przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Wendell Berry
Rolnik działający na rzecz ochrony przyrody ma dość bycia na podwójnie przegranej pozycji.
Jestem rolnikiem i działaczem na rzecz ochrony przyrody (conservationist), rzecznikiem Matki Natury i agrarystą1. Działam na rzecz ochrony dzikiej przyrody nie tylko dlatego, że czuję z nią osobistą więź – po prostu uważam to za konieczne z punktu widzenia życia na Ziemi oraz życia człowieka. Z tych samych względów pragnę również chronić naturalną równowagę i integralność ekosystemów użytkowanych przez człowieka: chciałbym, aby rolnicy, hodowcy i leśnicy na całym świecie mogli dobrze żyć i prosperować w społecznościach stabilnych, dostosowanych do lokalnych warunków i rozsądnie gospodarujących zasobami.
Oznacza to, że spędzam życie, broniąc interesów dwóch przegrywających stron. Odkąd pamiętam, światłe idee agraryzmu i ochrony przyrody odnoszą – mimo zwycięstw w niektórych sprawach – nieustanne porażki, z których wielu nie sposób zrekompensować. Trzecią stronę, tę, która wydaje się coraz bardziej zdecydowanie wygrywać, tworzą korporacje bezwzględnie eksploatujące środowisko. Celowo napisałem „wydaje się” – uważam bowiem, że złudna jest potęga takich przedsiębiorstw. Wersja kapitalizmu przez nie kultywowana, w ostatecznym rozrachunku opiera się nie na zasobach naturalnych, które lekkomyślnie niszczy, lecz na pielęgnowaniu iluzji. Całkiem niedawno pewien ekonomista zasygnalizował problem, mówiąc: „Gdyby konsumenci przestali żyć ponad stan, kryzys gospodarczy byłby nieunikniony”2. Kiedy trzecia strona ostatecznie pokona dwie pierwsze, przyrodę i tradycyjne społeczności wiejskie, oznaczać to będzie także jej koniec.
W ostatnim czasie jej przedstawiciele – być może świadomi niedorzeczności, na której opiera się ich działalność – bronią swoich interesów wyjątkowo zaciekle, dążąc do podporządkowania sobie polityki, mediów i nauki, ze szczególnym uwzględnieniem biotechnologii, którą gorączkowo komercjalizują z zamiarem przejęcia całkowitej kontroli nad światową produkcją żywności. Rosnąca przewaga wpływów korporacji nad mechanizmami demokratycznymi to bodaj najbardziej niepokojący proces od czasów wojny secesyjnej, a znakomita większość współczesnego świata nie widzi w nim nic nadzwyczajnego.
Smutek wypływający z wieloletniego obserwowania porażek dwóch bliskich mi stron jest tym większy, że konflikt istnieje nie tylko między każdą z nich a ich wspólnym wrogiem, ale także – i to niejako „z definicji”, jak się przyjęło – między nimi nawzajem. Jeszcze większy ból sprawia mi świadomość, że obie moje strony są głęboko uwikłane w różnego kalibru grzechy tej trzeciej.
Próbując konstruktywnych dróg wyplątania się z tego położenia, postanowiłem niedawno, że nie poprę już żadnej inicjatywy na rzecz ochrony dzikiej przyrody, jeśli jej celem nie będzie jednocześnie poprawa kondycji pobliskich obszarów wiejskich: zdrowia ich ekosystemów i jakości życia ich mieszkańców. Niezależnie od wynikających z tego trudności praktycznych, decyzja, by przeciwstawić się podziałowi na „dzikie” i „udomowione”, pozwoliła mi z większą wyrazistością dostrzec komplementarność czy nieledwie jednię spraw, o które walczę. Rozgraniczenie między naturą a kulturąjest w istocie zwodnicze – odwraca uwagę od faktu, że nawet w przypadku dzikich zwierząt należy mówić o swoistym „udomowieniu”, a przede wszystkim od całkowitej zależności tego, co udomowione, względem dzikiej przyrody, która w ostatecznym rozrachunku stanowi fundament dla wszelkich ludzkich poczynań. Wysuwając popularny obecnie zarzut, że ludzkość jest antropocentryczna (cóż za okropne określenie), łatwo zapomina się, że w takim razie dzikie owce są „ovicentryczne”, a wilki – „lupocentryczne”. Można by rzec, że to świat jest dziki, a wszystkie zamieszkujące go stworzenia instynktownie dążą do tego, by „zadomowić się” w nim – w tym celu łączą się w pary, opiekują potomstwem, szukają pożywienia i wygodnego schronienia. Zupełnie zapominamy też, że chociaż pod pewnymi względami dzikie owce istotnie różnią się od hodowlanych, to w sytuacji, gdy udomowione rasy całkiem zatracają swą dziką naturę, jak to się czasem zdarza, ich chów okazuje się dla rolnika nieopłacalny – pojawiają się wówczas np. problemy z płodnością. Wbrew pozorom, dzikość i udomowienie pozostają ze sobą w najściślejszym związku. W zasadniczej opozycji do obu stoi natomiast zinstytucjonalizowany, korporacyjny przemysł – gospodarcza rzeczywistość pozbawiona zakorzenienia w naturalnym środowisku i szacunku wobec surowców, które wykorzystuje.
Zagadnieniem, z którym musimy się zmierzyć, nie jest pytanie, czy to, co pierwotne, da się oddzielić od tego, co udomowione – istotne jest, w jaki sposób ten nierozerwalny związek powinien być pielęgnowany w ramach ludzkiego gospodarowania. Uznanie, że „dzikość” i „udomowienie” są ze sobą powiązane, i że my – ludzie – jesteśmy w dużym stopniu odpowiedzialni za stan tej relacji, wiąże się z przyjęciem na siebie konkretnych, ciężkich obowiązków. Przychodzą mi tutaj na myśl co najmniej dwie zasadnicze kwestie praktyczne. Po pierwsze: dlaczego każdy prawdziwy obrońca natury powinien aktywnie interesować się rolnictwem? Powodów jest wiele, z których najprostszy brzmi: on też musi coś jeść. Interesować się jedzeniem, nie interesując się jednocześnie zagadnieniami związanymi z jego produkcją, to czysty absurd. Ekolodzy mieszkający w miastach prawdopodobnie czują się tutaj usprawiedliwieni w swojej ignorancji z uwagi na fakt, że nie są rolnikami. Nie mogą jednak tak łatwo zostać zwolnieni z odpowiedzialności – nie mogliby jeść, gdyby nie to, że w ich imieniu, w konkretnym miejscu ktoś uprawia ziemię według określonych reguł. Gdyby zdecydowali się wziąć odpowiedzialność za swoje potrzeby żywieniowe, odkryją, że przywiedzie ich to prosto do tradycyjnych obszarów troski o naturę.
Zatem, czy „ochroniarze” chcieliby jadać dobrze, czy byle jak? Czy zależy im, by ciągłość zaopatrzenia w żywność była zagwarantowana? Czy woleliby, żeby to, co jedzą, było wolne od toksyn, antybiotyków i innych zanieczyszczeń, w tym genetycznych? Czy życzyliby sobie, by w ich diecie przeważały produkty naprawdę świeże? Czy chcieliby, żeby produkcja żywności trafiającej na ich talerze wiązała się z jak najmniejszym obciążeniem dla środowiska naturalnego? Jeśli poważnie zastanowimy się nad odpowiedziami na te pytania, będą one miały istotny wpływ na przemysł, sposób użytkowania gruntów, zdrowie ekosystemów. Obrońcy natury, którzy są gotowi zjeść wszystko, co oferują supermarkety, wspierają swoimi portfelami skrajnie uprzemysłowioną produkcję żywności: wielkie fermy tuczu zwierząt; zubożenie zasobów wód płynących i podziemnych; uprawy monokulturowe, prowadzące do stopniowej utraty różnorodności biologicznej i genetycznej; wzajemnie ze sobą powiązane zanieczyszczenie środowiska, zatrucia i faszerowanie zwierząt hodowlanych lekami; system dystrybucji oparty na długodystansowym transporcie, pochłaniającym niezliczone ilości paliwa i przyczyniającym się do rozprzestrzeniania szkodników i chorób; zastępowanie rodzinnych gospodarstw wiejskich przez coraz większe kombinaty rolne, w których jest coraz mniej miejsca na miłość do ziemi. Gdyby miłośnicy przyrody zaczęli się domagać, by w sklepach powszechnie dostępne były produkty spożywcze wysokiej jakości, wytwarzane w możliwie najbliższej okolicy z zachowaniem najwyższych standardów; gdyby poświęcali więcej uwagi krytycznej ocenie tego, co trafia na ich stoły – wówczas automatycznie wsparliby całkiem odmienny model gospodarki rolnej, zupełnie inaczej kształtujący charakter wsi. Na takiej wsi na jednego rolnika-opiekuna przypada znacznie mniejsza powierzchnia, dzięki czemu uprawy mogą być otoczone większą troską. Krajobraz takiej wsi jest o wiele bardziej zarówno „udomowiony”, jak i naturalnie dziki niż krajobraz przemysłowy. Czy wzrost liczby gospodarstw i pracujących w nich rolników może pozytywnie wpłynąć na jakość krajobrazu wiejskiego jako siedliska dla dzikiej flory i fauny, sprawiając, że miejscowa przyroda stanie się „bardziej pierwotna”? Niewątpliwie, a tym, co umożliwiłoby taką zmianę, byłby wzrost różnorodności. Nie zapominajmy, że mówimy o zmianach, których motorem miałby być rosnący popyt na lokalnie produkowaną żywność. Wyobraźmy sobie teraz współczesny amerykański krajobraz rolniczy, zdominowany przez wielkoobszarowe uprawy soi i kukurydzy oraz fermy przemysłowego chowu zwierząt. A teraz zastanówmy się, co by się stało, gdyby w pobliskim mieście istotnie wzrósł popyt na wytwarzane przez lokalnych producentów artykuły spożywcze wysokiej jakości. Aby odpowiedzieć na potrzeby konsumentów, miejscowe rolnictwo będzie musiało stać się bardziej różnorodne.
Gdyby popyt tego typu był znaczący w obu rozumieniach tego słowa – gdyby pochodził od świadomych i konsekwentnych w swoich wyborach konsumentów, zapewniając rolnikom wystarczające zaplecze ekonomiczne – wówczas skrajnie ujednolicony krajobraz rolniczy mógłby ulec zmianie. Jednogatunkowe uprawy i wielkie fermy ustąpiłyby miejsca gospodarstwom mieszanym, nastąpiłby powrót do wypasania stad zwierząt hodowanych z przeznaczeniem na mięso oraz do bydła mlecznego, a także do tradycyjnej hodowli drobiu, co wiązałoby się z koniecznością przekształcenia części gruntów w łąki i pastwiska. Gdyby nowa świadomość konsumencka objęła swoim zasięgiem również gospodarkę leśną i bogactwo darów lasu, możliwa byłaby analogiczna poprawa warunków naturalnych na terenach zalesionych i zwiększenie ich powierzchni. Nie zapominajmy przy tym, że rolnicy mogą z różnych względów, w tym po prostu dla przyjemności, rezygnować z eksploatacji części zalesionych przez siebie gruntów, pozostawiając je „dzikimi”. Gdyby krajobraz wsi urozmaiciły dodatkowe łąki i lasy, zwiększyłaby się także rozmaitość ptaków i innych zwierząt. Rozległe uprawy kukurydzy i soi, wykorzystywanych przede wszystkim jako pasza dla zwierząt lub surowiec dla przemysłu, ustąpiłyby owocom i warzywom, trafiającym na stoły mieszkańców pobliskich miast.
Wraz ze wzrostem powierzchni pokrytej roślinnością wieloletnią zwiększyłaby się zdolność magazynowania wody przez glebę i zmniejszyło nasilenie procesów erozji. Woda w potokach i rzekach uległaby oczyszczeniu, ustabilizowały się ich przepływy. Kolejną korzyścią z większej różnorodności produkcji na terenach wiejskich byłoby zmniejszenie przeciętnej wielkości gospodarstw i wzrost liczby osób mogących się utrzymać z uprawy ziemi. To z kolei przyczyniłoby się do obniżenia ilości środków chemicznych w rolnictwie, jako że stosuje się je po to, by zadośćuczynić biologicznym skutkom ubocznym upraw monokulturowych oraz jako zastępstwo dla rąk do pracy. W zdecentralizowanej gospodarce rolnej zwierzęce odchody nie stanowią skoncentrowanego źródła zanieczyszczeń, więcej – wykorzystuje się je jako nawóz. Reasumując, wskutek takiej transformacji krajobraz rolniczy, dziś niebezpiecznie ujednolicony, miałby szanse zmienić się w system zdrowy zarówno pod względem ekonomicznym, jak i ekologicznym.
O mieście, które funkcjonowałoby w dużej mierze w oparciu o to, co zapewniają pobliskie pola i lasy, należy myśleć w kontekście całego lokalnego systemu gospodarczego, na który składałyby się także niewielkie, nie zanieczyszczające środowiska zakłady przetwórcze i sklepy wkomponowane w krajobraz tak, by maksymalnie ograniczyć koszty ekologiczne i społeczne. Taki model gospodarki promować będzie małe, niezależne firmy oraz „pracę na swoim”, a ponadto pozwoli ograniczyć ilość paliwa zużywanego na transport, a (jak się wydaje) nawet tego niezbędnego do produkcji towarów.
Taki model jest możliwy do osiągnięcia, nie ma co do tego wątpliwości – dysponujemy odpowiednimi rozwiązaniami i zapleczem technicznym. Liczne historyczne przykłady z różnych zakątków świata udowodniły również, że przyroda jest w stanie dostosować się, a nawet czerpać korzyści z tak rozumianej symbiozy z gospodarką. Warto przywołać choćby modele wypracowane przez Indian Ameryki Północnej – niektóre przeszły już do historii, inne praktykowane są do dziś – lub wciąż kultywowane np. we wspólnotach amiszów tradycje osadników amerykańskich. A przecież podobne praktyczne przykłady odnaleźć można także wśród współczesnych rozwiązań; jak widać, nie są to wszystko tylko mgliste rojenia.
Nieco większe wątpliwości budzi natomiast zdolność współczesnego człowieka do świadomego wyboru proponowanego modelu oraz do utrzymania go. Co najmniej od półwiecza byliśmy przyzwyczajani, że rozwiązania stosowane w uprawie ziemi są determinowane przez procesy przemysłowe, a „opłacalność rolnictwa” ocenia się z perspektywy korporacji. Nadeszła najwyższa pora, by zerwać z takim myśleniem: społeczne, ekologiczne, a nawet ekonomiczne koszty tego paradygmatu stały się zbyt wysokie i nieustannie rosną na całym świecie.
Nadszedł czas, by nauczyć się myśleć kategoriami rolnictwa opartego o prawidła biologii, a nie logikę przemysłu. Sześćdziesiąt lat temu [niniejszy tekst powstał w 2002 r. – przyp. red. „Obywatela”] Sir Albert Howard, prekursor współczesnego rolnictwa ekologicznego, postulował taką zmianę standardów; obecnie podobne poglądy głosi m.in. Wes Jackson, reformator z Kansas. Według nich, aby można było mówić o zrównoważonym rozwoju w rolnictwie, konieczne jest dopasowanie upraw i hodowli do zasad, którymi rządzi się miejscowy ekosystem; konieczne jest utrzymywanie możliwie największej różnorodności biologicznej, dbałość o zachowanie żyzności gleb i ich ochrona przed erozją, wtórne wykorzystywanie odpadów powstających w gospodarstwie itp. Jak wyłożył to 70 lat temu geograf ekonomiczny J. Russel Smith, trzeba w pierwszym rzędzie „dostosować rolnictwo do roli”, a nie do dostępnych technologii czy oczekiwań rynku, przy całej świadomości ich ogromnego znaczenia. Konieczne jest, mówiąc krótko, utrzymywanie równowagi między „udomowionym” a „dzikim”. Nadrzędnym standardem, pozwalającym ocenić efekty tej pracy, należy uczynić kondycję obszaru, na którym jest ona wykonywana.
