przez Piotr Wójcik | czwartek 29 listopada 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
W każdym sklepie widzimy towary opatrzone cenami. Nie jest to dla nas niczym dziwnym, w konsternację wprawiałby natomiast brak cen – jak to, wystawiacie towar bez ceny, czy on jest za darmo? W gospodarce rynkowej, która według teorii powinna bazować na przejrzystej konkurencji, oczekujemy, że towar będzie dobrze opisany i opatrzony ceną, żebyśmy przypadkiem nie kupili kota w worku. Oczywiście często i tak kupujemy, bo etykiety niejednokrotnie wprowadzają w błąd, a też nikt nie ma w głowie kalkulatora i wszystkich informacji, żeby przeanalizować na poczekaniu, czy produkt jest rzeczywiście wart swej ceny. No ale przynajmniej w przypadku kupowanych dóbr, rzadziej już usług, konsumenci mają zapewniony elementarny dostęp do informacji. Jakimś dziwnym trafem reguły te w ogóle nie dotyczą jednak pracy.
Dzieje się tak, choć przecież w obecnym modelu gospodarczym naszą pracę również sprzedajemy na rynku, który nieprzypadkowo zresztą nazywany jest rynkiem pracy. O nie, zarobki na poszczególnych stanowiskach czy też płace konkretnych osób to w Polsce niezwykle chroniona tajemnica. Zapytanie kogoś spoza bliskiego kręgu znajomych o zarobki to grube faux pas, a ktoś domagający się jawności płac w firmie jest uważany za socjalistycznego wichrzyciela. W dodatku pełnego zawiści, bo chce zaglądać innym do portfela.
Zarobki ściśle tajne
Nad Wisłą psychoza prywatności i przeświadczenia, że zarobki to osobista sprawa każdego z nas, posunięte są do absurdalnych rozmiarów. W wielu firmach rozmawianie o zarobkach jest niedozwolone. W urzędzie, w którym pracowałem przez kilka lat, niemile widziane było rozmawianie o wysokości nagród uznaniowych – działo się to w administracji publicznej, w której wszystko powinno być maksymalnie transparentne. W niedawnej rozmowie radiowej niesławny prezes LOT Milczarski stwierdził, że nie poda swoich zarobków w 2016 r., bo to sprawa poufna między nim a firmą. Prezes spółki Skarbu Państwa, a więc należącej do nas wszystkich, nie chciał poinformować właścicieli firmy, w której pracuje, ile zarabia.
Znalezienie oferty pracy, w której oprócz obowiązków i wymagań jest wskazane również wynagrodzenie, to doprawdy święto. Wynagrodzenia nie podaje nawet wiele urzędów i jednostek budżetowych ogłaszających konkursy o pracę. Wysokość zarobków w Polsce owiana jest nimbem tajemnicy chronionej niczym informacje wrażliwe, takie jak dolegliwości, na jakie cierpi pacjent, zawarte w karcie choroby. W naszym kraju łatwiej wyciągnąć od kogoś PESEL albo numer rachunku bankowego, niż poznać kwotę jego dochodów.
Tymczasem kwestia zarobków to wcale nie jest sprawa osobista. Zarobki poszczególnych pracowników to sposób podziału przychodów trafiających do firmy. Jeśli ktoś zarabia nieproporcjonalnie dużo, to siłą rzeczy pozostaje mniej środków mniej na wynagrodzenie tych pod nim na drabinie płac. Wynagrodzenia to więc sprawa, która dotyczy co najmniej wszystkich w firmie. Ale to też sprawa publiczna i nie mówię tu tylko o sektorze publicznym, gdzie zarobki są w części regulowane, a dochody kierowników i stanowisk wyższych są jawne dzięki zeznaniom majątkowym. To sprawa publiczna, ponieważ sprawiedliwość jest kwestią publiczną. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, czy firmy funkcjonujące na rynku i oferujące swoje dobra lub usługi obywatelom, traktują sprawiedliwie pracowników. Na tej podstawie łatwiej nam podejmować decyzje konsumenckie. Obywatele mają też prawo wiedzieć, jakie zawody są szczególnie wysoko wynagradzane, a jakie wręcz przeciwnie, by móc to oceniać i wywierać nacisk np. na regulatorów. Rynek jest mechanizmem wyjątkowo sprawnym, ale na pewno nie jest sprawiedliwy. Aby móc oceniać werdykty rynku z punktu widzenia sprawiedliwości, musimy mieć pełny dostęp do informacji. A nie ma żadnego powodu, by rynek był świętą krową, której nie możemy oceniać z punktu widzenia sprawiedliwości, skoro oceniamy z tej perspektywy wszelkie inne obszary życia.
Przejrzyście jak w Norwegii
Dlatego należy wprowadzić w Polsce jawność płac, przynajmniej w jakimś zakresie. Generalnie można powiedzieć, że są dwa główne modele zapewnienia transparentności wynagrodzeń – niemiecki i norweski. Niemcy wprowadzili we wszystkich firmach zatrudniających od 200 wzwyż ograniczoną jawność płac wśród pracowników. Ma to zapobiec dyskryminacji ze względu na płeć. Oznacza to mniej więcej tyle, że każdy zatrudniony w firmie może złożyć wniosek o informację, ile przeciętnie zarabiają pracownicy odmiennej płci na tych samych stanowiskach. Jak widać, jest to mechanizm o bardzo ograniczonym działaniu. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by Polacy poszli dalej niż zachowawczy Niemcy i wprowadzili pełną jawność płac na poziomie zakładów pracy. Każdy pracownik firmy mógłbym wnioskować o informację o zarobkach dowolnego kolegi lub koleżanki z pracy. Byłoby to obowiązkowe w każdej firmie, nie tylko w tych dużych. Żeby kadry w wielkich przedsiębiorstwach nie zamieniły się w biura informacji płacowej, można by to ograniczyć – np. każdy pracownik miałby prawo do jednej takiej informacji na kwartał.
Dalej idącym, ale za to dużo prostszym rozwiązaniem, byłoby udostępnianie każdemu pracownikowi firmy listy płac w porządku alfabetycznym, z wymienionym obok stanowiskiem. Każdy zainteresowany mógłby podejść do kadr, wziąć odpowiedni segregator i rzucić okiem na to, ile zarabia interesujący go współpracownik. Banalnie proste i niewymagające wprowadzania biurokratycznej procedury.
O wiele bardziej zaawansowany jest model norweski. Tam jawność płac ma długą tradycję – już w XIX wieku każdy obywatel mógł się udać do urzędu skarbowego, by zdobyć informacje o dochodach innego rodaka. Obecnie wszystko odbywa się elektronicznie – w październiku udostępniane są informacje z zeznań podatkowych wszystkich obywateli za rok poprzedni. Każdy może więc sprawdzić przez stronę internetową dochody interesującej go osoby. Funkcja ta cieszyła się tak ogromną popularnością – dziennie bywało nawet kilkadziesiąt tysięcy wejść – że Norwedzy zmodyfikowali nieco tę funkcjonalność. Obecnie sprawdzany obywatel dostaje informacje, kto wyszukiwał jego dochody w bazie. Dzięki temu na serwerach norweskiej skarbówki nieco się uspokoiło. Trzeba pamiętać, że wprowadzenie takiego obostrzenia w Polsce i Norwegii mogłoby przynieść inne rezultaty. W Norwegii jawność ma długą tradycję i nikogo nie dziwi sprawdzanie dochodów innych obywateli. W Polsce sprawdzani mieliby zapewne niekończący się ciąg pretensji do osób ze środowiska, które „zaglądają im do portfela”. Choć z drugiej strony, po jakimś czasie ludzie przyzwyczailiby się i sprawa by spowszedniała.
Pytanie jednak, czy wprowadzenie modelu norweskiego do zafiksowanej na prywatności Polsce nie byłoby zbyt dużą rewolucją. W końcu w Norwegii kultura transparentności kształtowała się przez lata. Dlatego na początek chyba lepiej byłoby wprowadzić jawność płac na poziomie firmy – żeby Sarmaci znad Wisły nie poczuli się zanadto osaczeni. Na eksperymenty w nordyckim stylu przyszedłby czas później, gdy wynagrodzenia przestałyby być już tajemnicą pieczołowicie strzeżoną nawet wobec koleżanki z sąsiedniego biurka.
Jawność uzdrawia atmosferę
Co dałaby jawność zarobków? Przede wszystkim wprowadziłaby większą sprawiedliwość. Ograniczyłaby sytuacje, w których na tym samym stanowisku druga osoba zarabia więcej tylko dlatego, że ma lepsze dojścia do kierownictwa lub posiada większe umiejętności negocjacyjne. O różnicach w zarobkach pomiędzy osobami na konkretnym stanowisku powinny decydować wyłącznie transparentne kryteria, takie jak staż pracy oraz realne efekty. Dzięki jawności płac osoby, które czują się pokrzywdzone w swoim miejscu pracy, mogłyby się udać do kierownictwa z żądaniem podwyżki lub przynajmniej uzasadnienia różnic.
Mówi się, że jawność płac spowodowałaby napięcia w firmie. Jest zupełnie odwrotnie, to niejawność wprowadza niezdrową atmosferę, ludzie plotkują między sobą, kreują różne teorie spiskowe o zarobkach innych. W sytuacji jawności płac i przejrzystych reguł wynagradzania wszystkie karty byłyby na stole, nikt nie musiałby się domyślać, czy przypadkiem kolega z pokoju obok w nieuzasadniony sposób nie zarabia więcej. Każdy wiedziałby też, co musi zrobić, żeby podnieść swoje wynagrodzenie. Zamiast więc marnotrawić czas na plotki i zasięganie języka, mógłby się skupić na lepszej pracy. Jawność płac uzdrowiłaby sytuację w niejednej firmie i podniosła jej produktywność.
Powszechność płac na poziomie całego kraju dałaby rzeszom pracowników dostęp do informacji niezbędnych do walki z wyzyskiem. Pracodawcy mało płacący pracownikom często tłumaczą się w ten sposób, że sytuacja w branży jest trudna i muszą tyle płacić, bo inaczej splajtują. Dzięki jawności płac pracownicy wiedzieliby, czy konkurencja również płaci podobnie, czy jednak to w ich firmie panuje wyzysk. Dzięki temu mogliby naciskać na zarządy, by podnosiły płace do średniego poziomu w branży lub „głosowali nogami”, zmieniając pracę. Tak więc jawność nie tylko wzmocniłaby pozycję negocjacyjna pracowników, ale też spłaszczyłaby wynagrodzenia w kraju, a więc obniżyła nierówności ekonomiczne.
