przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 21 grudnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kiedyś było palenie książek, później urząd z ulicy Mysiej. Obecnie natomiast, jak doszły mnie niezbyt konkretne słuchy – podróżowałem akurat po kraju – jakiś facet na targach książki straszył prokuratorem wydawnictwo, które wznowiło „Manifest komunistyczny”. Wiadomo, propagowanie ustroju totalitarnego podpada w Polsce pod paragraf. Wszak po to walczono z PRL-owską cenzurą i wyśmiewano tępotę jej funkcjonariuszy, żeby teraz ścigać za edycję Marksa.
W moim odczuciu zakaz edycji „Manifestu komunistycznego” jest całkowitą bzdurą. Przede wszystkim dlatego, że oskarżanie Marksa o odpowiedzialność za zbrodnie komunizmu, w dodatku w wydaniu PRL-owskim, ma taki sam sens, jak oskarżanie Darwina, Nietzschego i Heleny Bławatskiej o odpowiedzialność za krematoria III Rzeszy. Tego rodzaju wnioskowanie – że za gułagi i czystki odpowiedzialny jest ktoś, kto 50 czy 100 lat wcześniej napisał jakąś książkę czy próbował stworzyć ruch polityczny – to absurd socjologiczny. Natomiast cała sprawa ma kilka ciekawych aspektów, którym warto się przyjrzeć.
Przede wszystkim pamiętam, że lewicowi obrońcy wolności słowa – tj. swobody publikowania „Manifestu komunistycznego” – niejednokrotnie domagali się jej odebrania swoim przeciwnikom, czyli wszelkiej maści „faszystom”. Przy czym ów „zakaz propagowania” miał obejmować nie tylko publikację „Mein Kampf” i temu podobnych, stricte hitlerowskich wywodów, co od biedy mógłbym zrozumieć. Antyfaszystowskie płaczki załamywały w „Gazecie Wyborczej” ręce nad polskimi edycjami książek Carla Schmitta czy Ernsta Jüngera. Do prokuratury z tym co prawda nie biegały – zapewne nie wierząc, że zatrudnia ona kogoś tak bezmyślnego, aby choć spróbował wydać zakaz podobnych publikacji – co nie zmienia faktu, że w ciągu 20 lat wolnej Polski wyprodukowały kilkaset, a może i kilka tysięcy „apeli”, czyli donosów na treści „niesłuszne” i potencjalnie zbrodnicze. Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada.
Niestety, sposoby obrony prawa do wznowienia „Manifestu komunistycznego” są zazwyczaj kiepskie. Tak jak nie lubię USA, tak cenię formalno-prawny zdrowy rozsądek amerykański, który blokuje ograniczanie wolności słowa pod urojonymi i naciąganymi pretekstami. W efekcie, w Stanach Zjednoczonych można publikować wszystko, czego dusza zapragnie. Ale jakoś – cóż za dziwny traf! – edycja dzieł Stalina nie zaowocowała gułagami nad Potomakiem, a rozpowszechnianie broszurek z „kłamstwem oświęcimskim” nie sprawiło, że po Chicago i Detroit przechadzają się faceci w czapkach z trupimi główkami, wyłapujący Żydów. I to w zupełności wystarczy na odparcie „argumentów”, że dziś ktoś przeczyta to czy tamto, a jutro nowe Gestapo lub NKWD przyjdzie, zamknie, rozstrzela i zakopie w lesie. Amerykanie, mimo przypisywanego im – delikatnie mówiąc – niewielkiego rozgarnięcia, są w tej kwestii zdecydowanie mądrzejsi od europejskich histeryków i wiedzą, że faszyzm czy komunizm nie wzięły się z czytania książek, lecz ze splotu wielu czynników politycznych, społecznych, gospodarczych i kulturowych, których pogrobowcy obu idei nie są w stanie odtworzyć w realiach zgoła odmiennych.
Lewicowi obrońcy wolnego słowa argumentują jednak nie „po amerykańsku”. Przekonują na przykład, że myśl Marksa a realny socjalizm/komunizm to dwie zupełnie różne sprawy, gdyż autor „Kapitału” daleki był od wszelkich ciągot totalitarnych. Akurat to nie jest prawdą. Na niebezpieczne aspekty myśli marksowskiej wskazywali – na długo przed tym, nim jakakolwiek forma socjalizmu stała się realną – tacy zadeklarowani, a przy tym dalekowzroczni lewicowcy, jak Michał Bakunin i Edward Abramowski. Przewidzieli, że wprowadzanie w życie koncepcji dyktatury proletariatu, scentralizowanej władzy porewolucyjnej, nacjonalizacji środków produkcji – w nieunikniony sposób doprowadzi do zamordyzmu. Abramowski w „Socjalizmie a państwie” wyprorokował już w roku 1904, że socjalizm „odgórny”, oparty na przymusie, okaże się tyranią – czytając tę książkę, trudno uwierzyć, że powstała przed narodzinami ZSRR. Nie zmienia to oczywiście faktu, że stawianie znaku równości między rozprawą polityczno-filozoficzną, czy nawet działalnością partyjną z drugiej połowy XIX wieku, a zbrodniami popełnionymi o kilka tysięcy kilometrów dalej 30 czy 60 lat później, jest pozbawione sensu.
Zwolennicy wznawiania dzieł Marksa powołują się też na przykład innych krajów – tam „Manifest komunistyczny” jest co i rusz publikowany, czytają go studenci i intelektualiści itp., nikomu zaś nie przyjdzie do głowy zakazywać czegokolwiek z dorobku tego myśliciela. To oczywiście zarówno prawda, jak i postępowanie ze wszech miar rozsądne. Skoro nikt w krajach Zachodu nie domaga się „delegalizacji” dzieł Heideggera, bądź co bądź członka NSDAP, a więc wedle tej „logiki” współodpowiedzialnego za zbrodnie nazizmu znacznie bardziej niż Marks za „dokonania” komunizmu, to nie będzie się też domagał blokady publikacji rozważań autora „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte”. Zresztą, czy to się komuś podoba, czy nie, wkład Marksa w nowoczesną myśl polityczną, ekonomiczną i socjologiczną jest tak znaczny, że zakaz edycji jego książek byłby nonsensem z czysto naukowego punktu widzenia. Tyle tylko, że argument „na Zachodzie tak robią” to kij o dwóch końcach – w wielu krajach Zachodu legalne jest wydawanie „Mein Kampf”, a prace autorów, którzy tak oburzają polskich tropicieli faszyzmu – jak Jünger czy Schmitt – ukazują się nierzadko w renomowanych wydawnictwach.
Oczywiście argument „o Zachodzie” pomija kwestię niebłahą – nasz kontekst lokalny. To problem, z którym muszą się zmierzyć obie strony sporu, lewa i prawa. Polska bowiem miała nieszczęście stać się ofiarą totalitaryzmów brunatnego i czerwonego. W wymiarze moralnym czym innym jest edycja „Mein Kampf” lub wspomnień prohitlerowca Leona Degrelle’a w USA, a czymś zupełnie innym w Polsce, gdzie z rąk sił symbolizowanych przez te postacie zginęło kilka milionów ludzi, a pozostali byli traktowani jak zwierzęta na usługach „rasy panów”. Na tej samej zasadzie ktoś, kto paraduje w koszulce z sierpem i młotem np. w Anglii, może budzić uśmiech politowania, ale w kraju, gdzie UB i NKWD wykonywały „mokrą robotę”, a sowieckie czołgi wjechały akurat wtedy, gdy polski żołnierz zmagał się z napaścią hitlerowców, nie jest to ani trochę śmieszne. Godne zaś nie politowania, lecz spoliczkowania.
