przez Piotr Mirocha | poniedziałek 12 czerwca 2017 | opinie
Kto wiedział, jak się nazywał urzędujący prezydent Austrii? Do niedawna nikt. Kto wiedział, co się dzieje w tym kraju, oprócz noworocznego koncertu filharmoników, imprezy skądinąd arcykonserwatywnej? Od paru lat nikt. Dopiero trwające ponad pół roku wybory prezydenckie w 2016 r. przypomniały, że Austria jest czymś więcej niż najstabilniejszym przyczółkiem Zachodu, służącym wschodnim Europejczykom do zarabiania euro. Tymczasem na październik rozpisano już przyspieszone wybory parlamentarne.
Przypomnieliśmy sobie o istnieniu tego kraju, gdy dzienniki doniosły o wynikach pierwszej tury prezydenckiej elekcji – wygrał ją kandydat skrajnej prawicy. Był to Norbert Hofer, kandydat partii FPÖ, która w późnych latach 90. zasłynęła nagonką na mniejszość słoweńską, a dziś zdobywa poparcie obiecując osiągnięcia austriackiego państwa socjalnego, ale tylko dla „prawdziwych Austriaków”. Fakt, że ograniczenia dostępu do mieszkalnictwa czy opieki zdrowotnej oznaczają w istocie zniesienie tych świadczeń, nie odstręcza sporej grupy wyborców – zwłaszcza ludności z prowincji, która z wielu tych udogodnień i tak nie korzysta.
Drugie miejsce zajął kandydat Zielonych, Alexander van der Bellen, który po niezwykle długiej kampanii wyborczej został w grudniu 2016 r. prezydentem republiki. Kandydaci tradycyjnych partii Wielkiej Koalicji – socjaldemokratów (SPÖ) i chadeków (ÖVP) – nie mieli szans. Tymczasem Austria była dotąd urządzona jako państwo partyjne, w którym liczne instytucje są zdublowane (istnieje np. Czerwony Krzyż sympatyzujący z socjaldemokratami i osobny, bliski chadekom; podobnie jest z klubami sportowymi czy organizacjami turystycznymi), a jeszcze więcej z nich jest tradycyjnie związanych z jedną z dwóch wielkich partii – centrala związkowa czy koleje są więc tradycyjnie „czerwone”, a izba przemysłowo-gospodarcza – „czarna”.
Nietrudno sobie wyobrazić, że wyjście z czarno-socjaldemokratycznego klinczu nie musi być koniecznie skrajnie prawicowe i ksenofobiczne. Dojrzewanie ruchów społecznych często musi potrwać sporo czasu, ale w czerwcu ubiegłego roku z inicjatywy pluralistycznego lewicowego bloga Mosaik zorganizowano konferencję nowej inicjatywy. Ruch nazwano Aufbruch – co znaczy po niemiecku przełom albo wymarsz. Na konferencji organizacyjnej obecne było ponad 1000 osób, najwięcej na tego rodzaju wydarzeniu austriackiej lewicy społecznej od dziesięcioleci.
Były więc Socjalistyczna Młodzież Austrii, młodzieżówka socjaldemokratów, Młodzi Zieloni – podobnie niezbyt zadowoleni z polityki „dorosłej” partii, były organizacje kobiece, inicjatywy przeciwko ACTA, umiarkowani trockiści z Socjalistycznej Partii Lewicy i przedstawiciele największych związków zawodowych. Aufbruch z jednej strony nie zorganizowało się w formalną strukturę partyjną, z drugiej zaś przeprowadziło szereg protestów pracowniczych (m.in. w wielkiej sieci drogerii Müller), spotkania organizacyjne również w mniejszych miejscowościach kraju czy blokadę budowy szkodliwej dla środowiska elektrowni wodnej na rzece Murze. Są więc duże szanse na przezwyciężenie pułapek sfragmentaryzowanej polityki Nowej Lewicy odziedziczonych po 1968 r. i na stworzenie na nowo ruchu na rzecz emancypacji każdego.
Wydaje się, że utrzymanie entuzjazmu z pierwszych miesięcy ruchu – bardzo podobnego do atmosfery kongresu założycielskiego polskiej Partii Razem – może być trudne bez formalizacji działania organizacji. To zaś wymaga pilnej odpowiedzi na pytania o jej stosunek do istniejących formacji politycznych, których członkowie znaleźli w Aufbruchu. Nadzieja jednak znów się pojawiła.
Pewne alternatywy dla duopolu zużytych chadeków i socjaldemokratów i dla agresywnej prawicy FPÖ istnieją też w polityce samorządowej. Dużą rolę we władzach Wiednia odgrywają Zieloni – w praktyce jednak największe poparcie uzyskują w zgentryfikowanych dzielnicach śródmiejskich i reprezentują głównie interesy nowego mieszczaństwa. Stąd też wiele miejsca w ich dyskursie zajmują kwestie ekologicznego transportu, ale już w zakresie coraz mniej aktywnej polityki mieszkaniowej samorządu słychać głównie deklaracje dobrej woli, nie zaś chęć zupełnej zmiany warunków gry. Jednak w ramach bronienia interesów nowego mieszczaństwa Zieloni są w stanie pójść nawet na sojusz ze skrajną prawicą i podjąć brutalne policyjne akcje przeciwko migrantom, jeżeli tylko prowadzą nieszkodliwy skądinąd handel marihuaną, ale – zbyt blisko zamożniejszych dzielnic.
Drugą siłą w samorządzie drugiego co do wielkości miasta Austrii, Grazu, jest po tegorocznych wyborach Komunistyczna Partia Austrii. Odważną reprezentacją interesów eksmitowanych lokatorów i pracowników – porównywalną do działalności Piotra Ikonowicza i Ruchu Sprawiedliwości Społecznej – utrzymują od lat swoją pozycję. Jednak ich siła opiera się głównie na kilku charyzmatycznych postaciach, takich jak Elke Kahr. Widać więc ograniczenia ruchów lewicowych i alternatywnych na poziomie samorządowym.
Jeżeli kryzys może być szansą, to pojawiła się ona dla działaczy wywodzących się z Młodych Zielonych. Z jednej strony góry partyjne pogrążyły się w Realpolitik, okraszonej transformacją energetyczną. Z drugiej strony, wola młodych do konsekwentniejszego wyrażania pomysłów na zmianę reguł gry tłumiona była przez konieczność podejmowania decyzji jednogłośnie w stowarzyszonym zrzeszeniu studenckim GRAS.
W październiku 2016 r. stworzono alternatywne zrzeszenie, Zielonych Studentów i Studentek (Grüne Studierende), decydujące demokratyczną większością, o mocno socjalnej agendzie. Zimą 2017 r. doszło do konfliktu z górami partyjnymi, które nie zgadzały się na istnienie dwóch równoległych organizacji studenckich. Konflikt eskalował: przewodnicząca Młodych Zielonych Flora Petrik poparła istnienie obu organizacji, a w odpowiedzi szefowa klubu parlamentarnego Zielonych Eva Glavischnig doprowadziła do wydalenia całej młodzieżówki en bloc. Kiedy można oczekiwać rezultatów sporu? W Polsce Młodym Socjalistom stworzenie Razem zajęło dziesięć lat. Z drugiej strony, szansą mogłoby być nadanie nowego pędu Aufbruchowi przez młodych ludzi wyrzuconych z Zielonych.
Wyzwania czasów są jednak coraz większe. Chadecy z ÖVP przyjmują kurs coraz bardziej zbliżony do faszyzującej prawicy FPÖ, a z drugiej strony bardziej akceptowalny dla części społeczeństwa, bo reprezentowany przez chadeków i ich nowego lidera, Christiana Kurza, jeszcze młodszego i jeszcze przystojniejszego mężczyznę niż Norbert Hofer. Zapowiedziane na jesień 2017 r. wybory parlamentarne mogą przynieść nową koalicję. Nowy lider chadeków neoliberalne dogmaty o nieuniknionej konkurencji i erozji prawa pracy miesza bowiem z mruganiem okiem do antyemancypacyjnych poglądów Kościoła Katolickiego i, przede wszystkim, do jadowicie ksenofobicznych uogólnień ruchów faszyzujących.
Nie można ukrywać, że takie postawy znajdują pewne poparcie, a dawne robotnicze twierdze Czerwonego Wiednia zaczynają skłaniać się ku skrajnej prawicy. Z jednej strony 24% mieszkańców Wiednia pozbawiona jest obywatelstwa i związanych z nimi przywilejów. Z drugiej, ubywa dóbr wspólnych i świadczeń (czyli: środków na mieszkania, emerytury, szkolnictwo) powiązanych z obywatelstwem.
Dla osób z „obywatelstwem korporacyjnym”, multipassem i abonamentem na Luxmed, nawet jeśli nie bardzo zamożnych, taki problem jest abstrakcyjny. U tych, których jedyne obywatelstwo to obywatelstwo austriackie, powstaje wrażenie, że kołdra jest za krótka. Kwestią przyszłości ruchów emancypacyjnych jest to, czy zdołają one zaproponować konkretne rozwiązania przejściowe i przekonujące postulaty.
Kluczowe wydaje się przekonanie wyzyskiwanej większości, że nie jest to bynajmniej pościelowa kwestia krótkiej kołdry, że idzie o coś więcej niż interwencje socjalne na rzecz wykluczonych mniejszości: o emancypację różnorodnej, ale nieuprzywilejowanej większości. W tym celu jednak zarówno w Austrii, jak i w Polsce potrzeba ruchu politycznego, który zakwestionuje reguły dotychczasowej polityki.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 30 maja 2017 | opinie
Noam Chomsky jest uznawany za jednego z najsłynniejszych intelektualistów na świecie – częściowo z powodu swoich dokonań językoznawczych, ale sławę zawdzięcza przede wszystkim komentarzom politycznym. W Polsce pisze się jednak o nim zastanawiająco mało. Gdy zaś już ktoś o nim wspomina, to często w negatywnym kontekście.
