Grać i walczyć

Grać i walczyć

Nie tak dawno skończył się w Polsce burzliwy okres kampanii wyborczej. Większość przedwyborczych debat poświęcona była przede wszystkim sprawom gospodarki. Ku naszemu rozczarowaniu, żadna z dyskusji nawet nie zahaczała o sprawy polityki kulturalnej.

Z wypowiedzi polityków, zarówno opozycji, jak i koalicji rządzącej, wynika, że praca ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego jest oceniana jednoznacznie pozytywnie, o czym świadczy także decyzja premiera o pozostawieniu go na stanowisku. Jeśli już debatuje się o kulturze, to przede wszystkim w kontekście światopoglądowym, gdzie sztuka traktowana jest po macoszemu, jako element wyrażania konkretnych myśli politycznych. Uważamy, że jest to działanie instrumentalne. Naszym zdaniem, brakuje w Polsce ponadpartyjnej debaty o funkcjonowaniu samego systemu polityki kulturalnej i możliwości przyjęcia rozwiązań funkcjonujących na świecie.

Chcielibyśmy zwrócić uwagę na kilka aspektów kultury i edukacji artystycznej w III RP. Będzie to spojrzenie ostre, ale możliwie obiektywne, gdyż łączy nas troska o rodzimą sztukę oraz promowanie w życiu publicznym zasad współpracy i solidaryzmu społecznego, a dzieli miejsce dokonywanych obserwacji (jedno z nas mieszka w Warszawie, drugie patrzy na ten problem z Wiednia) oraz poglądy polityczne (konserwatystka i socjaldemokrata).

Gdy mowa o polskiej edukacji muzycznej, przychodzą na myśl nazwiska wielkich artystów młodego pokolenia, którzy niedawno zrobili międzynarodową karierę: pianiści Rafał Blechacz i Piotr Anderszewski, dyrygenci Krzysztof Urbański i Michał Nestorowicz oraz skrzypaczka Agata Szymczewska. Problem polega jednak na tym, że nie zrobili oni kariery dzięki naszemu szkolnictwu artystycznemu, lecz właściwie wbrew niemu, gdyż sukces zawdzięczają własnej motywacji i silnej woli w dążeniu do celu. To trochę tak, jak w anegdocie przywoływanej przez prof. Krzysztofa Rybińskiego o ojcu, który na 20 lat zamknął syna w piwnicy. Chłopak miał tam jakieś puszki, robił dużo pompek i innych ćwiczeń fizycznych, i tym sposobem wyrósł na silnego i postawnego mężczyznę, zaś ojciec pokazując go znajomym mówił: „Patrzcie, jakiego syna wychowałem”. Wymienieni przez nas artyści, mimo że przez długi czas siedzieli w ciasnej i nieoświetlonej artystycznej piwnicy, tak bardzo chcieli się z niej wydostać, że w końcu, dzięki ciężkiej pracy, zrealizowali marzenia.

Prawdziwym miernikiem jakości polskiego szkolnictwa muzycznego może być jednak raczej to, że od wielu lat Konkurs Chopinowski zdominowany jest przez ekipy pianistów z Dalekiego Wschodu, i że mimo uprzywilejowanej pozycji i przychylności jury, żaden Polak nie dostał się do finału ostatniej edycji międzynarodowego konkursu dyrygenckiego w Białymstoku. Trudno skądinąd się temu dziwić, skoro studenci wydziałów dyrygentury symfoniczno-operowej w Polsce przez cały rok akademicki zamiast orkiestrą, dyrygują dwoma fortepianami, co – jak wyraził się przewodniczący jury konkursu białostockiego, prof. Marek Pijarowski – przypomina kurs prawa jazdy bez samochodu

Są też inne przykłady zaniechań i patologii w dziedzinie kultury. Dopiero niezależne kino dokumentalne – a konkretnie film Sylwestra Latkowskiego „Pub 700” – zwróciło uwagę mediów i środowiska artystycznego na fenomen postaci Leszka Możdżera, który w jakiś czas po emisji poświęconego mu obrazu rozpoczął wreszcie międzynarodową karierę. Inny przykład, zupełnie kuriozalny, nasuwający komiczno-dramatycznie brzmiące pytanie: jak to możliwe, że szefem jednej z większych filharmonii w kraju leżącym w środku Europy, przez ponad 10 lat (aż do grudnia 2011 r.) był hochsztapler, który nie posiada nawet dyplomu studiów wyższych z zakresu uprawianej przez siebie sztuki dyrygenckiej? Kolejny przykład to ciągnąca się od kilku miesięcy żenująca telenowela na temat prób zlikwidowania istniejącego od 1948 r. Chóru Polskiego Radia w Krakowie oraz Polskiej Orkiestry Radiowej. Te informacje i problemy niestety nie przebijają się dostatecznie mocno do dużych mediów, gdzie newsy kulturalne ograniczają się na ogół do darmowej promocji kolejnych arcydzieł filmowych Andrzeja Wajdy czy Jerzego Hoffmana.

Zdecydowanie brakuje spójnego państwowego systemu szkolnictwa muzycznego i edukacji artystycznej, które dbałyby o promocję naszej kultury poza granicami kraju. Nie jest to bynajmniej wizja utopijna i – co najważniejsze – nie trzeba wcale wymyślać wszystkiego od nowa. Na świecie istnieją już sprawdzone, skuteczne rozwiązania, które wystarczy dostosować i przenieść na grunt polski. Ciekawy system, odwołujący się do zasad kooperatyzmu i solidaryzmu społecznego, stworzono w Wenezueli, a nazywa się on El Sistema.

Jest to państwowa organizacja, założona w 1975 r. przez maestro José Antonio Abreu. Ten pianista, kompozytor, dyrygent oraz ekonomista był od momentu rozpoczęcia kształcenia świadom problemów nękających społeczeństwo swego kraju. A są one niebagatelne. W samej stolicy ponad milion dzieci mieszka w slumsach, rocznie popełnianych jest kilkanaście tysięcy zabójstw (głównie na młodych ludziach między 15. a 29. rokiem życia), z których 94% pozostaje bezkarnych (dane wenezuelskiej organizacji pozarządowej Incosec z roku 2009). Kierując się chęcią odmiany losu wenezuelskiej młodzieży oraz wiarą w uszlachetniającą moc muzyki, Abreu stworzył Narodowy System Orkiestr Młodzieżowych i Dziecięcych Wenezueli (FESNOJIV).

Od momentu powstania organizacja stworzyła ponad 60 orkiestr dziecięcych, prawie 200 młodzieżowych, dziesiątki chórów oraz około 180 nucleos, czyli ognisk muzycznych, w których kształci się niemal 350 tys. młodych Wenezuelczyków. Fundusze na ich rozwój początkowo pochodziły od sponsorów wyszukiwanych osobiście przez maestro Abreu. Finansowano z nich zakup instrumentów dla dzieci oraz honoraria dla nauczycieli. Od końca lat 70. fundacja znajduje się pod opieką państwa wenezuelskiego, a obecnie, gdy „System” zyskał światową sławę, z dumą wspierają go takie instytucje, jak UNESCO, OAS czy Inter-American Development Bank, zaś Berliner Philharmonie, Chicago Symphony Orchestra, Chicago Brass i inne zawodowe zespoły organizują kursy mistrzowskie dla uczniów Systemu.

El Sistema wydała tak wybitnych muzyków, jak Gustavo Dudamel i Edicson Ruiz (kontrabasista, w wieku 17 lat został przyjęty do Berliner Philharmonie jako najmłodszy w historii członek tej orkiestry), a jego wizytówką jest Wenezuelska Młodzieżowa Orkiestra im. Simóna Bolívara, której koncerty przyciągają na całym świecie rzesze entuzjastów. Członkami orkiestry są najzdolniejsi wychowankowie El Sistema. Zespół współpracuje z takimi dyrygentami, jak Claudio Abbado, Sir Simon Rattle, Plácido Domingo czy Nikolaus Harnoncourt oraz nagrywa dla prestiżowego wydawnictwa Deutsche Grammophon. Jest to bezwarunkowo najlepsza orkiestra młodzieżowa na świecie, a i wśród zespołów „dorosłych” należy do pierwszej ligi. Energia, którą wyzwalają z siebie na koncertach młodzi muzycy, przenosi się na słuchającą ich publiczność pod każdą szerokością geograficzną. To jedyna orkiestra, na której występach ludzie wstają z miejsc, aby tańczyć!

Sama radość z grania nie stanowi jednak o fenomenie tej orkiestry. Tym fenomenem jest bowiem profesjonalny, wyjątkowy poziom techniczny zespołu, w którym koncertmistrzem może być nawet 13-latek. W swoim repertuarze, oprócz pozycji klasycznych oraz twórczości latynoamerykańskiej, muzycy mają tak wymagające utwory, jak „Sacre du Printemps” I. Strawińskiego czy dzieła symfoniczne D. Szostakowicza. O tym jak ambitne są zamierzenia artystyczne zespołu, najlepiej świadczy fakt, że na luty 2012 r. zaplanowano wykonanie w ciągu jednego tygodnia pięciu symfonii G. Mahlera, w tym nr 8 razem z orkiestrą Los Angeles Philharmonic oraz chórem złożonym z około 1200 młodych Wenezuelczyków, kształconych w El Sistema.

Jak twórcy Systemu osiągają takie rezultaty? Czym edukacja muzyczna młodych Wenezuelczyków różni się od polskiego sposobu kształcenia? Na oficjalnej stronie internetowej organizacji udostępniony jest ogólny zarys metodologii nauczania w El Sistema. Trzon programu stanowi przygotowanie do grania w orkiestrze, która jest duszą społeczeństwa w każdym nucleo. Nawet zajęcia indywidualne są ukierunkowane na naukę gry zespołowej, w przeciwieństwie do solistycznego nastawienia polskich szkół muzycznych.nucleos bardzo ważną rolę odgrywają również chóry oraz zespoły innego rodzaju.

W kształceniu od najmłodszych lat kładzie się nacisk na radość z muzykowania, a przede wszystkim wyzwalanie ekspresji poprzez ruch ciała. Nie ma tu mowy o mnożących się egzaminach, zapisywaniu obecności na zajęciach, niezdrowej rywalizacji podczas konkursów. W przeciwieństwie do sytuacji w polskich szkołach muzycznych, teoria, nauka notacji muzycznej schodzą na drugi plan i są wprowadzane stopniowo, nie krępując radości z uczenia się i tworzenia muzyki. U dzieci kształci się wrażliwość na jakość dźwięku, muzykalność, współpracę w zespole, swobodę podczas prezentacji publicznej oraz technikę gry. Dla nauczycieli w El Sistema istotny jest dobry kontakt z rodzicami uczniów, którzy mogą pomagać swoim dzieciom w codziennym ćwiczeniu, ale przede wszystkim dzielić z nimi radość z uprawiania muzyki.

W 2010 r. odbyły się pierwsze próby przybliżenia polskiemu środowisku muzycznemu zjawiska wenezuelskiego systemu kształcenia muzycznego FESNOJIV (El Sistema). Ambasada Republiki Boliwariańskiej Wenezueli w Polsce zorganizowała w siedzibie Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie pokaz filmu dokumentalnego „Grać i walczyć” (Tocar y Luchar), po którym odbyła się rozmowa z jednym z wychowanków Systemu, altowiolistą Luizem Cordero. Wydarzenie poprzedził koncert Młodzieżowej Orkiestry im. Simóna Bolívara w Teatrze Wielkim, zorganizowany dzięki staraniom Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena i osobiście pani prezes Elżbiety Pendereckiej.

El Sistema nie jest ideą zamierzoną dla jednego państwa. Projekt rozpowszechnia się już na całym świecie. Programy edukacji muzycznej inspirowane El Sistema rozwijają się w 25 krajach obu Ameryk, Azji, Afryki, Australii i Europy (Szkocja i Anglia). Jakie są szanse zaszczepienia podobnej idei na gruncie polskim? Czy w ogóle polskie społeczeństwo, polska młodzież chce być „uleczona poprzez muzykę”? Czy nie wystarczy nam dotychczasowy system edukacji muzycznej?

Odpowiedź na dwa ostatnie pytania dają puste sale koncertowe, całkowity zanik domowego „życia muzycznego”, a przede wszystkim zastraszająco niski poziom kultury muzycznej w życiu codziennym, wszędzie – nie wyłączając mediów, wśród których jedynie Program Drugi Polskiego Radia, Radio Classic oraz TVP Kultura umożliwiają kontakt z muzyką klasyczną.

Już z przytoczonych tu przykładów wyraźnie widać, że dotychczasowy system edukacji muzycznej nie jest wystarczający. Funkcjonuje on jeszcze co prawda siłą rozpędu, ale jest mocno przestarzały. Został stworzony na wzór szkolnictwa radzieckiego, co w zestawieniu z obowiązującą w szkołach muzycznych (w polskich realiach często wynaturzoną) relacją mistrz-uczeń, brakiem pieniędzy oraz pomysłów na politykę kulturalną, tworzy tykającą bombę zegarową.

W Polsce nie ma jakiegokolwiek zinstytucjonalizowanego kształcenia muzycznego na etapie przedszkolnym, z wyjątkiem drogich, prywatnych szkół Yamaha, które (jako import z Japonii) zaczęły powstawać u nas na początku lat 90. W szkołach podstawowych i średnich bardzo często nie tylko nie ma chóru, orkiestry czy innego zespołu uczniowskiego (gdy np. w Stanach Zjednoczonych nawet w najgorszym college’u istnieje tzw. marching band, czyli marszowa orkiestra dęta), ale także – z braku pieniędzy – w ogóle zajęć z muzyki. W liceum treści z zakresu historii muzyki włączono w ramy przedmiotu wiedza o kulturze, który prowadzą zwykle plastycy. To wszystko, w połączeniu z brakiem promocji państwowych szkół muzycznych oraz nagminnym zamykaniem domów kultury, świetlic i ognisk muzycznych w wielu mniejszych miejscowościach, prowadzi do upadku rodzimej kultury dźwięku.

Bardzo często nadwiślańscy intelektualiści narzekają na gusta artystyczne młodzieży, która Chopina kojarzy z marką wódki, a z głośników puszcza techno lub disco-polo. Dlaczego młodzi ludzie nie lubią jazzu, tak jak Skandynawowie, lub muzyki klasycznej, jak ludy Dalekiego Wschodu? Problem polega na tym, że dzieci trzeba uczyć słuchać muzyki od najmłodszych lat. Powinni to robić z jednej strony rodzice, z drugiej zaś państwo, którego jednym z zadań jest prowadzenie polityki kulturalnej. Młody Polak powinien wiedzieć nie tylko, kim byli Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz i Zbigniew Herbert, ale także znać nazwiska Karola Szymanowskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego, Witolda Lutosławskiego czy Krzysztofa Pendereckiego, ponieważ znają je rówieśnicy z krajów Unii Europejskiej. A co ważniejsze, bardzo często także słuchają tych kompozytorów i potrafią rozpoznać ich dzieła. Gdy zamyka się kolejne ognisko artystyczne w Polsce B, warto zastanowić się nad tym, że właśnie tam mógł rozwijać swój talent niejeden młody człowiek, który – pozbawiony takiej możliwości – zamiast zajęć muzycznych wybierze teraz wiejską dyskotekę.

Nie wiemy, czy El Sistema to jedyny i najlepszy system edukacji artystycznej, ale mamy świadomość tego, że w piramidzie problemów państw wysoko rozwiniętych potrzeby kulturalne mieszkańców zajmują niezwykle ważne miejsce. Państwo, które chce się rozwijać i zajmować poważną pozycję na światowej arenie politycznej, nie może pozwolić sobie na taki stan kultury. Warto więc zainicjować na ten temat debatę, której – mamy nadzieję – ten artykuł stanie się początkiem.

Lokalna demokracja finansowa

Lokalna demokracja finansowa

Porto Alegre, stolica regionu Rio Grande do Sul, zmaga się z problemami występującymi we wszystkich miastach Brazylii. Mimo że jest to miasto relatywnie bogate i uprzemysłowione, cechuje je duże rozwarstwienie społeczne. Rządy oligarchiczne spowodowały z jednej strony wszechwładzę elit i wykluczenie biedniejszych warstw ludności, z drugiej – populizm, który pozwalał na zapewnienie społecznego poparcia. W latach 80. miały miejsce liczne afery korupcyjne i malwersacje finansowe. Rok 1989 był szczególnie uciążliwy: szalała hiperinflacja, niemal wstrzymano inwestycje, sytuacja mieszkaniowa była bardzo trudna. Większość budżetu miasta przeznaczano na wynagrodzenia dla pracowników samorządowych.

Problemy finansowe władz miejskich oraz nieustępliwość mieszkańców doprowadziły do gwałtownych przemian. W 1989 r. rządy w Porto Alegre objęła Partia Pracujących (Partido dos Trabalhadores). Początkowo jej celem było stworzenie rad pracowniczych oraz umożliwienie mieszkańcom wpływu na podejmowanie decyzji przez organy municypalne, jednak aby pozyskać szerokie poparcie społeczne zdecydowano się na bardziej radykalne zmiany. Od 1990 r. zaczął funkcjonować nowy mechanizm, zawierający elementy demokracji bezpośredniej, z których najważniejszym był budżet partycypacyjny, określany jako obywatelska, niepaństwowa forma zarządzania (civil, not state, form of governance). Odtąd decydujący głos miał należeć do mieszkańców, a władze miejskie miały jedynie zatwierdzać przyjęte przez nich ustalenia.

