Tylko złożoność nas uratuje

Tylko złożoność nas uratuje

Szwedzki profesor nauk zarządzania Pierre Guillet de Monthoux pisze pięknie i niebanalnie o sztuce i zarządzaniu. Przekonuje, że sztuka jest zjawiskiem bardzo szerokim, organicznym, a zarządzanie jest jego częścią, choć często nieuświadamianą. Estetyka znajduje się w przestrzeni pomiędzy prawdą naukową a sferą moralną i jakby poszerza ludzki horyzont widzenia i rozumienia świata – wnosi kontekst poznania, niedostępny dla technokratów i zwolenników zwężonej wizji efektywności. Taki kontekst jest bardzo potrzebny, bo przywraca poczucie sensu i proporcji świata. Może być inspiracją dla tych kierowników i menedżerów, którzy czują, że świat wskaźników, krótkoterminowych korzyści i postępującej fragmentaryzacji jest wydmuszką; to świat, gdzie, zgodnie ze znaną maksymą Oscara Wilde’a, każdy zna cenę wszystkiego, ale nikt nie zna wartości czegokolwiek. Guillet de Monthoux uważa, że każde ludzkie działanie posiada wymiar estetyczny i jeśli nie kultywujemy piękna i prawdy, to wybijają brzydota i fałsz.

Bez świadomego poczucia piękna zarządzanie nie ma sensu, żeby nie wiadomo jak bardzo było efektywne i nowoczesne. Musimy odzyskać sens, który został w ostatnich dekadach utracony. Droga do tego nie jest ani prosta, ani nawet nie da się jej jednoznacznie opisać i zaplanować. Można i należy jednak aktywnie jej poszukiwać. Guillet de Monthoux proponuje szefom, by często odwiedzali muzea i galerie oraz czytali książki. Teoretykom i edukatorom poleca naukę od myślicieli związanych z anarchizmem. Uczą oni jak radzić sobie ze złożonością idei, jak nie zadowalać się uproszczeniami i doceniać to, że świat jest nieskończenie różnorodny i skomplikowany. Po prostu tak jest i trzeba nauczyć się z tym żyć. Z różnorodności mądrzej jest czerpać, niż ją na siłę ograniczać.

Ten sposób patrzenia na zarządzanie nie jest dziś ani tak znany, ani tak popularny, jak na to zasługuje. Tymczasem już stare dobre podejście systemowe, kierunek dominujący w naukach zarządzania w połowie ubiegłego wieku, zwracało uwagę, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż proste rozwiązania złożonych problemów. Takie rozwiązania wyglądają kusząco, zwłaszcza w niespokojnych i niepewnych czasach, ponieważ przemawiają do naszego poczucia bezpieczeństwa i zmysłu porządkowania. Oczekiwanie, że da się prosto zarządzić – że możliwe i słuszne jest zaplanowanie wszystkiego, jak w systemie komunizmu państwowego, czy tak jak obecnie, że niewidzialna ręka rynku rozwiąże wszystkie problemy, jest nie tylko naiwne, ale aktywnie szkodliwe. Takie podejście do zarządzania nie rozwiązuje złożonych problemów, lecz powoduje dramatyczne marnotrawienie zasobów i wartości wplecionych w różnorodność, a do tego generuje nowe problemy, do których podchodzi się w ten sam redukcjonistyczny sposób… i mamy spiralę dysfunkcji.

Mechanizm „więcej tego samego”, jako filozofia upadłego zarządzania, został znakomicie opisany przez badacza strategii organizacji, profesora Krzysztofa Obłója, w książce „Zarządzanie: Ujęcie praktyczne”, opublikowanej w połowie lat 80. Autor przedstawia coraz bardziej niewydolny system państwowego komunizmu, reagujący na każdy problem w ten sam prosty sposób. Jeśli specjalizacja prowadzi do wystąpienia problemów, to do każdego z nich stosuje się jeszcze więcej specjalizacji. Jeśli formalizacja generuje kryzysy, to każdy „leczy się” przy pomocy jeszcze większej ilości przepisów. System zarządzania wpadł w korkociąg i nie jest w stanie poderwać się do góry, ponieważ nie jest zdolny do tego, aby choćby tylko dostrzec złożoność sytuacji i samej organizacji, którą próbuje kontrolować. Pole widzenia ogranicza się, zarządzający mogą być autentycznie przekonani, że postępują słusznie i że tak po prostu musi być, bo inaczej ich organizacje, instytucje i państwa wypadną z grupy liczących się nowoczesnych podmiotów.

Tymczasem według innej zasady systemowej, znanej jako prawo niezbędnej złożoności Rossa Ashby’ego, a w polskich naukach zarządzania spopularyzowane przez Andrzeja Zawiślaka, podsystem zarządzający musi być co najmniej równie złożony, jak system, którym on kieruje. Oznacza to, że dobre, zdrowe zarządzanie musi rozumieć i uwzględniać, a najlepiej także korzystać z różnorodności organizacji, za którą odpowiada. Na przykład Kooperatywa Dobrze, którą obecnie badam, posiada bardzo rozbudowany system demokratycznego podejmowania decyzji. Pewne zasadnicze sprawy dyskutowane są podczas zebrań otwartych dla wszystkich spółdzielców i spółdzielczyń. Działanie bieżące regulowane jest przez grupy robocze, które podejmują decyzje w drodze konsensusu. Jedną z grup roboczych jest grupa koordynująca, która ma pieczę nad całością działań, a w skład jej wchodzą wszyscy członkowie i członkinie stowarzyszenia. Zebrania grupy koordynacyjnej są częstsze i zajmują się kwestiami bardziej roboczymi. Notatki z zebrań koordynacyjnych są też dostępne dla członków i członkiń, można  przeczytać notatkę. Zarządzanie Kooperatywą opiera się nie na podejmowaniu decyzji na zasadzie prostej większości ani na centralizacji odpowiedzialności, lecz na szerokiej i głębokiej demokracji, czyli braniu pod uwagę pełnej gamy różnorodności opinii i propozycji.

Innym przykładem zarządzania na zasadzie niezbędnej różnorodności jest system kolegialny. Uniwersytet, który jest niezwykle złożoną formą organizacyjną, a przy tym mającą wbudowany w normalne funkcjonowanie konflikt i niezgodę, wypracował sobie przez setki lat swojego funkcjonowania  skomplikowany system oparty na rzemieślniczym starszeństwie i reprezentacji różnych warstw i poziomów profesji. W zarządzaniu kolegialnym przyjmuje się, że najwyższą wartością jest wiedza i prawda, a dążeniu do nich musi być podporządkowane wszystko inne, włącznie z zyskiem i polityką. Jest to trudny warunek i tylko władza rozproszona i bezustannie kontrolowana jest w stanie mu podołać. Sam w sobie model nie jest lekarstwem na każde zło – wymaga dostosowania do coraz większej złożoności naszych czasów.

Demokrację należałoby pogłębiać i poszerzać, by wypracować dobry system zarządzania współczesną uczelnią. Niektóre szwedzkie uczelnie tak właśnie robią, podczas gdy brytyjskie poszły w kierunku prywatyzacji, centralizacji i przekształcenia typu biznesowego. Ostatnio podejmowane są kroki w celu zreformowania polskiej akademii w tym samym kierunku i przeciwko temu trwają kolegialne protesty pracowników i studentów, które objęły w czerwcu cały kraj. Protestujemy i organizujemy się, bo wiemy, że biznesyfikacja akademii to tendencja samobójcza, powodująca utratę wartości akademickich, a w efekcie zniszczenie tożsamości uniwersytetu. W ostatnich dekadach wszystkie branże i sektory poddane są na całym świecie presjom tego rodzaju i jest to tendencja, której należy się przeciwstawiać, bo wcale nie jest nieuchronna ani „jedynie słuszna”. Tak wydaje się tylko wówczas, gdy mamy zawężone pole widzenia, gdy mamy systemowe klapki na oczy, eliminujące różnorodność i złożoność.

Presja na biznesyfikację wszystkiego jest dokładnie tak samo obłędna, jak rozwiązywanie wszelkich problemów w systemie państwowego komunizmu przez dodawanie jeszcze więcej planowania i jeszcze więcej szczebli kontroli. Błędne koło niewydolności zniszczyło zdolność tamtego zarządzania do odnowy. Tak samo dzieje się obecnie z zarządzaniem w epoce późnego kapitalizmu, zwanego neoliberalizmem. Nie sprawdza się już nawet dominująca wcześniej kapitalistyczna zasada organizatorska, aby zawsze gromadzić kapitał poprzez generowanie dochodów i zyskowność. Zyskowne przedsięwzięcia są likwidowane i niszczone przez krótkowzroczne decyzje inwestorskie. Ta strategia zarządzania określana jest przez profesora nauk zarządzania Petera Fleminga jako wreckage economics, czyli po prostu gospodarka rabunkowa. Sprawne ekonomicznie, dobrze działające firmy i organizacje, w tym także służba zdrowia i uniwersytety, przygotowywane są do prywatyzacji jako marki (brands), poprzez zabiegi znane jako asset sweating i asset stripping, czyli maksymalne obciążanie i wykorzystywanie poza granice dyktowane możliwością odtworzenia istniejących zasobów, w tym ludzkich. Jednocześnie inwestuje się w nieruchomości, będące częścią marki, i na koniec, pozbywa się ludzi i wszystkiego, czego są nośnikami: wiedzy, tradycji, kultury, wartości, lojalności, struktur… Mimo zgromadzonych środków sprawia to wrażenie organizacji w kryzysie, cierpiącej niedostatek i tak często widzą to uczestnicy, sądząc, że oszczędzanie i rywalizacja o środki są konieczne i pomogą przetrwać. Tymczasem te działania służą wyłącznie nadrzędnemu celowi systemu, który definiowany jest przez coraz bardziej wąsko definiowane imperatywy finansowe i inwestycyjne. Pracownicy i jednostki konkurujące między sobą i oszczędzające zasoby kopią jakby swój własny grób. Oszczędności nie pomogą utrzymać zatrudnienia, gdyż nigdy nie było to celem ani nawet efektem ubocznym tej fazy neoliberalnego zarządzania.

