Ostatni mesjanista?

Czy można na poważnie być mesjanistą w XX i XXI wieku? Większość zapewne zdecydowanie odpowie: nie. Termin „mesjanizm” wywołuje bowiem najczęściej uśmiech pobłażania, gdyż łączy się go z megalomanią narodową, cierpiętnictwem, mętnym mistycyzowaniem, koncepcją Polski jako „Chrystusa narodów”, w najlepszym wypadku zaś z niemodnymi i wychodzącymi z użycia pojęciami typu „posłannictwo”, „misja”, „obowiązek”.

Obraz ten jest jednak uproszczony. Stanowi na ogół wynik szkolnych wspomnień, niezrozumienia charakteru mesjanistycznego programu lub utożsamiania każdej jego wersji z koncepcjami lansowanymi przez Andrzeja Towiańskiego, założyciela Koła Sług Sprawy Bożej i w pewnym okresie „guru” Adama Mickiewicza. Dzieła odkłamania polskiego romantyzmu i mesjanizmu podjął się już Stanisław Brzozowski, który w swojej „Legendzie Młodej Polski” przeciwstawił program romantyczny programowi młodopolskiemu, podkreślając, iż tak naprawdę nie mają one ze sobą wiele wspólnego. Na tych konstatacjach Brzozowskiego oparł się też Jerzy Braun, prowadząc przez całe życie krucjatę na rzecz rehabilitacji mesjanizmu.

***

Braun to postać wyjątkowa. Niezwykle barwne i aktywne było jego życie, zadziwiająca pod względem tak skali, jak i zróżnicowania tematycznego jest też spuścizna, którą po sobie pozostawił, wreszcie zaś niebywała jest również w jego przypadku spójność vita activa i vita contemplativa. Na pytanie, kim był Jerzy Braun i czym się zajmował, możemy odpowiedzieć taką wyliczanką: działacz harcerski, poeta, prozaik, dramaturg, scenarzysta filmowy, teoretyk literatury i teatru, krytyk literacki, redaktor wielu pism, filozof, teolog, działacz i myśliciel polityczny, założyciel w latach II wojny światowej konspiracyjnej organizacji Unia i główny twórca głoszonego przez nią programu kompleksowej przebudowy Polski, Europy i świata.

Zaskakująca przy tej „renesansowej” wszechstronności jest spójność wszystkich elementów jego dzieła. Nie ma bowiem żadnej sprzeczności między Braunem-poetą i dramaturgiem a Braunem-filozofem, politykiem czy ideologiem. Przeciwnie, wszystko harmonijnie współgra ze sobą i uzupełnia się w postaci Brauna – „pielgrzyma Absolutu”. Na jego przykładzie widać dobrze, iż poważne traktowanie fundamentów aksjologicznych, na których opiera się całokształt teorii, implikuje określone wnioski jeśli chodzi o rozwiązania szczegółowe, w sferze politycznej czy gospodarczej.

***

Jerzy Braun urodził się 1 IX 1901 r. w Dąbrowie Tarnowskiej, w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Wkrótce przeprowadzili się do Tarnowa, gdzie Jerzy został uczniem gimnazjum. Owe lata to czas aktywnej działalności w ruchu harcerskim. Na ten okres przypadają również jego pierwsze próby literackie – efektem były debiutanckie opowiadania czy wiersze, publikowane w czasopismach dla młodzieży oraz harcerskie pieśni, na czele z najsłynniejszą z nich, pt. Płonie ognisko i szumią knieje.

W 1919 r. rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. W Krakowie Braun od razu włączył się bardzo intensywnie w życie artystyczno-literackie, zostając członkiem grupy poetyckiej „Sympozjon”, założonej przez Romana Eminowicza. Mimo swego pacyfizmu, wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej, zgłaszając się w 1920 r. na ochotnika do wojska. Za męstwo na polu walki odznaczony został Krzyżem Walecznych, którego nie odebrał, uznając, iż służba dla kraju jest jego obowiązkiem, za który nie może oczekiwać żadnych nagród. W związku z tymi wydarzeniami pisał gorzko:

Ja sam, gdy wiem że POLSKA
I że nie trzeba zwlekać –
Pójdę… strzelać w człowieka”.

Wkrótce po powrocie na studia wydał rozprawkę zatytułowaną „Kilka słów o »Futuryzmie«” oraz debiutancki tomik wierszy „Najazd Centaurów”. Lata międzywojenne to okres wyjątkowo intensywnej działalności literackiej, publicystycznej i naukowej Brauna. Jej efektem były liczne artykuły, tomiki wierszy, powieści, dramaty czy prace filozoficzne. Był też założycielem i redaktorem pism „Gazeta Literacka” i „Zet”, członkiem grup poetyckich „Helion” i „Litart”, autorem kilku scenariuszy filmowych, które doczekały się realizacji. Wówczas też zapoznał się z filozofią Józefa Marii Hoene Wrońskiego, której „wyznawcą” i niestrudzonym popularyzatorem pozostał do końca życia.

Okres okupacji to być może czas jego najbardziej ożywionej działalności. Założył wówczas i kierował podziemną organizacją Unia, skupiającą tak znane postaci, jak m.in. Artur Górski, Stefan Jaracz, Feliks Koneczny, Zofia Kossak-Szczucka, Juliusz Osterwa, Czesław Strzeszewski, Jerzy Turowicz i Karol Wojtyła. Wziął udział w powstaniu warszawskim, był ostatnim przewodniczącym Rady Jedności Narodowej i p.o. Delegata Rządu na Kraj.

W drugiej połowie lat 40. pełnił funkcję redaktora „Tygodnika Warszawskiego”, a po zamknięciu pisma przez władze komunistyczne, został aresztowany. Drogo zapłacił za wierność swym ideałom i bezkompromisowość – torturowany w więzieniu stracił oko, przeszedł zawał serca, podupadł na zdrowiu. Został przez komunistów skazany na karę dożywotniego więzienia jako „zdrajca Narodu Polskiego”…

Po opuszczeniu więzienia w ramach „odwilży” 1956 r. i rehabilitacji, kontynuował działalność społeczną i publicystyczną. Z właściwym sobie entuzjazmem zareagował na skierowany do świeckich apel Jana XXIII o włączenie się w przygotowania Vaticanum II. W 1965 r. wyjechał na obrady Soboru, za granicą pozostał do końca życia, jeżdżąc z wykładami po całej Europie i Ameryce, publikując rozliczne prace i broszury, wygłaszając cykl ponad stu prelekcji w Radiu Watykańskim, biorąc udział w licznych konferencjach naukowych. Umarł w Rzymie w 1975 r.

***

Sednem dziejów jest dla założyciela Unii konflikt moralny, z którym mamy do czynienia w samym człowieku. Determinuje on wszelkie jego działania zarówno na płaszczyźnie indywidualnej, jak i zbiorowej. Stanowi też przyczynę „/…/ wszystkich gwałtów i poświęceń heroicznych, wojen i rewolucyj, doktryn społecznych, kodeksów i ruchów reformatorskich jakich widownią są dzieje”1. Jest nim, mówiąc słowami Brzozowskiego, rozdźwięk między rzeczywistością zastaną a poszukiwaną, między tym, co jest, a tym, co być powinno. Zresztą ten postulat przejścia od konieczności do wolności, czyli od świata danego do oczekiwanego, stanowi dla Brauna differentia specifica mesjanizmu, pojmującego „/…/ człowieka, naród, ludzkość, jako zdolnych do twórczej przebudowy rzeczywistości zastanej i powołanych do realizacji planu Bożego w ramach historii”2. W związku z tym nie zgadza się z opiniami, iż romantycy odpowiadali za idealizowanie w psychice narodowej tych cech, które uniemożliwiają prowadzenie trzeźwej polityki, mającej na celu troskę o zachowanie biologicznego bytu wspólnoty.

Tego typu poglądy szczególnie mocno zaczęły być artykułowane po II wojnie światowej, na co niewątpliwie ogromny wpływ miała hekatomba krwi złożona przez Polaków, zwłaszcza w powstaniu warszawskim. Braun polemizując z tezami m.in. Aleksandra Bocheńskiego podkreślał, iż zrzucanie na romantyków odpowiedzialności za propagowanie straceńczego heroizmu, „bohaterszczyzny”, kultu cierpiętnictwa, jest bezpodstawne, wynikające z niezrozumienia spuścizny myślowej tamtego okresu. Przypominał Mickiewiczowskie „Księgi pielgrzymstwa i narodu polskiego” czy Słowackiego, który uderzył w mit szabli pisząc z wyrzutem do rodaków „/…/ już opinią jest:, że myśleć nie umiesz!, a dobra jesteś tylko do korda…”3. Podkreślał, iż to właśnie romantycy najzacieklej walczyli z „/…/ antynomiami polskiej duszy zbiorowej, chwiejącej się pomiędzy sarmacką »śpiączką wegetacyjną« a równie sarmackim półwariackim »animuszem« ułańskiej krzepy”4, nie afirmując bynajmniej, jak to często im się przypisuje, politycznej bezmyślności.

Mamy zresztą u Brauna do czynienia ze specyficznym rozumieniem terminu „mesjanizm”. Za jego podstawowy wyznacznik uznał on bowiem rozum twórczy, utożsamiając go z filozofią czynu czy twórczości, podobnie jak robił to Brzozowski. Pozwoliło mu to do grona mesjanistów zaliczać nie tylko Hoene Wrońskiego, Mickiewicza, Słowackiego czy Krasińskiego, ale i Norwida, Wyspiańskiego, Staszica, Brzozowskiego, Libelta, Gołuchowskiego, a nawet Pawła Włodkowica.

Historia jest dla Brauna bardziej lub mniej świadomym zmierzaniem ludzkości w kierunku celu ostatecznego, jakim jest rozum absolutny. Stanowi przechodzenie od konieczności do wolności, od świata gotowego do samorzutnie stwarzanego przez człowieka. W przejętym od Hoene Wrońskiego schemacie historiozoficznym, Braun wyodrębnia trzy okresy (oraz siedem epok w nich): 1. erę celów względnych, 2. erę celów przejściowych i 3. erę celów absolutnych. Pierwsza era jest okresem przewagi natury fizycznej człowieka nad duchową, druga – równowagi tych natur, wreszcie trzecia okresem przewagi natury duchowej nad fizyczną. Pierwszy okres obejmuje cztery epoki, do rewolucji francuskiej, stanowiącej symboliczny początek ery celów przejściowych, w ramach której mamy do czynienia z jedną tylko epoką, trwającą zdaniem Brauna w czasach mu współczesnych. Charakteryzują ją antynomie społeczne, chaos, anarchia, rewolucje, jest to czas ukonstytuowania się dwóch przeciwstawnych stronnictw: prawa ludzkiego i prawa bożego, liberalnego i konserwatywnego, lewicy i prawicy.

Przedstawiciele pierwszej orientacji nie uznają żadnej prawdy o ile nie jest oparta na doświadczeniu. Są zwolennikami ateizmu lub deizmu, pozytywizmu prawnego, trójpodziału władzy oraz instytucji republikańskich. Cel ostateczny utożsamiają z powszechnym dobrobytem, wierzą w nieograniczony, stały postęp ludzkości, wreszcie odrzucają istnienie jakiegokolwiek ładu teleologicznego we wszechświecie. Reprezentanci drugiego ze stronnictw stoją na przeciwnych pozycjach, są zwolennikami teizmu, chrystianizmu, pochodzenia władzy od Boga oraz jej koncentracji w rękach monarchy. Cel najwyższy ma dla nich charakter eschatologiczny, wierzą w grzech pierworodny i związany z tym upadek ludzkości.

Konflikt ten jednak jest pozorny. Należy podnieść idee przez nich wyznawane na poziom absolutny, a wtedy okaże się, iż cele obu stronnictw są identyczne, gdyż prawda absolutna i dobro absolutne utożsamiają się ze sobą. Zadaniem stojącym więc przed tą epoką jest ich synteza. Ma ona doprowadzić do finalnej ery dziejów, która zawiera w sobie dwie epoki. W pierwszej ludzkość odkrywa prawdę absolutną, w drugiej otrzymuje nieśmiertelność. W gruncie rzeczy, wedle Brauna, panaceum na bolączki współczesnej epoki oraz klucz do przejścia ku nowej erze leży w konsekwentnym stosowaniu zasad chrześcijańskich. „Nowy gatunek ludzi – czytamy w jednym z jego artykułów – heroicznych i twórczych narodzi się i rozwinie w klimacie przełomu duchowego, ustanawiającego nowy ład moralny w zanarchizowanej i zdeprawowanej Europie. Ten przełom, o którym dotąd mówi się wciąż jeszcze mglisto, jako o czymś niezmiernie trudnym i odległym, polegać będzie po prostu na UZNANIU BOGA, w konstytucjach państw i w życiu publicznym”5.

Ludzkość jego zdaniem musi wreszcie urzeczywistnić powierzone jej zadanie, ciąży bowiem nad nią „klątwa niedopełnionego imperatywu”. Winna ona potraktować poważnie słowa Chrystusa o potrzebie powtórnych narodzin, wypowiedziane do Nikodema – „oportet vos nasci denuo”6. Ten właśnie postulat z Ewangelii św. Jana stanowi niejako istotę całokształtu myśli Braunowskiej. Został on zdaniem założyciela Unii sformułowany nie tylko pod adresem jednostek, ale całej kultury „/…/ w jej skali narodowej i w jej ponadnarodowej powszechności”7.

Braun diagnozuje postępujący kryzys cywilizacji europejskiej. Trwa on przynajmniej od rewolucji francuskiej, jeśli nie od Reformacji, a należy go uznać za niejako naturalny, nieunikniony etap w dziejach ludzkości – z którego powinna się ona dźwignąć ku erze celów absolutnych. Z tej konstatacji przebija pewien optymizm. Braun postuluje za Brzozowskim, by termin „kryzys” zastąpić słowem „przesilenie”, „są one bowiem wprawdzie teoretycznie jednoznaczne, w potocznym używaniu jednak oznaczają co innego. W słowie »kryzys« zawiera się jakby tendencja negatywna. /…/ Natomiast słowo »przesilenie« ma w sobie wyraźnie tendencję pozytywną. Mówiąc o przesilaniu się epok dziejowych, mamy na myśli przejście ze stadium niższego w stadium wyższe, zwycięstwa światła nad ciemnością”8.

Na płaszczyźnie politycznej owo przesilenie przejawia się w nieustannym wrzeniu na arenie międzynarodowej, rewolucjach, wojnach domowych, inercji Ligi Narodów, rozwoju różnego rodzaju imperializmów, coraz większym polaryzowaniu się bloków politycznych, degrengoladzie demokracji parlamentarnej. W sferze religijnej zaś jego wyrazem jest z jednej strony nasilająca się walka z Kościołem, a nawet z religią jako taką oraz sekularyzacja coraz większych mas w Europie. Z drugiej zaś nawrót do neopoganizmu, popularność doktryn materialistycznych, rozluźnienie obyczajowe i moralne. Związana jest z tym również fałszywa reinterpretacja idei postępu, który utożsamiono wyłącznie z podnoszeniem standardu życia, rozwojem techniki itp., czyli rzeczywistością materialną, a nie – jak chciał tego Wroński – z autokreacją człowieka, z dążeniem do Absolutu.

Ta krytyka jednostronności rozumienia idei postępu oraz sprzeciw wobec nadawania temu terminowi orientacji materialistycznej, wiążą się u Brauna z pewnym antyindustrializmem i krytyką współczesnej techniki. Jego zdaniem, maszyna (i cała cywilizacja industrialna) odwraca człowieka od celowości transcendentnej jego życia, wiąże ze światem materialnym. Produkcja i zdobywanie dóbr zamiast być jedynie środkiem zaspakajania potrzeb, stają się głównym celem istnienia ludzkiego, stąd już tylko krok do ubóstwienia tej sfery życia. Swoiste bałwochwalstwo maszyny i techniki, o jakim Braun niejednokrotnie pisze, stanowić ma płaszczyznę, na której zachodzi konwergencja kapitalizmu i socjalizmu, traktowanych przez niego jako fałszywe doktryny o charakterze ekonomistycznym. Ekonomizm zaś to dla Brauna każdy pogląd, wedle którego zaspokojenie potrzeb materialnych stanowi główny cel i sens życia jednostki. Herezja ekonomizmu wynika z błędnego podejścia do zagadnienia pracy. Jeśli bowiem traktuje się ją wyłącznie jako środek służący wyprodukowaniu jak największej ilości towaru i tylko przez ten pryzmat ocenia jej wartość, „/…/ to maszyna – jako siła produkcyjna wyższa – musi być postawiona w hierarchii wartości ponad człowiekiem”9.

Maszyna, jak podkreśla, zamiast być sługą człowieka, stała się jego panem, a nawet swego rodzaju bożkiem, narzucającym system pracy niezgodny z naturą ludzką. W związku z tym praca przestała mieć charakter wysiłku twórczego. Krytyka dotyka przede wszystkim produkcję taśmową w ramach wielkiego przemysłu, która w największym stopniu zakrywa właściwy sens pracy i posiada znamiona wysiłku abstrakcyjnego, nie przynoszącego szczęścia twórczego czy radości z dzieła. Robotnik produkując pojedyncze elementy większej całości,nie zawsze rozumie cel swojej pracy, co więcej – nie może też wycisnąć na produkcie swego piętna. Braun podkreśla potrzebę odautomatyzowania pracy, nadania jej rytmu odpowiadającego potrzebom natury człowieka. To maszyna winna przystosować się do człowieka, a nie na odwrót, należy doprowadzić więc do czegoś, co moglibyśmy nazwać jej humanizacją. Wiąże się z tym gloryfikowanie przez założyciela Unii pracy rolnika czy rzemieślnika, sprzyjającej jakoby rozwojowi duchowemu człowieka, mającej w o wiele większym stopniu cechy wysiłku twórczego. Dobry rzemieślnik jest bowiem „zawsze trochę artystą”.

Ponadto rozwój techniczny prowadzi jego zdaniem do nadmiernej koncentracji własności, co także może mieć fatalne skutki dla życia gospodarczego, kulturowego czy nawet duchowego. W związku z tym postuluje walkę z „przesadną maszynizacją”. Walka ta miałaby polegać na zahamowaniu procesów koncentracji przemysłu, na decentralizacji produkcji i oparciu jej tam, gdzie można, na małych i średnich warsztatach rodzinnych. Stanowiłby one optymalną jego zdaniem podstawę gospodarki państwa.

Trzeba jednak wyraźnie podkreślić, iż Braun nie odgrzewa bynajmniej haseł ruchu luddystów. Dehumanizacja pracy, pozbawianie robotnika osobowej godności, terror wydajności, erozja więzi międzyludzkich, atrofia życia społecznego, to nie immanentna część cywilizacji przemysłowej, ale wynik pomylenia środków z celami. Tak naprawdę bowiem maszyna wyzwala pracę człowieka z „jarzma przyrody”, pozwala oszczędzać czas i energię ludzką na czynności nieprodukcyjne, na rozwój duchowy, a przynajmniej powinna temu służyć. Skoro tak się nie dzieje, to wina leży po stronie samego człowieka, nie zaś maszyny jako takiej – obarczanie jej za to odpowiedzialnością byłoby czymś absurdalnym.

Braun poszukuje trzeciej drogi pomiędzy skompromitowanymi i przeżywającymi się systemami. Nie ma być to jednak typowa le juste milieu między socjalizmem i kapitalizmem, lecz wyższa synteza, powstała na skutek ich progresywnego rozwoju. W ustroju tym, nazywanym gospodarką dynamiczną lub ustrojem potęgi pracy, ideałem czy celem nie ma być nasycenie luksusem, bogactwo dla bogactwa, praca dla pracy, ale rozwój duchowy. Konstruując ten model, odwołuje się oczywiście do myśli Hoene Wrońskiego, ale i do filozofii pracy Brzozowskiego, idei „misterium sztuki-pracy” Norwida oraz do katolickiej nauki społecznej. Głównym hasłem dynamizmu gospodarczego nie jest zysk maksymalny, lecz optymalny, co oznacza, iż rozwój produkcji musi uwzględniać różnorakie potrzeby człowieka (kulturalne, duchowe, konieczność wypoczynku, pożądanie wolności itp.), być zharmonizowany z innymi ludzkimi celami.

Tego typu rozważania prowadzą Brauna do sformułowania definicji dochodu społecznego, który nie jest dla niego bynajmniej sumą dóbr czy usług gospodarczych wytworzonych wysiłkiem społeczeństwa w określonym czasie i przeznaczonych na potrzeby wszystkich jego członków. Stanowi on natomiast stałe zmniejszanie się „/…/ energii wydatkowanej przez jednostkę, naród, ludzkość na utrzymanie się w bycie, czyli stałe zwiększanie się zapasu energii, którą możemy użyć na twórczość duchową”10. Wedle Brauna, twórcą nadwartości czy też wartości dodatkowej, nie jest – jak w teorii Marksa – niedostatecznie opłacany robotnik, ale też nie pieniądz, kapitał wprawiający w ruch produkcję, lecz „/…/ twórcza wynalazczość ducha ludzkiego, wprzęgająca przyrodę do pracy na rzecz człowieka”11. Nadwartość to po prostu zysk społeczny, wynikający ze zmniejszenia się, za sprawą wynalazczości człowieka, nakładu czasu pracy potrzebnej do utrzymania się przy życiu. Żadna z klas nie ma więc prawa zgłaszać pretensji o wyłączność w dysponowaniu nią, winna bowiem stać się udziałem całego społeczeństwa.

Rozwój ekonomiczny i zysk nie są celami samymi w sobie. Zasadniczym celem gospodarki dynamicznej jest kultura, jej jak najszersze upowszechnianie i podnoszenie na wyższy poziom. Braun podkreśla, iż jest to opłacalne nawet z punktu widzenia ekonomii, ponieważ „/…/ stopień wydajności produkcyjnej warstw wytwórczych zależy od stopnia kultury narodowej /…/ Największe potęgi gospodarcze świata współczesnego są to bowiem jednocześnie narody o największym rozkwicie kultury i techniki”12. Związek między kulturą a produkcją jest więc nierozerwalny, stanowią one system naczyń połączonych. „Kultura powiększa sprawność pracy mas produkcyjnych, zaś wydajność ich pracy dostarcza środków na utrzymanie i pomnożenie kultury”13. Postęp kultury jest tutaj celem, a praca środkiem – i nie może być niczym innym.

Z punktu widzenia tych dwóch czynników, czyli kultury i pracy, historia to dla Brauna stały postęp w kierunku stworzenia ich wzajemnej harmonii, owego ustroju kultury czy potęgi pracy. Dokonujące się stopniowo wyzwalanie pracy prowadzi do przyszłej jej harmonizacji z kulturą14. W coraz większym stopniu winna być ona nasycana pierwiastkami piękna, gdy tego bowiem brak odczuwana jest jako przekleństwo, nieznośne jarzmo. Trzeba dokonać ponownego zestrojenia pomiędzy pracą a pięknem, kulturą, twórczością, zadzierzgnąć więzy istniejące w formie embrionalnej w średniowiecznych cechach15, a rozerwane całkowicie w dobie przemysłowej. Pożądana jest wręcz pewna sakralizacja, nadanie jej piętna „obrzędu o godności niemal religijnej”16. Oto mit, który czeka na realizację, mit nowej epoki potęgi, piękna, kultury pracy, w której ustanie „konflikt między pracą, a duchem, świat pracy – podburzany dotąd przez demagogię przeciwko wartościom najwyższym: etyce, religii, metafizyce, prawu – sharmonizuje swe czynności z warstwą kulturotwórczą”17.

***

Można zapytać, co nam dziś Braunie. Po co sięgać do takich „ramot”, jak mesjanizm?

Jerzy Braun przypominał, że człowiek sam stwarza otoczenie, w którym żyje. Walczył z „realizmem” rozumianym jako bierne poddawanie się okolicznościom, zgoda na zastane warunki, z kapitulanctwem, z postawą „tak już musi być”. Wzywał pojedynczego człowieka oraz narody, a wreszcie całą ludzkość do ogromnego wysiłku, nieustannej pracy. Usiłował syntetyzować doktryny i idee, wydawałoby się, biegunowo odległe od siebie. Wszystko w tym celu, by doprowadzić do zaistnienia /…/ uniwersalnego katolicyzmu (Kościoła Powszechnego), przygotowanego naprzód przez unię kościołów wschodniego i zachodniego – prawdziwego Związku Państw w miejsce bankrutującej Ligi Narodów, prawdziwej Unii Pracy w miejsce destrukcyjnych i rewolucyjnych międzynarodówek”18.

