przeciwwaga dla wpływów korporacji

Czy trendy rekomunalizacyjne są w stanie utrzymać dynamikę bez poparcia na szczeblu krajowym i europejskim? Czy miasta posiadają możliwość samodzielnego poradzenia sobie w starciu z większymi siłami ekonomicznymi i geopolitycznymi, nad którymi nie mają zbyt wielkiej kontroli? Na krótką metę rekomunalizacja oraz walka o lepsze, bardziej demokratyczne, zrównoważone i inkluzywne usługi publiczne wciąż zależeć będzie od osobistej energii i zaangażowania tak zwykłych obywateli, jak i decydentów. Z pewnością wyglądać ona będzie na bardziej kruchą od dobrze naoliwionej maszynerii sektora prywatnego oraz niekorzystnych polityk krajowych i unijnych. Istnieje jednak potencjał do skutecznej odpowiedzi na wyzwania. Sieci współpracy między zrekomunalizowanymi usługami publicznymi kiełkują na szczeblach regionalnych, krajowych i europejskim – szczególnie zaś w sektorze wodociągowym i energetycznym. Wzajemne wsparcie miast może być skutecznym sposobem poszukiwania rozwiązań dla ograniczeń stojących wobec mniejszych, publicznych usługodawców w stosunku do wielkich, ponadnarodowych korporacji. Może wręcz stać się efektywnym sposobem na powstrzymywanie ich wpływu na polityki publiczne.

Sieci te muszą rzecz jasna rozwijać się również poza Europą Zachodnią – szczególnie w miejscach, w których układ sił między miastami a wielkimi międzynarodowymi firmami (mającymi najczęściej siedziby i udziałowców na zachodzie) jest znacznie bardziej niekorzystny. Oczywistą przestrzenią tego typu jest wschód Europy. Wilno zdecydowało się ostatnio nie przedłużać umowy z Veolią, dotyczącej lokalnego systemu grzewczego. Miastu grozi teraz wypłacenie miliona euro rekompensaty, o którą firma walczy przed międzynarodowym trybunałem arbitrażowym. Kilka lat temu władze Sofii odwołały referendum na temat rekomunalizacji sieci wodociągowej, prawdopodobnie z powodu groźby podobnego sporu prawnego. Podczas gdy kraje takie jak Francja, Niemcy, Hiszpania, a nawet Wielka Brytania doświadczają fali dążeń rekomunalizacyjnych, ich rządy oraz Unia Europejska zmieniają się często w aktywnych orędowników roli sektora prywatnego w dostarczaniu kluczowych usług w innych krajach i na innych kontynentach, włączając w to subsydiowanie europejskich firm realizowane pod płaszczykiem „pomocy rozwojowej”.

Ruch na rzecz rekomunalizacji usług publicznych w Europie już dziś pokazuje, że istnieje dla nich wizja przyszłości alternatywna wobec tych dominujących na szczeblu unijnym i narodowym. Jednym z kluczowych wyzwań będzie konsolidacja wokół tejże wizji i jej promowanie za pomocą agend instytucjonalnych – zarówno w samej Europie, jak i jej relacjach z resztą świata, w szczególności zaś z Globalnym Południem. Europa ma szansę wykorzystać trend rekomunalizacyjny i towarzyszące mu często przemyślenie usług publicznych jako dar, którym może podzielić się z resztą świata.

Olivier Petitjean

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal.

Wyjście z Zamku Wampirów

Tego lata poważnie rozważałem wycofanie się z zaangażowania w politykę. Dryfowałem przez media społecznościowe, wyczerpany przepracowaniem i niezdolny do produktywnych działań, a moja depresja i zmęczenie nasilały się.

Lewicowy Twitter bywa przygnębiającym i zniechęcającym miejscem. W tym roku [2013] rozegrało się już kilka głośnych twitterowych wojen, w których osoby identyfikujące się z lewicą zostały „wyzwane” i potępione. Można nie zgadzać się z tym, co mówiły, ale sposób, w jaki je szkalowano i na nie szczuto, pozostawił szczególny niesmak: zgagę wywołaną wyrzutami sumienia i moralizmem godnym polujących na czarownice. Przyznaję ze wstydem, że powodem, dla którego nie brałem udziału w tych dyskusjach, był strach. Nie chciałem zwrócić na siebie uwagi atakujących.

Otwartemu barbarzyństwu w tych wymianach opinii towarzyszyło coś bardziej wszechogarniającego i przez to być może bardziej destrukcyjnego: atmosfera drażliwej urazy. Najpopularniejszym obiektem tej urazy był Owen Jones, osoba mająca największe w ciągu ostatnich lat zasługi w podnoszeniu świadomości klasowej w Wielkiej Brytanii. Właśnie ataki na Jonesa były powodem mojego przygnębienia. Jeżeli coś takiego przytrafia się lewicowcowi, który odnosi realne sukcesy w objaśnianiu walki klasowej na przykładach z życia codziennego Brytyjczyków, to komu chciałoby się dołączyć do niego w głównym nurcie? Czy jedynym sposobem na uniknięcie strumienia obelg jest pozostanie na pozycji bezsilnego marginesu?

Jednym z wydarzeń, które wyrwały mnie z depresyjnego zamroczenia, była wizyta na People’s Assembly [ang. „zgromadzenie ludu”] w Ipswich, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Jak zwykle przy okazji People’s Assembly, nie obyło się bez obśmiewania i kąśliwych uwag. Krążyły opinie, że to bezsensowne przedsięwzięcie, podczas którego obecni w mediach lewicowcy, w tym Jones, wywyższają się ponad masy w kolejnej odsłonie odgórnie kształtowanej kultury celebryckiej. To, co naprawdę wydarzyło się w Ipswich, różni się jednak bardzo od tej karykatury. W pierwszej połowie wieczoru, zakończonej porywającą mową Owena Jonesa, rzeczywiście można było zobaczyć znane postaci. Jednak druga część spotkania należała do aktywistów z klasy robotniczej, którzy dyskutowali, wspierali się wzajemnie, wymieniali się doświadczeniami i strategiami. People’s Assembly nie było kolejnym przykładem hierarchicznej lewicowości, lecz tego, jak można połączyć podejście wertykalne z horyzontalnym: siła mediów i charyzmy przyciągnęła ludzi, którzy nigdy wcześniej nie byli na takim spotkaniu politycznym, w miejsce, gdzie mogli porozmawiać, w tym o strategiach, z doświadczonymi działaczami. Panowała atmosfera antyrasistowska i antyseksistowska, a zarazem odświeżająco wolna od paraliżującego poczucia winy i podejrzeń, które wiszą nad lewicową częścią Twittera jak drażniący, duszący dym.

Drugim wydarzeniem, które pobudziło mnie do działania, był wywiad z Russelem Brandem i jego następstwa. Od dawna podziwiam Branda, jednego z niewielu znanych współczesnych komików wywodzących się z klasy robotniczej. Przez kilka ostatnich lat zaszedł proces stopniowego, ale nieubłaganego dostosowania programów komediowych w telewizji do gustów klasy średniej, gdzie ekran zdominowali np. żałosny błazen z wyższych sfer, Michael McIntyre, oraz inni bezbarwni absolwenci wyższych uczelni czekający na swoje pięć minut.