Trzeba podkreślić, że taka transformacja to nie gotowy schemat, który możemy przyjąć tak, jak przyjmuje się – a potem porzuca – chwilową modę. Nie ma też co liczyć, że z czasem wymusi ją kryzys ekologiczny na wielką skalę. Będzie ona możliwa jedynie wtedy, gdy duże grupy – konsumenci i producenci, mieszkańcy miast i wsi, ci, którzy chcą środowisko chronić, i ci, którzy żyją z eksploatacji jego zasobów – połączą siły i zaczną działać.
Oto część z powodów, dla których obrońcy przyrody powinni żywo zainteresować się problematyką rolnictwa i razem z mieszkańcami wsi działać we wspólnej sprawie. A teraz pora na drugą z zasadniczych kwestii praktycznych.
Dlaczego rolnik miałby zacząć działać na rzecz ochrony przyrody? Choć może lepiej byłoby zapytać: dlaczego jedynie działacz na rzecz przyrody może być dobrym rolnikiem? Rolnicy żyją i pracują na styku natury i gospodarki – tam, gdzie potrzeba ochrony przyrody jest najpilniejsza i najbardziej oczywista. W swojej pracy mogą „dostosować rolnictwo do roli”, podporządkować się prawom natury, pozostawiając jej potencjał nienaruszonym. Mogą też przeciwstawić się im, przyczyniając się do pogłębienia długu ekologicznego, który w przyszłości trzeba będzie spłacić (nie o takim rolnictwie myślę, gdy zachęcam obrońców przyrody do popierania rolników).
Odpowiedzialni rolnicy, którzy poważnie podchodzą do swoich powinności względem Stworzenia oraz spadkobierców własnych gospodarstw, przyczyniają się do budowania społecznego dobrobytu w znacznie większym stopniu, niż zwykliśmy to przyznawać, a wręcz uświadamiać sobie. Dostarczają wartościowe produkty, co dla każdego oczywiste, ale ponadto pomagają chronić glebę, wody, dzikie rośliny i zwierzęta oraz krajobraz.
Tym właśnie powinni zajmować się rolnicy godni tego miana. Tymczasem we współczesnym społeczeństwie, w którym miarą wszechrzeczy uczyniono zysk, a „realia ekonomiczne” odmienia się przez wszystkie przypadki – tak postępujący gospodarze nie otrzymują za swoje produkty godziwej zapłaty, a za działania na rzecz środowiska nie są wynagradzani w ogóle. Rolnik może w dzisiejszych czasach oferować wysokiej jakości artykuły spożywcze i wyświadczać społeczeństwu wszystkie wymienione przysługi, a mimo to nie będzie go stać na opłacenie ubezpieczenia zdrowotnego, a dla mediów pozostanie prostaczkiem z prowincji, „wsiokiem” bądź „burakiem”. I jeszcze będzie słyszał od „ekonomicznych realistów”: „Kombinuj, jak stworzyć kombinat, albo sprzedaj ziemię i się zwijaj. Dostosuj się lub giń”.Co udało się osiągnąć po pięćdziesięciu latach dyktatury tak rozumianego „realizmu”? Uprawy monokulturowe na wielką skalę, fermy hodowlane przypominające fabryki i coraz wyższe koszty tego stanu rzeczy – społeczne, ekologiczne, a koniec końców także gospodarcze.
Co sprawia, że tylu rolników dochowuje wysokich standardów produkcji, choć za swój wysiłek wynagradzani są tak nędznie, oraz że dobrze dbają oni o przyrodę, mimo iż nie są za to wynagradzani w ogóle? Wszystko to, dodajmy, bez oglądania się na to, czy mają komu przekazać gospodarstwa, a przecież wielu z nich wie już, że nie znajdą następców.
Cóż, pochodzę z rolniczej rodziny, sam uprawiam ziemię, podobnie wychowana przeze mnie dwójka dzieci – co ośmiela mnie do stwierdzenia, że mam przynajmniej ogólne wyobrażenie o rolnikach. Przez całe lata razem z rzeszą podobnych mi osób zastanawiałem się: dlaczego właściwie to robimy? Wszak trudna sytuacja ekonomiczna jest, w obliczu wszystkich innych przeciwności i frustracji typowych dla tego rzemiosła, zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Odpowiedź może być tylko jedna: miłość. To dla niej rolnicy trwają przy swoich gospodarstwach. Pracują z zamiłowania do rolnictwa: z pasją doglądają upraw, uwielbiają pracę na świeżym powietrzu i życie w otoczeniu zwierząt. Pragną mieszkać tam, gdzie pracują i pracować tam, gdzie mieszkają. W mniejszych gospodarstwach we wspólną pracę mogą zaangażować się całe rodziny. Względna niezależność, jaką nadal może zapewnić posiadanie własnego gospodarstwa, jest dla ich właścicieli ukochaną wartością. Jestem przekonany, że wielu rolników jest gotowych znosić liczne niedogodności właśnie ze względu na możliwość samostanowienia, choćby tylko przez część życia.
A zatem tym, co jako ochroniarze przyrody rolnicy muszą chronić w pierwszej kolejności, jest pasja wobec własnego rzemiosła i umiłowanie niezależności. Oczywiście wartości te uda się zachować tylko wówczas, gdy możliwe będzie przekazanie ich swoim następcom. Być może największym wyzwaniem dla każdego z nas – ludzi, którzy pragną „prawdziwego” jedzenia – jest przekonanie dzieci dorastających na terenach wiejskich, by w przyszłości przejęły gospodarstwa rodziców. Musimy mieć świadomość, że będzie to możliwe tylko wtedy, gdy uwarunkowania ekonomiczne będą sprzyjać takim decyzjom. Obecnie trudno się dziwić, że dzieci rolników marzą o innym życiu, skoro obserwują swoich rodziców zawożących zbiory do hurtownika tylko po to, by im je ukradziono, tj. zakupiono po cenie niższej niż koszty produkcji.
Jednak nie tylko o przekazanie umiejętności i pasji tu chodzi – rolnicy są odpowiedzialni za dużo więcej. Była już powyżej mowa o tym, dlaczego w równym stopniu jak aktywiści ekologiczni powinni oni zabiegać o ochronę dzikiego życia: w sposób nieunikniony zależy od niego ich własny los. Ktoś, o kim myślę jako o „dobrym rolniku”, potrafi instynktownie rozpoznać podstawową różnicę między tym, co naturalne a tym, co wytworzone przez człowieka – wie, że traktowanie gospodarstwa jako fabryki z żywymi istotami zamiast maszyn albo akceptacja inżynierii genetycznej w rolnictwie, prędzej czy później spowoduje nieszczęście, a także dodatkowe koszty. Traktowanie żywych istot jak automatów jest błędem o ogromnych konsekwencjach praktycznych.
Dobrzy rolnicy wiedzą także, iż natura może być sprzymierzeńcem gospodarki. Sir Albert Howard i Wes Jackson pokazali, że jeśli będziemy ją uważnie naśladować, zachowamy zdrowie i żyzność gleby – na dłuższą metę to jedyny sposób. Co więcej, „naturalne” znaczy „tanie”. Stosowanie nawozów naturalnych, zwłaszcza w perspektywie długoterminowej, jest tańsze niż zakup sztucznych. Dbanie o zdrowie zwierząt opłaca się bardziej niż faszerowanie ich antybiotykami. Energia słoneczna, jeśli ją umiejętnie wykorzystywać – w tym np. wychwytywać za pomocą pastwisk, które następnie służą zwierzętom roboczym – jest tańsza niż ropa naftowa. Wysoko uprzemysłowione gospodarstwa są w pełni zależne od „środków produkcji”, w które muszą zaopatrywać się na zewnątrz. Gospodarstwo tradycyjne natomiast, działając w harmonii z otaczającą je przyrodą, korzysta z jej bogactwa, co pozwala na większą samowystarczalność i znaczące oszczędności.
Mamy zatem uznać, że dobry rolnik dąży do tego, by być bliżej natury jedynie z przyczyn praktycznych i oszczędnościowych? Nie sądzę.
Przyjmuje się, że od momentu, kiedy ludzkość zaczęła uprawiać ziemię i hodować bydło, zrezygnowała ze zbieractwa i polowań. A jednak przetrwały one do dziś jako nieodłączna i wciąż żywa część tradycyjnego stylu życia na wsi w moim regionie. Okoliczni mieszkańcy od wieków polowali, łowili ryby w stawach i strumieniach; wiosną zbierali zioła, jesienią orzechy, w lasach szukali jagód i innych owoców, wybierali dzikim pszczołom miód. Nie ma wątpliwości, że takie zabiegi były ważnym uzupełnieniem produkcji w gospodarstwie, były jednak również źródłem przyjemności doświadczanej podczas obcowania z naturą – bardzo podobnych uczuć doświadczają wszyscy miłośnicy przyrody, z aktywistami ekologicznymi włącznie. Większość rolników, których poznałem, a z pewnością najbardziej interesujący z nich, czerpie niekłamaną radość z wędrówek po okolicy, podczas których mogą zachwycić się widokiem polującego lisa czy też poczuć dreszcz ciekawości, widząc tajemnicze tropy na śniegu.
Wraz z wyludnianiem się wsi i nadejściem ciężkich czasów dla rolników te „dzikie” rozrywki zeszły na dalszy plan, ale nie zostały całkiem poniechane; symbolizują istotę najlepszych tradycji rolnictwa i zasługują na to, by ocalić je od zapomnienia i spontanicznie kultywować. Między innymi dlatego właśnie uważam, że dobry rolnik jest jednocześnie działaczem na rzecz ochrony przyrody oraz że każdy rolnik powinien nim być.
Moim celem była próba wykazania, że istnieje wspólnota dążeń i interesów między rolnikami a aktywistami ekologicznymi. Identyfikacja owych wspólnych interesów oraz uświadomienie sobie tego, o czym pisałem na początku – że obie grupy mają tych samych wrogów – nasuwa naglące pytanie: dlaczego otwarcie i zdecydowanie nie zaakcentują one kwestii, co do których się zgadzają, i nie dadzą szansy współpracy?
Nie mam zamiaru umniejszać różnic między tymi środowiskami – dostrzegam je i zdaję sobie sprawę, że nie są błahe. Jednak pomimo tego uważam, że współdziałanie jest potrzebne i możliwe. Skoro plantatorzy tytoniu ze stanu Kentucky potrafili usiąść do stołu z grupami antynikotynowymi, określić „wartości podstawowe”, co do których wszyscy byli zgodni, i zacząć wspierać się nawzajem3 – to coś podobnego mogłoby nastąpić także w relacjach między „ochroniarzami” a rolnikami prowadzącymi gospodarstwa rodzinne, lokalnymi właścicielami lasów i tartaków etc. Na dobrą sprawę podobny proces już ma miejsce, ale jak dotąd na małą, lokalną skalę. Konieczne jest zainteresowanie i aktywny udział większych organizacji reprezentujących każdą ze stron.
A jednak póki co te dwa środowiska, które powinny ze sobą współpracować, trwają w konflikcie. W czym tkwi problem? Wydaje mi się, że odpowiedzi należy szukać w sferze ekonomicznej. Właściciele małych gospodarstw robią wszystko, by przetrwać w świecie gospodarki kontrolowanej przez wielkie korporacje, a to oddala ich od natury, która jest przecież fundamentem gospodarki rolnej. Często nie poświęcają też należytej uwagi dysproporcjom między nieustająco balansującymi na granicy załamania lokalnymi systemami ekonomicznymi a nieustająco kwitnącym systemem wielkich korporacji, który na nich żeruje.
Z drugiej strony, większość obrońców przyrody mieszka w miastach i przejawia głęboką ignorancję w kwestii trudności ekonomicznych, z jakimi borykają się na co dzień właściciele gospodarstw rodzinnych. Zdecydowanie zbyt mało uwagi poświęcają analizie związków między „miejską” gospodarką a degradacją środowiska naturalnego. Trudno im dostrzec, że nieodpowiedzialne praktyki w rolnictwie i leśnictwie, wobec których deklarują sprzeciw, odbywają się niejako w ich imieniu i za ich przyzwoleniem – dzięki wsparciu ekonomicznemu, które oferują korporacjom jako konsumenci.
To bez wątpienia bardzo poważne problemy, pokazujące, że ekonomia nie kończy się na gospodarce przemysłowej, choć tej ostatniej znakomicie udaje się kreować takie fałszywe wyobrażenia. Zbyt wielu rolników i zbyt wielu ekologów bezrefleksyjnie przyjmuje pogląd, że dostępność dóbr zależy wyłącznie od zasobności portfela i od mechanizmów rynkowych. Innymi słowy wierzą w to, do czego między wierszami starają się ich przekonać korporacje: że można bezpiecznie oddzielić ekonomię od ekologii, a to, co wytworzone przez człowieka od tego, co naturalne. Uprzemysławiający się rolnicy zbyt łatwo przyjęli, że ziemia, którą gospodarują, może bez protestów podporządkować się technologii, a ochronę przyrody można z powodzeniem zostawić aktywistom. Ci ostatni natomiast zbyt pochopnie uznali, że prawidłowe funkcjonowanie Przyrody można zabezpieczyć poprzez wyłączanie z użytkowania dziewiczych zakątków kraju, a dbałość o kondycję terenów wiejskich można z powodzeniem zostawić agrobiznesowi, przemysłowi drzewnemu, zadłużonym rolnikom i sezonowo najmowanym pracownikom rolnym.
Wygląda na to, że u podstaw konfliktu między wspomnianymi grupami leży kurczowe przywiązanie każdej z nich do własnych interpretacji. Co można z tym zrobić? Myślę, że niewiele, dopóki obie strony nie otworzą się na dialog i nie spróbują wypracować wspólnego języka. Aktywiści ekologiczni muszą się gruntownie zapoznać z problematyką gospodarki rolnej, rolnicy natomiast uświadomić sobie, że istnieją ważkie powody, również ekonomiczne, dla których należy poważnie traktować kwestie związane z ochroną przyrody.
Nie podejmując współpracy, obie strony pozwolą na łatwe zwycięstwo ich wspólnego wroga – totalistycznych korporacji, które coraz sprawniej jednoczą się pod szyldem „globalnej gospodarki”, by całkiem zdominować zarówno przyrodę, jak i żyjące w niej ludzkie wspólnoty.
Wendell Berry
tłum. Magdalena Gorzak
Tekst pierwotnie ukazał się w „Sierra Magazine”, maj-czerwiec 2002. Strona pisma: www.sierraclub.org/sierra
Przypisy:
1 Tj. zwolennikiem doktryny głoszącej, że podstawą rolnictwa, mającego stanowić ekonomiczny i moralny fundament społeczeństwa, powinny być niewielkie, samodzielne gospodarstwa (przyp. tłum.).
2 Warto zwrócić uwagę, że tekst ten napisany został kilka lat przed wielkim kryzysem na amerykańskim rynku finansowym, który „rozlał się” na cały świat (przyp. red. „Nowego Obywatela”).
3 W 1998 r. kilkadziesiąt organizacji rolniczych, prozdrowotnych i religijnych opracowało katalog wspólnych postulatów, jak przeznaczanie wpływów z akcyzy od produktów tytoniowych na zdrowie publiczne oraz wsparcie społeczności lokalnych uprawiających tę roślinę, czy obowiązek podawania na etykiecie udziału krajowego surowca w danym wyrobie (przyp. red. „Nowego Obywatela”).
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Japonia to kraj, który najdobitniej pokazał, że amerykańska wersja kapitalizmu nie musi być „tą jedyną”.
W grudniu 2010 r. zmarł mało znany w Polsce naukowiec i intelektualista, Chalmers Johnson. Jego prace łączyły wysoki poziom warsztatu naukowego ze znacznym zaangażowaniem politycznym. Postawę Johnsona można nazwać lewicowym republikanizmem – troskę o losy swojej ojczyzny, Stanów Zjednoczonych, łączył z niechęcią wobec środowisk neokonserwatywnych i neoliberalnych. Jego ostatnie dzieło to trylogia „Blowback”1, będąca wnikliwym opisem kondycji współczesnej Ameryki Północnej, która według niego chyli się ku upadkowi. Zdaniem Johnsona, chęć utrzymania dominacji na arenie międzynarodowej przez USA doprowadzi kraj do bankructwa, a być może nawet spowoduje zmianę wewnętrznego systemu politycznego.