Paradoksalnie jednak, właśnie z tego powodu uważam, że w Polsce nie powinno być jakichkolwiek zakazów publikacji o charakterze nazistowskim i komunistycznym. Państwo i instytucje pozarządowe powinni dbać o to, żeby obywatele mieli wiele możliwości zapoznania się z wiedzą na temat skutków obu totalitaryzmów. Wówczas ktoś paradujący z „Mein Kampf” pod pachą lub w koszulce z sierpem i młotem, będzie podobny do kogoś, kto wytatuowałby sobie na czole napis: „Jestem niebezpiecznym szaleńcem – moi idole zamordowali i torturowali twojego dziadka lub matkę”.
Wszelkie tego rodzaju zakazy są pozbawione sensu także z uwagi na fakt, iż dotyczą kwestii nieostrych, nie dających się precyzyjnie zdefiniować. Faszyzm i komunizm – kiedy ich zakazać? Wbrew prawicowym doktrynerom, sto razy chętniej wybrałbym życie w PRL-u, nawet w czasach stalinizmu, niż w Generalnej Guberni. Wbrew lewicowym doktrynerom, wolałbym żyć we frankistowskiej Hiszpanii niż w ZSRR. Co i kogo konkretnie „zdekomunizować”? Marksa, który zmarł wiele lat przed tym nim powstał jakikolwiek realny komunizm? A może Bolesława Piaseckiego, który w ramach faktycznego systemu komunistycznego wydawał w PAX-ie, za zgodą państwowych cenzorów, m.in. wiele pozycji z klasyki światowej myśli chrześcijańskiej? Co jest bardziej godne antyfaszystowskiego potępienia – reżim Salazara czy w niczym mu nie ustępujący pod względem brutalności gomułkizm-moczaryzm, który w dodatku w ramach „kampanii antysyjonistycznej” wygnał kilkanaście tysięcy Żydów?
Obie strony sporu są nieuczciwe, nie potrafiąc się rzetelnie zmierzyć z czarnymi kartami swojego dziedzictwa. Szczególnie jaskrawo widać to na przykładzie polskich sporów, w których prawica wychwala juntę Pinocheta a potępia juntę Jaruzelskiego, zaś główny nurt lewicy robi odwrotnie. Obie te strony konfliktu są jednak także krótkowzroczne. Jeśli dziś zakazujemy publikowania takiego czy innego autora, jutro ktoś zakaże nam publikowania innego. Wczorajsi specjaliści od „zwalczania faszyzmu”, dziś lamentują nad „szalejącym antykomunizmem”, który chce zakazywać wznowień prac Marksa. Dzisiejsi zwolennicy zakazu noszenia koszulek z Guevarą i edycji „Manifestu komunistycznego”, jutro będą lamentować, że „rozwydrzone lewactwo” i „terror politycznej poprawności” chcą im odebrać możność czytania Degrelle’a oraz wywieszania na stadionach flag z symbolem miecza-szczerbca.
Podobnych zakazów nie potrzebujemy jednak przede wszystkim z tego względu, że obie skrajności są politycznie bezpłodne w dzisiejszych realiach. Doprawdy, trzeba być bardzo oderwanym od rzeczywistości, aby wyobrażać sobie, że w obecnej konsumpcyjnej kulturze może zaistnieć totalitaryzm w starym stylu, totalitaryzm siermiężnej kontroli i reglamentacji, przaśnej cenzury i dyscyplinowania społeczeństwa za pomocą policyjnej pałki. Dziś „pogrobowcy komunizmu” i „neonaziści” służą co najwyżej do odwracania uwagi od poważnych problemów. Najczęściej zaś są albo kołem ratunkowym dla tabloidów w sezonie ogórkowym, albo hobbystyczną subkulturą, swoistą odmianą filatelistyki i wędkarstwa dla ludzi o silniejszych nerwach i większym zapotrzebowaniu na mocne przeżycia, takim hard porno dla onanistów nie erotycznych, lecz politycznych. Wraz z rozwojem Internetu, nawet pod względem technicznym tego rodzaju „aktywność polityczna” przestaje się różnić od konsumpcji pornografii – przybiera głównie postać pyskówek na forach dyskusyjnych i tworzenia coraz bardziej radykalnych stron WWW, maleje zaś, czy wręcz zanika działalność w „realu”. Faszysta-gawędziarz, komunista-gawędziarz, erotoman-gawędziarz – co za różnica, ani to straszne, ani śmieszne, jedynie żałosne.
90% uczestników obu tych nisz politycznych porzuca zresztą swoje zabawy co najwyżej po skończeniu studiów, a ci nieliczni, którzy nie zostają bojaźliwymi drobnomieszczanami, zazwyczaj tłumaczą się później z „błędów młodości” i odcinają od nich tym bardziej zapalczywie, im bardziej może to zaszkodzić w dorosłym życiu i tzw. karierze. Obie te nisze w coraz większym stopniu ulegają też wpływowi kultury konsumpcyjnej – to już nie jest polityka, choćby marginalna, to zwykła podróż przez centrum handlowe. Skrajna lewica ma skrajnie lewicowe gadżety i kult swoich idoli, skrajna prawica zaś gadżety skrajnie prawicowe i takich też idoli, a z niszowego biznesu obsługującego ten popyt żyją ci nieliczni starzy wyjadacze, którzy „nie wyrośli z ideałów młodości”.
Nie ma żadnego zagrożenia recydywą komunizmu lub faszyzmu. Zapewne nawet większość „bojowników” z tymi ponurymi cieniami przeszłości robi to z wyrachowania. Młodzi posłowie PiS czy działacze LPR próbują przelicytować starszych kolegów w swym werbalnym antykomunizmie, bo tylko w ten sposób mogą wskoczyć na wyższy stopień w partyjnej hierarchii lub medialnej popularności. Zawodowi antyfaszyści z „Nigdy Więcej” muszą natomiast straszyć czającym się jakoby dokoła faszyzmem, bo na „zwalczanie” tychże zjawisk, czy raczej urojeń, otrzymują dotacje, a niczego innego robić wszak nie potrafią.
Dziś nie istnieje potrzeba zakazu propagowania faszyzmu i komunizmu, gdyż obie te ideologie wylądowały na śmietniku historii. Zresztą w pełni zasłużenie, gdyż w praktyce niczego dobrego nie oferowały społeczeństwu nawet w porównaniu z niedoskonałymi, standardowymi odmianami liberalnej demokracji i kapitalizmu. Są na szczęście martwe i nic ich nie wskrzesi, żaden Marks i żaden Schmitt.
Natomiast rzeczywistym problemem jest to, że współczesna technokratyczna oligarchia, mimo operowania antyfaszystowskimi i antykomunistycznymi hasłami, upodabnia się – choć oczywiście przy ogromnej różnicy w sferze metod i światopoglądu – właśnie do tego kluczowego aspektu skompromitowanych totalitaryzmów, jakim jest odebranie społeczeństwu podmiotowości, ograniczanie możliwości decydowania o sobie i zanik faktycznej demokracji. I analogicznie – dziś ideologiami radykalnymi nie są faszyzm i komunizm, chyba że w sensie radykalnej jałowości odpowiedzi, jakich udzielają na pytania dotyczące współczesnych wyzwań. Radykalna jest dziś natomiast walka o samorządność, o odzyskanie kontroli nad własnym życiem, o to, abyśmy na powrót stali się obywatelami. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 25 listopada 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Wtedy widać, co naprawdę ważne. Anteny. Dużo anten i przekaźników. Przekaz treści, (dez)informacji, newsów, rozrywki, światopoglądów, ideologii, wierzeń, symboli i emocji; matryca, która determinuje ludzkie zachowania, postawy i decyzje, nawet jeśli część z nas deklaruje wobec niej obojętność lub niechęć. Potężna, nieusuwalna poza obszar percepcji baza danych: istotnych i błahych, wartościowych i najbzdurniejszych, nieustannie selekcjonowanych, przetwarzanych i przewartościowywanych, reinterpretowanych, podawanych do oglądu i wierzenia. Żyjemy pośród bomb, w świecie, w którym nieustannie wybuchają newsy, a my w najlepszy wypadku dostajemy odłamkami.