Nakręcaniu się tej spirali dysfunkcji, zniszczenia i tworzenia papierowego zysku dla anonimowych funduszy inwestycyjnych sprzyja ograniczanie różnorodności, upraszczanie rozwiązań, stwarzanie iluzji, że nie istnieje alternatywa, zgodnie ze słynnym aforyzmem brytyjskiej premier Margaret Thatcher, że there is no alternative. Badacze organizacji Morten Bøås i Desmond McNeill zauważyli, że w obecnych czasach państwa i instytucje posiadające władzę, takie jak USA czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, oddziałując bezpośrednio albo poprzez media i struktury takie jak dyscypliny akademickie (ekonomia i biznes), realizują swoją władzę poprzez ograniczanie złożoności, framing, odcinanie i pozbawianie władzy marginesów, idei, które mogłyby się okazać radykalne i faktycznie stanowić alternatywę wobec istniejącego porządku.

Samo dostrzeżenie, że alternatywa istnieje, ma potencjał radykalny i zagraża istniejącemu systemowi. Nasza złożoność, nasza niejednowymiarowość, nasza ludzka kondycja – to wszystko, co system definiuje i piętnuje jako naszą słabość, jest w gruncie rzeczy naszą siłą. Sam fakt, że jesteśmy zbyt skomplikowani jak na narzucane nam sztywne formy zarządzania, że żaden żywy człowiek nie jest homo economicus, kompromituje neoliberalne zarządzanie i demaskuje jego całkowitą nieskuteczność, nawet przy posiadaniu przezeń niemal pełni władzy i bogactwa. Celebrowanie, zgłębianie i używanie złożoności do koordynowania organizacji jest aktem radykalnej niezgody i rewolucyjnym podejściem do zarządzania. Dlatego właśnie propozycje Pierre’a Guilleta de Monthoux, by zarządzać w oparciu o sztukę i idee anarchistyczne, są czymś o wiele więcej, niż tylko ładnymi teoriami. Są zaproszeniem to budowania nowej, żywej gospodarki w poprzek i na wskroś jednowymiarowych neoliberalnych wydmuszek. Gdy zbierze się masa krytyczna złożoności, rozsadzimy krępująca nas śmiertelną skorupę i przejmiemy dla wspólnego dobra to, co zagrabiła i tłamsi swoim niszczycielskim uchwytem.

prof. Monika Kostera

Nieznośny powab Specjalnych Stref Ekonomicznych

Nieznośny powab Specjalnych Stref Ekonomicznych

Specjalne Strefy Ekonomiczne (SSE) to jeden z bardziej kontrowersyjnych tematów polskiej debaty ekonomicznej. O ich likwidacji mówiło się od lat, a przeróżni komentatorzy wskazywali ich słabości i wady. Co ciekawe, wśród przeciwników SSE znajdowali się zarówno komentatorzy i eksperci wolnorynkowi, jak i prospołeczni i progresywni. Ci pierwsi zwracali uwagę, że istnienie SSE zaburza wolną konkurencję – czyli w ich wyniku boisko przestawało być równe. Ci drudzy zwracali uwagę  przede wszystkim na fakt drenowania finansów publicznych.

Mimo to kolejne rządy decydowały się na przedłużanie okresu działania stref – ostatnio aż do roku 2026. Chyba mało kto spodziewał się, że zamiast zakończenia ich działania, będziemy mieli coś wręcz odwrotnego – czyli rozciągnięcie zasad SSE na terytorium całego kraju. Tymczasem właśnie na takie działanie zdecydowała się obecna koalicja rządząca. Niestety PiS, który do tej pory dał się poznać z dosyć progresywnej polityki gospodarczej, tym razem dał się ponieść typowym liberalnym przesądom, według których niższe podatki, to wyższe inwestycje i zatrudnienie.

140 tys. zł za miejsce pracy

Przypomnijmy, że w Polsce formalnie funkcjonowało 14 Specjalnych Stref Ekonomicznych. Jednak była to liczba czysto umowna, ponieważ dopuszczono możliwość tworzenia tak zwanych podstref, z czego ochoczo korzystały gminy, które nie znalazły się na terenie pierwotnych SSE. W efekcie SSE były objęte niemal wszystkie polskie miasta powyżej 100 tys. mieszkańców – a jest ich ok. 40. Co więcej, tereny podstref wcale nie musiały do siebie przylegać. Dochodziło do takich absurdów, że do Mieleckiej SSE należały… Szczecin i Częstochowa. W sumie terenem SSE było objęte 0,1 proc. terytorium naszego kraju. Oczywiście główną zasadą ich działania było udzielanie inwestującym w ich ramach przedsiębiorstwom ulg podatkowych. Ulgi były udzielane w podatku dochodowym od osób prawnych (CIT), choć możliwe też było, aby decyzją rady gminy udzielały też ulg w podatku od nieruchomości. Firma mogła otrzymać ulgę w CIT wysokości od 15 do 50 procent sumy nakładów inwestycyjnych lub sumy dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników. Teraz, decyzją obecnej ekipy rządzącej, ulgi tego typu można uzyskać na terenie całego kraju.

Oczywiście udzielanie ulg podatkowych na tak masową skalę musiało się odbijać wyraźną stratą niezrealizowanych dochodów po stronie budżetu państwa. W 1998 r., czyli w pierwszym roku działania SSE, z ulg skorzystały jedynie 24 podmioty, a suma ulg wynosiła 34 mln złotych. Jednak liczba chętnych rosła lawinowo – w 2005 r. z ulg w SSE korzystały 289 firmy, a w 2012 roku 538. Według Fundacji Kaleckiego w latach 1998-2012 budżet państwa nie otrzymał z tego powodu z tytułu CIT aż 12 mld zł, czyli można powiedzieć, że do jednego utworzonego miejsca pracy w SSE dopłaciliśmy… 139 tys. złotych. W samym 2012 roku suma ulg z tytułu CIT wyniosła 1,6 mld zł, co stanowiło 16 proc. całości wpływów z podatku dochodowego od osób prawnych. Między innymi dlatego dochody z podatku korporacyjnego w Polsce niezwykle odstawały od dochodów z tego tytułu w innych krajach Zachodu. Według raportu Instytutu Globalnej Odpowiedzialności pt. „Uciekające podatki”, wpływy z CIT wynoszą nad Wisłą 1,5 proc. PKB, tymczasem średnia dla krajów OECD jest dwa razy wyższa. Oczywiście głównych powodów tak nieproporcjonalnie niskich wpływów z CIT jest więcej – chociażby niższa niż na Zachodzie stawka podatku oraz słaba efektywność organów skarbowych, co ułatwia firmom optymalizację fiskalną. Jednak istnienie SSE to ważny element tego, że koncerny od lat mają w Polsce wyjątkowe możliwości unikania podatku dochodowego.

Wątpliwe założenie

Oczywiście główną ideą stojącą za tworzeniem Specjalnych Stref Ekonomicznych, jak i za samym rozszerzeniem ich na terytorium całej Polski, jest przeświadczenie, że niski podatek korporacyjny sprawia, iż firmy chętniej podejmują inwestycje oraz zwiększają zatrudnienie. Niestety to założenie jest czysto intuicyjne i nie stoją za nim żadne przekonujące dowody. Gdyby sprawa była taka prosta, bezpośrednie inwestycje zagraniczne płynęłyby szerokim strumieniem do Czarnogóry oraz Macedonii, które mają najniższą stawkę podatku CIT w Europie (odpowiednio 9 proc. i 10 proc.), a jak wiemy nic takiego nie ma miejsca. Za to kraje z wyraźnie wyższym podatkiem CIT niż w Polsce (19 proc.), mogą się pochwalić zarówno bardzo wysokimi wskaźnikami zatrudnienia, jak i inwestycjami wysokiej jakości – w Niemczech wynosi on ponad 30 proc. (dokładna stawka jest zróżnicowana regionalnie), w Szwajcarii oraz Austrii 25 proc., a w Danii i Szwecji 22 proc. Koncepcję rozruszania gospodarki poprzez obniżanie podatku korporacyjnego wziął na warsztat australijski ekonomista Andrew Leigh. Postanowił sprawdzić, czy niższy podatek dochodowy od korporacji rzeczywiście przekłada się na większą skłonność do zatrudniania. Podzielił badane firmy na te, które płacą CIT wyższy niż 25 proc., i płacące stawkę niższą niż 25 proc. I o dziwo, większą skłonnością do zwiększania zatrudnienia charakteryzowały się spółki z tej pierwszej grupy. Jednak gdyby się dobrze zastanowić, te wyniki wcale nie muszą być takie zadziwiające. Niższy podatek CIT to wyższy zysk netto przy takich samych przychodach. Zatem właściciele i akcjonariusze firm mają mniejszą motywację do ekspansji i zwiększania sprzedaży oraz skali działania.

Olbrzymia część inwestycji, które powstały w SSE, i tak by miały miejsce. Firmy inwestowały tu na potęgę, skuszone rzeszami dobrze wykształconych pracowników, którzy są niezwykle tani w porównaniu do swoich odpowiedników na zachodzie kontynentu. Ale skoro na terenie strefy mogły jeszcze uzyskać ulgi w CIT, to decydowały o lokowaniu inwestycji dokładnie w nich. Nie mówiąc już o wielu sytuacjach, w których spółki po prostu przenosiły działalność do SSE, więc zysk dla jednej gminy oznaczał stratę dla drugiej i bilans się zerował.