Najważniejszym elementem systemu są regularne zgromadzenia mieszkańców miasta. Ich podstawowym zadaniem jest sporządzanie listy priorytetów budżetowych oraz pilnowanie realizacji postulatów społecznych. Mają one miejsce przez cały rok, jednak spełniają różne funkcje. Najważniejsze są zgromadzenia regionalne (Assembléias Regionais), odbywające się w poszczególnych regionach (jednostkach administracyjnych, składających się z kilkunastu lub kilkudziesięciu dzielnic) w dwóch rundach. Najpierw mają miejsce zgromadzenia przygotowawcze (Reuniões Preparatórias), a następnie spotkania właściwe (Rodada Única). Ich organizacją zajmują się wspólnoty wraz z władzami miejskimi. W okresie pomiędzy tymi spotkaniami odbywają się zgromadzenia lokalne (na szczeblu dzielnicy). Ich zadaniem jest debatowanie nad sprawami ważnymi z punktu widzenia lokalnej społeczności oraz demokratyczne głosowanie nad priorytetami inwestycyjnymi. Wybierają one także delegatów do innych organów, czyli do Rady Budżetu Partycypacyjnego oraz Forum Delegatów.

Mieszkańcy spotykają się także w ramach zgromadzeń tematycznych (Assembléias Temáticas), które służą prowadzeniu debat dotyczących ogólnych spraw, ważnych z punktu widzenia miasta jako całości. Zgłaszane są tam pomysły związane z funkcjonowaniem systemu. Co jakiś czas organizowane są także kongresy programowe, na których dyskutuje się na temat kierunków rozwoju, a także takich kwestii, jak prawa człowieka, edukacja czy polityka mieszkaniowa. Kolejne kongresy gromadzą nie tylko mieszkańców, ale także delegatów różnych organizacji.

Decydującym organem (z punktu widzenia wdrażania przyjętych założeń), jest wspomniana Rada Budżetu Partycypacyjnego (Conselho do Orçamento Participativo), która składa się z 48 wybranych przedstawicieli, w tym także członków Rady Miasta, którzy nie mają jednak prawa głosu. Przedstawiciele wybierani są na rok, z możliwością reelekcji. Istotny jest fakt, że mieszkańcy mogą odwołać swoich delegatów. Mamy więc do czynienia z mandatem imperatywnym, który należy uznać za niezwykle istotny z punktu widzenia ochrony interesów obywateli miasta. Rada, na podstawie celów wyznaczonych przez zgromadzenia regionalne oraz sugestii zgromadzeń tematycznych, wybiera na kolejny rok trzy zagadnienia najważniejsze z punktu widzenia miasta jako całości. Władze miejskie wspierają ten proces, określają także wysokość budżetu przeznaczonego na inwestycje. Wyłonieni przedstawiciele współpracują z mieszkańcami oraz agencjami samorządowymi, tworząc projekt budżetu, który następnie zostaje przedstawiony władzom miasta. Najczęściej budżet taki aprobowany jest w całości, a jeśli Rada Miasta chce zgłosić poprawki, zawsze włącza w to mieszkańców oraz informuje opinię publiczną. Mieszkańcy mają możliwość zgłaszania poprawek, a zgromadzenia Rady mają charakter otwarty. Wybrani przedstawiciele mogą zaznajomić się ze szczegółami dotyczącymi finansów. Bronią także przyjętych wcześniej planów. Jest to krytyczny obszar starcia interesów obywateli z władzą. W przeciwieństwie do klasycznej demokracji przedstawicielskiej nie mamy tutaj przeciwstawienia władza – obywatele (odbywającego się z pozycji siły), ale władza – demokratycznie wybrani przedstawiciele mieszkańców.

Ostatecznym wynikiem burzliwych dyskusji jest finałowa wersja planu inwestycyjnego, ze szczegółową listą inwestycji. Po jej uchwaleniu burmistrz przedstawia ów dokument Radzie Miasta, która może odrzucić go w głosowaniu. Istnieje więc możliwość zablokowania decyzji podjętych przez mieszkańców, jednak taka sytuacja w omawianym okresie nie miała miejsca. Poza wymienionymi instytucjami utworzono także kilka organów pomocniczych. Forum Delegatów (Fórum de Delegados) ma za zadanie kontrolować podejmowane działania, informować obywateli o ich przebiegu oraz zbierać pomysły na nowe projekty. Biuro Planowania (Gabinete de Planejamento) oraz Biuro Koordynacji Relacji ze Wspólnotami (Coordenação de Relações com as Comunidades) są organami władz miejskich, pośredniczącymi między władzą wykonawczą a mieszkańcami. Gabinet Planowania Miasta (Gabinete de Planejamento) zapewnia wsparcie techniczne i ekonomicznie. Komisja Trójstronna (Tripartite Commissăo), w skład której wchodzą reprezentanci pracowników administracji, zarządu miasta oraz Rady Budżetu Partycypacyjnego, zajmuje się sprawami związanymi z zatrudnieniem urzędników.

Decydujące znaczenie mają następujące po sobie cykle spotkań, organizowane na poziomie lokalnym, regionalnym oraz całego miasta. We wstępnej fazie, zgromadzenia odbywają się bez udziału czy ingerencji władz. Jest to bardzo ważny etap, w czasie którego mieszkańcy składają propozycje dotyczące priorytetów inwestycyjnych. Mogą zgłaszać swoje projekty i inicjatywy dotyczące różnych kwestii. Takie podejście wzmacnia w ludziach poczucie samodzielności i odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Potwierdza także, iż to sami obywatele decydują o podziale środków, a nie są jedynie swoistą fasadą, która ma legitymizować system. Pojawiały się projekty przekazania zgromadzeń organizacjom i stowarzyszeniom społecznym, jednak wymóg ten nie został wprowadzony w życie. W zgromadzeniach mogą więc uczestniczyć wszyscy mieszkańcy, a organizacje nie posiadają żadnych specjalnych przywilejów.

Partycypacja nie kończy się na samym podejmowaniu decyzji. Zgromadzenia na bieżąco monitorują wprowadzanie ustaleń w życie. Mamy więc do czynienia z różnymi rodzajami uczestnictwa ludności w tworzeniu budżetu: debatowanie, negocjacje oraz kontrola. Spotkania dają możliwość dyskusji o bieżących wydarzeniach, czy organizację protestów. Dotyczy to nie tylko kwestii finansowych, ale wszystkich spraw ważnych dla wspólnoty. Uzgadnia się potrzeby mieszkańców, proponuje inwestycje oraz podejmuje decyzje dotyczące hierarchii celów. Nowe inwestycje ustalane są według kryteriów związanych z brakiem infrastruktury lub usług publicznych, ogólną liczbą mieszkańców danej jednostki administracyjnej i priorytetami wybranymi przez jej mieszkańców oraz przez całe miasto. Porto Alegre podzielone zostało na szesnaście regionów według kryterium społeczno-ekonomicznego (na miejsce dawnych czterech według kryterium technicznego). Wybrano sześć zakresów tematycznych: transport; kultura; rozwój ekonomiczny i podatki; edukacja, sport i rozrywka; rozwój miejski i ochrona środowiska; ochrona zdrowia i pomoc społeczna. Pokazują one, które obszary są najważniejsze z punktu widzenia ludności miasta.

Istotnym elementem całego procesu jest dokładne informowanie mieszkańców. Mają oni pełny dostęp do informacji administracyjnej, co pozwala im podejmować decyzje oparte na dokładnej analizie sytuacji. Każdy obywatel posiada także bierne prawo wyborcze do zgromadzeń oraz Rady Budżetu Partycypacyjnego. System niejako wymusza zainteresowanie się sprawami, które są ważne nie tylko dla najbliższego sąsiedztwa, ale dla całego miasta. Obywatele nie tylko zgłaszają swoje postulaty, ale ustalają priorytety działań w relacji (a niekiedy nawet konfrontacji) do sąsiadów z innych ulic, dzielnic i rejonów miasta. Ludzie przychodzą na spotkania w celu rozwiązania problemów, które są najważniejsze z ich własnej perspektywy. Toczą się tam ostre dyskusje, powstają porozumienia, budowane są koalicje. Niekiedy rywalizacja i nieustępliwość biorą górę nad solidarnością i pragmatyzmem. Nie są to jednak jałowe dyskusje, jakie znamy ze świata zawodowych polityków.

Mieszkańcy wiedzą, że podejmowane decyzje będą miały wymierny wpływ na rzeczywistość wokół nich i mają nadzieję na poprawę sytuacji. Jednocześnie zdają sobie sprawę z interesów innych dzielnic, a ich świadomość wychodzi poza najbliższe sąsiedztwo. Toczone dyskusje zwiększają zrozumienie potrzeb innych. Z wypowiedzi mieszkańców wynika, że przynajmniej niektórzy zaczęli zdawać sobie sprawę, że ich problemy są niekiedy nieporównywalne z tymi, które dotykają żyjących w sąsiedniej dzielnicy. Wpływa to na ustalanie listy priorytetów zgodnie z faktycznymi potrzebami. Tak więc z jednej strony pozbyto się bezcelowych dyskusji na abstrakcyjne tematy i przełożono je na konkretne postanowienia. Z drugiej zaś, mieszkańcy mogą podejmować decyzje dotyczące nie tylko kanalizacji czy budowy dróg w najbliższym sąsiedztwie, ale także brać udział w konstruowaniu planów rozwoju miasta jako całości.

Wszystkie zgromadzenia są jawne i otwarte, każdy ma prawo do wyrażenia swojego zdania oraz głosowania (to ostatnie dotyczy oczywiście tylko zarejestrowanych w danym okręgu). Szeroki udział społeczny jest niezbędny dla prawidłowego funkcjonowania systemu, ale też dopiero właściwe jego funkcjonowanie zapewnia uczestnictwo na odpowiednio wysokim poziomie. Najtrudniej było na początku lat 90., gdy łącznie w procesie brało udział 12 tys. osób, a więc 1% wszystkich mieszkańców. Liczba obywateli uczestniczących w procesach ulegała jednak systematycznemu wzrostowi (o kilkadziesiąt tysięcy rocznie) i w latach 2000–2004 wszystkie oficjalne i nieoficjalne zebrania gromadziły już od 150 do 200 tys. osób.

Poziom partycypacji jest odzwierciedleniem nierówności społecznych, ale w sposób odwrotny do stereotypowych wyobrażeń. Ludzie biedniejsi i gorzej wykształceni częściej uczestniczą w zebraniach. Szczególnie licznie reprezentowane są kobiety i osoby młode oraz mniejszości etniczne. Odniesiono sukces we włączeniu do procesu grup wcześniej wykluczonych ekonomicznie i politycznie. Niezbyt zainteresowani są natomiast ludzie należący do najbogatszych grup społecznych. Klasa średnia również uczestniczy w mniejszym stopniu. Należy pamiętać, że grupy tradycyjnie wykluczone muszą brać udział w tym procesie – jest to oznaka zmiany obowiązujących zasad. Z drugiej strony, ważne są przede wszystkim rezultaty, a decyzje powinna podejmować możliwie najszersza część społeczeństwa. Okazuje się, że mimo iż generalnie ludzi wcale nie jest tak trudno nakłonić do aktywnego uczestnictwa w debatowaniu i podejmowaniu decyzji, niektóre grupy społeczne nie zostały jeszcze do tego przekonane.

System funkcjonujący w Porto Alegre jest krytykowany przez różne środowiska. Najbardziej konstruktywne zarzuty pojawiają się ze strony naukowców. Według niektórych, system funkcjonuje jedynie na zasadzie kontrastu wobec poprzedniego, jako eksperyment, a jego przyszłość – w warunkach stabilizacji politycznej i gospodarczej – jest niepewna. Argumentują oni, że udział ludności może się znacznie zmniejszyć i doprowadzi to do powstania ustroju, który może być mniej efektywny niż w punkcie wyjścia. Kolejny zarzut dotyczy faktu, że członkowie wspólnot skupiają się na strategii krótkoterminowej, nie tworząc jednocześnie długofalowej wizji miasta.

Poza tym, według niektórych, system niesie ze sobą potencjalne zagrożenia. Nie eliminuje możliwości wyłonienia się swego rodzaju elity wśród delegatów wybranych na zgromadzeniach. Dzięki wiedzy oraz umiejętnościom zdobywają oni przewagę, która – przy wzrastającym skomplikowaniu procedur – stawia ich na uprzywilejowanej pozycji. Pojawiały się zarzuty, że niektórzy z przedstawicieli tworzyli ekskluzywną grupę (określaną jako panelinha dos conselheiros). Takie praktyki mogą prowadzić do powrotu systemu przedstawicielskiego.

Warto jednak pamiętać, że – nawet zgadzając się z tymi argumentami – system wygląda korzystnie w porównaniu z tradycyjną demokracją przedstawicielską. Najwięcej krytyki pochodziło od elit politycznych i biznesowych, które od początku stały na stanowisku, iż stworzony system to „rząd dla ubogich”, a programy skupiają się jedynie na transferze kompetencji i funduszy między grupami społecznymi. Sam fakt szerokiej partycypacji miał według nich służyć jako parawan dla zapewnienia legitymacji procesu, a nadreprezentacja ludzi biedniejszych – oznaczać, że jest to jedynie przesunięcie „decyzyjności” na inną grupę społeczną. W praktyce miałaby to być redystrybucja kapitału od najbogatszych do najbiedniejszych. Początkowo także spora część klasy średniej była przeciwna nowemu systemowi, jak i samej Partii Pracujących. Uznała jednak efektywny sposób rządzenia i ostatecznie krytyka z jej strony została stonowana.

Główne zarzuty, jakie możemy usłyszeć z lewej strony sceny politycznej, dotyczą przede wszystkim genezy powstania oraz zbyt małego stopnia zaawansowania procesu. Pierwszy zarzut odnosi się do faktu, że to nie samo społeczeństwo zorganizowało się, tworząc nową jakość, lecz powstała ona w wyniku współpracy organizacji społecznych z władzami lokalnymi. Jest to więc sojusz państwa ze społeczeństwem obywatelskim i jako taki jest nie do przyjęcia dla niektórych bardziej radykalnych przedstawicieli lewicy. Krytykowany jest fakt, że wybory ludności koncentrują się na określaniu mniejszego zła, zaś działalność organizacji społecznych polega przede wszystkim na obronie własnych interesów.

Wydaje się jednak, że ogólna ocena systemu powinna być pozytywna, choćby dzięki zwróceniu uwagi na najbiedniejszych, poprawie warunków ich życia i lepszemu zaspokajania potrzeb ludności. Od początku zajęto się priorytetami, a więc budową ulic i chodników, zarządzaniem gospodarką odpadami, zapewnieniem usług sanitarnych, poprawą warunków mieszkaniowych (dotyczącą głównie relokacji rodzin mieszkających w slumsach) oraz edukacją, zwłaszcza podstawową. Poprawiła się jakość życia najbiedniejszych, a także klasy średniej. Dotyczy to zarówno podstawowych usług, jak i kultury. W ciągu 10 lat podwoiła się liczba dzieci w szkołach publicznych. Biedne dzielnice w centrum miasta zostały zintegrowane z miejską infrastrukturą, a nie – jak to zazwyczaj ma miejsce w Brazylii – zepchnięte poza centrum życia gospodarczego i kulturalnego. System pozwalał mieszkańcom na więcej niż tylko decydowanie o wydatkach z budżetu. Umożliwiał prowadzenie swego rodzaju negocjacji z przedsiębiorcami. Przy budowaniu obiektu przez prywatną firmę mieszkańcy mogli postawić warunki, np. zażądać jednoczesnego wybudowania określonej ilości mieszkań dla okolicznej ludności. Wbrew obawom niektórych nie spowodowało to wstrzymania inwestycji w mieście, a inwestorzy musieli po prostu dostosować się do nowych reguł.

Mamy tu więc do czynienia ze swego rodzaju odwróceniem priorytetów: na pierwsze miejsce wysuwają się interesy najbardziej potrzebujących, zamiast grup tradycyjnie odnoszących największe korzyści, czyli najbogatszych i politycznie uprzywilejowanych. Nowe inwestycje ustalane są według listy kryteriów, która obejmuje istniejącą infrastrukturę, liczbę ludności, priorytety wybrane przez mieszkańców w dzielnicach oraz w całym mieście.

Za największe osiągnięcie uznać należy jednak przełamanie istniejącego schematu biurokratycznego i oligarchicznego oraz zastąpienie go nowym systemem redystrybucyjnym, budżetowym oraz rozwojem zaangażowania społecznego. Osoba reprezentująca mieszkańców miasta jest jedynie delegatem, związanym instrukcjami swoich wyborców i w każdej chwili może zostać odwołana. Zdecydowanie poprawiła się przejrzystość procesów. Inwestycje realizowane są tam, gdzie występują najbardziej palące potrzeby, a nie skupiają się jedynie w bogatych dzielnicach. Priorytet uzyskują te przedsięwzięcia, które są potrzebne, nawet gdy dotyczy to tak prozaicznych z punktu widzenia wielkiej polityki i biznesu kwestii, jak usługi sanitarne. Władze miasta nigdy nie były zainteresowane inwestycjami w coś, „czego nie widać”, natomiast mieszkańcy – jeśli tylko uważają to za palący problem – mogą przyznać takim inwestycjom pierwszeństwo. Mniejszą wagę przykłada się do tego, co najłatwiej jest dostrzec, a większą – do tego, co jest naprawdę potrzebne.