Jednym z niewielu tekstów w polskiej prasie poświęconych w całości Chomsky’emu jest artykuł Macieja Nowickiego o wymownym tytule „Najgłupszy intelektualista na świecie”. Ta opublikowana blisko dekadę temu mowa oskarżycielska przeciw amerykańskiemu badaczowi kończy się bezlitosnym wyrokiem: Richard Posner w swojej książce o public intellectuals twierdzi, że naukowiec, który osiągnął sukces w swojej dziedzinie, może użyć tego autorytetu, by pouczać ludzi w sprawach, w których jest absolutnym kretynem – pisze Nowicki. – Nie istnieje lepszy przykład tego fenomenu niż Noam Chomsky.

Większość przeciwników Chomsky’ego nie potrafi mu wybaczyć radykalnej krytyki Stanów Zjednoczonych, która – ich zdaniem – prowadzi często do wybielania wrogów USA. Negatywny stosunek do Ameryki jest też zapewne jednym z powodów, dla których o autorze wydanej niedawno książki „Who Rules the World?” pisze się u nas tak mało. Stany Zjednoczone są w Polsce wciąż uznawane za wzór do naśladowania. Owszem, czasem prawicowi politycy i publicyści popsioczą na prezydenta z Partii Demokratycznej, a liberałowie na prezydenta z Partii Republikańskiej, ale ogólny konsensus jest taki, że Ameryka jest w porządku. Kiedy proponuje – bezpośrednio bądź za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie instytucji, takich jak Światowa Organizacja Handlu – deregulację gospodarki, to ją deregulujemy. Kiedy zaprasza nas do pójścia na wojnę, to idziemy, nawet jeśli ta toczy się w kraju, który niczym nam nie zawinił. Kiedy chce wybudować u nas tajne więzienia z pogwałceniem prawa międzynarodowego, to nasi politycy wznoszą się ponad podziałami i nie mają z tym większego problemu.
Chomsky natomiast jest bezlitośnie krytyczny zarówno wobec rządu amerykańskiego, jak i świata biznesu skupionego wokół Wall Street, niezależnie od tego, czy w Białym Domu zasiadają Bush, Obama czy Trump. Aby zrozumieć, skąd bierze się tak negatywny stosunek twórcy gramatyki generatywnej do, było nie było, własnego kraju, trzeba najpierw pojąć, jakie obowiązki jego zdaniem spoczywają na intelektualistach. Właśnie na to pytanie odpowiada Chomsky w eseju otwierającym „Who Rules the World?”. Jego zdaniem intelektualiści dzielą się na dwie grupy. Z jednej strony są ci, którzy patrzą własnej władzy na ręce i konsekwentnie krytykują jej błędy oraz występki. Z drugiej, ci, którzy biorą stronę rządzących i oskarżają o brak patriotyzmu każdego, kto odważy się ich skrytykować. Nietrudno odgadnąć, w której grupie widzi siebie Chomsky. Amerykański badacz uważa, że jego obowiązkiem jest krytykowanie władzy własnego kraju, tak jak obowiązkiem intelektualisty francuskiego jest krytykowanie władzy francuskiej, a polskiego – polskiej. Ostatecznie w większości przypadków polski czy amerykański intelektualista mają większy wpływ na postępowanie, odpowiednio, władzy polskiej oraz amerykańskiej, niż na to, co robią Rosjanie, Irańczycy lub Chińczycy. W przypadku USA postawa krytyczna jest szczególnie pożądana, ponieważ jest to kraj o potężnych wpływach: politycznych, militarnych, kulturowych oraz ekonomicznych. Gdy Ameryka robi coś źle, negatywne konsekwencje odczuwa cały świat.
Chomsky zauważa, że nasza postawa wobec intelektualistów krytycznych zawiera sporą dawkę hipokryzji. Krytyków z obcych państw – szczególnie, gdy uważamy je za wrogie – traktujemy zupełnie inaczej niż krytyków we własnym kraju. Jeśli na przykład jakiś intelektualista rosyjski ostro skrytykuje Putina, jest określany w Stanach Zjednoczonych (i większości krajów zachodnich) mianem „odważnego”, „bezkompromisowego”, „uczciwego” i „moralnego”. Gdy jednak równie mocnej krytyki wobec własnego państwa dokona intelektualista amerykański, zostanie nazwy „zdrajcą”, „wariatem”, „anty-Amerykaninem” czy też „ideologiem”. Choć lubimy wypowiadać się na temat tego, co jest etycznie słuszne, a co jest złe, to w rzeczywistości głównym podziałem, jaki stosujemy, jest rozróżnienie na „naszych” oraz „nie-naszych” – powiada Chomsky. Nie-nasi intelektualiści krytykujący nie-nasze kraje są bohaterami, natomiast nasi intelektualiści krytykujący nasz kraj są kretynami.
Wątek podwójnych standardów przewija się w esejach Chomsky’ego nieustannie. Autor „Who Rules the World?” proponuje na przykład prosty eksperyment myślowy. Co by się stało, gdyby Niemcy nazwali swój najnowszy samolot wojskowy lub rodzaj bomby „Żydem” bądź „Cyganem”? Opinia publiczna, jak najbardziej słusznie, uznałaby to z pewnością za ponury żart i natychmiast zażądała zmiany nazewnictwa. Jednak dokładnie tego rodzaju obraźliwych i niesmacznych nazw używają bez większych konsekwencji Amerykanie. Misję zabójstwa Osamy Bin Ladena amerykańskie władze militarne określiły mianem „Geronimo”, od przydomka słynnego wodza indiańskiego. Wzbudziło to protesty wśród rdzennej ludności Stanów Zjednoczonych, ale większa część opinii publicznej oraz polityków nie wydawała się tym zaniepokojona. Wszak jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że amerykańskie nazewnictwo militarne odwołuje się do kultury indiańskiej. Nazwy takie jak „Apache” czy „Black Hawk” są dobrze znane także w Polsce. Jak sugeruje Chomsky, najwyraźniej rdzenni mieszkańcy USA wymordowani masowo przez białych imigrantów nie są wystarczająco „nasi”, aby przejmować się takimi rzeczami i uważać je za niestosowne.
W podobny sposób krytykuje Chomsky „wojnę z terroryzmem”. Amerykańskie władze – a za nimi duża część zachodniej opinii publicznej – lubią przedstawiać swoje działania jako walkę na rzecz szerzenia demokracji i wolności. Problem polega na tym, że to umiłowanie demokratycznych rządów jest wybiórcze. Istnieje przytłaczająca liczba dowodów, że demokracja jest wspierana tylko o tyle, o ile pasuje do społecznych i ekonomicznych celów władz amerykańskich oraz ich sprzymierzeńców – pisze Chomsky. W czasie Zimnej Wojny Stany Zjednoczone nie wydawały się zbytnio przejmować tym, czy dany kraj jest demokratyczny. O wiele ważniejsze było, po której stronie konfliktu amerykańsko-radzieckiego stały jego władze. Idealnym przykładem jest postępowanie Amerykanów wobec Wietnamu czy Kuby. Podobnie mają się obecnie sprawy z Bliskim Wschodem. Chomsky w kilku esejach powraca do sondażu przeprowadzonego wśród mieszkańców tego regionu. Okazuje się, że za największe zagrożenie uważają oni USA i gdyby mieli wybór, wypędziliby Amerykanów jak najdalej od swoich krajów. Czemu trudno się dziwić, zważywszy na liczbę ofiar cywilnych, za które odpowiedzialność ponoszą Stany Zjednoczone, oraz przejawianą od wielu lat skłonność USA do wspierania usłużnych im dyktatorów. Słuchanie opinii obywateli Egiptu, Tunezji czy Iraku nie wydaje się jednak wchodzić w obręb amerykańskiej misji szerzenia demokracji.
Chomsky zarzuca też władzom swojego kraju całkowitą nieskuteczność w walce z terroryzmem. Nieskuteczność, która wynika jego zdaniem z przyjęcia najbardziej prymitywnych form walki – inwazji wojskowej, tortur oraz powszechnej inwigilacji. Amerykański badacz przypomina o tym, że jednym z celów Bin Ladena, o którym ten otwarcie mówił, było wciągnięcie Stanów Zjednoczonych w długotrwałe i pochłaniające ogromne środki finansowe zmagania militarne. Koszty prowadzonych przez Busha-Obamę wojen w Iraku oraz Afganistanie są obecnie szacowane na 4,4 biliona dolarów – podaje Chomsky, nazywając to przy okazji „wielkim zwycięstwem” byłego przywódcy Al-Kaidy. W dodatku postępowanie władz amerykańskich doprowadziło do dalszej destabilizacji regionu i najprawdopodobniej zwiększyło liczbę osób chętnych do wspierania organizacji terrorystycznych.
Kolejnym celem krytyki Chomsky’ego jest amerykańska polityka gospodarcza. Deregulacja gospodarki, obniżanie podatków najbogatszym, narzucanie innym krajom rozwiązań korzystnych dla USA (czy, dokładniej, dla niewielkiego odsetka mieszkańców tego kraju) – to lista najważniejszych grzechów przedstawiona przez autora „Who Rules the World?”. Chomsky wskazuje na problemy, o których pisze dzisiaj większość znanych ekonomistów, od Paula Krugmana po Thomasa Piketty’ego. Realne dochody klasy średniej stoją w miejscu od mniej więcej lat 80. XX wieku. Z kolei dochody oraz majątki najbogatszych systematycznie rosną. Na domiar złego system polityczny USA coraz bardziej działa na zasadzie „jeden dolar, jeden głos”, zamiast „jedna osoba, jeden głos”. Tworzy to rodzaj błędnego koła. Jak klasy niższe i średnie mają zmienić politykę na swoją korzyść, skoro nie posiadają niezbędnych środków, aby konkurować z milionerami, których stać na własne media, finansowanie kampanii wyborczych czy przeznaczanie ogromnych środków na cele lobbystyczne? Dla Chomsky’ego jest to kolejny dowód na to, że umiłowanie demokracji wśród amerykańskich elit istnieje jedynie w sferze retoryki.