Optymalizacja zamiast modernizacji

Według rządu rozszerzenie SSE na teren całego kraju ma zmniejszyć zróżnicowanie terytorialne Polski. Obecnie licząc PKB per capita najzamożniejsze województwa są nawet dwa razy bardziej rozwinięte niż najbiedniejsze. Ma temu pomóc konstrukcja ulg – ich poziom będzie zależeć od poziomu rozwoju regionu. A dokładnie będzie odpowiadać limitom pomocy publicznej, których można udzielać w poszczególnych regionach zgodnie z zasadami UE. O ile więc w województwie lubelskim czy podkarpackim będzie można uzyskać ulgę na poziomie 50 proc. poniesionych nakładów, to w dolnośląskim oraz śląskim jedynie 25 proc. Problem w tym, że dokładnie te same zasady funkcjonowały w ramach SSE i jakoś nie zapobiegło to tak dużym różnicom w rozwoju. A inwestycje w SSE i tak ogniskowały się nie tam, gdzie były największe ulgi, lecz tam, gdzie znajdowały się najlepiej rozwinięta infrastruktura i kompetentna kadra. Zdecydowanie największe zatrudnienie daje Katowicka SSE – pracuje w niej 58 tys. ludzi. A obejmuje ona również bardzo zamożne miasta, takie jak Tychy. Druga w kolejności jest leżąca na Dolnym Śląsku Wałbrzyska SSE – daje zatrudnienie 45 tys. osobom. W Krakowskiej SSE pracują 22 tys. osób, tymczasem w SSE na ścianie wschodniej te liczby są bez porównania mniejsze. Przykładowo w Warmińsko-Mazurskiej SSE pracuje 12 tys. osób, a w Starachowickiej SSE zaledwie 7 tys. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego teraz miałoby być inaczej – wciąż inwestycje będą się ogniskować w najlepiej rozwiniętych regionach kraju, tym bardziej, że również one będą oferować ulgi.

Trzeba też pamiętać, że konstrukcja ulg zapewnia większe preferencje największym koncernom – według zasady im większa inwestycja, tym większa ulga w liczbach bezwzględnych. Właśnie dlatego polski kapitał odpowiadał zaledwie za 20 proc. nakładów inwestycyjnych w SSE. I to się przecież nie zmieni – polski kapitał był w mniejszości w SSE nie dlatego, że miał zablokowane wejście do stref, bo to zupełna nieprawda, lecz dlatego, że koncerny zagraniczne mają więcej środków na inwestycje. Nie wiadomo więc dlaczego według rządzących rozszerzenie SSE na teren całego kraju ma polepszyć sytuację polskich firm. Płonne są również nadzieje rządzących, że ten ruch przyciągnie nad Wisłę inwestycje w wysokie technologie. Owszem, za najwięcej inwestycji w SSE odpowiadała branża samochodowa (25 proc.). Ale następne w kolejności były już wyroby gumowe, wyroby metalowe i wyroby papierowe. A inwestycje w elektronikę czy komputery były porównywalne z inwestycjami branży spożywczej.

***

Niestety wychodzi na to, że polskie władze nie mają innego pomysłu na wzrost inwestycji i modernizację struktury polskiej gospodarki, niż ulgi podatkowe. Przecież wcześniej wprowadzono obniżony CIT 15 proc. dla małych spółek, który ma być znów obniżony do 9 procent. Jak widać przeświadczenie o wielkiej roli w ulgach podatkowych dla korporacji nadal trzyma się mocno. Problem w tym, że dowodów na ich skuteczność nie ma. Ulgi są traktowane przez korporacje jako kolejna forma optymalizacji podatkowej, ale modernizacyjnego impulsu zwykle nie przynoszą. O czym sami mogliśmy się przekonać po latach funkcjonowania polskich Specjalnych Stref Ekonomicznych.

Piotr Wójcik

Neoliberalny samorząd

Neoliberalny samorząd

Samorząd ma w Polsce zaskakująco dobrą prasę. Często w debacie publicznej podkreśla się wręcz, że akurat samorząd terytorialny należy do tych nielicznych obszarów, które udało nam się dobrze zorganizować. Jeśli poddajemy krytyce sytuację w Polsce, to zwykle obrywa się państwu i parlamentowi. Również krytyka z perspektywy prospołecznej czy lewicowej dotyczy głównie polityków centralnych i to ich najczęściej obarcza winą za wszelkie ekscesy nadwiślańskiej odmiany kapitalizmu. Niestety ten powszechny obraz polskiego samorządu jest nieprawdziwy, a niezła renoma, jaką cieszą się wspólnoty lokalne w naszym kraju – niezasłużona. Samorząd w Polsce to jeden z głównych podmiotów wprowadzających nad Wisłą liberalny model kapitalizmu, a poziom wypełniania przez niego ustawowych zadań jest wyjątkowo niski. Mówiąc w skrócie, polski samorząd jest neoliberalny i nieskuteczny.

Spokojnie, to tylko komercjalizacja

Komercjalizacja jest jednym z podstawowych narzędzi tzw. nowego zarządzania publicznego (NPM) – popularnego od lat 90. modelu liberalizacji sektora publicznego. NPM polega z grubsza na implementowaniu zasad i mechanizmów rynkowych do tradycyjnych obszarów działania instytucji publicznych. Komercjalizacja polega na przekształcaniu podmiotów publicznych w spółki prawa handlowego – zaczynają one zatem działać na zasadach czysto rynkowych, kierując się zyskiem. Komercjalizowane podmioty są następnie niejednokrotnie sprzedawane prywatnym właścicielom – komercjalizacja jest wręcz często wykorzystywana tylko jako pierwszy etap prywatyzacji, jako swoisty listek figowy. Najpierw zamienia się podmiot publiczny w spółkę, uspokajając mieszkańców danej wspólnoty, że to nie prywatyzacja, bo spółka pozostanie w rękach gminy czy państwa. Następnie po jakimś okresie, czasem niezwykle krótkim, sprzedaje się tę spółkę podmiotowi prywatnemu. Uspokaja się mieszkańców wspólnoty, że przecież i tak firma działała już na zasadach rynkowych, więc co to za różnica, kto ją posiada.

Szczególnie ochoczo są w Polsce poddawane komercjalizacji szpitale publiczne pozostające w gestii samorządów. Zwykle mechanizm wyglądał tak, jak wyżej zarysowano – uzupełniano go opowieścią, że szpital jest nierentowny, a przekształcenie go w spółkę pozwoli mu wychodzić na swoje. Według raportu NIK w latach 1999-2010 (do września) skomercjalizowano 105 szpitali publicznych, zamieniając je w NZOZ-y, czyli w Niepubliczne Zakłady Opieki Zdrowotnej. Od października 2010 do 2013 r. samorządy skomercjalizowały kolejne 64 szpitale publiczne. Między innymi dzięki temu procesowi w 2015 r. szpitali publicznych było mniej niż szpitali niepublicznych (540 tych pierwszych, wobec 560 tych drugich) – do niepublicznych zaliczane są podmioty zarówno stricte prywatne, jak i skomercjalizowane, z których wiele też już jest obecnie w pełni prywatnych.

Dopiero w 2016 r. nowa koalicja rządząca wprowadziła ustawę blokująca możliwość komercjalizacji szpitali. Jednak lata obowiązywania tej możliwości sprawiły, że tysiące pracowników służby zdrowia trafiły do firm prywatnych, których nowi właściciele często nie mieli pojęcia o służbie zdrowia. Ich jedyną zasługą było to, że mieli dostęp do kapitału i informacji, które pozwoliły uczestniczyć w prywatyzacji części systemu. Na przykład w Tychach pielęgniarki szkolne trafiły do prywatnej firmy NZOZ Medycyna Szkolna, która działa jako… spółka cywilna (sic!). A samorząd? Pozbył się odpowiedzialności za prowadzenie kłopotliwej działalności.

NIK przyjrzał się komercjalizacji szpitali publicznych za lata 1999-2010. Główną tezą raportu było to, że komercjalizacja nie przyniosła żadnych spodziewanych efektów. Sytuacja finansowa skomercjalizowanych szpitali wcale się nie poprawiła, a kolejki nie uległy skróceniu. Co więcej, samorządy popełniły mnóstwo błędów. Na przykład przenosiły na spółki własność nieruchomości (zamiast je dzierżawić), co w razie upadłości spółki nie zabezpieczało im infrastruktury do prowadzenia opieki medycznej na swoim terenie. Inna część samorządów co prawda wydzierżawiała nieruchomości, ale nie dbały o odpowiednią wycenę, więc pobierały absurdalnie niskie stawki. A podczas przenoszenia dóbr trwałych na poczet nowych spółek nawet nie zadbały o ich inwentaryzację.

Mieszkanie komunalne tanio sprzedam

Kolejnym obszarem ustawowych działań samorządów, z którego zupełnie się nie wywiązują, jest mieszkalnictwo. Co więcej, podobnie jak w przypadku szpitali, samorządy, a w tym wypadku konkretnie gminy, z lubością umywają ręce od problemu, pozbywając się mieszkań komunalnych w zastraszającym tempie. Pomimo że liczba mieszkań w latach 2002-2013 wzrosła o 18 proc., to liczba mieszkań w zasobach gmin spadła o… 31 proc. Głównie w wyniku sprzedaży ich osobom prywatnym, czyli zwyczajnej prywatyzacji. O ile jeszcze w 2002 r. gminy posiadały 12 proc. wszystkich mieszkań w Polsce, to w 2016 r. było to już tylko 6 proc. Gminy są także wyjątkowo mało aktywne w zakresie budowy nowych mieszkań komunalnych – w latach 1989–2014 odpowiadały one zaledwie za 2,6 proc. wybudowanych w tym czasie mieszkań. Co gorsza, trend jest spadkowy – o ile jeszcze w latach 90. budowały ok. 5 proc. mieszkań, to w pierwszej dekadzie XXI wieku 2-3 proc., a w obecnej dekadzie ok. 1,5 proc. A w ubiegłym roku polskie gminy pobiły swój niechlubny rekord – mniej niż jeden procent oddanych w 2017 r. mieszkań było komunalnymi.

