przez Janusz Szewczak | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdybym był ministrem, za priorytet uznałbym zatkanie dziur w polskim finansowym „dzbanie”, którymi za granicę wyciekają już dziesiątki i setki miliardów złotych. Szacuję, że rocznie bezpowrotnie tracimy 50–150 mld zł z powodu różnego rodzaju nadużyć związanych z przemytem towarów, takich jak spirytus, papierosy czy pręty stalowe, w przypadku których unika się płacenia akcyzy lub podatku VAT. Do tego dochodzą różnego rodzaju dziwne transfery z Polski nie objęte normalną statystyką, np. zlecenia dotyczące rebrandingu firm, wypłaty wynagrodzeń dla zagranicznej kadry menedżerskiej, umowy w formie leasingów itp. Olbrzymią kwotę – w tym roku nawet kilkadziesiąt miliardów złotych – tracimy również z powodu interwencji walutowych Narodowego Banku Polskiego i Ministerstwa Finansów. Ingeruje się, żeby sztucznie utrzymać kurs polskiego złotego, aby on z kolei sztucznie zaniżał wartość naszego zadłużenia w relacji do PKB, ponieważ istnieją progi konstytucyjne, których rzekomo nie możemy przekroczyć, a które tak naprawdę już przekroczyliśmy. Tego typu uszczupleń i wycieku polskich pieniędzy przez nasz „dziurawy dzban” jest bardzo dużo. Należy prędko zahamować wypływ tej finansowej krwi, bo kiedy otworzy się żyły i puści krew z organizmu gospodarczego, to kraj tego nie przeżyje.
Druga sprawa to niewątpliwie nowa koncepcja systemu podatkowego. On w dzisiejszej formule nie działa – bogaci de facto nie płacą w Polsce podatków, istnieje bowiem możliwość tzw. optymalizacji podatkowej, czyli unikania płacenia przez duże koncerny zagraniczne, sieci handlowe czy banki. Przykładowo przedsiębiorstwo KGHM, już tylko w 30% będące własnością Skarbu Państwa, płaci składki takie jak prawie wszystkie banki zagraniczne działające w Polsce razem wzięte, to jest 4–5 mld zł, plus od niedawna jeszcze podatek od kopalni, co daje kolejne 2 mld zł. Natomiast banków komercyjnych jest w tej chwili ok. 70, z czego liczących się 20. Są to głównie banki zagraniczne, polskich banków praktycznie nie mamy, poza częścią PKO BP. Wśród polskich podmiotów finansowych są jedynie banki spółdzielcze, np. SKOK-i.
Jestem zdania, że w Polsce trzeba wprowadzić większe obciążenia podatkowe dla banków czy wielkich sieci handlowych, które mają ponad stumiliardowe obroty, a które osiągają rzekomo zyski zaledwie kilku miliardów złotych i do budżetu płacą 700 mln zł podatku. Popieram wprowadzenie podatku od transakcji finansowych. Takie rozwiązanie jest już wprowadzane w Europie. Trzeba też zupełnie zmienić ustawę o VAT. Żeby VAT faktycznie przynosił dochody państwu, nie trzeba go podwyższać, lecz trzeba zlikwidować te dziury, które lobbyści skutecznie wpisali do obecnych rozwiązań i które powodują, że bogaty może nie płacić. Wówczas można by ten podatek nawet obniżyć.
Jako minister zająłbym się także kwestią naszych zobowiązań w stosunku do Unii Europejskiej i do nowych form narzucających utratę suwerenności ekonomicznej w Polsce, takich jak Unia Bankowa, do której nie powinniśmy się przyłączać. Polska wiele razy w ciemno brała na siebie różne zobowiązania, których nie była w stanie wykonać. Zresztą jeśli chodzi o fundusze spójności, z każdego jednego euro, które przychodzi do Polski, 60 centów trafia natychmiast do bogatych krajów strefy euro. Płacimy też olbrzymie składki do Unii Europejskiej, rzędu 15–16 mld zł rocznie. Niewątpliwie trzeba stworzyć bilans korzyści i strat z tytułu relacji z budżetem unijnym.
Kolejna kwestia to konieczność zaprzestania zadłużania się za granicą. Wszystkie podatki Polaków, czyli ok. 40 mld zł, wpadają na sekundę do budżetu i natychmiast są transferowane za granicę, do naszych wierzycieli. To przypomina system państwa kolonialnego. Pieniądze wywozi się do Rzymu, Madrytu, Berlina czy Lizbony, skąd rekrutują się duże banki zagraniczne, które nam te pieniądze pożyczają. Jeszcze 5 lat temu nasz dług publiczny wynosił ok. 534 mld zł, dzisiaj wynosi prawie 900 mld zł.
Obecnie wyprzedawane są za granicą polskie obligacje. Sprzedają się jak świeże bułeczki. Nikt nie myśli o tym, że to są przecież nowe długi, zobowiązania, za które trzeba dać procent. My takich długów narobiliśmy na niemal 200 mld zł. Te obligacje mogą być przecież w każdej chwili wymagalne, ktoś może zażądać ich wykupienia. Płacimy bardzo hojnie: za dziesięcioletnie obligacje – 4,5% – podczas gdy np. Czesi – 1,69%. Stąd taki popyt na nasze obligacje. Jednak te „świeże bułeczki” mogą bardzo szybko zamienić się w zakalec, bowiem przy jakimś tąpnięciu w strefie euro czy kłopotach z budżetem w Polsce może nastąpić ich gwałtowna wyprzedaż, załamanie się rynku. To bardzo niebezpieczna polityka. Zadłużając się za granicą, żyjemy na takiej przymusowej kroplówce i zachowujemy się jak narkoman, który musi mieć ciągle nowy zastrzyk finansowy. To się musi skończyć bankructwem – tak jak w Grecji, Portugalii czy Hiszpanii. Dlatego proponuję unarodowienie długów – na wzór japoński. Jeśli musimy się zadłużać, to róbmy to u Polaków.
Ponadto konieczna jest repolonizacja majątku narodowego. Tak naprawdę Polska wyprzedała już niemal wszystkie swoje dobra. W tej chwili prywatyzujemy sanatoria, myśli się o sprzedaży lasów, nawet nowo wybudowane autostrady mają być na razie oddane pod zarządzanie prywatnym firmom. Nie mamy ani własnych banków, ani firm ubezpieczeniowych, ani nowoczesnych przedsiębiorstw produkcyjnych. Obecnie rząd twierdzi, że na 2014 r. nie robi planów prywatyzacyjnych – trudno się dziwić, wszystko już sprzedane. Pojawia się tylko pytanie, gdzie są te 140–150 mld zł uzyskane od 1990 r. z prywatyzacji? Po drugie jak to się stało, że im więcej wyprzedawaliśmy tego majątku, w tym większe długi popadaliśmy? W końcu stanie przed Polską konieczność odzyskania tego bezmyślnie i tanio sprzedawanego majątku. Repolonizację majątku narodowego należy jednak przeprowadzić mądrze. Nie ma sensu odkupywać tych samych banków, które sprzedaliśmy, za wielokrotność ich ówczesnej ceny. Trzeba też uważać na niebezpieczeństwo odkupienia tzw. banków-wydmuszek, których kapitał zostanie przetransferowany do Lizbony czy Rzymu, a zostaną tylko długi.
