przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Bilans członkostwa w Unii Europejskiej może być rozpatrywany na wielu płaszczyznach. Poniżej przedstawiam syntetyczne refleksje w pięciu wybranych obszarach.
10 lat to wystarczająco długi okres, aby stwierdzić, że Unia nie rozwiązała żadnego z problemów, z którymi boryka się niepodległa Polska. Państwo, które nie potrafiło lub nie chciało uporać się ze spuścizną PRL, podporządkowano sztywnym unijnym normom. Przypomina się ostrzeżenie informatyków – komputeryzacja chaotycznego systemu tylko przyspiesza krążenie bałaganu.
Po 1989 r. rządzący doprowadzili kraj do chaosu, gospodarkę, która mocno ucierpiała pod rządami junty wojskowej, do zapaści, miliony ludzi do nędzy, bezrobocia i bezdomności. Wmawiano opinii publicznej, że kapitał to gotówka w kasie, nie przedsiębiorstwa dobrze wyposażone i produkujące dobre wyroby. Jedynym ratunkiem miały być dotacje i inwestycje zagraniczne, które napłyną, jeśli przystąpimy do Unii. Państwo wymagało naprawy, ale Unia nie była właściwym narzędziem do zlikwidowania korupcji, wybrania patriotycznego rządu i przywrócenia sensu demokracji, która obecnie sprowadza się do przegłosowywania opozycji.
W podobnej pułapce znaleźli się teraz Ukraińcy. Unia nie pomoże im w odsunięciu od władzy rządu Janukowycza i prorosyjskiego lobby. Nie pomoże też w uniezależnieniu się od Rosji. Muszą poradzić sobie sami. Przekonali się o tym Polacy, którym rosyjsko-niemiecki rurociąg na dnie Bałtyku odciął dostęp dużych statków do portu w Świnoujściu. Kiedy Putin dyscyplinował Polskę wstrzymaniem importu polskich płodów rolnych, Unia uznała, że to lokalny bilateralny problem.
Nieudana transformacja systemu PRL w III RP jest pierwotną przyczyną małej skuteczności Unii w rozwiązywaniu polskich problemów. Przeprowadzona została tak, aby zaspokoić żądania międzynarodowych organizacji finansowych i nie osłabić pozycji klasy politycznej PRL. Przykładem może być pozostawienie na stanowiskach sędziów dyspozycyjnych w stanie wojennym i przyznanie im statusu niezawisłych. Teraz żadne reformy wymiaru sprawiedliwości nie przynoszą poprawy.
Wolny rynek (przepływu kapitału) otworzył Polskę na napływ kapitału spekulacyjnego, a sztucznie utrzymywany kurs złotego umożliwił wyprowadzenie z polski miliardów dolarów w pierwszych latach planu Balcerowicza. Przystąpienie do OECD w 1996 r. oznaczało dalszą liberalizację. W niekorzystnych warunkach makroekonomicznych polskie przedsiębiorstwa produkowały za drogo, mimo głodowych płac, i masowo bankrutowały. Dogmaty o prywatyzacji i żądanie „restrukturyzacji” przemysłu, czyli zwalniania pracowników i ograniczania działalności, osłabiły polską gospodarkę tak, że z chwilą formalnego przystąpienia do UE Polska nie mogła już konkurować na rynku europejskim w żadnej dziedzinie. Miliony bezrobotnych i brak perspektyw dla młodzieży zapewniły pozytywny dla integracji wynik referendum.
Mało znanym faktem jest, że wejście Polski do UE nie było projektem władz niepodległej RP, lecz było planowane już w PRL, podobnie jak w innych krajach bloku sowieckiego, np. w Rumunii. We wrześniu 1988 r. Polska nawiązała stosunki dyplomatyczne z EWG, 19 września 1989 r. podpisała umowę o współpracy handlowej i gospodarczej.
Wniosek o członkostwo Polska złożyła w 1994 r., negocjacje akcesyjne rozpoczęła w marcu 1998 r., a w grudniu 2001 r. przyjęto dokument, który wprowadzał nowe instrumenty nadzoru nad polską gospodarką, np. przedakcesyjną procedurę nadzoru fiskalnego. Negocjacje zakończyły się w grudniu 2002 r. Traktat Akcesyjny został podpisany w kwietniu 2003 r., wszedł w życie 1 maja 2004 r. A zatem 10 lat członkostwa w Unii zostało poprzedzone 10-letnim okresem ubiegania się o przyjęcie, kiedy gospodarka polska poddana została nadzorowi Unii, a władze w Warszawie spełniały kolejne żądania. Przedstawiam tę chronologię, aby uświadomić czytelnikom, że bilans zysków i strat ekonomicznych powinien obejmować okres co najmniej 20 lat.
Polskiej opinii publicznej nie informowano o ograniczaniu suwerenności Polski, przedstawiano tylko dobrodziejstwa programu PHARE i funduszy SAPARD i ISPA. Zasadą w przyznawaniu dotacji z Unii jest posiadanie własnego wkładu. Konieczne jest prowadzenie drobiazgowej księgowości, spełnienie restrykcyjnych wymogów formalnych, znajomość procedur. Są to uzasadnione wymagania przy uznaniowym przyznawaniu pomocy, ale w postkomunistycznej rzeczywistości RP przyczyniły się do utrwalenia hierarchii społecznej odziedziczonej po PRL. Pojawiło się zjawisko klientyzmu, uzależnienia od władzy politycznej i urzędników. Kto był bogaty, miał szanse stać się jeszcze bogatszym. To samo dotyczy miast i regionów.
„Polska w Unii Europejskiej, Nasze warunki członkostwa” z marca 2003 r. jest dokumentem Kancelarii Premiera. Wyciąganie wniosków dotyczących natury Unii, jej struktury, celów i intencji jest zatem uprawnione. Entuzjastyczny, propagandowy ton oparty jest na prostych założeniach – Unia jest ostatnim etapem rozwoju Europy, Unia najlepiej wie, co jest dobre dla Polski, neoliberalizm jest najwyższym stadium rozwoju ludzkości. A przede wszystkim nie mamy innego wyjścia. Pogróżka jest wyraźna: Negatywny wynik referendum […] mógłby prowadzić do gwałtownego wycofywania lokat podmiotów zagranicznych, zwłaszcza w polskie papiery wartościowe, i do kryzysu finansowego wywołanego dużym spadkiem wartości złotego. Strzyżona owca musi stać spokojnie.
Nawet gdy nie można ukryć, że wejście do Unii przyniesie straty, wyjdzie nam to na dobre, ponieważ będziemy musieli lepiej się starać. Klasyczny cytat: Deficyt handlowy może ulec pogłębieniu […] po kilku latach jednak, w wyniku poprawy konkurencyjności polskich towarów, efekty proeksportowe powinny zacząć przeważać nad proimportowymi. Albo: Przewiduje się, iż do 2006 r. nastąpi redukcja mocy produkcyjnych w hutnictwie o 1,231 tys. ton. Działania te mają doprowadzić do osiągnięcia przez polskie huty rentowności i wydajności pracy na poziomie hut zachodnioeuropejskich.
W zakresie gospodarki polityka Unii jest skrajnie neoliberalna, chociaż opakowana w liberalne hasła wolnego rynku, wolnej konkurencji i uwolnienia gospodarki od ingerencji państwa. Neoliberalizm, najkrócej mówiąc, jest to marksizm na opak, czyli zabrać biednym, dać bogatym, ale cel jest ten sam – centralne zarządzanie światową gospodarką. Nie udało się pod hasłem dyktatury proletariatu zawojować świata, to może uda się go podporządkować za pomocą dyktatu banków i mechanizmów finansowych.
Zalecenia monetarystów ze szkoły chicagowskiej wprowadził Balcerowicz. Z takim zapałem zwalczał inflację, którą sam wywołał, że doprowadził do bankructwa wiele tysięcy polskich przedsiębiorstw. Wejście do Unii gwarantuje zarządzającym światowymi finansami, że Polska z pętli długów się nie wywikła. Jak czytamy, celem akcesji jest pełne włączenie kraju w europejski, a także światowy obieg kapitału. Bronić się przed spekulantami nie możemy. Polska zadeklarowała zniesienie ograniczeń w zakresie operacji rynku pieniężnego i innych operacji krótkoterminowych. W połowie 2012 r. udział kapitału zagranicznego w funduszach własnych sektora bankowego sięgał 81%.
W Unii wolny rynek ograniczony jest limitami produkcji, które wyznaczają Komisja Europejska i WTO. Wolna konkurencja obowiązuje, dopóki polskie wyroby i usługi nie zagrożą zmniejszeniem zysków państw „starej Unii” lub wielkich korporacji. Jest wiele sposobów wyeliminowania z rynku polskich przedsiębiorców, np. polityka kredytowa, nachalna propaganda i reklama, a nawet powoływanie organizacji pozarządowych, które występując jako „głos ludu”, działają w interesie jakiegoś biznesowego lobby. Kiedy zawiodą miękkie sposoby, stosuje się bezpośrednio środki administracyjne, np. ostatnio zakaz wędzenia wędlin. Analogie do sterowania gospodarką w PRL nasuwają się same.
Zakaz ingerencji w spółki prawa handlowego ogranicza kompetencje państwa. Kiedy czeski koncern farmaceutyczny wypuścił groźną dla życia serię leku, rząd, który odpowiada za bezpieczeństwo obywateli, nie miał prawa wkroczyć do spółki w celu kontroli. Państwo nie ma prawa prowadzić polityki gospodarczej. Na samo hasło liberałowie ruszają do wściekłego ataku na „socjalistów, którym marzy się wprowadzenie w Polsce łagrów”. Politykę może prowadzić tylko megapaństwo, czyli Unia.
Nieprzychylny stosunek Unii do Polski najlepiej widoczny był w negocjacjach na temat rolnictwa. Cytuję: Szereg kwot produkcyjnych wynegocjowano pomimo wcześniejszej odmowy UE przyznania ich w jakiejkolwiek wysokości. Dotyczy to lnu i konopi na włókno, suszu paszowego, cukru, pomidorów do przetwórstwa, premii dla hodowli krów mamek i owiec maciorek.
Próba ręcznego sterowania wszystkimi przejawami życia gospodarczego na ogromnym terytorium wielu państw zakrawa na szaleństwo, ale urzędnicy nie ustają w wysiłkach centralizacji. W Unii działało około 250 grup roboczych i komitetów, teraz pewnie więcej. W 2003 r. planowano zatrudnienie 3,5 do 4 tys. obywateli polskich. Odpowiednio wzrasta w Polsce zatrudnienie w administracji obsługującej Unię.