Interesujące, że cały ten zgiełk właściwie nie budzi żadnej grozy. Przyjmowany jest jako stan natury, ba, ma nawet lekkie właściwości usypiające, czy wręcz uspokajające. Przyjęcie pewnej dawki trucizny/lekarstwa sprawia, że łatwiej nam oswoić świat, znaleźć punkty odniesienia, bezcenne sugestie „jak żyć”, albo choćby „na co pójść do kina”, albo „co myśleć o wydarzeniu, panu, pani X, Y, Z” (wbrew pozorom, między tymi kwestiami nie zawsze występuje jakościowa różnica).
I oto pewnego ranka, albo w samym środku nocy niezwykłym zrządzeniem losu cała ta infrastruktura, krwiobieg informacji biorą w łeb. Na ekranach telewizorów czarno-białe migotanie, brak dostępu do Sieci, milkną przekaźniki. Nie w skali miasteczka, gminy czy regionu, ale ogólnoświatowej. Plemiona pierwotne i mniej zaawansowane cywilizacyjnie rejony właściwie tego nie odczuwają. Ale poza tym wybucha panika. Oczywiście, przeciętny Kowalski z pozoru ma mniej do stracenia niż wielki magnat prasowy, któremu biznes życia właśnie diabli wzięli. Kowalski wciąż może iść do sklepu po bułki (o ile ktoś te bułki przywiezie, bo nagle robi się w przestrzeni publicznej straszny bałagan), może jechać do pracy (o ile jest drwalem, albo doi krówki, wtedy ma to nawet spory sens). Gorzej, gdy Kowalski robi zakupy w wielkiej sieci handlowej, rzadko porusza się piechota i pracuje w inteligentnym biurowcu, który nagle doszczętnie zgłupiał. Do tego jest w podróży służbowej i siadł mu GPS, a nie wie, gdzie kupić zwykłą mapę. W tym czasie Kowalska nie może obejrzeć dalszych, pasjonujących przygód Niani Frani czy innej Brzyduli, zatwardziały kibic sportowy nic nie wie o rozgrywkach, domowy politykier nie może walczyć na forach internetowych o lepszą Polskę.
Cisza jest ogłuszająca, cisza jest deprymująca. Trzeba wyjść z domu na ulicę. Tam też już są ludzie. Źli, podenerwowani, niepewni. Do kogo pójść? Z kim porozmawiać? Nawet nie można zadzwonić do dobrze poinformowanego kolegi, albo znajomego dziennikarza, który zresztą w tym czasie chleje na umór w newsroomie, bo serwisy agencyjne, z których czerpał wiedzę o świecie, diabli wzięli. Dziennikarze biegają po Sejmie, ale mija dzień, drugi, trzeci, tydzień i okazuje się, że nikomu nie są już specjalnie potrzebni. Zmieniają się kanały informacji, powstają nowe formy jej obiegu. Zmienia się struktura handlu i biznesu, a wraz z nią formy zarobkowania i priorytety życiowe.
Mija rok, drugi, trzeci. Powoli zmienia się wystrój mieszkań i harmonogram życia rodzin. Komputery, telewizory trafiają w kąt. Tylko stół i łóżko nic nie tracą ze swej atrakcyjności. Stół stawia się nawet większy, bo ludzie, wyczerpawszy zapasy dostępnej rozrywki, by nie ulec nudzie i dysponując większym zakresem czasu znów zmuszeni są wzmacniać bezpośrednie relacje. Powoli zanikają symbole globalne, pozbawione swych baśni korporacje tracą władzę nad wyobraźnią konsumentów. Politycy, ludzie mediów popełniają samobójstwa albo uciekają na prowincję, zapuściwszy brody i wąsy. Aktorzy branży mydlanej objeżdżają miasteczka ze spektaklami, tak zarabiając na życie… Ożywają wspólnoty lokalne, co miejscami prowadzi do silnych tendencji separatystycznych. Wojsko odmawia ataku na wolne miasta Kraków, Poznań, Szczecin i Katowice. Ludzie uciekają ze strzeżonych osiedli, bo te okazują się najbardziej niebezpieczne: rozwydrzone bandy dopuszczają się grabieży i morderstw. Lincz staje się prawem powszechnym. Ale też powszechniejsze staje się współczucie i odżywają procesy tożsamościowe. Ludzie częściej myślą i używają wyobraźni. Człowiek masowy, sformatowany odchodzi do lamusa dziejów. Powstaje nowy, znów gorszy świat…
Ale wszystko to przecież taka sobie bajeczka.
przez Anna Mieszczanek | środa 25 listopada 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Pomiędzy wyrzucaniem części rządu z posad, przeciekami rychowych rozmów ze stenogramów i zawieruchą szczepionkową; pomiędzy wątkiem czorsztyńskim, sprzedawanym w detalu majątkiem stoczniowym oraz uchwalaną w trybie wskazującym na stan wyjątkowy ustawą hazardową; pomiędzy sugestiami głównego policjanta peerelu, że się dysydenci obłowili na zachodniej pomocy, rzucaniem leków przeciwgrypowych do aptek i przetasowaniami w kolejnych sejmowych komisjach specjalnych – mamy nagle propozycję poważnych zmian ustrojowych.
Żeby na serio wprowadzić te zmiany i ostatecznie rozstrzygnąć, czy potrzebujemy systemu prezydenckiego czy gabinetowego, trzeba by się w jakiś zorganizowany sposób zastanowić. Na przykład przedstawić Polakom do rozważenia przynajmniej dwa warianty rozwiązań. O każdym z nich powiedzieć uczciwie, co jest jego plusem, a co minusem.
Tymczasem rzucił Pan Premier co tam miał – sejm sobie zmniejszymy, senat wybierzemy w jednomandatowych może, cała władza w ręce gabinetu… Całkiem sensowne pomysły, poparte zresztą głosami trzech rzeczników praw obywatelskich. I gdyby nie to, że rzucone w sytuacji po-aferalnej i nieustająco-aferalnej; gdyby nie to, że rzucone w sposób, który sugeruje, że nie istnieją pomysły kompletnie przeciwstawne – wyglądają na kolejny temat zastępczy. Może przez najbliższy tydzień media będą to mielić jak mak na makowiec. Może będzie kolejna medialna bijatyka. A potem zapadnie cisza i nic z tego nie wyniknie.
No, może kolejna afera katarska, która tuż, tuż, jak się wydaje.
Czy Polacy są już bezterminowo skazani na ten medialno-polityczny chocholi taniec?
Może jednak nie? Może jest gdzieś jakaś nadzieja?
Grupa młodych ludzi z Sopotu proponuje swoim radnym modyfikację statutu miasta. Chodzi o to, żeby także obywatele mogli proponować radnym uchwały. Konstytucja daje obywatelom prawo do zgłaszania inicjatywy ustawodawczej po zebraniu stu tysięcy podpisów. Nie daje takiej możliwości społecznościom lokalnym. – Zmieńmy to – mówi Marcin Gerwin, politolog z Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej. – Chcemy jak najbardziej zaangażować ludzi w zarządzanie miastem, by sopocianie i gdańszczanie poczuli się obywatelami, którzy mają realny wpływ na życie swego otoczenia – czytam tutaj: (http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,7273349,Mieszkancy_Gdanska_i_Sopotu_biora_uchwaly_w_swoje.html)
Nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy decydowali o tym, na co zostaną wydane nasze składki w sposób bezpośredni. Dziś robią to za nas radni i prezydent miasta, ale zgodnie z konstytucją możemy o tym decydować sami:
„Art. 1.Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.