Poza tym zlikwidowałbym ZUS w jego dotychczasowej formule, pozostawiając go jako niewielką strukturę administracyjną. Na jego miejsce utworzyłbym Państwowy Bank Emerytalny i dał Polakom prawo wyboru – kto chce, może zostać przy prywatnych, zagranicznych OFE; kto chce, może przejść do owego banku, gdzie na zasadach konkurencyjnych inwestowałoby się nasze pieniądze. Pieniądze, które dotychczas trafiały do OFE i które tworzyły Polsce zadłużenie publiczne, a zyski przynosiły głównie zagranicznym właścicielom Powszechnych Towarzystw Emerytalnych, wcale nie gwarantując wysokich emerytur. Bank Emerytalny, inwestując na giełdzie, mógłby pomału odzyskiwać wyprzedany majątek narodowy na rzecz polskich emerytów. W ten sposób mielibyśmy podwójne korzyści – do Polaków wracałaby własność w formie akcji, które posiadałby ten bank, a także dawałoby to obywatelom gwarancję pewnego bezpieczeństwa ekonomicznego na starość.
Majątek narodowy to kwestia niezwykle istotna. Polska obecnie funkcjonuje jako montownia dla dostawcy części zamiennych do przemysłu niemieckiego. Gdy przychodzi kryzys do Europy i Włosi przestają kupować samochody, Niemcy przestają je produkować, to natychmiast stają też zakłady montażowo-produkcyjne w Polsce, chociażby w Tychach.
Niewątpliwie jest też wiele do zrobienia w sferze finansowania inwestycji, zwłaszcza infrastrukturalnych. Jak dotąd wyrzucono dziesiątki miliardów złotych, a nadal nie mamy autostrady od jednego krańca granicy do drugiego. Istnieją tylko poszatkowane fragmenty, z czego częściowo są to już porzucone inwestycje, część będzie budowana latami, a część jest po prostu partactwem. Nie mamy też dobrze funkcjonującej kolei – podczas gdy za II Rzeczpospolitej uchodziła ona za wzorową. Dzisiaj do niektórych miejsc jedziemy dłużej niż przed II wojną światową.
Myślę, że w tej sytuacji trzeba też sprawdzić przez instytucje kontrolne typu NIK czy CBA dotychczasowe wydatkowanie środków. Twierdzę bowiem, że ok. 30% z tych inwestycji, chociażby przygotowań do Euro 2012, zostało rozkradzionych lub zmarnotrawionych, zdarzały się zjawiska ustawiania przetargów, korupcja. Być może część tych pieniędzy dałoby się odzyskać.
Dodatkowo należy zlikwidować wrogość instytucji państwowych wobec obywatela, która w ostatnich miesiącach jest szczególnie widoczna – z jednej strony wielcy hochsztaplerzy, którzy robią przekręty na setki milionów złotych, z drugiej samotna matka w Opolu, do której przychodzi policja, bo jest winna Urzędowi Skarbowemu 2 tys. zł za źle wypełnioną fakturę. To pokazuje, jak to państwo potrafi być okrutne, represyjne, bezwzględne w stosunku do słabszych. A tych słabszych jest coraz więcej. Dzisiaj same długi zagrożone, czyli kredyty niezapłacone przez Polaków, wynoszą w przypadku gospodarstw domowych 40 mld zł. Dwa miliony Polaków już nie reguluje swoich zobowiązań nie tylko wobec banków, ale też wobec przedsiębiorstw energetycznych, spółdzielni itd.
Oczywiście, trzeba zapewnić pewną stabilność dochodów budżetowych. Świat stoi przed gigantycznym kryzysem, który nie będzie tylko kryzysem zadłużeniowym, ale też kryzysem wiarygodności elit, kryzysem etycznym. Dzisiejsze rządy i przedstawiciele władz są albo zbyt słabi, albo zbyt skorumpowani, aby dbać bardziej o gospodarki narodowe niż o banki i rynki kapitałowe. W związku z tym kryzys będzie się pogłębiał, a dla wszystkich pieniędzy nie wystarczy. Grekom mówi się, że jeżeli bardziej się odchudzą, to będą zdrowsi, uważa się, że mogą jeść trawę i pluć krwią, ale długi spłacić muszą. Dokonuje się dalszych cięć wynagrodzeń, emerytur itd., a zadłużenie zamiast się zmniejszać – rośnie. To samo widać w Hiszpanii czy Portugalii. Takie rozwiązania do niczego nie prowadzą – lekarstwo okazuje się gorsze od choroby i zamiast wyjść z kłopotów, popada się w jeszcze większe.
Musimy zatem zastanowić się, jak zgromadzić dochody podatkowe, a nie da się tego osiągnąć jedynie kosztem kieszeni obywateli. Polacy mają obecnie 3–4-krotnie niższe wynagrodzenia niż pracownicy strefy euro, podczas gdy ceny produktów żywnościowych i usług są takie same. Polakom trzeba wreszcie zacząć godziwie płacić. Mnóstwo młodych ludzi już wyjechało – 2 miliony, z czego ponad 300 tysięcy to osoby poniżej 14. roku życia. Jeśli w kraju nic się nie zmieni, to wyjadą wszyscy, bo tu nie ma dla ludzi młodych żadnej nadziei – ani na mieszkanie, ani na pracę, ani na założenie i utrzymanie rodziny.
przez Ryszard Szarfenberg | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Za jakie działy administracji rządowej odpowiadałoby moje ministerstwo? Przyjąłbym wąskie rozumienie rozwoju społecznego, pozostawiając rozwój gospodarczy czy ekologiczny kompetencjom innych ministerstw. Co składałoby się na sprawy rozwoju społecznego? Z grubsza to, co wchodzi w zakres kwestii, którymi zajmuje się obecnie ministerstwo pracy i polityki społecznej, czyli sprawy pracy i zabezpieczenia społecznego, natomiast sprawy rodziny (którymi również zajmuje się MPiPS) oddałbym oddzielnemu ministerstwu ds. rodziny.
Zmiana nazwy „ministerstwo pracy i polityki społecznej” na „ministerstwo rozwoju społecznego i wsparcia socjalnego” zapewne spotkałaby się z dużym oporem. Po pierwsze mógłby pojawić się problem ze sprecyzowaniem pojęcia rozwoju społecznego, po drugie wątpliwości, czy kluczowa dla rozwoju społecznego, z jego główną zasadą sprawiedliwości społecznej, jest praca. Byłbym jednak skłonny przyjąć taki punkt widzenia, gdyż od pozycji członków gospodarstwa domowego w świecie pracy (ogólniej od ich pozycji w strukturze społeczno-ekonomicznej) zależą w dużej mierze ich szanse życiowe oraz mobilność międzypokoleniowa, tzn. szanse dzieci z rodzin z różnych klas społecznych.
Najbardziej dotkliwe problemy społeczne w obszarze rozwoju społecznego rozumianego poprzez pryzmat pracy to: 1. bezskuteczne poszukiwanie zatrudnienia; 2. pozostawanie bez pracy wbrew woli; 3. wyzysk i inne patologie w sferze pracy; 4. niestabilność sytuacji w tej sferze.
