przez Piotr Wójcik | środa 24 października 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Lewica ma problem z euro. Nie jest w stanie się jednoznacznie określić, czy je popiera, czy jednak nie. Nic dziwnego – stosunek do wspólnej europejskiej waluty to jeden z największych dylemat, przed jakimi stoi polska lewica. Euro jednoznacznie kojarzy się z integracją europejską, która ma wiele niekwestionowanych zalet. Przede wszystkim wiąże nas z regionem, w którym standardy socjalne są na najwyższym poziomie na świecie. Oczywiście można mnóstwo zarzucić systemom gospodarczym krajów UE, które od lat 90. systematycznie się liberalizowały, a proces ten dosięgnął nawet krajów nordyckich. Nie zmienia to faktu, że właśnie w krajach Europy panują relatywnie najbardziej sprawiedliwe porządki ekonomiczno-społeczne. Nie we wszystkich rzecz jasna, jednak jeśli chcielibyśmy szukać prymusów standardów socjalnych i egalitaryzmu, to znaleźlibyśmy je właśnie w Europie. Jest kilka innych regionów świata równie zamożnych, co Europa, jednak ich systemy socjalne są już dużo gorsze. W USA panują niewyobrażalne wręcz nierówności, a wiele stanów pogrążonych jest w patologiach społecznych. W Korei Południowej oraz Japonii nierówności są niższe, jednak w krajach tych ludzie poświęcają się pracy do tego stopnia, że członkowie rodzin ledwo się znają. Jeśli dla wielu Europejczyków Kanada wydaje się również przyjemnym miejscem do życia, to właśnie dlatego, że jest najbardziej podobna do Europy.
Jednak fakt, że euro kojarzy się z integracją europejską, to trochę za mało, żeby lewica miała popierać wspólną walutę. Aby to robić, musiałaby sobie odpowiedzieć na trzy kluczowe pytania. Czy euro rzeczywiście tej integracji pomaga, czy może wręcz przeciwnie? Czy euro wzmacnia europejskie systemy socjalne, czy jednak je osłabia? Dodatkowo, dla lewicy w naszym regionie Europy ważna jest jeszcze jedna kwestia: czy euro pomaga krajom Europy Środkowo-Wschodniej w konwergencji (czyli doganianiu w poziomie rozwoju najzamożniejszych krajów UE), czy ten proces spowalnia? We wszystkich tych obszarach euro wypada… niekorzystnie z lewicowego punktu widzenia.
Generator eurosceptycyzmu
Obecnie nie budzi już większych wątpliwości, że kraje południa Europy wpadły w tak wielkie tarapaty gospodarcze podczas ostatniego kryzysu właśnie dlatego, że przyjęły wspólną walutę. Można dyskutować, na ile to była wina samej konstrukcji strefy euro, a na ile modeli ich gospodarek. Jest jednak pewne, że gdyby nie przyjęły euro, wpadłyby w bez porównania mniejsze perturbacje gospodarcze. Kurs ich walut by spadł, dzięki czemu stałyby się bardziej konkurencyjne, więc ich gospodarki w miarę szybko dostosowałyby się do nowych warunków. Pozbawione tego mechanizmu wpadły w długotrwałą recesję, która przybrała gigantyczne rozmiary. Grecja w 2006 r. była krajem z PKB per capita według parytetu siły nabywczej na poziomie 96 proc. średniej UE. Obecnie jej poziom rozwoju to 67 proc. średniej UE, a więc spadła nawet za Polskę i Węgry, do poziomu Łotwy. Hiszpania spadła z poziomu 103 proc. średniej UE do 92 proc., Włochy ze 108 proc. do 96 proc., a Cypr ze 105 proc. do 84 proc.
Nieprzypadkowo właśnie te kraje należą obecnie do najbardziej eurosceptycznych. Coraz większy sprzeciw wobec obecnego kształtu UE wzbiera wcale nie w Polsce czy na Węgrzech, ale właśnie tam, gdzie uderzył kryzys strefy euro. Według Eurobarometru 2018 przeciętnie w UE 60 proc. ankietowanych dobrze oceniało członkostwo swojego kraju w UE, a 12 proc. źle. W Grecji pozytywnych odpowiedzi było już tylko 45 proc., za to negatywnych 21 proc. We Włoszech odpowiedzi pozytywnych było jedynie 39 proc., a negatywnych 17 proc. Tylko 52 proc. Cypryjczyków pozytywnie ocenia członkostwo Cypru w UE, a negatywnie 13 proc. Tymczasem w Polsce pozytywnych odpowiedzi było aż 70 proc., a negatywnych… 5 proc. Nawet na Węgrzech pozytywnie członkostwo w UE ocenia 61 proc. pytanych, a więc nieco więcej niż średnia. Bardzo pozytywnie o UE wypowiadają się za to kraje skandynawskie, które nie należą do strefy euro. Integrację UE dobrze ocenia 68 proc. Szwedów i aż 76 proc. Duńczyków – to rekord.
Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że euro jest jedyną przyczyną eurosceptycyzmu. W końcu w czołówce najbardziej eurosceptycznych państw są też Czechy i Chorwacja, które w strefie euro nie są. Bez wątpienia jednak za eurosceptycyzm na południu Europy oraz w coraz bardziej eurosceptycznej Francji odpowiada w pierwszej kolejności wspólna waluta i jej negatywne skutki dla systemów ekonomiczno-społecznych. We Włoszech władzę przejęła koalicja, która z krytyki euro i postulatów opuszczenia strefy stworzyła fundament swojego przekazu (szczególnie tyczy się to Ligi). We Francji według sondażu „Le Figaro” Front Narodowy zdobyłby 21 proc. głosów do PE – prawie tyle, co wciąż jeszcze pierwszy En Marche Macrona (21,5 proc.). Grecja już dawno opuściłaby euro, gdyby nie to, że w obecnej sytuacji takie jednostronne wyjście mogłoby ją wpędzić w jeszcze większe tarapaty – kurs nowej drachmy byłby żałośnie niski, tymczasem zadłużona jest w euro. Euro nie jest więc jedyną przyczyną eurosceptycyzmu, ale jest jedną z głównych przyczyn. Hamuje procesy integracyjne, a nie je wzmacnia.
Wróg ambitnej polityki społecznej
Z lewicowego punktu widzenia najważniejsza powinna być jednak odpowiedź na pytanie, czy istnienie euro ułatwia prowadzenie ambitnej polityki społecznej, czy wręcz przeciwnie. W sytuacji walut narodowych i ich płynnych kursów, politycy mają większe pole działania. Mogą prowadzić aktywną i szeroko zakrojoną politykę społeczną, gdyż wiedzą, że w razie kłopotów gospodarczych stabilizatorem będzie kurs waluty. On spadnie, co spowoduje wzrost konkurencyjności eksportu i sytuacja wróci do normy. Wspólna waluta nie tylko ogranicza im pole działania, ale w krajach o słabszych gospodarkach, które nie mają zaawansowanych produktów, wręcz wymusza ograniczanie świadczeń socjalnych. Świadczenia socjalne finansowane są ze składek i podatków – im one wyższe, tym wyższe koszty pracy, a więc niższa konkurencyjność. Kraje nie mające tak rozchwytywanych za granicą produktów, jak Niemcy, muszą sobie radzić dbając o konkurencyjność kosztową. Jest ona tym ważniejsza, że po przyjęciu wspólnej waluty ich kurs walutowy został sztucznie podniesiony – w końcu to waluta także silnych Niemiec i Holandii. Wspólna waluta tworzy więc nacisk na zwiększanie konkurencyjności bezpośrednio przez obniżanie kosztów, a pośrednio przez obniżanie świadczeń socjalnych. W innym przypadku kraj jest skazany na stagnację. Można oczekiwać, że gospodarka się zmodernizuje i sama będzie tak silna jak niemiecka, ale na to można czekać dekady. A koszty społeczne powstają tu i teraz.
Nic więc dziwnego, że spośród krajów nordyckich, które mają najbardziej rozbudowane systemy zabezpieczenia społecznego, a co za tym idzie podatki, tylko Finlandia weszła do strefy euro. Szwecja i Dania, choć mają bardzo konkurencyjne gospodarki, wolą nie pozbawiać się bezpiecznika, jakim jest płynny kurs walutowy. Gdyby się go pozbawiły, w razie recesji jedynym wyjściem byłaby dewaluacja wewnętrzna, a więc demontaż ich systemów socjalnych. I jak na razie wychodzą na tym dużo lepiej. Finlandia utrzymała swój szczodry system zabezpieczenia społecznego oraz bogatych usług publicznych. Wydatki budżetowe są w Finlandii drugie najwyższe w UE – wynoszą 56 proc. PKB (średnia unijna to 46,3 proc.). Jednak skazała się w ten sposób na stagnację. W 2008 roku jej poziom rozwoju wynosił 121 proc. średniej UE. Obecnie już tylko 109 proc. W Szwecji poziom rozwoju w odniesieniu do średniej UE spadł w tym czasie tylko nieznacznie – ze 127 proc. do 122 proc., co wynika po prostu z procesów konwergencji. Poziom rozwoju Danii się nie zmienił – wciąż wynosi 125 proc. średniej UE.