Co gorsza, Stany Zjednoczone ze względu na swoje wpływy są w stanie narzucać tego rodzaju niszczące rozwiązania także innym krajom. Dzieje się tak między innymi za pośrednictwem międzynarodowych traktatów handlowych. Komentując jeden z nich – porozumienie NAFTA podpisane przez USA, Meksyk i Kanadę – Chomsky stwierdza, że jest to rzadki przypadek umowy, która potrafiła pogorszyć warunki ludzi pracy we wszystkich trzech krajach, jakie ją podpisały. Trudno w tym kontekście nie pomyśleć, z jakim entuzjazmem polskie elity polityczne oraz spora część mediów wypowiadały się na temat TTIP oraz CETA – analogicznych traktatów między Unią Europejską oraz Stanami Zjednoczonymi (TTIP) i Kanadą (CETA). Kolejny przykład na to, jak wielka jest siła perswazji amerykańskiej władzy polityczno-biznesowej.
Jak widać, Chomsky stawia najcięższe zarzuty ludziom rządzącym Ameryką. Nie chodzi tylko o to, że wylicza on wszystkie grzechy USA z ostatnich kilkudziesięciu, a nawet kilkuset lat. Chomsky nie omieszkuje też podsumowywać swoich wyliczeń ostrymi sformułowaniami. Na przykład nazwa Partię Republikańską „najgroźniejszą organizacją na świecie”. Na pierwszy rzut oka to oskarżenie może się wydawać mocno na wyrost, ale Chomsky ma nienajgorsze argumenty. Republikanie od wielu lat aktywnie wspierają idee, których negatywne konsekwencje odczuwają miliony, a w jednym przypadku potencjalnie nawet miliardy ludzi. Są gorącymi zwolennikami agresywnej polityki zagranicznej, w tym z użyciem sił wojskowych. Jej efektem jest zatrważająca liczba ofiar, w tym cywilnych, oraz postępująca destabilizacja wielu rejonów świata. Popierają rozwiązania gospodarcze, które – o czym mówi głośno coraz więcej ludzi – dla garstki osób oznaczają ogromne bogactwo, a dla przytłaczającej większości biedę lub, w najlepszym wypadku, umiarkowane powodzenie. Hamują równouprawnienie grup dyskryminowanych: kobiet, społeczności LGBT oraz mniejszości etnicznych. W dodatku od kilkudziesięciu lat zawzięcie zwalczają większość prób przeciwdziałania zmianom klimatycznym. Republikanie nie szczędzą środków – zarówno finansowych, jak i retorycznych – aby blokować wszelkie ambitniejsze projekty walki z globalnym ociepleniem. Za ten błąd możemy zapłacić wszyscy.
Chomsky ma więc mocne argumenty nawet na poparcie swoich najbardziej radykalnych tez. Nie oznacza to, że niczego nie można mu zarzucić. Niekiedy amerykański intelektualista niebezpiecznie balansuje na granicy między „skupianiem się na błędach naszych” (co jest zrozumiałym podejściem) a „nazbyt łatwym usprawiedliwianiem bądź przymykaniem oczu na błędy nie-naszych” (co budzi już poważne wątpliwości moralne). Przy czym trudno mu zarzucić jednoznaczne przekroczenie tej cienkiej linii. Na przykład, wbrew temu, co twierdzi wspomniany na początku Nowicki, Chomsky nie wychwalał Pol Pota i nie negował jego zbrodni. Niemniej jego komentarze w tej sprawie, szczególnie początkowo, zbyt mocno upraszczały sprawę, skupiając się przede wszystkim na błędach Amerykanów.
W przypadku „Who Rules the World?” podobne wątpliwości budzą fragmenty, w których Chomsky wspomina o konflikcie na Ukrainie. I znowu, trudno nie przyznać mu racji, gdy pisze, że zaniepokojenie, jakie wyraża Rosja w odpowiedzi na perspektywę włączenia Ukrainy do NATO, jest z politycznego punktu widzenia zrozumiałe. Gdyby Meksyk albo Kanada chciały wstąpić do sojuszu wojskowego nadzorowanego przez Rosję, Amerykanie też nie byliby raczej zachwyceni i próbowaliby temu zapobiec – zauważa Chomsky. Problem polega na tym, że amerykański badacz zapomina w tym wszystkim o… samych Ukraińcach i ich tragedii. Kiedy pisze o interwencjach USA na Bliskim Wschodzie albo w Ameryce Łacińskiej, bardzo słusznie podkreśla perspektywę Irakijczyków, Kubańczyków czy Panamczyków. Nie uwzględnia jej jednak, gdy wspomina o Ukrainie – nagle kraj ten staje się tylko kartą przetargową w relacjach między USA a Rosją. Oczywiście, Chomsky mógłby się tłumaczyć, że jego uwagi nie wynikają z lekceważenia problemów samych Ukraińców i Ukrainek, ale z konsekwentnego stosowania strategii „ujawniania podwójnych standardów”. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że autor „Who Rules the World?” sam wpada w pułapki amerykanocentryzmu. Tak jak wielu jego rodaków, gdy mówi o Europie Środkowej i Wschodniej, ma kłopoty z dostrzeżeniem czegokolwiek mniejszego niż Rosja lub ewentualnie Unia Europejska.
Trudno zatem uznać Chomsky’ego za nieomylny wzór cnót moralnych, choć amerykański badacz brzmi czasem tak, jakby próbował się na kogoś takiego wystylizować. Nie zmienia to jednak faktu, że mówi rzeczy warte wysłuchania i przemyślenia. Na szczęście nie mamy w Polsce problemu ze zbytnio idealistycznym podejściem do Rosji. Dlatego naiwności oraz przeoczenia Chomskiego, gdy idzie o Europę Wschodnią, nie stanowią dla nas większego zagrożenia – jesteśmy je w stanie szybko wyłapać. Kłopoty, z jakimi zmagamy się w naszym kraju, polegają raczej na pochopnym przejmowaniu lęków i uproszczeń pielęgnowanych przez elity Stanów Zjednoczonych oraz ich sprzymierzeńców. Najdobitniej świadczy o tym stosunek dużej części polskich polityków i opinii publicznej do krajów arabskich. Jest on niestety skażony perspektywą dobrzy-my versus źli-oni, ewentualnie oświeceni-my versus zacofani-biedni-oni, w której brakuje miejsca na subtelności w ocenie sytuacji. Chomsky stanowi dobrą odtrutkę dla tej jednoznacznej wizji świata. Dlatego byłoby dobrze, gdyby jego poglądy stały się w Polsce szerzej znane.
dr Tomasz Markiewka
przez Karol Trammer | środa 24 maja 2017 | opinie
Dokąd popłyną fundusze unijne, których nie zdoła wydać kolej?
Gdy wiceminister rozwoju Witold Słowik udzielał na przełomie lutego i marca 2017 r. wywiadu miesięcznikowi „Rynek Kolejowy” na temat szans na pełne wykorzystanie funduszy unijnych na infrastrukturę kolejową w ramach unijnej perspektywy finansowej na lata 2014-2020, uciekał się do zaklęć: – Żeby coś w ogóle mogło się udać, trzeba wierzyć, że jest to możliwe.
W Ministerstwie Rozwoju wiara w kolej topnieje jednak z miesiąca na miesiąc. W połowie kwietnia 2017 r. wiceminister Jerzy Kwieciński – najważniejszy w rządzie człowiek od programów unijnych – ujawnił podczas konferencji prasowej, że coraz poważniej myśli się o planie awaryjnym, zakładającym przesunięcie na inne przedsięwzięcia części funduszy zarezerwowanych na modernizację linii kolejowych.
Nie ma szans
Kwieciński o konieczności stworzenia planu B przekonał się po sprawdzeniu skuteczności wykorzystywania funduszy przez odpowiadającą za modernizację sieci kolejowej spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe: – Mam małą wiarę, że wszystko pójdzie dobrze. Z takim tempem nie ma szans na to, że wykorzystamy wszystkie pieniądze. Zwłaszcza że wiele prac zostało zaplanowanych na ostatnie lata perspektywy, a doświadczenie z poprzednich lat jest takie, że żadnego z projektów nie udaje się ukończyć w terminie.
Nieuchronnie nadciągającym problemom w wykorzystaniu całości funduszy zarezerwowanych na infrastrukturę kolejową coraz baczniej przygląda się Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Resort ten powstał w listopadzie 2015 r. po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość. Szefem ministerstwa jest Marek Gróbarczyk, który dla tego stanowiska porzucił znacznie bardziej lukratywną funkcję posła do Parlamentu Europejskiego.
Kierowany przez Gróbarczyka resort po nieco ponad pół roku funkcjonowania doprowadził do przyjęcia przez radę ministrów „Założeń do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 roku”. Dokument został przyjęty 14 czerwca 2016 r.
Następnie MGMiŻŚ sprawnie przeprowadziło procedurę przystąpienia Polski do konwencji AGN („Europejskie porozumienie o głównych śródlądowych drogach wodnych o znaczeniu międzynarodowym”). Sprawę załatwiono w ciągu czterech miesięcy: 28 października 2016 r. uchwałę o przystąpieniu do konwencji podpisała premier Beata Szydło, 14 grudnia 2016 r. sejm jednogłośnie przyjął stosowną ustawę, którą następnie 11 stycznia 2017 r. również jednogłośnie i bez poprawek zaakceptował senat i 6 marca 2017 r. akt ratyfikacji konwencji AGN został podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę.
– Dzisiaj transportu wodnego w Polsce w zasadzie nie ma – mówił prezydent po ratyfikowaniu konwencji. – Transport rzeczny jest tańszy niż transport drogowy, a przede wszystkim nieporównywalnie bardziej ekologiczny, jest transportem przyszłości. To wielkie zadanie, które wiąże się z wielkimi inwestycjami.