Plan minimum
W kraju tak zafiksowanym na prywatności, jak Polska, niezwykle ciężko byłoby wprowadzić powszechną jawność zarobków. Nawet wobec postulatu jawności płac na poziomie przedsiębiorstwa zapewne zawiązałaby się koalicja oponentów złożonych z lobbystów pracodawców oraz rzeszy potencjalnych milionerów, którzy są przekonani, że nie są bogaczami jedynie przejściowo. Jednak w tym przypadku absolutnie nie należałoby składać broni, bo sprawa jest do przeprowadzenia. W końcu kilka lat temu nikomu do głowy by nie przyszło, że możliwe jest ograniczenie handlu w niedzielę, a mimo wszystko do tego doszło. Jednak absolutnym minimum, którego powinniśmy się domagać, to informacja w każdej ofercie pracy o zarobkach przewidzianych na danym stanowisku. To sprawa, którą spokojnie można uregulować, a już taka informacja rzuciłaby sporo światła na zarobki w Polsce. Chociażby pracownicy starsi stażem wiedzieliby, czy nowo zatrudniani nie otrzymują wyższych pensji – na tej podstawie mogliby zgłaszać własne oczekiwania. Widzieliby także, czy w konkurencji płaci się więcej. Taka niewielka zmiana legislacyjna już niezwykle wzmocniłaby pozycję przetargową pracowników. Pracodawcy nie mieliby żadnych podstaw twierdzić, że narzuca się na nich jakieś nowe ograniczenia biurokratyczne – w końcu to kwestia jednej dodatkowej linijki tekstu w ogłoszeniu o pracę.
Ujawnienie wynagrodzenia we wszystkich ofertach pracy – mały krok dla legislatora, a wielki krok dla środowisk pracowniczych. Środowiska pracowników mają na koncie w ostatnim czasie pewne sukcesy, jak chociażby minimalna stawka godzinowa. Gdyby w przyszłym roku udało im się przynajmniej przeforsować tę jedną rzecz – publikację przewidzianego wynagrodzenia w każdej ofercie pracy – to już byłby to sukces. I kolejny kroczek w kierunku cywilizacji.
Piotr Wójcik
przez Piotr Wójcik | środa 26 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Wolnorynkowy kapitalizm zjada własny ogon na wiele różnych sposobów. Najbardziej oczywistym z nich jest dążenie do ograniczania wszystkich kosztów, z kosztami pracy włącznie. Prowadzi to do bariery popytowej, a w rezultacie do załamania produkcji i do kryzysu. Innym sposobem pochłaniania własnej tylnej części ciała przez kapitalizm jest wpędzanie ludzi w choroby psychiczne. Wolnorynkowa koncepcja człowieka, dominująca wciąż na świecie, pomimo postępów ekonomii behawioralnej, która ją setki razy obaliła, patrzy na istotę ludzką jak na przedsiębiorstwo. Każdy jest swoją firmą, odpowiedzialną za własną markę, akumulację własnych kapitałów i ekspansję swojej działalności. Człowiek jest w pełni odpowiedzialny za swój los, a jeśli mu nie wychodzi, to pretensje może mieć do siebie – tak jak akcjonariusze upadającej spółki do jej zarządu.
Żeby stanąć na wysokości tego wymagającego zadania, jakim jest koncepcja człowieka-firmy, osoba ludzka musi być w nieustannej gotowości do wykorzystywania okazji. Skupienie i pełna gotowość bojowa o każdej porze i w każdej sytuacji to atrybuty modelowego człowieka-firmy. Taka osoba nie może sobie pozwolić na chwile słabości, cały czas musi brać sprawy we własne ręce, by sytuacja nie wymknęła się jej spod kontroli. Problem w tym, że wolnorynkowy kapitalizm masowo wpędza ludzi w depresje czy zaburzenia lękowe uogólnione, w wyniku których o jakimkolwiek panowaniu nad własnym losem nie może być mowy.
Mężczyzna zanurzony we własnych lękach nie jest w stanie racjonalnie oceniać sytuacji, a kobieta pochłonięta przez depresję nie potrafi się zmobilizować do ciągłej walki o rynkową wartość akcji swojej firmy osobistej. Współczesny kapitalizm proponuje więc pewien idealny model człowieka, jednak równocześnie produkuje zastępy ludzi, którzy są od tego modelu najdalej, jak to możliwe.
Człowiek-firma w akcji
Można wyróżnić trzy sposoby, którymi wolnorynkowy kapitalizm wpędza ludzi w choroby psychiczne. Pierwszym jest generowanie absurdalnych oczekiwań. Wszechobecne reklamy pokazują świat, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Piękni i młodzi modele czy gwiazdy ekranu, którym wszystko się udaje, stają się tłem, do którego porównujemy własną osobę i swoich bliskich. Reklamy generują również modele konsumpcji, do których powinniśmy zmierzać. Nowsze i większe auta, coraz lepiej wyposażone mieszkania położone w prestiżowych lokalizacjach, dalekie egzotyczne podróże – skoro atakuje nas to codziennie z ekranów i billboardów, to przyjmujemy za oczywistość, że to rzeczywistość większości społeczeństwa. Szybko jednak okazuje się, że zdecydowana większość atrakcji oferowanych nam przez kapitalizm jest poza naszym zasięgiem. Żona nie jest tak piękna jak wyfotoszopowane modelki z reklam, mąż ma brzuszek i poci się. Zamiast beztroskiego safari w Kenii jest z trudem sfinansowany zwykły wypad do Chorwacji, na który oszczędzamy przez cały rok.
Koncepcja człowieka-firmy podpowiada nam, że jeśli nasz osobisty świat nie jest tak udany, jak marzyliśmy, to odpowiadamy za to sami. I możemy mieć pretensje tylko do siebie. Coś więc jest nie tak przede wszystkim z nami samymi. Oczywiście racjonalny homo economicus powinien na to spojrzeć z dystansu i chłodno – jeśli jeszcze nie doszedłem do zamierzonego celu, to muszę po prostu zakasać rękawy, zamiast bezproduktywnie biadolić. W końcu mędrzec Jordan Peterson radzi, by nie porównywać się z innymi, lecz z samym sobą z przeszłości. Problem w tym, że człowiek nie jest w pełni racjonalny i nigdy nie będzie.
Rozbuchane modele konsumpcji uderzają w psychikę klasy średniej. Klasy niższe cierpią przede wszystkim z powodu braku stabilności. Praca stała się mniej pewna niż kiedyś, zapomnieć możemy o zatrudnieniu w jednym miejscu do końca aktywności zawodowej. Co gorsza, destrukcji ulegają też sieci zabezpieczenia społecznego. Obecnie najsprawniej działającym rodzajem zabezpieczenia przed nagłą sytuacją jest instytucja kredytu – problem w tym, że kredyt trzeba spłacić. A prywatne instytucje, ściągając swoje długi, nie są zbyt wyrozumiałe – człowiek zalegający z ratą to dla nich nie obywatel, który wpadł w kłopoty, lecz dłużnik, od którego trzeba wyegzekwować własne aktywa. Zamiast solidnej sieci wsparcia, rządy oferują obywatelom tani kredyt dzięki niskim stopom procentowym, co wielu przedstawicieli niższych klas pracujących wpędza w spiralę zadłużenia. To wszystko w sytuacji coraz bardziej niestabilnego rynku pracy, zmieniającego się jak w kalejdoskopie.
Nie ma nic bardziej stresującego, niż jątrzące się w głowie pytanie, czy będę miał za co utrzymać rodzinę. Nie ma bardziej depresyjnej sytuacji, niż możliwość stracenia mieszkania, na które wraz z małżonką harowaliśmy jak woły. A na horyzoncie zamiast przyzwoitego mieszkania komunalnego jawi się mała nora wynajmowana za horrendalne pieniądze od prywatnego mieszkanicznika. Takie sytuacje podbramkowe odbijają się na psychice człowieka na zawsze, nawet jeśli tym razem wszystko skończy się dobrze. Bo następnym razem, gdy tylko podobna sytuacja zamajaczy gdzieś w oddali, panika powróci, nawet jeśli nie będzie w pełni uzasadniona.
Klasy wyższe i wyższa klasa średnia cierpią zaś z powodu nieustannej konkurencji. Na opisanych przez Roberta Franka i Philippa Cooka „rynkach, na których zwycięzca bierze wszystko”, trzeba nieustająco udowadniać swoją przewagę. To właśnie na tych rynkach najwyraźniej realizuje się koncept człowieka-firmy. Gdy zdecydowaną większość fruktów zbiera garstka zwycięzców, na pozostałych ludzi z branży patrzy się przede wszystkim jak na wrogów, którzy chcą nam odebrać zasoby kapitału i prestiżu. Naturalną postawą staje się nieufność, za to brak zaufania do innych rekompensuje nam rozbuchane zaufanie do siebie – czyli wybujałe ego. Nieufność i wybujałe ego to również gotowy przepis na problemy psychiczne.
Oczywiście poczucie konkurowania o zasoby istnieje także wśród klas niższych. Wiąże się ono w mniejszym stopniu z rywalizacją o prestiż, a w większym z rywalizacją o środki do życia. Może być jednak równie destrukcyjne dla psychiki. Nieustana konkurencja na wszystkich szczeblach drabiny społecznej osłabia zaufanie do pozostałych członków wspólnoty, za to wzmaga poczucie wykorzenienia. Człowiek-firma jest pozostawiony sam sobie i otoczony przez wrogów. Trudno w takiej sytuacji się nie załamać.
Niech jedzą psychotropy!