Przypisy:

1 J. Braun, Historja a Prawo Postępu. I. Warunki dziejów, „Zet” 1932 nr 12.

2 Tenże, Zagadka dziejowa Polski, Warszawa 1938, s. 45.

3 J. Słowacki, Do Emigracji o potrzebie idei [w:] Tenże, Dzieła, t. XII. Pisma prozą, cz. 2, Wrocław 1959, s. 312.

4 J. Braun, Bronię romantyzmu, „Tygodnik Warszawski” 1948 nr 7.

5 Tenże, Polska – imperium Boga, „Zet” 1939 nr 4-5.

6 J; 3, 7-8.

7 J. Braun, Nowy świat kultury, Warszawa 2003, s. 21.

8 Tenże, Czy istnieje kryzys kultury?, „Zet” 1938 nr 13.

9 Inż. Z. [wł. J. Braun], Marksizm, kapitalizm a gospodarka dynamiczna. (Studium o nowej polityce socjalnej), Warszawa b.d.w., s. 9.

10 Grzegorz z Sanoka [wł. J. Braun], Światopoglądowe podstawy unionizmu, Warszawa [1943]., s. 21.

11 [J. Braun], Zarys doktryny ideowej „Unii”, [Warszawa 1943], s. 23.

12 Inż. Ż., op. cit., s. 14.

13 Loc. cit.

14 J. Braun, Nowy świat…, ss. 217-220.

15 Ibid., s. 69.

16 Ibid., ss. 273-274.

17 [J. Braun], Kultura pracy jako mit społeczny, „Kultura Jutra” 1943 nr 2.

18 Tenże, Zagadka dziejowa…, s. 102.

O Polskę Ludową

Należał niewątpliwie do najbardziej znanych polityków Drugiej Rzeczypospolitej. Był postacią wzbudzającą krańcowo różne emocje i osądy. W opinii jednych uchodził za »polskiego Robespierre’a«, za »szarą eminencję« Sejmu, inni widzieli w nim trybuna ludowego, człowieka niezłomnych zasad, uosobienie demokracji. Organizowano nań zamachy, lżono w brukowych pismach, wyszydzano w karykaturach, ale też otaczano najwyższą czcią, wynoszono na piedestał, powierzano mu najbardziej odpowiedzialne funkcje i godności” – pisał Jan Sałkowski. I nie ma w tych słowach żadnej przesady. Panie i Panowie: Stanisław August Thugutt.

***

Na świat przyszedł 30 lipca 1873 r. w Łęczycy jako najmłodsze z sześciorga dzieci w rodzinie Augustyna, doświadczonego lekarza, który po praktyce w różnych miastach osiadł w tej miejscowości. Ród Thuguttów miał austriackie korzenie, wedle rodzinnej tradycji wywodził się z Wiednia, zaś jego polska gałąź – od pułkownika, który przybył do naszego kraju z Augustem III.

Gdy Stanisław miał niespełna 7 lat, ojciec zmarł. Rok później rodzina przeniosła się do Warszawy. Najpierw edukacja w szkole powszechnej. Następnie uczęszczał do okrytego złą sławą, silnie zrusyfikowanego, III gimnazjum państwowego, gdzie – jak wspominał – uczył się słabo i sprawiał rosyjskim nauczycielom kłopoty wychowawcze. Edukację zakończył więc maturą w innej placówce. Chciał studiować historię, filozofię lub prawo, lecz brak środków uniemożliwił naukę za granicą, zaś w zaborze rosyjskim ukończenie szkoły realnej zamykało tę drogę.

Pracy w stolicy nie znalazł przez rok. Wyjechał więc do Łodzi. Tu otrzymał etat „ni to praktykanta, ni to robotnika w wielkiej tkalni Silbersteina /…/. Praca była ciężka: od 6 rano do 8 wieczorem w ogłupiającym wręcz łoskocie 700 stojących na jednej sali warsztatów” – pisał w autobiografii. Choroba oczu sprawiła, że musiał porzucić to zajęcie. Kolejna posada – inkasent w zakładzie krawieckim. Po półtora roku wrócił do Warszawy, gdzie udało się zdobyć etat księgowego. Jesienią 1899 r. poślubił Marylę Kozanecką, siostrę przyjaciela, w której zakochany był od wczesnej młodości. – „W życiu publicznym nie brałem żadnego udziału. Jakież tam zresztą życie było w ówczesnej Warszawie: rząd rosyjski wbił już w głowy polskie /…/ przekonanie, że tu się nic nigdy zmienić nie może”.

***

Wiosną 1901 r. państwo Thuguttowie wyjechali do Ćmielowa na Kielecczyźnie, gdzie Stanisław w fabryce porcelany księcia Lubeckiego dostał posadę w księgowości. To na ten okres datuje się początek jego społecznikowskich pasji.

W atmosferze niewielkiego miasteczka nudził się straszliwie. Założył więc obwoźną bibliotekę. Ale i tego było mu mało, więc powołał spółdzielnię spożywców. Podstępem udało się wyjednać od władz rosyjskich szybką zgodę. Gdy inicjatywa ruszyła, „zaczepiło mnie na rynku kilku długopołych i długobrodych kupców, pytając z goryczą, dokąd oni teraz mają jechać po założeniu spółdzielni. /…/ Błysnęły złe oczy, rozeszliśmy się w milczeniu. Niezadługo złożył mi wizytę główny potentat miejscowego handlu, komunikując mi z wielką życzliwością i nawet zatroskaniem, że dużo ludzi myśli, iż byłoby lepiej, gdybym opuścił Ćmielów, bo tu powietrze niezdrowe. /…/ Dodałem /…/ wyciągając z kieszeni wielki rewolwer i mierząc mu w głowę: – Proszę powiedzieć tym »ludziom«, żeby byli ostrożni, bo ta pukawka strzela celnie i mocno” – wspominał po latach. Gdy Thugutt wkrótce uratował jednego z miejscowych Żydów przed pogromem, ten – prawdopodobnie z inspiracji wspomnianych „ludzi” – oskarżył go przed sądem o… pobicie. Został uniewinniony, jednak „pomyślałem sobie, że nie tylko zakładanie spółdzielni, ale w ogóle życie tutaj /…/ nie jest łatwe”.

Drugą pasją, którą Thugutt rozwijał w tym okresie, była turystyka i krajoznawstwo. Z żoną zeszli niemal całą Kielecczyznę i Sandomierszczyznę. Ale gdy nadarzyła się sposobność, wiosną 1905 r. porzucili Ćmielów i wrócili do Warszawy.

***

Powrót przypadł na okres rewolucji, jednak Stanisław zamiast polityką zajął się czymś innym. Przygotował książkę o historii Księstwa Warszawskiego (1907), a wkrótce trafił do niedawno powołanego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Tam parał się publicystyką i pracą redakcyjną – w roku 1910 otrzymał stanowisko kierownika literackiego tygodnika PTK „Ziemia”. Powierzono mu także opracowanie jednego z tomów nowoczesnego przewodnika po kraju. Jeździł w teren, prowadził badania ankietowe, fotografował, wertował literaturę, wszystko to bez zgody władz zaborczych. Tom poświęcony ziemi kieleckiej i radomskiej ukazał się tuż przed wybuchem wojny. W międzyczasie opracował przewodnik po stolicy, cieszący się sporą popularnością – jeden z recenzentów napisał: „tchnie [z niego] widoczna miłość autora do Warszawy, miłość zaślepiająca”. Redagował także miesięcznik „Fotograf Warszawski”.

Pasje krajoznawcze i popularyzatorskie realizował Thugutt po pracy zawodowej i bezpłatnie. W imię czego? Działalność owa była – wspominał w autobiografii – „nie czym innym, jak jeszcze jednym sposobem budowania Polski od dołu, Polski, którą się przemycało między wierszami, o której się mówiło nie tylko jako o wspomnieniu historycznym, ale jako o żywym, choć tak straszliwie pokaleczonym organizmie”. Jak pisze Janina Barbara Twaróg, „Dziwił się, że wędruje się w poszukiwaniu osobliwości, wejścia na najwyższy szczyt itp., przedkładaniu obcych krajobrazów ponad własne”.

Działał także w Kole Przyjaciół Kaszub, pragnąc powstrzymać germanizację Pomorza. „Pomimo wahań i złudzeń najistotniejszą treścią i podłożem jest tu nie co innego, jeno polskość, jeno – jeśli wolicie – kaszubskość. Wszystko inne jest tylko nalotem” – przekonywał Thugutt. Współpracował z działaczami regionalnymi, organizował dla ludności z Kaszub wycieczki po Warszawie, popularyzował wiedzę o historii i kulturze tych ziem.

***

Wybuch I wojny światowej był momentem zwrotnym w życiu Stanisława Thugutta. Pojawiająca się szansa na odzyskanie przez Polskę niepodległości pchnęła go w wir polityki i dużo poważniejszego niż dotychczas zaangażowania publicznego.

W 1914 r. wraz z przyjaciółmi założył tajne ugrupowanie, Związek Patriotów, przekształcony następnie w Partię Niezawisłości Narodowej (wkrótce pierwszy człon nazwy zastąpiło „stronnictwo”). Po rozpoczęciu działań wojennych zintensyfikowano wysiłki – Thugutt zajmował się wieloma zadaniami, od redagowania „Gońca” (najbardziej niepodległościowa wówczas gazeta w Warszawie) czy odezw i broszur, a na przemycie rewolwerów kończąc. Został też skarbnikiem w Polskiej Organizacji Wojskowej, powołanej w celu wspierania utworzenia polskich sił zbrojnych. Na początku 1915 r. wszedł z ramienia ZP do Zjednoczenia Stronnictw Niepodległościowych, która zrzeszała też PPS i Związek Chłopski, razem wyrażające ideały lewicowe i prospołeczne, poparcie dla Józefa Piłsudskiego oraz silną opcję antyrosyjską.

Pod koniec 1915 r. Thugutt, znużony jałową atmosferą i gadulstwem, na ochotnika zgłosił się do Legionów i trafił do 2 pułku. Początkowo przełożeni próbowali go wykorzystać do prac biurowych, ale po krótkim pobycie w szpitalu uciekł wprost na front do 7 pułku. Brał udział w ciężkich walkach nad Styrem i Stochodem, wyszedł z nich bez szwanku.

Z frontu odwołano go w połowie 1916 r. do pracy politycznej w Warszawie. Stronnictwo Niezawisłości Narodowej weszło w skład Centralnego Komitetu Narodowego, porozumienia lewicy niepodległościowej, a Thuguttowi powierzono redagowanie jego organu – „Biuletynu”. Wkrótce został także członkiem zarządu CKN. Od końca września 1916 r. był redaktorem pisma „Rząd i Wojsko”, związanego z piłsudczykami. Uczestniczył w większości inicjatyw środowisk niepodległościowych, jednak niewiele z nich wynikało – „miałem już dosyć tych inteligenckich nieodpowiedzialnych rozmówek”. Przewartościowaniom służył też rozwój wydarzeń: „Wiadomości nadchodzące z Rosji o tamtejszym wybuchu rewolucyjnym wywierały coraz głębszy wpływ na masy /…/. Anemiczne i odsunięte dotychczas zagadnienie sporu społecznego zaczęło wracać na scenę i nabierać żywszych rumieńców” – wspominał. W połowie 1917 r. wstąpił w szeregi Polskiego Stronnictwa Ludowego. „Zwrócił się ku ludowemu ugrupowaniu jako reprezentantowi nowej potężnej siły, zdolnej odbudować niepodległą a zarazem demokratyczną, sprawiedliwą Polskę” – konkluduje Alicja Wójcik. W PSL szybko zyskał znaczne wpływy i renomę. W styczniu 1918 r. został sekretarzem Zarządu Głównego partii i jednym z czołowych jej ideologów.

Coraz bardziej wyraziste stanowisko niepodległościowe i krytyka polityki Niemców skończyły się aresztowaniem Thugutta w połowie lutego i uwięzieniem w Modlinie. Tam wraz z grupą piłsudczyków planował ucieczkę – wykonany wspólnymi siłami podkop był już zaawansowany. Jednak na wniosek Rady Regencyjnej został uwolniony na początku października i wrócił do Warszawy. Już kilka dni później był jednym z głównych mówców na Kongresie PSL, domagając się niepodległości Polski i reform społecznych.

***

W programowym tekście „Nowy ład” stwierdzał na początku 1919 r.: „Trzeszczy w posadach i wali się w gruzy cały ten stary świat, który był oparty na wyzysku, na poniewierce praw ludu pracującego. W naszym nowym świecie, w nowej, z grobu powstałej Polsce musi być inaczej i musi być lepiej”. Polska, ale jaka? – właśnie to pytanie nurtowało Thugutta. Gdy czytamy jego publicystykę, autobiografię i wystąpienia sejmowe, nieodparte są skojarzenia z „Przedwiośniem” Żeromskiego. Jest tu sama pasja, wielka miłość wobec Ojczyzny, ale także krytyka niesprawiedliwości i marazmu, rozczarowanie kierunkiem, w jakim zmierza Polska. No i analogiczna ocena zagrożenia, jakim jest brak reform społecznych i żerujący na tych realiach zwolennicy komunizmu.

Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, w marcu 1918 r. pisał: „Dziś idą czasy nowe, czasy wielkich wstrząśnień być może. Cokolwiek się jednak z Polską stanie, można powiedzieć, że tym ona będzie bezpieczniejsza, im bardziej posiadaczem jej ziem będzie lud pracujący na roli. Więc nie w interesie chłopa, ale w interesie Polski jest, żeby ziemia przeszła w mocne i pewne ręce włościańskie. Im prędzej się to stanie, tym lepiej, tym bezpieczniej dla kraju. Lud polski nie ma w sobie niszczycielskich popędów i do takich dzikich zamieszek, jakie widzimy dziś w Rosji pod rządem bolszewickim, nikt wśród ludu nie tęskni. Ale jeśli się tych spraw nie załatwi dziś zgodnie, to jutro pójdą nie wiadomo skąd na wieś złe podmuchy, a za nimi mogą pójść rzeczy najgorsze, bo walki bratobójcze”. Thugutt był przekonany, że Polska może być silna, bezpieczna i mieć oparcie w swoich mieszkańcach tylko wtedy, gdy wszyscy Polacy, zwłaszcza ci dotychczas lekceważeni i spychani na margines, otrzymają szansę na godne życie.

/…/ nic nie było bardziej obce umysłowości inteligenta polskiego, niż jakiegokolwiek odcienia radykalizm, zwłaszcza taki, który /…/ trzeba było /…/ urzeczywistniać i wcielać w życie /…/ Nie umiejąca znaleźć ani drogi do ludu, ani wspólnego z nim języka, gorzkniejąca w odosobnieniu, inteligencja zamknęła się w krytyce. Jałowa to zresztą była krytyka, /…/ ulewająca sobie żółci w kawiarniach i na zebrankach prywatnych – tak z goryczą wspominał postawę swoich kolegów w pierwszych latach niepodległości. Polska, ale jaka? – pytał Thugutt. I odpowiadał: ludowa! Polska bez panów i „hołoty”, Polska równych szans i sprawiedliwości społecznej, Polska wierna tradycji, ale dynamiczna i nowoczesna, nie wahająca się podejmować śmiałych kroków w celu polepszenia bytu swoich obywateli. Argumentował: „Są tacy, którzy mówią: najprzód zbudujmy Polskę, później się będziemy w niej urządzać. To są słowa zupełnie puste. Że bez ludu, bez tych milionowych tłumów siermiężnych Polski się nie da zbudować, przekonały nas już wszystkie rozpaczliwe wybuchy poprzednie /…/ które bez pożytku tonęły we krwi. Żeby zaś najszersze masy przyciągnąć do wspólnej roboty, nie dość jest im Polskę wolną i szczęśliwą obiecać, trzeba im ją dać, trzeba, żeby się jej palcem dotknęli”.

Te dwie wartości – ojczyzna wolna i sprawiedliwa – nigdy nie były u Thugutta przeciwstawiane. W 1929 r. pisał: „Zdarzało mi się parokrotnie oddać tej wielkiej zbiorowości, którą nazywam ojczyzną, to wszystko, co dać mogłem, tj. samego siebie. Nie umiałbym jednak, wyznaję to szczerze, poza wyjątkowymi chwilami najwyższego niebezpieczeństwa dla kraju, stawiać wyżej obowiązku patriotyzmu ponad obowiązek walki o sprawiedliwość społeczną, nie rozumiem nawet, po co mamy te dwa pojęcia przeciwstawiać sobie”. Wbrew dorabianej mu gębie „bolszewika”, deklarował na progu niepodległości: „Za dużo dziś w Polsce jest ludzi, którzy mówią: wszystko oddam Ojczyźnie, z wyjątkiem życia i mienia. I za dużo w ciągu kilku lat widzieliśmy takich patriotów, co Ojczyznę mieli ciągle na ustach, ale nie dali jej nic. Polska powstała z grobu, ale powstała jak Łazarz biedna, ociekająca krwią, spustoszona. I jeżeli nie uczynimy najwyższego wysiłku, by ją utrzymać przy życiu, by ją ogrzać ciepłem serc naszych, zejdzie do grobu z powrotem. Więc żadnych granic ofiarom, żadnego kresu wysiłkom”.

***

Nocą z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie powołano Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Thugutt wraz z Tadeuszem Hołówką byli autorami jego wiekopomnego „Manifestu”. On sam objął w rządzie stanowisko ministra spraw wewnętrznych – wyjątkowo niewdzięczne w kraju, który właśnie wyszedł ze 123-letniej niewoli. W rządzie Ignacego Daszyńskiego oraz w powołanym wkrótce gabinecie Jędrzeja Moraczewskiego, gdzie zachował stanowisko, tworzył zalążki polskiej administracji i w ogóle ładu zbiorowego, m.in. organizował Milicję Ludową, która pilnowała porządku do czasu powstania struktur państwa. Był też jednym z bardziej radykalnych członków rządu, domagając się zrealizowania wielu prospołecznych deklaracji. Także w sferze symbolicznej Thugutt podejmował śmiałe kroki – jego dekretem zniesiono koronę orła w godle państwowym (argumentował, że powstańcy styczniowi i Legiony mieli sztandary z orłem bez korony) oraz zastąpiono w oficjalnej nomenklaturze termin „pan” słowem „obywatel”.

Prawica i warstwy posiadające nienawidziły go za to, organizując cały czas kampanię ataków przeciwko temu „polskiemu Robespierre’owi” i „bolszewikowi”. Zarzuty były bzdurne, bo Thugutt mimo radykalizmu społecznego przykładał wielką wagę do porządku i spokoju w dopiero co odzyskanym państwie. Przestrzegał przed chaosem, nie wahał się nawet wysłać w Zagłębiu Dąbrowskim wojska w celu rozbicia strajku inspirowanego przez komunistów. „Nie będziemy uczyli ludu nienawiści do obszarnika, z którym on i tak da sobie radę, będziemy go uczyli miłości do Polski, która tak wiele jeszcze ofiar i poświęceń wymaga. /…/ nienawiść w kraju przepełnionym nędzą, nękanym głodem, smaganym podszeptami złej agitacji, może być iskrą rzuconą na proch” – deklarował w owym okresie.

Wspominał, że „na ulicach ofiarowywano już głośno 500 marek za moją głowę”. Endecko-ziemiański zamach stanu w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 r., pod przywództwem płk. Mariana Januszajtisa i księcia Eustachego Sapiehy, o mało nie zakończył się tragedią – „nieznani sprawcy” oddali do Thugutta dwa strzały w jego mieszkaniu, lecz chybili, zaś kilka godzin później minister został aresztowany. Po fiasku przewrotu podjął kroki w celu ukarania jego autorów.

Wkrótce odbyły się wybory, Thugutt nie zdobył mandatu poselskiego. Jako zaufany człowiek Piłsudskiego wyjechał do Paryża na konferencję pokojową w roli członka Komitetu Narodowego Polskiego. Wrócił po pół roku. W celach zarobkowych objął stanowisko dyrektora w spółce „Len Polski”, powrócił do aktywności w PSL „Wyzwolenie”.

***

Gdy ojczyzna znalazła się w potrzebie, odłożył na bok partyjne i polityczne animozje. W obliczu najazdu bolszewickiego wzywał do jedności narodowej, a sam – w wieku 47 lat – zgłosił się na ochotnika na front, rezygnując z propozycji otrzymania szlifów oficerskich, gdyż wyłączyłoby go to z czynnej walki. Jako żołnierz 201 pułku brał udział w kilku potyczkach. Podczas jednej z nich, pod Surażem, został postrzelony w prawą rękę – kula strzaskała kość ramieniową i uszkodziła nerw. Stracił na zawsze władanie, nauczył się pisać lewą ręką. Za udział w walkach otrzymał Krzyż Walecznych.

***

Mimo iż nie był posłem, pełnił rolę jednego z liderów i głównych ideologów PSL „Wyzwolenie”, w roku 1920 został ponownie członkiem Zarządu Głównego oraz jednym z redaktorów organu prasowego „Wyzwolenie”. Rola Thugutta w lewicowym stronnictwie ludowym była tak doniosła, że gdy członków PSL „Piast” zwano powszechnie witosowcami, to o jego partyjnych kolegach i sympatykach mówiono: thuguttowcy.

Dał się poznać jako jeden z czołowych w Polsce zwolenników reformy rolnej – z pasją krytykował ziemiaństwo i prawicę, domagając się przyznania chłopom ziemi. Był współautorem ustawy o reformie rolnej, jej propagatorem w Sejmie i orędownikiem wśród ludu. Uważał, że reformy dokonać należy jak najszybciej, aby gospodarkę polską oprzeć na powszechnej drobnej własności rolnej. Parcelacja ziemi miałaby wedle niego zostać dokonana przez państwo, chłop bowiem byłby bardziej związany mentalnie z ojczyzną, gdyby wykupił ziemię od jej przedstawicieli, nie zaś bezpośrednio od prywatnych właścicieli majątków. Z pasją krytykował tych wszystkich, którzy torpedowali wysiłki na rzecz reformy, uważając, że w ten sposób utrwalają Polskę starą, zmurszałą i niesprawiedliwą.

Jednak nie tylko przeciwników reformy rolnej gromił z pasją. Cięgi zbierali także socjaliści – PPS bowiem propagował wywłaszczenie obszarników z ziemi bez odszkodowania i przyznanie jej wyłącznie bezrolnym mieszkańcom wsi. Sprawiedliwość społeczna – przekonywał – nie może być tożsama z zemstą, a nowy ład trzeba budować na współistnieniu różnych warstw. Ziemianie powinni zostać pozbawieni części majątków, ale za odszkodowaniem. W roku 1926 pisał: „Nie trzeba Polski Ludowej budować w imię nienawiści i zemsty. Odbierając spokój, nienawiść utrudnia zwycięstwo. Jakkolwiek wielkie były w przeszłości krzywdy ludu, rzeczą próżną, zbędną i głupią byłoby dziś się o nie prawować”.

***

Jedność narodowa, swoboda działania, wolność przekonań i spokój społeczny, mimo różnic politycznych i innych, były przez wszystkie lata działalności politycznej jednymi z głównych ideałów Thugutta. Dla kogoś, kto obserwuje dzisiejszą scenę polityczną oraz pyskówki miernot, którym partyjny czy ideologiczny szyld przysłania rozum i elementarną uczciwość, postawa lidera PSL „Wyzwolenie” jest trudna do pojęcia. W imię wierności ideałom przełamywał wszelkie możliwe podziały – choć może lepiej powiedzieć, że wówczas tak krótkowzrocznych podziałów po prostu nie było.

