przez prof. dr hab. Zofia Chyra-Rolicz | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Tworzenie spółdzielczej polskiej organizacji kobiecej było procesem długotrwałym, ze względu na warunki polityczne kraju pozbawionego suwerenności, powolny i nierównomierny rozwój ruchu kooperatywnego oraz niewielkie wyrobienie społeczne kobiet wkraczających w sferę publicznej działalności gospodarczej.
***
Przykładem do naśladowania dla polskiej Ligi Kooperatystek (i innych lig narodowych) była organizacja angielskich entuzjastek spółdzielczości. Utworzyło ją w 1883 r. kilka pań z klasy średniej, zainteresowanych zminimalizowaniem kosztów prowadzenia gospodarstwa domowego. Do tego celu znakomicie nadawała się spółdzielczość spożywców, w owym czasie szybko się rozwijająca w większych miastach Wielkiej Brytanii. Tutaj dygresja: brytyjska inicjatywa była jedną z pierwszych organizacji skupiających kobiety do walki o pełnię praw obywatelskich. Otwarty charakter ruchu spółdzielczego, programowo odrzucającego wszelkie formy dyskryminacji, sprawił, że kobiety nie musiały tu dokonywać wyłomu w tradycyjnie ukształtowanych strukturach.
Zaczęto od ogłoszenia w „Co-operatives News”. Gazeta spółdzielcza umożliwiła siedmiu współzałożycielkom Angielskiej Ligi Kooperatystek szerszy rozwój tej organizacji. Na pierwszych jej zebraniach – pisała w 1910 r. przyszła znana pisarka, wówczas stypendystka Warszawskiego Związku Stowarzyszeń Spożywczych, Maria Dąbrowska – przedmiotu do dyskusji dostarczały ceny towarów zbyt wygórowane w niektórych spółkach. Liga wpłynęła na ich obniżenie. Zapanowało ogólne ożywienie wśród kobiet. Jęły teraz uczęszczać i na zebrania własnych towarzystw spółdzielczych. Poszczególne filie zakładają od razu tzw. w Anglii „kluby” odzieży, węgla, zapomóg, wycieczek, organizują wykłady dla dzieci, zebrania z praktycznymi odczytami o sztuce gotowania, pielęgnowania chorych itd. […] Jednocześnie podnoszą się głosy za uczestnictwem kobiet w zarządach spółek1. Chociaż organizacja nie podnosiła haseł emancypacyjnych, dzięki konkretnej, efektywnej pracy dostrzeżono zmysł praktyczny kobiet i dojrzałość do szerszej działalności społecznej.
Schemat organizacyjny był bardzo prosty. Filie Ligi, pozostając w ścisłym związku ze spółdzielniami spożywczymi, liczyły od 10 do 70 członkiń. Składały się one na 34 okręgi oraz 5 większych grup, czyli sekcji. Po dwóch dekadach istnienia Angielska Liga Kooperatystek liczyła w 1904 r. 18,6 tys. członkiń i 363 filie. W 1911 r. zrzeszała już ponad 26 tys. kobiet i 521 filii. Podobne organizacje powstały również w Szkocji i Irlandii2. Corocznie odbywał się wspólny zjazd organizacji angielskiej, szkockiej i irlandzkiej. Najwyższą władzę brytyjskich lig sprawował Kongres zbierający się także corocznie, oraz Komitet Centralny, złożony z 7 członkiń wybieranych na 3-letnią kadencję. Wewnętrzna organizacja Ligi zasadza się na najszerszej stosowanym samorządzie lokalnym, łącznie z obowiązkiem solidarności względnie spraw poruszanych przez centralę. Stosunek między członkami jest najszerzej demokratyczny, w atmosferze czuć swobodę i humor. Przez sprawiedliwe równouprawnienie kobiety, związek spółdzielczy w Anglii pozyskał dla swych interesów olbrzymią siłę. Liga przysparza mu wytrwale członków, otwiera w miastach w dzielnicach upośledzonych i zaniedbanych spółki dla najuboższej ludności, wszelkimi siłami ułatwiając wstęp do nich i wpłatę udziału3.
Kooperatystki, wspierając ruch zawodowy, zyskiwały akceptację społeczną i uznanie dla swej działalności. Przyczyniły się do skrócenia dnia pracy we wszystkich niemal placówkach spółdzielczych. Warunki pracy i wynagrodzenia w fabrykach spółdzielczych uważano wówczas w Anglii za wzorowe.
Formy życia społecznego wewnątrz organizacji były bogate: cotygodniowe zebrania w każdej filii, częste odczyty i wykłady, wycieczki służące poszerzaniu horyzontów umysłowych zrzeszonych. Tworzono biblioteki i czytelnie, organizowano kursy dla dorosłych i dzieci, zakładano przytułki dla sierot. Poszczególne sekcje zajmowały się zbieraniem składek dla zaspokojenia miejscowych potrzeb. Obszar wzajemnej pomocy rozszerzano także na instytucje zapomogowo-pożyczkowe, organizując tzw. banki groszowe dla kobiet, młodzieży i ubogich. Kooperatystki próbowały objąć opieką również wychowanie młodzieży, a nawet budownictwo spółdzielcze.
Liga nie zasklepiła się w interesach samej kooperacji, przeciwnie podjęła ogólny sztandar interesów klas pracujących – pisała Dąbrowska. Agituje niezmordowanie przy wyborach do parlamentu, kiedy chodzi o posła przychylnego zefirom ustawodawczym w kierunku ograniczenia godzin pracy, przymusowego wynagrodzenia w razie wypadków, emerytur, ograniczenia lat wyrostków przyjmowanych do fabryki itp. Bojkotuje towary zakładów przemysłowych, gdzie warunki pracy uważa za złe i nieodpowiednie potrzebom robotników. Dalej bojkotuje przedsiębiorców gotowych ubrań i bielizny za powszechnie znany wyzysk szwaczek4.
Liga stała się doskonałą szkołą obywatelską, terenem solidnej pracy społecznej, wiodącej do faktycznej emancypacji kobiet. Omawiając historię angielskich kooperatystek, sekretarz generalna ALK, Llewelyn Davies, stwierdziła w 1904 r.: Nie tylko uświadomiona przez Ligę jednostka z poczuciem zewnętrznej siły, lecz wprost nowy element pojawia się w życiu publicznym. Pracujące kobiety tworzą największą grupę społeczną. Obecnie cztery miliony kobiet i dziewczyn są wytwórcami bogactwa. […] Wszelako liczniejszym jest zastęp pracownic domowych: mężatek, których robota nie wynagradzana przyczynia się równie bezpośrednio, jak tamtych zarobkujących, do utrzymania rodzin przy życiu. Otóż ta klasa kobiet za pomocą organizacji przychodzi dziś do głosu, wyraża swoje potrzeby i bierze udział w trudach administracji ze stanowiska kobiety i obywatelki5.
Angielska Liga inspirowała kobiety w innych krajach. W Szwecji w latach 1902-1907 powstało 29 kół kooperatystek przy spółdzielniach i dała się odczuć potrzeba organizacji centralnej, m.in. by umożliwić współpracę z krajowym związkiem spółdzielczym. Kongres założycielski szwedzkiej Ligi odbył się w 1907 r. w atmosferze wielkiego entuzjazmu6. Naśladowano wzory pracy spółdzielczyń angielskich. Niewątpliwym sukcesem było zwerbowanie wielu nowych członków do spółdzielni i znaczne powiększenie ich kapitału udziałowego. Z innych prac Ligi – odnotowała Maria Orsetti – wymienić należy budzenie zrozumienia konieczności współpracy pomiędzy spółdzielniami spożywców i rolników, zakładanie szkół gospodarstwa domowego, utworzenie funduszu pomocy dla chorych spółdzielców. Również wiele wysiłków poświęciła Liga zaznajomieniu gospodyń z racjonalnym nowoczesnym sposobem prowadzenia prac w gospodarstwie domowym7. Podobnie było w Norwegii i w monarchii Habsburgów.
***
Pomimo żywego zainteresowania ruchem spółdzielczym na ziemiach polskich, pozostawał on przez długi czas domeną mężczyzn. Dawało się jednak dostrzec zaangażowanie kobiet w spółdzielcze inicjatywy, by wspomnieć w Galicji Zofię Daszyńską-Golińską, Zofię Moraczewską, Henrykę z Habichtów Starzewską i Władysławę Habichtównę, w Wielkopolsce siostry Tułodzieckie, a w Królestwie – Marię Dąbrowską, Marię Orsetti i Wandę Papiewską.
Entuzjastki idei spółdzielczej z uwagą śledziły rozwój ruchu na świecie i wypracowane tam wzory działania. Po I wojnie światowej grono działaczek z różnych krajów nawiązało zerwane kontakty i podczas kongresu Międzynarodowego Związku Spółdzielczego w Bazylei w 1921 r. utworzyły Międzynarodową Ligę Kooperatystek. Polskę na Zjeździe reprezentowała Maria Orsetti jako delegatka Związku Spółdzielni Spożywców RP.
W następnych latach żywo zaangażowała się ona w tworzenie organizacji kobiecej, wspomagającej rozwój spółdzielczości w Polsce. Po doświadczeniach pracy oświatowej i społeczno-wychowawczej w Lubelskiej Spółdzielni Spożywców, w 1917 r. przeniosła się do Warszawy, stwarzającej większe możliwości działalności społecznej. W okresie międzywojennym uczestniczyła w kolejnych konferencjach Międzynarodowej Ligi Kooperatystek, wyróżniono ją funkcją członka Komitetu Wykonawczego tej organizacji.
Niedostatkom kobiecej działalności spółdzielczej poświęciła kilka artykułów. W licznych wystąpieniach na zjazdach organizacji spółdzielczych wypowiadała się zdecydowanie w sprawie pełnego równouprawnienia kobiet. Na pracę domową, zawodową i działalność kobiet patrzyła przez pryzmat ich udziału w życiu gospodarczo-społecznym jak na „organizatorki spożycia rodzinnego”. Chciała je widzieć w pełni świadome swych zadań i możliwości ich realizacji. Dlatego też chętnie przywoływała przykłady sukcesów zagranicznych kobiecych organizacji spółdzielczych.

Zjazd Ligi Kooperatystek w Warszawie,
4 maja 1937. Źródło: Narodowe Archiwum
Cyfrowe, sygn.: 1-G-579
Zjednanie kobiet dla spółdzielczości było jednym z zasadniczych problemów rozwoju tego ruchu w Polsce. Poza szczególnie wyrobionymi jednostkami, rozumiejącymi korzyści płynące z kooperatywy, kobiety nie garnęły się do spółdzielni. Dużą rolę odgrywał fakt, że to na ogół mężczyzna reprezentował rodzinę na zewnątrz domu i podejmował czynności prawne, jak wstąpienie do spółdzielni czy wpłacanie udziałów. Kobiety pozostawały formalnie poza spółdzielniami, choć dokonywały w nich zakupów. Problem ów gnębił wówczas także spółdzielczynie w większości krajów zachodnioeuropejskich.
Szerzenie propagandy spółdzielczości i starania Orsetti wokół stworzenia w niej organizacji kobiecej wspomagał od początku lat 20. Związek Spółdzielni Spożywców RP, udostępniając łamy pisma „Społem”, publikując odpowiednie broszury i udzielając wsparcia organizacyjnego. W wyniku tej współpracy powstało kilka kół kobiecych przy spółdzielniach w Zagłębiu Dąbrowskim (Milowice, Piaski, Sosnowiec) oraz w Łodzi i Pabianicach. W tych środowiskach praca społeczna kobiet miała już pewne tradycje, sięgające czasów żywiołowego rozwoju robotniczej spółdzielczości spożywców w latach I wojny światowej. Zdarzało się nawet, że przedstawicielki tych kół brały udział w zebraniach rad okręgowych ZSS RP.
Okazją do wzmożenia starań o stworzenie organizacji polskich spółdzielczyń stała się podróż sekretarz Międzynarodowej Ligi Kooperatystek, Alice Honory Enfield, do krajów Europy Wschodniej w 1928 r. Miała ona na celu zbadanie możliwości utworzenia w tej części kontynentu kooperatywnych stowarzyszeń kobiecych oraz nawiązanie kontaktów handlowych. Enfield odwiedziła wówczas stolicę Polski, gdzie spotkała się z Marią Orsetti, zamieszkałą w osiedlu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. W tym środowisku, skupiającym inteligencję o demokratycznych i lewicowych przekonaniach, zawiązała się kobieca inicjatywa propagująca działania spółdzielcze.
Początki Koła Czynnych Kooperatystek sięgały 1929 r. Duszą inicjatywy była Orsetti, która skupiła początkowo kilka pań i opracowała wzorcowy statut8. Było to niewielkie, lokalne przedsięwzięcie, realizowane w oparciu o miejscową „Gospodę Spółdzielczą” (kierowaną przez męskie grono) w celu poprawy jej gospodarki. Panie utworzyły komitet sklepowy przy spółdzielni, organizowały konkursy lojalności w zakupach, propagowały zasady racjonalnego gospodarowania i oszczędzania, uczyły rachunkowości domowej. Żoliborskie kooperatystki nawiązały współpracę z Klubem Kobiet Stowarzyszenia Lokatorów WSM „Szklane Domy”, Towarzystwem Kooperacji Pracy i Towarzystwem Reformy Mieszkaniowej. Rozwijano pracę oświatowo-wychowawczą, organizowano pogadanki, dyskusje, pokazy i kursy. W tym środowisku powstała Pierwsza Pralnia Spółdzielcza zorganizowana w formie spółdzielni pracy, utworzono także spółdzielnię pracy służby domowej i biuro pośrednictwa pracy. Podejmowane działania miały bardzo praktyczne cele, zorientowane na pomoc w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Adaptowano do miejscowych warunków wzory działania wypracowane znacznie wcześniej przez angielskie kooperatystki.
Wielki kryzys gospodarczy przełomu lat 20. i 30. zwrócił uwagę szerokich warstw społeczeństwa na różnorodne możliwości oferowane przez spółdzielczość. Poszukiwano sposobów tańszego zaspokajania codziennych potrzeb konsumpcyjnych czy zdobycia mieszkania. Kolejny więc raz entuzjastki idei kooperatywnej zabrały się do dzieła. Jesienią 1930 r. w gorącej atmosferze dyskusji o możliwościach ruchu spółdzielczego i wzmożonej propagandy spółdzielczej, sformułowano program działania zmierzający ku stworzeniu własnej organizacji.
Zalecał on łączyć doświadczone, świadome swej misji kooperatystki w koła samodzielnej organizacji kobiecej lub też w wydziałach społeczno-wychowawczych przy spółdzielniach. Kobiety nie znające jeszcze ideologii spółdzielczej należało agitować i wciągać do spółdzielni w charakterze członkiń i nabywczyń. Pracę społeczno-wychowawczą i kulturalno-oświatową radzono prowadzić tak, aby całokształt zainteresowań i potrzeb gospodarczych oraz kulturalnych kobiety był w możliwie najwyższym stopniu zaspokojony, a przy tym pogłębiona została świadomość spółdzielcza. W istniejących organizacjach spółdzielczych postulowano umożliwienie kobietom widocznego awansu poprzez zwiększanie ich udziału w walnych zgromadzeniach i powoływanie do władz spółdzielni. Nie byłyby to już tylko gospodynie-nabywczynie, utrzymujące swoją lojalnością istnienie spółdzielni, lecz pełnoprawne partnerki, współdecydujące o istotnych sprawach. Przeciwko argumentowi o małym wyrobieniu organizacyjnym i gospodarczym kobiet, wysuwano inny – nie do podważenia – iż są one doświadczonymi gospodyniami, najlepiej zorientowanymi w zakresie i sposobach zaspokajania codziennych potrzeb rodzin. Podkreślano, że niechętne politykierstwu, będą one współdecydować o sprawach spółdzielni kierując się ich dobrem, a nie programem czy taktyką tej czy innej partii.
Najpełniej wykład zadań kobiet w ruchu spółdzielczym zawarła Maria Orsetti w broszurze „Kobieta, której na imię miliony” (1933). Pisała w niej: Aby siły gospodarcze opanować, aby zaprząc je do służby pomyślności ogółu, jednostki wybitne, a nawet genialne, szerokie plany Rooseveltów i trusty mózgowców, same niewiele poradzą, jeśli nie pociągną mas. […] Tym bardziej dotyczy to milionowych rzesz kobiet, które organizują spożycie domowe, a więc rynek wewnętrzny kraju. Zanim wszakże to wielkie poczucie odpowiedzialności społecznej nie dotrze do świadomości milionów kobiet, trzeba, aby początek robiły dziesiątki, setki i tysiące pionierek, szerząc słowem i przykładem idee współdziałania, idee braterstwa w dziedzinie gospodarczej, jako nieodzownego warunku rozwoju pełnego człowieczeństwa9.
Pomimo nasilonej propagandy i niewątpliwych w skali lokalnej sukcesów żoliborskich kooperatystek, tworzenie organizacji kobiecej o szerszym zasięgu okazywało się zbyt trudnym zadaniem. Wprawdzie żoliborskie KCK skupiało w 1933 r. już 96 członkiń, lecz w następnym roku doliczono się w kraju zaledwie 9 podobnych kół (oprócz Warszawy w Łodzi, Nowym Sączu, Sławkowie, Rudzie Pabianickiej, Bolesławcu, Drohobyczu, Siemiatyczach i Milowicach; w sumie 291 członkiń) oraz pewnej ilości grup nieformalnych przy spółdzielniach spożywców. Niezbędne było wsparcie organizacyjne i materialne solidnego mecenasa, jakim był ZSS RP. Kierownictwo Związku, deklarującego neutralność polityczną, obawiało się wówczas rozwoju ruchu łączącego postulaty równouprawnienia kobiet z trudnymi do zaspokojenia potrzebami społecznymi, a zwłaszcza z radykalizmem niektórych działaczek o lewicowych zapatrywaniach.
Czynne kooperatystki (szczególnie Orsetti, Janina Święcicka, Olena Hauboldowa) wytrwale przekonywały władze Związku do swoich racji i ostatecznie o wsparciu kobiecej inicjatywy zadecydowały względy praktyczne, czyli chęć zwiększenia szeregów spółdzielców, których liczba topniała w czasie kryzysu gospodarczego. Święcicka tak wspominała: Związek Spółdzielni Spożywców zmuszony był szukać jak najszerszego oparcia w masach członkowskich. Masy te widział wśród kobiet. Postanowił przeto dopomóc kobietom w powołaniu krajowej organizacji, która połączyłaby samorzutnie powstające koła i pomagałaby w powstaniu nowych. W 1934 r. przeprowadził ze mną rozmowę Józef Dominko […] proponując ze strony Związku pomoc moralną i materialną w zorganizowaniu Ligi Kooperatystek10.
Obie strony starannie przygotowywały się do nowego zadania. Podczas III Konferencji Przewodników Rad Okręgowych Spółdzielni Spożywców „Społem”, 24 marca 1935 r. żywo dyskutowano nad zwiększeniem udziału kobiet wśród spółdzielców i w organach zarządzających. Kooperatystki rozesłały ankietę do terenowych środowisk spółdzielczych z zapytaniem o celowość tworzenia odrębnej organizacji kobiecej. Aby zapewnić jej grono wyrobionych społecznie aktywistek, zorganizowały latem 1935 r. w Drohobyczu kurs przygotowawczy do działalności spółdzielczej dla kobiet.
***
W zjeździe organizacyjnym Ligi Kooperatystek w Polsce, obradującym 24 listopada 1935 r. w sali Towarzystwa Kooperatystów, uczestniczyły 123 delegatki terenowych kół kooperatystek i sekcji kobiecych przy spółdzielniach spożywców z całego kraju. Obrady zaszczycili obecnością przedstawiciele administracji państwowej oraz organizacji wspomagających i współpracujących, jak Związek „Społem” i Bank „Społem”, Związek Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych, Towarzystwo Popierania Kooperacji Pracy.
Maria Orsetti wygłosiła referat programowy, nawołując do szybkiego tworzenia oddziałów nowej organizacji w całym kraju i w różnych dziedzinach spółdzielczości, nie tylko spożywców, lecz również rolniczo-handlowej, mieszkaniowej, wytwórczej. Została ona przewodniczącą tymczasowej Rady nowej organizacji. Funkcję wiceprzewodniczącej powierzono Zofii Bednarczykowej (przedstawicielce Centralnej Organizacji Kół Gospodyń Wiejskich), a sekretarza – Olenie Hauboldowej (nauczycielce Szkoły Spółdzielczej w Warszawie). Ponadto w skład Rady weszły zasłużone w krzewieniu kooperacji: Helena Augsburgowa (przewodnicząca Koła Kooperatystek PPS w Katowicach), Cecylia Bieńkowska (przewodnicząca koła w Lidzie na Wileńszczyźnie), Jadwiga Golińska (przewodnicząca koła w Nowym Sączu), Natalia Lubowiecka (przewodnicząca koła w Łodzi), Wanda Wawrzyńska (przewodnicząca koła w Warszawie), Maria Zalewska (przewodnicząca koła w Radomiu). Pierwszy Zarząd przedstawiał się następująco: Maria Rapacka (żona prezesa ZSS RP) – przewodnicząca, Wanda Radziejowska – zastępczyni, Janina Święcicka (żoliborskie KCK) – sekretarz, Stanisława Perkowska (KCK) i Wanda Pospieszyńska – obie skarbniczki.
Statut LKwP stanowił, iż jej członkiem może być każda kobieta mająca ukończone 18 lat i bezpośrednio lub przez osoby swojej rodziny należąca do jakiejkolwiek spółdzielni. Choć była to organizacja wyłącznie kobieca, wykraczała poza ramy feminizmu, będąc otwarta na współpracę z wieloma innymi środowiskami gospodarczo-społecznymi, a nawet politycznymi. LKwP zamierzała skupić swe starania na krzewieniu kooperacji, przede wszystkim spółdzielczości spożywców, jako użytecznej dla niemal wszystkich gospodarstw domowych. Orsetti od początku nadała organizacji rozmach działania i wprowadziła w międzynarodowe grono kooperatystek. W lutym 1936 r. uczestniczyła w posiedzeniu egzekutywy MLK już jako oficjalna przedstawicielka polskiej Ligi.
Pierwsze lata to okres szybkiego rozwoju kół terenowych oraz współpracy z wieloma organizacjami i stowarzyszeniami o różnym charakterze, zorientowanymi na krzewienie postępu cywilizacyjnego w różnych środowiskach. Liczba kół wzrosła z 80 w 1937 r. do 122 w 1939 r. Odpowiednio zwiększyła się liczebność organizacji – z 2,3 tys. do ok. 3,5 tys. członkiń przed wybuchem wojny. Akcja propagandowo-szkoleniowa miała coraz szerszy zasięg, organizowano setki kursów, odczytów i pokazów, w których uczestniczyło łącznie prawie 30 tys. kobiet. Liga nawiązała wkrótce kontakty aż z 22 organizacjami o różnej klienteli. Oprócz związków spółdzielni różnych branż, wymienić należy tu zwłaszcza prorządowy Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet i Stowarzyszenie Samopomoc Społeczna Kobiet, zainteresowane rozwijaniem przedsiębiorczości kobiecej, a także Związek Pań Domu, Towarzystwo Klubów Kobiet Pracujących, Stowarzyszenie „Rodzina Wojskowa”. Podjęto także współpracę z Centralnym Towarzystwem Organizacji Kółek Rolniczych oraz z organizacjami młodzieżowymi ruchu ludowego (Centralny Związek Młodzieży Wiejskiej, Związek Młodzieży Wiejskiej RP). Liga angażowała się także w propagowanie nauki oszczędzania, walkę z plagą pijaństwa oraz poprawę na drodze spółdzielczej warunków mieszkaniowych ludzi gorzej sytuowanych.