Za najbardziej dotkliwy problem społeczny w obszarze wsparcia socjalnego uważam ubóstwo mierzone minimum egzystencji, czyli ubóstwo skrajne, które w Polsce dotyka ponad 2,5 miliona osób, a wśród nich duży odsetek stanowią dzieci. Ubóstwo skrajne wzrosło w 2011 r., co oznacza, że sytuacja się pogarsza.
Inicjatywy koniecznie wymagające dofinansowania w obu tych dziedzinach to: aktywne i pasywne programy rynku pracy, działalność kontrolna Państwowej Inspekcji Pracy, zasiłki okresowe z pomocy społecznej, zasiłki rodzinne i dodatki do nich, opieka instytucjonalna dla dzieci (szczególnie w postaci żłobków i przedszkoli), asystentura rodziny i piecza zastępcza (te ostatnie mogą być jednak w zakresie ministerstwa spraw rodziny).
Mechanizmy, które moim zdaniem obecnie nie działają tak, jak powinny, to: regulacja rynku pracy (nie zapobiega rozprzestrzenianiu się zatrudnienia niskiej jakości), klauzule społeczne w zamówieniach publicznych (nie są dostatecznie często wykorzystywane), pomoc społeczna w postaci zasiłków okresowych (są za niskie i nie trafiają do wszystkich uprawnionych), system waloryzacji kryteriów dochodowych w strukturze pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych (zawiódł skandalicznie, kryteria pomocy społecznej były do niedawna niższe niż minimum egzystencji, czyli granica skrajnej biedy), centra integracji społecznej (jest ich za mało, nie powstają nowe), asystentura rodziny i system pieczy zastępczej (problemy z upowszechnieniem i jakością).
Z pewnością moim pierwszym posunięciem byłoby doprowadzenie do ratyfikowania przez Polskę Zrewidowanej Europejskiej Karty Społecznej wraz z protokołem umożliwiającym składanie skarg do Komitetu Praw Społecznych Rady Europy nie tylko przez organizacje europejskie, ale również przez ogólnokrajowe organizacje polskie (wzorem jest tu Finlandia). Karta została podpisana przez Polskę wiele lat temu i już dawno powinna być ratyfikowana. Dałbym też zielone światło pracom dążącym do sprawienia, by polskie ustawodawstwo było w pełni zgodne z Konwencją 102 Międzynarodowej Organizacji Pracy o minimalnych normach zabezpieczenia społecznego.
W obszarze dialogu społecznego wprowadziłbym programy wzmacniające jego aspekty techniczne i merytoryczne, szczególnie po stronie związkowej. Aby dialog społeczny był prowadzony na odpowiednim poziomie, obie strony powinny dysponować podobnymi zasobami. Dodatkowo włączyłbym jako pełnoprawnych członków przedstawicieli ogólnokrajowych federacji organizacji pozarządowych, również wzmocnionych, wówczas dialog społeczny uzyskałby także wymiar obywatelski.
W obszarze pracy priorytet dałbym zmianom ustawowym, które sprawiłyby, że umowy na czas określony nie byłyby nadużywane, a także nie stosowano by umów cywilnoprawnych zamiast umów kodeksowych.
W obszarze zabezpieczenia społecznego osób niepełnosprawnych dałbym zielone światło dla reformy, dzięki której uprawnienia do rent byłyby przyznawane na innej zasadzie niż obecnie – nie jako rekompensata niezdolności do pracy, ale uwzględnienie zwiększonych kosztów utrzymania. Wówczas można byłoby łączyć te renty z pracą bez żadnych ograniczeń.
W obszarze pomocy społecznej doprowadziłbym do tego, że stanie się ona prawem obywatelskim. Byłoby to związane z usunięciem z ustawy tych zapisów, które sprawiają, że takim prawem nie jest. Musiałoby nastąpić: po pierwsze usunięcie klauzuli o możliwościach pomocy społecznej; po drugie zagwarantowanie 100% zasiłku okresowego. Zmieniłbym też zasadę przyznawania świadczeń pieniężnych – wystarczałoby tu spełnienie kryterium ubóstwa. Zgodnie z już ogłoszonymi propozycjami obecnego Ministerstwa Pracy, oddzieliłbym wyraźnie sprawy przyznawania zasiłków od udzielania usług o charakterze pomocowym. W tej dziedzinie zadbałbym o upowszechnienie sprawdzonych naukowo metod pracy socjalnej (np. koncentrowanie pracy na zadaniach, na rozwiązaniach, wywiad motywujący).
W obszarze zatrudnienia socjalnego popierałbym reformy upowszechniające system Centrów Integracji Społecznej, a szerzej idee i praktyki gospodarki społecznej.
W obszarze świadczeń rodzinnych usunąłbym kryteria dochodowe, aby pomoc pieniężna była skierowana do wszystkich dzieci.
W obszarze zamówień publicznych klauzulę społeczną uczyniłbym obowiązkową. Kto chce korzystać ze środków publicznych, ten powinien wykazać się społeczną odpowiedzialnością nie tylko w takim sensie, że płaci podatki i składki na czas. Zatrudnianie osób znajdujących się w sytuacji gorszej niż inne na rynku pracy powinno być jednym z punktowanych kryteriów.
Co do wykorzystania funduszy europejskich w przyszłym okresie finansowania, w interesującym mnie obszarze EFS popieram wyodrębnienie priorytetu przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu społecznemu od priorytetu prozatrudnieniowego. W ramach tego pierwszego postawiłbym na aktywną integrację i wszechstronne strategie społecznościowe. W programie aktywnej integracji odzwierciedlone byłyby trzy filary tego podejścia: minimalny dochód, inkluzywny rynek pracy, usługi prointegracyjne wysokiej jakości.
Jeżeli chodzi o poparcie dla strategii lokalnych, konieczna byłaby m.in. część związana z sensowną partycypacją obywateli oraz podmiotów ze wszystkich sektorów, a głównym celem tych programów powinno być ograniczenie ubóstwa. Ze względu na daleko idącą decentralizację programów z zakresu rozwoju społecznego i wsparcia socjalnego współpraca z samorządami jest bardzo ważna, więc poszukiwałbym nowej formuły podziału zadań i środków w tym obszarze.
W przypadku organizacji społecznych zainteresowanych projektami EFS, wspierałbym tworzenie sieci i federacji, żeby na poziomie centralnym wyłonić silną reprezentację. Ważne byłoby również zapewnienie w lokalnej implementacji programów EFS większej kontroli ze strony obywateli, w tym tych, którzy mają korzystać z pomocy.
