Kapitalistyczne gry

Jest środek tygodnia, 23:15. Żona i psy śpią w drugim pokoju, a ja siedzę przed ekranem telewizora i naciskam przyciski pada. Naciskam coraz mocniej, bo jestem coraz bardziej rozgoryczony. Po raz kolejny mam ochotę sprzedać tegoroczną edycję NBA 2K, ale stwierdzam, że dam grze ostatnią szansę. Resetuję sezon, gram od nowa. Przechodzę przez kolejne etapy budowy drużyny: budżet, transfery, taktyka. Przed pójściem spać warto sprawdzić skład, a do tego nie wystarczy jeden mecz. Następnego dnia budzik dzwoni o 4:50. Szybka kawa, spacer z psami i na przystanek. W autobusie jednym okiem widzę, jak inni pasażerowie szybko jeżdżą palcami po ekranach telefonów. Niektórzy nie wyłączyli dźwięku, więc słychać przesuwające się żelki albo naciąganie rzemienia. Gdy ja myślę jedynie o powrocie do domu i łóżku, oni przechodzą kolejne poziomy, nastrajając się pozytywnie na kolejny dzień. Na twarzach niektórych widać uśmiechy. Nie ma nawet 6:00, minusowa temperatura, a oni emanują radością, chociaż dopiero jadą do pracy. Od rana wygrywają, tak jak będą wygrywać w drodze do domu.

Grają prawie 2 miliardy ludzi. Wiek przeciętnego gracza płci męskiej to 35, a płci żeńskiej – 44 lata. Amerykańscy gracze rywalizują z innymi przez Internet 6,5 godziny tygodniowo [Frank]. Tyle czasu dziennie spędzają przed ekranem komputera/telefonu/tabletu przeciętni Polak/Polka [Kulik]. Co tam robią, trudno powiedzieć. Mogą w równej mierze pracować, oglądać seriale, czytać książki czy portale plotkarskie, co grać. Z uwagi na społeczną stygmatyzację gier, prawdopodobnie najchętniej przyznają się do czytania, chociaż ładunek wiedzy, jaki niosą ze sobą przeciętne lektury, jest bardzo wątpliwy. Według badań Biblioteki Narodowej dotyczących czytelnictwa, w większości są to kryminały, książki kucharskie i fantastyka.

Mimo spadku popularności czytanie nadal uchodzi za zajęcie szlachetne, gry zaś – za dziecinne. Przeciwnicy gier ochoczo wyśmiewają chociażby Pokémon GO, nie biorąc pod uwagę, że gra wyciąga ich dzieci z domów i zmusza do aktywności fizycznej. Robi zatem coś, do czego sami dorośli nie są zdolni pomimo całego wachlarza dostępnych im nakazów, zachęt i zakazów. Od dwóch dekad pozytywne skutki gier video promuje profesor psychologii Mark Griffiths z Nottingham Trent University, podkreślając ich wartość edukacyjną. Gry pomagają rozwijać koncentrację, dzięki czemu mogą m.in. stanowić rodzaj fizjoterapii, pozwalając cierpiącym nie skupiać się na bólu [Griffiths].

Gry mogą być także bardzo użyteczne z punktu widzenia współczesnego kapitalizmu. W książce „Enjoying It. Candy Crush and Capitalism” Alfie Bown analizuje różnice między wartościami kapitalizmu a grami szkodliwymi z punktu widzenia współczesnego systemu gospodarczego. Wprowadzony przez Bowna podział jest tyleż ciekawy, co nieoczywisty, dlatego warto mu się przyjrzeć bliżej. Zanim to zrobię, zaznaczę, że w tekście termin „kapitalizm” będzie rozumiany nie tylko w ujęciu ekonomiczno-politycznym, lecz także, a może przede wszystkim, jako pewne normy zachowania narzucone przez tenże system. Według nich jednostka powinna być skupiona na produkcji i na sobie – w tej kolejności. Skupienie na sobie, poza właściwościami izolacyjnymi, ma również podnieść produktywność jednostki. W ten sposób staje się ona obiektem presji, jak również represji systemu, kontrolującego z równą starannością czas pracy i czas wolny pracowników.

Wróćmy do, opisanej na początku, drogi do pracy. Większość moich współpasażerów pracuje w kiepskich godzinach, bez perspektyw na awans, prawdopodobnie bez umowy o pracę. Mimo to są zadowoleni, gdy zaczyna się kolejny dzień, który przecież nie będzie się różnił od poprzednich. Dzieje się tak m.in. dzięki grom na telefon, takim jak Candy Crush czy Angry Birds. Krótka, kilkominutowa rozgrywka to coś więcej niż parę kliknięć i przesunięć, więcej niż sposób na odstresowanie się w drodze do pracy i z pracy. Eskapizm zapewniany przez te gry jest oczywiście tylko pozorny. Część z nich co jakiś czas przypomina się posiadaczowi smartfona, a migające światełko woła: czas na przerwę! To sugeruje pewien rodzaj zależności czy nawet przymusu. I znów, urzędowo gwarantowane piętnaście minut dla siebie wypełniają dźwięki przesuwanych żelków lub naciąganego rzemienia procy. Niektórzy zabierają telefony do toalet i tam grają dalej, wyobrażając sobie minę szefa, gdyby ten dowiedział się, w jaki sposób opierają się imperatywowi nieustannej produktywności.

Według badań serwisu wirtualmedia.pl, 11 milionów polskich internautów miesięcznie gra w gry, głównie tego typu. Adam Bednarek charakteryzuje je jako proste, takie, którym można się oddać „w przerwie, do kawy”, samych graczy zaś określa mianem „turystów”. Jak udowadnia Bown, to właśnie „turyści” są z kapitalistycznego punktu widzenia bardziej użyteczni. Naturalnie, są turystami w świecie gier, ale jednak grają, można zatem zakwalifikować ich właśnie jako graczy. Chociaż termin Bednarka jest bardzo trafny, podkreśla bowiem odmienne oczekiwania odnośnie do gier, pozwolę sobie oba typy graczy określać tym samym słowem.

W książce „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu” Jonathan Crary zauważa, że celem współczesnego człowieka jest ciągła produkcja. Świat nie funkcjonuje już w trybie tygodniowym, rocznym czy dziennym, lecz godzinowym. Oznacza to, że tempo następowania zmian jest zastraszająco szybkie, a każda przespana godzina to strata czasu. Stąd też przeświadczenie Crary’ego, że pierwszym krokiem w ramach oporu wobec współczesnego kapitalizmu jest sen. Chyba wszyscy śpimy mniej, niż powinniśmy. Nic zatem dziwnego, że każdy doświadcza zmęczenia, stresu czy problemów z koncentracją. A dodatkowo, wszyscy jesteśmy w niedoczasie. Dookoła nas powstaje tyle nowych, ciekawych rzeczy, jest tyle ofert, książek, gier itp., że nijak nie uda nam się nimi wszystkimi nacieszyć. Zostawiamy je więc na później, co prowadzi do jeszcze większego stresu i napięć. Gdy im się wreszcie oddajemy, pojawiają się nowe, równie ciekawe, i znów musimy nadrabiać zaległości.

W „Pętli dobrego samopoczucia” Carl Cederström i André Spicer idą jeszcze dalej, wytykając neoliberalnemu kapitalizmowi imperatyw nie tyle ciągłej produkcji, ile przede wszystkim ciągłego zadowolenia z niej. Praca ma być pasją współczesnego człowieka. Ma on wyrażać siebie przez pracę, ona zaś ma definiować jego. Nie bez kozery jednym z pierwszych pytań, jakie słyszymy od nowo poznanej osoby jest: czym się zajmujesz? Praca musi być interesująca, imponująca i inspirująca, tak dla nas, jak i dla innych. Oczywiście większość tych dostępnych na rynku jest do niczego, dlatego powinniśmy stale aspirować, starać się, modyfikować nasze CV, chodzić na kursy, ćwiczyć, poprawiać własne samopoczucie. Tylko będąc szczęśliwymi możemy znaleźć pracę, która nas uszczęśliwi – tak najprościej można scharakteryzować tytułową pętlę z polskiego wydania książki (tytuł oryginału to „The Wellness Syndrome”).

Jednym z narzędzi mających oderwać nas od niedorzeczności i niesprawiedliwości przymusu szczęśliwej nadprodukcji są krótkie i proste gry na telefon/tablet/komputer. Uruchamiane w czasie pracy „tylko na chwilkę”, tak naprawdę są jej stałym elementem. Relatywna łatwość, z jaką tego typu gry dają nam pokonywać kolejne poziomy, pozwala nie zwariować w miejscu pracy, ba, nawet odnaleźć w nim chwilę wytchnienia i szczęścia. Im więcej mamy obowiązków w domu, takich jak pranie, sprzątanie, gotowanie itp., z tym większą niecierpliwością będziemy wyczekiwać drogi do pracy, kiedy w spokoju osiągniemy kolejny level i uśmiechniemy się do telefonu. Potem byle do przerwy i kolejnych kilku minut wytchnienia. No i po pracy, przed kolejnymi obowiązkami, następne kilka minut. W ten wysoce nieproduktywny sposób utrzymujemy swoją produktywność na odpowiednim poziomie, podświadomie oszukując siebie, że jesteśmy szczęśliwi. Tak działa krytykowana przez Bowna kultura oderwania (culture of distraction).

Nie można mówić o kulturze oderwania w… oderwaniu od miejsca pracy. To ono stanowiło przyczynę jej zaistnienia. Tak teraz, jak i w czasach wiktoriańskich najczęściej monotonna i jednolita praca nie była źródłem szczęścia. Dlatego, kierując się dobrem fabryk, pracodawcy zaczęli organizować pracownikom czas. Tak zwana racjonalna rekreacja miała na celu zainspirowanie klasy pracującej do wyciszenia się lub samodoskonalenia poprzez wysiłek fizyczny. Zamiast picia czy bójek robotnicy mieli skupić się na bardziej zorganizowanej, łatwej do okiełznania rozrywce, jak granie w piłkę nożną czy zbieranie znaczków.

W PRL miejscami, w których można było oddawać się racjonalnej rekreacji, były chociażby osiedlowe świetlice, a za czas wolny pracowników często odpowiadali animatorzy kultury, będący w jakiejś części również propagandystami. Popularną, chociaż niezbyt pozytywnie odbieraną przez władze formą spędzania wolnego czasu, było przesiadywanie w klubokawiarniach. Dla miłośników aktywności fizycznej zakładano ligi międzyzakładowe, w których mogli mierzyć się ze sobą przedstawiciele różnych profesji.

Jak zauważa William Davies, racjonalna rekreacja ewoluowała do tego stopnia, że obecnie istnieje cały przemysł szczęścia. Szczęście przeszło ze sfery prywatnej do publicznej, stało się towarem szczególnie poszukiwanym przez pracodawców u potencjalnych pracowników. Współczesną racjonalną rekreację stanowią sponsorowane przez firmy karty MultiSport czy wynajmowane na ich koszt hale sportowe. Integralnym elementem przemysłu szczęścia są również coache i instruktorzy fitness, uczący ludzi, jak być szczęśliwymi. Namawiają do zdrowej, produktywnej egzystencji, jednocześnie piętnując gry komputerowe, używki czy fast foody.

Coś, co w PRL należało rozumieć jako biopolitykę – a zatem, mówiąc w dużym skrócie, fizyczną i polityczną kontrolę władzy nad ciałami – obecnie stało się biomoralnością. Cel jest ten sam, nadal chodzi o stworzenie zdrowego, myślącego w określony sposób społeczeństwa, ale obywatele muszą sami aspirować do bycia jak najzdrowszymi i najbardziej skupionymi na sukcesie, jakkolwiek chcemy go rozumieć. Jak piszą Cederström i Spicer: „dobre samopoczucie to wybór – mój wybór – i jako taki jest także moim obowiązkiem”. O ile w tamtych czasach społeczeństwu dawało się coś narzucić, o tyle teraz musi ono myśleć, że samo podejmuje decyzje. To, że pracownik idzie na siłownię po ośmiu godzinach pracy, kosztem życia społecznego i rodzinnego, ma być jego świadomym wyborem, którego racjonalność popierają motywujące hasła pełne takich słów-kluczy, jak endorfiny, cele, rozwój czy szczęście.

Poza wymienioną wyżej funkcją, kultura oderwania utrzymuje ludzi w przekonaniu, że są kimś ważnym. Odrywamy się, bo mamy od czego. Wracamy do pracy, bo musimy, ale istotne jest też, że to my do niej wracamy. Bez nas ta praca nie istnieje, potrzebujemy jej w równej mierze, co ona nas. Mieliśmy swoje dziesięć minut przyjemności, a teraz, z lekkim poczuciem winy, przystępujemy do codziennych obowiązków. Tylko ważni ludzie mają obowiązki.

Co więcej, „użyteczne” gry tylko zwiększają izolację pracownika. Odrywa się od pracy, ale nie po to, aby dyskutować z innymi, co, jak wiadomo, może prowadzić do rewolucji. Z podobnego powodu, z którego zamyka się kawiarnie – chociażby ostatnio w Iranie – regularnie upomina się pracowników długo rozmawiających przy herbacie czy kawie. Mogą oni przecież rozmawiać o warunkach pracy! Zamiast tego lepiej pozwolić im siedzieć przed ekranami, w ciszy. Kilka miejsc pracy oferuje pracownikom sale zabaw, gdzie mogą pograć na konsoli i się odstresować. W tych pomieszczeniach pracownicy przenoszą biurową rywalizację do świata wirtualnego, dzięki czemu kolega z pracy staje się rywalem na innym polu niż zawodowe, co może skutecznie wyeliminować go jako sojusznika w potencjalnej rebelii. W większości środowisk pracy istnieje zaś ciche przyzwolenie na granie. Oczywiście w granicach rozsądku, wyznaczanych przez przełożonego.

W opozycji do tego typu gier stoją te wymagające większego zaangażowania i uwagi. Jako przykład tych drugich Bown podaje Football Managera. Ta prosta w obsłudze i formie, lecz bardzo skomplikowana gra cieszy się statusem kultowej wśród fanów piłki nożnej. Osiągnięcie w niej sukcesu wymaga, poza dozą szczęścia, niebywałej wprawy i znajomości tematu. Football Managera łatwo postrzegać sentymentalnie, dla zatrudnionych obecnie na pełen etat jest on jednym z elementów młodości. Osiągnięcie mistrzostwa w czymkolwiek wymaga sporych nakładów czasu, a w młodości miłośnicy popularnego FMa mieli go wystarczająco wiele, by w pełni oddawać się grze.

Do tej samej grupy gier można zaliczyć wszelkie gry RPG, opierające się na levelowaniu – czyli etapowym usprawnianiu swojej postaci – czy tak zwane open-world games, zaprojektowane nie tyle po to, by je „przejść”, ile raczej eksplorować przedstawiony w nich świat. Dobrym przykładem takiej gry jest GTA V, w której rozbudowane interaktywne środowisko zachęca gracza do spędzania z nią jak największej ilości czasu. Mniej wymagające są wyścigi, strzelanki czy gry sportowe, jak Call of Duty czy właśnie NBA 2K. To gry nie na tyle obciążające, by całkowicie z nich rezygnować, ale też nie tak niezobowiązujące jak gry na telefon – każdy, kto miał okazję zagrać „tylko jeden meczyk” lub „tylko jedną misję”, wie, o czym piszę.

Gry pokroju World of Warcraft czy FIFA wymagają nie tylko czasu i uwagi, lecz także konsoli czy dobrego komputera, które mogą stać się obiektem aspiracji, tym samym dając motywację do pracy. Jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę mikrotransakcje, dzięki którym gry na telefon są bardzo dochodowym biznesem, aspekt monetarny obydwu typów gier jako jedyna różnica między nimi jest łatwy do odrzucenia. Gry na smartphone to gry typu freemium – darmowe, ale z dodatkowo płatną opcją premium, pozwalającą cieszyć się grą w jej pełnej wersji, sprytnie przedstawianą jako ulepszona. Z tej perspektywy wszystkie gry są użyteczne – motywują do zarabiania, a zatem do wzmożonej pracy, dopóki pracownik potrafi rozgraniczyć między światem realnym a wirtualnym.

Jak zauważa Grzegorz Dziamski, celem społeczeństwa konsumpcyjnego nie jest posiadanie jak największej ilości przedmiotów, lecz kolekcjonowanie znaków: pozycji, prestiżu, sukcesu, powodzenia, szczęścia. Celem konsumenta jest doświadczenie – obojętnie, czy związane ze skokiem ze spadochronem, czy z obejrzeniem dziesięciu odcinków popularnego serialu. Doświadczenie pozwala wyróżniać się na tle pozostałych pracowników, a co za tym idzie, nie czuć się jak nic nie znaczący trybik w maszynie.

Gry z drugiej, szkodliwej grupy należy jako takie zakwalifikować, odrywają one bowiem od kariery w realnym świecie, niejako stając się drugą, jeśli nie pierwszą, priorytetową karierą. Wyświechtane stwierdzenie, że w wirtualnej rzeczywistości można być tym, kim się chce, jest oczywiście nieprawdziwe, choć odnosi się do iluzji na tyle kuszącej, że łatwo się w niej zatracić. Kariera w grze rzadko przekłada się na prawdziwą, chociaż istnieją wyjątki: Bown przytacza tu przykład azerskiego studenta, który w 2012 roku został trenerem rezerw FC Baku dzięki osiągnięciom w Football Managerze.

Gdy włączam NBA 2K, jedną z ostatnich rzeczy, o których myślę, jest: jak mi to pomoże w mojej prawdziwej karierze. Myślę o sukcesie drużyny, zbudowaniu optymalnego składu, wygraniu najbliższego meczu, ale w żadnym wypadku nie chciałbym być generalnym menedżerem w NBA. Lepiej oddawać się temu zajęciu, gdy jest pozornie pozbawione realnych konsekwencji. Pozornie, ponieważ gry tego typu dekoncentrują i zabierają czas. Dużo czasu. W pracy zastanawiam się, kim wzmocnić skład i robię notatki na kartkach. W domu, zamiast wypocząć i się wyspać, siedzę do późna co najmniej raz w tygodniu i poprawiam, edytuję, a w końcu i tak resetuję grę i zaczynam od nowa, rozczarowany poprzednią rozgrywką. Po sesji w NBA 2K najczęściej jestem zmęczony, rozkojarzony i zdenerwowany. A następnego dnia w pracy jestem do niczego. W przeciwieństwie do moich współpasażerów z porannego autobusu.

To właśnie oni są górą w tej kapitalistycznej rozgrywce. Zabijają czas w autobusach, ponieważ ich na to stać. Czas jest towarem luksusowym, a oni i tak go zabijają, w czym są bliżsi burżuazji niż prekariatowi. Podróż do i z pracy jest jednym z najnudniejszych, najmniej produktywnych zajęć w ciągu dnia. Lars Svendsen twierdzi, że nuda jest wręcz przywilejem współczesnego człowieka. Co więcej, ona sama jest czysto subiektywnym odczuciem, zależnym od wielu czynników. Obiekt czy zajęcie jest w równej mierze nudne, co sam znudzony aktor. Mamy tu jednak do czynienia z pewnym dysonansem: jak można jednocześnie cierpieć na brak czasu i mieć go tyle, żeby go tak swobodnie marnować? Mówiąc inaczej, trzeba mieć dużo czasu, żeby się nudzić, a przecież jest go ciągle mało, na co zwraca uwagę chociażby Crary.

Jak już wspomniałem, tego typu marnowanie czasu jest wręcz wskazane. Mamy tu bowiem do czynienia z chwilowym oderwaniem, bardzo korzystnym dla pracodawcy. Pracownik nie jest zmęczony czy rozkojarzony, bo gra jest zbyt prosta, a rozgrywka zbyt krótka, żeby skutecznie odciągnąć uwagę pracownika od świata rzeczywistego. Co więcej, ma miejsce na malutkim ekranie, grający ma zatem świadomość, że wokół niego toczy się tak zwane prawdziwe życie. Po rozgrywce zaś wraca do pracy szczęśliwszy i bardziej skoncentrowany niż po innej, dłuższej aktywności. Widać to chociażby w reklamie gry internetowej World of Tanks, w której kolega z pracy informuje bohatera o zebraniu. Bohater jest na tyle pochłonięty rozgrywką, że na początku bierze kolegę za jej element. Gdy wraca do świata realnego i orientuje się, że jednak jest w pracy i ma obowiązki, informację o mającym się odbyć za kilka minut zebraniu przyjmuje z uśmiechem, po czym wraca do gry. Jego gest można interpretować jako nonszalancki, ponieważ znów wyrwie czas swojemu pracodawcy, lecz tak naprawdę rozgrywka pełni tu funkcję przygotowawczą. Rywalizacja w wirtualnym świecie zostanie skutecznie przeniesiona do świata rzeczywistego. Wymowny jest również fakt, że współpracownik nie patrzy na zachowanie bohatera z potępieniem.

