przez Remigiusz Okraska | środa 17 lutego 2010 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kara więzienia, orzeczona dla Andrzeja Leppera w procesie poświęconym tzw. seksaferze, wydaje się być gwoździem do trumny Samoobrony – partii, związku zawodowego, a przede wszystkim ruchu społecznego. Nawet jeśli sam wyrok jest „naciągany”, a skazanemu uda się podważyć go w kolejnych instancjach, nie zmieni to prawdopodobnie sytuacji na tyle, by Lepper ponownie wszedł do pierwszej czy choćby drugiej ligi politycznej. A już bardzo wątpliwe, by wszedł do niej w dawnym charakterze – jako trybun ludowy, mający oparcie w społecznych „dołach”. To se nevrátí.
Polska scena polityczna nie jest ani stabilna, ani logiczna. Jasne, od lat „obsługują” ją te same twarze i gęby, a system finansowania partii politycznych i struktura własnościowa mediów stanowią potężną blokadę na drodze sił całkiem nowych i spoza układu. Jednak w obrębie zastanego stanu możliwe są przeróżne, daleko posunięte przetasowania. 10 lat temu Jerzy Buzek wydawał się człowiekiem powszechnie znienawidzonym i na zawsze skompromitowanym, dziś zdobywa ogromne poparcie w wyborach, a mnóstwo Polaków trzymało kciuki za jego powodzenie w zmaganiach o najwyższe stanowiska w Parlamencie Europejskim. Elektorat mamy kapryśny i zapewne jeszcze nieraz zatrzęsie on sceną wielkiej polityki. Jest to jednak elektorat już zupełnie inny niż choćby dekadę temu.
Politykę robi się dziś w telewizji, nie na ulicach. Odspołecznienie Polaków stale postępuje, nie sposób spodziewać się w rozsądnej perspektywie czasowej – chyba że zdarzy się jakaś sytuacja naprawdę kryzysowa – masowej, silnej i wpływowej inicjatywy politycznej spoza obecnego układu sił. Takiej sytuacji sprzyja kilka trendów. Badania socjologiczne pokazują, że jedną z najbardziej konformistycznych grup jest młodzież, czyli naturalny „dostarczyciel” fermentu ideowego i politycznego. Swoje robi też emigracja, która jak zwykle w takich przypadkach wysysa z kraju ludzi zarazem niezadowolonych, jak i stosunkowo aktywnych i zaradnych. Przede wszystkim jednak wydaje się, że okrzepła struktura społeczna. Bogaci i „ustawieni” będą reprodukowali się pokoleniowo w swoim gronie rodzinno-towarzyskim, zaś biedni, wykluczeni i zmarginalizowani, czy to socjalnie, czy ze względów ideowych, albo pogodzili się ze swoim losem, albo też jego poprawy upatrują w indywidualnych strategiach, w najlepszym razie w doraźnych inicjatywach branżowych czy środowiskowych. Minie zapewne wiele lat i wiele nieudanych prób, zanim inicjatywy tego ostatniego rodzaju nauczą się współpracować i tworzyć sojusze, których cele wykroczą poza wąsko pojęty interes grupowy. „Porządek panuje w Warszawie”…
Mnie jest Samoobrony żal. Wiem, że taka deklaracja wywołuje zdziwienie lub uśmiech politowania – i to bynajmniej nie tylko u ludzi, których mózgi wyprała „Gazeta Wyborcza” pospołu z „Gazetą Polską” i TVN do spółki z braćmi Kaczyńskimi. Samoobrona jest porażką i „obciachem” na wielu płaszczyznach, to pewne. Lepper nie potrafił wykroczyć poza model partii ściśle wodzowskiej, co zaowocowało tym, że w momencie problemów wodza – w kłopoty wpadła całość ugrupowania, a efekty wielu lat pracy rozpadły się jak domek z kart. Co gorsza, lider „partii protestu” nie zbudował nawet elementarnego zaplecza personalnego, swoistej drugiej linii w ugrupowaniu. Dosłownie ręce opadają, gdy patrzymy, jakimi osobami się otaczał – i nic dziwnego, że większość z nich zwiała, gdy tylko zaczęły się porażki. Wokół Samoobrony nie powstało też żadne zaplecze instytucjonalne, nie zdołano nawet zwasalizować mniejszych, lecz poszerzających „bazę” ugrupowania, inicjatyw i środowisk.
Nie mam też żadnych złudzeń co do samego „wodza”. Lepper, gdy tylko znalazł się w przedpokoju „salonów”, stał się politykiem pozbawionym kręgosłupa, drobnym cwaniaczkiem, który każdemu opowiada to, co tamten chce usłyszeć – bezrobotnym jedno, przedsiębiorcom co innego, nostalgikom PRL-u to, a czytelnikom „Najwyższego Czasu!” tamto, w remizie w Pcimiu coś takiego, a Tomaszowi Lisowi coś zgoła przeciwnego. Ci, którzy z Samoobroną mieli styczność większą niż telewidzowie, wiedzą też, że ugrupowanie to ma na koncie różne niejasne, lecz dość śmierdzące sprawy – pół biedy, gdy była to jedynie bierność we wcielaniu w życie różnych postulatów, gorzej natomiast, gdy głoszono jedno, a robiono co innego.
Lepper, który pretendował do miana obrońcy polskiej wsi i rodzimych rolników, w dziwnych okolicznościach zaprzestał działań przeciwko wielkoprzemysłowym fermom hodowlanym, głównie amerykańskiego koncernu Smithfield, które rujnują tysiące drobnych producentów i przetwórców mięsa, a przy tym na wiele dekad dewastują środowisko naturalne, jeden z kluczowych atutów polskiej żywności w konkurencji na światowym rynku. To również Samoobrona przeforsowała monopol na polskim rynku koncernu Cargill, który wytwarzając izoglukozę, stosowaną w przemyśle żywnościowym jako zamiennik cukru, wyeliminował z rynku wielu producentów buraków cukrowych i de facto zlikwidował kilka cukrowni. Nawet te sfery, w których ekipa Leppera „coś robiła”, jak próby powstrzymania ekspansji hipermarketów, okazywały się w praktyce podyktowane nie dbałością o drobny rodzimy handel, lecz interesami powiązanych z Samoobroną właścicieli polskich sieci supermarketów. Nie jestem już tak młody i tak naiwny, żeby oczekiwać od polityków nieskazitelnego radykalizmu i „wierności ideałom” oraz wymagać, by mieli krystalicznie czyste ręce – ale zakrywanie oczu dłońmi nie sprawi, że dookoła zapanuje ciemność.