W takiej sytuacji trudno się dziwić gigantycznemu wzrostowi popularności środków antydepresyjnych. OECD raportuje bardzo duży wzrost stosowania antydepresantów w okresie 2000-2015 we wszystkich 29 wykazanych krajach. Co gorsza, wzrost ten nie tylko dotyczy wszystkich, ale wszędzie jest też ogromny, czasem wręcz trzykrotny. W ciągu 15 lat wydarzyła się bez mała lekowa rewolucja w społeczeństwach rozwiniętych. Wskaźnik przyjmowania leków antydepresyjnych wykazuje się liczbą przyjmowanych dziennych dawek leków na tysiąc mieszkańców dziennie. Wzrost ten jest szczególnie widoczny w krajach południa strefy euro, w które silnie uderzył kryzys gospodarczy zakończony eksplozją bezrobocia. W Hiszpanii wskaźnik przyjmowania antydepresantów skoczył z 28,2 do 73,1. Hiszpania w ten sposób wskoczyła do czołówki krajów OECD pod względem spożycia antydepresantów. W Grecji i Włoszech tradycyjnie ten wskaźnik był na bardzo niskim poziomie – w końcu słońca mają tam pod dostatkiem. Obecnie jednak zbliża się już do średniej OECD – w Grecji skoczył z poziomu 18,9 do 48,1, a we Włoszech z 19,6 do 46,5. I tak wszystkich jednak przebiła Portugalia – tam wskaźnik wzrósł z 32,5 do 95,1. Obecnie Portugalia jest trzecim krajem OECD pod względem stosowania leków antydepresyjnych.
Niestety w tym zestawieniu nie ma Polski. Możemy być jednak pewni, że w naszym kraju wyglądałoby to podobnie. Wystarczy zerknąć na Słowację, która ze wszystkich krajów OECD przyjęła najbliższy nam model gospodarki – kapitalizm zależny, półperyferyjny i oparty o niskie koszty produkcji. Słowacki wskaźnik przyjmowania leków na depresję wzrósł… prawie pięciokrotnie – z 8,6 do 40. Zresztą mniejszy lub większy wzrost widać we wszystkich wykazanych krajach, zarówno mniej, jak i bardziej zamożnych. Średnia OECD wzrosła dwukrotnie – z 30,6 do 60,3.
Oczywiście za ten wzrost odpowiadają także czynniki pozytywne. Przede wszystkim większa świadomość społeczeństwa – obecnie ludzie mniej wstydzą się iść do psychiatry. Kiedyś woleli dusić w sobie fatalne samopoczucie, teraz decyzja o leczeniu jest podejmowana częściej. Leczenie psychiatryczne nie jest już objęte tak duża infamią, jak jeszcze niedawno, chociażby z tego powodu, że stało się doświadczeniem coraz większej części z nas. Poza tym ważne jest też pojawienie się leków antydepresyjnych nowej generacji. Są one bezpieczniejsze, nie uzależniają tak, jak chociażby benzodiazepiny (np. Xanax), więc psychiatrzy mają mniejsze opory przed ich wypisywaniem. W zasadzie za cały wzrost stosowania antydepresantów odpowiadają leki nowej generacji. Trudno jednak uznać, że ludzie bez przyczyny rzucili się na nie. Osoba zdrowa, która przyjmie lek np. wychwytujący zwrotnie serotoninę, będzie się czuła fatalnie. Nie będzie wiedziała, co ze sobą zrobić, nie będzie się w stanie skoncentrować na żadnym zadaniu. Oba czynniki są więc istotne, jednak nie wygenerowałyby tak dużego wzrostu przyjmowania leków, gdyby nie miały realnej podstawy, jaką jest bardzo duża liczba osób cierpiących na przypadłości psychiczne.
Stojąc nad przepaścią
Ten drastyczny wzrost przypadków stosowania leków antydepresyjnych niestety nie obniżył liczby samobójstw. Są one nadal jedną z częstszych przyczyn śmierci. Ludzie dwukrotnie częściej sami się zabijają, niż giną w wypadkach komunikacyjnych wszelkiego rodzaju. Wskaźnik samobójstw (liczba samobójstw rocznie na 100 tys. mieszkańców) w latach 2000-2015 w całej UE spadł nieznacznie – z 12,9 do 11,7 (wskaźnik ofiar transportowych to 5,8). Jednak to wynik przede wszystkim bardzo dużych spadków w krajach należących niegdyś do ZSRR, w których ten wskaźnik był na gigantycznym poziomie. Przykładowo na Litwie spadł on z 46,5 do 31, a więc wciąż jest trzykrotnie wyższy niż unijna średnia. Na Łotwie spadł 32,5 do 22. Jednak w pozostałych krajach utrzymał się na stabilnym, wysokim poziomie, który sprawia, że samobójstwa to jedna z ważniejszych przyczyn śmierci. Jednak jest też grupa krajów, w których wskaźnik samobójstw wzrósł. To kraje południa Europy (w Portugalii dwukrotnie, z 5,1 do 10), ale też Polska. Nad Wisłą wskaźnik samobójstw wzrósł z 15,3 do niemal 17, co sprawia, że pod tym niechlubnym względem wyprzedzamy średnią UE o połowę.
Według oficjalnych danych 7 proc. populacji UE cierpi na chroniczną depresję. Trudno powiedzieć, ile osób cierpi na zaburzenia lękowe uogólnione, prawdopodobnie bardziej powszechne. Zresztą te dane dla wielu krajów wydają się wątpliwe i są zaniżone z powodu wciąż niskiej świadomości tego, czym jest depresja czy lęki. Na przykład w Polsce czy na Słowacji według oficjalnych danych zaledwie 4 proc. społeczeństwa cierpi na depresję, co sprawia, że na papierze są pod tym względem jednymi z najzdrowszych społeczeństw w UE. Jak to pogodzić z bardzo wysokimi wskaźnikami samobójstw, które w obu krajach przekraczają średnią UE o połowę? W krajach północy, w których wskaźnik samobójstw jest podobny do polskiego, ale świadomość znaczenia depresji wyższa, cierpi na nią ok. 10 proc. społeczeństwa. Możemy więc założyć, że na chroniczną depresję cierpi nawet co dziesiąty Polak lub Polka. Tylko że jakaś połowa z nich nie potrafi tego nazwać.
Tymczasem opieka psychiatryczna w Polsce jest na bardzo słabym poziomie. Nad Wisłą leczy zaledwie 9 psychiatrów na 100 tys. mieszkańców. Wyprzedzamy jedynie Bułgarię. W Finlandii, Szwecji i Holandii na sto tysięcy mieszkańców przypada aż 23 psychiatrów, a w Czechach prawie 15. W liczbie łóżek na oddziałach psychiatrycznych nie wypadamy aż tak źle (ok. 70 na 100 tys. mieszkańców – nieco poniżej średniej UE), jednak akurat w przypadku depresji czy lęków uogólnionych łóżko szpitalne zda się na bardzo niewiele. Do walki z tymi chorobami potrzebny jest szeroki dostęp do bezpłatnych psychiatrów. Tymczasem na wizytę u psychiatry z NFZ można czekać w Polsce nawet kilka miesięcy. A przecież wskaźnik samobójstw pokazuje niezbicie, że depresja może być chorobą śmiertelną. Nie można więc zwlekać z jej leczeniem.
Jednak żeby zatrzymać pochód depresji i samobójstw przede wszystkim trzeba zmienić podejście do istoty ludzkiej. Odrzucić idiotyczny koncept człowieka-firmy, który rywalizuje z innymi o zasoby. Zmienić narrację płynącą z mediów, według której każdy odpowiada sam za siebie i tylko do siebie może mieć pretensje za niepowodzenie. Problem w tym, jak to zrobić, skoro tę narrację najskuteczniej snuje ta wąska garstka, w której przypadku takie podejście się sprawdziło.
Piotr Wójcik
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 16 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Życie bezkrytycznych miłośników wolnego rynku było kiedyś proste. Wystarczyło rzucać na przemian kilkoma hasłami. Przypływ podnosi wszystkie łodzie! Więcej rynku to więcej demokracji! Znieśmy regulacje rynkowe i uwolnijmy energię oraz przedsiębiorczość ludzi sukcesu! Jednak rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te opowieści. Im bardziej państwa rozwinięte podążały za wolnorynkową ortodoksją, tym gorzej się w nich działo. Realne płace klasy średniej stanęły w miejscu. Nierówności społeczne wzrosły do poziomu nieznanego od czasów sprzed II wojny światowej. Demokracja zaczęła ustępować rządom finansjery. Na to wszystko nałożył się potężny kryzys gospodarczy, wywołany między innymi deregulacją sektora finansowego.
Fundamentalistom rynkowym pozostał ostatni mit. „Popieram neoliberalizm, bo w ostatnich kilkudziesięciu latach wyciągnął setki milionów ludzi z ubóstwa” – napisał mi kiedyś jeden ze znajomych. To jedno zdanie dobrze podsumowuje ten mit. Może najubożsi i klasa średnia w krajach rozwiniętych nie mają tak dobrze, jak chcieliby, ale zobaczcie za to, ilu ludziom w krajach peryferyjnych pomógł ten rzekomo wstrętny neoliberalizm. Ta opowieść opiera się między innymi na danych Banku Światowego, wedle których skrajne ubóstwo w skali globalnej zmniejsza się systematycznie z roku na rok.
Jason Hickel, brytyjski antropolog, zauważa jednak, że gdy tylko przyjrzymy się bliżej problemowi światowego ubóstwa, to dostrzeżemy mniej optymistyczny obraz. Jak to często bywa, Bank Światowy okazuje się skuteczniejszy w reklamowaniu rzekomych sukcesów niż w rzeczywistej walce z biedą.
Na pozór wszystko się zgadza. Jeśli przyjmiemy granicę ubóstwa wyznaczoną przez Bank Światowy – kiedyś dochody w wysokości 1,02 dolara dziennie, potem 1,25, teraz 1,90 – to rzeczywiście okazuje się, że od kilkudziesięciu lat skrajne ubóstwo maleje. Jest jednak kilka „ale”. Duża część redukcji ubóstwa dokonuje się dzięki Chinom, które nie bardzo pasują do opowieści o wspaniałym neoliberalizmie zwalczającym biedę. Choć wprowadzają elementy gospodarki wolnorynkowej i są zdecydowanie bardziej krajem kapitalistycznym niż socjalistycznym, to robią to na własnych warunkach i przy uważnym nadzorze państwa.
Istnieją też poważne wątpliwości, czy linia ubóstwa wybrana prze Bank Światowy nie jest zbyt niska. O ile rzeczywiście można się utrzymać za 1,90 dolara w najbiedniejszych miejscach na świecie, to w krajach zamożniejszych potrzeba już więcej pieniędzy, aby nie popaść w skrajne ubóstwo. Zdaniem Hickela linia ubóstwa powinna być ustawiona na poziomie przynajmniej 5 dolarów dziennie. Co oczywiście znacząco wpłynęłoby na pogorszenie statystyk walki ze skrajną biedą.