Czy w takim razie jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Czy utowarowienie uczuć takich jak radość pozwala nam na odczuwanie ich „naprawdę”? Co więcej, czy każde z naszych doświadczeń również może stać się towarem? Jak pokazuje rozkwit przemysłów szczęścia i nostalgii, niestety już tak się stało. Reedycje seriali, filmów czy książek lub powstawanie nowych produktów na ich kanwie, wydają się pewniejszym interesem niż stworzenie czegoś od podstaw. Nie znaczy to jednak, że nasze uczucia, chociaż urynkowione, są nieautentyczne. Przeciwnie, ich wartość wynika właśnie z tego, że są prawdziwe. Dlatego oferuje się nam sprawdzoną rozrywkę i sprawdzone – choć opakowane w nowy sposób – treningi czy szkolenia. Łatwo przewidzieć, jak na nie zareagujemy.

Granie w Angry Birds czy czytanie tanich kryminałów nie wzbogaca nas wewnętrznie, nie czyni lepszymi ludźmi, ale pełni inną, równie ważną funkcję – daje wytchnienie. Wszelkie gry, książki czy filmy postrzegane w ten sposób są dobre. Zarówno z kapitalistycznego punktu widzenia, jak i z perspektywy przeciętnego człowieka, który musi chociaż na chwilę odciąć się od codziennego zajęcia. Bown zauważa, że sposób, w jaki się odcinamy, świadczy o nas samych. Musimy mieć świadomość, że decydując się na daną rozrywkę nie dokonujemy trywialnej, czysto egoistycznej decyzji. Nasz wybór kształtuje nas, ale też wpływa na innych, ma realne, daleko idące konsekwencje. Wskazane wydaje się zalecenie oderwania od telefonu, jednak skoro granie sprawia nam radość, nie róbmy tego na siłę. Lepiej wykazać się większą świadomością tego, jak nasza chęć natychmiastowej rozrywki i gratyfikacji oszukuje nas samych, wmawiając nam, że nie jest tak źle z pracą/życiem/krajem/światem. Jeśli tak łatwo nas oszukać, znaczy to, że jest jeszcze gorzej, niż nam się wydaje.

Bibliografia:

  • Bednarek A., 11 mln Polaków gra w sieci. Polska to kraj graczy? Niekoniecznie, Gadżetomania.pl, http://gadzetomania.pl/1225,11-mln-polakow-gra-w-sieci-polska-to-kraj-graczy-niekoniecznie (15.03.2017).
  • Stan czytelnictwa w Polsce w roku 2015, Bn.org.pl, http://www.bn.org.pl/download/document/1459845698.pdf (15.03.2016).
  • Bown A., Crushing it. Candy Crush and Capitalism, Winchester 2015.
  • Cederstrom C., Spicer A., Pętla dobrego samopoczucia, Warszawa 2016.
  • Crary J., 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu, Kraków 2015.
  • Davies W., The Happiness Industry. How the Government and Big Business Sold Us Well-Being, Londyn 2016.
  • Dziamski G., Kulturoznawstwo, czyli wprowadzenie do kultury ponowoczesnej, Gdańsk 2016.
  • Eisler J., Dziedzictwo PRL. Co nam zostało z tamtych lat, Warszawa 2016.
  • Frank A., Take a look at the average American gamer in new survey findings, Polygon.com, https://www.polygon.com/2016/4/29/11539102/gaming-stats-2016-esa-essential-facts (29.04.2016).
  • Griffiths M., Playing video games is good for your brain, „The Washington Post”, http://theconversation.com/playing-video-games-is-good-for-your-brain-heres-how-34034 (11.11.2014).
  • Kulik W., Ile czasu Polak spędza wgapiając się w ekran?, Benchmark.pl, http://www.benchmark.pl/aktualnosci/gadzety-ile-czasu-dziennie-polak-swiat.html (30.05.2014).
  • Svendsen L., A Philosophy of Boredom, Londyn 2008.

Ameryka na wstecznym

W opinii większości obywateli Ameryka przeżywa regres i staje się ponownie krajem rozwijającym się.

Ekonomista Peter Temin w swojej nowej książce odkrywa, że Stany Zjednoczone nie są już jednym państwem, lecz dzielą się na dwa światy, różniące się od siebie nawzajem pod względem ekonomicznym i politycznym. Słyszeliście zapewne wieści o tym, że klasa średnia, gloryfikowana jako „powojenne bijące serce Ameryki”, najpierw prezentowała się jako „obciążona”, później „nękana”, a na końcu – „umierająca”. Ale o tym, co powstaje w jej miejsce, słyszeliście zapewne już o wiele mniej.

W swojej nowej książce „Znikająca klasa średnia: uprzedzenia i władza w gospodarce dwóch prędkości” Peter Temin, emerytowany profesor ekonomii z MIT, odmalowuje obraz nowej rzeczywistości przy użyciu środków, które sprawiają, że prezentuje się on przerażająco jasno i nie pozwala o sobie zapomnieć. Ameryka nie stanowi już jednego kraju. Staje się dwoma, a każdy z nich charakteryzują bardzo różne zasoby, oczekiwania i losy.

Drogi, które się rozeszły

Jeden z tych krajów zamieszkują członkowie, jak nazywa go Temin, sektora FTE (finanse, technologie, elektronika – czyli przemysły, które w znacznym stopniu podtrzymują wzrost). To 20 procent Amerykanów – ci, którzy mogą cieszyć się wyższym wykształceniem, mają dobre zawody i śpią spokojnie, ponieważ wiedzą, że pieniędzy starczy im na wiązanie końca z końcem w najbardziej podstawowych życiowych sprawach, a ponadto mają świadomość posiadanych przez siebie znajomości i sieci społecznych, które wzmacniają ich sukces. Dorastają pod opieką rodziców, którzy czytają im książki, pod okiem prywatnych nauczycieli odrabiających z nimi prace domowe, wśród mnóstwa rzeczy stymulujących rozwój, którymi można się zająć, i z perspektywą odwiedzin wielu ciekawych miejsc. Podróżują samolotami i nowymi samochodami. Zasiedlając ten „kraj”, widzą wokół siebie tylko wzrost gospodarczy i ekscytujące perspektywy na przyszłość. Robią plany, mają wpływ na różne polityki i uważają się za szczęśliwców, ponieważ urodzili się w Ameryce.

Mieszkańcy FTE rzadko odwiedzają „kraj” zamieszkiwany przez pozostałe 80 procent Amerykanów: sektor niskich wynagrodzeń. Tutaj świat wielu możliwości kurczy się, i to często dramatycznie. Ludzie tkwią po szyję w długach i niepokoją się, że ich praca jest niepewna – jeśli w ogóle mają jakąkolwiek pracę. Wielu z nich choruje i umiera młodziej, niż powinni. Jeżdżą rozpadającymi się pojazdami komunikacji publicznej i samochodami kupionymi na kredyt, ze spłaceniem którego mają problemy. Życie rodzinne także nie jest tu pewne; ludzie nie wiążą się w pary na zbyt długi czas, nawet jeśli mają dzieci. Jeśli idą do college’u, okupują to wpędzeniem się w długi. Nie myślą o przyszłości, ponieważ koncentrują się na przetrwaniu tu i teraz. Świat, w którym na co dzień żyją, jest zupełnie inny od tego, w jaki nauczono ich wierzyć. Podczas gdy mieszkańcy pierwszego „kraju” działają samodzielnie, za mieszkańców drugiego decyzje podejmowane są odgórnie.

Te dwa sektory, jak zauważa Temin, mają całkowicie różne systemy finansowe, sytuacje mieszkaniowe i możliwości edukacyjne. Gdy ich przedstawiciele zachorują lub wejdą w konflikt z prawem, ich sytuacja jest rozwiązywana odmiennie, w zależności od tego, do którego ze światów należą. Światy te egzystują w sposób niezależny od siebie nawzajem. Istnieje tylko jeden sposób, by mieszkańcy krainy niskich wynagrodzeń dostali się do krainy bogatych ludzi, a ścieżka ta jest najeżona przeciwnościami. Dla większości zaś nie ma drogi ucieczki.

Jak mówi Temin, najbogatsza z dużych gospodarek świata zaczyna prezentować sobą strukturę gospodarczą i polityczną bliską tej znanej z krajów rozwijających się. Weszliśmy w fazę cofania się, co bardzo łatwo można dostrzec po stanie naszej infrastruktury: nasze drogi i mosty wyglądają jak w Tajlandii czy w Wenezueli, a nie jak holenderskie czy japońskie. Ale chodzi o coś znacznie głębszego – i dlatego właśnie Temin używa modelu gospodarczego, który stworzono, by zrozumieć kraje rozwijające się, do opisu tego, jak daleko nierówność zaszła w Stanach Zjednoczonych. Jest to model W. Arthura Lewisa z Indii Zachodnich, jedynego na świecie człowieka o afrykańskich korzeniach, który kiedykolwiek został nagrodzony Noblem w dziedzinie ekonomii. Model ten po raz pierwszy został użyty z metodyczną precyzją do opisu sytuacji w USA. Wynik tego porównania jest głęboko niepokojący.

W Lewisowskim modelu gospodarki dualnej przeważająca część sektora niskich płac ma mały wpływ na politykę publiczną. Odhaczone. Sektor o wysokich dochodach będzie utrzymywał wynagrodzenia w innych sektorach na niskim poziomie, aby zapewnić swoim interesom tanią siłę roboczą. Odhaczone. Aby sektor niskich płac nie rzucał wyzwania polityce faworyzowanej przez sektor dochodów wysokich, stosuje się kontrolę społeczną. Masowe stosowanie kary więzienia. Odhaczone. Głównym celem najbogatszych członków sektora wysokich dochodów jest obniżka podatków. Odhaczone. Mobilność społeczna i ekonomiczna pozostają na niskim poziomie. Odhaczone.

W krajach rozwijających się, które badał Lewis, ludność stara się przedostać z sektora o niskich dochodach do sektora o wysokich, przenosząc się z terenów wiejskich do miast w celu poszukiwania zatrudnienia. Z rzadka to działa, najczęściej jednak wcale. Temin twierdzi, że w dzisiejszej Ameryce „biletem ucieczki” jest wykształcenie, które trudno zdobyć: trzeba wydawać pieniądze przez długi okres, a sektor FTE czyni te wydatki coraz kosztowniejszymi, rezygnując z wspomagania edukacji publicznej oraz zwiększając ciężar kosztu kredytów studenckich.

W zdobyciu dobrego wykształcenia nie chodzi jedynie o stopień naukowy, jak zauważa autor. Cały proces musi zacząć się już w dzieciństwie – musimy mieć rodziców, którzy mają czas i środki, by wspomagać nas przez całą długą drogę. Jeśli mamy ambicje dostania się do college’u, a nasza rodzina nie może sobie pozwolić na wspieranie nas przelewami pieniężnymi – cóż, powodzenia. Nawet jeśli uzyskamy dyplom, szybko zdamy sobie sprawę, że intratne posady są zarezerwowane dla sieci znajomych i krewnych. Kapitał społeczny, tak jak i finansowy, jest tu kluczowy, jednak ze względu na to, że Ameryka ma długą historię rasizmu i przeszkód, jakie piętrzono na drodze tym, którzy próbowali akumulować oba rodzaje kapitału, czarnoskórzy absolwenci mogą znaleźć pracę właściwie tylko w sektorze szkolnictwa, pracy społecznej i w urzędach, podczas gdy wyżej płatne posady w finansach czy w firmach technologicznych są dla nich często niedostępne, czego wiele białych osób w ogóle nie jest świadomych. W wyniku długich tradycji seksizmu na podrzędnych posadach są utrzymywane także rzesze kobiet, obciążonych obowiązkiem niepłatnej opieki i pracy reprodukcyjnej. Z czasem stają się on coraz dotkliwszy i sprawia, że kobiety są pozbawione podstawowej opieki socjalnej i zdrowotnej.

Co przydarzyło się amerykańskiej klasie średniej, która triumfalnie rosła w siłę po II wojnie światowej, zasilana przez ustawę G.I (prawo zapewniające szeroki wachlarz zasiłków weteranom powracającym z frontu), zwycięstwa związków zawodowych oraz programy dające masom robotniczym i ich rodzinom pomoc socjalną i zdrowotną, zapewniającą im bezpieczeństwo?

Gospodarka dwóch prędkości nie stała się faktem w jeden dzień, pisze Temin. Historia ta zaczęła się zaledwie kilka lat po Lecie Miłości z 1967 roku. Około 1970 roku produktywność pracowników zaczęto oddzielać od wysokości ich wynagrodzeń. Adwokat, późniejszy sędzia Sądu Najwyższego, Lewis Powell aktywizował społeczności związane z biznesem do lobbowania energicznie w sprawie własnego interesu. „Wojna z biedą”, którą rozpoczął prezydent Johnson, został zastąpiona Nixonowską „wojną z narkotykami”, co sprawiło, że wielu członków kiepsko zarabiających społeczności, zwłaszcza osób czarnoskórych, trafiło do więzień. Politycy znajdowali się pod ciągłym naciskiem sektora FTE i dokonali wolty, odwracając się plecami od takiego uniwersalizmu, w którym istotna jest społeczność i sprawy publiczne, a zwracając się ku uniwersalizmowi wolnego rynku. Gdy tylko napędzana żądzą pieniądza polityka przyspieszyła (zjawisko to, według Temina, wyjaśnia publikacja „Inwestycyjna Historia Polityki”), liderzy sektora FTE zaczęli przejawiać coraz większą odwagę w ignorowaniu potrzeb obywateli „kraju” niskich wynagrodzeń – a nawet czuli się uprawnieni do aktywnego działania na ich szkodę.

Leżący u podwalin narodu amerykańskiego rasizm ma nadal zły, zniekształcający wpływ na społeczeństwo. Większość sektora niskich płac stanowią osoby o białym kolorze skóry, a jego pozostała część to osoby czarnoskóre i pochodzenia latynoskiego. Jednak politycy nauczyli się przemawiać na temat przedstawicieli tego sektora w taki sposób, jakby składał się on głównie z osób czarnych, ponieważ pozwala im to odwoływać się do uprzedzeń rasowych, co okazuje się pożyteczne w podtrzymywaniu struktury gospodarki dwóch prędkości – i rani każdego z członków tej grupy. Temin zaznacza, że „nieprzyjazna polityka, skierowana wobec wszystkich przedstawicieli sektora niskich płac, jest motywowana chęcią utrzymania podległego statusu osób czarnoskórych”.

Autor wskazuje, że wyścig prezydencki z 2016 roku odsłonił, a potem wzmocnił niezadowolenie przedstawicieli „niższego” sektora z powodu rosnącego braku równowagi i równości. Biali, nisko wynagradzani pracownicy, którzy do tej pory stanowili grupę w większości niewidzialną, wyszli z ukrycia i domagają się wysłuchania. Niestety, obecne trendy polityczne nie tylko sprawiają, że problemy tej grupy się utrzymują, ale nawet przyspieszają występowanie trudności, umacniając w ten sposób gospodarkę dwóch prędkości.

Co możemy zrobić?

Sami pod sobą kopaliśmy dołki przez ponad czterdzieści lat, ale według Temina – wiemy, co zrobić, żeby przestać kopać. Gdybyśmy wydawali więcej na sprawy wewnątrzpaństwowe, zamiast na misje wojskowe, to może klasa średnia nie zniknęłaby aż tak prędko. Efekty zmian technologicznych i globalizacji można naprawić przy pomocy zmian politycznych. Możemy zachęcać do zdobywania wykształcenia i zapewniać po temu możliwości, przerzucając siły z odcinka polityki karzącej, np. masowymi uwięzieniami, na odcinek poprawy kapitału ludzkiego i społecznego wszystkich Amerykanów. Możemy podnieść standard infrastruktury, darować przedstawicielom sektora kiepsko płatnych prac długi związane z kredytami hipotecznymi i pożyczkami studenckimi, odrzucić poczucie, że podmioty prywatne powinny zastępować rządy demokratyczne w procesie sterowania społeczeństwem, i skoncentrować się na zaakceptowaniu zintegrowanej społeczności amerykańskiej. Możemy opodatkować nie tylko dochód bogatych, lecz także ich kapitał.

Koszt niepodjęcia tych kroków, jak ostrzega Temin, jest tak wysoki, że nie da się go obliczyć – i nawet bogaci zapłacą za zaniechania na tym gruncie.

Przyjrzyjmy się filmowi „Hidden Figures”. Przywołuje on dramatyczną historię trzech Afroamerykanek, które są skazane na prowadzenie marnego życia i zajmowanie nisko płatnych stanowisk – uczą w college’u dla czarnoskórych studentów. Ich los odmienia się, gdy NASA składa im propozycję udziału w locie w kosmos. Dziś już nie ma możliwości udziału osób o takim statusie w tego typu przedsięwzięciach – mamy bowiem strukturę, która determinuje to, kto zwycięża, a kto przegrywa. Nie korzystamy z umiejętności i zdolności ludzi, którzy mogliby przyczynić się do wzrostu wskaźników gospodarczych, postępu w medycynie czy w nauce, co mogłoby podnieść jakość życia nas wszystkich – łącznie z niektórymi z bogatych.

Zarówno „Kapitał w XXI wieku” Piketty’ego, który bada nierówności w perspektywie historycznej i współczesnej, jak i książka Temina machają wielką ostrzegawczą flagą. Odmalowują trajektorię losów, która stanie się nieuchronna, jeśli 20 procent mieszkańców państwa, skupionych w sektorze FTE, dostanie przyzwolenie na tworzenie własnego „kraju” w granicach Ameryki, tylko dla siebie, na koszt całości społeczeństwa. Bez silnej klasy średniej Stany Zjednoczone nie tylko powracają do stadium państwa rozwijającego się, ale i dojrzewają do poważnych zamieszek społecznych na skalę niewidzianą od pokoleń.

Gospodarka dwóch prędkości sprawiła, że Ameryka nie jest już dłużej krajem, którym, jak sądziliśmy, miała i powinna być.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej ineteconomics.org w kwietniu 2017 r.

Można wspólnie

Nie mogę wyjść ze zdumienia nad sukcesem tezy, że człowiek jest z natury indywidualistą. Gdzie nie spojrzeć – wszystko wskazuje, że tak nie jest, a jednak kapitalistom udało się nas przekonać, że w życiu należy dbać tylko o siebie. Ameryka Łacińska dostarcza jednak przekonujących argumentów, że indywidualizacja działania i prywatyzacja środków nie są jedynymi możliwymi rozwiązaniami dla społeczeństwa i gospodarki. Przyjrzyjmy się przykładom z Ekwadoru, Peru i Wenezueli.

Odkrycia archeologów zwykły traktować o odnalezieniu śladów pewnej kultury, innymi słowy: pewnej grupy ludzi, która tę kulturę wytworzyła. Dziś również – to oczywistość, ale warto ją przypomnieć – każdy z ponad siedmiu miliardów mieszkańców globu żyje w obrębie jednej z około dwustu dużych grup: społeczności narodowych czy państwowych. I uwaga – to nie jest wcale konieczne. Można sobie wyobrazić świat bez krajów i granic, w którym każdy żyłby na własną rękę. Ewidentnie jednak tak nie jest. Mało tego – oprócz przynależności państwowej, dziś kwestionowanej i być może przemijalnej – wchodzimy w relacje z bezlikiem innych zbiorowości społecznych, takich jak rodzina, grupa religijna, klub sportowy, koło naukowe, fundacja, wieś, osiedle czy miasto. Oprócz grup o charakterze stałym, istnieje cały kosmos grup tymczasowych: klienci klubu czy dyskoteki, uczestnicy konferencji, zebrania, protestu czy demonstracji, kibice na stadionie, fani na koncercie, wierni na pielgrzymce. Uwielbiamy być razem, daje nam to radość – także w rzeczywistości wirtualnej. Facebook stał się internetowym hitem ostatnich lat przede wszystkim dlatego, że chodzi w nim o kontakt z drugim człowiekiem. Tu także jedną podstawowych funkcjonalności jest możliwość tworzenia grup. Nawet najwięksi zwolennicy teorii o indywidualizmie człowieka najczęściej sami dają najlepsze kontrprzykłady, tworząc wspólnoty: stowarzyszenia na rzecz wolnego rynku, gospodarczo liberalne partie polityczne czy spółki akcyjne. Zaniedbywanie lub celowe rozrywanie kolektywnych form funkcjonowania społecznego – w imię, ma się rozumieć, rozwoju oraz nowoczesności – doprowadzi nas nie tyle do dobrobytu, ile do depresji.