A mimo to jest mi Samoobrony żal. W pierwszej – i mniejszej – mierze za „Balcerowicz musi odejść”. To właśnie Lepper był tym, który konsekwentnie, przez wiele lat, wbrew „całemu światu” i „wszystkim rozsądnym ludziom” piętnował neoliberalny kurs polskiej polityki społeczno-gospodarczej. Mówił głośno to, co myślało lub choćby intuicyjnie czuło mnóstwo osób, czy to takich, które znalazły się wskutek tejże polityki na dnie, czy tych, które w owych realiach osobiście się jako tako odnalazły, lecz uważały ten model za szkodliwy dla kraju i bliźnich. Co więcej, mimo „prostactwa” owego przekazu, Lepper był w głoszeniu takich haseł stosunkowo skuteczny – dokonał „zmiany liberalnego dyskursu” o wiele, wiele bardziej niż elitarni gęgacze z „Krytyki Politycznej” i personalnie szlachetni, lecz uwikłani w środowiskowe układy krytycy neoliberalizmu w rodzaju Karola Modzelewskiego czy Tadeusza Kowalika.
Można ze wzgardzą potępiać czy krzywić się z niesmakiem na „populizm” Samoobrony, lecz jeśli kiedyś uczciwy i rzetelny historyk opisze społeczny wymiar krytyki dzikiego kapitalizmu w Polsce, to Andrzejowi Lepperowi poświęci w swej dysertacji obszerny rozdział, zaś wspomnianym środowiskom i personom – jedynie kilka przypisów. Nie zmienia tego wspomniane kunktatorstwo lidera Samoobrony, bo czymże są przywołane fakty wobec takich idiotyzmów, jak kreowanie na krytyka neoliberalizmu typków pokroju Żakowskiego czy piętnowanie „nadmiernych nierówności społecznych” na łamach „Gazety Wyborczej”.
Ale Samoobrona warta jest zapamiętania, a nawet opłakiwania ze względu znacznie ważniejszego. Był to bowiem jedyny tak udany wyłom w sztampowości i bezpłodności polskiej krytyki neoliberalizmu. Lepper, choć uważany za przygłupa i prostaka, znakomicie wyczuł, na czym polegają największe słabości takich inicjatyw i środowisk. Lider Samoobrony intuicyjnie zrozumiał, że jeśli w Polsce chce się stworzyć masowy ruch protestu przeciwko liberalnym „reformom”, należy na bok odłożyć to, co dzieli Polaków o poglądach prospołecznych, a co na swoje sztandary uporczywie od lat wyciągają przygłupie i prostackie – radykalna lewica i radykalna prawica. Lepper uczynił fundamentem swojego przekazu politycznego właśnie kwestie socjalno-gospodarcze, akcentując je bardzo mocno, zmarginalizował i „ucentrowił” natomiast wątki obyczajowo-kulturowe. W ten sposób zapewnił sobie umiarkowany sukces, którego nie osiągną tacy krytycy liberalizmu, którzy ową krytykę „muszą” podawać w zestawie bądź to z wezwaniami do aborcji na życzenie, zoologicznym antyklerykalizmem i zachwytami nad homoseksualizmem, bądź też z fanatyczną „obroną życia poczętego”, czapkowaniem biskupom i tropieniem urojonych spisków żydowskich.
Lepper uniknął tej pułapki. Mimo sporadycznych sojuszów ze skrajną prawicą i skrajną lewicą, rdzeń jego przekazu politycznego nie zawierał kulturowo-obyczajowych skrajności. Powoływaniu się na patriotyzm i nauczanie Jana Pawła II oraz dystansowi wobec obyczajowych „nowinek” towarzyszył tu brak nacjonalistycznego tropienia „obcych” i czołobitności wobec klerykalnych zamiarów. Samoobrona była właśnie taka, jacy są w swej masie Polacy, czyli dalecy od nowolewicowych mrzonek i krytyczni wobec „postępowej” inżynierii społecznej, a jednocześnie niechętni – czy po prostu niepraktykujący – ideologicznemu „tradycjonalizmowi” i narodowo-katolickim pomysłom na urządzenie życia zbiorowego. Był w tym swoisty „chłopski rozsądek”, odzwierciedlający realne życie, pełne szarości i półtonów, nie zaś czarno-białe slogany, których nie wcielają zazwyczaj nawet ci, którzy deklamują je najgłośniej.
Gdy przyglądam się praktyce i ideom różnych środowisk krytycznych wobec liberalnego status quo, to zachodzę w głowę, jaki diabeł każe im niemal każdorazowo podlewać sensowne postulaty społeczno-ekonomiczne sosem piramidalnych bzdur, odstręczających na dzień dobry ogromną większość potencjalnych zwolenników. Dlaczego niemal każda taka inicjatywa musi serwować polskiemu społeczeństwu pochwały „miękkich” narkotyków, Che Guevarę, gender studies i potępianie patriotyzmu – albo, dla odmiany, pomstować na prezerwatywy, namawiać do intronizacji Chrystusa-Króla i sprawdzać pochodzenie etniczne dziadków. Ba, wręcz czynić z tych spraw papierek lakmusowy „czystości” poglądów i zamiarów, a heretyków wykluczać lub przynajmniej lekceważyć. Nie lubię teorii spiskowych, ale zawsze w takich sytuacjach przypominam sobie opowieści starszych znajomych. Wspominają oni, że gdy tylko w „solidarnościowym” podziemiu kształtowały się zalążki sensownych inicjatyw (najpierw przeciwko komunie, później również przeciwko wszechwładzy Wałęsy i „doradców”), to zaraz wyskakiwał jakiś facet, który wniebogłosy wydzierał się, że trzeba walczyć z aborcją lub z jej przeciwnikami – i sensowna inicjatywa błyskawicznie zamieniała się w bezsensowne pyskówki i niezasypywalne podziały.
Nie chodzi oczywiście o to, że problemy, nazwijmy to, obyczajowe, są nieistotne i że można je całkowicie odłożyć na bok. Problem tkwi w tym, że zazwyczaj są one znacznie trudniejsze do kompromisowego rozwiązania i o wiele bardziej nacechowane emocjami. O ile w kwestiach społeczno-gospodarczych można wypracować konsens korzystny i akceptowalny dla stosunkowo szerokich środowisk – na przykład wyższe zasiłki dla naprawdę bezrobotnych przy jednoczesnej lepszej kontroli pobierania ich przez pracujących na czarno; utrzymanie KRUS-u dla faktycznych drobnych rolników i pozbawienie tej formy ubezpieczenia latyfundystów; wzmocnienie ochrony pracowników najemnych i ulgi podatkowe dla mikro-biznesu – o tyle w sferze moralności czy w aspektach kulturowych tego rodzaju kompromisy nie są zazwyczaj możliwe, a przynajmniej znacznie trudniejsze. Z tego też względu nie tylko rozbijają one jedność niezbędną do skutecznej działalności politycznej, ale także już na starcie zrażają do danej inicjatywy szerokie rzesze.