Art. 4. 1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”.
Czy potrzebna jest do tego zmiana prawa? Nie. Wystarczy, że uzgodnimy z prezydentem i radnymi, że będą respektować decyzje ustalone przez mieszkańców. Wszystko opiera się na dobrej współpracy mieszkańców z urzędem miasta. A co jeżeli prezydent i radni nie będą chcieli uszanować decyzji mieszkańców? Wówczas możemy ich odwołać w referendum lokalnym i wybrać kogoś innego. Nie trzeba z tym czekać na kolejne wybory. Jest bardzo ważne, aby rozumieć, że prezydent, radni i inni urzędnicy to nasi pracownicy, których zatrudniamy po to, aby dbali o rzeczy wspólne, czyli np. o szkoły, ulice czy parki. To mieszkańcy Sopotu są pracodawcą, który zatrudnia prezydenta i radnych, a nie odwrotnie…
Zgodnie z art. 170 konstytucji, członkowie wspólnoty samorządowej (czyli np. mieszkańcy Sopotu) mogą podejmować decyzje w sprawach miasta bezpośrednio w drodze referendum. Decyzje podjęte w taki sposób mają wiążący charakter dla zatrudnianych przez nas urzędników… Zwykłe referenda mają jednak swoje wady. Samo referendum nie zapewnia możliwości porozmawiania z innymi mieszkańcami miasta, wysłuchania poglądu innych osób na daną sprawę, skonsultowania się ze specjalistami, tak by można było podjąć jak najlepszą decyzję. W demokracji uczestniczącej podstawą są natomiast spotkania mieszkańców, na których sprawy miasta są dyskutowane w otwarty sposób. Od strony formalnej można je potraktować jako konsultacje społeczne, z jedną ważną różnicą – że decyzja podjęta przez mieszkańców jest wiążąca. Spotkania takie nie muszą się odbywać we wszystkich drobnych kwestiach, a jedynie w tych sprawach, które mieszkańcy sami uznają za istotne, jak na przykład wspólny budżet – tak piszą tutaj (http://www.sopockainicjatywa.org/about/).
Cudni młodzi sopocianie! Może jednak uda się zrobić dla Polski coś, co ma ręce, nogi, początek, środek i koniec? Co jest normalne.
Mówią tak o propozycji zmian ustrojowych Premiera Tuska: chcecie zmieniać konstytucję? OK, ale tym razem chcemy mieć w tym udział.
Ja sopockiej inicjatywie kibicuje. A i Pan Premier mógłby się od nich pouczyć. W sumie ma niedaleko.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 25 listopada 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Przedmiotem sporu była zasada, którą George Orwell w „Folwarku Zwierzęcym” ujął krótko i jasno: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Pięknoduchy chełpiły się, że jest to ich autorski pomysł, chociaż jest to zasada stara jak świat i nie umarła wraz doktryną marksistowską. Demokraci upierali się przy równości wobec prawa, ale solennie zapewniali, że filmy Polańskiego są piękne, wybitne i bardzo im się podobają.
Zdumiał mnie ten zgodny chór uwielbienia dla Dzieł Mistrza, ponieważ trudno uwierzyć, że wszystkie filmy Polańskiego wszystkim się podobają. Przesłanie tych filmów jest głęboko niemoralne, co np. u mnie wywołuje odruch niechęci, nawet wobec filmów doskonałych, jak „Chinatown” czy „Dziewiąte wrota”. Nie wszystkie filmy zaliczam do wybitnych. „Nieustraszeni pogromcy wampirów” to bajka niezbyt straszna i niezbyt śmieszna, której nawet przewrotna puenta nie ratuje. Może opowiadając się po stronie prawa trzeba zabezpieczyć się przed oskarżeniem o stronniczość? Jest to jakiś absurd. Albo talent nie jest kryterium w ocenie przestępstwa, albo jest, a wówczas kiepskich filmowców i grafomanów można zamykać w więzieniu, a utalentowanych nie wolno. Analogicznie, albo wolność słowa i poglądów przysługuje wszystkim, albo ograniczymy ją do słów ważkich i mądrych, a poglądów do słusznych – i wolność skończy się cenzurą i represjami.
Zastanawiałam się, co niepokoi mnie w filmach Polańskiego. Nie to, że dobro przegrywa ze złem, bo tak przeważnie w życiu bywa, a w kinie tylko w Hollywood mamy gwarancję happy endu. U Polańskiego dobro właściwie nie przegrywa, zostaje wystawione do wiatru. Ingerencja szlachetnych frajerów w świat zła chwilowo powoduje jeszcze większy chaos i ostatecznie wzmacnia zło. Nie widziałam filmu „Śmierć i dziewczyna”. Może przesłanie tego filmu jest inne.
Istotą nowego trendu w kulturze nie jest to, że Dekalog jest łamany. Dekalogu nie ma. Kiedy przestępca uchodząc z łupem woła „Łapać złodzieja”, nie zaprzecza siódmemu przykazaniu – „Nie kradnij”. Jeśli złodziej woła „Łapać policjanta”, a tłum klaszcze, to żyjemy w innym świecie. Nastąpiła zamiana ról. Przestępca i nikczemnik jest ofiarą, pokrzywdzony i szukający sprawiedliwości – katem. Ludzi prawych przedstawia się jako nikczemników dążących do zemsty, owładniętych nienawiścią. Tak np. działa obrona komunistycznej agentury. W polityce oznacza to koniec z hipokryzją – mam siłę i władzę, więc mogę robić, co mi się podoba. Zamiana ról nie jest prostym odwracaniem kota ogonem, kiedy partie licytują się, która jest bardziej skorumpowana. Posłankę, która z zamiaru „kręcenia lodów” przy prywatyzacji szpitali nieroztropnie zwierzyła się policjantowi, przedstawia się jako ofiarę wrednego politycznego spisku. Biznesmen okazał się policjantem, trzeba jej współczuć i wybaczyć.
Naiwnych ludzi uczciwych wszyscy pouczają, że byli zbyt ufni, nieostrożni lub sprowokowali przestępcę. Przestępca jako ofiara prowokacji to nic nowego. Zgwałcona dziewczyna miała krótką spódniczkę i zgrabne nogi, a sąsiad ograbiony w czasie urlopu nie miał krat w oknach, trzech zamków i drzwi antywłamaniowych.
Może przesadzam, może źle odczytuję znaki czasu, jednak odnoszę wrażenie, że pogarda dla dobra i lansowanie zła to jednak coś nowego. Zło jest głębokie, inteligentne, kuszące, dostępne tylko jednostkom silnym, wybitnym. Dobro – słabe, głupie, ślamazarne. Kiedy takie postawy stają się powszechnie akceptowane, rodzi się faszyzm i mafia. Zło zawsze intrygowało artystów, ale jeśli w ich twórczości dobro w ogóle nie jest obecne, łatwo przekroczyć linię, za którą nie ma już nic, żadnego sensu, wartości, nadziei. Nie jest dziełem przypadku, że wybitne filmy, które otarły się o tę granicę, opisują faszyzm („Zmierzch bogów”) i mafię („Ojciec chrzestny”). Polański też nie przekracza granicy, za którą kończy się sztuka. Wampiry odjeżdżają w świat, dziewiąty krąg się otwiera i pojawia się napis – The End. Ósmy krąg, o którym śpiewa Wysocki, jest martwy, nie może być już tworzywem dla artysty. Wildstein pisze o Dolinie Nicości, Herbert o potworze, którego twarzą jest nicość. Artyści próbują opisać niezłomnych bohaterów, którzy beznadziejnie przegrywali, ale ich cierpienia przerażają widzów i czytelników. Wolimy opowieści o rycerzu, który pokonał smoka. Film o księdzu Jerzym tak spodobał się widzom, ponieważ był zrealizowany w duchu etosu rycerskiego. Trzeba talentu Sołżenicyna, aby na bohatera opowiadania „Jeden dzień Iwana Denisowicza” wybrać przeciętnego zeka w przeciętnym łagrze. O wiele łatwiej napisać coś ciekawego o tajnym agencie, który musi prowadzić podwójne życie. Ciągła gra z najbliższymi i z oficerem prowadzącym, panowanie nad lękiem przed zdemaskowaniem, wymagały inteligencji, przebiegłości, mocnego charakteru. Odmowa była łatwa i prosta, może nawet prostacka.