Nieodwracalne zobowiązanie
Polska wraz z przyjęciem konwencji AGN zobowiązała się, że główne ciągi rzeczne dostosuje do parametrów przynajmniej IV klasy żeglowności – głębokość, promienie zakoli czy prześwity pod mostami umożliwiające ruch statków o ładowności 1000-1500 ton. Obecnie Wisła na przeważającej długości spełnia parametry klasy Ib (dla statków o ładowności 180 ton), natomiast Odra głównie parametry klasy II (dla statków o ładowności 500 ton) i klasy III (dla statków o ładowności 700 ton).
Przyjęcie konwencji AGN wymusza dostosowanie do parametrów IV klasy żeglowności Wisły, Odry, Bugu oraz Drogi Wodnej Wisła-Odra (składają się na nią Brda, Kanał Bydgoski, Noteć i Warta). Koncepcja resortu gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej zakłada dostosowanie Odry oraz Wisły między Oświęcimiem a Krakowem od razu do wyższej klasy Va, a także wykopanie Kanału Śląskiego, który połączy Wisłę w Oświęcimiu z Odrą w pobliżu Kuźni Raciborskiej.
Według wstępnych wyliczeń MGMiŻŚ, realizacja powyższych planów ma kosztować co najmniej 76,8 mld zł. Pieniądze te miałyby zostać wydane na pogłębienie i regulację rzek, stworzenie stopni wodnych, budowę nowych śluz i wydłużenie istniejących, jak i na złagodzenie zakoli rzecznych, co w języku specjalistów od gospodarki wodnej nazywa się „przebudową niewymiarowych łuków”.
– Już żaden inny rząd w przyszłości nie będzie mógł odstąpić od realizacji tych inwestycji. Przyjmujemy na siebie nieodwracalne zobowiązanie realizacji tego przedsięwzięcia, niezwykle istotnego dla gospodarki naszego kraju, determinującego jego rozwój – mówił Marek Gróbarczyk po ratyfikowaniu konwencji AGN przez prezydenta.
Zidentyfikowano potencjalne źródła
W „Założeniach do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 roku” wskazano, że tylko do 2020 r. na główne szlaki wodne należy przeznaczyć 8,9 mld zł.
Największym problemem szerokich planów rozwoju sieci dróg wodnych jest brak funduszy. Jak czytamy w założeniach, Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej „zidentyfikowało potencjalne źródła finansowania przedsięwzięć”. Wśród nich wymieniono fundusze Unii Europejskiej: Fundusz Spójności, Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego czy instrument „Łącząc Europę” (CEF).
Tyle że środki te generalnie zostały już rozdysponowane. Jeśli chodzi o transport wodny, to – według planów sporządzonych jeszcze przed przystąpieniem Polski do konwencji AGN – unijne pieniądze mają trafić przede wszystkim do portów morskich. Gros środków z funduszy unijnych wesprzeć ma infrastrukturę kolejową. Krajowy Program Kolejowy na lata 2016-2023 przewiduje przedsięwzięcia modernizacyjne o łącznej wartości 66 mld zł – z czego źródłem 56 mld zł są właśnie fundusze unijne. Jeśli jednak dojdzie do opóźnień w realizacji programu inwestycyjnego przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe, Unia Europejska nie przekaże środków w zaplanowanej wysokości – w tej sytuacji sposobem na zachowanie tych pieniędzy przez Polskę będzie przesunięcie ich na inne przedsięwzięcia.
Z gałęzi na gałąź
Ministerstwo Rozwoju nie podjęło jeszcze decyzji, na co zostaną przeznaczone unijne pieniądze, których nie będzie w stanie wykorzystać spółka PKP PLK. Wśród ekspertów od programów unijnych coraz częściej mówi się, że po tą część funduszy chce sięgnąć Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Zgodnie ze scenariuszem tego resortu, niewykorzystane przez kolej pieniądze miałyby wspomóc realizację pierwszego etapu dostosowywania rzek do wymogów konwencji AGN, czego koszt oszacowano na – przypomnijmy – blisko 9 mld zł. Czy jednak wizja przesunięcia „kolejowych” funduszy na inną gałąź transportu jest w ogóle realna?
Cofnijmy się do przełomu 2010 i 2011 r., gdy stało się jasne, że spółce PKP PLK nie uda się wykorzystać całości funduszy przyznanych w ramach poprzedniej unijnej perspektywy finansowej 2007-2013. Odpowiadająca wówczas za wykorzystanie unijnych dotacji minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska dążyła do tego, by pieniądze z opóźnionych modernizacji linii kolejowych przeznaczyć na rozbudowę infrastruktury drogowej. Komisja Europejska nie zgodziła się jednak na przerzucenie wsparcia poza sektor transportu przyjaznego środowisku. Ostatecznie więc z pieniędzy unijnych, które pierwotnie były zarezerwowane na modernizację sieci kolejowej, dofinansowano zakupy pociągów i inwestycje w miejski transport szynowy.
Jednocześnie część funduszy udało się zatrzymać przy infrastrukturze kolejowej. Bruksela przystała bowiem na propozycję zgłoszoną na początku 2011 r. przez ówczesnego wiceministra infrastruktury Andrzeja Massela, by wsparcie z dużych modernizacji bez szans na terminowe zakończenie przesunąć na – finansowane wcześniej tylko z budżetu państwa – rewitalizacje linii kolejowych (oszczędne modernizacje możliwe do szybkiego przygotowania i krótkiej realizacji dzięki ograniczonemu zakresowi wymiany infrastruktury, jednak istotnie wpływające na poprawę prędkości pociągów i przepustowości linii).
Ekologiczny korytarz kontra natura
Unijni urzędnicy, którzy kilka lat temu byli niechętni wobec przesuwania „kolejowych” funduszy na drogi, w kwestii dróg wodnych mogą być bardziej otwarci na rozmowy. Zwłaszcza że w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej od początku nie zapomina się o cytowaniu w opracowaniach „Białej Księgi Transportu” Komisji Europejskiej. A w dokumencie tym – przedstawiającym wizję systemu transportowego w Europie – żegluga śródlądowa jest obok kolei wskazywana jako pożądana alternatywa dla transportu po drogach: „Do 2030 r. 30% drogowego transportu towarów na odległość powyżej 300 km należy przenieść na inne środki transportu: kolej lub transport wodny, zaś do 2050 r. powinno to być ponad 50% tego typu transportu. Ułatwi to rozwój efektywnych ekologicznych korytarzy transportowych. Aby osiągnąć ten cel, musimy rozbudować stosowną infrastrukturę”.
Tamą dla realizacji planów MGMiŻŚ może być jednak to, że doliny polskich rzek wskazanych w konwencji AGN to obszary objęte unijnym programem Natura 2000, który na celu ma zachowanie cennych gatunków i siedlisk przyrodniczych. Tymczasem podniesienie klas żeglowności wymagać będzie regulacji rzek, łagodzenia ich zakoli czy budowy stopni wodnych. Tworzenie „ekologicznych korytarzy transportowych” przekształci polskie rzeki w plac budowy nieodwracalnie zmieniający ich naturalny charakter, unikatowy w skali całej Europy. Pytanie, jak do tej sprzeczności ostatecznie podejdzie Komisja Europejska.
Kolej rozwija żeglugę
Powodzenie planów przesunięcia części funduszy unijnych z infrastruktury kolejowej na drogi wodne może zapewnić finansowanie dla pierwszych inwestycji na potrzeby masowej żeglugi śródlądowej. One mogą stać się stopą w drzwi, uzasadniającą finansowanie kolejnych przedsięwzięć, które wcale nie ograniczą się tylko do udrażniania rzek i kanałów czy budowy portów.
Kryteriów stawianych w konwencji AGN nie spełniają na przykład dziesiątki polskich mostów. Przeprawy nad rzekami o klasie żeglowności IV i Va muszą bowiem zapewniać prześwit między przęsłem a lustrem wody nie mniejszy niż 5,25 m (wartość wylicza się dla wysokiej wody żeglownej, czyli najwyższego stanu wody dopuszczającego żeglugę).
Spośród przerzuconych nad Odrą mostów kolejowych zbyt niskie są te w Opolu (prześwit 3,84 m), w Głogowie (prześwit 3,90 m), koło Czerwieńska na linii do Zbąszynka (prześwit 4,39 m) i na linii do Szczecina (prześwit 3,79 m) oraz graniczny most w Kostrzynie (prześwit 3,67 m). Kryteriów dla klas IV i Va nie spełnia również szereg mostów drogowych. Jedynie w przypadku Odry wstępne analizy wykazały konieczność przebudowy kilkudziesięciu mostów – poinformował dr inż. Andrzej Kreft z Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Szczecinie podczas konferencji, która w lutym 2017 r. odbyła się w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.
Na Drodze Wodnej Wisła-Odra za niskie są trzy mosty kolejowe w Bydgoszczy – na Brdzie na linii w kierunku Torunia (prześwit 3,26 m) i na Magistrali Węglowej (prześwit 5,15 m) oraz na Kanale Bydgoskim na linii do Piły (prześwit 4,70 m). Kryteriów IV klasy żeglowności nie spełnia też most w Drawskim Młynie (prześwit 3,40 m), którym linia kolejowa Poznań – Szczecin przekracza Noteć. Z kolei na Wiśle zbyt niskie w są dwie przeprawy kolejowe: most na odcinku Spytkowice – Alwernia o prześwicie 4,60 m i most drogowo-kolejowy koło Tarnobrzega o prześwicie 4,50 m.
Co więcej, w przypadku części mostów prześwity mogą zmniejszyć się poniżej wymaganych wartości wskutek zbudowania stopni spiętrzających wodę. Z kolei szereg mostów cechuje się rozpiętością między filarami uniemożliwiającą przeprowadzenie szlaku żeglugowego o szerokości wymaganej dla klasy IV (40 m) lub klasy Va (50 m) – problem dotyczy między innymi mostu kolejowego na Wiśle między stacjami Kraków Główny i Kraków Płaszów.
Tak oto przyjęta dwa miesiące temu przez Polskę „wodna” konwencja AGN może zmusić kolej do zbudowania wielu mostów od nowa czy, w najlepszym wypadku, do ich skomplikowanej przebudowy.