Poniżej przedstawię współczesne przykłady działalności wspólnotowej i państwowej z trzech krajów Ameryki Południowej. Jest to region o tyle różny od Polski, że nie nosi na sobie postsowieckiego piętna lewicofobii: człowieka proponującego rozwiązania kolektywne nie nazywa się tam „komuchem” zanim jeszcze otworzy usta, by opowiedzieć, o co tak naprawdę mu chodzi. I tak w Ekwadorze zachowała się instytucja komuny, czyli zbiorowości lokalnej dysponującej wspólnie okolicznymi polami. W Peru państwowy program irygacyjny dał nowe życie pustynnemu regionowi Majes. W Wenezueli rady wspólnot złożone z sąsiadów w wioskach i osiedlach miejskich decydują o tworzeniu szkół, naprawie dróg i finansowaniu projektów kulturalnych, a nawet budują fabryki (również wspólnotowe).

Ekwador – wspólna woda i wspólna ziemia

Hilario nie urodził się działaczem społecznym. Nie urodził się nawet ekologicznym rolnikiem i zwolennikiem zdrowej żywności. Wręcz przeciwnie: sprzedawał trucizny dla roślin i trucizny dla ziemi – jak sam o tym opowiada. Prowadził hurtownię nawozów sztucznych i pestycydów, trucizna dla roślin, i zarabiał bardzo dobrze. – „I chciałem zarabiać jeszcze więcej! Teraz nie potrafię ci powiedzieć, dlaczego i po co… Chodzi o to, że kiedy już wejdziesz w kapitalizm, zaczynasz gromadzić i nigdy cię nie zadowala to, co już masz, zawsze chcesz więcej i więcej!” – opowiada Hilario. Założył więc dodatkowo restauracyjkę z fast foodem, trucizną dla ludzi. Nie miał czasu dla siebie, nie miał dla rodziny, ale „miał więcej”. Kiedy zapragnął mieć jeszcze więcej, wziął kredyt na rozwój firmy. Miał pecha, bo przyszedł kryzys, a z kryzysem dolaryzacja: dawną walutę, sucre, rząd zamienił na dolary po kursie 25 tysięcy do jednego. Zaledwie rok wcześniej Hilario zaciągał kredyt walutowy przy kursie 7 tysięcy do jednego, więc dług mu się potroił. Z tego samego powodu zarobki i oszczędności pozostałych Ekwadorczyków trzykrotnie straciły na wartości i mało kto był chętny i na pestycydy, i na hamburgery.

Hilario szybko zbankrutował. Jedyne, co mu zostało, to niewielki spłachetek ziemi i parę worków kartofli. – „W tamtym momencie nie miałem nawet 25 centów na autobus z La Esperanza do Tabacundo” – przyznaje. Nie było co wiele myśleć: obsadził pole, ale zaraz okazało się, że brakuje wody do irygacji. To znaczy woda jest, ale tylko dla korporacji kwiatowych uprawiających róże na eksport. W wysoko położonych regionach andyjskich woda pochodzi z niewielkich strumieni, więc – zwłaszcza w przypadku irygacji rolniczych – jest restrykcyjnie racjonowana. – „Pytam sąsiadów: i wy nie potrzebujecie wody?” – Hilario relacjonuje z zaangażowaniem. – „Potrzebujemy, ale jak mamy walczyć z korporacjami, to są milionerzy, nie mamy na to środków!”. Bo La Esperanza nie leży byle gdzie, ale w Światowej Stolicy Róż, czyli podstołecznym kantonie Pedro Moncayo, notującym najwyższą produkcję kwiatów na eksport i najwyższy poziom zanieczyszczenia wody i gleby w całym Ekwadorze, a to dzięki nawozom sztucznym i toksycznym pestycydom stosowanym bez opamiętania.

Od tego pytania zaczęła się wojna o wodę w wiosce La Esperanza, co po hiszpańsku oznacza: nadzieja. Hilario na czele miejscowych rolników zatkał kanały prowadzące wodę do hodowli kwiatów i przekierował na miejscowe pola. Dzisiaj – jak mówi – właścicielem wody nie jest starostwo, lecz mieszkańcy i użytkownicy. Utworzono społeczną Radę Wody, która decyduje o cenie i dystrybucji zarówno wody pitnej, jak i irygacyjnej, a w ramach „mingi”, czyli wspólnej pracy dla wspólnego dobra, organizuje oczyszczanie kanałów. Hodowle kwiatowe wciąż działają i wciąż mają możliwość użytkowania wody, ale nie mają na nią monopolu. Obecnie w Ekwadorze działa około 15 tysięcy społecznych Rad Wody. Hilario natomiast, ze wsparciem społecznym, kontynuuje działalność publiczną. Prowadzi szkolenia dotyczące produkcji nawozów naturalnych na bazie fermentów (tzw. bokashi), organizuje małych producentów rolnych w spółdzielnie w celu sprawnej sprzedaży warzyw i owoców, a obecnie, jako radny Prowincji Pichincha (ekwadorskie województwo ze stolicą w Quito), przygotowuje regionalny projekt irygacji 14 tysięcy hektarów ziemi pod uprawy małych producentów, z nawozami i pestycydami wyłącznie pochodzenia naturalnego.

Wspólna woda bardzo często nawadnia wspólną ziemię. Ekwadorskie prawo uznaje własność kolektywną ziem wspólnot rdzennych i tak zwanych komun. Komuny to po prostu społeczności lokalne (niekoniecznie rdzenne) tradycyjnie użytkujące okoliczne pola, zarówno w celach rolniczych, jak i budowlanych. Na wybrzeżu są to zazwyczaj wspólnoty Mulatów, potomków afrykańskich niewolników. Ziemia należąca do komuny może być użytkowana nieodpłatnie przez jej członków. – „Jeśli zgłosisz na zebraniu pomysł, że chcesz uprawiać np. maniok, przyznają ci prawo użytkowania działki” – opowiada Javier, rękodzielnik z komuny Montañita. I chociaż sam ziemi nie uprawia, a dom już wybudował, to i tak uważa, że warto do komuny przynależeć. – „Umówiliśmy się na miesięczną składkę członkowską. W razie, gdyby coś mi się stało, gdybym potrzebował wsparcia, komuna użyje wspólnych funduszy, by mi pomóc”.

Chociaż tereny komunalne są z założenia przeznaczone na użytek miejscowych, istnieją sposoby, by udostępnić je przyjezdnym. Cytowana Montañita zmieniła się wręcz w sztuczne miasteczko hoteli i restauracji dla zagranicznych turystów. I stała się przestrogą dla sąsiadów: w okolicznych komunach Ayampe czy Las Tunas słychać komentarze w rodzaju „nie chcemy skończyć jak Montañita”. Dzięki prawu o własności komunalnej mają realną możliwość, by temu zapobiec. Jak dotąd na ekwadorskim wybrzeżu wciąż przeważają radosne wioski lokalnych rybaków, a nie szeregi hoteli lub eleganckich, ale pustych domów – przykład z Panamy – w których północnoamerykańscy emeryci planują spędzić ostatnie lata swojego życia.

Peru: wspólne państwo

Wybrzeże Peru to pustka. Jedynie na północnych krańcach ogląda się zieleń ryżowych pól. Dalej na południe widać wyraźnie wpływ Prądu Humboldta, który ochładza klimat i osusza deszczowe chmury. Kolejne dwa tysiące kilometrów w kierunku chilijskiej granicy to przede wszystkim piach i wiatr. Z rzadka pojawiają się ośrodki miejskie: Piura, Chiclayo, Trujillo, Lima, Ica i Arequipa oddalone są odpowiednio o 220, 200, 700, 310 i 710 kilometrów. Dalej na wschód wyrasta potężny łańcuch peruwiańskich Andów, skąd rzeki spływają wąskimi dolinami do Pacyfiku. Wówczas droga przecina niewielkie, zielone wyspy na pustynnym morzu.

„Na peruwiańskim wybrzeżu bogate i obfite doliny okupujące istotne miejsce w statystykach produkcji narodowej, nie powołały dotąd do życia żadnego miasta. Ledwie od czasu do czasu na skrzyżowaniach i przy przystankach majaczy jakaś osada, jakieś miasteczko w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat. W niektórych przypadkach, jak w dolinie Chicama, latyfundium dławi miasto”. José Carlos Mariátegui pisał te słowa blisko sto lat temu, w 1928 roku, ale wydaje się, że jego obserwacje niewiele straciły na aktualności. Wiele dolin po dziś dzień zajmuje się uprawą wyłącznie jednego produktu na eksport, pola należą do jednej lub kilku osób lub przedsiębiorstw, a pracownikom najemnym płaci się niewiele. Yauca jest jedną z miejscowości wyjętą wprost z opisów Mariáteguiego: dolina jest w całości obsadzona drzewami oliwkowymi, a drobny handel rozwija się nie w centrum, ale przy głównej drodze na Arequipę; najwyraźniej sprzedawcy wiedzą, że w miasteczku nikogo na większe zakupy nie stać. Na skalistą skarpę wspina się osiedle „w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat”. „[W Europie Zachodniej czasów feudalizmu] wieś potrzebowała usług miasta […]. Z drugiej strony, oferowała miastu pewną liczbą produktów rolnych. Tymczasem [nasze] posiadłości ziemskie na wybrzeżu wytwarzają bawełnę i trzcinę cukrową dla odległych rynków zagranicznych. Zapewniwszy sobie transport tych produktów, latyfundium interesuje się komunikacją z własnym sąsiedztwem co najwyżej w stopniu drugorzędnym. […] Miasto w wielu z dolin nie otrzymuje niczego od wsi, ani też niczego na tej wsi nie posiada. Żyje przeto w mizerii, z tego czy innego z drobnych zajęć miejskich, z ludzi dostarczanych do pracy w latyfundium, ze smutnej męki stacji przesiadkowej, przez którą przejeżdżają rocznie tysiące ton owoców ziemi [przeznaczonych na eksport]”.

Za Camaná główna droga oddala się od wybrzeża. Podjazd do Arequipy, początkowo bardzo stromy, po kilkudziesięciu kilometrach wypłaszcza się zupełnie. Klaustrofobiczny korytarz między piaszczystymi zboczami kanionu ustępuje miejsca przestrzennej pampie, całkowicie pozbawionej roślinności, ale z zieloną plamką na horyzoncie. Z upływem kilometrów ta plamka rośnie, aż w końcu po obu stronach drogi rozwijają się dywany upraw, wyrastają owocowe gaje, a w kanałach irygacyjnych chlupie błotnista woda.

W Peru, którego znaczna część to pustynia, problem irygacji to temat aktualny od zawsze. Inkowie, dawni gospodarze, spędzili wieki na drążeniu kanałów, z których wiele pozostaje w użyciu. Europejskich kolonizatorów w Peru interesowało jednak nie tyle rolnictwo, ile złoto, stąd na długi czas rozwój instalacji irygacyjnych utknął w martwym punkcie. Dopiero w XX wieku niektóre rządy zajęły się – jak to się współcześnie określa – „rozszerzaniem granic rolnictwa”. W 1971 roku Juan Velasco Alvarado podpisuje dekret o specjalnym projekcie Majes Siguas. Przy pomocy systemu tuneli i kanałów, gigantyczna inwestycja rządu centralnego przekierowuje wody ze zlewni Atlantyku do zlewni Pacyfiku. O kredyt międzynarodowy jest trudno. Byłoby dużo łatwiej, jeśli pożyczone pieniądze miałoby się przeznaczyć na rozwój produkcji na import. Ale Velasco wie, że nie tędy droga i zgadza się na gigantyczne oprocentowanie, aby tylko osiągnąć cel, czyli wzmocnić produkcję krajową. Na pustynnej pampie Majes drąży się kanały irygacyjne i już w latach osiemdziesiątych kiełkują pierwsze uprawy. Ziemię sprzedaje się trzem tysiącom lokalnych rolników w formie pięciohektarowych parceli, w sumie 15 tysięcy hektarów.

Zaczęło się kiepsko. Parcele nie produkowały wiele, niektóre w ogóle opuszczono. Okazało się – ale chyba nie powinno to być niespodzianką – że prości chłopi bez szkoły i przygotowania nie stali się z dnia na dzień sprawnymi przedsiębiorcami rolnymi. Projekt był o tyle niekompletny, że nie uwzględnił wsparcia technicznego i merytorycznego. Czas zrobił jednak swoje i chociaż w pewnym momencie mówiło się o Majes jako o porażce na wielką skalę, dzisiaj ten niewielki obszar pustynnej pampy zamienionej w zielone pola jest jednym z ważniejszych producentów rolniczych w kraju. Wzrosła zarówno różnorodność upraw, jak i rynki zbytu. Rolnicy oprócz lucerny wysiewają obecnie także cebulę, czosnek i inne warzywa, a producenci wysoko rentownych awokado, winogron czy komosy ryżowej organizują się w stowarzyszenia i spółdzielnie, by koordynować eksport. Zarządzanie systemem irygacyjnym – podobnie jak w przypadku ekwadorskim – prowadzi kolektywnie Rada Wody. Po sąsiedzku powstaje projekt Majes Siguas II przewidujący zirygowanie 40 tysięcy hektarów tego, co jak dotąd jest jeszcze pustynią. Ale jako że u władzy nie jest już pronarodowy generał, lecz neoliberalny prezydent, trwa dyskusja, czy ziemie sprzedać dużym agroprzedsiębiorcom (najpewniej zza granicy, jako że ziemia w Majes osiąga ceny w granicach stu tysięcy dolarów za hektar) na działkach od 200 hektarów wzwyż („Dzisiaj są inne czasy, […] trzeba myśleć o rynkach międzynarodowych, żeby się rozwijać!” – Ernesto Carnero, prezes Autonomicznego Zarządu Majes), czy raczej zostać przy małych i średnich gospodarstwach lokalnych producentów („Duże gospodarstwa rzeczywiście mogą podnieść poziom życia wybranych, ale społecznie rzecz biorąc to beznadziejne rozwiązanie” – Alipio Montes Urday, Centrum Studiów nad Rozwojem Regionalnym, obie wypowiedzi pochodzą z dziennika „El Pueblo”, Arequipa, 2 sierpnia 2015 r.).

Sam Pedregal – główne osiedle pampy Majes – to już nie to samo, co rachityczna Yauca. Miasto rośnie w oczach: mnożą się domy, sklepy, magazyny artykułów rolniczych, nowoczesne gmachy szkół, stadiony i hale sportowe. Po niespełna 40 latach rozwoju Pedregal zgromadził przeszło sto tysięcy mieszkańców i stał się drugim po stolicy miastem departamentu Arequipa. Stragany na targu uginają się od produktów, a na obrzeżach miejscowości lśni szklana fasada jednostki strażackiej o imponujących rozmiarach i nowoczesnym sprzęcie, rzecz w Peru nieczęsto spotykana. Wszystko to wtopione w otoczenie nieskazitelnej czystości, zadbanych, równych chodników i przystrzyżonego trawnika.

Wenezuela: wspólne decyzje

– „Wiadomo, że nie wszyscy przychodzą” – przyznaje M., gdy wchodzimy do dużego sklepu. Na drzwiach wisi pisane odręcznie obwieszczenie o najbliższym zebraniu rady wspólnoty Santa Rosa. – „To zależy od tematu. Gdy rzuciłam pomysł sadzenia drzew, zjawiły się dwie osoby. Ale już na spotkanie w sprawie rządowych kredytów na sprzęt AGD przyszło chyba całe osiedle”. Zebrania rady wspólnoty odbywają się co najmniej raz w miesiącu, ale w uzasadnionych przypadkach można zwoływać je częściej, na przykład gdy przychodzi wybrać nowych sekretarzy. – „Kadencja trwa dwa lata – opowiada M. – a o stanowisko można się ubiegać już w wieku 16 lat”. Pytam, od jakiego wieku w takim razie dzieci stają się członkami rady. – „Od kiedy się urodzą!” – odpowiada z entuzjazmem M., sekretarz komitetu infrastruktury. – „Rada wspólnoty to po prostu wszyscy mieszkańcy osiedla”.

W ciągu niespełna dziesięciu lat istnienia rada wspólnoty Santa Rosa przeprowadziła szereg projektów: nowy budynek szkoły podstawowej wraz z zadaszonym boiskiem (z inicjatywy komitetu infrastruktury), system kanalizacji i oczyszczania wody (komitet techniczny do spraw wody) czy liceum wieczorowe dla tych mieszkańców osiedla, którzy w młodości nie mieli możliwości skończyć szkoły średniej (komitet edukacji). – „Ale najważniejsze jest to, że udało się zorganizować i zintegrować sąsiadów w żywą wspólnotę” – podkreśla M. z nieskrywaną dumą.

Na comiesięcznych zebraniach wspólnota debatuje nad priorytetami działania. Jeśli takim priorytetem okaże się nowy budynek szkolny, sekretarz komitetu infrastruktury sporządza projekt. – „Sekretarz nie ma obowiązku rozwiązywania problemów wspólnoty” – zaznacza M. – „One powinny być rozwiązywane przez radę, czyli wszystkich mieszkańców”. I dodaje: „Sekretarz przekazuje jedynie propozycję swojej społeczności do odpowiednich instytucji”.

Sfinansować projekt rady mogą zarówno ministerstwo, samorząd powiatowy czy wojewódzkie, jak i wiele innych instytucji państwowych. Istnieje także specjalny fundusz centralny przeznaczony na wyjątkowo kosztowne projekty. Kontrolę nad wykorzystaniem pieniędzy pełni przyznający środki, a specjalny organ rządowy Funda Communal zapewnia pomoc prawną i doradztwo sekretarzom rad. W przypadku gdy wykonawca kontaktuje dodatkowy personel do pracy przy projekcie – co ma miejsce zazwyczaj w przypadku prac budowlanych – pierwszeństwo przy zatrudnieniu mają bezrobotni mieszkańcy osiedla. Na podgórskim osiedlu Santa Rosa, w ramach działań rady, wykonuje się również prace bezpłatne: raz na dwa tygodnie członkowie komitetu technicznego czyszczą zbiorniki gromadzące wodę ze strumieni tak, by z kranów nie leciało błoto i strzępki liści.

Nie brak oczywiście ciemnych stron rad wspólnot, które w zależności od regionu cieszą się różną sławą, a pomimo kontroli finansowych co rusz pojawiają się skandale dotyczące malwersacji środków przyznanych na projekty. Sprzeciw budzą również zakusy władzy centralnej, by używać rad jako narzędzia do politycznej kontroli regionów. Koniec końców rada jest jedynie narzędziem przy budowie organizacji społecznej: owoce działalności zawsze będą zależeć od tego, jak się takiego narzędzia użyje. – „W pierwszym roku po ustanowieniu w Wenezueli instytucji rad wspólnot – wspomina M. – ogłoszono, że przyznaje się każdej radzie trzydzieści milionów boliwarów na dowolny projekt. U nas wszyscy chcieli załatać dziurę w drodze wjazdowej na osiedle. Tymczasem w El Morro, jednym z maleńkich górskich miasteczek w okolicach Méridy, mieszkańcy kupili maszynę do produkcji dachówek i zbudowali piec do ich wypalania. Położyli za darmo dachówki na wszystkich domach w miasteczku, a teraz sprzedają swoje wyroby do Méridy. Zyski inwestują w nowe projekty społeczne, m.in. lokalne radio. Zadziałało: dobry, produktywny projekt. A nasi? Niby wykształceni miastowi, a wydali od razu całe pieniądze na jednorazowy drobiazg. Wszystko zależy od ludzi”.

Można wspólnie

Przykładów jest oczywiście więcej, bo cały subkontynent południowoamerykański emanuje jakąś specyficzną skłonnością do wspólnoty. Nawet w największych z latynoamerykańskich miast pęd współczesności nie wypalił tradycyjnego przywiązania do rodziny. Nawet najmniejsza z andyjskich wsi posiada swój lokal komunalny, gdzie odbywają się narady, zabawy czy sąsiedzkie mecze siatkówki. Piwo i paragwajskie tereré pije się w grupie z jednego naczynia, a transport publiczny miast i miasteczek najczęściej bazuje na działalności spółdzielni kierowców. Zresztą spółdzielczość – pomysł, by połączyć zalety możliwości finansowych i produkcyjnych dużego przedsiębiorstwa z satysfakcją z pracy na swoim – jest w Ameryce Południowej szczególnie rozpowszechniona. W obszernym raporcie na ten temat Międzynarodowa Organizacja Pracy przypisuje lokalnym kooperatywom „zróżnicowany wkład w zrównoważony rozwój”. Można przecież oczekiwać, że miejscowi, działając wspólnie, bardziej zadbają o środowisko, w którym żyją, niż ktoś, kto przychodzi z zewnątrz.