W przypadku środowisk naukowych przemyślałbym usytuowanie trzech instytutów – Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, Instytutu Rozwoju Służb Społecznych, Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych – w kontekście działów analitycznych samego ministerstwa. Na pewno wzmocniłbym te podmioty i uruchomiłbym program zwiększenia przekładalności wyników badań naukowych na praktykę.
przez Julian Srebrny | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdybym był ministrem, postawiłbym sobie za cel przekonanie rządu do tego, co na świecie przyjmuje się za oczywiste: że inwestycje w naukę i edukację są inwestycjami dającymi każdemu narodowi największy zysk. Oczywiście nie w ciągu kilku lat, lecz w dłuższej perspektywie. Dlatego takie inwestycje musi robić państwo. „Niewidzialna ręka rynku” tego nie potrafi. (Dla wielu Polaków „niewidzialna ręka rynku” to ręka aferzysty – niestety nie bez powodu). Czysty mechanizm rynkowy może dać efekty w ciągu 2–4 lat, ale nie wobec zadań długofalowych i podstawowych dla przyszłości państwa i narodu.
Dlaczego nauka i szkolnictwo wyższe są Polsce potrzebne? Badania podstawowe, prowadzone na właściwym poziomie, zapewniają kontakt z najnowszymi osiągnięciami nauki i technologii na świecie. W momencie pojawienia się nowych zastosowań dysponujemy kadrą znającą odpowiednie zagadnienia, a więc potrafiącą dokonać właściwego wyboru aparatury i technologii, oraz odrzucić zbyt kosztowne a niewłaściwe oferty. Kadra ta nie pozwoli „wcisnąć” nam złych i zbyt kosztownych aparatów czy wyrobów. To tylko jedna z korzyści posiadania dobrze wykształconych specjalistów. Uprawianie nauk humanistycznych jest z kolei niezbędne dla kształtowania społeczeństw świadomych swojej przeszłości oraz wyzwań przyszłości. Nauki społeczne, takie jak socjologia i psychologia, pomagają właściwie zorganizować i ukształtować relacje międzyludzkie i solidarne społeczeństwo. Znajomość kultur i języków innych narodów jest podstawą naszych kontaktów ze światem. Prosty przykład: wykształcony doktorant badający kulturę, filozofię i historię np. Chin jest wart miliony dolarów, doradzając w czasie negocjacji handlowych.
- Podsumowując: nie powstanie innowacyjna gospodarka i nowoczesne państwo bez odpowiednio finansowanych badań naukowych i szkolnictwa wyższego w Polsce. Tymczasem obecny poziom nakładów budżetowych na naukę oraz na szkolnictwo wyższe w przeliczeniu na jednego mieszkańca Polski plasują nas w ogonie krajów Europy. Na szkolnictwo wyższe przeznaczamy ok. 0,8% PKB, a na naukę ok. 0,4% PKB. Nakłady te powinny możliwie szybko wzrosnąć do 1,5% PKB na każdą z tych dziedzin. „Podbarwianie” statystyk przez dodawanie pieniędzy z Unii Europejskiej jest metodą krótkowzroczną, bo prowadzi do już obserwowanego pogorszenia płynności finansowej oraz bilansu polskich jednostek naukowych, jeżeli nie zdobędą dodatkowych środków na wdrożenie i utrzymanie inwestycji. Dlatego uważam, że należy: a) do pieniędzy z UE dodać przynajmniej 20% ze środków krajowych, b) zapewnić środki na koszty eksploatacji nowych budynków i urządzeń, tzw. running cost (rocznie ok. 10% kosztów inwestycji), c) zagwarantować wynagrodzenie dla wysoko kwalifikowanych specjalistów, którzy muszą się opiekować nową aparaturą.
O prawdziwym poziomie nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce będą decydować nakłady budżetowe, a nie pieniądze europejskie. Dlatego należy pilnie opracować 3–4 letni harmonogram wzrostu nakładów budżetowych do wspomnianego poziomu po 1,5% PKB na naukę i na szkolnictwo wyższe. Wymaganie i oczekiwanie, by Polska za mniejszą kwotę dokonała skoku jakościowego, jest oszukiwaniem się.
Niezwykle istotne jest zapewnienie stabilnego poziomu wynagradzania pracowników nauki i szkolnictwa wyższego. Jako podstawę proponowałbym ład płacowy według proporcji 3 : 2 : 1,5 : 1,25 w stosunku do średniej krajowej dla odpowiednio: profesorów, adiunktów, asystentów (wykładowców, lektorów, instruktorów itp.), pracowników nie będących nauczycielami akademickimi (bibliotekarze, pracownicy naukowo-techniczni, pracownicy ekonomiczno-administracyjni itp.). Odniesienie do średniej krajowej jest warunkiem zapobiegania zaległościom w finansowaniu nauki i szkolnictwa wyższego. W przeciwnym razie powstaną krytyczne zaniedbania, a ich nadrobienie będzie coraz trudniejsze. Jednocześnie w przypadku kryzysu i spadku PKB nie powstaną napięcia między pracownikami nauki i szkolnictwa wyższego a resztą społeczeństwa.
Z powodu niskich wynagrodzeń nauczyciele akademiccy są zmuszeni do szukania dodatkowych zarobków kosztem własnego zdrowia, czasu, wysiłku oraz oczywiście kosztem osłabienia aktywności naukowej i dydaktycznej na macierzystych uczelniach państwowych, w instytutach PAN lub placówkach badawczych. Tylko zapewnienie stałego wynagrodzenia na postulowanym poziomie może być początkiem procesu odnowy.
Gdybym był ministrem, zdecydowanie przeciwstawiłbym się polityce obniżania wynagrodzeń w nauce i szkolnictwie wyższym i zastępowania ich w całości grantami. System grantów nie jest wynalazkiem obecnego rządu. Został wprowadzony w Polsce w 1991 r. Niebezpieczna zmiana wprowadzana obecnie polega na tym, że granty mają zastąpić pensje, a nie być dodatkiem do nich, promującym najlepszych i najbardziej aktywnych. Przy ułomności systemu przydzielania grantów może to oznaczać istotne utrudnienie warunków prowadzenia badań naukowych w Polsce, a nawet uniemożliwienie ich prowadzenia w wielu wypadkach. Sprzeciwiam się również umowom śmieciowym (prekariatowi) uczonych i nauczycieli akademickich, które w aspekcie ekonomicznym uważam za zaprzeczenie wolności badań naukowych.
Trzeba też przemyśleć kwestię Krajowych Ram Kwalifikacji. W UE stanowią one rewolucyjną ideę wyprzedzającą dominujące w polskim środowisku poglądy na edukację od przedszkola do doktoratu. Jednak w Polsce zostały wprowadzone w sposób biurokratyczny, stając się przekleństwem dla większości pracowników i zaprzeczeniem swojej istoty. Wymagają przełomu w sposobie myślenia i wypracowania takiego modelu ewolucji, który pozwoli w stosunkowo krótkim czasie wprowadzić te nowe idee do praktyki akademickiej.
Uważam, iż zanim zacznie się reformować, trzeba uważnie przyjrzeć się obecnemu stanowi prawnemu, a przede wszystkim rzeczywistości. Należy także spokojnie dokonać przeglądu kadry zatrudnionej w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, postarać się, aby każdy dostał konkretne zadania, i po pewnym czasie zweryfikować rezultaty pracy. I wtedy ewentualnie podjąć decyzje personalne. Gdybym był ministrem, nie podjąłbym żadnej próby reformy bez zagwarantowanych dodatkowych pieniędzy na jej wprowadzenie. Każda reforma bez dodatkowych środków stworzy sytuację olbrzymich napięć w środowisku, bo będziemy zabierać jednym, by dać innym. Przynosi to nieodwracalne szkody nawet dla struktur dobrych i bardzo dobrych, jak to się dzieje obecnie w stosunku do instytutów Polskiej Akademii Nauk. Dużo lepiej jest przeznaczać środki finansowe na wsparcie pozytywnych zmian, bez zabierania strukturom już działającym.