Stanisław Thugutt był pomysłodawcą wyboru Gabriela Narutowicza na Prezydenta Polski, namówił go do kandydowania i organizował sejmowe poparcie dla tej idei. Gdy Niewiadomski zamordował Prezydenta, to właśnie lider lewicowych ludowców domagał się stanowczego ukarania tych, którzy do zbrodni nawoływali, podburzali nastroje społeczne i siali obrzydliwą propagandę, przepojoną wątkami antysemickimi. Przemawiając w Sejmie 19 czerwca 1923 r. mówił: „/…/ jeżeli minęła ta otwarcie okazywana radość z powodu zamordowania »żydowskiego prezydenta«, jeżeli minęły te odmowy odprawiania nabożeństw za Narutowicza, który jakoby miał być Żydem, to jednak nie minęły inne objawy, które do dnia dzisiejszego są zgorszeniem publicznym. Śp. Narutowicz był ofiarą zbrodni. /…/ Na Powązkach grób Niewiadomskiego jest ciągle zarzucany kwiatami /…/ na grobie istnieje napis »Bohaterowi Narodu«. /…/ zapytuję ministra sprawiedliwości /…/ dlaczego prokurator nie wkracza w tę sprawę? /…/ o ile mi /…/ wiadomo, istnieje w kodeksie [karnym] artykuł przewidujący karę za pochwałę zbrodni”.

Ale w tym samym (sic!) przemówieniu Thugutt, komentując wniosek złożony przez posłów mniejszości żydowskiej, mówił tak: „Jeżeli chodzi o jakiekolwiek gwałty względem ludności żydowskiej /…/ to mogą być Panowie najzupełniej spokojni, że ja i całe moje stronnictwo w obronie bitego Żyda potrafimy stanąć. Jeżeli to będzie krzywda człowieka i obywatela, znajdziemy dosyć odwagi, aby o sprawiedliwość się upomnieć. Jednak uważam, że to jest zupełnie co innego, a co innego są motywy, które Panowie podali. Już parokrotnie uważałem /…/ za przykry obowiązek ostrzeżenie Panów przed tą namiętnością, jaką wnosicie Panowie do dyskusji politycznej w Polsce. /…/ ta niesłychana namiętność /…/ i ta bezceremonialność, z jaką rzucacie oskarżenia, już nie na jedną klasę, nie na stronnictwo, ale na całe Państwo Polskie, nie pozwoli nawet i członkom lewicy podtrzymać złożonego przez Panów wniosku”.

Podobnie było z komunizmem. Choć wielokrotnie potępiał poglądy i cele ugrupowań komunistycznych, a w walce z bolszewikami został trwale okaleczony, to jednak stanowczo sprzeciwiał się represjom politycznym wobec takich środowisk. Uważał, że każdy obywatel ma prawo do wolności przekonań i słowa oraz swobodnej działalności politycznej. Oburzało go to, że „/…/ zapełnia się więzienia ludźmi, nie za czyny, ale za przekonania, za przynależność do zakazanej partii, za ujawnione sympatie dla potępionych oficjalnie kierunków”. Gdy jednak komunistyczne ośrodki propagandowe usiłowały kreować na Zachodzie obraz Polski jako jednego wielkiego aresztu, Thugutt jako członek sejmowej komisji badającej nadużycia policji i służb więziennych, zareagował listem do francuskich intelektualistów, zarzucając im, że w swoich apelach piszą nieprawdę i szkalują nasz kraj.

Tak samo postrzegał kwestię mniejszości narodowych i wyznaniowych. W broszurze „Jakich Polsce rządów potrzeba” pisał w roku 1920, komentując pomysły ograniczenia praw wyborczych: „Warunek /…/ wysuwany przez prawicę, by Naczelnik Państwa był katolikiem, jest wręcz niedorzeczny. Polska zamieszkana jest przeważnie, ale jednak nie wyłącznie przez katolików. Zastrzec wyłączne prawo dla jednego wyznania – choćby najliczniejszego – to zepchnąć wszystkich obywateli Polaków innych wyznań na niższy stopień, obywateli drugiego rzędu. /…/ Nie prawami wyjątkowymi stanie Polska Ludowa, ale wznowieniem najlepszych naszych dawnych tradycji: zupełnej tolerancji i powszechnej miłości, jaka ma łączyć jej obywateli”.

Wielokrotnie stawał w obronie mniejszości – przeciwko policyjnym represjom na Kresach, przeciwko endeckim pomysłom, by ziemie w ramach reformy rolnej przyznawać tylko „rdzennym Polakom”, przeciwko nierównemu podziałowi środków na oświatę polską i szkolnictwo innych nacji. Ale jednocześnie potępiał etnocentryzm samych mniejszości, sabotowanie ideałów jedności obywateli kraju, bez pardonu wskazywał także na ich związki z ZSRR i sianie niepokojów za sowieckie pieniądze. Przemawiając w Sejmie 9 lipca 1924 r. w sprawie ustaw językowych, domagał się, by państwo polskie szczególnie mocno – bardziej niż inne regiony kraju – wsparło mniejszości narodowe na Kresach, jako że padły ofiarą zniszczeń wojennych oraz egzystują na obszarach zacofanych gospodarczo. Lecz w tym samym przemówieniu mówił z wyrzutem pod adresem posłów owych mniejszości: „/…/ Wasze ukochanie swoich praw, swojej kultury i swojej ściślejszej ojczyzny idzie tak daleko, że wyraźnie zieje nienawiścią do wszystkiego, co polskie”.

Wielokrotnie oskarżany przez endeków o „zdradę interesu narodowego”, Thugutt w momencie odzyskiwania niepodległości walczył jak lew o ziemie zamieszkiwane przez Polaków lub ważne z punktu widzenia rozwoju kraju. Dostęp do morza i odzyskanie Gdańska określał jako „sprawę życia i śmierci”, nieustępliwie domagając się tego podczas rokowań pokojowych w Paryżu. Przekonywał również, że „bez Śląska nie ma wielkiej, niezależnej Polski”. Działał w warszawskiej sekcji Komitetu Obrony Śląska, wzywał rząd w okresie plebiscytu do wzmożonych wysiłków na rzecz przekonania Ślązaków do wyboru Polski, popierał zbrojną walkę powstańców. Przez całe międzywojnie zabierał głos w obronie interesu narodowego. Nie godził się na żadne ustępstwa przed żądaniami niemieckimi, a jego stanowcze opinie w obronie polskości Gdańska kilkakrotnie wywołały tzw. skandal międzynarodowy.

Dbałość o interesy Polski nie miała jednak w wykonaniu Thugutta nic wspólnego z nacjonalizmem. Opowiadał się za szeroką autonomią dla mniejszości narodowych, za dobrymi stosunkami z państwami sąsiedzkimi, promował koncepcje federacji państw Europy Środkowo-Wschodniej („idea Jagiellońska”). Współpracował z niemieckimi środowiskami przeciwnymi militaryzmowi, a mimo dawnych krzywd i potencjalnych współczesnych zagrożeń zalecał, aby Rosję traktować tak, jak każdy inny kraj i nie żywić do niej irracjonalnej nienawiści, nie rozdrapywać ran.

***

W roku 1921 z kilkoma przyjaciółmi założył Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela, której głównym zadaniem było monitorowanie postaw administracji publicznej. Liga analizowała sytuację w więzieniach, broniła obywateli pokrzywdzonych przez urzędników, prowadziła mediacje w konfliktach z udziałem mniejszości narodowych i wyznaniowych.

Ni to ciekawostką, ni ważnym elementem jego biografii, był domniemany związek Thugutta z masonerią, bo Liga była uważana za jej przybudówkę. Przez całe międzywojnie endecy i konserwatyści zarzucali mu, że jest „człowiekiem z loży” i „fartuszkowcem”. Andrzej Ajnenkiel pisał: „zbliżony do radykałów francuskich, reprezentował /…/ nurt podejmujący sprawę wolności i swobód obywatelskich, stąd też podejrzewano go o przynależność do masonerii”.

Różnie oceniają rzecz najwybitniejsi badacze polskiej masonerii. Ze względu na tajność struktur wolnomularskich, trudno tu o pewniki. Prof. Ludwik Hass jest ostrożny, zwracając uwagę głównie na radykalnie demokratyczne i świeckie poglądy Thugutta oraz jego kontakty towarzyskie ze znanymi masonami. Ale nie unika nazywania go „działaczem politycznym spod znaku kielni i młotka”, „inteligentem-wolnomularzem”; wymienia też Thugutta jako prawdopodobnego przewodniczącego jednej ze stołecznych lóż – „Prawo Ludu”. Dr Leon Chajn ma mniej wątpliwości – uważa go za jednego z czołowych masonów związanych z obozem piłsudczykowskim, dokumentuje wystąpienie Thugutta na dorocznym zebraniu Wielkiej Loży Narodowej w 1926 r., uważa też, że odegrał on znaczną rolę w torpedowaniu wysiłków mających na celu zawarcie przez Polskę konkordatu ze Stolicą Apostolską.

Thugutt odbiega jednak od wizji masońskiego „szwarccharakteru”, na okrągło knującego przeciwko Ojczyźnie, Wierze, Tradycji i Wszelkim Świętościom. W zasadzie trudno w jego publicystyce i działalności publicznej znaleźć opinie i postawy, które można by skojarzyć z tym, o co oskarżani są wolnomularze. Owszem, miał radykalne poglądy demokratyczne i humanistyczne, opowiadał się za świeckim państwem, ale niemal nie uświadczy się u niego ataków na tradycje narodowe czy religię.

***

Szczyt jego popularności i wpływów w PSL „Wyzwolenie” datuje się na rok 1923 – prezes, główny ideolog, czołowy polityk, poseł, przewodniczący Klubu Poselskiego tej partii. W połowie grudnia tego roku, po upadku rządu Witosa, prezydent Stanisław Wojciechowski powierzył Thuguttowi misję sformowania rządu o charakterze centrolewicowym, z poparciem „Wyzwolenia”, PPS-u, Narodowej Partii Robotniczej, mniejszości narodowych, a także Chrześcijańskiej Demokracji (jej udział w rządzie miał sprawić, że wejdą w jego skład Piłsudski i Władysław Grabski). Misja Thugutta zakończyła się jednak fiaskiem – chadecy ostatecznie odmówili akcesu, co storpedowało nie tylko pomysł pozyskania sejmowej większości, ale także „jednościowy” charakter gabinetu. Rezygnując z tych wysiłków, wskazał prezydentowi na Grabskiego jako odpowiedniego kandydata na premiera. Bardzo cenił tego polityka prawicy, pisząc o nim: „był pierwszym ministrem skarbu, który miał odwagę /…/ szukać pieniędzy tam, gdzie się one znajdują – w kieszeniach ludzi bogatych”.

Część ludowców przyjęła rezygnację swego lidera z dezaprobatą, zarzucając mu zbyt małą wytrwałość i zapał w kwestii utworzenia rządu lewicy. Był to przedsmak poważnego konfliktu. W lipcu 1924 r. premier Grabski zaproponował Thuguttowi wejście do rządu w charakterze ministra spraw zagranicznych. Propozycję tę szef „Wyzwolenia” skonsultował z kilkoma zaufanymi ludźmi z kierownictwa partii, prosząc o dyskrecję i zajęcie stanowiska, gdy wróci z kilkudniowego wyjazdu. Wykorzystano to przeciwko niemu, rozgłaszając plotki, jakoby dał się kupić za rządowe stanowisko, choć on sam decyzji jeszcze nie podjął.

Wzburzony lider lewicowych ludowców zrezygnował z prezesostwa w partii, członkostwa w klubie parlamentarnym oraz złożył legitymację partyjną. Odmówił także przyjęcia teki ministerialnej. W ogłoszonym na łamach partyjnego organu liście pisał: „Gdyby u nas prawica była znaczną większością, byłbym pierwszy za tym, żeby pozostać w roli czystej i ostrej opozycji. Ale co to znaczy w obecnej Polsce być opozycją? Przeciwko komu? Przeciwko rządowi, który i tak ledwie trzyma się na nogach, przeciwko państwu, które jest naszym państwem, czy przeciwko prawicy, która przy naszym sprzeciwie także nic zrobić nie może. W Polsce wszyscy chcą być opozycją, tylko nikt za nic nie chce przyjąć odpowiedzialności. Na miły Bóg, z samych przeczeń Polska nam nie urośnie. Deklaracja Thugutta-państwowca była jednocześnie abdykacją Thugutta-polityka – już nigdy nie zyskał tak znaczącej pozycji.

Próbowano kilkakrotnie przekonać go, aby wrócił do PSL „Wyzwolenie”, ale bezskutecznie. Jesienią 1924 r. premier Grabski złożył mu nową propozycję – tym razem Stanisław Thugutt zgodził się zostać wicepremierem, ze szczególnymi zadaniami w sprawie uporządkowania kwestii mniejszości narodowych i wypracowania porozumienia w sprawie ich statusu. Jak sam przyznawał, był to błąd, bowiem w rządzie pozostawał „obcym ciałem”, nie miał zbytniego wpływu na bieg wydarzeń, a kompromis pomiędzy ekstremalnymi biegunami – endekami i mniejszościami narodowymi – okazał się niezwykle trudny. Udało mu się przeforsować kilka regulacji polepszających sytuację mniejszości oraz całych Kresów, ale była to kropla w morzu potrzeb. Zrezygnował ze stanowiska w połowie roku 1925. Bernard Singer pisał o nim: „Bez partii, bez wpływu na cokolwiek, niemalże bez słuchacza pozostał trybun”.

W tym okresie, w roku 1924 i 1925, podejmował starania na rzecz nakłonienia Józefa Piłsudskiego do powrotu do czynnej polityki i objęcia któregoś z kluczowych stanowisk w dziedzinie obronności państwa. Od czasów I wojny światowej Thugutt darzył Marszałka ogromnym szacunkiem, choć nie zawsze zgadzał się z nim – w autobiografii pisał: „/…/ mam prawo stwierdzić: nie zaniedbałem w swoim życiu politycznym niczego, co by Piłsudskiemu mogło ułatwić pracę i życie w Polsce”.

Wraz z inteligenckimi „uciekinierami” z PSL „Wyzwolenie” i kilkoma posłami wcześniej niezrzeszonymi, powołał Klub Pracy, o orientacji demokratyczno-lewicowej (m.in. Kazimierz Bartel i Bolesław Wysłouch). Nie przejawiał jednak większej aktywności, a jesienią 1926 r. pożegnał się z tym środowiskiem z powodu jego ewolucji ku obozowi sanacyjnemu.

***

Zamach majowy 1926 r. ocenił krytycznie, ale początkowo łagodnie. Potępiał rozlew krwi, tym bardziej, że jego zdaniem autorytet Piłsudskiego był tak znaczny, iż można było uniknąć bratobójczych starć. Od dawna darzył Marszałka wielką estymą i uważał, że jeśli przejęcie przez niego władzy ma służyć przezwyciężeniu chaosu toczącego Polskę, to takie odstępstwo od zasad demokracji jest do przyjęcia. Po roku rządów Piłsudskiego pisał o nim, tonując własną krytykę obozu sanacyjnego, że Marszałek „/…/ uczył innych z narażeniem własnego życia kochać Ojczyznę wtedy, kiedy niejeden z późniejszych dygnitarzy Rzeczypospolitej zakazywał surowo samemu sobie myśleć o Polsce”. Dlatego też początkowo ocena przewrotu i jego skutków była zniuansowana. W 1927 r. Thugutt stwierdzał: „Ogólny rezultat byłby /…/ raczej dodatni, gdyby nie /…/ fakt, że poza pewnymi polepszeniami kryje się coraz bardziej dotkliwa nędza klas pracujących”.

Jednak w miarę upływu lat coraz bardziej krytycznie oceniał obóz sanacji, przede wszystkim rosnący autorytaryzm władzy, ograniczanie swobód obywatelskich, podkopywanie demokracji. W roku 1928 pisał: „Naszej zgody na zniszczenie Sejmu, na odebranie ludowi prawa wyrażania swej woli nigdy nie będzie. /…/ Odebrać głos można by nam tylko przemocą, ale nie ma jeszcze na szczęście w Polsce tak wielkiego więzienia, w którym dałoby się zamknąć nas wszystkich”. W jego opinii, taki model sprawowania władzy prowadzi donikąd. Zamiast jednoczyć społeczeństwo, antagonizuje je. Zamiast angażować różne grupy w działania na rzecz wspólnego dobra – skupia się na „samych swoich”. Zamiast uzdrowienia państwa, dokonuje się jego przejęcie przez wąską kastę, nie poddaną kontroli. „Dawniej włóczyli się po biurach rządowych posłowie, którzy niejednokrotnie załatwiali tam swoje partyjne czy osobiste interesy. Dzisiaj włóczą się jakieś ciemne typy z rozmaitych mafii i klik” – pisał w roku 1930.

Coraz bardziej krytyczny wobec sytuacji politycznej, wrócił w 1928 r. do PSL „Wyzwolenie”. Celowo uczynił to już po zamknięciu list wyborczych, aby nie podejrzewano go o zakusy na poselskie apanaże. Nie pełnił żadnych eksponowanych funkcji we władzach partii, jednak był znaczącą postacią w podejmowanych działaniach, takich jak obchody X rocznicy powołania rządu lubelskiego czy protesty przeciwko tzw. procesowi brzeskiemu liderów antysanacyjnej opozycji (istnieją opinie, że Thugutt nie zasiadł na ławie oskarżonych tylko dlatego, że Piłsudski osobiście wykreślił go z listy „przestępców”, kierując się sentymentem wobec sojusznika z czasów walk o niepodległość). W latach 1929-1930 był redaktorem pisma „Tydzień”, które integrowało centrolewicową część antysanacyjnej opozycji. W artykule programowym deklarował: „Należąc do odmiennych grup politycznych czy nie należąc do żadnej, przychodzimy z różnych stron świata, ale droga, którą iść chcemy, jest jedna. Wszyscy niewątpliwie jesteśmy szczerymi republikanami, głęboko przeświadczonymi o tym, że przyszłość Polski, jej świetność i moc, jej zdrowie, a może nawet jej byt zależy od zupełnego zdemokratyzowania nie tylko ustroju państwa, ale dusz ludzkich i podstaw życia gospodarczego”. Pismo upadło głównie z powodu częstych konfiskat nakładu przez sanacyjną cenzurę.

W obliczu potęgi obozu rządowego postulował współpracę ponad partyjnymi podziałami. Należał do czołowych twórców Centrolewu. Na jego Kongresie 29 czerwca 1930 r. był jednym z mówców. „Największe wrażenie – wspominał Adam Próchnik – wywarło przemówienie /…/ Thugutta. »Tym paniczom – mówił – śnią się po nocach korony hrabiowskie. Dobrze. Niech sobie na nich wyryją godło: przez krew do błota«”. Choć Centrolew nie odniósł sukcesu, Thugutt wcześniej i później uważał, że naturalnym sojusznikiem chłopów są socjaliści z PPS, jako reprezentanci drugiego z „odłamów” ludu – robotników.

Był natomiast jednym z architektów udanego zjednoczenia ruchu ludowego, celu niespełnionego od czasu odzyskania niepodległości. 15 marca 1931 r. połączyły się „Piast”, „Wyzwolenie” i Stronnictwo Chłopskie, a Stanisław został członkiem Rady Naczelnej zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i przewodniczącym Sądu Partyjnego, niedługo powołano go także w skład komisji ideowo-programowej. Na kolejnym kongresie, w 1934 r., został przewodniczącym Rady Naczelnej, której to funkcji zrzekł się ze względu na stan zdrowia cztery lata później – wówczas nadano mu godność honorowego prezesa RN. Jako jeden z liderów ludowców podkreślał konieczność braku kompromisów z sanacją, lecz jednocześnie przestrzegał przed sojuszem z narodowcami i komunistami oraz przed takimi metodami walki, które mogły owocować chaosem wewnętrznym, niebezpiecznym szczególnie w obliczu coraz poważniejszej sytuacji międzynarodowej w drugiej połowie lat 30-tych.

***

Choć dobiegał wówczas 60-tki, Thugutt na początku lat 30. był jednym z działaczy najbardziej zaangażowanych we współpracę z młodzieżą ruchu ludowego. Cenili go aktywiści Związku Młodzieży Wiejskiej RP i Akademickiej Młodzieży Ludowej, widząc w nim jednego z ciekawszych ideologów. Chętnie udostępniano mu łamy „Wici” i „Młodej Myśli Ludowej”. On zaś w młodych ludowcach dostrzegał szansę na wcielenie w życie ideałów Polski Ludowej. Wynikało to nie tylko z podobnych ocen istniejącego ładu – Thugutt z upływem czasu radykalizował się w kwestiach społeczno-ustrojowych, ale także w gospodarczych, coraz mocniej krytykując system kapitalistyczny; młodzież ludowa była bardziej radykalna i nonkonformistyczna niż „starzy”. Jego broszura „Listy do młodego przyjaciela” (zwana „katechizmem młodych ludowców”) spotkała się z szerokim odzewem w tym środowisku, stając się swoistym podręcznikiem dla nowych adeptów. Pisał w niej: „Należysz do najszlachetniejszej w świecie klasy, do ludzi, którzy żyją z własnej pracy, nikogo nie wyzyskując, nikomu nie będąc pijawką”. Ten „bolszewik” kończył broszurę wezwaniem: „Nie trać wiary w Polskę, bo nie ma dla ciebie poza Polską nic”.

Drugą płaszczyzną zbliżenia między „weteranem” a 20-30-latkami był także ferment ideowy w tym środowisku, poszukiwanie odpowiedzi na wyzwania współczesnego świata. To właśnie wśród „wiciarzy” popularność zyskały zapożyczone z Czechosłowacji i Bułgarii idee agrarystyczne, twórczo rozwijane na polskim gruncie. Thugutt był autorem przedmowy do czołowego manifestu tego nurtu – książki „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego” Stanisława Miłkowskiego, wydanej w roku 1934. Pisał tam: „Zarówno w mieście, jak i na wsi autor wypowiada się wyraźnie za wywłaszczeniem wielkiego kapitału, przy równoczesnym jednak pozostawieniu prywatnej własności w drobnym rolnictwie. W ten sposób system proponowany – agraryzm – zawierałby w sobie dwie płaszczyzny, dwa typy działania gospodarczego /…/. Utrzymując własność prywatną na wsi, chce dziś już tworzyć tam nowe formy pracy i posiadania, kładąc wielki nacisk na gospodarkę częściowo przynajmniej kolektywną (spółdzielczą)”. Thugutt pisał to z wyraźną aprobatą, był bowiem w tym okresie jednym z czołowych działaczy polskiej spółdzielczości.

***

Po założeniu wspomnianej „kłopotliwej” spółdzielni spożywców w Ćmielowie, Thugutt na ćwierćwiecze rozstał się z tym środowiskiem. Nie znaczy to, że porzucił takie ideały. Rolę i znaczenie spółdzielczości doceniał niezmiennie przez lata, jednak w drugiej połowie lat 20. zaangażował się całym sercem po stronie tej formy gospodarki i życia zbiorowego.

W roku 1928 spółdzielczość spożywców „Społem” zwróciła się do Thugutta z propozycją współpracy. Postanowiono wykorzystać jego wiedzę i talent publicysty do propagowania takich ideałów. Najpierw opracował zbiór teoretycznych zasad „dobrej spółdzielczości”, później poproszono go o kolejne publikacje-broszury: „Pionierzy”, „Co to jest spółdzielnia spożywców” i „Porównawcze ustawodawstwo spółdzielcze”. Do tego doszło wiele artykułów publikowanych na łamach prasy branżowej – „Spólnoty”, „Społem” i „Pracownika Spółdzielczego”, a także popularyzatorskie teksty w różnorakich czasopismach ruchu ludowego i socjalistycznego. Rok 1934 przyniósł natomiast większą pracę Thugutta na ten temat, „Spółdzielczość. Zarys ideologii” (do roku 1946 doczekała się jeszcze trzech wydań).

Od roku 1929 wchodził w skład zarządu Towarzystwa Kooperatystów – czołowej polskiej organizacji zajmującej się propagowaniem spółdzielczości. W roku 1932 został jego prezesem, sprawował tę funkcję aż do wybuchu wojny. Dwa lata później wybrano go prezesem Spółdzielczego Instytutu Naukowego, wszedł też w skład redakcji jego organu – „Spółdzielczego Przeglądu Naukowego”. Był redaktorem „Informatora Spółdzielczego Towarzystwa Kooperatystów”, w roku 1935 objął redakcję dwutygodnika „Społem”. Prowadził ożywioną działalność popularyzatorską, nie tylko jako publicysta, ale także autor wielu publicznych wykładów i organizator różnorakich imprez poświęconych spółdzielczości. Wykładał w warszawskim Gimnazjum Spółdzielczym im. Mielczarskiego, był autorem tematycznych pogadanek radiowych, przygotował cykl tekstów dla Spółdzielczych Kursów Korespondencyjnych „Społem”, tuż przed wojną sporządził broszurę z analizą spółdzielczości uczniowskiej.