W Polsce spółdzielnie nie mają ani dobrej prasy, ani wsparcia instytucjonalnego. Po wejściu do Unii Europejskiej mówiło się głośno, że praca na większych areałach rolnych jest wydajniejsza niż na mniejszych. Zgoda. Zastanawia jednak, dlaczego nie zachęcano małych właścicieli do jednoczenia się w spółdzielnie. Zamiast tego wypłacano renty strukturalne w zamian za odsprzedanie ziemi większym właścicielom. W ten sposób wywłaszczono ponad 20 tysięcy polskich rolników. Tymczasem nawet w Paragwaju, rządzonym od kilkudziesięciu lat przez prawicę, praca kolektywna święci tryumfy: największe przedsiębiorstwa mleczarskie – Chortitzer czy Colonias Unidas – to spółdzielnie. Świetnie radzą sobie również kooperatywy kawowe w Peru, chociaż przykładem o zapewne największym rozgłosie międzynarodowym jest Juan Valdez. Pod tą marką kolumbijska Narodowa Federacja Producentów Kawy sprzedaje owoce pracy ponad pół miliona członków stowarzyszenia. Juan Valdez eksportuje do wszystkich krajów obu Ameryk i w wybrane miejsca w Europie i Azji, dysponuje także siecią sklepów i kawiarni. Czyli jednak można wspólnie? Chyba można.

(Nie)rzadkie choroby – rozmowa z Krzysztofem Swacha

Mukowiscydoza, hemofilia, Choroba Fabry’ego, hiperfenyloalaninemia, Syndrom Devica, Zespół Westa – to zaledwie kilka z ponad 8 tysięcy tak zwanych chorób rzadkich, czyli schorzeń, z którymi zmaga się mniej niż 5 na 10 tysięcy osób. Ta rzadkość to jednak tylko złudzenie – według różnych szacunków choroby te dotykają nawet 8 procent populacji. Dla zaledwie 1–3% pacjentów istnieje możliwość leczenia farmakologicznego. W pozostałych przypadkach możliwe jest jedynie leczenie objawowe i rehabilitacja. Choć te schorzenia są niezwykle różne jeśli chodzi o przebieg, występowanie czy wpływ na organizm, to problemy dotkniętych nimi ludźmi są bardzo podobne. To brak właściwej i szybkiej diagnozy i dostępu do leczenia. Wiele z tych chorób prowadzi do głębokiej niepełnosprawności, co odbija się na sytuacji całej rodziny chorego. O problemach związanych z chorobami rzadkimi i sposobami na rozwiązanie choć części z tych trudności opowiada Krzysztof Swacha, założyciel fundacji „Umieć pomagać”, prywatnie ojciec chłopca chorego na zespół Huntera.

– Choroby rzadkie są trochę „poza systemem”. Bezradne są służba zdrowia i system wsparcia socjalnego.

Krzysztof Swacha: Nie zgodzę się. Służba zdrowia, pomoc społeczna czy firmy farmaceutyczne nie są bezradne. Problemem jest jedynie – choćby w Polsce – to, jak patrzy się na choroby rzadkie. Wystarczyłoby zmienić optykę i traktować pacjentów chorych genetycznie jak wszystkich innych.

– To znaczy jak?

– Mamy w tej chwili taką sytuację, że potrzeby chorych na choroby rzadkie nie są dostrzegane przez decydentów. Tak, jakby ci pacjenci w ogóle nie istnieli…

– Czy mógłby Pan wskazać przykład takiego niedostrzegania, sytuacji, w której te deficyty są najbardziej widoczne?

– Zdecydowanie odłogiem leży edukacja. Od kilku lat staramy się, aby w mediach, ale także w środowisku naukowym i medycznym, temat chorób rzadkich rzeczywiście zaistniał. Choćby po to, by przyszli naukowcy i lekarze nabyli wiedzę na ich temat. To przełoży się na rozwiązanie największego problemu, jakim jest diagnostyka, a raczej jej brak. Bo nie jest do końca winą lekarza, że nie potrafi rozpoznać choroby, na którą cierpi kilkaset osób na świecie. Żeby rozpoznać taką dolegliwość, trzeba mieć ogromną wiedzę i doświadczenie. Można ją nabyć tylko poprzez pracę z takimi pacjentami. Bez właściwej diagnostyki nie ma mowy o dalszym skutecznym leczeniu. Dlatego tak ważne jest, aby przyszli lekarze mieli jak najwięcej do czynienia z pacjentami chorymi na choroby rzadkie. Nawet nie po to, by samemu rozpoczynać leczenie – wystarczy, że pacjentowi lub jego rodzinie wskaże się specjalistę lub placówkę zajmującą się danym schorzeniem.

– Czyli studenci medycyny powinni być kierowani do takich placówek w ramach studiów?

– Niekoniecznie. Wystarczy tylko, żeby wzrosła świadomość istnienia samego problemu. Nie oszukujmy się – częstotliwość występowania pojedynczych chorób rzadkich jest tak niewielka, że wiele osób zwyczajnie nie przejmuje się ich istnieniem. Często po prostu pomija się je przy stawianiu diagnozy. Ma to dramatyczne konsekwencje dla pacjentów.

– A jest ich jakieś 2,5 miliona…

– Tak, ta liczba robi wrażenie. Problem w tym, że mówienie o ogółach w przypadku chorób rzadkich najczęściej kończy się niczym. Potrzebna jest świadomość skali problemu, ale też jego różnorodności. Nie można powiedzieć: „choroby rzadkie to…”. Dlatego potrzebna jest naprawdę ogromna praca nad świadomością społeczną.

– A tą zajmują się głównie organizacje pozarządowe.

– Jednocześnie, jeśli weźmie się pod uwagę skalę potrzeb, tych organizacji społecznych jest naprawdę niewiele. Zdarza mi się uczestniczyć w konferencjach i spotkaniach organizowanych przez Eurordis – sieć organizacji europejskich zajmujących się chorobami rzadkimi. Niestety udział Polaków w tego typu spotkaniach jest niewielki. Sam nie wiem, z czego to wynika. Tymczasem na przykład w Niemczech jest 80 organizacji zajmujących się chorobami rzadkimi. Ta liczba przekłada się na wzrost wiedzy na ten temat. Najpierw w środowisku lokalnym, tam, gdzie dana organizacja działa, a potem coraz szerzej i szerzej. Taka oddolna edukacja. Tymczasem w Polsce tych organizacji jest niewiele i często ich główną działalnością jest bezpośrednia pomoc chorym. Tymczasem w wielu chorobach zwyczajnie nie ma jak im pomóc.

– Znam sporo tego typu organizacji – przewija się tam jeden schemat. W rodzinie rodzi się dziecko z jakąś chorobą rzadką. Potem jest heroiczna walka o diagnozę, wędrówki pomiędzy placówkami. W szczęśliwszym scenariuszu pojawia się lekarz-cudotwórca, który wprowadza mniej lub bardziej skuteczną terapię. Tymczasem rodzice powodowani poczuciem solidarności z innymi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, zakładają organizację. Choćby po to, aby razem z innymi zbierać okruchy informacji na temat danej jednostki chorobowej. Trochę tak, jak gdyby problem chorób rzadkich został sprywatyzowany.

– Moim zdaniem wiąże się to choćby z samym nazewnictwem. Mam problem z samym określeniem „choroby rzadkie”. Jasne, wynika ono z potrzeby stworzenia definicji dla chorób, z którymi zmaga się określona grupa ludzi. Z drugiej strony decydenci, słysząc hasło „choroby rzadkie”, słyszą głównie ten drugi człon nazwy. Tymczasem, choć pojedyncze schorzenie dotyka często kilku czy kilkunastu osób w kraju, to jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie tego typu schorzenia, jest to naprawdę duża grupa. Może gdybyśmy to inaczej definiowali i skupiali się choćby na potrzebach pacjentów, a nie na ich liczbie, byłoby inaczej. Położyłbym nacisk na potrzeby pacjentów i ich rodzin. O chorobach rzadkich powinno się mówić jako o takich, które wymagają specjalistycznego wsparcia, szybkiej diagnozy, ale też zmieniają funkcjonowanie całej rodziny chorego, dlatego zarówno oni, jak i ich bliscy potrzebują specjalnego wsparcia – farmakologicznego, terapeutycznego itp. Może wtedy udałoby nam się więcej ugrać, bo żaden rząd czy żaden decydent nie odważyłby się bagatelizować tematu tylko z powodu nazwy.

– Może powinniśmy mówić o chorobach genetycznych?

– Jeśli chodzi o nazewnictwo, to zmieniłbym tę nazwę na każdą inną, byleby tym dzieciom pomóc. Bo jeśli utrzymuje się w głowach ludzi stereotyp choroby rzadkiej jako problemu marginalnego, to usprawiedliwia to niejako bylejakość w traktowaniu tych chorych. Trzeba to zmienić. Być może trzeba zacząć właśnie od zmiany nazwy.

– Remedium na bylejakość, o której wspomniano, miał być Narodowy Plan dla Chorób Rzadkich, przy którego powstawaniu pracował również Pan. Lata mijają, a wciąż pacjenci i ich rodziny pozostają z informacją, że już wkrótce Plan wejdzie w życie, trzeba tylko postawić ostatnią kropkę. Problem w tym, że jakoś tej ostatniej kropki postawić się nie da.

– I moim zdaniem długo nikt jej nie postawi. Nie ma gotowości do tego, żeby spróbować podjąć zobowiązania wynikające z zapisów Planu dla Chorób Rzadkich.

– Jakie w takim razie byłyby te zobowiązania?

– To byłoby wprowadzenie w życie tego, o czym do tej pory rozmawialiśmy. Właściwie wszystkie postulaty naszego środowiska zawierały się w tym planie. Pierwsza rzecz to oczywiście diagnostyka i tu się powtórzę – jeżeli nie będziemy mieć poprawnej diagnostyki, to liczba zdiagnozowanych chorób wciąż będzie niższa niż w rzeczywistości. A każdy źle zdiagnozowany pacjent to także pacjent źle leczony. Właśnie dostęp do leczenia jest drugim elementem planu. Prawidłowo postawiona diagnoza sprawia, że możemy szybko zacząć na przykład podawać odpowiednie leki, ale przede wszystkim rodzice będą wiedzieli, z czym mają do czynienia i nie będą potrzebne pielgrzymki po kolejnych szpitalach i gabinetach lekarskich. Trzecią sprawą są kwestie socjalne. W przygotowanym dokumencie był rozdział poświęcony obowiązkom państwa. Była wśród nich m.in. szczególna troska wobec rodziców, którzy ze względu na chorobę dziecka rezygnują z pracy zawodowej. Chodziło o ich prawa emerytalne. My, rodzice, ponoszący duży ciężar opieki nad tymi dziećmi, tracimy coś, co dla zwyczajnych rodzin jest oczywiste. Na przykład matka lub ojciec decydujący się na opiekę nad małym chorym nie płaci składek na ZUS. Inna sprawa to mowa o wspieraniu chorych, gdy ci osiągną już pełnoletniość, ale dalej pozostaną osobami zależnymi od pomocy innych. Czwartym elementem planu była edukacja społeczeństw i wzrost świadomości społecznej. Oczywiście nasz plan nie zawierał cudownego remedium na wszelkie bolączki, ale był na tyle komplementarny, że każdy jego element wspierał następny. Większa wiedza społeczeństwa to lepsza diagnostyka i opieka lekarska, to równa się lepszemu stanowi chorych, co przekłada się na sytuację opiekunów. Koło się zamyka.

– Zawsze w takich sytuacjach korci mnie, by zapytać, czy aby na pewno potrzebujemy specjalnego planu. Może wystarczyłoby realizować już istniejące przepisy?

– Nie chodziło nam o to, żeby zebrać w jedno miejsce postulaty i stworzyć jakiś dokument – a raczej, by decydenci mogli zrozumieć, co stoi u podstaw tego wszystkiego. Tą podstawą jest, jak już wspominałem, świadomość społeczna istnienia problemu, a wraz z nią dostęp chorych do odpowiednich usług medycznych, świadczeń, rehabilitacji i edukacji. Jeśli dokonanie takiej „rewolucji” jest niemożliwe dla jakiegokolwiek rządu, to wszelkie działania związane z chorobami będą fikcją.

– Mógłby Pan przybliżyć kulisy powstawania tego programu?

– Rozmowy, które prowadziliśmy z Ministerstwem Zdrowia od 2011 roku, toczyły się we właściwym kierunku. My, strona społeczna, chodziliśmy na spotkania, dyskutowaliśmy nad konkretnymi zapisami planu, aby był on jak najbardziej spójny i pełny, by nie pomijał ani nie faworyzował żadnej z grup pacjentów. Przypomnę tylko, że nad jego zapisami pracowało ponad 200 osób. To nie była garstka szalonych społeczników – byli wśród nas lekarze, naukowcy, genetycy, ale też oczywiście rodzice. O tych ostatnich mówiono wręcz jako o fachowcach, którzy są najlepszym źródłem informacji, gdyż codziennie przebywają z dziećmi dotkniętymi tymi chorobami. Gdy przedstawiliśmy już plan stronie rządowej, otrzymał on bardzo dobre recenzje. Niestety potem wszystko się zmieniło. Rodzice przestali być fachowcami i najlepszym źródłem informacji, a współpracujący z nimi lekarze i naukowcy okazali się zbędni. Ministerstwo Zdrowia wzięło nasz plan we własne tryby, obiecując nam tylko dodatkowe spotkania z już wybranymi grupami osób, co miało służyć doprecyzowaniu poszczególnych zapisów planu i upewnieniu się, czy zawiera on wszystko, czego potrzeba. Do tych spotkań nigdy nie doszło. Ostatni raz w ministerstwie byłem na początku 2015 roku. Wtedy powiedziano nam, że za 6 tygodni przeprowadzimy jeszcze jedno spotkanie i ruszamy z pracami nad planem. Od tego czasu nie dostałem żadnej informacji, co się dzieje z efektem naszych długoletnich wysiłków. Nie umiem tego nazwać inaczej niż brakiem kultury.

– W lutym 2017 roku były już wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda przeprosił za zwłokę i powiedział, że prace nad wdrożeniem Planu są już na finiszu i wystarczy tylko ustalić pewne kwestie z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

– Tego pana już nie ma w Ministerstwie Zdrowia. Zawsze można znaleźć wymówkę, żeby czegoś nie zrobić. Najpierw tłumaczono się niedoróbkami planu, a potem kwestiami międzyresortowymi. Ale ktoś, kto widział, jak ten plan jest zbudowany, nie mógł być zaskoczony tym, że jego realizacja wymaga uruchomienia takich czy innych działań. Druga sprawa, że właściwie nie mamy kogo w tej chwili pytać, co dzieje się z Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich. Ile lat mamy słuchać jeszcze o tej ostatniej kropce? Moim zdaniem nikt nie ma woli wprowadzenia tego planu w życie.

– Ale mamy też inny dokument rządowy – program „Za życiem”. Jego założeniem jest wspieranie osób z niepełnosprawnością i ich rodzin od momentu zdiagnozowania trudnej ciąży do bardzo późnej dorosłości. Moim zdaniem wiele z postulatów, o których Pan mówił, zawartych jest właśnie w tym programie. I to zarówno tych dotyczących opieki medycznej, jak i wsparcia socjalnego.

– Moim prywatnym zdaniem nazwa nie ma znaczenia. Jeśli program „Za życiem” zapewni właściwą diagnostykę, pomoc fachowców i dostęp do terapii osobom, u których wykryto chorobę rzadką, to jestem za. Żeby była jasność: my, rodzice, zdajemy sobie sprawę, że cały ciężar zapewnienia właściwego leczenia będzie spoczywać na nas. Ale zależy nam na tym, by diagnoza odbyła się możliwie jak najwcześniej, bo wiemy, jak tragiczna w skutkach może być sytuacja, gdy chorobę wykryje się za późno.

– Jakie to ma konsekwencje?

– Jeśli za późno wdroży się nawet najlepsze leczenie, to spustoszenie, jakiego choroba dokonała w organizmie, może być już nieodwracalne. Druga rzecz: na tym etapie ktoś może stwierdzić, że skoro taka terapia jest nieskuteczna, to po co ją refundować.

– Znów koło się zamyka.

– Argument o nieefektywności terapii przy chorobach rzadkich jest dla mnie wierutną bzdurą. Jeszcze nie słyszałem o dziecku, które umarło z powodu terapii, a przypadków, gdy do śmierci doprowadził jej brak, jest całe mnóstwo. Inna sprawa, że w wielu przypadkach leczenie polega na spowalnianiu postępu choroby. Są choroby, których nie uleczymy, ale możemy wydłużyć życie chorych. Zadam pytanie: czy są choroby powszechne, których też nie da się wyleczyć?

– Jasne – całkiem sporo: stwardnienie rozsiane, cukrzyca itp.

– W dodatku są to choroby coraz częstsze, których leczenie trwa do końca życia pacjenta. Czy to oznacza, że mamy rezygnować z terapii, które ewidentnie poprawiają jakość jego życia? Jasne, że nie. W takim razie czemu, gdy mówi się o chorobach rzadkich, myślenie jest całkiem inne? Owszem, czasami efektywność tego leczenia jest mniejsza niż nasze oczekiwania. Ale wynika to nie tyle ze słabości terapii, ile ze zbyt późnego jej wdrożenia. Jeżeli udałoby się doprowadzić do sytuacji, że dzieci z chorobami rzadkimi byłyby diagnozowane najwcześniej jak to możliwe, to liczba pacjentów dobrze odpowiadających na terapię byłaby o wiele większa i zamknęlibyśmy usta niedowiarkom.

– Tu dobrym przykładem byłyby wszelkie choroby związane ze specjalnymi dietami. Jedna z nich to fenyloketonuria, przy której trzeba wyeliminować z diety konkretny aminokwas i spożywać tylko starannie dobrane produkty. W przeciwnym razie dochodzi do bardzo poważnych uszkodzeń układu nerwowego i poważnej niepełnosprawności intelektualnej.

– To dobry przykład na to, jak ważna jest wczesna diagnostyka. Jeśli rodzic nie dowie się, jak karmić swoje dziecko, to będzie tylko mógł patrzeć bezradnie, jak jego stan się pogarsza. Inna sprawa, że w wielu chorobach rzadkich trzeba zmienić nie tylko dietę, lecz także cały sposób funkcjonowania rodzin, choćby po to, żeby dziecko nie umarło w niepotrzebnym cierpieniu. Dlatego nie wolno odrzucać jakiejś terapii tylko dlatego, że po jej zastosowaniu na przykład kilkulatek poruszający się na wózku nie wstanie i nie zacznie grać z kolegami w piłkę. Druga sprawa, że nie brakuje też sytuacji, gdy żadnej terapii nie ma i nie da się choremu dziecku w żaden sposób pomóc, poza właściwą rehabilitacją czy opieką.

– Co więc trzeba zrobić?

– Wprowadzić badania przesiewowe już od pierwszych dni życia, bez czekania na wystąpienie objawów. Znam przypadki z zagranicy, gdy poprzez takie wczesne wykrycie i podanie leków przed pojawieniem się objawów choroby, uratowano dziecko przed naprawdę poważną niepełnosprawnością. Gdyby coś takiego udało się wprowadzić w Polsce, to skala ludzkich tragedii związana z chorobami rzadkimi byłaby o wiele mniejsza.

– Mógłby Pan wskazać jakiś modelowy przykład z zagranicy?

– Żeby była jasność – nie wszystko, co jest na Zachodzie, jest lepsze od tego, co mamy w Polsce. Czasem nasze rozwiązania są korzystniejsze. Mamy dobrych fachowców, którzy potrafią zapewnić świetną opiekę. Co do dobrych przykładów, to utkwiła mi w głowie historia, którą opowiedział pewien profesor z Australii zajmujący się tematyką mukopolisacharydozy. Z jego słów wynikało, że jeśli wykryje się chorobę podczas wcześnie przeprowadzanych badań przesiewowych i zastosuje odpowiednie leki, to uniknie się nagromadzania w organizmie mukopolisacharydów, których nadmiar odpowiedzialny jest za niszczenie komórek organizmu. W rezultacie dzieci z tą chorobą będą mogły o wiele lepiej się rozwijać. Dziecko z taką samą chorobą, ale z terapią uruchomioną w późniejszym czasie, w zasadzie nie ma na to szans.