Powiązana ściśle z ZSS „Społem”, podzielała jego stanowisko ideowe, programowo wyłączając sprawy polityczne ze swej działalności. Jednocześnie, praca oświatowa organizacji miała na celu poszerzanie horyzontów umysłowych członkiń także o znajomość aktualnych problemów życia społecznego. Sposobu pewnej, choć powolnej poprawy bytu szerokich kręgów społeczeństwa upatrywała Liga w ewolucyjnych przekształceniach gospodarki w kierunku jej uspołecznienia poprzez uspółdzielczenie. Miała więc charakter antykapitalistyczny i – w opinii ówczesnych – uchodziła za bardzo postępową, lewicową organizację społeczną. W jej szeregach znalazło się wiele działaczek socjalistycznych. Lewicowe sympatie członkiń Ligi przejawiały się w szukaniu ścisłego kontaktu z ruchem robotniczym i organizacjami robotnic.
Wysiłki działaczek Ligi wiele uczyniły dla propagowania spółdzielczości wśród kobiet. Kooperatystki często pisały na tematy spółdzielcze na łamach „Społem” oraz pism kobiecych i innych, zwłaszcza „Prostej Drogi”, „Pracy Obywatelskiej”, „Pani Domu” i „Kobiety Współczesnej”. W sposób przystępny starały się tłumaczyć korzyści płynące z kooperacji i zachęcały do wstępowania do spółdzielni i tworzenia nowych. Dla kobiet bezskutecznie poszukujących pracy i zwalnianych w pierwszej kolejności, duże znaczenie miało popularyzowanie wzorów spółdzielni pracy i wytwórczych różnych grup zawodowych. Szeroką akcję podjął w tym kierunku Jan Wolski i Towarzystwo Popierania Kooperacji Pracy. Na łamach „Spólnoty”, „Spółdzielczości Pracy” oraz pism kobiecych ukazywały się reportaże ze spółdzielni wytwórczych i usługowych, budzące wiarę we własne możliwości, zachęcające do tworzenia kobiecych spółdzielni. Propaganda spółdzielcza docierała również na wieś, zarówno do ziemiaństwa, jak i kobiet chłopskich. Gościła na łamach „Ziemianki Polskiej”, czasopism ruchu ludowego oraz literatury przeznaczonej dla gospodyń wiejskich.
Wydawano comiesięczny biuletyn wewnętrzny, zamierzano rozwijać działalność wydawniczą, edytując miesięcznik „Spółdzielczyni” przeznaczony dla szerokich kręgów czytelniczek; ostatecznie ukazał się tylko jeden numer – w czerwcu 1939 r., pod redakcją Marii Kleindienstowej (Klonowskiej).
Gdy realna stała się groźba nowej wojny, Liga włączyła się w pacyfistyczne akcje podejmowane przez międzynarodowe kobiece środowisko spółdzielcze. W latach 1938-1939 uczestniczyła w szeroko zakrojonej akcji przygotowywania kobiet do obrony kraju. Obradujący w czerwcu 1939 r. III zjazd organizacji poświęcony był przygotowaniu moralnemu i gospodarczemu kobiet do wojny. Zamierzano rozpocząć szkolenia w gospodarowaniu w warunkach wojennych, zakładano przeszkolenie ok. 5 tys. kobiet traktowanych jako rezerwa kadrowa na wypadek powołania mężczyzn-spółdzielców pod broń. Propagowano tworzenie zapasów żywności w gospodarstwach domowych oraz w spółdzielniach spożywców i rolniczych. Na przeszkodzie szerszej realizacji tych planów stanął wybuch wojny.
***
Władze Generalnego Gubernatorstwa włączyły funkcjonowanie spółdzielczości w swoją gospodarkę wojenną, pozbawiając ją samorządności i bardzo poważnie ograniczając prace oświatowo-kulturalne. Organizacje społeczne z wyjątkiem Rady Głównej Opiekuńczej zostały rozwiązane, nie pozwalano na zakładanie nowych. Niemożliwe więc okazało się wznowienie działalności LKwP jako samodzielnej jednostki.
Znalazła ona oparcie w strukturach „Społem”. W ciągu lat 1940-41 w ramach Wydziału Lustracyjnego utworzono tam autonomiczną Sekcję Kobiecą, która skupiła się na szkoleniu instruktorek do pracy w terenie. W styczniu 1941 r. Wydział zalecił, by w każdym okręgu organizacji, przy radach okręgowych, ustanowiono funkcję instruktorki społecznej dla prowadzenia pracy wśród kobiet. W warunkach wojennych Sekcja Kobieca, kierowana przez Wandę Bogdanowiczową, rozwinęła szeroką akcję szkolenia gospodarczego kobiet, wykraczając daleko poza ramy dozwolone przez okupanta. Pod koniec 1941 r. zorganizowano w Bukowinie Tatrzańskiej pierwszy kurs dla kandydatek na instruktorki. W 1942 r. zorganizowano ogółem 245 różnych kursów dla 6256 uczestniczek, w następnym roku liczba kursów i uczestniczek wzrosła ok. dwukrotnie. Za tą fasadą nierzadko wspierano tajne nauczanie, zbrojny ruch oporu (Bataliony Chłopskie, Armia Krajowa) i prace charytatywne. Przy spółdzielniach zakładano biblioteczki, w 1942 r. aż 197 – pomimo dużych trudności organizacyjnych Instruktorki korzystały z pomocy łączniczek ze spółdzielniami, ich grono tylko w pierwszym półroczu wzrosło z 396 do 1177 osób. W organizowaniu kursów pomagały 372 spółdzielnie. Działalność kobiet wspomagała planowy rozwój sieci spółdzielni spożywców. Wkrótce, w maju 1944 r. okupant zakazał prowadzenia kursów gospodarstwa domowego. Stołeczna centrala zakonspirowanej Ligi funkcjonowała aż do powstania warszawskiego.
***
W okresie powojennym nie udało się rozwinąć działalności LKwP jako samodzielnej organizacji, pomimo próby rejestracji w 1947 r. Kooperatystki odsunięto na dalszy plan. W 1946 r. schorowana Orsetti zrezygnowała z członkostwa w Komitecie Wykonawczym MLK. Wkrótce, w latach 1947-1948 Związek „Społem” (na którym opierała się Liga) został poddany ostrej krytyce politycznej. W spółdzielczości naśladownictwo modelu angielskiego zastąpiło narzucanie wzorów z ZSRR i postępujący centralizm działalności społeczno-gospodarczej.
Przypisy:
1 M. Dąbrowska, Znaczenie kobiety w ruchu spółdzielczym, cz. II Angielska Liga Kooperatystek, „Społem” 1910, nr 17.
2 M. Dąbrowska, Kobieta a czyn polski, „Tygodnik Polski” 1913, nr 12.
3 Tamże.
4 M. Dąbrowska, Znaczenie kobiety…, op. cit.
5 Tamże.
6 M. Orsetti, Liga Kooperatystek w krajach skandynawskich, „Społem” 1937, nr 17.
7 Tamże.
8 J. Święcicka, O pracy spółdzielczej wśród kobiet w latach 1928-1939, [w:] Wspomnienia działaczy spółdzielczych, t. I, Warszawa 1965.
9 M. Orsetti, Kobieta, której na imię miliony. Rzecz o zadaniach kobiet w ruchu spółdzielczym, Kraków 1933. Broszura ta jest w całości dostępna na portalu Lewicowo.pl, pod adresem: http://lewicowo.pl/varia/viewpub/tid/2/pid/363
10 J. Święcicka, O pracy spółdzielczej…, op. cit.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Leszek Gawor nazwał go jednym z najwybitniejszych Polaków ubiegłego stulecia1. Nawet jeśli trochę w tym przesady, to nie ulega wątpliwości, że Młynarski był postacią nietuzinkową. Socjolog, filozof, działacz polityczny i gospodarczy, współtwórca reformy walutowej z 1924 r., światowej klasy ekspert w sprawach finansowych. W dodatku był ekonomistą-samoukiem, co jeszcze lepiej pokazuje format tej postaci.
***
Urodził się 20 listopada 1884 r. w Gniewczynie k. Przeworska2. Już w gimnazjum w Jarosławiu zetknął się z ruchem narodowym w organizacji Czerwona Róża, kierowanej przez Związek Młodzieży Polskiej (tzw. Zet). Jako organizator nielegalnych obchodów rocznicy Konstytucji 3 Maja, w ostatniej klasie zmuszony został do przerwania nauki, ostatecznie maturę eksternistyczną pozwolono mu zdawać w Sanoku. Następnie studiował na Wydziale Filozoficznym UJ, gdzie kontynuował działalność patriotyczną. W 1903 r. wszedł do „Zetu”, trzy lata później został jego sekretarzem i równocześnie członkiem tajnej Ligi Narodowej.
Od 1907 r. jego drogi z obozem narodowym zaczynają się jednak rozchodzić. Stawał się coraz bardziej krytyczny wobec prorosyjskiej orientacji endeków. W 1908 r. ukończył pracę „Socjologia wobec teorii poznania”, na podstawie której uzyskał stopień doktora filozofii (ówczesne magisterium). W 1909 r. był współorganizatorem i jednym z liderów Związku Niepodległości, grupującego rozłamowców z obozu narodowego. Blisko współpracował również z Organizacją Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”, która powstała w 1909 r. we Lwowie wskutek podziału w tamtejszym „Zecie”. Rok później zaowocowało to powołaniem akademickiej organizacji Legia Niepodległości, utworzonej z połączenia obu grup rozłamowych.

PD Nationaal Archief, http://www.flickr.com/photos/nationaalarchief/2838956731
Wydał wówczas, pod pseudonimem Jan Brzoza, pracę „Zagadnienie polityki niepodległości”. Książka stanowiła głos w sporze między narodową demokracją a nurtem niepodległościowym Piłsudskiego. Autor wyszedł od konstatacji o istnieniu dwóch zasadniczych postaw wobec kwestii niepodległości. Obóz narodowy traktuje ją jako swoistą ideę moralną, niepodległościowy zaś jako bezpośredni cel polityczny. Obie postawy są błędne, bowiem brakuje w nich dążeń państwowotwórczych. Naczelną ideą Młynarskiego była zatem potrzeba myślenia w kategoriach państwowości, i to nie tylko przyszłej, ale również realizowanej już w warunkach niewoli. Postulował rozbudowę struktur konspiracyjnego państwa, uważając, że ich wykreowanie musi poprzedzić odzyskanie suwerenności. Nawoływał więc do stworzenia tajnej Konstytucji, Sejmu, rządu z aparatem skarbowym, armii. Ich autorytet należało umacniać tak, aby wszelki partykularyzm był postrzegany jako naganny, żeby ten nadrzędny cel skupiał osoby rozmaitych orientacji ideowych oraz integrował społeczeństwo rozrywane różnymi waśniami. Problem Państwa Polskiego – jak pisał – to problem zwycięskiej wojny o wolność. Problem polskiej państwowości to zagadnienie organizacyjne, rzucone na tło naszego życia narodowego3.
W tamtym czasie uczestniczył w formowaniu Polskich Drużyn Strzeleckich – paramilitarnej organizacji powołanej przez „Zarzewie”, której w latach 1913-1914 był prezesem. Jako reprezentant Związku Niepodległości brał udział w naradach zmierzających do powołania Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, której celem była koordynacja działań niepodległościowych w oparciu o Austro-Węgry; w 1912 r. wszedł w skład jej władz.
Po wybuchu I wojny światowej PDS zostały podporządkowane Józefowi Piłsudskiemu, a Młynarski jako szeregowiec wstąpił do Legionów, skąd oddelegowano go do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego. Z ramienia NKN został wysłany wraz z socjalistą Arturem Hausnerem do USA, aby informować Polonię o celach Legionów oraz zabiegać o pomoc materialną i poparcie.
Po powrocie do Polski podjął pracę jako kierownik Wydziału Spółdzielczości w Ministerstwie Pracy w Królestwie Polskim. Opracował wtedy szkic reformy społecznej, opartej na systemie spółdzielczym, do którego zapałał sympatią jeszcze przed wojną za sprawą Edwarda Abramowskiego4. W kwietniu 1923 r. minister skarbu Władysław Grabski powołał Młynarskiego na stanowisko wicedyrektora w Departamencie Kredytowym. Stał się on wówczas współautorem reformy walutowej oraz statutu Banku Polskiego. W sierpniu 1924 r. objął stanowisko wiceprezesa tej instytucji.
W 1929 r. po wygaśnięciu kadencji odszedł z Banku i został członkiem Komitetu Finansowego Ligi Narodów w Genewie. Z jego ramienia pojechał w 1933 r. do Grecji jako ekspert – za doradztwo w czasie tej misji otrzymał od rządu greckiego order Feniksa I klasy. W tym samym roku został wybrany na dwa lata przewodniczącym Komitetu. Międzynarodowa kariera była m.in. pokłosiem pracy „Złoto i banki biletowe” (1928), która przetłumaczona na angielski i japoński przyniosła mu uznanie w środowisku ekonomicznym. W 1937 r., po zmianie Konstytucji Komitetu Finansowego, Młynarski wraz z resztą członków podał się do dymisji, rozpoczął natomiast działalność w Międzynarodowej Izbie Handlowej w Paryżu oraz w Komitecie Złota LN. Pod koniec lat 30. ponownie włączył się w krajowe życie polityczne, zbliżając się do Frontu Morges.
W czasie II wojny światowej Niemcy zaproponowali mu objęcie prezydentury Banku Emisyjnego z siedzibą w Krakowie. Wyraził zgodę dopiero po licznych konsultacjach z polskimi sferami gospodarczymi i społecznymi, uznając, że pomimo okupacji życie gospodarcze powinno zachować ciągłość zapewniającą minimalną stabilizację. Od jego nazwiska pieniądze emitowane przez Bank popularnie nazywane były „młynarkami”. Urząd piastował do końca wojny, lawirując pomiędzy niemieckimi naciskami a polskimi interesami – jego działalność pozytywnie oceniał m.in. Delegat Rządu na Kraj, Cyryl Ratajski. Po wojnie postawiono mu zarzut kolaboracji, jednak dochodzenie zostało szybko umorzone. W lipcu 1945 r. wybrano go czynnym członkiem Wydziału Historyczno-Filozoficznego PAU, objął też wykłady w Krakowskiej Akademii Handlowej i na Wydziale Prawa UJ. W 1951 r. został dyrektorem biblioteki Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Krakowie (powołanej w miejsce KAH) i pozostał na tym stanowisku aż do emerytury w 1961 r.
Po wojnie nadal pisał. Obok problematyki ekonomicznej, w coraz większym stopniu zaczęła interesować go filozofia. Główna praca z tej dziedziny, „Filozofia śmierci”, nie doczekała się jednak druku. Na łamach paryskiej „Kultury” ukazał się natomiast w częściach na przełomie lat 1963 i 1964 jeden z jego ostatnich artykułów, „Szkice literacko-filozoficzne”. Konstatował w nim pogłębiający się kryzys duchowy współczesnego świata, tzw. retrogresję totalistyczną. Polegać miała na nasileniu się form przymusu i powstaniu nowych rodzajów ucisku. Wyrażał też zaniepokojenie zakłócaniem przez człowieka równowagi w świecie przyrody5. Zmarł 13 kwietnia 1972 r. w Krakowie, pochowany został na Cmentarzu Salwatorskim.
***
Przemyślenia dotyczące spraw społeczno-politycznych i gospodarczych przedstawił w trzech pracach z lat 30.: „Człowiek w dziejach”, „Proporcjonalizm ekonomiczny” i „Totalizm czy demokracja w Polsce”. Jak podkreślał w przedmowie do tej ostatniej: Wszystkie trzy prace stanowią jedną całość i celem ich jest dać społeczeństwu systemat myślenia politycznego, zgodny z tradycją i charakterem umysłowości polskiej6.
Młynarski wyróżnił w dziejach Europy trzy zasadnicze etapy: starożytność, która kończy się w 313 r. edyktem mediolańskim; średniowiecze zamykające się rewolucją francuską z 1789 r.; czasy nowożytne, trwające do I wojny światowej, która rozpoczyna nową epokę. Na jakiej podstawie dokonał tej niestandardowej periodyzacji?
Punktem wyjścia są relacje między uniwersalizmem a indywidualizmem – pochód dziejowy to dowartościowywanie jednostki jako podmiotu dziejów. Dla nikogo nie jest rzeczą wątpliwą, […] że człowiek był, jest i będzie zarówno podmiotem, jak i przedmiotem dziejów. Co jednak jest zjawiskiem podstawowym: czy człowiek jako twórczy podmiot, czy społeczeństwo, ogarniające go jako jeden z licznych swoich przedmiotów? Przyjęcie pierwszego stanowiska wyzwala indywidualistyczny pogląd na świat. Przyjęcie drugiego rodzi pogląd na świat uniwersalistyczny7.
Okres starożytny stanowił dla Młynarskiego czas dominacji uniwersalizmu, polegającego na podporządkowaniu jednostki społeczeństwu zorganizowanemu w związek państwowy. […] Człowiek jest czymś znikomym, przejściowym, mizernym punktem na ekranie dziejów8. Uniwersalizm ten szukał uzasadnienia w religii, sankcjonującej autorytet władców. Konsekwencją była sakralizacja państwa i władzy. Młynarski stwierdza, że to, co w czasach współczesnych określa się mianem totalizmu, to skrajna forma uniwersalizmu antycznego.
Zaczął być on stopniowo przezwyciężany wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa. Emancypuje ono jednostkę, wprowadzając zasadę powszechnej równości ludzi wobec Boga, oraz doprowadza do desakralizacji państwa. Obowiązujący monizm religijno-polityczny zastąpiono dualizmem ewangelicznej zasady „cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie”. Dzięki chrześcijaństwu Niebo zaczęło przede wszystkim opromieniać człowieka jako człowieka, spychając państwo w cień, jako rzecz wtórną, przemijającą, mizerną w obliczu wieczności. Państwo w ten sposób zostało zdegradowane do rzędu instytucji świeckiej9.
Średniowiecze to dla Młynarskiego okres, gdy starożytny system gospodarczy, oparty na niewolnictwie, został zastąpiony przez feudalizm, wprowadzający znaczną decentralizację władzy. Omnipotencja państwa odchodzi w przeszłość, poszerza się sfera indywidualnych uprawnień. Właśnie w okresie feudalizmu należy szukać prapoczątków indywidualizmu. Równie wielką wagę przywiązuje do sporu o uniwersalia. Miał on rewolucyjne konsekwencje praktyczne. Delegacja […] pojęć ogólnych podniosła znaczenie jednostki jako jedynego bytu realnego, czy to w przyrodzie, czy w społeczeństwie. Rzeczą główną, istotną, stało się indywiduum. […] Podobnie w zagadnieniach politycznych, wstrząsających ówczesnym światem, nominaliści podtrzymują autorytet jednostki ludzkiej i przez to osłabiają autorytety wielkich utworów społecznych, jak Kościół i cesarstwo10.

PD Nationaal Archief, http://www.flickr.com/photos/nationaalarchief/2838954879
Proces kształtowania się indywidualizmu znajduje ukoronowanie w idei równości wobec prawa. Recydywa antycznego totalizmu, jaką był absolutyzm oświecony, nie potrafiła już zatrzymać tego procesu. Rewolucja francuska proklamuje deklarację podstawowych praw człowieka i w tym momencie dopiero, zdaniem Młynarskiego, możemy mówić o końcu średniowiecza.
Czasy nowożytne pozostają pod znakiem dalszego rozwoju indywidualizmu, którego przejawy stanowią kapitalizm i liberalizm. Efektem jest bezprzykładny rozwój gospodarczy i postęp w różnych dziedzinach życia. Jednak rozwój ten nie jest nieprzerwany i bezproblemowy. Już pod koniec XIX w. zasada indywidualizmu zaczęła być podważana. Z jednej strony winowajcą jest wedle Młynarskiego demokracja parlamentarna, która z obywatelskiego systemu reprezentatywnego przeistoczyła się w system działający w imię państwa. Z drugiej zaś kapitalizm, który zaczął zaprzeczać zasadom, na jakich się opierał. Świat kapitalistyczny wychodził teoretycznie z równości szans, ale doprowadzał w praktyce do nierówności tych szans. Pozycja silniejszych stawała się bowiem z natury rzeczy coraz silniejsza i coraz trudniej było wydobywać się na wierzch nowym elementom11.
Kapitalizm nie zdołał też rozwiązać najistotniejszego problemu współczesności, jakim jest realizacja zasady równości praw do udziału w dochodzie społecznym. Próby takie podejmują totalitaryzmy, ale stanowią lekarstwo gorsze od choroby i nie mają szans powodzenia. Dochód narodowy winien być dzielony proporcjonalnie między wszystkie grupy społeczne, bo w przeciwnym razie równowaga zostanie szybko zachwiana na skutek tego, iż jedni będą zyskiwać kosztem drugich.
Jak istotna jest kwestia proporcjonalizmu w podziale nadwyżki, widać na przykładzie USA: Ameryka cieszyła się przed październikiem 1929 r. stabilizacją poziomu cen i równoczesnym szybkim przyrostem dochodu narodowego. Repartycja odbywała się jednak wadliwie. Praca jako producent usług nie korzystała proporcjonalnie z postępu gospodarczego, ponieważ skala płac i pensji pozostawała w tyle. Natomiast przemysł gromadził tym większe zyski. Pociągnęło to nadpłynność przemysłu, nadmierną zwyżkę kursów akcyz i ogólną grę spekulacyjną. Walcząc z destabilizacją cen akcji i obligacji władze bankowe musiały zastosować środki deflacyjne pomimo względnej stałości poziomu cen towarowych. Skończyło się ogólnym załamaniem równowagi. […] błędna repartycja nadwyżek dochodu społecznego przy stabilizacji poziomu cen stała się w Ameryce jedną z ważniejszych przyczyn ogólnego kryzysu12.
Proporcjonalizm nie ogranicza się do kwestii redystrybucji dochodu. Stabilizacja bowiem poziomu cen zakłada postulat stałej opłacalności wytwarzania. Ów postulat zakłada z kolei stałość relacji poszczególnych cen. Nie można osiągnąć i utrzymać takiej stałości, jeżeli produkcja dóbr i usług nie rozwija się proporcjonalnie, a więc w tempie równomiernym. Punkt ciężkości leży więc w proporcjonalizmie produkcji i wymiany. Jest to nowa zasada polityki ekonomicznej13. Proporcjonalizm wymaga ciągłości postępu, czyli stałych nadwyżek w dochodzie społecznym, w miarę równomiernie dystrybuowanych między świat pracy a kapitał. Dlatego niedopuszczalne jest pozostawienie podziału dochodu dobrej woli czy prywatnej inicjatywie. Konieczna staje się normatywna interwencja państwa, a więc siłą rzeczy propocjonalizm nie jest w stanie współistnieć z „liberalną formą ustroju kapitalistycznego”14.
Młynarski doszedł do wniosku, że ani wielkość przedsiębiorstw, ani rola obiegu pieniężnego czy instytucja prywatnej własności środków produkcji nie mogą być uznane za cechy charakterystyczne kapitalizmu, ponieważ są to właściwości wspólne z niektórymi formami z przeszłości. Cechę naprawdę odróżniającą kapitalizm od niewolnictwa czy poddaństwa stanowi dopiero system salariatu: umowa najmu pomiędzy cywilnie równymi przedsiębiorcą i pracownikiem. Jej konsekwencją jest współdziałanie „kapitału żywego” (siły roboczej) oraz „martwego”, czyli środków produkcji, będących w posiadaniu przedsiębiorcy. Proces produkcji ma więc charakter społeczny, jednak jego efekt – już nie.