W środowisku naukowym Johnson zasłynął jako błyskotliwy badacz krajów Azji Wschodniej. Swoją pozycję zawdzięczał m.in. wydanej w 1982 r. książce pt. „MITI and the Japanese Miracle: The Growth of Industrial Policy, 1925-1975”2. Formalnie jest to monografia japońskiego Ministerstwa Handlu Zagranicznego i Przemysłu, tytułowego MITI (Ministry of International Trade and Industry). Jednak naprawdę praca ta stanowi wnikliwą i rozbudowaną analizę rozwoju japońskiej polityki gospodarczej.
Johnson wprowadza czytelników w wydarzenia, które ukształtowały współczesne japońskie myślenie o gospodarce. Rozpoczyna analizę od czasów rewolucji Meiji, a kończy na latach 70. dwudziestego stulecia Tak rozległa perspektywa jest o tyle zaskakująca, że samo ministerstwo powstało dopiero kilka lat po II wojnie światowej. Johnson dowodzi jednak, że skuteczność ministerstwa w pobudzaniu rozwoju gospodarczego kraju wynikała z wielu dekad japońskich doświadczeń związanych z procesem modernizacji.
Polityka gospodarcza Japonii rozwijała się na styku dwóch środowisk: gospodarczego i politycznego. Johnson pokazuje, jak zaraz po przewrocie pałacowym 1868 r., który dał początek tzw. rewolucji Meiji, nikt nie wiedział, jak należy unowocześniać gospodarkę, a także kto ma tego dokonać.
Pierwsze lata po przewrocie to dość chaotyczny proces formowania nowych elit politycznych i gospodarczych. Rozwijały się one w symbiozie, czego najdobitniejszym przykładem była karna wyprawa na Formozę (dzisiejszy Tajwan) w 1874 r. Przed jej rozpoczęciem japońska armia, nie mająca wielu okrętów, wypożyczyła część statków od niejakiego Iwasaki Yataro, pozostałą część floty kupując od innych armatorów. Zaraz po zakończeniu konfliktu Iwasaki nie tylko otrzymał z powrotem okręty, ale także nabył po okazyjnej cenie statki zakupione wcześniej przez armię. Dzięki takim transakcjom położył podwaliny pod istniejący do dzisiaj koncern Mitsubishi.
Jednak rozwój relacji świata gospodarki i polityki nie opierał się jedynie na korupcyjnych powiązaniach. Zarówno po stronie bogacących się potentatów przemysłowych, jak i nowych elit politycznych istniała potrzeba profesjonalizacji działania. Dlatego też od początku XX w. w środowiskach gospodarczych coraz silniejszą grupę zaczęli stanowić zawodowi menedżerowie, zaś w sferze polityki na znaczeniu zyskiwali wysoko wykwalifikowani urzędnicy. Pomiędzy tymi dwoma środowiskami zaczęła się toczyć dyskusja, w jaki sposób unowocześniać japońską gospodarkę oraz jak łączyć patronat państwa nad gospodarką z jej efektywnym rozwojem.
Ostatecznie dylemat ten został rozstrzygnięty w dość nieoczekiwany sposób. Wskutek przegrania przez Japonię II wojny światowej zanikły dawne polityczne, militarne i gospodarcze elity, a ich miejsce zajęli wspomniani menedżerowie i biurokraci. To im, dzięki wsparciu Amerykanów, udało się stworzyć system pozwalający na skoordynowany przepływ informacji między administracją państwową a środowiskami gospodarczymi. Jednym z elementów tego systemu było opisane przez Johnsona Ministerstwo Handlu Zagranicznego i Przemysłu.
Praca Johnsona była ważna z tego powodu, że bodaj jako pierwsza dała tak głęboki i systematyczny wgląd w to, jak zarządzana jest gospodarka japońska, a także pośrednio gospodarki Korei Południowej czy Singapuru. Johnson za pomocą tej książki spopularyzował pojęcie developmental state. Opisuje ono model rozwoju, w którym gospodarka rozwija się pod kuratelą państwa, ale jednocześnie procedury administracyjne nigdy nie zastępują mechanizmów wolnorynkowych.
Książka ukazała się w momencie szczególnym dla Stanów Zjednoczonych – na początku pierwszej kadencji Ronalda Reagana. W tym czasie debata publiczna była w coraz większym stopniu zdominowana przez Nową Prawicę. Dla tych środowisk rozwój gospodarczy, jak też istnienie kapitalistycznej gospodarki były nierozerwalnie związane z powstrzymywaniem ingerencji państwa w procesy ekonomiczne: rynek miał być wolny od wpływu polityki. Książka Johnsona pokazywała, że tak nie musi być. Uświadamiała, że na początku lat 80. Stany Zjednoczone za największych konkurentów gospodarczych mają państwa, które opierają fundamenty rozwoju jednocześnie na mechanizmach wolnorynkowych oraz na administracyjnym nadzorze nad nimi. Krajem, który najdobitniej w owym czasie ilustrował to, że kapitalizm może objawiać się w bardzo różnych formach – a więc jego amerykańska wersja nie musi być „tą jedyną” – była właśnie Japonia.
Polityczny szkielet gospodarki
Obecnie doskonale wiemy, że gospodarka rynkowa może funkcjonować pod kuratelą państwa. Pokazała to Japonia, ale przede wszystkim Chiny oswoiły nas z takim obrazem współczesnego kapitalizmu. To one są obecnie najbardziej dynamicznie rozwijającą się gospodarką, udowadniając tym samym, że kapitalizm może kwitnąć nawet pod rządami partii komunistycznej. Wydaje się więc, że współcześnie kwestią zasadniczą nie jest to, czy gospodarką wolnorynkową można politycznie zarządzać, lecz w jaki sposób to robić – w jakich proporcjach łączyć samosterowność rynków z ich zewnętrzną, polityczną kontrolą.
To pytanie bardzo istotne w kontekście obecnego załamania gospodarczego. Oto bowiem kryzys przeżywają nie tylko nadmiernie (wedle standardów neoliberalnych) regulowane gospodarki europejskie, ale także ciesząca się znaczną autonomią gospodarka USA. Trwający od 2007 r. kryzys gospodarczy nie tyle obnażył słabość niezależnych od instytucji publicznych mechanizmów rynkowych, ale przede wszystkim ukazał fikcyjność owej niezależności. Pokazał, że szkielet nawet najbardziej liberalnych gospodarek opiera się na polityce, że u podstaw każdego systemu ekonomicznego istnieje polityczna wola, aby gospodarka działała w ten, a nie inny sposób.
Z tych też zapewne powodów sięga się coraz częściej do napisanej podczas II wojny światowej książki Karla Polanyiego pt. „The Great Transformation”3. Polanyi usiłuje wytłumaczyć pojawienie się europejskich totalitaryzmów, a za głównego winnego uznaje XIX-wieczny kapitalizm. Jego zdaniem, rozwój kapitalizmu był niczym innym jak realizacją niebezpiecznej utopii. Utopii, która w przekonaniu ówczesnych elit intelektualnych odzwierciedlała naturalną kondycję człowieka, w rzeczywistości zaś narzucała całym narodom nie dające się znieść warunki życia. Owa utopijna wizja społeczeństwa opierała się zdaniem Polanyiego na dwóch fałszywych przesłankach. Pierwsza dotyczyła sposobu, w jaki funkcjonuje społeczeństwo, druga odnosiła się do utowarowienia pracy, ziemi i pieniądza.
Wedle autora „Wielkiej transformacji”, czołowi XIX-wieczni filozofowie społeczni doszli do błędnego przekonania, że społeczeństwo może podlegać samoregulacji. Pomimo wszystkich dzielących ich różnic, Adam Smith, William Townsend czy Edmund Burke podobnie uważali, że prawa natury na tyle sprawnie regulują zachowania jednostek, że nie ma konieczności celowego zarządzania nimi. Równowagę w relacjach między ludźmi zapewniają bowiem np. ograniczone zasoby żywności.
Implikacje takiej tezy były dość znaczące. Uznanie samoregulacji za podstawowy mechanizm kierujący społeczeństwem skłaniało do ograniczania roli państwa, którego jedynym zadaniem powinna być troska, aby naturalny porządek społeczny mógł rozwijać się w sposób harmonijny. Państwo zatem nie powinno np. wspierać ani w żaden dodatkowy sposób kontrolować ludzi biednych. Naturalne prawa wolnego rynku tworzą z nich bowiem zdyscyplinowaną przez głód siłę roboczą.
Drugą przesłanką utopii społeczeństwa rynkowego było przeświadczenie o możliwości utowarowienia pracy, ziemi i pieniądza, co Polanyi nazywa fikcją utowarowienia. Jego zdaniem, ani praca, ani ziemia, ani też pieniądze nie powstały, żeby być przedmiotem obrotu handlowego. Praca jest po prostu jedną z form naturalnej aktywności ludzkiej. Ziemia to z kolei jeden z wielu wytworów natury. Pieniądze zaś są jedynie symbolem siły nabywczej; nie są produkowane, lecz kreowane przez system bankowy. Jednak ponieważ dla poprawnego funkcjonowania rynku konieczne jest, aby praca, ziemia i pieniądz zostały utowarowione, cały XIX wiek można opisać jako nieustanny wysiłek podtrzymywania fikcji komodyfikacji tych trzech dóbr.
Ów wysiłek z kolei można opisać jako niekończącą się obronę stanu naturalnego. Wszelkie próby zwiększenia roli państwa w gospodarce były postrzegane jako nienaturalne, gdyż zaprzeczające odkrytemu dzięki nauce mechanizmowi kierującemu życiem społecznym. A zatem w odtwarzanych przez Polanyiego XIX-wiecznych społeczeństwach polityka była wykorzystywana przeciw polityce. Siła państwa była używana do tego, aby nie pozwalać ludziom działać we wspólnocie, tylko spychała ich do roli zatomizowanych jednostek, walczących o własne przetrwanie.
Taka sytuacja wytwarzała zdaniem Polanyiego dwa rodzaje napięć. Pierwsze polegało na tym, że poszczególne państwa próbowały przerzucić na siebie nawzajem koszty utrzymywania wolnorynkowej utopii. Drugie – na tym, że coraz więcej ludzi szukało schronienia przed nią w jeszcze bardziej niebezpiecznych utopiach systemów totalitarnych. Utopia wolnego rynku miała zostać zamieniona na utopię wszechwładnego państwa.
Aby do tego nie dopuścić, Polanyi postulował ograniczenie mechanizmów rynkowych. Należy przywrócić właściwą rangę polityce, czyli intencjonalnym działaniom nakierowanym na określony cel. Należy zakończyć politykę przeciwstawiającą się polityce i przestać oczekiwać, że społeczeństwo będzie samodzielnie i nieintencjonalnie dążyć do naturalnego stanu równowagi. Konieczne jest podjęcie świadomego, zbiorowego wysiłku politycznego, zmierzającego do stworzenia takiego ładu instytucjonalnego, który zapewni sprzyjające warunki dla rozwoju społecznego. W tym systemie jest miejsce na gospodarkę wolnorynkową, ale nie może być ona wzorem dla funkcjonowania całego społeczeństwa. Potrzebne jest stworzenie demokratycznego systemu, opartego na zasadzie przynajmniej częściowego odtowarowienia m.in. pracy ludzkiej. Dla ratowania demokracji w świecie zachodnim należy, zdaniem Polanyiego, podejmować działania, które dzisiaj nazwalibyśmy programami polityki społecznej.
Drugi krach
Książka Polanyiego stała się znów aktualna. Kolejny raz bowiem kończy się okres, w którym dominowało przekonanie, że wolny rynek jest nie tylko optymalnym modelem działania gospodarki, ale także najlepszym modelem funkcjonowania społeczeństwa. Ponownie też odkrywamy ze zdziwieniem polityczne fundamenty ponoć apolitycznego świata gospodarki. Krach na rynkach finansowych odsłonił polityczne uwarunkowania instytucji, które wydawały się neutralnymi aktorami, działającymi w obrębie samoregulującej się gospodarki.
W kontekście USA warto przywołać choćby przypadek Fannie Mae4. Instytucja ta, stworzona z myślą o ułatwianiu mniej zamożnym Amerykanom dostępu do mieszkań, stała się stopniowo, pod wpływem działań administracyjnych, katalizatorem boomu na rynku kredytów mieszkaniowych. Fannie Mae, działając jako instytucja autonomiczna, a jednocześnie mająca wszelkie gwarancje finansowe rządu federalnego, doprowadziła do niebezpiecznego połączenia spekulacyjnego rynku finansowego z rynkiem kredytów mieszkaniowych dla niższej klasy średniej. Dzięki temu mariażowi kredyty mieszkaniowe zwykłych Amerykanów stały się pożądanym towarem na tamtejszych giełdach. To spowodowało z kolei, że dostępność kredytów mieszkaniowych niesłychanie wzrosła. Cały ten system, sprawiający wrażenie samoregulującego się, funkcjonował dobrze do momentu, w którym nad Fannie Mae zawisło widmo bankructwa. Wtedy rynki finansowe uznały, że większość kredytów mieszkaniowych jest bezwartościowych, gdyż nie poręcza już za nie w pełni wypłacalna instytucja publiczna. Nastąpił wówczas trwający do dziś głęboki kryzys rynku mieszkaniowego w USA.
Przykład Fannie Mae dobrze obrazuje współczesne próby ukrywania polityki i tworzenia systemów z pozoru samosterujących. Historia tej instytucji pokazuje również, jak duże mogą być koszty konserwowania utopii w pełni wolnego rynku – ok. 700 mld dolarów zostało wydanych przez Departament Skarbu tylko w pierwszych miesiącach kryzysu, aby podtrzymać istnienie amerykańskiego rynku kredytów mieszkaniowych.
Ex oriente lux?
Czy zatem krytykując ukrytą politykę samoregulujących się rynków powinniśmy podążać drogą państw Azji Wschodniej i promować rozwiązania jawnie odwołujące się do interwencji politycznych w gospodarce? Pokusa jest silna. Tym bardziej, że wspomniane państwa nie tylko wykształciły dość oryginalny model polityki gospodarczej, ale i równie swoisty model polityki społecznej.
Inny badacz Azji Wschodniej, Ian Holliday, w nawiązaniu m.in. do pracy Johnsona zauważa, że polityka społeczna w wielu krajach regionu była lub jest podporządkowana polityce gospodarczej. „Produktywistyczny” reżim dobrobytu charakteryzuje się uzależnieniem zakresu praw socjalnych jednostki od wielkości jej wkładu w rozwój gospodarczy kraju. W tym modelu polityki społecznej wspierane są te grupy społeczne, które najlepiej wpisują się w promowany przez rząd program rozwoju kraju, zaś relacje pomiędzy państwem, rynkiem a rodziną są kształtowane tak, aby odpowiadały potrzebom realizowanej w danym momencie polityki gospodarczej. Zdaniem Hollidaya, w Azji Wschodniej mamy do czynienia nie tyle z jednym modelem polityki społecznej, co wręcz z odrębnym „światem” państw stawiających przed polityką społeczną ten sam cel – sprzyjanie dynamicznemu wzrostowi gospodarczemu.
Czy istnieje jakiś złoty środek pomiędzy światem opisanym przez Polanyiego i tym przedstawionym przez Johnsona? Czy można znaleźć alternatywę pomiędzy samoregulującym się rynkiem a wszechobecnym państwem? W moim przekonaniu – tak, i jest ona podobna do tej, którą Polanyi zarysował pod koniec II wojny światowej. Stanowi ją demokratyzacja gospodarki.
Problem w tym, że żyjemy w czasach, w których polityka uzyskała nad wyraz wiele form artykulacji. Dzieje się tak, ponieważ nie tylko przeżywamy dzisiaj kryzys neoliberalnej gospodarki, ale także kryzys demokracji. Nie polega on jednak, w moim przekonaniu, na deficycie demokratycznych instytucji, lecz raczej na współistnieniu bardzo różnych form instytucjonalizacji ideału demokracji.