– Tu mamy przykład paradoksu kosztów ukrytych. Oszczędzając na diagnostyce, państwo samo dokłada sobie wydatków w późniejszym czasie. Oprócz dziecka, które wymaga intensywnej pomocy medycznej i wielu innych usług, są jeszcze jego rodzice, z których co najmniej jedno musi rezygnować z pracy i samemu stać się klientem pomocy społecznej.

– Nasze argumenty mówiące o tym, że opieka państwa w całym okresie życia dziecka jest droższa przez to, że zaniedbano kwestie diagnostyki i leczenia, zupełnie nie trafiają do decydentów. Nie wiem, jakim myśleniem się oni kierują, ale ciężar kosztów wynikających choćby z poważnej niepełnosprawności dziecka rodzice będą ponosić przez całe jego życie. Taniej dla wszystkich byłoby, gdyby służba zdrowia miała możliwość zaradzenia pewnym problemom, zanim się one w ogóle pojawią. Dobrze leczone dziecko mogłoby przecież, zamiast leżeć w domu czy szpitalu, chodzić do przedszkola, szkoły i bawić się z rówieśnikami. Sam znam takie dzieciaki. Skoro więc udało się to w pojedynczych przypadkach, to czemu nie uczynić z tego normy? Nawet najdroższa terapia jest dla państwa tańsza niż jej brak. Dopóki nie zmienimy obecnego myślenia, będzie dalej królowała strategia udawania, że problemu nie ma, bo przecież diagnozuje się tak mało tych chorób…

– Jest jeszcze aspekt ludzki. Rodzice chorych dzieci nie martwią się o to, czy ich dziecko będzie miało piątki i czy zawsze będzie miało zasznurowane buty, ale o to, czy nie umrze w nocy.

– Tak właśnie jest. W tym wszystkim najważniejszy powinien być zawsze pacjent. Jeśli damy mu lepsze leczenie, to damy mu lepsze życie w lepszych warunkach. Nawet jeśli to życie nie będzie zbyt długie, to dając mu właściwe wsparcie, zminimalizujemy cierpienie jego i jego rodziny. A o to przede wszystkim w tym chodzi.

– Czasami mam wrażenie, że nie dla wszystkich jest to tak samo oczywiste.

– Wie pan, co zmieniło sytuację chorych na mukowiscydozę w Wielkiej Brytanii? To, że premier Gordon Brown miał syna z tą chorobą. Widząc, jak wygląda obecna sytuacja chorych i ich rodzin, zmienił ją, korzystając z własnych doświadczeń z uzyskiwaniem diagnozy i dostępu do leczenia. Pytanie, czy każdy polityk musi mieć w rodzinie taką sytuację? Mam nadzieję, że wystarczą rozmowy z rodzicami, lekarzami i uczonymi. My, rodzice, naprawdę nie chcemy wiele – tylko tyle, ile mają inni chorzy. Bo na razie jest tak, że nie mając wyboru, to my ponosimy większość kosztów obecnej sytuacji.

– Czyli podsumowując: dopóki nie zmieni się system, swoje życie będą musieli zmieniać rodzice.

– Tak. Mam nadzieje, że kiedyś przyjdzie moment, gdy wiedza na temat chorób rzadkich będzie na tyle powszechna, że wprowadzenie potrzebnych zmian stanie się sprawą oczywistą. Może będzie potrzebny ktoś, kto ma w rodzinie czy w najbliższym otoczeniu osobę chorą i wie, jakie problemy się z tym wiążą. Taka wiedza pozwoli dopiero spojrzeć na choroby rzadkie z właściwej perspektywy. Nie tylko bieżących kosztów i oszczędności, ale pojedynczych ludzkich tragedii i możliwości ich uniknięcia. Lubię odnosić się do przykładu chorób onkologicznych. Jeszcze 30–40 lat temu wiedza na temat nowotworów była w społeczeństwie niemal zerowa. Proszę zobaczyć, co dzisiaj dzieje się z chorobami onkologicznymi. Umiemy o nich dyskutować, mamy coraz większą wiedzę na temat profilaktyki i wczesnego wykrywania raka. Czy ktoś kilkadziesiąt lat temu myślał, że głośno będzie się mówiło o samobadaniu jąder czy piersi? Dziś wiedza na ten temat jest powszechna – a to przekłada się na lepszą diagnostykę i leczenie. Mam nadzieję, że podobna rewolucja dokona się w zakresie chorób rzadkich. Dlatego musimy oswajać społeczeństwo z tym tematem. Dzięki temu może uda się osiągnąć taką sytuację, że ci chorzy będą żyli razem z nami, niekoniecznie jako pacjenci leczenia paliatywnego, podłączeni do aparatury, ale obok nas, w szkole, domu, parku czy ogrodzie. Nawet jeśli będą poruszali się o kulach czy na wózku albo będą mieli bardzo specjalną dietę, to będą się tak samo śmiali i bawili jak wszyscy inni. Marzę o tym, by skończyć z negatywnym komunikatem, który towarzyszy chorobom rzadkim. Zamiast obrazków o cierpieniu wolałbym rzetelną dyskusję o tym, jak pomóc chorym, bo ta pomóc jest w wielu przypadkach możliwa i przynosi rezultaty.

– Dziękuję za rozmowę.


Andrzej – Syndrom Devica

Wszystko zaczęło się od swędzącej plamki na skórze, która stawała się coraz większa i większa. „Gdy udaliśmy się z tym do lekarza, stwierdził, że mój mąż jest zdrowy” – wspomina Emilia Mulawa, żona Andrzeja dotkniętego zespołem Devica. To choroba, w której własny układ odpornościowy atakuje rdzeń kręgowy i nerwy wzrokowe. Jest często mylona z początkami stwardnienia rozsianego (SM).

Wkrótce Andrzej Mulawa stracił władzę w ręce. Gdy jego stan zaczął się drastycznie pogarszać, zaczęto podejrzewać nowotwór i zastosowano terapię sterydami. Ta okazała się szkodliwa. Prawdziwą diagnozę – syndrom Devica – udało się ustalić dopiero wtedy, gdy Andrzej Mulawa był już całkowicie sparaliżowany i musiał oddychać przy pomocy respiratora.

Fragment artykułu „Rzadkie choroby – częsty problem”, Niepelnosprawni.pl, 06.03.2015 r.

Artur – Fenyloketonuria

„Powiedziano mi, że dziecko jest upośledzone umysłowo i nie ma sensu dalej go leczyć. Jednak ja cały czas o niego walczyłam” – wspomina Bożena Zwolińska, matka 41-letniego Artura, chorego na fenyloketonurię. – „W ósmym roku życia syna udało mi się zdobyć skierowanie do Centrum Zdrowia Dziecka. Tam powiedziano mi, że jest już za późno i mogę co najwyżej wprowadzić dietę ograniczającą białko. Tymczasem sytuacja jego zdrowia pogarszała się z każdym rokiem. Nikt nie udzielił nam pomocy. Dzwoniłam do szpitali w całej Polsce, gdzie zbywano mnie stwierdzeniem, że nic się nie da zrobić”.

Gdy syn miał 36 lat, pani Bożena zdecydowała się poszukać w internecie czegoś na temat jego choroby. Tam znalazła Stowarzyszenie Ars Vivendi, prowadzone przez Małgorzatę i Stanisława Maćkowiaków, które zajmuje się wspieraniem osób chorych na fenyloketonurię i inne choroby rzadkie. Dopiero tam znalazła właściwe wsparcie, a także wiedzę na temat leczenia i diety, która okazała się zbawienna w skutkach.

„Oni uratowali życie mojemu synowi i całą nasza rodzinę” – mówi ze łzami w oczach Bożena Zwolińska. – „Stan Artura poprawił się tak bardzo, że aż mój drugi syn zapytał mnie, czy to możliwe, że Artur będzie niedługo zdrowym człowiekiem…”.

Fragment artykułu „Leczenie chorób rzadkich wreszcie z planem?”, Niepelnosprawni.pl, 02.03.2016 r.

Clemence – Zespół Ehlersa-Danlossa

Od wczesnego dzieciństwa cierpię na silne bóle i inne objawy. Choroba ta powoduje uogólniony, rozlany ból oporny na leczenie, problemy oddechowe, bóle głowy, ogromne zmęczenie. Procesy automatyczne (na przykład oddychanie, zasypianie) po pewnym czasie przestają takie być. Lekarze nieznający tej choroby przy pierwszym kontakcie z chorym uważają, że może mieć problemy psychologiczne – gdyż towarzyszą jej silne zmęczenie i ból, których nigdy nie możemy naprawdę zlikwidować; może to być przypadek depresji wtórnej. Choroba może przybierać różne formy i utrudnia codzienne życie. Nie ma możliwości złagodzenia bólu, ponieważ nie znaleziono dotąd skutecznego leczenia. Zarówno we Francji, jak i w innych krajach brakuje środków na poszukiwania i badania. Większość chorych w pewnym momencie ma problemy z chodzeniem, więc poruszają się na wózkach. Życie musi być zorganizowane w inny sposób, są czynności, których przez pewien czas lub nigdy nie możemy wykonywać sami.

Podziękowania za tłumaczenie dla Agaty Kwiatkowskiej i Magdaleny Pawlik

Przykłady chorób rzadkich:

Fenyloketonuria: wrodzona choroba metaboliczna występująca z częstością około 1 na 8 tysięcy noworodków. U podłoża choroby leży nieprawidłowa przemiana aminokwasu – fenyloalaniny w organizmie. O ile odpowiednio wcześnie nie zostanie zastosowane właściwe leczenie, gromadzący się w nadmiarze aminokwas uszkadza organizm dziecka, a w szczególności jego mózg, prowadząc nieuchronnie do niepełnosprawności intelektualnej. Stąd konieczność wczesnej diagnostyki choroby opartej na badaniach przesiewowych noworodków i wczesnego prowadzenia leczenia dietą o ograniczonej podaży fenyloalaniny. Takie postępowanie warunkuje profilaktykę uszkodzenia układu nerwowego, pozwalając na całkowicie prawidłowy rozwój dziecka chorego na tę chorobę.

Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/ choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Zespół Devica – choroba neurologiczna o charakterze demielinizacyjnym, w której nadaktywne białka – limfocyty B układu odpornościowego, zamiast strzec organizmu przed infekcjami, atakują również nerwy wzrokowe i nerwy rdzenia kręgowego, „nie rozróżniając” komórek mieliny od chorobotwórczych. Wskutek takich ataków początkowo wytwarza się stan zapalny w obrębie mieliny nerwu, później atrofia (zanik), a w końcu martwica samego nerwu – powstają tzw. jamki martwicze, doskonale widoczne w obrazie MRI (czasami mylone z torbielami lub innymi ogniskami patologicznymi). Zmiany degeneracyjne są nieodwracalne, prowadzą do poważnych deficytów neurologicznych, choć chorzy utrzymują swój potencjał intelektualny i są w pełni świadomi co do możliwości szybkiego, zmiennego postępu choroby i nie najlepszych rokowań.

Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Mukowiscydoza – schorzenie, którego głównym objawem jest nadprodukcja gęstego i lepkiego śluzu, zaburzającego pracę narządów wyposażonych w gruczoły śluzowe. Objawia się przede wszystkim przewlekłą chorobą oskrzelowo-płucną oraz niewydolnością enzymatyczną trzustki z następowymi zaburzeniami trawienia i wchłaniania. Większość chorych (około 75 proc.) cierpi na choroby i dolegliwości układu pokarmowego, takie jak kamica żółciowa, skręt jelita w okresie płodowym, niedrożność smółkowa jelit w okresie noworodkowym, dystalna niedrożność jelit, wtórna marskość żółciowa wątroby, nawracające zapalenia trzustki, blokowanie przewodów trzustkowych przez śluz. Dzięki postępowi medycyny udało się w ostatnich latach wydłużyć przeciętną długość życia chorych z mukowiscydozą do 24 lat.

Na podstawie http://www.chorobyrzadkie.com/schorzenia/mukowiscydoza- istota-choroby

Zespół Ehlersa-Danlosa – występująca w 1 na 5–10 tysięcy urodzeń choroba tkanki łącznej, która buduje nie tylko ścięgna czy więzadła, ale również kości, chrząstki, skórę i krew. Objawia się m.in. chronicznym bólem stawów, kręgosłupa, mięśni, ścięgien (zapalenia ścięgien), skóry, żołądka, piersi, genitaliów itp., ale też problemami w poruszaniu się, zaburzeniami termoregulacji i zaburzeniami sensorycznymi i neurologicznymi.

Na podstawie http://www.ehlers-danlos.pl/p/dolegliwosci.html

Stracony okres 1989–2015

W Polsce od 1989 roku trwa permanentny konflikt polityczno-społeczny, który w dużym stopniu ma podłoże socjalne i dotyczy sprawiedliwej redystrybucji dóbr. Od powstania III Rzeczypospolitej w głównym przekazie medialnym te kwestie były najczęściej marginalizowane. Rozważania związane z upadkiem gospodarczym z lat 90. zostały skutecznie wypchnięte poza nawias debaty publicznej przez kastę ekonomistów i polityków zachwyconych wolnym rynkiem oraz słabym państwem.

Z zimną krwią

Powstały konflikt polityczny miał w początkowym okresie zróżnicowane natężenie, co było spowodowane zamknięciem wielu dużych zakładów przemysłowych lub rozbiciem ich na mniejsze przedsiębiorstwa prywatne. Oznaczało to zmniejszenie potencjału związków zawodowych oraz pozostawienie znacznej części społeczeństwa w trudnych realiach walki o byt w warunkach transformującej się gospodarki – nasilającego się bezrobocia i utraty stabilizacji zatrudnienia. Na pierwszy rzut oka całość wydaje się skutkiem błędnej polityki makroekonomicznej, która zupełnie pominęła aspekt mikroekonomiczny. Prywatyzacja i upadłość przedsiębiorstw państwowych niwelowały zagrożenie strajkami, co było korzystne z punktu widzenia liberalnych polityków.

Można zadać pytanie, czy działania decydentów politycznych były z góry zaprogramowane przeciwko społeczeństwu. Nie do końca. Spiskowa teoria nie będzie mieć pokrycia w faktach, ponieważ prawdopodobnie jedną z wielu zmiennych, które miały wpływ na tę sytuację, był dominujący wówczas liberalny punktu widzenia i to, jak przełożył się na organizację gospodarki. Michel Foucault prowadził w latach 1977–1978 w Collège de France serię wykładów, w których omawiał kwestię praktyk władzy. Jedną z poruszanych przez niego spraw był sposób kontrolowania uprawy i handlu zbożem w XVIII-wiecznej Francji.Foucault wskazywał na zjawisko cyrkulacji, czyli obiegu towarów, ludzi, pieniądza i idei, w kontekście fizjokratyzmu z jego dążeniem do zniesienia ograniczeń, a w efekcie zwiększenia przepływu i wytworzenia w pełni wolnego handlu. Filozof trafnie zauważa, że aspiracje do podniesienia poczucia bezpieczeństwa koncentrują działania organizacji państwowej na sprzyjaniu inflacji różnorodnych działań w przestrzeni. Zbyt ciasna zabudowa w miastach i miasteczkach? Spowodowany tym brak higieny, wzrost przestępczości w ciemnych zaułkach? Odpowiedzią była akcja poszerzania ulic, tworzenie ich regularnej sieci, całkowita przebudowa, by jeszcze bardziej kontrolować i dyscyplinować mieszkańców. Jednak aby taki proces nastąpił, państwo musi się rozwijać, bogacić, zwiększać otwartość na import i eksport. Pojawia się problem niedoboru zboża, a więc zagrożenie głodem. W latach 50. i 60. XVIII wieku następuje publiczna debata, prowadząca do zwycięstwa fizjokratyzmu z jego opowiedzeniem się za wolnym handlem. Jednocześnie w 1764 roku wzrastają ceny zbóż i znów powraca pytanie, czy słuszny jest eksport zboża w czasach niedoboru. Postawa fizjokratów zachęcała do przyjęcia założenia, że nawet jeśli jakąś wioskę dotknie głód i iluś ludzi umrze, będą to oczekiwane straty, a w większej skali niedobór żywności zostanie pokryty importem. Dochodzimy więc do punktu, w którym wolny handel niesie i uzasadnia bardzo poważne krótkoterminowe konsekwencje1.

Znaczna część polskich ekonomistów uległa liberalizmowi ekonomicznemu szkoły chicagowskiej i poparła transformację polskiego systemu gospodarczego zgodnie z jej receptami. Przypomina to opisane przez Foucaulta zjawisko dążenia do zwiększenia cyrkulacji, czego najbardziej widocznym efektem było zapełnienie sklepów różnorodnymi produktami. Oprócz tego pojawiło się także bezrobocie, będące w nowych realiach swego rodzaju wspomnianymi oczekiwanymi stratami. W latach 90. powstały elity polityczne całkowicie akceptujące model tej cyrkulacji, dopełnianej trwałą słabością państwa.

Przykładów jest wiele – np. upadek transportu publicznego w mniejszych miejscowościach umożliwił zagospodarowanie rynku przez przewoźników prywatnych. W konsekwencji doszło do rozwoju sieci busów, z zastrzeżeniem, że nie wszystkie miejscowości są obsługiwane – czy to częstymi kursami, czy w ogóle. Indywidualnym rozwiązaniem tego problemu jest zakup samochodu przez coraz większą liczbę osób. Nasilające się zjawisko migracji mieszkańców z przeludnionych i zanieczyszczonych miast na tereny wokół aglomeracji, przy braku efektywnej komunikacji publicznej, wywołało konieczność tworzenia i rozbudowy sieci drogowej. Doszło do zjawiska kulminacji potrzeby dojazdu ze strony starych i nowych mieszkańców wsi i miasteczek, gdyż obie te grupy są uzależnione od bardziej chłonnego rynku pracy okolicznego miasta. W efekcie wystąpił paradoks Braessa – pojawienie się kolejnej nowej drogi lub dodatkowego pasa ruchu nie zmniejsza liczby i natężenia korków. Z samochodów zaczynają korzystać następni użytkownicy – ci, którzy dotychczas tego nie robili. W wymiarze krótkoterminowym zyskują przedsiębiorcy, ponieważ tworzą sieci busów lub miejsca parkingowe na obrzeżach miast. Społeczeństwo ponosi z tego tytułu podwójne koszty – po raz pierwszy, kiedy musi płacić za usługi prywatne w sytuacji ich braku, i po raz kolejny, gdy kolejne inwestycje drogowe są finansowane z podatków. Cały system cyrkuluje w stronę zysków jednych kosztem drugich. To nieumiejętność zarządzania państwem, przejawiająca się w przypadkowości i w działaniach ad hoc, które wynikają z braku myślenia strategicznego. Sfera publiczna miała się stopniowo kurczyć jako zbyt kosztochłonna i obciążająca budżety samorządów. Skutkiem jest zmiana dóbr publicznych w prywatne, by sfera biznesu i polityki uzupełniały się nawzajem.

Tu zabrakło państwa

System światowy wymusza rywalizację między państwami o potęgę i status/uznanie. Każdy z podmiotów czerpie potencjał m.in. z systemu podatkowego. Skuteczna ściągalność podatków należy obecnie do największych wyzwań państwowych, ponieważ skala ich unikania upośledza możliwość dostarczania usług publicznych na wysokim poziomie. Nie jest to tylko wypadkowa działań grup przestępczych czy słabości systemu prawnego, który ma wiele luk umożliwiających wyłudzenia podatkowe. Innym problemem jest możliwość ograniczania ingerencji zagranicznych podmiotów prywatnych, co w warunkach globalizacji jest bardzo trudne.