Mieszkaniom komunalnym także przyjrzał się NIK. Wnioski płynące z raportu są przygnębiające. W skontrolowanych gminach mieszkanie komunalne co rok otrzymywało zaledwie 16 proc. oczekujących. Komunalny zasób mieszkaniowy spadł w nich o 5,5 proc. w zaledwie trzy lata (2009–2011). W 34 kontrolowanych gminach na mieszkanie komunalne oczekiwało 48 tys. rodzin. Najdłużej w Kielcach – 27 lat. W Kutnie 19 gospodarstw domowych czekało na mieszkanie od kilkunastu lat.

W 2016 roku ukazał się raport Portalu Samorządowego na ten sam temat. Wnioski są podobne – gminy mają bardzo niewielki zasób mieszkaniowy (np. Poznań posiada 13 tys. mieszkań), a i ten mały zasób bardzo chętnie wyprzedają. Na przykład Łódź sprywatyzowała w trzy lata 10 tys. mieszkań z 57 tys., które miała do dyspozycji. Niektóre z… 95-procentową bonifikatą. Dzięki temu uzyskała z tytułu gospodarki mieszkaniowej 125 mln zł na czysto, zamiast kilkumilionowego minusa, jak wcześniej. Samorządy nie palą się też do budowy mieszkań komunalnych – w 2006-2014 na jedną gminę w Polsce przypadał średnio… jeden oddany nowy lokal komunalny. W badanym okresie niektóre całkiem spore miasta w ogóle nie oddały żadnego mieszkania gminnego – np. Gorzów i Opole w latach 2014-2015. W momencie pisania raportu Gorzów, Rzeszów i Gdynia nie budowały ani jednego mieszkania komunalnego.

Problemy z komunikacją

Niewiele lepiej wygląda zaspokajanie przez samorządy potrzeb mieszkańców w zakresie komunikacji zbiorowej. Stan polskiej komunikacji publicznej, szczególnie w mniejszych ośrodkach, jest już wręcz legendarny, doskonale znany nie tylko z rzetelnych opracowań, ale też z setek anegdot czy zdjęć.

W tym roku pojawił się raport Krajowego Instytutu Polityki Przestrzennej i Mieszkalnictwa, który przyjrzał się aglomeracjom wojewódzkim, a dokładnie ich zewnętrznym strefom miejskiego obszaru funkcjonalnego (MOF). Mówiąc po ludzku, chodzi o stan komunikacji miejskiej w gminach otaczających miasto wojewódzkie, które tworzą razem z nim jeden miejski obszar funkcjonalny. W przypadku Śląska mowa o gminach otaczających Górnośląski Związek Metropolitalny. Okazuje się, że w zasięgu pieszego dostępu do przystanku żyje zaledwie 52 proc. Polaków żyjących w strefach zewnętrznych MOF-ów wszystkich miast wojewódzkich. Inaczej mówiąc, co drugi Polak żyjący w jednej z 16 głównych polskich aglomeracji, ale poza jej rdzeniem, nie mam jak dojechać do jej rdzenia komunikacją publiczną. Pozostaje więc samochód, co oczywiście zwiększa korki w samym mieście, a więc także obniża dobrostan mieszkańców rdzenia. Najgorzej jest w gminach wokół Zielonej Góry – tam zaledwie 20 proc. mieszkańców żyje w zasięgu pieszej dostępności przystanku.

Zresztą problemem jest także gęstość siatki połączeń, która w zewnętrznych strefach MOF miast wojewódzkich jest mizerna. Średnia dobowa liczba połączeń wynosi w nich 7,4 połączenia na tysiąc mieszkańców – w wielu gminach jest niższa, wynosi 2-3 połączenia, a niektóre gminy w ogóle nie mają połączeń. Nawet mieszkając w zasięgu pieszej dostępności przystanku komunikacja zbiorowa może nie być żadną alternatywą.

NIK przyjrzał się temu, jak funkcjonuje regionalny publiczny transport zbiorowy, którym powinny zajmować się powiaty oraz województwa. Wnioski są dosyć zatrważające – otóż skontrolowane samorządy… nie wykazywały zainteresowania organizowaniem lokalnych systemów transportu zbiorowego. Ograniczały się jedynie do wydawania pozwoleń na wykonywanie tego typu usług chętnym podmiotom. Co więcej, połowa skontrolowanych jednostek samorządu terytorialnego (JST) nawet nie badała lokalnych potrzeb komunikacyjnych, choć jest to ich obowiązkiem. Zresztą te JST, które przeprowadziły badania, z których wyszło, że komunikacyjne potrzeby lokalne nie są spełniane, i tak nie podjęły żadnych kroków, tj. na przykład nie podpisały żadnych umów na świadczenie usług z przewoźnikami.

Chaos zamiast metody 

Nie tylko stan komunikacji zbiorowej w Polsce jest legendarny – równie znany jest chaos przestrzenny, który dominuje w naszych miastach, miasteczkach czy wsiach. Najwyższa Izba Kontroli przyjrzała się gospodarowaniu przestrzenią w polskich gminach. Wnioski, jakie wyciągnął NIK po kontroli, pokrywają się dokładnie z tym, co podnoszą wszelkiej maści działacze miejscy. Przede wszystkim gminy nie uchwalają planów zagospodarowania przestrzennego. Zaledwie 30 proc. naszego kraju pokryte jest planami zagospodarowania. Planami pokryte jest zaledwie 12 proc. terenów zagrożonych powodzią oraz 25 proc. pasa nadbrzeżnego. W efekcie nadużywane jest wydawanie decyzji o warunkach zabudowy (WZ), przez co miejsce ma przestrzenny chaos, niekontrolowana urbanizacja oraz brak należytej ochrony przyrody. A wszystko to razem negatywnie wpływa na dobrostan mieszkańców. Niestety nie widać też specjalnie woli po stronie gmin, by zmieniać ten stan rzeczy na lepsze, a tempo uchwalania planów zagospodarowania jest wysoce niesatysfakcjonujące.

Listę neoliberalnych grzechów polskiego samorządu można ciągnąć w nieskończoność. Fatalna sieć żłobków gminnych – niektóre gminy nie mają żadnego miejsca żłobkowego, tymczasem w skali kraju miejsc we wszystkich żłobkach jest mniej niż 10 proc. dzieci do lat trzech. Część gmin tylnymi drzwiami prywatyzuje… szkoły. Dzięki furtce, jaką stanowi możliwość zlecania prowadzenia szkół z liczbą uczniów poniżej 70 osobom fizycznym lub prawnym. W małopolskich Iwanowicach sprywatyzowano w ten sposób wszystkie szkoły, co spowodowało głównie kłótnie o subwencję oświatową oraz eksplozję wynagrodzeń dyrektorów – nawet do 300 tys. zł rocznie.

Samorządy chętnie też outsourcują usługi publiczne. W Warszawie część usług komunikacji miejskiej świadczą spółki prywatne – np. Arriva Bus Transport Polska czy Europe Express City. Przez lata robił to też koncern Veolia, znany z tego, że swego czasu wytoczył sprawę przed arbitrażem Egiptowi za to, iż ten ośmielił się podnieść płacę minimalną. W tamtym czasie Veolia wywoziła śmieci w Aleksandrii, co podwyższyło jej koszty. Jeszcze dalej poszedł Gdańsk, który sprywatyzował dostarczanie wody oraz odprowadzanie ścieków, co świadczy tam prywatna spółka Saur Neptun Gdańsk. Teraz cena za odprowadzania ścieków jest jedną z wyższych w dużych polskich miastach.

Samorząd ma bardzo ważne zadanie w prospołecznym modelu gospodarczym – wiele usług publicznych najlepiej organizować na szczeblu lokalnym lub regionalnym. Jednak samorząd i elity lokalne są w równym stopniu narażeni na działanie doktryny neoliberalnej i jej przeróżnych lobbystów, co państwo i jego decydenci. Zwodnicze i zwyczajnie nieprawdziwe są teorie, według których to wspólnoty lokalne wyrwą nas z neoliberalnego modelu kapitalizmu, ponieważ nie da się już wrócić do czasów „dużego państwa”. Nie ma żadnego dowodu na to, że samorząd będzie mniej zaczadzony neoliberalizmem, niż państwo. Obserwując sytuację w Polsce można dojść do wniosku, że jest wręcz przeciwnie.

Piotr Wójcik

Nowa reprezentacja dla nowego świata pracy

Nowa reprezentacja dla nowego świata pracy

Oblicza pracy zmieniają się na naszych oczach. Istotną rolę odgrywają tutaj globalizacja, nowe technologie, przemiany demograficzne czy kulturowe. W jaki sposób zmienia się nasze rozumienie pracy, funkcjonowania jej rynku oraz interesów pracowniczych? Jak wygląda działalność związków zawodowych w XXI wieku? Jakiego typu wsparcia na rynku pracy w przyszłości potrzebować będą osoby pracujące? Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Europa? Dyskutowaliśmy na ten temat z szefem Niemieckiej Federacji Związków Zawodowych (DGB) – jednej z największych central związkowych na świecie – Reinerem Hoffmannem. Rozmawiał Roderick Kefferpütz.

***

Żyjemy w okresie gwałtownych zmian technologicznych. Cyfryzacja przewraca świat pracy do góry nogami. W jaki sposób powinno się zarządzać tą transformacją?

Reiner Hoffmann: Cyfryzacja jest istotną zmianą strukturalną, która przyczynić się może do istotnej redukcji ilości miejsc pracy. Jednocześnie trudno nam powiedzieć, ile miejsc pracy – a także w jakich sektorach – powstanie w jej wyniku. Dostosowanie się do zmiany technologicznej będzie procesem uczenia się na bazie nabywanych na bieżąco doświadczeń, tak jak to było z pierwszą, drugą i trzecią rewolucją przemysłową.

Wyzwaniem będzie zatem sprawienie, aby to ludzie – a nie jedynie możliwości techniczne czy technologiczne – byli punktem odniesienia dla tej transformacji. Nie będzie dla nas niczym korzystnym, jeśli kierować się przy niej będziemy wyłącznie kwestiami technologicznymi. Podejście do tematu, stawiające w centrum człowieka, pomoże nam uznać kluczową rolę systemu edukacyjnego i szkoleniowego.