Najlepiej widać to na przykładzie Unii Europejskiej. Wewnątrz niej ścierają się instytucje, które bez wyjątku odwołują się do demokratycznego mandatu. Parlament Europejski, Komisja Europejska, rządy narodowe, krajowe parlamenty, lokalne samorządy, a wreszcie większe lub mniejsze organizacje pozarządowe, działające w skali lokalnej, krajowej lub międzynarodowej – wszystkie te instytucje w jakimś stopniu opierają działania na procedurach, które można uznać za demokratyczne. Jednocześnie widać, że te demokratyczne instytucje bardzo często wchodzą ze sobą w konflikt, usiłują realizować projekty nawzajem się wykluczające.
Świadomość problemów wynikających ze zderzenia różnych instytucjonalnych form demokracji jest może szczególnie silna w krajach skandynawskich. Jednym z elementów przekształceń, jakie zachodzą w tamtejszym modelu polityki społecznej, jest bowiem zwiększona rola organizacji pozarządowych. Ich pojawienie się jest jednak interpretowane w bardzo rozmaity sposób. Jedni widzą w tym szansę na zwiększenie roli obywateli w silnie scentralizowanym państwie dobrobytu, inni z kolei – zagrożenie dla polityki społecznej, opierającej się na szerokim porozumieniu społecznym. Być może najtrafniej ową sprzeczność wyraziła Eva Sorensen5 z Uniwersytetu Roskilde. Wprowadziła ona w nawiązaniu do prac innych autorów rozróżnienie na demokrację zorganizowaną terytorialnie i demokrację zorganizowaną funkcjonalnie. Demokracja zorganizowana terytorialnie to ta część narodowego systemu politycznego, w obrębie której toczy się spór między różnymi grupami społecznymi. To charakterystyczny dla demokracji reprezentatywnej mechanizm sporu politycznego, który prowadzi do wyłonienia z wielu poglądów różnych grup społecznych – jednego dominującego. Z kolei demokracja zorganizowana funkcjonalnie opiera się na zaangażowaniu obywateli w rozwiązywanie konkretnych problemów i świadczenie określonych usług. Obywatele jako finalni odbiorcy działań instytucji publicznych, komercyjnych czy społecznych organizują się, aby kształtować ostateczny efekt działania tych instytucji.
Sorensen uważa, że współcześnie coraz wyraźniej zarysowują się napięcia pomiędzy mechanizmami demokracji terytorialnej i funkcjonalnej. Upraszczając wnioski Sorensen, można powiedzieć, że opisuje ona zderzenie instytucji demokracji przedstawicielskiej z instytucjami demokracji partycypacyjnej, wyrażanej współcześnie w formie działania różnych organizacji pozarządowych.
Obecnie zatem wiemy, że kapitalizm można budować odgórnie, przy wykorzystaniu instrumentów administracyjnych, co Johnson pokazał na przykładzie Japonii. Wiemy także, iż kapitalizm nawet w swojej najbardziej wolnorynkowej formie opiera się zawsze na działaniach politycznych, co udowodnił Polanyi. Nie wiemy jednak dzisiaj, jak w sposób harmonijny wpleść demokratyczną polityczność w proces gospodarczy. Możemy opierać się na wielkich projektach gospodarczych, realizowanych przez Unię Europejską, możemy odwołać się do narodowych polityk gospodarczych, możemy wreszcie włączać polityczność do gospodarki na poziomie mikro – choćby przez promocję rozwoju gospodarki społecznej. Możliwości jest bardzo wiele. Polityczność w gospodarce wydaje się bowiem czymś oczywistym. To, co nie jest oczywiste, to ile w tej polityczności ma być demokracji, oraz jakie formy owa demokracja ma przyjmować.
Bartosz Pieliński
Przypisy:
1 Chalmers Johnson, Blowback: The Costs and Consequences of American Empire, Holt Paperbacks 2001; idem, The Sorrows of Empire: Militarism, Secrecy, and the End of the Republic, Owl Books 2005; idem, Nemesis: The Last Days of the American Republic, Metropolitan Books 2007.
2 Chalmers Johnson, MITI and the Japanese Miracle: The Growth of Industrial Policy, 1925-1975, Stanford University Press 1982.
3 Książka została w końcu przetłumaczona na polski: Karl Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010.
4 Bartosz Pieliński, Od kryzysu do kryzysu. Przypadek Federalnego Narodowego Stowarzyszenia Hipotecznego, [w:] M. Księżopolski, B. Rysz-Kowalczyk, C. Żołędowski (red.), Polityka społeczna w kryzysie,Warszawa 2009, ss. 243-259.
5 Eva Sorensen, New forms of democratic empowerment: Introducing user influence in the primary school system in Denmark, „Statsvetenskaplig Tidskrift” 1998, nr 2, ss. 129-143.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
CCS to trzy litery, za którymi kryje się wielka ekonomiczna, społeczna i ekologiczna niewiadoma. Zajrzenie za kulisy finansowania tej technologii pozwala zrozumieć, kto wyznacza kierunki rozwoju Unii Europejskiej.
Mowa o nowoczesnej technologii wychwytywania i składowania dwutlenku węgla (ang. Carbon Capture and Storage), emitowanego głównie przez elektrownie. W Europie istnieje już 16 pilotażowych instalacji CCS, ale nadal nie wiadomo, czy technologia ta przyjmie się na skalę przemysłową. Bełchatowski projekt CCS, przygotowywany przez Polską Grupę Energetyczną (PGE) oraz francuski koncern Alstom, ma być jej kolejnym testem. Zakłada wychwytywanie ok. 1,8 mln ton CO2 rocznie ze spalin najnowszego bloku energetycznego bełchatowskiej elektrowni. Ten gaz ma następnie znaleźć miejsce „wiecznego spoczynku” w pokładach solankowych, położonych poniżej 1000 m pod ziemią.
Gdyby polskich obywateli poprosić o opinię na temat CCS, większość z nich nie miałaby żadnej, ponieważ nigdy o tej technologii nie słyszała. W mediach brak jakiejkolwiek debaty na jej temat. Jednak od 2009 r. także w Polsce odbywają się coraz liczniejsze konferencje poświęcone CCS, w dziedzinie którego Unia Europejska miałaby się stać światowym liderem. Choć technologia ta nie od razu podbiła unijne salony negocjacyjne, stopniowo zdobywała przychylność polityków, co pod koniec 2008 r. doprowadziło do ustanowienia mechanizmu finansowania demonstracyjnych projektów CCS – NER300. Wielkim zwolennikiem wychwytywania i podziemnego składowania CO2 jest prof. Jerzy Buzek, który ponadto gorąco kibicuje polskiemu udziałowi w rozwijaniu tej technologii. CCS ma wedle entuzjastów stanowić szansę na zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych bez potrzeby rezygnacji z węgla w energetyce oraz stać się atrakcyjnym produktem eksportowym.
Obawy…
Brukselski sen o potędze rzadko śni się mieszkańcom terenów potencjalnego składowania CO2. Dominują raczej obawy o skażenie wód gruntowych substancjami towarzyszącymi pompowanemu pod ziemię dwutlenkowi, o możliwość jego niekontrolowanego wycieku oraz o spadek wartości gruntów w okolicach składowisk. CCS wkracza do woj. łódzkiego jako potencjalne zagrożenie dla inwestycji w geotermię, od lat propagowanej przez lokalną organizację, Centrum Zrównoważonego Rozwoju. Nikogo też nie cieszy wysoki koszt inwestycji, który przełoży się na wzrost cen prądu. Obawy łagodzi nieco wizja korzyści finansowych dla gmin składujących CO2, na razie nie wiadomo jednak, o jakich kwotach mowa.
PGE wraz z Państwowym Instytutem Geologicznym, głównym partnerem naukowym przedsięwzięcia, starają się rozwiewać wątpliwości, rozdając kolorowe ulotki na spotkaniach informacyjnych. Jednak mimo uspokajających zapewnień, mieszkańcy Pabianic i Lutomierska w kwietniu i maju 2010 r. ostro protestowali przeciwko pracom Geofizyki Toruń, wykonującej odwierty badawcze na zlecenie PGE. Nie chcieli wpuścić pracowników na swoje działki, a na płotach wywieszali transparenty z napisem „Precz z CO2” lub „CO2 to drugi Czarnobyl”.
Obawom towarzyszy zasadnicze pytanie: po co nam ten projekt? Kto wymyślił CCS i dlaczego PGE spośród dziesiątek innowacyjnych projektów technologicznych wybrała właśnie ten?
…i nadzieje
Technologia zatłaczania CO2 od lat wykorzystywana jest w przemyśle wydobywczym jako EOR (Enhanced Oil Recovery), czyli intensyfikacja wydobycia ropy naftowej. Gdy eksploatowane złoże jest prawie puste, pompuje się sprężony gaz, który wypycha resztki ropy na powierzchnię. Jednak metoda ta nie zakłada trwałego więzienia CO2 w strukturach geologicznych. Uzasadnieniem dla rozpoczęcia prac nad technologią, która to umożliwi, była chęć redukcji przemysłowych emisji gazu, oskarżanego o powodowanie zmian klimatu.
Obecnie głównym instrumentem owej redukcji w Unii Europejskiej jest handel uprawnieniami do emisji [więcej o tym w tekście autorki w „Obywatelu” nr 47 – przyp. red.], przy czym nie jest on celem samym w sobie, lecz narzędziem wspomagającym przechodzenie do „gospodarki zeroemisyjnej”. Początkowo, według pomysłu Komisji Europejskiej, europejski rynek dwutlenku węgla (Emission Trading Scheme, ETS) miał być „technologicznie neutralny”. Firmy oraz kraje członkowskie wybierałyby, w które technologie zainwestują w celu uniknięcia wysokich opłat za zakup uprawnień do emisji CO2. Mogłyby to być wiatraki, fotowoltaika, spalanie biomasy, geotermia, czy też – po wydarzeniach w Japonii znów kontrowersyjna – energetyka jądrowa.
Jednak Dyrektywa 2009/29/WE, ustanawiająca nowe zasady handlu uprawnieniami do emisji po 2012 r., powiązała go m.in. z rozwojem technologii CCS: Do 300 milionów uprawnień [tj. pozwoleń na emisję łącznie 300 mln ton dwutlenku węgla] z rezerwy dla nowych instalacji jest dostępne do dnia 31 grudnia 2015 r. w celu wsparcia budowy i uruchomienia nie więcej niż 12 komercyjnych projektów demonstracyjnych, których celem jest bezpieczne dla środowiska wychwytywanie i geologiczne składowanie CO2 (CCS), oraz projektów demonstracyjnych w zakresie innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej na terytorium Unii. Uprawnienia zostają udostępnione dla wsparcia projektów demonstracyjnych, przewidujących rozwój szeregu technologii CCS oraz innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej, które nie są jeszcze ekonomicznie opłacalne, w równomiernie rozmieszczonych pod względem geograficznym lokalizacjach. Przyznanie uprawnień jest uzależnione od zweryfikowanego zapobiegania emisjom CO2.
Dwutlenek na platformie
Pierwsze inicjatywy badawcze w zakresie wychwytywania i składowania (tzw. sekwestracji) CO2 przewidziano już w Trzecim Europejskim Programie Ramowym z lat 1990-1994. Kolejne unijne programy ramowe coraz intensywniej wspierały projekty CCS. W roku 2005 pojawiły się pierwsze próby usankcjonowania tej technologii jako ważnego narzędzia ochrony klimatu.
Przełomowym momentem było wskazanie na nią przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) jako rozwiązanie, które może znacząco przyczynić się do redukcji emisji z przemysłu. W tym samym roku KE powołała platformę technologiczną, mającą na celu rozwój metod sekwestracji dwutlenku węgla – Platformę Zeroemisyjną (Zero Emission Platform, ZEP). Rok później Komisja opublikowała „Europejską strategię na rzecz zrównoważonej, konkurencyjnej i bezpiecznej energii”. Zapisano w niej, że CCS jest jedną z istotnych technologii, możliwych do zastosowania w celu redukcji emisji CO2.
ZEP zrzesza ok. 40 firm, organizacji pozarządowych oraz instytucji badawczych i rządowych. Świat biznesu reprezentują koncerny energetyczne, jak BP, Shell, RWE, E.ON, GDF, Vattenfall, EDF czy Endesa, a od stycznia 2009 r. również PGE oraz Tauron. W 2007 r. Elektrownia Bełchatów, obserwując działalność ZEP jeszcze z zewnątrz, zaczęła pierwsze przymiarki do realizacji własnego projektu CCS. W platformie aktywni są również dostarczyciele technologii energetycznych, jak Alstom czy Siemens, oraz instytucje naukowe, m.in. IPSE, NTUA czy TNO.
Organizacje pozarządowe zaangażowane w prace ZEP to m.in. norweska Bellona i rodowodem brytyjska E3G (Third Generation Environmentalism). Łatwo docierają do europosłów i skutecznie lobbują na rzecz poszczególnych pomysłów, często narodzonych w firmach typu Shell. Mają też odpowiednie do tego środki. Na stronie internetowej wśród swoich sponsorów E3G wymienia m.in. od lat promujący handel emisjami, amerykański think tank Environmental Defense, Esmée Fairbairn Foundation czy działającą od kilku lat, ale bardzo zamożną European Climate Foundation. Bellona do 2008 r. była finansowana głównie przez Statoil, obecnie trudniej znaleźć informacje o jej sponsorach.
W 2006 r. ZEP wydała swój pierwszy dokument określający strategię dla CCS. W tamtym okresie głównym celem było stworzenie ogólnej wizji rozwoju tej technologii i jej wprowadzania w Europie. Obecnie do tych celów doszło skomercjalizowanie CCS do 2020 r. poprzez unijny program demonstracyjny oraz przyspieszenie badań nad technologiami sekwestracji i ich szerokie rozpowszechnienie po wspomnianej dacie. Z tymi celami wiążą się działania na rzecz ustanowienia nowego mechanizmu technologicznego w ramach kolejnego po Protokole z Kioto międzynarodowego porozumienia klimatycznego. Mechanizm promowany m.in. przez koncern Shell ma tworzyć dla CCS światowy rynek zbytu.
Od słów do… pieniędzy
Gdy na początku 2008 r. KE przedstawiła projekt tzw. pakietu klimatyczno-energetycznego, okazało się, że dyrektywie regulującej zatłaczanie CO2 pod ziemię nie towarzyszą propozycje finansowania rozwoju CCS. Brytyjski europoseł Chris Davies, główny sprawozdawca dyrektywy, w owym roku stał się również czołowym rzecznikiem utworzenia mechanizmu finansowania projektów demonstracyjnych CCS, które w marcu 2007 r. postanowiła stworzyć Rada Unii Europejskiej. Bez takiego mechanizmu – jak mówił – dyrektywa nie ma sensu.
Jednym z możliwych rozwiązań, zaproponowanym przez organizację ekologiczną WWF, jest zmuszenie europejskich elektrowni do inwestowania w CCS poprzez wprowadzenie dla nich norm poziomu emisji (Emission Performance Standards, EPS). Davies szybko zdobył poparcie Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności Parlamentu Europejskiego i EPS zaczęłyby obowiązywać od 2015 r., gdyby Francja, sprawująca wówczas przewodnictwo w UE, nie powiedziała im kategorycznego „nie”. Jedynym rządem, który zdecydowanie popierał ten pomysł, był holenderski.
W 2007 r. ZEP zamówiła raport w Climate Change Capital – brytyjskim banku wspierającym ekologiczne inwestycje. Platforma oczekiwała konkretnych pomysłów i nie zawiodła się. W listopadzie raport był gotowy, a w nim propozycja przeznaczenia kilkuset milionów pozwoleń na emisję, z rezerwy dla nowych instalacji wchodzących do ETS – na potrzeby instalacji CCS. Według mojego rozmówcy, pomysł ten nie pochodził bezpośrednio z Climate Change Capital, lecz z koncernu Shell. Po otrzymaniu raportu kilku najbardziej zmotywowanych członków ZEP (Bellona, Climate Change Capital, Shell, Alstom, E3G i Vattenfall) utworzyło specjalną grupę zadaniową, CCS Leadership Group. Jej celem było przekonanie Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej i w końcu Rady UE do mechanizmu finansowania CCS. Najbliższym, a zarazem niezwykle skutecznym współpracownikiem grupy stał się właśnie Davies. Propozycja Shella/Climate Change Capital stała się więc drugim rozwiązaniem promowanym przez niego w 2008 r.