Czy cała gra w żeglugę śródlądową jest warta świeczki? Dr Przemysław Nawrocki z organizacji ekologicznej WWF stwierdził na łamach „Gazety Wyborczej”: – Z wyliczeń Romana Żurka, profesora Instytutu Ochrony Przyrody PAN, wynika, że częściowe przeniesienie transportu kontenerów z polskich dróg na polskie rzeki ograniczy emisję CO2 ledwie o 1,5%. Sensowniejsze byłoby przeniesienie tirów na tory.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/89 maj-czerwiec 2017); www.zbs.net.pl
przez Red Flag | środa 17 maja 2017 | opinie
Któż mógłby zapomnieć ten widok – głupią, pustą twarz George’a W. Busha wyglądającą z pokładu lotniskowca „Abraham Lincoln”, udekorowanego wielkim bannerem z napisem „Misja ukończona”?
Data tego wydarzenia to 1 maja 2003 r. – niewiele ponad miesiąc po tym, jak Stany Zjednoczone rozpoczęły inwazję na Irak, a Bush znajdował się tam, by zadeklarować zakończenie wielkich operacji wojennych. Jak się okazało, była to deklaracja nieco przedwczesna.
Dzisiaj ruch ochrony środowiska wydaje się znajdować na etapie, na którym może uroczyście odtrąbić „zakończenie misji”. Wraz ze spadkiem cen energii odnawialnej, np. masowo wdrażanych oddolnie paneli słonecznych, oraz z powstawaniem nowych „baterii przyszłości”, wielu członków tego ruchu bije w dzwon pogrzebowy, jeśli chodzi o popularność paliw kopalnych.
Dokładnie o tym mówi nowy artykuł stratega Australia Institute, Dana Cassa, „The sun rises: the democratisation of solar energy might change everything” („Słońce wschodzi: upowszechnienie energii pozyskiwanej ze słońca może zmienić wszystko”). Ceny energii słonecznej spadły na tyle, że obecnie jest ona tak tania, jak węgiel lub gaz – a nawet tańsza. Jeszcze całkiem niedawno, w 2007 r., Australia dysponowała łącznie 8000 systemów solarnych – pisze Cass. – Stan na 1 czerwca 2016 r. to 1 548 345.
Na całym świecie wygląda to podobnie. Według raportu sporządzonego przez Frankfurcką Szkołę Finansów i Zarządzania, w 2015 r. po raz pierwszy w historii energia odnawialna stanowiła większą część nowych instalacji do produkcji energii elektrycznej. W Stanach Zjednoczonych inwestycje w źródła odnawialne sytuowały się na poziomie 265,8 mld dolarów, co stanowiło ponad dwukrotność 130 mld dolarów zainwestowanych w generowanie jej za pomocą paliw kopalnych.
Cass twierdzi, że źródła odnawialne wygrały wojnę energetyczną. Co kluczowe, jak pisze, nie stało się tak z powodu interwencji państwa, lecz dzięki działaniu „naszego codziennego kapitalizmu”: Konsumenci przestawiają się w pośpiechu na nową technologię, która pozwala im oszczędzać pieniądze. Kapitał obiera kurs na kolejną wielką inwestycję. Konserwatywni krytycy czystej energii jeszcze nie bardzo to przyznają, ale wzrost znaczenia energii słonecznej oraz zapaść energii starszego typu to swego rodzaju twórcza destrukcja. Dla systemów wielkiej energii to moment Kodaka [„Kodak moment” – przywoływana często jako przykład braku nadążenia za rozwojem technologii z własnego pola sytuacja, gdy firma Kodak nie dostrzegła z wyprzedzeniem nadchodzącej ery cyfryzacji fotografii, stając się z lidera ostatnią w wyścigu – przyp. tłum.].
Zgodnie z tą logiką nie powinniśmy się szczególnie przejmować dalszym losem kampanii związanych z ochroną środowiska, ponieważ ich kontynuowanie nie będzie trudne. Wedle tej wykładni Naomi Klein myliła się – nie chodzi o, jak pisała, „kapitalizm versus klimat”, ale raczej o „kapitalizm dla klimatu”. Ujmując to w prostszy sposób – rozwój technologiczny oznacza, choć może nie jest to jeszcze wyraźnie widoczne, że koniec paliw kopalnych zbliża się wielkimi krokami.
Musi to uspokajać tych z nas, którzy obawiali się, że kapitalizm steruje światem ku globalnej katastrofie klimatycznej. Jednak, tak samo jak w przypadku aroganckiego imperialnego podstępu Busha, takie triumfowanie nie musi zakończyć się dobrze.
Odporne paliwa kopalne
Jeśli chodzi o środowisko, powinniśmy przyswoić sobie wszyscy myśl przewodnią włoskiego marksisty Antonia Gramsciego: „Pesymizm intelektu, optymizm woli”. Istnieją powody, dla których można mieć nadzieję na zmianę światowego systemu energetycznego z tradycyjnego na odnawialny. Jasne jest, że taka zmiana ma obecnie olbrzymią wartość nie tylko z moralnego i społecznego punktu widzenia, ale także posiada sens ekonomiczny.
Niestety – w chaotycznym, nieracjonalnym systemie kapitalistycznym „posiadanie sensu” niespecjalnie się liczy. I, wbrew uspokajającym argumentom Cassa i innych, istnieje wystarczająco dużo powodów, by uznać, że poleganie na „siłach rynkowych” w celu przeprowadzenia jakiejś zmiany, oznacza przepis na katastrofę.
Pomimo ostatniego pasma sukcesów, odnawialne źródła energii wciąż stanowią tylko ułamek światowej produkcji energetycznej. W 2015 r. energia elektryczna wygenerowana przez takie źródła (z wyjątkiem wodnej) złożyła się jedynie na 7 procent całej energii wytworzonej na świecie. Paliwa kopalne za to stanowiły 80 procent. Nawet jeśli poziom inwestycji w energie odnawialne będzie rósł w obecnym tempie, postęp nowego systemu energetycznego będzie i tak powolny. Biorąc pod uwagę piętrzące się dowody na szkody, jakie do tej pory przyniosło globalne ocieplenie, nie możemy sobie na to pozwolić.
Na horyzoncie widzimy też cały czas trwającą ofensywę wpływowych i silnych przemysłów wydobywczych. Wskazany przez Cassa „moment Kodaka” to urocza metafora, jednak porównywanie sytuacji, której obecnie stawia czoła rynek energetyczny, z sytuacją przemysłu fotograficznego nieradzącego sobie z cyfryzacją zdjęć, świadczy o niezrozumieniu, jak bardzo kluczową rolę pełni energetyka w globalnym systemie kapitalistycznym.
Środowisko a imperializm
Nie jest wcale tak, że tradycyjne systemy energetyczne mają w kieszeni polityków, których można by z łatwością przekabacić na swoją stronę, jeśli tylko w korporacyjnych dotacjach pojawi się dziura. W wielu krajach państwo kapitalistyczne jest zależne od paliw kopalnych – oczywiście jako od źródła dochodu, ale i, co istotniejsze, traktuje je ono jako środek do utrzymania swojej pozycji w konkurencyjnej globalnej walce o władzę militarną i ekonomiczną.
Na dłuższą metę dla krajów takich jak Australia i Stany Zjednoczone stanie się światowymi liderami w produkcji energii odnawialnej może mieć sens – może dać im autentyczną „niezależność energetyczną” i pomóc stworzyć nowe, potencjalnie lukratywne, przemysły eksportowe. Ale kapitaliści nie biorą pod uwagę tego, co ma sens na dłuższą metę. Jedyne, co się dla nich liczy, są codzienne zyski.
Maksymalizacja zysku oznacza wyciskanie ile można ze źródeł, które się posiada. Oznacza to i zasoby naturalne, i ludzi, a także infrastrukturę produkcyjną, za pomocą której praca rąk ludzkich jest zamieniana w towary sprzedawane na światowych rynkach. Oznacza to także wyciskanie mocniej, niż czynią to nasi rywale.
W przypadku Australii i Stanów Zjednoczonych paliwa kopalne są kluczowe dla ich infrastruktury produkcyjnej, na jakiej opierają się bogactwo i władza poszczególnych grup kapitalistów. W perspektywie historycznej „tanie i łatwe w obsłudze” zasoby, takie jak węgiel, gaz i ropa, generowały zyski dla całej gospodarki. Trudno machnąć na nie teraz ręką, zwłaszcza w świetle pojawienia się nowych globalnych rywali, np. Chin.
Ostatnie zarządzenie Donalda Trumpa, w którym podkreśla on wagę „niezależności energetycznej”, odwraca kurs restrykcji związanych z państwowymi zasobami paliw kopalnych, jakich żądał Obama. Powszechnie określa się je mianem bezpośredniego prezentu dla amerykańskich firm wydobywczych i energetycznych. Jest w tym ziarno prawdy, ale nie daje to pełnego obrazu.
Tchnięcie nowego życia w amerykańską produkcję paliw kopalnych to część szerszego projektu Trumpa, zasadzającego się na postawieniu USA „na pierwszym miejscu” oraz na próbie zażegnania niebezpieczeństwa, którym grozi rozkwit Chin. Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych umieścił całą kwestię zmian klimatycznych w kontekście rywalizacji chińsko-amerykańskiej. W 2012 r. na przykład napisał na Twitterze: Koncepcja globalnego ocieplenia została wymyślona przez Chińczyków i na ich korzyść, a jej powstanie miało na celu zmniejszenie konkurencyjności wytwórstwa amerykańskiego.
To oczywiście komiczne stwierdzenie. Ale pokazuje też, jak część amerykańskich przedstawicieli kapitału, uosabiana przez Trumpa, postrzega takie kwestie: nie tylko jako podstawę bytu firm wydobywczych w sektorze paliw kopalnych, ale także jako sprawę, która ma konsekwencje dla gospodarki jako całości, a także, szerzej, dla czołowego miejsca, jakie Ameryka zajmuje w globalnym porządku dziobania.