PS Przedstawione poglądy i propozycje powstały podczas mojej działalności lub wymiany poglądów w Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność”, Komitecie Ratowania Nauki Polskiej, Inicjatywie Obywatelskiej Instytutów PAN i ruchu Obywatele Nauki.
przez dr hab. Pawel Soroka | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdybym był ministrem, zmieniłbym m.in. politykę rekrutowania do armii zawodowej. Doskonalenia wymagają kryteria i warunki, zwłaszcza materialne, pozyskiwania kadry podoficerskiej. Ciągle mamy do czynienia z nadmiarem generałów i wyższych oficerów w stosunku do kadry podoficerskiej i szeregowych żołnierzy. Odchudziłbym nadmiernie rozbudowane centralne struktury dowódcze, a zaoszczędzone w ten sposób środki przeznaczył na wzmocnienie, także kadrowe, jednostek liniowych, zwłaszcza brygad.
Siłom Zbrojnym RP należy nadać bardziej sieciocentryczny charakter, odpowiadający naturze i wymogom współczesnego pola walki i możliwościom wynikającym z informatyzacji. Warto także zbadać decyzje skutkujące likwidacją zielonych garnizonów, co wygenerowało bezrobocie tam, gdzie wojsko było głównym pracodawcą. Być może niektóre z nich mogły być utrzymane. We współpracy z innymi resortami podjąłbym działania mające na celu tworzenie nowych miejsc pracy w tych regionach, gdzie garnizony zostały pochopnie zlikwidowane.
W pierwszej kolejności niezbędne jest jednak dokonanie kompleksowej oceny koncepcji profesjonalizacji Sił Zbrojnych RP, opracowanej i pośpiesznie realizowanej przez ministra Bogdana Klicha, szczególnie w części odnoszącej się do tworzenia Narodowych Sił Rezerwy (NSR). Rozpoznać należy przyczyny, dlaczego nabór do Narodowych Sił Rezerwy okazał się nieskuteczny. W tej sytuacji proponowałbym – zamiast stawiać na NSR – poczynić starania mające na celu stworzenie Straży Narodowej, opartej na istniejących już strukturach posiadających uprawnienia do posiadania broni, takich jak straże: ochrony kolei, rybacka, leśna, bankowa i celna, a nawet firmy ochroniarskie. Formacje te powinny być okresowo szkolone do współdziałania z oddziałami armii zawodowej, a także do użycia przenośnych rakietowych zestawów obrony przeciwlotniczej i przeciwpancernej krótkiego zasięgu.
Pilnej reformy wymaga kwestia zaopatrywania Sił Zbrojnych w uzbrojenie i sprzęt wojskowy na styku z polskim przemysłem obronnym. Aktualnie zajmuje się tym kilka instytucji, zaś nadzór właścicielski nad przedsiębiorstwami przemysłu obronnego sprawuje Ministerstwo Skarbu Państwa, a nad wojskowymi przedsiębiorstwami remontowo-produkcyjnymi – MON. Powoduje to wydłużenie procedur i podejmowania decyzji w sprawie rozpoczęcia prac badawczo-rozwojowych, modernizacyjnych czy produkcji i zakupu wspomnianych uzbrojenia i wyposażenia wojskowego. Aby w zasadniczy sposób zmienić tę sytuację i stworzyć odpowiednio wydajny system, skupiłbym się na powołaniu Urzędu ds. Uzbrojenia. Aby w niestabilnych warunkach polskiej polityki Urząd ten mógł racjonalnie funkcjonować, w ciągu pierwszych 2–3 lat istnienia powinien być podporządkowany bezpośrednio premierowi – później jego miejsce znalazłoby się w Ministerstwie.
Urząd powinien być budowany na bardzo silnych podstawach merytorycznych. Oznacza to powierzenie tych prac najwybitniejszym fachowcom oraz stworzenie schematu organizacyjnego od podstaw, z minimalnym wykorzystaniem struktur istniejących. Potencjalni pracownicy Urzędu powinni przechodzić w pierwszej fazie bardzo intensywne szkolenie, przy wsparciu specjalistów z podobnych struktur w innych krajach NATO.
Pod względem organizacyjnym Urząd byłby kompatybilny z podobnymi strukturami państw UE i NATO zajmującymi się obronnością, w tym uzbrojeniem. Przełożyłoby się to na efektywne uczestnictwo we władzach tych organizacji oraz współpracę w realizacji europejskich programów uzbrojenia. Urząd zapewniłby efektywne działanie w programach offsetowych poprzez bezpośrednie sterowanie procesem zakupu i zawarciem umowy kompensacyjnej, z uwzględnieniem potrzeb techniczno-technologicznych dla przyszłych programów MON. Ponadto umożliwiłby bezpośrednią współpracę z krajowym przemysłem obronnym (oddziaływanie na ten przemysł), to zaś pozwoliłoby na realizację programów projektowania, produkcji i wdrożenia nowego uzbrojenia dla potrzeb MON oraz na zwiększenie możliwości rozwoju przemysłu i silne wsparcie promocyjne eksportu.
W zakresie polityki zbrojeniowej niezbędne jest ustalenie priorytetów; biorąc pod uwagę aktualny stan wyposażenia i wieloletnie zaniedbania, w ciągu najbliższych 10–15 lat za najważniejsze zadanie należy uznać odbudowę i unowocześnienie systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej oraz Marynarki Wojennej RP. Rozbudowy wymaga nowa formacja – wojska informacyjne – której zadaniem jest odpieranie cyberataków, najpewniej stanowiących w niedalekiej przyszłości wielkie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.
W polityce modernizacyjnej, przy pozyskiwaniu nowego uzbrojenia, zwłaszcza z zagranicy, należy konsekwentnie kierować się zasadą przeskoku generacyjnego, która ułatwi zmniejszenie luki technologicznej dzielącej nas od najnowocześniejszych armii. Zgodnie z nią w pierwszej kolejności należy nabywać uzbrojenie i wyposażenie jutrzejszej, następnej generacji, nie zaś nieperspektywiczne i nie nadające się do modernizacji i rozwijania w ciągu co najmniej 20 lat pozostawania na wyposażeniu wojska. Na przykład samoloty wielozadaniowe F-16, które nabyliśmy stosunkowo niedawno, bazują na konstrukcji powstałej ponad 30 lat temu – choć zostały kupione prosto z fabryki i są najnowszą wersją, jest to model, którego przemysł amerykański nie planuje rozwijać.