Na dzień przed emisją głośnego już wywiadu z Brandem, przeprowadzonego przez Jeremy’ego Paxmana w Newsnight, poszedłem na występ Branda pt. „The Messiah Complex” („Kompleks mesjański) w Ipswich. Występ wydał mi się zdecydowanie proimigrancki, prosocjalistyczny, antyhomofobiczny, przesiąknięty mądrością klasy robotniczej i dumą z niej, a także oryginalny, jak kultura w dawniejszych czasach, to znaczy nie miał nic wspólnego z ponuracką polityką tożsamościową wpychaną nam przez moralizatorów z poststrukturalnej „lewicy”.  Malcolm X, Che, polityka jako psychodeliczne rozmontowywanie rzeczywistości: komunizm w takim wydaniu był fajny, seksowny i nasiąknięty duchem proletariatu, nie był kazaniem z grożeniem palcem.

Następnego wieczora stało się jasne, że pojawienie się Branda w programie wywołało rozłam. Niektórym naukowe w podejściu położenie Paxmana na łopatki wydało się wzruszające, wręcz cudowne: nie pamiętam, kiedy ostatni raz przedstawiciel klasy pracującej dostał tyle przestrzeni do całkowitego rozbrojenia kogoś „nadrzędnego” klasowo przy pomocy inteligencji i rozsądku. Nie przypominało to Johnny’ego Rottena obrzucającego obelgami Billa Grundy’ego, czyli aktu wrogości, który zamiast podważać stereotypy klasowe, potwierdza je. Brand okazał się inteligentniejszy od Paxmana, a to, że użył humoru, odróżniło go od ponurackiego podejścia innych lewicowców. Brand sprawia, że ludziom podnosi się samoocena, natomiast moralizujący lewicowcy specjalizują się w pogarszaniu wszystkim nastroju i nie odpuszczają, dopóki ludziom z poczucia winy i nienawiści do samych siebie nie zwieszą się głowy.

Moralizująca lewica szybko postarała się, żeby z wywiadu nie zapamiętano złamania przez Branda nudnych konwencji „debaty” medialnej w głównym nurcie albo jego stwierdzenia, że nadejdzie rewolucja (które drobnomieszczańska, narcystyczna „lewica” z watą w uszach zrozumiała jako oznajmienie Branda, że chce przewodzić tej rewolucji, na co odpowiedziała z typową urazą: „Nie potrzebujemy przemądrzałego celebryty na przewodnika!”). Dla moralizatorów najważniejsze okazało się zachowanie Branda, konkretnie jego seksizm. W gorączkowej atmosferze rodem z ery McCarthy’ego, w jakiej lubuje się moralizująca „lewica”, uwagi, które można interpretować jako seksistowskie, czynią z Branda seksistę, a więc i mizogina. Koniec dyskusji, mamy wyrok.

To prawda, że Brand, jak każdy z nas, odpowiada za język, którym się posługuje. Jednak tego typu sądy powinny odbywać się w atmosferze koleżeńskości i solidarności – i prawdopodobnie nie na arenie publicznej. Z drugiej strony, kiedy Mehdi Hasan zapytała Branda o seksizm, odpowiedział z tym rodzajem pogodnej pokory, której brak jego krytykom o kamiennych twarzach: „Nie wydaje mi się, że jestem seksistą, ale pamiętam, że moja babcia, najlepsza osoba pod słońcem, była rasistką, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy. Może mam kulturalnego kaca, ale kocham język proletariatu, więc zwracam się do kobiet per »złotko« albo »kotku« – jeżeli kobiety uważają, że jestem seksistą, one są bardziej uprawnione, żeby to ocenić, więc popracuję nad tym”.

Interwencja Branda nie była próbą podjęcia przewodnictwa, była inspiracją, wezwaniem do broni. Ja poczułem się zainspirowany. Podczas gdy parę miesięcy wcześniej milczałbym, gdy moralizatorzy wytwornej lewicy poddawali Branda kangurzym sądom i szkalowali go, używając „dowodów” hojnie dostarczanych przez prasę prawicową, w tym momencie byłem gotowy na stawienie im czoła.

Reakcja na wystąpienie Branda wkrótce stała się tak znacząca, jak sama jego rozmowa z Paxmanem. Jak zauważyła Laura Oldfield, ta chwila była olśnieniem. Dla mnie wskutek tej reakcji jasny stał się sposób, dzięki któremu wielu z samozwańczej lewicy trzymało w ostatnich latach pod kloszem zagadnienie klasy.

Świadomość klasową charakteryzuje kruchość i ulotność. Drobnomieszczaństwo dominujące w świecie nauki i kultury stosuje różne subtelne techniki dywersji i prewencji, które sprawiają, że nigdy nie omawia się tej kwestii, a jeżeli z jakiegoś powodu pojawi się ona w rozmowie, wówczas osobę, która ją poruszyła, traktuje się jak wrzeszczącego impertynenta i buraka nieobeznanego z etykietą. Przemawiam na lewicowych, antykapitalistycznych spotkaniach od lat, ale prawie nigdy nie mówię o kwestii klasy publicznie, nikt mnie też o to nie prosi.

Jednak gdy kwestia klasy wyszła na wierzch w aferze wokół Branda, nie można było jej nie zauważyć. Wypowiedzi Branda szybko ocenili lub zakwestionowali co najmniej trzej znani absolwenci szkół prywatnych identyfikujący się z lewicą. Inni twierdzili, że Brand nie może uważać się za członka klasy robotniczej, ponieważ jest milionerem. Niepokojące wydaje się to, jak wielu „lewicowców” zgodziło się z fundamentalnym przekazem pytania Paxmana: „Skąd u członka klasy robotniczej poczucie pozwalające na swobodne wypowiadanie się?”. Niepokojące (i przykre) jest również to, że ci ludzie wyraźnie myślą, iż klasa robotnicza powinna trwać w ubóstwie, zapomnieniu i niemocy, gdyż inaczej straci swoją „autentyczność”.

Ktoś przesłał mi post o Brandzie opublikowanego na Facebooku. Nie wiem, kim jest osoba, która go napisała, i nie chciałbym wymieniać jej nazwiska. Istotne jest to, że tekst ukazywał zestaw snobistycznych i pogardliwych postaw, które najwyraźniej można prezentować identyfikując się zarazem z lewicą. Brzmienie tego posta opisałbym jako aroganckie, jakby nauczyciel oceniał wypracowanie ucznia albo psychiatra badał pacjenta. Brand jest rzekomo „wyraźnie niestabilny emocjonalnie […], jeden zły związek lub jedno niepowodzenie w karierze od stoczenia się z powrotem w uzależnienie od narkotyków lub coś gorszego”. Chociaż autor twierdzi, że „tak właściwie bardzo lubi Branda”, zdaje się on nie zauważać potencjalnej przyczyny jego „niestabilności”, czyli tego rodzaju protekcjonalnej, pseudotranscendentnej „oceny” ze strony „lewicowego” mieszczaństwa. W tekście pojawia się też szokująca, ale wiele mówiąca wzmianka, w której autor mimochodem odnosi się do „niepełnego wykształcenia Branda [i] wywołujących skrzywienie pomyłek językowych, charakterystycznych dla samouków”, z którymi autor tej oceny „nie ma jednak problemu” – jakże miło z jego strony! Nie mamy tu do czynienia z kolonialnym biurokratą piszącym o swoich próbach nauczenia „tubylców” angielskiego w XIX wieku czy z wiktoriańskim nauczycielem w szkole prywatnej mówiącym o uczniu na stypendium, lecz z „lewicowcem” w roku 2013.