Monstrualnie rozbudowana struktura Unii oraz skomplikowane i nieustannie zmieniane zasady przyznawania dotacji utrudniają przeprowadzenie bilansu zysków i strat. Na przykład rzekome zwiększenie dotacji na jakiś cel okazuje się tylko zgodą na przesunięcie środków z jednej dziedziny do drugiej. Funkcjonariusze Unii nie odpowiadają na pytania obywateli. Liczbom i statystykom nie można wierzyć, a chodzi o duże pieniądze. Ministerstwo Finansów podaje, że Polska przekazała składkę za rok 2011 w wysokości 3 733 869 437 euro, natomiast Komisja Europejska potwierdza przyjęcie 3 580 400 000 euro. Gdyby w przelewach między bankami zawieruszyło się 153 469 437 euro, nawet w Polsce byłaby afera.
Podam za ww. dokumentem z 2003 r. kilka przykładów kosztów, o których obywatele nie są informowani i trudno je wyśledzić. W 5. Programie Ramowym (badania i rozwój techniczny) składka z polskiego budżetu wynosiła około 95,5 mln euro.
Oprócz składki do ogólnego budżetu Unii Polska wnosi roczne opłaty do:
- Europejskiego Banku Centralnego – 13,2–14,3 mln euro
- Europejskiego Banku Inwestycyjnego – 637 mln euro
- Europejskiego Funduszu Rozwoju oraz Układu o Partnerstwie między UE i krajami Afryki, Karaibów i Pacyfiku – ok. 34 mln euro
- Funduszu Badawczego Węgla i Stali – wysokość stawki w marcu 2003 r. była w trakcie ustalania.
Polska straciła podmiotowość w polityce ekonomicznej, cedując na Unię kompetencje państwa. Dotyczy to organizacji ponadnarodowych, np. WTO, EOG (Europejski Obszar Gospodarczy), NAFTA, OECD oraz stosunków bilateralnych. Około 190 umów handlowych i gospodarczych, w tym z USA i Japonią, wymagało wypowiedzenia lub renegocjacji. Również w polityce zagranicznej (sojusze, zbrojenia) suwerenność Polski została ograniczona.
Żargon opakowany w slogany, które mogą być zapowiedzią niebezpiecznych dla Polski działań, chroni Unię przed wścibstwem obywateli. Przykładem celowego pomieszania materii i braku precyzji jest wstawienie między „prawo pracy” i „dialog społeczny” takich określeń: „równość szans kobiet i mężczyzn i walka z rasizmem i ksenofobią”. Co to jest „szansa” albo „ksenofobia” nie wyjaśniono w dokumencie, który ma moc prawną.
Amator nie oswojony z Unią popada w osłupienie i zaczyna wątpić w istnienie języka polskiego, spotykając co rusz dziwolągi w rodzaju: kwota mleczna, premia wołowa, rabat brytyjski albo Europejski Fundusz Orientacji i Gwarancji Rolnej, Sekcja Orientacji. Prawdopodobnie nie chodzi o orientację seksualną, chociaż w Unii nie jest to pewne.
Iluzoryczna obietnica poprawy sytuacji materialnej przekonała Polaków do rezygnacji z niepodległości i suwerenności. Co najgorsze, Unia oduczyła i władze, i obywateli samodzielnego decydowania o swoim losie. Strofowani przez starszego brata popadliśmy w kompleksy. Doganianie Unii po wyznaczonej przez nią trajektorii nigdy się nie skończy i nie jest nam do niczego potrzebne.
Jestem pełna podziwu dla moich rodaków, którzy w tak niesprzyjających warunkach nadzwyczajnie dobrze sobie radzą.
Dziękuję Jance i Andrzejowi.
przez Tomasz Grosse | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Bilans członkostwa w Unii Europejskiej może być rozpatrywany na wielu płaszczyznach. Poniżej przedstawiam syntetyczne refleksje w pięciu wybranych obszarach.
Pierwszoplanowe znaczenie ma geopolityka. Wiąże się ona z zasadniczą transformacją relacji geopolitycznych w Europie Środkowej: z przynależności do bloku państw powiązanych z Rosją (wcześniej ZSRR) na bliskie relacje z państwami zachodnimi (europejskimi i USA). Pomińmy to, że do sojuszu z ZSRR zostaliśmy zmuszeni, a wejście do Unii było naszym własnym wyborem. Ważniejsze jest bowiem, że status międzynarodowy Polski, jej podmiotowość i bezpieczeństwo zostały podwyższone w wyniku tej zmiany. Podstawowe znaczenie dla poprawy bezpieczeństwa miało wprawdzie przyjęcie Polski do NATO, ale członkostwo w UE można traktować jako ważne uzupełnienie. Dla geopolityki kluczowe było zwiększenie niezależności i bezpieczeństwa Polski wobec Rosji. Ponadto dużą wagę miała poprawa geopolitycznej pozycji względem Niemiec, które stały się dla nas nie tylko państwem sojuszniczym, ale również „związanym” w ramach szerszej wspólnoty euroatlantyckiej i w UE. Tym samym Polska wzmocniła autonomię w stosunkach międzynarodowych, a poprzez udział w mechanizmach polityki zagranicznej UE zyskała także możliwości oddziaływania w relacjach zewnętrznych. Przykładem są choćby próby wykorzystania instrumentów europejskich do wpływania na nasze wschodnie pogranicze.
W związku z powyższym zmiany w wymiarze geopolitycznym można ocenić jako pozytywne. Choć należy postawić pytanie, czy aktywność kolejnych rządów jest wystarczająca, jeśli chodzi o pełne wykorzystanie członkostwa w UE. Nie rozwijając tego tematu, przyjmuję, że w zbyt słabym stopniu starano się oddziaływać na współpracę w ramach regionu Europy Środkowej i w celu wypracowania wspólnej polityki w Europie oraz na potrzeby polityki zagranicznej UE. Innym mankamentem jest kwestia słabnącej polityki wschodniej UE. Wynika to z wielu złożonych przyczyn, ale jedną z nich jest zapewne zbytnia pasywność polskich władz, a także brak wystarczającego namysłu strategicznego nad ściślejszym powiązaniem wschodniego pogranicza z UE, Europą Środkową i z Polską. Członkostwo w UE zdaje się nadmiernie usypiać czujność polskich elit, jak również wiąże się z tendencją do przerzucania odpowiedzialności geostrategicznej na instytucje europejskie lub na największe państwa UE (i głównych graczy na europejskiej scenie).
Drugim aspektem odgrywającym wiodącą rolę w polskiej integracji z UE były środki pomocowe polityki spójności i polityki rolnej. Z punkt widzenia wielkości transferów finansowych należy je ocenić jednoznacznie pozytywnie. Wątpliwości ekspertów pojawiają się przy ocenie sposobu wykorzystania tych funduszy. Uważa się na przykład, że inwestycje polityki spójności dość powierzchownie modernizowały polską gospodarkę. Przeważały bowiem inwestycje infrastrukturalne lub takie, które poprawiały jedynie warunki życia mieszkańców (np. chodniki i ścieżki rowerowe), ale w zbyt małym stopniu wzmacniały konkurencyjność i innowacyjność polskiej gospodarki. Niekiedy uznaje się, że przynosi to dość nietrwały efekt poprawy koniunktury w okresie wydatkowania środków spójnościowych, ale przy stosunkowo niewielkiej korzyści z punktu widzenia długofalowych procesów rozwoju.
Innym zarzutem jest to, że polskie władze skupione były na absorpcji środków europejskim i tylko w niewielkim stopniu na strategicznym planowaniu ich wykorzystania z punktu widzenia miejscowych potrzeb rozwojowych. Zasadnicze decyzje programowe były mianowicie podejmowane w Brukseli, a Polska była tylko jednym z wielu państw, które mogły wpływać na dyskusję programową. Skutkowało to skupieniem wysiłku na implementowaniu polityki rozwoju realizowanej w Polsce (a więc na programowaniu operacyjnym), a nie na jej aktywnym programowaniu strategicznym. Z kolei polityka spójności, ze względu na wysiłek organizacyjny i potrzebę dofinansowania ze środków krajowych, w praktyce zablokowała możliwości pojawienia się krajowej polityki rozwoju (niezależnej od polityki UE).
Kolejnym walorem członkostwa w UE jest dostęp do wspólnego rynku. Niesie to z jednej strony korzyści w postaci dostępu do ogromnego rynku zbytu i współpracy z partnerami zagranicznymi, w tym również otwarcia możliwości dla zewnętrznych inwestorów. Z drugiej strony stanowiło ogromny wzrost konkurencji rynkowej dla polskiego przemysłu ze strony silniejszych korporacji międzynarodowych. Zobowiązało do przestrzegania wielu reguł UE dotyczących wspólnego rynku, które np. nie pozwalały na wsparcie ze strony polskiego państwa w celu wyrównania poziomu konkurencyjności dla rodzimych przedsiębiorstw. Inne regulacje (np. dotyczące polityki klimatycznej) są asymetrycznie korzystne dla firm działających w różnych częściach UE. W Polsce wymagają niestety większych kosztów niż w państwach, które są mniej zależne od węgla jako źródła energetycznego.
Wejście na wspólny rynek otworzyło niszę dla modelu rozwoju opartego na tanich kosztach produkcji i intensywnej współpracy z wiodącymi firmami UE nastawionymi na eksport, przede wszystkim niemieckimi. Polska rozwijała się więc dzięki napływowi inwestorów zagranicznych, wykorzystujących tanie koszty produkcji i względnie wykształconą siłę roboczą w Polsce, ale również korzystających z szeregu preferencji (np. podatkowych) ze strony władz publicznych. Można wręcz powiedzieć, że polityka polskich władz była nastawiona na tworzenie jak najbardziej korzystnych warunków dla zagranicznych inwestorów, co było dodatkowo wzmacniane przez politykę spójności skupioną na inwestycjach infrastrukturalnych, a więc tworzących dogodne warunki komunikacyjne dla tych inwestorów.
Problem opisywanego modelu powstałego w wyniku integracji europejskiej polega na tym, że gospodarka jest silnie egzogeniczna, a więc zależna od podmiotów zewnętrznych i koniunktury u naszych największych partnerów, głównie w Niemczech. Jej podstawą są tanie koszty produkcji, które w kilkuletniej perspektywie mogą się na tyle zwiększyć, że cały model przestanie być atrakcyjny dla podmiotów zagranicznych. Jest to również przyczyna, dla której polskie władze (zwłaszcza te o nastawieniu liberalnym) będą starały się zablokować szybki wzrost zarobków polskich pracowników. Ewentualny wzrost płac musi być bowiem powiązany ze zmianą modelu gospodarczego. Tymczasem ani inwestorzy (co zrozumiałe), ani polski rząd nie prowadzą działań w kierunku zmiany profilu rozwoju i poprawienia konkurencyjności poprzez wzrost innowacji. Tworzy to rosnące ryzyko pułapki rozwojowej lub tzw. pułapki średniego dochodu. Wyjście z tej niszy może być trudne, gdyż nie widać ani sił gospodarczych, ani politycznych, które poważnie byłyby zainteresowane omawianym problemem.