W ślad za Porto Alegre poszli inni. Przed rokiem 2004 w Brazylii było 120 miast z budżetem partycypacyjnym. Co prawda społeczności lokalne nie miały wpływu na rozdzielanie całości środków z budżetu, ale już sama liczba pozwala nam ujrzeć skalę zjawiska. Mechanizm ten został wprowadzony m.in. w Belo Horizonte, Belém, Recife, Santo André oraz mniejszych miejscowościach regionu Rio Grande do Sul. Wśród nich najbardziej rozwiniętym procesem budżetowania partycypacyjnego pochwalić się mogło Belo Horizonte. Różnice w porównaniu z Porto Alegre dotyczyły przede wszystkim stopnia zaawansowania omawianego procesu. Głównym powodem mogło być względne ubóstwo miasta oraz fakt, że elity ekonomiczne były tam bardziej konserwatywne. Mieszkańcy mieli do dyspozycji jedynie część budżetu, a same zebrania odbywały się co dwa lata. Głównym problemem w Belo Horizonte były nie tyle małe fundusze, co brak odpowiednich kadr. Proces jednak cały czas się rozwija, a sam system nie odbiega tak bardzo od tego z Porto Alegre. Większe problemy przeżywało Recife, w którym demokracja partycypacyjna działała niezbyt sprawnie. Komitety nadzorujące były tam słabe, a sam proces nie został wsparty przez władze. Te ostatnie w pewien sposób manipulowały instytucją budżetu partycypacyjnego, używając go do swoich celów. Wydaje się, że mieszkańcy nie mieli odpowiedniej siły, aby przeforsować swoje rozwiązania. Brakowało także odpowiednich działań ze strony rządzących. Klęska demokracji partycypacyjnej miała miejsce wszędzie tam, gdzie zabrakło dwóch niezbędnych warunków: woli politycznej oraz presji społeczeństwa, zwłaszcza w pierwszej fazie wprowadzania nowych reguł.

Należy pamiętać, że w większości brazylijskich miast budżet partycypacyjny jest tylko jednym z elementów systemu zarządzania. Władze municypalne pozostają najważniejszym czynnikiem, a także gwarancją, że uczestnictwo obywateli przyniesie korzystne rezultaty. To one organizują zebrania, dostarczają informacji i pilnują wykonania postanowień. Czasami używają instytucji demokracji partycypacyjnej do własnych celów. Są to przeważnie miasta o dużo mniejszej liczbie mieszkańców niż Porto Alegre. Teoretycznie instytucje demokracji bezpośredniej powinny tam działać sprawniej, w rzeczywistości jednak problemy z samym wprowadzeniem zmian są większe.

Wydaje się, że jak na razie jedynie w Porto Alegre system jest na tyle silny, że może bronić się sam, nawet w przypadku niechęci ze strony władz municypalnych. Warto tu jednak wspomnieć o Ipatindze, w której budżetowanie partycypacyjne z pewnością nie jest na najwyższym stopniu zaawansowania (obejmuje jedynie kilkanaście procent całości budżetu), ale wyróżnia się tym, że na dużą skalę wykorzystuje się tu Internet. Dotyczy to zarówno systemu głosowania wyborczego, jak i składania projektów online. Wprowadzono specjalne punkty z komputerami, gdzie przy pomocy przeszkolonego personelu mieszkańcy mogli zgłaszać swoje pomysły. Istnieje także możliwość pełnienia przez mieszkańców funkcji „agenta fiskalnego”. W takiej sytuacji otrzymują oni za pośrednictwem poczty elektronicznej informacje dotyczące określonych projektów na danym obszarze. Umożliwia im to przeprowadzanie kontroli. Każdy z użytkowników może też składać propozycje i sugestie, które zostają rozpatrzone przez odpowiednie organy. Żadne z brazylijskich miast nie wprowadziło narzędzi internetowych (szczególnie spersonalizowanych) na taką skalę, a najbardziej zaawansowane pod tym względem są Porto Alegre oraz Belo Horizonte. Najczęściej Internet służy jedynie powiadamianiu o spotkaniach oraz stanie prac budowlanych. Spowodowane jest to przede wszystkim faktem, że grupy społeczne, na których opiera się „ciężar partycypacji” mają utrudniony dostęp do sieci. Szerokie udostępnianie narzędzi internetowych nie jest więc priorytetem. Być może jest to jednak jeden z elementów skłonnych przekonać klasę średnią do większego zaangażowania w życie miasta.

System znany z Brazylii przeniesiono także na grunt europejski (funkcjonuje on m.in. w Sewilli, Berlinie czy Płocku). W Europie doświadczenie demokracji partycypacyjnej jest jednak nieco odmienne – w większości przypadków skupia się bowiem na dyskusjach toczonych między kandydatami zatwierdzonymi przez organy państwowe. Głównym celem angażowania obywateli w proces podejmowania decyzji wydają się być względy gospodarcze. Partycypacja zostaje zastąpiona konsultacją, co powoduje osłabienie potencjału tkwiącego w dobrze zorganizowanym społeczeństwie. Najważniejsza jest już nawet nie efektywność, ale rachunek ekonomiczny. Ten natomiast może świadczyć na niekorzyść demokracji uczestniczącej, zwłaszcza w początkowym okresie, kiedy wymagane są zmiany zasad dystrybucji środków finansowych.

Być może najbardziej istotny jest fakt, że w systemie brazylijskim inicjatywa wychodzi od obywateli, natomiast politycy muszą się wobec niej ustosunkować. Nie tylko usprawnia to społeczeństwo obywatelskie, ale także wymusza na politykach odniesienie się do postulatów społecznych, a często wyklucza de facto możliwość ich odrzucenia. Demokracja partycypacyjna zaostrza konflikty między grupami społecznymi i wprowadza podział między elitami i resztą społeczeństwa, mimo faktu, iż wynika ze swego rodzaju konsensusu. Należy przy tym pamiętać, że demokracja partycypacyjna nie jest odporna na kryzysy; taki wybuchł w Porto Alegre w 2004 r. Obywatele weszli w konflikt z zarządem miasta. W odpowiedzi na próbę likwidacji instytucji społecznych wybuchły protesty. Władze starały się sabotować zebrania i decyzje podjęte przez mieszkańców. Ograniczenie uprawnień zgromadzeń powszechnych w latach 2005–2006 zostało przez niektórych uznane za klęskę budżetu partycypacyjnego. Część uprawnień została przeniesiona na urzędników, a mieszkańcy mieli jedynie zaakceptować podjęte decyzje. Władze miejskie zamierzały włączyć do procesu decyzyjnego instytucje wcześniej pozostające poza nim, jak firmy prywatne, fundacje czy agencje stanowe i federalne. Spotkało się to z zarzutami o chęć sabotowania całego procesu. Nowa polityka przynajmniej w niektórych założeniach powracała do klasycznej demokracji: postawiono nacisk na stabilność finansową, powierzono usługi publiczne korporacjom, przyznano ulgi wielkim firmom. Mieszkańcy nie zaprzestali protestować przeciwko odebraniu im kompetencji, choć widać znaczny spadek udziału ludzi w zebraniach. Powstały niejako dwa konkurujące ze sobą ośrodki władzy. Przyszłość systemu Porto Alegre jest niepewna, choć nadal stanowi on przykład nie tylko zaangażowania obywatelskiego w procesy decyzyjne, ale także aktywnego podejścia do problemów społecznych, ekologicznych i gospodarczych.

Porto Alegre jest dowodem na to, że wprowadzenie instytucji budżetu partycypacyjnego oraz elementów demokracji uczestniczącej zwiększa przejrzystość procedur oraz efektywność wprowadzanych w życie projektów i zmian. Ludzie zyskują świadomość, że mobilizacja oznacza polepszenie ich sytuacji mieszkaniowej, sanitarnej, dostępu do edukacji i kultury oraz poprawienie miejskiej estetyki. Obalony zostaje mit odrębności polityki (rozumianej jako dyskusji między „przedstawicielami” wyłonionymi w procesie elekcyjnym) i problemów codziennego życia. Uczestnictwo w podejmowaniu decyzji przekłada się bezpośrednio na poprawę najbardziej zaniedbanych dziedzin oraz modernizację najbiedniejszych dzielnic. Konsekwencje są znacznie bardziej doniosłe: niezaprzeczalny jest twórczy wpływ na proces kreacji społeczeństwa obywatelskiego. Mieszkańcy rozumieją zasady, na jakich funkcjonuje władza i buntują się, jeśli ktoś chce odebrać im zagwarantowane kompetencje.

Demokracja bezpośrednia bardzo często określana jest jako nieefektywna i niepraktyczna. Przykład Porto Alegre pokazuje, że jest wręcz przeciwnie – mieszkańcom zależy na szybkim rozwiązaniu dręczących ich problemów i są mniej skłonni do przedłużania dyskusji. W przeciwieństwie do „etatowych” polityków, skupiają się na konkretach i nie próbują kształtować swojego wizerunku kosztem skuteczności. Brazylijskie miasto stanowi dowód na to, że klasyczne teorie dotyczące nieadekwatności instytucji demokracji bezpośredniej do dużych grup są nieprawdziwe.

Paradoksalnie, krytyka systemu funkcjonującego w Porto Alegre płynąca z różnych źródeł może świadczyć o jego sile i nowatorstwie. Zarzuty ze strony oligarchii potwierdzają, że podjęte reformy faktycznie zmieniły stary porządek. Ataki ze strony radykalnej lewicy są natomiast dowodem na to, że system nie jest tylko idealistycznym marzeniem, ale urzeczywistnieniem konkretnych planów. Utopijne projekty zostały odsunięte i nie widać, żeby miały zostać wprowadzone w życie. Może to świadczyć o olbrzymim potencjale, jaki tkwi w demokracji partycypacyjnej.

Lokalna demokracja finansowa

Czego nauczyło nas Occupy Wall Street?

Najprościej na tytułowe pytanie można odpowiedzieć: wszystkiego. Occupy Wall Strett (OWS) w ciągu zaledwie kilku miesięcy, z inicjatywy skupionej wokół amerykańskiego centrum rynku kapitałowego przekształciło się w globalny ruch, zbiorczo określany jako Occupy Movement (OM). Jest to przykład dobrze zorganizowanego aktywizmu, który dla nas – pomimo różnic społecznych i kulturowych – może być ciekawą lekcją technik społecznej mobilizacji. Na początku 2012 r. popularny amerykański magazyn biznesowy „Fast Company” opublikował listę 50 najbardziej innowacyjnych firm na świecie. Na miejscu 7. listy znalazł się… Occupy Movement. W uzasadnieniu czytamy, że zaszczytne miejsce w pierwszej dziesiątce przypadło ruchowi, ponieważ uosabia wszystkie cechy charakteryzujące „szybką” firmę, a dokładniej – ponieważ jest przełomowy, przejrzysty, zaawansowany w dziedzinie technologii i designu, zarazem lokalny i globalny, zwinny i napędzany wartościami. Jakkolwiek dla ruchu walczącego z dominacją wielkiego biznesu wyróżnienie w gronie przedsiębiorstw może wydawać się kuriozalne, o tyle samo uzasadnienie doskonale charakteryzuje fenomen OM. Publicyści z całego świata zachwycają się jego estetyką i kulturotwórczym potencjałem – do tego stopnia, że jeden z profesorów prestiżowej uczelni biznesowej INSEAD nazwał ruch „dziełem sztuki”, uznając, iż OM jest dla społecznych aktywistów tym, czym Steve Jobs i produkty Apple dla fanów technologii. Zadaniem dzieła sztuki […] jest podważyć to, co uznajemy za pewnik. To właśnie robią okupujący. Główne założenia ruchu, jego estetyka życia i organizacji, stoją w wyraźnej opozycji do struktur organizacyjnych, które przywykliśmy uznawać za niezbędne. Spójrzcie na malutkie namioty stojące naprzeciw szklanych i stalowych drapaczy chmur; na zgromadzenia przeciwstawione korporacyjnej hierarchii i waszyngtońskiemu lobbingowi. Podobnie jak sztuka, ruch Occupy zrodził się z […] mieszanki cierpienia i pasji. Cierpienia z powodu nierówności i pasji dla […] takiej demokracji, w której liczą się głosy poszczególnych jednostek, a nie ich portfele1. Rolę OM docenił również magazyn „Time”, uznając Człowiekiem Roku… Protestującego, nawiązując tym jednocześnie do aktywistów tzw. Arabskiej Wiosny, protestujących z Grecji, Rosji i Hiszpanii, jak i zwolenników ruchu Occupy Wall Street. Za motyw przewodni wszystkich wymienionych ruchów magazyn uznał, podobnie jak wiele innych mediów, wykorzystanie nowoczesnych technologii, w tym mediów społecznościowych, jako narzędzia ułatwiającego i przyspieszającego społeczną mobilizację: największą zasługą Ameryki w rozszerzaniu wolności za granicą w XXI wieku jest nie narzucanie jej militarnie, ale wspieranie jej za pomocą technologii […]. Globalizacja zaś zrewanżowała się, przekształcając demokratyczne powstania w krajach rozwijających się w eksport inspiracji do bogatszej części świata – napisał Kurt Andersen w artykule uzasadniającym wybór Człowieka Roku2. Stymulowanie dyskusji ważnej z gospodarczego i społecznego punktu widzenia to chyba największa zasługa Occupy Wall Street. Choć nieprawdą jest, że ruch nie posiadał sprecyzowanego programu czy postulatów (taką wizję zjawiska propagowały w USA głównie media konserwatywne), to nie poświęcono im tyle uwagi, co samej formule protestu. Wywołanie szoku, jakim było masowe i dosłowne „wyjście na ulice” tysięcy niezadowolonych ludzi, jawnie przeciwstawiających się największym instytucjom Ameryki – centrum finansjery i centrum władzy, uruchomiło przełomową debatę na temat nierówności społecznych oraz konsekwencji obecnego modelu kapitalizmu. Zwłaszcza że protestujących szybko poparły liczne autorytety ze świata polityki i ekonomii, a nawet celebryci. Jakie mechanizmy ułatwiły popularyzację OM? W jaki sposób ruch ten, wywodzący się z problemów specyficznych głównie dla USA, zyskał międzynarodowy zasięg i poparcie?