Takie jest właśnie przesłanie Hickela. Historia skutecznej walki z biedą to w dużej mierze historia umiejętnego dobierania danych. Jeszcze w 2000 roku Bank Światowy był zmuszony przyznać, że liczba ubogich wzrasta. W 2001 prezes Banku Światowego, James Wolfensohn, ogłosił, że walka z ubóstwem jest skuteczna i jego skala ulega znacznemu zmniejszeniu. Jak to możliwe, że przez rok doszło do tak znacznych zmian? Po prostu zmieniono granicę ubóstwa – odpowiada Hickel. Na pozór podniesiono ją odrobinę, ale tak naprawdę niewystarczająco, aby uwzględnić zmniejszającą się siłę nabywczą dolara. I w ten sposób w ciągu jednej chwili liczba ubogich zmalała.
Zdaniem Hickela wszystkie te sztuczki przesłaniają niewygodną prawdę. Nasz sposób walki ze światową biedą opiera się na lichych przesłankach. Nie nadąża za przyrostem naturalnym i nie wykorzystuje potencjału dotychczasowego wzrostu gospodarczego. Jak pisze Hickel w książce „The Divide”: „W tej chwili naszą główną strategią likwidowania ubóstwa jest zwiększanie wzrostu globalnego PKB. Za tym pomysłem kryje się założenie, że owoce wzrastającego PKB trafią stopniowo także do najuboższych, poprawiając ich życie. Wszystkie dostępne nam dane pokazują jednak wyraźnie, że wzrost PKB nie przynosi tak naprawdę korzyści najbiedniejszym. Choć globalne PKB per capita wzrosło o 45% od 1990 roku, to liczba ludzi żyjących za mniej niż 5 dolarów dzienne zwiększyła się o 370 milionów. Dlaczego wzrost nie pomaga zredukować biedy? Ponieważ jego owoce są nierówno dzielone. Najbiedniejsze 60% ludzkości otrzymuje jedynie 5% dochodu wypracowanego dzięki globalnemu wzrostowi. Pozostałe 95% trafia do najbogatszych 40%. I mówimy tu o najlepszym możliwym scenariuszu. Biorąc pod uwagę wspomniany wskaźnik dystrybucji, Woodward oblicza, że zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na poziomie 1,25 dolara dziennie zajmie ponad 100 lat. Jeśli granicę ustawimy na bardziej miarodajnym poziomie 5 dolarów dziennie, walka z ubóstwem zajmie 207 lat”.
Sprawę pogarsza to, że – jak słusznie zauważa Hickel – nie da się obecnie mówić o wzroście naturalnym bez uwzględnienia zagrożeń związanych z katastrofą środowiskową: „Nie dość, że te epokowe przedziały czasowe są wystarczająco rozczarowujące, to okazuje się, że jest jeszcze gorzej. W celu zlikwidowania biedy na poziomie 5 dolarów dziennie globalne PKB musiałoby zwiększyć się o 175 razy. Innymi słowy, musimy uzyskiwać, produkować i konsumować 175 razy więcej towarów niż dziś. Warto się nad tym przez chwilę zastanowić. Nawet gdyby tak niesamowity wzrost był możliwy, skutki okazałyby się tragiczne. Szybko doprowadzilibyśmy do katastrofy ekosystemu naszej planety, zniszczylibyśmy lasy i glebę, a co najważniejsze klimat” – zauważa Hickel.
Jeśli jest tak źle, to co możemy zrobić, żeby poprawić sytuację? Hickel zaczyna od skromnego postulatu: biedne kraje nie potrzebują pomocy krajów bogatych, na początek wystarczy po prostu, że te drugie przestaną je wykorzystywać. Popiera ją różnymi danymi statystycznymi. Podaje na przykład, jak horrendalnie wysokie odsetki muszą płacić biedne państwa od zaciągniętych pożyczek. „Pomoc” biednym krajom okazuje się świetnym interesem. Być może jednak problem najlepiej ilustruje krótka historia przytaczana przez Hickela w „The Divide”. Warto przeczytać ją w całości: „Kilka lat temu miałem okazję odwiedzić Zachodni Brzeg w Palestynie. Pewnego, szczególnie upalnego popołudnia mój gospodarz wiózł mnie w stronę Rowu Jodanu, gdzie miałem przepytać kilku rolników na temat problemów z wodą. Przebijając się przez żwirową trasę, natrafiliśmy na ogromny biały znak, sterczący pośród pustynnych kamieni. Widniało na nim ogłoszenie inicjatywy US AID, »aby pomóc w zmniejszeniu powracających kłopotów z dostępnością wody« przez utworzenie nowej studni. Na ogłoszeniu znajdowała się amerykańska flaga i dumne słowa: »Ten projekt jest darem obywateli Ameryki dla obywateli Palestyny«.
Postronny obserwator byłby zapewne pod wrażeniem. Pieniądze amerykańskich podatników zostały szczodrze podarowane, w zgodzie z duchem humanitaryzmu, biednym Palestyńczykom walczącym o przetrwanie na pustyni. Tylko że Palestyna nie cierpi na niedobór wody. Kiedy Izrael dokonał inwazji i zaczął okupywać Zachodni Brzeg w 1967 roku, ze wsparciem armii USA, przejął całkowitą kontrolę nad warstwami wodonośnymi. Izrael wydobywa większość tej wody – blisko 90 procent – dla swoich osiedli oraz w celu nawadniania wielkich przemysłowych gospodarstw rolnych. Gdy poziom wód podziemnych opada, studnie Palestyńczyków wysychają. Palestyńczycy nie mogą pogłębiać studni ani budować nowych bez zgody Izraela, której prawie nigdy nie otrzymują. Jeśli wybudują studnię bez zezwolenia, a często to robią, szybko zjawiają się izraelskie buldożery. Tak więc Palestyńczycy są zmuszeni kupować od Izraela własną wodę po arbitralnie wysokich cenach.
To nie jest żadna tajemnica. Wszystko dzieje się otwarcie, a rolnicy, z którymi rozmawiałem, wiedzą o tym aż za dobrze. Z ich punktu widzenia znak US AID jest tylko kolejnym policzkiem. Wbrew temu, co sugeruje, Palestyńczykom nie brakuje wody, po prostu zabrano im ją. Z pomocą USA. W 2012 roku, kilka miesięcy przed moją wizytą, Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję 66/225, wzywającą do przywrócenia Palestyńczykom praw do ich własnej wody. 167 krajów głosowało za rezolucją. USA i Izrael głosowały przeciwko”.
Opowieść Hickela wskazuje tylko na drobny element układanki składającej się ze złożonych relacji politycznych i ekonomicznych. Puenta, która z niej płynie, jest jednak uniwersalna. Chcemy na serio walczyć z biedą? To zacznijmy od szczerej oceny sytuacji. Zachód ponosi odpowiedzialność za kłopoty państw peryferyjnych. Nie chodzi tylko o dawne zbrodnie kolonializmu. Dzisiaj także wykorzystujemy biedniejsze kraje. Kiedyś Zachód napędzał swój postęp za pomocą niewolnictwa i podbojów, współcześnie robi to dzięki stronniczym traktatom handlowym, wysokoprocentowym pożyczkom czy zagarnianiu bogactw naturalnych. Istnieje na ten temat cała literatura: od „Globalizacji” Josepha Stiglitza, po „Złych Samarytan” Ha Joon-Changa. Te rzeczy dzieją się czasem przy jawnym użyciu siły. Kiedy wojska USA podbiły Irak, jedna z pierwszych decyzji dotyczyła zadbania o interesy amerykańskich firm i pomocy w przejęciu irackich przedsiębiorstw przez amerykański kapitał. Takie były początki „wprowadzania demokracji”.
Aczkolwiek mówienie o tym, że Zachód korzysta na wyzysku krajów peryferyjnych też jest zawodnicze. Przypominam: realne płace większości Amerykanów i Amerykanek stoją w miejscu od lat. O usługach publicznych często zaś nie można powiedzieć nawet tego, że stoją w miejscu – często ulegają stopniowej degradacji. Nie pomaga wsparcie udzielane przez rząd amerykańskim korporacjom. Nie pomaga wyzysk krajów peryferyjnych. Nie pomaga „wolny” rynek. Ostatecznie na wszystkim korzysta garstka ludzi. I trudno liczyć na to, że podejmiemy skuteczną walkę z globalnym ubóstwem bez rzucenia wyzwania porządkowi, w którym nieliczni żyją na koszt całej reszty.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Monika Kostera | wtorek 11 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Praca jest dla ludzi ważna. Nie tylko dlatego, że daje możliwość utrzymania. Sprawia także, iż otrzymujemy tożsamość, która określa nasze miejsce w świecie, wśród innych ludzi. Brytyjska uczona Nancy Harding twierdzi, że bycie człowiekiem zawiera w sobie aspekt pracy. Pracuje się po to, żeby przeżyć, ale także po to, aby zaznaczyć swoją obecność w życiu własnym i innych.
W swojej pięknej książce z 2008 roku, poświęconej rzemiosłu i postaci rzemieślnika, wybitny brytyjski socjolog Richard Sennett opisuje piękno i trud pracy precyzyjnej, wymagającej poświęcenia. Autor definiuje rzemiosło jako „trwały, podstawowy ludzki impuls, pragnienie, by wykonać pracę dobrze, po prostu dla niej samej”. To coś znacznie szerszego, niż wymagające kwalifikacji zatrudnienie i dotyczy tak samo szlifierza, lutnika, naukowca, jak i artysty. Praca rozumiana w ten sposób ma własny rytm, swoją wewnętrzną spójność, które, gdy poświęcić im pełną uwagę, pomagają osiągnąć mistrzostwo i poczuć jedność z wykonywanymi czynnościami. To przynosi głęboką, jednocześnie zmysłową i duchową przyjemność. Zmarły niedawno wybitny polski socjolog Zygmunt Bauman pytany, z czego jest szczególnie zadowolony w życiu, lubił odpowiadać, że takie zadowolenie daje mu poczucie dobrze wykonanej pracy. Obaj, Sennett i Bauman, przekonani byli, że taka praca wymaga długoletniej praktyki i ciągłego zaangażowania. Nie ma do zadowolenia drogi na skróty – w istocie taka droga byłaby zaprzeczeniem jego sensu. Długa, trudna droga jest tak samo jego częścią, jak radość z dzieła, z efektu, z zasłużonej chwili odpoczynku. Wszystkie te elementy są częścią większej, organicznej całości.