Kolejnym aspektem integracji europejskiej było stworzenia ram dla rozwoju demokracji w Polsce. Ustrój demokratyczny został wprawdzie wprowadzony na skutek transformacji z 1989 r., ale członkostwo w Unii było obwarowane m.in. respektowaniem podstawowych kryteriów ładu demokratycznego (tzw. kryteria kopenhaskie). Można więc uznać, że ramy europejskie nie pozwalają na wprowadzenie jakiejś formy rządów autorytarnych, złamania wolności prasy i stowarzyszeń oraz nieprzestrzegania podstawowych praw człowieka. Scenariusz „poza Unią” pokazują nie tylko wydarzenia na Ukrainie (z lat 2013–2014), ale uprawdopodobnia go także lawinowy wzrost kontroli państwa nad obywatelami w ostatnich latach (w tym wykorzystujący specjalne środki inwigilacji). Niemniej krytycy uznają, że demokratyzacja polskiego systemu politycznego jest dość powierzchowna. Integracja powoduje, że wiele decyzji publicznych zostało przeniesionych na poziom europejski, a więc zmniejszyły się realne możliwości wpływania na nie przez narodowych wyborców i instytucje demokratyczne, np. krajowy parlament. Nie jest więc przypadkiem, że polskie elity polityczne w coraz mniejszym stopniu debatują o kwestiach merytorycznych, a coraz bardziej skupiają się na rywalizacji o sprawy symboliczne lub wizerunkowe.
Nie wykorzystano też w pełni udziału w jednoczącej się Europie do takiego przebudowania instytucji publicznych, aby wzmocnić koordynację w łonie elit politycznych dotyczącą polityki na arenie unijnej. Nawet między rządem i prezydentem nie ma dobrych instytucji uzgadniających, nie mówiąc o współpracy z opozycją. Przyczynia się to do tego, że Polska pozostaje stosunkowo biernym aktorem na arenie europejskiej, poza wyjątkami dotyczącymi niektórych sektorów, np. polityki klimatycznej. Biorąc pod uwagę jej peryferyjne położenie geograficzne i stosunkowo niewielki potencjał geopolityczny – może to prowadzić do sytuacji, w której będzie coraz bardziej przedmiotem, a nie podmiotem procesów integracji europejskiej. W wyniku europeizacji pojawił się też ważny podział w łonie krajowych elit politycznych na zwolenników integracji oraz eurosceptyków. Przed uzyskaniem członkostwa w UE (w 2004 r.) w zasadzie nie występował, natomiast teraz zyskuje na znaczeniu, w części uzupełniając, a w części zastępując inne podziały na scenie politycznej.
Ostatnim aspektem naszego członkostwa w UE jest kwestia modernizacji polskiej administracji. Komisja Europejska kładła wielki nacisk na tę sprawę w trakcie przygotowań akcesyjnych. Dotyczyło to jednak przede wszystkim zdolności administracji (i sądownictwa) do implementacji polityk i prawa europejskiego. Wiele głosów – głównie pochodzących z samych struktur urzędniczych – uznaje wymiar administracji za jednoznaczną korzyść wynikającą z integracji. Tym bardziej że w aspekcie historycznym Polska niemal nigdy nie miała nowoczesnego państwa, zwłaszcza „przyjaznego obywatelom”. Specjaliści są jednak bardziej sceptyczni. Wskazują m.in. na powierzchowność tej modernizacji, a także pewne koszty z tym związane. Przykładowo przytacza się argument wyspecjalizowania urzędników w implementacji środków europejskich, przy pasywności na polu strategicznym. Nie chodzi przy tym o pisanie dokumentów strategicznych, bo tych akurat powstaje bardzo wiele, lecz raczej o deficyt umiejętności ich praktycznego realizowania. W rezultacie polska administracja dość dobrze wdraża polityki i regulacje europejskie, ale w niewystarczającym stopniu włącza się w ich kształtowanie zgodne z polskimi interesami. Natomiast wspomnianym kosztem jest choćby nadmierna rozbudowa aparatu administracyjnego, nieporównywalna nawet z czasami PRL.
W dalszym ciągu widać kontynuację tradycji biurokratycznej okresu PRL. Polega ona na silnej tendencji centralizacyjnej i sektorowej, która obecna jest też w politykach unijnych. Dzieje się tak pomimo kolejnych reform decentralizacyjnych (m.in. przygotowujących Polskę do członkostwa w UE) oraz przy braku odpowiednich zmian w zakresie poprawy koordynacji działań rządu między ministerstwami. Uważa się wręcz, że polityki unijne dostarczyły tylko środków, które wzmocniły stare tendencje. Tak jest w przypadku wzmocnienia sektorowości w polityce rolnej i obszarów wiejskich. Podobnie jest z kontynuacją specyficznej racjonalności biurokratycznej – dbającej o własne interesy, a mniej o służebność publiczną. Programy europejskie są w rezultacie przeładowane rozmaitymi obciążeniami urzędowymi, które koncentrują władzę w gestii urzędników i mają ułatwić im wypełnianie obowiązków lub zapewnić ochronę przed ewentualnym ryzykiem. W mniejszym stopniu są natomiast nastawione na obsługę obywateli lub realizację celów danej polityki publicznej.
Podsumowując, można uznać, że 10 lat w UE było ogromną szansą, ale także wyraźnym ukierunkowaniem naszej relacji geopolitycznej i polityki rozwoju. Czy w pełni wykorzystujemy naszą historyczną szansę? Można mieć pewien niedosyt aktywności polskich elit. W ciągu tych 10 lat widać było deficyt twórczego dostosowania krajowych celów strategicznych i ram instytucjonalnych do warunków członkostwa. Można też zastanowić się, na ile „ukierunkowanie” europejskie lub swego rodzaju „koleina europeizacji” staje się dla nas ciężarem lub ograniczeniem dla rozwoju. Wymagałoby to studium szerszego niż odpowiedź na krótką ankietę. Należy pamiętać, że samo członkostwo w Unii nie zmienia naszego położenia i roli peryferyjnej w Europie i na świecie. Paradoksalnie może nas w tym nawet utwierdzić. Wiele zależy bowiem od nas samych i tego, jak wykorzystamy kolejne lata integracji.
Nie przytaczam literatury przedmiotu. Zainteresowany czytelnik znajdzie ją w mojej książce W objęciach europeizacji, ISP PAN, Warszawa 2012.
przez Marcin Domagała | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Gdy 10 lat temu Polska wstępowała do Unii Europejskiej, wydawało się wówczas, że nie ma alternatywy. Rzeczywiście tak było, ale właśnie dekadę temu, ponieważ finalny proces akcesji był zwieńczeniem długiego okresu dostosowawczego, zapoczątkowanego umową stowarzyszeniową z grudnia 1991 r. między Polską a ówczesnymi Wspólnotami Europejskimi. To właśnie na początku lat 90. panował dobry czas, aby myśleć o innych możliwych kierunkach integracji politycznej, mając na uwadze zwłaszcza fakt dość ciężkich warunków stowarzyszeniowych (szczególnie asymetrii stawek celnych) postawionych przez wspólnotowych negocjatorów, a które w efekcie jeszcze bardziej pogłębiały kryzys ówczesnej polskiej gospodarki. W tamtym okresie elity polityczne niestety nie były w stanie myśleć w szerokich kategoriach kontynentalnych. Ówczesna moda na jednostronny kierunek prozachodni bardzo negatywnie odbiła się na procesie transformacji ekonomicznej i społecznej w Polsce. Stąd pytanie „czy iść do Europy?”, czy podążać gdzieś indziej, w perspektywie okresu sprzed ponad dekady jest źle postawione. To pytanie należało zadać ponad 20 lat temu, tuż po powołaniu rządu z Tadeuszem Mazowieckim na czele.
W powyższym kontekście trudno dziś doszukiwać się alternatyw. Polska na początku przemian ustrojowych znalazła się bowiem między dwoma imperiami – trzeszczącą w szwach już po narodzinach Federacją Rosyjską oraz stabilnymi i zasobnymi w kapitał Wspólnotami Europejskimi. Inna droga byłaby możliwa, gdyby ówczesne elity potrafiły myśleć w sposób dużo bardziej suwerenny i niestandardowy, a nie wyłącznie w wąskich w kategoriach linii wschód-zachód, z twardą opcją na ten ostatni kierunek geograficzny. Istotne błędy „neoliberalnego szturmu” w gospodarce, przeprowadzanego przez Leszka Balcerowicza, wskazywali wtedy chociażby Grzegorz Kołodko czy Tadeusz Kowalik. Opcją wartą rozważenia był bowiem skandynawski wariant rozwoju gospodarczego. To oczywiście tylko jedna z możliwości.
Kolejną był wariant środkowoeuropejski. Gdyby nasze elity nie myślały wyłącznie w wąskich kategoriach zoologicznej nienawiści do Rosji, mogłyby spróbować wykorzystać czas słabości federalnej do budowy alternatywy wobec UE i twardego kapitalizmu, w postaci nie tyle socjalizmu, ile systemu znacznie łagodniejszego, łączącego w sobie cechy konkurencji i kooperacji społecznej w wymiarze międzynarodowym. To właśnie promowanie takiego rozwiązania pośród państw zarówno poradzieckich, ale również, a może przede wszystkim Rosji, mogłoby stać się zalążkiem dla innego kształtu tej części Europy. Niestety polskie władze wybrały opcję konfrontacyjną, w miejsce wykorzystania niezłej jeszcze wtedy opinii i kontaktów z naszym krajem wśród ówczesnych elit radzieckich/rosyjskich. Trudno oczywiście w tym momencie budować tego rodzaju „mniemanologiczne” konstrukcje, jednak to właśnie brak umiejętności perspektywicznego myślenia okazał się katastrofalny ekonomicznie dla dalszego rozwoju naszego kraju.