Kapitał martwy i ukryty za jego plecami przedsiębiorca mają stanowisko uprzywilejowane, ponieważ do nich należy całość owoców produkcji – a robotnik może być skwitowany przy pomocy płacy zarobkowej, której wysokość reguluje się według cen żywności i potrzeb elementarnych robotnika, a nie według tego, jaką wartość zamienną osiągnie suma wytworzonych towarów na rynku. Pozycja prawna robotnika nie różni się zasadniczo od pozycji wydzierżawionej na jakiś czas maszyny, której praca nie stwarza tytułu do udziału w owocach produkcji. Istota kapitalizmu wyraża się w najemnictwie. Istota najemnictwa polega na nierówności praw do owoców produkcji15.
Cena, a tym samym zysk, stanowią kategorię społeczną, będąc wypadkową gry podaży i popytu, stanu waluty, warunków politycznych. Natomiast podział zysku jest już czymś prywatnym. Młynarski wskazuje na to zjawisko jako jedną ze sprzeczności kapitalizmu. Antynomie, które nawarstwiły się w ustroju kapitalistycznym, są możliwe do rozwiązania jedynie poprzez działania prowadzące do zmiany roli państwa, zależności pomiędzy klasami czy przekształcenia produkcji dla rynku w produkcję służącą zaspokojeniu potrzeb poprzez zmianę organizacji spożycia. Wówczas dopiero może nastąpić współmierność produkcji i spożycia, współmierność ilości dóbr materialnych i potrzeb – a tym samym nastąpi względna stabilizacja wartości zamiennej dóbr i usług w gospodarstwie społecznym16.
Jak stwierdza Młynarski, w dążeniu do organizacji spożycia zarysowały się dwa zasadnicze kierunki. Pierwszy to socjalizm, widzący rozwiązanie w upaństwowieniu środków wytwarzania. Drugim jest solidaryzm, pragnący osiągnąć ów cel przez dobrowolną akcję od dołu – akcję wyrażającą się w tworzeniu spółdzielni spożywczych17. Pierwsza z metod zostaje przezeń odrzucona jako nieefektywna i szkodliwa. Takich wad i braków nie ma natomiast spółdzielczość spożywcza jako forma uspołecznienia produkcji i spożycia. Jest to forma przedziwnie mądra i prosta w swej konstrukcji teoretycznej, a egzamin życiowy zdała świetnie. Biorąc udział w spółdzielni spożywczej, jednostka ma możność oszczędzać przez wydatkowanie, stwarzać własną produkcję przez organizację spożycia, wreszcie łączyć najemnictwo i prawodawstwo w jednym ręku18.
Kreśląc proponowane rozwiązania, Młynarski jawi się też jako zwolennik korporacjonizmu. Jego główną zaletę stanowić miały autonomia, rozwijanie twórczej inicjatywy człowieka, odrzucenie omnipotencji państwa, współodpowiedzialność robotnika i przedsiębiorcy za losy produkcji, stępienie antagonizmów klasowych. Korporacje miałyby konsolidować odrębne grupy społeczne, Młynarski przewidywał istnienie odrębnych związków zawodowych dla pracobiorców oraz dla pracodawców, a obok tego korporacji skupiających wszystkich przedstawicieli danej branży, niezależnie od ich pozycji na rynku pracy. Korporacja posiadałaby autonomię ustawodawczą i być może nawet sądową. Do jej zadań należałoby ustalanie regulaminu fabrycznego, czasu pracy, wypełnianie zadań sądów pracy, planowanie rozmiarów produkcji, wysokości cen, przygotowywanie projektów ustawodawstwa dotyczącego ogólnej polityki gospodarczej, celnej i podatkowej itp.
Zauważał jednak, że korporacjonizm, atakując pewne elementy kapitalizmu, zapomina o najważniejszym: umowie najmu separującej robotnika od efektów wspólnej pracy. Jeśli w tej sferze nie nastąpią radykalne zmiany, to powstanie jedynie lepsza forma kapitalizmu. Koniecznym jest zatem zagwarantowanie udziału robotnika w zyskach przedsiębiorstwa. W takich warunkach umowa najmu nie będzie już tylko środkiem prawnym, który umożliwia dzierżawę siły roboczej, ale tytułem prawnym do udziału w owocach wspólnego procesu wytwarzania – do udziału w zyskach wynikających z koniunktury rynkowej. W miejsce najemnictwa, przy którym istnieje separacja pracy i kapitału przy podziale owoców wspólnej produkcji – powstanie „koalicja pracy i kapitału”19.
Udział w zyskach nie musi przy tym polegać na dzieleniu ich pomiędzy poszczególnych robotników – kwoty takie byłyby stosunkowo niewielkie. Właściwsze byłoby odprowadzanie zysku przeznaczonego dla robotników do kasy znajdującej się w rękach organizacji robotniczo-społecznej, która będzie mogła go spożytkować wyłącznie na cele przewidziane odpowiednimi przepisami. Z takiego funduszu można byłoby wykupywać zamykane czy bankrutujące przedsiębiorstwa prywatne. Zakładając działanie powyższego urządzenia nie tylko unikamy dewastacji substancji i zabezpieczamy daną okolicę przed wzrostem bezrobocia – ale zarazem zakładamy podwaliny dla tworzenia się nowej formy własności. Będzie to własność wybitnie społeczna…20.
Jeśli chodzi o administrowanie tego rodzaju funduszem, najwłaściwsze byłyby spółdzielnie spożywców, mające na tym polu doświadczenie. Z teoretycznego punktu widzenia rozwiązanie takie jest idealne, bowiem poprzez obowiązkowy udział w zyskach atakujemy klasową umowę najmu – zaś przez ruch spółdzielczo-spożywczy atakujemy ryzyko rynkowe, które obok umowy najmu stanowi drugą cechę ustroju kapitalistycznego21. W związku z tym należałoby wprowadzić obowiązek przynależności robotników do spółdzielni spożywców. Młynarski wysuwa tutaj analogię z obligatoryjnymi ubezpieczeniami, które w pewnym momencie wprowadziły wszystkie państwa –powszechna spółdzielczość to swoiste ubezpieczenie od wyzysku handlowego i strat na rynku.
Spółdzielnie zachowałyby autonomię gwarantującą ich rozwój, lecz byłyby kontrolowane przez państwo pod kątem ksiąg i praworządności wewnętrznej. Cel ostateczny stanowiłoby, jak to ujął, powstanie Rzeczpospolitej Spółdzielców. Robotnik przestanie być najmitą – zdobędzie bowiem równość prawa do udziału w owocach wspólnej produkcji, dokona się jego wyzwolenie, ponieważ osiągnie równouprawnienie społeczne, obok już dzisiaj posiadanego równouprawnienia pod względem cywilnym i politycznym22.
Dzięki temu społeczeństwo klasowe przekształci się w federację społeczną, stąd Młynarski określił swój projekt mianem federalizmu społecznego. Zalety takiego ustroju są jego zdaniem wielostronne: redystrybucja dochodu społecznego wreszcie będzie miała charakter racjonalny i sprawiedliwy, zmaleje też niebezpieczeństwo kryzysów i wahań koniunktury.
Zasadniczą wartość stanowi pogodzenie dwóch zasad politycznych, pozostających w konflikcie: prywatnej inicjatywy oraz etatystycznej interwencji. Dopiero proporcjonalizm sprzymierzony z federalizmem społecznym sprowadza obie zasady do właściwych im zakresów. Obok bowiem własności i przedsiębiorczości społecznej może żyć i rozwijać się własność i przedsiębiorczość prywatna. Zamiast zaś etatyzacji unicestwiającej przedsiębiorczość prywatną, rola państwa ograniczy się do planowania normatywnego, stwarzającego ramy dla równoległych wysiłków obu form własności, zarówno prywatnej, jak społecznej23.
Tak pomyślany system gospodarczy urzeczywistniony miał zostać w państwie nacjokratycznym, zachowującym odpowiednie relacje pomiędzy aparatem państwowym (reprezentującym zasadę uniwersalistyczną) a narodem (wyrazicielem zasady indywidualistycznej). W takim ustroju rola państwa miała zostać zminimalizowana, naród bowiem zajmowałby pozycję nadrzędną, państwo zaś miało stanowić jedynie organ wykonawczy jego woli.
Drugą charakterystyczną cechę stanowić miało pierwszeństwo jednostki nad narodem, jednak mające charakter relatywny, albowiem naród jednocześnie ma nad jednostką prymat moralny. Naród budzi się do życia – pisał Młynarski – jako forma pojęciowa uświadomienia jednostek i sprzęga się jednocześnie z samowiedzą etyczną, z poczuciem obowiązku służenia dobru wspólnemu. I jedno, i drugie jest sprawą duchową, sprawą twórczą osobowości ludzkiej, sprawą indywidualną. Wobec tego zaś również pierwszeństwo interesu narodowego przed interesem jednostki musi wywodzić się z aktu wolnej woli człowieka, z jego decyzji i wyboru, a nie jest czymś danym przez naturę, jako rzecz gotowa, z góry przychodząca i ogarniająca człowieka24.
Ujęcie takie wydaje się bardzo bliskie personalizmowi chrześcijańskiemu, eksponującemu prymat jednostki wobec społeczeństwa i jednocześnie obowiązki na niej ciążące. Tak rozumiany nacjokratyzm musi zostać dopełniony przez homokrację, zgodnie z którą nie przywilej, majątek lub przynależność do partii czy elity rządzącej powinny stanowić tytuł do większego wpływu na organizowanie, względnie reorganizowanie spraw państwowych – lecz uzdolnienie, kompetencja, polot twórczy, męstwo przekonań i w ogóle charakter człowieka25.
Feliks Młynarski. Piotr Świderek, kooperatywa.org
Przypisy:
1 L. Gawor, Feliksa Młynarskiego filozofia dziejów [w:] Tenże, Polska myśl historiozoficzna I połowy XX wieku. Analiza wybranych poglądów, Rzeszów 2005, s. 118.
2 Na temat Młynarskiego zob. Z. Landau, Feliks Młynarski, Polski Słownik Biograficzny, t. XXI/1, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1976, ss. 443-446.
3 Jan Brzoza (wł. F. Młynarski), Zagadnienie polityki niepodległości, Kraków 1911, s. 97.
4 F. Młynarski, Wspomnienia, Warszawa 1971, s. 153.
5 Idem, Szkice literacko-filozoficzne, „Kultura” (Paryż) 1963 nr 12, 1964 nr 1.
6 Idem, Totalizm czy demokracja w Polsce, http://www.polskietradycje.pl/article.php?artykul=328
7 Idem, Człowiek w dziejach. Jednostka – państwo – naród, Warszawa [1937] (wyd. II), s. 31.
8 Ibid., s. 33.
9 Ibid., s. 54.
10 Ibid., s. 74.
11 Ibid., s. 111.
12 Idem, Proporcjonalizm ekonomiczny. Zagadnienie nowego kierunku, Warszawa 1937, s. 23.
13 Ibid., s. 24.
14 Ibid., s. 105.
15 Ibid., ss. 126-127.
16 Ibid., s. 134.
17 Loc. cit.
18 Ibid., s. 136.
19 Ibid., ss. 143-144.
20 Ibid., s. 149.
21 Ibid., s. 151.
22 F. Młynarski, Proporcjonalizm…, s. 160.
23 Ibid., s. 179.
24 Idem, Człowiek…, s. 160.
25 Ibid., s. 168.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Nazwisko Władysława Grabskiego kojarzy się przede wszystkim z reformą walutową, którą przeprowadził w 1924 r., pełniąc funkcje premiera i ministra skarbu.
Wówczas to, w ramach pełnomocnictw udzielonych przez Sejm, dokonał uzdrowienia finansów państwa poprzez m.in. radykalne cięcia kosztów administracji, podwyższenie podatków, usprawnienie systemu ściągania danin majątkowych, stabilizację cen, wprowadzenie jednolitego systemu podatkowego oraz państwowego monopolu spirytusowego, tytoniowego i zapałczanego. Przede wszystkim jednak ustanowiono nową walutę – złotego polskiego i powołano jego emitenta, Bank Polski.
Reforma była rozmaicie oceniana. Dziś generalnie dominują pozytywne oceny, mówi się wręcz o imponującym sukcesie. Jej rangę i charakter dobrze obrazuje, jak się wydaje, zestawienie z reformą Leszka Balcerowicza, która oparta była na zupełnie odmiennych przesłankach. Grabski, jako zwolennik szkoły historycznej w ekonomii, odrzucał możliwość generalizowania zjawisk gospodarczych i wyodrębnienia niezmiennych motywów gospodarowania. Charakterystyczne dla niego było podkreślanie podmiotowości (polegającej na szukaniu oparcia dla reform w siłach wewnętrznych kraju) oraz wielowymiarowości życia gospodarczego, solidaryzmu społecznego i potrzeby harmonijnego rozwoju wszystkich grup społecznych.
Grabski, w przeciwieństwie do Balcerowicza, postanowił obciążyć kosztem reform głównie bogatszą część społeczeństwa.Jak pisali Zbigniew Landau i Jerzy Tomaszewski, jego program uderzał przede wszystkim w interesy klas posiadających. One w pierwszym rzędzie miały płacić daninę majątkową, one zostały dotknięte waloryzacją podatków. […] Ludzie żyjący z płacy roboczej, jak również drobnotowarowi rolnicy byli zbyt biedni, aby obciążenie ich nowymi świadczeniami na rzecz państwa mogło dać zadawalające efekty finansowe.
Grabski był jednak również działaczem społecznym. Niemało uwagi poświęcił kwestiom rozwoju polskiej wsi, był jednym z rodzimych teoretyków agraryzmu oraz twórcą socjologii wsi. Te płaszczyzny jego działalności są o wiele słabiej znane, dlatego warto omówić je szerzej.
***
Władysław Dominik Grabski urodził się 7 lipca 1874 r. w Borowie nad Bzurą w rodzinie ziemiańskiej jako trzecie dziecko. Starszy brat, Stanisław, był współorganizatorem PPS, a później wybitnym politykiem i ekonomistą obozu narodowego. Starsza siostra, Zofia, również angażowała się w życie polityczne jako działaczka PPS. Zainteresowanie wsią i stosunek do ludności wiejskiej Grabski wyniósł z domu rodzinnego. Jego ojciec jeszcze przed powstaniem styczniowym, w 1859 r. uwłaszczył chłopów na terenie swego majątku, żywo interesował się sprawami wsi, współpracował z włościanami z obszaru gminy.

Władysław Grabski
W latach 1883-1892 Władysław uczęszczał do V Gimnazjum Filologicznego w Warszawie. Tam wraz z bratem organizował kółka samokształceniowe i wszedł w skład tajnej Centralizacji Związku Kółek Gimnazjalnych Królestwa Polskiego. Jej program zawierał postulaty awansu cywilizacyjnego ludu i walki w obronie interesów najbiedniejszych. W owym czasie wykazywał wyraźne sympatie socjalistyczne, jednak jak pisał Józef Wojnarowski, Już pod koniec swego pobytu w szkole zraził się do socjalizmu, dostrzegając sprzeczność między postępowaniem socjalistów a wyznawanymi przez nich poglądami. Władysław był bodajże pierwszym z grona swego rodzeństwa, który socjalistyczną teorię walki klasowej zastąpił koncepcjami solidaryzmu społecznego i narodowego, co nastąpiło zresztą nie bez wpływu myśli Abramowskiego. Wrodzone predyspozycje intelektualne oraz wyniesione z domu rodzinnego umiłowanie prawdy i sprawiedliwości skłoniły go do podjęcia wysiłku stworzenia własnego światopoglądu.
Po zdaniu matury udał się na studia do Paryża, tam w latach 1892-1894 pobierał nauki w École des Sciences Politiques, skupiając uwagę na finansach, prawie, ekonomii politycznej i historii. Równocześnie w latach 1893-1895 studiował historię i archiwistykę na Sorbonie. W 1895 r. wrócił do kraju, wkrótce jednak ponownie wyjechał na studia, tym razem agronomiczne w Halle, jednak po roku przerwał je w związku ze śmiercią ojca. Wrócił wówczas do Borowa, aby zająć się prowadzeniem rodzinnego majątku. Kontynuując dzieło ojca, przekształcił folwark w nowoczesne gospodarstwo rolne oraz dokonał parcelacji ziemi, umożliwiając rolnikom jej wykup za pośrednictwem Banku Włościańskiego.
Intensywnie angażował się także w prace społeczne. W 1899 r. założył pod Kutnem rolniczą stację doświadczalną, instytucję naukową o charakterze społecznym, drugą tego rodzaju w Królestwie Polskim. W 1901 r. zorganizował w tych okolicach pierwszą w Królestwie fabrykę spółdzielczą drenów, o nazwie „Spójnia”. Dwa lata później zaś w Bocheniu pod Łowiczem utworzył drugie w zaborze rosyjskim kółko rolnicze, przy którym powołał pierwszą spółdzielnię mleczarską. W 1904 r. zorganizował w Warszawie Towarzystwo Melioracyjne, na czele którego przez jakiś czas stał. W 1905 r. utworzył natomiast Powiatowe Towarzystwo Rolnicze w Łowiczu, którego pracami kierował do 1919 r., zakładając również kasy spółdzielcze dla chłopów czy wspierając finansowo szkoły rolnicze. Sam w rodzinnym Borowie utrzymywał nielegalną szkołę dla chłopskich dzieci. W latach 1901-1906 pełnił obowiązki sekretarza Sekcji Rolnej przy Towarzystwie Popierania Przemysłu i Handlu w Warszawie. Przyczyniła się ona do rozwoju szeregu towarzystw rolniczych, na czele z Centralnym Towarzystwem Rolniczym, skupiającym całe społecznie czynne ziemiaństwo polskie (około 2000 członków) oraz ogromną większość uspołecznionego włościaństwa (około 20000 członków kółek).
W 1904 r. wydał pierwsze ważniejsze dzieło, pt. „Historia Towarzystwa Rolniczego”, za które otrzymał nagrodę Akademii Umiejętności w Krakowie. Zwracał w nim uwagę na szkodliwość pańszczyzny i poddaństwa, a także akcentował siły twórcze, drzemiące w polskim społeczeństwie. Pisał tam, iż Idealizm w Towarzystwie Rolniczym polegał na tym, że wierzono, iż ludzie są w stanie wznieść się ponad poziom własnych osobistych i stanowych interesów, że sumienie społeczne może stać się potężną dźwignią czynów, że rozum na usługę tego sumienia oddać należy. We własnym zakresie, w łonie własnych członków, w łonie obywatelstwa wiejskiego dokonano w tym względzie wiele. A nawet i zatwardziałe uprzedzenia ludu wiejskiego zaczęły się kruszyć.
W tamtym czasie Grabski związał się z obozem narodowo-demokratycznym, z jego ramienia trzykrotnie posłował do kolejnych Dum rosyjskich w latach 1906-1912, pracując tam w Komisji Budżetowej Ministerstwa Rolnictwa Rosji. O pracy w Kole Polskim Dumy pisał: W sprawie agrarnej postawiłem tezę o tym, że nie Rosja, a tylko Polska sama może zreformować swój ustrój agrarny, przy czym stanąłem na gruncie konieczności tej reformy, w sprawach podatkowych wykazałem pokrzywdzenie Królestwa w porównaniu z Rosją i udowodniłem, że na przeprowadzeniu uwłaszczenia włościan rząd rosyjski zarobił na czysto […] W sprawach finansowych wykazałem, że Rosja czerpała większe dochody z Królestwa, niż na nie wydawała, a w sprawach rolniczych postawiłem tezę konieczności subwencji dla ich rozwoju nie tylko w Rosji, ale i w Królestwie wobec ujemnych skutków dla ludności włościańskiej polskiej, wynikających z konkurencji zbóż i bydła rosyjskiego. Praca ta moja przyczyniła się gruntownie do podkopania zaufania do rządu rosyjskiego ze strony mas włościańskich, na mnie zaś ściągnęła karę administracyjnego aresztu w 1906 r., z którego zostałem po kilku tygodniach zwolniony.
W czasie pobytu w więzieniu pracował nad studium „Materiały w sprawie włościańskiej”. Postulował w nim przyspieszenie procesów parcelacyjnych, wprowadzenie udogodnień kredytowych dla chłopów oraz mocniejsze zwrócenie się w kierunku ludu. Wówczas, jak tłumaczył, przekonamy się o tym, że w nim samym tkwią głębokie zasady cywilizacyjne, które wszelkie barbarzyńskie eksperymenty w nas udaremnią […]. Dziś lud to wielkie zbiorowisko świadomych swego położenia jednostek, które nie przeciwstawiają się społeczeństwu, lecz stanowią jego prawdziwą podporę. Potrzeba tylko oświaty i nauki, potrzeba dużo szczerości ze strony inteligencji w stosunku do ludu, potrzeba lepszych urządzeń ekonomicznych krajowych, a lud nasz, zespolony już dziś z całym narodem, wykaże zdolność swoją do odrodzenia cywilizacyjnego Polski.
W kolejnym etapie życia, jak sam wspominał, oddał się przede wszystkim przygotowaniu przyszłej państwowości polskiej poprzez organizowanie jej surogatów, jakimi były Biuro Pracy Społecznej czy Centralny Komitet Obywatelski. Gros aktywności w Biurze poświęcił problematyce wiejskiej, a w jej ramach kwestiom edukacyjnym. Konstatując katastrofalny stan edukacji w Królestwie oraz, jak pisał, w ciemnocie ludu główną siłę, na której system panowania rosyjskiego był oparty, podjął działania zaradcze. Jego książka „O nauczaniu powszechnym i zakładaniu szkół ludowych” stanowiła analizę sytuacji, a jednocześnie konkretny program działania. Tematykę tę kontynuował w okresie międzywojennym w studiach „Kultura wsi polskiej i nauczanie powszechne”i„Oświata ludu i sprawy agrarne w Polsce”. Odwołując się tam do przykładów duńskich, belgijskich i amerykańskich, Grabski postulował gruntowną reformę szkolnictwa ludowego w naszym kraju.
Dostrzegał on ścisły związek między rozwojem i kulturą wsi, a stanem oświaty ludowej, która, jak podkreślał, wpływa także na standardy mieszkaniowe czy dochody. Stąd warunkiem usunięcia niedomagań życia ekonomicznego miała być właśnie reforma oświaty. Jej szerzenie nie miało być jedynie akcją społeczną, działaniem warstw wyższych na rzecz ludu, lecz przede wszystkim wprowadzeniem potężnego czynnika produkcji rolnej, wpływającego na jej wzrost, poprawę stosunków agrarnych i dobrobytu ludności. Na przykładzie monografii powiatu wadowickiego, autorstwa Franciszka Dziedzica, wskazywał, iż jego mieszkańcy, pomimo dużego rozdrobnienia ziemi, właśnie za sprawą lepszego wykształcenia częściej znajdują pracę poza rolnictwem lub uzyskują wyższe dochody dzięki wprowadzeniu nowych metod gospodarowania. Niestrudzenie więc przez lata akcentował, iż należy reformować ustrój, upełnorolnić gospodarstwa, komasować grunty, meliorować – ale to nie wystarczy. Wieś bowiem nie przestanie być siedliskiem biedy, jeśli nie wydobędzie z siebie sił ekonomicznych, gospodarczych, tkwiących w człowieku samym, jak te, które dały typ życia wsi i społeczeństwa w tych krajach, gdzie nędza ze wsi dawno znikła.