Mimo że Davies był sprawozdawcą Dyrektywy CCS, zaproponował mechanizm finansowania CCS jako poprawkę do Dyrektywy ETS, nowelizującej dyrektywę o handlu emisjami z 2003 r. Mając poparcie głównej sprawozdawczyni Dyrektywy ETS, irlandzkiej europosłanki Avril Doyle, udał się 7 października do Komisji Ochrony Środowiska PE na głosowanie nad poprawkami zgłoszonymi do owego aktu. Wynik był trudny do przewidzenia. Noc przed głosowaniem, według moich rozmówców z europejskich organizacji ekologicznych, to noc „linczu na Doyle”, której „zielone” poglądy były nie do przełknięcia dla wielu jej kolegów z Europejskiej Partii Ludowej. Najwięcej przeciwników miała wśród niemieckich europosłów, którzy starali się ratować rodzimy przemysł przed wysokimi kosztami rozwiązań popieranych przez Irlandkę. Przedstawiciel Bellony, obserwujący wspomniane głosowanie z boku, wspomina, że nie spodziewał się niekorzystnego obrotu sprawy. Co prawda proponowany mechanizm nie miał zbyt wielu zwolenników, ale też nie miał w Komisji zawziętych przeciwników. Wynik głosowania nad tzw. poprawką kompromisową był jednak zaskoczeniem: 33:33 i jedna osoba wstrzymująca się od głosu. Poprawka nie została przyjęta, niemal półroczna praca grupy – zmarnowana, tymczasem Komisja Ochrony Środowiska miała być tylko pierwszym, łatwym krokiem na drodze do ustanowienia mechanizmu finansowania projektów CCS.
Jednak procedura nie została całkiem zakończona. Po rozpatrzeniu poprawek kompromisowych nadszedł czas na poprawki pierwotne. W przypadku mechanizmu finansowego obie poprawki proponowane przez Daviesa były praktycznie takie same, ale szansa na przejście pierwotnej jest zazwyczaj mniejsza. Podczas głosowania nie prowadzi się dyskusji, lecz Brytyjczyk poprosił o możliwość zabrania głosu w sprawie porządku obrad. Wstał i powiedział: Wiem, że wielu moich kolegów z nowych krajów członkowskich obawia się, iż zmniejszenie rezerwy dla nowych instalacji przez przeznaczenie kilkuset milionów pozwoleń na inwestycje w CCS będzie dla nich niekorzystne. Chciałbym jednak zapewnić, że podczas negocjacji z Radą Unii Europejskiej udowodnimy, że tak się nie stanie. Przewodniczący Komisji zganił europosła za złamanie regulaminu i ogłosił przejście do głosowania. Wynik: dwie trzecie za poprawką. Mechanizm finansowy CCS został wprowadzony do Dyrektywy ETS poprawką Komisji Ochrony Środowiska PE.
Następnym bastionem do zdobycia była Komisja Europejska. Tu największy opór napotkano w Dyrekcji Generalnej ds. Środowiska. Komisarz Stavros Dimas zdecydowanie sprzeciwił się idei, by system handlu emisjami współfinansował technologię, dzięki której węgiel będzie można spalać przez kolejne setki lat, podczas gdy istnieje tyle różnych alternatyw. Natomiast w Dyrekcji Generalnej ds. Energii i Transportu pomysł się spodobał, nie było jednak woli bezpośredniego lobbowania za nim.
W Radzie UE nikt oprócz Brytyjczyków i Holendrów nie był specjalnie zainteresowany kwestią finansowania CCS. Davies zaczął więc od przekonywania osób, które byłyby w stanie wywrzeć wpływ na innych uczestników negocjacji. Taką osobą był Mogens Peter Carl, były szef Dyrekcji ds. Środowiska, a w drugiej połowie 2008 r. doradca Prezydencji Francuskiej w Radzie UE ws. pakietu klimatyczno-energetycznego. Dzięki niemu pozyskano ważnego sojusznika – Francję. Jednak francuscy negocjatorzy nie mieli ochoty prezentować pomysłu, który natychmiast zostałby odrzucony, a wszystko na to wskazywało.
Pod koniec października KE przyszła z pomocą. Daviesowi i CCS Leadership Group udało się ją namówić, żeby dała wyraźny sygnał poparcia dla tzw. poprawki Doyle-Daviesa. 10 listopada 2008 r. Komisarz ds. Energii, Andris Piebalgs, w przemówieniu na forum ZEP zapowiedział, że jeśli proponowany mechanizm nie zakłóci funkcjonowania ETS, Komisja Europejska udzieli mu wsparcia. W tym czasie Chris Davies podjął wysiłek promowania mechanizmu w Madrycie, Pradze, Berlinie i Warszawie – stolicach krajów, w których węgiel ma nadal znaczący udział w produkcji energii elektrycznej. Powtarzał tam jedno fundamentalne pytanie, na które praktycznie nikt nie potrafił odpowiedzieć: „Jaka jest alternatywa wobec naszej propozycji finansowania CCS?”.
Davies wspomina nasz kraj jako najgorszego rozmówcę: Polska dostanie pieniądze na projekt demonstracyjny, ale ministrowie w kółko powtarzali „nie” na moją propozycję. To były najtrudniejsze, najbardziej bezproduktywne spotkania. Pytaliśmy ich – skąd weźmiecie pieniądze? A oni wymyślali różne bezsensowne odpowiedzi, np. ze Wspólnej Polityki Rolnej, z Dyrekcji ds. Badań i Rozwoju. Odpowiadałem: dobrze, ale tam są tylko miliony euro, a nam potrzebne są miliardy na sfinansowanie tych inwestycji. To nie miało absolutnie żadnego sensu, zwłaszcza, że oni chcieli mieć w Polsce swój projekt CCS.
Hiszpania stanowczo domagała się objęcia takim samym mechanizmem finansowania technologii z dziedziny energetyki odnawialnej – co w końcu zostało przyjęte przez Radę. Davies wspomina, że zarówno Czesi, jak i Niemcy byli przychylni jego pomysłowi, przynajmniej do czasu: Z Niemcami dobrze się rozmawiało w ich biurach, ale potem w Radzie Unii Europejskiej zmieniali zdanie i byli przeciwni. W końcu nadszedł grudzień i szczyt Rady UE, na którym miały zapaść ostateczne decyzje w sprawie pakietu klimatyczno-energetycznego. Nadszedł też czas, gdy prawie roczna praca Daviesa oraz całej CCS Leadership Group miała zaowocować konkretnym przepisem w prawie UE. Francuscy negocjatorzy rzucili na stół 200 mln „wolnych” pozwoleń na emisję pod przyszłe finansowanie demonstracyjnych projektów CCS oraz innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej.
Nie była to kwota, o którą walczyli Davies i spółka: zdecydowanie za mało, żeby sfinansować 12 projektów demonstracyjnych. Pod koniec obrad Sarkozy wyszedł z sali, by wziąć udział w konferencji prasowej. Wtedy padła propozycja przeznaczenia na wspomniane dwa cele 300 mln pozwoleń z rezerwy dla nowych instalacji. Mechanizm nazwano NER300.
Kto definiuje polską modernizację?
Zerkanie za kulisy pozwala poznać mechanizmy, które zazwyczaj pozostają dla nas ukryte. Kto w Unii ustala, jak będą się modernizować europejskie społeczeństwa? Jak to się dzieje, że państwo takie jak Polska – o znacznym dorobku w dziedzinie nowoczesnych metod zgazowania węgla oraz o wielkich zasobach wód termalnych – zaczyna inwestować w rozwój technologii, której produktem końcowym jest składowisko dwutlenku węgla pod ziemią? Czy jest to technologia przyszłości? Raczej nie, bo składowiska nie da się przerobić na towar, a zgazowany węgiel – tak. A rozwój w dzisiejszym kapitalistycznym świecie polega na kolonizacji coraz to nowych obszarów i tworzeniu z nich towarów.
Opowieści Chrisa Daviesa oraz moich pozostałych rozmówców słuchałam z lekkim niedowierzaniem – przede wszystkim dlatego, że otwarcie i z dumą dzielili się informacjami o działalności lobbingowej. Czy to nie niepokojące, że mała grupa osób powiązanych z wielkimi firmami, takimi jak Shell, Alstom czy Vattenfall, skutecznie lobbuje w Brukseli za przekierowaniem miliardów euro na projekty, które następnie będą przez nie realizowane?Dlaczego państwa unijne podczas głosowania w Radzie UE faktycznie sankcjonują interesy wielkiego biznesu?
Mój rozmówca nie miał takich rozterek. Myślę, że kierowała nim szczera wiara w konieczność ochrony klimatu oraz pewność przyszłych zysków Europy ze sprzedaży technologii CCS w innych częściach świata. Czy brak tej wiary i pewności to główne różnice pomiędzy rządami „starej Europy”, promującej CCS, a Polską? Czy brak kapitału oraz mechanizmów gwarantujących naszemu krajowi udział w zyskach z promowania tej technologii na innych kontynentach skazały rząd na bierność w czasie negocjacji?
Nie tylko Chris Davies, ale również inny rozmówca, wysoki urzędnik Dyrekcji ds. Środowiska, wspomniał, że zainteresowanie polskiego rządu Dyrektywą CCS oraz mechanizmem finansowania tej technologii było znikome. Tymczasem wydawałoby się, że obie sprawy powinny mieć dla Polski wielkie znaczenie – zważywszy, że w 2008 r. bardzo mocno walczyła ona o miejsce węgla w „zeroemisyjnej Europie przyszłości”. Nastawienie do CCS zmieniło się u nas po uchwaleniu mechanizmu finansowania. Polska zaczęła aktywniej uczestniczyć w pracach toczących się wokół CCS w Komisji Europejskiej. Bełchatowski projekt został wraz z pięcioma innymi zakwalifikowany do otrzymania dotacji w kwocie 180 mln euro. Umowa dotacji pomiędzy Elektrownią Bełchatów i Komisją Europejską została podpisana 5 maja 2010 r. W lutym 2011 r. Elektrownia Bełchatów złożyła kolejny wniosek o dofinansowanie.
Dlaczego tak niewiele mówi się o tym projekcie? Może dlatego, że rząd nie ma ochoty przyznać się, iż rozwijamy CCS, ponieważ bierzemy się za to, co podaje się nam w Brukseli na talerzu – choć i w takiej sytuacji potrzebny jest nam „Dżerzi” Buzek, żeby ten talerz odszukał i podsunął pod sam nos. Rząd mógłby być również zmuszony powiedzieć obywatelom, że w Brukseli ustala się technologiczną przyszłość Europy bez naszego większego udziału, a nawet bez większego zainteresowania przedstawicieli naszego rządu tymi tematami. Łatwo jest nas przy tym do różnych rzeczy przekonać, bo sami nie potrafimy przekonywać Europy do technologii, które od lat są w Polsce rozwijane. Nie potrafimy też generować mechanizmów zmieniających wysiłki polskich naukowców w chodliwe towary oraz podczepiać ich pod wielkie ideologie. Rząd musiałby potwierdzić, że to nie polskie państwo definiuje polską modernizację, choć bezpośrednio do niej dopłaca.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Gdy przed laty zmieniałem pracę, przenosząc się ze szkoły podstawowej do liceum, kierowały mną bardzo prozaiczne pobudki. Otóż obliczyłem sobie, że w ciągu kilku lat na skutekmalejącej liczby klas w podstawówce zabraknie godzin na etat dla historyka. Dlatego nie potrafię wyjść ze zdumienia postawą „ekspertów”, którzy dopiero niedawno zauważyli, że Polsce nie tyle grozi, co już trwa w niej zapaść demograficzna. Naprawdę nie dało się tego wcześniej przewidzieć i podjąć kroków zaradczych?
Dało się. Ale to była pieśń przyszłości – dopóki kryzys demograficzny nie uderzył bezpośrednio w Święte Świętych, czyli w równowagę budżetową. Podejmuje się więc teraz gorączkowe działania, mające doraźnie uratować sytuację: podwyższa się wiek przejścia na emeryturę (łamiąc przy tym bez skrupułów rzymską zasadę lex retro non agit), reformuje się system ubezpieczeń społecznych.
Z tym ostatnim akurat trudno się nie zgodzić: konstrukcja OFE to jeden z największych skandali transformacji. Obywatele zostali przez państwo opodatkowani na rzecz prywatnych korporacji, które do niczego nie są zobowiązane. Gdyby operując moimi pieniędzmi wypracowywały zysk, którym dzielilibyśmy się – uznałbym to za uczciwe. Ale z mojej składki najpierw potrącana jest prowizja – za nic, za łaskę pobierania moich pieniędzy! – a zysk może będzie, a może nie. Tym niemniej desperackie ruchy rządu Tuska to tylko półśrodki, tymczasem potrzebny jest plan globalny.
Pozwolę sobie takowy zaproponować. Niestety zgodzić się musimy, że zasada solidarności międzypokoleniowej – ów fundament welfare state – jest nie do utrzymania w warunkach zapaści demograficznej. Zarazem jednak system kont indywidualnych, w którym każdy sobie rzepkę skrobie, w praktyce spycha znaczną część emerytów w nędzę, zgodnie z duchem wilczego neoliberalizmu.
Uważam, że system emerytalny powinien z jednej strony zapewnić możliwość godnej egzystencji emerytom, z drugiej jednak – sprzyjać polityce pronatalistycznej, bez której niemożliwe jest odbudowanie państwa opiekuńczego. Te dwa cele można pogodzić na zasadzie „zindywidualizowanej solidarności międzypokoleniowej”, która zerwałaby z charakterystycznym dla obecnego systemu premiowaniem egoizmu.
Mówiąc najprościej: emerytura składałaby się z dwóch lub trzech części – pierwszą gwarantowałoby państwo na poziomie minimum socjalnego, druga tworzona byłaby ze składek płaconych przez dzieci konkretnego emeryta; ewentualna trzecia to konto indywidualne. Dzięki temu im więcej emeryt miałby dzieci i im wyższe byłyby ich zarobki, tym wyższa byłaby jego emerytura. Nie tylko sprzyjałoby to wzrostowi liczby urodzin, ale też skłaniałoby rodziców do dbałości o wykształcenie i właściwe wychowanie potomstwa. A dzieci, rzec można, zwracałyby po latach rodzicielom koszty swego utrzymania.
Oczywiście to tylko ogólna idea, dopracowania wymagają różne kwestie szczegółowe, np. rekompensaty dla osób bezpłodnych czy ludzi, którzy utracili dzieci. Wątpliwości może też budzić pośrednictwo państwa przy przekazywaniu pieniędzy. Wydaje się ono jednak być niezbędne ze względu na –spójrzmy prawdzie w oczy – osłabienie więzi rodzinnych. Ideałem byłaby sytuacja, w której ludzie pomagają sobie nawzajem z dobrej woli, nie wyręczając się państwem – dziś niestety to utopia.
Inny problem to podwyższanie wieku emerytalnego. Jest to uzasadnione o tyle, że wydłużyła się średnia długość życia. Ale zarazem zmuszanie ludzi do pracowania wciąż i wciąż dłużej wydaje się nieludzkie – człowiek powinien mieć prawo do odpoczynku jeszcze zanim zupełnie zniedołężnieje. Rozwiązaniem mógłby być system, w którym osoba osiągająca wiek dotychczas uprawniający do emerytury, przechodziłaby na nią połowicznie: otrzymywałaby połowę świadczenia, pracując zarazem na pół etatu. Byłoby to swoiste „miękkie lądowanie”, zapewniające ludziom w podeszłym wieku możliwość aktywności zawodowej i dzielenia się doświadczeniem z młodszymi, ale jednak nie wyciskające z nich ostatka sił.
Pozostaję pesymistą w kwestii możliwości zrealizowania tych propozycji. Jakakolwiek polityka pronatalistyczna może przynieść pierwsze pozytywne skutki dla gospodarki najwcześniej po dwudziestu latach – a to dla polityków perspektywa równie abstrakcyjna jak epoki geologiczne. W końcu, jak wiadomo: „Po nas choćby potop”.
przez Janina Petelczyc | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Kwestia ubezpieczeń społecznych rolników wzbudza kontrowersje, ponieważ dotowanie ich powoduje poważne obciążenie finansów państwa. „Zacznijcie od reformy KRUS!” – słyszymy w niemal każdej dyskusji o oszczędnościach budżetowych.