Negocjacje akcesyjne Polski, które rozpoczęły się w lipcu 1997 r., szykujące warunki pełnego członkostwa w Unii Europejskiej, stanowiły okres, który można byłoby określić jako komiczny, gdyby jego następstwa nie okazały się w efekcie drastyczne dla polskiej gospodarki i demografii. Koszty akcesji okazały się ogromne, a skutki wręcz rabunkowe. Były one wówczas szacowane całościowo na setki miliardów nowych złotych za cały okres stowarzyszeniowy i pokazały przy okazji, że bez większych problemów można byłoby je samodzielnie spożytkować w sposób bardziej skuteczny. Należy także podkreślić, że wielu polskich negocjatorów po prostu nie było przygotowanych do konfrontacji ze „starymi unijnymi wygami”, czego skutkiem okazał się dalszy demontaż polskiej gospodarki, tym razem przez puszczone samopas zagraniczne koncerny. Pretensje za ten stan możemy mieć jednak wyłącznie do siebie.
Wskutek tych zaniedbań, już kilka lat przed oficjalnym wstąpieniem do UE, jeszcze za rządów partii, której polityka okazała się narodową klęską (mowa o Akcji Wyborczej Solidarność), jasnym było, że potencjalna wolta oznaczałaby katastrofę państwa. Polska bowiem nieodwracalnie uzależniła się od wielkiego unijnego „partnera” w sposób, który uniemożliwiał jakikolwiek rozwód. Jednoczesne fatalne relacje z Federacją Rosyjską, a przede wszystkim wyrzucenie z tego rynku polskich przedsiębiorstw przez skuteczniejsze i bogatsze korporacje zachodnie i rosyjskich oligarchów, jak również brak elementarnego wsparcia ze strony naszego MSZ, spowodowały w rezultacie ugruntowanie kierunku zachodniego.
Okres bezpośrednio po akcesji to swego rodzaju szok, po którym powinno nastąpić coś, co w psychologii nosi nazwę „reakcji dostosowawczej”. Skoro Polska weszła do europejskiego związku na fatalnych warunkach, to powinna za wszelką cenę starać się wykorzystać unijne mechanizmy do odbudowy własnej pozycji gospodarczej. Potencjał ten został spożytkowany w dość ograniczony sposób, skutkując biernością w podejmowanych decyzjach. Przeważyła opcja wyłącznie administracyjna. Polska skupiła aktywność głównie na tym, aby nie zostać płatnikiem netto, nie zaś na pełnym wykorzystaniu obecności w unijnym ciele przez użycie własnego potencjału dla odbudowy gospodarki i pozycji zarówno z okresu upadku PRL, jak i przedakcesyjnego.
Obecnie Polska jest przedstawiana jako jeden z większych i bardziej znaczących krajów w Unii Europejskiej. Jest to jednak ocena wewnętrzna i propagandowa, mająca na celu wyłącznie podbudowanie własnego ego. Partnerzy unijni doskonale zdają sobie sprawę ze słabości i kiepskiego przygotowania polskich decydentów politycznych, a poza tym ze ślepej wiary i zapatrzenia Warszawy w Waszyngton. Doszło nawet do tego, że z ambasadą amerykańską ustalano część obsady ministerialnej, do czego przyznał się kiedyś Ludwik Dorn, a nasza prokuratura nie raczyła nawet palcem u nogi kiwnąć wobec tego stwierdzenia. Brak umiejętności samodzielnego myślenia znów zaczął rodzić zatrute owoce bierności.
Minęło kolejnych kilka lat. Można by spodziewać się, że nauczeni doświadczeniem nasi politycy nabiorą nie tylko stosownego dystansu, ale też zorientują się w rzeczywistości unijnej realpolitik. Niestety – od momentu akcesji Polsce praktycznie nie udało się zbudować jednolitego frontu dla sukcesywnej realizacji własnych interesów. Żałosne próby napinania mięśni i konfrontacyjny kurs wobec głównych państw europejskich, przedsiębrany przez Prawo i Sprawiedliwość w latach 2005–2007, okazały się drogą donikąd. W miejsce subtelności, planu, konkretnie oznaczonego celu i konsekwencji politycznej, stosowano metodę ideologicznej pałki o zakończeniu rewanżystowskim. Nic dziwnego, że na dyplomatycznych salonach Berlina, Paryża, Rzymu czy Londynu takie podejście bardziej budziło zażenowanie i obojętność aniżeli poklask. Polscy politycy forsowali nierealne idee, zamiast naginać unijne trendy do własnych potrzeb, wzorem np. Hiszpanii czy później Węgier. Przypomnijmy, że Hiszpanie zamiast mówić, iż są niesprawiedliwie traktowani, wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję do walki o własny partykularny interes gospodarczy. Symptomatycznym przykładem była kwestia akceptacji przez Madryt umowy stowarzyszeniowej z Polską w 1991 r. Madryt w ostatniej chwili zawetował porozumienie, żądając podniesienia limitów produkcyjnych. Postawiona pod ścianą, Bruksela zmuszona była ulec dyktatowi Hiszpanów. W podobny sposób postępował rząd węgierski pod przywództwem Victora Orbána, który najpierw wdrażał określone rozwiązania bez pytania Brukseli o zgodę, a potem, w reakcji na połajanki, fałszywie posypywał głowę popiołem. Tak było m.in. w kwestii zmian w ustawie o węgierskim banku centralnym.
Obecnie z ust rządowych decydentów wciąż padają puste słowa o konieczności zachowania jedności europejskiej. Stanowią one marną zasłonę dla braku jakiejkolwiek wizji rozwojowej Polski w ramach struktur unijnych. Nasza rola ograniczyła się do administracyjnego pojmowania członkostwa i uważnego słuchania, co inni mają do powiedzenia. Przykładem tego stanu był okres polskiej prezydencji w drugiej połowie 2011 r., który charakteryzował się brakiem jakiejkolwiek wizji rozwojowej nie tylko naszego kraju, lecz także całej UE. Polska co prawda skutecznie administrowała Unią, ale była to tylko administracja oparta na mentalności „prowincjonalnego proboszcza”. Budowane natomiast z entuzjazmem tzw. społeczeństwo obywatelskie okazało się skuteczną symulakrą unijnej jedności oraz „żelazną kurtyną” zasłaniającą wewnątrzunijną grę, umiejętnie prowadzoną egoistycznie przez największe państwa europejskie, niemalże jawnie posługujące się na polu strasbursko-brukselskim własną racją stanu. Tymczasem Polska do tej pory nie próbowała nawet zdefiniować własnych słabości oraz dostrzec uwarunkowań geopolitycznych w warstwie globalnej. Włączenie się do gry mogłoby przynieść zmianę pozycji naszego kraju. Do tego potrzebna jest jednak odwaga.
Warto podkreślić, że większość polskich koncepcji, doktryn czy pomysłów była wygłaszana tylko w ramach konserwacji dotychczas obranego kierunku. Jeden z luminarzy polskiej polityki zagranicznej prof. Adam Daniel Rotfeld, prócz wielu błędnych i kontrowersyjnych stwierdzeń i czynów, powiedział kiedyś jedną niezwykle istotną rzecz: Aby tak mały kraj jak Polska mógł zaistnieć na scenie międzynarodowej, musi wpierw powiedzieć coś ciekawego… Niestety ciekawej wizji nie udało się dotychczas skutecznie wypracować żadnemu ministrowi spraw zagranicznych, zwłaszcza obecnemu byłemu funkcjonariuszowi American Enterprise Institute Radosławowi Sikorskiemu, będącemu, według z rzadka krytycznych ocen, wprost „amerykańskim implantem w polskim rządzie”. Jednak nowe idee istnieją, zaś objęcie przez Polskę steru dyskusji nad przynajmniej jedną z nich pozwoliłoby zająć dominujące miejsce w UE.
Taką ideą jest promocja scenariusza budowy superpaństwa europejskiego, wygłoszona ostatnio ustami komisarz ds. sprawiedliwości, praw podstawowych i obywatelstwa Viviane Reding. W polskich kręgach politycznych wezwanie to zostało właściwie pominięte milczeniem, względnie „obsmarowane” przez konserwatywnych publicystów. Mało kto pomyślał o znaczeniu geopolitycznym tego kroku, a zwłaszcza o próbie zdefiniowania procesu budowy takiego państwa w kontekście tworzenia się bloków imperialnych na całym globie. Ten proces mogliby właśnie opracować nie tyle polscy politycy, pośród których raczej trudno doszukiwać się osób potrafiących myśleć w kategoriach innych niż pojedyncza kadencja parlamentarna, ale przede wszystkim polskie think tanki – zarówno rządowe, jak i społeczne. Dopiero po tym ster promocji idei mogliby przejąć polscy politycy.
Przejęcie przez polską stronę roli moderatora takiej debaty pozwoliłoby nie tylko na wpierw intelektualne, a następnie procesowe kierowanie tą ideą, ale przede wszystkim wypracowanie takiego projektu ze szczególnym uwzględnieniem polskich uwarunkowań społecznych i gospodarczych. Dopiero trwałe ugruntowanie takiego trendu pozwoli na realną odpowiedź na pytanie, gdzie Polska znajdzie się nawet nie za lat 10, ale za 50.
Wyzwań w tym zakresie jest wiele. Budowa superpaństwa, lakonicznie mówiąc, polega na integracji społecznej, językowej, edukacyjnej, mentalnościowej, a wreszcie cywilizacyjnej 28 krajów członkowskich, złączonych na ósmym co do wielkości terytorium na świecie, zamieszkiwanym przez półmiliardową populację, wypracowującą największe na świecie PKB. Pytanie o europejskie superpaństwo, w sensie praktycznym, brzmi więc: co zrobić, aby mieszkaniec południowoportugalskiego Faro identyfikował się z mieszkańcem wschodniopolskiego Zamościa, względnie mieszkaniec północnoszwedzkiej Kiruny żył troskami maltańskiego Rabatu. Kluczem do osiągnięcia tego celu jest nie tylko uzyskanie dla nich w miarę jednolitego stopnia dochodowości, ale przede wszystkim jednolitego języka debaty, stabilności ekonomicznej i poczucia wspólnoty na szczeblu paneuropejskim…
Dlaczego to Polska nie miałaby zacząć promować w ten sposób wartości europejskich, biorąc za historyczną podstawę tolerancyjne tradycje I Rzeczypospolitej? Zdaje się, że zbyt rzadko zadajemy sobie to pytanie, kosztem wąskich wyzwań o charakterze bieżącym.
przez Izabella Bukraba-Rylska | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Swoje uwagi na temat 10 lat obecności Polski w Unii Europejskiej ograniczę do odpowiedzi na podstawowe pytanie związane z obszarem, którym się zajmuję. Z punktu widzenia socjologii wsi pytanie to brzmi następująco: czy udaje się osiągnąć cele wiązane z członkostwem w Unii: zwiększenie potencjału polskiego rolnictwa, podniesienie poziomu produkcji, wyrównywanie różnic między wsią a miastem. Byłabym tu sceptyczna.