W praktyce niemal żaden przedsiębiorca, choć mało kto artykułuje to wprost, nie chciałby zaistnienia całkowicie wolnego rynku, gdyż pełna konkurencja niszczyłaby słabsze podmioty (efekt skali). Słabe państwo i nieskrępowany wolny rynek wcale nie sprzyjają przedsiębiorczości: „Im słabsze państwo, tym mniej bogactwa można zgromadzić poprzez działalność produktywną ekonomicznie. W rezultacie czyni to z samej machiny państwa jeden z głównych obszarów akumulacji bogactwa – poprzez kradzież i przekupstwo, na wyższych i niższych poziomach. Oczywiście nie jest tak, że nie zdarza się to w silnych państwach – bo zdarza się – chodzi jednak o to, że w słabych państwach staje się preferowanym środowisko akumulacji kapitału, co z kolei osłabia zdolność państwa do realizowania innych zadań”2. Samoograniczenie się państwa i związane z tym mniejsze wpływy budżetowe to wspomniana w cytowanym fragmencie niezdolność do realizowania innych zadań. Państwo w takim układzie zmiennych osłabiających nie będzie w stanie reagować na nowe wyzwania. Negatywne zdarzenia i procesy będą się stopniowo nawarstwiać, a wraz z nimi wzrosną także koszty. Państwo w takiej sytuacji zwiększy obciążenia podatkowe obywateli.

Nie chodzi o gloryfikację państwa bez oglądania się na komplikacje, jakie stwarza nadmierny etatyzm. Pożądana jest jednak sytuacja, w której państwo i jego interes będą równie ważne, co zysk. Bez sprawnego państwa, dość silnego w konkurencji z innymi podmiotami na arenie międzynarodowej, krajowi przedsiębiorcy nigdy nie będą w stanie rozwinąć działalności na dużą skalę. W interesie każdego państwa leży maksymalizowanie swoich szans i możliwości, a do tego potrzebne są chłonny rynek wewnętrzny i udział w rynku zewnętrznym. Pierwszy staje się podporą silnych instytucji państwowych i przedsiębiorstw prywatnych, co pozwala budować efekt skali do dalszej ekspansji.

W warunkach mocnej penetracji rynku krajowego przez zagraniczne podmioty dochodzi do przeszczepienia części pozytywnych cech takich firm (jak technologie czy lepszy system zarządzania) na grunt państwa przyjmującego. Jednak celem graczy międzynarodowych jest zysk, a nie działalność charytatywna. Polska po 1989 roku dysponowała określonym kapitałem przemysłowym i finansowym, który z ich punktu widzenia należało przejąć, zlikwidować i pozostawić tylko to, co konieczne, aby lokalna gospodarka stała się głównie usługowa i niezdolna do konkurencji z tymi podmiotami. Według Edwarda Luttwaka działalność usługowa oznacza niższe wynagrodzenia niż w przypadku pracowników zatrudnionych w przemyśle3. Likwidacja lub przejęcie krajowej bazy przemysłowej, przy spadku wynagrodzeń i opanowaniu rynku przez zagraniczne produkty przemysłowe – to prosta droga do kolonizacji na warunkach zagranicznych potentatów. W tym systemie część zasobów trafiła oczywiście w ręce podmiotów powstającego krajowego biznesu. Zadaniem nowej elity było bronienie bezpiecznego trwania tego systemu. Najlepszym przykładem jest wykorzystanie rzekomego polskiego atutu w postaci taniej siły roboczej oraz emigracji wykształconych grup społecznych („drenaż mózgów”) przez lepiej prosperujące gospodarki centrum politycznego kapitalizmu na szeroko pojętym Zachodzie.

Półperyferie

Polska debata publiczna zwykle pomija kwestię zewnętrznego wpływu kapitalistycznych gospodarek na krajowy system polityczny i gospodarczy. Cytowany już Immanuel Wallerstein podzielił kraje o określonym poziomie rozwoju na państwa-centrum, które uwikłały w swoją sieć kraje peryferyjne o zacofanej gospodarce, oraz na półperyferie o większych możliwościach. Ostatnia kategoria zdaje się pasować do polskich realiów – kraju o dużym potencjale rozwojowym, ale zmuszonego konkurować z innymi państwami o podobnym statusie, aby z poziomu zależności gospodarczej nie spaść jeszcze niżej w hierarchii prestiżu i dostępności do określonych korzyści ekonomicznych wskutek przeniesienia produkcji do krajów o jeszcze niższych kosztach zatrudnienia4. Sprzyja to rozwojowi mentalności i dyskursu akceptujących wyższy poziom zaawansowania państw rozwiniętych. Powstaje sytuacja nierównowagi, w której siła nabywcza społeczeństwa wspiera konsumpcję i rozpoznawalność produktów zagranicznych. Polskie firmy potrzebują czasu na rozwój, co w tego typu rywalizacji jest niezwykle trudne.

Bardzo ważnym instrumentem presji gospodarczej i kulturowej jest obecność Polski w strukturach Unii Europejskiej. Z jednej strony jest to szansa, ponieważ istnieją mechanizmy solidarności europejskiej w postaci transferu środków publicznych do państw półperyferyjnych Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak oznacza to również oddanie jeszcze większego pola nieskrępowanej penetracji. Jest to skorelowane z ciągłą wojną cenową, a niskie ceny są efektem m.in. niewielkich uposażeń pracowników.

Proces nowego uzależnienia gospodarczego po 1989 roku został skierowany przeciwko zwykłym ludziom. Wymownym przykładem jest postępujące przeobrażanie prawa pracy w kierunku niestabilnych stosunków zatrudnienia. Rosną nierówności społeczne. Posiadanie mieszkania, domu, potomstwa czy pracy zgodnej z wykształceniem jest dobrem luksusowym. Takie realia znajdują się w konflikcie z propagandą mówiącą, że wolność jest w Polsce gwarantowana przez ustrój polityczny liberalnej demokracji. Narracja ta akcentuje pewien przełom w swobodzie posiadania i artykulacji poglądów politycznych, ale nie gwarantuje efektywności gospodarczej oraz egalitarnego i sprawiedliwego rozwoju. Widać to wyraźnie na poziomie lokalnego samorządu.

Nędza „demokracji” lokalnej

Obecnie w wyborach do rad gmin w miastach niemających praw powiatu obowiązuje system jednomandatowych okręgów wyborczych. Elekcja do rad powiatowych wciąż działa w ramach systemu list wyborczych poszczególnych komitetów partyjnych lub obywatelskich. Wydawać się może, iż jednomandatowe okręgi na poziomie gminy miejskiej o wielkości do 50 tysięcy mieszkańców powinny generować wyższą jakość polityczną, skoro głosowanie nie dotyczy już list komitetów, lecz poszczególnych osób. Problem w tym, że niewielkie okręgi w tego typu miastach sprzyjają miękkiej korupcji politycznej – pozyskiwaniu zwolenników liczących na konkretne korzyści w postaci posad, uregulowań prawnych czy dostępu do intratnych kontraktów na zamówienia publiczne. Sprzyja temu niewielkie zaangażowanie i zainteresowanie sprawami publicznymi. Znajomość poszczególnych osób uczestniczących w rywalizacji politycznej, a także koterii, jakie się wokół nich gromadzą, wywołuje duże emocje. W efekcie tematy trudne i wymagające fachowej wiedzy są spychane na margines.

Wykorzystują to media niekryjące się ze swoimi sympatiami dla poszczególnych kandydatów. Lokalne stacje telewizyjne i radiowe, prasa i portale informacyjne dysponują niewielkim kapitałem finansowym. Wchodzą więc w swego rodzaju „kohabitację” z różnymi lokalnymi politykami na zasadzie wzajemnych korzyści, co przekłada się na określoną politykę informacyjną. Całość kończy się aktem wyborczym, który niekiedy wyłania nową obsadę rady gminy w wyniku skompromitowania się poprzedniej, ale nowe władze zwykle funkcjonują podobnie do starych. Przegrana opcja polityczna nie jest pozostawiana na lodzie. Bardzo często były prezydent trafia do jakieś spółki lub na stanowisko kierownicze do jednostki podległej gminie – podobnie dzieje się z wieloma radnymi.

Sens tego działania jest oczywisty i polega na tym, żeby nie robić sobie nawzajem krzywdy pomimo zajadłych sporów werbalnych w przestrzeni publicznej. W ogromnym stopniu buduje to lokalną elitę polityczną, która świadomie i celowo kontroluje dostęp do intratnych stanowisk. Kto raz wejdzie do tego systemu i nie zepsuje sobie relacji z patronami czy nawet z przeciwnikami, nie wykraczając poza pewne granice rywalizacji, pozostanie w nim na długo. Wielu umożliwia to zbudowanie swoistego imperium, na które nakłada się sieć zwolenników i przyjaciół rozmieszczonych w różnych instytucjach samorządowych czy przedsiębiorstwach prywatnych. Spora część wyborców woli uczestniczyć w tym systemie ze względu na potencjalne korzyści, a sprzeciw zwykle nie wykracza poza anonimową złość w internecie. Najważniejszym kryterium uczestnictwa w lokalnym systemie politycznym jest lojalność, a nie profesjonalna wiedza mogąca zagrażać osobom znajdującym się na różnych szczeblach samorządowej hierarchii. To demokracja pionowa o bardzo ułomnym charakterze, budująca nieformalne sieci wpływu, grupy interesu mogące tworzyć określony porządek prawny od poziomu samorządowego po ogólnokrajowy.

Krytyczna ocena tego zjawiska sama w sobie nie będzie w stanie zainicjować sanacji samorządu, ponieważ w praktyce każdy porządek polityczny, również w rozwiniętych demokracjach, wiąże się z systemem łupów. W jakimś stopniu jest on konieczny, jeżeli ma stanowić motywację do działań politycznych z powodu oczekiwania różnych korzyści. Problem staje się poważny, gdy skala tego zjawiska przerasta uczciwe praktyki. Dla pewnej części wspólnoty, która jest pozbawiona intratnych znajomości, będzie to blokada możliwości zawodowych i szans na podjęcie służby publicznej. Może to przyczynić się do zahamowania napływu fachowych kadr, a na poziomie politycznym ustanawia praktykę negatywnej selekcji i ryzyko bezalternatywności kandydatur.

Zapaść gospodarcza i społeczna w dużym stopniu przełożyła się na ukształtowanie systemu politycznych koneksji i relacji patron – klient, gdyż zwyczajni ludzie nie mogli poświęcić czasu na zdobywanie kompetencji obywatelskich i wiedzy politycznej w sytuacji walki o przetrwanie. Lokalny kapitalizm opiera się na niewielkich firmach o małej sile konkurencyjnej wobec dużych zagranicznych podmiotów. Te małe, rodzinne przedsiębiorstwa, bazują do dziś na taniej sile roboczej i próbach unikania opodatkowania. Nie są zdolne do tworzenia większych firm, ponieważ nie przechodzą procesu fuzji z innymi przedsiębiorstwami. Ich styl działania jest prowincjonalny z powodu chęci manifestowania swojego wyższego statusu majątkowego, ale nie coraz większej zaradności i efektywności w zarządzaniu. Aby przetrwać, budują sieć wsparcia politycznego w celu pozyskiwania zamówień publicznych. Ich niski potencjał i mała skłonność do podejmowania ryzyka inwestycyjnego mają związek ze słabością państwa. „Jeżeli familistyczne społeczeństwo o niskim poziomie zaufania pragnie rozwinąć przedsiębiorstwa na dużą skalę, niezbędna jest interwencja państwowa w postaci subsydiów i innych form pomocy, w tym również bezpośrednie przejęcia firmy na własność skarbu państwa. Wynikiem będzie »siodłowy« wykres dystrybucji przedsiębiorstw i duża liczba relatywnie małych firm rodzinnych na początku skali oraz bardzo mało struktur pośrednich”5.

Miasto pod lupą

Zlikwidowana część przemysłu nierzadko była nadmiernie rozbudowana, a skala zatrudnienia mogła być nieadekwatna do możliwości finansowych. Jednak polityka szokowa, której skutkiem było wysokie bezrobocie utrzymujące się przez długie lata, zupełnie nie brała pod uwagę możliwości rozsądnej i długofalowej restrukturyzacji przedsiębiorstw. Ta ostatnia mogłaby przecież polegać np. na okresowym zmniejszeniu personelu, zwiększeniu efektywności zarządzania, pozyskaniu nowych technologii – aby przetrwać i zyskać lepszą pozycję rynkową. Istnienie tych zakładów, szczególnie w niewielkich ośrodkach miejskich, dałoby silne podstawy do zachowania potencjału gospodarczego, naukowego i demograficznego wielu z nich. Ulokowanie dużych fabryk poza wielkimi aglomeracjami jest z korzyścią dla lokalnych społeczności.

Przykładem miasta, gdzie postąpiono inaczej, jest Skarżysko-Kamienna w północnej części województwa świętokrzyskiego. Miejscowość od wielu lat jest związana z przemysłem zbrojeniowym. Rozwój zapoczątkowała budowa stacji kolejowej w latach 1883–1884, a po nadaniu praw miejskich i powstaniu kolejnych zakładów o charakterze militarnym miasto uzyskało ważne znaczenie przemysłowe i transportowe. Nowe realia polityczne i gospodarcze z chwilą zakończenia II wojny światowej przyczyniły się do rozbudowy istniejących zakładów i tworzenia nowych. Napływ ludności z okolicznych wsi skutkował koniecznością budowy nowych osiedli.

Ten pomyślny rozwój przerwały zmiany gospodarcze z lat 90. Skala zatrudnienia zmalała, a z nią – dbałość o miasto. Rynek pracy bazuje na firmach, które budują swój kapitał i pozycję, wykorzystując tanią siłę roboczą. Trwa odpływ mieszkańców, zwłaszcza tych wykształconych. Efektem jest stopniowo starzejąca się populacja, tymczasowo zastępowana ludnością napływową z terenu Kielc, która wynajmuje lub kupuje tanie mieszkania przy uwzględnieniu kosztów dojazdu do miasta wojewódzkiego, ponieważ samo Skarżysko nie oferuje zatrudnienia i infrastruktury na wystarczającym poziomie. Nastąpiła także ekspansja sieci handlowych o kapitale zagranicznym, co pogorszyło warunki prowadzenia handlu przez lokalnych przedsiębiorców.

Największymi pracodawcami wciąż są zakłady zbrojeniowe, ale zatrudniają znacznie mniej osób niż kiedyś. Brakuje większych inwestycji podobnych do tych z okresu po 1945 roku. Chociaż odbudowa przemysłu na wzór tej z przeszłości nie jest realna z powodu zmniejszenia popytu na produkty przemysłu ciężkiego na rzecz wytwórczości wysokiej techniki, to jednak poważne inwestycje przemysłowe mogłyby odbudować znaczenie miasta. W czasie transformacji upadł zakład produkujący obuwie, a zakłady zbrojeniowe prowadziły własną produkcję sprzętu AGD. Są to przykłady dowodzące, że istniała szansa na rozwój przemysłu lekkiego na potrzeby konsumpcyjne. Wśród kolejnych negatywnych zmian trzeba wymienić spadek liczby połączeń kolejowych i redukcję zatrudnienia personelu obsługującego stację i rozbudowane parki kolejowe. W tych ostatnich funkcjonował znaczący park towarowy, dziś pozbawiony dużej załogi pracowników technicznych – w przeszłości było to nawet około 5 tysięcy osób.

W skali regionu w województwie świętokrzyskim działa natomiast przynajmniej kilkanaście zagranicznych firm, które nie wnoszą wyższej techniki wytwórczej, lecz bazują na przejętych przedsiębiorstwach w celu wyzyskania bazy surowcowej lub materiałowej (inwestycje typu brownfield). Ma to poważne konsekwencje, nie tylko w niszczeniu lokalnego środowiska: „Firmy te, będące oddziałami dużych międzynarodowych korporacji, są silniej powiązane z innymi przedsiębiorstwami z obcym kapitałem niż z miejscowymi podmiotami gospodarczymi, w niewielkim stopniu tworzą sieci relacji z dostawcami i instytucjami lokalnymi. Takie formy współpracy wiążą się z niskimi regionalnymi efektami mnożnikowymi, czyli zwiększaniem działalności miejscowych podmiotów gospodarczych wywołanym przez wzrost popytu na ich dobra i usługi ze strony firm zagranicznych”6.

Pracownicy takich przedsiębiorstw stanowią kolejny materiał eksploatacyjny wraz z dostępnymi maszynami, które nie podlegają wymianie aż do momentu całkowitego zużycia. Tego rodzaju firmy w momencie, gdy osiągną cele, po prostu zmienią miejsce działania. Zakończenie działalności przedsiębiorstwa oznacza nie tylko wzrost bezrobocia. Część z pracujących, poddana silnemu reżimowi pracy fizycznej, będzie skazana na problemy zdrowotne w przyszłości. Praca ponad ustawowy miesięczny czas pracy, jak na przykład łączenie dwóch umów (o pracę i cywilnoprawnej, tzw. śmieciowej), jest sposobem na obarczenie pracowników zadaniami osób, które powinny być w rzeczywistości dodatkowo zatrudnione. Zamiast tego redukuje się koszty, zmniejszając zatrudnienie. Jest to przyczyną problemów w rodzinach i lokalnych społecznościach, zmuszonych radzić sobie z kosztami leczenia osób przepracowanych, zmagających się z trudnościami psychologicznymi i nałogami. To, co pozornie niewidoczne, w wymiarze długofalowym doprowadzi do konkretnych kosztów finansowych i społecznych.

Innym przejawem działania firm zagranicznych jest eksploatacja surowcowa oraz nasilone użytkowanie infrastruktury drogowej. „Najczęściej przedmiotem współpracy inwestorów zagranicznych z miejscowymi podmiotami są samochodowe usługi transportowe. Intensywny ruch samochodów ciężarowych przewożących ciężkie towary produkowane przez te przedsiębiorstwa powoduje stałe pogarszanie jakości dróg wojewódzkich i lokalnych, przy czym przedsiębiorstwa te nie poczuwają się do partycypowania w kosztach ich utrzymania i modernizacji. Wydaje się, że w tej sytuacji powinna być stosowana powszechna w ochronie środowiska zasada: zanieczyszczający płaci (w tym przypadku niszczący płaci)”7.

Ślepa uliczka

Polskich przedsiębiorców cechuje silna postawa roszczeniowa wobec państwa i często prezentują błędny tok rozumowania. Zazwyczaj uważają, że państwo po prostu okrada ich z zysków. Rzecz polega na zrozumieniu, kto naprawdę tego dokonuje – są to lepiej prosperujące firmy zagraniczne, działające w dodatku na preferencyjnych warunkach. Przykładem bardzo negatywnego podejścia polskich przedsiębiorców, wykupujących lokalne firmy lub podejmujących się ich dzierżawienia, jest użytkowanie mienia bez podejmowania inwestycji, np. w nowe urządzenia, lub kosztów podnoszenia kwalifikacji personelu. Brak inwestycji skutkuje niskimi zwrotami z działalności. Zyski mogłyby być większe w przyszłości dzięki wprowadzeniu nowych maszyn produkcyjnych, ale liczy się krótkofalowa korzyść. Taka mentalność sprzyja budowaniu większego majątku prywatnego. W sytuacji pogorszenia się warunków prowadzenia działalności łatwo jest krytykować państwo i społeczeństwo.

Dalsza liberalizacja gospodarki po 2007 roku w realiach późniejszego kryzysu finansowego w gospodarce światowej dokonywała się w ramach pewnego schematu myślowego. Demokracja liberalna i wolny rynek w ujęciu polskich liberałów są najważniejszym osiągnięciem, które – jako zwieńczenie historii linearnej – znosiło prymat państwa nad stosunkami gospodarczymi, a nieograniczona wolność miała rekompensować niedobory w sferze stabilizacji materialnej. W efekcie żyjemy w bardzo niestabilnych warunkach związanych z tymczasową pracą i ograniczoną dostępnością usług publicznych. Poszczególne grupy społeczne dbają o uzyskane uprawnienia kosztem innych o gorszym statusie i pozycji, starając się wywalczyć korzystną dla siebie legislację. Dostęp do informacji w internecie jest tylko częściowo wolny i demokratyczny, gdyż podlega całej strukturze komercyjnego oprogramowania, które śledzi gusta i zainteresowania użytkowników. Od 1989 roku trwa depresja demograficzna, powodowana z jednej strony odkładaniem na przyszłość momentu poczęcia dziecka z powodu priorytetu zdobycia wyższego wykształcenia i większej ilości dóbr, a z drugiej – bezrobociem i pauperyzacją. Tak uformowana demokracja jest systemem ochrony przywilejów i zasobów silnych grup interesu. Większe ruchy protestu zostają skanalizowane w ruchy społeczne, które przekształcają się w partie polityczne i powtarzają schemat z budową sieci zależności i generowaniem posłusznej klienteli.