Trump nie jest pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który pragnąłby wzmocnić globalną konkurencyjność kraju za pomocą eksploatowania niewykorzystanych rezerw paliw kopalnych. Obama mógł się prezentować jako oświecony zwolennik zrównoważonego rozwoju, jednak stał na czele bezprecedensowego amerykańskiego boomu na rynku produkcji gazu i ropy – i to napędzanego głównie przez niszczącą środowisko technikę szczelinowania przy wydobyciu gazu łupkowego.
Kolejna przeszkoda na horyzoncie
Poleganie na siłach rynkowych, które miałyby wdrażać „rewolucję nowych źródeł energii”, niesie ze sobą także inne problemy. Jeden z nich uwypuklono w niedawnym numerze „The Economist” w artykule pod kuszącym tytułem: „Brudny sekret czystej energii”. Nie był to jednak, jak można by przypuszczać, rodzaj „clickbaita” przeznaczonego dla organów wykonawczych firm wydobywczych czy dla australijskich polityków, szukających „brudnych” wieści o tym, jak to farmy wiatrowe czy panele słoneczne są niekorzystne dla środowiska. Jako że „The Economist” jest rzecznikiem poglądów liberalnego skrzydła amerykańskiej i brytyjskiej burżuazji, gotów jest przyznać, iż dekarbonizacja gospodarki światowej ma swoje zalety. „Brudnym” sekretem z artykułu okazuje się fakt, że źródła odnawialne są zbyt tanie. Magazyn pisze: Wiara w to, że świat wkracza w nową erę czystej, taniej i nieograniczonej energii, przestaje już być naciągana. Jest jednak pewien szkopuł o wartości 20 kwintylionów dolarów:
Aby trafić z naszej rzeczywistości do nowej, potrzeba ogromnej liczby inwestycji trwających kilka dziesięcioleci. Inwestorzy zazwyczaj lokowali swoje środki w elektryczności, ponieważ oferowała ona stabilną stopę zwrotu. Jednak zielona energia ma swój brudny sekret – im bardziej się ją rozwija, tym niższa staje się cena energii pochodzącej z każdego źródła.
Innymi słowy, problem polega na tym, że rozwój rynku energii odnawialnej sprawia, że wielkie firmy nie zgarniają już zysku, do jakiego były przyzwyczajone. „The Economist” twierdzi, że spowoduje to spowolnienie inwestycji, a zmiana sposobu pozyskiwania energii na zrównoważony stanie się niemożliwa bez interwencji rządu: Teoretycznie, jeśli odnawialne źródła energii miałyby stanowić 100 procent rynku, hurtowa cena elektryczności spadłaby do zera, co odstraszyłoby wszystkie nowe inwestycje niewspierane przez rząd.
W jednym punkcie Cass ma rację. Jeśli wygodnie się rozsiądziemy i pozwolimy rynkowi pędzić przed siebie, wzrost sektora energii odnawialnej może popchnąć nas ku „twórczej destrukcji”. Jednak, choć autor sugeruje coś wręcz przeciwnego, nie jest to sytuacja, z której powinniśmy być zadowoleni.
Sektor wielkiej energii i tak nie pozwoli na zmniejszenie własnych zysków. Będzie walczył zaciekle przeciwko rozwojowi sektora energii odnawialnej – do tego stopnia, że jeśli to dążenie okaże się jego porażką, a zyski ucierpią, firmy zaczną odbijać sobie niedobory, próbując wycisnąć jeszcze więcej ze swojej ledwo dyszącej infrastruktury, i podniosą nam ceny. W swoim entuzjazmie ogłaszania „końca misji” Cass nie poświęcił wiele uwagi tej części równania.
Rozwój energii odnawialnej jest powodem do żywienia nadziei na przyszłość. Ale triumfalizm Cassa i innych, ich poczucie, że można po prostu usiąść i pozwolić rynkowi działać, to recepta na katastrofę.
Musimy teraz walczyć bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Musimy rzucić wyzwanie trwającej dominacji przemysłu wydobywczego w światowej gospodarce. Powinniśmy też upomnieć się o taki system pozyskiwania energii, który skoncentruje się na potrzebach ludzkich, a nie na prywatnych zyskach – system, który spożytkuje najnowsze odkrycia technologiczne związane ze źródłami odnawialnymi w taki sposób, by zapewnić każdemu tanią i bezpieczną energię.
Powyższy tekst, niepodpisany, ukazał się w kwietniu 2017 r. na stronie redflag.org.au.
Tłumaczenie Magdalena Okraska
przez Krzysztof Mroczkowski | środa 10 maja 2017 | opinie
Koniec okresu wysokiego poparcia dla obozu rządzącego jest pożywką dla rodzimego komentariatu. Pojawia się duża liczba spostrzeżeń i analiz próbujących wyjaśnić bądź też „opowiedzieć” przyczyny zmiany preferencji sondażowych. Dobrym i logicznym uzasadnieniom towarzyszą niewiarygodne. Trudno się do końca połapać, czy błahe przyczyny skutkują istotnymi zdarzeniami, czy to istotne przyczyny niosą błahe skutki.
Ten moment stanowi dla mnie pretekst do pierwszego podsumowania dotychczasowych rządów Zjednoczonej Prawicy. Niby to jeszcze nie czas równej rocznicy, w jakie zwykło się wystawiać oceny rządzącym, ale przecież ostatnie półrocze każdej kadencji jest już w zasadzie okresem kampanii wyborczej. Wedle chronologii przywracanego właśnie czteroletniego liceum rządy prawicy kończyć będą za chwilę swoją drugą klasę. Jakie stopnie powinny widnieć na świadectwie władzy?
Polityka społeczna: 5
Ocena jest wysoka, mimo świadomości zarówno niedoskonałości programu 500+, jak i faktu, że obszar polityki społecznej nie kończy się (a przynajmniej nie powinien) na jednym programie. Ta ocena pojawia się na świadectwie jako wyraz uznania za to, że przez ostatni rok dokonał się największy i najdonioślejszy zwrot prospołeczny w III RP. Ani efekty „becikowego”, ani obniżki podatku PIT (minimalne dla niezamożnych) nie mogą się równać z tą skalą transferu środków, jaka jest efektem programu 500+. Dodatkowe 20 miliardów złotych pojawiające się co roku w kieszeniach osób zazwyczaj niezamożnych – jest działaniem bezprecedensowym.
Można się oczywiście zżymać, że motywacją prawicy nie była chęć stworzenia lepszego porządku społecznego, lecz raczej chęć zdobycia władzy za pomocą obietnicy socjalnej oraz chęć dokonania rewanżu na przeciwnikach politycznych. Chińska mądrość ludowa mówi nam jednak, że nie jest ważne, czy kot jest czarny, czy biały – ważne, żeby łapał myszy. Częstokroć istotne i potrzebne rzeczy dzieją się obok motywacji głównych sprawców. W Stanach Zjednoczonych Monica Lewinsky była głównym, choć przypadkowym powodem niezlikwidowania przez prezydenta Billa Clintona jednego z najważniejszych świadczeń społecznych (Social Security). Być może to jej zatem zawdzięczamy to, że prezydentem USA jest dzisiaj „tylko” śmieszno-straszny Donald Trump, nie zaś prawdziwy proto-faszystowski demagog, jaki bez trudu mógłby wyrosnąć na gruncie społecznego spustoszenia. Tym bardziej nie powinniśmy mieć problemu z akceptacją pozytywnej zmiany społecznej w Polsce jako rezultatu wyborczego kontraktu.
Dlaczego do tego transferu nie doszło wcześniej? Część powodów była technokratyczno-obiektywna. Rok 2008 uderzył w rządzących podwójną kombinacją globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego oraz niższych wpływów podatkowych (i składki rentowej), wywołanych obniżką PIT-u. Formalnym ograniczeniom wydatkowym związanym z narzuconą przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu towarzyszyła nieformalna, lecz równie realna groźba rozgniewania globalnych rynków finansowych „lekkomyślnym rozdawnictwem”.
Jednocześnie jednak już nawet te ograniczenia „obiektywne” kształtowane były również przez samoograniczenia mentalne polskiego konsensusu obecnego w debacie publicznej. Jedno takie ograniczenie: brak możliwości stworzenia trzeciej stawki podatkowej, znacząco zawęziło pole do umożliwienia transferów socjalnych. Ograniczenia mentalne polskiej warstwy opiniotwórczej (tej samej, dla której wprowadzenie programu 500+ było „niemożliwe”) są bardzo podobne do tych, na które cierpi w krajach Zachodu ich „klasa profesjonalna”, a które tam doprowadziły do wezbrania fali populizmu (Trump, Brexit, Le Pen, AfD, Hoffer itd.), grożącej rozniesieniem porządku, jaki znamy i zastąpieniem go czymś gorszym. Zbyt łatwo zapomina się o ekonomii politycznej determinującej sposób podziału majątku. Ekspertki i eksperci klasy profesjonalnej w naturalny sposób odnoszą się do swoich (pozytywnych) społecznych i materialnych doświadczeń. Odmienne, często trudniejsze doświadczenia części społeczeństwa, nie mają możliwości wpłynięcia na los tych grup z powodu braku reprezentacji w mediach, w think tankach, instytucjach i urzędach. Tymczasem realna możliwość dokonania głębszych zmian istniała cały czas, a stosowany w III RP sposób podziału dochodu narodowego był tylko jedną z wielu możliwości praktykowanych w krajach kapitalistycznych.
Raz uruchomiony, mechanizm redystrybucyjny wpłynie na realną dynamikę społeczną, już zmieniając sytuację ekonomiczną części społeczeństwa. Chociaż efektów 500+ nie należy przeceniać, to ograniczenie palących problemów społecznych – spadający poziom ubóstwa i wykluczenia, w szczególności biedniejszych i w szczególności dzieci – jest faktem doniosłym nie tylko poprzez swą skalę, ale również przez wymiar etyczny. Walka z negatywnymi zjawiskami, takimi jak ubóstwo dzieci, nawet gdyby występowały one względnie marginalnie (a tak niestety nie jest), jest ważnym testem i sprawdzianem dla zbiorowości. Nawet sarkający na 500+ i niedostrzegający jego znaczenia są beneficjentami tej dobrej zmiany: mogą żyć we wspólnocie w lepszy sposób realizującej cywilizacyjną misję tworzenia „coraz bardziej ludzkiego” świata.