W ostatnich latach powoli, ale systematycznie spada liczba gospodarstw rolnych i postępuje proces koncentracji ziemi (vide raporty Polska wieś pod red. J. Wilkina i I. Nurzyńskiej), co – nie wiedzieć dlaczego – większość ekonomistów wciąż uważa za zjawisko zdecydowanie pozytywne, bo gwarantujące wzrost wydajności. Tymczasem konkretne przykłady świadczą o czymś zupełnie innym. W Polsce międzywojennej wszelkie analizy wykazywały, iż na jednostkę obszaru przypada dochodu społecznego tym więcej, im mniejszy obszar gospodarstwa (J. Curzytek, Badania nad rentownością gospodarstw włościańskich, 1928), w ZSRR działki przyzagrodowe o łącznej powierzchni 1,4% ziemi dawały 26,3% produkcji, w PRL-u z 1 ha chłopskiej ziemi uzyskiwano tyle, co z 10 ha ziemi w PGR-ach. W dzisiejszej Rosji działki przyzagrodowe z 4,8% ogółu ziem uprawnych dają 50% produkcji, podczas gdy gospodarstwa wielkoobszarowe zajmujące 80% gruntów produkują zaledwie 43% żywności (vide: artykuł W. Dzuna we „Wsi i Rolnictwie” 4/2009). Raporty Banku Światowego dla Ameryki Łacińskiej wykazują, iż małe farmy są tam od 3 do 14 razy bardziej wydajne niż te duże (W. Bello, Wojny żywnościowe), wreszcie w dzisiejszej Polsce małe gospodarstwa rodzinne nadal mają przewagę pod względem efektywności ekonomicznej i społecznej (referat J. Zegara w CBR, listopad 2010).
W dodatku, jeśli przyjąć socjologiczną definicję wsi zaproponowaną przez Władysława Grabskiego (wieś to miejsce pracy i życia dla rodzin wiejskich),okazuje się, że również ze społecznego punktu widzenia ważna jest nie wielkość, ale wielość rolniczych warsztatów pracy dających zatrudnienie i utrzymanie rodzinom na wsi. Te rodziny bowiem wychowują i kształcą dzieci (w ostatnich latach wieś szybko nadrabia dystanse edukacyjne), dostarczają miastom wykwalifikowanej siły roboczej („słoiki”), a także tworzą zdrowe środowiska społeczno-kulturowe – znana teza Goldsmitha mówi, że we wsiach o przewadze gospodarstw rodzinnych, a więc co najwyżej o średniej powierzchni i nie produkujących na skalę przemysłową, wszelkie wskaźniki społeczne są korzystniejsze. A wreszcie stanowią wciąż niedoceniany w Polsce fundament „demokracji właścicielskiej”, tej optymalnej z punktu widzenia „teorii sprawiedliwości” J. Rawlsa formy ustroju, opartej o drobną własność rozproszoną między wielu posiadaczy, przeciwstawianej „cywilizacji nierówności”, czyli skupieniu środków produkcji – a zatem i władzy – w rękach niewielu. Tymczasem, jak pisze L. Staszyński, po 2004 r. prawie 1 mln gospodarstw przestało sprzedawać mleko, ponad 830 tys. zaniechało hodowli trzody chlewnej, produkcja wołowiny spadła o połowę, owiec mamy 20 razy mniej, z 384 tys. plantatorów buraka cukrowego zostało 40 tys., a liczba producentów tytoniu skurczyła się z 250 tys. do 14,5 tys.! (Wieś na wstecznym biegu, 2010). Dane te trzeba czytać następująco: tylu właśnie producentów wyeliminowano z rynku wskutek rozstrzygnięć Ministerstwa Rolnictwa, wiernie stosującego się do wytycznych Unii. Między innymi już od lat 90. realizowano program zamykania małych przetwórni. Samych zakładów mięsnych ubyło o ⅔, a te przecież obsługiwały rynki lokalne, kupując produkty od drobnych producentów, tak więc tyle rodzin straciło możliwość utrzymania się, i to bynajmniej nie z powodu „wyuczonej bezradności”, lecz wskutek określonych decyzji administracyjnych.
Specjaliści twierdzą, że objęcie polskiego rolnictwa Wspólną Polityką Rolną przynosi pozytywne skutki w sferze produkcji. Trudno się z tym jednak zgodzić, pamiętając o rozmaitych limitach produkcyjnych i „kwotach” wyznaczanych polskim producentom w imię konieczności dostosowywania się do wspólnego rynku. Skutek tych wszystkich zabiegów jest raczej odwrotny i dlatego produkcja rolna w Polsce realnie spada. W 1990 r. w przeliczeniu na miliony ton zbóż wynosiła 79 mln, a po niespełna dwu dekadach zmalała do 54,5 mln (W. Michna – „Realia” 6/2008). Najnowsze dane także pokazują, iż wciąż zmniejsza się produkcja zbóż, ziemniaków i warzyw oraz hodowla trzody chlewnej i brojlerów, choć równocześnie postępuje proces koncentracji upraw i chowu. Wszystko to świadczy o wypieraniu z rynku małych gospodarstw rodzinnych i przestawianiu rolnictwa na skalę uprzemysłowioną. Odbywa się to z ewidentną szkodą dla jego istotnej społecznie funkcji samozaopatrzeniowej, która umożliwia rodzinom wiejskim pozyskanie najtańszych produktów żywnościowych, a więc zmniejsza koszty utrzymania. Co jeszcze bardziej niepokojące, równocześnie maleje potencjał produkcyjny polskiego rolnictwa. Ubywa zasobów ziemi w posiadaniu gospodarstw rolnych – o ponad 5%, w tym gruntów ornych o ponad 8%, spada także wartość majątku trwałego netto – z 34,3 mld zł w roku 2000 do 27,4 mld zł w 2010 r. (W. Poczta, w Polska wieś 2012).
Podobnie, a więc wcale nie optymistycznie, przedstawia się sprawa dochodów mieszkańców wsi. Wprawdzie od momentu akcesji odnotowano ponad dwukrotny wzrost dochodów realnych w sferze rolnictwa, ale przyczyn tego należy upatrywać przede wszystkim w unijnych dotacjach. Ich udział w całości dochodów rolników przed rokiem 2004 wynosił zaledwie 9%, a obecnie przekracza 60%. Ta poprawa nie zmienia jednak faktu, że nadal przeciętne dochody mieszkańca wsi są wyraźnie niższe niż średnia krajowa, bo w przeliczeniu na osobę wynoszą 886 zł w porównaniu z 1152 zł dla mieszkańców miast (M. Halamska, Wiejska Polska na początku XXI wieku, 2013). Dlatego w dalszym ciągu zachowują aktualność diagnozy mówiące o „dwuwektorowym rozwoju kraju” (H. Domański, A. Rychard, P. Śpiewak, Polska – jedna czy wiele, 2005). Wszystkie dane, jakie przywołuje się dla zilustrowania tej tendencji, można zresztą potraktować jako efekt trwającego od wielu dziesięcioleci systematycznego „drenażu” wsi i rolnictwa, zwanego elegancko przez ekonomistów „przepływami międzygałęziowymi”. W PRL-u sięgał on 30% wartości wytworzonej w rolnictwie, w okresie transformacji dochodził do 33% tej wartości (polecam śledzić kolejne prace A. Wosia), a obecnie należałoby jeszcze uwzględnić koszty „przechowywania” w indywidualnych gospodarstwach rolnych zbędnej siły roboczej. Jak wyliczają badacze (vide artykuł na ten temat we „Wsi i Rolnictwie” 4/2009), średnio każdego roku wieś „dopłaca” co najmniej 1 mld zł, wyręczając tym samym państwo z obowiązku utrzymania tysięcy bezrobotnych.
Spróbujmy podsumować zasygnalizowane zjawiska. Od momentu wstąpienia Polski do UE ubywa drobnych gospodarstw rolnych, które nie dość że lepiej niż duże absorbują siłę roboczą (znajdując dla niej jakiekolwiek, ale jednak zastosowanie, a zatem i utrzymanie), to jeszcze – wbrew temu, co twierdzą najczęściej ekonomiści – zawsze i wszędzie pozostają najbardziej wydajną formą gospodarowania w rolnictwie! Poza ubywaniem rodzinnych gospodarstw rolnych, zapewniających ludności wiejskiej (przynajmniej w jakimś stopniu) samodzielność i niezależność, należy jeszcze wymienić systematycznie malejący poziom produkcji rolnej i zarazem kurczenie się potencjału produkcyjnego rolnictwa, co kiepsko rokuje na przyszłość. Zresztą od samego początku nie ukrywano konieczności ograniczania krajowych możliwości produkcyjnych, ale przedstawiano to jako dobrodziejstwa integracji. Kuriozalnym wręcz przykładem unijnej propagandy może być fragment opracowania Polska w UE. Doświadczenia pierwszego roku członkostwa. Czytamy tam: Pierwszy rok członkostwa przyniósł także wymierne korzyści sektorowi rybołówstwa. Nie spełniły się obawy, iż rybacy nie staną się beneficjentami procesu integracji. W roku 2004 rozpoczął się proces restrukturyzacji floty rybackiej poławiającej na Bałtyku, którego zasadniczym celem jest zredukowanie nadmiernego potencjału połowowego przez wycofanie części floty. Realizowane są m.in. działania, które mają zapobiec wzrostowi bezrobocia wśród rybaków. Należy do nich udzielanie pomocy finansowej rybakom, którzy utracą miejsca pracy (red. R. Hykawa, UKiE Warszawa 2005, s. 34). Jak pamiętamy, od początku transformacji bardzo popularny był slogan, iż aby rozbudzić przedsiębiorczość, należy ludziom dawać nie ryby, ale wędki. Po akcesji sytuacja się odwróciła, bo Unia zaczęła dostarczać Polakom ryby, przezornie konfiskując wędki.