Które mają pomóc nam odnaleźć się na zmieniającym się rynku pracy?

R. H.: Niegdyś szkolono nas do wykonywania jednego zawodu przez całe życie – scenariusz ten jest jednak od dawna nieaktualny. Już w latach 70. XX wieku w obrębie Międzynarodowej Organizacji Pracy dyskutowano o kwestii kształcenia przez całe życie – nadal jednak niewiele z ówczesnych propozycji zostało zrealizowanych w praktyce.

Jesteśmy dziś świadkami gwałtownego przyspieszenia. Popatrzmy na cykl innowacji technologicznych. Postęp, który niegdyś wymagał 15-20 lat, dziś osiągany jest w 6-9 miesięcy. Przyspieszenie to sprawia, że skróceniu ulega również okres ważności naszych podstawowych kwalifikacji.

Z powodu tych gwałtownych zmian pracownicy zmuszeni są do ciągłego sprawdzania swoich umiejętności oraz – w razie potrzeby – ich podnoszenia i aktualizacji, a tym samym do ciągłego uczenia się. Wymaga to z kolei zupełnie innych form kształcenia przez całe życie niż te, do których przywykliśmy. Edukacja jest jednym z naszych podstawowych praw i nie kończy się na zdobyciu pierwszej pracy i umiejętności zawodowych. Biorąc pod uwagę tempo dziejących się na naszych oczach innowacji, prawo to musi obejmować również kształcenie ustawiczne. Właśnie dlatego walczymy o jego realizację oraz zapewnienie jej stosownego finansowania.

Kto za to prawo do kształcenia ustawicznego powinien jednak płacić?

R. H.: Mamy tu do czynienia z nowym konfliktem wokół dystrybucji dóbr i usług. Widzimy ogromną potrzebę inwestycji w edukację. To zadanie zarówno dla społeczeństwa, jak i dla biznesu. Niemcy stać na takie inwestycje, jeśli finansowane one będą na przykład za pomocą bardziej sprawiedliwego systemu podatkowego. Potrzebujemy również układów zbiorowych, takich jak ten zawarty niedawno przez IG Metall i jego pracowników, który dał im prawo (i odpowiednie możliwości) do łączenia elastycznej pracy z dalszym kształceniem.

Nie każdy jednak ma ochotę na naukę przez całe życie. Nie brak osób, które po 20-30 latach pracy nie za bardzo chcą zajmować się wymyślaniem siebie na nowo.

R. H.: Edukacja powinna być czymś przyjemnym – trudno zmuszać ludzi do czegokolwiek. Nasze systemy edukacyjne nie są jednak niestety stworzone w ten sposób. Nie pobudzają ciekawości, a korzystanie z nich nie sprawia przyjemności. Mnóstwo ludzi nie postrzega kształcenia jako szansy, lecz jako kolejną formę wywierania na nich presji. Boją się, że nie będą w stanie nadążyć za zmianami i pozostaną w tyle. Tego typu motywacja nie może jednak na dłuższą metę napędzać systemu edukacyjnego. Z tego też powodu istnieje pilna potrzeba jego zmiany. Musi on motywować ludzi do powrotu do kształcenia – motywować, a nie zmuszać. Ktoś, kto uczy się, bo musi, a nie dlatego, że chce, nie nauczy się niczego.

Jakie szanse i wyzwania niesie dla pracowników zmiana technologiczna?

R. H.: Przede wszystkim musimy aktywnie kształtować tę zmianę, by móc korzystać z okazji, jakie się z nią wiążą oraz minimalizować towarzyszące jej ryzyka.

Cyfryzacja bez wątpienia oferuje nam szereg możliwości. Nowe technologie przyczynić się mogą do zmniejszenia tradycyjnych niedogodności miejsca pracy, takich jak kurz, hałas czy konieczność przenoszenia ciężarów. Jednocześnie jednak pojawiają się nowe obciążenia, takie jak ciągła dostępność i związane z nią zatarcie granic czasowych i przestrzennych między pracą a czasem wolnym. Praca zdalna może nieco pomagać, ale otrzymywanie e-maili w środku nocy potrafi być stresujące. Opracowany przez nasz związek Indeks Dobrej Pracy wskazuje, że nie brak ludzi cierpiących z powodu rozmycia się podziału na czas pracy i odpoczynku, jak również wzrostu intensywności oraz kontroli w miejscach pracy. Są to zupełnie nowe wyzwania dla pracowników – również z perspektywy bezpieczeństwa i higieny ich pracy.

Potrzebna jest nam zatem aktualizacja przepisów dotyczących BHP. Od dłuższego czasu domagaliśmy się regulacji dotyczących walki ze stresem, który wyznaczał katalog czynników stresogennych. Potrzebujemy jasnych reguł dotyczących pracy w świecie cyfrowym – począwszy od „prawa do bycia odłączonym” aż po rzetelne rejestrowanie czasu pracy. Osoby pracujące muszą mieć prawo decydować, kiedy chcą wyłączyć swoje służbowe komórki i komputery, a jeśli nadal mają sprawdzać e-maile wieczorami, muszą otrzymywać za to wynagrodzenie.

Transformacji technologicznej towarzyszą zmiany kulturowe. Zmianie ulega sposób, w jaki myślimy o pracy. Dla niektórych jest ona sposobem zarabiania na życie, dla niektórych stanowi fundament ich tożsamości i sensu życia. Czy mamy do czynienia z rosnącą przepaścią wewnątrz świata pracy na tych, którzy pracują, by żyć a tymi, którzy żyją, aby pracować?

R. H.: Zmieniające się podejście, o którym wspominasz, jest szczególnie zauważalne wśród młodych, mających wobec pracy zupełnie inne oczekiwania. Zmiana nastawienia ma również coś wspólnego z dobrobytem. Ludzie mogą korzystać z zalet elastycznych warunków pracy – o ile ich potrzeby materialne pozostają zaspokojone na przyzwoitym poziomie. To pierwsza zmiana. Inną jest fakt, że ludzie śmielej przyznają się do tego, że chcą się skupić na swoich rodzinach, więcej podróżować czy inwestować w samorozwój, nie czekając na przejście na emeryturę.

Mimo wszystkich tych przemian jeden fakt pozostaje niezmienny – to praca jest podstawą reprodukcji i spójności społecznej, a także naszych dochodów. Jest czymś więcej niż tylko pozyskiwaniem środków na życie. Ma ona również rys integracyjny – zapewnia bowiem uczestnictwo osoby pracującej w życiu społecznym, co potrzebuje rzecz jasna dodatkowych gwarancji. Społeczna rola pracy jest powodem, dla którego sprzeciwiam się bezwarunkowemu dochodowi podstawowemu, który marginalizuje, stygmatyzuje i wyklucza ludzi.

Tyle że świat pracy jest coraz bardziej pokawałkowany. Zmieniają się systemy wartości funkcjonujących w nim osób, pojawiają się nowe formy zatrudnienia, a interesy poszczególnych graczy coraz bardziej się od siebie różnią. Czy praca pozostaje zatem odpowiednią przestrzenią mobilizacji politycznej? Czy związki zawodowe są w stanie pogodzić te różnice?

R. H.: Jako organizacja reprezentująca interesy grupowe nie mamy wyjścia. Jesteśmy instytucją, która jest w stanie działać tylko wtedy, kiedy jej członkowie solidarnie ze sobą współdziałają.

Jednym ze stojących przed nami wyzwań jest rosnąca indywidualizacja oraz różnorodność stylów życia. Nie ma już jak niegdyś poczucia wspólnego interesu, który podzielany jest przez wszystkich pracowników. Wyższe płace były przed laty kluczowe dla każdej i każdego. Nikt nie miał ochoty umrzeć z głodu czy zapracować się na śmierć. Istnienie kolektywnego interesu umożliwiało kolektywne działanie.

Interesy pracowników są dziś znacznie bardziej zróżnicowane. Musimy radzić sobie z tą różnorodnością w konstruktywny i produktywny sposób. Ludzie oczekują dziś prawa do indywidualnych wyborów oraz dostosowanych do nich możliwości. Nie chcą jednakowych rozwiązań, ale pomysłów dostosowanych do zróżnicowanych sytuacji życiowych. Staramy się realizować tę potrzebę w ramach układów zbiorowych.

Może Pan podać przykład?

R. H.: Po ostatniej rundzie negocjacyjnej w Związku Pracowników Sektora Kolejowego i Transportu (EVG) zdecydowano się dać wybór samym pracownikom. Na drugim etapie podwyżki płac każdy z pracowników mógł wybrać między podwyżką pensji o 2,4%, dodatkowymi sześcioma dniami urlopu oraz krótszym tygodniem pracy. 56% postawiło na większą ilość dni urlopowych, a 42% na wyższe płace.

Tego typu rozwiązania nie wyczerpują jednak tematu. Potrzebujemy nowych definicji tego, kim są pracownik i pracodawca. W przypadku gospodarki cyfrowej firmy tworzące platformy, takie jak Helping, Uber czy Lieferando nie uważają się za pracodawców, lecz jedynie pośredników łączących ze sobą osoby samozatrudnione z ich klientami. Nie mają one ochoty brać na siebie obowiązków pracodawców.

Jest jednak jasne, że korzystający z Ubera kierowca nie jest samozatrudniony. Nie może on wpływać na wysokość taryfy. Gdyby rzeczywiście był on własną firmą, powinien móc decydować o tym, ile zażyczy sobie za kurs z punktu A do punktu B. Nie ma jednak takiej opcji – pełną kontrolę ma tu bowiem Uber. Potrąca on z jego konta 20% kwoty uzyskanej dzięki przewiezieniu klienta. To przecież typowa relacja pracownik-pracodawca. Dostawcy platform nie mają ochoty przyznać, że nie płacą za nich podatków, nie odprowadzają składek i nie gwarantują odpowiedniego wynagrodzenia.