Co robić? Po pierwsze, należy zidentyfikować cechy dyskursu i pragnień, które doprowadziły nas do tego ponurego i demoralizującego miejsca w historii, gdzie zagadnienie klasy zniknęło, ale moralizm jest wszechobecny, gdzie solidarność nie jest możliwa, za to panują poczucie winy i strach – nie dlatego, że terroryzuje nas prawica, ale dlatego, że pozwoliliśmy mieszczańskiemu subiektywizmowi zainfekować nasz ruch. Moim zdaniem można wyróżnić dwie libidynalno-dyskursywne konfiguracje, które doprowadziły do tej sytuacji. Nazywa się je „lewicowymi”, ale zamieszanie wokół Branda pokazało, że „lewica” jako strona w walce klasowej ma wiele twarzy.

W Zamku Wampirów

Pierwszą konfigurację postanowiłem nazwać Zamkiem Wampirów. Zamek Wampirów specjalizuje się w krzewieniu poczucia winy. Jego siłą napędową są księżowskie pragnienia ekskomunikowania i potępiania, akademicko-pedantyczne pragnienia jak najszybszego wytknięcia błędów oraz hipsterskie żądze znalezienie się w modnej klice. Atakowanie Zamku Wampirów jest ryzykowne, bo atakujący ma wrażenie, że atakuje tym samym wysiłki w zwalczaniu rasizmu, seksizmu i homofobii, a Zamek robi wszystko, żeby wzmocnić to wrażenie. Zamek nie ma jednak monopolu na podejmowanie tych wysiłków, wręcz przeciwnie, można go postrzegać jako ich mieszczańsko-liberalne wypaczenie, odbierające im rozpęd. Zamek Wampirów powstał, kiedy próby uniknięcia etykietek rozdzielanych wedle kategorii tożsamościowych przerodziły się w misję uzyskania „tożsamości” uznawanych przez mieszczańskich Innych.

Częścią mojego przywileju bycia białym mężczyzną jest to, że nie odczuwam mocno znaczenia swojego pochodzenia etnicznego i płci społeczno-kulturowej (gender), więc kiedy ktoś mnie na nie uczuli, czuję się otrzeźwiony, jakbym odkrywał je na nowo. Jednak zamiast próbować stworzyć świat, w którym każdy może wyzwolić się z klasyfikacji tożsamościowej, Zamek Wampirów chce zaciągnąć ludzi z powrotem do obozów tożsamościowych, gdzie definiuje się ich w kategoriach wyznaczonych przez dominującą siłę, gdzie są sparaliżowani przez samoświadomość i odizolowani przez logikę solipsyzmu, wedle której nie możemy zrozumieć się wzajemnie, jeżeli nie należymy do tej samej grupy tożsamościowej.

Zauważyłem fascynujący mechanizm projekcji i zaprzeczenia stworzony przez magię inwersji, w którym najmniejsza wzmianka o kwestii klasy jest automatycznie traktowana jak próba umniejszenia znaczenia rasy i płci społeczno-kulturowej. W rzeczywistości dzieje się coś przeciwnego – Zamek Wampirów używa ultraliberalnego rozumienia rasy i płci społeczno-kulturowej do maskowania kwestii klasowych. W tegorocznych absurdalnych i traumatycznych wojnach na Twitterze dotyczących przywilejów dało się zauważyć, że nikt nie wspominał o przywilejach klasowych. Jak zawsze naszym zadaniem pozostaje artykułowanie klasy, płci społeczno-kulturowej i rasy – jednak najpopularniejszym z manewrów Zamku Wampirów jest oddzielenie kategorii klasy od innych kategorii.

Zamek Wampirów został zbudowany po to, żeby utrzymać ogromną władzę i bogactwo, sprawiając zarazem wrażenie bycia na pozycji ofiary, marginalizowanej i pozostającej w opozycji. Jedno gotowe rozwiązanie już istniało: kościół chrześcijański. Zatem Zamek Wampirów ma do dyspozycji wszelkie piekielne strategie, mroczne patologie i tortury psychologiczne wynalezione przez chrześcijaństwo, które Nietzsche opisał w dziele „Z genealogii moralności”. To kapłaństwo wyrzutów sumienia, to gniazdo pobożnych krzewicieli winy jest dokładnie tym, co zapowiedział Nietzsche, kiedy mówił, że nadchodzi coś gorszego niż chrześcijaństwo. Właśnie nadeszło.

Zamek Wampirów żywi się energią i niepokojem młodych uczniów i studentów, ale jego główną siłą napędową jest przekształcanie cierpienia konkretnych grup – im bardziej marginalnych, tym lepiej – w kapitał akademicki. Najbardziej szanowane osobistości w Zamku Wampirów to ludzie, którzy dostrzegli nowy rynek w cierpieniu. Ci, którzy potrafią znaleźć grupę bardziej uciskaną i zniewoloną od innych, awansują bardzo szybko.

Pierwsze przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz indywidualizował i czynił prywatnym wszystko. Mimo że teoretycznie Zamek Wampirów jest za krytyką strukturalną, w praktyce nigdy nie skupia się na niczym innym poza krytyką zachowania indywidualnego („Te typki z klasy robotniczej nie są zbyt dobrze wychowane, a czasem bywają wręcz ordynarne!”). Pamiętaj: potępianie poszczególnych osób jest ważniejsze, niż zajmowanie się strukturami bezosobowymi. Faktyczna klasa rządząca promuje ideologie indywidualistyczne, podczas gdy sama działa jak klasa (wiele z tzw. teorii spiskowych to po prostu przypadki solidarności klasy rządzącej). Mieszkańcy Zamku Wampirów, jako nieświadomi słudzy klasy rządzącej, czynią coś odwrotnego: deklarują gołosłownie poparcie dla „solidarności” i „kolektywizmu”, ale zachowują się tak, jakby indywidualistyczne kategorie narzucane przez władzę były absolutne. Ponieważ są drobnomieszczańscy do kości, mocno ze sobą rywalizują, ale poddają się autorepresji w pasywno-agresywny sposób charakterystyczny dla mieszczaństwa. Razem trzyma ich nie solidarność, ale odczuwany przez wszystkich strach, że zostaną jako następni wyłowieni z tłumu, wyeksponowani i potępieni.

Drugie przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz sprawiał wrażenie, jakby myślenie i działanie przychodziły ci z ogromnym trudem. Lekkość, a szczególnie humor – są zakazane. Humor nie jest poważny z definicji, prawda? Myślenie to dla ludzi z wytwornym akcentem i zmarszczonymi brwiami ciężka praca. Na pewność siebie odpowiadaj sceptycyzmem. Mów: nie śpieszmy się, musimy to bardziej dogłębnie przemyśleć. Pamiętaj, posiadanie własnych opinii może prowadzić do opresji, a na końcu do łagrów.

Trzecie przykazanie Zamku Wampirów brzmi: wywołuj poczucie winy, kiedy tylko to możliwe. Im więcej poczucia winy, tym lepiej. Ludzie muszą źle się poczuć, żeby zrozumieć powagę sytuacji. Bycie uprzywilejowanym klasowo jest w porządku, jeżeli czujesz się z tego powodu winny i sprawiasz, że ci klasowo niżej od ciebie też czują się winni. Ty też robisz swoje dla biednych, nieprawdaż?

