przez Piotr Wójcik | wtorek 25 kwietnia 2017 | opinie
Pracowitość to słowo-wytrych, idealne do tresury każdego, kto ośmiela się podważać istniejący porządek społeczny. Ma uzasadniać istnienie hierarchii społecznej, różnic w posiadaniu czy nierównych wpływów politycznych. Ma wytrącać argumenty z rąk tym będącym na dole, którzy odważyli się powiedzieć tym na górze, że to niesprawiedliwe. Otóż ci na górze najpierw na to zapracowali, czyli wykazali się odpowiednią dozą pracowitości. Ci na dole albo mają to dopiero przed sobą – czyli muszą zakasać rękawy i wziąć się do roboty – albo nie wykazali się należytym samozaparciem i niestety nie będzie im dane wdrapać się na szczyt. Są po prostu zbyt mało pracowici. Pracowitość ma uzasadniać, dlaczego ktoś absurdalnie dużo zarabia, a brak pracowitości uzasadnia, dlaczego ktoś zarabia koszmarnie mało. Jest też słowem-kluczem, które tłumaczy, dlaczego ktoś nie ma „pleców” w społeczeństwie (nie „wychodził” sobie) albo odpowiedniego wykształcenia (nie chciało mu się uczyć). Niewiele zarabiasz, zatem widocznie za mało pracujesz, ewentualnie nieodpowiednio się starasz w pracy i za mało z siebie dajesz.
Absolutyzm rynkowy
W czasach urynkowienia niemal wszystkiego, jesteś tym, ile zarabiasz, choć różne Mateusze Grzesiaki próbują nam wmówić, że jesteś tym, co robisz, albo tym, jakie są twoje myśli. Robisz to, na co cię stać, a myślisz bardzo często o potrzebach, które są niezaspokojone. Czyli finalnie i tak jesteś taki, na bycie jakim pozwala twoja pensja. To od niej zależy, czy będziesz dyskutował w towarzystwie o najnowszym serialu z płatnej platformy streamingowej, czy będziesz miał do powiedzenia co najwyżej, co się działo w ostatnim odcinku badziewiastego tasiemca puszczanego łaskawie w otwartym paśmie. Czy będziesz jechał na kilkudniowy modny festiwal muzyczny, czy zadowolisz się festynem z okazji 150-lecia nadania praw miejskich twojej mieścinie. Czy będziesz się odżywiał zgodnie z twoją filozofią życiową, opartą na harmonii z przyrodą, czy zgodnie ze stanem twojego portfela, próbując żyć w harmonii z tymi groszami, które co miesiąc przelewają ci na konto. Twoje zarobki określają, w jakim towarzystwie się obracasz, w jaki sposób spędzasz czas oraz czy żyjesz zgodnie z przekonaniami. Że niby te kwestie nie przesądzają o twojej osobowości? A co niby ją określa, jeśli nie sposoby spędzania czasu, praktykowana filozofia życiowa, przyjaciele czy gust? Jakieś trzymane w głowie metafizyczne koncepcje? Wolne żarty.
Zresztą również fundamentalne sprawy zależą od twoich zarobków. To, czy będziesz mógł spędzać czas z dziećmi, zależy od tego, w jakiej lokalizacji kupiłeś mieszkanie i ile czasu poświęcasz na dojazdy do pracy. Zaangażowanie we wspólnotę religijną/lokalną zależy od tego, czy w 8 godzin zarobisz na utrzymanie, czy raczej będziesz na nie tyrał 12 godzin dziennie. Zdrowy tryb życia jest uzależniony od tego, czy stać cię na żywność wysokiej jakości i sprzęt do uprawiania sportu. Od twojej pensji zależy nawet twoja moralność – w końcu bardzo łatwo można być prawdomównym i brzydzącym się kradzieżą dobrym obywatelem, który nie szczędzi środków na pomoc bliźniemu, gdy nie ma się na głowie większych ograniczeń ekonomicznych. Dużo zarabiasz, więc nie musisz się zastanawiać nad tym, czy ściąganie pirackich płyt z torrentów jest moralne czy nie, po prostu kupujesz oryginał w sklepie. Podsumowując cytatem z Hanny Baker z serialu „Trzynaście powodów”: Gdy nie masz dużo pieniędzy, większość decyzji podejmowanych jest za ciebie.
Biedny, więc pracowity
Inaczej mówiąc, zdecydowana większość różnic między ludźmi wynika z zaledwie jednego czynnika – różnic w dochodzie. Tymczasem są one ogromne – w Polsce i tak nie tak wielkie, jak w USA czy Ameryce Łacińskiej. Żeby uzasadnić tak ogromne różnice między ludźmi, trzeba było wymyślić naprawdę dobry argument. Stała się nim pracowitość. Rzekomo te wszystkie odmienności wynikają z różnego stopnia zaangażowania, które każdy z nas wkłada w codzienną aktywność, szczególnie zawodową. Jesteśmy wynagradzani zgodnie z tym wkładem Jeśli dostajemy dziesiątego każdego miesiąca niewiele, widocznie staramy się zbyt mało. Tymczasem ten argument jest od początku do końca wyssany z palca. To konstrukcja stworzona na użytek tych, którzy akurat pracowitością specjalnie się wykazywać nie musieli, bo albo po prostu wszystko dostali w spadku, albo doszli do tego siłą rozpędu, dzięki rodzinnym zasobom kapitałowym, kulturowym i społecznym. Inaczej mówiąc, tego dętego argumentu używają najczęściej ci, którzy z pracowitością nie mają wspólnego nic lub bardzo niewiele.
Gdyby rzeczywiście to pracowitość była główną przyczyną osiągania wysokich zarobków, wtedy ci, którzy więcej pracują, więcej by zarabiali. Wystarczy jednak rzut oka na statystyki dotyczące liczby godzin pracy, by się przekonać, że jest… odwrotnie. Polacy pracują przeciętnie ponad 1963 godziny rocznie, zatem są w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Wśród europejskich członków OECD niewiele ustępują nam Łotysze, Litwini i Estończycy (1852 godziny). Na drugim biegunie są Niemcy, którzy pracują 1371 godzin rocznie, czyli niemal 600 godzin rocznie mniej niż Polacy. Nieco tylko więcej niż Niemcy pracują Holendrzy, Duńczycy i Belgowie (1541 godzin). No cóż, według popularnej wykładni pracowitości, powinniśmy być wspólnie z Bałtami w unijnej czołówce płac – w końcu pracujemy długo jak mało kto. A niewiele pracujący północni Europejczycy powinni być na dole. Jest jednak inaczej – według parytetu siły nabywczej na czele są Niemcy ze średnimi rocznymi zarobkami rzędu ok. 47 tys. euro, a za nimi… Holendrzy, Belgowie i Duńczycy (40 tys. euro). Kto znajduje się na drugim końcu skali? Oczywiście Litwini, Łotysze i Estończycy (17 tys. euro). A zaraz nad nimi Polacy, z średnimi zarobkami rzędu niecałych 20 tys. euro.
Prawda jest więc zupełnie inna. Nie jest tak, że kto więcej pracuje, więcej zarabia, lecz odwrotnie: kto więcej zarabia, ten… mniej pracuje. Ogromnymi pokładami pracowitości wykazują się ci mniej zarabiający. I nic dziwnego. W końcu, zarabiając odpowiednio dużo, można sobie spokojnie pozwolić na ograniczenie czasu pracy czy rezygnację z kilku zleceń. Zarobionych środków i tak wystarczy na życie w dobrobycie. Za to osiągając niskie wynagrodzenie, trzeba tyrać nawet i kilkanaście godzin dziennie, brać wszystko, co wpadnie w ręce, łącznie z dwoma etatami, byle tylko starczyło na wszystkie potrzeby, a i jeszcze nieco zostało na czarną godzinę. Tych będących na dole drabiny dochodowej, czy to w skali Europy, czy kraju, nie trzeba uczyć pracowitości, bo akurat tej mają oni pod dostatkiem.
Reżim produktywności
Oczywiście ktoś może zauważyć, że nie jest istotne, ile godzin kwitniemy w pracy, bo można w niej siedzieć i 14 godzin dziennie i nic w tym czasie nie robić. Ważniejsze są efekty naszej pracy – czyli pracowitość to produktywność. Skoro nie wypracowujemy podczas naszej pracy odpowiedniego zwrotu, to trudno, żebyśmy dużo zarabiali. Bez żartów: utożsamianie produktywności z pracowitością jest równie nieuzasadnione. Produktywność to wartość wypracowywana w godzinę pracy. Norweg wypracowuje 79 dolarów na godzinę, a Francuz 61. Tymczasem Polak w tym czasie około 29 euro, a Łotysz 26. Nikt mi nie wmówi, że Norweg jest 3 razy bardziej pracowity od Łotysza, a Francuz dwa razy bardziej od Polaka. Na Zachodzie pracują miliony Polaków oraz obywateli krajów Europy Środkowo-Wschodniej i jakoś produktywnością nie odstają od reszty. Wręcz przeciwnie, niejednokrotnie są chwaleni za jakość swojej pracy. W jaki sposób trzy razy mniej pracowici ludzie mogliby bez większych problemów rywalizować z miejscowymi? Znajomy elektryk wyjechał do pracy do Francji i gdy pierwszy raz dotarł na miejsce pracy, to owszem, przeżył szok, ale odwrotny. Poczuł się, jakby czas wokół zwolnił, nikt się nigdzie nie spieszył, w przerwie obiadowej pito wino, a w piątki wychodzono o 12. Jeszcze inny znajomy wyjechał na wakacje do Norwegii malować płoty. Po pierwszej skończonej robocie zleceniodawca aż złapał się za głowę – nie przypuszczał, że taki płot można pomalować w 4 godziny. Miejscowym zajęłoby to co najmniej dwa dni. A przecież podobno to Francuzi i Norwegowie powinni dawać z siebie w miejscu pracy 2-3 razy więcej niż Polacy.
Z czego to wynika? Ano z tego, że produktywność ma bardzo mało związku z pracowitością. Wręcz przeciwnie – gdy produktywność jest wysoka, można sobie pozwolić na pracę na niższych obrotach. Produktywność wynika przede wszystkim z zaawansowania technologicznego oraz organizacji pracy w firmie, a także z rynkowej wyceny dóbr produkowanych w twojej firmie. I wreszcie – z ogólnej rynkowej wyceny dóbr wytwarzanych w gospodarce w kraju, w którym pracujemy. Jeśli jest wysoka (bo ciągnie ją na przykład kilka bardzo rozwiniętych branż), to wtedy nawet płaca sprzątaczki może zawstydzić płacę profesora uniwersytetu z kraju, którego gospodarka wyceniana jest nisko. I właśnie dlatego taksówkarz w Kairze, nawet jeśli byłby mistrzem kierownicy i wyczyniał za kółkiem cuda, nigdy nie osiągnie takich zarobków, jak jego odpowiednik w Paryżu – choć przecież jazda po drogach północnoafrykańskich miast wymaga więcej umiejętności, niż wożenie klientów w zachodniej Europie. I właśnie dlatego elektryk pracujący w zacofanej firmie, nawet gdyby zakładał 100 puszek w godzinę, nigdy nie osiągnie takiej produktywności, jak jego wcale nie lepszy kolega pracujący w utrzymaniu ruchu polskiej filii motoryzacyjnego giganta, od czasu do czasu naprawiający maszynę.
Bardzo ułomny arbiter
Produktywność nie zależy więc od pracowitości. Zależy za to w ogromnej mierze od tego, jak rynek wycenia owoc twojej pracy. Pytanie, czy ta wycena jest uzasadniona. Czy sprawiedliwie oddaje twój wkład pracy? Wartość owoców twojej harówki? Szczerze mówiąc, jest to wątpliwe. Więcej, rynek jest bardzo wadliwym mechanizmem wyceniania owoców pracy. Swego czasu Partia Razem zwróciła uwagę w jednej z grafik, że Mateusz Morawiecki, gdy był prezesem BZ WBK, zarabiał tyle, co 60 pielęgniarek. Czy jest możliwe, że użyteczność pracy prezesa banku była 60 razy większa niż praca pielęgniarki? Skoro rynek jest efektywnym mechanizmem wyceny, to dlaczego dopuścił do tak absurdalnej sytuacji? I jeszcze inaczej: w latach 1978-2000 pensje prezesów w USA wzrosły o… 1279%. Niesamowici z nich herosi, skoro w dwie dekady poprawili swoją produktywność 13 razy. W latach 1965-1978 pensje prezesów spółek giełdowych w USA wzrosły co prawda „tylko” o 80%, ale w tym czasie indeksy giełdowe amerykańskich firm… spadły o połowę. Jak to możliwe, żeby sprawiedliwy rynek dokonał tak absurdalnie błędnej oceny ich pracy?