Jedynym krajem w UE, który ma wyższe wydatki publiczne niż Finlandia, jest Francja (56,4 proc. PKB). Także ona obecnie jest w stagnacji. Prezydent Emmanuel Macron chce to zmienić poprzez pakiet reform. Na czym one polegają? Oczywiście na deregulacji rynku pracy oraz zniesieniu niektórych zdobyczy socjalnych. Wzbudza to zrozumiały sprzeciw Francuzów, ale czy można się dziwić takim planom prezydenta Francji? W warunkach wspólnej waluty nie ma innej recepty na odzyskanie konkurencyjności, niż dewaluacja wewnętrzna. Jeśli Francuzi chcą wyrwać się ze stagnacji, muszą przynajmniej upodobnić swoją gospodarkę do Niemiec. Czyli zrezygnować z własnego, dużo bardziej etatystycznego i socjalnego modelu.
Hamulec konwergencji
Jest też sporo dowodów na to, że przyjęcie wspólnej waluty wyhamowuje proces konwergencji. Kraje naszego regionu, które stoją na niższym poziomie rozwoju niż zachodnia UE, mają niedoszacowane waluty. Ich realne PKB per capita, czyli z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej, jest zdecydowanie wyższe, niż PKB per capita przeliczone na euro po kursie rynkowym. To im pomaga, gdyż uatrakcyjnia ich eksport, który staje się dla zagranicznych nabywców tańszy. Dzięki temu mogą generować wyższy wzrost i szybciej doganiać bogatsze kraje. Gdy zbliżą się do poziomu średniego w UE, będą mogły zadziałać w kierunku aprecjacji własnej waluty – np. poprzez podniesienie stóp procentowych. To spowolni wzrost, ale dzięki temu ich obywatele dostaną do ręki droższą walutę, a więc będą mogli sobie pozwolić na większe zakupy zagraniczne – czy w to kraju (import), czy podczas podróży turystycznych. Konwergencja się dokona, a więc szybki wzrost nie będzie już tak istotny. Jednak kraje regionu, które już teraz przyjmują wspólną walutę, wychodzą przed szereg i de facto doprowadzają do aprecjacji własnej waluty zanim dokona się jeszcze konwergencja. Dostają więc do ręki twardą walutę, lecz utrudniają sobie dogonienie krajów zamożnych. Dzieje się tak, ponieważ pozbawiają się wobec nich przewagi niskiego kursu waluty – przyjmując tę samą walutę, co one.
Doskonale widać to na przykładzie Słowacji i Słowenii. W obu przypadkach przyjęcie euro po pierwszym roku doprowadziło do wzrostu PKB per capita na tle średniej unijnej – to efekt samego przyjęcia dużo droższej waluty. Jednak potem następowała stagnacja konwergencji. Słowacja przyjęła euro w 2009 roku. W 2010 r. jej PKB per capita skoczył z poziomu 71 proc. średniej unijnej w 2009 r. do 74 proc. Potem do roku 2013 konwergencja następowała w wolnym tempie 1 pkt. proc. rocznie, czyli do poziomu 77 proc. Jednak od 2013 r. Słowacja przestała już zupełnie doganiać średnią unijną. W 2017 r. wciąż jest na poziomie 77 proc. Słowenia przyjęła euro w 2007 r., będąc na poziomie rozwoju 87 proc. średniej unijnej. Dzięki przyjęciu euro ten poziom skoczył do 90 proc. rok później, jednak w 2009 roku Słowenia wpadła w recesję i spadła do poziomu 85 proc. W 2017 roku jej poziom rozwoju również wynosił 85 proc. średniej unijnej. Jak wygląda na tym tle Polska? W 2009 r. byliśmy na poziomie zaledwie 59 proc. średniej UE, jednak w 2017 r. już 70 proc., czyli nadrobiliśmy 11 pkt. proc., a Słowacja jedynie 6. W okresie 2009-2017 Polska konwergencja następowała więc prawie dwukrotnie szybciej niż słowacka.