Wiedza nabywana dzięki oświacie pełni rolę kapitału kulturowego, który pozwala skuteczniej rozwiązywać problemy, doskonalić rolnictwo i podnosić wieś pod względem cywilizacyjnym. Wieś niekulturalnanie wydobywa z siebie tych wszystkich wartości, jakie kryje i które wydać by mogła jako wkład swój do ogólnej skarbnicy dobra narodowego. […] Wieś jako ognisko życia ogromnej większości narodu musi mieć pewien poziom moralno-umysłowy, zabezpieczający narodowi możność swego rozwoju. Szkoły wiejskie, jak podkreślał, nie spełniają tych zadań. Mieszczące się w dusznych pomieszczeniach, z dużą liczbą uczniów, nie budzą nowych potrzeb kulturalnych, nie uczą porządku, systematyczności czy łączenia w działalności gospodarczej własnych korzyści z korzyściami rodziny, wsi, miasta czy narodu. Nauczycielom zarzucał natomiast izolowanie się od społeczności lokalnych, wynikające z poczucia wyższości. Wskazywał, że szkoły wiejskie potrzebują specjalnie przygotowanych programów, podręczników i pedagogów. Inteligencja nasza stoi na wysokości, lekceważy potrzeby ludu, bo lekceważy producentów w ogóle, bo jest nastawiona na odczuwanie jedynie intelektualizmu i czynnika konsumpcji.
Okres niepodległości do zamachu majowego wypełniła Grabskiemu przede wszystkim służba państwowa, po jej zakończeniu natomiast poświęcił się pracy naukowej. Już w 1923 r., pomimo braku doktoratu i habilitacji, na podstawie wcześniejszego dorobku w dziedzinie agronomii społecznej i polityki agrarnej został mianowany profesorem zwyczajnym polityki ekonomicznej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Dwukrotnie pełnił obowiązki rektora tej uczelni, równocześnie od 1926 r. kierował Katedrą Polityki Ekonomicznej SGGW, w ramach której powołał do życia w 1927 r. Sekcję Agronomii Społecznej, drugą tego typu placówkę w Europie. Jak pisał jego uczeń i współpracownik, Czesław Strzeszewski, przygotowywała ona działaczy, których zadaniem jest rozbudzenie świadomości i podniesienie ekonomiczne wsi polskiej. Oprócz wykładów organizowała wyjazdy w teren, do szkół rolniczych, zakładów doświadczalnych, drobnych gospodarstw, związków rolniczych itp.
Grabski wychodził z założenia, iż problemów polskiej wsi nie da się rozwiązać doraźnymi działaniami, dzięki pracy społecznikowskiej w typie XIX-wiecznym. Potrzeba dobrego przygotowania i systematyczności. Jednocześnie rozumiał, iż największy potencjał kraju tkwi właśnie w społecznościach wiejskich. Należy go jednak rozbudzić, który to proces wiązał z profesjonalizacją pracy rolniczej oraz aktywności instytucji i organizacji wiejskich, z wykształceniem fachowych wiejskich działaczy społecznych. Odwoływał się tutaj do wzorców zza oceanu, do roli agronomii społecznej w USA. Nie jest ona – pisał – dawnej daty, ale doszła do wielkich rozmiarów: 3195 osób personelu fachowego pełni czynności agronomów społecznych. Organizacje rolnicze obejmują 22 miliony osób, wśród których prócz farmerów i dzierżawców są liczni robotnicy.
Postulował więc przygotowanie szeregów fachowych agronomów społecznych. Przytaczał przykłady działań amerykańskich, angielskich czy włoskich – bezpośredniego docierania do rolników z odczytami i kursami uzupełniającymi wiedzę. Skrzętnie wyliczył, że aby ośrodki promieniowania wiedzy rolniczej były dostępne dla ogółu, należy tworzyć jedną placówkę na 106 gospodarzy (500 hektarów), wówczas poradnictwo fachowe będzie miało charakter indywidualny. W każdym ośrodku powinno funkcjonować gospodarstwo pokazowe. W sumie przewidywał 30 tys. takich placówek, po 2-3 na każdą gminę, 120 na powiat. W każdym powiecie miało być przeciętnie 8 nauczycieli, którzy prowadziliby zimowe kursy rolnictwa i kontrolowali ośrodki kultury rolniczej.
Upowszechnieniu pożądanych wzorców służyć też miał system subwencjonowania rolnictwa przez państwo. Grabski proponował przejście od systemu dowolnego czy zryczałtowanego do premii za dobre wyniki gospodarowania. Zwracał również uwagę, że dawne formy współdziałania ludności wiejskiej, jak pomoc sąsiedzka, nie odpowiadają już potrzebom czasów. On sam był jednym z pionierów organizowania się rolników do zbiorowych działań, postulował tworzenie i zakładał różnego rodzaju stowarzyszenia rolnicze, kooperatywy, kółka włościańskie, spółki handlowe itp. Kółka rolnicze w jego ujęciu miały znacznie poszerzać zakres działań, stać się szkołą życia publicznego i narodowego, zajmując się nie tylko problemami gospodarowania, ale i stosunków na wsi, w gminie, parafii czy budową szkół wiejskich. Jednocześnie ostro przeciwstawiał się ich upolitycznianiu, uznając, że rozpolitykowanie zabija ducha pracy społecznej.
Kooperatywy wiejskie miały być gwarantem szybszej absorpcji nowych rozwiązań w dziedzinie gospodarowania w drobnych gospodarstwach. Jak zauważał, w Polsce postęp rolniczy wprowadzali wyłącznie właściciele dużych gospodarstw, tymczasem na Zachodzie, gdzie od lat funkcjonowały kooperatywy drobnych rolników, problem ten nie istniał. W Belgii, Holandii czy Danii mniejsza własność nie ustępowała większej pod względem postępu właśnie dzięki formom kooperatywnym, np. tworzeniu spółek wodnych w celu przeprowadzenia melioracji.
Przyszłość wsi polskiej Grabski widział w silnych gospodarstwach farmerskich o wysokiej produktywności i niskich kosztach produkcji. Ubolewał, że Polska ma za dużo gospodarstw wielkich i karłowatych, zbyt mało zaś średnich. W 1929 r. pisał w związku z tym: Nie możemy rozwinąć działalności eksportowej naszego rolnictwa na poważną skalę, nie możemy skompensować eksportem rolniczym ujemności naszego bilansu handlowego w zakresie surowców i towarów przemysłowych, pomimo że na wsi pracuje u nas 66% ludności […]. Wydajność pracy naszego rolnictwa jest bardzo słaba.
Jako środki zaradcze proponował ochronę celną polskich produktów rolnych, regulowanie obrotu zbożem wewnątrz kraju za pośrednictwem skupu przez aparat państwowy, obniżanie kosztów produkcji rolnej poprzez wdrażanie nowych technik, szeroko zakrojoną meliorację gruntów czy rozbudowę elewatorów zbożowych. Nie żądał jednak całkowitego zniesienia wielkiej własności ziemskiej, uznając, iż ma ona do spełnienia ważne cele, rozwijając uprawy wyspecjalizowane (chmielu, buraków) oraz przemysł rolniczy (drzewny, ceramiczny itp.). Działalność taką winno państwo wspierać, stosując odpowiednie instrumenty polityki gospodarczej. Tego rodzaju gospodarstwa mogą również stanowić doskonałe narzędzie walki z bezrobociem na wsi. Przy czym, jak podkreślał, państwo musiałoby tutaj wykazać się troską o robotników najemnych, zabezpieczając takie kwestie, jak odpowiednie wynagrodzenie czy ubezpieczenia.
Wreszcie zaś podkreślał, iż konieczna jest zmiana mentalności, wyrobienie swoistej samoświadomości na wsi polskiej i zrozumienie zadań, które przed nią stoją: Wieś polska ma pełnię praw – czytamy w„Historii wsi w Polsce” – ma większość liczebną, ale nie czuje w pełni swych sił. Brak jej wyrobienia i umocnienia gospodarczego, brak wyrobienia umysłowego, brak przywódców, na których by liczyć mogła, brak świadomości, co jest istotnie najbardziej potrzebne. Liczni są, którzy jej to pragną podpowiedzieć. Ale ona sama musi do tego dojść, by zrozumieć swoją rolę w społeczeństwie współczesnym.

CC BY Biblioteca de la Facultad de Derecho y Ciencias del Trabajo Universidad de Sevilla, flickr.com/photos/fdctsevilla/4726510185
Jeden z uczniów Grabskiego, Tadeusz Cywiński, pisał, iż punkt wyjścia jego agronomii społecznej można streścić w sposób następujący: Podniesienie poziomu gospodarczego i kulturalnego warstwy włościańskiej zadecyduje o przyszłości Polski. Cały wysiłek światłego społeczeństwa rolniczego winien być skierowany do tej warstwy ludności wiejskiej nie dlatego, że ktoś ma ten czy inny światopogląd, lecz z tej przyczyny, że stan włościański z tytułu władania przytłaczającą większością obszaru rolnego o wiele więcej waży z punktu widzenia państwowego niż jakikolwiek inny. Że poza tym zgodnie z „prawem zmniejszającego się dochodu” podnoszenie tych gospodarstw jest zabiegiem najbardziej uzasadnionym z punktu widzenia gospodarstwa narodowego, gdyż przy obecnym niskim ich poziomie, każdy najmniejszy, a racjonalny nakład już daje tu bardzo widoczne skutki – że wreszcie obok całego szeregu czynników mogących zadecydować o przyszłości wsi, zawsze poczesne miejsce będzie przysługiwało czynnikowi ludzkiemu, który musi być odpowiednio wyszkolony.
Ukoronowaniem działalności Grabskiego na tej niwie była niewątpliwie praca „System socjologii wsi”, nieukończona z powodu śmierci autora. Jej pierwsze trzy części ukazały się na łamach założonego przez Grabskiego periodyku pt. „Roczniki Socjologii Wsi” – pierwszy numer wydano w tym samym 1936 r., w którym zaczął się ukazywać pionierski w skali światowej amerykański kwartalnik „Rural Sociology”. Na potrzeby rozwoju tej subdyscypliny, na wniosek Grabskiego Rada Wydziału Rolniczego SGGW powołała do życia 27 października 1936 r. Instytut Socjologii Wsi. Niemal równocześnie prezydent Ignacy Mościcki powołał Państwowy Instytut Kultury Wsi, w którym Grabski pełnił funkcję prezesa Rady Naukowej. Instytut zajmował się badaniami naukowymi nad kulturą wsi oraz doradztwem. Badania miały dotyczyć przede wszystkim: 1) wpływu ekonomicznych warunków życia wsi na jej kulturę, 2) zbiorowego życia wsi, 3) potrzeb społeczno-kulturalnych wsi, 4) akcji społeczno-kulturalnej wsi […]. W zakresie metod pracy nad podniesieniem kultury wsi Instytut opracowuje: 1) metody organizowania zbiorowości wiejskiej dla działania zespołowego, 2) metody wychowania jednostki dla działania zespołowego, 3) wzory różnych urządzeń społeczno-kulturalnych, jak np. dom ludowy, biblioteka, oraz metody podniesienia sprawności tych urządzeń, 4) projekty planowego zaspokajania potrzeb wsi w różnych dziedzinach jej życia społeczno-kulturalnego.
***
Grabskiemu generalnie chodziło o awans ekonomiczny, polityczny i kulturalny włościaństwa. Zdając sobie sprawę, iż przez długi czas stanowiło ono narzędzie realizacji celów warstwyziemiańskiej, utożsamianej z narodem, postulował gruntowne przeobrażenie tego stanu rzeczy. Nie miało ono jednak polegać na wyrugowaniu ziemiaństwa i zastąpieniu go włościaństwem, gdyż w takim wypadku mielibyśmy znowu do czynienia z dzieleniem narodu i realizacją partykularnych interesów stanowych. Nawoływał natomiast do przywrócenia równowagi sił społecznych, harmonijnego współdziałania w imię solidarystycznych ideałów, którym przez całe życie był wierny.
Zainteresowanie Grabskiego wsią to wynik przekonania, że awans chłopów stanowi warunek konieczny właściwego rozwoju państwa i narodu.Podkreślał, że próby reformowania wsi skazane są na porażkę, jeżeli nie zostanie w nie wciągnięty sam lud. W pracy „Idea polska” pisał w związku z tym: Gdy władza państwowa opiekuje się i kieruje biernym ludem, jest to metoda rządzenia przeszłości. Dziś jest konieczne, aby władza współpracowała z ludem nad jego dobrem.
dr hab. Rafał Łętocha
Bibliografia:
M. M. Drozdowski, Władysław Grabski, Rzeszów-Warszawa 2004.
A. Golec, Wieś i rolnictwo w poglądach społeczno-ekonomicznych Władysława Grabskiego [w:] Z dziejów gospodarki i myśli ekonomicznej Drugiej Rzeczypospolitej, pod red. R. Orłowskiego, Lublin 2001.
W. Grabski, Dwa lata pracy u podstaw państwowości naszej, Warszawa-Rzeszów 2003.
W. Grabski, Wybór pism, oprac. i wstęp J. Wojnarowski, Warszawa 1987.
K. Korab, Władysław Grabski, Warszawa 2004.
K. Korab, Władysław Grabski jako socjolog wsi, Warszawa 2004.
Z. Landau, J. Tomaszewski, Od Grabskiego do Piłsudskiego. Okres kryzysu proinflacyjnego i ożywienia koniunktury 1924-1939, Warszawa 1971.
P. Sieliwończyk, Władysław Grabski: wieś i rolnictwo na tle solidarystycznej koncepcji narodu [w:] Szkice z historii socjologii polskiej, pod red. K. Z. Sowy, Warszawa 1983.
Władysław Grabski. Uczony i mąż stanu, pod red. J. Konefała, S. Wójcika, Lublin 2005.
Wspomnienia i relacje o reformach Władysława Grabskiego, wyb. i oprac. M. M. Drozdowski, Warszawa 2004.

CC BY Biblioteca de la Facultad de Derecho y Ciencias del Trabajo Universidad de Sevilla, flickr.com/photos/fdctsevilla/4723566805
przez Remigiusz Okraska | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
W oskarżycielskim tekście „Słowo o bandosie”, poświęconym niedoli chłopów i robotników rolnych, Stefan Żeromski wymienia garstkę Polaków, którzy dokonali wielkich dzieł, a zarazem byli nieobojętni na krzywdę ludu. Nazwiska ich są znane bardziej (Mickiewicz, Norwid, Witkiewicz) lub mniej (Lelewel, Trentowski, Worcell). Tylko jedna z przywołanych postaci jest dzisiaj niemal całkowicie zagadkowa. Autor „Ludzi bezdomnych” pisze o niej: ten za naszych dni czysty przechodzień z góry ducha, przynoszący obłudnym faryzeuszom pozew przed ołtarz, Antoni Szech, który nim słowo zwiastujące mówić począł, oczyścił się w zimnej kąpieli czynu: sprzedał, co miał, i wykupił nieszczęsne dusze, jęczące w jarzmie rozpusty.
***
Antoni Szech naprawdę nazywał się Izydor Kajetan Wysłouch. Urodził się 25 lipca 1869 r. w Pirkowiczach nieopodal Drohiczyna jako najmłodszy z trzech synów. Rodzina prowincjonalnej szlachty wyróżniała się spośród wielu podobnych. Pradziad Zenon Wysłouch to poseł na Sejm Czteroletni. Jego dwaj synowie Kazimierz i Jan byli żołnierzami Legionów Dąbrowskiego, zaś trzeci, Wiktor, miał potomka o imieniu Antoni. Był on uczestnikiem powstania styczniowego oraz ojcem bohatera naszego tekstu. Siostra Antoniego, Katarzyna, to matka legendarnego nestora polskiego ruchu socjalistycznego – Bolesława Limanowskiego. Jeden z dwóch braci ojca, Ludwik, miał z kolei syna – twórcę ruchu ludowego w zaborze austriackim, Bolesława Wysłoucha. Z kolei matka Izydora Kajetana, Teofila z Butowt-Andrzejkowiczów, to przyjaciółka Elizy Orzeszkowej, sportretowana przez nią jako „piękna Tośka” w opowiadaniu „Oficer”. Ludwik Krzywicki po latach pisał: Wziął po paru pokoleniach Wysłouchów mocne instynkty natury społecznej, a także ich niezdolność, aby czynami swoimi byli w rozterce z przekonaniami.
Po gimnazjum Izydor Kajetan wybrał studia historyczne w Warszawie. Był wyróżniającym się żakiem, lecz nie angażował w życie społeczne. Dopiero nagła śmierć jednego z braci, Witolda, zaowocowała refleksjami natury religijnej i zwrotem ku Kościołowi.
Wkrótce trafił w krąg późniejszego błogosławionego, a wówczas jednego z najbardziej prężnych kościelnych działaczy społecznych, o. Honorata Koźmińskiego, twórcy opiekuńczych inicjatyw kościelnych (pomoc ubogim, chorym, sierotom, samotnym kobietom). Po powstaniu styczniowym i kasacie zakonów przez władze carskie Koźmiński organizował podziemne struktury. Z klasztoru w Nowym Mieście nad Pilicą kierował niejawnym ruchem „świeckich zakonników”, którzy powołanie łączyli z działalnością w środowiskach „zaniedbanych” społecznie.
Izydor Kajetan po ukończeniu studiów pojechał do Nowego Miasta i oznajmił Koźmińskiemu chęć współpracy. Carskie regulacje zabraniały przyjmowania nowicjuszy do klasztoru kapucynów, wstąpił zatem do bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi. W 1893 r. odbył nowicjat wśród łódzkich robotników i rzemieślników. Brat Marcin, bo takie imię przybrał, wkrótce został wybrany generalnym przełożonym zgromadzenia, a już kilka miesięcy później z najbardziej aktywnych członków stworzył nową strukturę – Zgromadzenie Synów Boleści Maryi. Popularnie zwane dolorystami, prowadziło działalność w miejscowościach, gdzie nie docierały inicjatywy religijne i społeczne, m.in. walczyło z analfabetyzmem i prowadziło kursy rzemiosł dla ubogich.
Wysłouch błyskawicznie zyskał uznanie jako znakomity organizator, a także z uwagi na wykształcenie i zdolności przywódcze oraz z powodu wyjątkowo skromnego, ascetycznego życia. W 1894 r. został przełożonym kolejnej niejawnej inicjatywy – Zgromadzenia Sług Świętej Rodziny. Rok później sprzedał swą część majątku w Pirkowiczach i przekazał pieniądze kapucynkom z galicyjskich Kęt, które pomagały kobietom ze środowisk ubogich i patologicznych – do tego czynu nawiązują słowa uznania, które wyszły spod pióra Żeromskiego.
Po śmierci Aleksandra III, na fali „odwilży” podjęto starania o zgodę na nowicjat w klasztorze w Nowym Mieście. Była to jedyna szansa przetrwania zakonu skazanego na dosłowne wymarcie. Pierwszym kandydatem został właśnie Izydor Kajetan Wysłouch, a władze carskie pozytywnie rozpatrzyły tę prośbę. Otrzymał imię zakonne Antoni. Wykorzystując chwilową liberalizację, nadano wyjątkowe tempo odbywaniu nowicjatu oraz zdobywaniu wykształcenia teologicznego. Latem 1899 r. złożył śluby wieczyste, a święcenia kapłańskie otrzymał w listopadzie.
Wkrótce u młodego zakonnika pojawiły się pierwsze wątpliwości, gdy studiował dostępną literaturę teologiczną – przestarzałą i kiepsko napisaną. Zetknął się wówczas z modernizmem katolickim, sceptycznym wobec dosłownego traktowania tekstów biblijnych i nauczania Ojców Kościoła. Z powodu poważnych problemów zdrowotnych dwukrotnie dla podreperowania zdrowia przebywał w Egipcie. Gdy zmagał się ze sceptycyzmem wobec form wiary, historia nagle przyspieszyła. Wybuchła rewolucja 1905 r.
Wówczas rozkwitła jego polityczna i publicystyczna pasja. Głównie pod pseudonimem Antoni Szech – pochodzącym od zasłyszanego w Egipcie słowa oznaczającego przywódcę czy przewodnika duchowego, a wedle innych opinii z „Ojca zadżumionych” Słowackiego – opublikował wiele artykułów i broszur. W ciągu zaledwie 3-4 lat Wysłouch wyartykułował program ideowo-polityczny, łączący chrześcijaństwo z socjalizmem i romantycznym patriotyzmem.
***
Szech dostrzegł, że współczesna mu epoka to czasy gruntownych przemian. Czy to dynamiczne przeobrażenia gospodarcze, czy konflikty społeczne towarzyszące brutalnemu kapitalizmowi, czy krępowany, lecz stale postępujący proces emancypacji warstw ludowych – wszystko to znacząco odmienia świat. Wymaga więc aktywności intelektualnej i organizacyjnej, które Kościół zaniedbuje.
O tym mówią pierwsze publikacje Szecha wykraczające poza tematykę stricte religijną. Ich „wysyp” następuje w roku 1906. W broszurze o mariawitach, „W sprawie mankietnictwa”, potępiając zerwanie przez nich związków z Kościołem, pisał jednocześnie, że rozłam ujawnił to, w co nie chcieliśmy wierzyć dotąd, […] że lud obecnie rozgoryczony jest na duchowieństwo. Że kapłanów takich, jakich lud mieć by pragnął, mało bardzo […]. W broszurze „Do braci kapłanów” dodawał, mając na myśli rozbudzenie dążeń ludu do samodzielności w sprawach społecznych, że Na wszystkie te wołania odpowiadamy formułkami zatęchłych, średniowiecznych książek.
W rozprawie „O pracy katolickiej” stawia diagnozę, iż Działalność katolicka […] odłączyła się zanadto od wszystkiego, co obchodzi społeczeństwo. Kościół w pewnym sensie obraża się na rzeczywistość, w efekcie przestaje być dla ludu partnerem i zmierza w kierunku sytuacji, w której Ecclesia stanie się depopulata. Rezygnując z udziału w nowoczesnych procesach społecznych, traci też szansę na formowanie ich oblicza, na nadanie im chrześcijańskiego wymiaru. Katolicy ograniczają się do działalności czysto religijnej, z niewielkimi wyjątkami, jak filantropia. A jeśli czasem podejmują aktywność społeczną, to w ekskluzywnym, wyłącznie katolickim gronie. W ten sposób Kościół stopniowo przekształca się w anachroniczną sektę.
Bądźmy […] wszędzie, gdzie trzeba bronić wielkich ideałów ludzkości lub wcielać je w życie. By świat cały poznał, że katolicy tam są, gdzie walka o najświętsze i najwyższe rzeczy. […] Że wszystko, co piękne, wzniosłe, wielkie, czyste w nich ma obrońców – apeluje Szech. I dodaje, że gdyby pierwsi chrześcijanie naśladowali obecnych, to byśmy na pewno poganami byli dotąd, a gdy się trzymać [tych zasad] będziemy dziś – to na pewno za sto lat Europa znowu pogańską będzie. Musimy – przekonuje współwyznawców – zrozumieć pragnienia społeczeństwa – i nie zwalczać ich, jeśli są słuszne, ale je uświęcić i oczyścić.
Oczywiście kapłan z Nowego Miasta nie był tak naiwny, aby mniemać, że postawa kleru wynika tylko z ciasnych horyzontów czy wygodnictwa. Konserwatyzm Kościoła ma także wymiar interesowny. Obojętność na krzywdę ludu i na protesty przeciwko niej to postawa przynosząca wymierne profity. Jednak wedle Szecha krótkowzroczna: Katolicy […] zatracili niejako świadomość, w czym istotna potęga Kościoła. Im chodziło o to, by rządy zjednać sobie, te rządy skompromitowane dziś powszechnie, znienawidzone […] A przecież potęga Kościoła – nie w przyjaźni rządów, i nie w przyjaźni możnych […] Jego moc w potędze moralnej. Jego siła we wzniosłości nauki, w podniosłości czynów. Jego potęga w tym, by on, Kościół Chrystusowy, jaśniał jak słońce wśród ciemności świata. […] By ludzkość widziała, że to, co idzie stamtąd – to Boże, to wielkie, to święte, że w tym nic nie masz ludzkiego, nic z tego, co małe, co ziemskie, co egoistyczne.