Odpowiedni moment

Sukces OM nie byłby możliwy bez odpowiedniego gruntu. Krytyka kapitalizmu i wielkich instytucji finansowych narastała stopniowo od początku obecnego kryzysu ekonomicznego. Coś, co dotychczas było udziałem grupy alterglobalistów – krytyka międzynarodowych korporacji i podważanie słuszności zasad współczesnego kapitalizmu – stało się chlebem powszednim wielu ekonomistów, polityków i samych biznesmenów. Zanim OM skrystalizowało się w postaci ruchu o konkretnej nazwie i idei, głos w dyskusji zabierać zaczęli… sami twórcy krytykowanego systemu – pojawiła się zatem rysa, której, ze względu na prestiż wypowiadających się osób, nie dało się zignorować. W 2009 r. John C. Bogle, założyciel „The Vanguard Group” – jednego z pierwszych funduszy inwestycyjnych w Stanach Zjednoczonych, także twórca pierwszego funduszu indeksowego, a więc współtwórca współczesnego rynku kapitałowego – napisał w książce o znaczącym tytule „Dość. Prawdziwe miary bogactwa, biznesu i życia”: W naszym systemie finansowym skupiamy uwagę wyłącznie na zyskach, które mogą nam przynieść rynki finansowe, nie dostrzegając niebotycznych kosztów generowanych przez ten system […]. Za bardzo liczymy na to, co można porachować, a za mało na zaufanie – ufność pokładaną w innych i poczucie, że i my jesteśmy godni ich zaufania. […] Mamy za dużo „złota głupców” w postaci marketingu i sztuki sprzedaży, a nie dość prawdziwego złota w postaci idei odpowiedzialności i zasad troski o dobro klienta3. Bogle, w niezwykle szczery i otwarty sposób, precyzyjnie opisuje w książce wszystkie „grzechy” amerykańskiego rynku kapitałowego, wskazując na odejście od etycznych standardów w sferze zarządzania złożonymi instrumentami finansowymi. Piętnuje krótkowzroczność i nieodpowiedzialność zarządzających aktywami, nawołując do zwrócenia większej uwagi na wartości niż na zyski. Niewiele jest głosów tak poruszających, jak głos Johna Bogle’a – kogoś, kto nie tylko współtworzył podwaliny systemu, ale też jest doceniany w środowisku za swoje wybitne osiągnięcia w rozwijaniu instrumentów rynku kapitałowego. To nie jedyny autorytet z „wewnątrz” środowiska biznesu, który odważył się na konstruktywną samokrytykę. Kapitalizm znalazł się w potrzasku – napisali w marcu 2011 r. dwaj czołowi światowi eksperci ds. zarządzania, doradzający największym i najbardziej dochodowym korporacjom na świecie, Michael E. Porter oraz Robert M. Kramer. Porter, który jest m.in. profesorem Harvard Business School, to twórca jednych z najistotniejszych teorii w naukach o zarządzaniu – z jego koncepcji, dotyczących zasad budowania konkurencyjności i strategii, korzystają przedsiębiorstwa i rządy na całym świecie. W artykule zatytułowanym „Tworzenie wartości dla biznesu i społeczeństwa”4, który ukazał się na łamach prestiżowego „Harvard Business Review”, Porter i Kramer przekonywali korporacje, iż nadszedł czas, aby zmienić zasady tworzenia wartości tak, aby celem był już nie tyle sam zysk, lecz tzw. wartość ekonomiczno-społeczna, w skrócie określana jako CSV (Creating Shared Value). Jak to się stało, że nobliwi specjaliści od „maksymalizacji zysków” i magazyn czytany przez top menedżerów poświęcili tyle miejsca krytyce systemu, dzięki któremu się utrzymują? Wyjaśnienia dostarczyli sami autorzy: Od paru lat biznes coraz częściej jest postrzegany jako główna przyczyna problemów społecznych, ekologicznych i gospodarczych. Istnieje powszechne przekonanie, że firmy prosperują kosztem większych społeczności. Co gorsza, im więcej firm zaczyna przyswajać sobie ideę społecznej odpowiedzialności, tym bardziej obwinia się je o społeczne zaniedbania. Poparcie społeczeństw dla biznesu spadło do poziomów nienotowanych w najnowszej historii. Nadszarpnięte zaufanie do korporacji skłania przywódców politycznych do wprowadzania rozwiązań osłabiających konkurencyjność i hamujących wzrost gospodarczy. Strach przed interwencją państwa i nadmierną – zdaniem przedsiębiorców – regulacją od dawna był motorem dla tworzenia koncepcji z obszaru tzw. społecznej odpowiedzialności biznesu. Faktem jest, że wiele państw istotnie zaostrzyło kontrolę rynku w ramach pokryzysowych środków naprawczych. W sytuacji, gdy krytyka kapitalizmu stała się powszechna, a dotychczasowe metody nadawania korporacjom „ludzkiej twarzy” okazały się niewystarczające i nieadekwatne, ekspertom od zarządzania nie pozostało nic innego, jak wyjść z propozycją nowej teorii – uratować w ten sposób swoje poprzednie tezy i… tym samym także swoje posady. Równie istotne, co głosy autorytetów od zarządzania, było aktywistyczne „przygotowanie”, jakie zagwarantowała fundacja Adbusters (Adbusters Media Foundation, wydająca magazyn o tej samej nazwie). Organizacja działająca od 1989 r., przy pomocy wyrazistych, chwytliwych haseł i współpracy z zaangażowanymi artystami, naukowcami i przedsiębiorcami od lat promuje działania na rzecz odejścia od nadmiernego konsumpcjonizmu i krytykuje amerykański kapitalizm, jak również podstawy neoklasycznej ekonomii. Przykładem ciekawej akcji w tej ostatniej sferze może być zainicjowany kilka lat temu program „Kick It Over”. Skierowany jest on do studentów ekonomii i ich nauczycieli, a polega na propagowaniu weryfikacji modelu nauczania przyjętego na uczelniach ekonomicznych, opartego na paradygmacie neoklasycznej szkoły chicagowskiej. W ramach projektu powstał manifest („Kick It Over Manifesto”), który studenci mogą wywieszać na swoich uczelniach, a także traktować jako punkt wyjścia do dyskusji na zajęciach. W manifeście czytamy: My, niżej podpisani, czynimy taki oto zarzut: wy, nauczyciele neoklasycznej ekonomii i absolwenci, dokonaliście gigantycznego oszustwa wobec świata. Twierdzicie, że zajmujecie się czystą nauką opartą na wzorach i regułach, podczas gdy wasza nauka jest nauką społeczną, z całą wrażliwością i niepewnością dla niej charakterystyczną. Oskarżamy was o udawanie kogoś, kim nie jesteście 5. To właśnie od akcji Adbusters rozpoczęła się oficjalna działalność ruchu Occupy Wall Street – po tekście zamieszczonym na stronie organizacji 13 lipca 2011 r. protestujący zaczęli gromadzić się w Nowym Jorku we wskazanym czasie. Czas na demokrację zamiast korpo-kracji […]. Zbierzmy w sobie odwagę, spakujmy nasze namioty i udajmy się na Wall Street 17 września w ramach zemsty.

Fundamenty buntu

Wszystkie wspomniane czynniki to jednak zjawiska wtórne. Ich istnienie ułatwiło przygotowanie gruntu pod ruch OM, jednak pierwotne przyczyny są inne. Za to, że tak wiele osób odnalazło się w hasłach głoszonych przez aktywistów koczujących w nowojorskim parku Zuccotti uważa się rosnące dysproporcje w dochodach zamożnych i ubogich, czyli pogłębiające się nierówności społeczne, które w USA są wyjątkowo duże – i niemal dwukrotnie większe niż w czołowych krajach Europy. Również trudny dostęp do systemów opieki zdrowotnej i edukacji – pozostających głównie w rękach prywatnego biznesu – stanowi gigantyczną barierę w podnoszeniu standardów życia. Ponadto w kraju, gdzie panuje mit, wedle którego dorobić może się każdy, jeśli odpowiednio ciężko na to pracuje i wykorzysta nadarzające się szanse, niezrozumiałe jest, dlaczego dochody pewnych grup – szefów dużych firm i banków – wzrastają nierównomiernie do zarobków innych6. I choć nierówności w innych krajach, w których „odtworzono” Occupy Movement w lokalnych wersjach, nie są tak znaczne jak w Stanach Zjednoczonych, uniwersalność haseł OM wystarczyła, aby uruchomić mechanizmy protestu. Chwytliwe okazało się hasło „We are the 99%” – To my jesteśmy 99 procentami – odzwierciedlające statystyki nierówności w USA (1% Amerykanów ma dochody równe osiąganym przez pozostałe 99% obywateli), a zarazem bardzo uniwersalne. Choć te hasła Occupy Movement, które zostały nagłośnione w mediach, mogą wydawać się bardzo ogólnikowe, to ruch posiada również bardziej sprecyzowane postulaty programowe. Pierwsze reakcje mediów, głównie konserwatywnych, w USA na pojawienie się namiotów w okolicy Wall Street były powierzchowne – koncentrowano się głównie na wyglądzie i zachowaniu co bardziej spektakularnych protestujących, ruch określano jako chaotyczny i nieskoordynowany, a także pozbawiony wyraźnej warstwy ideologicznej. Postulaty manifestantów ginęły w sztucznie kreowanym obrazie „zgromadzenia niedojrzałych awanturników”. W rzeczywistości ruch nie miał formuły anarchistycznej. Ciałem „zarządzającym” było Ogólne Zgromadzenie Miasta Nowy Jork – z jego inicjatywy ruch przyjął deklarację, zawierającą klarowne wyjaśnienie przyczyn protestu i bazowe postulaty (Deklaracja Okupacji Miasta Nowy Jork z dnia 29 września 2011 r.). Deklaracja krytykuje m.in. takie praktyki, jak: dokonywanie eksmisji w wyniku braku spłaty kredytu i nielegalne przejmowanie hipotek, wspieranie przez rząd USA instytucji finansowych, wypłacanie niebotycznych premii szefom korporacji, nieprzestrzeganie praw pracowniczych i praw człowieka przez korporacje zatrudniające ludzi w krajach rozwijających się, sponsorowanie polityków przez lobbystów korporacji, patentowanie ważnych ze społecznego punktu widzenia osiągnięć naukowych (np. leków), prowadzenie działań wojennych w imię „demokracji” w innych krajach itd. Deklaracja jest zatem wyrazem ostatecznego protestu, bez wskazania konkretnych rozwiązań zasygnalizowanych w niej problemów. Brak uszczegółowionych postulatów był w tym przypadku zamierzony. Część osób związanych z ruchem uważała, że podstawowa deklaracja wystarczy, argumentując, iż „postulaty zakładają stawianie jakichś warunków [w domyśle: których spełnienie odbędzie się w określonym czasie], a my nigdy nie ustaniemy”. Ta strategia tylko z pozoru może wydawać się nieprzemyślana. Jeśli jednak spojrzymy na efekty działania OWS – rozpoczęcie ogólnonarodowej debaty dotyczącej najważniejszych problemów społecznych i gospodarczych w USA oraz uruchomienie szeregu ważnych dyskusji w Europie i na świecie – widać, że już samo wskazanie konkretnych problemów, być może wcześniej nieakcentowanych tak silnie i niedostrzeganych przez opinię publiczną, doprowadziło do ważnej zmiany. To właśnie te – uniwersalne, a przez niektórych określane jako „ogólnikowe” – hasła zaskarbiły OWS tylu zwolenników. W komentarzach pod jednym z artykułów opisujących wydarzenia na Wall Street, anonimowy internauta napisał coś, pod czym podpisać mógłby się prawie każdy: Nie jestem aktywistą i nie koczuję wraz z protestującymi na Wall Street, ale czuję, że są mi bliscy, bo podobnie jak ja i wielu Amerykanów wyczuwają, że coś jest nie tak z naszym systemem. Pojawianie się ruchu Occupy Wall Street i jego szybka, międzynarodowa ekspansja zmusiły praktycznie wszystkich liczących się liderów politycznych i gospodarczych do ustosunkowania się wobec problemów sygnalizowanych przez OWS. Opinie, jak zwykle w takich sytuacjach, były podzielone, przy czym zdecydowana większość głosów (nie licząc Republikanów i konserwatystów, tradycyjnie nastawionych negatywnie do tego rodzaju ruchów) wyrażała jeśli nie poparcie, to choćby zrozumienie dla haseł protestujących. Nawet Barack Obama w oficjalnym przemówieniu wyraził szacunek dla protestujących i uznał, że przedstawiciele ruchu wyrażają frustrację znacznej części narodu. Jest ona naturalną konsekwencją kryzysu oraz poczucia, że państwo nie zapewnia dostatecznej ochrony swoim obywatelom. Sami przedstawiciele finansjery z Wall Street okazywali mieszane reakcje – od entuzjazmu wobec ruchu i chęci dialogu, wyrażonej przez CEO Citigroup, Vikrama Pandita, do konwencjonalnych, neoliberalnych poglądów, wyrażanych m.in. przez burmistrza Nowego Jorku, Michaela Bloomberga. Ten ostatni straszył, że jeśli ludzie, którzy zatrudnieni są w sektorze finansów, który stanowi ogromną część naszej gospodarki, odejdą, nie będziemy mieli z czego płacić pracownikom zatrudnianym przez miasto ani za co sprzątać parków. Sceptycyzm wobec Occupy Movement zachował również Tony Blair (Ci, którzy krzyczą najgłośniej to niekoniecznie zawsze ci, którzy najbardziej zasługują na wysłuchanie), choć już John Vincent Cable, minister biznesu Wielkiej Brytanii, wyraził się o ruchu w sposób bardziej pozytywny: Mam sympatię dla odczuć, które za nimi stoją. Niektóre z ich postulatów nie są beznadziejne, ale nie o to chodzi. Sądzę, że [ruch] odzwierciedla poczucie, że niewielka grupa ludzi doskonale sobie radziła w czasie kryzysu, często niezasłużenie, podczas gdy spora grupa tych, którzy w żaden sposób się do kryzysu nie przyczynili, w tym samym czasie straciła. Debata zapoczątkowana przez OWS toczy się do dzisiaj – w mediach, w wypowiedziach polityków, w analizach socjologów. Ruch nadal działa, choć już w mniej radykalnej formie. Nie okupuje ulic, ale w coraz większym stopniu okupuje umysły.

Technologie i ludzie

Rola nowych mediów, szczególnie portali społecznościowych w popularyzacji haseł ruchu Occupy Wall Street jest nie do przecenienia, choć należy z dystansem podchodzić do opinii uznających jedynie to narzędzie za klucz do sukcesu aktywistów. Jak zauważył wspomniany Kurt Andersen: Media społecznościowe i smartfony nie zastąpiły więzi społecznych i bezpośrednich kontaktów, ale ułatwiły je i pomogły je w szybkim tempie zmienić, umożliwiając protestującym bardziej zwinną mobilizację oraz efektywne komunikowanie się między sobą i ze światem. W przypadku Occupy Wall Street dostępna technologia została zastosowana z pewnością w sposób maksymalnie efektywny. Pierwszy sygnał pochodzący ze strony Adbusters, dający znak do rozpoczęcia okupacji w ustalonym terminie, rozprzestrzenił się błyskawicznie za pomocą Twittera. Occupy Wall Street zaistniało wkrótce w serwisie Facebook, aby ze swojego fanpage’u prowadzić dalsze działania nawołujące do przyłączenia się do protestu. Niedługo potem z tych samych narzędzi skorzystały pojawiające się lokalne odłamy w innych miastach Ameryki, a za nimi także w innych krajach. Ruch stworzył również własną stronę, filmowe relacje z okupowanych terenów można było oglądać na żywo w streamingu, dzięki czemu informacje o tym, co dzieje się na miejscu, docierały w czasie rzeczywistym, a sieci społecznościowe umożliwiły kontaktowanie się członków ruchu w każdym miejscu i czasie. Sama technologia nie byłaby niczym szczególnym, gdyby nie ludzie, którzy ją zastosowali i skorzystali z niej w odpowiednim czasie. Szczególnie ważne w przypadku OWS jest nazwisko Tima Poola – młodego aktywisty i reportera, który przy pomocy kamery i serwisu umożliwiającego streaming (Ustream) relacjonował wydarzenia na Wall Street od początku akcji. Pool z zaangażowaniem filmował okupację, niekiedy nawet przez 20 godzin dziennie. Sfilmowane przez niego pierwsze godziny funkcjonowania okupacji obejrzało na bieżąco ponad 20 tys. osób i 250 tys. indywidualnych użytkowników w ciągu pierwszego dnia, a jego materiał retransmitowały liczne serwisy informacyjne. Dziś, po upływie pewnego czasu, przedstawiciele ruchu myślą już o bardziej zaawansowanej technologii – ogłosili nawet plany stworzenia alternatywnego serwisu społecznościowego, takiego, który umożliwiłby kontakt jedynie między zaufanymi użytkownikami i zmniejszył niebezpieczeństwo demaskowania planowanych działań przez media i osoby działające przeciwko ruchowi. Postulowana w deklaracji niechęć wobec kontroli i nieszanowania prywatności jednostek znajduje zatem odzwierciedlenie w planowanych modyfikacjach narzędzi.

Iść za ciosem

Każdy ruch społeczny po fazie wzmożonej aktywności, która w przypadku OM przypadła na końcówkę 2011 r., staje przed pytaniem o przyszłość – czy i jak kontynuować działania? Jak wykorzystać potencjał i zmobilizowane społeczeństwo? W przypadku Occupy Wall Street sprawa wygląda całkiem nieźle. Jak zauważył jeden z amerykańskich publicystów, nie ma nic złego w tym, jeśli dany ruch chce zmieniać system i robi to wszystkimi sposobami – także „od wewnątrz”. Tak też zaczyna działać OWS. Kilka tygodni temu część OM o nazwie Occupy The SEC (U.S. Securities and Exchange Commission) przedstawiła 325-stronicowy dokument: list zawierający konkretne, merytorycznie klarowne i doskonale opracowane propozycje reform, które mogą usprawnić działania systemu finansowego w Stanach. Tak wysublimowanego i zaawansowanego działania nikt się po OWS nie spodziewał, jednak propozycje przedstawione przez ten szczególny odłam ruchu zostały uznane za całkowicie zgodne z „zasadami sztuki”. O poparcie ruchu walczą demokratyczne frakcje polityczne, zwłaszcza środowisko związane z Obamą, póki co jednak OWS konsekwentnie trzyma się z dala od polityki.

Natalia Ćwik

Przypisy:

  1. G. Petriglieri, Occupy Wall Street is not a machine. It’s a work of art, INSEAD Knowledge 2012, http://knowledge.insead.edu/INSEAD-knowledge-occupy-wall-street-111216.cfm
  2. K. Andersen, The Protester, „Time”, 14.12.2011 r.
  3. J. C. Bogle, Dość. Prawdziwe miary bogactwa, biznesu i życia, PTE 2009, ss. 24–25.
  4. M.E. Porter, R.M. Kramer, Tworzenie wartości dla biznesu i społeczeństwa, „Harvard Business Review Polska”, maj 2011 (tekst oryginalny ukazał się w anglojęzycznej wersji magazynu w marcu 2011).
  5. http://kickitover.org/download/23/kick-it-over-manifesto
  6. Zob. T. Zalewski, Koniec mitu pucybuta, „Polityka”, nr 8, 2012.
Lokalna demokracja finansowa

Skazani na śmierć

Poniższy tekst to relacja z serii przegranych strajków pracowników firmy Investpro, które miały miejsce na budowie Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni Redłowie od stycznia do kwietnia 2012 r. oraz strajku głodowego tychże pracowników, przeprowadzonego w Urzędzie Miasta Gdynia od 23 do 26 kwietnia br. Autorzy tego dokumentu uczestniczyli w strajku; Bogusława Spodzieję wybrano jego przedstawicielem.