Można oczywiście twierdzić, że było warto. Słowacy dostali do ręki twardą walutę, a więc stali się zamożniejsi. Jednak ich zamożność pozostaje głównie na papierze – ewentualnie widać ją, gdy wyjadą za granicę. Wtedy rzeczywiście są nieco zamożniejsi niż Polacy. Jednak w kraju tego nie odczuwają, z tego względu, że oprócz zarobków równolegle wzrosły też ceny. Wiele osób z południa Polski pamięta czasy, gdy na Słowację jeździło się po tańsze zakupy. Obecnie poziom cen na Słowacji wynosi 69 proc. średnich cen unijnych, a Polski 56 proc. Godzinowy koszt pracy na Słowacji to 11,1 euro, a w Polsce 9,4 euro. Rzeczywiście, Słowak zarabia więcej. Jednak jeśli to przeliczymy przez poziom cen, czyli nałożymy parytet siły nabywczej, to godzinowy koszt pracy Słowaka to równowartość 16 euro, a Polaka 17 euro. Realnie zarabiamy zatem więcej, choć nasz poziom rozwoju na tle średniej UE jest o 7 pkt. proc. niższy.
***
Wspólna waluta jest zawalidrogą wobec wartości, które są ważne dla lewicy. Na pewno nie sprzyja integracji krajów kontynentu, a są dowody na to, że ją utrudnia, generując eurosceptycyzm w części krajów strefy. Bez wątpienia utrudnia też prowadzenie ambitnej polityki społecznej, szczególnie w państwach ze słabszymi gospodarkami. Dodatkowo są przesłanki, by twierdzić, że spowalnia proces konwergencji. Jest wiele obszarów integracji, które należy popchnąć naprzód – chociażby wspólna polityka bezpieczeństwa. Lewica mogłaby też postulować wprowadzenie wspólnych standardów socjalnych, które byłyby ustalane dla każdego kraju przy użyciu tych samych wskaźników w odniesieniu do poziomu rozwoju lub średniej płacy. Popieranie przez lewicę ekspansji strefy euro jest kręceniem na siebie bata.
Piotr Wójcik
przez Wendell Berry | czwartek 18 października 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Ruchy, które zajmują się tylko jednym problemem, albo tylko jednym rozwiązaniem, są skazane na niepowodzenie, ponieważ nie zdołają zapanować nad skutkami nie usuwając przyczyn.
Z moim przyjacielem Wesem Jacksonem odbyliśmy niejedną pożyteczną rozmowę na temat konieczności wycofywania się z ruchów – nawet z tych, które wydają się nam potrzebne i są nam bliskie – kiedy popadają one w zadufanie i zaczynają zdradzać same siebie, a wygląda na to, że dzieje się to niemal w każdym przypadku. Uczestnicy tych ruchów zbyt chętnie gotowi są odmawiać innym tych samych praw i przywilejów, których domagają się dla siebie. Zbyt łatwo stają się niezdolni do traktowania poważnie własnych słów – np. gdy „ruch pokojowy” zaczyna uciekać się do przemocy. Często ruchy stają się zbyt wyspecjalizowane, sprawiając wrażenie, że ostatecznie nie miały innego wyjścia, jak tylko skupić się na wycinkowym polu widzenia instytucjonalnych intelektualistów. Niemal zawsze są zbyt mało radykalne – zajmują się w sumie bardziej skutkami niż przyczynami. Albo też zajmują się pojedynczymi problemami bądź pojedynczymi rozwiązaniami, jak gdyby chciały same sobie zagwarantować, że na pewno nie będą dostatecznie radykalne.
Muszę więc zadeklarować swoje niezadowolenie z ruchów na rzecz ochrony gleb czy na rzecz czystej wody, czystego powietrza czy ochrony dzikiej przyrody, zrównoważonego rolnictwa czy zdrowia społeczności, a także na rzecz dzieci. Jakkolwiek godne są te wszystkie – i jeszcze inne – cele, nie da się ich zrealizować pojedynczo. Takie wysiłki nie przynoszą mi satysfakcji, ponieważ są zbyt specjalistyczne, w niewystarczającym stopniu ogarniają całość problemów, są nie dość radykalne i praktycznie same zwiastują własne niepowodzenie, sugerując, że można zwalczyć czy opanować skutki, nie usuwając przyczyn. Poza tym wszystkim, moim zdaniem, są one nieszczere; sugerują bowiem, że problemy stwarzają inni; chciałyby zmienić politykę, ale nie zachowania.