commons.wikimedia.org/wiki/File:Early_life_of_Christ_in_the_Bowyer_Bible_
print_21_of_21._healing_of_a_paralytic_by_Jesus._Vos.gif
W artykule „Wrogom Kościoła, tłumicielom wiary”, będącym odpowiedzią na ataki klerykalnej prawicy, pisał: Chcecie uczynić z Kościoła miejsce zbiorcze tych, co w egoizmie swoim zastraszeni, w niskich, poziomych interesach swoich zachwiani – ludzkość chcą wstrzymać i dzień wszelki zgasić, i ruch wszelki stłumić, i ducha skarlić, i serca ścieśnić i zdławić.
***
Szech nie proponował zmian w praktyce Kościoła ze względów taktycznych – aby utrzymać dotychczasową pozycję w społeczeństwie. Jego zdaniem, istniejący porządek jest do głębi sprzeczny z ideałami chrześcijańskimi. Zatem Kościół ma moralny obowiązek wspierania ludu, ponieważ jego bunt i dążenia są słuszne.
W „O pracy…” pytał: I któż wziąć powinien najwięcej do serca te krzywdy ubogich i maluczkich, tych ubogich – ukochanych przez Chrystusa […], ubłogosławionych przez Ewangelię, jeśli nie uczniowie tegoż Chrystusa, jeśli nie wyznawcy i głosiciele Ewangelii? Bieda, głód, wyzysk czy handel żywym towarem powinny wywoływać reakcję katolików. W broszurze „Wyjaśnienia” przekonywał: Kościół Chrystusowy na ruch społeczny, w imię pogwałconej sprawiedliwości wszczęty, patrzeć musi sympatycznym okiem. Wszak to plon wyrosły z Ewangelii posiewu. Wszak to zaczyn Ewangelii, co przeniknął społeczeństwo całe.
W broszurze „Gdzie wróg?”, napisanej u schyłku rewolucji 1905 r., krytycznie ocenia tendencje reakcyjne, których przedstawiciele uważają, że wraz z uśmierzeniem buntu społecznego rozwiązano istotne problemy. Zakonnik przekonuje, że mniemanie to jest błędne, a socjalizm stanowi skutek, nie przyczynę niepokojów społecznych. […] nieprzyjacielem strasznym, nieubłaganym, nie ugłaskanym nigdy, tym nieprzyjacielem, co grozi, co grozić będzie, co grozić musi, co zemstą wre, i zemstę wywrze w swoim czasie, nie dziś to jutro, tym wrogiem krwawym i okrutnym – nie socjalizm i nie socjaliści. Tym wrogiem – niesprawiedliwość społeczna, krzywda milionów. I co za tym idzie – nienawiść milionów. […] Krzywda, co wygląda zewsząd i jest wszędzie; w mieście i po wsiach, po fabrykach i folwarkach, w pałacach i suterynach, warsztatach i pracowniach, wśród najmodniejszych ulic i zaułków nędzy. […] Ta krzywda milionów, ta niesprawiedliwość społeczna, ta nędza, co się wzmaga […]. Słowem – kwestia socjalna. Oto wróg – oto nieprzyjaciel. Z nim rozprawić się trzeba – tego wroga przemóc.
***
Wskutek takich refleksji powstały publikacje dotyczące socjalizmu, w tym jedna z głównych rozpraw Szecha, „Uwagi o socjalizmie”. W jego przekonaniu, socjalizm był swoistym zwieńczeniem buntu mas w epoce dzikiego kapitalizmu. Tego rodzaju postawy nieprzypadkowo zrodziły się w Europie – tyleż wskutek dynamicznego rozwoju gospodarczego (jak chciał Marks), co i chrześcijańskiego dziedzictwa kontynentu. Zakonnik uważał, że tylko na gruncie ideałów ewangelicznych mogły się zrodzić masowe dążenia do sprawiedliwości społecznej.
Przywołuje pionierów katolicyzmu społecznego, von Kettelera i Manninga, jednak konstatuje, że większość katolików nie podjęła się – ze wspomnianych już względów – wspierania wykluczonych. Ogół dbał więcej o garstkę zboża, co ukradł z głodu biedny wyrobnik, niż o krzywdę całych pokoleń. O przełamanie piątkowego postu, niż o zgwałcenie i zdeptanie przez społeczeństwo chrześcijańskie prawa wiekuistej sprawiedliwości – pisał w „Uwagach…”. Ludowe poczucie krzywdy zostało więc „zagospodarowane” przez socjalizm.
W odróżnieniu od katolickich przeciwników socjalizmu, rozpowszechniających czarną legendę, Szech rzetelnie omawia jego założenia. Wskazuje, że znaczna część ruchu odeszła od postulatów hedonistycznych („wolna miłość”) czy od forsowania rewolucyjnej drogi przeobrażeń ustrojowych, a doktryna socjalizmu podlega rewizji wraz z rozwojem wiedzy i zmianami społecznymi. Zauważa, że swoisty „program minimum” socjalistów (swobody obywatelskie, równość wobec prawa, powszechne nauczanie, podatek progresywny, cywilizowane zasady i warunki pracy najemnej) został przyjęty także przez chrześcijańską demokrację.
Autor „Uwag o socjalizmie” akcentuje nie tylko ekonomiczne i społeczne aspekty programu socjalistycznego, lecz także jego wymiar etyczny. Wedle Szecha, kapitalizm jest ustrojem niekorzystnym pod względem moralnym, przy czym jego ofiary widzimy także wśród niewolników u góry – tych bogaczów zbydlęconych, i ogłupiałych, i zdeprawowanych przez złotego cielca, co zakuci także w kajdany ustroju dzisiejszego. Zakonnik powtarza marksowską tezę, że wyzysku nie da się sprowadzić do indywidualnych decyzji „złych ludzi”, stanowi on bowiem immanentną cechę systemu wolnokonkurencyjnego. Nawet jeśli pracodawca ma świadomość skutków własnych poczynań, musi krzywdzić i wyzyskiwać. To jego być – albo nie być.
Tym bardziej bieda i upodlenie odciskają piętno na moralności. Wysłouch dostrzegał – do dziś nie jest to powszechne wśród kleru i katolickiej prawicy –społeczno-ekonomiczne przyczyny wielu grzechów. Niedostateczne pożywienie i ubranie […] pobudza od wczesnej młodości do kradzieży i oszukaństwa. Brak pracy […] popycha bardzo wielu do podstępnego korzystania z cudzego majątku. […] Prostytucja […],ta ohyda wieku naszego i to źródło zgnilizny i zguby społeczeństw – to zło, które zrodzone przez obecny ustrój społeczny – także przecie dzieckiem nędzy i ekonomicznych dzisiejszych warunków – pisał w „Uwagach…”. Był też autorem broszury„W jaki sposób można zapobiec prostytucji”, w której – jak pisze Henryk Syska – pragnie wskazać na tak zwane nierządne kobiety nie jako na ofiary wrodzonych skłonności, tajemniczego przekleństwa nadprzyrodzonych sił miotających […] człowiekiem, ale przede wszystkim jako na ofiary kapitalistycznego ustroju.
Nie twierdził, że wszystkie złe czyny można wyjaśnić warunkami społecznymi. Należał jednak w łonie Kościoła do prekursorów myślenia, które wskazuje, że określone realia stanowią bardziej urodzajną glebę dla grzechu. Stanisław Gajewski pisze, iż Wysłouch dostrzegał […] to, co obecnie Jan Paweł II […] nazywa „strukturami zła”, czyli takie warunki ustrojowo-instytucjonalne, w których znaczniej trudniej żyć wedle zasad katolickich.
Wedle Szecha, błędem jest oddzielanie wymiaru doczesnego od wiecznego, a indywidualnego od zbiorowego. Modlitewne wezwanie „Przyjdź Królestwo Twoje” to wskazówka, iż tutaj i teraz powinniśmy tworzyć świat jak najlepszy, świat, w którym grzech i nieprawość miałyby znacznie mniejsze pole do popisu. Program socjalistyczny jest – pisze w „Uwagach…” – wprowadzeniem idei chrześcijańskiej w urządzenie społeczne. Jeżeli socjaliści zdołają zmniejszyć skalę niesprawiedliwości i wyzysku, to największą przysługę wyrządzą religii – przygotują grunt pod posiew Boży. Tak rozumiany socjalizm nie tylko nie sprzeciwia się Kościołowi – ale owszem jest [ideą] arcychrześcijańską.

PD Punch, flickr.com/photos/georgedthompson/2558252454
Jak podsumowuje Jerzy Mazurek, wymowa rozpraw Szecha z tego okresu brzmi: katolicyzm nie musi wiązać się z aktualnym porządkiem społecznym; socjalizm nie jest antytezą chrześcijaństwa.
***
Docenieniu zalet socjalizmu towarzyszyły w jego rozważaniach uwagi krytyczne – zarówno wobec taktyki i działalności bieżącej ruchu, jak i sedna idei.
Zarzuty mniejszego kalibru dotyczyły stosunku socjalistów wobec religii i obyczajowości. Szech krytycznie oceniał „wolnościowe” postulaty tego obozu jako prowadzące do rozkładu moralnego warstw ludowych. Przyznawał socjalistom prawo do krytyki kleru czy Kościoła za uchybienia moralne lub zaangażowanie polityczne po stronie reakcji, jednak surowo oceniał antyreligijne wątki ich doktryny i propagandy. Uważał, że są one wtrącaniem się w osobistą, wręcz intymną sferę przekonań człowieka, a także błędem polityczno-taktycznym. Te godne pożałowania wybryki przeciw obrazom, krzyżom, te głoszone bluźnierstwa, które rozbrzmiewały po ulicach, polach, fabrykach […] mogły oburzyć i odstręczyć bardzo wielu, najżyczliwiej nawet dla samej sprawy usposobionych – pisał w „Uwagach…”. Ludowy antyklerykalizm, dość powszechny i nierzadko ostry, nie oznacza bowiem występowania przeciwko religii. Ataki socjalistów na tę ostatnią skutkują niechęcią względem nich, a nawet silniejszym utożsamieniem się ludu z klerem.
Jednak główną kością niezgody między Szechem a socjalistami, a zarazem clou ideowego przesłania zakonnika, był stosunek wobec kwestii klasowych. Kapłan popierał większość postulatów społeczno-gospodarczych ruchu socjalistycznego, zwłaszcza w jego wydaniu reformistycznym i ewoluującym wraz z przeobrażeniami społecznymi (Czy nie śmieszną jest rzeczą pasować Marksa na nieomylnego proroka przyszłości? – pytał). Sceptycznie oceniał natomiast „klasowość” i przewagę wątków negatywnych.
W „Uwagach…” pisał, że Idea socjalistyczna – idea powszechnej sprawiedliwości – usunięcia krzywdy raz na zawsze, praktycznego zastosowania haseł braterstwa, jedności i miłości – piękną jest i wzniosłą. […] jeśli z niej zrobić interes tylko klasy jednej, interes życiowy robotnika, w imię której on nastaje na interesy tych, którym dziś dobrze, traci swą piękność, swój urok, a z nimi swą potęgę. Przeradza się w wyraz egoizmu klasowego. Staje się czymś brzydkim, jak brzydkim samolubstwo i egoizm bogatych. […] Na tym gruncie oparty socjalizm, staje się walką brutalną o byt, walką jednych przeciw drugim […] Socjalizm w tym znaczeniu – jest walką głodnych psów nad pełną miską strawy.
Choć przekonywał, że bez zaspokojenia potrzeb nie można godnie funkcjonować, a o idealizmie mówią zazwyczaj żyjący w dobrobycie, których takie wywody nic nie kosztują, to jednak przestrzegał przed „obniżeniem” ideałów. Inspirowany tyleż chrześcijaństwem, co poglądami Edwarda Abramowskiego, z którym współpracował, przekonywał w piśmie „Siewba” w tekście „Jeszcze jedno”, że ludowi potrzeba postępu ekonomicznego i zdobyczy cywilizacyjnych, Ale to jeszcze nie wszystko. […] Prócz dobrobytu, prócz oświaty, potrzeba jeszcze czegoś. Potrzeba ducha. Konieczne są nie tylko reformy socjalne, lecz także piękny ideał i dążenie doń poprzez zmiany we wzorcach kulturowych i postawach, czyli reformy etyczne.
Opowiadał się zatem za walką nie w imię egoizmu – ale szczęścia wszystkich. Nie z nienawiści do innych, ale z miłości dla idei – i dla wszystkich ludzi. Socjalistom radził, by na sztandarach zamiast walki klas – wypisali hasło sprawiedliwości ogólnej. Dawne zawołanie „za Waszą i naszą wolność” proponował przekuć na „za Wasze i nasze szczęście”.
W „O pracy katolickiej”, książce skierowanej do ludzi Kościoła, apelował o syntezę wartości chrześcijańskich z przeciwdziałaniem krzywdzie społecznej, o socjalizm naprawdę chrześcijański, oparty na chrześcijańskich ideałach, […] ożywiony duchem ewangelicznej miłości. Byłby to socjalizm – ale taki, co nie poniżałby, ale podnosił duszę, uszlachetniał […]. I pięknością swoją i podniosłością zrobiłby on więcej niż socjalizm niechrześcijański ze swymi bombami. Z kolei chłopów na łamach „Siewby” wzywał do przepojenia swych dążeń duchem chrześcijańskim. W artykule „Ty, ludu polski” pisał: Idź swoją drogą – w przyszłość Twą, ku słońcu. I świętej chwili przebudzenia Twego nie zbrukaj gniewem, nie plam nienawiścią. […] w świętym Twym pochodzie – Chrystusa weź na krzyż. I męką Jego zagrzej się do czynu. […] I w Ewangelię Jego przystrój duszę Twoją. A wtedy nie zbłądzisz […].
***
Postulat „szczęścia dla wszystkich” miał związek z innym ważnym aspektem poglądów Szecha – stanowiskiem w sprawie niepodległości. Jej odzyskanie było zarazem wartością samą w sobie, jak i drogą do przeobrażeń w duchu egalitarnym – tylko wolne państwo może być jednocześnie sprawiedliwym społecznie.
Szech głosił poglądy znane bodaj od czasów Wielkiej Emigracji, które nabrały jeszcze mocy po klęsce powstania styczniowego. Nierealne jest odzyskanie niepodległości na drodze elitarnej walki „Polski pańskiej”. W broszurze „Wolności!…” rzuca pod ich adresem gorzkie słowa: Żeśmy o braciach naszych nie myśleli, i pragnąc sami wolności, i oburzając się na własne krzywdy, tyranami byli i krzywdzicielami ludu. […] Żeśmy dla wolności, za wolność walczyli po świecie całym […] a dla braci własnych nie mieliśmy miłosierdzia […] Kainami chcieli być dalej dla braci swoich – a wolność pozyskać dla siebie. I cieszyć się sami, i chodzić w blaskach słońca, w promieniach wolności, nie dbając o to, że miliony braci cierpią i płaczą i że krzywda im się dzieje.
Polska – ale jaka? W „Uwagach…” tak przedstawiał tę kwestię: Jeśli kochamy Polskę, to […] pragnąć musimy nie tylko, […] by się stała wolną, ale […] aby ona, ta wymarzona ojczyzna, ukochana nasza, była cudną w rzeczywistości […] By wolnych i szczęśliwych ludzi – wolną i szczęśliwą stała się ojczyzną. Aby wolność nadeszła, nie dość usunąć krzywdę polityczną – trzeba usunąć krzywdę ekonomiczną. Że nie dość wyzwolić się z kajdan najeźdźców – że trzeba się wyzwolić i z kajdan kapitalizmu– pisał w „Wolności!…”. W broszurze „Sursum corda” dodawał, iż nie może być szczęścia klasy jednej, kiedy druga cierpi. I szczęścia narodu – bez szczęścia wszystkich.
Program Szecha był solidarystyczny, ale w odmiennym rozumieniu niż solidaryzm warstw posiadających. Tamte głosiły, że niepodległość jest wartością nadrzędną, dla której lud musi pokornie znosić zły los. Płaskiej idei „zgody narodowej” przeciwstawiał kapłan wyrzeczenie się przez możnowładców swoich przywilejów, aby lud czuł się partnerem w dziele odzyskania suwerenności, a przyszła Polska jawiła mu się jako sprawiedliwa społecznie. W „Przyjdź Polsko” o Niepodległej pisał tak: W niej będzie jedność – jedność wszystkich bratnia. W niej cud się stanie, ale nie ten, co ze szlachtą polską lud miał polski złączyć. W niej ani szlachty, ani ludu nie będzie. W niej będą bracia. W broszurze „Orzeł Biały” dodawał: Polska wolna będzie, gdy wszyscy wolnymi zostaną.

CC BY-NC-SA Tobias Higbie, flickr.com/photos/higbie/2571028941/
Jego wizja braterstwa obejmowała nie tylko kraj ojczysty. Polska nie zbrodnią wstanie – ale cnotą. Nie szowinizmem, ani hakatyzmem, ani nienawiścią. Ale miłością bratnią wszystkich ludów. I ukochaniem wszystkiego, co święte, i podniosłością ideałów swoich. I apostolstwem ich po świecie całym, by wszyscy z nią – je pokochali razem. I wtedy przyjdzie wolność wszystkich ludów. I wolność ludzi wszystkich – przekonywał w „Przyjdź Polsko”.
***
Nie ograniczał się do publicystyki. W listopadzie 1905 r. wziął udział w warszawskiej filharmonii w wiecu zainicjowanym przez PPS. Głośnym echem odbiły się jego słowa, stanowiące streszczenie wywodów św. Hieronima: Każdy posiadacz jest złodziejem lub potomkiem złodzieja. Współorganizował też późniejszy o miesiąc zjazd duchowieństwa zaboru rosyjskiego, inspirowany tym razem przez Ligę Narodową. Przemówienie zakonnika odbiegało od pozostałych akcentowaniem problematyki socjalnej i radykalizmem wniosków.
Nazwisko Szecha widnieje w stopce redakcyjnej „Życia Gromadzkiego” – tygodnika Polskiego Związku Ludowego, pierwszej radykalnej chłopskiej organizacji w Królestwie Polskim. Sygnował wraz z m.in. Abramowskim, Władysławem Orkanem i Żeromskim tzw. prospekt tego pisma, zawierający deklarację obrony wyłącznie interesów ludu […] a cel tej pracy widzimy jasny: uczynić z każdego samodzielnego, rozumnego obywatela.
Wydawnictwa PZL były efemeryczne, a sama organizacja szybko została rozbita przez carską policję. Jednak już wkrótce kapłan wszedł do grona współpracowników „Siewby”, pierwszego polskiego czasopisma tworzonego wedle zamysłu i pod kierunkiem samych chłopów. Redagowane od jesieni 1906 r. przez grupę włościan z Tłuszcza i okolic, miało profil postępowo-lewicowy. Pierwszy numer otwierała odezwa autorstwa Szecha, w której zakończeniu pisał: Niech żyje lud – niech żyje siewba ta, co na dobro ludu. Niech żyje Polska przyszła, co z ludu wstanie – w imię Boże. Jak pisał Tomasz Szczechura, Współpraca księdza Wysłoucha była dla […] „Siewby” bardzo cenna. Dla wychowanych w duchu religijnym i posłuchu dla Kościoła chłopów głos księdza miał szczególną wymowę. Nakładem pisma ukazały się też trzy broszury Szecha.
W środowisku „Siewby” zrodziła się też polityczna inicjatywa z udziałem zakonnika. Był to nielegalny, zrzeszający kilkaset osób Związek Młodej Polski Ludowej, powołany 2 września 1906 r. Wysłouch opracował jego program, przyjęty kilka miesięcy później. Dokument zapowiadał walkę o niepodległość (nie wykluczając działań zbrojnych) i zjednoczenie ziem polskich, a podwaliną odrodzonej ojczyzny miał stać się lud. Głosił hasła tolerancji religijnej i narodowościowej, sojuszu-federacji z Rusinami (Ukraińcami) i Litwinami, a w wymiarze ponadlokalnym – federacji krajów europejskich. „Na dziś” walczyć należało m.in. o autonomię Królestwa Polskiego, powszechne szkolnictwo polskie, swobody obywatelskie, równouprawnienie kobiet. Ważnym elementem programu były oczywiście sprawy chłopskie – wywłaszczenie, za odszkodowaniem, wielkich właścicieli ziemskich, a także podniesienie kultury rolnej (od szkolnictwa rolniczego poczynając, na komasacji gruntów kończąc) i nacjonalizacja obszarów leśnych. System fiskalny opierałby się na podatku progresywnym, aby bogaci mieli większy wkład w dobro wspólne. Postulaty robotnicze to m.in. 8-godzinny dzień roboczy, płaca minimalna, zniesienie pracy dzieci, równość wynagrodzeń kobiet i mężczyzn, swoboda działalności związkowej, tanie budownictwo mieszkaniowe.
Bez wątpienia silnie inspirowany wizjami Abramowskiego, program ZMPL kładł nacisk na rozwój inicjatyw społecznych. Kooperatywy (spółdzielnie) to zarówno praktyczne narzędzia poprawy doli warstw ludowych, jak i szkoły demokracji, uczące wspólnej pracy i współzarządzania. A także instytucjonalne zręby nowego ustroju, celem było bowiem przeobrażenie obecnego ustroju społecznego klasowego na ustrój kooperatywny. Ustrój taki stanowić będzie wyższą formę przyszłego współżycia narodów, w której nie masz miejsca dla sobkostwa, krzywdy i ucisku braci przez braci, a wszyscy społem w pracy koło dobra społecznego zabiegać będą, by ojczyzna jaśniała szczęściem, sprawiedliwością, miłością bratnią!
Kolejną inicjatywą było Towarzystwo Kółek Rolniczych im. S. Staszica. Powołane na zebraniu w Tłuszczu w grudniu 1906 r., wkrótce posiadało oddziały w całym Królestwie. Wśród założycieli był Wysłouch, który wszedł do Tymczasowego Zarządu organizacji. TKR było nie tylko inicjatywą przekuwającą hasła programowe w konkretne chłopskie inicjatywy o charakterze spółdzielczym i samopomocowym. Ważny był też jej symboliczny i praktyczny wymiar emancypacyjny. Dotychczasowe kółka rolnicze pozostawały bowiem – mimo większościowego udziału drobnych posiadaczy – pod kontrolą i kuratelą, jak mawiano wówczas, „patronów”, czyli ziemian i kleru. Natomiast nowo powołane kółka były niezależnymi inicjatywami chłopów, pracujących w myśl zasady „sami sobie”. Hasło to stało się znakiem firmowym kolejnego ludowo-postępowego pisma, „Zaranie”, założonego w kręgu „staszicowsko-siewbiarskim” w roku 1907. Również z nim współpracował Wysłouch.
Zakonnik z Nowego Miasta nad Pilicą był więc wśród ojców-założycieli ruchu ludowego w zaborze rosyjskim, a jednocześnie pełnił ważną rolę w środowisku postępowej inteligencji. Kapłan, publicysta, społecznik, wspierający lud głównie piórem, ale gdy trzeba także autorytetem, przykładem i dobrą radą doświadczonego organizatora.
***
Jego działania i poglądy – zarówno wspomniane już, jak i np. optowanie za równouprawnieniem kobiet (o którym pisał: Kto wolność kocha, ten niewoli matek swych i żon i córek nie zniesie. I ludzie wolności niegodni, jeśli jej nie chcą dla wszystkich) – spotkały się z licznymi głosami krytyki. „Szechizm” – bo dla jego przekonań ukuto wręcz taką nazwę – zaowocował mnóstwem polemicznych artykułów, oświadczeń, a nawet broszur.