Trzeba również dokonać przeglądu uzbrojenia Sił Zbrojnych w celu wytypowania rodzajów i jednostek broni, które nadają się do modernizacji. W okresie zmiany generacji sprzętu przez siły zbrojne zazwyczaj pojawia się luka pomiędzy potrzebami obronnymi a dostępnym wyposażeniem do czasu pozyskania i wdrożenia do służby zupełnie nowego sprzętu (8–10 lat). Modernizacja sprzętu jest najtańszym i najszybszym sposobem zapełnienia tej luki bez osłabiania możliwości obronnych i nadwyrężania możliwości finansowych państwa. W każdej armii zupełnie nowe uzbrojenie stanowi najwyżej 30% wyposażenia. Wybrane i odpowiednio wyselekcjonowane egzemplarze wycofywanego sprzętu, znajdujące się w stosunkowo dobrym stanie, powinny być przekazywane Straży Narodowej.
We współpracy ministerstw ds. gospodarki, obrony oraz nauki należy wypracować mechanizmy szybkiego przepływu technologii zamówionych i wdrożonych na potrzeby wojska do sfery cywilnej (tzw. technologii podwójnego zastosowania – dual-use technology). Realizacja programów modernizacji technicznej i organizacyjnej poszczególnych rodzajów sił zbrojnych generować będzie bowiem wzrost udziału nowoczesnych technologii, rozwijane i wdrażane będą te uważane za najbardziej innowacyjne, decydujące o rynkowej przewadze konkurencyjnej i napędzające całą gospodarkę. Będą to m.in. technologie teleinformatyczne, mechatroniczne, optoelektroniczne, nanotechnologia i inżynieria materiałowa, a także badawcze, treningowe i wspomagające platformy modelowania i symulacji działań bojowych w wielowymiarowej przestrzeni. Dziedziny te wykorzystują najnowsze osiągnięcia nauk fizycznych i technicznych, stymulując jednocześnie rozwój naukowych dyscyplin stosowanych. W wielu państwach NATO transfer technologii od zastosowań wojskowych do wykorzystania w sektorze cywilnym i vice versa jest integralnie związany z technologiami podwójnego zastosowania. Komercjalizacja takich technologii odbywa się poprzez znalezienie dla nich właściwego zastosowania cywilnego. W tej sytuacji nakłady na technologie militarne należałoby traktować jako inwestycje, które cechują się wysokim mnożnikiem inwestycyjnym oraz przynoszą tzw. efekty zewnętrzne w postaci rozprzestrzeniania się innowacji. Odpowiednio koordynowane mogą przyczynić się do rozwoju całych sektorów gospodarki.
Zadbałbym również o to, aby wojsko w większym niż dotąd zakresie nawiązało współpracę z władzami samorządowymi i organizacjami społecznymi, m.in. przy kultywowaniu tradycji patriotycznych i kształtowaniu świadomości obronnej. Jest to szczególnie pożądane teraz, gdy nie ma już armii z poboru. Armia zawodowa może bowiem szybko przekształcić się w swoistą korporację, oderwaną od społeczeństwa. Dlatego wskazane są kontakty z obywatelami na wielu płaszczyznach, włączanie się wojska do realizacji przedsięwzięć, gdzie jego pomoc może być pożądana i skuteczna.
przez dr Zbigniew Romaszewski | środa 16 stycznia 2013 | Zbigniew Romaszewski, Zima 2012
Gdybym był ministrem sprawiedliwości, musiałbym się zmierzyć z poważnym kryzysem polskiego wymiaru sprawiedliwości, co nie byłoby łatwe, biorąc pod uwagę słabą pozycję tego ministerstwa.
Stanowisko Ministra Sprawiedliwości jest wyjątkowo niewdzięczne, gdyż będąc obciążone odpowiedzialnością za funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości nie daje jednocześnie dostatecznych kompetencji pozwalających zwalczać powstające tam patologie. Problem ten ma źródło w uregulowaniach konstytucyjnych, a te wymagają większości 2/3 w Sejmie. Art. 173 Konstytucji stanowi, że Sądy i trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz. Nie jest do końca jasne, czy artykuł ten ogranicza proklamowaną przez art. 4 tejże zwierzchnią władzę narodu, konstytuującą państwo demokratyczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że Konstytucja nie precyzuje, w jaki sposób mają być realizowane uprawnienia władcze narodu wobec wymiaru sprawiedliwości.
W ostatnim okresie obok sądów i trybunałów niezależność uzyskała również prokuratura. Tak więc państwo de facto przekazało wymiar sprawiedliwości w ręce korporacji sędziów i prokuratorów, a te skutecznie rozszerzają uprawnienia w interesie swoich członków. W takich realiach niezawisłość czy niezależność stanowią podstawę coraz bardziej rozprzestrzeniającej się nieodpowiedzialności.
Wystarczy zauważyć, że z około 230 spraw, w których IPN zamierzał prowadzić śledztwo przeciw sędziom i prokuratorom winnym morderstw sądowych w okresie stalinowskim, przed sąd trafiła… jedna. W pozostałych odmówiono uchylenia immunitetu i mordercy w togach dożywali lub dożywają swych dni jako sędziowie lub prokuratorzy w stanie spoczynku, korzystający z 70% współczesnego wynagrodzenia na ostatnio przez nich zajmowanym stanowisku. Myślę, że to mówi wszystko o kondycji moralnej środowisk podejmujących decyzje w polskim wymiarze sprawiedliwości.
Kolejnym istotnym problemem jest zalew legislacyjny. 1350 ustaw uchwalonych przez Parlament VII kadencji, ponad 20 tys. stron Dziennika Ustaw – to plon działalności parlamentu i rządu zwalający się na głowy obywateli. Jest to wyraz tendencji rozpowszechniającej się w krajach Unii Europejskiej. Eliminując z relacji międzyludzkich zasady moralne, relatywizując pojęcie dobra i zła, próbujemy je zastąpić sformalizowanym prawem stanowionym. Możliwość uregulowania wszelkich zjawisk społecznych przy pomocy prawa stanowionego wydaje się jednak po pierwsze wątpliwa, po drugie – niepraktyczna. Wątpliwa, gdyż – zgodnie z twierdzeniem Godla – wszelkie systemy sformalizowane są albo niezupełne (nie obejmują pewnych zjawisk), albo sprzeczne; niepraktyczna, gdyż zalew prawa pozwala traktować je instrumentalnie i odrywać prawo od sprawiedliwości.
Totalne bezprawie, cechujące rządy komunizmu w Polsce, zaszczepiło w społeczeństwie głęboką potrzebę prawa i nabożny, często bezkrytyczny stosunek do prawników. Pozwala to na produkcję bełkotliwych tworów prawnych, co chwila zmienianych w związku z pojawiającymi się sprzecznościami lub partykularnymi interesami poszczególnych grup nacisku. Prawo staje się niestabilne. Zapomina się, że mijają lata zanim określony przepis zostanie zaabsorbowany przez społeczną świadomość, nim stanie się uznawaną przez wszystkich normą zachowań. Tak więc żyjemy w świecie przepisów, które w zależności od potrzeb można zmieniać, obchodzić czy w ogóle o nich zapominać.
Musimy uświadomić sobie, że to sprawiedliwość jest wartością, a prawo jedynie narzędziem służącym jej realizacji.