Czwarte przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz esencjalizował/a. Mimo że płynność tożsamości, różnorodność i mnogość to pojęcia, z którymi mieszkańcy Zamku Wampirów lubią się utożsamiać, częściowo żeby zamaskować swoje niezmiennie zamożne, uprzywilejowane lub mieszczańskie pochodzenie, zachowanie wroga powinno się zawsze redukować do jednego wzorca. Ponieważ pragnienia napędzające Zamek Wampirów to kapłańskie pragnienia ekskomunikowania i potępiania, trzeba wyraźnie rozróżniać dobro od zła, a to drugie – również redukować. Przyjrzyjmy się tej taktyce. X powiedział coś lub zachował się w określony sposób – ten komentarz czy to zachowanie można interpretować jako transfobię, seksizm itd. W porządku, jednak następny ruch jest już poniżej pasa. X zostaje zdefiniowany jako transfob lub seksista. Cała jego tożsamość zostaje określona przez jedną nierozsądną wypowiedź lub potknięcie w zachowaniu. Gdy Zamek Wampirów rozpocznie już swoje polowanie na czarownice, ofiara (zazwyczaj z klasy robotniczej i nieobeznana z pasywno-agresywną etykietą mieszczaństwa) szybko traci nad sobą panowanie, przez co potwierdza swoją nowo nabytą pozycję pariasa lub świeżego mięsa armatniego dla moralizujących.

Piąte przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz myślał jak liberał (bo nim jesteś). Ciągłe podsycanie przez Zamek Wampirów reaktywnego oburzenia polega na podkreślaniu bez końca oczywistej oczywistości: kapitał zachowuje się jak kapitał (niefajnie z jego strony), represyjne organy państwowe są represyjne. Musimy protestować!

Neo-anarchy in the UK

Drugą libidynalną formacją w Zjednoczonym Królestwie jest neoanarchizm. Pod pojęciem neoanarchistów nie rozumiem anarchistów lub syndykalistów zaangażowanych w organizacje pracownicze, takie jak Solidarity Federation. Mam na myśli tych, którzy określają się jako anarchiści, ale ich zaangażowanie w politykę nie wykracza daleko poza protesty studenckie lub komentowanie na Twitterze. Jak mieszkańcy Zamku Wampirów, neoanarchiści pochodzą zwykle z drobnomieszczaństwa lub nawet z bardziej uprzywilejowanych klas.

Są oni też w przeważającej większości młodzi: to dwudziestoparolatkowie, niektórzy dopiero co przekroczyli trzydziestkę, a tym, co łączy to środowisko, jest ograniczona perspektywa historyczna. Neoanarchiści nie doświadczyli niczego poza realiami współczesnego kapitalizmu. Do czasu, gdy anarchiści doszli do świadomości politycznej (wielu z nich doszło do niej zaskakująco późno, sądząc po beztroskiej bucie, którą czasem wykazują), partia laburzystów stała się skorupą złożoną ze zwolenników Blaira, wdrażającą neoliberalizm z małą dozą sprawiedliwości społecznej na boku. Jednak problem neoanarchizmu polega na tym, że bezmyślnie odzwierciedla on obecny moment w historii, zamiast zaproponować jakiś sposób odejścia od niego. Zapomina lub jest w istocie nieświadomy roli Partii Pracy w nacjonalizacji dużego przemysłu i zakładów użyteczności publicznej czy utworzeniu National Health Service (Narodowej Służby Zdrowia). Neoanarchiści twierdzą, że „polityka parlamentarna nigdy niczego nie zmieniła” albo że „Partia Pracy była zawsze do niczego”, uczęszczając na protesty dotyczące NHS lub podając dalej na Twitterze skargi na to, co nam zostało po rozmontowaniu państwa opiekuńczego. Panuje tu dziwna, niepisana zasada: protesty przeciwko wysiłkom podejmowanym w parlamencie są w porządku, ale nie można już zaakceptować próby wejścia do parlamentu lub do masowych mediów, żeby spróbować dokonać zmiany od wewnątrz. Neoanarchiści mają media głównego nurtu w pogardzie, ale „BBC Question Time” można sobie pooglądać, a potem ponarzekać na ten temat na Twitterze. Puryzm przechodzi w fatalizm: lepiej nie dać się skazić w żaden sposób głównemu nurtowi, lepiej bezsensownie „stawiać opór”, niż wziąć się do czarnej roboty.

Trudno się dziwić, że tak wielu neoanarchistów sprawia wrażenie, jakby cierpieli na depresję. Depresję tę niewątpliwie wzmacniają zmartwienia życia absolwenckiego, ponieważ, tak jak w przypadku Zamku Wampirów, kolebką neoanarchizmu są uniwersytety, a neoanarchistami zostają zazwyczaj studenci studiów podyplomowych lub osoby, które właśnie ukończyły tego typu studia.

Co można zrobić?

Dlaczego te dwie konfiguracje stały się tak widoczne? Pierwszym powodem jest to, że kapitał pozwolił im się rozwijać, ponieważ służą one jego interesom. Kapitał poskromił zorganizowaną klasę pracującą przez zniszczenie świadomości klasowej, poddając wściekłym atakom związki zawodowe i uwodząc zarazem „ciężko pracujące rodziny” w taki sposób, aby identyfikowały się z własnymi wąsko pojętymi interesami, zamiast z interesami całej swojej klasy. Pytanie brzmi jednak: dlaczego kapitał miałby się przejmować „lewicą”, która zastępuje politykę klasową moralizującym indywidualizmem, a zamiast budować solidarność – szerzy strach i niepewność?

Drugim powodem jest to, co Jodi Dean nazywa komunikatywnym kapitalizmem. Zignorowanie Zamku Wampirów i neoanarchistów byłoby możliwe, gdyby nie istnienie kapitalistycznej cyberprzestrzeni. Pobożne moralizatorstwo Zamku Wampirów słychać było z pewnych obszarów „lewicy” od wielu lat, ale jeżeli ktoś nie przynależał do tego kościoła, mógł uniknąć słuchania jego kazań. Stało się to niemożliwe w epoce mediów społecznościowych i nie można liczyć na ochronę przed patologiami psychologicznymi promowanymi w tego typu dyskursie.

Co możemy więc teraz zrobić? Po pierwsze, musimy koniecznie odrzucić politykę tożsamościową i przyjąć do wiadomości fakt, że nie istnieją tożsamości, a tylko pragnienia i kategorie identyfikacji. Jednym z powodów, dla którego brytyjskie nauki kulturowe są tak ważne – co ujawnił w mocny i poruszający sposób John Akomfrah w swojej instalacji The Unfinished Conversation („Niezakończona rozmowa”), obecnie eksponowanej w Tate Britain – jest to, że pomogły nam one odrzucić tożsamościowy esencjalizm. Zamiast unieruchamiać ludzi w łańcuchach istniejących już równań, można traktować każdą artykulację jako prowizoryczną i sztuczną. Nowe artykulacje można zawsze stworzyć. Nikt nie jest w istocie czymkolwiek. Niestety prawica wykorzystuje ten fakt lepiej niż lewica. Mieszczańsko-tożsamościowa lewica wie, jak szerzyć poczucie winy i prowadzić polowanie na czarownice, ale nie wie, jak nawracać na swoją wiarę. Jednak nie o to im w końcu chodzi. Cel to nie popularyzowanie stanowiska lewicowego ani przekonywanie do niego ludzi, ale pozostanie na elitarnej pozycji wyższości, z wyższością klasową podbudowaną teraz wyższością moralną. „Jak śmiecie się odzywać? To my mówimy w imieniu cierpiących!”