To on odegrał czołową rolę w zaszczepieniu ideałów spółdzielczych młodzieży ruchu ludowego, co zaowocowało w praktyce „ekspansją” na wieś spółdzielczości spożywców, dotychczas koncentrującej się głównie w miastach. Nie był jednakże Thugutt wyłącznie teoretykiem – to w znacznej mierze dzięki jego konkretnym wysiłkom odbudowano w Warszawie spółdzielczość spożywców, pod nazwą „Zjednoczenie”. Wiele wysiłków poświęcił także stworzeniu struktur związków zawodowych w sektorze spółdzielczym, mimo znacznego oporu ze strony części tego środowiska.

Był także jednym z niewielu Polaków, którzy odegrali rolę w światowym ruchu spółdzielczym. We wrześniu 1934 r. jako delegat „Społem” wziął udział w XIV Kongresie Międzynarodowego Związku Spółdzielczego w Londynie. Dwa lata później wybrano go w skład jednej z najważniejszych instytucji tego ruchu – Międzynarodowego Instytutu Spółdzielczego, kierowanego przez prof. Charlesa Gide’a, który nb. bardzo cenił Thugutta, mimo iż Polak często polemizował z jego poglądami. Również w 1936 r. był przewodniczącym zjazdu Centralnego Komitetu Międzynarodowego Związku Spółdzielczego, który odbył się w Warszawie.

***

Nie można być spółdzielcą, nie uznając konieczności wzajemnej pomocy, jako naczelnej zasady współżycia ludzkiego. /…/ współczucie dla pokrzywdzonych leży u źródeł spółdzielczości. Oczywiście nie słodkawa litość, która chce, samą siebie oszukując, wykpić się rzuceniem ofiarom krzywdy ochłapów, ale szczere i odważne postanowienie zniszczenia zła przez wyrwanie go z korzeniem, przez zmianę stosunków, w których rodzi się i rozkwita krzywda, przez zrzeczenie się korzyści, które płyną z nieczystych źródeł” – pisał w swym głównym dziele, „Spółdzielczość. Zarys ideologii”. Spółdzielczość miała wedle niego dwa wymiary – ekonomiczny (poprawa sytuacji bytowej niższych warstw społecznych oraz docelowo zmiana systemu gospodarczego) i społeczny (jako czynnik wspierający demokratyzację stosunków społecznych i ułatwiający angażowanie obywateli w kształtowanie swego życia i sfery publicznej).

Jego poglądy nt. spółdzielczości godziły radykalizm z rozsądkiem. Uważał, że taka forma gospodarki i życia społecznego powinna być głównym taranem rozbijającym kapitalizm – nie wierzył w „pokojowe współistnienie” obu tych porządków na dłuższą metę. Był także przekonany, iż system oparty wyłącznie na dążeniu do zysków jest szkodliwy i musi zostać zastąpiony bardziej „ludzkimi” rozwiązaniami. „Nie ma trwałego kompromisu między kooperatyzmem a kapitalizmem, jest tylko walka o byt. /…/ Kiedy spółdzielnia wzniesie się na wyższy stopień swojej organizacji, zaczynając produkować, usuwa nie tylko kupców, ale i przemysłowców. Kiedy powstaje bank, przeznaczony wyłącznie do obsługi spółdzielni, zarysowuje się ostatnia ściana twierdzy kapitalistycznej. /…/ Twierdzić, że nie ma istotnych różnic pomiędzy kapitalizmem a spółdzielczością byłoby to samo, co mniemać, iż nie ma żadnej różnicy między nowotworem a zdrowymi /…/ tkankami organizmu” – pisał w jednym z artykułów w 1931 r.

Wedle niego, nie jest możliwe oddzielenie spółdzielczości od antykapitalizmu. Po pierwsze, w spółdzielczość angażują się głównie ubożsi i marginalizowani członkowie społeczeństwa, im bowiem taka forma daje najwięcej korzyści. Efektem jest wyraziście klasowy charakter ruchu, choć nie jest on ani celem, ani obowiązującą zasadą. Po drugie, sposób funkcjonowania spółdzielni, ich konkurowanie z firmami prywatnymi, wyraźnie podkreśla ten antagonizm. „Nawet jej [spółdzielczości] najbardziej umiarkowane /…/ odłamy przez sam fakt swego istnienia walczą z kapitalizmem, wypierają go z jego placówek, poskramiają jego chciwość, stwarzają nowe, niekapitalistyczne formy życia gospodarczego” – pisał w „Spółdzielczości”. Taka forma gospodarki ma więc sporo wspólnego z ruchem socjalistycznym – propaguje gospodarkę uspołecznioną oraz swoistą, choć „zakamuflowaną”, walkę klas. Różni się od niego natomiast metodami (pokojowa przebudowa świata zamiast walki i rewolucji), charakterem (oddolne zmiany zamiast odgórnego ich narzucania), realizmem (konkretne rozwiązania osiągane metodą prób i błędów zamiast „książkowych” wizji) i horyzontem czasowym (nacisk na teraźniejszość zamiast rozważań o przyszłości).

Od standardowego socjalizmu odróżnia spółdzielczość również stosunek wobec postaw ludzkich. Thugutt dostrzegał wiele słabości w hurraoptymistycznych wizjach niektórych „zsocjalizowanych” odłamów spółdzielczości. Kładąc nacisk na ideowy i humanistyczny wymiar tego ruchu, przestrzegał jednocześnie przed projektami utopijnymi i pięknoduchostwem. Spółdzielczość nie może abstrahować od pewnych powszechnych postaw człowieczych. Musi zapewniać wymierny zysk i oferować konkretne, namacalne korzyści, gdyż samą ideą nikt się nie najadł. Zamiast roztaczania wizji lepszego świata, nacisk należy kłaść na poprawę losu „tu i teraz”. Spółdzielczość musi także być prężną gałęzią przedsiębiorczości, nie zaś rodzajem filantropii czy niezobowiązującym eksperymentem społecznym.

Krytykował bezpaństwowy nurt spółdzielczości. Darząc szacunkiem postawę i poglądy Piotra Kropotkina i Edwarda Abramowskiego, uważał jednocześnie za szkodliwe ich postulaty, by dobrowolne, oddolne zrzeszenia gospodarcze prowadziły do zniesienia państwa. Wskazywał nie tylko na aspekt utopijny takich pomysłów, ale także na samoistną wartość państwa jako formy organizacji życia zbiorowego wspólnoty narodowej. Państwo musi istnieć „przynajmniej tak długo, dopóki istnieć będą narody, dopóki istnieć będzie miłość do wspólnej kultury, przeszłości i zwyczajów”. Nie oznacza to bynajmniej pochwały machiny państwowej, a zwłaszcza jej rozrostu. Thugutt uważał, że to właśnie spółdzielczość jest naturalnym nowoczesnym lekiem na przerosty biurokracji i ciągoty statolatryczne. Ma ona bowiem możliwość przejmowania z rąk państwa wielu zadań ze sfery gospodarki i organizacji życia zbiorowego, a także kształtuje samodzielność obywateli, ich wiarę we własne siły oraz umiejętność oddolnej samoorganizacji.

Spółdzielczość ma – poza aspektem stricte gospodarczym – do odegrania właśnie znaczną rolę w „humanizacji” życia społecznego. Uczy współpracy, wzajemnej pomocy, odpowiedzialności za innych, a także stymuluje zaangażowanie człowieka w podejmowanie decyzji. Jako taka nie jest przeciwieństwem państwa, lecz jego wsparciem, szkołą faktycznego społeczeństwa obywatelskiego. Jest najlepszym „fundamentem” faktycznej demokracji. Spółdzielczość bowiem od początku opierała się na kilku aspektach: równości (niezależnie od ilości udziałów, każdy członek spółdzielni ma równy głos), dobrowolności akcesu (spółdzielczość oparta na przymusowym udziale – jak w ZSRR – była zdaniem Thugutta zaprzeczeniem ideałów tego nurtu), zasadzie „otwartych drzwi” (zmienny skład osobowy i brak – poza sytuacjami szczególnymi – barier dla potencjalnych chętnych nowych członków), neutralności (spółdzielczość skupia ludzi rozmaitych poglądów, akceptując ich różnorakie wybory życiowe, nie usiłując im narzucać żadnych postaw, lecz jednocząc ich ponad podziałami i ucząc pracy dla dobra wspólnego), a także uwzględnieniu celów „społecznych”, tj. wykraczających poza sferę materialnego, doraźnego zysku (każda ze spółdzielni musi tworzyć niepodzielny między jej członków fundusz społeczny, z którego finansowane są wydatki nie przynoszące zysków, np. działalność oświatowa, kulturalna itp.). To wszystko sprawia, że spółdzielczość jest szkołą demokracji – nie tylko na poziomie procedur i reguł, ale także poprzez system faktycznych zachęt do angażowania się w życie publiczne.

Który z tych trzech odłamów – ruch zawodowy [tj. związkowy – przyp. R. O.], partie polityczne czy spółdzielczość – przyczyni się najwięcej do ostatecznego zwycięstwa, jest dziś niewiadomym i przyznać trzeba dość obojętnym. Zachodzi jednak obawa, iż gdyby zwyciężył tylko ruch zawodowy, reprezentujący wyłącznie interesy wytwórców, albo partie polityczne, tak skłonne do narzucania swych poglądów przemocą, życie małych ludzi w tym nowym, lepszym świecie nie zawsze byłoby wysłane różami. Możliwość nadmiernej centralizacji, nadmiernego zbiurokratyzowania życia byłaby wysoce prawdopodobna. Spółdzielczość podlega tym samym niebezpieczeństwom, ale umie lepiej się od nich bronić. Ona jedna /…/ opiera się na interesach człowieka, nie jako cyfry statystycznej ani pojęcia prawnego, ale jako żywej istoty, będącej samej dla siebie światem” – przekonywał na kartach „Spółdzielczości”.

***

Gdy wybuchła wojna i do Polski wkroczyli hitlerowcy, 66-letni Thugutt szukał wraz z rodziną schronienia w Wilnie. Eugeniusz Andruszkiewicz, tamtejszy działacz „Społem”, wspomina: „Któregoś dnia powiadomiono mnie, że Stanisław Thugutt chce się zobaczyć ze mną. Ujrzałem go w tłumie interesantów. Do dziś pamiętam jego wygląd. Wychudła twarz z dużym zarostem, okrywał go stary, podarty chłopski kożuch, spod którego wyglądała wybrudzona, lniana chłopska koszula”. Spółdzielcy zorganizowali pomoc dla państwa Thuguttów. Stanisław wkrótce włączył się w działania tego środowiska, chcąc w warunkach sowieckiej „kurateli” ochronić majątek spółdzielczy i ocalić dobre imię „Społem”, liczył bowiem, że wojna wkrótce się skończy.

W grudniu 1939 r. otrzymał od generała Władysława Sikorskiego zaproszenie do członkostwa w powołanej we Francji Radzie Narodowej, ciała przedstawicielskiego polskich władz na uchodźstwie. Miał via Sztokholm przybyć w tym celu wraz z rodziną do Paryża. W maju 1940 r. udało się w końcu zorganizować wyjazd, państwo Thuguttowie dotarli do Szwecji, gdzie zostali otoczeni opieką przez tamtejszych spółdzielców. Plany przedostania się do Francji okazały się nierealne z powodu trwającej hitlerowskiej inwazji na Danię i Norwegię. Rozważano powrót do okupowanej Warszawy, ale przyjaciele odradzili tak ryzykowny krok.

Stanisław August Thugutt zmarł 15 czerwca 1941 r. w Sztokholmie. Pochowano go cztery dni później. Pogrzeb zgromadził kilkaset osób – zwykłych Polaków, szwedzkich spółdzielców, przedstawicieli emigracyjnych władz polskich. Trumnę zmarłego udekorowano Wielką Wstęgą Orderu Odrodzenia Polski. Mimo że od tamtego momentu minęło niemal 70 lat, jego prochy do dziś nie zostały sprowadzone do ojczyzny.

***

A co z Polską Ludową? Z Polską wolnych i równych obywateli? Z Polską sprawiedliwą i będącą godnym domem wszystkich swoich córek i synów? Stanisław Thugutt 81 lat temu pisał: „Przed nami droga daleka i trudna. Nikt z nas żywych nie zobaczy jej końca. I choć walka, którą toczymy, nie jest walką krwawą, niejeden padnie z wysiłku i znużenia. Uczcimy go serdecznym, braterskim wspomnieniem. Pozostali muszą iść dalej”. My musimy iść dalej.

Literatura (ważniejsze pozycje):

  • Jan Borkowski, Ludowcy w II Rzeczpospolitej (część I i II), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987.
  • Jan Borkowski, Od Waryńskiego do Witosa. Ruch robotniczy a chłopi i ludowcy w Polsce, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Jan Borkowski, Józef Kowal, Stanisław Lato, Witold Stankiewicz, Alicja Więzikowa, Zarys historii polskiego ruchu ludowego (tom II – 1918-1939), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970.
  • Leon Chajn, Polskie wolnomularstwo 1920-1938, wydanie II zmienione, „Czytelnik”, Warszawa 1984.
  • Ludwik Hass, Ambicje, rachuby, rzeczywistość. Wolnomularstwo w Europie Środkowo-Wschodniej 1905-1928, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984.
  • Jan Jachymek, Myśl polityczna PSL „Wyzwolenie” 1918-1931, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1983.
  • Tadeusz Janczyk, Stanisław Thugutt jako działacz spółdzielczy /w:/ Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Lato, Ruch ludowy wobec sanacji (z dziejów politycznych II Rzeczypospolitej), Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów 1985.
  • Adam Próchnik, Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej (1918-1933), Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1983.
  • Jan Sałkowski, Polityk i spółdzielca /w:/ Stanisław Thugutt, Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.
  • Janusz Socha, Stronnictwa ludowe po zamachu majowym, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Thugutt, O demokracji i ustroju Polski, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Stanisław Thugutt, Spółdzielczość. Zarys ideologji, Wydawnictwo Polskiego Związku Wychodźctwa Przymusowego w Hanowerze 1946 (wydanie IV).
  • Stanisław Thugutt, Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.
  • Janina Barbara Twaróg, Stanisław August Thugutt: krajoznawca – publicysta – wybitny działacz Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, http://khit.pttk.pl/index.php?co=tx_bio_sat
  • Alicja Więzikowa, Działalność Stanisława Thugutta w polskim ruchu ludowym /w:/ Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Alicja Więzikowa, Stanisław Thugutt (1873-1941) /w:/ Alicja Więzikowa (red.), Przywódcy ruchu ludowego. Szkice biograficzne, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1968.
  • Andrzej Wojtas, Problematyka agrarna w polskiej myśli politycznej 1918-1948, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Alicja Wójcik, Myśl polityczna Stanisława Augusta Thugutta (1873-1941), Wydawnictwo UMCS, Lublin 1992.

Tradycja i postęp

August Cieszkowski to postać wymykająca się wszelkim klasyfikacjom. Jedni określają go mianem filozofa katolickiego, inni zarzucają popadanie w herezje. Spotykamy się z określaniem go mianem konserwatysty, liberała oraz przedstawiciela młodoheglistów. Zarzuca mu się czasami mistycyzowanie i romantyczny irracjonalizm lub widzi w nim prekursora pozytywizmu, popularyzatora wzorców „pracy organicznej”. Traktowany jest jako wybitny przedstawiciel „filozofii narodowej” XIX w., ale nazywany był też „znamienitym niemieckim pisarzem”, zarzucano mu niewolnicze trzymanie się heglizmu oraz nadmierne czerpanie z myśli francuskiej.

Znany jest przede wszystkim jako filozof, czyli – wedle utartych przekonań – ktoś bujający w obłokach, pogrążony w kontemplacji, teoretycznych rozważaniach, a jednocześnie słabo orientujący się w sprawach świata. Stereotyp ten jednak zupełnie nie pasuje do Cieszkowskiego, który mimo, że poświęcił niemało uwagi problemowi Boga, przeznaczeń końcowych ludzkości etc., to równocześnie dał się poznać jako właściciel majątku ziemskiego propagujący i wdrażający w nim nowe metody uprawy, krzewiciel oświaty, działacz społeczny i polityczny. Implikuje to już sama, na wskroś praktycystyczna, wizja filozofii, którą odnajdujemy w jego pismach. Postulował on bowiem tworzenie nowego typu filozofii, która nie byłaby tylko rozumowym dążeniem do prawdy, ale i jej ucieleśnianiem. W związku z tym, stawiał przed nią cel praktyczny: musi tworzyć, wdrażać, zmieniać, winna znaleźć swój wyraz w życiu społecznym i politycznym, a nie tylko zadawalać się kontemplowaniem i poznawaniem.

***

Cieszkowski urodził się 12 września 1814 r. w Suchej koło Siedlec, zmarł 12 marca 1894 r. w Poznaniu. Jego ojciec był właścicielem majątków ziemskich na Podlasiu, Wołyniu i ziemi chełmińskiej. W dzieciństwie spędził kilka lat we Włoszech, gdzie ojciec oddał go pod opiekę byłej wychowawczyni Zygmunta Krasińskiego, baronowej de la Haye. Po powrocie do kraju pobierał nauki w Warszawie i Krakowie. Po otrzymaniu świadectwa dojrzałości rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, które kontynuował w Berlinie i Heidelbergu, gdzie w 1838 r. z powodzeniem obronił pracę doktorską. Następnie przez kilka lat podróżował po Europie, we Francji uczestniczył w zebraniach naukowych na Sorbonie i w Collége de France, przysłuchiwał się posiedzeniom parlamentu, zwiedzał fabryki i gospodarstwa rolne, w Anglii zaś studiował panujące tam stosunki społeczne, polityczne i ekonomiczne.

W 1840 r. wrócił do kraju i rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę działalność społeczną i polityczną. Początkowo przebywał w zaborze rosyjskim, wkrótce jednak kupił majątek w Wierzenicy k. Poznania. W 1848 r. z jego inicjatywy powstała Liga Polska, której celem było „…utrzymanie, bronienie, popieranie i rozwijanie sprawy narodowej polskiej na drodze jawności i legalności”1. Liga działała bardzo prężnie, czego dowodem jest fakt, iż po roku miała 246 placówek w Wielkopolsce i na Pomorzu. Po jej zamknięciu przez władze pruskie w 1850 r., Cieszkowski kontynuował działalność patriotyczną. W 1857 r. założył Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, którego prezesem był trzy kadencje. Przez kilkanaście lat zasiadał w parlamencie pruskim, występując m.in. w obronie języka polskiego w życiu publicznym, postulując tworzenie towarzystw kredytowych i nowych szkół w Wielkim Księstwie Poznańskim, które pod względem ich liczebności zajmowało ostatnie miejsce w monarchii pruskiej. Jego szczególne zainteresowanie budziły sprawy finansowe i na te tematy najczęściej zabierał głos na forum parlamentu; Cieszkowskiemu zaproponowano nawet stanowisko ministra finansów, którego jednakże nie przyjął.

Z działalności politycznej wycofał się w 1866 r., poświęcając większość uwagi gospodarstwu w Wierzenicy, pracy naukowej i społecznej.

***

Jako filozof kojarzony jest Cieszkowski przede wszystkim z oryginalnym systematem historiozoficznym, przedstawionym przez niego najpełniej w pracach „Prolegomena do historiozofii”, „Bóg i palingeneza” oraz „Ojcze nasz”. Ostatnia z nich stanowi bez wątpienia jego dzieło życia. Cieszkowski podjął jej ideę w 1836 r., kiedy to w czasie modlitwy ze swoim ojcem miał doznać objawienia i zrozumieć, iż Modlitwa Pańska nie ma li tylko charakteru błagalnego, ale stanowi swoiste proroctwo, zapowiedź „Królestwa Bożego na Ziemi”, które nie pojawi się jednak samo z siebie, w sposób automatyczny, ale tylko wtedy, gdy ludzkość poprzez czyn, działanie, pracę, doprowadzi do jego urzeczywistnienia. Na kartach „Ojcze nasz” konstatuje on bowiem, iż ustał już czas Łaski, nastał zaś czas Zasługi.

W swojej historiozofii Cieszkowski wyszedł od zakwestionowania Heglowskiej periodyzacji dziejów, obejmującej cztery epoki, podkreślając, iż berliński filozof popełnił błąd odchodząc od schematu trójdzielnego na rzecz czterodzielnego, zawieszając w tej kwestii działanie praw dialektyki. Drugim kardynalnym jego błędem miało być usunięcie przyszłości z obszaru swych rozważań – Hegel, który tak mocny nacisk położył w „Fenomenologii ducha” na całość, jej pierwotny wobec części charakter, na tej płaszczyźnie znów dopuścił się niekonsekwencji. Dzieje rozważane jako całość nie mogą bowiem obejmować tylko wydarzeń przeszłych i teraźniejszych, ale i to, co się dopiero zdarzy. Zdaniem Cieszkowskiego, „…bez poznawalności przyszłych czasów, bez przyszłości jako integralnej części historii przedstawiającej urzeczywistnienie przeznaczeń ludzkości” nie można dojść do poznania procesu dziejów powszechnych2.

Całość dziejów Cieszkowski dzieli na trzy epoki: przeszłość (starożytność, epoka Sztuki), teraźniejszość (świat chrześcijański, epoka Nauki) i przyszłość („Królestwo Boże na Ziemi”, epoka Czynu). Zgodnie z Heglowską dialektyką, pierwsza faza ma charakter tetyczny (okres nadmiernej materialności), druga antytetyczny (okres spirytualistyczny, zwrócenia się człowieka ku własnemu wnętrzu), trzecia zaś syntetyczny (jedność praktyki i teorii, bytu i myśli, powszechna reintegracja). Kolejne epoki następują po sobie ewolucyjnie, każda z nich jest koniecznym ogniwem rozwoju, najwyższą wartość posiada oczywiście przyszłość, ale ta nie mogłaby zaistnieć, gdyby nie okresy ją poprzedzające i wartości wypracowane w nich.

Nie ma więc u Cieszkowskiego przeciwstawienia świetlanej przyszłości dawnym wiekom ciemnoty i niesprawiedliwości, ani też utopii retrospektywnej, mitu „złotego wieku”. Prawdziwy konserwatysta, jego zdaniem, oddaje sprawiedliwość przeszłości i teraźniejszości, nie przestając ani na moment być człowiekiem przyszłości. Ideał i rzeczywistość nie stanowią przeciwieństw – ten pierwszy jest raczej rozwinięciem, udoskonaleniem drugiego. Pisze on wręcz, iż głównym błędem każdej utopii jest to, iż „…zamiast rozwijać się razem z rzeczywistością, chce ona wtargnąć w rzeczywistość; a to nigdy jej się nie uda, skoro bowiem jest utopią musi ją dzielić od rzeczywistości otchłań nie do przebycia”3.

Przyszłość zaś to dla Cieszkowskiego uniwersalna synteza, harmonia, przezwyciężenie dualizmu działalności duchowej i praktycznej, religii i polityki, myśli i bytu, „stopienie zewnętrzności i wewnętrzności w procesie absolutnego czynu”. Jak pisze Piotr Bartula, aktywność ludzka rozumiana była przez Cieszkowskiego dwojako: „raz jako mistyczne obcowanie istot ziemskich z Absolutem i metafizyczną z nim współpracę w urzeczywistnieniu dziejowego prawa, po wtóre jako działanie polityczne, jako czyn społeczny. W filozofii czynu przezwycięża Cieszkowski dualizm działalności duchowej i działalności praktycznej. Mistyczna więź z Absolutem nie jest sprzeczna z praktyczną działalnością w świecie ziemskim. Człowiek chcący wspiąć się na wyższy szczebel bytu nie powinien porzucać doczesności na rzecz zaświata, pracy i rozumnej konsumpcji na rzecz ascezy. Nie powinien pogardzać swą skończonością, ziemską egzystencją, ani dążyć do anihilacji w absolucie. Kłóciłoby się to bowiem z samą naturą Absolutu. Jest nią wszak syntetyzowanie jednostkowości i ogólności, doczesności i wierności, materii i ducha. /…/ Człowiek dotychczas rozparcelowany w czasie historycznym na segmenty: estetyczny, religijny, intelektualny, przejdzie w nową fazę syntetyczną: istoty mistyczno-praktycznej”4.