Jak możemy sobie poradzić z tym wyzwaniem?

R. H.: Dyskutujemy z Komisją Europejską o nowych definicjach pracodawcy i pracownika, które uściślą ich prawa oraz obowiązki. Jako że opierające się na platformach cyfrowych usługi świadczone są już na całym świecie, nie będą tu już wystarczyły regulacje na szczeblu krajowym. Poziom europejski jest tu bardziej adekwatny, choć tak naprawdę na dłuższą metę potrzebne będą globalne reguły.

Mówiąc o poziomie europejskim muszę spytać, czy inne europejskiej centrale związkowe podzielają wasze podejście do przyszłego kształtu świata pracy? Czy widoczna jest jakaś wspólna wizja, czy może pomysły są tu zupełnie inne?

R. H.: Europejskie związki zawodowe dzielą ze sobą szereg idei, tyle że konteksty, w których działają, bardzo się od siebie różnią. Na południu kontynentu, zmagającym się z bardzo wysokim poziomem bezrobocia, podejście do tego typu kwestii może być diametralnie różne. Widać jednak pewne punkty styczne.

Gwałtowne przemiany, jakie zachodzą w ramach świata pracy z powodu cyfryzacji i globalizacji, zaczynają rozmontowywać najróżniejsze bariery. Ludzie – niezależnie od współrzędnych geograficznych, specyfiki oraz warunków panujących w poszczególnych państwach – odczuwają rosnącą niepewność. Zadają sobie pytania o to, czy naprawdę muszą rozpoczynać kolejny kurs edukacyjny w wieku 60 lat, czy może uda im się jeszcze dotrwać do wieku emerytalnego w dotychczasowej pracy. Spora część z nich nie myśli tylko o sobie, ale też o swoich dzieciach i wnukach, zastanawiając się nad dostępnymi dla nich w przyszłości opcjami zawodowymi. Pojawia się zwątpienie w dotychczasową obietnicę dobrobytu i w to, że pewnego dnia nasze dzieci będą sobie radzić lepiej niż my sami.

Ta postępująca utrata kontroli prowadzi do kryzysu wiary w istniejące instytucje polityczne. Ludzie nie wierzą, że będą one w stanie odpowiedzieć na te zmiany. Oznacza to również ich zwrot w kierunku prawicowych populistów oraz oferowanych przez nich prostych rozwiązań. Protekcjonizm, rasizm i wykluczanie ze społeczności nie są jednak żadnym rozwiązaniem – są za to kolejnym niebezpieczeństwem. Związki zawodowe, dla których kosmopolityzm oraz antyrasizm stanowią istotne wartości, muszą odpowiedzieć i na to wyzwanie. Pracownicy domagają się nowych źródeł poczucia bezpieczeństwa oraz sieci zabezpieczeń, na których mogą polegać w miejscach pracy oraz w życiu prywatnym.

Jaką rolę w tworzeniu tego typu sieci może odegrać Unia Europejska?

R. H.: Kluczową rolę może tu odegrać Europejski Filar Praw Socjalnych [Europejski Filar Praw Socjalnych jest zestawem składającym się z 20 zasad, co do realizacji których w roku 2017 porozumiała się Komisja Europejska oraz państwa członkowskie – przyp. redakcji]. Aby tak się stało, musimy pójść dalej niż tylko utrzymywać status quo w zakresie standardów społecznych, które obowiązywało przez ostatnie sześć dekad. Potrzebujemy więcej i lepszych rozwiązań na rynku pracy oraz w polityce socjalnej. Równanie w dół z płacami, osiągnięciami społecznymi czy długością czasu pracy nie jest adekwatną odpowiedzią na globalizację i cyfryzację – ani pod względem ekonomicznym, ani społecznym. Filar Praw Socjalnych tworzy tu wielką szansę, możliwą między innymi dzięki działaniom Komisji Europejskiej. Istotną kwestią jest to, w jaki sposób będą go wcielać w życie państwa członkowskie. W odpowiedzi na to wyzwanie KE musi w najbliższych latach skupić się na ustalaniu zestawu prawdziwie europejskich standardów.

Postępowe siły społeczne – tak partie polityczne, jak i związki zawodowe – muszą wspólnymi siłami kierować walką na rzecz solidarnej Europy. Musimy dawać odpowiedzi na wyzwania, które sięgają daleko poza utrzymanie status quo. Celem musi być możliwość kształtowania modernizacji – od infrastruktury umożliwiającej europejską transformację energetyczną aż po godną pracę.

Wywiad pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.

Druga mila

Druga mila

Według relacji Mateusza Ewangelisty, podczas Kazania na Górze Jezus powiedział do zebranych: „Jeśli ktoś przymusza cię do przejścia jednej mili, przejdź z nim dwie”. Myślę sobie, że pierwsza mila jest dla struktur, a druga – dla wyobraźni. Pierwszą przejść trzeba, bo ten, kto nas przymusza, ma władzę i może spowodować, że z nim pójdziemy. Drugą postanawiamy przejść sami, po to, by zrozumieć, co właściwie się stało, co spowodowało, że musieliśmy się posłuchać. Jakie środki przymusu, perswazji, zachęty miał do dyspozycji ten, kto nas do tego skłonił? A także: jak to właściwie jest iść z tym, kto ma nad nami władzę, jakie przyjmujemy role, jaka jest między nami relacja? Wreszcie: skąd – dokąd wiedzie droga?

Miałam kiedyś na Uniwersytecie Warszawskim dwoje studentów magisterskich zaocznych, doświadczonych szefów i wieloletnich pracowników biznesu – Ewę Kruk i Arkadiusza Kłosa. Prowadziłam zajęcia z etnografii organizacji i, jak co roku, studenci przygotowywali prace zaliczeniowe na podstawie badań różnych organizacji. Ewa i Arkadiusz postanowili zbadać grupę pracowników cieszących się mniejszą sympatią wśród koleżanek i kolegów – ochroniarzy w klubie nocnym, blokujących wstęp niektórym potencjalnym klubowiczom i wypraszających z imprezy niewłaściwie zachowujące się osoby. Badacze chcieli przekonać się, jak ochroniarze widzą swoją pracę, jak to jest być kimś, kogo studenci nazywają „wykidajłą”. Praca była bardzo ciekawa, a w Ewie i Arku obudziła się pasja poznawcza. Dołączyli do mojego seminarium magisterskiego, by móc poprowadzić kolejne badania etnograficzne. Jako przedmiot wybrali sobie cyrk. Po obronieniu pracy jeszcze przez wiele lat, już bez żadnej instytucjonalnej potrzeby, dalej badali „swój” cyrk. Napisali i opublikowali o tym kilka naprawdę ciekawych tekstów. Śmiałam się, że kiedyś uciekało się z cyrkiem z małego miasteczka, a teraz oni uciekli z cyrkiem z korporacji. Jednak wiele spośród ich przemyśleń nie dotyczy wątków bardziej egzotycznych, lecz roli szefa – po co właściwie jest szef i czy może zrobić coś dobrego w organizacji, jaką jest cyrk? A może też i w innej?

Charles Wright Mills ukuł w połowie ubiegłego stulecia pojęcie wyobraźni socjologicznej. Oznacza ono zdolność do wzniesienia się ponad bezpośrednią, codzienną rzeczywistość jednostki. Wyobraźnia socjologiczna polega na łączeniu doświadczenia pojedynczego człowieka z jego czy jej miejscem w społeczeństwie i historii. Dzięki temu wyzwalamy się z przymusu i nieuchronności – stajemy się zdolni, aby pokonać ograniczenia czyniące z nas niewolników losu. Nasz codzienny świat to dla nas oczywistość; warunki, jakie są nam dane: rodzina, praca, miejsce zamieszkania – obiektywne i niekwestionowalne. Wyobraźnia przekracza barierę oczywistości i buduje myślowe mosty między tym, co nasz własne, jednostkowe, a tym, co ogólnospołeczne, historyczne, strukturalne i instytucjonalne. Dzięki niej zyskujemy dystans, który nie jest zimny, ani „obiektywny”, zachowujemy empatię, zaangażowanie, gniew, strach – jako wektory potencjalnie łączące nas z innymi ludźmi. Nie stajemy się przez to „subiektywni” – łączy nas społeczna, intersubiektywna więź z innymi.

Sama w sobie wyobraźnia daje odwagę, by przedstawić sobie inny świat. Wyobraźnia socjologiczna pokazuje ograniczenia i możliwości, jakie wnosi obecność i dążenia innych osób, otwiera nasze umysły na istnienie przestrzeni większej niż jednostkowa. Taka przenikliwość świadomości pojawia się dzięki postawieniu sobie pytań: jak ma się moja sytuacja do szerszego kontekstu społecznego? Jak bywa z innymi osobami w podobnej sytuacji? Jak to wygląda w innych krajach? Co by na moim miejscu zrobił ktoś z innej grupy społecznej, z innego pokolenia, z innym kapitałem społecznym – i czy któraś z tych opcji byłaby możliwa dla mnie, gdybym dogadała się z innymi ludźmi? Z jakimi? Wyobraźnia socjologiczna to umiejętność zmagania się z takimi pytaniami poprzez przemieszczanie uwagi ze sfery polityki do psychologii i na odwrót.

Moja mentorka, profesor zarządzania i feministka Mary Jo Hatch, nauczyła mnie kiedyś ćwiczenia myślowego, które oszczędziło mi w życiu wiele smutku. Powiedziała tak: kiedy przytrafi ci się coś niemiłego w pracy, coś, co podkopuje twoją wiarę w jakąś własną fundamentalną kompetencję – nie chodzi o to, czego możesz albo powinnaś się nauczyć, lecz o to, czy w ogóle się nadajesz, na najbardziej podstawowym poziomie, wtedy zadaj sobie jedno pytanie: „Co by było, gdyby na moim miejscu w danej sytuacji znalazł się mężczyzna?”.