Jednak odrzucenie tożsamościowości może dokonać się tylko przez wzmocnienie pojęcia klasy. Lewica, u której podstaw nie leży zagadnienie klasy, może być tylko liberalną grupą nacisku. Świadomość klasowa jest zawsze podwójna: składa się na nią wiedza o sposobie, w jaki klasa kształtuje i obejmuje wszystkie doświadczenia, oraz wiedza o tym, jaką pozycję zajmujemy w strukturze klasowej. Musimy pamiętać, że celem naszej walki nie jest uznanie ze strony mieszczaństwa ani nawet jego zniszczenie. Zniszczyć należy strukturę klasową, przez którą cierpią wszyscy, nawet ci, którzy czerpią z niej zyski. Interes klasy robotniczej to interes nas wszystkich, interes mieszczaństwa to interes kapitału, który nie działa tak naprawdę dla niczyjego dobra. Nasza walka musi być dążeniem do nowego i zaskakującego świata, nie zaś próbą konserwowania tożsamości kształtowanych i zniekształcanych przez kapitał.

Wydaje się to budzącym grozę i przytłaczającym zadaniem, i takim rzeczywiście jest. Jednak możemy zaangażować się w wiele pomniejszych działań już teraz. Takie działania wyszłyby poza ramy prefiguracji – mogłyby rozpocząć samonapędzalny cykl, stworzyć przepowiednię, która sama się spełnia, w której mieszczańskie tryby subiektywizmu zostają rozmontowane, a nowy uniwersalizm zaczyna sam się budować. Musimy nauczyć się lub przypomnieć sobie, jak budować koleżeństwo i solidarność, zamiast wykonywania za kapitał jego pracy przez potępianie i obrażanie się nawzajem. Nie znaczy to oczywiście, że musimy zawsze się ze sobą zgadzać – wręcz przeciwnie: musimy stworzyć warunki, gdzie nieporozumienia mogą zachodzić bez strachu przed wykluczeniem i ekskomuniką. Musimy myśleć strategicznie o tym, jak korzystać z mediów społecznościowych – zawsze pamiętając o tym, że mimo egalitaryzmu, który przypisują im ich twórcy, media te są one obecnie terytorium wroga, poświęconym reprodukcji kapitału. Nie oznacza to jednak, że nie możemy wkroczyć na ten teren i zacząć okupować go na potrzeby kształtowania świadomości klasowej. Musimy odciąć się od debaty komunikatywnego kapitalizmu, w którą wciąż wciąga nas kapitał, oraz pamiętać, że jesteśmy uczestnikami walki klasowej. Celem nie jest „bycie” aktywistą, lecz pomoc klasie robotniczej w samoaktywacji i samotransformacji. Poza Zamkiem Wampirów istnieją nieograniczone możliwości.

Mark Fisher

Tłum. Kamila Zubala

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu The North Star w listopadzie 2013 r.

„Lewackie rewolty”, czyli o symptomie głębszego problemu

„Lewackie rewolty”, czyli o symptomie głębszego problemu

24 listopada przegłosowano w Sejmie uchwałę potępiającą „lewackie rewolty”, ponieważ „zawsze prowadzą do zbrodni i terroru”. Początkowo celem było oficjalne wystąpienie przeciwko zbrodniom bolszewickim, ale przedstawiciele partii Kukiza oraz PiS-u uznali najwyraźniej, że to za mało, więc potępili „lewactwo” jako takie. Musi to budzić niepokój, ponieważ polska prawica ma tak pojemną definicję „lewactwa”, że podpada pod nią każdy, kto jest uznawany po prawej stronie za wroga.

Nawet Platforma Obywatelska i Nowoczesna stwierdziły, że uchwała w takim kształcie stanowi krok za daleko i nie chciały zgodzić się na jej przegłosowanie. Niemniej jednak nie ma co się oszukiwać – PiS i Kukiz nie są przejawem totalnej dewiacji na polskiej scenie politycznej, gdy idzie o stosunek do lewicy i jej tradycji. Należałoby raczej powiedzieć, że obie partie stanowią skrajne rozwinięcie logiki obecnej w naszej polityce od czasów transformacji ustrojowej.

left-wing-socialism-1024x768

Logika ta przejawia się w tym, że stworzono w Polsce dwa wielkie ciągi skojarzeniowe. Jeden z etykietką „samo zło”, drugi – „samo dobro”. Do tego pierwszego zaliczają się PRL, Marks, komunizm, progresywne podatki, równość społeczna, Wenezuela, interwencjonizm państwowy, Stalin, socjalizm i wiele innych rzeczy mających bardziej lub mniej uzasadniony związek z lewicą. Do drugiego należą między innymi kapitalizm, wolność, niskie podatki, wolny rynek, Reagan, deregulacja gospodarki, liberalizm oraz prywatyzacja. Właśnie dlatego liberalni politycy mogą z taką łatwością przedstawiać podpisywanie międzynarodowych traktatów handlowych jako drogę do postępu i powiększenia zakresu naszej wolności, choć tak naprawdę przyczyniają się one przede wszystkim do rozszerzenia władzy korporacyjnej. Z kolei każda propozycja walki o równość spotyka się ze złośliwymi komentarzami w rodzaju „Socjalizm to myśmy już mieli w PRL-u”.

Problem polega na tym, że w obu przypadkach wrzuca się do jednego worka bardzo różne rzeczy. Tak jak wysokie podatki dla bogaczy nie mają wiele wspólnego ze Stalinem, tak też system kapitalistyczny nie jest tożsamy z systemem wolnościowym. Jest rzeczą jasną, że debata publiczna zawsze będzie pełna uproszczeń i każda formacja ideowa musi się z tym pogodzić. Nie ma co liczyć na to, że znacząca liczba osób zainteresuje się różnicami między odłamami socjalizmu albo że w najbliżej perspektywie czasowej większość Polaków będzie kojarzyło słowo „komunizm” z czymś innym niż zbrodniczym systemem firmowanym nazwiskami Lenina i Stalina. Niektóre rzeczy są niemożliwe do odwojowania i szkoda na nie czasu, ale o inne warto walczyć. Tym bardziej, że wspomniane ciągi skojarzeniowe nie tylko fałszują historię, ale wyraźnie faworyzują liberałów i prawicę. Dlatego lewica powinna robić wiele, aby chociaż częściowo je rozmontować. Na przykład do znudzenia powtarzać, że sprawiedliwsze podatki i równość społeczna to nie są idee, które nawiązują się do dziedzictwa PRL-u ani tym bardziej do Stalina. W obecnym kontekście odsyłają one przede wszystkim do co lepszych wzorców z państw zachodnich, a także do argumentacji ekonomistów w rodzaju Josepha Stiglitza, Ha-Joon Changa czy Tadeusza Kowalika. Z kolei socjalista to dziś bardziej ktoś w rodzaju Berniego Sandersa niż aparatczyka z PRL.

Jak to robić? Przy pomocy strategii, które przewrotnie moglibyśmy nazwać „nowoczesnością”, „światowością” i „polskością”. Piszę „przewrotnie”, ponieważ żyjemy w kraju, gdzie słowo „nowoczesność” odsyła do partii proponującej rozwiązania gospodarcze sprzed trzech dekad, „światowość” to nierzadko bezkrytyczne powtarzanie wszystkiego, co głoszą neoliberalne media i politycy z Zachodu, a „polskość” przejawia się w zakładaniu kiczowatych koszulek z husarią.