Otóż rynek wcale nie jest udanym mechanizmem wyceny pracy, a już na pewno nie jest sprawiedliwym. Na przykład zupełnie nie dostrzega społecznej użyteczności takich zawodów, jak pielęgniarka, strażak czy nauczyciel. W mało którym kraju należą oni do górnych grup dochodowych, choć społeczeństwo korzysta na ich pracy w ogromnym stopniu. Na pewno w większym niż na pracy giełdowego maklera, który niemal w każdym kraju zarabia krocie. Poza tym twierdzenie, że „rynek o czymś zdecydował” jest umowne i zwodnicze. Rynek nie jest bytem, a o jego „wyrokach” decydują ludzie, szczególnie ci dysponujący największymi wpływami i kontrolujący najważniejsze zasoby. Dlatego też wycena pracy osób umocowanych na strategicznych rynkowych pozycjach jest tak absurdalnie zdeformowana. Na przykład sektor finansowy kontroluje ogromne przepływy pieniądza w gospodarce, dzięki czemu zarobki są tak nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do innych grup zawodowych, a klasa menedżerów ma spore możliwości kształtowania własnych płac, z czego również ochoczo korzysta. I właśnie dlatego znakomity nauczyciel z powołania, zostający po godzinach i organizujący uczniom i wspólnocie lokalnej wiele pozalekcyjnych zajęć, nigdy nawet nie zbliży się w zarobkach do miernego dyrektora banku. W sytuacji, gdy wyroki rynku są tak arbitralne, niesprawiedliwe, nielogiczne i niemające nic wspólnego z pracowitością, twierdzenie, że to „rynek zdecydował” o różnicach w zarobkach, nie jest żadnym argumentem. Jest tylko mydleniem oczu serwowanym przez grupy hegemoniczne tym, którzy są na dole, żeby po pierwsze uzasadnić swoją dominację, a po drugie, żeby złagodzić ich gniew, dając im fałszywą nadzieję, że wystarczy tylko zakasać rękawy do roboty, aby samemu dołączyć do tych na górze.
Jak widać, pracowitość ma niewielki związek z różnicami w zarobkach. A skoro osobisty wkład to tylko jeden z wielu czynników wpływających na dochody i to jeszcze drugorzędny, niedopuszczalne jest, by wysokość zarobków w aż tak ogromnym stopniu determinowała życie ludzi i prowadziła do tak ogromnych różnic. Jaka jest na to recepta? Odrynkowienie i demonetyzacja. Wyłączenie z logiki rynkowej najważniejszych obszarów życia oraz wprowadzanie bezpłatności w dostępie do podstawowych dóbr i usług. Rozszerzenie usług publicznych nie tylko na tak oczywiste (choć nie w Polsce) obszary jak mieszkalnictwo, ale też kultura popularna, sport i wypoczynek. Wszystko to zmniejszy znaczenie kwoty, która widnieje na naszym pasku wypłaty. Tylko wtedy każdy z nas będzie mógł powiedzieć, że jestem taki, jaki chcę, a nie taki, jaka jest moja pensja.
Piotr Wójcik
przez Tomasz S. Markiewka | środa 19 kwietnia 2017 | opinie
Każdy polityczny okres tworzy modę na określone słowa, za pomocą których ludzie próbują uchwycić jego cechy charakterystyczne. Gdy w Polsce główna oś sporu przebiegała między rządzącą PO a opozycyjnym PiS-em, w mediach karierę robiły określenia takie jak „moher” i „leming”. Przez jednych były używane poważnie, jak gdyby rzeczywiście uchwyciły ważne cechy naszego społeczeństwa, przez innych z ironią. Obecnie, gdy zarówno w naszym kraju, jak i w wielu częściach świata sukcesy odnosi prawica, modne stało się słowo „populizm”. Wprawdzie jest ono stałym elementem słownika politycznego już od wielu lat, ale ostatnimi czasy jego popularność jeszcze wzrosła. Nie ma dnia, aby jakiś polityk czy publicysta nie posłużyli się nim do opisania najnowszych wydarzeń. Populiści doprowadzili do Brexitu, populiści rządzą Polską, populista Trump wygrał z Clinton, populistyczna Le Pen grozi rozpadem Unii Europejskiej, Holendrzy dali odpór populistom, nie głosując na Wildersa.
Jednak popularność tego słowa sięga dalej. Komentatorzy jako populistyczne często określają także partie sytuujące się po lewej stronie sceny politycznej, np. grecką Syrizę czy hiszpański Podemos. Również lewicowe recepty polityczne – wysokie podatki, duże transfery socjalne czy próba ograniczenia władzy międzynarodowych korporacji – często bywają etykietowane w mediach jako populistyczne. Kto nie wierzy, niech wpisze odpowiednią sekwencję słów w internetową wyszukiwarkę. W tę pułapkę wpadają nawet ludzie uważający się za przedstawicieli lewicy, jak Grzegorz Kołodko, który swego czasu na antenie TVN-u przestrzegał polskie społeczeństwo przed lewicowym populizmem czy nawet „lewactwem”. Zresztą wystarczy przypomnieć dyskusję wokół 500 plus. Część osób była przerażona tym programem równie mocno, jak majstrowaniem przy Trybunale Konstytucyjnym lub językiem antyimigracyjnym. Z ich perspektywy był to przejaw tego samego problemu: populizmu. Dlatego nie wahały się wytaczać przeciwko programowi najcięższych dział, w tym wszystkich możliwych stereotypów na temat ludzi ubogich.
Skoro przejawem populizmu ma być zarówno wrogość wobec obcych, jak i pomoc najuboższym, zarówno program Trumpa, jak i program Podemos – by sięgnąć po najsłynniejsze zagraniczne przykłady polityki prawicowej i lewicowej – powstaje proste pytanie: co to słowo właściwie znaczy? Na ile pomaga objaśnić współczesny świat, a na ile zaciemnia sytuację? Przecież wystarczy tylko zerknąć na propozycje Trumpa i Podemos, aby dojrzeć poważne różnice. Trump chce obniżać podatki dla bogaczy, Podemos podwyższać. Trump na każdym kroku pokazuje, że nie obchodzą go prawa kobiet, Podemos jest w tej sprawie bezkompromisowe i żąda pełnego równouprawnienia. Trump idzie na otwartą wojnę z imigrantami, a Podemos swego czasu proponowało, by zlikwidować wszelkie bariery związane z migracją i nadać w Hiszpanii prawa wyborcze każdemu przybyszowi z innego kraju. A jednak dla dużej części mediów i polityków zarówno amerykański prezydent, jak i młoda lewicowa partia są populistami. O co chodzi?
Umberto Eco, autor „Imienia róży”, stwierdził kiedyś, że gdy mamy problem z jakimś słowem, dobrze jest odwołać się do rozsądku słowników. Niestety, „Słownik języka polskiego” tylko pogłębia zakłopotanie. Wedle niego populizm to tyle, co lansowanie idei „zgodnych z oczekiwaniami większości społeczeństwa w celu uzyskania jego poparcia i zdobycia wpływów lub władzy”. Ta definicja nie oddaje grozy, z jaką o populizmie mówi duża część medialnych komentatorów i klasy politycznej. Cóż jest bowiem takiego strasznego w odpowiadaniu na zapotrzebowania większości społeczeństwa? Czy nie na tym w dużej mierze powinna polegać demokracja? Głoszenie określonych idei w celu zdobycia poparcia także nie wydaje się niczym szczególnie zdrożnym. Czy jest jakaś partia w Polsce, która nie stara się, aby to, co głosi, przełożyło się na jej sukces wyborczy?
Choć więc z formalnego punktu widzenia przytoczona definicja może być dobra, to nie oddaje jednej ważnej sprawy. Gdy nazywamy jakieś partie populistycznymi, to zazwyczaj chcemy podkreślić, że są one nieodpowiedzialne, ponieważ obiecują rzeczy niemożliwe do spełnienia lub odwołują się do najniższych instynktów części wyborców. Dlatego populistami są zarówno ci, którzy wmawiają ludziom, że potrafią szybko i łatwo rozwiązać większość ich bolączek, jak i ci, którzy szukają kozłów ofiarnych, np. imigrantów, jako wytłumaczenia lub przykrywki dla ważnych problemów społecznych.
Po tym uzupełnieniu uzyskujemy prostą i w gruncie rzeczy banalną definicję populizmu. Czy tłumaczy ona jednak, dlaczego część dziennikarzy i polityków nazywa populistami nie tylko ugrupowania wyraźnie prawicowe, lecz także wyraźnie lewicowe? Tak, ale pod warunkiem, że przyjmiemy określony punkt widzenia. Pytanie o sensowność rzucania na prawo i lewo zarzutami o populizm jest więc tak naprawdę pytaniem o sensowność tego punktu widzenia. Jak go nazwać? Jedni wolą określać go mianem liberalizmu (zazwyczaj jego zwolennicy), inni – neoliberalizmu (przeciwnicy). Mniejsza o etykietki. Niezależnie od nazwy faktem pozostaje, że dominuje on w polityce od kilkudziesięciu lat, co najmniej od epoki Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, a w Polsce od przełomu roku 1989. I nie chodzi tylko o zestaw rozwiązań ekonomicznych (niskie podatki, zmniejszanie środków na pomoc socjalną, deregulacja gospodarki, uelastycznienie rynku pracy), ale także o powiązanie ich z podstawowymi wartościami politycznymi naszych czasów, takimi jak np. budowanie trwałych, pokojowych relacji między poszczególnymi krajami.
Po upadku ZSSR (neo)liberałowie uwierzyli, że historia dobiegła końca i jedynym racjonalnym rozwiązaniem większości problemów trapiących ludzkość jest wolnorynkowy fundamentalizm. Takie podejście dotknęło także Polski. Kto nie sądził, że powszechna prywatyzacja, rządy kapitału i otwieranie rynków są jedyną słuszną drogą, był etykietowany jako bez mała wariat. Pisali o tym między innymi David Ost w „Klęsce solidarności” oraz Elizabeth Dunn w „Prywatyzując Polskę”. Ten pierwszy zauważa na przykład, że w pewnym momencie lat 90. okazało się, iż sami robotnicy nie mają już języka, w jakim mogliby wyartykułować swoje problemy tak, by ich usłyszano. Dunn i Ost podkreślają, że zmian, jakie zachodziły w Polsce po roku 1989 (a na świecie jeszcze wcześniej), nie można sprowadzić tylko do ekonomii. Istotną rolę w całym tym procesie odgrywał także język. Ludzie pokrzywdzeni przez transformację, ludzie, których los z wielu względów uległ pogorszeniu, nie posiadali słów, za pomocą których mogliby wyrazić niezadowolenie. Narzucony słownik świetnie nadawał się do wychwalania wolnorynkowych reform – słabo do opisywania krzywd obywateli i obywatelek zostających z tyłu. Trudno było im winić neoliberalizm, ponieważ mało kto w ogóle znał ten termin. Nie bardzo można było też narzekać na sam kapitalizm, bo ten został skojarzony z wolnością, nowoczesnością i uniezależnieniem się od Rosji, czyli wszystkim tym, co piękne i wspaniałe. Taka sytuacja sprawiła, że ludzie szukali innych wytłumaczeń swoich niepowodzeń. Część zaczęła oskarżać rządzących o korupcję, nawet gdy nie było ku temu dostatecznych dowodów. Niektórzy dawali się uwieść narracji nacjonalistycznej. Nie dlatego, że byli ze swojej istoty nacjonalistami, lecz dlatego, że nikt nie proponował alternatywnego języka, w którym mogliby wyrazić własny – odmienny od dominującego – punkt widzenia. Tylko garstka osób mówiła o systemowych niesprawiedliwościach i podawała w wątpliwość wybraną przez Polskę wersję kapitalizmu, bardziej anglosaską niż skandynawską.
(Neo)liberałowie jednak mieli na to wszystko jasną odpowiedź. Nasi przeciwnicy to populiści, czyli – mówiąc bez ogródek – szaleńcy, którzy nie wiedzą, że świat działa tak, a nie inaczej i że nie ma innej drogi. Każdy, kto nie opowiadał się za wolnorynkowym fundamentalizmem, czyli nie przemawiał w interesie tych, którym się powodziło, mógł zostać naznaczony w ten sposób. Taką postawę prezentowały właściwie wszystkie główne partie, w tym te mieniące się lewicowymi, jak SLD. Mogły one toczyć mordercze spory na wiele różnych tematów, zazwyczaj dotyczących przeszłości i osobistych niesnasek, ale w tej jednej sprawie były zgodne. Dzisiaj, wbrew pozorom, niewiele się zmieniło. Mniej więcej rok temu setki tysięcy ludzi w całej Europie protestowały przeciwko międzynarodowym umowom handlowym CETA i TTIP. Obawiano się, że dają one jeszcze większą władzę korporacjom, przyczyniając się do dalszej utraty wpływu zwykłych obywateli na decyzje polityczne. Obawy wspierali czołowi współcześni ekonomiści, tacy jak Joseph Stiglitz i Ha Joon-Chang. Większość politycznego establishmentu nie widziała jednak żadnego problemu. Dariusz Rosati, europoseł PO, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” dziwował się, jak ktoś w ogóle może protestować przeciwko tak wspaniałej umowie jak CETA. Koalicję przeciwników podpisania umowy nazwał „populistami”, którzy „nie szanują faktów”.