Prasa katolicko-prawicowa odsądzała go od czci i wiary. Oto próbka ze szczególnie napastliwej „Roli”: Kto zacz ów Antoni Szech i jaką wytwarza truciznę? Ma to być „kapłan”, nawet kapłan-zakonnik, ale kapłan taki, którego […] admirują i wysławiają najnędzniejsze świstki wywrotowe i żydowsko-socjalistyczne. Ataki te przyniosły początkowo skutek odwrotny od zamierzonego. Jak pisał, Rozgłos to mi zrobili moi przeciwnicy. A najlepszym dowodem, że podczas, gdy przez kilka miesięcy przed artykułami „Roli” mój wydawca sprzedał zaledwie paręset egzemplarzy moich broszur, w czasie kampanii […] rozeszło się kilka tysięcy.
Jednak nagonka przyniosła efekty – „sprawą Szecha” zainteresowała się hierarchia kościelna. Chodziło wszak o czynnego zakonnika – i to nie byle jakiego, bo lidera licznych środowisk katolickich, w dodatku postrzeganego jako wielka nadzieja swego zgromadzenia. Wątpliwości hierarchii budziła dokonana przez niego obrona socjalizmu, wskazywanie związków przesłania chrześcijaństwa z koniecznością radykalnych reform ustrojowych, modernistyczny sceptycyzm wobec tradycyjnej narracji historyczno-teologicznej, a także krytyka Kościoła za niedostateczną aktywność wobec palących problemów społecznych. Krytyki Wysłoucha dokonali publicznie m.in. biskup łucko-żytomierski Karol Niedziałkowski, biskup wileński Edward Ropp i arcybiskup lwowski Józef Teodorowicz.
Atakujący nie mieli łatwego zadania z uwagi na nienaganną postawę jako zakonnika i kapłana. Choć usiłowano go pogrążyć za pomocą plotek o lekceważenie wymogów stanu duchownego, to zwierzchnicy i współpracownicy z kręgów kościelnych wystawili mu jak najlepsze świadectwo w tej kwestii. Jego religijność, sumienność praktyk, niezwykle skromne życie i brak zainteresowania pokusami świata doczesnego stawiano wręcz za wzór do naśladowania. To wszystko jednak nie miało znaczenia w obliczu światopoglądu.
Pod koniec roku 1906 próbowano „uciszyć” o. Antoniego. Nakazano mu publikować wyłącznie po uzyskaniu każdorazowej aprobaty u zwierzchników. Wysłany został do Kolegium Jezuickiego w Innsbrucku dla pogłębienia wiary i wiedzy teologicznej. Wrócił po niespełna roku i przerwał milczenie. Nowe publikacje były bezkompromisowe, choć zawierały też wyjaśnienia. Zakonnik miał jeszcze nadzieję na jakiś modus vivendi z władzami kościelnymi. W liście do innego buntowniczego kapłana, Edwarda Miłkowskiego, krytycznie ocenił jego decyzję o opuszczeniu Kościoła: Reforma musi być w Kościele, nie poza Kościołem. […] Walcząc z tym, z czym walczyć należy śmiało, narażając się na sądy ludzkie i może na kary konsystorskie, ale z kościołem nie zrywać.
Jednak hierarchia twardo zareagowała na złamanie zakazu publikowania bez konsultacji. W czerwcu 1908 r. Wysłouch otrzymał nakaz opuszczenia klasztoru w Nowym Mieście, w jego sprawie miało się toczyć postępowanie dyscyplinarne. Jednak 28 sierpnia 1908 r. zakonnik ogłosił decyzję o wystąpieniu ze stanu duchownego. Tłumaczył ją w broszurze pt. „Dlaczego?”, pisząc, iż działalność w łonie Kościoła uświadomiła mu straszliwą przepaść między ideałem chrześcijańskim a tym, co widzimy wcielone w społeczeństwie wiernych – między ideą Chrystusową a tym obozem reakcji, bezduszności, bezruchu, faryzeizmu, obłudy, jakimi w przeważnej części stał się Kościół […]. Do pewnego momentu miał przesłanki sądzić, że Kościół otwiera się na świat współczesny, jednak encyklika „O modernizmie” rozwiała resztki, przebłyski złudzeń, których jeszcze dusza […] rozpacznie chwytać się próbowała. Dodawał, że nie chce być księdzem-hipokrytą, choć z wielu względów dla mnie i dla innych wygodnie by było.
Wkrótce przyszły kolejne, ostrzejsze publikacje Szecha-Wysłoucha, wymierzone w polityczny i kościelny obóz zachowawczy oraz w atmosferę po upadku zrywu z lat 1905-07. W broszurze „Hańba” powtarzał tezy o egoizmie warstw posiadających jako przyczynie niepowodzeń walk o niepodległość. Tekst kończył z goryczą: Hańba nam, że bezruchem swym do trupa uczyniliśmy Polskę podobną, że bezduszną, trupią i zgniłą jest ta, co wyroki feruje wszelkie – nasza „oświecona” opinia, że w imię dobra ojczyzny, której zgniłego snu nikomu mącić nie wolno, tłumi się wszelką myśl śmielszą, że w każdym słowie szlachetnym, odważnym, zdradę się widzi ojczyzny i zamach na „jedność” jej i spokój, że […] „prawdziwy Polak” to sługa reakcji i wstecznictwa […] a katolik u nas synonimem głupoty, bezmyślności, niewolnictwa ducha.
W broszurze „Na sąd was wzywam” konstatował moralny upadek kleru i obojętność na problemy nurtujące społeczeństwo. Zarzucał mu też, że wychował wiernych w bezmyślnym posłuszeństwie, a chrześcijański Bóg jest przez szeregowych wyznawców traktowany jak pogańskie bożki, bądź to krwawe i okrutne, bądź przebłagane, więc łaskawe. Kościół miast być dźwignią świata, stał się zaporą dla wszelkiego ruchu – miast być przewodnikiem ludzkości do przyszłego świata, do Bożego Królestwa, stał się gnębicielem jej, więziennym dozorcą.
Przypieczętowaniem ewolucji ideowej Izydora Kajetana Wysłoucha stały się jego ostatnie większe publikacje. W broszurze „Katolicyzm a polskość” z 1909 r., opatrzonej wymownym mottem – cytatem ze Słowackiego: „Polsko, Twa zguba w Rzymie”, przekonywał, że katolicyzm nie przyniósł Polsce zbyt wiele dobrego, lecz wzmacniał tendencje negatywne i hamował wartościowe. Uważał też, że fałszywe jest utożsamienie polskości z katolicyzmem. Tak jak Niemcy porzucili go na rzecz luteranizmu, a Francuzi dla laicyzmu, tak i Polacy nie muszą być katolikami, aby pielęgnować tożsamość. Wręcz przeciwnie – katolicyzm nierzadko jest sprzeczny z interesem narodowym, zaś Rzymski katolik, o ile naprawdę nim jest, nie zawaha się, gdy o wybór idzie między Ojczyzną a Watykanem. […] W tym znaczeniu i na tym polu katolicyzm nie tylko nie jest podporą polskości, ale jest owszem, szkołą narodowego zaprzaństwa.
Jeszcze dalej szedł w wydanej rok później broszurze „Być albo nie być”, stanowiącej odpowiedź na artykuł Bolesława Prusa, który przyłączył się do napaści kleru na szkołę ludową w Kruszynku, utworzoną w środowisku „Zarania”. To już nie jest krytyka „błędów i wypaczeń” jednostkowych czy zbiorowych. Ex-zakonnik stwierdza, że polski katolicyzm uległ tak wielkiej degeneracji, że obezwładnia ducha, osłabia energię, niszczy wszelką inicjatywę, wypacza i usypia umysł, kaleczy serca, sprzymierzeńcem jest wszelkiej reakcji. Szech apelował: Jeśli przyszłość ludu naprawdę na sercu nam leży, jeśli lud z bierności jego i duchowego serwilizmu wyprowadzić chcemy – w wolnych ludzi go zamienić […] choćby dlatego, że lud – to Polska, to jedyna Polski nadzieja, musimy nie księżom jedynie wypowiedzieć walkę, ale na walkę z Kościołem się zgodzić. […] katolicyzm wśród ludu osłabić trzeba, walkę mu wydać otwartą. Walka to o Prawdę, światło, wolność. Walka o lud. O Polski lepszą przyszłość. […] jestem głęboko przekonany, że walka z Kościołem – to obowiązek w imię dobra ludu i miłości ojczyzny.
Nie oznaczało to porzucenia samej wiary. Wiosną 1910 r. pisał w „Zaraniu”, w duchu dawnych tekstów, o ideałach ewangelicznych, kładąc jednak szczególny nacisk na to, że o człowieku nie świadczą formułki. Blisko Boga może być ktoś nominalnie niewierzący lub innowierca, jeśli czyni dobro, natomiast wielu deklaratywnych chrześcijan przekreśla swoim postępowaniem takie autoidentyfikacje. […] nie w słowach Bóg żąda świadectwa, ale w życiu, w czynie. Bo On nie ofiar pragnie całopalnych, lecz ofiar serca. Bo nie w modlitwie się kocha bezmyślnej, lecz w życiu godnym tej nazwy, w uczynkach szlachetnych, w wielkości serca, w świętym pożądaniu. Bo Mu nie chodzi o cześć jaką inną, prócz tej, co miłością bliźnich się wyraża.
***
Choć nie krępowany już zasadami kościelnymi, wkrótce po opuszczeniu zakonu zaprzestał działalności publicystycznej. Kilka broszur, kilkanaście artykułów – to wszystko, co Szech zrobił po zrzuceniu sutanny, czyli niewspółmiernie mało w porównaniu do lat 1906-08. Początkowa satysfakcja jego przeciwników nie miała się czym żywić, zawiodły nadzieje na jakiś „skandal” – prowadził żywot iście zakonny (mająca nadzieję na romans z nim Zofia Nałkowska konstatowała, że sposób bycia Wysłoucha nie zmienił się po opuszczeniu klasztoru).
Choć jego stanowisko ideowe zradykalizowało się, to na tle innych świeckich postępowców było umiarkowane, a on sam nie chciał „prać brudów” z czasów zakonnych. Okazało się też, że wielu uprzednich sojuszników traktowało Szecha instrumentalnie – jako ksiądz był wygodnym listkiem figowym lub przynętą na plebejuszy, jako świecki okazał się niepotrzebny. Nie pasował do żadnego z obozów. Był nie tylko zbyt „lewacki” dla Kościoła i zalążków chadecji, ale i – jak pisał – postępowi […] zanadto widzą we mnie religijnego, bym się im podobać mógł. Socjaliści takich idealistów nie aprobują. Jak pisał Andrzej Chwalba, nie znalazł on zrozumienia w partiach robotniczych, które widziały w nim człowieka Kościoła.
Aleksander Świętochowski konstatował: Z Szecha nie wyjdzie więc szechizm. Rzeczywiście, nie stał się liderem żadnej inicjatywy społecznej czy nurtu ideowego. Pod koniec 1910 r. wyjechał do Paryża, gdzie był wolnym słuchaczem w École des hautes études, uczęszczał też na wykłady francuskiego modernisty, ekskomunikowanego Alfreda Loisy. W stolicy Francji funkcjonował w kręgu skupionym wokół anarchosyndykalisty i wolnomyśliciela, lekarza Józefa Zielińskiego. Ponoć wygłaszał – ubrany w habit – radykalne antyklerykalne przemówienia podczas demonstracji robotniczych.
W przededniu I wojny światowej powrócił do Polski ze względu na odnawiające się problemy z płucami. Popierał czyn zbrojny i działalność Piłsudskiego, ale z uwagi na stan zdrowia nie brał udziału w akcji niepodległościowej.
1 stycznia 1919 r. zatrudniono go w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. W ciągu 8 lat przeszedł kolejne szczeble kariery urzędniczej, zostając naczelnikiem jednego z wydziałów. Choć uległa zmianie forma, treść jego aktywności pozostała podobna. Izydor Kajetan Wysłouch był bowiem współtwórcą zrębów polskiego ustawodawstwa socjalnego, a pamiętajmy, że nasz kraj należał wówczas do ścisłej światowej czołówki w tej dziedzinie. Przygotował nowelizację ustawy o obowiązkowych ubezpieczeniach na wypadek choroby oraz był współautorem projektu ustawy o Kasach Chorych. Doprowadził – i był jej sygnatariuszem – w 1931 r. do polsko-niemieckiej umowy o wzajemnym respektowaniu zobowiązań wynikających z ubezpieczeń społecznych obywateli obu krajów. W 1933 r. pod jego kierownictwem przygotowano projekt nowej ustawy o ubezpieczeniach społecznych. Reprezentował Polskę w pracach na forum Ligi Narodów jako jeden z liderów międzypaństwowej Komisji Ubezpieczeniowej. Za całokształt tego rodzaju działalności otrzymał Order Polonia Restituta oraz Złoty Krzyż Zasługi.
Prowadził ascetyczny i samotniczy tryb życia, zmagając się stale z kłopotami zdrowotnymi. Jedynym wyjątkiem była aktywność w masonerii. W listopadzie 1932 r. przyjęto go w poczet członków warszawskiej loży „Kopernik”, gdzie działał pod pseudonimem Antoni Sławicz. W 1935 r. został przewodniczącym tej najstarszej polskiej wspólnoty wolnomularskiej.
Zmarł nagle, w samotności, 25 lub 26 czerwca 1937 r. w swoim warszawskim mieszkaniu po powrocie z wakacji w Pirkowiczach. Pochowano go na skraju lasu w tradycyjnym miejscu grzebalnym nieopodal rodzinnego dworku.
***
Choć minęło ponad 100 lat od zakończenia politycznej aktywności Antoniego Szecha, sytuacja jest zadziwiająco podobna. Zajadła antyreligijność środowisk lewicy oraz ich bezrefleksyjne zachwyty nad wszelkimi nowinkami obyczajowymi skutecznie odstraszają osoby wierzące i bardziej zachowawcze. Polski Kościół pozostaje niemal całkowicie impregnowany na postawy i idee egalitarne. Większość księży bez wahania święci pałace i limuzyny nawet największych krwiopijców, zaś wśród politycznie aktywnych wiernych dominują osoby, które wydają się służyć raczej Mamonie i Złotemu Cielcowi, zwanemu wolnym rynkiem, niż Bogu. W takich czasach warto wracać do wspólnych ideałów Ewangelii i socjalizmu.
przez Kamil Piskała | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Straciliśmy nie tylko Człowieka – pisał Adam Próchnik w pierwszą rocznicę śmierci Mieczysława Niedziałkowskiego – który zdobył sobie jedno z pierwszych miejsc w moralnej hierarchii społeczeństwa. Pożegnaliśmy w Nim rok temu symbol tego, co najcenniejsze w polskim socjalizmie i tego, co najcenniejsze w polskiej kulturze politycznej. Jako socjalista M. Niedziałkowski podkreślał w całej swej działalności publicystycznej i politycznej wartość elementu humanistycznego. Ideał socjalistyczny łączył nierozdzielnie z ideałem wolności i kultury. Wizja socjalistycznej przyszłości świata była dlań wizją człowieka szczęśliwego, wolnego, światłego i dobrego […].
***
Urodził się w 1893 r. w Wilnie. Pochodził z rodziny inteligenckiej, wywodzącej się ze zubożałego ziemiaństwa. Wychowywano go w atmosferze kultu powstania styczniowego oraz wszechstronnego zainteresowania sprawami publicznymi.
Czas jego dojrzewania to okres szczególnie intensywnego i bogatego życia politycznego w środowisku polskiej młodzieży. Jako 16-latek, zafascynowany ideą walki o niepodległość i postulatami sprawiedliwości społecznej, Niedziałkowski zaangażował się w działalność młodzieżowego ruchu „filareckiego”, inspirowanego przez PPS. „Filareci” łączyli hasła czynnej walki z zaborcą w oparciu o masy ludowe z postulatami głębokiej demokratyzacji i reform społecznych w odrodzonej Polsce.
Aleksander Hertz, wspominając po latach zaangażowanie w ruch filarecki, pisał: Nie ulega wątpliwości, że postulat walki o niepodległość narodową dominował w motywacjach wielu moich kolegów organizacyjnych. Bez większej walki wewnętrznej wysiedli oni z czasem na „przystanku niepodległość”. Jednak dla wielu innych postulat socjalizmu był czymś zasadniczym i nie dającym się oddzielić od postulatu odrodzenia narodowego i walki o niepodległość. Do drugiej grupy, łączącej niepodległość i socjalizm, należał również Niedziałkowski.
***
W 1912 r. ukończył wileńskie gimnazjum i przeniósł się do Petersburga. Tam podjął studia na wydziale prawa miejscowego uniwersytetu. Oczytany i wszechstronnie uzdolniony zwrócił uwagę prof. Leona Petrażyckiego, uczonego o europejskiej sławie. Wpływ Petrażyckiego jest wyraźnie widoczny w późniejszych poglądach Niedziałkowskiego. Bliska była mu szczególnie sformułowana przez niego teoria państwa, przy której, jak pisał po latach, leninowskie pojmowanie państwa trąci jaskrawym konserwatyzmem umysłowym. Podzielał także poglądy Petrażyckiego nt. konieczności rozumnej „polityki prawa”, która realizowana w przemyślany sposób przez władze państwowe mogłaby stać się katalizatorem i moderatorem pożądanych zmian społecznych.
Był już wówczas bardzo aktywny jako publicysta, regularnie współpracował z redakcjami kilku pism, m.in. z opiniotwórczym „Przeglądem Wileńskim”. Cechą charakterystyczną tych wczesnych tekstów jest duży dystans wobec inspirowanego myślą K. Kautsky’ego tzw. marksizmu II Międzynarodówki, będącego wówczas oficjalną doktryną większości europejskich partii socjalistycznych. Niedziałkowski w koncepcjach Kautsky’ego piętnował nadmierny wpływ pozytywistycznego dziedzictwa oraz przekonanie o „obiektywnym” i niepodważalnym charakterze raz ustalonych praw rozwoju społecznego. Zdecydowanie bliżsi byli mu Sorel i Brzozowski, z aktywizmem swojej filozofii, kultem pracy i czynu oraz krytyką alienacji inteligencji.
***
Wybuch I wojny światowej zmusił Niedziałkowskiego do przerwania studiów. Na wezwanie władz „filarecji” wyruszył do Warszawy, żeby wzmocnić w tych – jak się wówczas wydawało – przełomowych chwilach siły obozu niepodległościowego.
W stolicy od razu zaangażował się w prace PPS, szybko awansując do grona członków ścisłego kierownictwa partyjnego. Częściowe odmłodzenie władz PPS i usunięcie się niektórych działaczy związanych z Piłsudskim wpłynęło korzystnie na sytuację partii. Socjaliści potrafili wykorzystać narastający w polskim społeczeństwie opór wobec rabunkowej gospodarki austriackich i niemieckich okupantów. PPS propagowała wówczas hasła niepodległej i demokratycznej Polski, w której dzięki głębokim społecznym reformom poprawie ulec miał byt warstw pracujących. Postulaty te znajdowały również odbicie w publicystyce Niedziałkowskiego, który był m.in. współredaktorem „Jedności Robotniczej” (legalnego organu PPS), a także legendarnego „Robotnika”.
W głoszonym wówczas haśle „najpierw niepodległość, później socjalizm” wyrażały się poglądy Niedziałkowskiego na taktykę, jaką powinna stosować PPS. Konkurentom z SDKPiL oraz PPS-Lewicy zarzucał, że poprzez schematyczne i uproszczone interpretacje myśli Marksa odrywają się od faktycznych potrzeb społeczeństwa. Uważał, że pierwszym celem polskiej lewicy powinno być rozwiązanie kwestii narodowej. Dopiero w warunkach demokratycznego i niezależnego państwa polskiego socjaliści będą mogli rozpocząć stopniową budowę ustroju społecznej sprawiedliwości.
***
Jesienią 1918 r. PPS stanął przed dylematem: czy decydować się na budowę socjalizmu drogą rewolucyjną, podobną do obranej przez bolszewików, czy pójść śladem zachodnioeuropejskich socjaldemokratów, nastawiając się na ewolucyjne, długotrwałe przemiany społeczne. W dyskusji tej, zakończonej zdecydowanym zwycięstwem zwolenników rozwiązań bardziej umiarkowanych, znaczący udział miał również Niedziałkowski, będący już wówczas jednym z najważniejszych publicystów PPS.
Niedziałkowski zdecydowanie odrzucał lansowany przez rewolucyjną lewicę pogląd o jednoznacznie klasowym charakterze instytucji państwa. Triumf idei demokratycznych i upowszechnienie prawa wyborczego sprawiały jego zdaniem, że dzięki umiejętnej polityce partii socjalistycznej możliwe jest stępienie antyrobotniczego ostrza rządów burżuazyjnych. W ramach systemu demokratycznego proletariat staje się jedną z klas posiadających faktyczny wpływ na kreowanie składu instytucji sprawujących władzę. Dzięki liczebności, zdyscyplinowaniu, a także umiejętnej polityce koalicyjnej socjaliści mają realną szansę stać się jedną z najważniejszych sił w życiu politycznym kraju.

PD Mieczysłąw Niedziałkowski, http://commons.wikimedia.org/wiki/
File:Mieczys%C5%82aw_Niedzia%C5%82kowski_%28pose%C5%82%29.jpg?uselang=pl
Tym samym państwo burżuazyjne nie tylko realizuje interesy klasy panującej, ale w coraz większym stopniu pełni funkcje ogólnospołeczne, czy wręcz staje się w rękach klasy robotniczej narzędziem przygotowującym przejście do ustroju socjalistycznego. Zamiast rewolucyjnego zniszczenia państwa burżuazyjnego Niedziałkowski preferował więc stosowanie przez socjalistów polityki stopniowego odsuwania klas uprzywilejowanych od wpływu na państwo i poszerzania w tym względzie możliwości warstw pracujących.
Innym problemem budzącym kontrowersje wśród polskiej lewicy, był stosunek do tzw. kwestii narodowej i wzajemnej relacji pojęć „patriotyzm” i „internacjonalizm”. Niedziałkowski żywo polemizował z tymi, którzy uważali, iż nie można być jednocześnie patriotą i zwolennikiem międzynarodowej solidarności proletariatu.
Polskim komunistom, którzy w PPS widzieli partię „socjalpatriotów” i „socjalzdrajców”, zarzucał uproszczone i naiwne interpretowanie słynnych słów z „Manifestu komunistycznego”, mówiących,że robotnicy nie mają ojczyzny. Jego zdaniem, to niefortunne zdanie odnosiło się do kapitalizmu z połowy XIX w., istniejącego w warunkach rządów monarchicznych i przy bardzo ograniczonej świadomości politycznej proletariatu. W ciągu 70 lat, które minęły od publikacji manifestu, gospodarcza i polityczna rola proletariatu uległa znacznemu powiększeniu, stał się on aktywnym i pełnoprawnym uczestnikiem życia narodowego. Jak pisał, proletariat ma ojczyznę i będzie ją zdobywał, odkrywał ją w sobie coraz bardziej w miarę wsiąkania jego własnych wartości duchowych do skarbnicy kultury narodowej i wzrostu wpływów na życie społeczno-państwowe.
Niedziałkowski odrzucał poglądy mówiące, że „narody” to jedynie sztuczne konstrukty, wymyślone przez klasy panujące dla umocnienia uprzywilejowanej pozycji. Bliski był za to stanowisku Otto Bauera, który widział w narodzie wspólnotę losu historycznego, a w socjalizmie najwyższą formę patriotyzmu. Idea socjalistyczna – pisał Niedziałkowski – łączy się ściśle z patriotyzmem, ukochaniem ojczyzny, przyszłej Polski socjalistycznej, teraźniejszej Polski walczącej.