Przedstawiona sytuacja pozwala na sformułowanie tezy o głębokim kryzysie w polskim wymiarze sprawiedliwości. W tych warunkach praca przyszłego ministra będzie w ogromnej mierze zależała od siły poparcia, jaką uzyska rząd w parlamencie. Jednak nawet w przypadku uzyskania większości konstytucyjnej należy liczyć się z protestami i szantażem ze strony Unii Europejskiej, gdy reformy będą naruszały interesy wpływowych lobby. Przekonał się o tym premier Orban, który z niektórych reform był zmuszony wycofać się lub ograniczyć ich radykalizm. Podobnie i u nas program reform będzie rozłożony w czasie, krótszym lub dłuższym, ale musi konsekwentnie realizować założone cele.
Podstawowy cel, jaki postawiłbym sobie jako minister, to stworzenie zasad konstytucyjnych podporządkowujących wymiar sprawiedliwości władztwu narodu. Jako najistotniejsze rozumiem tu stabilizację prawa, np. poprzez wprowadzenie instytucji ustaw organicznych, regulujących podstawowe prawa obywatelskie, których uchwalenie wymagałoby większości kwalifikowanej. Sądzę, że powinny to być ustawy dotyczące prawa do informacji, funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, uprawnień ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego, kodeksów czy podstawowych praw gospodarczych i podatkowych. Każde z wymienionych zagadnień może być tematem szerokich odrębnych dyskusji, które przygotują grunt do przeprowadzenia głębokich reform konstytucyjnych w dziedzinie stanowienia prawa i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Oczywistym jest, że wymaga to zbudowania przez polityków bardzo szerokiego konsensusu, przy czym przygotowanie podstawowych aktów legislacyjnych powinno stanowić zasadnicze zadanie ministra sprawiedliwości.
Za najpoważniejsze bolączki wymiaru sprawiedliwości, które można usunąć w ramach bieżącej działalności ministerstwa, uważam:
- Uchylenie ustawy o utworzeniu niezależnej prokuratury i umiejscowienie jej w systemie władzy wykonawczej. Państwo, które jest odpowiedzialne za bezpieczeństwo obywateli, powinno mieć możliwość prowadzenia polityki karnej. Można dyskutować potrzebę wprowadzenia instytucji sędziego śledczego, co mogłoby zwiększyć kontradyktoryjność postępowania karnego, natomiast urząd oskarżycielski, czyli narzędzie prowadzenia polityki karnej, powinien pozostać w sferze władzy wykonawczej; nie mają tu nic do rzeczy aspiracje niezależności i tak dość już spatologizowanej prokuratury.
- Ograniczenie długotrwałości postępowania, jego przewlekłości, a przede wszystkim doprowadzenie do tego, by rozprawa toczyła się w sposób ciągły, dzień po dniu, a nie była dzielona przerwami trwającymi czasami po kilka miesięcy, zależnie od kalendarza sędziego czy dobrej woli podsądnych i ich adwokatów. Zaangażowanie się, a nawet tylko pamiętanie kilkudziesięciu spraw prowadzonych równolegle przez jednego sędziego, przekracza ludzkie możliwości koncentrowania się i dogłębnej analizy poszczególnych problemów.
- Uregulowanie kwestii jawności. Art. 45 Konstytucji pozwala na wyłączenie jawności ze względu na: moralność, bezpieczeństwo państwa, porządek publiczny, ochronę życia prywatnego stron oraz inny ważny interes prywatny. To ostatnie stało się podstawą do wyłączania jawności w sprawach, w których sąd zamierza wydać, mówiąc oględnie, kontrowersyjny wyrok. W ten sposób wymiar sprawiedliwości ukrywa się przed społeczeństwem. Samo sformułowanie „inny ważny interes prywatny” niezmiernie przypomina „inne czasopisma” czy „inne surowce oleiste” – sformułowania stanowiące źródło afer korupcyjnych. Nim taki lapsus usunie się z Konstytucji, należy doprecyzować „ważny interes prywatny” w ustawie zwykłej i monitorować z urzędu przypadki wyłączenia jawności.
- Problem jawności dotyczy również ustalenia obowiązku udostępniania obywatelom przez sądy akt spraw, które toczyły się jawnie i w których zapadły wyroki. Sytuacja, w której odmawia się dostępu do akt ministrowi sprawiedliwości, stanowi kuriozum w skali światowej. Jest to niewątpliwy syndrom uchylania się przez sądy od jakiegokolwiek pozakorporacyjnego nadzoru i odpowiedzialności.
- Przywrócenie rewizji nadzwyczajnej. Osobiście byłem jej zwolennikiem i ciągle uważam, że instytucja kasacji, obejmująca jedynie formalną ocenę postępowania, pozostaje niezrozumiałą dla społeczeństwa i bardzo odległą od powszechnego rozumienia sprawiedliwości.
Osiągnięcie tych celów przy oporze bardzo skonsolidowanego środowiska prawniczego i niejasnej siły parlamentu oraz stanowiska głównych mediów wymaga w chwili obecnej uruchomienia szerokiego społecznego monitoringu wymiaru sprawiedliwości. Warto zauważyć, że ciągnące się z przerwami wieloletnie procesy oraz uchylanie jawności wyeliminowały z mediów, kiedyś niezwykle popularne, sprawozdania sądowe. Stanowiły one bardzo proste i ważne źródło edukacji prawnej społeczeństwa. Dostarczały obywatelom prostej wiedzy o tym, w jaki sposób działa prawo, co prawo może, a czego nie może. Jednocześnie sądy odczuwały, że ktoś interesuje się ich pracą i może wytykać błędy. Dziś zapadła głęboka cisza. Obywatele przestali się sądami interesować, a sądy uciekły w boską nieomylność.
przez Jarosław Lipszyc | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdybym był ministrem cyfryzacji i nowych mediów, moją pierwszą decyzją byłoby zaplanowanie w kalendarzu regularnych, cotygodniowych, otwartych spotkań konsultacyjnych. Każdy mógłby na takie spotkanie przyjść i porozmawiać ze mną. Nie chciałbym być oddzielony od świata kordonem sanitarnym gabinetu politycznego i sekretariatu. Wszystkie materiały ministerstwa byłyby publikowane on-line, a wszystkie istotne decyzje poprzedzone konsultacjami. Tak, ten proces jest czasochłonny, ale pozwala na wczesne wykrywanie problemów. Warto słuchać innych, żeby uniknąć złych decyzji.
Drugie istotne zadanie, które bym sobie wyznaczył, to przemyślenie całej logiki wydatkowania środków publicznych. Zgodnie z zasadą pomocniczości, państwo powinno przede wszystkim pomagać ludziom w realizacji ich pomysłów. Nie chciałbym, aby ministerstwo było zleceniodawcą usług publicznych, których kształt został wymyślony i zaplanowany za biurkiem, w oderwaniu od rzeczywistości, kontekstu i warunków realizacyjnych. Absolutna większość funduszy publicznych powinna być rozdysponowana poprzez otwarte i transparentne konkursy. Państwo powinno pytać: „co chcecie w danej sferze zrobić i jak możemy wam pomóc?”, a nie samodzielnie decydować o konieczności zbudowania rury, położenia kabla czy przeprowadzenia szkolenia.