Jeśli zrozumiemy tę (neo)liberalną perspektywę, łatwo pojmiemy, dlaczego populistami mogą być nazywane tak skrajnie różne siły polityczne, jak nacjonalistyczny Front Narodowy i lewicowe Podemos albo, by sięgnąć po polski przykład, PiS i Razem. Z punktu widzenia (neo)liberała populistą jest każdy, kto występuje przeciw politycznemu konsensusowi opierającemu się na wolnorynkowym fundamentalizmie. Ten konsensus jest opakowany w piękne idee: otwartość, wolność czy budowanie zjednoczonej Europy. Wszystko to jednak – zdaniem (neo)liberałów takich jak Rosati – musi być wsparte na wolnym rynku, którego zasady dyktują międzynarodowe korporacje. Osoba, która podważa kapitalizm – albo nawet tylko kapitalizm w jego obecnym kształcie – jawi się jako równie niebezpieczna, co otwarty ksenofob. Podemos, Razem, Le Pen, Syriza, PiS, Kukiz, Trump – co za różnica? Cała ta wizja polityczna jest przenoszona z miejsca na miejsca dzięki jednemu małemu słowu: „populizm”. Słowu, które zrównuje walkę z nierównościami społecznymi z pogardą dla ludzi innych narodowości i wyznań. Słowu, które nie rozróżnia między walką o prawa kobiet a próbami ich ograniczania. Słowu, które stoi na straży (neo)liberalnego porządku świata.
Czy słuszna jest (neo)liberalna wiara, że wartości takie jak zjednoczona Europa są koniecznie powiązane z fundamentalizmem wolnorynkowym? W tę bajkę można było wierzyć jeszcze na początku lat 90., ale nie w 2017 roku. Nie po kryzysie finansowym, nie po Brexicie, nie po zalewie publikacji na temat rosnących nierówności społecznych w krajach zachodnich. Marzenie o końcu historii okazało się mrzonką. Choć (neo)liberałowie długo nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Dlatego takim szokiem był dla nich ciąg zwycięstw radykalnej prawicy. Duda? Śmiechu warte, na pewno nie wygra z Komorowskim. Brexit? Bez obaw, niemożliwe. Trump? Nie ma szans z Clinton. Pięknym symbolem tej (neo)liberalnej naiwności stał się Tomasz Lis, który zawczasu obwieścił zwycięstwo Komorowskiego na Dudą jako rzecz niepowątpiewalną, przewidywał, że 54-55% Brytyjczyków opowie się za pozostaniem w Unii Europejskiej, a także wieszczył 310 głosów elektorskich dla Clinton (ostatecznie zdobyła o wiele mniej: 227)
I oto jesteśmy w świecie, w którym to, co wydawało się stałe i pewne, rozpłynęło się w powietrzu. Jaka jest odpowiedź (neo)liberałów? W Polsce wyglądała ona mniej więcej tak: „Populiści przejmują władzę, wszystkie ręce na pokład, Kijowski naszą ostatnią nadzieją!”. Oto cała diagnoza i recepta ludzi niepotrafiących zrozumieć, jakim cudem w świecie, w którym miało nie być żadnej alternatywy, mogły pojawić się tak mroczne siły jak Trump czy PiS. Połączenie histerii, szukania rozwiązań na ślepo i upartego trwania przy starym punkcie widzenia. Jedno z największych nieszczęść politycznych naszych czasów to właśnie to, że najsilniejszą (bo mająca największy dostęp do pieniędzy i mediów) alternatywą dla prawicy są wciąż (neo)liberałowie wierzący, że rozwiązaniem jest powrót do tego, co było. Andrew Pickering, brytyjski filozof, opisuje w jednym ze swoim tekstów zmagania amerykańskich władz z rzeką Missisipi. Mimo wielu prób utrzymania jej w zaprojektowanych granicach, rzeka wciąż się buntuje i przełamuje kolejne bariery. Pickering określa działania Amerykanów jako beznadziejną i w gruncie rzeczy śmieszną próbę zatrzymania czasu, jako próbę unieruchomienia Missisipi, „zamrożenia” jej w jednym punkcie. Podobnie wyglądają działania (neo)liberałów. Choć historia wciąż wylewa się w różnych miejscach (w USA, Wielkiej Brytanii, Polsce), przełamując bariery starego porządku politycznego, ci wciąż roją sobie, że można ją zatrzymać.
Konsekwencje mogą być fatalne. Nawet jeśli (neo)liberałowie wygrają kilka potyczek z nacjonalistami, jak w Holandii, to nie będą w stanie przywrócić dawnego porządku. Zbyt wiele uległo już zmianie i ze zbyt wieloma problemami się zmagamy: od globalnego ocieplenia, przez kryzys migracyjny, po kłopoty Unii Europejskiej. Zresztą holenderska wygrana zostało osiągnięta za cenę ustępstw na rzecz prawicowej niechęci do imigrantów. (Neo)liberałowie nie mają już ani siły, ani pomysłu na walkę z prawicowym radykalizmem, może poza postawą typu „przejmijmy część tego radykalizmu”, bo do czego innego sprowadzał się na przykład ogłoszony swego czasu przez Grzegorza Schetynę „koniec z lewicowymi eksperymentami”? Jednocześnie utrudniają powstanie lewicowej alternatywy poprzez etykietowanie każdego sprzeciwu wobec dotychczasowej polityki jako „populizmu” – niezależnie od tego, czy sprzeciw ten przybiera formę prawicową, czy lewicową. To słowo niczego nie tłumaczy i w niczym nie pomaga. Jest wyrazem bezsilności, złości oraz intelektualnej i politycznej kapitulacji wobec tego, co dzieje się na świecie.
Jeśli (neo)liberałowie naprawdę obawiają się rozpadu Europy, zaniku współpracy międzynarodowej, odrodzenia nacjonalizmów, to muszą w końcu nauczyć się patrzeć na świat z nowej perspektywy. Takiej, w której Trump i Podemos, PiS i Razem, prawica i lewica, ksenofobia i otwartość na świat, homofobia i walka o prawa mniejszości, kampanie finansowane przez miliarderów i oddolne ruchy, ustępstwa na rzecz wielkich korporacji i walka o polityczne wpływy dla zwykłych obywateli – są dwiema zupełnie odmiennymi odpowiedziami na to, jak mają wyglądać nasze społeczeństwa, a nie przejawem tego samego zagrożenia. Innymi słowy, jeśli (neo)liberałowie na serio chcą walczyć z nacjonalizmem i ksenofobią, powinni zacząć od pożegnania się ze słowem „populizm”. Słowem należącym do starego świata, którego nie da się już przywrócić.
dr Tomasz Markiewka
przez Michał Kowalówka | poniedziałek 10 kwietnia 2017 | opinie
Kiedy kilka miesięcy temu wiadomość o śmierci Zygmunta Baumana obiegła media, wśród jego czytelniczek i czytelników dominowały głosy, że utraciliśmy jeden z ostatnich wielkich autorytetów, że zostaliśmy osieroceni w szczególnie burzliwym i trudnym czasie. Zastanawiano się, jak poradzimy sobie ze sprzecznościami ponowoczesności, pozbawieni znawcy owych sprzeczności. Widać wyraźnie, że potrzebujemy intelektualnych map i punktów orientacyjnych – niezbędne są komentarze porządkujące przeobrażającą się rzeczywistość.
Z końcem lat 90. Bauman postanowił używać do opisu nowych zjawisk kulturowych i politycznych określenia „płynność” (liquid). Socjolog podnosił rzecz z pozoru oczywistą: codzienne funkcjonowanie jednostki często wiąże się z odczuwaniem trwogi, zagubienia, wrażeniem niepewności; towarzyszy jej zmęczenie i emocjonalna ambiwalencja – lęk przed społeczeństwem, lęk przed samotnością1, jak ujmuje to w posłowiu do „Pasaży” Waltera Benjamina.
Zdaniem Baumana warunki życia kilku ostatnich pokoleń – w szczególności mieszkańców regionów wysoko rozwiniętych – zmieniły się bezprecedensowo w co najmniej pięciu istotnych wymiarach. Wymieńmy je dla porządku:
Pierwszym jest przejście od stałej do płynnej fazy nowoczesności. Rzeczywistość obywatelek i obywateli Zachodu jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego stulecia była wyposażona w stabilne struktury. Istniały formy i modele zachowań, które wyraźnie ograniczały paletę jednostkowych wyborów, kreując poczucie porządku. Klasy i grupy wraz ze swoimi etosami, pomimo możliwej i przewidzianej w systemie kapitalistycznym mobilności społecznej, trwały w jako takiej ciągłości.
Drugim elementem przeobrażeń jest separacja realnej władzy i polityki. Aparat tradycyjnego państwa narodowego w szybkim tempie traci moc sprawczą na rzecz eksterytorialnej, globalnej sieci powiązań finansowo-gospodarczych i militarnych.
Kolejnym rodzajem zmian jest postępujące obumieranie idei kooperacji oraz solidaryzmu. Alienacja, indywidualizm, egoizm, atomizacja – dobrze znamy ten refren. Ucieczka państwa od odpowiedzialności w obszarze sprawiedliwości społecznej stała się w wielu miejscach ponurym faktem.
Czwartym elementem jest atrofia długoterminowego planowania i dalekosiężnego myślenia. Rzeczywistość uległa zdumiewającej komplikacji i fragmentaryzacji, co wiąże się z obniżeniem jakości prognoz, jakie społeczeństwo jest w stanie konstruować.
Ostatni rodzaj zmian odnosi się do przemieszczenia odpowiedzialności za problemy o skali makro ze zbiorowości na ramiona jednostek. Ryzyko jest sprywatyzowane, a najmniejszą odpowiedzialność ponoszą te podmioty, które mają szeroki udział w zyskach wynikających z ryzykownych przedsięwzięć.
Płynny lęk
Trudno mieć wątpliwości – według Baumana płynna nowoczesność (a wraz z nią płynny kapitalizm) to nowy stan ludzkiego ducha, którego składnikiem jest płynny lęk. Warto pamiętać, że współczesne nauki psychologiczne dowodzą, iż strach i lęk to różne zjawiska. Strach (fear) jest racjonalną reakcją na rozpoznanie obiektywnego zagrożenia zewnętrznego. Natomiast lęk (anxiety) jest reakcją emocjonalną wywoływana przez przedświadome rozpoznanie niebezpieczeństwa lub nieszczęścia2. Doświadczanie lęku jest bardzo specyficznym rodzajem cierpienia: niewyraźnym, w dojmujący sposób rozproszonym, często paraliżującym. Socjologiczna perspektywa właściwa Baumanowi jest tutaj w zgodzie z wiedzą psychologiczną: lęk to nazwa, którą nadajemy naszej niepewności: naszej niewiedzy o zagrożeniu i o tym, co należy zrobić […] żeby go opanować albo odeprzeć, jeśli opanowanie go jest ponad nasze siły3. Co ciekawe, lękowi towarzyszy nie tylko niewiedza jak postąpić, ale też frustrujące przeświadczenie, że poza zasięgiem wiedzy jednostki leży coś ważnego, co pomogłoby uniknąć opresji.
Ponadto znajdujemy u Baumana rozróżnienie na lęk zwyczajny (czy podstawowy) oraz lęk drugiego stopnia – lęk pochodny. Lęk pochodny to permanentne usposobienie, w przeciwieństwie do zwyczajnego lęku, który zdarza się epizodycznie; innymi słowy, jest to wciąż obecne echo minionych traumatycznych doświadczeń, które nie pozwala jednostce przestroić się na pogodne i ufne przyjmowanie nadchodzącej przyszłości. Można uznać, że osoby borykające się z lękiem pochodnym przyswoiły wizję rzeczywistości, w której stale oczekiwać należy ataku i niezdefiniowanego zagrożenia. Czujność została zrutynizowana. Ludzie odczuwający zagrożenie radzą sobie jak potrafią – często przeciwskutecznie.