Istnienie jest darem. Fundamentalnym obowiązkiem człowieka jest zachowanie tego daru i obrona przed unicestwieniem. Nie sprzyjać życiu jest złem, zaniechać obrony jest winą. Historia ludzkości rozgrywająca się w przestrzeni być albo nie być jest pamięcią doświadczenia organizowania się wspólnot w systemy zapewniające przetrwanie lub zgubę. To, co przetrwało jako moralna powinność, jest pamięcią duchowych przezwyciężeń wyrytych na kamiennych tablicach czczonych w świątyniach, wokół których zorganizowały się i ukonstytuowały wspólnoty.

Pokłosiem tych przezwyciężeń są trzy systemy, które w różnym stopniu pozwalają zapewnić przetrwanie wspólnocie lub tylko poszczególnym jednostkom:

  1. solidarny – realizowany przez dopełnianie się członków wspólnoty pod jakimś ważnym dla nich względem przy wytwarzaniu wspólnego dobra, obowiązuje w nim wymiana dóbr i ochrona najsłabszych jednostek w ramach wspólnoty oraz wyjście do innych wspólnot z własnymi dobrami jako ofertą współpracy (przykładem takiego systemu w czystej postaci jest „Solidarność” lat 1980–1981),
  2. łupieżczy – realizowany przez zbrojne napaści na inne wspólnoty (m.in. Hunowie, Wandalowie),
  3. liberalny – realizowany jako skrajny indywidualizm promujący ograbianie słabszych przez silniejszych w ramach tej samej wspólnoty (np. wszystkie formy liberalizmu w wersji laissez faire, neoliberalizmu, globalnego neokolonializmu).

Neofeudalizm jako patologia

Neoliberalny system wolnorynkowy III RP jest realizacją trzeciego z wymienionych systemów. To, co nazwano pierestrojką lub transformacją, było przejściem od gospodarki opartej na ogólnospołecznej własności najważniejszych środków produkcji do gospodarki, której właścicielami stały się nieliczne jednostki. Władza pod pozorem bycia właścicielem całej gospodarki stała się seniorem nadającym (po „rynkowych” cenach) beneficja „możnym i zasłużonym”. Kryterium przyznawania statusu beneficjenta przekształceń własnościowych jest nieznane. Społeczeństwo pozbawione zasobów, zostało sprywatyzowane jako tania siła robocza, podlegająca bezwzględnej eksploatacji, pracy na poły niewolniczej, bez prawa głosu we własnej sprawie, zastraszone wizją masowego bezrobocia. Państwo zrzekło się funkcji gwaranta rzetelności i dotrzymywania umów, zwłaszcza umów o pracę. Ustrój Polski od tego czasu jest zmodyfikowaną kopią średniowiecznego feudalizmu.

Rozliczne przykłady patologicznego neofeudalizmu można znaleźć w budownictwie, gdzie zazwyczaj inwestorem jest państwo, samorząd lokalny lub jakaś korporacja. W Gdyni Redłowie miasto zainwestowało w przedsięwzięcie o nazwie Pomorski Park Naukowo-Technologiczny (PPNT). Część środków pochodziło z budżetu miasta, część z funduszy europejskich. Przetarg wygrała firma Warbud, która stała się generalnym wykonawcą. Z kolei Warbud ogłosił przetarg na wykonanie części przedsięwzięcia przez inny podmiot gospodarczy.

Zwycięsko z tej licytacji wyszła Abantia Polska. Jest to firma hiszpańska, z delegaturą na Polskę. W naszym kraju zatrudnia 50 pracowników, a jej głównym trzonem jest kadra inżynierska i pion obsługi prawnej. Abantia nie dysponuje żadnymi mocami wykonawczymi, za to znacznym kapitałem, który zapewnia wysoką pozycję w strukturze systemu, udział w dużych przetargach i wygrywanie ich przez obniżkę cen. Wykonawstwem prac zajmuje się podmiot prawno-gospodarczy, który z racji najniższej pozycji w strukturze podwykonawców, jest całkowicie zależny od Abantii. Ta ostatnia swoim lennikom jest w stanie narzucić dowolne ceny. W rezultacie najsłabsze podmioty gospodarcze w strukturze podwykonawców stoją też najniżej w strukturze płatności, za to są pierwsze rozliczane z wykonanej pracy, do czego zobowiązuje umowa i groźba kar umownych. Kary te są łakomym kąskiem i źródłem dochodów wasali wyżej stojących w hierarchii.

Oszustwo jako wymuszona obrona?

W Polsce zdaje się dominować powszechna akceptacja oszustwa jako zasady działania chroniącej przed skutkami opresyjności systemu, jako wymuszony sposób obejścia jego barier. Dotyczy to firm, czyli organizatorów pracy zatrudnianych ludzi, których wysiłek nakierowany jest na realizację wyznaczonego celu, a także realizujących ten cel, czyli pracowników najemnych.

Firma Investpro Sp. z o.o. (ul. Wały Piastowskie 1, Gdańsk) jest małym podmiotem gospodarczym walczącym o przetrwanie, polskim, dlatego bez zdolności kredytowych. Zatrudniała ok. 120 pracowników, rozproszonych na kilku budowach w Polsce. Niemal na każdej z tych budów Investpro jest lennikiem Abantii. Najczęstszą formą umowy praktykowaną w Investpro między firmą a pracownikami są umowy o dzieło, umowy „na twarz”, że się dogadamy, że jakoś to będzie. Niejasne powiązania Investpro z Abantią nie interesowały pracowników.

W Gdyni Redłowie na budowie PPNTpracowało 30–40 pracowników. Pracownicy wykonywali pracę, jednak pieniądze otrzymywali z wciąż wzrastającym poślizgiem. Wyjaśnień tej sytuacji za każdym razem słuchali z ust tego samego człowieka – rachmistrza Investpro, osoby o niejasnej funkcji w tej firmie – ni to szofera prezesa, ni gońca zarządu, ni menedżera. Powoływał się on na kłopoty z płatnościami, których przyczynę wskazywał we wrogich działaniach Abantii, dążącej – jego zdaniem – do zniszczenia Investpro. Przekonywał, że zarząd jego firmy całkowicie solidaryzuje się z interesami pracowników, że staje na głowie, aby wyłuskać te pieniądze, tylko płatnik jest trudny we współpracy. Przytaczał różne argumenty, które miały dowodzić tego stanowiska; opowiadał o sytuacji na innych budowach w kraju (na których również firma była lennikiem Abantii), gdzie – np. w Warszawie – pracownicy podjęli strajk w porozumieniu z prezesem Investpro, aby wydrzeć zaległe pieniądze opornemu płatnikowi. Mówiąc krótko, za winowajcę podawał Abantię, a siebie i zarząd za przyjaciół, stojących po tej samej stronie barykady.

Ekipa z Gdyni nie wiedziała o czymś, co przeczyło troskliwości zarządu o swoich pracowników. Otóż od października 2011 r. na budowie kompleksu hotelowego w Serocku firma przestała wypłacać pracownikom diety należne z tytułu pracy w delegacji, a w delegacji było ponad 20 osób. Podnieśli bunt, który ze swadą rozbił delegowany logistyk Investpro, oświadczając, że teraz jest demokracja i każdy może robić, co chce.

Pracownicy słuchali takich wyjaśnień od połowy stycznia, kiedy wypłaty zaczęły przychodzić już ze znacznym opóźnieniem i tylko w niewielkiej części, aż do połowy kwietnia, gdy sytuacja bytowa nieopłacanych ludzi zaczęła zagrażać ich życiu. Przez cały ten czas słyszeli zapewnienia, że pieniądze już zaraz się pojawią – jutro, za trzy dni, za tydzień, przed świętami itd. Ich zaufanie do rachmistrza malało z dnia na dzień, wiedzieli, że są to tylko słowa, których prawdziwości nie mogą sprawdzić. Zresztą treść tych wyjaśnień była z ich punktu widzenia mało istotna. Czynnikiem decydującym o dalszych posunięciach pracowników była ich sytuacja materialna – ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, odeszli szukać innej pracy, mimo świadomości, że rezygnując z pracy w Investpro, niemal na pewno rezygnują z pieniędzy, jakie im firma zalega. Zostali ludzie, którym warunki bytowe nie pozwalały na zrzeczenie się tych pieniędzy, a im dłużej tam pracowali, tym bardziej stawali się uzależnieni od firmy.

Sytuacja stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Kogoś wyrzucono z mieszkania z powodu braku pieniędzy na opłaty i teraz mieszka w samochodzie z żoną, która spodziewa się dziecka (ósmy miesiąc). Ktoś inny przestał posyłać dzieci do szkoły, gdyż nie miał na jedzenie dla nich, matki i siebie. Komuś grozi eksmisja z własnego mieszkania, które obciążone jest kredytem wziętym pod zastaw lokalu. Słowem, większość jest zdesperowana sytuacją i czuje, że do stracenia nie ma już nic, a do zyskania wiele.

Przez te trzy miesiące ludzie zdążyli się przekonać, że dwu-, trzydniowe strajki na terenie budowy są bezskuteczne (podobnie jak permanentny strajk włoski), że od rachmistrza niczego się nie dowiedzą, że zarząd gra w jakąś grę, której zasad nie chce zdradzić, a praca bez płacy jest korzystna dla wszystkich z wyjątkiem tych, którzy ją wykonują. Już wystarczająco przekonali się, że mogą liczyć tylko na siebie i że jeśli czegoś z tym nie zrobią, to skończą pod mostem. Było to tym bardziej prawdopodobne, że między wierszami dało się wyczytać, iż w najbliższym czasie firma Investpro może zniknąć z rejestru działających firm – i pojawić się pod innym szyldem. Jasne było, że jako nowo powstały twór prawny nie przejmie zobowiązań upadłej, prawnie nieistniejącej firmy. Pieniądze przepadną. Sytuacja była groźna.

Sygnał o możliwości zniknięcia Investpro z rejestru działających podmiotów gospodarczych sprowokował kilku pracowników do zorganizowania spotkania w niedzielę 22 kwietnia. W rezultacie doszli do wniosku, że ich położenie jest następstwem zła generowanego przez system, a obowiązkiem – obrona przed unicestwieniem. Było jasne, iż działają w warunkach wyższej konieczności, dlatego uznali, że wyjście poza mury, płoty i kontenery budowy PPNTjest warunkiem koniecznym skuteczności walki. Stwierdzili, że sytuacja w jakiej się znaleźli nie jest izolowanym przypadkiem, lecz problemem ogólnospołecznym, dotykającym coraz większą liczbę ludzi. Dlatego muszą wejść w przestrzeń publiczną i tam podjąć walkę ze strukturalnym złem systemu. Za pośrednictwem mediów powiadomią społeczeństwo o swojej walce i jej zasadach, że nie ma uczciwego życia bez uczciwej walki, wolności bez prawdy, pracy bez płacy.

Uznano, że o sytuacji nade wszystko należy powiadomić inwestora, czyli miasto. Powinno ono być zainteresowane sprawnym i terminowym wykonaniem inwestycji, co w tych okolicznościach było zagrożone. Niedopłacanie pracowników na budowie PPNTw Redłowie nie dotyczyło wyłącznie zatrudnionych w Investpro; wiedziano, że problem dotyczy także pracowników innych firm, tych z dołów w strukturze podwykonawców. Postanowiono, że od poniedziałku 23 kwietnia podjęty zostanie strajk, który obejmie wszystkich pracowników Investpro oraz że kilku ludzi podejmie protest głodowy w Urzędzie Miasta w Gdyni.

Telefonicznie powiadomiono pozostałych pracowników o pomyśle strajku i ustalono, iż następnego dnia wszyscy przyjdą do pracy o 6:10, czyli 50 minut przed planowanym przybyciem rachmistrza, którego wizyta miała na celu niedopuszczenie do strajku. Ekipa zjawiła się niemal w komplecie, aby wspólnie przeanalizować własne stanowisko, zanim rachmistrz postawi sprawy na głowie.

Groźba wariantu kryminalnego

Poniedziałek, 23.04.2012, godz. 6:10. Frekwencja bliska 100%. Jeden z pracowników relacjonuje treść niedzielnej narady o zagrożeniu i co w związku z tym zagrożeni powinni zrobić, i to natychmiast. Wybucha gwałtowna dyskusja, nikogo nie trzeba przekonywać o zagrożeniu, wszyscy czują się oszukani. Sytuacja niektórych jest rozpaczliwa.

Początkowe napięcie przekształca się w niszczycielską furię. Padają pomysły wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę, włącznie z rozbijaniem głów, łamaniem kości, wyważaniem drzwi, niszczeniem samochodów i wyposażenia biur zarządów firm. Których? Tych, które postrzegane są jako winne zaistniałej sytuacji. Reszta przestaje mieć znaczenie. To nic, że ten i ów pójdzie do więzienia – teraz ważny jest dach nad głową, choćby w więziennej celi z pryczą i miską ciepłego jedzenia.

Na poparcie tego rozwiązania pada argument o sytuacji z połowy 2011 r. na budowie Czterech Wież (Quattro Towers) w Gdańsku Wrzeszczu, gdzie Investpro także miało swoje interesy i swoich pracowników. Kilku ze strajkujących pracowało w minionym roku na tamtej budowie i było nieomal świadkami dramatycznego zdarzenia. Przypomnieli w czym rzecz. Otóż jedna z firm-podwykonawców od kilku miesięcy nie płaciła pracownikom. Ci pytali o pieniądze i na tym sprawa się kończyła. Do czasu.

Któregoś dnia jeden z poszkodowanych pracowników nieuczciwej firmy, w towarzystwie kilku ogromnych i potężnie zbudowanych mężczyzn, na siódmym piętrze jednej z wież odnalazł prezesa. Pracownik grzecznie zapytał prezesa: są pieniądze? Nie ma – usłyszał w odpowiedzi. Więcej pytań nie było. Prezes nie wyszedł z wieży o własnych siłach, co tylko częściowo było zgodne z intencjami tych, którzy rozmawiać już nie chcieli. Prezes miał wypaść z siódmego piętra przez otwór wykonany jego głową w potrójnie oszklonym oknie feralnego apartamentu, ale się nie zmieścił, natomiast czas naglił wszystkich bez wyjątku. W ciężkim stanie zabrała go karetka, na odchodnym pospiesznie uszkodzono jego samochód, później zjawiła się policja i słuch o sprawie zaginął. W każdym razie tyle o sprawie wiedzieli strajkujący w Redłowie.

Pomysł upadł. Uznano, że rabunek i rozbój na masową skalę, dokonywany w aurze prawa uzasadniającego takie postępowanie, cechuje III RP, że ta bandycka metoda działania przejęta przez strajkujących sprawi, iż będą mieli przeciw sobie aparat propagandowy państwa i komercyjnych mediów, czyli to, co zwie się opinią publiczną, policje jawne i tajne, różnego rodzaju intrygi ze strony układu biznesowo-politycznego.

Podobnie kryminalnej proweniencji był pomysł sparaliżowania budowy przez strajkujących poprzez ustawiczne odłączanie zasilania i tłumaczenie innym, dlaczego to robią. Jasne było, że mogli liczyć na milczące poparcie pracowników innych firm, zwłaszcza tych z dołu drabiny feudalnych zależności, którzy także cierpieli na permanentne zaleganie z należnościami za pracę. To skromne poparcie w sytuacji działania na zamkniętej budowie nie zneutralizowałoby siły aparatu państwa, który ma wyłączność na używanie przemocy wobec tych, którzy w jakiś sposób zagrażają czyjejś własności, interesom lub wolności. Opinia publiczna może i by poparła takie działania, ale nie będzie o nich poinformowana, a jeśli już, to nie przez strajkujących, tylko w formie zniekształconej przez tuby propagandowe władzy.

Ta argumentacja wystarczyła do odrzucenia i tej metody walki, oraz powrotu do dyskusji o metodach, które nie podważają wartości celu.

Wędrowny strajk

Jedna z osób stwierdziła, że skoro strajk został postanowiony, to podejmie głodówkę i skoro jest powszechne zrozumienie dla tej formy walki, oczekuje przyłączenia się kilku osób. Zgłaszają się cztery, czyli głodówkę rozpocznie pięć osób. Strajkujący postanawiają, że każdego następnego dnia do głodówki przystąpi jedna osoba. Pozostali mieli strajkować w miejscu protestu głodowego, czyli w Urzędzie Miasta Gdyni. Oczywistość zasady solidarności jako metody wspólnego działania sprawiła, że – bez patosu wzniosłych deklaracji – wszyscy stanęli murem w obronie każdego, co oznaczało, że strajk, w tym protest głodowy, będzie trwał do chwili, gdy do ostatniego grosza zostaną zwrócone pieniądze ostatniemu z poszkodowanych.