Filozofia w epoce przyszłości, zdaniem Cieszkowskiego, przejdzie „z czystej swej postaci w inny element”. Przestanie być jedynie czystą teorią bytu, rozumowym dążeniem do prawdy, będzie zaś kreowaniem, przekształcaniem świata, „filozofią stosowaną”, upraktycznioną. Odkrycie metody – jak pisze Cieszkowski – stanowi bowiem upragnione od dawna odkrycie „…kamienia mądrości: teraz chodzi o to, aby zdziałać owe cuda, które leżą w jego mocy”5. Przyszłe uniwersalistyczne „Królestwo Boże” nie oznacza też dla Cieszkowskiego jakiejś powszechnej uniformizacji, jedność nie jest tożsama z ujednostajnieniem. „Rzeczywista jedność jest zawsze Jednością wielu, czyli zjednoczeniem, pojednaniem, jest zawsze organizmem, skojarzeniem różnorodnych żywiołów, nie zaś stopieniem ich w jedną martwą formę”6. Kto marzy zaś o kosmopolitycznym „…zatarciu narodowości, o zamalowaniu wszystkich ludów jedną barwą, i przypasowaniu ich do jednej miary, tenby marzył tylko o Prokrustowem łożu dla ludów”7.

***

Dla Cieszkowskiego nie ma uniwersalnych form rządu, odpowiednich w każdym miejscu i czasie, nie istnieją jednakowo dobre dla wszystkich rozwiązania społeczno-gospodarcze. Świat bowiem to nie sterylne laboratorium, a więc „…życie instytucji społecznych musi rozwijać się na gruncie pierwiastków Narodowych pod karą śmierci bezowocnej”8. Zdaniem badaczy problemu, w poglądach ekonomicznych Cieszkowskiego najmocniej widoczne są wpływy konserwatywnych romantyków niemieckich na czele z Adamem Müllerem, socjalistów utopijnych oraz ekonomii drobnomieszczańskiej Jeana Charlesa Sismonde de Sismondiego9. Sposób gospodarowania co prawda, jak podkreśla, „…u rozmaitych narodów różnym być powinien, stosownie do różnicy ducha narodowego”10, jednak można oczywiście wskazać pewne ogólne mechanizmy, którymi powinien się kierować.

Przede wszystkim winno nastąpić „organiczne pojednanie” między interwencjonizmem państwowym a leseferyzmem. Zasadę laissez faire laissez passer należy zastąpić inną, mówiącą aidez á faire et developpez – organisez (pomagajcie i rozwijajcie). Wprawdzie z sympatią mówi o wolnym handlu, jednak odrzuca skrajny liberalizm gospodarczy, uznając, iż państwo ma prawo interweniowania w życie gospodarcze, byle czyniło to w sposób umiarkowany, ostrożny i okazjonalny. „Kapitały prywatne – podkreślał – kosztem teraźniejszości niewiele dbają o przyszłość; wymagają korzyści natychmiastowych i wyzyskują najchętniej to, co już mniej lub więcej dochód przynosi. Słowem kąt widzenia jednostki, a nawet stowarzyszenia nie obejmuje widnokręgu dość rozległego. /…/ Tylko przeto działanie publiczne może pomóc w sposób pobudzający i dodatnio protekcyjny niedomaganiem akcji prywatnej; dlatego właśnie uznajemy konieczność zarządzeń administracyjnych”11.

Przykładowymi dziedzinami, które pozostawałyby poza zainteresowaniem prywatnego kapitału ze szkodą dla dobra publicznego, są kolejnictwo czy górnictwo, wymagające wielkich nakładów finansowych i nie generujące natychmiastowych zysków. Cieszkowski zwraca tutaj zresztą uwagę na jeszcze jeden mechanizm, podkreślając, iż w wypadku eksploatacji górniczej już zaawansowanej, kiedy kopalnie przynoszą poważne dochody „…wzgląd na rentowność przeważa nad troską o przyszłość, a chciwość osobista może błędnymi zarządzeniami wyczerpać źródła bogactw, z których korzystać by mogła rozsądna eksploatacja”. Rolnictwo czy leśnictwo to kolejne gałęzie gospodarki narażone na poważne szkody w przypadku pozostawienia wszystkiego wolnej grze interesów oraz całkowitej prywatyzacji.

Cieszkowski bynajmniej nie jest jednak zwolennikiem monopolu państwowego, nie żąda całkowitej nacjonalizacji górnictwa, lasów czy kolejnictwa. Zaleca jedynie istnienie państwowej konkurencji w tych gałęziach gospodarki czy też ich wspomaganie przez państwo. Widzi potrzebę równoległego współdziałania i współistnienia różnych form własności: prywatnej, państwowej i samorządowej, wierząc, że zapewni to gospodarce harmonijny rozwój i zapobiegnie tworzeniu się monopoli, w których upatrywał największe zagrożenie dla swobody gospodarowania i wolności politycznej. Nie podzielał natomiast opinii, iż niewidzialna ręka rynku jest w stanie zawsze doprowadzić do powszechnego dobrobytu i harmonii, że realizacja egoistycznych interesów per saldo wychodzi na dobre społeczeństwu.

Z drugiej strony jednakże przestrzega przed nadmiernym interwencjonizmem państwa, zwracając uwagę, iż tam, gdzie interesy prywatne w żaden sposób z publicznymi nie kolidują, „wkroczenie rządowe zdołałoby jedynie spaczyć lub wstrzymać” rozwój prywatnego przedsiębiorstwa. Państwo winno rozwijać w dziedzinie gospodarczej działalność pozytywną, granice jego kompetencji powinny być ściśle zakreślone. Tam, gdzie jednostka, a przede wszystkim zrzeszenia wytwórcze (czyli tzw. asocjacje, używając nomenklatury autora „Ojcze nasz”), których tworzenie postuluje, mogą sobie poradzić bez jego pomocy, winno ono pozostawić im swobodę działania.

Wiąże się to z bardzo mocnymi akcentami decentralistycznymi. Jego zdaniem, każdy obywatel ma nie tylko prawo, ale i obowiązek brać udział w życiu publicznym, czego warunkiem jest organizacja państwa na zasadach samorządności. Państwo bowiem to wspólnota wspólnot – postuluje on zatem przekazanie szeregu prerogatyw samorządom terytorialnym oraz zawodowym, czyli wspomnianym asocjacjom. W „Ojcze nasz” czytamy, iż „jak środkiem i organem Wolności jest współuczestnictwo wszech obywateli do spraw publicznych oraz samorządność gmin i wszelkich społeczeństw – tak znowu środkiem i organem Porządku jest Rząd – silna centralizacja administracyjna, nie wyłączająca wcale owej samorządności gmin w większych i mniejszych zakresach…”12.

Cieszkowski wysuwa również postulaty udziału pracowników w zyskach przedsiębiorstwa, widząc w tym środek, który posłuży najlepiej pobudzaniu do większej aktywności i bardziej twórczej pracy. Wedle niego, robotnikowi oprócz zwykłej pensji, zapewniającej „minimum egzystencji”, wypłacane powinny być również tantiemy stanowiące narzędzie uwłaszczenia, w dalszej perspektywie pozwalające dojść nawet do posiadania własnego przedsiębiorstwa. Postuluje też zabezpieczenie każdemu człowiekowi niezbędnego minimum, proporcjonalnego do aktualnego dobrobytu danego społeczeństwa. Obejmowałoby ono nie tylko dochód pieniężny, ale i podstawową edukację powszechną czy dostęp do dóbr kulturalnych. Obowiązek zabezpieczenia wszystkim owego minimum spoczywać miał na państwie. Człowiek bowiem dopiero wówczas stanie się człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu, gdy nie będzie już pracował, aby przeżyć, lecz żył po to, aby pracować, tzn. rozwijać się i doskonalić.

Tego rodzaju stanowisko Cieszkowskiego powoduje, iż niektórzy badacze, jak np. Andrzej Walicki, kwalifikują je jako antycypację koncepcji welfare state. Wydaje się jednak, iż bliżej autorowi „Ojcze nasz” do pomysłów rozwijanych w ówczesnej katolickiej nauce społecznej. Sporo racji wydaje się mieć więc ks. Michał Poradowski pisząc, iż był on tym dla Polaków, kim bp. Wilhelm von Ketteler dla Niemców, a Frédéric Ozanam dla Francuzów, a nawet nazywając go poprzednikiem Leona XIII13.

***

Cieszkowski nie był jednak człowiekiem, który jedynie dawał rady innym. We własnym gospodarstwie usiłował bowiem wcielać w życie te pomysły, które przedstawiał w swoich pracach. W 1842 r. osiadł w Wierzenicy, stając się właścicielem jej oraz kilku okolicznych folwarków. Dobra te należały do najbogatszych wówczas podpoznańskich majątków. Został właścicielem olbrzymiego areału rolnego oraz torfowisk, gorzelni, młyna, cegielni czy wapniarni.

Od początku postanowił przekształcić ów majątek w gospodarstwo wzorcowe, służące przykładem dla innych, w którym wdrażano by w życie najnowsze osiągnięcia agrotechniczne. Na łamach „Ziemianina” pisał w 1850 r., że dziś „…już nie może ślepa rutyna prowadzić rolnika, obudził się do najwyższego stopnia duch spekulacji. W rolnictwie są pewne zasady, pewne niezbite aksjomata, z których za pomocą nauk przyrodniczych wystawiona została ściśle naukowa i umiejętna budowa gospodarstw rolnych. Porównajmy gospodarstwa nasze z gospodarstwami Belgii, Anglii, Niemczech. Jakże daleko za nimi jesteśmy”14. W związku z tym stworzył gospodarstwa doświadczalne, rolnicze stacje naukowo-badawcze, promował swe pomysły, nowe rozwiązania i techniki jako członek Towarzystwa Włościańskiego, Towarzystwa Agronomicznego czy Towarzystwa Rolników Poznańsko-Szamotulskiego.

Mając na celu polepszenie bytu pracowników, w swoim majątku w Wierzenicy dopuścił ich na określonych zasadach do udziału w dochodach z gospodarstwa. Cieszkowski zainicjował również tworzenie tzw. ochronek wiejskich – zagadnieniu temu poświęcił zresztą osobną rozprawę pt. „O ochronach wiejskich” zapewniających dzieciom opiekę, ale i realizujących określony program wychowawczy. Postulował rozwój sieci tego rodzaju placówek, finansowanych przez rząd, w całym kraju. Wskazywał  na potrzebę właściwego wychowania dziecka w wieku przedszkolnym. Tym bardziej, że dzieci wiejskie, przychodzące do szkół elementarnych, nie mają żadnego przygotowania. Szkoła zaczyna pracę pedagogiczną, lecz nie od początku; pominięty zostaje bowiem zupełnie pierwszy, 7-letni okres rozwojowy.

Zainteresowania pedagogiczne Cieszkowskiego nie kończyły się jednak na wychowaniu przedszkolnym. Dążył również do przełamania tradycyjnego modelu kształcenia rolniczego. Chciał oprzeć je na podstawach naukowych, stworzyć w Wierzenicy zalążek gospodarstwa doświadczalnego, a następnie instytutu naukowo-badawczego. Powołał w związku z tym Wyższą Szkołę Rolniczą im. Haliny w Żabikowie (nazwaną na cześć żony zmarłej w 1861 r.), która miała na celu kształcenie młodzieży do zarządzania majątkami. Dysponowała bogatą biblioteką, laboratoriami i poletkami doświadczalnymi – zyskała rangę szkoły wyższej i stanowiła, zdaniem badaczy, prekursorską pod wieloma względami uczelnię rolniczą w Europie. Oprócz przedmiotów teoretycznych, w programie nauczania znajdowały się podstawy produkcji roślinnej i zwierzęcej, budownictwo wiejskie, maszynoznawstwo, użytkowanie i hodowla lasu, melioracje rolnicze i leśne oraz ekonomika i organizacja rolnictwa, leśnictwa, ogrodnictwa, sadownictwa, warzywnictwa. Wyższa Szkoła Rolnicza nie tylko przygotowywała absolwentów do pracy zawodowej, ale rozwijała również własną działalność naukową w zakresie rolnictwa i leśnictwa. Jednak fakt, iż obok nauczania rolniczego nie zaniedbywano tam również formacji patriotycznej, zaniepokoił władze pruskie i w 1876 r. została zlikwidowana przez Bismarcka. Przez 25 lat toczył też Cieszkowski, zakończoną niestety niepowodzeniem, batalię z rządem pruskim o erygowanie w Wielkim Księstwie Poznańskim uczelni wyższej. Kiedy zaś, już po jego śmierci, w roku 1919 doszło do utworzenia w Poznaniu polskiego uniwersytetu, w jego skład, oprócz Wydziałów Filozoficznego i Prawnego, wszedł także Wydział Rolniczo-Leśny (w 1951 r. przekształcony w samodzielną Wyższą Szkołę Rolniczą, dziś Akademia Rolnicza), oparty w dużym stopniu na dorobku naukowym i dydaktycznym oraz zasobach materialnych Wyższej Szkoły Rolniczej z Żabikowa.

***

Hegel w „Wykładach z filozofii dziejów” pisał o szczególnym talencie Niemców do teoretycznych spekulacji, Francuzów zaś do praktycznego działania. Polakowi Cieszkowskiemu, jak się wydaje, udało się harmonijnie połączyć te dwie tendencje w swym życiu i twórczości. Poprzez działalność pisarską i społeczną potwierdził słowa Krasińskiego, który akceptując ową Heglowską dyferencjację stwierdzał, iż jest jeszcze obok „plemienia” francuskiego (politycznego) i niemieckiego (filozoficznego), także plemię słowiańskie – religijne, syntetyzujące pierwiastki francuskie i niemieckie, „…nie goniące wyłącznie za doczesnymi przypadki ni też fanatycznie zapatrzone w światło oderwanej od świata mądrości”15.

Cieszkowskiego można również nazwać osobą budującą pomost między romantyzmem i pozytywizmem, a raczej ilustrującą słabości akademickich podziałów „romantyzm – pozytywizm”, wedle których przedstawicieli pierwszej z epok przedstawia się jako pięknoduchów, z niechęcią patrzących na sprawy przyziemne, natomiast drugiej jako ludzi twardo stąpających po ziemi, realistów zajętych organicznikowską pracą. Tego rodzaju rozróżnienie okazuje się nie mieć wielkiego przełożenia na rzeczywistość, a przykład Cieszkowskiego jest co prawda jednym z wielu, ale bardzo wymownym tego dowodem. Autor „Ojcze nasz” to bowiem romantyk, człowiek swojej epoki, współczesny nie tylko czasowo, ale i filozoficznie Mickiewiczowi, Krasińskiemu, Hoene Wrońskiemu, a jednocześnie adept „konkretnej roboty”.

Piotr Bartula, usiłując uwypuklić specyfikę myśli Cieszkowskiego, podkreśla, iż dostrzegamy w niej splatanie się elementów utopijnych i realistycznych, konserwatywnych, liberalnych i socjalnych, odrzucenie rewolucyjnych metod działania, ale i zdystansowanie się od czysto technicznego rozumienia polityki jako realizacji woli panowania. Świat zaś aby mógł, wedle niego, zmierzać we właściwym kierunku „musi być Boską harmonią przez ludzi poznaną i odegraną. Prawo to nie jest dane raz na zawsze przez Łaskę Absolutną, ale musi być kultywowane przez Czyn i Zasługę wielu pokoleń. Jest bowiem to prawo wkomponowane w proces ewolucyjnego samorozwoju moralnego ludzkości zbliżającej się nieustannie do samopoznania swej kondycji i wstąpienia do Królestwa Bożego. Z jednej strony Cieszkowski sądził, iż możliwe jest przewidywanie przyszłości i tworzył wizję socjalną tej przyszłości, z drugiej natomiast przeprowadził krytykę rewolucyjnych ideologii, gotowych poświęcać teraźniejszość dla przyszłości. Gdy ważny jest tylko »bój nasz ostatni«, nieważna staje się rzeczywistość istniejąca »tu i teraz«, a to przesądza o zapaści cywilizacyjnej i obniżeniu się poziomu dziejów16.

Przypisy:

1 J. Kutta, Działalność parlamentarna Augusta Cieszkowskiego w latach 1848-1866 [w:] Spacer aleją filozofów. August Cieszkowski i jego intelektualna spuścizna, pod red. J. Banaszaka, W. Trzeciakowskiego, Bydgoszcz 2004, s. 25.

2 A. Cieszkowski, Prolegomena do historiozofii, Poznań 1911, s. 8.

3 Ibid., s. 99.

4 P. Bartula, „Jako w niebie tak i na ziemi”. August Cieszkowski redivivus, Kraków 2006, ss. 37-38.

5 A. Cieszkowski, op. cit., s. 88.

6 Tenże, Ojcze nasz, t. 4, Poznań 1906, s. 84.

7 Ibid., s. 100.

8 Tenże, O izbie wyższej i arystokracji w naszych czasach, Poznań 1908, s. 6.

9 A. Roszkowski, Poglądy społeczne i ekonomiczne Augusta Cieszkowskiego, Poznań 1923; G. Spychalski, Myśl społeczno-gospodarcza Augusta Cieszkowskiego, Łódź 2001.

10 A. Cieszkowski, O kredycie i obiegu, Poznań 1911, s. 251.

11 Ibid., s. 99.

12 Tenże, Ojcze…, s. 163.

13 Ks. M. Poradowski, Palimpsest, [Wrocław] 1994, s. 144.

14 J. Stępień, Społeczno-ekonomiczne aspekty funkcjonowania majątku Cieszkowskiego w Wierzenicy [w:] Duch wielki serce złote. August Cieszkowski i jego intelektualna i materialna spuścizna, red. A. Kurowski, E. J. Buczyńska, W. Buczyński, Swarzędz 2004, s. 59.

15 Z. Krasiński, O stanowisku Polski z Bożych i ludzkich względów [w:] Tenże, Pisma filozoficzne i polityczne, Warszawa 1999, ss. 51-52.

16 P. Bartula, „Jako w niebie tak i na ziemi…, s. 96.

O dobro powszechne. Ekonomia społeczna Stanisława Grabskiego

O dobro powszechne. Ekonomia społeczna Stanisława Grabskiego

Stanisław Grabski znany jest przede wszystkim jako długoletni działacz obozu narodowego i brat Władysława Grabskiego – architekta reformy monetarnej i skarbowej w Polsce międzywojennej. O wiele słabiej kojarzony jest zaś jako działacz społeczny oraz profesjonalny ekonomista, twórca autorskiego programu ekonomii społecznej.

Na taki stan rzeczy złożyło się wiele przyczyn. Grabski w zasadzie odszedł od czynnej działalności politycznej po 1926 r. Nie do końca akceptował bowiem ewolucję swojej formacji, krytycznie oceniał niektóre posunięcia Dmowskiego oraz kierunek ideowy wyznaczany przez młodą generację obozu narodowego, która zaczęła dochodzić do głosu po przewrocie majowym. Z drugiej strony, młodzi narodowcy traktowali koncepcje Grabskiego jako nie odpowiadające potrzebom chwili, wyrażające przebrzmiałego już ducha pozytywizmu, kształtującego ideologię obozu narodowego w pierwszej fazie jego istnienia.

Do tego doszedł fakt zaangażowania się Grabskiego po II wojnie światowej w przemiany w Polsce, dokonujące się pod dyktando sowieckie. Spowodowało to, iż narodowcy w latach powojennych z dystansem i nieufnością podchodzili do jego osoby i niezbyt chętnie odwoływali się do niego jako antenata ideowego. Nie bez racji już w międzywojniu Adolf Bocheński pisał o Grabskim, że „…jego działalność polityczna budzi o wiele większe zainteresowanie od jego twórczości pisarskiej”1.

***

Stanisław Grabski urodził się 7 kwietnia 1871 r. w Borowie w woj. mazowieckim, w rodzinie ziemiańskiej. W młodości związany był z ruchem socjalistycznym. Od początku odstawał jednak od poglądów dominujących w tym środowisku. Co prawda w młodości przestudiował „Kapitał” Marksa oraz „Manifest komunistyczny” i jak twierdził, był bodaj jedynym w Polsce gimnazjalistą, który mógł się tym poszczycić, jednak już wkrótce nie zawahał się bezpardonowo krytykować doktryny Marksa i Engelsa. Lektura Krytyki czystego rozumu” Immanuela Kanta i „Logiki” Wilhelma Wundta doprowadziła go do „odrzucenia materialistycznej filozofii”, a wraz z tym stracił dla niego „wszelki urok i materializm dziejowy”2.

Kolejną z punktu widzenia ortodoksji marksistowskiej herezją Grabskiego było tzw. patriotnictwo. W 1892 r. ogłosił na łamach „Gazety Robotniczej” cykl artykułów, w których podkreślał, wbrew opinii dominującej w środowiskach socjalistycznych, iż nie można czekać ze sprawą niepodległości Polski aż do całkowitego załamania ustroju kapitalistycznego, lecz postulat ten winien być natychmiast włączony do programu politycznego socjalistów polskich. Reakcją na to był list podpisany m.in. przez Juliana Marchlewskiego i Różę Luksemburg, zarzucający Grabskiemu „…przemycanie do programu socjalistycznego »patriotnictwa«, które jest z istoty swej siłą reakcyjną. List ten kończył się retorycznym pytaniem, czy nie zamierzam wprowadzić na wiece socjalistyczne zamiast »Czerwonego sztandaru« – »Jeszcze Polska nie zginęła« wraz ze słowami »dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy«, i patetycznym wykrzyknikiem: »Więc Bonaparte, nie Marks«”3.

Dodatkowo, w redagowanej przez Grabskiego w Berlinie „Gazecie Robotniczej” pojawiły się artykuły Stanisława Przybyszewskiego, pełne cytatów z Nowego Testamentu i Ojców Kościoła. Jak pisze Grabski, była to „najgorsza herezja”, o której doniesiono przywódcom niemieckiej Socjalnej Demokracji. W konsekwencji został zaproszony przed oblicze Augusta Bebla, Karla Liebknechta i Ignaza Auera, którzy ostro skrytykowali odejście „Gazety Robotniczej” od zasad materializmu. Grabski miał odpowiedzieć dłuższą tyradą, której zwieńczenie stanowiła deklaracja, iż nie będzie „z polskich serc zabierał Boga, bo wtedy zostanie w nich tylko błoto”4. Choć sam wówczas niewierzący, ostro sprzeciwiał się bowiem atakowaniu religii. Dał temu wyraz również na paryskim zjeździe socjalistów polskich w 1892 r., konstatując, że „nie należy na religię napadać”, a obrona ateizmu nie ma sensu, gdyż jest on nienaukowy5.

Po powrocie z zagranicznych wojaży, Grabski aktywnie działał na niwie społecznej. Czerpiąc wzorce z rozwiązań szwajcarskich, którym przyjrzał się podczas pobytu w tym kraju, usiłował założyć np. we wsi Tonie spółkę mleczarską, aby ułatwić chłopom sprzedaż mleka. Na własny koszt dokonał wizytacji wszystkich kółek rolniczych w powiecie krakowskim, próbując propagować nowe techniki uprawy i uzyskać rozeznanie na temat stanu polskiej wsi oraz roli, jaką odgrywają organizacje samopomocowe. Rekonesans utwierdził go ostatecznie w przekonaniu, że jeśli Polska Partia Socjalistyczna chce rzeczywiście dotrzeć do mas ludowych, to musi porzucić frazeologię marksistowską.