Ryzyko i kultura nieufności
Specjaliści podpowiadają, że lęk łatwo reprodukuje się i rozprzestrzenia. Czym więcej lęku, tym mniej obiektywizmu i poznawczej trzeźwości. Spirala nakręca się, kiedy stabilne osoby doświadczają obronnych działań współobywateli – skłaniane są wówczas do weryfikacji swoich wyobrażeń o poziomie bezpieczeństwa. Czym więcej kamer przemysłowych i pracowników ochrony, czym więcej ludzi noszących przy sobie broń, tym gorzej: poczucie zagrożenia i osaczenia rośnie proporcjonalnie do wysokości ogrodzeń wokół zamkniętych osiedli.
Czy powszechne ubezpieczanie się na wypadek wszystkiego, co tylko podsunie wyobraźnia, nie jest znaczące? Płacimy za ubezpieczenia od odpowiedzialności wobec innych, na wypadek kradzieży, zranienia, niepogody czy niedotrzymania kontraktów biznesowych. Gałąź gospodarki oparta na nieufności prosperuje bardzo dobrze. Nawet w roli zasobnego konsumenta jednostka nie może wykazywać nadmiernego zaufania. Ufność wobec towarów spada nie tylko w tym sensie, że ich materialna żywotność wydaje się ciągle zmniejszać. Chodzi także o to, że obiekty naszych pragnień szybko tracą siłę przyciągania, a na przedmiotach naszej dumy w mgnieniu oka pojawia się piętno wstydu4. Konsumpcyjna tożsamość, budowana w procesie otaczania się dobrami-symbolami, jest wyjątkowo krucha.
Dodajmy również, że supernowoczesne, interaktywne media służą nam do nasycania się informacjami zapowiadającymi niezliczone katastrofy i kryzysy – dzień w dzień dowiadujemy się, że spis zagrożeń nie jest bynajmniej kompletny5. Przyjmujemy gigantyczne porcje cudzego cierpienia i pakiety wezwań do charytatywnej pracy. Kiedyś dylematy i decyzje etyczne (a zatem i polityczne) charakteryzowała bezpośredniość, tak jak bezpośredni był głos osoby proszącej o pomoc. Można odnieść wrażenie, że dziś nasze wybory moralne stają się coraz bardziej abstrakcyjne i najprawdopodobniej nieadekwatne do naszych zdolności poznawczych.
Zapewne należy pogodzić się z faktem, że nie jesteśmy w stanie uzyskać zadowalającej wiedzy na temat przyszłości – nawet tej przyszłości, którą współtworzymy własnymi decyzjami. Aby sprawnie i bez nadmiernego dyskomfortu funkcjonować na co dzień, człowiek musi dokonywać wielu zakładów odnośnie swego otoczenia. Zaufanie to zakład (przekonanie i oparte na tym działanie), że niepewne przyszłe działania innych ludzi lub funkcjonowanie urządzeń czy instytucji – będą dla nas korzystne6. Obecnie mamy jednak do czynienia z tworzeniem się czegoś przeciwnego: kultury nieufności. Nestor polskiej humanistyki, konserwatywny socjolog Piotr Sztompka, nie pozostawia złudzeń: zaufanie publiczne, rozumiane jako przekonanie o kompetencji, rzetelności, uczciwości, prawdomówności, bezinteresowności i spolegliwości elit politycznych, rządu, instytucji publicznych, wyraźnie pogarsza się w najmocniejszych demokracjach świata. […] Zaufanie konsumenckie także się obniża. […] Na koniec zaufanie egzystencjalne albo inaczej rutynowe, czyli bezrefleksyjne poczucie pewności, stabilności i ciągłości życia codziennego, ulega załamaniu7. Nawet stara, znana reguła, że oprócz śmierci możemy być pewni tylko płacenia podatków, została przez plutokratów brutalnie sfalsyfikowana.
Xanax dla wszystkich
Kiedy przywołamy dane statystyczne, zobaczymy, że zdrowie psychiczne w rozwiniętych społeczeństwach jest na coraz niższym poziomie. Pierwszy z brzegu efektowny przykład: na przestrzeni ostatnich dziewięćdziesięciu lat liczba zaburzeń depresyjnych i lękowych wśród Amerykanów wzrosła o blisko 300%8. Ze statystyką należy oczywiście uważać; trudno ocenić, czy liczby z pożądaną dokładnością odzwierciedlają większe nasilenie chorób psychicznych – na pewno pokazują również, że dziś przywiązuje się większą niż dawniej wagę do higieny psychicznej. Stworzono nowe metody badawcze, diagnostyka jest bardziej precyzyjna, a dostęp do państwowej służby zdrowia zwiększył się. W żadnym razie nie można jednak ignorować istnienia problemu: wedle WHO zaledwie jedna trzecia osób cierpiących na zaburzenia psychiczne korzysta z profesjonalnej pomocy. Prognozy Światowej Organizacji Zdrowia przestrzegają, że w 2022 r. depresja będzie na świecie drugim najbardziej kosztownym społecznie schorzeniem, zaraz po chorobach nowotworowych. Znaczące jest, że w Wielkiej Brytanii w latach 1998-2010 przepisywanie leków psychotropowych zwiększało się średnio o 10% rocznie9. Na kłopotach z dobrostanem psychicznym można zarobić (i wyspekulować) nieprzyzwoicie duże pieniądze.
Warto odnotować, że w ostatniej Diagnozie Społecznej z 2015 r. 90% badanych osób ujawniło, że „w minionych miesiącach” nie przeżywało głębokich kryzysów, które powodowały pojawienie się myśli samobójczych. W porządku? Niestety nie – przecież widzimy tym samym, że 10% obywatelek i obywateli przyznało, że samobójstwo rozważało rzadko (7,2%), często (2,2%) i bardzo często (0,5%)10. Autorzy i autorki Diagnozy zaskakująco szybko przechodzą nad tym faktem do porządku dziennego. Skądinąd wiemy, iż socjologowie w wielu miejscach na świecie są w stanie wykazać, że czynniki takie, jak choćby niestabilność zatrudnienia i zbyt długi czas pracy, skutkują znacznym pogorszeniem zarówno zdrowia fizycznego, jak i psychicznego11.
Jestem zdania, że wobec medycznych przenośni stosowanych do opisu kultury czy polityki warto zachować rezerwę – niemniej, czasem wydają się być na miejscu. Sięgając do psychiatrycznej literatury przedmiotu znajdziemy na przykład opisy zaburzeń anankastycznych, czyli związanych z obsesjami i natręctwami. Specjaliści wyjaśniają, że przeczesanie włosów lub wyszorowanie rąk może zaburzoną osobę uwolnić od niepokoju nawet na kilka godzin, podobnie jak tabletka xanaxu. Nie trzeba być psychologiem, aby zrozumieć, że realnym kłopotem pacjenta nie jest higiena ciała – jeśli przyjmujemy symptom w dosłownym, racjonalnym kontekście, popełniamy błąd. Poważne, dolegliwe objawy (neurotyczne, psychotyczne, jakiekolwiek inne) stanowią najczęściej formę dysfunkcjonalnej obrony, są nieadekwatną odpowiedzią i „rozpaczliwą” reakcją naszych organizmów. To strzały na ślepo, przypadkowo rozdawane ciosy, które nie przynoszą trwałej ulgi.
Słynni pionierzy psychoanalizy, choć mylili się częściej niż bramkarze przy rzutach karnych, mieli właściwą intuicję: usuwanie symptomów jest na dłuższą metę pozbawione sensu, gdyż w miejsce tych zlikwidowanych zjawiają się inne. Klasyczna syzyfowa praca.
Jeśli spojrzymy na pole społeczne, na zbiorowości przepełnione płynnym lękiem i frustracją, zauważymy zbliżony mechanizm obronny. Kiedy zszokowani i przejęci wysyłamy sms-y wspomagające finansowo remont hospicjum, kiedy w podnieceniu, niecierpliwie wskazujemy w społeczności kozła ofiarnego, gdy kompulsywnie korzystamy z pornografii, albo kiedy zażywamy wyciszające farmaceutyki, najczęściej po prostu redukujemy natężenie symptomów. Oszukujemy nasze ciała. Próbujemy wykiwać system nerwowy, który generuje sygnały ostrzegawcze: jest źle! Wygląda na to, że społeczno-ekonomiczna płynność naprawdę nam nie służy.
Hobbesem Freuda
Szukając odpowiednich rozwiązań należy zwrócić uwagę na dwie istotne rzeczy.
Rzecz pierwsza: należy ominąć szczególnie popularną pułapkę, w której utknęła między innymi część lewicy zbyt silnie przywiązana do psychoanalitycznego sentymentu (chociażby kontrkulturowi partyzanci i przedstawiciele ruchów New Left).
Na manowce – jak sądzę – wyprowadzi nas freudowskie założenie odnośnie do ludzkiej natury. Zasadniczo składają się na nią dwa przeciwstawne popędy: libido (eros) i destrudo (tanatos). Zgodnie z tym przekonaniem możemy popędy przemieszczać, obrabiać, wytyczać im bardziej akceptowalne drogi, czyli sublimować; ewentualnie możemy je tłumić. Już w szkolnych ławkach poznajemy opowieść o rzekomo niezmiennej ludzkiej naturze i kagańcu cywilizacji. Krótko mówiąc: z biegiem czasu, zamiast mordować inne osoby gołymi rękami i gwałcić bez opamiętania, stworzyliśmy konkurencję rynkową i sport, gdzie agresywno-destruktywne skłonności uwalniają się w miarę nieszkodliwy sposób; lecz koniec końców tanatosa wyzbyć się nie możemy. Antropologiczny pesymizm w czystej postaci.
Jeśli powszechnie przyjmiemy, że konstytutywnym, immanentnym składnikiem człowieczeństwa jest popęd śmierci, łatwo uwierzymy w konserwatywną przypowieść o pierwotnej wrogości jednostek wobec siebie nawzajem. Albo usiądziemy na plaży wokół hedonistycznego ogniska z bojownikami kontrkultury, przekonanymi, że popędów tłumić nie wolno, a wszelkie kulturowe urządzenia i polityczne regulacje są źródłem cierpień.
Porównując uwagi na temat stanu natury czynione przez Freuda z przemyśleniami innego klasyka, Hobbesa, zobaczymy, gdzie leży kluczowy problem. Jeżeli uważnie i bez uprzedzeń prześledzimy „Lewiatana”, dostrzeżemy, że w dwa i pół wieku starszej analizie Hobbesa agresja obecna w stanie natury nie mówi nam niczego głębokiego o „prawdziwej” ludzkiej naturze. W jego opinii gwałt i przemoc są produktami przede wszystkim powierzchownych cech interakcji międzyludzkich (potwierdzenie tej myśli znajdziemy też u Rousseau). Przemoc wynikać może m.in. z braku powszechnie przyjętych reguł współżycia oraz z braku poczucia bezpieczeństwa – czyli z baumanowskiego płynnego lęku. J. Heath i A. Potter piszą tak: Hobbes twierdzi, że choć stan natury jest pełen okrucieństwa, nie wynika to z wrodzonej agresywności ludzi. Problem w stanie natury polega przede wszystkim na tym, że nie możemy sobie nawzajem ufać. Zajmujemy więc wobec siebie agresywną postawę i stosujemy strategie wyzysku – ale nie dlatego, że powoduje nami fundamentalna potrzeba wyzyskiwania bliźnich! Chcemy się ochronić przed wykorzystaniem z ich strony, w związku z czym często gotowi jesteśmy stosować przemocowe rozwiązania napotkanych problemów. Nie warto wierzyć w mistyczną koncepcję popędu śmierci, który zagłusza rozumowe wnioski, nawet jeśli pełny racjonalizm człowieka jest mrzonką. To społeczny chaos i deregulacja sprzyjają lękom i brutalnym obronom. Widzimy, że według Hobbesa zadanie stworzenia cywilizacji jest znacząco skromniejsze niż w pojęciu Freuda – dla pokojowego współdziałania nie trzeba walczyć z potężnymi, mitycznymi popędami, lecz należy tworzyć procedury, systemy prawne, inkluzywne instytucje.
I rzecz druga: funkcjonowanie w płynnym świecie, wśród nadmiaru ryzyk, natłoku danych i aktów rywalizacji byłoby mniej dotkliwe, gdybyśmy powstrzymali postępujący rozkład kompleksowych, uniwersalistycznych wizji świata: doktryn, ideologii czy metanarracji wykpiwanych np. przez postmodernistycznych filozofów. Nie dysponując spójnym, zrozumiałym obrazem rzeczywistości, jesteśmy skazani na niepewność co do znaczenia naszych działań. Sensotwórcza rola systemów etycznych jest nie do przecenienia. Warto przywołać słowa Mirosławy Marody: Właśnie dzięki emocjom i wartościom zakodowanym w całościowych, nomicznych wizjach świata, jesteśmy w stanie kontrolować natłok bodźców płynących ze środowiska, poprzez różnicowanie ich znaczenia dla naszych dążeń. Same te dążenia […] są pochodną społecznie wytwarzanej, nomicznej wizji, rozdzielającej to, co naturalne, racjonalne, i oczywiste od tego, co irracjonalne12. Tym, co znajduje się u podłoża lękowego doświadczania otoczenia, nie są wyłącznie konsumpcyjny spektakl, ilościowy przyrost bodźców i systemowe konflikty obecne w płynnym kapitalizmie, lecz także obumieranie tej porządkującej struktury życia społecznego, jaką tworzą zbiory idei, pozwalające prowadzić usystematyzowane myślenie.