Bracia Stuart i Hubert Dreyfus zaproponowali w latach 80. model uczenia się, złożony z pięciu etapów: od początkującego, poprzez biegłego, do mistrza. Pierwsze trzy etapy polegają na coraz lepszym opanowaniu zasad i reguł, coraz doskonalszym rozpoznawaniu sytuacji i dobieraniu do niej odpowiedniej reguły lub zestawów reguł. Coraz większa biegłość osiągana jest przez analizowanie sytuacji i podejmowanie racjonalnych decyzji poprzez dopasowywanie działania do kontekstu. Na przykład początkujący kierowca uczy się, kiedy należy wrzucić wyższy bieg na podstawie prędkości. Musi ją stale obserwować i gdy licznik pokaże określoną wartość, zmienia bieg. Na drugim, zaawansowanym poziomie, kierowca odróżnia już po dźwięku, czy należy zmienić bieg. Najwyższy poziom kompetencji, czyli poziom trzeci w modelu Dreyfusów, cechuje już duża złożoność. Kierowca wie, że szosa czasami jest śliska, wie, kiedy to może się przytrafić, wie, że pod górkę inaczej się jedzie niż po płaskim itd. Wszystkie te czynniki wymagają zbiorczych reguł i planów działania. Na tym poziomie można pozostać do końca życia, modyfikując i opracowując coraz bardziej precyzyjne procedury i plany.
Jednak są jeszcze dwa wyższe poziomy. Między poziomem trzecim a czwartym jest przepaść. Żeby przejść na poziom czwarty, trzeba coś „zgubić”. Stracić trzeba myślenie analityczne, aby znaleźć intuicję. Mistrz, czyli osoba na piątym poziomie, gubi monitorujący tryb świadomości. Staje się jednością z pracą, jaką wykonuje, a zaangażowanie jest tak intensywne, że wrażenia dobiegają z działania raczej, niż z systemu nerwowego czy poznawczego jednostki. Na przykład opowiada się, że Sarah Benhardt grała dalej swoją rolę w Tosce po tym, jak złamała nogę. Można to zrozumieć, bo choć najprawdopodobniej czuła ból, to nie znajdował się on podczas gry w centrum jej uwagi. Mistrz jest jednocześnie absolutnie skoncentrowany na tym, co robi i posiada uwagę wplecioną w kontekst tu i teraz, nie punktową jak w zwykłym doświadczaniu.
Z modelu uczenia się braci Dreyfus wynika wiele wniosków, ale wymienię tu tylko dwa, ważne dla tego felietonu. Po pierwsze, nadmierna koncentracja na przepisach blokuje możliwość uczenia się na wyższych poziomach. Po drugie, aby osiągnąć mistrzostwo potrzebne jest oddanie, odrzucenie podpór, jakie oferują reguły i przepisy (po ich opanowaniu) i zdanie się na mądrość niejednoznaczną, złożoną i wymykająca się redukcjonistycznej racjonalności. To wymaga wiary i dyscypliny. I tak jest dobrze – zbyt wiele nieszczęść spowodowali dobrzy ludzie z nadmiarem ambicji i niedostatkiem dyscypliny.
Mądrość to nie to samo, co wiedza, obszerna czy nawet głęboka. Mój niegdysiejszy doktorant, potem doktor nauk zarządzania (tak, tak, ta dyscyplina nauk jest o wiele mniej banalna, niż wielu osobom się wydaje), a obecnie mnich benedyktyński z północnej Szkocji, Przemysław Piątkowski, powiedział kiedyś tak: „nie ma nic lepszego, niż poświęcić czemuś całe swoje życie”. Ta myśl dotyczy wszystkiego, co jest w głębi, co jest treścią, niewidoczną zawartością ludzkiego losu. Z wyborem ma niewiele wspólnego, choć występuje taki element – przekroczenie progu, poza którym nie ma znaczenia to, co na powierzchni: ani uznanie społeczne, ani nagrody, ani sława, ani pozycja. Przejście przez ten próg sprawia, że jesteśmy szczęśliwi mimo braku chwały czy nawet wyrazów wdzięczności za to, co robimy. Oddanie powoduje, że przebijamy się przez pierwsze powierzchowne warstwy egotyzmu, potem poczucia ważności, potem znaczenia, potem wreszcie przydatności. Poniżej jest już tylko żywy sens, kolejne jego pokłady. Zapadanie się w sens. To relacja nawet nie ze społeczeństwem, ale z poczuciem, że istnieje coś większego od nas. Dla Przemka jest to droga zakonna. Dla mnie to akademia.
Być profesorem to w najgłębszym znaczeniu właśnie oddanie. Warto pamiętać, że słowo profesor wywodzi się od łacińskiego czasownika profiteor, oznaczającego wyznać, oświadczyć, ale też wykonywać (zawód), nauczać. Od niego pochodzi też słowo profesja, które odnosi się do profesji zakonnej, czyli ślubów, ale także profesji takich jak lekarz czy naukowiec. W sensie, w którym używam tego słowa tutaj, dotyczy też rzemieślnika, rzeźbiarki, krawcowej, wykwalifikowanego robotnika, takiego jakim był mój dziadek szlifierz. Miał w pracy precyzję, trafność i skupienie, o których pisze Sennett, tylko wtedy, gdy pracował w spółdzielni, „na wspólnym”, a nie w wielkiej fabryce, gdzie wprawdzie dużo więcej zarabiał, ale nie miał wpływu na swoje warunki i sposób wykonywania pracy. Państwowy komunizm opierał się na alienacji pracy podobnie jak kapitalizm. Gdy haruje się na kogoś, czy to inwestor, czy wszechmocne państwo, praca przestaje być drogą i oddaniem, a zaczyna być zniewoleniem.
Niektóre profesje posiadają szczególne ceremonie poświęcone oddaniu się im. Dla zakonnika jest to moment złożenia profesji, czyli akt zobowiązania się do tego, by przestrzegać reguły zakonnej, dla lekarza złożenie przysięgi Hipokratesa, dla naukowca – ślubowanie doktorskie. Ten moment, choć ważny, nie definiuje ani nie wyjaśnia tego, co dzieje się potem; jest tylko bramą, którą się wtedy otwiera. Po drugiej stronie są praca i wartości. Są one kompasem, pomagającym tworzyć to, co ma autentyczną jakość, kierować się tzw. wewnętrzną motywacją, zachować równowagę moralną i pomagać w tym swojej wspólnocie. Nie zastąpi się tego niczym innym. Istnieją wprawdzie mniej lub bardziej udane „artykuły zastępcze”, „wartościopodobne”, takie jak nadmierne poleganie na przepisach i procedurach (np. w niedawnej pamięci historycznej epoka Jaruzelskiego w Polsce, a obecnie kultura audytu w neoliberalnym kapitalizmie), zachęty i nagrody rozbudowane do tego stopnia, że przypominają wabienie lub przekupywanie – albo władza.
Ta ostatnia w roli wypełniacza struktur zasługuje na kilka osobnych słów. Władza jest jednym z najpotężniejszych motywatorów w historii ludzkości, zdaniem jednych – właściwością, innych – relacją, a jeszcze innych – właściwością relacji tak mocno przenikającą je, że stanowiącą medium, w którym relacje się tworzą i określają. W systemach społecznych władza ma tendencję, by się akumulować, lub, jeśli ktoś woli, władza tworzy swoje własne pola realizacji, samą siebie od-twarza i pomnaża. Jest to mechanizm na tyle silny, że w dłuższym okresie czasu może wypierać inne procesy i relacje, w tym także te określane przez wartości. Innymi słowy, upraszczając do bólu (mam nadzieję, że jako felietonistce zostanie mi to wybaczone) w organizacjach i społecznościach, jeśli w dłuższym czasie nie są dopuszczane procesy odnowy skoncentrowane na wartościach i etosie, władza zaczyna przejmować ich rolę. Mamy wtedy do czynienia z organizacjami skorumpowanymi, cynicznymi; z zakonami bez wiary, nadziei i radości; uniwersytetami bez idealizmu; szpitalami bez współczucia. Są za to takie organizacje pełne sieci wzajemnych powiązań i zobowiązań, gdzie przede wszystkim każdy wie, komu podlega, od kogo jest zależny, kto jest ważniejszy itd. Takie organizacje same tworzą swoje kody znaczeń, czyli w pewnym momencie odrywają się od treści i produkują wyłącznie formę: ich nagrody mają się nijak do jakości pracy, ich pozycje mają znikomy związek z szerszymi celami społecznymi, jakie realizują. Odrywają się od świata ludzi, który je powołał do życia i funkcjonują wyłącznie dla własnej satysfakcji. Jednak z władzą jest tak, że działa jak narkotyk i satysfakcja nigdy nie przychodzi – im więcej ktoś lub coś jej zaczerpnie, tym więcej potrzebuje. Nigdy nie następuje ten orzeźwiający, cudowny moment, jak wtedy, gdy robi się coś z oddaniem – ani moment poczucia pracy dobrze wykonanej.
Neoliberalny kapitalizm doprowadził do tak potężnej alienacji pracy, że nawet XIX-wiecznym racjonalizatorom się to nie śniło. Do robotników i urzędników, których praca zmieniła się sto lat temu w koszmar powtarzających się w kółko czynności, często bez żadnego osobistego ani społecznego sensu, dołączyły niegdyś święte autonomiczne profesje: medycyna, prawo, akademia. Kapitalizm zmienił pracę wszystkich ludzi w pasmo udręki. Jak piszą naukowcy tacy jak David Graeber czy Peter Fleming, ludzie współcześni nienawidzą swojej pracy, czują się w niej upodleni, wpadają w rozpacz, popełniają samobójstwa, umierają z przemęczenia. Nancy Harding uważa, że alienacja pracy zmienia pracowników w zombie-maszyny. Martwimy się, że roboty zabiorą nam pracę, a sami już jesteśmy robotami. Organizacje masowo dokonują mordu tej ważnej części jaźni i życia człowieka, która tworzy się podczas dobrej, sensownej pracy. Neoliberalizm z jakości zrobił fasadę, którą należy polerować, żeby błyszczała wszystkimi modnymi barwami i hasłami: doskonałość, produktywność, innowacyjność, doświadczenie, a wszystko to w połączeniu z młodym wiekiem i nieodłącznym entuzjazmem, trzeba kochać swoją pracę w każdej chwili, nawet jeśli przenosi się ciężary w Amazonie za kilka groszy i bez bezpieczeństwa zatrudnienia, a jeśli nie odnosi się sukcesu, to dlatego, że nie jest się wystarczająco świetnym, przegrywa w konkurencji. Trzeba w każdej chwili się sprzedać, przekonująco pokazać, jak bardzo się bryluje i zasługuje na bycie „na topie”, niezależnie od tego, co to w praktyce znaczy.