Widać to zresztą znakomicie, gdy przyjrzymy się sposobom zohydzania wszelkich alternatywnych inicjatyw przez liberalną oligarchię polityczno-medialną. Jej główna broń to oskarżenia o „faszyzm” lub „komunizm” nawet wtedy, gdy przesłanki ku temu są bardzo wątpliwe. Leppera też próbowano wrobić a to w zapędy wręcz bolszewickie, a to w pochwały hitleryzmu. Pułapki tej w dużej mierze udało mu się uniknąć, co było jedną z przyczyn sukcesu Samoobrony. Podobnie jak było nią uniknięcie wtłoczenia w schemat lewicy i prawicy, które to etykietki również skutecznie paraliżują w Polsce sensowną debatę i sojusze.
Właśnie ominięcie tych pułapek było wielką zasługą Samoobrony, tym bardziej godną uznania, że dokonaną przez ludzi pozbawionych szerszych horyzontów i politycznego wyrobienia. I dlatego żal mi końca politycznej kariery Andrzeja Leppera. Żal tym większy, że – jak wspomniałem – prawdopodobnie na długie lata znikły warunki obiektywne, czyli sytuacja społeczna, które umożliwiały powodzenie takiego przedsięwzięcia. „Porządek panuje w Warszawie”…
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 19 stycznia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Mikołaj Bierdiajew, rosyjski myśliciel, którego trudno podejrzewać o sympatie do bolszewików, w swojej „Autobiografii filozoficznej” pisał: „Obcy jest mi punkt widzenia wielu emigrantów, zgodnie z którym rewolucja bolszewicka została dokonana przez jakieś złe moce, garstkę przestępców, natomiast sami emigranci trwają w prawdzie i światłości. Za rewolucję odpowiedzialni są wszyscy, najbardziej reakcyjne siły starego reżymu /…/. Typ »białego emigranta« budził moją niechęć. Był w nim kamienny brak pokuty, brak świadomości swojej winy, pełna pychy świadomość posiadania prawdy. Zrozumiałem, że prawicowa emigracja nie znosi wolności i nienawidzi bolszewików wcale nie za to, że zniszczyli wolność. W środowisku emigracyjnym wolności myśli przyznawano nie więcej niż w Rosji bolszewickiej”.
W „Na nieludzkiej ziemi” Józef Czapski opowiada o polskich wojskowych, odgrażających się, że jak tylko „to wszystko się skończy”, to już oni pokażą chamom, chłopom, „Iwanom”, gdzie ich miejsce. Pokazuje ludzi śniących, że wrócą do swych majątków i że „wszystko będzie tak samo”. I Czapski, który widział wszystkie zło, jakie dotknęło wtedy Polaków, jego towarzyszy broni, widzi, słyszy i zapisuje tę bezdenną głupotę. Zapisuje, co mówi do niego szeregowy Eugeniusz Lubomirski o niektórych oficerach: „Na gwałt chcą wywołać uczucia bolszewickie w wojsku, na każdym kroku wyróżniają się od żołnierzy (chociażby w przydziale wódki), stwarzają sobie na gwałt na nowo przywileje, wyżsi oficerowie mają kochanki, które się szarogęszą w sztabie, dowództwo nasze jest zbyt miękkie wobec oficerów”. I dalej sam Czapski pisze: „Porucznik N., iluż takich! Był w Workucie, wieziony tymi barkami śmierci po Peczorze, a teraz blagierowaty i dobroduszny zresztą kresowiec, urżnięty na Wilię »trzyma mowę«, jak to będziemy zarzynali dzieci i kobiety niemieckie (wszystko w pysku, bo w praktyce ani jednej kobiety i dziecka nie skrzywdzi) i robi ordynarne antysemickie aluzje w odpowiedzi na szlachetne przemówienie pułkownika, z pochodzenia Żyda”.
Nietrudno jest znaleźć trop, łączący te dwie opowieści, Bierdiajewa i Czapskiego. W obu pada słowo: „bolszewicy”, obie naznaczone są piętnem tych samych wydarzeń historycznych. Obie wydarzyły się w horyzoncie, ku któremu wciąż możemy zwrócić pamięć, jeszcze obecną w nieodległych wspomnieniach naszych krewnych, pisarzy, świadków epoki. I wciąż możemy wyciągnąć lekcję: głupcy, którzy użyźnili krwią historię, nie przestają być głupcami. Współodpowiedzialni za zło i bezprawie, za okrucieństwo reżimu i beznadziejność sytuacji społecznej mas nie stają się niewinni tylko dlatego, że dali głowę. Najstraszliwsze lekcje nie przydają mądrości, o czym powyżej zaświadcza Bierdiajew. Cierpienie nie uszlachetnia, pokazuje Czapski.
Zresztą, niewiele się zmieniło. Majątki nadal zdobywa się przede wszystkim oszustwem i wyzyskiem. Aferzyści mieszkają w willach, ludzie uczciwi w M-3. Historia III RP daje w tym względzie wymowną lekcję. Gdyby się za lat sto, za lat dwieście w Polsce zdarzyła rewolucja socjalna, co by z niej zrozumiano? Prawnukom dzisiejszych specjalistów od „pierwotnej akumulacji kapitału”, prawnukom współczesnych nam nowobogackich i dorobkiewiczów, nowozaciężnej elity „Zbychów i Mirów” trudno będzie zrozumieć, że płacą jakąś niepojętą dla nich cenę: przecież żyją uczciwie, przecież to ich własność i dziedzictwo, przecież to im się należy… bo też w patynie pięknych mebli, pieszczotliwym blasku srebrnej łyżeczki, przytulnym cieple domowego ogniska nie czuć dawno przebrzmiałej krzywdy, płaczu oszukanych, gniewu wyzyskiwanych. Dla tych, co piszą historię, a dyktują ją zwycięzcy, zawsze na ogół liczy się ta zbrodnia, która dokonuje się na nich, na ich klasie, na im podobnym. Dlatego w opisach rewolucji przeważa groza nad jej brutalnością i terrorem, nad niesprawiedliwością, która dotyka posiadaczy. Rzadziej dziś myśli się o tym, co działo się wcześniej, o bezprawiu możnych. O wojsku, policjach, agencjach ochroniarskich na ich usługach. O krzywdzie kobiet spędzających Wigilię w fabrycznych halach, by wymusić na pracodawcy należną wypłatę.