Kiedyś trafiłam na jakiś bzdurny artykuł o tzw. ewangelii Judasza. Zdrajca był przedstawiony jako jednostka wybitna, głęboko tragiczna ofiara boskiego spisku. Zdradzony Jezus, wystawiony oprawcom figurant, słaby i bezsilny, dał się ukrzyżować dla przyszłej nagrody. Wyrzuciłam te brednie, nie czytając dokładnie. Teraz żałuję. Zamiana ról kata i ofiary w zdarzeniach, które stanowią fundament naszej kultury, pomogłaby mi lepiej zrozumieć współczesny świat. Wciąż nie wiem jak poprawnie interpretować rolę trzydziestu srebrników.
przez Remigiusz Okraska | środa 25 listopada 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Transformację ustrojową wedle recept z dorobku Chicago Boys, Thatcher i Reagana przeprowadziły u nas dzieci komunistów, zaczytane przez lata w Trockim, Abramowskim i Berlinguerze. Wspierał ich z Belwederu facet, który popularność zawdzięczał masowemu, głównie robotniczemu ruchowi o egalitarnych hasłach i dążeniach. Aby gniew ludu nie przeszkodził w całej operacji, zupki bezrobotnym rozdawał – niczym rasowy XIX-wieczny filantrop – wieloletni partyjny kumpel Balcerowicza, czyli człowiek, który do dziś uchodzi za ikonę konsekwentnej lewicowości.
Po kilku latach zastąpili ich w tym mało zbożnym dziele inni. Niedawni członkowie partii odwołującej się do Lenina i Marksa, teraz przodowali w prywatyzacji – sprzedaży byle komu, za byle jakie pieniądze – państwowych przedsiębiorstw, bo przecież „rynek wie lepiej”, a „klasa średnia to przyszłość Polski”. Oczywiście wiedzieli, że wolny rynek wymaga ofiar – dlatego do dziś opłakują nieodżałowanego pioniera biznesu, Ireneusza Sekułę.
W drugiej połowie dziewiątej dekady minionego już stulecia, pałeczkę przejęło ugrupowanie z „solidarnością” w nazwie, zbudowane na bazie związku zawodowego. I wprowadziło „reformy” o charakterze stricte liberalnym, nie mające nic wspólnego z solidaryzmem czy to społecznym, czy narodowym. Bez pardonu likwidowało należące do państwa przedsiębiorstwa, także te, które stanowiły bastiony kurczących się w błyskawicznym tempie związków zawodowych. Nawiasem mówiąc, wbrew namolnej propagandzie „obiektywnych” mediów oraz liderów związku zawodowego biznesmenów (o wymownej nazwie „Lewiatan”), do „wszechpotężnych” związków zawodowych należy mniej więcej co dziesiąty pracownik w Polsce, zaś one same nie istnieją w znakomitej większości firm. Co zresztą nie zmienia faktu, że polscy biznesmeni nie potrafią zazwyczaj wypracować zysków wyższych niż osiągane przez ich odpowiedników z Niemiec czy Skandynawii, gdzie związki mają do powiedzenia o wiele więcej niż u nas.
Za wspomniane działania rząd AWS był krytykowany przez lidera postkomunistów, którego bardzo oburzał widok emerytów szukających jedzenia w śmietnikach. Lider ten jednak, już jako ex-lider, zaledwie kilka lat później przekonywał na łamach skrajnie liberalnego tygodnika „Wprost”, że najlepszą receptą na rozwój społeczny jest… niski podatek liniowy. Pewnie chciał dobrze – jeśli zamożni zapłacą niższe podatki, to zostanie im więcej w portfelach, a zatem kupią więcej jedzenia, czyli więcej go też wyrzucą na śmietnik („co za dużo, to i świnia nie zeżre”, jak mówi ludowe przysłowie), więc emeryci się podtuczą. Wszak przypływ podnosi wszystkie łodzie, jak uczy nas niemalże taoistyczny aforyzm ze skarbnicy mądrości „Lewiatana”.
Po jeszcze kolejnej zmianie warty do władzy doszli miłośnicy „Polski solidarnej”. Ci z kolei, gdy tylko przestali serwować wyborcze spoty z lodówkami opróżnionymi przez liberałów (choć kto wie, czy nie ogołocili ich emeryci, zniecierpliwieni tym, że w śmietnikach nie przybywa rarytasów), postanowili obniżyć podatki najbogatszym. Bez żadnego sprzeciwu ze strony Prezydenta, ponoć bardzo wrażliwego społecznie, bo z żoliborskim powietrzem już w kołysce chłonął etos tamtejszej zaangażowanej inteligencji. Zapewne tam on i jego brat wchłonęli ideę, by problemy socjalne w XXI wieku rozwiązywać za pomocą becikowego. Wszak żadnych kompleksowych zmian w systemie zabezpieczenia społecznego „solidarny” rząd nie wprowadził.
Nie tylko politycy są w Polsce – tak to trzeba nazwać – schizofrenikami. Niedawno okazało się, że największy związek zawodowy – NSZZ „Solidarność”, postanowił złożyć hołd Jerzemu Buzkowi jako nowo wybranemu szefowi Parlamentu Europejskiego. Niepomna tego, że Buzek doprowadził do znaczącego skoku bezrobocia, a swoimi decyzjami mocno uszczuplił związkową bazę, „Solidarność” wydała oświadczenie o owym Buzku jako „człowieku o wielkiej wrażliwości społecznej, który doskonale rozumie problemy pracownicze”. To mniej więcej tak, jakby dojść do wniosku, że Józef Stalin doskonale rozumiał zasady demokracji i dbał o swobody obywatelskie. Bo przecież konstytucja ZSRR była deklaracją przestrzegania wszelkich zasad i swobód, a nawet obiecywała cuda.
À propos związków zawodowych. Są w Polsce ludzie, którzy wierzą, że wśród związków zawodowych te duże są złe, bo zbiurokratyzowane i skorumpowane, a pracowników naprawdę bronią tylko małe związki, zwane radykalnymi i bojowymi. No cóż, ja do kolekcji politycznych absurdów dołączyłem właśnie przypadek nieco odmienny. Otóż taki właśnie „radykalny” i „bojowy” związek zawodowy, o nazwie WZZ „Sierpień ‘80”, został niedawno ukarany przez sąd za to, że… bezprawnie zwolnił z pracy w swojej Komisji Krajowej kilka osób, w tym dziewczynę ciężko chorą na raka. Myślę, że „Sierpień ‘80”, który od lat bezskutecznie próbuje wprowadzić swoich ludzi do parlamentu, powinien teraz mieć już z górki. Widzę go w koalicji z Millerem i „Lewiatanem” – towarzystwo w sam raz dla związkowców łamiących kodeks pracy. A i nośne hasło wyborcze dla tego sojuszu się znajdzie, np. „Nie szukaj szczęścia w pracy – znajdziesz je na śmietniku”.