Nowoczesność w proponowanym tutaj sensie oznacza po prostu zwracanie uwagi na to, że używanie „radykalnego lewactwa” jako straszaka jest we współczesnych warunkach bezsensowne. Równie dobrze można by straszyć powrotem monarchii absolutnej. Obecnie na świecie funkcjonują dwie dominujące formacje ideowe. Nazwijmy je w uproszczeniu „korporacyjnym kapitalizmem” oraz „ksenofobiczno-homofobiczno-mizogynistycznym konserwatyzmem”. Obydwie są, delikatnie mówiąc, niezbyt fajne. Często też łączą się ze sobą, co świetnie obrazuje prezydentura Donalda Trumpa. Dlatego na pytanie „Czy nie byłoby straszne, gdyby szlachetne lewicowe idee znowu doprowadziły do powstania czegoś takiego jak Związek Radziecki?”, należy odpowiadać tak samo jak na pytanie „Czy nie byłoby straszne, gdyby nastąpiło gwałtowne i globalne oziębienie klimatu prowadzące do kolejnej epoki lodowcowej?”. Tak, bez wątpienia byłby to niefortunny obrót zdarzeń, ale w obecnej sytuacji mamy zupełnie inny problem, więc lepiej zajmijmy się nim, a nie dywagacjami, co by było, gdyby…

Innymi słowy, należy pokazywać, że choć historia Polski po 1945 roku ma wiele tragicznych elementów, to stanowi marny punkt odniesienia dla wyzwań, przed którymi staną nasz kraj oraz świat w roku 2018 i latach późniejszych. W jaki sposób „lewackie rewolty”, PRL, Stalin bądź Gomułka wiążą się z tym, że niebawem nasza planeta może zmienić się w miejsce całkowicie nieprzyjazne dla rodzaju ludzkiego? Albo z największym poziomem nierówności społecznych w historii naszego gatunku? Albo z tym, że wiele osób z powodu najprzeróżniejszych przesądów lub wykluczania materialnego wciąż nie może w pełni korzystać z praw człowieka? Straszenie lewicowymi wypaczeniami i odwoływanie się do zasobu skojarzeniowego, który ma w tym pomagać, jest zupełnie nie na czasie. Zarówno wtedy, gdy skrajna prawica chce tępić „lewactwo”, jak i wtedy, gdy Agata Bielik-Robson wraz z częścią pozostałych liberałów domaga się odnowienia popularnego w czasach transformacji podziału na zwolenników PRL-u i zwolenników wolności.

Z kolei światowość to tyle, co umiejętność spojrzenia na świat z innej perspektywy niż historia Polski. Taki postulat należałoby skierować nie tylko do polskiej prawicy, którą zazwyczaj oskarża się o zaściankowość, ale także do naszych centroliberalnych elit. Jednym i drugim wydaje się, że polskie zmagania ze Związkiem Radzieckim są uniwersalną perspektywą pozwalającą na obiektywne oddzielenie dobra od zła. Dobrze ten problem opisał Artur Domosławski w swojej książce o Ameryce Łacińskiej. Historia krajów takich, jak Chile, Argentyna czy Brazylia była w drugiej połowie XX wieku nie mniej tragiczna niż Polski. A pod wieloma względami okazała się nawet gorsza, gdyż skala morderstw i tortur politycznych, jakich dopuszczały się tamtejsze władze, znacząco przekroczyła to, co działo się w naszym kraju. Stały za tym dyktatury prawicowe, a nie lewicowe. W dodatku bardziej lub mniej oficjalnie wspierane przez Stany Zjednoczone i otwarte na prokapitalistyczne reformy. Te dwie rzeczy, wsparcie USA i kapitalizm, ściśle się ze sobą wiążą. Amerykanie przymykali oko na to, co wyczyniał na przykład Augusto Pinochet przede wszystkim dlatego, że ten posłusznie liberalizował chilijską gospodarkę i odcinał się od państw komunistycznych.

Domosławski opisuje dzieje jednego z chilijskich wygnańców, Mario Galdameza, który zbiegł przed dyktaturą Pinocheta i zamieszkał w Polsce. Wspomina on, że przedstawiciele „Solidarności” odnosili się do sytuacji jego rodaków z wyraźnym brakiem zrozumienia. O ile pojmowali, jakim złem jest dyktatura, to w większości nie bardzo chcieli przyjąć do wiadomości, że w chilijskim przypadku wiąże się ona z USA i kapitalizmem. Z jakichś względów równanie łączące ze sobą Marksa, komunizm, Związek Radziecki i dyktaturę wydawało się im o wiele realniejsze niż powiązanie dyktatur południowoamerykańskich, Stanów Zjednoczonych, kapitalizmu i wolnego rynku. Dziś niewiele się zmieniło. Choć liberalne media i politycy nieustannie pouczają Polaków, że powinni stać się bardziej europejscy i światowi, to za tymi wezwaniami nie idzie rzetelna próba skonfrontowania się z tym, jak naprawdę wygląda świat. A światu temu daleko do bajkowej opowieści o złym socjalizmie i dobrym kapitalizmie.

Wreszcie polskość. Aczkolwiek powojenna historia Polski – szczególnie polityczne podziały, metafory i skojarzenia związane z tym okresem – nie powinna stanowić dziś głównego punktu odniesienia (patrz: punkt o nowoczesności), to oczywiście nie da się o niej zupełnie zapomnieć. Problem polega raz jeszcze na tym, w jaki sposób tę historię opowiadamy. Czy według mitologizującego schematu o wolnej i szczęśliwej Polsce, którą po wojnie spotyka tragedia, jaką było dostanie się w obręb wpływów Związku Radzieckiego, a następnie wielkie wyzwolenie i powszechna radość po roku 1989, czy też może z odrobinę większym wysublimowaniem? Jeśli przyjmiemy tę drugą perspektywę, to koniecznym punktem wyjścia jest stwierdzenie, że Polska międzywojenna była krajem nieprzyjaznym dla sporej części swoich obywateli i obywatelek. Nie chodzi tylko o antysemityzm, ale o fatalne położenie materialne szerokich rzeszy rodaków. Bezdomność, mieszkanie po 10 osób w jednej izbie, konieczność sprzedawania ciała za bochenek chleba, powszechny analfabetyzm, potężne nierówności społeczne – taka była rzeczywistość II RP, o której zbyt łatwo zapominamy w trakcie tysięcznej dyskusji o wielkości lub skazach Józefa Piłsudskiego.

Można się spierać o przyczyny takiego stanu rzeczy, ale nie zmienia to faktu, że dla sporego grona osób powstanie PRL-u wcale nie oznaczało zastąpienia wspaniałej Polski jej złym odpowiednikiem. Los części z nich uległ nawet poprawie. Co oczywiście nie znaczy, że należy traktować PRL jako pozytywny punkt odniesienia. System ten miał niezliczone wady, nad którymi żaden przyzwoity człowiek nie może przejść do porządku dziennego. Niemniej jednak, mówiąc o przeskoku z II RP do PRL-u, trzeba pamiętać, że „ludowa historia Polski” wygląda zupełnie inaczej niż historia narodowa, inteligencka czy bogacka. Podobnie jest z przełomem 1989 roku. Przypomniał ostatnio o tym Rafał Woś w książce „To nie jest kraj dla pracowników”: „W całym 1990 roku wyhamowanie produkcji okazało się pięciokrotnie wyższe od zapowiadanego, a spadek PKB zamiast 3,4 wyniósł aż 11 procent. Nastąpiło też dramatyczne pikowanie stopy życiowej: ceny w 1990 roku wzrosły sześć-siedem razy, a przeciętne pensje realne spadły o blisko 24 procent. Do tego doszło widmo bezrobocia”.