Bo po stronie krzywdy i krzywdzonych jest milczenie, albo „dobre słowo” i „pocieszenie”, ale gdy ta obłudna cisza się kończy, wtedy hałas jest już nie do zniesienia. Moralni esteci tego nie lubią, moralni esteci są zdegustowani. Przecież urządzano bale charytatywne… Piewcy wyższych wartości mają okazję, by się oburzać. Bo nawet jeśli lubią wolność, jak konserwatywni liberałowie, to jedynie taką, której oni wyznaczą treść i zasięg. Zwykle określa ją pieniądz i religia, którą chcą sobie przywłaszczyć. Ale wolność płata im podobnym figla i wtedy czasem kończą na latarniach…
Żałować głupców?
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 19 stycznia 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Mój mąż żywi do takich znaczków awersję i już raz w geście solidarności pracowicie wypruwałam ze spodenek rakietki tenisowe. Jedynie ze sprzętu przeznaczonego na górskie wędrówki nie usuwamy logo i wybieramy firmy renomowane. Panuje moda na styl sportowy i można się pomylić kupując coś, co tylko wygląda jak sprzęt na warunki ekstremalne. Widzieliśmy młodych ludzi, którzy o mało nie pozabijali się na łatwej płetwie skalnej na turystycznym szlaku w Tatrach. Ich buty prezentowały się bardziej „profesjonalnie” niż nasze.
Sprzęt markowy jest dużo droższy niż podróbki na straganach i w marketach, ale nie buntuję się. Dobre buty, namiot, kurtkę, śpiwór projektują i testują fachowcy, którzy mają na ogół własne doświadczenia. Proces produkcyjny jest kontrolowany, a wynik sprawdzony. To kosztuje, więc nie chcę płacić oszustom, którzy coś podpatrzą, skopiują. Nie chcę też ryzykować, że ukryte wady ujawnią się w najmniej odpowiednim momencie.
Jednak czuję się w jakimś stopniu oszukana, kiedy na metce namiotu Fjord Nansen lub spodni Jacka Wolfskina czytam, że wyprodukowane są w Chinach. Z pozoru wszystko jest w porządku. Firma szuka jak najtańszego wykonawcy i nadal odpowiada za jakość. Ale wysokiej ceny nie obniża. Nie wierzę, aby masowa produkcja w chińskiej fabryce, zatrudniającej źle opłacanych pracowników, nie spowodowała obniżenia jakości. Globalna ekonomia wymusza wprowadzanie akordu, głównej przyczyny niskiej jakości towarów w PRL.
Wyprowadzanie produkcji w odległe rejony świata sprzyja podróbkom, a właściwie rozmywa ich definicję. Plaga podróbek markowych towarów powoduje straty właścicieli znaków firmowych, szacowane na dziesiątki milionów dolarów. Ale czy jest podróbką jakaś partia towaru wyprodukowana ponad wyznaczony limit w tej samej fabryce, z której wysyłany jest produkt markowy? Ktoś inny więcej zarabia, ale z punktu widzenia klienta nie ma żadnej różnicy. Wiadomo tylko: Made in China.
Powinnam się przyzwyczaić do wranglerów z Turcji albo wilczej łapy, która przywędrowała nie z Alaski, lecz z Szanghaju. Jednak byłam rozczarowana, kiedy na koszulce z chińskiego klasztoru, gdzie kultywowane są sztuki walki, siostrzeniec odkrył – Made in Poland. W przedmiotach materialnych, nie tylko w kulturze, szukamy czegoś autentycznego. Dlatego moją ulubioną marką jest „Kucharowa jeans”. Brzmi światowo i swojsko, świetnie wygląda i dobrze się pierze.
Nie jestem wyjątkiem. Wszyscy szukają żywności naturalnej, wytworzonej bez chemii według starych receptur, pachnącej, ale nie estrami, czyli „aromatami identycznymi z naturalnymi”. Producenci to wiedzą i im bardziej nas oszukują, tym lepsze mają pomysły na nazwy – majonez babuni, chleb pasterski, wędzonka z komina, szynka wiejska. Dobrze mieć w domu kota i na nim testować produkty mleczne i mięsne. Bez obaw, kot się nie otruje, po prostu nie zje żadnego świństwa.
Preparowaną żywność łatwiej porównać z oryginalną niż film zmasakrowany przez telewizję. Trzeba wyjątkowego zbiegu okoliczności, aby odkryć oszustwo. Na ogół powtórkę w telewizji ogląda się po wielu latach od premiery w kinie, a wówczas pojawiają się wątpliwości. Film jest jakiś inny, ale może na dużym ekranie, w sali kinowej i bez reklam odbieraliśmy go inaczej? A może pamięć wmontowała fragmenty innych filmów tego samego reżysera, że coś nam nie pasuje? Pierwszym filmem, w którym odkryliśmy nożyczki cenzora był „Dzień Niepodległości”. W tej superprodukcji wycięto kilka niepoprawnych fragmentów, np. o krótkofalowcach. Trzeba było usunąć oszołomów, dinozaurów posługujących się przestarzałą techniką z udziału w ratowaniu świata. W Święta z nudów jeszcze raz obejrzeliśmy „Rancho”, a raczej jego zwulgaryzowaną wersję, niepodobną ani do serialu, ani do filmu pod takim tytułem. Prawdziwym skandalem było wykastrowanie znakomitego filmu Woody Allena „Przejrzeć Harry’ego” przez szacowną stację TVP Kultura. Te podróbki puszczane są z zimną krwią bez żadnego ostrzeżenia, że to wersja dla prymitywnych półgłówków.
Dlaczego artyści-twórcy nie protestują? Może boją się, że widzowie o nich zapomną? W Święta próbowaliśmy też oglądać programy rozrywkowe. Nie da się. Nawet autentyczni artyści próbują małpować celebrytów, pretensjonalne wydmuszki show-biznesu.
Natomiast politycy ścigają się w rankingu naturalności. Tym zajmują się media i komentatorzy polityczni. Orędzie Prezydenta było sztuczne, ponieważ trzymał ręce na stole. A gdzie miał trzymać? Pod stołem? Najwyżej oceniany jest taki polityk, który potrafi ze szczerym uśmiechem i szczerym oburzeniem kłamać i oszukiwać. Gdyby miał jakieś skrupuły, był spięty i zażenowany, media to wychwycą, wyborcy wyczują i słupki poparcia spadną. To już nie są politycy-wydmuszki, to coś znacznie groźniejszego.