Dał temu wyraz na łamach „Głosu Ludowego”, gazetki, którą wydawał w Krakowie. Spotkało się to z niechęcią środowiska socjalistycznego i krytyką pod jego adresem, w efekcie został odsunięty od edycji pisma. W odpowiedzi wysłał do kierownictwa partii list, w którym oznajmił: „Ja uważam stronnictwo za środek, za metodę postępowania, wy za cel, a naród za środowisko działania. /…/ Wierzę w to głęboko, że za lat parę przyjdziecie do tego samego co ja, do potępienia walki klasowej, do ideału chłopa i robotnika obywatela kochającego ojczyznę, dążącego do praw na zasadzie przyjmowanych przez się obowiązków – a porzucicie dzisiejszy ideał proletariusza walącego silną pięścią w gmach społeczny, by otworzyć sobie drogę do dobrobytu i władzy. Wierzę w to i dlatego chcę i mogę czekać spokojnie. Tylko boję się, że później ciężko będzie odrabiać błędy dzisiejsze, bo wkrótce przekonacie się, że propaganda walki klasowej i egoizmu klasowego na wsi – to woda na młyn moskiewski. Nie świadomości odrębnych swych interesów klasowych, lecz poczuć obywatelskich, lecz ideałów Ojczyzny, wolności i sprawiedliwości chłopu dziś brakuje6.

RYS. ROCKWELL KENT

 

***

Stopniowo tracił kontakt z ruchem socjalistycznym, przesuwając się w stronę obozu narodowego. Rozczarowany był do programu i metod działania socjalistów, coraz bardziej krytyczny wobec Józefa Piłsudskiego, a przede wszystkim z niepokojem patrzył na wzrost znaczenia w PPS internacjonalistów niechętnych „socjalpatriotyzmowi”. Na początku XX w. podejmował bezskuteczne próby na rzecz porozumienia PPS i Ligi Narodowej. Piłsudski, jak pisze, chciał „…jak najsilniej zrewolucjonizować lud polski. Do tego miały prowadzić po pierwsze – masowe demonstracje, po drugie – zbrojne działania /…/ Dmowski obawiał się, że gdy zacznie się w Królestwie walka rewolucyjna podobnymi, jak to się działo w Rosji, metodami – w masach ludowych zaczną brać górę dążenia klasowe nad narodowymi”7.

Przystępując do Ligi Narodowej, Grabski zastrzegł, iż nie weźmie udziału w działalności galicyjskiego Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego, w związku z zaangażowaniem w prace społeczno-kulturalne i naukowe. Wówczas bowiem został wybrany do zarządu Towarzystwa Kółek Rolniczych, gdzie kierował akcją zakładania sklepików kółek rolniczych, którym, jak wspomina, starał się nadać bardziej spółdzielczy charakter8. Jego zainteresowanie sprawami wsi zaowocowało porozumieniem między Narodową Demokracją a Stronnictwem Chrześcijańsko-Ludowym znanego działacza chłopskiego, ks. Stanisława Stojałowskiego.

W czasie I wojny prowadził szeroko zakrojoną działalność w Rosji, później zaś jako członek Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu zajmował się m.in. kwestią powojennych granic polskich. W II Rzeczypospolitej aktywnie działał na forum parlamentarnym jako jeden z inicjatorów konsolidacji środowisk narodowych, czego wyrazem był utworzony w lutym 1919 r. klub parlamentarny Związku Sejmowego Ludowo-Narodowego. Jako delegat sejmu odegrał wiodącą rolę podczas rokowań pokojowych z bolszewikami w Mińsku i Rydze. W następnych latach dał się poznać również jako główny architekt konkordatu z 1925 r., za co uhonorowany został tytułem doktora honoris causa Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie oraz orderem Piusa XI.

W 1924 r. wszedł w skład tzw. Komisji Czterech, której zadaniem było uporządkowanie przepisów dotyczących urzędowego języka na Kresach Wschodnich. Grabskiemu udało się przeforsować projekt tworzenia na obszarze województw wschodnich szkół dwujęzycznych dla ludności ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej, który został przyjęty 31 VII 1924 r. Tak uzasadniał ów projekt: „We wsiach narodowo mieszanych dzieci do siódmego roku życia bawiły się zgodnie na pastwisku gminnym, bez różnicy narodowości. Ale w siódmym roku życia jedno miało iść do szkoły ukraińskiej z nauczycielem, najczęściej ukraińskim nacjonalistą, apoteozującym bunty kozackie, a drugie do szkoły polskiej, w której by uczono je chwały zwycięskiego pod Beresteczkiem polskiego rycerstwa. Dwie w tej samej wsi odrębne szkoły państwowe dla polskich i niepolskich dzieci kształciłyby w nich z konieczności rzeczy poczucie nie tylko odrębności, ale i przeciwieństw narodowych ideałów i dążeń. Zaproponowałem więc oparcie szkolnictwa powszechnego w województwach narodowo mieszanych na wspólnych dla dzieci obu narodowości szkołach z nauką w dwu językach, w połowie godzin po polsku, a w drugiej połowie po ukraińsku lub białorusku. Przy tym decyzję o języku nauczania oddawałem rodzicom dzieci. Jeśli w danym obwodzie ogół rodziców żądał nauki w języku ukraińskim albo białoruskim, szkoła miała być ukraińska lub białoruska. Ale jeśli w obwodzie szkolnym o większości ukraińskiej lub białoruskiej rodzice dwadzieściorga dzieci żądają nauki w języku polskim – szkoła będzie dwujęzyczna”9.

Pełniąc funkcję ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego usiłował przeprowadzić reformę ustroju szkolnego, polegającą m.in. na zwiększeniu liczby szkół zawodowych oraz liceów i gimnazjów o takim profilu, dających absolwentowi konkretną profesję. W jednym z artykułów zarysowywał ideę tego projektu: „Obecnie nauka kształci przede wszystkim myślenie dedukcyjne, w podstawie swej mające teoretyczne formuły czy frazes literacki. Należy to zmienić. Trzeba zreformować i programy szkolne, i sposób nauczania, by szkoła od najmłodszego wieku uczyła przede wszystkim dokładnej, ścisłej obserwacji /…/ Trzeba zwiększyć ilość ćwiczeń praktycznych i wycieczek przy nauce przyrody /…/ Jeśli nadal przeważać będzie u nas typ zdolnego dyletanta o niedostatecznym wykształceniu zawodowym – nie wytworzymy z Polski nowoczesnego mocarstwa. Musimy z gruntu zmienić hierarchię wartości intelektualnych. Musimy ustalić w powszechnej świadomości, że dobra znajomość szewstwa i stolarstwa jest bardziej szacowna od powierzchownego, dyletanckiego filozofowania10. Pomysł jednak nie doczekał się realizacji, przeszkodził w tym zamach majowy. Dopiero w wyniku reformy szkolnictwa J. Jędrzejewicza w latach 1932-33 wdrożono wiele zmian postulowanych przez Grabskiego.

***

Po zamachu majowym wycofał się z życia politycznego, poświęcając się pracy naukowej i dydaktycznej. W 1927 r. przystąpił do pisania monumentalnej „Ekonomii społecznej”. Praca została podzielona na 10 tomów – ukazywały się w latach 1927-33 – co miało ułatwić studentom jej zakup. W badaniach społeczno-ekonomicznych Grabski przyjmował metodę historyczną, odrzucając możliwość generalizowania zjawisk gospodarczych i wyodrębnienia niezmienności motywów gospodarowania.

Jego zdaniem, przyjęcie stanowiska szkoły klasycznej nadawało ekonomii charakter nauki abstrakcyjnej, nie uwzględniającej historycznej zmienności życia gospodarczego. „Uważam /…/ że nie sposób wyodrębnić, jak to czyniła szkoła liberalna, zjawiska ekonomiczne z całokształtu życia społecznego, że więc bez zrozumienia tego ostatniego, bez analizy socjologicznej, nie zrozumiemy dobrze kształtowania się tej jego strony, jaką stanowi gospodarcze współżycie i współdziałanie ludzi”11. Motywy indywidualne jego zdaniem są pochodne wobec społecznych, w związku z tym podkreśla, iż to „nie współżycie gospodarcze powstaje z rozwoju życia indywidualno-gospodarczego, lecz życie indywidualno-gospodarcze rozwija się stopniowo ze współżycia gospodarczego gromad ludzkich”12. Nie może więc dochodzić do wypreparowania motywów indywidualnych, prowadzi bowiem ono, wbrew temu, co się zwyczajowo twierdzi, do skonstruowania abstrakcyjnego „…człowieka urojonego, jakiego nigdy i nigdzie nie było”13.

Opieranie ekonomii na modelu wyizolowanej jednostki, kierującej się wyłącznie motywem zysku, uważał za nierealne. Życie gospodarcze kształtuje się bowiem zawsze w określonym środowisku, w specyficznych warunkach i organizacji społecznej, mającej u podstaw pewien system etyczno-religijny, regulujący stosunki pomiędzy ludźmi. Aby to zrozumieć, należy poznać całokształt życia społecznego, prawa jego kształtowania się i rozwoju. Dążenia i zabiegi gospodarcze jednostek można wytłumaczyć raczej „…ich kulturą, wychowaniem, majątkiem, pojęciami moralno-religijnymi niż wyprowadzić formy współżycia gospodarczego ludzi z ich sądów i działań indywidualno-gospodarczych (w izolacji i z abstrakcji)”.

Regułą, którą przyjmował Grabski było komplementarne traktowanie kultury, polityki, życia społecznego oraz gospodarczego, które jest ściśle związane z całokształtem stosunków w danej społeczności, z nich wypływa i w nich jest zanurzone, tak więc nie jest możliwe jego wypreparowanie14. Z tych pozycji krytykował koncepcje liberalne i marksistowskie, podkreślając iż oparte były na „czystej”, logicznej dedukcji i nie posiadały żadnych związków z rzeczywistością, stąd pełne są fałszywych wniosków.

Grabski rozróżniał trzy kategorie praw społeczno-ekonomicznych: okresowe, podstawowe i rozwojowe. Pierwsze określają prawidłowości kształtowania się form gospodarczego współdziałania w poszczególnych okresach i ustrojach. Drugie ujmują te prawidłowości „zawsze i wszędzie”, jest nim np. prawo wartości, istniejące w każdym ustroju, choć konkretne jego przejawy przybierają postać okresowego prawa wartości. Trzecie dotyczą zaś prawidłowości rozwoju form współżycia gospodarczego całej cywilizacji. Wyróżnił tutaj siedem okresów cywilizacji: rodowy, plemienny, państw pierwotnych, państw ze zwierzchnią władzą społeczeństwa, państw feudalnych, nowoczesnych monarchii absolutnych oraz współczesnego kapitalizmu. Wyodrębnił też trzy rodzaje czynników, które oddziałując wzajemnie na siebie wpływały na rozwój cywilizacji ludzkiej. Pierwsze mają charakter indywidualistyczny przyczyniają się do słabnięcia i rozpadania wielkich grup społecznych; tworzą je pociąg do bogactwa, panowania, podboju itp. Drugie mają wartość uspołeczniającą i jednoczącą rody w plemiona i państwa, stany w narody. Trzecie, o charakterze ideowo-duchowym, podnoszą na wyższy poziom technikę wytwarzania i organizację społeczną, nadają wyższą rangę więzom duchowym. Interakcje, które zachodzą między nimi, powodują, że życie społeczne stopniowo staje się coraz bardziej świadome, a czynniki przymusu odgrywają coraz mniejszą rolę. Postęp nie jest jednak linearny – Grabski skłania się tu ku modelowi przedstawionemu przez Giambattistę Vico – lecz przebiega raczej po spirali, mamy więc do czynienia w różnych epokach z nawrotami indywidualizmu lub kolektywizmu. Jednak każdy nowy cykl, każda nowa epoka rozpoczyna się jakby na wyższym poziomie15.

Opierając się na tych właśnie założeniach, Grabski podjął próbę wypracowania polityki agrarnej, która posłużyłaby rozwojowi wsi w Galicji. Nie proponował cudownych recept, mających jakoby uniwersalny charakter i automatycznie powodujących wzrost poziomu życia społeczeństw, które zechcą je wdrożyć. Dokonał natomiast mozolnej i skrupulatnej analizy formowania się stosunków społeczno-gospodarczych na wsi polskiej, ich tendencji rozwojowych, problemów kredytu, własności ziemskiej, rynków zbytu, melioracji, agrotechniki itp.16 Stanowiło to warunek wstępny do ustalenia spójnego programu naprawczego, odpowiadającego warunkom czasu i miejsca.

Stan rolnictwa w Galicji oceniał jako katastrofalny, pisząc: „Jesteśmy krajem rolniczym, a jednak nigdzie w całej Europie rolnictwo nie stoi tak nisko, jak u nas. /…/ jesteśmy takim dziwnym krajem rolniczym, co wywozi robotnika rolnego, a przywozi z zagranicy zboże”17. Opracowany program zmian obejmował m.in. postulaty dostarczania kredytów parcelacyjnych, melioracyjnych i in., tworzenia systemu szkół agronomicznych, stacji doświadczalnych, ustanowienia prawa hipotecznego chroniącego chłopów przed wydziedziczeniem za długi, budowy elewatorów czy tworzenia tzw. spółek włościańskich. Jeśli chodzi o ostatnią kwestię, Grabski stwierdzał, iż należy dążyć do tego, aby w gminie istniały „…wszystkie spółki, które są jej istotnie potrzebne. Gdy cały kraj pokryje sieć spółek, tj. organizacji samopomocy społecznej i ekonomicznego współdziałania, będziemy mogli o poważniejszych mówić rezultatach”18.

Podkreślał również znaczenie interwencjonizmu państwowego, służącego utrwalaniu równowagi sił produkcyjnych. Grabski uznawał, że liberalny indywidualizm jest sprzeczny z istotą i zadaniami państwa, prowadząc do despotyzmu silniejszych. Zauważał istnienie w nim stałej tendencji do niszczenia słabszych i mniejszych podmiotów przez wielkie koncerny. W związku z tym wzywał do niwelowania zbytniej przewagi wielkiego przemysłu i posiadłości rolniczych poprzez poddanie ścisłej kontroli publicznej zakładania i działalności karteli, trustów, syndykatów oraz wspieranie drobnej i średniej produkcji. Uważał, iż w przypadku gospodarek zacofanych, polityka protekcjonizmu jest jedyną drogą ich efektywnego unowocześnienia. Państwo winno wspierać niwelowanie kulturalnych i materialnych dysproporcji poprzez odpowiedni system podatkowy czy rozwój powszechnego nauczania. Zwracał również uwagę na wysokie zarobki robotników jako najwłaściwszy miernik bogactwa narodu. Tutaj państwo również powinno wykazywać aktywność poprzez ustalanie minimum płac, maksimum godzin pracy, wprowadzanie przymusowych ubezpieczeń czy wspieranie organizacji robotniczych19.

Będąc zwolennikiem kapitalizmu, akcentował jednak, iż musi on ulec przeobrażeniu. W tym przekonaniu utwierdził go wielki kryzys gospodarczy. Uznał, że stanowi on przełom analogiczny do tego „…jaki w historii średniowiecznego ustroju stanowo-korporacyjnego nastąpił z początkiem Odrodzenia”. Przede wszystkim poderwana została wiara w idee, które go dotychczas konstytuowały, zwłaszcza w dobroczynne skutki wolności gospodarczej, współzawodnictwa i indywidualnej przedsiębiorczości. Przed kapitalizmem stawiał w związku z tym alternatywę: zmiany lub destrukcja. Ewolucja stosunków w Europie, jak podkreślał, „…doprowadzi, zależnie od kierunku polityki społecznej państwa i narodów, albo ku wywłaszczeniu i upaństwowieniu przedsiębiorstw, albo ku uwłaszczeniu robotników, przez umożliwienie im dochodzenia własną pracą i oszczędnością do posiadania akcji przedsiębiorstw, w których pracują i zapewnienie im udziału w zwiększanych w miarę wzrostu intensywności ich pracy zyskach tych przedsiębiorstw”20.

W swojej pracy z lat 30. Grabski, odnosząc się do metod realizacji programu reform gospodarczych, zauważał jednak, iż aby „…przełamać kryzys ekonomiczny naszego życia, trzeba nasamprzód przełamać wzajemną nieufność, dzielącą dziś społeczeństwo od rządu, a rząd od społeczeństwa. Oczywiście rząd sam musi zdecydować, czy chce tę tylko po sobie pozostawić w przyszłych pokoleniach pamięć, że umiał się długo trzymać u władzy, czy też ma większe dziejowe ambicje. Ale prawem i obowiązkiem ekonomisty jest to powiedzieć, że dla przeprowadzenia wielkiego programu ekonomicznego nie wystarczą siły samej tylko administracji państwowej ani bierny posłuch ludności”21. Adresatem tych słów były oczywiście rządy sanacyjne, ale dyrektywa ta jest na tyle uniwersalna, że warto byłoby, aby zechcieli ją również przemyśleć aktualnie sprawujący władzę.

***

We wrześniu 1939 r. Grabskiego aresztowało NKWD we Lwowie, a następnie skazało na 8 lat pobytu w obozie pracy przymusowej. Po podpisaniu układu Sikorski-Majski został uwolniony i w 1941 r. przybył do Londynu. Na emigracji pełnił funkcję przewodniczącego Rady Narodowej. Po zakończeniu wojny, wraz ze Stanisławem Mikołajczykiem wrócił do Polski. Wkrótce został jednym z zastępców przewodniczącego Krajowej Rady Narodowej, wierząc w to, iż walkę o przyszłość Polski należy podjąć w kraju, a nie na emigracji, że jest możliwość wpływania na bieg wypadków w Polsce oraz współpracy z komunistami, a nawet uwolnienia się spod ich wpływów. W liście do Stanisława Kirkora pisał, iż „…powoli z dużymi zakrętami, bardzo mozolnie, ale idziemy ku normalnemu cywilizowanemu życiu i powrotowi obywatelskich wolności. Ale nic się samo nie stanie. Wszystko musi być przez nas samych zrobione i uzyskane. I do tego trzeba jak najwięcej ludzi rozumnych, fachowych i prawych”22.

Realia pokazał, iż jego analiza sytuacji była błędna, a nadzieje złudne, co zresztą sam wkrótce dostrzegł. Pod koniec życia współpracował z „Tygodnikiem Warszawskim”, publikując na jego łamach artykuły popularyzujące nauczanie społeczne Kościoła, w których wzywał do tego, aby Polska w warunkach powojennych zaproponowała światu model państwa kierującego się całkowicie ideałami chrześcijańskimi. W 1947 r. zaprzestał działalności politycznej i objął katedrę ustrojów społecznych na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Zmarł w 1949 r. w Sulejówku.

Przypisy:

1 A. Bocheński, Mielizny ideologiczne Stanisława Grabskiego, „Bunt Młodych” 1933 nr 8.

2 S. Grabski, Pamiętniki, t. I, Warszawa 1989, s. 75.

3 Ibid., s. 77.

4 Ibid., s. 82.

5 W. Wojdyło, Stanisław Grabski (1871-1949). Biografia polityczna, Toruń 2004, s. 54.

6 S. Grabski, op. cit., s. 140.

7 Ibid., s. 145.

8 Ibid., s. 159.

9 Ibid., t. II, s. 228.

10 Ibid., s. 241.

11 Ibid., ss. 260-261.

12 Ibid., s. 260.

13 Tenże, Ekonomia społeczna, cz. II, Lwów 1927, s. 94.

14 S. Wójcik, Ekonomia społeczna według koncepcji Stanisława Grabskiego, Lublin 1995, ss. 127-128.

15S. Grabski, Ekonomia…, cz., I, ss. 93-95.

16 S. Wójcik, op. cit., s. 104.

17 S. Grabski, Spółki włościańskie, Kraków 1905, ss. 3, 5.

18 Ibid., s. 44.

19 S. Wójcik, op. cit., ss. 108-109.

20 S. Grabski, Ekonomia…, cz. VII, Lwów 1928, s. 95.

21 Tenże, Trzeba szukać drogi wyjścia, Lwów-Warszawa 1934, s. 153.

22 Cyt. za W. Wojdyło, op. cit., s. 385.

We wszystkim – miłość

We wszystkim – miłość

26 stycznia 1929 r. na łamach wileńskiego „Słowa” artykułem „Katolicyzm a ideologia państwowa” zadebiutował dwudziestoletni Henryk Dembiński. „Słowo” było pismem elitarnym, wyrażającym poglądy tzw. żubrów wileńskich (skrajnie konserwatywnych obszarników, dla których nawet endecja była „nazbyt lewicowa”). Dlatego dopuszczenie na te łamy syna maszynisty świadczyło o niepoślednich talentach tegoż.

Jako protegowany Stanisława Cata-Mackiewicza, młody katolicki publicysta głosił wówczas korporacjonistyczne idee „państwa stanowego”, występując przeciw jakobińskiemu dziedzictwu demokracji i nacjonalizmu. Z jednej strony więc, uznawszy demokrację za utopię, „pragnie oprzeć życie społeczne na sprawiedliwości, na zasadzie hierarchii i organicznej nierówności”. Z drugiej pisze, że „Nacjonalizm opiera się wyłącznie na pierwiastkach irracjonalnych duszy ludzkiej, /…/ na niskich instynktach egoizmu narodowego /…/”. Endeckiej koncepcji państwa narodowego przeciwstawia „ideę jagiellońską”: „Za mało dla Polski ciasnego, zatęchłego podwórka endeków” – pisał. Trzeba „/…/ połączyć narodowość polską, białoruską, litewską i ukraińską w jedną państwowość”.

***

Inspiracją dla Dembińskiego był katolicyzm – ale interpretowany w szczególny sposób. Konsekwentnie stosował się do zasady: „Walczmy z fałszywymi poglądami – kochajmy błądzących bliźnich”, zaś z idei katolickiego uniwersalizmu wyprowadzał akceptację pluralizmu politycznego. Przede wszystkim jednak nie był to katolicyzm kontemplacyjny, lecz społecznie zaangażowany, zanurzony w świecie doczesnym. „Wieczność to nie zwycięstwo nad życiem /…/, lecz to spotęgowane do nieskończoności życie doczesne /…/. Przyrodzoność i nadprzyrodzoność nie są czymś obcym sobie i wrogim. Chodzi o przeniknięcie do cna przyrodzonego przez nadprzyrodzone, przez Ducha Bożego. Nie niszczyć /…/, ale ubóstwiać życie przyrodzone – oto cel prawy chrześcijanina” – pisał. Co za tym idzie: „Praca produkcyjna jest dla katolika przetwarzaniem materii ku chwale i służbie Bożej, jest radosnym uczestnictwem człowieka w akcie twórczym Boga”.

Bratnie dusze odnalazł Dembiński w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Deklaracja SKMA mówiła: „Zrywamy z fałszywą pokorą i ckliwie pojętą miłością chrześcijańską, wypleniamy lęk i bezradność wobec idących olbrzymich, a nieraz bolesnych przewrotów współczesnych. /…/. Chcemy wychować pokolenie ludzi czynu i tworzyć życie polskie we wszystkich jego dziedzinach”. Program „Odrodzenia” kapitalistycznemu wyzyskowi przeciwstawiał umocnienie rodziny i ustrój korporacyjny. Wspierany przez tę organizację Henryk dwukrotnie (w 1929 i 1931 r.) został wybrany prezesem wileńskiej Bratniej Pomocy, przełamując monopol endeckiej Młodzieży Wszechpolskiej, kontrolującej podówczas studenckie samorządy w Polsce.

RYS. BARBARA LATHAM

Konflikt z endekami oraz pogłębiający się kryzys ekonomiczny prowadziły do radykalizacji poglądów Dembińskiego i jego towarzyszy. Ks. Wojs pisał o nich: „Jest pewna grupa tak bardzo zapalonych apostołów sprawiedliwości społecznej /…/, że w niecierpliwości swojej, już dzisiaj chcieliby usunąć ustrój gospodarczy choćby nawet w sposób gwałtowny. Przejęci grozą zalewu komunizmu pogańskiego, pragnęliby go ochrzcić, aby w ten sposób uciśnione i cierpiące masy, ulegające pogańskim, materialistycznym wpływom uratować dla Boga, dla Kościoła”. Publikowane na łamach „Żagarów” na przełomie 1931 i 1932 r. artykuły Dembińskiego konstatowały, że „kapitalizm zdycha jak stara wypracowana szkapa”, a ich autor domagał się nacjonalizacji bankowości, rozbudowy przemysłu, mechanizacji rolnictwa… Powołuje się na lidera ruchu „Sillon”, Marca Sangniera. Do nienadążających woła: „Czyżby naprawdę katolicyzm ograniczał się do sentymentalnych paralityków przykościelnych? Czy Wy Panowie myślicie, że miłość, miłosierdzie i przebaczenie chrześcijańskie polegają na mazgajskim niesprzeciwianiu się wyzyskowi proletariatu i zwyrodnieniu kultury burżuazyjnej”. Większość jednak go nie rozumiała. Konflikt eksploduje w czasie organizowanego przez SKMA latem 1932 r. w Lublinie XI Tygodnia Społecznego – w efekcie Dembiński opuścił „Odrodzenie”.