Pracownicy o swojej decyzji postanowili powiadomić zarząd Investpro, co też się stało. Prezes pojawił się w ciągu godziny. Większość ze strajkujących widziała go po raz pierwszy. Nie przywiózł pieniędzy, lecz deklaracje współczucia, zrozumienia i poparcia, choć uważał, że na tak radykalne kroki jest za wcześnie. Jasne, że pracownicy mogą czynić co chcą, ale nie wszystko, czego chcą, jest dobre i mądre. Zaproponował skoordynowanie działań zarządu z działaniami pracowników. On będzie rozmawiał z mediami, co pozwoli mu na naświetlenie sprawy we właściwej perspektywie. Najlepiej – zdaniem prezesa – będzie poczekać do maja, niech tylko minie długi weekend, ale dziś to o wiele za wcześnie. Jeden z pracowników, którego strajkujący uznali za reprezentanta, oznajmił, że rozwiązanie proponowane przez prezesa nie jest zadawalające. Co więcej, pracownicy podjęli decyzję o takiej, a nie innej formie strajku i sposobie jego przeprowadzenia, dlatego też nie będą pytali prezesa ani nikogo z wyżej stojących na drabinie płatników, czy, kiedy i jak mają się bronić. Kto jest winny zaistniałej sytuacji, to rzecz dla policji, prokuratury i sądu. Pewne, że nie płaci Investpro, co wystarczy, by zdania prezesa jako doradcy strajku nie brać pod uwagę.

Prezesowi zdawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, że jakoś sama się rozmyje. Wydaje się, że nie wierzył, iż robotnicy odważą się wyjść poza zasieki budowy i wkroczyć w przestrzeń publiczną, że pójdą do prezydenta miasta, ale zgodził się z tym, że faktycznie nie ma prawa ingerować w ich postanowienie i sposób jego realizacji. Przestrzegł tylko przed szkodliwością strajku przeniesionego w przestrzeń publiczną.

Wizytę prezesa uznano za nie wnoszącą nic do sprawy i przystąpiono do realizacji ustaleń. Najpierw piechotą do Urzędu Miasta Gdyni, wizyta u Prezydenta Wojciecha Szczurka, prezentacja problemu i metod jego rozstrzygnięcia. Co postanowiono, to zrobiono. Wcześniej o zaistniałej sytuacji zakomunikowano telewizji Trwam i Radiu Maryja. Prezydent Szczurek przyjął strajkujących. Poinformowano go też, że media zostały powiadomione o wizycie i zamierzeniach strajkujących. Prezydent natychmiast podjął działania przynależne inwestorowi, tj. przekazał problem pełnomocnikowi do spraw m.in. tej inwestycji.

Niebawem okazało się, że firma Investpro nie widnieje w wykazie podmiotów gospodarczych działających na terenie budowy Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Prezydent Szczurek stwierdził, że strajkujący są wolnymi ludźmi i jako tacy mogą czynić wszystko, co każe bronić im godności swojego istnienia.

W związku z wiadomością o prawnie niejasnej relacji między firmą Abantia Polska a Investpro, strajkujący postanowili udać się do Gdańska, gdzie znajduje się siedziba Abantii. Po dotarciu na miejsce natknęli się na rachmistrza Investpro, który stał się Rejtanem Abantii i bronił dostępu do jej drzwi. Rozmawiać nie było z kim, komentować nie było czego, więc strajkujący opuścili siedziby Abantii i Investpro ze stanowczym przyrzeczeniem rozpoczęcia właściwych działań od 7 : 00 rano następnego dnia. Otuchy strajkującym dodawał fakt, że pierwsze kontakty z mediami, konkretnie z telewizją Trwam i Radiem Maryja rokowały, iż nie przepadną w powszechnej zmowie milczenia wiodących mediów. Umówiono się na spotkanie o 7 : 00 rano następnego dnia na terenie budowy PPNTw celu pełnego porozumienia się z tymi z hydraulików, którzy co prawda byli przekonanymi o celowości strajku, ale obawiali się wyjścia z nim poza teren budowy. Część hydraulicznej braci oraz monterzy wentylacji w tej sprawie stanowili monolit.

Strajk stacjonarny i głodówka

Czy jest prawdą, że okazja każdego, zawsze i wszędzie czyni złodziejem, łamie międzyludzką solidarność i ducha? Czy świętość jest wyłącznie następstwem sprzyjających okoliczności? Na te pytania przyszło odpowiedzieć niektórym ze strajkujących niedługo po rozstaniu się ze wspominanym rachmistrzem Investpro. A było to tak:

Nie minęło pół godziny od spotkania pod siedzibą Abantii, gdy rachmistrz zadzwonił do osoby, co do której miał podejrzenie, iż jest jedną ze sprężyn strajku i zaproponował spotkanie w cztery oczy. Do spotkania doszło w Sopocie, ale nie w cztery oczy. Gdy rachmistrz nie wskórał nic, nie ustawał w dalszych próbach niedopuszczenia do przedostania się strajku na forum publiczne. Telefon do innego z wiodących sprawców strajku (jak przypuszczał rachmistrz), miał tegoż przekonać, że sprawa należnych mu pieniędzy zaczyna być finalizowana, że rano je dostanie co do grosza i już teraz nie musi się bać, że straci mieszkanie. Skoro dostanie pieniądze, to w tych okolicznościach jego udział w strajku jak bezzasadny.

Strajkujący rozmówca wściekł się nie na żarty: uznał, że rachmistrz usiłuje go przekupić, że jeśli nawet dostanie te pieniądze, to i tak solidaryzuje się z pozostałymi strajkującymi i razem z innymi będzie walczył do ostatniej należnej złotówki każdego z oszukanych. Tym rozmowa się skończyła. Okazja była wciąż aktualna, ale nie skusiła, nie złamała. Tu ujawnia się prawdziwość ludowego porzekadła, głoszącego, że nie ci święci, co zawsze zgięci. Wieczorem większość ze strajkujących wiedziała o tej rozmowie.

Wtorek 24.04.2012, godz. 7:00, budowa PPNT w Gdyni Redłowie. Wszyscy obecni. Rozmowy z hydraulikami nie przynoszą skutku. Część z nich postanawia kontynuować strajk na budowie, część przyłącza się do strajku w Urzędzie Miejskim w Gdyni. Już wcześniej ustalono, że lepsza grupa mniejsza, lecz zwarta i dobrze zorganizowana wokół celu i metod jego osiągnięcia, od dużej bez tej świadomości. W rezultacie wyszło na to, że mała grupa stanowi zdecydowaną większość strajkujących. Na budowie zostało kilku hydraulików. Pozostali przyłączyli się do marszu w stronę Urzędu Miasta Gdyni w celu powiadomienia prezydenta Szczurka o rozpoczęciu strajku i głodówki na terenie urzędu.

Urząd Miasta Gdyni, 8 : 00. Strajkujący powiadamiają sekretariat prezydenta o rozpoczęciu bezterminowego strajku, którego cele i metody od wczoraj znane są prezydentowi. Niedowierzanie urzędników, przemieszane ze zdumieniem i kto wie czym jeszcze, nie robiły wrażenia na strajkujących. Byli przygotowani na wrogie przyjęcie, na rozwiązania siłowe, na starcie ze służbami mundurowymi. Mieli ze sobą łańcuchy i kłódki, którymi zamierzali się przykuć do poręczy schodów i filarów wewnątrz budynku urzędu. Zdecydowali, że jeśli służby mundurowe poprzecinają łańcuchy, z samych siebie zrobią łańcuch i będzie trzeba ich rozrywać i wynosić jak kawałki wciąż żywego ciała. Gdy zostaną wyrzuceni, będą koczować na ulicy przed urzędem. Było bardzo ciężko, ale wiara w sens i słuszność tej walki dodawała im sił i na początek musiała wystarczyć. Nie było wesoło. Tymczasem spokojnie wyszli przed urząd, gdzie na białym prześcieradle czarną farbą wykonali szyld strajkujących: SKAZANI NA ŚMIERĆ, z dopiskiem u dołu wykonanym mniejszymi literami – Protest głodowy. Powiadomiono też telewizję Trwam i Radio Maryja o drugim dniu strajku i pierwszym dniu w Urzędzie Miasta i głodówce. Około 10 : 00 rano zjawiła się telewizja Trwam. Strajkujący opowiedzieli przed kamerami o strajku, jego celach i dlaczego za miejsce jego przeprowadzenia obrali Urząd Miasta. Powiedziano, że:

  • Pracodawca zalega z wypłatami za wykonaną pracę, w związku z czym zagrożone są podstawy egzystencji pracowników: wielu znalazło się w sytuacji zagrożenia bezdomnością, wielu stanęło wobec widma głodu, oddania dzieci do domów dziecka.
  • Problem, który stał się ich udziałem, nie jest izolowanym przypadkiem, lecz problemem systemu z genetycznie zakorzenioną w nim wrogością wobec człowieka, rodziny, społeczeństwa, kultury.
  • Urząd Miasta należy do wciąż jeszcze niesprywatyzowanej przestrzeni publicznej, stąd jest najwłaściwszym miejscem, gdzie powinno mówić się i rozstrzygać o ważkich problemach dotyczących każdego człowieka i wspólnoty, w której żyje. Stąd też łatwiej o kontakt z mediami, gdyż:
  • Media z definicji powinny pełnić społecznie ważną funkcję nośnika informacji o tym, co istotne z punktu widzenia tegoż społeczeństwa. Ten strajk i jego przyczyna są ważkie społecznie. Strajk w zakamarkach budowy otoczonej nieprzebytymi płotami, otoczonej paramilitarnymi jednostkami ochrony wynajętej przez przedsiębiorców, ma nikłe szanse powodzenia.
  • Adresatem strajku jest społeczeństwo, w którego mocy jest zmiana wrogiego mu systemu.
  • Rząd RP nie jest adresatem ani żądań, ani próśb o wsparcie czy mediację, z racji na to, że jest racją tego systemu.

Około godz. 9 : 00 prezydent Szczurek zaproponował strajkującym zajęcie jednego z pomieszczeń na terenie Urzędu Miasta, w którym ponad 20-osobowa grupa była w stanie bez problemu się pomieścić. Pracownice urzędu przyniosły kanapki dla niegłodujących i wodę mineralną dla wszystkich. Na ścianie umieszczono transparent informujący o strajku. Zaczynało się nieźle. Niebawem pewne zainteresowanie strajkiem zaczynały wykazywać różne osoby i instytucje. Wyraźnego i jednoznacznego poparcia strajkowi udzieliło Stowarzyszenie „Nasza Gdynia” i jej prezes Jacek Urban, który wspierał strajk do końca.

O godz. 12 : 00 w wiadomościach Radio Maryja poinformowało o strajku, czego następstwem były liczne wizyty ekip różnych stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych i codziennych gazet. Informacja o rozpoczętej walce poszła w świat zgodnie z intencjami strajkujących. Pojawiły się też akcje polegające na próbach skłonienia niektórych ze strajkujących do zawieszenia strajku, na przejęciu go przez jakiś związek zawodowy, najlepiej przez NSZZ„Solidarność”. Riposta strajkujących nie pozostawiała złudzeń. Odpowiedzieli, że nie interesuje ich oddanie się w opiekę tworowi, który jest częścią systemu generującemu biedę w Polsce. Wszak niektórzy z nich pamiętali, jak Lech Wałęsa, który był twarzą tego systemu, podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych (zanim został prezydentem) nawoływał wielki kapitał amerykański i zachodni do inwestowania w Polsce, gdyż „na biedzie i głupocie robi się najlepsze interesy”. Efekty realizacji tej zasady są dotkliwie odczuwane przez większość polskiego społeczeństwa. Podziękowali za takie wsparcie i więcej do sprawy nie wracali.

Problem jednak wrócił. Otóż jeden z prominentnych działaczy nowej „Solidarności” z Gdyni zadzwonił do reprezentanta strajkujących z informacją, że strajk jest nielegalny, że ta droga prowadzi strajkujących wprost do więzienia, ale jako że rozumie sytuację, to na wszelki wypadek proponuje wsparcie na polu prawnym. Reprezentant strajkujących stwierdził, że nie jest władny przyjąć ani odrzucić tej oferty, ale przekaże informację stosownemu gremium, które zastanowi się i da odpowiedź, jeśli uzna to za konieczne. Niebawem kilka osób zatrudnionych przez „Solidarność” skontaktowało się z przedstawicielem strajkujących i przekazało mu skargę na „Solidarność”, że jako jej pracownicy znajdują się w trudnej sytuacji i pracują pod ustawiczną presją redukcji etatów, a związek jako pracodawca pozostawia wiele do życzenia. Wniosek narzuca się sam: wsparcie strajku przez złego pracodawcę, zwłaszcza jeśli jest nim związek zawodowy, jest czymś absurdalnym.

Strajkujący jednak potrzebowali wsparcia ze strony prawnika, który dysponuje nie tylko stosownymi kwalifikacjami, ale i jest moralnie zaangażowany w problem. Pani Anna Kurska, emerytowana sędzia, była senator RP, była kimś takim. Bez wahania zgodziła się wesprzeć strajkujących.

W międzyczasie strajk nawiedziły ważne persony z Warbudu, generalnego wykonawcy PPNTw Redłowie. Wspierał ich pełnomocnik miasta ds. m.in. rzeczonej inwestycji. Wspólnie proponowali zawieszenie strajku w celu powołania wielostronnej międzyfirmowej komisji, która miałaby zbadać treść umów i obiegu pieniądza w ramach realizacji tych umów w zakresie dotyczącym roszczeń strajkujących. Pewni siebie panowie z Warbudu uważali, że wartość argumentów mierzy się siłą głosu, szybkością mówienia i apodyktycznym tonem. Błąd. Zapytano ich, czy są stroną strajku. Nie – odpowiedzieli – ale są przyjaciółmi strajkujących i chcą im pomóc w szybkim i skutecznym załatwieniu sprawy. „Strzeż nas Boże od przyjaciół; z wrogami sami sobie poradzimy” – odrzekł któryś ze strajkujących. Panowie z Warbudu i cichy pełnomocnik miasta zrezygnowali z dalszych przyjacielskich prób i przystali na propozycję strajkujących, że ci spośród siebie wybiorą trzech przedstawicieli i delegują do owej komisji.

Strajk trwał. Delegaci pojechali na budowę i wspólnie z inwestorem, Warbudem, Abantią i Investpro, zajęli się sprawdzaniem dokumentów. Wynik badań pierwszego dnia był następujący: inwestor i Warbud realizują umowy i płacą należności. Na niższym poziomie podwykonawców sprawa była daleka od wyjaśnienia. Gdy zmęczenie dało o sobie znać, przerwano badanie dokumentów i umówiono się na następny dzień, na godzinę 14 : 00. Delegaci wrócili do strajkujących z przesłaniem Warbudu, skierowanym do strajkujących, które zawierało deklarację przyjaznego pośredniczenia w pozytywnym załatwieniu sprawy na poziomie zainteresowanych firm, że gdy tylko nastąpi przełom, a ten już się wyraźnie rysuje, to Warbud natychmiast podzieli się tą dobrą wiadomością ze strajkującymi, co strajk uczyni bezprzedmiotowym i szczęśliwie go zakończy. Wszyscy zdali sobie sprawę, że to przesłanie jest kolejnym manewrem, który ma na celu co najmniej osłabienie strajku. Potwierdzono jeszcze raz, że strajk, w tym głodówka, zakończy się dopiero, gdy każdemu z poszkodowanych zostanie zwrócona jego należność. Wszelkie obietnice i deklaracje o bliskim finale uznano za pozbawione wartości.

Po godz. 18 : 00 Urząd Miasta w Gdyni przypominał oblężoną twierdzę: wszędzie widoczni byli potężnie zbudowani strażnicy miejscy. Strajkujący zgodnie z umową zawartą między nimi a prezydentem mieli prawo poruszać się w ściśle określonych rejonach urzędu, tj. w obrębie przydzielonej sali i toalety. Zapewniono im bezpieczeństwo i niemal komfort.

Środa 25.04.2012. Po niełatwej nocy na krzesłach i bez jedzenia, strajk ożył. Do głodówki przyłączyła się kolejna osoba, o czym poinformowano media. Od rana wszyscy czekali na dokumenty z Investpro, jakoby pozwalające na uruchomienie procedury wypłacania należności. Gruchnęła wieść, że strajk można albo zawiesić, albo zakończyć, gdyż dziś o 14:00 rachmistrz Investpro rozpocznie wypłacanie części należności, tj. 800 złotych każdemu. Reszta, czyli zaległe od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, jest kwestią najbliższej przyszłości. Zdaniem rachmistrza, sprawy idą dobrze. Zdaniem strajkujących, rzecz idzie we właściwym kierunku, ale w niewystarczającym stopniu: strajk będzie trwał mimo częściowego zwrócenia należności.

We wczesnych godzinach popołudniowych na strajku pojawiła się Anna Kurska. Jakieś dwie godziny później pojawił się rachmistrz Investpro z zadeklarowaną częścią gotówki. W świetle kamer zaczął płacić. Zażądano od niego umów, które powinna ocenić Anna Kurska. Niechętnie pokazano jej projekt dokumentu o nazwie „Umowa o dzieło”. Anna Kurska stwierdziła, że takie umowy można wydrukować sobie z Internetu, że to umowy śmieciowe, które nie pozostają w żadnym związku między stanem prawnym a faktycznym. Rachmistrz się spocił. Strajkujący postanowili nie podpisywać żadnych umów, zwłaszcza że ogromna większość z nich pracowała w Investpro w oparciu o umowę „na słowo”. Zadawali sobie pytanie, czy w kwietniu godzi się podpisywać umowy ze stycznia.