Przypominanie o tym, że stare spory w większości nie stanowią dobrej busoli politycznej, gdy rozmawiamy o współczesnych problemach. Upominanie się o patrzenie na Polskę w kontekście prawdziwie globalnym, a nie traktowanie światowości jako pozy służącej do bezkrytycznego wychwalania wybiórczych, najczęściej neoliberalnych aspektów państw zachodnich. Walka o szczerą historię Polski, opowiadaną z wielu perspektyw. Oto, co należy robić, aby odwojować wyobraźnię społeczną, która ułatwia prawicy i liberałom prowadzenie polityki, a lewej stronie ideowej utrudnia to zadanie. Oczywiście, środowisko, które tak jak obecna lewica ma marny wpływ na media, polską popkulturę, politykę parlamentarną czy edukację, jest w niezwykle trudnej sytuacji i ma ograniczone możliwości działania. Ale alternatywą jest nierobienie niczego albo pogrążanie się w wewnętrznych sporach. Wybór, w całej swojej beznadziejności, wydaje się jasny.

dr Tomasz S. Markiewka

Fantomowe ciało rewolucjonisty

Fantomowe ciało rewolucjonisty

Mój poprzedni felieton dotyczył – trzeba to wyjawić – marksistowskiej idei pracy i roli proletariatu przemysłowego [1]; zwracał też uwagę na antyegalitarne konsekwencje technoutopii. A jednak większość moich znajomych, o ile już jakoś do tego tekstu się ustosunkowali, skoncentrowała się na wątku zupełnie pobocznym, który miał tylko zwrócić uwagę na prawdopodobne przyczyny zarzucania przez lewicę proletariackich wartości – wątku prekariatu (mylonego czasem zresztą, nie wiedzieć czemu, z hipsterstwem). No cóż, robotnicy fabryczni takich felietonów raczej nie czytują.

W takim razie zajmijmy się mitem prekariatu. To nawet lepsza arena polemiki z „nową lewicą” niż grząski grunt psychologii wyszukującej różnice między etosem heroicznym i hedonistycznym [2].

Zacznijmy od tego, że kreowanie tzw. prekariatu na odkrycie socjologiczne XXI stulecia to humbug, wyważanie otwartych drzwi. Jeśli za podstawowe kryterium prekarności uznać niestabilne warunki zatrudnienia, to zawsze występowała warstwa osób zatrudnianych doraźnie (np. robotnicy rolni czy budowlani), w pierwszych dekadach XIX w. takie warunki były udziałem praktycznie całego proletariatu przemysłowego. Powiem więcej – dla robotnika epoki leseferyzmu, wynagradzanego w systemie dniówkowym i co dzień ustawiającego się w kolejce po pracę pod bramą fabryki, kilkumiesięczna umowa na czas określony byłaby niewysłowionym szczęściem. Tak więc „prekariat” nie jest żadną nową klasą. Jeśli czymś różni się od proletariuszy sprzed dwustu lat, to przede wszystkim wyższym mimo wszystko poziomem życia: prekariusz może ubogo wegetować, ale nie umiera z głodu, a to istotne, bo warunkuje stopień politycznej determinacji tej grupy [3].

precarious-work

Nie jest też nową próba ustanowienia „ludzi luźnych” awangardą rewolucji – przewija się ona czarną nicią w historii ruchu robotniczego co najmniej od czasów Nieczajewa, wzywającego „Połączmy się ze straceńczym światem zbójeckim, tym prawdziwym i jedynym rewolucjonistą w Rosji”. W XX wieku do tej koncepcji powrócono po Maju ’68, gdy okazało się, że robotnicy zamiast „żądać niemożliwego” strajkują o przysłowiowego „wróbla w garści” w postaci podwyżek i warunków bhp. Francuski goszysta Serge July napisał: „Lumpenproletariat jest najbardziej ofensywnym bojownikiem walk ulicznych. Katangijczycy, czarni robotnicy, aktorzy bez ról, bezrobotni kierowcy bez ciężarówek, studenci bez studiów, oficerowie bez żołdu – oto armia ludowa”. Wtórował mu Huey Newton z Czarnych Panter. Później Toni Negri wykoncypował teorię subproletariatu: nowej siły rewolucyjnej, złożonej z robotników niewykwalifikowanych, o niskim stażu i płynnym zatrudnieniu [5]. Teraz mamy prekariat – nową nazwę wciąż tej samej de facto warstwy.

Poszukiwanie „rewolucyjnej” alternatywy dla proletariatu ma z reguły to samo psychopolityczne podłoże, które nazywam podejściem platońskim: punktem wyjścia i punktem odniesienia są abstrakcyjne ideały, dla których szuka się nosiciela – a nie realni ludzie, konkretne grupy społeczne. Kiedyś heroldem emancypacji miała być klasa robotnicza, ponieważ jednak okazuje się ona konserwatywna, więc rozczarowani „platonicy” muszą znaleźć inny obiekt swej fascynacji.

Krzyżyk na drogę, można powiedzieć. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że donkiszoci bezkresnej emancypacji znów się zawiodą. Wymieńmy słabości prekariatu.

Feler pierwszy – jest to wciąż grupa stosunkowo nieliczna. Polska, królestwo śmieciówek, należy ponoć do najbardziej sprekaryzowanych rynków pracy w Unii. Tymczasem w I kwartale 2017 r. 12 133 000 (93,9%) zatrudnionych pracowało na podstawie umowy o pracę wobec 430 000 „prekariuszy” na umowach cywilnoprawnych. Nawet jeśli do tego doliczymy 148 000 przypadków wymuszonego samozatrudnienia (tylko dla jednego zleceniodawcy), jest to wciąż nieznaczna mniejszość [7]. Co więcej, liczba ta prawdopodobnie będzie maleć, bo robotyzacja uderza dziś w pierwszej kolejności w miejsca pracy wymagające niskich kwalifikacji i obsługiwane przez prekariuszy [8]. W ten sposób dochodzimy do…

…feleru drugiego: słabej pozycji prekariatu w strukturze społeczno-ekonomicznej współczesnego kapitalizmu. Jak już pisałem poprzednio – jest to grupa peryferyjna, czasem po prostu zbędna. Strajk barmanów McDonald’sa czy kierowców Ubera nie wstrząśnie systemem. Podtrzymam swoją opinię o wyższości pracy produkcyjnej nad nieprodukcyjną: o ile pierwsza mogłaby się ostatecznie obyć bez drugiej, to sfera nieprodukcyjna nie istniałaby bez fundamentu w postaci produkcji materialnej. Ale tyle o tym, nie zamierzam wyręczać Marksa w obronie laborystycznej teorii wartości i prymatu bazy nad nadbudową. W każdym razie już więcej sensu ma teoria „klasy kreatywnej” [9], bo ta rzeczywiście jest siłą napędową innowacyjnych sektorów gospodarki. Tu jednak problemem okazuje się fakt, że yuccie należą do beneficjentów systemu, nie stanowią więc żywiołu rewolucyjnego.

Feler trzeci polega na mgławicowości tej grupy. W poprzednim felietonie opisałem prekariuszy skrótowo: „sprzątaczka na śmieciówce, student dorabiający jako barista, dziennikarz freelancer, samozatrudniający się informatyk, artysta z bohemy”. Dodam, że także menedżer, który świadczy na rzecz korporacji usługi kierownicze w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Dzieli tych ludzi rodzaj wykonywanej pracy, wykształcenie, dochody, styl życia [10]. A co niby łączy – poza arbitralnym zaszufladkowaniem do prekariatu? To sztuczna, abstrakcyjna kategoria, istniejąca głównie w wyobraźni teoretyków.