Kult fasady pozostaje nie tylko bez związku z pracą rozumianą jako oddanie, ale jest jej jadowitym zaprzeczeniem. Wszystko, co kryje się za fasadą, odsyłane jest do lamusa jako nieistotne, nieistniejące, wręcz „tylko w naszym umyśle”. Trzeba zakrzykiwać uczucia „pozytywnym myśleniem”, zaszczuwać duszę „wiarą w siebie”, zaganiać serce w kozi róg „określania talentów”, „wyznaczania i osiągania celów”. A jeśli się nie udaje, to znaczy, że się jest chorym i trzeba łykać (nietanie) medykamenty. Liczy się tylko to, co można dopisać do CV – pal licho, czy ma to jakikolwiek związek z prawdą, bo przecież prawda jest „tylko w umyśle”, nie ma najmniejszego znaczenia, w razie czego można ją wyleczyć odpowiednim lekarstwem, i nikt jej specjalnie nie żałuje. W świecie, gdzie wszyscy szlifują fasady, ani przestrzeń, ani architektura nie bywają przedmiotem rozwagi ni rozmowy.
Myślę, że w chwili obecnej fasady są już tak wypolerowane, tak wycyzelowane, że nabrały delikatności skorupki jajka. Lada moment zaczną pękać, nie wytrzymując nawet lekkiego dotyku, a co dopiero nacisku szlifierki. A co tam kryje się w środku? Co mieszczą w sobie te wszystkie CV-wydmuszki, ta pompatyczność współczesnego zarządzania, o której pisze szwedzki uczony Mats Alvesson? Co będzie dalej?
Richard Sennett w swoich badaniach współczesnych profesji, takich jak medyczna, na próżno szukał śladów rzemiosła, organicznej pracy, która zajmuje czas, wymaga poświęcenia, otwartości na to, co niejasne, dwuznaczne. Została wypłukana przez całkiem inny żywioł: wskaźniki, parametry, rankingi. Jazgot. Nie ma miejsca na praktykowanie złożonej relacji między świadomością a ucieleśnioną i doświadczaną wiedzą, na oddanie. Świat wydmuszek raczej nie skończy się hukiem.
prof. Monika Kostera
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 3 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
„Wszystko, co tak dobrze wygląda w moim CV, zawdzięczam sobie. Moi rodzice zainwestowali w naukę języka, a mama przyjaciela zaprosiła mnie do Australii” – oświadczył Rafał Trzaskowski, kandydat na prezydenta Warszawy, w wywiadzie dla „Plusa Minusa”. Jak widać, mit o samowystarczalności wciąż ma się dobrze w Polsce. Nawet pieniądze rodziców oraz pobyt w Australii zdobyty dzięki znajomościom mogą być przykładami własnych zasług.
Nadal duża część polskiej klasy wyższej jest święcie przekonana o własnej genialności, uparcie nie chcąc dostrzec własnych przewag różnego rodzaju, których zasługami nie sposób nazwać. Nawet wtedy, gdy te przewagi same się im nasuwają. A przecież nawet Jan Kulczyk, który na dobry początek dostał od ojca milion złotych, umiał dostrzec swoje uprzywilejowanie – pytany o tajemnicę sukcesu w biznesie, odpowiedział, że „najważniejsze w życiu to dobrze wybrać sobie rodziców”. Tych niedostrzeganych przewag, dzięki którym klasy wyższe wdrapały się na szczyt, jest mnóstwo i są one już całkiem nieźle opisane. Wykształceni rodzice, którzy zapewnili odpowiedni kapitał kulturowy, sieci znajomych zdobyte dzięki wychowaniu się w dobrze sytuowanej rodzinie, kapitał materialny dający na starcie wielką przewagę nad rówieśnikami itd. Stosunkowo najmniej zwraca się uwagę na szczęście – tymczasem właśnie uśmiechy losu są jedną z największych przewag tak zwanych ludzi sukcesu.
Przypadek – ważny element sukcesu
W sumie to nic dziwnego – akurat na szczęście niespecjalnie zwraca się uwagę. Jest ono widoczne w pierwszych chwilach, gdy łaskawie potraktowani przez los skwitujemy to krótkim „ale fuks!”. Jednak bardzo szybko wypieramy to z pamięci, a szczęśliwa sytuacja po niedługim czasie zachowuje się w naszej pamięci jako w pełni zasłużona. Właśnie dlatego wielu ludzi sukcesu ma niezbite przekonanie, że do wszystkiego doszli wyłącznie ciężką pracą i talentem. Abstrahując od tego, że posiadanie wybitnych talentów to też jest całkiem duże szczęście, trzeba przypomnieć, że na świecie są miliony utalentowanych i bardzo pracowitych ludzi. Tymczasem do wielkich pieniędzy dochodzi garstka – garstka szczęściarzy, dodajmy.
Najbardziej oczywistym przykładem szczęścia jest podjęcie trafnej decyzji w warunkach dużej niepewności, która przełoży się na sukces ekonomiczny, duży zarobek, ewentualnie większą sławę. A w liberalnej gospodarce rynkowej dominują właśnie takie warunki podejmowania decyzji. Po jakimś czasie szczęściarz racjonalizuje sobie w głowie całą sytuację – to przecież ewidentnie wyłącznie moja zasługa, dobrze wiedziałem, że tak należy postąpić. Prawda jest taka, że w momencie podejmowania takich kluczowych decyzji najczęściej nie mamy zielonego pojęcia, czy robimy dobrze. O milionach równie utalentowanych i pracowitych, którzy w kluczowym momencie podjęli błędną decyzję, nikt nie słyszy. Media podejmują głównie historie sukcesu, dzięki czemu podsycają jeszcze przeświadczenie o genialności ludzi, którym się udało, choć gdyby ich porównać z milionami ofiar jednego błędu, to szybko okazałoby się, że w sumie to niewiele się różnią.
Daniel Kahneman, wybitny psycholog i noblista z ekonomii, analizował swego czasu system motywacyjny jednej z firm inwestycyjnych. Był zdziwiony, że system przewiduje tak wielkie premie za udane inwestycje, skoro po analizie było widać, że żadna w tym zasługa traderów. W ich wynikach nie było żadnej logiki – trader najlepszy w jednym okresie, mógł być najgorszy w kolejnym, a potem być w okolicach średniej. Trudno było wskazać rzeczywiście zdolnego tradera, który ma regularnie nosa do inwestycji. Co decydowało o udanej inwestycji i wielkiej premii? Ślepy traf.
Co jeszcze zależy od szczęścia? Kolejny oczywisty przykład to brak problemów zdrowotnych – ważny w każdej grupie zawodowej, ale szczególnie w sporcie zawodowym, w którym są wielkie pieniądze. A przekreślonych karier po poważnej kontuzji było całe mnóstwo. Od szczęścia zależy też, czy w pewnym momencie natkniemy się na odpowiednie osoby, które popchną naszą karierę do przodu. Będąc w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie można zdobyć kluczowe zlecenie, po którym posypią się kolejne. Stworzenie popularnego produktu również w dużej mierze zależy od szczęścia. Czasem trudno powiedzieć, dlaczego dany produkt wygrał z konkurencją – po prostu w pewnym momencie zdobył popularność i zadziałał mechanizm kuli śnieżnej, który jednemu producentowi dał gigantyczne zyski, a konkurencyjne produkty usunął w niebyt. Wiele historii sukcesu opartego o szczęście opisał Robert Frank w wydanej niedawno książce „Sukces i szczęście. Dobry los a mit merytokracji”, w której doskonale rozprawił się z naiwnym przeświadczeniem, że nasze sukcesy to tylko nasza zasługa.
Szczęściarz Bill Gates
Frank opisuje chociażby przypadek Bryana Cranstona, obecnie aktora wręcz kultowego, chodzącej legendy także dla piszącego te słowa. Cranston zagrał główną rolę w być może najlepszym serialu wszechczasów – „Breaking Bad”. Ale gdy w 2008 roku otrzymywał tę rolę trudno było uznać go za spełnionego artystę. Miał 52 lata i był uznawany za raczej przeciętnego aktora grającego głównie role drugoplanowe. Producent Vince Gilligan widział w nim jednak potencjał i chciał dać mu rolę Waltera White’a. Jednak szefowie wytwórni widzieli w niej jakiegoś bardziej znanego aktora. Do Cranstona wrócili dopiero wtedy, gdy odmówili im John Cusack i Mathew Broderick. Cranston okazał się strzałem w dziesiątkę – w trakcie pięciu sezonów cztery razy zgarnął nagrodę Emmy. Obecnie jest już oczywiste, że Cranston to aktor wybitny. Bez wątpienia ma wspaniałe zdolności aktorskie, ale szczęścia miał przynajmniej równie dużo.
Kolejny przykład opisany przez Franka to Bill Gates – przez większość uważany za samorodnego geniusza, który rzucił studia, by z niczego stworzyć w garażu giganta informatycznego Microsoft. Ta legenda ma jednak mało wspólnego z rzeczywistością. Gates w latach 60. chodził do prywatnej szkoły, która oferowała nieograniczony dostęp do zaledwie kilku w kraju nowoczesnych terminali do programowania, które informowały o błędach w kodzie niemalże w czasie rzeczywistym. Gdy zapytany wiele lat później, ilu jego rówieśników otrzymało takie wykształcenie informatyczne przed pójściem do szkoły wyższej, stwierdził: „Gdybym naliczył pięćdziesięciu, zdziwiłbym się. Mam wrażenie, że dzięki niewiarygodnej serii zbiegów okoliczności jako młody chłopak miałem znacznie więcej do czynienia z oprogramowaniem niż ktokolwiek inny”.