Inne, bardziej potoczne poczucie sprawiedliwości również jest „wygranym” programu 500+. Zwiastuje on bowiem koniec podejścia „brać i nie kwitować”, charakteryzującego kolejne technokratyczne agendy reformatorów. Społeczeństwo i gospodarka podlegają oczywiście określonym ekonomicznym koniecznościom i, na przykład, bezbolesna transformacja gospodarcza nie była możliwa. Nie można jednak po tej konstatacji przez ćwierć wieku przechodzić do porządku dziennego nad tym, że kolejne technokratyczne wyrzeczenia wymagane są od tych, którzy już i tak radzą sobie gorzej. Symbolicznym przykładem może być przywoływana przez pewnego komentatora telewizyjna dyskusja na temat systemu emerytalnego, w której dziennikarka i profesor mówią o tym, jak to oboje lubią swoją pracę i chcą pracować do siedemdziesiątki. Deficyty poznawcze nie pozwalały opiniotwórczym elitom zrozumieć przyczyn oporu dużej części społeczeństwa wobec reform, w dodatku niewielu się na ten wysiłek zrozumienia poważyło.
Oczywiście program 500+ jest krytykowany za potencjalnie negatywne kształtowanie postaw, czyli zachęcanie do bezczynności i przyzwyczajenie do „rozdawnictwa”. Nie słychać jednak żadnego przekonującego argumentu, dla którego sposób podziału dochodu narodowego sprzed dobrej zmiany miałby być bardziej naturalny, sprawiedliwy i niekorumpujący ludzkich zachowań niż ten nowy.
Teoretyczne „eksperckie” rozważania na temat słuszności programu redystrybucji wypadają miałko przy sile praktyki tego programu, pozwalającej uniknąć tych katastrofalnych skutków, które krótkowzroczność i nieskuteczność klasy profesjonalnej przynosi wraz z falą populizmu. Beneficjenci tej zmiany to nie rządzący, lecz wszyscy ceniący spokój społeczny. Zarówno ci, którzy uważają rosnące nierówności, atomizację, stratyfikację i brak dystrybucji szacunku społecznego za zjawiska złe, jak i ci, którzy sądzą, że jedynym problemem są barbarzyńcy zakłócający ich dotychczasowe dobre życie.
Polityka gospodarcza: 4-
Taka ocena wydaje się być wysoka jak na dotychczasowe, ale również i przyszłe efekty (nie powinniśmy się spodziewać zbyt pozytywnych skutków). Na tle poprzednich rządów wyniki gospodarcze są umiarkowane, zaś na tle zapowiedzi i rozbudzonych ambicji – skromne. Prawdopodobnie wpadki, które będą czekać rząd, groziły będą skompromitowaniem idei wspierania wzrostu gospodarczego przez państwo (pisałem o tym już tutaj).
Jednakże, jak już wskazywałem wcześniej na tych łamach, pomimo śmierci pacjenta, operacja może okazać się udana. Niepowodzenie flagowych projektów resortu rozwoju będzie trudne do uniknięcia, ale w trakcie tych prób może się wytworzyć unikalne know-how, potrzebne, by Polska stała się zaawansowaną gospodarką. Wyzwanie inteligentnej koordynacji podmiotów prywatnych i publicznych, firm i instytucji, pomoże wytworzyć wzorce skutecznej współpracy i adaptacji do zmieniających się warunków rynkowych. Ambitne, czasami wręcz nierealistycznie postawione cele mogą stać się siłą organizującą modernizację polskich organizacji państwowych i prywatnych, ich dojrzałe zachowania, sięganie po najlepsze wzorce.
Jednocześnie zauważalny jest szereg zagrożeń, które powodują, że ocena 4- na końcowym, maturalnym świadectwie rządów prawicy w 2019 r. stoi pod dużym znakiem zapytania. Wizjonerskim zapowiedziom często nie towarzyszy potrzebna praca organiczna, czego dobrym przykładem mogą być działania w sferze energetyki, gdzie poza flagowymi projektami brakuje konsekwentnej pracy nad modernizacją sektora oraz wytyczenia ścieżki do osiągnięcia celów gospodarki niskoemisyjnej.
Nierówna, często niewysoka jakość kadr „dobrej zmiany” może przyczynić się do utraty czasu i zasobów w państwowych spółkach, a w konsekwencji do utraty przez demos wiary w możliwość stymulowania przez państwo dobrej polityki gospodarczej. Dodatkowo gospodarka cierpi i będzie cierpieć przez działania „dobrej zmiany” na innych polach. Niestabilność instytucji (w tym orzecznictwa, regulacji dotyczących dysponowania własnością) może osłabić koniunkturę, nie pozwalając gospodarce rozwinąć pełnej prędkości.
Instytucje i sprawy publiczne: 2
Przez ostatnie półtora roku słyszeliśmy wiele opinii o świetnym ładzie prawnym panującym w III RP aż do nastania „złej zmiany”. Absolutystyczne stwierdzenia autorytetów co do demokratycznych i ustrojowych zasad upraszczają ważny, wręcz dramatyczny wymiar dylematu stojącego przed polską zbiorowością: naprawiać instytucje czy budować od nowa? Można zmieniać istniejące instytucje, czasami również w sposób radykalny. Wiele z nich jest bardzo kiepskich, nie zasługujących na obronę, a w opinii społeczeństwa (ale także ekspertów) często uchodzą one za siedlisko złych praktyk. W niektórych sytuacjach „szarpnięcie cuglami” może się w wydawać wręcz zbawienne jako metoda kruszenia zblatowanych, zinstytucjonalizowanych układów (przykładem takiego zblatowania mogą być poszczególne przypadki warszawskich reprywatyzacji). Radykalne zmiany PiS, jak np. w przypadku sądów przekreślające trójpodział władzy, często nie oferują jednak dobrej alternatywy i nie budują mechanizmów ulepszania wzorców i standardów, zastępując jedynie jedną lojalność grupową inną lojalnością, bynajmniej nie lojalnością wobec zasad.
Środowiska dotknięte myśleniem korporacyjnym (np. adwokatura, akademia), które nie wytworzyły wystarczająco dobrych wzorców sprawnego i społecznie pożytecznego działania, powinny być przede wszystkim zdiagnozowane pod kątem istnienia wewnętrznych mechanizmów samousprawniania. Te zaś mechanizmy – często słabe lub wewnętrznie przez korporację tępione – powinny zostać przez władzę wykonawczą wsparte miękkimi działaniami z zewnątrz. Radykalna interwencja w dane instytucje, przy braku utraty możliwości wsparcia mechanizmów samousprawniających, staje się próbą zabicia muchy młotkiem.
Szkody wyrządzane instytucjom są częścią szerszego nurtu psucia spraw publicznych, w którym obóz rządowy, choć odgrywa główną rolę, nie jest osamotniony. Nadanie konfliktowi środowiskowemu wymiaru wojny dobra ze złem nie podwyższa, lecz obniża poprzeczkę wobec standardów promowanej kultury umysłowej. „Swoim” wolno więcej i więcej im się wybacza. Tożsamościowe kibolstwo doskonale zlewa się z aspektem psucia instytucji w przypadku telewizji publicznej. Jej przekazy informacyjno-publicystyczne są rzadko widzianym w świecie rozwiniętym okazem tępej propagandy i świadectwem nieprawdopodobnego zaniku jakiejkolwiek autorefleksji autorów. Ich płytki przekaz jest wyrazem braku szacunku dziennikarzy i wydawców do widzów i do samych siebie. Wytworzony syntetycznie w politycznych gabinetach w 2006 r. spór stał się wielkim tożsamościowym biznesem, pochłaniającym kolejne połacie państwa jako scenografie do swojej walecznej ekspansji. Pochłania również wielkie zasoby i organizuje część życia zbiorowego, wypaczając jego wzorce i mechanizmy. Jak pisał Józef Szujski: Dobre systemy z figurantów robią ludzi, a złe z ludzi robią figurantów.
Niestety, ocena jest niska, a rokowania na ocenę końcową równie złe.
Sprawy zagraniczne: 1
Ostatni rok był czasem wielkiego przegrupowania w światowej polityce. Sojusz euroatlantycki staje pod znakiem zapytania, podobnie jak rola świata zachodniego w ogóle. Stany Zjednoczone, ze względu na osobę nowego prezydenta, stają się globalnym czynnikiem nieprzewidywalności i ryzyka. Wielka Brytania zdecydowała o rozpoczęciu procesu wyjścia z Unii Europejskiej. Sama Unia przeżywa wzrost ruchów nacjonalistycznych w poszczególnych państwach członkowskich. Broniąc się przed opcją nuklearną powrotu do Europy egoizmów, kraje „starej” UE zwierają szeregi, tworząc wspólne i bardziej zintegrowane jądro polityczne, zmobilizowane do utrzymania zasad wspólnoty interesów i wzajemnej pomocy, ale już w węższym gronie (do którego Polska się nie zgłasza).
Przez ten czas polska dyplomacja starała się raźno ciąć gałąź, na której siedzimy, przy każdej okazji opowiadając się werbalnie za Europą egoizmów, za powrotem do panowania na naszym kontynencie prawa dżungli, które niechybnie doprowadzić musi do kolejnego polskiego dramatu. W przypadku Donalda Trumpa, francuskich nacjonalistów, brytyjskich krytyków UE, niemieckich przeciwników kanclerz Merkel, polskie czynniki rządowe znajdywały ciepłe słowa, przyłączając się do krytyki i forsując niejasną wizję reform opartych na woluntarystycznej partycypacji w politykach UE i implikującej jako reakcję tworzenie „dwóch prędkości” przez kraje „starej Unii”.