Przewidywał, że powszechny triumf idei socjalistycznej nie tylko nie przyniesie unifikacji kultur, ale raczej zaowocuje ich jeszcze większym zróżnicowaniem i braterskim dialogiem. W pracy „Teoria i praktyka socjalizmu wobec nowych zagadnień” retorycznie pytał: Dlaczego piękniejszy ma być bukiet jednego tylko gatunku kwiatów, niż harmonijnie ułożony z różnych? Dlaczego kultura wszechludzka nie ma być wspaniałą, jeżeli obejmie bajeczną skalę bujnych kultur narodowych? Jednostajność, chociażby imponująca ogromem, zawsze prędzej czy później nuży i zawsze zabija postęp.
W rozważaniach nad drogami wiodącymi do socjalizmu Niedziałkowski nie mógł pomijać doświadczeń rosyjskich i taktyki stosowanej przez bolszewików. W przeciwieństwie do wielu partyjnych kolegów, pozostawał w swoich sądach bardzo wyważony i umiarkowany. Z dużym uznaniem traktował początkowo Lenina i jego zwolenników, widząc w nich jedyną siłę w rewolucyjnej Rosji, która konsekwentnie i bezwarunkowo stoi na stanowisku uznania prawa narodów do samostanowienia. Stąd też z pewnym zadowoleniem przyjął przewrót październikowy, a rok 1917 w okolicznościowym artykule ochrzcił nawet mianem pierwszego roku demokracji europejskiej.
Polemizując z burżuazyjną prasą, pisał: mówicie, panowie, o mordach rozpętanej tłuszczy, o chaosie i anarchii. Zaprawdę, jeżeli istotnie mają miejsce w Rosji „ekscesy”, toć nie rewolucja była ich matką. Zrodziła je cała przeklęta historia państwa carów, zrodziły tortury męczonych chłopów, rządy „ochronki”, katorgi, szubienice i zesłania, egoizm szlachty, samowola biurokracji. Podkreślić trzeba jednak, że nigdy nie był zwolennikiem przenoszenia doświadczeń rosyjskich na polski grunt. Zresztą z czasem jego nadzieje związane z przejęciem władzy przez bolszewików okazały się złudne, a on sam znalazł się wśród najbardziej przenikliwych krytyków radzieckiej rzeczywistości.
Jego zdaniem, Rosja w 1917 r. nie była państwem, w którym dojrzały warunki do budowy socjalizmu. W „Teorii i praktyce socjalizmu…” pisał, że dokonywanie przebudowy gospodarstwa narodowego za pomocą centralizmu komisarskiego jest tak samo skuteczne, jak naprawianie zegarka biciem pięścią i przesuwaniem gwałtem naprzód opornych wskazówek. Inny cytat z tej pracy wyraża istotę poglądów Niedziałkowskiego: […] w myśl sposobu myślenia szkoły marksowskiej rozumiemy, używając pojęcia rewolucji społecznej, pewien okres historyczny o cechach określonych. Porównaliśmy go z wojną. Lata 1917-1924 w Rosji byłyby w takim razie jedną z kampanii bojowych, prowadzoną przez sztab szaleńców, zarozumiałych półgłówków, niekiedy zdrajców, prowadzoną o cele nieziszczalne środkami bądź nierealnymi, bądź zbrodniczymi, z lekkomyślnością bez precedensu. Niewątpliwie i ta kampania wchodzi w skład wojny, w roli przykładu, jak prowadzić akcji nie należy.
W toczonych na lewicy debatach na temat optymalnego kształtu ustrojowego odradzającej się Rzeczypospolitej, Niedziałkowski zdecydowanie stał na stanowisku demokracji parlamentarnej. Polemizując z zapatrzonymi w Rosję komunistami, wskazywał, że Polska – kraj słabo rozwinięty gospodarczo, zniszczony w wyniku działań wojennych i z niezbyt licznym proletariatem – nie dojrzała jeszcze do socjalistycznej przebudowy. Na zegarze dziejówwskazówka nie doszła jeszcze do godziny socjalizmu polskiego. A sztuczne popychanie jej czy to metodą komunistów, czy też oportunistów, kończy się klęską – pisał.
Niedziałkowski uważał, że Europa po I wojnie światowej weszła w swoisty „okres przejściowy” między kapitalizmem i socjalizmem. I choć ostateczne zwycięstwo było pewne, to proletariat powinien przygotować się na długotrwałą walkę. Ustrój socjalistyczny nie będzie owocem jakiejś uchwały parlamentu albo postanowienia rządu robotniczego. Z wolna, stopniowo dojrzewa nowe życie w łonie społeczeństwa dzisiejszego, krok za krokiem, wyłom za wyłomem łamie socjalistyczny ruch robotniczy twarde mury kapitalizmu, wielkie wypadki, rewolucje, wojny, przewroty popychają jeno szybciej naprzód bieg strumienia historii. Historia pracuje dla socjalizmu. W owym „okresie przejściowym” za najbardziej pożądaną formę rządów uważał republikę demokratyczną, z równym i powszechnym prawem wyborczym oraz dominującą rolą jednoizbowego sejmu.

PD Redakcja „Robotnika” w latach 30., http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=
Plik:RedakcjaRoba.jpg&filetimestamp=20090629183823
Demokracja przede wszystkim pozwala wszystkim obywatelom brać realny udział w sprawowaniu rządów. Umożliwia kompromis pomiędzy antagonistycznymi grupami i klasami. Stanowi również „szkołę” przygotowującą dotychczas odsunięte od spraw publicznych masy ludowe do udziału we władzy, co wzmacnia integrację narodu, a także otwiera przed klasą robotniczą możliwości zdobycia parlamentarnej większości i tym samym „legalnej” przebudowy ustroju. Feliks Perl, tłumacząc istotę stanowiska PPS, ukuł słynne powiedzenie o rewolucji w majestacie prawa, Niedziałkowski zaś, mając na myśli ten sam proces, formułował hasło: przez Sejm i Rzeczpospolitą Ludową do socjalizmu.
***
Własną propozycję konstrukcji ustroju odrodzonej Rzeczypospolitej przedstawił w przygotowanym przez siebie projekcie konstytucji. W styczniu 1919 r. został wybrany do Sejmu Ustawodawczego (zasiadał w ławach poselskich do 1935 r.), a Ignacy Daszyński skierował go jako przedstawiciela PPS do pracy w Komisji Konstytucyjnej, której został sekretarzem. Przenikliwy sprawozdawca sejmowy, Bernard Singer pisał o nim: Gdy […] należało w czasie ogólnej debaty konstytucyjnej zabrać głos w imieniu PPS, wówczas przemawiał poseł Niedziałkowski. Mówił jak profesor, cytował uczonych po francusku, niemiecku i angielsku. […] Był ozdobą i skarbem partii.
Przygotowana przez Niedziałkowskiego Tymczasowa Ustawa Konstytucyjna Rzeczypospolitej Polskiej stanowiła rozwinięcie poglądów formułowanych przez niego już wcześniej na łamach prasy socjalistycznej. Art. 2 projektu wyraźnie mówił, że Władzę najwyższą sprawuje w Rzeczypospolitej Sejm, wybrany przez ogół obywateli, pod bezpośrednią kontrolą narodu. Projekt socjalistów przewidywał szeroki katalog praw i swobód obywatelskich oraz takie instytucje demokracji bezpośredniej, jak referendum ludowe i społeczna inicjatywa ustawodawcza. Ponadto, co warto podkreślić, przewidziane było uspołecznienie dojrzałych gałęzi produkcji, a państwo miało przystosowywać formy własności do potrzeb społecznych i interesów pracy.
Tym jednak, co najbardziej wyróżniało projekt Niedziałkowskiego, był rozdział „Praca i jej przedstawicielstwo”. Zawierał on gwarancje wielu praw socjalnych i pracowniczych, a także omawiał organizację i sposób wyboru Izby Pracy. Miało to być specjalne ciało powołane dla reprezentowania i obrony potrzeb i dążeń wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, utrzymujących się z pracy najemnej. W trakcie debaty konstytucyjnej mówił: Przez Izbę Pracy myśmy Polskę chcieli wprowadzić na tę drogę, o której od 2 lat mówimy robotnikom polskim, na drogę rewolucji w majestacie prawa […] bylibyśmy dumni za Polskę i szczęśliwi z siebie, gdyby cała droga naszej Ojczyzny do socjalizmu mogła się odbyć w majestacie prawa.
Stosunkowo umiarkowany projekt Niedziałkowskiego, ochrzczony przez jednego z posłów prawicy mianem drogi do „eldorado sowieckiego”, nie miał większych szans na zdobycie sejmowej większości. Jednak dzięki zręcznej taktyce sejmowej lewicy, której jednym z najlepszych polemistów był właśnie Niedziałkowski, udało się oddalić większość najbardziej reakcyjnych postulatów prawicy i uchwalić nowoczesną, na wskroś demokratyczną konstytucję.
***
Pierwsze wybory w warunkach stabilizacji politycznej kraju i ukształtowanych granic przeprowadzono jesienią 1922 r. Wśród posłów wybranych z listy PPS znalazł się Niedziałkowski i mimo młodego wieku szybko stał się jedną z centralnych postaci sejmu. Dzięki erudycji i rozległej wiedzy zdobył uznanie zarówno partyjnych towarzyszy, jak i reprezentantów sejmowej prawicy i centrum.
W wolnej Polsce szybko awansował także do grupy uznanych publicystów politycznych. W redakcji „Robotnika” przez długi czas był prawą ręką nestora socjalistycznej prasy, F. Perla. Zygmunt Zaremba, wybitny działacz PPS, a zarazem daleki kuzyn Niedziałkowskiego, wspominał: Powściągliwy w wyrażaniu swoich uczuć, w odezwaniach zawsze rzeczowy, a nawet suchy, obdarzony był rozległym talentem pisarskim, pozwalającym mu władać każdym rodzajem publicystyki, od teoretycznego wywodu do lekkiego felietonu, a nawet okolicznościowego wiersza. Po śmierci Perla w 1927 r. władze partyjne jednogłośnie powierzyły Niedziałkowskiemu pieczę nad redakcją „Robotnika”, będącego jednym z najważniejszych i najlepiej redagowanych dzienników w kraju.
***
Spektakularny triumf idei demokracji po I wojnie światowej okazał się krótkotrwały. Rządy parlamentarne w wielu państwach Europy wykazały się dużą nieskutecznością w zwalczaniu nabrzmiałych problemów społecznych i gospodarczych. Coraz głośniej zaczęto mówić o „kryzysie parlamentaryzmu”, a władzę poczęły przejmować mniej lub bardziej represyjne reżimy autorytarne. Niedziałkowski, jeden z twórców powszechnie krytykowanej konstytucji marcowej, dostrzegając pewne wady polskiej konstrukcji ustrojowej, należał do najbardziej zagorzałych obrońców demokracji.
Niestabilność polskiego życia politycznego wiązał z ogólnym kryzysem politycznym, charakterystycznym jego zdaniem dla „okresu przejściowego” między kapitalizmem a socjalizmem. Pisał na ten temat: kryzys parlamentaryzmu istnieje w samej rzeczy o tyle, o ile pozostaje w ścisłym związku z ogólnym kryzysem politycznym, społecznym, gospodarczym, kulturalnym naszej epoki. Okoliczności specjalne nadają mu w różnych państwach swoiste zabarwienie […], nie rozstrzygają wszakże o zagadnieniu. Usunąć go całkowicie środkami sztucznymi, ustawowymi ograniczeniami itp. – niepodobna.
Odpowiedzią Niedziałkowskiego na niedomagania demokracji w trudnych, pełnych społecznych konfliktu czasach było… jeszcze więcej demokracji. Jest ona bowiem formą najbardziej elastyczną, najbardziej subtelną, przy której gra sił klasowych łatwo znajduje swój wyraz […]. Demokracja parlamentarna uzależnia politykę państwową w sprawach wielkich i małych od fluktuacji opinii publicznej […]. Przyśpieszone niepomiernie, nerwowe, wytężone tętno życia współczesnego wymaga właśnie takiej konstrukcji ustrojowej; im subtelniej odbrzmiewa machina rządowo-parlamentarna na ton każdorazowy społeczeństwa, jego poszczególnych klas społecznych i grup politycznych – tym większe szanse pokojowegona wewnątrz i na zewnątrz rozwoju państwa i narodu.

PD Kukiełki teatralne przedstawiające Mieczysława Niedziałkowskiego i marszałka Józefa Piłsudskiego
Z dużym dystansem przyjął zamach majowy, a z czasem stał się jednym z surowych krytyków rządów sanacyjnych. O dawnym przywódcy PPS, a obecnym dyktatorze pisał, wbrew żywym wciąż wśród socjalistów sentymentom, że jest wodzem „Gasnącego świata” starej Polski, Polski związku ziemian, „Lewiatanów”, biurokracji i sanacji moralnej. Tamten Piłsudski [sprzed 1918 – K.P.] jest częścią historii PPS. Ten Piłsudski jest taranem, który uderza w Socjalizm i Demokrację.
***
Ostateczna likwidacja w Polsce resztek demokracji, przypieczętowana uchwaleniem konstytucji kwietniowej z 1935 r., zbiegła się z wielkim kryzysem gospodarczym i wzrostem popularności w całej Europie idei faszystowskich. W 1933 r. władzę w Niemczech objął Hitler, rok później zaś prawicowa dyktatura zlikwidowała silną partię socjalistyczną w Austrii. Dla przywódców PPS był to szok, ulice będącego dla nich wzorem „Czerwonego Wiednia” spłynęły krwią tysięcy socjalistów. Obserwujący te przemiany Niedziałkowski z niepokojem notował, że faszyzm uświęcił gwałt jako jedyną skuteczną broń w walkach społeczno-politycznych. Redaktor „Robotnika” traktował ruch faszystowski jako narzędzie w rękach klas posiadających, służące obronie niewydolnego systemu kapitalistycznego. Wielki kryzys dowodził jego zdaniem jednoznacznie, że ostateczny krach kapitalizmu nastąpi niebawem – pisał, że społeczeństwa nie mieszczą się już […] w ramach ustroju kapitalistycznego.
Zaostrzająca się od początku lat 30. atmosfera walki politycznej sprzyjała narastaniu w szeregach PPS nastrojów radykalnych i rewolucyjnych. Zwolenników zdobywały hasła dyktatury proletariatu i „jednolitego frontu” z komunistami. Również Niedziałkowski dostrzegał zmianę w stanowisku zajmowanym przez komunistów, doceniał ich gotowość do poświęcenia, zdawał sobie też sprawę, że sama PPS nie jest w stanie skutecznie walczyć o obalenie sanacji i demokratyzację kraju. Mimo to jednak pisał: Nie wierzę w „jednolity front” Socjalizmu i komunizmu; wymagałby on ze strony komunistów nie tylko zmiany ideologii, ale i rzeczy trudniejszej – zmiany psychologii. Wierzę natomiast, że robotnicy, dziś komunistyczni, otrząsną się kiedyś z obłędnej taktyki swych przywódców. Pisał także, iż Współpracę PPS i KPPuznajemy za wręcz niemożliwą, dzielą nas różnice nie tylko praktyczne, ale również ideowe, ośrodek organizujący i skupiający ruch masowy i walki masowe w Polsce musi być ośrodkiem działającym w Polsce.
W latach 30. szczególnie dużo uwagi poświęcał Niedziałkowski polemice ze zwolennikami wpisania do programu PPS postulatu „dyktatury proletariatu”. Traktował rewolucję społeczną jako długotrwały proces, którego pomyślne zakończenie osiągnięte może zostać przy użyciu różnych środków. Redaktor „Robotnika” uważał, że decyzja o tym, czy przejęcie władzy przez socjalistów nastąpi za pomocą „kartki wyborczej”, czy też drogą konfrontacji zbrojnej, jest kwestią taktyki i decyzji podejmowanych w zależności od warunków; nie uważał za zasadne wpisywania konkretnych „scenariuszy” do partyjnego programu. Drogę gwałtownej rewolty uważał jednak za ostateczność. Jeżeli ktoś do mnie strzela – tłumaczył partyjnym towarzyszom – nie będę mu prawił o miłości bliźniego, ale też wystrzelę. Jednocześnie w prywatnych rozmowach trzeźwo zauważał: nie możemy się szarpać, bo staniemy się poligonem na podobieństwo Hiszpanii.
Bez wątpienia był natomiast zdecydowanym przeciwnikiem „dyktatury proletariatu” w formie znanej z bolszewickiej Rosji. Twierdził, że długotrwała dyktatura jest nie do pogodzenia z demokracją, stanowiącą jego zdaniem istotę socjalizmu.Powtarzał przy tej okazji często stare powiedzenie Kautsky’ego, że socjalizm to nie tylko chleb dla wszystkich, socjalizm to także wolność dla wszystkich. Ponadto podkreślał, iż dyktatura całej klasy (tj. proletariatu) jest niemożliwa do praktycznej realizacji. Faktycznie bowiem władza spoczywa zawsze w rękach wąskiej rewolucyjnej elity, która albo jest kontrolowana przez społeczeństwo (a wtedy nie mamy do czynienia z dyktaturą), albo też ulega zamknięciu i izoluje się od społeczeństwa.
Co ciekawe, w tym wypadku myśl Niedziałkowskiego szła podobnym tropem, co prognozy J. W. Machajskiego, a także popularne w późniejszym okresie wśród sowietologów teorie „nowej klasy”. Teoretyk PPS w 1934 r. pisał: „Nowa biurokracja” – prędzej czy później – zaczęłaby żyć życiem samoistnym, system dyktatorski rządzenia koncentrowałby się w niej, a nie w masach pozostałych po fabrykach, warsztatach, folwarkach. Masy byłyby faktycznie obiektem władzy dyktatorskiej, reprezentującej w swoim przynajmniej przekonaniu – ich potrzeby oraz pragnienia.
Oczywiście krytyka „dyktatury proletariatu” nie była dla Niedziałkowskiego równoznaczna z nawoływaniem do kapitulacji przyszłego rządu socjalistycznego przed atakami ze strony sił kontrrewolucyjnych. Protestował przeciwko podnoszeniu dyktatury do rangi trwałego systemu, natomiast w warunkach zbrojnego wystąpienia przeciwko władzy robotniczo-chłopskiej krótkotrwałe ustanowienie władzy dyktatorskiej było dla niego czymś koniecznym.
***
W latach 30. ostatecznie ustaliła się pozycja Niedziałkowskiego jako jednego z głównych liderów PPS. Kierował redakcją „Robotnika”, był zdecydowanie najważniejszym teoretykiem i publicystą partii, jej reprezentantem w stosunkach z socjalistami z innych krajów, a także w rozmowach z liderami pozostałych obozów politycznych w Polsce. Jemu też powierzono przygotowanie nowego programu PPS. Projekt jego autorstwa został jednogłośnie przyjęty na kongresie w Radomiu na początku 1937 r.
Tzw. program radomski jest niewątpliwie jednym z najważniejszych punktów w ideowym dorobku międzywojennej PPS. Stanowił on dojrzałą i przemyślaną próbę odpowiedzi na najważniejsze wyzwania stojące przed rodzimym ruchem socjalistycznym. W obszernym dokumencie poddano analizie aktualną kondycję kapitalizmu i przesłanki przyszłej ustrojowej transformacji, wskazano drogi prowadzące do zwycięstwa socjalizmu i zarysowano bardzo interesującą wizję przebudowy społeczno-ekonomicznej. Partia miała według Niedziałkowskiego dążyć do utworzenia Polskiej Rzeczypospolitej Socjalistycznej, z wszystkich ziem polskich złożonej, złączonej z innymi Republikami Socjalistycznymi węzłami stałego pokoju i ścisłej braterskiej współpracy gospodarczej, politycznej i kulturalnej.
Aktualności nie straciło przesłanie zawarte w ostatnim akapicie tego dokumentu. Socjalizm – pisał Niedziałkowski – przestał być tylko celem, stał się zadaniem praktycznym. Niesie on ze sobą ludziom nieograniczone możliwości pochodu naprzód ku najdumniejszym ideałom ludzkości. Zwycięstwo Socjalizmu oznacza wyzwolenie całej ludzkości. Socjalizm stworzy nie tylko nowy ustrój gospodarczy i społeczny, ale także wyższą kulturę i wyższą moralność wolnego człowieka.
***
Tymczasem jednak nad Europą zbierały się ciemne chmury – Hitler odbudowywał militarną potęgę Niemiec. Niedziałkowski od dawna już przestrzegał przed rewizjonistycznymi zapędami Trzeciej Rzeszy i zwalczał realizowaną przez ministra Becka politykę odprężenia w stosunkach polsko-niemieckich. Polska, wciągnięta w orbitę światowego prądu faszystowskiego, uderza piersią o sprzeczność zasadniczą; ten prąd w swojej obiektywnej treści historycznej musi być skierowany przeciwko Polsce – przestrzegał na łamach „Robotnika”.
Pogarszające się położenie kraju budziło w szeregach PPS duży niepokój. Z czasem odrzucono twarde, konfrontacyjne wobec obozu pomajowego stanowisko, proponując zamiast tego zgodę i współpracę. PPS postulowała powołanie rządu obrony narodowej, który reprezentując wszystkie liczące się siły polityczne mógłby, wzorem rządu Witosa-Daszyńskiego z 1920 r., skutecznie pokierować walką z ewentualnym agresorem. Jednak wizyta przedstawicieli PPS, a wśród nich Niedziałkowskiego, u prezydenta Mościckiego nie przyniosła żadnych rezultatów. Ten i ów widział w nich nawet podstępną próbę zawłaszczenia przez opozycję owoców przyszłego zwycięstwa (!).
Gdy wojna wybuchła, Niedziałkowski wyrósł ponad ludzką miarę. Był to szczególny rodzaj bohaterstwa. Wciąż spokojny, beznamiętny, niemal chłodny, a przecież posągowy – wspominał Adam Ciołkosz. Sam Niedziałkowski, w często cytowanym artykule z 2 września, pisał: Nie wywołaliśmy tej wojny i nie chcieliśmy jej. Została nam narzucona. Będzie to wojna o całe jutro świata. Są tylko dwie drogi rozwojowe: albo podporządkowanie się Trzeciej Rzeszy w jej planach hegemonii, albo złamanie tych planów i ocalenie zarazem wolności narodów, wolności ludów i wolności ludu polskiego. Wkroczyliśmy na drogę drugą. To jest polski dziejowy szlak.
Redaktor „Robotnika”, obok Stefana Starzyńskiego i gen. Waleriana Czumy stał się jednym z symboli bohaterskiej obrony stolicy. Wspólnie z działaczami PPS organizował Robotnicze Bataliony Obrony Warszawy, doradzał prezydentowi Starzyńskiemu, do samego niemal końca redagował też „Robotnika” – ostatnie pismo wydawane w wolnej Warszawie. Każdego dnia – wspominał Szmul Zygielbojm – artykuły Niedziałkowskiego w „Robotniku” budziły na nowo odwagę. A każdy Jego artykuł przeniknięty był wiarą w jakąś wyższą sprawiedliwość, tchnął przekonaniem, że żadna kropla krwi nie pójdzie na marne.
Nazajutrz po kapitulacji Niedziałkowski zaangażował się w tworzenie pierwszych podziemnych organizacji. Stanął na czele Głównej Rady Politycznej przy komendancie Służby Zwycięstwu Polsce, gen. Tokarzewskim-Karaszewiczu. Praca ta jednak nie potrwała długo. Odrzucił oferty potajemnego wyjazdu na Zachód, nie chciał też ukrywać się przed Niemcami. Gestapo aresztowało go w grudniu, a 21 czerwca 1940 r. został rozstrzelany w zbiorowej egzekucji w Palmirach.