Co mamy?
Całościowy system ubezpieczenia społecznego rolników powstał w Polsce dopiero w 1977 r. Wcześniej, na początku lat 70. około 60% ludności zatrudnionej w rolnictwie objęte było ubezpieczeniami z różnych tytułów. Pracownicy PGR posiadali ubezpieczenie pracownicze, od 1962 r. prawo do emerytury mieli członkowie rolniczych spółdzielni pracowniczych, a 2 mln właścicieli drobnych gospodarstw rolnych było ubezpieczonych z tytułu zatrudnienia w charakterze robotników poza rolnictwem. Pozostali prowadzący własne gospodarstwa w ogóle nie mieli prawa do ochrony ubezpieczeniowej. Zmiany prawne w latach 60. i na początku 70. umożliwiały rolnikom otrzymanie dożywotniej renty, ale wyłącznie pod warunkiem zrzeczenia się gospodarstwa na rzecz państwa.
W 1977 r. przyjęto ustawę o zaopatrzeniu emerytalnym rolników oraz innych świadczeniach dla rolników i ich rodzin. Z kolei w 1982 r. weszła w życie ustawa o ubezpieczeniu społecznym rolników. Obie odchodziły od idei uspołecznienia rolnictwa. Świadczenia mogli uzyskiwać zarówno ci, którzy zrzekali się gospodarstw na rzecz państwa, jak i przekazujący je następcom z kręgu rodziny. Warunkiem było opłacanie składek i osiągnięcie wieku emerytalnego lub zakwalifikowanie do I lub II grupy inwalidzkiej. Początkowo renty i emerytury przyznawano wyłącznie na gospodarstwo, niezależnie od liczby osób w nim, co zostało zmienione ustawą z 1982 r. Mankamentem tych uregulowań był obowiązek sprzedaży produktów rolnych jednostkom gospodarki uspołecznionej.
W okresie transformacji reformę systemu zabezpieczenia socjalnego rolników rozpoczęła ustawa z 20 grudnia 1990 r. Na jej mocy utworzono Kasę Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Uniezależniono wówczas prawo do emerytury od przekazania gospodarstwa rolnego. Jedynym warunkiem uzyskania świadczenia było osiągnięcie 60 lat w przypadku kobiet i 65 u mężczyzn. System miał przede wszystkim charakter osłonowy, wieś bowiem mocno odczuła ciężar społecznych kosztów transformacji. Wielu chłoporobotników, którzy utracili pracę w przemyśle i powracali do gospodarstw, otrzymało możliwość uzyskania świadczenia.
We wspomnianej ustawie wyodrębniono dwie grupy ubezpieczeń. Pierwszą stanowiły ubezpieczenia wypadkowe, chorobowe i macierzyńskie, drugą – emerytalno-rentowe. Rolnik płaci więc dwie miesięczne składki. Ubezpieczeniem objęty jest zarówno on, jak i domownicy. Za domownika uważa się bliską osobę, która ukończyła 16 lat i mieszka z rolnikiem lub w jego najbliższym sąsiedztwie, nie będącą z nim związaną stosunkiem pracy. Należy podkreślić, że osoba taka musi pracować w danym gospodarstwie – sam fakt zamieszkania nie wystarczy, żeby być ubezpieczonym w KRUS.
Wysokość składki na ubezpieczenie emerytalno-rentowe wynosi 10% emerytury podstawowej (w II kwartale 2011 r. – 73 zł). Osoby, które równolegle prowadzą pozarolniczą działalność gospodarczą, płacą podwójną wysokość składki emerytalnej. Ponadto dodatkową składkę opłacają rolnicy z gospodarstw od 50 ha wzwyż. Składka na ubezpieczenie macierzyńskie, chorobowe i wypadkowe wynosi dla wszystkich rolników tyle samo i jest to obecnie 42 zł na miesiąc. Ubezpieczenie zdrowotne jest natomiast finansowane z budżetu. Sumaryczne obciążenia poszczególnych kategorii ubezpieczonych przedstawia tab. 1.
Tab. 1. Wysokość składki na ubezpieczenie rolników w zł

Źródło: opracowanie własne na podstawie KRUS.
Obecnie świadczenia kształtują się na następującym poziomie: podstawowa emerytura wynosi 728,18 zł, zasiłek chorobowy za 1 dzień – 10 zł, zasiłek macierzyński – 2912,72 zł miesięcznie1. Rolnicy otrzymują minimalne emerytury bez względu na wysokość składek. Warto wspomnieć, że od 2005 r. liczba ubezpieczonych jest wyższa niż świadczeniobiorców2.
Dostępne są w Polsce również renty strukturalne. Mają na celu poprawę struktury agrarnej i przyspieszenie procesu wymiany pokoleniowej wśród prowadzących gospodarstwa rolne. Poprawiają też konkurencyjność gospodarstw, ponieważ przejmują je osoby dobrze przygotowane do zawodu rolnika. Zakłada się, że w latach 2007-2013 z tego rozwiązania skorzysta ponad 50 tys. rolników. W zamian za rentę strukturalną należy przekazać gospodarstwo następcy lub włączyć swoje grunty na rzecz powiększenia innego gospodarstwa. Podstawowa wysokość renty strukturalnej wynosiła w 2010 r. 1013 zł, a dodatek na małżonka – 646 zł. Przekazanie powyżej 10 ha użytków rolnych osobie w wieku poniżej 40 lat podwyższa świadczenie o 102 zł. Rentę wypłaca się co miesiąc, nie dłużej niż do osiągnięcia przez beneficjenta 65. roku życia3.
Obecny system nie odpowiada zasadom ubezpieczenia społecznego, ponieważ jest w przeważającej mierze finansowany przez państwo, a nie samych rolników. Do tego Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dn. 26 października 2010 r. uznał, że niezgodny z ustawą zasadniczą jest przepis, który zobowiązuje budżet państwa do opłacania w całości składki zdrowotnej rolników bez względu na wysokość ich dochodów. Ze składek pokrywa się ledwie 8% wydatków na rolnicze emerytury i renty. Ich dofinansowanie będzie w 2011 r. kosztować państwo 15,1 mld zł, natomiast ubezpieczenia zdrowotne rolników – 1,86 mld. Zanim zastanowimy się, jak reformować ten system, przyjrzyjmy się zabezpieczeniu tej grupy społecznej w innych krajach4.
Starość nad Sekwaną
Historia ubezpieczeń rolniczych we Francji jest znacznie dłuższa niż w Polsce. W 1889 r. istniało już 557 lokalnych towarzystw ubezpieczeniowych. Ustawa z 1900 r. uprawomocniła tworzenie rolniczych kas wzajemnych ubezpieczeń społecznych, uprościła formalności administracyjne, uwolniła od obciążeń fiskalnych i wprowadziła liczne zachęty, co spowodowało gwałtowny rozwój towarzystw. W okresie międzywojennym rolnictwo objęto także ochroną socjalną, gdyż uregulowano kwestię ochrony przed ryzykiem wypadku przy pracy, śmierci oraz trwałej niezdolności do pracy. W 1936 r. wprowadzono rolnicze zasiłki rodzinne.
W 1940 r. rozpoczęto unifikację instytucji ubezpieczeniowych rolników. Polityka społeczna wobec tej grupy została poddana kompetencji ministra rolnictwa, a wypłacanie jej świadczeń socjalnych powierzone wyłącznie kasom wzajemnych ubezpieczeń. W 1945 r. system kas, uwzględniający specyfikę zawodu, oparł się próbom włączenia go do powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych.
W okresie powojennym rozszerzano zakres rolniczych ubezpieczeń. W 1952 r. utworzono ubezpieczenie emerytalne, którym zarządzanie powierzono MSA (Mutualité Sociale Agricole, Kasa Wzajemnych Ubezpieczeń Społecznych Rolników). W 1961 r. utworzono dla rolników ubezpieczenie chorobowe, macierzyńskie i inwalidzkie. Stali się oni pierwszą grupą wśród wykonujących wolne zawody, korzystającą z ochrony przed tymi rodzajami ryzyka.
MSA to podstawowa agencja odpowiedzialna za obowiązkowe ubezpieczenia społeczne rolników i osób zatrudnionych w rolnictwie. Poza Kasą Centralną posiada 82 kasy na poziomie departamentów. System jest zarządzany w sposób zdecentralizowany i demokratyczny. Każdy, kto podlega pod rolniczy system ubezpieczeniowy, uczestniczy w wyborach. Dzięki temu kasy są reprezentatywne dla ogółu populacji rolniczej.
We francuskim systemie emerytalnym, zarówno powszechnym, jak i rolniczym, istnieją dwie granice wieku uprawniającego do świadczeń. Osiągnięcie pierwszej uprawnia do emerytury w pełnym wymiarze wyłącznie wówczas, gdy świadczeniobiorca wykaże się odpowiednim stażem składkowym. Natomiast druga daje prawo do pełnej emerytury niezależnie od liczby lat opłacania składek. Wiek uprawniający do przejścia na emeryturę, który do końca 2010 r. wynosił 60 lat, będzie wskutek reformy emerytalnej stopniowo podnoszony do 62 lat od 1 stycznia 2018 r. Obecnie, aby otrzymać świadczenie w pełnym wymiarze, należy – oprócz skończonych 60 lat – mieć 163 kwartały opłacanych składek. Liczba ta będzie rosła wraz z podwyższaniem wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę. Z kolei wiek osiągnięcia prawa do emerytury w pełnym wymiarze niezależnie od liczby kwartałów opłacanych składek wynosi obecnie 65 lat i 4 miesiące – również on będzie wzrastał, do 67 lat w 2018 r.
We Francji rolniczym systemem zabezpieczenia społecznego objęci są współmałżonkowie i członkowie rodziny właściciela lub użytkownika gospodarstwa rolnego. Zakłada się, że uczestniczą oni w pracach rolnych bez wynagrodzenia. Jeśli natomiast praca osoby żyjącej w obrębie danego gospodarstwa rolnego jest wynagradzana, może ona również być objęta systemem rolniczym, jednak musi wykazać udział w pracach na rzecz tego gospodarstwa. Wśród ubezpieczonych można zatem wyróżnić dwie podstawowe kategorie: osoby prowadzące samodzielnie lub wspólnie działalność rolniczą (użytkownicy rolni) i osoby pracujące w rolnictwie na podstawie umowy zawartej z rolnikiem (pracownicy rolni).
MSA obejmuje następujące ryzyka socjalne5: choroba i macierzyństwo, dożycie wieku emerytalnego, trwała lub okresowa niezdolność do pracy oraz śmierć żywiciela rodziny. Świadczenia na rzecz rolników należy podzielić na dwie grupy. Są to z jednej strony emerytury, renty i renty zdrowotne, a z drugiej – zasiłki dla repatriantów i odprawa dożywotnia, przysługująca wyłącznie rolnikom przyczyniającym się do odmłodzenia struktury wieku na wsi i powiększenia gospodarstw.
Wysokość składek uzależniona jest od dochodów katastralnych lub wyliczana na podstawie dochodu teoretycznego, ustalanego w oparciu o wskaźniki dla poszczególnych upraw i hodowli. Natomiast dla przedsiębiorstw rolnych podstawę naliczania składek stanowi zryczałtowane wynagrodzenie kierownictwa przedsiębiorstwa i jego pracowników. Fundusz ubezpieczeń społecznych tworzony jest z obowiązkowych składek pracowników i pracodawców na ubezpieczenie chorobowe i emerytalne. Natomiast wyłącznie ze składek pracodawców finansowane są ubezpieczenia wypadkowe, od chorób zawodowych i świadczenia rodzinne. Wysokość i rozkład składek prezentuje tab. 2.
Tab. 2. Wysokość i rozkład stawek ubezpieczenia społecznego rolników we Francji.

Źródło: opracowanie własne na podstawie MSA.
W 2010 r. emerytowany francuski rolnik otrzymywał minimum 3122,08 € emerytury rocznie, czyli 260,17 € na miesiąc. Jest to pierwsza, bazowa część emerytury. Oprócz tego istnieje druga, opierająca się na systemie punktów emerytalnych, która w zależności od wysokości płaconych składek pozwala osiągnąć maksymalnie dodatkowe 3739 € rocznie6. Istnieją duże dysproporcje pomiędzy liczbą osób opłacających składki a emerytami. Obecnie tych pierwszych jest 1 259 800, a świadczeniobiorców – 4 288 8407.
Właśnie ze względu na nierównowagę demograficzną oraz niskie dochody do funkcjonowania systemu nie wystarczają przychody ze składek. 65% jego kosztów musi pokryć dotacja państwowa – w 2009 r. dofinansowanie rolniczych ubezpieczeń z budżetu wyniosło we Francji 32,7 mld euro8.
Za miedzą
Również w Niemczech tradycja ubezpieczeń rolniczych sięga XIX w. Jako jedno z pierwszych państw dostrzegły one zagrożenia zawodowe występujące w gospodarstwach rolnych. Pierwsze akty prawne dotyczące ochrony od następstw wypadku i choroby, obejmujące całą rodzinę rolnika, zostały wydane już w 1886 r. Powstawały wówczas stowarzyszenia rolnicze i leśne, zapewniające ubezpieczenia od wypadków przy pracy.
Ustawę o ubezpieczeniu emerytalnym wprowadzono w 1957 r. Niemcy stały się drugim po Francji krajem, w którym rolnicy uzyskali prawo do emerytury. Warunkiem otrzymania świadczenia było ukończenie 65 lat, opłacanie składek co najmniej do 60. roku życia przez minimum 180 miesięcy oraz przekazanie gospodarstwa następcy. W 1969 r. wprowadzono rentę za oddanie ziemi dla tych rolników, którzy nie mieli następców. Co ciekawe, była ona wyższa niż renta starcza, jak nazywano to świadczenie przed wprowadzeniem określenia „emerytura”. Do ubezpieczenia wypadkowego i na starość, dodano w 1972 r. ubezpieczenie chorobowe. W 1995 r. do Kodeksu Socjalnego dopisano Ustawę o ubezpieczeniu pielęgnacyjnym, czyli świadczenia w postaci usług pielęgnacyjnych i opieki stacjonarnej.
Zabezpieczenie społeczne rolników w Niemczech składa się zatem z czterech części: ubezpieczenia od wypadków przy pracy, emerytalnego, na wypadek choroby oraz pielęgnacyjnego. Są one na poziomie regionalnym zorganizowane w samorządowe korporacje, które na szczeblu krajowym tworzą Główny Związek Rolniczy Ubezpieczenia Społecznego (Spitzenverband der landwirtschaftlichen Sozialversicherung, LSV-SpV). Członkowie danej kasy wybierają przedstawicieli w tajnym głosowaniu. Reprezentanci decydują np. o powierzchni gospodarstwa rolnego, poniżej której użytkownik jest zwolniony z płacenia składki emerytalnej.
Obok ustawowych uregulowań ubezpieczenia rentowego istnieje w rolnictwie dodatkowe zaopatrzenie – Zusatzversorgung für Arbeitnehmer in der Land- und Forstwirtschaft (ZLA/ZLF). Oparte jest na umowach zbiorowych, a obowiązuje w starych landach federalnych (dawne RFN) i w Turyngii. Zastrzeżone jest ono dla pracowników leśnictwa i rolnictwa.
Obecnie obowiązek opłacania składek ciąży na każdym rolniku indywidualnym. Jeśli gospodarstwo jest prowadzone przez małżeństwo, wówczas składki opłaca tylko jeden z partnerów. Składka dla każdego ubezpieczonego jest w Niemczech jednakowa, lecz rolnicy otrzymują dopłaty do składek w zależności od sytuacji dochodowej – nawet do 80% kwoty składki. Po 15 latach płacenia składek każdy kolejny rok zwiększa przyszłe świadczenie emerytalne o 1%. Warunkiem uzyskania prawa do emerytury jest skończenie 65 lat (wiek ten będzie systematycznie podnoszony do 67 lat) i co najmniej 180-miesięczny (15-letni) okres składkowy. Niekorzystna struktura demograficzna wsi sprawia, że obecnie na 256 tys. opłacających składki emerytalne przypadają aż 622 tys. świadczeniobiorców9. Niemiecki system zabezpieczenia społecznego rolników wymaga dużego dofinansowania ze strony państwa.