Nie wszystko musi rozpłynąć się w powietrzu
Wspólnym projektem nowoczesnego społeczeństwa klasowego było dążenie do równości i emancypacji. Projektem ponowoczesnego społeczeństwa ryzyka i płynnego kapitalizmu jest dążenie do bezpieczeństwa i marzenie o wyswobodzeniu się z lęku. Podkreślmy, że sen o równości wiązał się z działaniem w duchu pozytywnym, utopia bezpieczeństwa jest zaś w znacznym stopniu defensywna, asekuracyjna, niekiedy paranoiczna. Pojawia się pytanie, czy wspólnoty oparte na niepokoju i projekty ufundowane na lęku oraz nim napędzane, są w stanie przynieść coś dobrego i rozsądnego politycznie?
Na szczęście niepokój nie pozbawił nas jeszcze całkowicie wiary w rozum. Analizowany przez Baumana postmodernistyczny bezwład intelektualny posiada istotną zaletę: sam jaskrawo oświetla sprzeczności tkwiące u swych korzeni, uwydatnia własne wady i ślepe uliczki. Świadectwem naszej epoki, jak sądzę, nie muszą być słowa Baudrillarda: „the real is no longer real” – wbrew postmodernistycznym apokaliptykom uznajmy fakt, że twarda rzeczywistość mimo wszystko istnieje. Nie pozwólmy, aby każda stałość rozpłynęła się w powietrzu – spójne, uniwersalne opowieści oraz tworzone z odpowiednim krytycyzmem instytucje i regulacje są zbiorowości potrzebne jak czyste powietrze.
Zwracajmy uwagę na faktyczne, głębokie źródła społecznego lęku. Nie warto nerwowo rzucać się w wir medialnych awantur i ulegać pokusie chaotycznego rozwiązywania naskórkowych problemów. Jak pisze nadpobudliwy teoretyk z Lublany, Slavoj Žižek, Już lepiej nie robić nic, niż angażować się w punktowe działania, których ostatecznym efektem jest głównie to, że system pracuje sprawniej. Dziś największym zagrożeniem nie jest pasywność, lecz pseudo-aktywność.
Przypisy:
- Z. Bauman, Posłowie [w:] W. Benjamin, Pasaże, tłum. B. Frydryczak, Kraków 2005.
- P. Zimbardo, R. Gerrig, Psychologia i życie, tłum. J. Radzicki, E. Czerniawska, A. Jaworska, J. Kowalczewska, Warszawa 2011, s. 604, 612.
- Z. Bauman, Płynny lęk, tłum. T. Kunz, Kraków 2008.
- Z. Bauman, Kultura w płynnej nowoczesności, Warszawa 2011.
- Tamże, s. 12.
- P. Sztompka, Zaufanie, Kraków 2007.
- P. Sztompka, Zaufanie, Kraków 2007.
- M. Marody, Jednostka po nowoczesności, Warszawa 2016, s. 106.
- Stephen Ilyas, Joanna Moncrieff, Trendy w przepisywaniu oraz koszt leków stosowanych w zaburzeniach psychicznych, British Journal of Psychiatry 2012; nr 200.
- J. Czapiński, T. Panek (red.), Diagnoza społeczna 2015, Rada Monitoringu Społecznego, Warszawa 2015.
- K. Sparks, C. Cooper, Y. Fried, A. Shirom, The effects of hours of work on health: A meta-analytic review, „Journal of Occupational and Organizational Psychology“ nr 70.
- M. Marody, Jednostka po nowoczesności, Warszawa 2016.
przez Mark Weisbrot | piątek 31 marca 2017 | opinie
Od redakcji „Nowego Obywatela”: 20 lutego w Ekwadorze odbyła się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Poniższy tekst powstał przed nią. Wybory nie przyniosły jednak rozstrzygnięcia i w efekcie 2 kwietnia odbędzie się druga tura, w której zmierzą się lewicowiec Lenín Moreno oraz konserwatywny liberał Guillermo Lasso.
***
W ciągu ostatniego roku Ameryka Łacińska skierowała swój kurs na prawo, z poparciem i przy przychylnej reakcji Waszyngtonu. Trzy z największych potęg ekonomicznych Ameryki Południowej – Brazylia, Argentyna i Peru – mają obecnie prawicowych prezydentów blisko związanych z Waszyngtonem i jego polityką zagraniczną. Standardowa narracja „konsensusu waszyngtońskiego” ignoruje jakąkolwiek rolę odegraną przez USA w regionie i przedstawia lewicowe rządy wybierane w Ameryce Południowej na przestrzeni kilku ostatnich dziesięcioleci jako te, które odniosły popularność na fali boomu konsumpcyjnego i populistycznych zwycięstw, rozdając środki biednym i nierozsądnie gospodarując budżetem. Gdy ów boom dobiegł gwałtownego końca, głosi dalej ta narracja, rządom skończyły się zarówno pieniądze, jak i polityczna koniunktura.
Ta historia jest jednak mocno przesadzona i ma służyć samemu opowiadającemu. Ekwador jest dobrym przykładem tego, jak rządy lewicowe w ostatnim dziesięcioleciu odnosiły sukcesy dzięki progresywnym i twórczym zmianom w polityce gospodarczej, a także dzięki reformom finansowym, instytucjonalnym i regulacyjnym.
Przykładowi Ekwadoru warto przyjrzeć się również dlatego, żeby zobaczyć, jak bardzo przesadzona jest znaczna część retoryki mówiącej, że „globalizacja” ogranicza decyzje rządów do tych, które uszczęśliwią międzynarodowych inwestorów. Okazuje się, że nawet stosunkowo niewielkie, rozwijające się państwo o średnim dochodzie, może wdrożyć alternatywne rozwiązania polityczne – jeżeli tylko obywatele wybiorą rząd niezależny i wystarczająco odpowiedzialny, aby je zastosować.
Wśród osiągnięć dziesięciolecia rządów lewicy w Ekwadorze (2007-2016) widzimy zmniejszenie ubóstwa o 38 procent i zmniejszenie skrajnego ubóstwa o 47 procent. Wydatki na cele socjalne, łącznie z większymi wydatkami na edukację i opiekę zdrowotną (liczone jako odsetek PKB) podwoiły się. Znacznie wzrosło uczestnictwo mieszkańców w wieku lat 17 i młodszych w edukacji, a wydatki na szkolnictwo wyższe (także liczone jako odsetek PKB) stały się najwyższe w Ameryce Łacińskiej. Średni roczny wzrost dochodu na mieszkańca był o wiele wyższy niż w ciągu poprzednich 26 lat (odpowiednio 1,5 i 0,6 procent), poza tym zdecydowanie zmniejszyły się nierówności społeczne.
Inwestycje publiczne liczone jako odsetek PKB wzrosły ponad dwukrotnie, czego rezultaty dały się zauważyć pod postacią nowych dróg, szpitali, szkół i dostępu do elektryczności.
Rafael Correa został wybrany na prezydenta Ekwadoru w 2006 r., a urzędowanie rozpoczął w styczniu 2007 r. Ten były minister gospodarki, wykształcony w USA, postanowił naprawić niektóre ze strukturalnych i instytucjonalnych problemów, które hamowały postęp kraju. W efektywnym prowadzeniu polityki przeszkadzał fakt, że Ekwador w 2000 r. przyjął dolara amerykańskiego jako walutę. Oznaczało to, że rząd nie mógł wpływać na kurs wymiany własnej waluty i stopień, w jakim mógł prowadzić politykę pieniężną, był ograniczony. Fakt ten zmniejszał również zdolność Banku Centralnego do wystąpienia w roli pożyczkodawcy ostatniej szansy dla krajowego system bankowego.
Wszystko to znaczyło, że rząd musiał wykazać się większą wydajnością i twórczą inicjatywą oraz zwiększyć zakres swojej kontroli nad systemem finansowym. W referendum w 2008 r. zatwierdzono nową konstytucję, dzięki czemu główny bank, uprzednio „niezależny” i zobligowany do skupiania się na utrzymaniu niskiej inflacji, stał się częścią zespołu ds. gospodarki w rządzie. To był ważny krok ku skoordynowaniu polityki gospodarczej. Wśród ekonomistów panuje przekonanie, które jest też filarem neoliberalizmu, iż banki centralne powinny być niezależne od urzędników państwowych. W praktyce oznacza to zazwyczaj, że nie odpowiadają one przed ogółem społeczeństwa, ale nie są w ten sam sposób niezależne od potężnych finansowych lobby.
Nowe prawo wprowadzone w 2009 r. wymogło na bankach w Ekwadorze sprowadzenie 45 procent ich aktywów płynnych z powrotem do kraju. Wymóg ten wzrósł do 60 procent w 2012 r., a faktyczny wskaźnik na rok 2015 wyniósł ponad 80 procent. Ta oraz inne reformy mające na celu zatrzymanie dolarów w kraju, były niezbędne do przezwyciężenia przez rząd pierwszej poważnej przeszkody: światowego kryzysu finansowego z 2008 r. i recesji z 2009 r. Ekwador stał się jednym z najbardziej poszkodowanych krajów na półkuli, jako że ceny ropy naftowej spadły, a rząd czerpał większość dochodów właśnie z eksportu ropy. Kolejne źródło wpływających do kraju dolarów, przelewy – głównie pieniądze przesyłane rodzinom przez Ekwadorczyków pracujących za granicą – również wyschło w trakcie recesji. Takie podwójne uderzenie mogło spowodować długotrwały kryzys, jednak dzięki znacznemu zwiększeniu wydatków rządowych i dużemu planowi stymulacyjnemu z 2009 r., tak się nie stało. Recesja trwała tylko trzy kwartały i kosztowała Ekwador około 1,3 procenta PKB.
Kolejnym dużym szokiem gospodarczym okazał się długotrwały spadek cen ropy naftowej w trzecim kwartale 2014 r. Rząd wykazał się wtedy jeszcze bardziej twórczym podejściem: oprócz wprowadzenia ekspansywnej polityki fiskalnej (tj. działań z większymi deficytami budżetowymi), bank centralny zadecydował o poluzowaniu polityki pieniężnej [czyli wprowadzeniu większej ilości pieniędzy do obiegu – przyp. red.], w podobny sposób, jak zrobiła to Rezerwa Federalna w USA w odpowiedzi na recesję. Bank „wyprodukował” miliardy dolarów, które pożyczył rządowi oraz bankom publicznym. Był to nieoczekiwany ruch ze strony rządu, który nie posiadał nawet własnej waluty, ale okazał się bardzo korzystny w drodze do gospodarczego ozdrowienia.
Najważniejsza decyzja podjęta w celu umożliwienia obecnej gospodarczej regeneracji w Ekwadorze była również najbardziej niekonwencjonalna: rząd nałożył szereg ceł na produkty importowane, korzystając z postanowienia Światowej Organizacji Handlu odnośnie do awaryjnego zabezpieczenia bilansów płatniczych. Zredukowanie importu w latach 2015-2016 dodało w tym czasie około 7,6 punktów procentowych do PKB. To działanie złagodziło efekt cięć budżetowych, których musiał dokonać rząd, gdy załamały się źródła dochodów.
Rząd Correi i jego partia (Alianza PAIS) były dzięki temu w stanie osiągnąć znaczne sukcesy gospodarcze i społeczne, mimo dwóch recesji wywołanych poważnymi zawirowaniami zewnętrznymi. Wbrew temu, co twierdzi Waszyngton, było to możliwe dzięki dużym reformom instytucjonalnym, regulacji finansowej i mądrym decyzją politycznym, z których wiele kłóciło się z neoliberalnymi standardami.
Pomocne było oczywiście to, że sam prezydent ma doktorat z ekonomii, wiedział, co robi i od początku był poważnie zaangażowany w postępowe zarządzanie. Nie zmienia to faktu, że rząd Correi musiał walczyć z potężnymi grupami interesu, w tym z bankierami, do których należała większość kanałów telewizyjnych, kiedy prezydent rozpoczął urzędowanie. Referendum w 2011 r. zakazało bankom posiadania firm medialnych (i na odwrót), co pomogło w uciszeniu ich głosu w debacie publicznej. Jednak pozostały one i tak potężną, upolitycznioną, prawicową siłą, tak jak działo się to w innych krajach z lewicowymi rządami, np. w Brazylii, gdzie duże media przewodziły zakończonym sukcesem wysiłkom zmierzającym do usunięcia prezydentki Dilmy Rousseff z urzędu, mimo niepopełnienia przez nią czynu, za który można by postawić ją w stan oskarżenia jako urzędnika państwowego.