Gdy w latach 80. IBM zwrócił się do Gatesa z propozycją przygotowania systemu operacyjnego dla tworzonego przez nich komputera osobistego, ten początkowo odrzucił propozycję. Zasugerował, by IBM zwrócił się do firmy Digital Research, która stworzyła system o nazwie CP/M. IBM jednak nie dogadał się z DR i zamierzał kupić inny system QDOS, który, co ważne, został napisany przez Tima Pattersona na podstawie podręcznika do CP/M. IBM jednak wahał się, w końcu dosyć przypadkowo w trakcie rozmowy Gatesa z Jackiem Samsem z IBM stanęło na tym, że to Gates odkupi prawa do QDOS, dopracuje go i udostępni licencję na użytkowanie dla IBM. Współpracownik Gatesa Paul Allen wynegocjował kupno QDOS od Pattersona za ledwie 50 tys. dolarów. Po wprowadzeniu przez Microsoft pewnych modyfikacji powstał system MS-DOS. IBM nie spodziewając się, że jego komputer odniesie aż taki sukces, zgodził się, by Microsoft pobierał opłatę za prawa autorskie od każdego sprzedanego komputera. Szybko okazało się to dla firmy Gatesa i Allena gigantycznym zastrzykiem gotówki. Początek historii Microsoftu to pasmo szczęśliwych zbiegów okoliczności. A MS-DOS, czyli program, który w bardzo dużej części stworzył ktoś inny, stał się dla Microsoftu kurą znoszącą złote jaja i przepustką do kolejnych zleceń.
Podobnych historii jest u Roberta Franka co niemiara. Michael Lewis to obecnie jeden z najbardziej poczytnych autorów opisujących realia sektora finansowego. Swoją pierwszą książkę napisał zupełnie przypadkowo. Młody Lewis zbiegiem okoliczności trafił na kolację z żoną jednego z decydentów wielkiego banku inwestycyjnego Salomon Brothers. Rozmowa nieźle się układała, a w jej wyniku owa kobieta wymogła na swoim mężu, by ten zatrudnił Lewisa w firmie. Dzięki temu Lewis zaczął zarabiać naprawdę duże pieniądze i poznał sektor finansowy od podszewki. A to, co zobaczył w Salomon Brothers, opisał w książce o znamiennym tytule „Poker kłamców”, który stał się jego pierwszym bestsellerem. Po publikacji okrzyknięto Lewisa doskonały autorem, co wzbudziło jego zdumienie. „Nagle ludzie zaczęli mi mówić, że jestem urodzonym pisarzem. To był absurd. Nawet ja widziałem, że istniała inna, prawdziwa opowieść ze szczęściem w tytule” – cytuje Lewisa Robert Frank.
Ciekawy jest również przypadek słynnej tenisistki Steffi Graf. Od kwietnia 1993 roku jej zarobki znacząco wzrosły. Dlaczego? Ponieważ w kwietniu tego roku jej największa rywalka Monica Seles została zaatakowana nożem podczas turnieju. W wyniku tego najpierw zawiesiła karierę, a potem już nigdy nie powróciła do tak wielkiej formy, jak wcześniej. W latach 1990-1993 wygrała aż siedem razy turniej Wielkiego Szlema, a ostatni zaledwie 3 miesiące przed atakiem nożownika. Jednak po ataku udało się jej to zrobić już tylko jeden raz.
Co łączy Citkę i Kaleckiego?
Zresztą nie musimy posiłkować się znakomitą książką Franka, żeby przywołać podobne przypadki. Wróćmy na chwilę do wspomnianego wywiadu z Trzaskowskim, bo zaraz przed cytowanym na początku tekstu zdaniem powiedział on coś równie interesującego. W 1989 roku pracował jako młodzieniec w warszawskim biurze „Solidarności”. „Kleiłem plakaty i zamiatałem biuro – opowiada Trzaskowski. – Niewiele osób mówiło po angielsku, więc tłumaczyłem dla ekip filmowych i polityków. Trafiłem tam na amerykańskich polityków, którzy uciekli z oficjalnej delegacji mającej się przyglądać temu, jak się demokratyzuje Polska. Potem oni załatwili mi stypendium”. No i proszę, kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności, który otworzył szerzej drzwi do politycznej kariery samowystarczalnemu Rafałowi Trzaskowskiemu.
Z drugiej strony możemy też wymienić sytuacje pechowe, które zablokowały kariery bardzo utalentowanych osób. Tyle się obecnie mówi o Robercie Lewandowski, ale mało kto pamięta już o Marku Citce, który swego czasu uchodził za największy talent polskiej piłki nożnej. Strzelił bramkę Anglii na Wembley, w Lidze Mistrzów wbił gola Atletico Madryt niemal z połowy boiska. Niestety kontuzja ścięgna Achillesa zatrzymała jego karierę na 1,5 roku. Po niej już nigdy nie wrócił do wielkiej formy. Największe gwiazdy futbolu zwykle mają szczęście unikać poważnych kontuzji. A gdy już się jakaś trafi, to mają do dyspozycji najlepszą opiekę medyczną.
Innego rodzaju pecha miał Michał Kalecki, być może najwybitniejszy polski ekonomista. W 1933 roku, a więc trzy lata przed Keynesem, opisał on podstawy ekonomii popytu w „Próbie teorii koniunktury”. Jednak to Keynes jest uznawany za ojca ekonomii popytu, czyli keynesizmu właśnie. Kalecki napisał swoje opracowanie po polsku, a pracę badawczą prowadził w Polsce i Szwecji, co nie rezonowało w Europie. Tymczasem Keynes swoją pracę „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” wydał po angielsku, jako profesor Cambridge, więc spotkała się z bardzo głośnym przyjęciem. Kalecki zresztą trafił potem do Cambridge, jednak tam został tylko jednym z wielu podopiecznych Keynesa – zresztą nie bardzo lubianym przez samego mistrza. Gdyby Kalecki napisał swoją pracę w Anglii i tam pracował od początku, być może dziś mówilibyśmy o kaleckizmie, a nie o keynesizmie.
Dlaczego to wszystko jest ważne? Oczywiście przekonanie o własnej genialności jest całkiem przyjemne, jednak to fałszywy obraz. Jego odrzucenie ma niebagatelne znaczenie dla postrzegania świata. Jak zauważa Frank, gdyby ludzie sukcesu w pełni zdawali sobie sprawę ze szczęścia, jakie ich w życiu spotykało, staliby się dużo bardziej wdzięczni wobec otoczenia. Wobec własnego miasta, kraju, społeczności. A dzięki tej wdzięczności łatwiej byłoby przeforsować prospołeczną politykę, która umożliwiałaby sukces większej liczbie osób. Dopóki klasy wyższe wciąż będą w swojej masie przeświadczone o swoich wybitnych zasługach, wprowadzenie prospołecznych zmian w kapitalizmie będzie niezwykle trudne. Ponieważ ci, którzy mają największe możliwości, by dofinansować sferę publiczną, wciąż będą twierdzić, że owładnięci zawiścią nieudacznicy zaglądają im do kieszeni i chcą odebrać część ciężko zarobionej własności.
Piotr Wójcik
przez Pete Dolack | poniedziałek 27 sierpnia 2018 | Felietony, opinie
W chwili, gdy wojska Układu Warszawskiego zaatakowały w sierpniu 1968 r. Czechosłowację, istniało w tym kraju nie więcej niż dwa tuziny rad robotniczych i działały one dopiero od dwóch miesięcy. Były jednak skoncentrowane w największych zakładach, a zatem reprezentowały dużą liczbę pracowników. W reakcji na inwazję ruch zaczął rozwijać się bardzo szybko i do stycznia 1969 r. powstało już tyle rad, że istniały w 120 fabrykach, reprezentując interesy ponad 800 tysięcy pracowników, a zatem około jednej szóstej osób pracujących na terenie całego kraju. To wszystko wydarzyło się pomimo tego, że od października 1968 r. rząd przeciwdziałał tego rodzaju samoorganizacji.
Od początku był to ruch oddolny, który zmusił do reakcji na swoje działania partię, rząd i zarządy zakładów pracy. Rady układały własne statuty i od razu wcielały je w życie. Szkic statutu fabryki im. Wilhelma Piecka w Pradze (jeden z pierwszych takich dokumentów, powstały w czerwcu 1968 r.) to dobry przykład: „Pracownicy fabryki Piecka pragną wprowadzić w życie jedno z podstawowych praw demokracji socjalistycznej, to znaczy prawo robotników do zarządzania własną fabryką” – głosi wstęp do statutu. „Chcą także, by nawiązała się bliższa więź pomiędzy interesami jednostki a interesami całego społeczeństwa. Z tego powodu podjęli decyzję o ustanowieniu samorządu pracowniczego”.
Wszyscy robotnicy, którzy pracowali w zakładzie dłużej niż trzy miesiące, z wyjątkiem jego dyrektora, mieli prawo przyłączyć się do tego ciała. Pracownicy jako całość, nazywani „zgromadzeniem pracowników”, stanowili najwyższą instancję i mieli podejmować wszystkie podstawowe decyzje. Z kolei zgromadzenie pracowników miało wybierać radę pracowniczą, która miała wywiązywać się z realizacji podjętych zamierzeń, zarządzać zakładem i zatrudniać dyrektora. Członkowie rady byli wybierani na niejednorodnych zasadach [ang. staggered terms – oznacza to, że ich kadencje nie musiały być jednakowej długości – przyp. tłum.], w tajnym głosowaniu. Można było wybrać ich więcej niż raz. Dyrektor zakładu miał być wybierany po przeegzaminowaniu wszystkich kandydatów na to stanowisko przez ciało złożone w większości z pracowników, a w mniejszości z obserwatorów z organizacji zewnętrznych.
Dyrektor jest tu właściwie „głównym menedżerem”, odpowiednikiem dyrektora generalnego w kapitalistycznym przedsiębiorstwie. Rada pracowników byłaby zatem odpowiednikiem rady dyrektorów w kapitalistycznej korporacji. Jednak ta nadrzędna rola miałaby całkowicie inny wymiar: rada pracowników składa się z ludzi, którzy walczą na rzecz interesu robotników oraz, w teorii, dla idei większego społecznego dobra, którą cały czas mają mieć przed oczami.