Tab. 3. Wydatki na ubezpieczenia społeczne rolników w Niemczech finansowane ze składek i budżetu państwa.

Źródło: opracowanie własne na podstawie „Soziale Sicherheit in der Landwirtschaft”, październik 2010.
Średnia składka na ubezpieczenie emerytalne rolników wynosiła w 2010 r. 212 € dla landów zachodnich i 179 € dla wschodnich (b. NRD).
Na północy
Finlandia uznawana jest za najbardziej rolniczy kraj Unii Europejskiej, ponieważ według danych OECD populacja rolnicza stanowi tam aż 45% mieszkańców. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że fiński system był w stanie zapewnić edukację i zabezpieczenie zdrowotne na najwyższym poziomie nawet w przypadku najodleglejszych obszarów wiejskich10. Jednak z rolnictwa lub leśnictwa utrzymuje się obecnie mniejszość ludności prowincji. Obszary wiejskie stały się raczej miejscem konsumpcji, rekreacji i wypoczynku niż produkcji, a często stanowią tylko „sypialnię” dla pracujących w mieście.
Jeszcze w roku 1960 istniał w Finlandii powszechny system emerytalny, opierający się na rentach państwowych, przyznawanych wszystkim na jednakowych zasadach. W 1962 r. wprowadzono system rent pracowniczych, opartych na składkach, a w 1970 r. wyodrębniono system rentowy farmerów. Na przełomie lat 60. i 70. Finlandia borykała się z nadprodukcją w rolnictwie i problemem ze zbytem nadwyżek na rynkach zagranicznych. Jednocześnie gospodarstwa rolne były niewielkie, a w populacji rolniczej dominowali ludzie starsi. Restrukturyzacji i „odmłodzenia” wsi próbowano dokonać za pomocą dwóch ustaw: W sprawie zamykania farm i Renta związana z wymianą pokoleń.
Pierwsza umożliwiała otrzymanie dodatkowej renty za oddanie ziemi bliskiemu sąsiadowi lub jej zalesienie. Druga natomiast przyznawała świadczenia rolnikom decydującym się na sprzedaż ziemi bliskim krewnym przed osiągnięciem wieku emerytalnego, tj. przed 65. rokiem życia. Do tej pory głównym przedmiotem działań jest zwiększanie średniej powierzchni gospodarstw kosztem drobnych oraz obniżanie średniego wieku ludności rolniczej.
Celem fińskiej polityki społecznej jest zapewnienie wszystkim obywatelom minimum socjalnego oraz dodatku zależnego od osiąganych dochodów. Dlatego system emerytalno-rentowy rolników opiera się na dwóch filarach. Pierwszy, bazowy system podlega Krajowej Instytucji Ubezpieczenia Społecznego (Kansaneläkelaitos, Kela) i gwarantuje minimalną emeryturę wszystkim obywatelom. W ramach Kela otrzymać też można świadczenia chorobowe, rodzinne, dla bezrobotnych i inne. W przypadku rolników system ubezpieczeń w ramach II filaru istnieje od 1970 r. i jest obsługiwany przez Instytucję Ubezpieczenia Społecznego Rolników (Maatalousyrittäjien eläkelaitos, Mela). Obejmuje farmerów, rybaków i właścicieli reniferów, a także członków ich rodzin. Obowiązek przynależności do systemu i opłacania składek ustalono dla osób, które ukończyły 18 lat. Od 2009 r. Mela zapewnia również zabezpieczenie społeczne artystom i pracownikom naukowym, którzy otrzymali dotację lub stypendium.
Prawo do emerytury rolniczej nie wyklucza otrzymywania renty pracowniczej, ponieważ wielu rolników w okresie aktywności zawodowej wykonywało też działalność pozarolniczą. Ważną cechą fińskiego systemu jest wdrażanie rozwiązań w drodze trójstronnych negocjacji pomiędzy pracodawcami, związkami zawodowymi i rządem. Pozwala to na uzyskanie szerokiej aprobaty dla wprowadzanych zmian.
Emerytura i inne świadczenia na rzecz farmerów są takie same, jak w systemie pracowniczym. Wiek emerytalny jest elastyczny i kształtuje się pomiędzy 62 a 68 lat. Wysokość emerytury zależy od czasu, przez jaki przynależało się do systemu. Każdy rok zatrudnienia powoduje wzrost świadczenia o 1,5% średniej zarobków przez całe życie danej osoby, tj. pełen 40-letni okres składkowy daje emeryturę w wysokości 60% średniej zarobków. Dochód w ramach emerytury rolników w 2011 r. nie może być niższy niż 3448,34 € rocznie (287,36 €/miesiąc)11, przy czym średnia emerytura rolnika w 2006 r. kształtowała się na poziomie 748 €/miesiąc12.
Wysokość składki zależy od wieku i dochodu ubezpieczonego. W 2011 r. dla osób przed 53. rokiem życia wynosiła 10,6% dla osiągających poniżej 24 160,65 € rocznie. Powyżej tego progu poziom składki stopniowo wzrasta, by osiągnąć 21,6% dla zarabiających od 37 966,79 €/rok. Wyższe składki są pobierane od osób starszych niż 53 lata. Ich składka wynosi od 11,22 do 22,9%. Średni poziom składek w 2011 r. jest szacowany na 11,3%13. Dochody rolników, od których naliczana jest składka, są określane na podstawie posiadanej powierzchni upraw rolnych i obszarów leśnych. Natomiast dochody rybaków i hodowców reniferów – na podstawie ich czasu pracy i zarobków, a w przypadku hodowców reniferów również liczby zwierząt.
Ubezpieczonych rolników jest w Finlandii 84 tys., natomiast osób otrzymujących świadczenia z systemu – 162 tys.14Składki nie wystarczają do samofinansowania systemu, pokrywają bowiem 27% wydatków, a pozostałe 73% jest dotowane przez państwo15.
Tab. 4. Porównanie systemów zabezpieczenia społecznego rolników w wybranych krajach europejskich.

Źródło: opracowanie własne.
Co z tego wynika?
Przyglądając się rozwiązaniom z innych państw, można wyciągnąć kilka wniosków dotyczących Polski. We wszystkich analizowanych krajach stworzono odrębne systemy zabezpieczenia emerytalnego rolników. Jest to decyzja słuszna – istnienie jakiejś formy oddzielnego systemu dla tej grupy uzasadniają specyficzne uwarunkowania zawodowe. Dochody rolników są niepewne i zależą od wielu czynników, nie tylko rynkowych, ale także np. od pogody. W przypadku likwidacji KRUS wielu rolników trzeba by skierować do systemu opieki społecznej, ponieważ nie będą w stanie sami zaspokoić podstawowych potrzeb. Wynika to z faktu, że zaledwie 7% z 2 mln polskich gospodarstw rolnych ma powierzchnię przekraczającą 20 ha. Przeważają małe, niewydajne gospodarstwa, nastawione na samozatrudnienie.
Wiele osób postrzega ubezpieczenia dla rolników jako niesprawiedliwe wobec uczestników systemu powszechnego. Obecny system jest jednak niekorzystny zarówno dla finansów publicznych, jak dla rolników, których przywileje są wątpliwe. Emerytura rolnicza wynosi zaledwie 706,29 zł. Od 2008 r. zmienił się sposób naliczania składek, które uzależniono od wielkości gospodarstwa, lecz mimo to rolnicy otrzymują minimalne emerytury bez względu na ich wysokość.
System powinien zostać uszczelniony. Nie powinny móc z niego korzystać osoby, które nabyły ziemię jedynie w celu ucieczki przed ZUS i OFE. Składki do ZUS powinny obowiązywać również osoby, dla których praca w rolnictwie jest dodatkowym źródłem przychodu. Dobrym rozwiązaniem mogłoby być zróżnicowanie wysokości składek wedle uzyskiwanych dochodów, przy jednoczesnym powiązaniu z nimi wysokości przyszłych emerytur. Obecnie właściciel 300-hektarowego gospodarstwa z maszynami za kilka milionów płaci składkę równą 1 składki pracownika Biedronki. Można wydzielić osobną kasę dla wspomnianych 7% największych gospodarstw. Inną ewentualnością jest stworzenie indywidualnych kont emerytalnych. Rolnicy chętniej będą płacić więcej, jeśli w efekcie wzrośnie ich przyszłe świadczenie.
Można także wprowadzić stopniowanie składek rolników zarabiających również poza rolnictwem. Jeśli rolnik nadal byłby ubezpieczony w KRUS, ale osiągał dochody zbliżone do dochodów osób prowadzących działalność gospodarczą, płaciłby składki takie, jak ubezpieczeni w ZUS, tyle że na rzecz ubezpieczalni rolniczej.
Nie można zmienić systemu ubezpieczeń rolniczych w oderwaniu od realiów polskiej wsi. Reforma nie może ograniczać się wyłącznie do instytucji KRUS. Konieczne jest m.in. ułatwienie młodzieży z rodzin rolniczych dostępu do dobrej edukacji. Dzisiaj, z powodu niskiego poziomu szkół średnich w małych miejscowościach, ich absolwenci mają mniejsze szanse na bezpłatne studia na uczelniach publicznych. Młodzież wiejska trafia najczęściej do płatnych szkół wyższych o niskiej jakości nauczania, które nie zwiększają istotnie jej szans na pracę poza rolnictwem. Ponadto, dla zwiększenia dostępu do przyzwoitej edukacji na poziomie średnim niezbędna jest lepsza komunikacja zbiorowa. Należy zatem równolegle przeprowadzać reformę infrastruktury transportowej, na czym skorzystają nie tylko uczniowie – dziś wielu rolników nie szuka pracy w mieście, ponieważ po prostu nie może tam dojechać. Zmiana struktury wsi wymaga też odpowiedzialnej polityki rynku pracy. W przeciwnym wypadku rzesze rolników szukające zatrudnienia w mieście nie znajdą go lub będą pracować na czarno.
Potrzebna jest zatem publiczna dyskusja o kierunkach i zasadach reform w systemie ubezpieczeń społecznych rolników, tak aby dokonując zmian pamiętać zarówno o finansach państwa, jak i o bezpieczeństwie socjalnym wszystkich obywateli. Należy przeprowadzić pogłębione badania nad dochodami rolników, łącznie z wyliczeniem wartości ich pracy. To przyczyniłoby się m.in. do wykrycia ogromnego rynku pracy na czarno. Układając plany reformy systemu, nie można stracić z oczu najważniejszego celu – ekonomicznej i socjalnej ochrony społeczności rolniczej.
Janina Petelczyc
Przypisy:
1 Zestawienie podstawowych wysokości świadczeń z ubezpieczenia społecznego rolników, http://www.krus.gov.pl/zadania-krus/swiadczenia/kwoty-swiadczen/, 20.03.2011 r.
2 KRUS w liczbach, http://www.krus.gov.pl/krus/krus-w-liczbach/, 21.03.2011 r.
3 Renty strukturalne – warunki, http://doplaty-unijne.eu/dotacje-dla-rolnikow/renty-strukturalne-warunki.html, 03.05.2011 r.
4 Poza omawianymi w artykule, wśród krajów unijnych osobne systemy ubezpieczeniowe dla rolników posiadają także Austria i Grecja; wszystkie sześć krajów wchodzi w skład ENASP – Europejskiej Sieci Rolniczych Systemów Zabezpieczenia Społecznego.
5 Ryzykiem socjalnym jest niebezpieczeństwo wystąpienia w przyszłości zdarzenia niepewnego, przynoszącego straty i niezależnego od człowieka (J. Jończyk).
6 Calculer la retraite d’un agriculteur, http://www.linternaute.com/argent/epargne/calculer-sa-retraite/agriculteur.shtml, 28.03.2011 r.
7 http://www.msa.fr/, 28.03.2011 r.
8 Ministere de l’Agriculture, de l’Alimentation, de la Peche, de la Ruralité et de l’Aménagement du territoire, http://agriculture.gouv.fr/, 28.03.2011 r.
9 Auf einen Blick, „Soziale Sicherheit in der Landwirtschaft”, październik 2010, http://www.lsv.de/spv/02_lsv/statistiken/aufeinenblick_2010.pdf, s. 5, 02.04.2011 r.
10 Międzynarodowe badania PISA wskazują, że poziom wykształcenia fińskich uczniów ze wsi jest niemal tak wysoki jak tych z miast, a przeważnie wyższy od uczniów ze wsi i miast innych państw OECD.
11 The farmer’s insurance, http://www.etk.fi/Page.aspx?Section=41877, 3.04.2011 r.
12 Finland’s response to questionnaire on social protection of older persons, http://www.ohchr.org/Documents/Issues/EPoverty/older/Finland.pdf, 03.04.2011 r.
13 The farmer’s…
14 Insured wellbeing from Mela, http://www.mela.fi/Esitteet/Insured_wellbeing_from_Mela.pdf, 03.04.2011 r.
15 Pension expenditure by pensions act and mode of financing, http://www.mela.fi, 03.04.2011 r.
przez Jordan Cibura | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
„Klasyczna” firma składa się z szefa oraz z podwładnych, którzy mają do wyboru wykonywać jego polecenia albo pożegnać się z posadą. Tymczasem w Zurychu od prawie 30 lat istnieje gazeta, która funkcjonuje na zupełnie innych zasadach.
WOZ, czyli po prostu „Wochenzeitung” (niem. „tygodnik”), bo tak się ona nazywa, należy do spółdzielni Infolink. Każda osoba zatrudniona w gazecie na co najmniej pół etatu, jest jednocześnie członkiem kooperatywy i ma prawo współdecydowania o jej losach. Postanowiłem przyjrzeć się, w jaki sposób podejmowane są decyzje w przedsiębiorstwie, gdzie każdy jest szefem. Miałem przyjemność rozmawiać z prawie jedną trzecią załogi i uczestniczyć w kilku zebraniach.
Jakość, równość, niezależność
Lata 70. w Szwajcarii obfitowały w lewicowe ruchy społeczne, jak choćby protesty przeciw elektrowniom atomowym. Jako platforma intelektualna służyły im dwa miesięczniki, jednak zapotrzebowanie było zdecydowanie większe. W 1981 r. grupa idealistów, w tym studentów, założyła spółdzielnię i rozpoczęła wydawanie nowego lewicowego tygodnika.
– Od początku chcieliśmy działać w formie spółdzielni. Tylko ludzie, którzy tutaj pracują, są jej członkami i mają prawo współdecydowania o losach przedsięwzięcia – opowiada Jürg Fischer, jeden z założycieli WOZ. – Chcieliśmy być niezależni od wszelkich nacisków z zewnątrz, przede wszystkim ze strony sponsorów i reklamodawców oraz polityków; zarządzać swoim miejscem pracy zupełnie samodzielnie. Wszyscy na równych prawach – bez względu na to, czy ktoś pracuje jako redaktor, w dziale sprzedaży czy przy druku gazety.
Minęły już niemal trzy dekady od wydania pierwszego numeru, a w WOZ nadal konsekwentnie przestrzega się zasady równości. Praktykant i dziennikarz z dziesięcioletnim stażem wracają do domów z identyczną wypłatą, a podczas podejmowania decyzji dotyczących przyszłości przedsiębiorstwa głos każdego pracownika ma jednakową wagę.
Drugą zasadą, której tygodnik hołduje od lat, jest nacisk na jak najwyższą jakość tekstów. Zanim trafi do druku, każdy artykuł jest starannie czytany przez co najmniej pięć osób, dlatego literówki i błędy stylistyczne zdarzają się w WOZ niezwykle rzadko. Jednak nie styl czy interpunkcja sprawiają, że dany tytuł można zaliczyć do Qualitätszeitungen,czyli gazet o wysokiej jakości. Kluczowa jest wnikliwość w ustalaniu faktów i rzetelne ich przedstawianie, czemu tygodnik poświęca szczególną troskę. Jako jedna z niewielu gazet daje dziennikarzom dość czasu, by mogli naprawdę gruntownie zgłębić temat, nie narzuca też sposobu jego ujęcia. – Mamy swobodę, jakiej nie spotka się prawdopodobnie nigdzie indziej w Szwajcarii. Nikt nam nie mówi, co mamy myśleć – z nieskrywaną dumą oznajmia Yves Wegelin, dziennikarz działu zagranicznego.