Może w czasie kryzysu nie powinnam zajmować się takimi błahostkami, jak podróbki filmowe. Ale kryzys też jest wynikiem podróbek finansowych, a oszustwa w sferze materialnej powinny być uwzględniane w rachunkach ekonomistów. Na początek proponuję przy obliczaniu inflacji przeczytać na kartonikach soków owocowych – „Teraz aż 25% owocu”. Reszta to woda i regulatory kwasowości, słodkości i zapachu. Obliczanie, ile jest soku w soku i mięsa w szynce nie jest zbyt skomplikowane i proszę to robić.
A biednym, którzy w zimie cierpią szczególnie, przekazuję życzenia od naszego znajomego. Byle do Wiosny… Ludów.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 19 stycznia 2010 | Felietony - Remigiusz Okraska
Jest taki wyświechtany argument, którym różni mądrale walą niczym cepem w środowiska krytykujące realia liberalizmu gospodarczego. Przekonują oni, iż jeśli negatywnie oceniasz nierówności społeczne i to, że część ludzi trafia na margines, to powinieneś zakasać rękawy i rozdawać im zupę lub ziemniaki, najlepiej w upadłym PGR-ze, „złej dzielnicy” albo pipidówce, gdzie diabeł mówi dobranoc. A jeśli owej zupy nie rozdajesz, to jesteś niewiarygodny – jesteś salonowym paniczem, który werbalną troską o biednych podbudowuje swoje ego, kreuje się tanim kosztem na osobę szlachetną lub po prostu wykorzystuje czyjeś złe położenie do polepszenia położenia własnego.
Warto się zająć tego rodzaju opowiastkami. Dobrą okazją ku temu jest tekst, który Rafał Ziemkiewicz poświęcił niedawno „Krytyce Politycznej”. Okazja jest dobra dlatego, że ów tekst stanowi modelowy wręcz przykład takiego moralizatorstwa, a jednocześnie obiektem krytyki stało się w nim środowisko, dla którego nie mam za grosz sympatii. Ziemkiewicz ma oczywiście rację – choć doprawdy długo dochodził do tak oczywistych wniosków – że KP to grupka karierowiczów, wylansowana przez establishment i z nim tożsama (ja bym dodał: klasowo), nieszkodliwa w żadnej mierze dla oligarchii biznesowo-polityczno-medialnej i dlatego tak chętnie przez nią promowana.
Gdzie jak gdzie, ale w Polsce, czyli kraju, w którym „lewica laicka” w kluczowym momencie wypięła się na „lud” i gładko przeszła od Komitetu Obrony Robotników do Komitetu Poparcia Balcerowicza, tego rodzaju towarzystwo należy traktować skrajnie podejrzliwie. Zwłaszcza gdy za swojego mistrza uznaje ono Kuronia – czyli swoisty metr z Sèvres w kwestii tego, jak zdradzić prospołeczne ideały – i bierze honoraria m.in. z Agora S.A.
Nie trzeba też szczególnej przenikliwości, żeby lewicowość czy choćby prospołeczność KP traktować co najmniej z dystansem. Ogólnikowe i rzadkie działania, analizy i stanowiska w sprawach socjalno-ekonomicznych giną w przypadku tego środowiska w morzu wywodów o feminizmie, sztuce nowoczesnej, legalizacji narkotyków, seksualności itp. Zresztą nawet i te kwestie kulturowe traktowane są z pozycji bliższych liberalnemu standardowi niż refleksji stricte lewicowej, o czym wie każdy, kto zetknął się z fachowymi feministycznymi analizami sytuacji zawodowej kobiet czy z opisami problemu nieopłacanej pracy w gospodarstwach domowych.
Również metody tego środowiska, oparte na próbach „zmiany dyskursu” (za pomocą udziału w tzw. debacie publicznej, czyli podlizywania się wielkim mediom) i „marszu przez instytucje”, nie mają wiele wspólnego – nawet gdyby były na krótką metę skuteczne – z ideałami lewicowymi. Bardzo przypominają natomiast, jak kiedyś trafnie zauważył Andrzej Smosarski, poczynania Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego i konserwatywną wizję, w ramach której oświecone elity odgórnie „zmieniają świat na plus”, a lud może sobie co najwyżej posłuchać gadających głów.
Nie zmienia to faktu, że krytyka autorstwa Ziemkiewicza jest niewiele warta. Mniejsza już o kwestie oczywiste, czyli groteskowość sytuacji, w której osoba o poglądach skrajnie liberalnych gospodarczo zarzuca Sierakowskiemu i spółce, że za słabo krytykują Balcerowicza. Kluczowe w tekście Ziemkiewicza są zarzuty zupełnie innego rodzaju – i są to zarzuty, które pod adresem KP formułują nierzadko, choć w nie tak skrajnej formie, również niektóre środowiska lewicowe czy prospołeczne. Ziemkiewicz pisze: Nowa lewica, choć bierze sobie za patrona Jacka Kuronia, jakoś nie próbuje robić tego, na czym Kuroń strawił życie − zbierać sygnały o krzywdach wyrządzanych prostym ludziom przez lokalnych kacyków, amoralny w swej chciwości biznes czy innych wielmożów, zwykle zawdzięczających siłę i bezkarność zblatowaniu z władzą, i interweniować, a choćby wspierać pokrzywdzonych moralnie. /…/ Ludzie, z których żaden nie umiałby odróżnić młotka od hebla, wyżywają się w wielogodzinnych dyskusjach o problemach klasy robotniczej /…/.
Oczywiście jest w tym opisie sporo racji w odniesieniu do konkretnego środowiska. Aczkolwiek jest też fałsz, bo KP można zarzucić wiele, ale nie to, że kiedykolwiek pozowała na lewicę „proletariacką” – stąd też wywody o „młotku i heblu” są chybione. Ale w całej sprawie jest coś ważniejszego. Otóż „ulubioną lewicą prawicy” byłaby taka, która „strawiłaby życie” na „zbieraniu sygnałów o krzywdach”, „interweniowaniu” czy udzielaniu „wsparcia moralnego”. Myślę, że szczególnie to ostatnie ucieszyłoby liberalną prawicę – wszak od moralnego wspierania nie zmienia się absolutnie nic w wymiarze ponadjednostkowym. Lewica miałaby w tym scenariuszu pełnić rolę stanowiącą syntezę postaw księdza-spowiednika, filantropa i psychologa. Wysłuchać, pocieszyć, czasem nakarmić lub kupić dziecku wyprawkę do szkoły, w najlepszym razie napisać skargę do urzędnika gminnego. W ten sposób byłaby ponoć nie tylko skuteczna, ale także moralnie „czysta”, no i po wizytach w kilku PGR-ach czy robotniczych dzielnicach potrafiłaby już odróżnić młotek od hebla. A młotkiem, jak wiemy, skutecznie rozwiązuje się problemy socjalne.