Przetestujmy, jak to działa na fikcyjnym przypadku. W pewnej bardzo hierarchicznej organizacji szefowa, nazwijmy ją Bernardą, prosi pracownika, młodego ambitnego mężczyznę, zadeklarowanego feministę, powiedzmy – Borysa, o wykonanie zadania w ramach swoich obowiązków pracy. Borys odmawia, tłumacząc się brakiem czasu – musi pomóc koledze z innej części organizacji w przyjmowaniu gości zagranicznych. Zastosujmy test Mary Jo Hatch: co by było, gdyby bezpośrednim przełożonym Borysa był Bernard, mężczyzna, a nie Bernarda, kobieta? Borys Bernardowi nie odmówi, i tyle. A jeśli to uczyni, spotka go – co najmniej – sroga reprymenda od wyższego rangą dyrektora, Brendana. W naszym fikcyjnym przykładzie dyrektor Brendan nie tylko nie zrugał Borysa, ale wyrzucił do śmieci formalną krytyczną coroczną ocenę, sporządzoną przez Bernardę i dotyczącą Borysa, podległego jej pracownika, uprzejmie odpowiadając na jej e-mail: „Dziękuje za informację o ocenie Borysa i Twoich racjach”.

Używając wyobraźni socjologicznej, rozpoznajemy natychmiast mizoginię strukturalną. Nie jest ważne, czy Bernarda jest „za miękka”, „zbyt uczuciowa” lub czy „wygląda i zachowuje się jak szef”. Nie jest ważne, jakie poglądy ma Borys ani nawet Brendan (też lubi głosić, że energicznie wspiera kobiety). Ważne, jakie postawy i działania i wobec jakiej kategorii pracowników umożliwia struktura organizacji, a jakie wyklucza. Bernarda, dzięki wyobraźni socjologicznej, może zaoszczędzić grube pieniądze, które wydałaby na coacha i nie musi sobie wyrzucać, że jest osobą słabą, zbyt emocjonalną, niezasługująca na szacunek. Borys, gdyby na co dzień używał wyobraźni socjologicznej, nie robiłby na nas wrażenia kogoś nieszczęśliwie zaplątanego między swoje poglądy a struktury, w których funkcjonuje. Brendan natomiast… cóż, Brendan to całkiem inna historia (felieton o władzy, ekscesach i moralnej ślepocie pewnie nastąpi w niezbyt odległej przyszłości).

Ale nie tylko w przypadkach dyskryminacji wyobraźnia pomaga coś lepiej zrozumieć i poszukać rozwiązań, które inaczej byłyby wykluczone przez poczucie bezsilności i wstydu. Dobromir, młody dobrze wykształcony człowiek „z dobrego domu”, od dwóch lat zatrudniony na prekaryjnych warunkach, może dzięki wyobraźni socjologicznej przestać wyrzucać sobie brak zaradności i nie musi się już więcej wstydzić, że po studiach tak bardzo nie umie zrobić kariery, nawet po części takiej, jak tato, który przecież miał trudniej, bo PRL, bo brak możliwości wyjazdów zagranicznych, niedobory itd. Wyobraźnia może pomóc mu zobaczyć, że jest częścią większego aktualnego zjawiska, że – takie czasy u nas i w całym świecie. Może wraz z Dobrogniewą i Domasławą, które też to zrozumiały, zacząć się organizować i założyć związek zawodowy, albo współzarządzaną spółdzielnię.

Wyobraźni socjologicznej możemy użyć do tego, aby uwolnić się od poczucia przymusu, że trzeba wtłaczać siebie i swój światopogląd w sztywne formy zastanych systemów wartości i ideologicznych dyskursów. Być może niektórzy dobrze czują się z narracją skoncentrowaną na korzyściach własnych i finansowej zyskowności wszystkiego, co ich otacza. Możliwe, że istnieją jednostki, które naprawdę wszystko przeliczają na forsę, ale, jak przekonująco dowodzi profesor zarządzania Peter Fleming w swojej najnowszej książce „The death of homo oeconomicus”, model człowieka ekonomicznego nigdy nie opisywał zbyt trafnie kondycji ludzkiej, a w ostatnim czasie szczególnie wyraźnie demonstruje swoją dysfunkcjonalność. Neoliberalna gospodarka oparta jest właściwie totalnie na tym modelu, znajdziemy go i logikę jemu pokrewną w mediach, w reklamach, w ustawodawstwie i polityce; taki język zaczął nas wszystkich obowiązywać. Nie możemy powiedzieć, że studiujemy, bo nas to pasjonuje, lecz tylko to, że nam się opłaca studiować. Nie wolno powiedzieć, że to, co robimy, daje nam poczucie sensu w życiu, a tylko, że dużo zarabiamy. Jednak większość osób mówiących w ten sposób to nie ekonomiczni zombie, ale zwykli ludzie, z emocjami, z uczuciami wyższymi, z marzeniami. Cenzurowanie w sobie wszystkiego, co ludzkie, to zadawanie sobie przemocy, wymagające ogromnego wkładu energii w każdej chwili, energii, której nie ma skąd uzupełnić (do tego potrzebny byłby wolny czas, korzystanie z uczuć wyższych), więc współcześni ludzie są ciągle zmęczeni, chorzy. Jednak działają tak, jak myślą, że trzeba, bo Zeitgeist mówi, że tylko tak jest dobrze, że tak jest dorośle, tak jest odpowiedzialnie i trzeba zapomnieć o wszystkim innym, o swej ludzkiej naturze. Takie życie jest rodzajem więzienia.

Wyobraźnia socjologiczna pomaga przestać się męczyć. Nawet jeśli nie spowoduje ona natychmiastowego zwrotu akcji, błyskawicznego wyzwolenia, to ból i poczucie bezsensu zmienią się w konstruktywny gniew, gdy zadamy sobie kilka pytań: Co będzie, gdy wszyscy naraz otworzymy oczy? Jak świat się kiedyś wyprostuje, jak będziemy o tym opowiadać? Jak media będą mówić i pisać? Beznadzieja jest banalna, podobnie jak zło. Trudno jest zmienić świat, ale trzeba marzyć o lepszym świecie. „Wyobraźnia nie jest jednym z ludzkich Stanów: jest samym Byciem Człowieka” – powiedział  ponad 200 lat temu poeta i wizjoner William Blake (dziękuję za tłumaczenie Tobiaszowi Cwynarowi). Wszystko przemija: pieniądze, rzeczy, symbole statusu, ideały urody. Tylko marzenia pozostają. Jeśli nie wierzycie, zerknijcie do historii i starej literatury.

Kolejne pokolenia moich studentów-praktyków bardzo lubią czytać teksty Ewy i Arka i chętnie dyskutują o nich. Ale rzadziej podnoszą wątki dotyczące cyrku, a znacznie częściej – mówią o tym, co te teksty mówią o byciu szefem. To tak jakby dzięki Ewie i Arkowi zobaczyli na nowo siebie i sens tego, co robią i zamarzyli o innym, pełnym fantazji zarządzaniu. Wyobraźnia jest domeną samodzielnych odkryć, ale można się tymi odkryciami dzielić z innymi i wtedy bywa, że zaczyna nas dzięki temu łączyć coś więcej, niż tylko estetyczna radość (a i to jest bardzo dużo) – poczucie woli, coś w rodzaju społecznej grawitacji ze sprawczym potencjałem. Dlatego warto iść tę drugą milę.

prof. Monika Kostera

O trwałości oligopoli – przypadek rynku samolotów pasażerskich

Jedną z najistotniejszych zalet klasycznie pojmowanego kapitalizmu jest niewątpliwie konkurencja. Ma ona oczywiście, jak niemal wszystko, także swoje janusowe oblicze. Wiąże się z przerzucaniem redukcji kosztów na najsłabszych uczestników systemu, jednak ogólnie rzecz biorąc dążenie, aby wytworzyć produkt zapewniający korzystniejszy stosunek jakości do ceny stymuluje innowacyjność, sprawniejsze zarządzanie i zapobiega obrośnięciu wytwórców w piórka. Tymczasem nowoczesna globalna gospodarka często zmierza w kierunku oligopoli, zdominowanych przez bardzo nielicznych producentów, tak potężnych, że możliwość pojawienia się konkurencji jest w istocie zupełnie iluzoryczna. Nawet samo niepopadnięcie branż w pełny monopol nie wynika z procesów „naturalnych”, będąc wynikiem działań motywowanych politycznie. Jednym z najjaskrawszych przykładów takiego stanu rzeczy pozostaje sektor produkcji samolotów pasażerskich.

Cywilne lotnictwo pasażerskie zaczęło raczkować jeszcze przed I wojną światową, biorąc początek od rejsów sterowców. Dojrzałość techniczną, umożliwiającą myślenie o przewozach wykraczających poza poziom symboliczny, samoloty osiągnęły dopiero po zakończeniu tego konfliktu, podczas którego regularnie używano już całkiem dużych samolotów bombowych. Szybki postęp techniczny, którego kamieniem milowym było wdrożenie we wczesnych latach 30. konstrukcji całkowicie metalowych w dopracowanym aerodynamicznie układzie dolnopłata, przekładał się na rozwój w tej dziedzinie, która jednak pozostawała w dziedzinie przewozów marginesem, dostępnym wyłącznie dla bardzo bogatych, a przy tym odważnych. Już wtedy zarysowywała się wiodąca rola firm amerykańskich, takich jak Douglas czy Lockheed, jednak nad własną konstrukcją pasażerską pracowała nawet przedwrześniowa Polska (był to PZL-44 Wicher), a tym bardziej liczyli się producenci z krajów będących liderami postępu technicznego, takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja.