Długie poszukiwania, potwierdzone dane, obszerne teksty, dające czytelnikowi pełniejszy obraz sytuacji – wszystko to wiąże się ze znacznymi kosztami. Dlatego niezależnie od spółdzielni wydającej gazetę, funkcjonuje stowarzyszenie „ProWOZ”, które wspomaga finansowo jej edycję. Zrzesza ono obecnie ok. 800 osób, które zdecydowały się płacić co najmniej podwójną kwotę za prenumeratę. Dzięki zebranym pieniądzom, WOZ jest w stanie finansować także bardziej kosztowne projekty z zakresu niezależnego dziennikarstwa.
Opłaca się mieć zasady
Ostatnie lata były bardzo ciężkie dla szwajcarskiej prasy. W 2008 r. rynek ogłoszeń skurczył się o prawie 6%, a w 2009 r. – o ponad 21%. Wielu dziennikarzy straciło pracę wskutek programów oszczędnościowych i restrukturyzacji. Przykładowo, w roku 2009 grupa NZZ (wydaje dziennik „Neue Zürcher Zeitung”) zmniejszyła liczbę pełnych etatów o prawie 100, pomimo przejęcia kilku pomniejszych konkurentów. Sprzedaż prawie wszystkich tytułów spadła. Wśród nielicznych szczęśliwców, którzy zdołali uchronić się przed kryzysem, znalazł się również WOZ. Udało mu się w tym czasie nawet nieznacznie zwiększyć sprzedaż.
Można jedynie spekulować, co bardziej przyczyniło się do wzrostu liczby czytelników – lewicowy profil gazety, który w czasach kryzysu bez wątpienia cieszył się większym zainteresowaniem, czy nienaganne dziennikarstwo? Faktem jest, że WOZ, jako jeden z nielicznych tytułów, nie był zmuszony do cięć finansowych ani kompromisów w dziedzinie jakości.
Duży wpływ na utrzymanie pozytywnego bilansu finansowego podczas kryzysu miał fakt, że tygodnikowi od lat udaje się utrzymać bardzo nietypowe proporcje przychodów z reklam do wpływów ze sprzedaży gazety. Wynoszą one mniej więcej 1:2, choć w branży medialnej są zazwyczaj odwrotne. WOZ chce pozostać niezależny od reklamodawców, mimo że oznacza to m.in. niskie płace. Taka jest jednak wola większości spółdzielców, w pełni świadomych konsekwencji swojej decyzji. Nikt im jej nie narzucił, gdyż nie ma szefa, który mógłby kogokolwiek do czegoś zmusić.
Odpowiedzialność za słowo
Brak szefa nie oznacza oczywiście braku organizacji ani rezygnacji z podziału zadań według kompetencji. – Nie mamy hierarchii w powszechnym znaczeniu tego słowa. Oczywiście posiadamy komisję rewizyjną, komisję kierowniczą itp. Mamy swoje struktury – wyjaśnia Roman Schürmann, członek wewnętrznego gremium kontrolnego. – Działamy zgodnie z zasadami demokracji uczestniczącej, gdzie naprawdę każdy może wyrazić swoje zdanie, jeśli tylko chce. Nie jest to jednak demokracja rozumiana tak, że każdy może wszystko. Musimy utrzymać się na rynku. Trzeba funkcjonować w tym kapitalistycznym świecie i nie możemy sobie pozwolić, by gazeta przynosiła straty.
Dlatego kompetencje poszczególnych organów spółdzielni są jasno zdefiniowane. Najważniejszym z nich jest plenum, czyli zebranie ogółu członków. W zależności od potrzeby, zwoływane jest kilka razy do roku i rozstrzyga się na nim za pomocą głosowania kwestie dotyczące całego przedsiębiorstwa lub takie, które wykraczają poza kompetencje poszczególnych organów. Te ostatnie to Rada Kierownicza (Geschäftsleitung), Komisja Rewizyjna (Geschäftsausschuss), Redakcja, w ramach której funkcjonują osobne działy (np. Kraj, Zagranica, Kultura), Rada ds. Kadrowych, Dział Wydawniczy (tu m.in. reklamy, prenumeraty, rachunkowość) oraz grupy robocze, tworzone na potrzeby bieżących projektów.
Choć każdy pracownik może swobodnie wyrazić zdanie w dowolnej kwestii, to jednak poszczególne działy „rządzą się” zupełnie autonomicznie. Jeśli ktoś zauważy, że coś jest „nie tak”, zawsze może poruszyć temat na plenum, które kolektywnie rozstrzygnie sprawę. Decyzje nie zapadają jednak bez przygotowania. Zazwyczaj najpierw odbywa się tzw. Infoplenum, na którym wszyscy są informowani o danym problemie, następnie mają czas, aby się zastanowić, co można zrobić z daną kwestią. Gasch, bo tak zdrobniale nazywa się wewnętrzną komisję rewizyjną, zbiera te przemyślenia i przygotowuje głosowania. Jest to bardzo ważny organ, który umożliwia sprawne podejmowanie decyzji bez zbędnego tracenia czasu. W jego skład wchodzi 5 osób, po jednej z głównych działów. W węższym gronie łatwiej przedyskutować i w razie potrzeby wykluczyć scenariusze niemożliwe do zrealizowania (np. ze względów finansowych).
Niedawno pracownicy WOZ podnieśli sobie pensje. Jak wygląda proces podejmowania podobnych decyzji opowiedział mi Martin Clalüna, informatyk. – Płace są u nas chronicznie niskie. Właściwie od lat 80. ciągle oscylują wokół płacy minimalnej i rosły jedynie porównywalnie ze wzrostem cen. Jak na Zurych, to bardzo mało – podkreśla.W tej sytuacji, gdy po kilku latach wymuszonych oszczędności udało się trwale zbić wydatki, a jednocześnie zwiększyć sprzedaż pisma, Gasch poddała pod dyskusję kwestię podwyżki wynagrodzeń. – Wyglądało to mniej więcej w ten sposób: „Chcemy podwyżki – tak czy nie?”, „Jeśli tak, to o 100 czy 200 franków?”. Nigdy nie dyskutowaliśmy na temat podniesienia płac np. o 1000 franków. Gasch wszystko przeliczyła, sformułowała budżet i przedstawiła nam trzy warianty do wyboru. Dzięki temu mieliśmy pewność, że żadna z możliwych decyzji nie doprowadzi do katastrofy. Wszystko było oczywiście transparentne i mogliśmy na bieżąco otrzymywać dodatkowe informacje.
Clalüna zwraca uwagę, że nie wszyscy w takim samym stopniu rozumieją rachunkowość. Dlatego dane finansowe są przedstawiane tak, żeby każdy był w stanie ocenić, czy spółdzielni idzie na tyle dobrze, że możliwy jest wzrost płac lub inwestycje. – Ostatecznie zadecydowaliśmy, że podniesiemy pensje o 200 franków. Kto nie mógł przyjść na plenum, mógł zagłosować listownie.
Podejmowanie takich decyzji wymaga gruntownej wiedzy o kondycji finansowej przedsiębiorstwa. Dlatego Gasch stale kontroluje finanse gazety i co miesiąc przedstawia stosowny raport. Jego kopia znajduje się na wewnętrznym serwerze i każdy z pracowników może go przeczytać w dowolnej chwili. Ponadto kluczowe dane finansowe są na bieżąco aktualizowane i wywieszane obok automatu z kawą, czyli miejsca, gdzie każdy zagląda. Oprócz raportów, do wglądu są także protokoły ze wszystkich ważniejszych zebrań – można w ten sposób „podejrzeć”, czym zajmują się inni.
Nauczki z kryzysu
Jak widać, w WOZ bardzo się dba, aby wszyscy znali dane finansowe. Nie zawsze tak było. W 2005 r. gazeta stanęła na skraju bankructwa. Główną przyczyną był właśnie niedostateczny i mało profesjonalny controlling. W atmosferze euforii, której powodem była rosnąca popularność gazety, po prostu zapomniano o rzetelnej kalkulacji kosztów.
W 2003 r. zmieniono szatę graficzną, zwiększono zatrudnienie i rozpoczęto nowe, ambitne projekty. Wydatki wzrosły nieproporcjonalnie do przychodów, co dwa lata później nieomal skończyło się katastrofą. Do tego doszły jeszcze problemy w rachunkowości, w efekcie czego bomba z opóźnionym zapłonem, jaką był przesadny wzrost kosztów, została wykryta dopiero pięć minut przed wybuchem. Nie było czasu na zbędne dyskusje; należało działać bardzo szybko, aby uchronić spółdzielnię przed upadkiem.
W niesamowitym tempie ok. dwóch tygodni, pracownicy zupełnie zrestrukturyzowali przedsiębiorstwo. Bettina Dyttrich, której wraz z innymi udało się uratować WOZ, zdradziła mi kilka szczegółów operacji. – Musieliśmy bardzo oszczędzać. Na pewien czas gazeta skurczyła się o kilka stron, zmniejszyliśmy sobie zarobki, a nawet zwróciliśmy pewną część już wypłaconych pensji. Wielu z nas musiało odejść. To był niezwykle dramatyczny okres, ale też bardzo dużo się nauczyliśmy. W tej chwili jest już niemożliwe, aby podobna sytuacja się powtórzyła. Od tamtej pory ludzie, których zatrudniamy w Dziale Wydawniczym, nader dokładnie patrzą na nasze wydatki. Patrząc z perspektywy czasu, dobrze się stało, że przytrafił nam się ten kryzys. Kooperatywa zyskała na profesjonalizmie, finanse są na bieżąco monitorowane, a informacje na ich temat przekazywane w przystępnej formie reszcie zespołu.
Co dwie głowy…
Przyglądając się działaniu tej spółdzielni, można się pokusić o wyciągnięcie bardziej ogólnych wniosków. Byłem ciekaw, jakie zdaniem pracowników są wady i zalety prowadzenia działalności w formie firmy, gdzie nie ma szefa lub – jeśli ktoś woli – wszyscy są szefami.
Zdaniem Bettiny Dyttrich, model partycypacyjny ma same zalety w porównaniu z klasycznymi, hierarchicznymi organizacjami. – Typowym przesądem jest, że w takich organizacjach jak nasza dyskusje ciągną się miesiącami, jeden wtrąca się w sprawy drugiego i nie można podjąć żadnej decyzji. Tak było może 20 lat temu. W tej chwili mamy różne grupy, które zajmują się swoimi sprawami. Jeśli coś dotyczy wszystkich, Gasch przeprowadza wewnętrzną dyskusję na ten temat, a następnie informuje o jej wynikach. Rozważamy wtedy sprawę na plenum i podejmujemy odpowiednią decyzję. Uważam to za bardzo efektywny model zarządzania. Nie tracimy przy tym wiele czasu – zapewniadziennikarka. – W sytuacjach kryzysowych decyzje są podejmowane bardzo sprawnie. Wszystkie siły koncentrowane są na jednym zadaniu, dopóki nie zostanie wykonane – wyjaśnia Camille Roseau, specjalistka ds. marketingu.
Faktem jest, że źle przygotowane zebrania mogą być frustrujące i mało produktywne. WOZ przez 30 lat istnienia miał dość czasu, aby wypracować mechanizmy zapobiegające takim przypadkom. W zasadzie wszyscy, z którymi rozmawiałem, zgodnie twierdzili, że zdarzają się one obecnie niesłychanie rzadko. Należy jednak pamiętać, że nawet przy bardzo sprawnych procedurach, tak jak to ma miejsce w WOZ, kolektywne podejmowanie decyzji wymaga więcej czasu, niż gdyby robiła to jedna osoba (szef). Ludzie muszą zostać poinformowani, musi odbyć się dyskusja, muszą zostać udzielone odpowiedzi na zgłaszane pytania. Mimo to gra jest warta świeczki. Więcej osób zaangażowanych w wypracowanie rozwiązania oznacza, że na problem patrzy się z wielu perspektyw. Prawdopodobieństwo, że podjęte postanowienie będzie lepiej przemyślane, jest bardzo duże. Co więcej, jego realizacja przebiega potem bardzo płynnie. Nikt przecież nie będzie sabotował własnych decyzji.
Z kolei wśród zagrożeń związanych z modelem spółdzielczym warto wspomnieć o delegowaniu osób na poszczególne stanowiska. W WOZ kompetencje kierownicze czy kontrolne pracowników są demokratycznie potwierdzane przy pomocy wyborów. Jeśli kandydatów jest więcej niż funkcji do obsadzenia, wiąże się to z pewnym niebezpieczeństwem. Przegrana w wyborach nie należy do najprzyjemniejszych. – WOZ zebrał bardzo negatywne doświadczenia związane z tego typu głosowaniami. Jeśli do wyboru były dwie osoby, wówczas ta, której nie wybrano, najczęściej opuszczała gazetę. Nie jesteśmy politycznymi mandatariuszami, którzy w razie przegranej mogą wrócić do swego zawodu. Po wyborach trzeba dalej pracować z ludźmi, którzy w jakimś sensie okazali nam brak zaufania, a to po prostu boli – tłumaczy Camille Roseau. Dlatego zdecydowano się na pragmatyczne rozwiązanie: w wyborach do poszczególnych organów startuje zawsze tylu kandydatów, ile jest stanowisk do obsadzenia.
To działa!
Według raportuopublikowanego w lutym 2011 r. przez Instytut Gallupa, dwie trzecie niemieckich pracowników nie czuje się związanych z pracodawcą, a co piąty mentalnie już podjął decyzję o wypowiedzeniu umowy. Gdyby przeprowadzono analogiczne badania w Polsce czy Szwajcarii, wynik zapewne wyglądałby podobnie. Jednak kooperatyści z WOZ bez wątpienia znaleźliby się wśród 1/3 zadowolonych. W spółdzielni więź z „pracodawcą” jest ogromna, co niejednokrotnie podkreślali moi rozmówcy. Bardzo obrazowo ujął to Jan Jirat, jeden z dziennikarzy: Tutaj jest się człowiekiem… Gdyby WOZ był spółką akcyjną, wtedy pieniądz, nie człowiek, byłby jego esencją. WOZ to my – jako ludzie.
Zatrudnieni w WOZ cenią sobie wolność, jaką daje im firma. Nie tylko elastyczny czas pracy, wyrozumiałość, jeśli ktoś zachoruje czy musi odebrać dziecko z przedszkola, lecz również dziennikarską niezależność. – W porównaniu z innymi gazetami WOZ jest bardzo nietypowy. Możemy pisać dłuższe teksty, na które mamy więcej czasu, aby zebrać większą ilość rzetelnych informacji. Do tego mamy swobodę w pisaniu na tematy polityczne. Jak to się mówi – możemy każdemu bez obaw nasikać na nogę – dodaje Jirat.
W przeciwieństwie do reszty gazet, które muszą dbać o reklamodawców, WOZ nie boi się także otwartej krytyki pod adresem bogatych koncernów. Trudno się nie zgodzić z Bettiną Dyttrich, która dodaje, że to, co i jak piszą dziennikarze „Wochenzeitung” bezpośrednio wypływa z tego, jak są zorganizowani:Gdybyśmy mieli szefa i zróżnicowane zarobki, pisalibyśmy zupełnie inaczej. To przecież oczywiste.
Dynamicznie zarządzana firma, która dostosowuje się do stale zmieniającego się otoczenia. Sprawnie podejmowane, ale i przemyślane decyzje. Nieskrywana duma, z jaką zadowoleni i zmotywowani pracownicy opowiadają o pracodawcy i owocach wspólnych wysiłków. Czy takie miejsce pracy mogłoby być rzeczywistością dla większej liczby ludzi? Według Bettiny Dyttrich – jak najbardziej. Uważam, że dużo więcej przedsiębiorstw we wszystkich możliwych branżach mogłoby funkcjonować na podobnych zasadach, jak my. Bo to działa!