Jest w tych „dobrych radach” Ziemkiewicza oczywisty fałsz dotyczący nie tylko tego, jak działać. Gdyby ich autor i podobni krytykanci „kawiorowej lewicowości” rzeczywiście cenili lewicę zajmującą się konkretnymi inicjatywami, to zamiast promować Sierakowskiego i spółkę oraz zaliczać kolejne „debaty” z nimi, doceniliby środowiska zajmujące się właśnie czymś takim. A byłoby o czym pisać nawet w kraju tak mizernej aktywności społecznej, jak Polska. W 5 minut można w erze Internetu znaleźć informacje i namiary na Lewicową Alternatywę i jej sprawne działania w obronie lokatorów reprywatyzowanych kamienic. Albo związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, którego członkowie notorycznie tracą zatrudnienie za nieustępliwą walkę o prawa pracowników najemnych. Albo Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej, która skutecznie blokuje eksmisje biedaków na bruk.
Starczyłoby tego na sporo reportaży, felietonów, wywiadów i tekstów interwencyjnych. A jednak ci sami prawicowo-liberalni publicyści, którzy KP zarzucają „oderwanie od rzeczywistości”, nie tylko przemilczają, ale nierzadko wściekle atakują lewicę „prawdziwą”, traktując ją jako „demagogów”, „populistów”, „zadymiarzy” itd. Ile razy „Rzeczpospolita” użyczyła swoich łamów Sierakowskiemu czy Gduli, żeby mogli „zmieniać dyskurs”, czyli ględzić o niczym, a ile razy na jej łamach pojawili się Agata Nosal, Jarosław Urbański czy Piotr Ciszewski, żeby fachowo i konkretnie zaprezentować problemy pracowników, lokatorów, bezdomnych, bezrobotnych itd.?
Nie to jest jednak sednem sprawy. Otóż lewica powinna „być z ludem”, powinna organizować społeczeństwo do obrony swoich praw, powinna wspierać tych, którzy walczą z niesprawiedliwością i wyzyskiem. Ale powinna też pamiętać, że choć pomoc Iksińskiemu jest szlachetna i ważna, to Iksińskich jest zbyt dużo, aby można było im wszystkim pomóc samymi działaniami oddolnymi i interwencyjnymi. Zresztą lewica – ale nie tylko ona, również zachodnia chadecja czy „prawica socjalna” – to zazwyczaj doskonale wie, natomiast niekoniecznie wiedzą czytelnicy wywodów Ziemkiewicza. Im właśnie trzeba tłumaczyć, że skuteczna polityka prospołeczna nie polega na naśladowaniu Caritasu i Owsiaka. Wręcz przeciwnie – polega na tym, że w skali państwa podjęte zostaną decyzje i wdrożone mechanizmy, które sprawią, iż Caritas będzie potrzebny nie do zbiórki środków na dożywianie ubogich, lecz co najwyżej do zafundowania im jakiejś atrakcji, zaś od działań Owsiaka nie będą zależały szanse na przeżycie w szpitalu, lecz dostawy słodyczy czy maskotek dla chorych maluchów.
Oczywiście liberalna prawica chętnie widziałaby lewicę w roli frajerów, którzy swoim wysiłkiem łatają dziury powstałe wskutek demontażu funkcji państwa – i nie robią nic więcej, bo nie starcza im czasu i sił. W ten kanał dały się już wpuścić organizacje pozarządowe. Państwo nie prowadzi polityki mieszkaniowej, za to fundacje prowadzą schroniska dla bezdomnych. Państwo nie egzekwuje zapisów Kodeksu pracy – kary za jego łamanie są żenująco niskie – za to rzuca ochłapy na różnego rodzaju „doradztwa” i „telefony zaufania”. Państwo tnie wydatki na oświatę na prowincji, ale łaskawie przyznaje dotacje stowarzyszeniom prowadzącym tamże szkoły uratowane przed likwidacją. Państwo oferuje skrajnie niskie i uznaniowe zasiłki rodzinne, za to w swej dobroci użyczy czasu antenowego w publicznej telewizji, żeby przeprowadzić esemesową zbiórkę na zakup podręczników dla ubogich dzieci.
Część lewicy daje się różnym „Wujkom Dobra Rada” wkręcić w schemat „albo – albo”. Wedle tej wizji, „prawdziwym lewicowcem” jest tylko ktoś, kto nie dosypia, nie dojada, nie myśli i nie posiada życia prywatnego, natomiast nieustannie „działa” i „walczy”. Bez wątpienia personalne zaangażowanie jest ważne w wymiarze społecznym, stanowi też swego rodzaju sprawdzian moralny. Jednak nadużywanie takich argumentów jest – jak każda przesada – niemądre. Po pierwsze, należy nie tylko działać, ale i myśleć. Wyśmiewane „kawiarniane rozmowy”, gdy zachowa się w nich umiar, nie tylko nie szkodzą, lecz pomagają. Bez nich działa się na oślep, co skutkuje brakiem efektów, a to z kolei – frustracją i wypaleniem. Po drugie, nie każdy nadaje się do roli działacza i nie samo działanie tworzy rzeczywistość. Śmieszne byłyby zarzuty pod adresem np. Edwarda Abramowskiego, że raczej „gadał” i pisał niż poniewierał się po fabrykach i dzielnicach robotniczych, skoro jego teksty propagujące socjalizm czy spółdzielczość dały efekty znacznie większe niż niejedno „praktyczne zaangażowanie”. Po trzecie, jakkolwiek dla lewicy praxis zawsze było sednem sprawy, należy się mocno zastanowić, o jakiego rodzaju aktywność chodzi. Czy bardziej ulepszymy rzeczywistość – zwłaszcza dysponując niewielkimi siłami i środkami – działając jak straż pożarna, czy może próbując stworzyć zręby powszechnych ubezpieczeń od zaprószenia ognia?