Dla porównania – w kapitalistycznych przedsiębiorstwach rada dyrektorów jest złożona z dyrektorów generalnych danej firmy, ich kumpli, dyrektorów generalnych z innych firm, z którymi akurat nie ma konfliktu interesów, a czasem może i z jakiejś znanej postaci, albo i dwóch. Jednymi osobami, przed jakimi zobowiązana jest się opowiadać rada, są udziałowcy firmy. Chociaż w niektórych krajach ta odpowiedzialność wobec udziałowców ma na tyle silne podstawy, że wpisuje się ją nawet do statutów prawnych przedsiębiorstw, to własność przedsiębiorstwa jest rozdzielona pomiędzy tak wielu udziałowców, że rada często po prostu działa w interesie zarządu, co w praktyce oznacza szukanie najprostszej drogi do transferowania bogactwa w górę „łańcucha pokarmowego” firmy. A i w przypadku, gdy rada dyrektorów chce faktycznie wypełniać swoje prawne obowiązki i czynić zadość interesowi udziałowców, obowiązki te oznaczają po prostu ustalenie wszystkimi dostępnymi środkami jak najwyższej ceny za udział – nie wyłączając cięć w wynagrodzeniach pracowników, masowych zwolnień i odbierania zatrudnionym świadczeń socjalnych. Jak by nie patrzeć, w każdym z tych przypadków kapitalistyczne przedsiębiorstwo jest zarządzane WBREW interesowi swojej siły roboczej (której wspólny wysiłek jest przecież źródłem jego dochodu), i w dodatku w świetle prawa tak być musi.
Żądanie ogólnokrajowego spotkania w celu kodyfikacji statutów
Statut fabryki Wilhelma Piecka przypominał inne statuty powstałe w zakładach, gdzie także istniały rady pracowników. Było zatem logiczne, że musi powstać krajowa federacja tych rad, która koordynowałaby ich prace i uważała, czy aktywność gospodarcza ma odbicie w szerszym interesie społecznym. Zanim jeszcze rząd wyznaczył ostateczny termin na stworzenie ogólnoczechosłowackiego prawa kodyfikującego działanie rad, 9 i 10 stycznia 1969 r. w Pilznie, jednym z najważniejszych miast przemysłowych, odbyło się generalne spotkanie rad pracowników. Owocem zjazdu był 104-stronicowy raport powstały na podstawie nagrania ze spotkania. Reprezentanci z całego kraju zebrali się, by podzielić się wizjami swoich rad w kwestii nowo powstającego prawa krajowego, które miało ich dotyczyć.
Liderzy związków zawodowych także byli obecni na spotkaniu i popierali dopełnianie się ról związków i rad (związki zawodowe zrzeszały dwie trzecie członków rad). Jeden z pierwszych mówców, inżynier, który zasiadał we władzach lokalnego związku zawodowego w Pilznie, powiedział, że podział zadań świadczy o naturalnym rozwoju: „Dla nas ustanowienie rad pracowników oznacza, że będziemy w stanie zdobyć status ludzi relatywnie niezależnych od naszego przedsiębiorstwa, że władze decyzyjne będą oddzielone od władz wykonawczych, że związki zawodowe będą miały wolną rękę co do realizacji swoich poszczególnych polityk. To postęp, który oznacza próbę rozwiązania problemu relacji, w jakiej wytwórca znajduje się w stosunku do produkcji – na przykład problemu alienacji pracy”.
Na spotkaniu było reprezentowanych około 190 zakładów pracy. Wśród nich – 101 rad pracowników i 61 komitetów założycielskich przyszłych rad; pozostałe to związki zawodowe lub inne rodzaje zrzeszeń pracowniczych. Spotkanie przyniosło rezultat w postaci jednogłośnego przyjęcia złożonej z sześciu punktów rezolucji, włączając w to „prawo do samozarządzania jako niezbywalne prawo socjalistycznego pracownika”.
Rezolucja głosiła: „Jesteśmy przekonani, że powstanie rad pracowników może pomóc w ucywilizowaniu zarówno relacji przedsiębiorstwa z pracownikami, jak i samej pracy, i dać każdemu z wytwórców poczucie, że nie jest on tylko pracownikiem, zwykłym elementem w procesie produkcji, lecz jego organizatorem i współtwórcą. Dlatego też chcemy ponownie tu i teraz podkreślić, że rady muszą zawsze zachowywać demokratyczny charakter i żywe związki ze swoimi wyborcami, co zapobiegnie wytworzeniu się »specjalnej kasty profesjonalnych samozarządzających«”.
Ten demokratyczny charakter, jak i popularność takiej koncepcji, wyrażała się poprzez masowy udział w radach – badania przeprowadzone w 95 proc. rad wykazały, że w wyborach do nich uczestniczyło 83 proc. pracowników. Te 95 proc. rad z sektora wytwórczego i innych przebadano gruntownie i dostrzeżono interesujący trend. Osoby wybrane w wyborach do rad miały długie doświadczenie w pracy w przedsiębiorstwach. Około trzy czwarte wybranych pracowało w zakładzie od ponad dziesięciu lat, a wielu od więcej niż piętnastu. 70 procent członków rad rekrutowało się spośród techników lub inżynierów, około jedna czwarta to pracownicy fizyczni, a personel biurowy stanowił tylko 5 procent. Takie wyniki wyborów pokazują silną tendencję do głosowania na tych, których uważa się za najlepszy wybór, a nie na znajomych lub na kandydatów najbardziej przypominających głosującego – ponieważ ruch rad pracowników był szczególnie popularny w sektorze wytwórczym, większość wśród głosujących na kandydatów do rad stanowili pracownicy produkcyjni.
Wyniki udowodniły też wysoki stopień dojrzałości części czechosłowackich robotników. Innym tropem jest fakt, że 29 procent osób wybranych w skład rad miało wykształcenie uniwersyteckie, czyli prawdopodobnie wyższe niż to, którym legitymowali się dyrektorzy przedsiębiorstw. W przeszłości wielu dyrektorów znalazło się na swoich stanowiskach na fali osobistych układów – a rady pracowników pragnęły wzniecić rewoltę przeciw takiemu amatorskiemu zarządzaniu. Interesujące jest też to, że połowa członków rad była również członkami partii komunistycznej. Czechosłowaccy robotnicy nadal wierzyli w socjalizm, jednocześnie odrzucając narzucony im system sowiecki.
Rząd próbuje osłabić kontrolę pracowniczą
Rząd faktycznie stworzył ustawę o radach, a jej kopie krążyły po kraju w styczniu 1969 r. Nigdy jednak nie wprowadzono jej w życie, ponieważ narastała sowiecka presja wobec czeskich władz. Zaczęli się umacniać zwolennicy twardej linii. Proponowana ustawa zmieniłaby nazwę ciała z „rady pracowników” na „rady przedsiębiorstw” i rozwodniła znaczenie niektórych punktów statutu, jakie zostały spisane przez same rady. Zmiany miały być takie: wprowadzenie prawa weta dla rządu przy wyborze dyrektorów zakładu przez radę, jedną piątą rad mieliby stanowić niewybrani przez załogę specjaliści spoza przedsiębiorstwa. Rady zakładów, które ustawa opisuje jako „przedsiębiorstwa państwowe” (banki, koleje i inne kontrolowane bezpośrednio przez państwo), mogłyby tylko w małym stopniu składać się z członków wybranych przez pracowników – i musiałyby uznać nadrzędność weta rządu wobec swoich decyzji.
To wycofywanie się po własnych śladach spotkało się ze sprzeciwem. Codzienna gazeta związkowa „Práce”, jak i federalny kongres związków zawodowych, nazwały propozycję rządu „akceptowalnym minimum”. W gazetowym komentarzu inżynier Rudolf Slánský junior, syn lidera partii, na którym wykonano wyrok śmierci, ustawia ruch rad pracowników w kontekście pytania o własność przedsiębiorstwa: „Zarządzanie gospodarką narodową to jeden z naszych kluczowych problemów. Podstawowym prawem ekonomicznym, na którym opiera się mechanizm zarządzania w sposób biurokratyczno-centralistyczny, jest bezpośrednie wprowadzenie w życie prymatu państwa nad znacjonalizowanym przedsiębiorstwem. Zadanie to biorą na siebie państwo, lub, bardziej precyzyjnie, jego różne organy centralne. Myślę, że nie trzeba przypominać czytelnikowi głównej lekcji płynącej z marksizmu, a mianowicie tego, że kto ma coś na własność, ten ma władzę… Jedynym możliwym sposobem na obalenie biurokratycznego modelu naszego socjalistycznego społeczeństwa i przekształcenie go w model demokratyczny, jest obalenie monopolu administracji państwowej w sprawie wykonawczości kwestii własnościowych, i zdecentralizowanie go na rzecz tych, których interes leży w funkcjonowaniu socjalistycznego przedsiębiorstwa, np. kolektywów pracowniczych”.
Zwracając się do biurokratów, którzy sprzeciwiali się poluzowaniu centralnej kontroli, napisał: „Ci ludzie mylą pojęcia. Mówią na przykład, że takie prawo będzie oznaczało przekształcenie całości własności społecznej we własność grupową, chociaż to jasne, że wcale nie idzie tu o własność, a o to, kto bezpośrednio sprawuje zarząd w imieniu całego społeczeństwa – czy jest to aparat państwa, czy sami socjalistyczni robotnicy”.
Niemniej, nie ma porozumienia co do kwestii ogólnego nadzoru i codziennego zarządzania. Inny komentator, profesor prawa, pisze: „Nie wolno nam ustawiać demokracji i kompetencji technicznych na przeciwnych pozycjach, lecz powinniśmy szukać między nimi harmonii i równowagi. Może lepiej byłoby nie rozmawiać o zmianie funkcji, ale o zmianie zakresu zadań. Wtedy zmiana będzie podyktowana potrzebami, a nie względami dogmatycznymi czy prestiżowymi”.
Ale dyskusje te nie miały już szansy dalej się rozwijać. W kwietniu 1969 r. Alexander Dubček został odwołany z funkcji pierwszego sekretarza partii. Zastąpiono go Gustávem Husákem, który nie czekał długo z wprowadzeniem represji. Ustawa o radach pracowników została w maju odłożona na półkę, a rząd i partia zaczęły oficjalną kampanię przeciwko istnieniu rad. Formalnie rząd zakazał ich tworzenia w czerwcu 1970 r., ale już ich wtedy prawie nie było.
Pete Dolack
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej workerscontrol.net w październiku 2016 r.