Skoro zatem w Polsce – przy aplauzie badaczy wieszczących rychły „koniec chłopa” – likwiduje się rodzinne gospodarstwa, maleje potencjał produkcyjny rolnictwa, ograniczana jest skala produkcji, a poziom rolniczych dochodów zależy coraz bardziej od „unijnej kroplówki”, to może realizujemy jakiś zupełnie inny od deklarowanego model rozwoju? Jeszcze przed akcesją J. Staniszkis przewidywała: istnieje u nas niedokończony kapitalizm i niedokończona rewolucja kapitalistyczna. Będziemy w UE „wewnętrznymi peryferiami”, które mają być kompatybilne, tanie i niekompletne („Res Publica Nowa” 5/2002). Ta prognoza doskonale wpisuje się w pewien ogólniejszy zamysł, zakładany we wszystkich podejmowanych dotąd projektach gospodarki wielkiego obszaru, a wszak do takiego modelu zaliczyć trzeba również UE. Żeby poprzestać tylko na doświadczeniach dwudziestowiecznych, badacze wymieniają tu projekt „Mitteleuropy” Friedricha Naumanna, zwanego przez Hayeka prekursorem narodowego socjalizmu (Zgubna pycha rozumu, 2004), a następnie nazistowską doktrynę „Grossraumwirtschaft” (J. Chodorowski, Niemiecka doktryna gospodarki wielkiego obszaru, 1972). Wszystkie te programy zakładały gruntowną modernizację obszaru Europy Środkowej po to, aby zacofane kraje rolnicze mogły pełnić rolę „gospodarek uzupełniających” wobec hegemonicznej pozycji Niemiec. Co najciekawsze, główną przeszkodę w realizacji tych interesów upatrywano w tradycyjnych chłopskich gospodarstwach, które produkowały żywność i dawały względną niezależność ich posiadaczom. Dlatego, jak pisze H. Kahrs, podstawę do budowy niemiecko-europejskiej gospodarki wielkoprzestrzennej stanowiło zniszczenie chłopskiej produkcji, przeznaczonej jedynie na własny użytek (w: H. Orłowski red., Nazizm, Trzecia Rzesza a procesy modernizacji, 2000). Likwidacja drobnej własności i wprowadzenie rolnictwa wielkoobszarowego, produkującego na skalę przemysłową i obsługiwanego przez siłę najemną, miały wygenerować siedemnastomilionową rzeszę „robotników wędrownych” – „wolnych najmitów” zatrudnianych w miarę potrzeb przez gospodarkę niemiecką – i tym samym takąż rzeszę konsumentów, uzależnionych w swych apetytach wyłącznie od środków, jakie udałoby się im pozyskać za swoją pracę.
Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie wygrana aliantów, mielibyśmy dziś to, o co tak stanowczo od początku transformacji upominają się polscy ekonomiści i socjologowie, czyli w pełni zmodernizowane rolnictwo o nowoczesnej strukturze agrarnej, wysokiej produkcji towarowej kierowanej na rynek – i… pozbawione chłopów. Ale nic straconego. Może te cele uda się osiągnąć w ramach UE i pod sztandarami pięknych haseł o prymacie dobra wspólnego, sprawiedliwości społecznej i demokracji. Wiele wskazuje na to, że jesteśmy na dobrej drodze.
przez Włodzimierz Anioł | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Zaproszenie do sporządzenia minibilansu dziesięcioletniej obecności Polski w Unii Europejskiej onieśmiela złożonością i wielowątkowością materii, jakiej należałoby się w tym celu przyjrzeć, a następnie ją ocenić – nawet jeśli mielibyśmy ograniczyć się tutaj wyłącznie do społeczno-ekonomicznych skutków akcesji.
W pięciolecie naszego członkostwa w Unii w obszerniejszym tekście wyróżniłem i omówiłem trzy główne poziomy jego wpływu na społeczną modernizację Polski1. Wszystkie one także dzisiaj, dekadę po akcesji, zachowują swą aktualność. Po pierwsze – poziom doraźnych i bezpośrednich następstw polskiego akcesu do unijnej przestrzeni gospodarczej, społecznej i edukacyjnej. Chodzi w szczególności o korzyści polegające na generalnym wzroście zamożności społeczeństwa i podniesieniu poziomu cywilizacyjnego kraju – dzięki radykalnie poszerzonemu dostępowi do zachodnioeuropejskich rynków (zwłaszcza niemieckiego), finansowemu zasilaniu różnych projektów modernizacyjnych w ramach polityki spójności UE czy też wspomagającym budżety domowe transferom pieniężnym, jakie płyną od Polaków podejmujących pracę w państwach Unii.
Drugi wymiar oddziaływań to znacznie głębsze i długofalowe – często pośrednie – a sprzyjające społecznej modernizacji konsekwencje akcesji, jakie objawiają się głównie w sferze świadomości, postaw i zachowań społecznych. Można by je zbiorczo określić mianem kształtowania się społeczeństwa otwartego – tj. nowoczesnego, liberalnego, mobilnego, proeuropejskiego, mniej zaściankowego itp. Jest wreszcie trzecia płaszczyzna unijnych oddziaływań na rozwój Polski, a mianowicie systemowy wpływ i znaczenie wzorotwórczego potencjału Unii zarówno dla ogólniejszego modelu rozwoju kraju, jak i bardziej konkretnych rozwiązań w zakresie różnych polityk publicznych. Chodzi o rolę rozmaitych zewnętrznych inspiracji, impulsów, najlepszych praktyk (best practices), inaczej mówiąc – o „efekt demonstracji”, jaki wywiera na Polskę cała gama idei, procedur, regulacji i mechanizmów, które są stosowane w innych państwach członkowskich i bardzo często bywają promowane przez samą Unię Europejską w intencji skuteczniejszego rozwiązywania wielu istotnych – stojących na agendzie niemal wszędzie w podobnym kształcie – problemów społecznych czy gospodarczych.
Otóż stwierdzić można (nawiasem mówiąc, nie jest to teza bardzo odkrywcza), że na wszystkich trzech poziomach w mijającym właśnie dziesięcioleciu zaznaczył się generalny postęp i pozytywny wpływ polskiej obecności w UE na unowocześnianie kraju. Fakt, że ogólny bilans wypada pod tym względem korzystnie, nie znosi naturalnie różnych kontrowersji i pytań o detale, efektywność, wykorzystanie wszystkich powstałych możliwości itp. Jest też odrębną kwestią dyskusyjną swoisty kłopot metodologiczny, który polega na tym, iż wcale nie jest łatwo spośród ogółu licznych uwarunkowań i czynników, jakie decydowały w ostatniej dekadzie o rozwoju Polski, przejrzyście wyodrębnić „efekt członkostwa” Polski w Unii, by następnie poddać go osobnej, nie zakłóconej innymi determinantami, rzetelnej ocenie.
Wyciskanie Brukselki, ale w jakim celu?
Z braku miejsca skoncentruję się teraz tylko na jednym wybranym aspekcie omawianego bilansu, o którym notabene jest stosunkowo najgłośniej w obecnym krajowym dyskursie publicznym, a mianowicie na zasilających Polskę unijnych transferach finansowych.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż duża część polskiej opinii publicznej, a najwyraźniej także większość klasy politycznej, jest skłonna postrzegać walory naszego członkostwa w Unii przede wszystkim – jeśli nie wyłącznie – przez pryzmat bezpośrednich korzyści materialnych, czyli mówiąc kolokwialnie „kasy”. Wicepremier Waldemar Pawlak, jak pamiętamy, lubił perorować o „wyciskaniu Brukselki”. W klipach przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi liderzy PO (włącznie z formalnie niezależnym unijnym komisarzem J. Lewandowskim) obiecywali załatwienie w UE dużej kwoty dla Polaków. Premier Donald Tusk na konferencji prasowej w Brukseli w lutym 2013 r., gdy zadecydowano już o przyznaniu Polsce 106 mld euro w ramach nowej perspektywy finansowej na lata 2014–2020, krojąc tort w kształcie paczek z banknotami, wołał z satysfakcją: Uwaga, łapać pieniądze! Także dzisiaj szefa rządu, gdy wypowiada się publicznie o perspektywach rozwojowych kraju, można nierzadko zobaczyć na tle marketingowej „ścianki” z powiększonymi do gigantycznych rozmiarów banknotami euro.
Przy całym zrozumieniu dla wymogów współczesnej reklamy i potrzeb rządowego piaru, przy okazji podobnych obrazków nie mogę jakoś oddalić od siebie skojarzenia z karykaturą lub wręcz – excusez le mot – pornografią. Ta ostatnia, jak wiadomo, polega na tym, że rzecz wielowymiarową, subtelną, wyrafinowaną, piękną etc. upraszcza się i sprowadza „do parteru” przyziemnych instynktów, niewyszukanych podniet i czystej fizjologii. W podobnie uproszczony sposób – niczym seks w pornografii – traktowany jest w owej skomercjalizowanej narracji złożony fenomen członkostwa w Unii, ze wszystkimi swoimi różnymi wymiarami i implikacjami. Widzi się w nim, mówiąc wprost, nade wszystko narzędzie i sposób pozyskiwania dla Polski dużej gotówki.
To epatowanie forsą, redukowanie zalet obecności w Unii tylko do materialnych profitów utrwalają w społecznym odbiorze wizerunek tej instytucji jako worka z pieniędzmi, swoistego św. Mikołaja, który rozdaje grzecznym dzieciom atrakcyjne zabawki i słodycze. Albo skłania do upatrywania w niej wręcz miłosiernego Pana Boga, który sypie manną z nieba bezgrzesznym i grzesznym, już bez różnicy. Owe szeleszczące wokół unijne pieniądze – choć przecież ich wynegocjowanie było fundamentalnie ważne – często przysłaniają jednak co najmniej równie istotne, dziś zgoła strategiczne pytanie: NA CO głównie i W JAKI SPOSÓB warto czy należałoby je wydawać?
Chciałbym zamarkować w tym kontekście tylko dwie ogólniejsze, a kontrowersyjne kwestie, które przewijają się od czasu do czasu w krajowym dyskursie publicznym i naukowym, nie zawsze wystarczająco wyraziście. Obie one mają też kluczowe znaczenie z punktu widzenia najbliższej przyszłości, tj. kierunków i metod wydatkowania w Polsce środków unijnych w rozpoczynającej się właśnie perspektywie finansowej 2014–2020.
Projekty twarde czy miękkie?
Pierwsza sprawa to podział pieniędzy na programy i projekty – mówiąc skrótowo i umownie – „twarde” oraz „miękkie”. Te pierwsze są związane z inwestycjami w tzw. twardą infrastrukturę, czyli z budową dróg, autostrad, trakcji kolejowych, lotnisk, sieci energetycznych, wodociągów czy oczyszczalni ścieków. Te drugie to nakłady na przedsięwzięcia społeczne, w myśl popularnego hasła „Człowiek – najlepszą inwestycją”, a więc na podnoszenie kwalifikacji i kompetencji ludzi (zawodowych, cyfrowych, kulturowych i innych), na edukację, naukę i badania aplikacyjne, na podnoszenie sprawności różnych służb i instytucji publicznych itp. Moim zdaniem wydatki na tę drugą dziedzinę były dotychczas i są wciąż w Polsce raczej lekceważone, zaniedbywane, dość wyraźnie upośledzone w redystrybucyjnych rozstrzygnięciach decydentów w porównaniu do bardziej „mierzalnych” i spektakularnych inwestycji twardych (jak stoi droga czy stadion, to od razu widać!).