I wreszcie feler czwarty: prekariat nie ma zalet proletariatu. Na wszelki wypadek zastrzegę się tym razem wyraźnie, że nie utożsamiam prekariusza z typem psychicznym beztroskiego „pasikonika”, gardzącego pracą i pracującymi frajerami, nie poczuwającego się do żadnej solidarności z „mrówkami”, ale święcie przekonanego, że „mrowisko” winno zaspokajać wszelkie jego zachcianki. Charakter klasowy jest podobny do narodowego – oznacza statystycznie większe prawdopodobieństwo występowania pewnych cech, a nie esencjonalistyczny determinizm. Tym niemniej nie da się zaprzeczyć, że określone środowisko pracy sprzyja wyrabianiu się pewnych postaw psychicznych. Cechy takie jak solidarność, wytrwałość, dyscyplina, samoorganizacja wytwarzają się i utrwalają w toku pracy zespołowej, w kolektywie w miarę możności stabilnym i zwartym. Zmienność zatrudnienia i elastyczny czas pracy sprzyjają atomizacji i indywidualizmowi, utrudniają identyfikację z miejscem i towarzyszami pracy, uniemożliwiają rozwój klasowej świadomości.

W rezultacie w postmodernistycznym świecie proletariusz może stylizować się na burżuja, a burżuj na proletariusza – obfitość rekwizytów pozwala na względnie swobodny wybór ról odgrywanych w społeczeństwie spektaklu [11]. I to prowadzi nas do zaskakującej konstatacji: znaczna część prekariuszy nie postrzega swego statusu w kategoriach opresji, ba – jest zadowolona z elastycznego zatrudnienia: Codzienne wczesne wstawanie? Praca od ósmej do szesnastej? Śmieszne dwadzieścia dni urlopu? To nie dla mnie! Niech żyje wolność, wolność i swoboda…[12] I życie złudzeniami.

Reasumując: z tego pieca chleba nie będzie. Czy to oznacza, że od prekariatu należy się odciąć, jego istnienie i problemy ignorować? Oczywiście, że nie. Prekariusze, tak samo jak inteligencja pracująca, bezrobotni, samozatrudniający się, emeryci czy ubożsi rolnicy należą do klas ludowych, których interesów trzeba bronić. Czym innym jest jednak robienie z nich awangardy rewolucji i przemian społecznych. Tu niezastąpieni pozostają working class heroes [13].

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Przypisy:

1. Z reguły biorę stronę niemodnych, zapomnianych, przegranych. Stronę rzekomych zawalidróg postępu, skazanych na zagładę – niczym analogowe winyle – przez różnych mędrków pozujących na rzeczników Historii. Swoją drogą Historia już nieraz odpowiadała złośliwym chichotem na zapędy ludzi uważających, że poznali jej zamiary.

2. Nawiasem mówiąc w zaznaczaniu tej różnicy nie byłem oryginalny – zwracał na to uwagę już w 1970 r. Charles Reich w „Zieleni się Ameryka”, tyle, że on głosił wyższość nowolewicowej „Świadomości III”, a mi sympatyczniejszymi pozostają „purytańscy i zgorzkniali” starzy radykałowie. Oczywiście można zarzucić „starej” lewicy, że w swej istocie też jest hedonistyczna, bo przecież dąży poprawy warunków życia ludzi. Różnica polega jednak na tym, że w tym przypadku przyjemność nie jest „przyrodzonym prawem”, ale swego rodzaju „nagrodą” za wysiłek: pracę robotnika, walkę rewolucjonisty. Nie chcę jednak rozwijać tego wątku, żeby znów nie umknęła zasadnicza teza tekstu.

3. Mówiąc obrazowo: dla ajfona można zabić, ale za ajfona się nie zginie.

4. Pyszną anegdotę wyczytałem we wspomnieniach francuskiego związkowca z CGT: w czasie strajku okupacyjnego w 1968 r. pod bramą jego fabryki pojawiła się grupa zrewolucjonizowanych studentów. „Wpuśćcie nas za bramę”, zażądali. „Po co?”, pyta straż związkowa. „Trzeba uniemożliwić produkcję niszcząc maszyny”, brzmiała odpowiedź. „Ale jak zniszczycie nasze maszyny, to gdzie będziemy pracowali?”, dziwują się robotnicy. „Możecie sadzić ryż, jak chińscy towarzysze!”.

5. Nie powstrzymam się w tym miejscu przed zasygnalizowaniem, że zdaniem Philipa Willana (Puppetmasters: The Political Use of Terrorism in Italy, s. 186-187, 347) teoretyk autonomizmu Negri był zarazem agentem CIA.

6. Moje stanowisko jest dokładnie odwrotne – przedstawiłem je w tekście „Ideologie czy ludzie?” w: „Inny Świat” nr 15 (2001 r.).

7. http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-bezrobotni-bierni-zawodowo-wg-bael/aktywnosc-ekonomiczna-ludnosci-polski-i-kwartal-2017-roku,4,24.htmlNa czas określony zatrudnionych było 3 401 000 pracowników, z czego 61% z powodu niemożności znalezienia pracy stałej. Ta grupa jednak nie spełnia w pełni Standingowych kryteriów prekarności.

8. Np. http://www.mirror.co.uk/news/weird-news/building-robot-mcdonalds-staff-cheaper-8044106

9. Nawiasem mówiąc jej prototypu można by się doszukiwać w marksistowskim rewizjonizmie Ernsta Fischera, uważającego inteligencję naukowo-techniczną za główny motor postępu.

10. Tu w pełni zgadzam się z Piotrem Ciszewskim: http://www.lewica.pl/?id=31300&tytul=Piotr-Ciszewski:-Prekariat—nowa-niebezpieczna-fikcja

11. Oczywiście nie jest to tylko kwestia świadomości, bo za kotarą spektaklu wyzysk i wykluczenie od wpływu na decyzje objawiają się w sposób obiektywny.

12. Nad koncepcją dochodu gwarantowanego, mającego być rozwiązaniem tego problemu, znęcałem się już poprzednio, więc teraz tylko dodam, że choć chrześcijańskie przykazanie pomocy bliźnim winno łagodzić Leninowskie dictum „kto nie pracuje, ten nie je”, to jednak pomoc przynależy zasadniczo osobom niezdolnym do pracy. W każdym razie ciemne strony tego projektu dostrzegają też co bardziej wnikliwi zwolennicy BDP jak E. Morozov: „Nie sądzę jednak, że sam dochód podstawowy może rozwiązać sprzeczności i strukturalne problemy dzisiejszego systemu. […] Poza oczywistymi argumentami, że dochód podstawowy ma opóźnić rebelię pracowników przerażonych automatyzacją pracy itd., według mnie stoi za tym pragnienie, żeby stworzyć nowy system, w którym konsumenci mają pieniądze na nowe cyfrowe usługi.  […] W strukturze globalnej gospodarki widać wyraźnie, że powstała nowa generacja rentierów. […] Dla mnie dochód podstawowy ufundowany na tym podziale byłby sformalizowaniem jakiegoś postimperialistycznego mechanizmu w globalnej gospodarce”. http://krytykapolityczna.pl/swiat/nowa-generacja-rentierow-evgeny-morozov-o-cyfrowym-kapitalizmie-danych-i-smart-cities/

13. https://www.youtube.com/watch?v=tnsDK5XVFq4