Dziedzictwo obecnego rządu zostanie poddane próbie w wyborach prezydenckich i do Zgromadzenia Narodowego w tę niedzielę [mowa o pierwszej turze wyborów, która odbyła się w lutym 2017 – przyp. red.]. Kandydatem z partii Correi jest Lenín Moreno, znany z aktywizmu na rzecz osób niepełnosprawnych w kraju i za granicą (on sam porusza się na wózku inwalidzkim od czasu, kiedy został postrzelony w napadzie rabunkowym w 1998 r.). Moreno, który cieszy się popularnością w partii i wśród społeczeństwa, obiecał pomnożyć gospodarcze i społeczne zyski ostatniej dekady. I prowadzi w sondażach.
Najgroźniejszym przeciwnikiem Moreno jest Guillermo Lasso (nie zaskakuje nas, że jest wpływowym bankierem), który obiecuje obniżenie podatków, w tym rezygnację z podatku od zysków kapitałowych, co byłoby z pożytkiem głównie dla grup o wysokich dochodach. Lasso przegrał z Correą w 2013 r. – jego przeciwnik zwyciężył przytłaczającą liczbą głosów.
Kolejną przeciwniczką Moreno jest prawicowa była członkini Kongresu, Cynthia Viteri, która chce zniszczyć część z głównych reform Correi. Planuje między innymi przywrócenie bankowi centralnemu autonomii, zniesienie podatku od odpływu kapitału i zmniejszenie uprawnień rządu centralnego. Moreno musi uzyskać 40 procent głosów i co najmniej dziesięciopunktowe prowadzenie nad kolejnym kandydatem, żeby wygrać w pierwszej turze. Istnieje niewiele wiarygodnych sondaży przedwyborczych, ale Moreno jest postrzegany jako zwycięzca, nawet jeśli niewystarczająco popularny na wygraną w pierwszej turze.
Dlaczego te wybory są ważne? Jak zauważył w zeszłym miesiącu Noam Chomsky: W tym stuleciu Ameryka Łacińska, po raz pierwszy w ciągu 500 lat, wyzwoliła się od zachodniego imperializmu. W zeszłym stuleciu uosabiały go Stany Zjednoczone. „Różowa fala” to rzadkie wydarzenie w historii świata: obywatele państw rozwijających się przyczyniają się do gospodarczego i społecznego postępu przez demokratyczne wybory (bardzo niewiele krajów rozwijających się, które odniosły sukces ekonomiczny w dwudziestym wieku lub później, np. Chiny, miało ustrój demokratyczny). Od 2002 do 2014 r. wskaźnik ubóstwa w Ameryce Łacińskiej spadł z 43,9 do 28,2 procent, po okresie wzrostu trwającym dwie dekady.
Wszystkie te zyski – państwowa suwerenność, postęp społeczny, demokracja – okazują się trudne w utrzymaniu, gdy postępowe siły w regionie borykają się ze zwalniającą światową i regionalną gospodarką, z odradzającą się prawicą, która wciąż kontroluje większość bogactwa, dochodu i mediów w swoich krajach, jak również, w niektórych przypadkach, z własnymi błędami. I jakby tego nie było aż nadto, mamy też Waszyngton, który przez ostatnie 16 lat stosował prostą strategię: pozbądźmy się wszystkich lewicowych rządów, jakich tylko możemy, i upewnijmy się, że nigdy nie powrócą. Nikt nie oczekuje niczego lepszego od nowego reżimu w USA.
Być może o wyborach w Ekwadorze nie będzie głośno w zachodnich mediach, ale zwolennicy i przeciwnicy ruchów emancypacyjnych i postępowych rządów w Ameryce Łacińskiej z pewnością będą uważnie śledzić to wydarzenie.
Mark Weisbrot
Tłumaczenie Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się w lutym 2017 r. na stronie internetowej czasopisma „The Nation”.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 28 marca 2017 | opinie
A więc wojna! – słyszymy każdego rana, gdy pies ze snu budzą nas pies, kot, dziecko, on lub ona, budzik, wycie pił spalinowych za oknem, demonstracje za lub przeciw. A więc wojna! Oko za oko, ząb za ząb, okładka za okładkę, kłamstwo za kłamstwo, propaganda za propagandę, nieżyczliwość za nieżyczliwość, obelga za obelgę. Wstajemy, bierzemy prysznic, pijemy kawę, sprawdzamy, czy stan twarzy w lustrze jest kompatybilny ze stanem konta bankowego, czytamy smsy, maile, powiadomienia, ponaglenia, potępienia, przymilenia. Pies szczeka na kosmos, a kot go kontestuje, dzieci mają gorączkę, ona lub on już wyszli. Rachunki do zapłacenia cierpliwie czekają na swoją kolej albo na komornika. A może jesteśmy sami tą wyobcowaną współczesną samotnością zasobów ludzkich trawionych spokojnie przez lokalny kapitalizm. A wokół wojna, wojna domowa. I walka klas. Już się z tym oswoiliśmy: można żyć pośród codziennej kanonady mediów masowego rażenia. Tak dzień cały, między pracą, prokrastynacją a rozrywką, w kraju wartości i brutalnej akumulacji kapitału. Wartości są jak baloniki napełnione helem, na ogół w barwach bogoojczyźnianych i w narodowo-wyklętym fasonie, unoszą się nad głowami zauroczonej młodzieży i dorosłych. Zaś akumulacja kapitału jednym odkraje mięso do kości, innych tuczy ponad miarę. Ale tego nie widać, bo w naszych czasach bogaci są coraz chudsi, a biedni nierzadko coraz grubsi. Bogaci noszą się niewyszukanie i dbają o kondycję, biedniejsi chcą mieć więcej, zatem biorą kredyty na prestiż i szybciej umierają z braku rzetelnej opieki medycznej.
I tak nastają kolejne dni i noce. Trwa wojna, z którą jesteśmy oswojeni, trwa walka klas, o której na ogół nie wypada głośno mówić – to również jest jej elementem. Wojna domowa jest w dużym stopniu wojną elit: tych, które dziś sprawują władzę, z tymi, które doświadczyły bolesnego odcięcia od instytucji władzy i straciły sporo atutów w rozmowach z mniejszym i większym kapitałem. Wojna domowa zmieniła bieg transferów finansowych ze spółek skarbu państwa i sięgnęła po inne zasoby ludzkie w ramach kooptacji do wyższych stref politycznych i propagandowych. W tym może nawet jest jakiś element klasowy: niejeden zabiedzony pisowiec i pisówka, wyposzczeni przez niemal dekadę, wreszcie doczekali gratyfikacji i głębokiej satysfakcji delektowania się upadkiem tych, co poszli precz od okienka z napisem „pieniądze publiczne”. O wielu nic nie wiemy, inni nieźle yaycują na naszych oczach. W szeregach przegranych wzmacnia się rozpacz i dezorientacja: o ile poprzedni rząd PiS nie przetrwał zbyt długo, robiąc sobie śmiertelnych wrogów z takich aliantów jak Roman Giertych czy Kazimierz Marcinkiewicz, o tyle ten obecny trafił na naprawdę niezłą koniunkturę, zarówno gospodarczo, jak i politycznie, społecznie i kulturowo.
Czasem trudno byłoby oddzielić od siebie poszczególne aspekty tych dwóch procesów: wojny domowej i walki klas. Bo czy głośny ostatnio list czytelniczki do „Wysokich Obcasów”, który jest kompendium lumpenliberalnych przesądów wobec tych dość nielicznych segmentów polityki społecznej, jakie ma do zaoferowania III RP swoim obywatelkom i obywatelom, to bardziej zgiełk walki klas czy wojny elit? To danie upichcono z jednego i drugiego: smutne przecież, ale arcytypowe dla polskich wyobrażeń społecznych uprzedzenia klasowe osoby, która nazywa się „lewaczką”, łączą w jedno wzajemne nienawiści postsolidarnościowych elit z typowymi narzędziami stygmatyzacji uboższych – tak się robiło i robi przemoc symboliczną w III RP.
Ale spójrzmy, jaki sprytny zabieg, na który na szczęście nabiera się dziś nieco mniej osób: czytelniczka „WO”, która wymiotuje na nas swoją niechęcią do socjalu, publicznej służby zdrowia i matek-„tipsiar” z butelką piwa w zanadrzu, nazywa się „lewaczką”. Centroprawica spod znaku Agory, maskująca swój klasowo-uprzywilejowany, zdecydowanie prokapitalistyczny charakter liberalizmem obyczajowym i udzielaniem łam ludziom ze środowisk lewicy, nie ma już nic do stracenia. Widać wyraźnie, co oni właściwie przez lata promowali jako „lewactwo”: neoliberalną demagogię połączoną z niechęcią wobec katolicyzmu i/lub Prawa i Sprawiedliwości. Jesteś lewakiem? Jesteś lewaczką? Tak, tak! Dlaczego? Bo nie znoszę PiS! Bo „Jan Paweł II zajebał mi szlugi”! I czego jeszcze nie znosisz? ZUS-u, górników, publicznej służby zdrowia. Oto „lewacki” kanon z okolic Agory. Problem w tym, że rzadko kto miał odwagę powiedzieć takim ludziom, żeby najpierw chwilę pomyśleli, jak definiują swoją lewicowość. A podobno w znacznej mierze wciąż definiuje się ona przez emancypację warstw niższych, egalitarny projekt społeczno-polityczny zakładający aktywny udział państwa w budowaniu powszechnego dobrostanu. Oczywiście, poczesną rolę odgrywa w tej materii lewicowy feminizm, ponieważ to kobiety, szczególnie kobiety klasy ludowej, zwykle lądują na niższych szczeblach patriarchalno-kapitalistycznego społeczeństwa. Ale „lewactwo” czytelniczki „WO” nie jest tym wszystkim – jest ordynarnym lumpenliberalizmem, cynicznym albo cierpiącym solidnie na fałszywą świadomość klasową.
To chyba największy problem lewicy w polskich realiach: jest skazana na obce media, zarówno pro- jak i antypisowskie. I telewizja zarządzana przez PiS, i stacje komercyjne potrzebują lewicy na własnych warunkach i do własnych celów. Zresztą media kapitału nigdy nie będą mediami świata pracy. W naszych warunkach nie jest winą ani Razem, ani stowarzyszeń lokatorskich, ani lewicowych feministek, że nie ma dużych mediów lewicy. Swoje popsuło SLD, związki zawodowe absolutnie zawaliły tę sprawę. Efekt jest taki, że wszyscy musimy liczyć na zaproszenia od wydawców, dla których jesteśmy mniejszymi lub większymi dziwadłami.
Walka klas i wojna elit w znacznej mierze są sporem o pojęcia. W tej materii to świadomość buduje polski byt i chyba dość skutecznie utrudnia wypracowanie języka, w którym moglibyśmy się ze sobą komunikować, nie tracąc potężnych ilości energii na wyjaśnianie elementarnych terminów z języka politologii, socjologii, historii idei. Nacjonaliści i centroprawica równie chętnie i bardzo instrumentalnie używają słów „lewica” i „lewactwo”. Lewakiem jest dla nich Adam Michnik, lewaczką Hanna Gronkiewicz-Waltz. To nawet zabawne, jak bardzo w Polsce centroprawica, i ta nieco bardziej liberalna i laicka, od pana Adama, i ta, która wzmacnia narodowo-katolicką nóżkę, od prezesa Kaczyńskiego, rozegrała lewicową terminologię na własną korzyść – w czasach zamętu, gdy SLD nie bardzo wiedziało, czym właściwie jest, to się musiało udać. I dziś płacimy tego skutki. Na marginesie: humaniści, cały ten inteligencki żywioł, to niesamowicie perfidne stworzenia. Gdy przestajemy dociekać prawdy, a skupiamy się jedynie na propagandzie, która w czasach takich jak obecne zapewnia nam byt, jesteśmy najbardziej niebezpiecznymi z rozumnych zwierząt. A to dlatego, że psujemy język, ten najważniejszy z kosmosów, jaki eksplorujemy, a który jest równocześnie największą siecią komunikacyjną ludzkości.