Przypomnę, że z przyznanych Polsce na nowy okres do 2020 r. funduszy w ramach polityki spójności ponownie duża ich część (ponad 24 z łącznie 73 mld euro, czyli aż jedna trzecia) przypadnie na jeden z 22 sektorowych i regionalnych programów operacyjnych, a mianowicie na PO „Infrastruktura i Środowisko”. Zaś następca PO „Kapitał Ludzki”, czyli PO „Wiedza – Edukacja – Rozwój”, otrzyma nieco ponad 3 mld euro, a więc znacznie mniej niż jego poprzednik (na PO KL wydano prawie 10 mld euro).
Niedocenianie w Polsce inwestycji społecznych znajduje też jednak wyraz choćby w często krytycznym, ignoranckim czy pobłażliwym traktowaniu Europejskiego Funduszu Społecznego. To prawda, że przesłanką takiego nastawienia bywa czasem nieprzemyślane, wadliwe czy marnotrawne finansowanie z tego źródła konkretnych projektów. Złą reputację i prasę mają zdarzające się szkolenia dla bezrobotnych, organizowane w luksusowych hotelach czy ośrodkach spa. Wydanie np. 50 tys. zł na warsztaty nazwane dźwiękowym masażem dla 20 osób – jak miało to miejsce w jednym z projektów na Dolnym Śląsku – podczas których bezrobotni, medytując i relaksując się przy gongu i dzwonkach, mieli uwalniać się od stresów, lęków i blokad utrudniających im podjęcie nowej pracy, z pewnością nie było najlepszym zainwestowaniem unijnych pieniędzy.
Ale złe projekty i patologie dotyczą przecież także inwestycji twardych. Nie można wszak do udanych projektów zaliczyć np. szerokiej obwodnicy z lśniącymi ekranami akustycznymi wokół Frampola na Lubelszczyźnie, którą wybudowano za niemal 50 mln zł, i którą sznury wyładowanych tirów starannie dziś omijają, bo przemieszczają się z północy na południe, a nie ze wschodu na zachód, a ponadto w połowie tej drogi ustawiono znak zakazujący ruchu pojazdów powyżej 4 ton (sic!). Jeszcze więcej środków, bo ponad 100 mln zł, niefortunnie wydano na słynne „zimne termy” w Lidzbarku Warmińskim, w których wodę, jak się teraz okazało, trzeba dodatkowo i kosztownie podgrzewać, bo po wypłynięciu na powierzchnię ma temperaturę zaledwie 21 stopni C.
W obu więc dziedzinach zdarzają się nietrafione inwestycje, kity, ale i – z drugiej strony – hity, pudła i perełki, strzały w dziesiątkę, ale i w płot. Dlatego nie powinno się fetyszyzować projektów twardych, czysto materialnych, a zarazem postponować wydatków miękkich, co notabene lubi czynić wielu krajowych ekonomistów. Wybór między nimi to fałszywy dylemat, racjonalne jest finansowanie po prostu DOBRYCH POMYSŁÓW, a właściwie NAJLEPSZYCH, niezależnie od sektora. Odnosząc się zaś do przyszłości, nie warto tylko lać beton na drogi i pasy startowe dla samolotów (czy np. planowane nowe lotnisko w Radomiu, ledwie 80 km od Okęcia, ma duży sens?), ale trzeba więcej inwestować w kapitał ludzki i społeczny, w wiedzę i innowacyjność, bo od tych właśnie atutów będzie w rosnącym stopniu zależał rozwój Polski.
Dwie reguły: św. Franciszka i św. Mateusza
Druga kontrowersyjna sprawa to regionalna redystrybucja pieniędzy przyznanych Polsce przez UE. Znów nieco upraszczając, mamy tu możliwość zastosowania dwóch skrajnie różnych zasad podziału środków w układzie terytorialnym. Pierwsza z nich uprzywilejowuje regiony biedniejsze, prowincję, wieś i zdegradowane ośrodki miejskie, Polskę B. Druga zaś – regiony zamożniejsze, lepiej rozwinięte, dynamiczne i szybko modernizujące się, wielkie metropolie, Polskę A. Patronem reguły pierwszej mógłby być św. Franciszek, opiekun ubogich. Druga reguła odpowiada zasadzie św. Mateusza, który powiadał, że „bogatym będzie jeszcze dodane”.
Otóż w ostatnich latach w myśleniu o rozdziale środków unijnych nadmierną, moim zdaniem, przewagę wydawało sobie zdobywać stanowisko faworyzujące obszary bogatsze, przede wszystkim wielkie miasta i aglomeracje, mające pełnić rolę „lokomotyw rozwoju”. W myśl tego stanowiska trzeba wspierać finansowo w pierwszej kolejności – a może wręcz wyłącznie – regiony i ośrodki obiecujące, dobrze rokujące, mające realny potencjał rozwojowy, który umiejętnie uruchomiony, może przełożyć się także na szybki awans otaczających te centra obszarów peryferyjnych. Już silni, kiedy staną się jeszcze silniejsi, pociągną za sobą słabszych – takie jest założenie tej koncepcji. Można się długo spierać, czy zawsze uzasadnione.
Wyraźnie w każdym razie pobrzmiewają w tej koncepcji echa modnych ostatnio na Zachodzie teorii rozwoju metropolii, globalnych powiązań sieciowych między nimi, „klasy kreatywnej” zasiedlającej głównie wielkie miasta itp. Znany twórca tego ostatniego pojęcia, Amerykanin Richard Florida, pisał niedawno o świecie „iglicowatym” (spiky)2. Te „iglice” to właśnie wielkie metropolie – intensywnie zagospodarowane skupiska nowoczesnych technologii, masowych innowacji, usług finansowych, instytucji otoczenia biznesu, mediów i elitarnej kultury.
Fetyszyzowanie podobnych teorii skłania do preferowania reguły św. Mateusza, a zarazem lekceważenia potrzeb obszarów mniej zamożnych, zdegradowanych, próbujących jakoś doganiać czołówkę. Jeszcze nie tak dawno w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego poważnie zastanawiano się nad celowością odnowienia w kolejnej perspektywie finansowej programu operacyjnego specjalnie zorientowanego na wspieranie pięciu najsłabiej rozwiniętych województw tzw. ściany wschodniej, by w końcu zdecydować o jego przedłużeniu (PO „Polska Wschodnia”). Przygotowany pod kierunkiem M. Boniego, słynny raport rządowy „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe” z 2009 r. kreślił, jako pożądany dla kraju, trochę salomonowy model rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego, według mnie niepotrzebnie eksponujący w treści i nazwie postulat polaryzacji. Narastanie międzyregionalnych dysproporcji rozwojowych jest rzeczywiście znaczącą tendencją, zresztą nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie i na świecie. Zadaniem władz publicznych powinno być jednak zabieganie o niwelację tych zróżnicowań poprzez mądre, prorozwojowe inwestowanie zasobów (w tym unijnych) także w rejonach pozostających w tyle, mówiąc obrazowo – w formie oferowania nie ryb bynajmniej, lecz wędek. Dlatego wolałbym raczej mówić o innej, alternatywnej wizji rozwoju dla Polski – o modelu inwestycyjno-kohezyjnym.
Trzy wyzwania wciąż aktualne
Co czeka nas dalej? U samego progu akcesji Polski do Unii zdefiniowałem i scharakteryzowałem trzy podstawowe, łączące się z nią wyzwania dla szeroko pojmowanej polskiej polityki społecznej. Po pierwsze – wyzwanie migracyjne, po drugie – podniesienie, a co najmniej utrzymanie naszej społeczno-ekonomicznej konkurencyjności wobec innych partnerów europejskich, po trzecie wreszcie – zadanie skutecznej absorpcji wewnętrznej rozmaitych zasobów (materialnych, legislacyjnych, ekspertyzowych i innych), jakie oferuje nam Unia Europejska3. Można stwierdzić, że po z górą 10 latach wszystkie te trzy wyzwania pozostają nadal aktualne, a może nawet nabrały dodatkowej ostrości. Dotyczy to choćby bardzo niejednoznacznego bilansu zysków i strat, jakie niesie za sobą stosunkowo liczna polska emigracja zarobkowa do Europy Zachodniej. Chodzi też tutaj o kwestię zwaną „pułapką średniego dochodu”, w którą wpadają kraje goniące europejskich liderów, lecz niezdolne do płynnego przejścia od prostych przewag konkurencyjnych (jak niskie koszty pracy) do atutów bardziej wymyślnych i zaawansowanych, jak wyższa wydajność, rozwinięty kapitał społeczny, większa innowacyjność produktów i usług, bogatsza kreatywność w gospodarce i życiu społecznym.
To, jak się potoczą dalsze losy Polski w UE, będzie też w dużym stopniu zależało od dalszej ewolucji samej Unii. Dziś jest w nie najlepszej kondycji, a właściwie przeżywa wielowymiarowy kryzys i znajduje się w istocie na rozdrożu. W największym skrócie i uproszczeniu, dają się tu zarysować trzy możliwe scenariusze. Albo utrzymywało się będzie na kontynencie status quo, naznaczone strukturalną asymetrią między dość zaawansowaną integracją ekonomiczną i nienadążającą za nią integracją socjalną i polityczną (określam tę opcję formułą Europy Wolnorynkowej). Albo Unia cofnie się do stanu przedwspólnotowego, wręcz rozpadnie pod naporem tendencji renacjonalizacyjnych (scenariusz Europy Narodowej). Albo też, modernizując się i „uciekając do przodu”, podąży w stronę idei Europy Rozwoju i Solidarności4. Rozważenie prawdopodobieństwa tych ścieżek rozwojowych oraz ich rozmaitych uwarunkowań to już jednak całkiem inna historia.
Przypisy
- W. Anioł, Integracja europejska jako czynnik społecznej modernizacji Polski, w: K.A. Wojtaszczyk, A. Mirska (red.), Demokratyczna Polska w globalizującym się świecie, Warszawa 2009.
- R. Florida, Who’s Your City? How the Creative Economy is Making Where to Live the Most Important Decision of Your Life, New York 2008.
- W. Anioł, Europejska polityka społeczna. Implikacje dla Polski, Warszawa 2003, ss. 167–194.