O 14:00 miała się rozpocząć kolejna tura badań dokumentów z udziałem delegatów strajkujących. W tej sprawie zaległa martwa cisza. Poza delegatami inni uczestnicy komisji nabrali wody w usta; nikt nic nie wiedział. Delegaci nie czekając na zaproszenie udali się na budowę PPNT. Tam okazało się, że żadnych komisji już nie będzie, że sprawa jest finalizowana na poziomie zarządów zainteresowanych firm. Które to „zarządy zainteresowanych firm” – tego nie udało się ustalić delegatom. Wrócili do urzędu z niczym. Sprawa była niejasna. Czyżby chciano coś ukryć?

W ciągu dnia strajkujący zorientowali się, że nawet jeśli strajk skończy się sukcesem, będzie to sukces połowiczny, gdyż albo Investpro wyrzuci ich z pracy, albo Investpro zostanie wyrzucone z budowy PPNT. Niezależnie od tego – odzyskają pieniądze czy nie – pracę tracą w każdym przypadku. Ta refleksja pozwoliła na uszczegółowienie żądania o te dni kwietnia, które przepracowano na budowie. Powiadomiono o tym rachmistrza Investpro. Ten, zgodnie ze swoim stylem, zaczął perorować, że w ten sposób strajk nigdy się nie skończy, że stracą na tym wszyscy, że już teraz powinien być zawieszony, że, że… „Spokojna głowa, wielu z różnych stron naciskało na nas, abyśmy strajk zawiesili, bo jeśli wszystko wskazuje na pozytywne rozwiązanie problemu, to po co strajkować. Ale nie zawiesimy strajku ani nie przeniesiemy go na budowę czy do jakiejś piwnicy z dala od mediów, gdyż to oznacza kapitulację. Nie ma wątpliwości co do tego, że się skończy. A skończy się albo z chwilą wypłacenia każdemu całej należności od stycznia do kwietnia, albo gdy zaczniemy umierać bez wiary w zwycięstwo. W odróżnieniu od pana stawiam sprawę jasno i uczciwie” – twardo odrzekł jeden ze strajkujących.

Rachmistrz i głodujący doskonale zdawali sobie sprawę, że gdy strajkujący ograniczą swe żądania do zwrotu zaległości w zakresie od stycznia do marca, to po ewentualnym sukcesie rozproszą się po domach, urzędach pracy czy po innych firmach i o pieniądze za kwiecień już nie zawalczą w zorganizowany sposób. Odzyskanie ich w pojedynkę będzie trudniejsze od znalezienia igły w stogu siana. Kalkulacja była prosta dla wszystkich. O uszczegółowieniu żądań powiadomiono media.

Czwartek 26.04.2012. Kolejna noc była łatwiejsza, głodujący przywykli do drzemek na niewygodnych krzesłach, głód przestał wybijać się na plan pierwszy, wiara w sensowność walki utrzymywała się na niezmiennie wysokim poziomie. Nagłośnienie w mediach wszczętej sprawy pozwalało stwierdzić, że metoda jest dobra. Do głodówki przyłączyła się siódma osoba. Jeśli nie liczyć kolejnych wizyt ekip telewizyjnych i reporterów (m.in. Polsatu, TVN, TVN24, Superstacji, Telewizji Gdańsk, Radia Gdańsk, „Dziennika Bałtyckiego”, „Gazety Wyborczej”, „Faktu” itp.), to strajk znalazł się w niejakiej próżni: w sprawie nie działo się nic. Delegaci nie byli w stanie od nikogo dowiedzieć się o losach dalszych badań nad prawnymi przyczynami zaistnienia faktycznego stanu rzeczy.

Pozostało czekać i głodować. Z punktu widzenia celu strajku, różne inicjatywy przybyłych dziennikarzy jawiły się jako szkodliwa gra pozorów, choć współczucie i szczerość niektórych z nich wobec dramatu, który przeżywali strajkujący, nie budziły wątpliwości – jak choćby ta reporterów Polsatu. Otóż chcieli oni zrealizować dokumentalny film o rodzinie mieszkającej w samochodzie i innych, co bardziej drastycznych przypadkach, o których wspomniano wcześniej. Taki pomysł nie rozwiązywał sprawy, gdyż naświetlał ją w perspektywie pojedynczych i przypadkowo poszkodowanych pracowników przez nie mniej pojedynczych i przypadkowo nieuczciwych przedsiębiorców. Tu chodziło o rozwiązanie systemowe, o solidarną wspólnotę strajkujących, która powinna się rozrastać, a nie o izolowany przypadek. Człowiek rozpatrywany w oderwaniu od zbiorowości, wyłącznie jako podmiot konkurujący z wszystkimi i pod każdym względem, jest teoretyczną fikcją, bezwolną marionetką ślepych sił narzuconego systemu, niebezpiecznym urojeniem zagrażającym wolności jednostki i suwerenności wspólnoty. Dopóki taka sytuacja trwa, dopóty żaden ze strajkujących nie może bezpiecznie wrócić do podnajętego mieszkania, do zapłakanej żony, głodnych dzieci i oświadczyć: oto pieniądze na chleb, na komorne, na bilety do szkoły i zeszyty. Resztę odłożymy na wakacje.

W godzinach południowych ważny człowiek z Warbudu w towarzystwie ważnego człowieka miasta obwieścili strajkującym, że pora kończyć głodówkę, że trzeba zwinąć transparent z tym drastycznym napisem i rozejść się do domów, jako że sprawa została pozytywnie rozstrzygnięta przez zarządy zainteresowanych firm. Pieniądze będą wypłacane w Banku PKO w Gdańsku. Strajkujący nie dali wiary tym zapewnieniom. Wiedzieli, że bieg jeszcze nieskończony, a przed metą nie biegnie się na oślep, gdyż pułapka może być tuż przed nią. Oświadczyli, że strajk skończy się po wypłaceniu każdemu wszystkiego od stycznia do kwietnia. Postanowiono sprawdzić prawdziwość oświadczeń o pieniądzach: czy są, czy dla każdego i czy wszystkie. Do banku wysłano kilka pierwszych osób, które miały poruszać się w zwartej i zorganizowanej grupie. Pozostali czekali w Urzędzie Miasta, stanowiąc widomy znak, że strajk trwa. Pieniędzy jednak wciąż nie było. Jak zwykle były jakieś problemy formalne, jakaś zła pieczątka, nie taki formularz, nie ten adres, nie to konto itd. Jednak około 15 : 00 ruszyło wypłacanie. Strajkujący wymieniali się i na zmianę jeździli do Gdańska; zawsze ktoś czuwał pod szyldem SKAZANI NA ŚMIERĆ.

Kto wypłacił zaległe należności? Abantia Polska – która na czas strajku odizolowała się od prasy, radia i telewizji i do swojej siedziby nie wpuszczała żadnych dziennikarzy, która za jedyny kontakt z mediami uznała listy pisane na papierze i wysłane pocztą (żadnych e-maili, faksów, dyktafonów, kamer, notatników) – wypłacała pracownikom Investpro należne im pieniądze za potwierdzeniem na piśmie, że pobierający nie rości żadnych pretensji wobec firmy Investpro. Dlaczego tak? Nie wiadomo. Pieniądze się zgadzały.

Strajk zakończono o 18 : 30. Wcześniej zrzucono się na bukiet wdzięczności dla Prezydenta Wojciecha Szczurka. Było to 21 czerwonych róż. Prezydent wyraził uznanie dla determinacji strajkujących, podziękował za wysoką kulturę uczestników strajku i życzył powodzenia.

Na koniec stwierdzono, że strajk zakończył się połowicznym sukcesem. Po pierwsze: odzyskano pieniądze, lecz stracono pracę – firma Investpro została wyrzucona z budowy. Po drugie: problem nie wyszedł poza partykularne opłotki firm uwikłanych w sprawę. Po trzecie: system skażony genetycznie zakorzenionym w nim złem nie drgnął o jotę, co przejawia się, po czwarte, w tym, że strajkujący pracownicy Investpro znaleźli się na indeksie osób, którym zabroniony jest wstęp na te budowy w Polsce, gdzie działa i będzie działała firma Warbud. Na wszystkich bramach budowy PPNTw Gdyni Redłowie umieszczono stosowną listę. Liczy ona ponad 60 osób. W stanie wojennym między innymi tak represjonowano ludzi niewygodnych dla systemu, który w zmodyfikowanej formie istnieje nadal.

Zwinięto transparent i opuszczono Urząd Miasta Gdyni. Głodujący coś zjedli. Od następnego dnia rozpoczęło się poszukiwanie pracy. Po kilku dniach poszukiwań stwierdzono, że każdy z potencjalnych pracodawców zaproponował takie same warunki, jak Investpro…

Lokalna demokracja finansowa

Dla dobra własnego

Gdy elity nawołują do troski o dobro wspólne, najwyższy czas stanąć po stronie „roszczeniowego tłumu”.

Idea dobra wspólnego, stanowiąca przez lata horyzont naszych działań, jest coraz częściej przywoływana przez obóz rządowy, liderów biznesu oraz media. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy jakaś grupa społeczna wyjątkowo stanowczo broni swoich interesów, np. w obliczu planowanych reform. Nie można myśleć wyłącznie o sobie, zamiast o budżecie państwa (innych grupach zawodowych, własnych wnukach itd.) – napominany jest wówczas naród za pośrednictwem telewizyjnych kursów dobra wspólnego.

Postulat samoograniczania się na rzecz wspólnoty jest szlachetny, jednak kiedy do zaciskania pasa grubi nawołują chudych, jest zwykłą hipokryzją, skrywającą dążenie do zachowania status quo. Przy tak silnym zaburzeniu równowagi między kapitałem a pracą oraz władzą a obywatelami, każda walka zwykłych ludzi o „przywileje” pracownicze czy socjalne jest jednocześnie walką o większą sprawę. Wszystko to banały, warto jednak o nich przypominać. W przeciwnym wypadku część społeczeństwa może dać sobie wmówić, że upominanie się o sprawiedliwość społeczną jest czymś wstydliwym.

Z kolei elitom warto prowokacyjnie przypominać, że jednoznaczne artykułowanie partykularnych interesów, które następnie „ucierają się” w ramach nieustającego renegocjowania umowy społecznej, jest jednym z fundamentalnych założeń liberalnej demokracji. A skoro tak, to walka „o swoje” – dobro własnej rodziny, grupy zawodowej czy regionu – nie powinna być piętnowana, lecz stawiana za wzór.

Nie chodzi rzecz jasna o to, by ograniczyć się do listy żądań, upodobniając się do karykatur kreślonych przez establishment. Obywatelska dojrzałość, bez której nie może istnieć sprawiedliwy model społeczno-gospodarczy, obejmuje nie tylko umiejętność formułowania swoich oczekiwań oraz obrony słusznych praw, ale także aktywne współtworzenie życia zbiorowego, w tym dbałość o dobro wspólne. W czasach, kiedy wróg co i rusz podbiera nam i przeinacza to ostatnie hasło, lepiej jednak maszerować pod bardziej bojowym sztandarem.

Michał Sobczyk

PS W imieniu wydawcy pragnę serdecznie przeprosić wszystkich Czytelników i Czytelniczki, a także Autorki i Autorów, że na niniejszy numer „Nowego Obywatela” przyszło im czekać tak długo. Kryzys finansowy i kadrowy, który w zeszłym roku dotknął Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, okazał się niestety mieć kilka długofalowych skutków.

Dziś mogę już powiedzieć, że zbiorowym wysiłkiem udało się ustabilizować sytuację organizacji, w związku z czym nasze kolejne spotkania będą mogły odbywać się regularnie. Wszystkim, którzy nie przestali w nas wierzyć – dziękuję.

Wielkość i małość „Solidarności”

Wielkość i małość „Solidarności”

Ta książka jest ankietą, przeprowadzoną z członkami Solidarności na temat przyczyn, które umożliwiły powstanie ruchu społecznego o takim znaczeniu, nieporównywalnego z tym, co wydarzyło się w roku 1956 – pisał w 1989 r. Alain Touraine we wstępie do pierwszego polskiego wydania książki „Solidarność. Analiza ruchu społecznego 1980-1981”. Jej współautorami są Jan Strzelecki, François Dubet i Michel Wieviorka. Kolejnego wydania doczekaliśmy się po ponad 20 latach, w zupełnie innych realiach.

Słowo „ankieta” może być mylące. Francuski socjolog proponuje bowiem jedną z najgłębszych analiz pierwszej „Solidarności” i swoistej „epoki” tego ruchu, krótkiej, lecz jakże brzemiennej wydarzeniami i konsekwencjami. We wprowadzeniu autor stawia następujące kwestie: Trzeba starać się wyjaśnić, dlaczego i w jaki sposób trzy porządki działania, związkowy, demokratyczny oraz narodowy, splatają się w Solidarności, czyniąc z niej to, co można nazwać totalnym ruchem społecznym, dążącym do przekształcenia wszystkich dziedzin życia społecznego. Druga, związana z nią, brzmi: czy Solidarność jest ruchem – zbiorowym zrywem […] czy też jest narzędziem rekonstrukcji całego społeczeństwa, jego instytucji, a nawet tych sił ekonomicznych i społecznych, które byłyby zdolne wejść z nim w konflikt? Trzecia wreszcie ukazuje, że „system” w zetknięciu z „Solidarnością” ukazuje swą inercję i słabość, przy równoczesnej agresywnej, konfliktogennej naturze.

Co istotne, książka Touraine powstała na kanwie badań socjologicznych działaczy szczebla zakładowego w ramach sześciu grup badawczych. Wszędzie wśród nich problemy dotyczące wolności politycznych, niepodległości, kierowania gospodarką czy sprawiedliwości społecznej były równie nieustanne obecne jak na obradach Komisji Krajowej Solidarności. Francuski badacz pokazuje w ten sposób, jak bardzo samorządne i oddolne były „solidarnościowe relacje społeczne” w latach 1980-81. Ruch wyrażał idee, wybory, zbiorową wolę.

Tu pojawia się kwestia ważna również obecnie. Książka godzi w dość silny w Polsce kompleks antyinteligencki. Pokazuje, że pierwsza „Solidarność”, jakkolwiek by nie oceniać dziś dawnych działaczy KOR, roli ekspertów czy zdrady etosu, która się dokonała później, miała silne, intelektualne zaplecze. Była swoistym sojuszem „ludzi pracy” z naukowcami, humanistami, intelektualistami i inteligencją techniczną. Równocześnie widać przez jej pryzmat, że inteligencki, w dużej mierze lewicowy etos był w czasach PRL silnie zakorzeniony w myśleniu i działaniu sporej części elit, że właściwie dopiero realia III RP przyniosły jego erozję. W tym sensie książka może stanowić znów punkt wyjścia do dyskusji nad zaprzepaszczonym dorobkiem i potencjałem intelektualnym ruchu. Bo to właśnie idee, obok masowości i konkretnych działań, stanowią ważną część dziedzictwa „Solidarności”.

Trzy pierwsze grupy badawcze powstały wiosną 1981 r. w Gdańsku, Katowicach, Warszawie, pozostałe jesienią w Szczecinie, Łodzi, Wrocławiu. Badania nie mogły pominąć dwu wielkich portów bałtyckich ani obu części Śląska, stanowiących najważniejsze ośrodki przemysłowe Polski. Łódź, jako stolica przemysłu tekstylnego i miejsce marszu głodowego w lecie 1981 r., interesowała nas ze względu na opinie licznie tu zatrudnionych kobiet. Warszawa narzucała się zarówno dlatego, że jednym z ośrodków, w których narodził się ruch, był zakład Ursus, jak i z uwagi na to, że region Mazowsze sam sytuował się na czele najbardziej radykalnego skrzydła Solidarności. W skład poszczególnych grup, obok autora publikacji, weszli m.in. Grażyna Gęsicka, Włodzimierz Pańków (dziś członek Rady Honorowej „Nowego Obywatela”), Ireneusz Krzemiński, Jan Strzelecki, Anna Kruczkowska, Paweł Kuczyński.

Pierwsza część książki, zatytułowana „Ruch”, opowiada historię oporu przeciw władzy komunistycznej w Europie Środkowej, podejmuje zagadnienie relacji między klasą społeczną, narodem a demokracją i opowiada historię „samoograniczania” się tego ruchu. Druga, „Uwolnienie społeczeństwa”, dotyczy ewolucji „Solidarności”, autoanalizy działalności związkowej w Gdańsku, na Śląsku i w Warszawie. Część trzecia, „W stronę zerwania”, omawia m.in. problem władzy związkowej (pięciu przywódców: Zbigniew Bujak, Andrzej Gwiazda, Marian Jurczyk, Jan Rulewski, Lech Wałęsa), kwestie radykalizmu i kompromisu w ruchu na przykładzie ośrodków w Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, a także zagadnienia solidarnościowego oporu (m.in. ruch demokratyczny czy walka rewolucyjna?).

Warto przytoczyć, by zrozumieć lepiej ducha tamtego czasu, komu m.in. szczególnie dziękowali autorzy książki: Uczestniczący w tych badaniach członkowie Solidarności, robotnicy, pracownicy umysłowi, technicy i inżynierowie, są bardziej ich autorami niż obiektami. […] My, którzy z nimi pracowaliśmy, możemy im dziś powiedzieć, że są chlubą robotniczego świata, godnymi synami swej Ojczyzny i że reprezentują jedną z najszczytniejszych postaci demokracji. […] Ich przykład pozostanie natchnieniem dla wszystkich, którzy pragną, aby – jak powiedział jeden z robotników Ursusa – ludzie przestali być bierną masą, stając się podmiotem własnej historii.