Do tego trzeba dodać jeszcze jedną istotną rzecz – (kontr)rewolucję w państwie Prawa i Sprawiedliwości. Te dwa zjawiska dzieją się równocześnie i niesamowicie dynamizują scenę społeczną i polityczną. Z punktu widzenia lewicy i lewicujących liberałów partia rządząca bywa przedstawiana albo jako niesamowicie niespójna w swoim programie i jego realizacji, albo niezwykle, autorytarnie wręcz konsekwentna. To sprzeczność w opisie, która wymagałaby osobnej analizy. W dużym skrócie, rzecz zależy od tego, jak ujmujemy tę prosocjalną część programu PiS, już realizowaną i zapowiadaną. Dla części lewicy to prawicowy socjalny populizm, dla innych faktyczne wyzwalanie prosocjalnego aspektu funkcjonowania państwa spod dyktatu lumpenliberalnej doktryny, na której w znacznej mierze ufundowano III Rzeczpospolitą. Można ten obraz próbować niuansować jeszcze bardziej i przyjąć, że w samym środowisku partii rządzących 500 Plus traktowane jest na różne sposoby i różne widzi się z niego pożytki, łącznie z bardzo doraźnymi, potencjalnie sprzyjającymi w kolejnych kampaniach wyborczych. Dla potrzeb tego felietonu zakładam, że ten dość umiarkowany program społeczno-gospodarczy, który wcale nie czyni Polski państwem dobrobytu socjalnego, jest czynnikiem realnie rewolucjonizującym naszą rzeczywistość. Obecnie na poziomie materialnym, choć pytanie – bardzo przecież lewicowe – jak kwestie bytowe mogą przełożyć się na świadomość społeczną.
I jeszcze jedno: przyjęcie 500 Plus sprawiło, że traktowane zwykle przez rządy jak piąte koło u wozu ministerstwo pracy i polityki społecznej (przez PiS nie tylko symbolicznie wzmocnione jego „urodzinnieniem”) nagle znalazło się w centrum zainteresowania opinii publicznej, elektoratu rządzącej partii i jej mniej lub bardziej prominentnych polityków. Socjalny aspekt prowadzenia polityki został wydobyty z głębokiego cienia. Oczywiście, to jeszcze nie przesądza o głębokiej zmianie na lepsze, ale w polskich warunkach lepiej mieć do czynienia z ministrą Rafalską niż z „lewacką” czytelniczką „Wysokich Obcasów”, która lumpenliberalne listy pisze. Choć zdaję sobie sprawę, jak głębokie emocje może wywoływać taka opinia w zaułkach lewicowego światka, które rzadko jednak odwiedzają tzw. zwykłe Polki i zwykli Polacy. Oczywiście ktoś zripostuje, że najlepiej byłoby mieć do czynienia z partią Razem u władzy, ale jej rządy lub efekty parlamentarnej obecności polskie społeczeństwo może rozliczy za kilkanaście lat. A może nigdy.
Jest jednak drugi aspekt obecnych rządów, który zdecydowanie neguje choćby przekonania zawarte w felietonie Marcina Janasika „Razem, ale dokąd?”. Tam, gdzie występuje mocny rozziew kulturowy między stronami konfliktu, socjalny kompromis nie jest możliwy ani na poziomie społecznym, ani tym bardziej politycznym. Z jakich przyczyn lewicowe feministki i feminiści mieliby na przykład przełykać gorzką pigułkę potencjalnego kompromisu z propisowskimi zwolennikami i zwolenniczkami Ordo Iuris? Tym bardziej, że #czarnyprotest nie był żadnym knowaniem lewicy i liberałów/liberałek, ale wkurzoną reakcją na dość ostentacyjne próby zmiany tzw. kompromisu aborcyjnego, który był przecież takim samym „kompromisem narodowym” jak Okrągły Stół. Czyli nie był nim prawie wcale. Nie, zdecydowanie: niech PiS robi 500 Plus, niech zwiększa uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy, niech próbuje zwiększać ściągalność VAT (dobre i to, skoro nie ma odwagi zacząć ściągać większych podatków od naprawdę wielkiego kapitału), niech ściga i wsadza choć niektórych typów od reprywatyzacji, bo to wszystko jest korzystne dla dużej części społeczeństwa. I to jest najważniejsze: szansa na poprawę realnego bytu sporej części Polek i Polaków. Ale nie udawajmy, że to wystarczy, by zapomnieć o protokole rozbieżności, który znacznie ogranicza pole manewru właśnie słabszej stronie. Nie udawajmy, że po stronie centroprawicy nie ma ludzi, którzy z przyczyn konfesyjno-ideologicznych na różne sposoby negują choćby problem z patologiami w polskich rodzinach, zaczynając od przemocy domowej. Notabene: latem 2015 roku mogłem jeszcze zrobić dla „Gazety Polskiej Codziennie” wywiad z Marceliną Zawiszą i Katarzyną Paprotą z partii Razem. Dziś nie byłoby to możliwe – nie tylko dlatego, że Adrian Zandberg nieco za bardzo folguje językowi i nazywa politykę rządzącej partii „gówniarzerią”.
I jeszcze jedno: dlaczego znaczna część lewicy, która coraz lepiej pojmuje swoją historyczność, miałaby udawać, że pada deszcz, gdy duża część polityki historycznej prawicy, i tej w wydaniu instytucjonalno-, i tej w wydaniu rynkowo-tiszertowym, bazuje na świadomie uprawianej antylewicowości? Skoro już doszliśmy do wniosku, że hasełka w rodzaju „wybierzmy przyszłość” były w pewnym momencie najkorzystniejszą strategią dla SLD, ale nie dla lewicy jako takiej, to dlaczego mamy godzić się na kontrrewolucję pamięci, która bazuje na patriotyzmie niemal zupełnie wytartym z treści innych niż martyrologia? To prawica ma instytucje, niech zatem zacznie przypominać Polkom i Polakom „Testament Polski Walczącej”. Wiem, to nierealne. Akurat ten dokument to część historii, o którym nie chce pamiętać ani prawica okołopisowska, ani liberalna gospodarczo prawica z okolic Komitetu Obrony Demokracji. I dobrze wiemy, dlaczego: ponieważ to istotny element pamięci, który rozsadza neoliberalną układankę tożsamościową na poziomie światopoglądu publicznych instytucji i ideologicznego zapotrzebowania rynku.
Ważna rzecz – uwagi, które poniżej zapiszę, nie są ocenne, ale analityczne. Znana teza głosi, że PiS przejął od lewicy elektorat socjalny. Ale to o wiele bardziej skomplikowane. A to z tej prostej przyczyny, że ewentualny prosocjalny elektorat wcale nie oznacza z definicji elektoratu współczesnej lewicy, która w kwestiach emancypacyjnych znacznie wykracza poza postulaty sprzed stulecia. Nawet jeśli przyjmiemy, że lud w Polsce nie jest wcale tak konserwatywny, jak chciałaby prawica, to jest wystarczająco konserwatywny w sferze publicznej, by od dekad wybierać centroprawicę, albo co najwyżej mocno dwuznaczną w sprawach obyczajowych post-PRL-owską socjaldemokrację, a nie na przykład Zielonych. Co więcej, niestety, po kryzysie z przełomu dekad ujawniły się w polskim społeczeństwie głębokie pokłady frustracji, które uskrzydliły neoendeków na ambonach, stadionach i w politycznych gabinetach. Może był kiedyś moment, w którym dało się ulicę zdobyć dla lewicy (bezprzymiotnikowej), ale, jak się wydaje, niesprzyjających okoliczności było całkiem sporo.
Zatem nawet socjalny elektorat nie będzie tak łatwy do pozyskania. Dlaczego? Bo, jak dotąd, najprozaiczniej w świecie, na skrzyżowaniu między socjalnością a emancypacją kulturowo-polityczną rozchodzą się drogi przynajmniej części prosocjalnego elektoratu i lewicy. I także dlatego lewica, która nie może udawać, że nie słyszy chamskich uwag o emigrantach, wypowiadanych nierzadko wcale nie przy „budce z piwem”, ale w inteligentnych biurowcach przez modnie przystrzyżone korpoosoby, które po robocie kultywują nacjonalistyczne fobie, nie przywita z entuzjazmem wizji politycznego sojuszu z obecnym obozem władzy. Tym bardziej, o czym piszę ze smutkiem, że obrażanie lewicy i mocna dyskredytacja jej postulatów emancypacyjnych, nie tylko tych nazywanych obyczajowymi, ale np. antyprzemocowych i antyseksistowskich, jest po prostu częścią lajfstajlu niemałej części centroprawicy. Choć jest i odwrotnie: to niektórzy ludzie lewicy sądzą, że pogardą dla propisowskiego ludu i elity cokolwiek dla siebie wywalczą w przestrzeni społecznej. Tyle że siły wyborcze i możliwości instytucjonalne rozkładają się obecnie na zdecydowaną niekorzyść lewicy. Ten stan szybko się nie zmieni.
Choć dodajmy jeszcze jedną rzecz przy okazji rozważań o konserwatyzmie ludu. Otóż, rzecz jasna, duża część społeczeństwa nie jest tak arcykatolicka, jak to się podaje do wierzenia z ambon i rozlicznych mównic, albo jak straszą tym co bardziej histeryczni salonowi liberałowie. Mnóstwo Polek i Polaków wyznaje coś w rodzaju religijności niekonsekwentnej: np. mniej lub bardziej regularnie chodzi do kościoła, ale przymyka oczy na przeróżne formy libertynizmu obyczajowego, własnego i swoich dzieci (rzadziej sąsiadów i sąsiadek). Mnóstwo Polek i Polaków ma w nosie to, co ksiądz mówi o prezerwatywach, ale odnajduje dziwną radość w lamentacjach nad zagrożeniem uchodźczym dla Polski. Konstelacje tych poglądów są przeróżne. Jest też sporo ludzi, znaczna część społeczeństwa, która po prostu nie zna języka feminizmów, albo – z innej puli – nie lubi cynicznego antyklerykalizmu. I dopóki lewica nie uświadomi sobie, że właśnie do takich osób musi odnaleźć drogę, będzie stała przed ścianą biernego oporu. A dodajmy, że Razem wciąż jest partią, która myli się ludziom choćby z Nowoczesną. Być może dla wielu Polek i Polaków znalazłaby się nieco odpowiedniejsza oferta polityczna: zachowująca dystans do Kościoła, ale nie odnosząca się obelżywie do sacrum, patriotyczna, ale nie szowinistyczna, po części socjaldemokratyczna, otwarta na postulaty feministyczne. Ale takiej oferty nie ma i raczej nikt jej w najbliższym czasie nie skonstruuje. A może nie miałaby szans w świecie domagającym się coraz bardziej spolaryzowanych dookreśleń.
W każdym razie mamy dziś w Polsce do czynienia nie tylko z raczkującą rewolucją socjalną, ale też – znacznie chętniej pokazywaną przez medialny antypisowski mainstream – kontrrewolucją instytucjonalno-rynkową. W PiS nie krzyczą „śmierć frajerom!” (choć nigdy nie brakowało w otoczeniu i szeregach tej partii skrajnych lumpenliberałów), bo szczególnie obecnie to nie wypada i się nie opłaca. W PiS niektórzy powiadają: „śmierć drzewom, skoro własność jest najświętsza!”. Proliberalna część elity pisowskiej dziś na ogół trzyma język za zębami, z wyjątkiem publicystów obsługujących ten segment propisowskich wyborców, ale łatwo sobie można wyobrazić sytuację, w której zmiana koniunktury politycznej wzmocni sygnał radykalnie prorynkowy. A nie zapominajmy, że redaktor Ziemkiewicz co prawda zawsze chętnie zruga KOD, ale gdy trzeba „odda rację” Leszkowi Balcerowiczowi.
Trwa wojna domowa i trwa walka klas. Lewica ma trudniej: musi przekonać do siebie znacznie większą liczbę nieprzekonanych. I niekoniecznie zobaczy polityczną wygraną na własne oczy. Ale cóż to by było za życie, gdyby z założonymi rękoma patrzeć na ten cholerny kapitalizm.
Krzysztof Wołodźko
przez Marcin Malinowski | czwartek 23 marca 2017 | opinie
Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.
Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.
Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi III Konstytucji (art. 69-74). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.
Pierwszą część tych rozważań opublikowano tutaj, a drugą tutaj.
Art. 69
1. Osobom niepełnosprawnym władze publiczne udzielają, zgodnie z ustawą, pomocy w zabezpieczaniu egzystencji, przysposobieniu do pracy, komunikacji społecznej oraz ograniczeniu wykluczenia cyfrowego.
2. Władze publiczne ograniczają wykluczenie osób niepełnosprawnych za pomocą odpowiedzialnego i zrównoważonego planowania przestrzennego. Szczegóły określa ustawa.