Można nie mieć wiele sympatii do europejskiego establishmentu (którego dzisiejsze kłopoty są w dużej mierze zasłużone), lecz traktowanie przez ministra Waszczykowskiego polityki zagranicznej jako sposobności do dowolnej wypowiedzi publicystycznej dla własnej emocjonalnej satysfakcji jest dyskwalifikujące. Możliwości manewru polskiej polityki zagranicznej znacząco się zawężają i bez „pomocy” rządu, i być może okres pozytywnej koniunktury geopolitycznej Polski, gdy jeszcze istnieją jakiekolwiek dobre wyjścia, powoli zmierza ku końcowi. Powinniśmy jednak próbować otwierać choćby nie najbardziej obiecujące furtki, aby jak najdłużej obyć się bez nieodwracalnych strat dla swojego położenia. W tym względzie polityka rządu była katastrofalna i nie zasługuje na jakąkolwiek ocenę wyższą niż niedopuszczająca.
Widoczne są pewne symptomy poprawy, aby ocena końcowa za dwa lata była wyższa, jednak konieczna będzie zmiana nie tylko na pozycji ministra. Ze średniej ważonej wszystkich ocen wynikałaby słaba trójka, jednak najsłabsze ogniwo to 1 za politykę zagraniczną za osłabienie podstaw wspólnoty, za co nie należy się promocja. Cieszy, że na tym punkcie wyczuleni są również Polacy i wypchnięcie kraju poza obręb UE jest dla nich nieakceptowane. Odbywająca się obecnie społeczna korekta i karcenie władzy w sondażach będzie, miejmy nadzieję, koniecznym otrzeźwieniem.
Krzysztof Mroczkowski
przez Stefan Paweł Załęski | czwartek 4 maja 2017 | opinie
Analizujący sposoby uszczelnienia systemu składek ZUS tekst Piotra Wójcika jest świetnym przykładem niezrozumienia funkcji i działania składek w społeczeństwie. Z pozoru stanowią one niezbędny element finansowania tak potrzebnego systemu ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. W istocie są elementem wyzysku klas pracowniczych poprzez skandalicznie wysokie opodatkowanie pracy. Najlepszym rozwiązaniem byłaby zatem redukcja finansowania ubezpieczeń społecznych za pośrednictwem składek, na rzecz zwiększenia finansowania budżetowego, czyli z wszystkich innych podatków, zwłaszcza gdyby były one progresywne.
Autor postuluje załatanie rozmaitych dziur w systemie składek, przede wszystkim zniesienia ryczałtu dla samozatrudnionych i zlikwidowanie górnego limitu tzw. trzydziestokrotności, czego akurat rządzący nie chcą zrobić ze względu na obawę wypłat zbyt dużych emerytur. Problem w tym, że to niewiele zmieni. Składki ZUS w dalszym ciągu nadmiernie obciążałaby pensje pracowników i robiłyby to w sposób degresywny, choć już mniej. W dalszym ciągu byłyby elementem degresywnego systemu podatkowego opartego o podatki liniowe i ryczałtowe.
System składek ZUS jest najbardziej degresywnym podatkiem w Polsce, stanowiącym największy składnik obciążeń podatkowych, o czym pisałem szerzej już wcześniej. Jednak, co najważniejsze – nie da się składek ZUS uczynić podatkiem progresywnym. Rozsądne w takiej sytuacji jest jej ograniczenie, a wręcz likwidacja. Neoliberalizm jest systemem wyzysku. Składki ZUS stały się w Polsce jednym z kluczowych narzędzi tego wyzysku. Efektem są rosnące nierówności społeczne, które już stały się bezpośrednim zagrożeniem dla demokracji, bowiem degresywny system podatkowy jest największym wrogiem demokracji.
Szczególną uwagę należy zwrócić na propozycję oskładkowania umów o dzieło. Pomijając problem potencjalnej niekonstytucyjności takiego rozwiązania, należy się zastanowić nad jego celem. Głównym argumentem jest tu zrównanie obciążenia podatkami różnych typów umów, co spowodować ma ograniczenie stosowania umów cywilnych na rzecz umów o pracę. Tylko że ten sam efekt można uzyskać zmniejszając składki ZUS, czyli obciążenia podatkowe umów o pracę. W tym przypadku lepiej jest wyrównać obciążenia fiskalne w dół, redukując niezwykle skomplikowany i degresywny system składkowy. Innymi słowy, to nie umowy o dzieło są zbyt nisko opodatkowane – to umowy o pracę są opodatkowane zbyt wysoko, przede wszystkim za sprawą degresywnych składek ZUS.
Podstawowe pytanie brzmi: dlaczego powszechne emerytury, renty, opieka zdrowotna i inne ubezpieczenia społeczne są finansowane z osobnego systemu składek, a nie z ogólnego budżetu? Dlaczego nie mogą być finansowane w taki sposób, jak szkolnictwo, obronność, policja, albo tak jak emerytury, renty, opieka zdrowotna i inne ubezpieczenia społeczne elity naszego kraju, czyli prezydentów, posłów, sędziów i prokuratorów, policjantów, wojskowych, strażaków i innych służb mundurowych? Oni nie płacą składek, więc dlaczego muszą to robić wszyscy inni?
Ostatnie pytanie należałoby odwrócić: dlaczego wojskowi nie płacą składek od swoich zarobków? Odpowiedź jest prosta: dzięki temu otrzymują „na rękę” wyższe pensje. W ich przypadku dochód netto i przychód brutto niewiele się różnią. Przeciętny polski pracownik doświadcza tej różnicy znacznie bardziej, ale tak naprawdę nie wie, ile wynosi jego właściwa pensja przed oskładkowaniem. Wie tylko, ile składek sam odprowadza, ale nie wie, ile odprowadza za niego pracodawca. Ukrywaniu rzeczywistych kosztów ponoszonych przez zatrudniającego służy głównie podział składek na część płaconą przez pracownika i część płaconą przez pracodawcę. Suma pensji netto, składek pracownika i składek pracodawcy jest wyższa niż przychód wykazywany w deklaracjach podatkowych pracownika, a stanowiących podstawę obliczania składek i podatku PIT. Innymi słowy, rzeczywista płaca każdego polskiego pracownika jest wyższa, niż to wynika z oficjalnych danych i jednocześnie wyższe jest jej opodatkowanie.
Jak cynicznie przedstawiono tę sytuację w materiałach projektu edukacyjnego „Lekcje z ZUS” dla szkół: System ten, zwany systemem zdefiniowanej składki, odporny jest na presję poszczególnych grup pracowników. Innymi słowy, obecny system składek ZUS stworzono, by paraliżował protest społeczny i pacyfikował polityczną inicjatywę jego zmian. W tej sytuacji nic dziwnego, że jedyną grupą, która podnosi problem zbyt wysokich obciążeń płac pracowniczych, są pracodawcy, w większości liberałowie ekonomiczni. Taki stan rzeczy doprowadził niektórych, m.in. Mikołaja Iwańskiego, do całkowicie mylnego poglądu, że likwidacja składek na rzecz finansowania budżetowego systemu ubezpieczeń stanowi projekt neoliberalny.
Związani ze środowiskiem pracodawców liberałowie chcą zastąpić zarówno składki ZUS, jak i podatek PIT jednym liniowym podatkiem od funduszu płac danego podmiotu ekonomicznego. Trochę dziwna wydaje się idea takiego kolektywnego podatku w ustach liberałów ekonomicznych. Z lewicowego punktu widzenia byłby on nawet interesujący, gdyby był to podatek progresywny, bo zmuszałoby to większe przedsiębiorstwa do płacenia wyższych podatków. Jednak ukrywa on przez swą kolektywność indywidualny wymiar dochodów, a przecież w podatku dochodowym chodzi o aplikację progresji obciążeń do indywidualnych osiągnięć ekonomicznych. Liberałowie chcą obniżyć wydatki państwa przez wprowadzenie podatków liniowych (tak jakby w Polsce były jakieś inne, oprócz jednego degresywnego). Intencją projektu lewicowego powinno być zastąpienie systemu składek ZUS przez system podatków progresywnych, głównie majątkowych – zgodnie z zasadą, że w kapitalizmie opodatkowany powinien być głównie kapitał, a nie praca.
Wybitny badacz systemów ubezpieczeń prof. Nicholas Barr wypowiada się jednoznacznie: ubezpieczenia społeczne powinny być finansowane przede wszystkim z systemu budżetowego, czyli z podatków, a nie ze składek. Wspólnie z noblistą prof. Peterem Diamondem wykazali, że system składkowy może być wprowadzony jako dodatkowy, dobrowolny system ubezpieczeń w krajach rozwiniętych o dużych nadwyżkach inwestycyjnych.
Kwestia finansowania z obowiązkowych składek prywatnych funduszy emerytalnych jest według nich właściwie poza dyskusją, ponieważ przyczynia się do wzrostu deficytu i obciąża nadmiernie płace pracowników. Wbrew neoliberalnej propagandzie, prywatne fundusze są droższe niż państwowe, a to ze względu na konflikt interesów i dążenie do maksymalizacji zysku przez korporacje poprzez wykorzystywanie bardzo dużej asymetrii informacji, dającej im ogromną przewagę nad klientami. Prof. Leokadia Oręziak wprost określa OFE jako neokolonializm w białych rękawiczkach, odbywający się poprzez transfer publicznych pieniędzy na konta korporacji, zamianę długu ukrytego na jawny, ale wysoko oprocentowany – z pożyczek, które państwo musi brać, by załatać dziurę budżetową spowodowaną transferami. A jak pokazuje przykład Chile, emeryci w efekcie otrzymali głodowe emerytury.
Najwyższy czas już stwierdzić, że stworzony w 1999 roku składkowy system finansowania ubezpieczeń społecznych jest nieefektywny i nieracjonalny. Zamiast go reformować, czas przeciąć gordyjski węzeł składek ZUS poprzez likwidację obowiązkowego systemu składkowego i powrót do systemu gwarantowanych świadczeń.
Paweł Stefan Załęski