Po czwarte i najważniejsze, trwałe przemiany społeczne zachodzą wtedy, gdy dokonują się jednocześnie na wielu frontach. Potrzeba nam oddolnych działaczy, ale również popularyzatorów, artystów i myślicieli. Potrzeba nam lokalnych stowarzyszeń, instytucji samopomocowych, związków zawodowych, lecz także porządnych czasopism i seminariów naukowych. Musimy umieć zorganizować pracowników w związek zawodowy i obronić lokatorów przed eksmisją, ale także napisać dobrą książkę o przemianach tzw. rynku pracy i jeszcze lepszą ustawę o ochronie lokatorów.
Krytykować powinniśmy nie „brak działania” czy „gadaninę”, lecz taki rodzaj teorii i krytyki, które ślizgają się po powierzchni problemu, nie łączą z dystansem wobec krytykowanych zjawisk i środowisk lub kierują nasze zainteresowanie na kwestie marginalne. „Krytyka Polityczna” nie dlatego jest lewicą wątpliwą, że debatuje, wydaje książki i prowadzi knajpę zamiast „interweniować” i „wspierać moralnie”. Jest takową, bo kultowi Kuronia, honorariom z Agora S.A., indywidualnym karierom i fiksacji na punkcie „mniejszości” towarzyszy w jej działaniach rzadka, ogólnikowa i strachliwa krytyka współczesnego kapitalizmu i generowanych przezeń problemów. O projektach zmian nie wspominając, bo środowisko, które podobno jest „nadzieją lewicy” i „trustem mózgów”, nie zaproponowało nawet takich analiz systemowych, jakie można znaleźć w dorobku wielu znacznie mniejszych, uboższych i słabszych intelektualnie grup szeroko pojętej polskiej lewicy.
Potrzebujemy zmian całościowych – sprawnego systemu polityki społecznej, porządnej ustawowej ochrony pracowników, prospołecznego systemu podatkowego, interwencjonizmu gospodarczego, egalitarnych instytucji i szeroko zakrojonego programu wyrównywania szans. Nie potrzeba nam ani naśladowania Armii Zbawienia, ani modnej i niezobowiązującej zabawy w salonową „wrażliwość społeczną”. No i oczywiście doradców w rodzaju Ziemkiewicza też nie. Nawet z młotkiem w dłoni.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 21 grudnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Glany miały metkę i można się było w nich przeglądać. Cieszyłem się jak dziecko. Pastowałem je, chuchałem i dmuchałem, żeby pomimo upływu czasu wyglądały jak najlepiej. Niestety, skóra dość szybko popękała, podeszwy też niezbyt dobrze znosiły kontakt z ziemią naszą ojczystą. Trzeba było się z nimi z żalem pożegnać.
Później nie było mnie stać na Martensy, a że glany jako takie są jak mercedes wśród butów, to poszedłem na nowohucki TOMEX, gdzie za znacznie niższą cenę kupiłem parę. Sprzedawczyni zapewniała, że z pewnością długo w nich pochodzę. „Gadaj zdrowa, już ja swoje wiem – pomyślałem. – Skoro Martensy rozłaziłem w półtora roku, to tym bardziej te nieboraki”. To było siedem, może osiem lat temu.
18 grudnia 2009 roku, gdy temperatura w Krakowie spadła poniżej minus 10 stopni Celsjusza, wciągnąłem stare glany i ruszyłem na miasto, po wyboistych chodnikach, piachu, śnieżku i lodzie (jaka pyszna sanna, pada, pada śnieg, a zima zaskoczyła drogowców i chodnikowców). Szedłem pewnie w moich starych, wysłużonych, rzadko pastowanych glanach, z jednym czubkiem lekko zdartym na kamieniach, ale twardą, wytrzymałą podeszwą. Tu wyznanie intymne: lubię swoje stare glany i cieszy mnie fakt, że choć z TOMEX-u, nieometkowane, czyli bez rodowodu jak kundel-znajda, to służą mi dobrze. Wygodne i przyjazne stopom utrzymującym 90 kilogramów żywej wagi.
Bo co tu dużo mówić: te glany niejedno wraz ze mną przeszły, a bywało, że same prowadziły, gdy nadużyłem… I jeśli są takie rzeczy, które można traktować jak starych domowników, to te glany z pewnością do nich należą.
Skąd te glany za temat felietonu, gdy tyle ważnych, ogólnoświatowych, a przynajmniej ogólnopolskich zagadnień? Skąd buciory jako temat, gdy Święta, Sylwester, Nowy, jeszcze wspanialszy Rok w III Rzeczpospolitej? Co to za muza dziwaczna, dwa stare buty?
Chyba właśnie z przekory. Że Nowy Rok, że wszystko musi być nowe, że chorujemy na kult nowości, nowych, jeszcze lepszych formuł proszków do prania i papieru do… owijania*. No i rzecz jasna newsów. Nowi i młodzi, czyli kobiety bez zmarszczek, metroseksualni mężczyźni, pospołu drżący przed siwym włosem na skroni. Nowe, lepsze rzeczy nie tylko jako oznaka statusu czy prestiżu, ale miernik ludzkiej wartości. Starość i staroć, czyli wstyd i obciach. Młodzi, młodziutcy, głupiutcy, z buźkami, jakby wszystkie rozumy pojedli. I dorośli ludzie, podlizujący się tym młokosom. Medialny kult nowinek. Nowinkarstwo jako szacowna szkoła myślenia. Szybciej, więcej, głupiej. To się z pewnością sprzeda. A jak coś zostanie, to niepotrzebne gadżety przerobi się na złom i szybko przetworzy w coś nowego. Najnowszego. Jeszcze szybciej, jak się da jeszcze więcej, niewykluczone, że znacznie głupiej.
Cóż, jak powiada poeta, nieżyjący, więc gorzej niż stary, a do tego – co jeszcze gorsza – niemodny: „Temu światu ja się nie poddam, temu światu ja krzyknę: nie!”. Stąd ten felieton o starych glanach pisany w starych kapciach, choć na stosunkowo nowym sprzęcie…
* Papier do owijania (w bawełnę) to oczywiście poczciwa, wielkonakładowa gazeta.
przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 21 grudnia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Po wyroku Trybunału w Strasburgu wojujący ateiści będą zdejmować i rozwalać krzyże, katolicy bronić. Doskonałe zajęcie na czas kryzysu. Normalizacja też mi się ostatnio źle kojarzy. Normalizacja w Iraku i Afganistanie nastąpi wówczas, gdy mieszkańcy przestaną uważać współpracę z władzą za kolaborację. Kiedy w PRL sytuacja się znormalizowała, na uroczystościach ubecy i akowcy zasiadali ramię w ramię za stołem prezydialnym. Wszyscy byli bohaterami, członkami ZBOWiD-u. Dlatego z reguły nie uczestniczę w kombatanckich zjazdach z okazji sierpniowych, teraz grudniowych rocznic. Do żadnego ZBOWiD-u się nie zapiszę.