Na jakiekolwiek ideologiczne i praktyczne „wyprostowanie” polskiej polityki definitywnie straciłem natomiast nadzieję w ostatnich dniach. Stało się to za sprawą Platformy Obywatelskiej. Tym razem szok był jednak znacznie większy niż w przypadku wspomnianych wcześniej zdarzeń. Otóż PO, czyli partia, której szczerze nie cierpię i za doktrynę, i za praktykę, i za personalia – postanowiła promować rozwiązanie ze wszech miar pozytywne. Jej prominentni politycy oznajmili, że warto się zastanowić nad zmniejszeniem należności przekazywanych do Otwartych Funduszów Emerytalnych w ramach tzw. II filaru.
PO słusznie argumentuje, że po pierwsze państwowy ubezpieczyciel, czyli ZUS, jest lepszym gwarantem wypłacania emerytur niż prywatne firmy – z tego względu, że sama instytucja państwa ma charakter znacznie bardziej „długofalowy” niż choćby najbardziej stabilna firma prywatna. Po drugie, prywatne fundusze emerytalne wcale nie gwarantują wyższych świadczeń, bo nie dość, że ich celem jest maksymalizacja własnego zysku, nie zaś dbałość o emeryturę jakiegoś tam Kowalskiego (zresztą, jak wiemy, w Polsce emeryt i tak się wyżywi, na śmietniku), to w dodatku pieniądze ze składek inwestują w przedsięwzięcia tyleż ryzykowne, co podatne na ogólne trendy gospodarcze, jak choćby kryzys finansowy, który właśnie przeżywamy. Po trzecie wreszcie, w tych krajach, w których istnieją rozwiązania podobne do stosowanych w Polsce, zazwyczaj do OFE trafia mniejsza część składki (zatem świadczeniobiorca jest słabiej uzależniony od wahań zysków i poczynań prywatnych firm), niższy jest też poziom zysków, które ustawodawca pozwolił czerpać prywatnym ubezpieczycielom z pieniędzy obywateli (a zatem większe kwoty „pracują” na rzecz przyszłych emerytów i przypadną w udziale im zamiast OFE).
Różnych rzeczy się spodziewałem, ale nie tego, że partia otwarcie liberalna zaproponuje rozwiązanie zgodne z trendem, nazwijmy to, socjaldemokratycznym, odwołujące się wprost do zasady solidaryzmu społecznego i stanowiące odwrót od optyki indywidualistycznej, czy raczej – egoistycznej. Chyba mniejszy szok przeżyłbym, gdyby w Wigilię jakiś pies przemówił do mnie ludzkim głosem, co podobno może się zdarzyć, ale nie zdarzyło.
Tymczasem, zamiast ludzkiego głosu u psa, zaistniało na kanwie pomysłu PO coś zgoła przeciwnego, mianowicie ujadanie w wykonaniu ludzi. Ujadali nie tylko UPR-owscy ultraliberałowie, aktywni w rozmaitych politycznych pyskówkach odwrotnie proporcjonalnie do poparcia i znaczenia swojej partyjki, zawsze gotowi bronić „świętej własności prywatnej” i pomstować na państwo, nawet jeśli są gołodupcami zatrudnionymi w urzędzie gminnym. Do tego dyżurnego chóru dołączyli tym razem liczni zwolennicy PiS-u – nie tylko z jego liberalnego skrzydła, złożonego głównie właśnie z ex-upeerowców, ale także tacy, którzy werbalnie deklarowali się jako „solidaryści”, przeciwni „liberałom-aferałom” z PO.
Przez prawicowe fora internetowe przetoczył się jazgot spod znaku „Tusk kradnie nasze emerytury!!!”. Mojej na razie nie ukradł, za to pewien OFE obłowił się już nieco na składkach, które w imię wolnego rynku, przeciwstawionego „państwowemu molochowi”, muszę pod groźbą paragrafu przekazywać prywatnej firmie, do której nie mam żadnego zaufania i która, jak mniemam, pokaże mi gest Kozakiewicza, gdy za kilka dekad zostanę emerytem. No ale od czego są śmietniki, dam sobie radę.
W tym jazgocie pojawił się wątek rozsądny, wskazujący, że majstrowanie przy składkach emerytalnych ma służyć tuszowaniu rosnącego problemu z deficytem w zasobach budżetowych. Święty Boże, pomyślałem, świat byłby cudowny, gdyby dobre rzeczy robiono w nim zawsze z mądrymi intencjami, wyłącznie ze szlachetnych pobudek, w sposób przemyślany i rozsądny. Ale tak przecież nie jest. Największe zdobycze socjalne i zarazem cywilizacyjne zawdzięczamy tyleż pomysłom i wysiłkom porządnych ludzi, co i skutkom strasznych wydarzeń. Najpierw cały świat musiał pogrążyć się w nieoczekiwanym krachu o nazwie Wielki Kryzys, z takimi jego „atrakcjami” jak masowe bezrobocie, nędza, a nierzadko wręcz głód, aby nastąpiła po nim epoka etatyzmu, interwencjonizmu w gospodarkę oraz wzięcia przez państwo odpowiedzialności za los obywateli, gdy sami sobie z nim nie radzą, a śmietniki świecą pustkami. Przez znaczną część globu musiała się przetoczyć hekatomba II wojny światowej, żeby po niej nastąpiła odbudowa społeczna i gospodarcza, która w stosunku do realiów sprzed roku 1939 była prawdziwym skokiem do rogu obfitości i bezpieczeństwa. Tak już jest świat urządzony, że ludzie rzadko są mądrzy przed szkodą, a dobre pomysły z kart „utopijnych” rozważań wchodzą do praktyki politycznej dopiero wtedy, gdy już gorzej być nie może.
Nawet gdyby Tusk i spółka chcieli wprowadzić wspomniane zmiany w systemie emerytalnym w imię najgorszych intencji, to każdy faktyczny „solidarysta” powinien je poprzeć. Oznaczają bowiem odejście od mechanizmów indywidualistyczno-rynkowych na rzecz rozwiązań wspólnotowo-solidarnych. Tusk kiedyś rządzić przestanie, zaś zmiany w systemie ubezpieczeń emerytalnych – pozostaną.
Jakkolwiek uważam rządy PO za szkodliwe i chciałbym, żeby zakończyły się jak najszybciej, to wobec deklarowanego przez Tuska liberalizmu nie jestem zaskoczony ich przebiegiem. Zaskakują mnie natomiast – pozytywnie – decyzje idące, choćby mimochodem, pod prąd doktryny egoistyczno-prywatyzacyjnej. Jeśli zaś alternatywą wobec PO ma być PiS, który opowiada „solidarne” bajki, a prowadzi liberalną politykę gospodarczą, zaś jego zwolennicy zapluwają się w obronie OFE, to serdecznie dziękuję, ale nie skorzystam.
Wiem już, że polska polityka nie ma nic wspólnego z logiką, z odpowiedzialnością za słowa, z konsekwentnymi postawami, z powszechnie przyjętymi wzorcami ideowymi. Ale to jeszcze nie powód, żeby głosować wbrew swoim przekonaniom, a przede wszystkim – wbrew własnym interesom. Jeśli liberał Tusk zamierza zminimalizować ryzyko, że na emeryturze będę penetrował śmietniki, to niech już lepiej rządzi on niż „solidaryści” solidarni z interesami OFE, nie zaś z moimi.
przez Andrzej Gwiazda | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Prezentujemy opinię Andrzeja Gwiazdy, członka Kolegium IPN, o planowanych zmianach w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej. Z racji na wagę poruszonej w nim sprawy, prosimy o kolportowanie tekstu za pomocą dostępnych metod – e-mailowo, poprzez przedruki na innych stronach internetowych, na blogach itp.