Kamil Sasal

Przypisy:

  1. M. Foucault, Bezpieczeństwo, terytorium, populacja, Warszawa 2010, s. 23–72.
  2. I. Wallerstein, Analiza systemów światów. Wprowadzenie, Warszawa 2007, s. 80.
  3. E. Luttwak, Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki, Wrocław 2000, s. 66–67.
  4. Ibidem, s. 85.
  5. F. Fukuyama, Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu, Warszawa–Wrocław 1997, s. 43.
  6. S. Pastuszka, Zagraniczne inwestycje bezpośrednie w regionie świętokrzyskim w latach 2005–2011, „Gospodarka Narodowa” 2013, nr 10.
  7. Ibidem.

Rynkowy imperializm – monopole i globalny łańcuch wartości. Studium przypadku i propozycje obrony

„Globalizacja nie jest monolityczną siłą, lecz ewoluującym zestawem konsekwencji – niektóre z nich są dobre, niektóre złe, a niektóre niezamierzone. To nowa rzeczywistość” – napisał dokładnie 10 lat temu John B. Larson, polityk amerykańskiej Partii Demokratycznej. Rzeczywiście, globalizacja wywróciła nasz świat do góry nogami – umożliwiła szybki transfer technologii i kapitału, stworzyła nową globalną jakość relacji międzyludzkich, wreszcie wydłużyła i rozproszyła po całym świecie produkcję nawet najbardziej podstawowych dóbr. Niejednokrotnie jest oskarżana o całe zło dzisiejszych czasów, od zniszczenia rodzimego przemysłu po degenerację moralną. Teorie mniej lub bardziej spiskowe doszukują się istnienia światowej oligarchii kontrolującej nasze życia lub globalnego starcia cywilizacji religijno-politycznych.

Jednym z najbardziej zauważalnych objawów globalizacji jest oczywiście powstanie nowej jakości korporacji międzynarodowych, ich globalnych operacji oraz podążającego za nimi transnarodowego kapitału. Nie chcemy, aby ten tekst stanowił klasyczne powtórzenie – niejednokrotnie niezwykle celnych i trafnych – argumentów przytaczających przypadki unikania opodatkowania, zatruwania środowiska czy niemal neokolonialnych warunków pracy, wyrażających się w folwarcznym stosunku do nisko opłacanej siły roboczej. Nawet najbardziej zasadna krytyka modelu w optyce makro powinna zacząć się od zbadania zależności na poziomie mikro, czyli modeli i strategii biznesowych. Zasadniczo na każdym ustabilizowanym rynku znajdziemy jakiegoś gracza „odstającego” pod względem modelu biznesowego od reszty uczciwych konkurentów – zazwyczaj niestety w kierunku tego bardziej krwiożerczego kapitalizmu.

W globalnym łańcuchu wartości (global value chain) tym bardziej trudno o zdefiniowanie podziału ciężaru i korzyści na każdym etapie produkcji dóbr i usług wędrujących między gospodarkami, i tu właśnie powinniśmy być bardziej czuli na wszystkie uboczne efekty działań międzynarodowych podmiotów. Weźmiemy zatem na warsztat dwa studia przypadków, w których monopoliści zarządzający światowym łańcuchem produkcji czynią wszystko, aby zabetonować swoją pozycję rynkową i uzależnić od siebie możliwie najwięcej podmiotów dostarczających produkt lub usługę ostatecznemu klientowi. Monopoliści argumentują, że cały proces i wysoka produktywność są wyłącznie zasługami ich wysokich nakładów na badania i rozwój, innowacyjnej platformy IT i daleko idących procesów optymalizacyjnych. Czy nie sprowadza się on jednak do agresywnych technik cenowych, wrogich przejęć i nieuczciwej konkurencji wspartej wielomilionowym lobby?

Technologiczny produkt doskonały

Uber to, mówiąc w skrócie, globalna firma oferująca przewozy osób (od niedawna także jedzenia). Powstała w 2009 roku w kalifornijskim raju start-upów, czyli małych, technologicznie przełomowych przedsięwzięć. Początkowo spółka oferowała możliwość zamówienia luksusowego auta za pomocą aplikacji: usługę tradycyjnie skierowaną raczej do zamożnych klas wyższych. Model biznesowy Ubera uległ drastycznej przemianie w 2012 roku, kiedy firma stworzyła swój sztandarowy produkt – cyfrową platformę łączącą osoby oferujące przejazdy z klientami. Uber nie dysponuje własną flotą, nie zatrudnia też kierowców – stanowi wyłącznie platformę zarządzania stronami popytu i podaży na rynku przewozów, sieć czerpiącą swoją siłę z powszechności stosowania przez obie strony tej wymiany. Przychód spółki pochodzi z marży pobieranej automatycznie od każdego przejazdu.

Na początku szybki wzrost Ubera wzbudzał raczej pozytywne reakcje. Około 2010 roku w kręgach entuzjastów technologii, inwestorów, a później także tradycyjnych mediów pojawił się termin „ekonomii współdzielenia” (sharing economy), mający oddawać istotę działania podobnych przedsięwzięć, bazujących na efekcie sieciowym i zoptymalizowanych za pomocą stale uczących się algorytmów zarządzania zasobami dostarczanymi przez użytkowników. Uber, tuż obok Airbnb, został szybko ogłoszony mesjaszem postępu, nieuchronnym marszem technologii przez wszystkie dziedziny życia. Własny produkt (nie bez cienia megalomanii) tak podsumował CEO Ubera Travis Kalanick, formułując tzw. prawo Travisa: „Nasz produkt jest o tyle doskonalszy od status quo, że jeśli damy ludziom szansę go zobaczyć lub wypróbować, to w każdym miejscu na świecie, gdzie rząd jest w jakikolwiek sposób odpowiedzialny przed ludźmi, będą się go domagać i bronić prawa do jego istnienia”.

Taki model biznesowy okazał się niezwykle atrakcyjny dla inwestorów. Nowoczesny design i płynne doświadczenie użytkowania, skomplikowane algorytmy „pod maską” aplikacji i przede wszystkim brak obciążenia aktywami (oddaje to popularna fraza asset-light) – to niemal idealny przepis na biznes. Musi on jedynie stać się powszechnie używany, by przynosić ogromne zyski. Ochrona patentowa Ubera jest na stosunkowo niskim poziomie, aplikacja zaś jest w zasadzie nieskomplikowana. Przy tak niskich barierach wejścia wygrać można tylko absolutnym monopolem.

Nie bez powodu zatem kolejne rundy finansowania przedsięwzięcia okazały się tak skuteczne. Mimo całkowitej nieprzejrzystości finansowej spółka pozyskała ponad 11 miliardów dolarów finansowania od największych graczy globalnego rynku. Zasilany takimi kwotami wzrost Ubera jest wprost hiperboliczny – jest dziś wyceniany na 69 miliardów dolarów, co czyni z niego (na papierze) najdroższą na świecie firmę prywatną. W USA Uber odpowiada za 52% wszystkich transakcji związanych z transportem naziemnym, deklasując inne aplikacje, firmy taksówkarskie, ale i wypożyczalnie aut. Analitycy szacują, że w 108 krajach świata Uber jest najczęściej używaną aplikacją do przewozów – zasięg jego dominacji pokrywa ponad pół tysiąca miast w całej Ameryce Północnej, zdecydowanej większości Europy, Afryki, Ameryki Południowej, a także Japonii i Australii.

Butem w drzwi

Pozyskiwane środki w większości służą wchodzeniu na nowe rynki – do kolejnych krajów i miast – poprzez agresywny, zmasowany marketing, niejednokrotnie przekraczający granicę smaku lub prawa, oraz za pomocą dumpingowych strategii cenowych. Przykłady?

W 2012 roku Uber prowadził negocjacje na temat rozpoczęcia operacji w Waszyngtonie. Gdy Komisja Transportu i Środowiska zaproponowała kompromisowy scenariusz uruchomienia aplikacji, CEO spółki Travis Kalanick rozesłał adresy e-mailowe, numery telefonów i inne dane kontaktowe członków Komisji tysiącom użytkowników Ubera. Wezwał ich do mobilizacji w celu zastraszenia Komisji i zezwolenia na wejście Ubera do miasta bez jakichkolwiek barier regulacyjnych. Nękanie radnych okazało się skuteczne.

Kiedy Uber rozpoczynał w 2014 roku działalność w Portland, również napotkał na opór ze strony miejskich radnych. Spółka zainicjowała długą kampanię „okrążania” miasta dostępnością swoich usług oraz zorganizowała dziesiątki otwartych imprez, podczas których kreowała „spontaniczny” ruch obywateli przeciwko „przestarzałym regulacjom”. Uruchomiono też specjalną wersję aplikacji, znaną jako Greyball, która utrudniała dostęp funkcjonariuszom publicznym do właściwej platformy, aby uniemożliwić kontrole kierowców. W samych Stanach Zjednoczonych Uber dysponuje ponadto siecią około 250 lobbystów oraz niemal 30 firm obsługujących różne strategie nacisku; utrzymanie takiej armii to rokrocznie wielomilionowe kwoty. W dzisiejszej Polsce też mamy niemało adwokatów liberalizacji usług przewozowych, zarówno tych robiących to charytatywnie, z przekonania, jak i opłacanych za np. uczestnictwo w posiedzeniach komisji sejmowych.

Obecny jest i wątek orwellowskiego wręcz monitorowania. Ward Spangenberg, były pracownik Ubera ds. bezpieczeństwa, pozwał firmę za zbieranie danych i powszechne praktyki podglądania kont indywidualnych osób, ich historii przejazdów oraz innych danych osobowych. Tryb śledzenia przejazdów i pasażerów w czasie rzeczywistym, znany jako „Widok Boga” (God’s View), był prawdopodobnie używany przez zarząd Ubera do wyszukiwania prywatnych informacji o nieprzychylnych spółce dziennikarzach.

Uber jest rozpoznawalny na salonach także za tempo, w jakim „pali pieniądze” inwestorów, czyli je wydaje. Spółka w 2015 roku zanotowała stratę na poziomie 2 miliardów dolarów, w 2016 zaś – 2,8 miliardów. Żadna spółka ICT nie wydawała w historii tylu pieniędzy w takim tempie1. Poza lobbingiem i promocją Uber wydaje też środki na „subsydiowanie” kierowców – żądając od klienta niezwykle niskiej ceny, niejednokrotnie na pierwszych etapach podboju rynku wypłaca kierowcy większą kwotę (co jednak nie oznacza wcale godnej czy wysokiej stawki). W ten sposób prowadzi wyjątkowo agresywną wojnę cenową rękami swoich inwestorów, którzy w przyszłości odbiją sobie straty pokaźną rentą ekonomiczną.

Współdzielenie – byle nie zysków

Aby pozostać maksymalnie elastycznym i lekkim, Uber wciąż stara się utrzymywać wizerunek „platformy”. Dzięki temu może korzystać z największych zalet tzw. ekonomii zleceniowej (gig economy), czyli zupełnej wolności od odpowiedzialności. Kierowcy korzystający z aplikacji nie są oczywiście zatrudnieni na stałe, nie odprowadzają tym samym pełnych składek emerytalnych czy zdrowotnych, nie są objęci innym zbiorowym ubezpieczeniem. W przypadku incydentu na linii kierowca-klient – takiego jak gwałt czy napaść – spółka niejednokrotnie decydowała się na usunięcie obu stron z systemu, dla świętego spokoju i przy pełnym odcięciu się od odpowiedzialności. Następuje pełne przeniesienie ciężaru odpowiedzialności i ryzyka na samozatrudnionego użytkownika. To dlatego Uber z takim zapałem odwołuje się od każdego wyroku sądowego, który naznacza spółkę piętnem „dostawcy usług przewozowych”, co niosłoby za sobą realne konsekwencje.

Co więcej, wszystkie koszty eksploatacji auta kierowcy ponoszą samodzielnie, ze swojej części marży. Uber niejednokrotnie manipulował rzekomo wysokimi zarobkami w procesach sądowych, np. w Wielkiej Brytanii w 2016 roku, porównując je z płacą minimalną, w którą przecież nikt nie wlicza kosztu zakupu narzędzi pracy. W istocie, stali kierowcy korzystający z aplikacji posuwali się już kilkukrotnie do zbiorowych procesów m.in. w amerykańskich stanach Kalifornia oraz Massachusetts, a także do strajków, w tym w Polsce (ostatni miał miejsce w grudniu 2016 roku).

Agresywne planowanie podatkowe to kolejny obszar wyciskania społeczeństwa do cna, co zbadali dziennikarze śledczy magazynu „Fortune”. Dzięki ponad setce spółek rozsianych po całym świecie i ich strukturze zależności, przychód Ubera (~20% ceny przejazdów) jest opodatkowany efektywną stopą w wysokości 0,82% (suma efektywnej stopy w USA i Holandii)2. Głównym mechanizmem tego triku jest wątpliwe etycznie wykorzystanie prawa własności intelektualnej Holandii, słynącej zresztą z nadzwyczaj liberalnego reżimu podatkowego.

Uber wnosi nową jakość do znanego mechanizmu poszukiwania renty monopolistycznej, który jako jedną z głównych bolączek kapitalizmu opisywał już Adam Smith. Celem Ubera w takiej sytuacji jest skoncentrowanie całego możliwego rynku przewozów, a zatem docelowo stanie się rynkiem przewozów i jednostronne dyktowanie warunków na nim panujących, zarówno jeśli chodzi o stawki, jak i mechanizm funkcjonowania rynku, np. zarządzanie popytem w centrum miasta, sposoby karania słabo ocenianych kierowców czy przydzielanie konkretnych pasażerów do kierowców.

Naturalnie apetyt na zysk jest wciąż większy. CEO firmy Travis Kalanick nie ukrywa, że obecne prace rozwojowe – będące przedmiotem sporu o kradzież danych z gigantem Google – oraz przejęcia innych spółek technologicznych skupiają się na autonomicznych pojazdach, które pozwoliłyby z czasem pozbyć się drogiego czynnika ludzkiego z globalnego, zuniformizowanego systemu przewozów osobowych.

Rolnictwo to świetny biznes, ale nie dla rolnika

Monsanto jest amerykańskim koncernem chemicznym specjalizującym się w biotechnologii oraz wielkoprzemysłowej chemii organicznej. Oprócz modyfikowanej genetycznie żywności jest też producentem nawozów i środków ochrony roślin oraz żywności i hormonów dla zwierząt. Agresywny styl lobbingu, nieposzanowanie lokalnych standardów ekologicznych czy zamawianie i fałszowanie badań naukowych sprawiło, że Monsanto stało się sztandarowym przykładem terroryzmu korporacyjnego. Z tego powodu jest też głównym celem ataków ruchów alterglobalistycznych i ekologicznych3.

Złej reputacji narobiły koncernowi przede wszystkim produkcja i sprzedaż na przemysłową skalę środków takich jak Agent Orange (defoliant, użyty przez wojska USA do niszczenia dżungli w Wietnamie), rakotwórczych insektycydów (DDT), Posilacu (bydlęcego hormonu wzrostu, zakazanego w UE) i przede wszystkim Roundupu. Ten chwastobójczy środek zawierający czynny roztwór glifosatu działa selektywnie na uprawy, zabijając wszystkie inne rośliny oprócz tych posadzonych przy użyciu nasion pochodzących od tego samego koncernu. Niszczy tym samym cały ekosystem dookoła i uniemożliwia na lata inną uprawę. Rzekoma biodegradowalność Roundupu została podważona i Monsanto musiało usunąć tę fałszywą informację z opakowań produktu; walka o jego usunięcie z europejskiego rynku cały czas trwa.

Nie sam konstrukt chemiczny i działanie tego czy innego preparatu są najważniejsze dla zarządzających korporacją. Kluczowe jest uzależnienie całego łańcucha produkcji w rolnictwie od wyrobów pochodzących z oferty firmy. Rolnik za sowitą i stale rosnącą cenę preparatów dostaje regularnie spełnianą obietnicę jeszcze wyższej efektywności użycia areału czy wody. Jest on w stanie u jednego sprzedawcy nabyć preparaty do każdego etapu cyklu produkcji w rolnictwie czy hodowli zwierząt. Wraz ze wzrostem skali otrzymuje dostęp do coraz większych rabatów czy profesjonalnego „doradztwa” w doborze oferty, co stanowi dla niego silną zachętę ku dalszej intensyfikacji produkcji. Co więcej, użycie nawozu od jednego producenta wymusza też stosowanie środka ochrony roślin oraz chwastobójczego, a w konsekwencji i nasion – to wszystko przez wiele cykli produkcji, bez możliwości zmiany dostawcy czy zmniejszenia dawek. Stosunek klient – producent jest w pewnej mierze porównywalny do relacji dealer – narkoman.

Co w tym złego, skoro dzięki intensywnemu rolnictwu (co jako zjawisko samo w sobie nie jest przedmiotem naszej krytyki) rolnik uzyskuje o wiele większe plony czy więcej ważą jego karmione hormonami trzoda, drób i bydło? – spytają obrońcy status quo. Możemy przyjąć, że płaci za to wysoką cenę, ale i otrzymuje sprawiedliwy zarobek. Czy aby na pewno? Podzielmy łańcuch produkcji żywności na trzy etapy – producentów surowców, producentów żywności i ich dystrybutorów.

Zaglądając w publiczne dokumenty finansowe spółek takich jak Monsanto (ale też i jego największych konkurentów, jak szwajcarska Syngenta, amerykański DuPont, niemieckie Bayer i BASF), widzimy, że produkcja i sprzedaż środków takich jak Roundup przynosi stopę zysku4 sięgającą prawie 30%. W segmencie nasion Monsanto uzyskuje jeszcze lepszy wynik, przekraczając 35%. W zysk ten są wkalkulowane przecież wieloletnie i kosztowne nakłady na badania i rozwój – chronione przez patenty i cały system ochrony prawa własności intelektualnej. Stanowią one około jednej trzeciej całości kosztów Monsanto. Prawie identyczny udział przyjmuje również budżet marketingowy, w którego społeczną szkodliwość społeczeństwo nie powinno wątpić5.

W budżet marketingowy wliczane są często programy benefitów dla dystrybutorów i stałych klientów, takie jak wycieczki zagraniczne czy drogie sprzęty elektroniczne. Głośno też było o korzyściach, jakie uzyskiwali naukowcy publikujący pod swoim nazwiskiem artykuły „naukowe” pisane przez pracowników Monsanto. Czy wszystkie takie agresywne techniki sprzedażowe musimy wliczać w cenę naszej żywności?

Co gorsza, z końcem ubiegłego roku Monsanto i jego akcjonariusze zaakceptowali ofertę przejęcia firmy przez niemiecki koncern Bayer za 62 mld USD. Na horyzoncie jest też fuzja trzeciego i piątego największego gracza na rynku – DuPont i Dow. Z sześciu największych graczy pozostanie najprawdopodobniej czterech, kontrolujących ponad 70% światowego rynku agrochemicznego.

W uścisku…?

Kolejny etap łańcucha produkcji to gospodarstwo rolne, które ponosi pełne ryzyko ekonomiczne produkcji żywności, a spoczywają na nim wszelkie ciężary wynikające ze specyfiki uprawy danej rośliny lub hodowli zwierząt. Wliczamy tu ryzyko czynników losowych (pogoda), sezonowości cen, utraty rynku zbytu czy długoterminowego przewidywania popytu. Na tym etapie marżowość daje jednak małe pole do manewrów i podlega silnej presji ze strony dystrybutorów i przemysłowych odbiorców produktów rolnych. Sprowadza się to do jednocyfrowych stóp zwrotu, obarczonych nieporównywalną sezonowością w stosunku do innych branż wytwórczych. Jedynie intensywne farmy rolnicze są w stanie osiągać na ogromnych areałach ziemi wyniki bliższe tym, które Monsanto co roku osiąga dla swoich akcjonariuszy. Ponadto producenci żywności podlegają spekulacjom na giełdach rolnych, co stanowi kolejny argument za tym, aby zostawiać im większą część ceny w kieszeni.

Wielkie sieci handlowe również przeszły ogromną monopolizację i stanowią dziś w Europie Zachodniej (a coraz bardziej i w Polsce) głównych „żywicieli” społeczeństwa. Może ich wyniki wskutek ogromnej presji cenowej i konkurencyjności skurczyły się przez lata do przedziału 0–5%, ale stopniowy zanik konkurencji na tym polu i nagromadzenie siły przetargowej wobec poddostawców dopełniają obrazu młota i kowadła, pomiędzy którymi znajdują się wytwórcy żywności. To samo dotyczy żywnościowych koncernów takich jak Ferrero, Nestle czy Procter&Gamble, u których cena produktu zawiera wielokrotnie większy wkład dobrze opłacanych specjalistów od marketingu i sprzedaży z bogatych krajów zachodnich, a nie ludzi zbierających ziarna kakaowców czy plantatorów pomarańczy.