Tolerancja, normalizacja, komputeryzacja, informatyzacja, elektryfikacja, industrializacja… niepotrzebne skreślić. W epoce postindustrialnej przemysł jest niepotrzebny, prawie go nie ma, przynajmniej w Polsce. Ale ja w to nie wierzę, gdzieś musi być, bo półki w sklepach uginają się od towaru, a nawet musi być go więcej, ponieważ opanował rolnictwo. Przemysłu nie widać, bo nie pracują w nim ludzie, lecz maszyny; automaty i roboty. Z globalnej statystyki wynika, że nadzorowane są przez Azjatów, głównie Chińczyków. Biali ludzie utrzymują się z handlu i wzajemnych usług. Roboty nie potrzebują ani fryzjera, ani sklepu, ani biura podróży, a Chińczycy daleko. Teoretycznie nie widać tu źródeł finansowania, ale praktycznie rozwiązano to w ten sposób, że pieniądz robi pieniądz. Można też nieźle żyć ze świadczenia usług finansowych. I tak to się kręci, chociaż coraz wolniej, bo marketing i reklamy nie są skuteczne, gdy klienci tracą pracę i pieniądze.
Elektryfikacja to już komunistyczny relikt. Rozwój technologii bezprzewodowej pozwala nawet w Afryce założyć konto w banku. Proszę zajrzeć na s. 388 książki Grzegorza Kołodki „Wędrujący świat”. Tak pokonuje się bariery rozwoju. Ale jak „bezprzewodowe” pieniądze zmaterializować w gotówkę albo towar bez dróg i kolei? Może zrzutami z samolotu? Przypomniał mi się kawał. Prelegent obiecuje: „Po pierwszej pięciolatce każdy będzie miał rower, potem motocykl, samochód, samolot, odrzutowiec”. Pada pytanie: „A po co odrzutowiec?”. Prelegent nie wie, ale ktoś z sali spieszy z pomocą: Wot durak! Dowiesz się, że we Władywostoku cukier dają i jeszcze po ostatnie kilo zdążysz”.
Kiedy w Polsce marzeniem inżyniera było fajne liczydełko Packarda, już zza oceanu dotarło ostrzeżenie. „Przed skomputeryzowaniem trzeba zaprowadzić idealny porządek. W przeciwnym razie komputer przyspieszy krążenie bałaganu”. W Polsce nikt w to nie wierzy do dzisiaj, chociaż komputeryzacja systemu ubezpieczeń pogrążyła ZUS w chaosie na kilka lat. Komputer to niezwykle sprawne i użyteczne narzędzie, ale tylko narzędzie. Wiara, że komputer, Internet, globalna sieć rozwiążą wszystkie problemy współczesnego świata, należy do najważniejszych postępowych dogmatów.
Internet pozwala szybko komunikować się i dotrzeć do różnych źródeł informacji, łamie cenzurę i autocenzurę głównych mediów. Szybciej i sprawniej pełni rolę wydawnictw bezdebitowych i Radia Wolna Europa. Jednak łatwość przesłania komunikatu spowodowała, że zanikają inne sposoby kontaktowania się – przez telefon, pocztą papierową, kolportażem ulicznym, na bezpośrednich spotkaniach towarzyskich i publicznych. Ważne informacje, nieprawomyślne idee nie wydostają się poza sieć, chyba że podchwyci je prasa lub telewizja. Większość internautów odwiedza tylko swoje ulubione strony i słynne surfowanie dla zapoznania się z różnymi poglądami można między bajki włożyć. Internet otworzył nieznane dotychczas możliwości. Uczeń nie musi już pisać wypracowania, nawet nie musi go czytać. Poskleja różne, mniej więcej pasujące do tematu kawałki, a nauczyciel nie może protestować. Uczeń się napracował, ściągnął z Internetu to, co mu było potrzebne, a zatem jest dobrze przygotowany do życia i pracy zawodowej, chociaż nie rozumie nawet znaczenia słów ze „swojej” pracy.
G. Kołodko pokłada w Internecie wielkie nadzieje. „Globalna sieć – niekontrolowana przez rządy, partie i kapitał – wymuszać będzie na skalę planetarną reakcje polityki i biznesu na podobieństwo ubiegłowiecznych reakcji w skali narodowej na nacisk zrewoltowanych mas”. Wydaje się to możliwe, ponieważ w wirtualnym świecie nie czuje się ograniczeń. Można mieć bez liku przyjaciół i wrogów, można wysłać komunikat w stylu „a ja to wszystko pier…” – po którym człowiek czuje się lepiej, hodować zwierzątko, pozabijać staruszków, zdobyć sławę, władzę, nawet pieniądze. Niektórzy już przenieśli się do wirtualnych państw. Można pozabijać prezesów korporacji, ale jest to teoretyczna możliwość, ponieważ przy pierwszych oznakach zagrożenia instytucjonalni hackerzy wywołają w sieci chaos i awarie. Dezintegracja, podstawowa technika służb specjalnych, w sieci jest dziecinnie łatwa.
Gdyby wirtualna rewolucja się udała, to przeniesienie jej do świata rzeczywistego nie jest łatwe. Żeby wybić choć jedną szybę w banku, trzeba oderwać się od Internetu, wyjść na ulicę, a tam żadnych informacji (maszerować z netbookiem niewygodnie) i niebezpiecznie, pełno obcych ludzi. Swoich trudno rozpoznać, ściągnąć ich się nie da, ponieważ po naszych e-mailach policja aresztuje ich zanim wyjdą z domu.
Cenzura polityczna już ostrzy zęby na Internet. Internauci protestują i mogą liczyć na społeczne poparcie. Ale rewolucji cenzura Internetu nie wywoła. Cud może się zdarzyć tylko w realu. Czesi liczą, że rewolucję spowoduje brak piwa. Rewolucja bolszewicka zaczęła się na Potiomkinie, ponieważ w mięsie były robaki. Ale marynarze mieli do dyspozycji pancernik, a internauta może jedynie rzucić myszą bezprzewodową.
Globalna sieć zastąpi „nacisk zrewoltowanych mas”, jak przewiduje Kołodko. Natomiast wątpię, czy „wymuszać będzie na skalę planetarną reakcje polityki i biznesu”.