Projekt zmian ustawy o IPN, zgłoszony przez posła Chlebowskiego, przewiduje uchylenie lub zmianę około 40 istotnych przepisów, w tym likwidację Kolegium IPN i zastąpienie go Radą IPN. W dotychczasowej dyskusji najwięcej uwagi poświęcono właśnie tej propozycji oraz zmianom silnie osłabiającym niezależność i pozycję Prezesa IPN, a tym samym niezależność całego Instytutu.
Jedyną jednoznacznie korzystną zmianą jest ustawowe wykluczenie anonimizacji w udostępnianych dokumentach.
Najbardziej niebezpieczną propozycją jest uchylenie ust. 2 w art. 5. Art. 5 precyzuje jakie służby i instytucje, „w rozumieniu ustawy”, zalicza się do organów bezpieczeństwa państwa. Ustęp 1 tego artykułu wymienia czternaście takich służb i instytucji komunistycznego państwa polskiego. Natomiast ustęp 2 rozszerza to pojęcie na „organy i instytucje cywilne i wojskowe państw obcych o zadaniach podobnych do zadań organów, o których mowa w ust.1.”.
Uchylenie ust. 2 Art. 5 w zasadniczy sposób zmienia podstawowe zadania IPN określone w Art. 1. – „ewidencjonowanie, gromadzenie, przechowywanie, opracowywanie, udostępnianie i publikowanie dokumentów organów bezpieczeństwa państwa”, (podkreślenie – A. G.).
Wprawdzie w gestii IPN pozostają nadal dokumenty „organów bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy i ZSRR”, jednak dotyczy to tylko zbrodni: nazistowskich, komunistycznych, wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości i pokojowi. W sprawie postępowania nie kwalifikującego się do kategorii zbrodni, art. 1. odwołuje się do art. 5. Tego artykułu, z którego poseł Chlebowski zamierza wykreślić przepis pozwalający IPN zajmować się działaniami służb państw obcych. Powstaje pytanie, co IPN ma zrobić z dokumentami dotyczącymi służb takich, jak np. niemiecka Stasi, rumuńska Securitate i im podobnych, oraz działaniami Gestapo, NKWD, KGB, które nie mieszczą się w wymienionych kategoriach zbrodni. Nowa ustawa nie pozwalałaby nawet takich dokumentów przechowywać.
Uchylenie ust. 2 art. 5. spowoduje, że funkcjonariusze i współpracownicy „organów” państw obcych, na pytanie lustracyjne powinni odpowiedzieć: „Nie współpracowałem”. Rezydent KGB będzie mógł zostać prezesem IPN lub prezydentem RP.
Autorzy projektu zmian ustawy chcą wyłączyć z „organów bezpieczeństwa państwa” urzędy cenzury oraz urzędy do spraw wyznań (Art. 5, ust. 1. pkt. 13 i 14).
Organy cenzury, jakkolwiek nie popełniały bezpośrednich zbrodni, wypełniały zadanie ukrywania i pochwały tych zbrodni. Cenzura, w przeciwieństwie do instytucji wymienionych w pkt. 1-12, skierowana była nie przeciw osobom lub grupom, lecz przeciwko całemu narodowi. Cenzura nie tylko uniemożliwiała swobodę wypowiedzi jednostkom, np. literatom. Cenzura, działając niejawnie, przez blokowanie informacji okłamywała całe społeczeństwo, co kwalifikuje jej działania jako łamanie praw człowieka.
Wyłączenie urzędów do spraw wyznań uważam za błędne, lecz ocenę pozostawiam czytelnikom.
Uchylenie art. 7 definiującego dokument w rozumieniu ustawy jest niedopuszczalne. Nie istnieje uniwersalna, powszechna definicja „dokumentu”. Każdy dział działalności intelektualnej definiuje ten termin stosownie do swej specyfiki. Według słownika, na potrzeby nauki „dokument” definiuje się zgodnie z treścią art. 7. Uchylenie tego artykułu spowoduje dowolność w uznaniu, co jest dokumentem. W księgowości dokumentem jest to, co da się zaksięgować, w zagadnieniach prawnych za dokument uważa się „pisemny ślad czynności prawnej” i takiego rozstrzygnięcia należy się spodziewać, gdy spory o definicję dokumentu zostaną skierowane do sądu. Pozwoli to sparaliżować pracę IPN, co wydaje się celem tej zmiany.
Omówiłem na początek najbardziej bulwersujące propozycje zmian, by zwrócić na nie uwagę. Te propozycje w tak oczywisty sposób pokazują intencje ich autorów, iż każdy może je właściwie ocenić.
Kolejne zmiany nie są już tak oczywiste. Niektóre propozycje na pierwszy rzut oka mogą się wydawać słuszne, inne pozbawione znaczenia. Aby zorientować się w ich prawnych i praktycznych skutkach, konieczne jest poświęcenie dużej ilości czasu, „surfowania” po gąszczu odwołań od jednego do kilku nieraz innych artykułów, ustępów, punktów, które z kolei też odwołują się do jeszcze innych. W wyniku tych rajdów prawnych, nic nie znacząca z pozoru zmiana urasta do poziomu dywersji narodowej lub okazuje się tylko bublem prawnym, bublem logicznym lub kosmetyką bez znaczenia. Do oceny skutków prawnych niektórych przepisów konieczna jest znajomość warunków i środowisk, w których te przepisy będą realizowane.
Każdy projekt ustawy musi być poddany pod publiczną dyskusję. Obowiązek uzasadnienia celowości i słuszności projektu ciąży na autorze. Znaczącym błędem projektu jest uchylenie się jego autorów od tego obowiązku.
Wyklucza to równorzędną dyskusję, gdyż zmusza krytykującego do przypisywania autorom intencji i celów. Jest to dla dyskutanta sytuacja niewygodna, gdyż stwarza wrażenie stronniczości i braku obiektywizmu. Błędy wynikające z ignorancji autora, mogą być potraktowane jako wynik złej woli lub celowe zastosowanie manipulacji. W ocenianym projekcie możemy znaleźć wiele przykładów niedbalstwa i niekonsekwencji, które pozwalają przypisać autorom złą wolę.
Podam na końcu kilka takich przykładów. Teraz jednak zajmę się ważniejszymi propozycjami zmian, jak również tym, czego w projekcie zabrakło.
Proponowane zmiany ustawy ignorują zasadę niezależności IPN. Jej fundamentem jest niezależność pracowników IPN, szczególnie na stanowiskach kierowniczych. W art. 9 czytamy: „Prezes IPN w sprawowaniu swego urzędu jest niezależny od organów władzy państwowej”.
Warunkiem niezależności jest w pierwszym rzędzie brak wszelkich przesłanek mogących budzić podejrzenie o nawet bardzo luźną współpracę z „organami bezpieczeństwa państwa”, wymienionymi w art. 5. Art. 11. precyzuje warunki ochrony IPN przed przedostaniem się do niego współpracowników „organów bezpieczeństwa państwa”.
Uważam, że art. 11. powinien uwzględniać również przypadki, w których ujawnienie informacji o współpracy nastąpiło w czasie pełnienia funkcji.
Projekt zmian ustawy konsekwentnie ignoruje zabezpieczenia. Nawet proponując nowe stanowiska lub funkcje, pomija konieczność „lustracji” kandydatów.
Drugim warunkiem niezależności IPN, jest zabezpieczenie przed wpływami koterii politycznych. Kluczem do takiej niezależności jest niezależność Prezesa IPN. Proponowane zmiany w art. 10 ust. 1, art. 13, art. 15, art. 23, ust. 2, oraz w art. 24a, tak silnie osłabiają pozycję prezesa IPN i otwierają tak wiele dróg korporacyjnej i politycznej presji, że w sumie stają w jawnej sprzeczności z art. 9 o niezależności Prezesa IPN.