***

W maju 1932 r. związał się z piłsudczykowską lewicą, skupioną wokół „Kuriera Wileńskiego”. Neutralny wobec sanacji, uznał autorytet marszałka Józefa Piłsudskiego. Działał wówczas w Akademickim Związku Zorganizowanej Pracy, głosząc program syndykalistyczny: „Wszystkie branże produkcji zorganizują się w trusty, monopole państwowe, których hierarchicznie ułożona administracja spoczywa w rękach zorganizowanych w syndykaty robotników i pracowników danej branży na czele z nowymi władzami kolektywnej produkcji. Razem wszystkie zmonopolizowane branże produkcji bierze się w kleszcze jednolitego zwierzchniego kierownictwa, które ześrodkowując całą produkcję narodową i łącząc w zorganizowane rynki spożycia w postaci intensywnie rozbudowanej sieci spółdzielczości spożywczej, prowadzi planowe gospodarstwo narodowe zgodnie z potrzebami całego społeczeństwa”.

RYS. ARCHIWUM

Podkreślał zarazem patriotyczne i chrześcijańskie źródła swego radykalizmu: „/…/ jesteśmy korzeniami serc naszych wrośnięci w idee państwowości polskiej, jest ona naczelnym motywem naszego radykalizmu. Nie chcemy, by /…/ niepodległa Polska, stała się elastycznym narzędziem w ręku zorganizowanych karteli i przekleństwem w ustach polskiego świata pracy. /…/ jesteśmy katolikami. Nie możemy pogodzić się z tym ustrojem, gdzie religia jest w rękach polityki burżuazyjnej niczym więcej jak piłką, którą się zachwyca i zjednuje masy. /…/ Pełne odrodzenie religijne musi się łączyć z zupełnym zburzeniem kapitalizmu i jego nadbudówek”. Akcentował też antykomunizm: „Partia komunistyczna nie pracuje w interesie mas pracujących Polski, lecz dla ambicji potrzeb ZSRR i czerwonej biurokracji Stalina”.

***

Kolejny przełom nastąpił w 1934 r. Świeżym tropem Dembińskiego postępuje grupa radykalnych katolików, skupionych wokół dwutygodnika „PAX”. Ich lider, Antoni Gołubiew głosił to samo, co dwa lata wcześniej Henryk: „Walczymy z komunizmem, gdyż komunizm to wróg Boga i człowieka. Ale z nie mniejszą zajadłością winniśmy walczyć z kulturą, którą wiek XIX narzucił chrześcijaństwu. /…/ Walkę widzimy na dwa fronty”.

Dembiński poszedł jednak już dalej, twierdząc, że nie istnieje trzecia strona barykady – są tylko dwie i trzeba się opowiedzieć za jedną z nich. Wielki wpływ na jego ewolucję wywarł pobyt zagranicą, gdzie przebywał jako stypendysta Funduszu Kultury Narodowej. W Wiedniu był świadkiem krwawej rozprawy autorytarnego chadeckiego rządu Dolfussa z socjaldemokratycznymi robotnikami, w Watykanie natomiast zbulwersowała go współpraca Kościoła z reżimem faszystowskim. Kapelan wileńskiego „Odrodzenia”, ks. Walerian Meysztowicz tak opisywał jego poglądy: „Henryk chronił swe uczucia próbując wierzyć, że religia, choć tak nadbudowana [nad „bazą” ekonomiczną – przyp. J. T.], może być mimo to prawdziwa /…/; przeciwieństwo partii komunistycznej i Kościoła było /…/ zjawiskiem nieistotnym, właściwym naszej epoce historycznej; wywołane przez konserwatyzm kleru /…/. Wrócił do Wilna utwierdzony zarówno w marksizmie, jak i w katolicyzmie, z zamiarem »ochrzczenia komunizmu« i z wiarą w możliwość takiego chrztu”.

Poglądy te podzielała grupa dawnych odrodzeniowców, zorganizowana przez Marię Żeromską, a żartobliwie nazywana Kołem Matki Boskiej KZMP-owskiej. W 1933 r. środowisko to uformowało konspiracyjną organizację „Front”, na czele której stanął Kazimierz Petrusewicz. „Front” odwoływał się do idei antyfaszystowskiego Frontu Ludowego, którą propagował na łamach pism „Poprostu” i „Karta” (maj 1935 – lipiec 1936). W imię walki z faszyzmem nawiązał współpracę na zasadach autonomii z Komunistyczną Partią Zachodniej Białorusi. Co ciekawe, ewolucja grupy Dembińskiego nie znalazła jednak początkowo uznania w oczach komunistów. Jak odnotował historyk ruchu robotniczego, Józef Kowalski, marksistowski „Dwutygodnik Ilustrowany” w 1934 r. uważał „twórczość »Żagarów«, »w których /…/ organizują się katoliccy komuniści«, jeśli nie za prosanacyjną, to co najmniej za /…/ próbę dezorientowania robotników »mieszczańskim fałszem«”.

Podejrzliwość stalinowskich ortodoksów okazała się być uzasadniona. Procesy moskiewskie skutecznie ostudziły prokomunistyczne sympatie wśród poputczyków Frontu Ludowego. Rozmawiając jesienią 1936 r. z liderem PPS, Niedziałkowskim, Dembiński oświadczył: „Nie mogę i nie będę mógł nigdy współpracować z ruchem, którego ośrodki dyspozycji znajdują się poza granicami Państwa Polskiego”. Oficjalnie ogłosił: „/…/ miejsce nasze w życiu politycznym jest tylko tam, gdzie jest Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe i młodzież syndykalistyczna ZZZ [Związek Związków Zawodowych – przyp. J. T.]. 1 kwietnia 1937 r. wstąpił w szeregi PPS. Wanda Wasilewska wspominała: „Odniosłam wówczas takie wrażenie, że on w tych pepesowskich ramach znajdzie dla siebie wystarczające miejsce i nic go specjalnie nie razi i nie odpycha”.

Paradoksalnie, pięć dni później został aresztowany pod zarzutem spisku komunistycznego i skazany na 4 lata więzienia (choć według Jerzego Putramenta, „Henryk na procesie zbyt dużo energii włożył w podkreślanie swoich rzekomych różnic w stosunku do partii [komunistycznej – przyp. J.T.]). W jego obronie interweniował u premiera Składkowskiego ks. Władysław Korniłowicz, dzięki którego poręczeniu Dembiński opuścił więzienie w marcu 1938 r. Udał się wówczas do Warszawy, gdzie związał się z żoliborskim ośrodkiem lewicy socjalistycznej Adama Próchnika, utrzymując zarazem kontakt z postępowo-katolickim kwartalnikiem „Verbum” ks. Korniłowicza.

***

Po wybuchu wojny Dembiński zgłosił się na ochotnika do wojska. Jako komunista nie został przyjęty, udał się więc do rodzinnego Wilna. Trafił do strefy okupowanej przez ZSRR. Nie angażował się jednak w działalność polityczną, podjął pracę jako dyrektor szkoły w Starej Wilejce. Jak wspominała z wyrzutem Wasilewska: „Mnie się wydaje, że to, iż Dembiński w 1939 r. na terenie ZSRR zadowolił się posadą nauczyciela na głuchej prowincji i żadnego udziału w pracy [politycznej – przyp. J. T.] /…/ nie brał, bo przecież nie nawiązał kontaktu ze Lwowem ani z białostockim środowiskiem, to widocznie przechodził jakiś wewnętrzny kryzys. /…/ jego postępowanie na terenie Związku Radzieckiego tłumaczy się tym, że z takich czy innych względów odszedł na inne pozycje”. Dla faszystów Dembiński jednak i tak pozostał wrogiem. Po ataku na ZSRR, gestapo aresztowało go, a 12 sierpnia 1941 r. został rozstrzelany.

***

Droga Dembińskiego może zadziwiać: w ciągu pięciu lat przejść z konserwatywnej skrajnej prawicy przez piłsudczykowski patriotyczny syndykalizm na marksistowską skrajną lewicę! Kierunku tej trajektorii nie wyznaczała jednak ani infantylna fascynacja ideologicznymi nowinkami, ani tym bardziej koniunkturalizm. Dembiński szedł pod prąd, tak, jak nakazywało mu sumienie. Był duchem gorejącym, którego żarliwy idealizm pchał do ekstremizmu: „Ale nic nie ma dla nas wstrętniejszego jak pokój za wszelką cenę – pisał w początkach kariery. Cynizmem i uwiądem starczym trąci ta świadoma apoteoza kompromisu dla życia. /…/ Ortodoksi i fanatycy wszystkich wieków podajcie sobie ręce, my z wami. Niech się leje krew, niech się w czerwieni łun rodzi heroizm nowego życia, niech będą same mocne wstrząsy, ale niech świat się toczy jedną drogą, niech będzie jedna myśl, jedna wola, jeden pion ideowy”.

Mimo dramatycznych przewartościowań, jego myśl społeczno-polityczną cechowała elementarna ciągłość. Na przykład nawet jako zdeklarowany internacjonalista nigdy nie wyrzekł się patriotyzmu. W 1939 r. pisał: „/…/ pokój kupiony kosztem dobrowolnego pójścia w jarzmo obcej niewoli, pokój uzyskany kosztem kapitulacji przed obcym zaborcą byłby oczywiście śmiertelnym ciosem dla ruchu robotniczego /…/ I dlatego w chwili istotnego zagrożenia niepodległości narodu ruch robotniczy staje w pierwszym szeregu tych, którzy z całą odpowiedzialnością gotowi są pracować nad umocnieniem obronności kraju. A trzy lata wcześniej: „/…/ broniąc pełnego równouprawnienia wszystkich narodów zamieszkujących Państwo Polskie, walcząc piórem o wolność i swobody obywatelskie, o podniesienie poziomu kulturalnego i ekonomicznego mas ludowych, robiłem to z tym przekonaniem, że sprawy powyższe są istotne dla godności i przyszłości narodu polskiego, że walka o pokój, wolność, chleb i kulturę jest elementarnym obowiązkiem patriotycznym każdego uczciwego Polaka.

Jego wizja ustroju politycznego na pierwszy rzut oka dokonała zwrotu o 180 stopni: od potępienia demokracji do jej apoteozy. W rzeczywistości, następujące po sobie koncepcje korporacjonistycznego „państwa stanowego”, syndykalistycznego „państwa zorganizowanej pracy” i wreszcie socjalizmu samorządowego zawierają wspólne jądro – ideę organicznego ładu, opartego na autonomicznych grupach społecznych. W latach 30. idea ta zwracała swe ostrze w pierwszym rzędzie przeciw stalinowskiemu centralizmowi, określanemu przez Dembińskiego jako „proletariacka dyktatura kliki o mentalności burżuazyjnej wyzyskująca proletariat”. Jako remedium na biurokratyczne deformacje zalecał Dembiński demokrację bezpośrednią. „Demokracja /…/ to nie tylko rządzenie i administrowanie ludu przez wybranych przedstawicieli, ale też rządzenie i administrowanie bezpośrednio przez sam lud, przez samych rządzonych i administrowanych”.

By demokracja bezpośrednia mogła funkcjonować – niezbędna jest decentralizacja, którą Dembiński śmiało przeciwstawiał panującemu w marksizmie kultowi centralizmu i „wielkiej skali”. Pisał: „/…/ skuteczna, wolna od biurokratycznego marnotrawstwa i tępoty centralizacja w dziedzinie ogólnego planowania i administrowania wymaga jednocześnie decentralizacji w dziedzinie szczegółowego wykonawczego planowania i administrowania mniejszymi jednostkami terytorialnymi; dyspozycjom, planom i kontroli, idącym z góry, musi iść na spotkanie inicjatywa, aktywność, nadzór i samorządowa praca od dołu, od strony najmniejszych, najbliższych jednostce grup społecznych”. Decentralizacja nie może jednak być mechaniczna. „Wielkie miasta /…/ są zbudowane /…/ z małych i najmniejszych grup społecznych i tylko poprzez te grupy można trafić do żywego człowieka, do jego świadomości i interesów. /…/ Demokratyczne rządzenie się /…/ bez oparcia się o małe grupy, w których by tworzyła się i utrzymywała kultura demokratycznego samorządu, zawsze będzie biurokratyczną karykaturą demokracji”. Małe jest piękne! By jednak system ów mógł sprawnie funkcjonować, niezbędna jest transformacja mentalności społecznej w duchu obywatelskim. Dembiński pisał: „Nie ma /…/ większego wroga dla społecznie zorganizowanej roboty aniżeli bierność, /…/ aniżeli uchylanie się od współuczestnictwa w prowadzeniu i kontroli instytucji społecznych i w powoływaniu ich władz”.

W ten sposób docieramy do kolejnej kwestii będącej stałym składnikiem światopoglądu Dembińskiego – do pamiętającej czasy SKMA idei połączenia reformy moralnej i strukturalnej. Równolegle do przemian w „bazie” muszą następować przeobrażenia w „nadbudowie” – naprawie ustroju towarzyszyć musi doskonalenie człowieka. „Przez wszystkie eksperymenty ustrojowe w historii, przez wszystkie smutne doświadczenia przewrotów społecznych przeziera zawsze jedna prawda. Wartość ustroju zależy przede wszystkim od moralnego podłoża, od wartości moralnej tych ludzi, którzy ustrój ten realizują. /…/ Dlatego też konieczną przesłanką zmiany ustroju jest rewolucja moralna”. Stąd wypływał wniosek: „/…/ jeśli nie będzie równowagi między podłożem psychicznym produkcji i kultury a rozmachem materialnych sił wytwórczych – to nie można mieć trwałego zwycięstwa, bo wcześniej czy później /…/ znów /…/ zamajaczy się ludziom ta sama morda ludzkiego zwierzęcia”.

Idealizm nakazywał Dembińskiemu bezkompromisowo stawiać problem korupcji. Przemawiał przezeń ascetyzm chrześcijańskiej proweniencji, gdy pisał: „Służba społeczeństwu, tak samo jak służba Bogu, jest zawodem, który wymaga specjalnych wyrzeczeń. Wymagając od działaczy publicznych celibatu w stosunku do kapitału /…/ umożliwia się tym ludziom poczucie czystości własnego sumienia /…/”. Moralizatorski rys daje się odnaleźć także w jego w filipikach przeciwko alkoholizmowi: „Alkohol jest też wiernym przyjacielem burżuazji w jej wysiłkach nad demoralizowaniem i ogłupianiem robotnika. /…/ nie można być pijakiem i spółdzielcą /…/ w jednej osobie /…/. Byłoby bardzo wskazane, gdyby działacze społeczni /…/ zorganizowali /…/ planową i stanowczą propagandę na rzecz walki z alkoholizmem”. Tu jednak obok chrześcijańskiej bagażu odnajdujemy nawiązanie do zapomnianych dziś tradycji robotniczego ruchu abstynenckiego.

***

Idea rewolucji etycznej stawia Dembińskiego w rzędzie kontynuatorów tradycji Abramowskiego i Brzozowskiego. Nie może nam jednak umknąć, że pierwszoplanowym źródłem inspiracji pozostawał dlań do końca katolicyzm interpretowany w duchu Mouniera i Maritaina. Łącząc chrześcijańską teologię wyzwolenia od grzechu z marksistowską teorią i praktyką wyzwolenia społecznego, stawał się Dembiński niejako prekursorem Teologii Wyzwolenia. W liście z więzienia pisał do żony: „/…/ moja »rewolucyjność« była tylko nędznym, dwudziestowiecznym odbłyskiem rewolucyjności Tego, którego wizerunek na krzyżu stoi na stole sędziowskim”.

Cały program Dembińskiego to próba nadania politycznego wyrazu Ośmiu Błogosławieństwom. Celem miało być „społeczne miłowanie się prawdziwie równouprawnionych ludzi”, „bezklasowe społeczeństwo, gdzie na glebie uspołecznionej produkcji i kultury rosnąć będą ludzie podobni /…/ »ptakom niebieskim, co dla swego zysku nie sieją i nie żną, ani nie zbierają dla swych prywatnych gumien«. /…/ ubóstwo jako ewangeliczna cnota jednostki zrośnie się organicznie z bogactwem /…/ społeczeństwa i wówczas staną się własnością ludzi słowa, które dziś brzmią jak pusty dźwięk. »Nie troszczcie się o żywot wasz, obyście jedli, albo obyście pili, ani o ciało wasze, czymbyście się odziewali. Ale szukajcie naprzód Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego«”.

Boga Dembiński doszukiwał się wszędzie. „Obecnie żyję pod znakiem »Katechizmu Soboru Trydenckiego«, i /…/ w tym katechizmie znajduję /…/ prawdziwie katolicką afirmację marksowskiego rozumienia dziejów. /…/ Sąd Boży zlewa się /…/ z sądem historii, a czyn jednostki porwany w wir dialektyki rozwojowej całej ludzkości jest sądzony tak długo, jak długo trwa historia globu ziemskiego”. W innym miejscu stwierdzał: „Prawa rozwoju dziejowego wykryte przez socjologię marksistowską /…/ można też uważać za narzędzie Opatrzności. Prawa Newtona i Keplera /…/ nie likwidują też logicznie Boga. Na odwrót, pozwalają ludziom wierzącym /…/ szukać nowych /…/ obrazów potęgi Bożej”. I wreszcie: „Mądrość Boża jest rozlana w całym stworzeniu od ogromów planetarnych do małej niezapominajki”. W tym ostatnim zdaniu odnajdujemy zalążek chrześcijańskiej refleksji ekologicznej.

Etyczny perfekcjonizm kazał Dembińskiemu pisać, że „Mieszczański stosunek do Boga jest równie obrzydliwy, jak stosunek burżujów do kobiety, rodziny i ojczyzny”. On wymagał od wszystkich bezwarunkowej, wszechogarniającej miłości, sam konstatując w liście do żony, że „/…/ nie umiem nienawidzić konkretnego żywego człowieka”. Wymieniając jako trzy swoje inspiracje „chrześcijaństwo, marksizm i miłość do żony”, zwracał uwagę na nierozdzielność ideowego zaangażowania w życiu publicznym i osobistej postawy w sprawach codziennych. „/…/ w społeczeństwie, w którym wielka ilość ludzi umie doskonale kochać swe żony, /…/ tam też umieją kochać przyjaciół, sztukę i Boga. Bo miłość do żony /…/ jest najlepszą szkołą wszelkiej miłości, a więc miłości bliźniego i Boga /…/” – pisał. Imperatyw bezinteresownej miłości chyba najdobitniej wyrażają słowa: „/…/ Religia, która by heroicznie wyrzekając się nieśmiertelności człowieka mimo to uczyła czcić i kochać Boga, byłaby jedyną religią, którą by nie można podejrzewać o ukryty egoizm”.

Dlatego, pomimo wszystkich tych wolt, możemy stwierdzić, że Dembiński zawsze pozostał wierny sobie i zapożyczonej od św. Tomasza dewizie: In necesariis unitas, in dubiis libertas, in omnibus caritas – W koniecznym jedność, w wątpliwym wolność, we wszystkim miłość.

Przeciw nędzy. Stanisław Szczepanowski i jego wizje wyjścia z kryzysu

Znany publicysta i historyk literatury Wilhelm Feldman pisał o nim: „Jedna z najwybitniejszych indywidualności jakie się przesunęły na widowni nowszych dziejów polskich, skomplikowana, tragiczna, wielka, poetyczna dusza, o fantazji wykarmionej na utworach wieszczów polskich, tworzącej za pomocą kolumien cyfr, jak oni tworzyli szeregami wierszy i strof. /…/ chciał rzucić »granit pod tęczę« romantyków narodowych, zsyntetyzować ich dusze z mózgiem angielskim. Stąd dwoistość w jego naturze, którą on mógł godzić w sobie, ale do tej harmonii nie mógł dostosować społeczeństwa. W tym niedopasowaniu się leżała tragedia i rychła katastrofa”1. Owa wybitna indywidualność to Stanisław Szczepanowski. Przemysłowiec, filozof i polityk, romantyk i pozytywista, człowiek wielu talentów i niespożytej energii, którego historia życia jest równie niebanalna, jak spuścizna, którą po sobie pozostawił.

***

Stanisław Szczepanowski urodził się 12 grudnia 1846 r. w wielkopolskim Kościanie. W latach 1854-1857 uczył się najpierw w gimnazjum w Chełmnie nad Wisłą, później zaś w Wiedniu. Po ukończeniu nauki, przez dwa lata pracował z ojcem w Banacie (ówczesne Węgry) przy budowie kolei. W 1863 r. dostał się na politechnikę wiedeńską, którą cztery lata później skończył ze świetnymi wynikami.

W 1867 r. wyjechał na Zachód, najpierw do Paryża, później do Londynu, gdzie spędził kilkanaście lat. Zwiedzał tam zakłady przemysłowe, rozwijał swoje zainteresowania w dziedzinie chemii, metalurgii, geologii czy ekonomii. W 1870 r. jako ekspert trafił do India Office (ministerstwa ds. indyjskich). Uczestniczył w wielu brytyjskich przedsięwzięciach na terenie Indii, np. w rozbudowie kolei, opracował statystykę upraw pszenicy w centralnych Indiach. Pracując w India Office obserwował mechanizmy stosunków pomiędzy krajem opóźnionym gospodarczo a eksploatującym go mocarstwem. W 1879 r. na zaproszenie Księcia Walii Edwarda miał udać się jako ekspert do Indii, jednak zrezygnował z tego niewątpliwego zaszczytu i powrócił do Polski.

Osiadł w Galicji, która z jednej strony była najbardziej zacofaną gospodarczo częścią Polski, z drugiej zaś posiadającą najszerszy zakres samorządności. Wedle Szczepanowskiego, to ona była predestynowana, aby stać się polskim Piemontem, dokonującym w przyszłości dzieła jednoczenia kraju. Wedle Stefana Kieniewicza, „czuł się już człowiekiem przeznaczenia, wiedział co zrobi, gdy stanie na czele kraju, aby go wyprowadzić na drogę pomyślności. Ale w tej chwili był nieznanym nikomu przybyszem, nie mógł się też spodziewać szerszego posłuchu. Postanowił sobie dojść do celu bardziej okólną drogą: naprzód zrobić majątek, pokazać rodakom, jak to można i trzeba pracować, w ten sposób zdobyć sobie zaufanie, a potem dopiero zabrać głos publicznie. Sposób szybkiego zdobycia fortuny widział przed sobą oczywiście jeden – w nafcie”2. Rozpoczął poszukiwania ropy w paśmie podkarpackim, które szybko przyniosły efekt w postaci odkrycia bogatego złoża w Słobodzie Rungurskiej nieopodal Kołomyi. Następne tego rodzaju sukcesy pojawiły się wkrótce w Otyni, Jaśle, Krośnie, Sanoku, Drohobyczu, Schodnicy czy Gorlicach. W Peczeniżynie wybudował destylarnię przetwarzającą wydobyty surowiec.

Jednocześnie budował na tych terenach domy mieszkalne dla robotników, organizował sklepy spółdzielcze i domy ludowe, w których ogłaszał odczyty, prowadził szkolenia zawodowe, podnosząc kwalifikacje swoich pracowników, a w Kołomyi założył tygodnik „Pomoc Własna”, promujący idee spółdzielczości. Kiedy jego działalność gospodarcza zaczęła przynosić profity, zaangażował się mocniej w politykę. W 1889 r. został posłem do sejmu krajowego, gdzie walczył o rozszerzenie autonomii Galicji, większą decentralizację monarchii, rozwój dotacji na rzecz szkolnictwa, przemysłu i rolnictwa na ziemiach polskich. Posłów „Koła Polskiego” przekonywał o potrzebie konsolidacji wysiłków i wzmożenia walki z polityką rządu austriackiego, traktującego Galicję jako kolonię dostarczającą metropolii tylko surowców i rekruta. W 1890 r. zaczął wydawać pismo „Ekonomista Polski” we Lwowie, zaś z m.in. Adamem Asnykiem założył Towarzystwo Szkoły Ludowej, mające na celu krzewienie oświaty wśród warstw ludowych. Równocześnie działał w ruchu spółdzielczym, stojąc na czele Związku Stowarzyszeń Zarobkowych i Gospodarczych, prezesował też Towarzystwu Pedagogicznemu, a od 1897 r. wydawał dziennik „Słowo Polskie”.