- W. Anioł, Trzy wizje Europy, w: J. Orczyk (red.), Polityka społeczna. Kontynuacja i zmiana. Z okazji Jubileuszu 90-lecia urodzin Profesora Antoniego Rajkiewicza, Warszawa 2012.
przez Andrzej Adamczyk | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Dziesięciolecie polskiego członkostwa w Unii Europejskiej stanowi naturalną okazję do podsumowań, ocen, bilansów, opisów zmian w różnych dziedzinach życia, gospodarki, konsekwencji społecznych mniej lub bardziej powiązanych z efektami integracji europejskiej, czasem zaś zupełnie odrębnych, ale jako że zachodzących po dacie akcesji, to z nią kojarzonych. I znów, podobnie jak w dyskusji przedakcesyjnej, debata przebiega w konwencji zestawiania dwóch kolumn: „zyski” i „straty”.
Nie kwestionując naturalnej pokusy dokonania takiego bilansu, nie sposób nie zauważyć, że jest on obarczony dwiema wadami. Po pierwsze: dyskusyjne pozostaje, które pozycje nadają się do zaksięgowania w kolumnie „straty”, a które w kolumnie „zyski”. Na przykład czy przekazanie na poziom unijny kompetencji krajowych w danej dziedzinie (lub jak chcą to nazywać niektórzy: „utrata suwerenności”) jest zyskiem czy stratą? To pytanie o tyle istotne, że mamy tendencję (a już szczególnie politycy mają) do zazdrosnego zastrzegania prawa do konkretnych decyzji na poziomie narodowym przy jednoczesnym kierowaniu pretensji za ich skutki do Brukseli. Sprawa ta ujawniła się wyraźnie w niedawnym badaniu przed wyborami europejskimi, gdzie ankietowani wskazywali m.in., w jakich dziedzinach mają największe oczekiwania wobec instytucji unijnych, w tym Parlamentu. Okazało się, że w tych, w których Unia Europejska ma najmniejsze kompetencje, na przykład w dziedzinie polityki społecznej czy zatrudnienia. Po drugie: bilanse tego rodzaju opierają się na czystych spekulacjach, co by było, gdyby Polska przez ostatnie 10 lat nie była członkiem Unii Europejskiej. Zestawiamy zatem rzeczywistość z fikcją historyczną, polityczną, społeczną, gospodarczą, jednym słowem z tym wszystkim, co się nie zdarzyło, i nie wiemy, czy zdarzyć się mogło.
Powyższe naturalnie nie zwalnia nas od podsumowania doświadczeń naszego kraju w ciągu ostatnich 10 lat, a także porównania tego z wcześniejszymi prognozami. Niewątpliwe jest przede wszystkim to, co widać gołym okiem, i co w niekwestionowany sposób jest z członkostwem w UE powiązane, mianowicie ogromny skok cywilizacyjny. Wynika on z wykorzystania funduszy strukturalnych, przede wszystkim w kwestii rozwoju infrastruktury, ale i stałego wzrostu PKB czy płac realnych. No i fakt, że jako członek UE Polska postrzegana jest jako kraj solidny, stabilny i zabezpieczony przed wstrząsami. To przyciąga inwestycje czy, szerzej, sprawia, że Polska stała się partnerem w interesach, z którym należy się liczyć zarówno wewnątrz UE, jak i w stosunkach zewnętrznych. Aby docenić znaczenie tego skoku cywilizacyjnego, należy go zestawić z kasandrycznymi przepowiedniami pewnych sił, które chciały nas pozbawić szansy rozwojowej wynikającej z akcesji i zapowiadały nieuniknioną katastrofę. Katastrofę będącą następstwem nie tylko dysfunkcjonalności mechanizmu UE, lecz przede wszystkim spisku zawiązanego przez mroczne siły, dla których akcesja miała stać się wygodnym instrumentem i środkiem do celu, jakim było zniszczenie naszej państwowości i narodu. Miała zatem Polska stać się narodem niewolników, jej ludność zmniejszona o połowę, a majątek narodowy, zwłaszcza ziemia, miał paść łupem obcych grabieżców. Integralność terytorialna stanęłaby pod znakiem zapytania, a dobra materialne, które ocalałyby, trafiłyby w obce ręce. Przypominam te nonsensy, bo 10 lat temu były one traktowane w przestrzeni publicznej jako równoprawna opinia, warta uwagi w debacie przedakcesyjnej.
Bez wątpienia Unia Europejska przeżywa ostatnio kryzys zaufania, na który składają się klęska referendalna projektu Konstytucji Europejskiej, kryzys gospodarczy oraz wzrost nastrojów eurosceptycznych, nacjonalistycznych i ksenofobicznych. Warto zwrócić uwagę, że najgłębszy od lat 30. ubiegłego wieku kryzys gospodarczy powstał w Ameryce, a nie na terytorium UE, i nie był spowodowany polityką UE, lecz frywolnym posługiwaniem się instrumentami bankowymi na drugiej półkuli. Natomiast gdy kryzys rozlał się na Europę, Unia uruchomiła instrumenty amortyzujące, pozwalające przetrwać krajom najbardziej dotkniętym. Wypada zauważyć, że Irlandia, Portugalia, Hiszpania odnotowują już wzrost gospodarczy i spadek bezrobocia. Kraje bałtyckie z kolei, gdzie załamanie było najbardziej dramatyczne, przeszły w fazę błyskawicznego wzrostu i wprowadzają jeden po drugim walutę euro – Estonia rok temu, w tym roku Łotwa, a w przyszłym Litwa. Grecji zaś, gdzie sytuacja jest ciągle poważna, nie przeszkadza to przewodzić obecnie Unii Europejskiej.
Wspominam o tym, gdyż często zapomina się, w jakim celu została powołana Unia Europejska. Początkowo zasadniczą, jeśli nie jedyną intencją wspólnoty było zachowanie pokoju. W związku z tym zaprojektowano mechanizmy uzgodnieniowe i regulacyjne, które miały na celu uniknięcie morderczej konkurencji, prowadzącej w przeszłości do wojen. Mechanizmy te, które przy kolejnych reformach traktatów wprowadzały coraz więcej elementów solidarnościowych, przerodziły się stopniowo we wspólny rynek, wspólnotę gospodarczą i wreszcie obecną skomplikowaną konstrukcję uregulowaną Traktatem z Lizbony. Cel główny pozostaje jednak ten sam – zapobieganie wojnie w Europie. I wypada stwierdzić, że Unia jako projekt pokojowy odniosła ogromny sukces. Polska, która tyle przecież cierpiała z powodu przeróżnych wojen przetaczających się przez jej terytorium, jest również beneficjentem tego projektu. Nasz kraj jest uczestnikiem wszelkich negocjacji w sprawach różnorakich polityk unijnych, budżetu, funduszy strukturalnych, wspólnej polityki rolnej itd. Wyniki tych negocjacji są często niezwykle istotne, mają doniosłe konsekwencje finansowe dla Polski i Starego Kontynentu. Jednak jeden dzień wojny w Europie kosztowałby więcej niż roczny budżet UE i dlatego wyniki tych negocjacji mają mniejszą doniosłość pod względem finansowym niż sam fakt zachowania pokoju.
Muszę wreszcie wspomnieć o znaczeniu członkostwa dla systemu demokratycznego, rządów prawa, społecznej gospodarki rynkowej czy ochrony socjalnej. Oczywiście, Polska przed akcesją cieszyła się demokratycznym ustrojem, a społeczna gospodarka rynkowa jest wpisana do Konstytucji i nic nie wskazuje, aby normy te miały nie być przestrzegane, gdybyśmy nie wstąpili do UE. Jednak respektowanie tych zasad w naszym kraju, jak i całego dorobku prawnego UE, było wielokrotnie przedmiotem interwencji instytucji unijnych, które doprowadzały do wyeliminowania braków, niedociągnięć czy zaniechań.
Ostatnio Komisja Europejska pozytywnie rozpatrzyła skargę NSZZ „Solidarność” na polskie przepisy dotyczące umów o pracę na czas określony. Zgodnie z pismem KE wszczęła oficjalne postępowanie w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego i przesłała władzom polskim oficjalne wezwanie do usunięcia uchybienia. Efektem jest zasadnicza zmiana języka polskiego rządu w sprawie tzw. umów śmieciowych i, miejmy nadzieję, zmiana prawa w wyniku interwencji KE. „Solidarność” złożyła też w styczniu br. nową skargę na sprzeczność polskiego prawa z dyrektywą unijną o czasie pracy, oczekując podobnego efektu i nowej interwencji Komisji Europejskiej. Ta sprawa jest szczególnie istotna, gdyż stanowi tło obecnego kryzysu dialogu społecznego w Polsce i wycofania z Trójstronnej Komisji przedstawicieli wszystkich reprezentatywnych central związkowych.
Dla organizacji związkowych i pracowników niezwykle ważny jest europejski model społeczny. Nazwą tą obejmuje się zespół przepisów wynikających z traktatów oraz Europejskiej Karty Praw Podstawowych, gwarantujący pracownikom m.in. prawo do informacji i konsultacji, do swobodnego organizowania się w związki zawodowe, negocjacji układów zbiorowych, a także autonomii dialogu społecznego. Sprawa Karty jest niekiedy w Polsce źródłem nieporozumień ze względu na specjalny protokół dołączony do Traktatu z Lizbony, ograniczający użyteczność Karty w Polsce i Wielkiej Brytanii. Polska przystąpiła do tego protokołu w czasie rządów PiS pod absurdalnym pretekstem, że przepisy Karty niosą zagrożenie dla integralności terytorialnej Polski, oraz że istnieje niebezpieczeństwo narzucenia Polsce niepożądanych przepisów prawa rodzinnego dotyczących związków jednej płci. Rząd PO utrzymał obowiązywanie tego protokołu z zamiarem zablokowania niektórych uprawnień socjalnych. Szczęśliwie, bez względu na intencje rządu, protokół stanowi jedynie, że nie ma możliwości składania sądowych skarg na łamanie przepisów rozdziału Karty „Solidarność”, jeśli przepisy te nie wynikają również z polskiego prawa krajowego. Nie oznacza to jednak, że Karta nie obowiązuje w Polsce w całości. Co więcej, również orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości sporządzane na podstawie przepisów Karty, w tym rozdziału „Solidarność”, obowiązuje w Polsce bez żadnego ograniczenia, jako że decyzje Trybunału stosują się do wszystkich krajów członkowskich bez wyjątku. Tak więc próby ograniczenia funkcjonowania europejskiego modelu społecznego w naszym kraju nie powiodły się.