Nowa treść art. 10. przewiduje, że Prezes IPN powoływany jest przez sejm większością 3/5 głosów, natomiast odwoływany jest zwykłą większością! Taka asymetria procedury powoływania i odwoływania Prezesa poddaje go tak silnej presji politycznej, iż w praktyce czyni Prezesa IPN klientem aktualnie większościowej, jawnej lub ukrytej koalicji sejmowej.
Nowy art. 24a dodaje dwa tory odwołania Prezesa, przez odrzucenie rocznego sprawozdania: przez Sejm oraz przez Radę IPN. Zmiana ustawy nie precyzuje, czy Prezes składa Sejmowi i Radzie identyczne sprawozdanie, czy różne. Nie określa też skutków prawnych przypadku, gdy Sejm sprawozdanie Prezesa przyjmie, natomiast Rada odrzuci.
Nowa treść art. 15 likwiduje Kolegium IPN i zastępuje je Radą IPN. Kolegium liczy 11 członków, Rada ma mieć tylko 9, co wydaje się bez znaczenia. Za to Rada miałaby nieco szersze kompetencje niż Kolegium, w szczególności ograniczałaby kompetencje Prezesa.
Członkowie Rady IPN mieliby być powoływani: dwóch przez Prezydenta spośród czterech kandydatów desygnowanych przez Krajową Radę Sądownictwa, dwóch przez Senat i pięciu przez Sejm spośród odpowiednio 4 i 10 kandydatów przedstawionych przez zgromadzenie elektorów. Po dwóch elektorów wybierają Rady wydziałów uczelni, mających prawo nadawania tytułu doktora habilitowanego w dziedzinie historii.
Proponowane zmiany w art. 15 z pozoru mają uniezależnić kierownictwo IPN od bieżących interesów ugrupowań politycznych. Pobieżna nawet analiza propozycji wskazuje, że miałyby skutek przeciwny. Andrzej Urbański zauważył, że zmiany w art. 15 przekształcają IPN z instytucji państwowej w instytucję silnie uzależnioną od korporacji.
Tak dotychczas atakowane „upolitycznienie” IPN, czyli mianowanie prezesa i kolegium przez wybieranych w wyborach powszechnych Prezydenta, Sejm i Senat, odzwierciedlało w możliwie wierny sposób wolę narodu co do działań IPN. Proponowane zmiany ubezwłasnowolniają pochodzące z powszechnych wyborów władze, ograniczając ich rolę do akceptacji kandydatów, przedstawionych przez instytucje o charakterze korporacyjnym, które nie podlegają społecznej kontroli i same dla siebie tworzą hierarchię stanowisk. Rozwiązanie takie powoduje rozmycie odpowiedzialności. Ani uczeni historycy delegujący elektorów, ani sami elektorzy nie czują się odpowiedzialni za swe decyzje, gdyż wyznaczają tylko kandydatów, a wyboru dokonuje Sejm i Senat. Senatorzy i posłowie też nie czują się odpowiedzialni, gdyż w swych decyzjach są ograniczeni do wyboru spośród kandydatów, których im narzucono. Osobnym zagadnieniem jest delegowanie kandydatów przez Radę Sądownictwa, z których Prezydent może wybrać członków Rady IPN. Taka procedura ma uzasadnienie w przypadku prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Zastosowanie jej dla mianowania członka Rady IPN jest pozbawione sensu. Jest to w dodatku propozycja dezawuująca, a nawet obraźliwa dla urzędu Prezydenta RP.
Prezydent, posłowie i senatorowie mogą nie mianować przedstawionych im kandydatów, uruchamiając karuzelę delegowania elektorów i wyznaczania kandydatów tak długo, aż zmuszą elektorów do zapytania partii politycznych, kogo mają przedstawić jako kandydatów, czyli wrócić do procedury obecnej.
Z drugiej strony, korporacje naukowe mogą zbojkotować ustawę, tak jak zbojkotowały ustawę nakazującą złożenie oświadczeń lustracyjnych. Wtedy Radę wybiera się tak, jak teraz Kolegium.
Podniesienie wymagań minimalnego stopnia naukowego z magistra na doktora, nie ma większego znaczenia, choć w odbiorze społecznym podnosi prestiż Rady.
Natomiast praktyczne ograniczenie składu Rady do zawodu historyka, słuszne jest tylko z pozoru. Historia ma wiele działów, których wybitni specjaliści mogą mieć wątłą wiedzę z działów, którymi się nie zajmują. Szczególnym działem historii jest historia najnowsza. Jest to dział, którego znakomita większość historyków starannie unika, nie tylko z obawy narażenia się politykom, ale przede wszystkim z powodu dynamiki rozwoju tego działu, w którym często pojawiają się nowe fakty, dezawuujące ustalone poglądy i wykonane prace. Na wydziałach historycznych uniwersytetów panuje powszechna niechęć, żeby nie powiedzieć pogarda czy wrogość wobec adeptów historii najnowszej. Dlatego specjaliści z historii najnowszej najczęściej pracują na wydziałach innych niż historyczne. Mają więc małą szansę na członkostwo w Radzie IPN.
Propozycja powierzenia głównej roli w kształtowaniu działalności IPN korporacjom, które niedawno w sposób zorganizowany zbojkotowały ustawę lustracyjną, zdumiewa i nasuwa obawy o bezstronność w ten sposób wyłonionej Rady i przedstawionego przez tę Radę kandydata na Prezesa. Tym bardziej, że postanowienia nowego art. 15. nie przewidują „lustracji” ani elektorów, ani wybranych przez nich kandydatów do Rady IPN. Tak więc: Rady wydziałów, które odmówiły poddania się „lustracji” wybiorą niesprawdzonych według art. 11 elektorów, ci przedstawią równie niesprawdzonych kandydatów. Dopiero po wyborze członków Rady przez Prezydenta, Senat i Sejm zadziałają przepisy art. 11 i może się okazać, że nie mogą oni pełnić tej funkcji.
Projekt zmian ustawy o IPN, oprócz omówionych ważnych zmian, zaskakuje ilością błędnych propozycji, a także stwierdzeń, które z pozoru cieszą. Omówienie wszystkich zajęłoby co najmniej drugie tyle tekstu. Podam więc kilka krótkich przykładów.
W art. 36 czytamy: „Dokumenty … których odnalezienie nie wymaga kwerendy … udostępniane są w ciągu 7 dni”. To zbyt piękne. Czytam jeszcze raz i okazuje się, że dotyczy to tylko instytucji państwowych. Dla nas, szaraczków, oznacza to wypchnięcie na koniec kolejki.
W art. 30 znajdujemy jeden przepis, nakazujący udostępniać oryginały dokumentów oraz drugi, nakazujący usunąć z udostępnianych oryginałów dane „wrażliwe”. Spełnienie obu nakazów wymaga zniszczenia oryginałów. Tenże art. 30 jakby na kpinę wymaga zatajenia wyznania, poglądów filozoficznych, pochodzenia etnicznego i rasowego!
Szczytem ignorancji jest wymaganie, by Prezes IPN w ciągu pół roku opublikował „szczegółowy i kompletny inwentarz archiwum IPN”. Zasób IPN stanowi stos o wysokości 86 km. Jego inwentarz będzie liczył zdaniem specjalistów-archiwistów kilkanaście tysięcy stron. Opracowanie go zajmie co najmniej kilka lat.
W opinii zespołu prawników projekt nie daje podstaw do dalszych prac legislacyjnych.
Andrzej Gwiazda
Powyższy tekst ukazuje się w ramach współpracy Autora z pismem „Obywatel” (Andrzej Gwiazda jest członkiem Rady Honorowej pisma). Z racji na wagę poruszonej w nim sprawy, prosimy o kolportowaniu tekstu za pomocą dostępnych metod – e-mailowo, poprzez przedruki na innych stronach internetowych, na blogach itp.