Sens dodania elementu o wykluczeniu cyfrowym został dobrze opisany w artykule Rafała Gdaka. Waga zasad planowania przestrzennego dla osób niepełnosprawnych nie wymaga objaśnień. Konstytucja powinna nałożyć na państwo obowiązek ich przestrzegania.
Art. 70
1. Każdy ma prawo do nauki. Nauka do 18-go roku życia jest obowiązkowa. Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa.
2. Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. Ustawa może dopuścić świadczenie niektórych usług edukacyjnych przez publiczne szkoły wyższe za odpłatnością.
3. Rodzice mają wolność wyboru dla swoich dzieci szkół innych niż publiczne. Obywatele i instytucje mają prawo zakładania szkół podstawowych, ponadpodstawowych i wyższych oraz zakładów wychowawczych. Warunki zakładania i działalności szkół niepublicznych oraz udziału władz publicznych w ich finansowaniu, a także zasady nadzoru pedagogicznego nad szkołami i zakładami wychowawczymi, określa ustawa.
4. Szkoły niepubliczne współfinansowane przez władze publiczne realizują, jako minimum, podstawę programową Ministerstwa Edukacji Narodowej. Szczegóły określa ustawa.
5. Władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia. W tym celu tworzą i wspierają systemy indywidualnej pomocy finansowej i organizacyjnej dla uczniów i studentów, zapewniając równość w dostępie do edukacji od przedszkola po uniwersytety, poświęcając szczególną uwagę kwestii równego dostępu do edukacji dzieci i młodzieży z biednych rodzin. Warunki udzielania pomocy oraz konieczność corocznego raportowania o równości w dostępie do edukacji określa ustawa.
6. Władze publiczne zapewniają spójność strategii edukacyjnej ze strategią zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju, w tym rozwoju polskiej gospodarki, przemysłu, badań naukowych oraz potrzeb społecznych.
7. Podstawa programowa przygotowuje dzieci i młodzież do życia w szybko zmieniającym się i globalizującym świecie, zwracając szczególną uwagę na polski kontekst i główne wyzwania globalizacji, takie jak zmiany technologiczne, ochrona przyrody i zmiany klimatyczne.
8. Zapewnia się autonomię szkół wyższych na zasadach określonych w ustawie.
Nie jest to temat, w którym mam całościowe kompetencje, natomiast orientuję w kilku jego aspektach. Ponieważ jest on fundamentalny dla przyszłości Polski i dobrobytu zwłaszcza biedniejszej części obywateli, pozwolę sobie na kilka komentarzy.
Co do art. 2 o bezpłatności oświaty publicznej, to jest to jeden z filarów egalitarnego społeczeństwa. Natomiast budzi sprzeciw darmowe, czyli finansowane z podatków pacjentów, kształcenie np. lekarzy, którzy całą karierę, bardzo dobrze płatną, prowadzą następnie za granicą. Są prawa, są i obowiązki. Oczywiście doświadczenie zagraniczne jest ważne, jednak np. lekarz wykształcony w Polsce i pracujący całe życie w Londynie, powinien spłacić koszt studiów po cenach komercyjnych. Podobnie np. z inżynierami czy innymi zawodami, których rynki pracy się zglobalizowały, a których koszt wykształcenia jest wysoki.
Ważne byłoby uściślenie, że strategia edukacji ma być zintegrowana z rozwojem ekonomicznym Polski, aby uczelnie nie produkowały absolwentów sobie a muzom, jak to często ma miejsce. Dodatkowo można by też pomyśleć o podkreśleniu wagi kwestii społecznych i kulturowych.
Punkt siódmy powinien nakładać na władze publiczne obowiązek tworzenia takich programów edukacyjnych, które będą dzieciom i młodzieży objaśniały zmieniający i globalizujący się świat i jego zawiłości.
Art. 71
1. Państwo w swojej polityce społecznej i gospodarczej uwzględnia dobro rodziny. Rodziny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, zwłaszcza wielodzietne i niepełne, mają prawo do szczególnej pomocy ze strony władz publicznych.
2. Państwo w swojej polityce społecznej, rodzinnej, zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju w sposób szczególny wspiera zrównoważoną demografię. Rząd co dwa lata raportuje przed sejmem sytuację demograficzną Polski i wdrażania strategii demograficznej.
3. Matka przed i po urodzeniu dziecka ma prawo do szczególnej pomocy władz publicznych, której zakres określa ustawa.
Widać gołym okiem, że program 500+ jest w duchu paragrafu 1. Powinno się dodać paragraf o wspieraniu demografii, której obecna kondycja zagraża zrównoważonemu rozwojowi Polski, w tym systemowi emerytalnemu.
Art. 71 powinien być bacznie analizowany także z punktu widzenia rozważań na temat skrócenia tygodnia pracy, wprowadzenia minimalnego dochodu gwarantowanego czy przyszłego opodatkowania pracy robotów, wypychających powoli ludzi z rynku pracy.
Art. 74
1. Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom.
2. Bezpieczeństwo ekologiczne jest rozumiane jako ochrona bioróżnorodności i zdolności ekosystemów do zapewniania polskiemu społeczeństwu wysokiej jakości usług ekologicznych, w tym czystej wody pitnej i powietrza.
3. Ustawa o zagospodarowaniu przestrzennym bierze pod uwagę zasady bezpieczeństwa ekologicznego, konieczność ochrony bioróżnorodności i naturalnych szlaków migracyjnych zwierząt.
4. Zasoby naturalne będące własnością państwa, które są kluczowe dla bezpieczeństwa ekologicznego, jak lasy, rzeki, jeziora, wody gruntowe, ziemia rolna, nie podlegają przekształceniom własnościowym.
5. Zasoby naturalne kluczowe dla bezpieczeństwa ekologicznego nie będące własnością państwa, są regulowane i chronione w duchu interesu społecznego, publicznego i narodowego. Ustawa zapewnia rozproszoną i egalitarną własność niepaństwowych zasobów naturalnych, reguluje ich obrót, uniemożliwia spekulację nimi oraz nadmierną koncentrację własności nieuzasadnioną interesem publicznym i społecznym.
6. Spory sądowe o własność i prawo do używania zasobów naturalnych w Polsce podlegają wyłącznie polskim sądom.
7. Władze publiczne są zobowiązane do wdrażania całościowej i długoterminowej strategii, mającej na celu ciągłą poprawę jakości ekosystemów i ich zdolności do dostarczania polskiemu społeczeństwu wysokiej jakości usług. Szczegóły reguluje ustawa.
8. Ochrona środowiska i bioróżnorodności jest obowiązkiem władz publicznych.
9. Każdy ma prawo do informacji o stanie i ochronie środowiska.
10. Władze publiczne wspierają działania obywateli na rzecz ochrony i poprawy stanu środowiska, zapewniając sprawiedliwy i równy dostęp do ochrony przyrody różnych polskich organizacji społecznych.
11. Obszary o zaostrzonej ochronie przyrody są osobami prawnymi. Sejm wybiera na Rzecznika Przyrody prawnika wyspecjalizowanego w prawie ochrony środowiska, który ma prawo reprezentować przyrodę przed sądem. Szczegóły, w tym odpowiednie finansowanie biura Rzecznika Przyrody, określa ustawa o zapewnieniu bezpieczeństwa ekologicznego, zachowaniu bioróżnorodności i sprawnych ekosystemów oraz zrównoważonym i odpowiedzialnym rozwoju.
To bardzo ważny artykuł z punktu widzenia prawa następnych pokoleń Polaków do czystego środowiska, swobodnego dostępu do niego oraz zdrowych usług ekosystemów, jak woda pitna, dobra ziemia rolna. Więcej na ten temat pisałem w dwóch artykułach na łamach „Nowego Obywatela” (dostępne są tutaj oraz tutaj).
W punkcie drugim tego artykułu należy dokładnie zdefiniować, co Konstytucja rozumie jako bezpieczeństwo ekologiczne.
Punkt trzeci narzuca ustawie o planowaniu przestrzennym obowiązek brania pod uwagę zasady bezpieczeństwa ekologicznego. Z tego punktu powinno wynikać, że np. planując budowę czy remont drogi należy uwzględnić przejścia dla migrujących zwierząt, a planując zabudowę terenu – brać pod uwagę siedliska zwierząt.
Punkt czwarty chroni zasoby naturalne przed prywatyzacją czy presją na ich prywatyzację w przypadku kryzysu finansowego państwa, czyli pozbawienia społeczeństwa możliwości taniego korzystania z natury i jej usług, jak woda pitna czy czyste powietrze. Dokument Komisji Europejskiej na temat obszarów Natura 2000 szacuje, że roczny koszt tworzenia, ochrony i zarządzania obszarami Natura 2000 wynosi w całej Unii Europejskiej około 5,8 miliardów euro, natomiast zyski, w tym jakość usług ekosystemów, to około 200-300 miliardów euro rocznie, generowane np. przez zmniejszanie szkód powodziowych. Ochrona przyrody po prostu opłaca się, podobnie jak czyste powietrze w miastach.
Punkt piąty nakłada na niepaństwowych właścicieli ziemi rolnej, lasów czy jezior obowiązek zapewnienia minimalnych norm ochrony przyrody oraz chroni Polaków przed nadmierną koncentracją zasobów naturalnych w prywatnych rękach. Jest to bardzo ważne, gdyż wiele funduszy inwestycyjnych, np. z Chin czy krajów arabskich, masowo wykupuje tereny i zasoby. Konstytucja powinna to uniemożliwić w interesie społecznym i narodowym.
Punkt szósty powinien uniemożliwić sejmowi i rządowi traktatową zgodę na międzynarodowy arbitraż w kwestii zasobów naturalnych. Jeśli istniejące umowy o ochronie inwestycji to blokują, odpowiednie zapisy powinny zostać zmienione.
Punkt siódmy nakazywałby władzom publicznym ciągłą pracę nad poprawą bezpieczeństwa ekologicznego. Skutkiem powinno być dążenie do zwiększania ilości i wielkości terenów chronionych, na przykład jako obszary ochrony siedliskowej/gatunkowej (Habitat/Species Management Area, jak Natura 2000) czy ścisły rezerwat przyrody (Strict Nature Reserve).
Punkt dziesiąty może ukrócić dominację myśliwych.
W punkcie jedenastym puszczam wodze fantazji i postuluję, aby obszarom chronionym nadać osobowość prawną oraz stworzyć instytucję Rzecznika Przyrody z prawem do reprezentowania natury przed sądem.
Powinien także powstać nowy artykuł Konstytucji, wykładający stosunek wobec zmian klimatycznych. Nie zaryzykuję zaproponowania jego treści. Winien jednak jasno określić definicję problemu, zagrożenia dla Polaków, kontekst polskiej specyfiki węglowej oraz określić stosunek wobec praw przyszłych pokoleń i odległych krajów bezpośrednio zagrożonych zmianami klimatycznymi.
Kolejnym nowym artykułem powinien być zapis o prawach zwierząt. Bestialstwo hodowli przemysłowej nie zna granic. Coraz lepiej rozumiemy znaczenie niektórych gatunków na górze łańcuchów pokarmowych, jak wilki, w kontekście zdolności do przetrwania w dobrej kondycji i oferowania usług ekosystemowych. Głównym zagrożeniem dla zwierząt jest nieetyczne zadawanie im zbędnego bólu. Niestety nie istnieje u nas żaden zapis konstytucyjny, który odnosiłby się do ochrony zwierząt. Cywilizowany świat powoli to zmienia. Już w 1992 r. Szwajcaria wprowadziła do swojej konstytucji zmiany, zgodnie z którymi zwierzęta są traktowane jako istoty żywe, a nie rzeczy. W 1999 r. Nowa Zelandia zapewniła podstawowe prawa pięciu gatunkom małp. Zakazano wykorzystywania ich w ramach doświadczeń i badań. Zostało to uznane za największy sukces w historii walki o prawa zwierząt. W 2002 r. Niemcy jako pierwszy kraj w Unii Europejskiej wprowadziły do konstytucji poprawki gwarantujące zwierzętom większe prawa. Niestety taki artykuł naruszy interesy lobby hodowców, sieci handlowych i myśliwych, więc jego wprowadzenie nie będzie łatwe. Taki artykuł mógłby wyglądać następująco:
Art. Xx
1. Władza publiczna chroni zwierzęta przed bólem i cierpieniem, zabrania niehumanitarnych metod hodowli zwierząt oraz obrotu mięsem z takiej produkcji.
2. Państwo szczególnie chroni w Polsce zwierzęta istotne dla bioróżnorodności i zdrowia ekosystemów oraz promuje ich międzynarodową ochronę.
3. Rzecznik Przyrody ma prawo do reprezentowania zwierząt przed sądami, do oceny aktów prawnych względem ich zgodności z art. 74 i art. Xx oraz przesyłania ich do oceny Trybunału Konstytucyjnego.