***
W dziejach polskiej lewicy jest Niedziałkowski niewątpliwe jedną z najwybitniejszych postaci. Uosabiał wszystko to, co najlepsze w tradycji PPS: przywiązanie do niepodległości Polski, szczery i głęboki demokratyzm oraz żarliwą wiarę w możliwość zbudowania lepszego świata. Wartości te nie straciły do dziś nic ze swojej aktualności. Życie i myśl Niedziałkowskiego mogą wciąż być inspiracją w ich realizacji.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Spośród dużego grona katolickich myślicieli społecznych w Polsce międzywojennej na szczególną uwagę zasługuje postać ks. Jana Piwowarczyka. Pozostawił olbrzymią spuściznę – kilkanaście większych prac i ok. 5 tys. artykułów – więc śmiało można powiedzieć, że wywarł intelektualny wpływ na całe pokolenie działaczy i myślicieli związanych z tym nurtem ideowym.
Jerzy Turowicz, następca ks. Piwowarczyka na stanowisku redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, napisał, iż był on człowiekiem wysokiej próby, żarliwym chrześcijaninem i kapłanem, dalekim od – jeśli tak wolno się wyrazić – klerykalnej kastowości. Człowiekiem mocnego charakteru, odwagi przekonań, wyraźnie skrystalizowanych, wierności sprawie, której służył. Był w nim jakiś chłopski upór, stanowczość, nieustępliwość jeśli chodziło o ortodoksję religijną czy o poglądy społeczne. A równocześnie autentyczny szacunek dla cudzych przekonań i wielka lojalność. Namiętny szermierz i polemista nie dawał się ponosić emocjom. Cechował go obiektywizm i zdrowy rozsądek, konkretność i rzeczowość w słowie i piśmie1.
***
Jan Piwowarczyk urodził się 27 stycznia 1889 r. w Brzeźnicy niedaleko Wadowic, w małorolnej rodzinie chłopskiej. W Wadowicach ukończył gimnazjum, później podjął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Pracował jako wikariusz w Podgórzu i w parafii św. Szczepana w Krakowie, mansjonarz Kościoła Mariackiego oraz katecheta w krakowskich szkołach.
W 1922 r. został członkiem redakcji związanego z chrześcijańską demokracją krakowskiego dziennika „Głos Narodu”, w którym w latach 1936-1939 pełnił funkcję redaktora naczelnego. Od 1921 r. był członkiem Polskiego Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji, dla którego opracował zasady programowe. Czynnie uczestniczył również w działalności chrześcijańskich związków zawodowych. Jego zainteresowania polityczne miały jednak charakter raczej teoretyczny, nie angażował się w bieżącą politykę.
Równocześnie kontynuował studia na UJ, które w 1933 r. zwieńczył doktoratem na podstawie pracy pt. „Kryzys społeczno-gospodarczy w świetle katolickich zasad”. Rozprawa ta była jednym z ważniejszych opracowań spod znaku katolicyzmu społecznego w Polsce międzywojennej. Na Wydziale Teologicznym UJ wykładał też od 1928 r. nauki społeczne, jednak w 1933 r. odebrano mu prawo wykładania, na co w dużym stopniu wpłynęły jego poglądy krytyczne wobec władz sanacyjnych.
W 1934 r. utworzono Radę Społeczną przy Prymasie Polski, w skład której obok m.in. ks. Antoniego Szymańskiego, Leopolda Caro, Ludwika Górskiego, Czesława Strzeszewskiego czy ks. Stefana Wyszyńskiego wszedł ks. Jan Piwowarczyk. Instytucja stawiała sobie za cel propagowanie programu społecznego encykliki Quadragesimo anno2. Na tym polu ks. Piwowarczyk położył szczególne zasługi choćby jako tłumacz encykliki, która z jego znakomitym, dogłębnym komentarzem ukazała się w roku 1935.
W 1939 r. opuścił redakcję „Głosu Narodu” w związku z nominacją na proboszcza parafii św. Floriana w Krakowie. W czasie okupacji pełnił obowiązki rektora krakowskiego Seminarium Duchownego. Na przełomie 1941 i 1942 r. został aresztowany przez Gestapo i spędził kilka miesięcy w więzieniu, odzyskując wolność dopiero dzięki zabiegom abp. Adama ks. Sapiehy. W 1945 r. powołał do życia „Tygodnik Powszechny” – jego redakcją de factozawiadywał, pełniąc w nim oficjalnie funkcję asystenta kościelnego. W ciągu pierwszego roku istnienia pisma przekazał obowiązki redaktora naczelnego Jerzemu Turowiczowi. W 1951 r. ustąpił z redakcji „TP” i wyjechał do Zebrzydowic, gdzie przebywał do 1955 r. Związane to było, jak twierdzi Turowicz, przede wszystkim z ciągłą inwigilacją Piwowarczyka przez służbę bezpieczeństwa, a nie – jak twierdzą niektórzy – z konfliktem z pozostałymi członkami redakcji. Nie ulega jednak wątpliwości, iż z biegiem czasu coraz bardziej dystansował się od linii przyjętej przez pismo.
W 1946 r. Stanisław Stomma opublikował w „Znaku” programowy artykuł środowiska związanego z „TP” pt. „Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików”. Odrzucono w nim „maksymalne tendencje” wśród katolików chcących urobić na własną modłę dziedziny życia społecznego. Uważano, iż w sytuacji, w jakiej znalazł się kraj, należy zrezygnować z własnego programu społecznego i ograniczyć się do pracy formacyjnej, pielęgnując katolicką religię, moralność i kulturę3. Ks. Piwowarczyk na łamach „Tygodnika” wystąpił przeciwko takiemu „realizmowi politycznemu”, zdobywającemu wśród katolików coraz większą popularność. Podkreślał, iż katolicyzm jest nie tylko dogmatem religijnym, ale także ideologią wyjaśniającą i normującą życie społeczne, a katolicy nie mogą rezygnować z dążenia do pełnej realizacji ideału państwa chrześcijańskiego4. Piwowarczyk nie zrezygnował jednak ze współpracy z założonym przez siebie pismem, publikował w nim do 1959 r. (z przerwą na lata 1953-1956, gdy zostało zamknięte przez władze, a następnie przejęte przez „Pax” Bolesława Piaseckiego). W tamtym czasie powstało też jego opus magnum, dwutomowa „Katolicka etyka społeczna”, wydana najpierw w formie skryptu, a dopiero po śmierci autora w postaci książkowej w Londynie. Zmarł 29 grudnia 1959 r. w Krakowie.
***
Kluczowy w poglądach ks. Jana Piwowarczyka jest problem relacji między ekonomią a etyką. Jak podkreślał, mają one ten sam przedmiot materialny, którym jest życie gospodarcze. Różny jest natomiast przedmiot formalny, ponieważ etyka bada życie gospodarcze z punktu widzenia moralności, ekonomia zaś – gospodarki, usiłując odnaleźć prawidłowości kierujące tą sferą. Przestrzeganie praw etycznych ma życie gospodarcze uczynić zgodnym z obiektywną moralnością. Przestrzeganie praw gospodarczych ma zapewnić dostateczność dóbr zaspakajających potrzeby społeczeństwa5.
Mamy więc do czynienia z dwoma różnymi celami i naukami, ale czy tak różnymi jak etyka i np. chemia? Na to pytanie ks. Piwowarczyk zdecydowanie odpowiada „nie”. Świat chemii jest dziedziną, w której rządzą wyłącznie właściwe jej prawa, które człowiek może jedynie wykrywać i śledzić, natomiast prawidła gospodarcze nie mają charakteru ostatecznego. Człowiek może bowiem na nie wpływać, istnieje więc współzależność zjawisk ekonomicznych i etycznych oraz nauk, które tymi dziedzinami się zajmują. Ich wzajemny stosunek najczęściej ujmowany jest w postaci dwóch skrajnych rozwiązań, tzn. uznania prymatu ekonomii nad etyką lub odwrotnie. Ks. Piwowarczyk nie przyjmował żadnego z nich, podkreślał natomiast, iż możemy mówić o dwóch rodzajach zależności ekonomii od etyki: powszechnej (bezpośredniej) i częściowej (pośredniej).
Zależność pierwszego rodzaju nie istnieje, gdyż mamy do czynienia z całym wielkim zespołem zjawisk ekonomicznych, które wymykają się spod wszelkiego wpływu etyki, np. zagadnienia przyrodnicze lub techniczne w gospodarstwie społecznym. Ekonomia stara się zrozumieć ich mechanizm, dochodząc w ten sposób do ustalenia tzw. praw gospodarczych. W tym zakresie jest w pełni autonomiczna w stosunku do etyki. Istnieje jednak także drugi rodzaj zależności – częściowa, czyli dotycząca zagadnień, które mają określony aspekt moralny. Zdaniem ks. Piwowarczyka nie można przyjąć argumentów o całkowitej niezależności ekonomii od etyki (w każdej sferze), powołując się na jakoby absolutne i nienaruszalne prawa czy mechanizmy rządzące tą dziedziną życia.
Ekonomia klasyczna, tworząc „teorię praw gospodarczych”, wychodziła ze słusznych założeń, jednak wyciągnęła fałszywe wnioski. Życie gospodarcze, choć składa się ze zjawisk indywidualnych i od siebie odrębnych, jednak tworzy pewną jedność, w której poszczególne elementy są od siebie współzależne i jakby zdeterminowane bez udziału woli ludzkiej. Jest to spostrzeżenie słuszne, ale fałszywym było wyjaśnienie go przez ekonomię „klasyczną”. Mianowicie ekonomiści tego kierunku rozumieli owo zdeterminowanie życia gospodarczego jako mechanizm, […] poczęli się dopatrywać przyczyn determinujących życie gospodarcze w „prawach gospodarczych”, które kierują nimi, jak prawa przyrodnicze, absolutne i powszechne kierują chemią lub fizyką6. Skoro przyjmuje się tego rodzaju pogląd, to oczywisty jest wniosek, iż życie gospodarcze musi być wolne od oceny etycznej oraz wszelkiej ingerencji ze strony państwa; że nieład, zamieszanie i samowola, implikowane przez nieskrępowaną wolność rynku, to jedynie etap przejściowy. Wkrótce bowiem mechanizm ten sam się wyreguluje, doprowadzi do powszechnego dobrobytu i pokoju.
Ustrój gospodarczy wprawiają jednak w ruch, jak podkreślał ks. Piwowarczyk, nie jego wewnętrzne prawa, lecz jednostki, które wskutek powiązania ze sobą wytwarzają zjawisko usuwające się już spod ich wpływów, ale przez nie utworzone. Ich stosunek do niego nie jest ani stosunkiem jednostki do dzieła bezpośrednio wytworzonego, ale i nie stosunkiem jednostki do przyrody, lecz stosunkiem jednego ze współtwórców do dzieła wielkiej ilości jednostek. Na skutek tego prawa rządzące tym dziełem […] nie są ani prawami jednostki tworzącej określone dzieło, z którym ona może uczynić co zechce, ani też prawami przyrody, skoro wytwarza je zbiorowość ludzka, lecz prawami społecznymi, które można ustalić obserwując reakcje mas ludzkich, czyli na podstawie statystyki. Jednym z tych praw, najgłośniejszym, jest prawo podaży i popytu, które mówi: im większa podaż, tym niższa cena, im większy popyt, tym wyższa cena, i na odwrót. Zapytajmy: jak doszło do sformułowania tego prawa? Odpowiadamy: przez obserwację zachowania się ludzi, przez statystykę7.

CC BY-NC-SA Banksy, Foto: bna Jan Slangen, flickr.com/photos/janslangen/5556907046
Są to więc prawa społeczne, wyrastające z określonego podłoża politycznego, gospodarczego i kulturalnego, a nie prawa uniwersalne i ostateczne, jak te w świecie przyrody. Wniosek z tego, iż życie gospodarcze nie reguluje się samoczynnie. Regulują je działania ludzi, a jako dziedzina działalności ludzkiej jest ono poddane wpływom namiętności i egoizmu; dlategoczynnik, który – jak państwo – ma troszczyć się o dobro ogółu, ma także prawo i obowiązek wkraczania w życie gospodarcze, ile razy dobro ogółu byłoby na szwank narażone8. Życie gospodarcze winno podlegać ocenie moralnej oraz interwencji państwa, uzasadnionej dobrem wspólnym.
W związku z tym, pisząc o dominującym w jego czasach modelu życia społeczno-gospodarczego, ks. Piwowarczyk nie wahał się nazwać go pogańskim. Stwierdzał, iż w pojęciu tym mieści się zarówno ateizm jako jego naczelna zasada, naturalizm i materializm jako wnioski, wreszcie zaś autonomia poszczególnych dziedzin ludzkiego życia jako skutek9. Po chrześcijańskim średniowieczu następuje jego zdaniem reakcja pogańska, która daje o sobie znać już w renesansie, jednak pogłębianie się tego procesu przypada na II połowę XVIII w. Dwie postaci, zdaniem ks. Piwowarczyka, odegrać miały w owym procesie szczególną rolę: Rousseau i Adam Smith. Roussowski indywidualizm i przekonanie o wrodzonej dobroci człowieka, idea umowy społecznej – miały doprowadzić do atomizacji, zaniku życia społecznego, narastania podziałów klasowych oraz do likwidacji różnego rodzaju ciał pośredniczących, wcześniej wypełniających przestrzeń między jednostką a państwem. Te same założenia stać się miały podwaliną ekonomii politycznej Adama Smitha.
Poganizm, o którym pisał ks. Piwowarczyk, uwidacznia się przede wszystkim w oddzieleniu ekonomii od etyki, w materializmie i nastawieniu na konsumpcję, zapatrywaniu na instytucję własności, która traktowana jest w sposób skrajnie indywidualistyczny, czego konsekwencją jest przyznanie właścicielowi prawa do jej nadużywania. Temu ostatniemu zagadnieniu poświęcił zresztą szczególnie wiele uwagi, uznając je za główną przyczynę postępującego proletaryzmu oraz wszelkich innych niedomagań życia społeczno-gospodarczego. Powołując się na Wilhelma von Kettelera, stwierdził nawet, iż osławiony pogląd Pierre-Josepha Proudhona, iż własność jest kradzieżą, obok oczywistego kłamstwa zawiera w odniesieniu do współczesności również wielką prawdę, prawdę, którą należy zniszczyć, aby ów bon mot stał się jedynie kłamstwem10.
Filozofom liberalizmu, jak pisał, udało się odkryć w człowieku kilku „ludzi”, jak homo oeconomicus, który żyje tylko motywami gospodarczymi, homo religiosus, homo politicus itp. I te koncepcje człowieka przenieśli na życie zbiorowe. Dlatego według nich życie gospodarcze kieruje się własnymi prawami (podaży i popytu), a państwo lub etyka nie ma w nim nic do powiedzenia – własnymi prawami rządzi się także życie polityczne („cel uświęca środki”) – obyczajowe itd. Liberalizm, jak zatomizował społeczeństwo czyniąc z niego tylko sumę suwerennych jednostek, tak znów rozbił życie społeczeństwa na szereg dziedzin od siebie niezależnych, rządzących się własnymi rzekomo prawami, a związanych z sobą co najwyżej negatywnie przez ideę wolności…11.
W swych poglądach na organizację życia społeczno-gospodarczego ks. Piwowarczyk jawił się jako zwolennik „trzeciej drogi”. Zdecydowanie odrzucał rozwiązania socjalistyczne, polegające na pełnej nacjonalizacji środków produkcji. Wyrażał jednocześnie przekonanie, że ustrój kapitalistyczny odchodzi w przeszłość, że wielki kryzys gospodarczy to nie tylko chwilowe przesilenie czy załamanie koniunktury, ale ostateczny krach tego systemu. Źródła kryzysu widział w koncentracji własności, atomizacji społeczeństw wskutek panowania indywidualistycznego światopoglądu oraz w odejściu od chrześcijańskiej nauki o naturze ludzkiej i społeczeństwie12.
Ustrój przyszłości był w jego wizji oparty o zasadę prywatnej własności, jednak miałaby ona posiadać podwójny charakter i cel, zarówno indywidualny, jak i społeczny. Naczelnym zadaniem miała być likwidacja proletaryzmu poprzez uwłaszczenie pracy, zarówno indywidualne w rolnictwie czy drobnej wytwórczości, jak i zbiorowe poprzez system akcjonariatu pracowniczego czy spółdzielczość. Własność publiczna natomiast ograniczona miała być do tych przedsiębiorstw i działów gospodarki, w których prywatne posiadanie wywiera zbyt wielki wpływ na życie społeczne, tam, gdzie wymaga tego dobro ogółu (przemysł zbrojeniowy, poczta, komunikacja, bankowość itp.).
Jak niemała liczba myślicieli katolickich tamtego okresu, ks. Piwowarczyk był zwolennikiem i propagatorem idei korporacjonizmu, zaproponowanej przez Piusa XI w encyklice Quadragesimo anno. Zdaniem kapłana, główną cechą jego czasów jest odwrócenie się od zasad liberalizmu,z czym idzie w parze szukanie instytucji, które by państwu zapewniły stałość, życiu społecznemu równowagę, a życiu gospodarczemu celowość13. Walka o przyszłe państwo, o docelowy ustrój, rozegra się pomiędzy trzema koncepcjami: liberalną, totalną oraz korporacyjną. Jak wierzył, zwycięstwo przypadnie w udziale tej ostatniej14. Świadom tego, że w kontekście korporacjonizmu nasuwały się określone skojarzenia, zwłaszcza z faszystowskimi Włochami, podkreślał, iż nie jest on skonkretyzowaną w szczegółach doktryną, a jedynie kierunkiem społecznym i gospodarczym, o programie dalekim od skostnienia15.
Wyróżniał w związku z tym dwa typy korporacjonizmu: autorytarny i demokratyczny. Pierwszy jest charakterystyczny dla państw, w których mamy do czynienia z rządami dyktatorskimi. Korporacje stały się tam organami administracji, a nawet państwa policyjnego. Służą specjalnym celom politycznym czy partyjnym, dążąc do podporządkowania całego społeczeństwa władzy państwowej, jego ubezwłasnowolnieniu i tłumieniu inicjatywy prywatnej. Korporacjonizm demokratyczny jest natomiast związany z instytucją samorządu, chroni zbiorowość przed omnipotencją państwa, służy celom ogólnospołecznym, pobudza inicjatywę prywatną i stoi na stanowisku personalistycznym16. Oczywiście ten drugi typ zgodny jest z nauczaniem chrześcijańskim.
Wiele uwagi poświęcił ks. Piwowarczyk także reformie rolnej. Wraz z Leopoldem Caro analizowali i podnosili to zagadnienie na forum Rady Społecznej przy Prymasie Polski, zajmując zresztą w tych kwestiach najbardziej radykalne stanowisko wśród jej członków. Stało się to przyczyną znacznych kontrowersji podczas prac nad „Deklaracją w sprawie stanu gospodarczo-społecznego wsi polskiej”, wydanej ostatecznie w 1937 r. Naprzeciw ks. Piwowarczyka i Leopolda Caro stanęła bardziej konserwatywna większość w osobach ks. Antoniego Szymańskiego, Ludwika Górskiego czy Czesława Strzeszewskiego i ostatecznie to ich opinie znalazły odzwierciedlenie w dokumencie. Zasadniczą tezą deklaracji było wspieranie przez państwo i kontrolowanie parcelacji prywatnej, w razie jej nieskuteczności nie wykluczano przymusowych wywłaszczeń za należytym odszkodowaniem17.
Ks. Piwowarczyk, wbrew pojawiającym się w środowiskach katolickich głosom krytycznym wobec pomysłu parcelacji, zdecydowanie ją popierał. Uzasadniał, iż nie ma żadnych przesłanek, aby przewłaszczenie uważać za niezgodne z katolicką nauką społeczną, ponieważ ustrój posiadania nie jest czymś z natury niezmiennym, zaś państwu przysługuje prawo do regulowania go w pewnym stopniu. Przymusowa parcelacja jest uprawniona, gdy grunty są niewykorzystywane lub źle uprawiane, albo ich nadmierna koncentracja sprzyja sproletaryzowaniu ludności wiejskiej. Ks. Piwowarczyk uważał, iż z taką sytuacją mamy do czynienia właśnie w Polsce i że w związku z tym nie ma innego wyjścia, ponieważ wieś nasza formalnie dusi się. Nie tylko od własnego przyrostu naturalnego, ale i z powodu tych mas bezrobotnych, którzy straciwszy pracę w przemyśle z powodu zastoju wracają do swych rodzin wiejskich – i z powodu powrotnej fali emigrantów z Francji, z Czechosłowacji itd.18
Jednocześnie miał świadomość, iż sama parcelacja nie stanowi panaceum na bolączki wsi. Obok niej musi bowiem dojść do całego szeregu innych działań, jak rozwój przemysłu, polszczenie handlu, spółdzielczość, melioracja, podnoszenie techniki i kultury rolnej itp.19
***
Z bogatej spuścizny, którą pozostawił ks. Piwowarczyk, to oczywiście tylko wybrane zagadnienia, którym poświęcał uwagę. Kwestie pracy, jej praw, ochrony czy też społecznego i indywidualnego charakteru, sprawiedliwej płacy, zysku, handlu, pieniądza, kredytu, redystrybucji dóbr, dobroczynności, problemy polityczne oraz wychowawcze zajmowały również ważne miejsce w jego dorobku.
Choć nie stworzył w pełni autorskiego systemu, spójnego programu dotyczącego zagadnień społeczno-gospodarczych, lecz realizował się jako komentator i krzewiciel społecznego programu Kościoła, był postacią nietuzinkową, jedną z tych, które wywierały przemożny wpływ na kierunek i kształt debaty publicznej w swoich czasach. Inicjował poważne dyskusje, zapładniał umysły, wychowywał uczniów i następców. Jego przemyślenia i wskazania ciągle stanowić mogą punkt odniesienia i źródło inspiracji. To nie tylko świadectwo epoki, ale jakże często analizy przystające do czasów nam współczesnych, zachowujące aktualność, która musi niepokoić.

CC BY-NC-ND GenBug , flickr.com/photos/genbug/4006300924
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
1. J. Turowicz, Słowo wstępne [w:] ks. J. Piwowarczyk, Wobec nowego czasu (z publicystyki 1945-1950), Kraków 1985, s. 10.
2. E. Kozłowski, Aktualne zadania dla katolickich stowarzyszeń robotniczych, „Przewodnik Społeczny” nr 12/1933.
3. S. Stomma, Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików, „Znak” nr 3/1946.
4. Zob. m.in. ks. J. Piwowarczyk, Kościół i państwo, „Tygodnik Powszechny” nr 47/1947, idem, Państwo chrześcijańskie, „Tygodnik Powszechny” nr 28/1947.
5. Idem, Katolicka etyka społeczna, t. II, Londyn 1963, s. 22.
6. Ibid., s. 28.
7. Ibid., s. 29.
8. Ibid., s. 31.
9. Idem, Pogaństwo i chrześcijaństwo w życiu gospodarczym, „Ruch Katolicki” nr 3/1933.
10. Idem, Wielkie zagadnienie własności, „Tygodnik Powszechny” nr 8/1945.
11. Idem, Spór o liberalizm, „Tygodnik Powszechny” nr 20/1950.
12. Idem, Kryzys społeczno-gospodarczy w świetle katolickich zasad, Kraków 1932, s. 5.
13. Idem, Korporacjonizm i jego problematyka, Poznań 1936, s. 7.
14. Idem, Przyszłość myśli katolicko-społecznej i możliwości jej realizacji w Polsce, „Ruch Katolicki” nr 9-10/1937.
15. Idem, Korporacjonizm… op. cit., s. 11.
16. Ibid., ss. 32-33.
17. Deklaracja Rady Społecznej przy Prymasie Polski w sprawie stanu gospodarczo-społecznego wsi polskiej, „Przewodnik Społeczny” nr 11/1937.
18. ks. J. Piwowarczyk, Katolicyzm a reforma rolna, Poznań 1938, s. 29.
19. Ibid., s. 35.