Sama metoda „interwencji socjologicznej”, w której badacz staje się mediatorem między członkami ruchu społecznego, miała na celu skłonić działaczy Solidarności do refleksji nad ich działalnością, proponując im pewne hipotezy, którymi mogli się posługiwać, sprawdzając, czy odpowiadają one ich własnym analizom sytuacji. Zdaniem Touraine, dystans pomiędzy świadomością uczestników ruchu a proponowanymi przez socjologów analizami okazał się niewielki. Toteż – pisze francuski badacz – nasze badania nigdy nie były bliższe swego praktycznego celu: temu, aby prezentując działających, wspierać ich działalność i co za tym idzie – szanse demokracji.

Jednym z polskich marzeń w czasach PRL – zwraca uwagę Touraine – było wyrwać się z obowiązujących konwencji, z pozorów i absurdów, wrócić do rzeczywistości, używać słów, które mają sens, powrócić do nauczania prawdziwej historii narodu, racjonalnie zarządzać przedsiębiorstwami. […] W sierpniu 1980 roku próżnia społeczna nagle wypełnia się treścią i Polska staje się sobą.

Jakkolwiek patetycznie muszą brzmieć te słowa, mają one nader praktyczny wymiar. Touraine pokazuje m.in. klasowy i ekonomiczny charakter działań związkowych: słowo »wyzysk« pojawia się często w rozmowach z robotnikami na Śląsku. Analiza materiału tamtejszych dwóch „grup badawczych” pokazała, że górnicy mają świadomość walki o prawa pracownicze, zajmuje ich obrona robotników przed arbitralnością, niekompetencją i korupcją ich zwierzchników. Równocześnie, co dzisiaj jest często negowane albo przemilczane jako cecha pierwszej „Solidarności”, ruch robotniczy umie uznawać wspólnotę interesów i stawiać ją wyżej niż partykularne sprawy poszczególnych zakładów pracy. Widzieliśmy, jak w Gdańsku w sierpniu 1980 roku stoczniowcy wyrzekli się znacznych korzyści materialnych, gdy pracownicy innych zakładów […] poprosili ich o wsparcie swoich roszczeń.

Obok klasowej istnieje jednak w ruchu „Solidarności” silna dominanta narodowa, połączona z pierwiastkiem religijnym, katolickim. Z jednej strony Kościół stanowi element tożsamości narodowej, z drugiej strony badacze zwracają uwagę, że bardzo wyraźnie manifestuje się wola utrzymania niezależności związku od Kościoła oraz niechęć do jego bezpośredniej ingerencji w sprawy polityczne.

Inny istotny element tego ruchu to „tęsknota za demokracją”, która tak silnie ujawniła się w samej „Solidarności”. Ma ona fundament etyczny: argumentacja ludzi z Solidarności nigdy nie jest czysto polityczna. […]Jest to argumentacja moralna, przeciwstawiająca uczciwość korupcji, jawnośćzwiązkowych obrad sekretnym decyzjom partii, szczerość działaczy krętactwu biurokratów z aparatu. Nawet jeśli weźmiemy poprawkę na uogólniony charakter takich stwierdzeń, trzeba pamiętać, że wynikały one z badań socjologicznych, prezentowały pewien „solidarnościowy paradygmat”.

Ostatecznie, ruch społeczny i program uwolnienia społeczeństwa wzajemnie się uzupełniają, stanowiąc równocześnie dwa różne aspekty działania Solidarności. Z jednej strony pojawiają się nastroje populizmu, tyleż nacjonalistycznego, co robotniczego (byłaby to zatem w pewnych warunkach zrozumiała, ale destruktywna postawa), z drugiej, co do swej istoty, „Solidarność” jest afirmacją wspólnoty społecznej i narodowej […], wolą stworzenia ma nowo warunków dla demokracji w życiu gospodarczym, w polityce i kulturze.

Złożona tożsamość i wieloaspektowość „Solidarności” ukazana w rzeczowej analizie socjologicznej, broni przed uproszczonym, sentymentalnym czy „mitycznym” obrazem ruchu. Stanowi też argument w dyskusji z takim obrazem związku, który chciałby w nim widzieć wyidealizowany byt, albo – przeciwnie – ośmiesza pierwszą „Solidarność” jako do cna skłóconą u zarania. Książka ukazuje, jak wielki wysiłek włożyli ludzie pierwszej „Solidarności” w stworzenie tak złożonej, heterogenicznej strukturalnie i ideowo organizacji, powstałej w skrajnie trudnych warunkach.

Za najistotniejszą część swej pracy uznaje Touraine rozdział „Działacze analizują swoje działania”: prowadzone w zespołach dyskusje są częścią wielkiej debaty, dzięki której Solidarność stara się dojść do rozwiązania trudnego problemu: jak – rozszerzając swoje działanie – nie utracić jedności, nie zostać rozerwaną pomiędzy konkurujące ze sobą cele? Z dzisiejszej perspektywy zapis dyskusji w gronie poszczególnych zespołów może sprawiać wrażenie banalnego, naiwnego. Wtedy jednak, przeżywany z całą siłą, z przyszłością jako ogromną niewiadomą, powodował wielkie napięcia, budził zarówno nadzieje, jak i poczucie zwątpienia. Odpowiedzialność za ruch i podjętą sprawę oraz cała gama czynników generujących kształt otaczającej rzeczywistości, opisana w suchym, analitycznym języku socjologicznego sprawozdania, może tracić swoją wagę. Ale to tylko pozór. Fascynująca w tej części książki jest perspektywa odmienności poszczególnych zespołów przy zrozumieniu, że współtworzą oni ten sam ruch i się z nim utożsamiają.

Zespół gdański ma silne poczucie utożsamienia z pierwotnym obrazem ruchu, […] której symbolem były Porozumienia Gdańskie. Dyskusje prowadzone w trakcie badań ukazują, że aspiracje [zespołu gdańskiego] nie zatrzymują się na etapie uzyskania wolności związkowych. Ambicje są większe, lecz istniejące poczucie różnorodnych ograniczeń oraz kryzys wewnętrzny powodują, że działacze nie mają pewności, czy celem ich jest aktywność typowo związkowa, czy polityczna. Kurs na aktywność polityczną jako sedno działalności neguje istotową, ponad-polityczną naturę ruchu.

Inaczej przedstawia się sytuacja na Śląsku. Tamtejsi górnicy nie mieli takiego poczucia jedności działania związkowego z problemami demokracji, jakie istniało w Gdańsku czy w takich zakładach jak Ursus. Mają przede wszystkim świadomość, że są wyzyskiwani przez swoich zarządców uzależnionych od zagranicy. […] Koncepcja ruchu mającego zarówno wyodrębniony, jak i ogólny cel, będącego jednocześnie ruchem robotniczym i ruchem uwolnienia całego życia społeczeństwa, znajduje zrozumienie i swój wyraz w zespole katowickim. Jednak już pierwsze dyskusje […] dowodzą, że jego członkowie wysuwają na pierwszy plan z jednej strony dążenia narodowe, a z drugiej – walkę z wyzyskiem robotników. Natomiast problematyka demokratyzacji stanowi jak gdyby etap pośredni.

Zespół śląski ma silne poczucie robotniczej tożsamości (robotnicy są bogactwem Polski; bogactwo to jest marnowane przez obecne zarządzanie, przez zły stan maszyn, przez absurdalny system planowania) i wagi zagadnień gospodarczych. Silne są tu napięcia między „radykalnym nacjonalizmem” a pojednawczością, między politycznym i związkowym buntem a świadomością ograniczeń narzuconych przez sytuację. Ostatecznie, u kresu interwencji socjologicznej, śląscy robotnicy trwają niezmiennie w zasadniczym sprzeciwie wobec władzy. Pragną zreorganizować gospodarkę, poczynając od przedsiębiorstwa, ale nie wierzą, aby można było osiągnąć to w drodze negocjacji z partią. Nie chcą działań stricte politycznych, ani przemocy, jednak są dalecy od strategii opozycyjnych intelektualistów, którzy starają się łączyć śmiałość z ostrożnością.

Jeszcze inaczej przedstawia się specyfika grupy warszawskiej: zespół nie ma za sobą tego doświadczenia historycznego, jakim był dla Gdańska sierpniowy strajk z 1980 roku, nie ma też takiej jak w Katowicach świadomości wspólnoty, łączącej pracowników produkujących główne bogactwo kraju. Grupa ze stolicy uznaje, że „Solidarność” jest syntezą celów społecznych, politycznych i narodowych, jednak skupia się przede wszystkim na następującym zagadnieniu: w jaki sposób ten ruch społeczny może zrekonstruować życie społeczne, stworzyć swobodnie działające instytucje, zwłaszcza w życiu gospodarczym, oraz jakie są szanse na przezwyciężenie wrogości partii?

To dość istotna cecha grupy warszawskiej: zespół nie pozostaje obojętny na oferty porozumienia czy sojuszu pochodzące od liberałów partyjnych, takich jak na przykład Stefan Bratkowski, tym bardziej, że równocześnie wydają się wzrastać wpływy Solidarności wewnątrz partii. Ponadto, w Warszawie miejsce zagadnień związkowych, robotniczych zajmuje problematyka samorządowa: przyszłość Solidarności zależy od tego – w opinii zespołu ze stolicy – czy uda się znaleźć nową syntezę wiążącą obronę interesów robotników z reformą instytucji gospodarczych. Ostatecznie narasta poczucie nacisku geopolitycznego i realiów gospodarczych.Zdaniem Touraine, sytuacja grupy warszawskiej najlepiej oddaje metamorfozę całego ruchu: latem 1981 r. określają ją w coraz mniejszej mierze żywione nadzieje i wyznawane wartości, staje się coraz bardziej siłą oporu wobec gróźb i prowokacji.

Trzecia część książki obejmuje m.in. opis i analizę I Zjazdu „Solidarności” we wrześniu 1981 r. Według autora, związkowy wymiar ruchu rzadko dochodzi do głosu na Zjeździe. Solidarność objawia się tu przede wszystkim jako ruch dążący do uwolnienia społeczeństwa,ale w tle narasta już ostry spór, jak go określa Touraine, między nacjonalistami a demokratami. W dzisiejszych realiach ten sposób różnicowania odsyła do wielu znanych i zgranych, mainstreamowych klisz, służących dyskredytacji osób i środowisk „źle widzianych” przez opiniotwórcze salony i budzi pewną rezerwę wobec nomenklatury autora świetnej przecież książki.

Francuski socjolog przedstawia czytelnikowi także sylwetki liderów ruchu – Zbigniewa Bujaka, Andrzeja Gwiazdy, Mariana Jurczyka, Jana Rulewskiego i Lecha Wałęsy. Ciekawy, zwłaszcza z perspektywy czasu, jest portret Gwiazdy: należy do tych, którzy od dawna przygotowywali i obmyślali przyszłe metody działania, odegrał też ważną rolę w momencie, gdy trzeba było organizować strajk i wypracować strategię negocjacji z rządem. […]Uosabia ścisłe powiązanie w ruchu nurtu robotniczego z nurtem demokratycznym.[…] Nie wierzy w działania zmierzające do przejęcia władzy w państwie, opowiada się po stronie tych, którzy nie mając zupełnie zaufania do partii są przeciwni wszelkim ustępstwom. W jego przekonaniu prowadzą one do konfrontacji. Trzeba dążyć do kompromisu ambitnego, odpowiadającego aspiracjom społeczeństwa. […] W miarę jak wzrasta wewnętrzne napięcie między populizmem a dążeniami demokratycznymi, Andrzej Gwiazda waha się między pragnieniem kompromisu a przekonaniem, że władza czyni wszystko, aby ten kompromis uniemożliwić. To tłumaczy małą liczbę głosów uzyskanych przez niego [9% – przyp. K.W.], mimo sympatii tych, których irytuje autokratyzm Wałęsy, a zwłaszcza tych, którzy widzą w Gwieździe szczerego demokratę, stojącego znacznie bliżej KOR-u niż „prawdziwych Polaków”.

Wnioski z badania wśród zespołów łódzkiego, szczecińskiego i wrocławskiego zawiera rozdział „Radykalizm i duch kompromisu”. Stanowią one zapis dualizmu między świadomością robotniczą jako żądaniem słusznych praw dla robotników a populistyczną obroną słabych przed silnymi, świadomością narodową jako afirmacją tożsamości kulturowej a agresywnym nacjonalizmem, wolą demokratyczną jako obroną wszelkich wolności a wezwaniem skierowanym do ludu, do mas czy do na pół wojskowej dyscypliny w imię ocalenia zagrożonego narodu.

Jak przedstawia się sytuacja w Łodzi? Kryzys gospodarczy skłania robotników do manifestacji ulicznych. […] Działalność związku przeradza się w wyczerpującą działaczy akcję pomocy socjalnej. Wskutek m.in. kryzysu następuje stała dezorganizacja produkcji, a „Solidarność” przestaje być związkiem zawodowym, staje się „ciałem mistycznym narodu”: po raz pierwszy w naszych działaniach działacze od razu odwołują się do patriotyzmu. Na płaszczyźnie politycznej dominuje zagubienie: pytanie o postawę władzy i jej skłonność do rzeczywistego kompromisu, nie brutalnej konfrontacji, budzi postawy przeróżne, od gotowości zajęcia się gospodarczymi problemami kraju i uczestnictwa w tworzeniu demokracji politycznej, do radykalnego niezadowolenia, ale bez uciekania się do przemocy.

We Wrocławiu zespół badawczy zostaje określony przez terminy „nacjonalizm i robotniczy solidaryzm”: Świadomość narodowa bierze górę nad świadomością robotniczą i pozostawia jedynie drugorzędne miejsce dążeniom do demokratyzacji. W Szczecinie silnie zaakcentowany jest robotniczy wymiar ruchu. Wchodzący w skład zespołu robotnicy są ściśle związani z tradycją walki przeciwko partii, uważanej za przeciwnika klasy robotniczej i demokracji. Duch sierpnia i postulaty Porozumienia Szczecińskiego nadal tkwią głęboko w ich świadomości. Ci związkowcy są zdecydowanie przeciwni działaniom czysto defensywnym i nie mają zrozumienia dla radykalizmu wyrażającego się w marszach głodowych. Pojawia się jednak pytanie o kierunek, w jakim zmierzać ma „Solidarność”: w stronę ruchu społecznego (najbliższe „typowym związkowcom”) czy demokratyzacji politycznej, a może podjąć wezwanie w duchu narodowym oparte na odczuciu wspólnotowym. Ostatecznie jednak członków grupy ogarnia poczucie obezwładnienia, narastająca świadomość, że nie panują nad wypadkami, lecz dają się unosić ich biegowi. […] Odrzucają strategię przemocy i wojny, ale równocześnie […]przywołują pamięć tych, którzy w Powstaniu Warszawskim podjęli walkę w imię tradycji robotniczej, w imię niepodległości narodu i w imię demokratycznych swobód.

Dla laika i osoby oglądającej pierwszą „Solidarność” ze znacznej już perspektywy, najcenniejsze w książce Touraine wydają się fragmenty pokazujące złożoność ówczesnej sytuacji, przedstawionej bez martyrologicznych upiększeń. W historii opowiedzianej na kartach recenzowanej książki, ukryte jest też smutne ziarno. Widzimy zalążki upadku „Solidarności”, wewnętrzne sprzeczności, które okazały się nieprzekraczalne w nowych okolicznościach ustrojowych i ekonomicznych. Książka Touraine nie pozostawia złudzeń: „Solidarność” okazała się zbyt krucha w swej złożoności, by nie ulec strukturalnemu i ideowemu rozbiciu czy rozproszeniu. To nie tylko czynniki zewnętrzne, w rodzaju stanu wojennego czy działań esbecji, przyniosły kres pierwszej „Solidarności”. Mówiąc w pewnym uproszczeniu: Gwiazdowie, Walentynowicz, Michnik, Kuroń, Wałęsa byli nie tyle podmiotami, co uosobieniem strukturalnych i ideowych prądów w obrębie samego ruchu, byli zarazem autorami, ale i „statystami” na scenie wielorakich uwarunkowań i ograniczeń „Solidarności”. Zagadnienie „Solidarności”, opisane socjologicznie, to nie tylko kwestia „chcę” czy „nie chcę”, wyborów jednostkowych i nastawienia poszczególnych członków, nawet prominentnych. Losy „Solidarności” to opowieść o wzajemnych zależnościach między jednostką a historią czy prawidłami życia społecznego.

Wiele z tych badań, rozmów, sytuacji, musiało być dla ich uczestników bardzo trudne. Wszak widzimy „Solidarność” w jej wielkości i w jej małości. A jednak – całościowo – otrzymujemy pracę pełną empatii, szacunku i podziwu dla ludzi pierwszej „Solidarności”. Ich niedoskonałość, problemy i trudności są niczym wobec wysiłku, jaki ośmielili się podjąć.

Alain Touraine, Solidarność. Analiza ruchu społecznego 1980-1981, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2010, przełożył Andrzej Krasiński.

Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej u wydawcy: Europejskie Centrum Solidarności, ul. Doki 1, 80-958 Gdańsk, tel. 58 767 79 71, e-mail: ecs@ecs.gda.pl, www.ecs.gda.pl