Bardziej sprawiedliwy podział dochodu wzdłuż łańcucha wartości dodanej zakładałby zatem wyższą płacę dla pracowników, większą marżę oraz przestrzeń kosztową zabezpieczającą gospodarstwa rolne przed czynnikami losowymi. Oznacza to mniejszy budżet dla Monsanto i jemu podobnych na agresywne techniki pricingu czy na setki lobbystów zaangażowanych w proces legislacyjny w UE, Kanadzie czy USA, gdzie istnieje centrum interesów gospodarczych tej firmy. Musielibyśmy zatem dokonać przesunięcia w ramach obecnej ceny i w taki sposób, aby w tanim bananie, czekoladzie czy marchewce z dyskontu zostawało mniej chemikowi czy prawnikowi z Ameryki, a więcej plantatorowi i jego pracownikom.

Mniej rynku w rynku

Pokusimy się o stwierdzenie, że w przypadku tak dalece posuniętej monopolizacji rynku oraz przekształcenia relacji, jakie na nim panują, możemy mówić już o czymś na kształt „wchłonięcia rynku”, uczynienia z niego podmiotu wewnętrznych ustaleń, a zatem i zaburzeń procesów kreacji i łączenia popytu z podażą. Zjawisko to zasługuje na zupełnie osobną nazwę jako najwyższe stadium monopolu, ale z racji pewnej tradycji semantycznej będziemy je określać rynkowym imperializmem.

Problem z rynkowym imperializmem polega, jak widać, nie na samej w sobie rewolucji technologicznej tego zaburzenia (disruption), które przynosi nam wciąż lepsze sposoby gospodarowania i skutecznego wykorzystywania zasobów, ale na tym, że ustawia wszystkie podmioty – klientów, pracowników, media, partnerów biznesowych czy demokratyczne rządy – w pozycji petentów6 zależnych od decyzji wąskiego grona wybrańców, którzy zwyciężyli wojnę o dominację. Rynkowy imperializm to powrót do wyzwolonej od państwowych granic, zasnutej intelektualnymi prawami własności i armiami lobbystów niepodzielnej władzy imperatorów swoich dominiów.

Jak dokonać zatem zmiany w tym globalnym łańcuchu wartości, niejakiego pchnięcia ku jego dołowi, aby to kierowcy platformy przewozowej i rolnikowi zaopatrującemu się w nasiona i nawozy zostawało więcej przestrzeni w ramach struktury kosztowej? Jak w dotychczasową cenę tego, co oferuje im ich „matka”, wliczona mogłaby być większa część ryzyka działalności gospodarczej, którą oni w pełni ponoszą? Jak dać mrówkom pracującym na sukces całego mrowiska korzystać z efektów skali i przenieść na nie owoce wzrostu produktywności?

Wyrównanie przez rozproszenie

Jednym z możliwych rozwiązań byłoby nałożenie na podobne modele biznesowe podatku od pozycji dominującej (podatku od monopoli). Miałby on za zadanie konsumować tę część marży, którą Uber, Microsoft czy inny Apple pobierają od klientów za swoją „niezastępowalność”, za wciąż podtrzymywaną i najpilniej strzeżoną przez liczne patenty siłę rynkowego imperializmu. Nadrzędnym jego celem byłoby osłabienie pozycji przetargowej wobec wszystkich pozostałych uczestników procesu gospodarczego, nad którym imperialista sprawuje kontrolę.

Taki podatek czyniłby z nich po prostu mniej dochodowe spółki, zachęcając dotychczasowych akcjonariuszy do lokowania kapitału w mniejszych i średnich przedsiębiorstwach. Taka zachęta na rynku kapitałowym (czyli tym, gdzie zawierane są transakcje kupna, sprzedaży firm i udziałów lub akcji na nich) czyniłaby z rynkowych imperialistów mniej atrakcyjne „kąski” z pewną stopą zwrotu. Kapitał od inwestorów szedłby wtedy do spółek o rozproszonym, ale prawdopodobnie większym potencjale innowacyjnym i destabilizował niekwestionowane do tej pory pozycje rynkowe. Inwestorów oraz ich pośredników zarządzających majątkami cechuje niestety zadziwiająco niska skłonność do ryzyka w zakresie gospodarki realnej, fizycznej, szczególnie w obszarach projektów najbardziej innowacyjnych – a zatem często o niejasnym potencjale biznesowym i stopie zwrotu, którą w pełnej krasie dostrzega się dopiero w średnim i długim terminie7.

Mniejsze dochody spółki to także mniej wolnych środków na najdroższe biurowce, działania marketingowe i medialne, lobbing czy agresywny dumping cenowy. W skrajnych przypadkach to także mniej kapitału uciekającego do rajów podatkowych i stamtąd w charakteryzujące się wysokimi stopami zwrotu instrumenty spekulacyjne na globalnych rynkach finansowych, które są bezpośrednią przyczyną niestabilności całej gospodarki światowej. W ten sposób „wyrównujemy boisko” dla wszystkich graczy i sprowadzamy grę ponownie do wysokiej jakości usług i produktów oraz poszukiwania innowacji, Schum­peterowskich napędów gospodarki.

Podatkowy zwrot o 150 lat

Podatek od pozycji dominującej musi być tak opracowany, aby nie mógł w ramach rozkładu podatku (termin określający, na kim spoczywa faktyczny ciężar daniny) zostać przerzucony ani na konsumentów, ani na poddostawców. Jego ciężar ponieść powinni przede wszystkim akcjonariusze, czerpiąc mniejszą rentę kapitałową ze swojej inwestycji. Struktura akcjonariatu w przypadku dużych korporacji jest dziś zbyt skomplikowana (fundusze publiczne, niepubliczne, zarejestrowane w różnych jurysdykcjach podatkowych itd.), aby mówić o np. wyższej niż nominalna stopa podatku od dochodów kapitałowych. Mógłby on jednak być zastosowany w formie mnożnika przy jego dotychczasowej stawce.

Z każdej złotówki zysku monopolisty płacony byłby nie tylko CIT (na poziomie rachunku zysków i strat przedsiębiorstwa) w wysokości 19% (polska stawka) i podatek od dochodów kapitałowych (podatek Belki) również w wysokości 19%8. Przy ostatnim etapie przemnażalibyśmy stawkę „podatku Belki” przez wartość wyższą niż 100%. Na przykład dla „lekkiego” monopolisty stosowalibyśmy przedział między 100 a 120%, a dla globalnego lidera rynku przedział sięgający 140–160%. Wtedy efektywna stawka „podatku Belki” wzrastałaby do odpowiednio 22,8% lub nawet 26,6–30,4%.

Alternatywnym sposobem obliczania tego podatku byłoby odniesienie się w jego podstawie do udziału rynkowego, jakim dany gracz rynkowy wyrasta ponad przeciętną dochodowość w branży i na danym rynku (rozumianym geograficznie). Definiowana w ten sposób przewaga monopolisty nad resztą graczy rynkowych, przejawiająca się w jego rencie monopolistycznej, musiałaby również być w większości, jeśli nie w pełni, konsumowana przez podatek na poziomie rachunku finansowego i zysku wypłacanego przez spółkę akcjonariuszom w postaci dywidendy lub skupu akcji.

W zasadzie takie rozwiązanie (rate-of-return) istniało już w XIX wieku w USA, lecz przez wadliwą konstrukcję podstawy opodatkowania doprowadzało do akumulacji kapitału i przeinwestowania w tychże spółkach (efekt Avercha-Johnsona). W XX wieku na całym świecie stopniowo wycofywano się z tego rozwiązania, przechodząc do modelu definiującego siłę gracza przez jego przychody i udział w rynku. Do dziś kary nakładane przez urzędy antymonopolowe są odzwierciedleniem zasady revenue-cap-regulation.

Pojawia się zatem sugestia, aby potencjału i „mocy obliczeniowej”, drzemiących w instytucjach takich jak UOKiK czy Biuro Unijnego Komisarza ds. Konkurencji, użyć do definiowania, kto na rynku jest monopolistą i jaka część jego dochodu wynika ze standardowej funkcji produkcji, a jaka z jego wyjątkowej pozycji. Automatycznie stworzylibyśmy dla tychże podatników zachętę, aby przy dotychczasowym modelu biznesowym ograniczyć własną pozycję poprzez np. podział globalnego koncernu według kryteriów geograficznych lub specjalizacyjnych (np. dezinwestycja konkretnego segmentu, opuszczenie któregoś kraju). Obniżałoby to siłę przetargową wobec poddostawców i dało mniejszym producentom czy usługodawcom możliwość kształtowania cen oraz współtworzenia standardów rynkowych, a nie tylko dostosowania się do strategii gigantów. Klienci zyskaliby z kolei szerszy wybór producentów, a pracownicy monopolistów nie musieliby się obawiać kolejnych fuzji kończących się zawsze redukcją miejsc pracy.

Oprócz funkcji fiskalnej (podstawowej – gwarantowania przychodów do budżetu) danina ta spełniałaby charakter wręcz redystrybucyjny, stwarzałaby pole do wyrównywania szans pomiędzy rynkowymi imperialistami a średnimi i drobnymi przedsiębiorcami oraz spółdzielniami. W tym rozumieniu czyniłaby globalny łańcuch wartości bardziej sprawiedliwym, pozwalając wszystkim podmiotom (zarówno obywatelom – klientom czy pracownikom gigantów, jak i ich mniejszej konkurencji) czerpać owoce ze wzrostu gospodarczego po równo. Co więcej, konstrukt ten ma potencjał bycia globalnym podatkiem służącym do zwalczania nierówności pomiędzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się. Finansowane z niego mogłyby być programy przeciwdziałające nierównościom dochodowym i kapitałowym, np. inwestycje infrastrukturalne, służba zdrowia czy edukacja w krajach zależnych, nierzadko ofiarach kolonializmu i neokolonializmu bogatych gospodarek.

Koncepcja silnej regulacji monopoli nie pochodzi dziś z radykalnych kręgów ekonomicznych. Konieczność ujarzmienia negatywnych efektów globalizacji postuluje również Joseph E. Stiglitz, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Mówi on, że sytuacji, w której na danym rynku funkcjonują tylko monopoliści, nie można nazwać już rynkiem ani konkurencją.

Rozwiązania na miarę

Między monopolistami można dostrzec także inne podobieństwa, tkwiące w ich modelach biznesowych. Można nakierować na nie politykę gospodarczą dążącą do pilnowania zdrowych relacji między podmiotami. Jednym z takich sposobów, szczególnie adekwatnym w przypadkach podobnych do Monsanto, jest osłabienie reżimu prawa patentowego, by uniemożliwić całkowitą kontrolę jednej firmy nad produktami przez dekady. Jak udowadniał laureat ekonomicznego Nobla, Eryk Maskin, stosunkowo słabe prawo patentowe zapewnia idealną ochronę przed czystym kopiowaniem, pozwala na zwrot poniesionych nakładów (na badania, nie na agresywne walki cenowe), jednocześnie prowadząc do szybkiej dyfuzji wiedzy w społeczeństwie oraz na rynku.

Mniej restrykcyjne prawo ochrony własności intelektualnej to także mniejszy aparat jego utrzymywania i rzadsze przypadki, gdy monopoliści blokują lub niszczą konkurencję przy pomocy niezwykle kosztownych, wieloletnich procesów. Analizy rynku oprogramowania przytaczane przez Maskina wskazują, że zmiana prawa patentowego na bardziej restrykcyjne doprowadziła do drastycznego wzrostu wydatków na usługi prawne – przy spadku środków przeznaczanych na badania i rozwój9. Zrozumiałą strategią przedsiębiorstw w takim przypadku staje się walka nie o najlepszy produkt czy o jakość oferowanych usług, ale o zabezpieczenie dostępu do strumienia środków finansowych. Przeorientowanie prawa patentowego w kierunku kilkuletnich okresów ochronnych, bez możliwości odnawiania i przy ograniczonej możliwości pozywania za naruszenia na krawędzi imitacji (niejednokrotnie w końcu innowacja jest usprawnieniem imitacji), powinno ukrócić wiele praktyk stosowanych przez najbogatsze korporacje.

Tym bardziej kłuje to w oczy w przypadku Monsanto i innych koncernów chemicznych czy farmaceutycznych, których standardy rachunkowości przewidują najdłuższe okresy ochrony patentowej (nawet 20 do 30 lat) dla technologii opracowanych w tych dziedzinach. Paradoksalnie jednak to obecność na globalnym rynku imitatorów takich jak Chiny, nieprzestrzegających zasad prawa własności intelektualnej, sprawia, że niekwestionowani liderzy z krajów rozwiniętych nie spoczywają na laurach.

Należy też wreszcie dostrzec i zacząć rozliczać monopolistów z kosztów zewnętrznych (externalities), które przerzucają na społeczeństwo, zyskując przy tym przewagę względem mniej cwanych graczy. Jeśli Uber zarządza procesem i zarabia na usługach przewozowych, to jest firmą przewozową i powinien ponosić tego pełne konsekwencje – od praw pracowniczych po obowiązujące regulacje ubezpieczeniowe czy minimalne ustawowe stawki. Monsanto powinno być zobowiązane do płacenia za katastrofalny wpływ sprzedawanych środków na środowisko naturalne i na zdrowie ludzi nie tylko wtedy, gdy przegra wieloletnią batalię w sądzie z poszkodowanymi. Wymaga to naturalnie stanowczej reakcji ze strony organów publicznych – a ta jest niemożliwa do osiągnięcia bez sensownego finansowania odpowiednich instytucji i zagwarantowania ich niezależności od wpływów politycznych czy prywatnych lobbystów.

W ostateczności: nie powinniśmy bać się odpowiedzialnego korzystania z kombinacji surowego wykluczania rynkowych imperialistów z pewnych segmentów rynku oraz wprowadzania bardziej zrównoważonych społecznie i odpowiedzialnych lokalnych odpowiedników produktów. Uber wykrwawił się na ponad 2 miliardy dolarów, ale po kilkunastu miesiącach walki był zmuszony opuścić Chiny na tarczy. Aplikacja została też zakazana w wielu innych miastach i krajach na świecie, od Tajlandii, przez Indie, po Włochy i Francję. W ich miejsce niejednokrotnie pojawiają się równie nowoczesne i wysokojakościowe produkty, ale oparte na pracy lokalnych firm taksówkarskich lub działające na zasadach kooperatywy taksówkarzy (alternatywne rozwiązania są dostępne także w Polsce). Takich inicjatyw prawdziwej, oddolnej sharing economy, śledzonych m.in. przez inicjatywę Platform Cooperativism (http://platformcoop.net/), jest znacznie więcej i obejmują wiele różnych sektorów gospodarki.

Podobną strategię można przyjąć również dla produktów fizycznych, takich jak oferowane przez Monsanto. Wspierane przez mądrą politykę gospodarczą badania sektorowe powinny dążyć do tworzenia alternatywnych modeli biznesowych i produktów substytucyjnych, które dzięki wsparciu regulacyjnemu i publicznemu mogłyby otrzymywać pierwszeństwo na lokalnym rynku do czasu przełamania wiecznej ofensywy monopolu. Takiego subsydiowania i torowania drogi konkretnym przedsiębiorstwom czy klastrom nie należy postrzegać jako drogi do gospodarczej autarkii w stylu nacjonalistycznym, lecz umieszczać w szerszym kontekście strategii rozwojowej i przesuwania całego sektora w globalnym łańcuchu wartości. Taka celowa polityka gospodarcza stanowiła przecież motor napędowy wszystkich rozwiniętych już dziś krajów10.

W przypadku Polski oznaczałoby to rozłożenie silnego parasola nad „dorosłymi” już producentami agrochemicznymi, którzy (w zależności od definicji) cieszą się posiadaniem zaledwie ok. 30% krajowego rynku nawozów. Resztę stanowią zagraniczni gracze – zarówno ci najwięksi, jak i mniejsi z Rosji czy z Maroko. Jak wskazują lokalni producenci, przyczyną jest technologiczne zapóźnienie, dysproporcja w potencjale badań technologicznych oraz brak odpowiedniego finansowania. Abstrahując chwilowo od wpływu środków ochrony roślin na środowisko, jesteśmy w stanie ocenić, że krajowych producentów warto skrycie subsydiować poprzez służące im publiczne wydatki R&D, choćby po to, aby ich móc kontrolować, destabilizując stopniowo pozycję gigantów.

Cywilizować prawo wojny

Czy dzięki osłabieniu siły imperialistów rynkowych świat stanie się bardziej sprawiedliwy? Nie wprost, ale w ramach globalnego systemu opartego na konkurencji jesteśmy w stanie przy skutecznym stosowaniu dobrze dobranej polityki wyrównać warunki dla mniejszych graczy i rozproszyć tę skumulowaną potęgę. Globalny wzrost gospodarczy wyhamował w ciągu ostatnich dekad neoliberalnej polityki właśnie przez akumulację kapitału oraz umiędzynaradawianie i korporatyzację prostych procesów produkcyjnych – czy to przewozów osobowych, czy poprzez uprzemysłowienie rolnictwa. Ogromne środki marnowane są bez wahania na utrzymywanie pozycji monopolistycznej, na armie prawników i lobbystów, na przejmowanie potencjalnej konkurencji i wreszcie na ogromne zyski wypłacane uprzywilejowanym akcjonariuszom i kaście menedżerów. Łańcuch wartości przypomina zatem bardziej pompę ssącą na pełnych obrotach niż zrównoważony rozkład.

Rynek sam z siebie wykazuje wewnętrzne sprzeczności i dąży do własnego zniszczenia. Jeśli chcemy przywrócić zdrowie gospodarkom świata, musimy zrekompensować globalne nierówności wynikające z natury rozkładu łańcucha wartości w monopolach tej skali – lub trwale rozmontować ich siłę. Jak ujął to Wendell Berry, jeden z pierwszych krytyków globalizacji: „Nieuniknionym skutkiem niczym nieskrępowanego współzawodnictwa musi być bowiem zredukowanie liczby podmiotów gospodarczych do jednego, najsilniejszego. Prawo wolnej konkurencji jest zatem odmianą prawa wojny”. Absolutnym minimum, jeśli nasza cywilizacja społeczno-gospodarcza ma przetrwać, jest zatem rozbrajanie najsilniejszych i dbanie o pokój między mniejszymi.

Michał Hetmański, Jan J. Zygmuntowski

Przypisy:

  1. Najbliższym porównaniem był Amazon, który na fali tzw. bańki dot-com stracił około 1,4 miliarda dolarów, co zakończyło się masowymi zwolnieniami, sięgającymi nawet 15% wszystkich pracowników globalnie.
  2. Własne obliczenia na podstawie śledztwa magazynu „Fortune”, 22.10.2015, http://fortune.com/2015/10/22/uber-tax-shell/ (29.06.2017).
  3. Nakładem „Nowego Obywatela” ukazała się książka Marie-Monique Robin Świat według Monsanto, Łódź 2009.
  4. Rozumianą jako EBIT – Earnings Before Deducting Interest and Taxes.
  5. Obliczenia własne w tej sekcji pochodzą z analizy sprawozdań finansowych i zarządu Monsanto oraz Grupy Ciech z 2016 roku.
  6. Nauka o ładzie korporacyjnym przeniknęła wszelkie dotychczasowe nauki i nakazała nam każdego aktora nazywać stakeholderem. W warstwie językowej od razu narzuca nam to myślenie o interesariuszach podporządkowanych w hierarchii priorytetu do egzekwowania swoich praw wobec akcjonariuszy.
  7. Niezwykłą popularnością wciąż cieszy się wydana także w Polsce książka Przedsiębiorcze państwo ekonomistki z University of Sussex Marianny Mazzucato, która rozwiewa wiele mitów nt. działalności funduszy VC (venture capital) oraz efektywności rynków w stymulowaniu wydatków na badania i rozwój czy przełomowe innowacje.
  8. O ile akcjonariuszem lub udziałowcem nie jest fundusz – z zasady zwolniony z podatku jako wehikuł inwestycyjny.
  9. W zasadzie pozytywny wpływ nauki oraz badań chemicznych na rozwój społeczno-gospodarczy jest dość oczywisty. Przerost administracji mierzony liczbą prawników czy marketingowców pracujących dookoła procesów dziejących się w realnej gospodarce (produkcja, sprzedaż) można uznać za rosnące koszty transakcyjne.
  10. Zainteresowanych odsyłamy do Złych Samarytan Ha-Joon Changa, w których rozprawia się on z mitem o szkodliwym protekcjonizmie.