Kolejna ważna kwestia to informacja publiczna. System komunikacyjny ministerstwa powinien być systemem publicznym. Chciałbym, aby urzędnicy porozumiewali się ze sobą poprzez publiczne, poddane społecznej kontroli kanały komunikacji. Obieg dokumentów musi odbywać się w formie elektronicznej, dostępnej dla osób niepełnosprawnych i poddającej się automatycznemu przetwarzaniu.
Następny problem wymagający uwagi to infrastruktura informatyczna państwa, która jest zasobem krytycznym, dlatego musi być pod pełną kontrolą administracji. Sytuacja, w której państwo nie posiada fizycznej kontroli albo nie posiada pełni praw do swojej infrastruktury krytycznej, jest niedopuszczalna. Dlatego wszystkie rozwiązania informatyczne do obsługi administracji publicznej na dowolnym poziomie (włącznie z samorządowym) muszą być oparte na wolnym oprogramowaniu. Dzięki temu unikniemy przy okazji dzisiejszej zmory: wielokrotnego pokrywania kosztów tego samego. To rozwiązanie jest w dłuższej perspektywie także efektywne finansowo. Żeby do tego dojść, trzeba nie tylko wprowadzić odpowiednie zmiany ustawowe. Potrzebne są także np. zestandaryzowane umowy, repozytorium kodu itd.
Nie dotyczy to wyłącznie oprogramowania. Wszystkie informacje tworzone na zamówienie państwa i z funduszy publicznych muszą być udostępniane administracji, a w konsekwencji także obywatelom, wraz z pełnią praw do ich dalszego wykorzystania. Informacje finansowane publicznie muszą się stać publiczną własnością. Dlatego obywatel musi mieć prawo dostępu, korzystania i adaptowania, rozpowszechniania informacji i rozpowszechniania adaptacji informacji tworzonych z funduszy publicznych.
Trzeba też zauważyć, że obecna infrastruktura sieci jest niesłychanie scentralizowana. W wyniku procesu konwergencji mediów doprowadziliśmy do sytuacji, w której kilka największych podmiotów sprawuje całkowitą kontrolę nad całością komunikacji międzyludzkiej poprzez media. Swoboda komunikacji jest warunkiem niezbędnym istnienia demokracji. Dlatego państwo powinno wspierać wszystkie posunięcia i inicjatywy służące decentralizacji infrastruktury, w tym poprzez uwalnianie częstotliwości radiowych, wsparcie dla budowy sieci rozproszonych i budowę sieci publicznych na poziomie samorządowym.
Najwyższym priorytetem byłaby dla mnie neutralność sieci komunikacyjnej. Zakaz wykorzystywania pozycji pośrednika do wpływania na sposoby komunikacji obywateli przez media jest kluczowy dla zachowania zasady wolności słowa. Nadzór nad siecią w mojej wizji sprowadza się do jej ochrony przed zawłaszczeniem, a w konsekwencji uprzedmiotowieniem obywateli.
Otwarte standardy uważam za kluczową zasadę działania sieci. Bez otwartych standardów wymiana informacji pomiędzy różnymi systemami informatycznymi jest niemożliwa. Dlatego państwo musi obligatoryjnie korzystać w komunikacji z obywatelami z otwartych formatów danych.
Ochrona prywatności to w moim odczuciu największe wyzwanie społeczeństwa informacyjnego. Ingerencja państwa w prywatność obywateli musi być ograniczona do minimum. Równie istotne jest uniemożliwienie ingerencji w prywatność ze strony podmiotów korporacyjnych, w szczególności różnego typu pośredników w procesach komunikacji społecznej. Zarówno podmioty zapewniające infrastrukturę, jak i świadczące usługi komunikacyjne mają wszelkie środki techniczne, by śledzić, rejestrować i wykorzystywać informacje, które sobie nawzajem przesyłamy. Prawo tych podmiotów do monitorowania i gromadzenia danych musi być radykalnie ograniczone, jeśli nie chcemy tworzyć społeczeństwa panoptykalnego.
Trzeba wreszcie wdrożyć potwierdzanie tożsamości on-line. Wszystko jedno, czy będzie to dowód osobisty, czy inna metoda. Prace nad tym trwają, choć z wielkimi trudnościami.
Ogromnym problemem jest ochrona praw podstawowych w sieci. Nasze zapisane w konstytucji prawa w sferze medialnej bardzo często po prostu nie są przestrzegane. Nie chodzi tutaj bynajmniej o tworzenie jakiejś listy nowych praw podstawowych. Wystarczy przestrzegać starych – wolność słowa, prywatność, swoboda komunikacji. Jednak w praktyce przekładanie języka praw podstawowych na sferę komunikacji międzyludzkiej nie jest jednoznaczne, bo społeczne rozumienie roli i miejsca mediów ciągle nie jest zbyt duże.
Media publiczne muszą się stać faktycznie publiczne. Chciałbym, aby rzeczywiście realizowały swoją misję, pozostawiając rozrywkę komercyjnym odpowiednikom, i były przy tym niezależne politycznie. Poza tym powinny objąć wszystkie kanały komunikacyjne, szczególnie Internet, bo myślenie o mediach publicznych wyłącznie w kontekście radia i telewizji to przeżytek. Bliska jest mi koncepcja portalu mediów publicznych, który rozpowszechnia zarówno zasoby archiwalne, jak i nowe. Oczywiście wszystkie produkcje mediów publicznych muszą być udostępnione na wolnych licencjach.
Za swoje podstawowe zadanie jako ministra uznałbym obniżanie barier dostępu do kultury i edukacji. Konieczne są dwa podstawowe kierunki działania do podjęcia we współpracy z Ministrem Kultury i Ministrem Edukacji. Pierwszy to likwidowanie barier prawnych poprzez rozszerzenie zakresu dozwolonego użytku osobistego i edukacyjnego w prawie autorskim. Obywatele muszą mieć prawo do uczestnictwa w kulturze bez strachu, że podejmują działania nielegalne, dlatego aktywność o charakterze niekomercyjnym nie może być przedmiotem monopolu prawno-autorskiego. Instytucje edukacyjne z kolei muszą mieć jasno określone prawo do korzystania z utworów bez opłat i konieczności uzyskania zezwolenia także w realizacji swojej misji poprzez media. Drugi kierunek to wspieranie budowy wolnych zasobów edukacji i kultury, dostępnych na wolnych licencjach, poprzez tworzenie odpowiednio ukierunkowanych programów grantowych i stworzenie odpowiednich standardów dotyczących sposobu publikacji tych zasobów, obowiązujących na wszystkich poziomach administracji publicznej.
Ostatnim z kluczowych zadań ministerstwa jest w moim przekonaniu zobowiązanie się do nierobienia pewnych rzeczy. Listę rzeczy, których Ministerstwo Cyfryzacji i Nowych Mediów nie powinno robić, otwierają wybory przez Internet. Wybory przez Internet mogą być bowiem albo tajne, albo równe. Nie istnieje technologia, która pozwala na zachowanie tajności wyborów, nie otwierając przy tym szeroko drzwi do ich fałszowania. Pojawiające się co jakiś czas pomysły wprowadzenia tego rozwiązania są po prostu niebezpieczne.