Kolejne przełomy i przetasowania przyniosła epoka po II wojnie światowej. Liderami największej rewolucji, polegającej na wdrożeniu w lotnictwie pasażerskim napędu odrzutowego, byli Brytyjczycy. Peleton opuściły siłą rzeczy państwa przegrane, wyniszczone i poddane różnorakim restrykcjom, odrodziły się jednak przemysły francuski i holenderski. Jako faktycznie niezależny producent samolotów pasażerskich zaistniał Związek Sowiecki, wcześniej opierający się w przeważającej mierze na konstrukcjach licencyjnych, znacznie doskonalszych i dojrzalszych niż rodzime. W Stanach Zjednoczonych u zarania epoki odrzutowej konkurowały Douglas, Convair oraz Boeing. Ten ostatni, choć przed wojną pozostawał w cieniu Douglasa i Lockheeda, wzrósł niezmiernie dzięki ogromnym wojennym i powojennym zamówieniom na bombowce. Prowadził też najodważniejszą politykę, symbolizowaną przełomowym modelem 707, do którego później dołączyły 727, 737 i legendarny Jumbo Jet 747, więc w efekcie zaczął wyraźnie wysuwać się na czoło i dystansować konkurentów. Jako pierwszy zakończył działalność w tym segmencie Convair, którego modele mimo wysokiego poziomu technicznego nie były w stanie przebić się na rynku. Chociaż udział przewozów powietrznych w ogólnej puli zwiększał się, nadal pozostawały one dostępne wyłącznie dla zamożnych albo gotowych na wyrzeczenia. Szczególnie dotyczyło to motywowanej politycznie demonstracji możliwości przemysłu europejskiego, brytyjsko-francuskiego naddźwiękowego samolotu Concorde.

Zmianę zaczęły przynosić dopiero lata 70., kiedy pojawiły się maszyny transoceaniczne odznaczające się bardzo niskimi kosztami w przeliczeniu na pojedynczego pasażera, określane jako szerokokadłubowe. Pierwszym był wspomniany Boeing 747, do którego dołączyły McDonnell Douglas DC-10 i L-1011, produkcji Lockheeda, dotychczas skoncentrowanego bardziej na samolotach wojskowych. Ten ostatni okazał się jednak kolejnym projektem, którego doskonałości technicznej nie towarzyszyła siła rynkowego przebicia i oznaczał koniec obecności firmy w branży pasażerskiej. „Demokratyzacji” przewozów towarzyszyła groźba bezwzględnej dominacji producentów amerykańskich – kroku nie byli w stanie dotrzymać im najsilniejsi dotychczas spośród reszty świata Brytyjczycy. Francuzi, holenderski Fokker czy producenci kanadyjscy ograniczali się do maszyn regionalnych.

Oddzielony Żelazną Kurtyną przemysł sowiecki stanowił odrębny świat, egzystujący poza pojedynczymi przypadkami, jak liczona w sztukach sprzedaż na Zachód Jaka-40, poza konkurencją. Zresztą mimo opracowania licznych udanych konstrukcji przez biura Iljuszyna, Tupolewa i Jakowlewa (w Polsce kojarzą się one jak najgorzej, jednak poza charakterystycznym dla realnego socjalizmu brakoróbstwem nie ustępowały one zbytnio produktom firm zachodnich, które również ulegały przecież katastrofom) i on zaczynał dostawać, tak jak cała gospodarka ZSRS, ciężkiej zadyszki. Pierwszy tamtejszy samolot szerokokadłubowy, Ił-86, wszedł do eksploatacji równo dekadę po amerykańskich odpowiednikach i nie dorównywał im pod względem komfortu oraz ekonomiki eksploatacji, przez co nie zdobył zupełnie żadnej pozycji rynkowej poza krajem producenta. Zapóźnione technologicznie o dekady Chiny ograniczały się do nienadających się zupełnie do wdrożenia konstrukcji eksperymentalnych i kupowały samoloty zachodnie.

Wspomniana bezwzględna dominacja Amerykanów nie stała się faktem tylko dzięki powołaniu na przełomie lat 60. i 70., z inicjatywy rządów Francji, RFN oraz Wielkiej Brytanii, przezwyciężającej krajowe partykularyzmy oraz imposybilizm, konsorcjum Airbus, które z biegiem czasu stało się instytucją paneuropejską. Zdołało ono wystawić do konkurencyjnej batalii bardzo udany model szerokokadłubowy A300. Zdobył on szerokie uznanie na całym świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych, pozwolił konsorcjum okrzepnąć, a następnie opracować kolejne modele, rywalizujące w całym spektrum segmentu rynku średnich i dużych maszyn pasażerskich.

W Stanach Zjednoczonych równocześnie słabł McDonnell Douglas. Sprzedaż firmy uniemożliwiała opracowanie całkowicie nowych konstrukcji, które mogłyby skutecznie rywalizować z Boeingami i Airbusami. W rezultacie musiała ona ograniczać się do głębokich modernizacji produktów z przełomu lat 60. i 70. Problemy z zadowalającym dopracowaniem nowego-starego modelu MD-11, owocujące niezadowoleniem pasażerów i linii lotniczych, były gwoździem do jej trumny. W roku 1997 została ona przejęta przez Boeinga, który nieco wcześniej stał się na pewien czas również właścicielem firmy de Havilland Canada, produkującej samoloty komunikacji regionalnej. W latach 90. zakończył działalność niszowy Fokker, a przemysł postsowiecki znalazł się w stanie odpowiadającym całej gospodarce tego obszaru, czyli w najlepszym razie przetrwalnikowym. Linie lotnicze Rosji i innych krajów zaczęły kupować samoloty amerykańskie i zachodnioeuropejskie.

W świecie, w którym latanie na wielkie odległości stało się bardzo przystępne i zyskało status bezwzględnie dominującego sposobu masowego przemieszczania, zaistniał duopol Boeinga i Airbusa. Czyli producentów o bardzo zbliżonym ciężarze gatunkowym, zarzucających sobie nawzajem korzystanie z mniej czy bardziej ukrytej pomocy rządów. Poziom specjalizacji, koszty opracowania i przede wszystkim wprowadzenia na rynek (co musiałoby obejmować stworzenie zaplecza obsługowo-serwisowego) nowych produktów i waga gigantycznego doświadczenia, bez którego ich stworzenie byłoby porównywalne z chodzeniem po polu minowym, powodowały, że z pozycji rynkowych nikt nawet nie myślał o bezpośrednim rzuceniu im rękawicy. Konkurencja w pewnym zakresie wyłoniła się z segmentu samolotów regionalnych, w którym potentaci poza epizodami nie działali. Najważniejszymi graczami w tym segmencie stały się z upływem czasu założony przez państwo pod koniec lat 60. (acz sprywatyzowany w 90.) brazylijski Embraer oraz kanadyjski Bombardier, lotnicza część konsorcjum, powstała na bazie wcześniejszych firm de Havilland Canada oraz Canadair. Firmy te w miarę rozwoju budowały coraz większe samoloty, które w ostatnich latach osiągnęły rozmiary i zdolności przewozowe na poziomie najmniejszych maszyn oferowanych przez Boeinga oraz Airbusa. Wydawałoby się, że konkurencja mimo wszystko będzie działać, jednak…

Ostatnie miesiące przyniosły informacje, zgodnie z którymi tak wcale nie jest. Bombardier z wielką trudnością dźwiga koszty opracowania samolotów serii CS, co zresztą doprowadziło do konfliktu rządu Kanady z Boeingiem na tle pomocy publicznej. Ratunkiem dla firmy ma stać się nawiązanie współpracy z Airbusem. Praktycznie równolegle Boeing ogłosił plany fuzji z Embraerem, co w praktyce, z uwagi na nierównowagę wielkości, oznacza jego przejęcie. Duopol pozostanie zatem najpewniej póki co niezagrożony z Zachodu. Przyczyny pokazuje wielkość obu koncernów – w roku 2016 Boeing osiągnął przychody w wysokości 94,6 miliarda dolarów przy zysku wynoszącym 4,9 miliarda, Airbus natomiast 70,8 miliarda i 2,4 miliarda. Dla porównania wartości te wynosiły dla Embraera 5,8 miliarda i 247 milionów (dane za rok 2017), dla Bombardiera 11,2 miliarda i 133 miliony (dane za 2015).

Wynosząca rząd wielkości różnica skali pozwala liderom rynku prowadzić bardzo agresywną politykę cenową, daje im znacznie silniejszą pozycję w rokowaniach z konsorcjami leasingowymi oraz liniami lotniczymi, czyni znacznie mniej wrażliwymi na wahania rynku. Pozwala także przetrwać choroby wieku dziecięcego produktów opóźnionych nieuchronnie z uwagi na ogromny poziom skomplikowania – chociaż samoloty teoretycznie wyglądają dość podobnie, jak te z lat 70. i osiągają podobne prędkości czy zasięgi; vide początkowe problemy z Boeingiem 787 Dreamliner. W obecnej sytuacji wydaje się, że jedyną konkurencją dla duopolu będą częściowo działające na własną rękę, a częściowo kooperujące przemysły Chin i Rosji, chociaż póki co operują one bardzo wycinkowo, tworzą dopiero ofertę i de facto daleko im nawet do Embraera oraz Bombardiera…

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wydają się zatem wskazywać, że ukształtowany przed ponad 20 laty duopol Boeinga i Airbusa będzie trwał jeszcze długo. Nie ma praktycznie żadnych szans na to, aby konkurencja wykiełkowała w wyniku aktu przedsiębiorczości – bariery wejścia są zbyt wysokie, a najlepsze warunki skorzystania z rewolucji technicznych inne niż wynalazek teleportacji będą mieli potentaci, dysponujący ogromnym zapleczem i możliwościami, pozostający w bliskich stosunkach z rządami. Sytuację może zmienić dopiero za kilkanaście lat producent chiński, działający w oparciu o ogromny rynek i zapewne preferencje, od przyznania których tamtejsze władze nie będą się zapewne szczególnie uchylać. Niekoniecznie będzie to jednak oznaczało zmianę struktury globalnego układu – uwzględniając występujące dotychczas trendy można sobie wyobrazić, że wypchnięcie z lukratywnego rynku chińskiego każe koncernom amerykańskiemu i europejskiemu połączyć wysiłki poprzez fuzję…

dr Jan Przybylski