Ta dynamicznie rozwijająca się działalność została zahamowana wskutek skandalu, który wybuchł wokół inwestycji Szczepanowskiego. Proces, który był tego następstwem, zdruzgotał go moralnie i fizycznie, przyczyniając się do przedwczesnej śmierci. Coraz mocniej angażując się w działalność publiczną, Szczepanowski mniej czasu poświęcał interesom. Kłopoty zaczęły się właśnie w momencie, gdy przestał doglądać wszystkiego osobiście. Dobrze rozwijający się biznes wymagał ciągłych inwestycji. Z pomocą przyszedł mu Franciszek Zima, prezes galicyjskiej Kasy Oszczędnościowej, udzielając kredytów wbrew statutowi kasy, który zabraniał tego rodzaju spekulacji. Zima, były powstaniec styczniowy, członek Ligi Polskiej i znajomy Szczepanowskiego jeszcze z Anglii, wedle Stanisława Borzyma, „…zawsze wierzył w jego szczęśliwą gwiazdę, a ryzyko nielegalnego udzielania kredytu traktował nieomal jako konspirację patriotyczną przeciw serwilistycznie nastrojonym zachowawcom zarządzającym Galicją, konspirację mającą na celu utrzymanie w polskich rękach miejscowego przemysłu”3.

Wkrótce zaczęły się poważne problemy. Szczepanowski, aby pokryć część zadłużenia, sprzedał za milion złotych reńskich szyby naftowe w Schodnicy, które wkrótce okazały się najbardziej wydajnymi na Podkarpaciu, przynosząc nowym właścicielom ogromne zyski. Na domiar złego, opierając się na błędnych ekspertyzach i fałszywych raportach nieuczciwych współpracowników, ulokował kapitał w kopalniach węgla brunatnego w Myszynie i Dżurowie, co skończyło się całkowitym fiaskiem i bankructwem. Kontrola przeprowadzona przez Galicyjską Kasę Oszczędnościową i wątpliwości, jakie ona przyniosła w kwestii polityki kredytowej Zimy, spowodowały 19 stycznia 1899 r. wybuch paniki wśród jej udziałowców, poruszonych plotką o niewypłacalności kasy na skutek nielegalnego przyznawania kredytów przedsiębiorstwom zagrożonym bankructwem.

Rozpoczęto śledztwo, które wykazało, iż długi Szczepanowskiego w Kasie wynoszą ponad 5,5 miliona złotych reńskich, a dyrektor Zima tworzył fikcyjne konta, ukrywając w ten sposób wysokość udzielanych pożyczek. Szczepanowski oświadczył prokuratorowi, iż poczuwa się do współodpowiedzialności za wykroczenia dyrektora Kasy i w związku z tym chce w procesie występować nie jako świadek, lecz w charakterze oskarżonego. Proces rozpoczął się 2 października 1899 r. (dwa miesiące wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach w więzieniu zmarł główny oskarżony, Franciszek Zima) i towarzyszyła mu antypolska nagonka w Wiedniu. Sam bohater skandalu odpowiadał z wolnej stopy i bronił się mówiąc: „Byłem nieudolny, byłem słaby, byłem wielkością przecenioną, nie mówcie tylko że byłem nieuczciwy”4. Został jednogłośnie uniewinniony od postawionych mu zarzutów, iż współdziałał z Zimą w tworzeniu fikcyjnych kont.

Kazimierz Odrzywolski, przyjaciel Szczepanowskiego, stwierdził, że jego kłopoty były spowodowane tym, że „…nie brał pod uwagę w dostatecznym stopniu nikczemności ludzkiej”5, zaś rząd bardziej pilnował ściągania podatków od rodzimych przedsiębiorców niż wspierania ich odpowiednią polityką kredytową. Sprawa Szczepanowskiego stała się kanwą powieści Ignacego Maciejowskiego (Sewera) „Ponad siły” oraz „Nafta”. Tadeusz Miciński natomiast w „Nietocie” nazwał Szczepanowskiego człowiekiem, który chciał sercem zwyciężyć nędzę tego świata i padł ofiarą intrygi wrogów politycznych, którzy nie cofnęli się przed niczym, aby go zdyskredytować. Niespełna rok po zakończeniu procesu, 31 października 1900 r., Szczepanowski umarł w uzdrowisku niemieckim Bad Nauheim, pochowany został na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.

***

Sławę Szczepanowskiemu przyniosła praca „Nędza Galicji w cyfrach”. Książka ta została wydana po raz pierwszy w 1888 r. i wywołała wielkie ożywienie. Stała się przedmiotem polemik, komentarzy, a dla niektórych bodźcem do wysiłków mających doprowadzić do zmiany katastrofalnej sytuacji Galicji oraz swoistym programem działania.

Pierwsze kilkadziesiąt jej stron to w zasadzie różnego rodzaju tabele i dane statystyczne, opatrzone przez autora komentarzem. Wynika z nich m.in., iż przeciętna długość życia w Galicji w tamtych latach wynosiła 27 lat dla mężczyzn oraz 28,5 dla kobiet, w porównaniu z 33 i 37 latami w Czechach, 39 i 41 we Francji czy 40 i 42 w Anglii. Roczne spożycie mięsa w Galicji to średnio 10 kg na głowę w porównaniu z 24 kg na Węgrzech, 33 kg w Niemczech i 50 kg w Anglii. Przeciętny roczny dochód na głowę w Galicji wynosił 53 zł reńskie, w Królestwie Polskim natomiast 91 zł reńskich, a w Anglii 450 zł reńskich. Na tysiąc rolników przypadało tam 551 sztuk bydła, zaś na Węgrzech 760, w Rumunii 1162, a w Anglii 1645.

Z pewną dozą przesady Szczepanowski stwierdzał, iż nie był w stanie wyszukać w Europie i Azji kraju, który pod względem ubóstwa i zacofania mógłby konkurować z Galicją. „Galicjanin – czytamy w „Nędzy Galicji” – mało pracuje, bo za mało je, nędznie się żywi, bo za mało pracuje, i wcześnie umiera, bo się nędznie żywi – a na domiar naturalnym wynikiem tej krótkiej trwałości życia ludzkiego jest to, że w stosunku do osób dorosłych jest tu większa część ludności wymagającej opieki jak w innych krajach. /…/ Tak samo jak Galicja zawiera z wszystkich krajów strefy umiarkowanej największą ilość ludności rolniczej na kilometrze, jak każdy rolnik wytwarza najmniej płodów rolniczych – tak też nie ma kraju na całej kuli ziemskiej, w którym by się gorzej i nędzniej żywiono”6.

Dodatkowo, w związku z niedorozwojem galicyjskiego przemysłu, importuje się o wiele więcej towarów niż w innych krajach oraz eksportuje 25% produkcji za granicę. „Galicja posiada najmniejszą wytwórczość rolniczą – pisze Szczepanowski – tak małą, że już i bez eksportu nie wystarczałoby na utrzymanie ludności przy sile i zdrowiu. Ale i z tej mizernej produkcji i tak niewystarczającej, jeszcze się pozbawiamy jednej czwartej części na zaspokojenie naszych potrzeb zagranicznych /…/. Mając ostatecznie pewne zapotrzebowania przemysłowe, a nie mając przemysłowców w kraju, u których byśmy się mogli choć w części zaopatrzyć, najdrobniejszej rzeczy musimy szukać za granicą, podczas kiedy Węgrzy już w znacznym i coraz wzmagającym się stopniu zaopatrują się we własnym kraju. Ta sama okoliczność nadmiernie podsyca u nas handel eksportowy. Nie mając własnych przemysłowców, nie mamy też domowych konsumentów na własne płody. Ażeby je spieniężyć, musimy je wysyłać za granice. W ten sposób to się tłumaczy, że stosunkowo najbiedniejszy kraj, zarazem zależy w tak przeważny sposób od handlu zewnętrznego, z uszczerbkiem daleko zyskowniejszego i pewniejszego handlu wewnętrznego. Potrzebujących w kraju mamy pod dostatkiem, ale sama potrzeba jeszcze nie tworzy konsumenta, nie jest siłą finansową”7.

Szczepanowski w związku z tym żąda zmian. Podkreśla jednak, że na nic zdadzą się najlepsze ustawy, zarządzenia i działania administracyjne, jeśli nie dojdzie do przemiany człowieka. Jak pisze, architekt może mieć najlepsze umiejętności, ale jeśli nie ma odpowiedniego materiału, jego trud pójdzie na marne. „Otóż biorąc rzeczy przeciętnie – pisze autor „Nędzy Galicji” – nasz materiał ludzki tak się ma do materiału ludzkiego w Anglii, Francji i Niemczech, jak piasek, glina i słoma, z których lepimy nasze lepianki się mają do ciosu i żelaza, z których wznoszą gmachy publiczne gdzie indziej”8. Nie siląc się na żadne eufemizmy stwierdza wprost, iż „szlachcic utracjusz, mieszczanin kołtun, chłop tuman i żyd pijawka trzymają się razem”, stanowiąc objaw „społeczeństwa zgnuśniałego i zgangrenowanego”9.

Konstatuje przy tym, iż jedyną warstwą rozwijającą się, jest w Galicji biurokracja, licząca 80 tys. osób, pobierających ok. 11% dochodu krajowego. Zauważał, iż polityka budowania szerokiej i mocno zhierarchizowanej machiny biurokratycznej miała służyć nie tylko sprawności machiny państwowej, ale przede wszystkim ubezwłasnowolnieniu ludności imperium Habsburgów. Utożsamiał on zresztą biurokratyzm z socjalizmem czy komunizmem, krytykując je i podkreślając, iż „…autokratyczni mężowie stanu, dążący do utrwalenia wszechwładztwa państwowego i do zagarnięcia pod kontrolę biurokratyczną coraz to więcej spraw, które w zdrowym społeczeństwie same jednostki załatwiać powinny – są właściwie apostołami socjalizmu. Zabijają wszelką niezależność, indywidualność i oryginalność i przyzwyczajają całe społeczeństwo do powodowania się mechanicznymi regułami i przepisami, wykluczającymi działanie na podstawie własnego sądu i pod poczuciem osobistej odpowiedzialności. Mając społeczeństwo tak wytresowane i maszynę biurokratyczną tak wszechwładną, wystarcza zmienić sternika nawy państwowej, a już ideał teraźniejszych socjalistów będzie osiągnięty”10.

Szczepanowski krytykował socjalistów postulujących równiejszy podział dochodu krajowego pomiędzy wszystkich mieszkańców jako panaceum na galicyjską biedę. Wedle niego, w Galicji nie ma co dzielić, „produkcja tak jest nędzną”, że „…przy zrównanych warunkach egzystencji wszyscy zarówno by popadli poniżej poziomu nędzarzy angielskich”11. Pisze, iż rozumie istnienie socjalizmu w krajach, w których jest co dzielić, jak np. Anglia czy Francja, że docenia jego znaczenie jako nurtu dostarczającego niezbędnego fermentu umysłowego, bez którego niemożliwy byłby jakikolwiek rozwój. Podkreśla też doniosłość socjalizmu, będącego protestem przeciwko „…brakowi poczucia obywatelskiego u kapitalistycznego średniego stanu w Niemczech i Francji”12, ale uważa, iż w Galicji należy stworzyć najpierw taki stan, a dopiero później jego błędy będzie można poprawiać. W warunkach galicyjskich socjalizm to dla niego przede wszystkim niepotrzebne dzielenie społeczeństwa oraz rozbudzanie resentymentów.

Nie wierzył zresztą w żadne cudowne recepty, mające przynieść natychmiastowy skutek. Postrzegał katastrofalną sytuację Galicji w całej jej złożoności i nie przyjmował do wiadomości, iż stan ten wynika ze zbyt wysokich czy zbyt niskich podatków, złej redystrybucji dochodu krajowego czy gospodarczej przewagi ludności żydowskiej. Żyjąc w świecie urojeń, uczyniliśmy z Żydów, jak pisał, kozła ofiarnego „…wszystkich naszych niepowodzeń i naszego niedołęstwa, a zaledwie przeczuwamy istnienie przyczyn upadku i głębszych i trudniejszych do usunięcia”13. Za równie prostackie uznawał też poglądy, iż sytuacja jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poprawi się momencie, kiedy wprowadzone zostaną cła zbożowe czy też ułatwienia w dostępie do tanich kredytów.

Nasuwa się pytanie, gdzie w takim razie szukać wyjścia z tej pozornie beznadziejnej sytuacji. Przede wszystkim zmiany muszą być kompleksowe, zaś warunkiem ich powodzenia jest w pierwszym rzędzie „odbudowa” społeczeństwa, uobywatelnienie mieszkańców Galicji, którzy winni w większym stopniu poczuć się odpowiedzialni za to, co się wokół nich dzieje. Trzeba uczynić z galicjanina świadomego obywatela. „Sama nazwa obywatela – pisze Szczepanowski – jest zarazem programem i zawiera wszystkie obowiązki społeczne. Żaden język nie posiada słowa podobnego. Ani niemieckie Bürger, ani francuskie citoyen, ani angielskie citizen, nie dają najmniejszego wyobrażenia o tym, co dla każdego Polaka tkwi w samym wyrażeniu obywatel, duch obywatelski, obowiązek obywatelski, działać po obywatelsku. To wyobrażenie takie uniwersalne, tak głęboko filozoficzne, tak doskonale odpowiadające potrzebom czasu, jest zarazem tak pospolitym i utartym u nas, że je każdy Polak, czy szlachcic czy żyd, chłop lub mieszczanin od razu zrozumie. Każdy od razu ocenia jego doniosłość, mimo woli pociągniętym jest do niedoskonałego chociaż urzeczywistnienia, a ze wstrętem odwraca się od obłudnego przywłaszczenia sobie imienia bez wypełniania obowiązków, które to miano nakłada. /…/ Obywatelstwo wymaga poświęcenia się sprawie publicznej, wyzwolenia się z wszystkiego co marne i błahe, wymaga prostoty życia, szlachetności duszy i podniosłości myśli. A jednak bez dążenia do tego już nie można być Polakiem, można być karykaturą Polaka, człowiekiem paplającym bezmyślnie po polsku, ale nie Polakiem duchem i prawdą”14.

Lekarstwem na bolączki Galicji jest według Szczepanowskiego zarówno podniesienie produkcji krajowej, jak i moralne odrodzenie, kultywowanie cnót heroicznych, ale i rozwój przymiotów kupieckich czy mieszczańskich. Nie ma u niego sprzeczności między jednym a drugim – przeciwnie, stanowi to system naczyń połączonych, mamy do czynienia z interakcją. Konstatował co prawda wyraźny przerost u Polaków cnót heroicznych nad bardziej pospolitymi, pisząc, iż w zasadzie każdy w potrzebie pójdzie na śmierć za Ojczyznę, „on tylko żyć nie potrafi”15. W związku z tym apelował do rodaków, aby byli Polakami nie tylko w chwili, w której trąby wzywają do boju, ale każdego dnia, w szarym życiu codziennym, podczas wykonywania wszystkich obowiązków społecznych. Nie oznacza to jednak postponowania przez niego cnót heroicznych czy degradacji sfery ducha na rzecz spraw czysto materialnych. Podkreśla bowiem, iż najoczywistszym faktem psychologicznym jest to, „…że Polak nie może się obejść bez idealnych sprężyn działania”16, a w innym miejscu pisze: „Myśl wysoka płynie tylko z szlachetnego serca i wtóruje tylko dzielności czynów”17.

Podobnie zresztą postrzegał kwestię odzyskania niepodległości przez Polskę. Jego zdaniem, nie ma co wyczekiwać na cud, drogą do niej nie może być też nieprzygotowany, spontaniczny zryw. Pożądany efekt może przynieść tylko praca każdego pojedynczego Polaka i wszystkich razem nad sobą. Szczepanowski pisze, iż Polska upadła, ponieważ anarchia panowała w mentalności każdego Polaka i dopóki nie uzdrowi on „…swojej duszy i nie zrobi jej wizerunkiem tej Ojczyzny, która ma zmartwychwstać”, dopóty na nic zda się polityka, dyplomacja, pomoc zewnętrzna czy sprzyjająca koniunktura międzynarodowa18.

***

O tym wszystkim mówi polska filozofia narodowa, takie było przesłanie poezji wieszczej. Trzeba sięgnąć do tej tradycji, przyswoić ją i zacząć wcielać w życie. W pismach Krasińskiego, Mickiewicza czy Słowackiego, a zwłaszcza w „Ojcze nasz” Augusta Cieszkowskiego, jest koherentny i dostosowany do polskiej specyfiki program przebudowy narodowo-społecznej, „…tkwi tam głębszy zarodek przyszłości niż w sofizmatach współczesnych”19. Należy jednak go tam dostrzec, tymczasem twórczość ta odbierana jest powierzchownie, podziwiana jedynie za walory estetyczne oraz treści patriotyczne. Szczepanowski, samemu przecież będąc człowiekiem „cyrkla, wagi, miary”, który „zjadł zęby na cyfrach i statystykach” pracując i ucząc się w Wiedniu, Francji czy Anglii, odrzucał poglądy pozytywistycznych krytyków mesjanizmu, widzących w nim tylko mętne mistycyzowanie.

Autor „Nędzy Galicji” nie wierzył w możliwość uzdrowienia sytuacji społecznej przy pomocy mechanicznego przeszczepiania na nasz grunt obcych idei i koncepcji. Pisał, iż „…socjalizm, tak samo jak jezuityzm, lub kapitalizm i wiele innych izmów, jest tylko obcą naleciałością, zaszczepieniem na naszym gruncie obcych wyobrażeń, wytworzonych pod zupełnie innymi warunkami, stojących w sprzeczności z naszymi własnymi tradycjami obywatelskimi /…/ Powróćmy do samodzielnego i oryginalnego życia umysłowego, do dalszego budowania na podstawach już przeszłością narodu uzyskanych, do rozwoju zarodków tkwiących w naszej własnej organizacji społecznej i narodowej – a tak jak słońce rozprasza mgłę, tak powrót do naszych własnych tradycji rozpędzi te choroby zachodnio-europejskie, naśladownictwem do nas przeniesione”20. Polacy dokonując niezbędnych reform muszą więc stanąć na gruncie idei polskiej, nie mogą abstrahować od doświadczeń narodowych.

Wedle niego, myśl polska w latach między powstaniem „Dziadów” i „Ojcze nasz” „…zakreśliła i narodowi polskiemu, i całej ludzkości zadanie i misję po wsze czasy”21. Program zawarty w pismach mesjanistów, mając charakter narodowy, jest bowiem jednocześnie w pełnym tego słowa znaczeniu uniwersalny. Jądrem jego są odwieczne prawdy, podane w nowej postaci. Jest to po prostu zastosowanie „…zasad złożonych w Piśmie Świętym całej ludzkości do nowej sfery stosunków społecznych i międzynarodowych, bo ta sfera przecież nie może być wykluczona z dziedziny praw uniwersalnych obowiązujących zawsze i wszędzie”22.

Akcentując związek mesjanizmu z chrześcijaństwem, postrzegając jego program jako rozciągnięcie zasad chrześcijańskiej moralności na sferę polityczną, społeczną i gospodarczą, podkreślał, że Polska będzie katolicka lub nie będzie jej wcale. Polityk zaś, który tego pewnika nie chciałby uznać „…musiałby wyjść z potwornego założenia, że społeczeństwo może się rozwijać bez religii, ale w tej chwili stanąłby nie tylko poza obrębem własnego narodu, ale też poza obrębem ogólnego doświadczenia całej ludzkości”23. Nie przeszkadzało mu to jednak krytykować w ostrych nieraz słowach tej formy katolicyzmu, którą określał mianem jezuityzmu. Jezuityzm, będąc skostniałą, spetryfikowaną formą katolicyzmu, implikującą inercję, kwietyzm, zacofanie cywilizacyjne krajów katolickich w porównaniu z protestanckimi, jest dla autora „Nędzy Galicji” przyczyną wszystkich nieszczęść, których na przestrzeni wieków doświadczyła Polska.

Jednak tego rodzaju konstatacje nie doprowadziły go bynajmniej do odrzucenia katolicyzmu i afirmacji protestantyzmu (jak to miało miejsce chociażby u Jana Stachniuka, posiłkującego się chętnie jego autorytetem). Nie stało się tak, ponieważ uznał on jezuityzm jedynie za zdegenerowaną formę katolicyzmu. Typ właściwy czy pożądany, reprezentowany m.in. przez Tomasza Morusa, Jana Zamoyskiego, Erazma z Rotterdamu, Josepha de Maistre’a, François-René Chateubrianda, Josepha von Görresa czy Alberta de Muna, znacznie przewyższa protestantyzm. Decyduje o tym jego społeczny charakter, w przeciwieństwie do protestanckiego skupienia się na jednostce i zbawieniu indywidualnej duszy, koncepcja wolnej woli, przekonanie, iż wiara bez uczynków jest martwa, wyższość pierwiastka duchowego nad świeckim czy wreszcie większa elastyczność24.

***

Wrogowie Szczepanowskiego nie szczędzili przy okazji wspominanego procesu słów krytyki pod jego adresem. Mówiono o spektakularnej klęsce, bankructwie, fiasku poniesionym przez człowieka zadufanego w sobie. Nic bardziej błędnego. Proces doprowadził co prawda do ruiny finansowej i zdrowotnej samego Szczepanowskiego, ale tego, co rozpoczął, już cofnąć się nie dało. Sama „Nędza Galicji” była niezwykle istotnym zarzewiem zmian, impulsem, który doprowadził do tego, że już po 1890 r. Galicja zaczęła się przekształcać, pojawiły się inwestycje, rozwój infrastruktury itp. Jej mieszkańcy „…jakby zirytowani treścią książki Szczepanowskiego, ruszyli do pracy. Książka wywołała wielką debatę publiczną. Idee Szczepanowskiego rozpropagowano między elitami, ale to w końcu one podejmowały decyzje o kierunku zmian, modernizacji”25.

 

Przypisy:

1 S. Kieniewicz, Dramat trzeźwych entuzjastów. O ludziach pracy organicznej, Warszawa 1964, s. 207.

2 Ibid., s. 184.

3 S. Borzym, Idea polska Stanisława Szczepanowskiego [w:] S. Szczepanowski, Idea polska. Wybór pism, Warszawa 1987, s. 6.

4 S. Kieniewicz, op. cit., s. 204.

5 Cyt. za K. Ratajska, Neomesjanistyczni spadkobiercy Mickiewicza, Łódź 1998, s. 56.

6 S. Szczepanowski, Nędza Galicyi w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego, Lwów 1888, wyd. 2, ss. 24-25.

7 Ibid., s. 43.

8 Ibid., s. 49.

9 Ibid., s. 125.

10 Ibid., ss. 110-111.

11 Ibid., s. 112.

12 Ibid., s. 113.

13 Ibid., s. 120.

14 Ibid., s. 134.

15 Tenże, Idea polska wobec prądów kosmopolitycznych [w:] Tenże, Idea…, s. 303.

16 Tenże, Nędza…, s. 147.

17 Tenże, Racjonalizm narodowy [w:] Tenże, Idea…, s.197.

18 Tenże, Idea polska…, s. 310.

19 Tenże, Idea polska…, s. 260.

20 Tenże, Nędza…, s. 113.

21 Tenże, Idea polska…, s. 327.

22 Ibid., s. 309.

23 Ibid., s. 264.

24 Ibid., ss. 281-282.

25 Galicyjskość to szacunek dla własnych korzeni. O Galicji i Tarnowie z prof. Andrzejem Chwalbą, historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawiają Jarosław Krawczyk i Tomasz Bohun, http://www.mowiawieki.pl/artykul.html?id_artykul=1781