Największym niebezpieczeństwem może być to, że słowa, jakimi posługuje się dany ruch, zatracą swoje właściwe znaczenie – albo wskutek braku jasności co do swojego sensu i właściwej praktyki, albo w efekcie przejęcia tego słownictwa przez wrogów ruchu. Pamiętam, na przykład, moją naiwną konsternację, gdy przekonałem się, że zwolennicy rolnictwa organicznego mogą traktować „organiczną metodę upraw” jako cel sam w sobie. Dla mnie rolnictwo organiczne było atrakcyjne zarówno jako sposób ochrony przyrody, jak i jako strategia przetrwania dla drobnych rolników. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy odkryłem, że mogą istnieć ogromne „organiczne” monokultury! Nie byłem więc już zbytnio zaskoczony, gdy niedawno Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych usiłował przywłaszczyć sobie etykietkę „organiczne” i ukrywać pod nią napromieniowanie żywności, inżynierię genetyczną i inne przykłady bezczeszczenia gospodarki żywnościowej przez korporacje. Gdy raz pozwolimy, by nasze słowa znaczyły dla każdego to, co sam chce przez nie rozumieć, odtąd to, co mówimy, przestaje być brane poważnie. Gdy wyrażenie „domowej roboty” przestaje znaczyć ni mniej ni więcej jak tylko „zrobione w domu”, to może już ono znaczyć cokolwiek, a skoro może znaczyć cokolwiek, to nie znaczy już nic.
Jak widzicie, mam swoje powody, żeby odmawiać nadania nazwy ruchowi, którego jestem uczestnikiem. Pogodziłem się już z myślą, że od czasu do czasu ruch ten określi się jakąś nazwą i będzie miał jakieś hasła, ale nie zamierzam używać tych haseł ani nazywać mego ruchu żadną z jego nazw.
Przypuśćmy, że mamy jakiś Bezimienny Ruch na Rzecz Lepszego Użytkowania Ziemi i wiemy, że musimy starać się, aby pozostał on przez długi czas aktywny, wrażliwy i inteligentny. Co powinniśmy czynić?
Myślę, że przede wszystkim musimy starać się w pełni dostrzegać rozmiar problemu i skalę trudności. Jeśli martwią nas nadużycia w stosunku do ziemi, to musimy zauważyć, że jest to problem gospodarki. Każda gospodarka jest, z definicji, sposobem gospodarowania ziemią. Jeśli źle korzystamy z naszej ziemi, to coś jest nie w porządku z naszą gospodarką. To trudne. I staje się jeszcze trudniejsze, gdy sobie uświadomimy, że w dzisiejszych czasach każdy z nas uczestniczy w gospodarce każdego innego człowieka.
Jeśli jednak martwimy się złym wykorzystywaniem ziemi, to już wstąpiliśmy na grunt głębokiej krytyki systemu gospodarczego. Wnikając w historię użytkowania ziemi (choćby lokalną historię jakiejkolwiek okolicy), dowiadujemy się, że od dawna mamy taką gospodarkę, która prosperuje dzięki podkopywaniu własnych fundamentów. Industrializm – bo tak na imię naszej gospodarce, praktycznie jedynej gospodarce funkcjonującej w dzisiejszym świecie – od samego początku szaleje w sposób niekontrolowany. Opiera się on wprost na zasadzie gwałtu zadawanego wszystkiemu, od czego gospodarka jest zależna, i bez względu na to, czy industrializm przybierał formę komunistyczną, kapitalistyczną czy jakąkolwiek inną, zawsze oznaczał on taki sam gwałt na przyrodzie, wspólnotach ludzkich, tradycyjnych postaciach rolnictwa i lokalnych gospodarkach. Złe wiadomości docierają dosłownie z całego świata. Czy taką gospodarkę można naprawić bez jej radykalnego przeobrażenia? Nie sądzę.
Wodzowie Przemysłu zawsze radzili nam, reszcie świata, żebyśmy byli „realistami”. No to bądźmy realistami. Czy jest realistycznie zakładać, że obecna gospodarka byłaby w sam raz, gdyby tylko przestała zatruwać powietrze i wodę lub gdyby tylko powstrzymała erozję gleby, lub gdyby tylko przestała degradować zlewnie wód i ekosystemy leśne, lub gdyby tylko przestała deprawować dzieci, lub gdyby tylko przestała przekupywać polityków, lub gdyby tylko dała kobietom i wyróżnionym mniejszościom godziwą miarkę w podziale łupu? Realizm, moim zdaniem, to program bardzo ograniczony, ale przynajmniej mówi on nam, że nie powinniśmy szukać ptasich jaj w zegarze z kukułką.
Beznadziejność zmagań o pojedyncze sprawy i ruchów walczących o pojedynczy cel możemy też wykazać podążając następującym torem myślenia: Potrzebujemy ciągłego dopływu nieskażonej wody. A więc potrzebujemy (między innymi) rolnictwa i leśnictwa prowadzonych takimi metodami, które chronią glebę i wodę, czyli nie opierają się na monokulturach, toksycznych chemikaliach oraz obojętności i gwałcie, które zawsze towarzyszą przemysłowym przedsięwzięciom na wielką skalę realizowanym na naszej ziemi. Potrzebujemy więc różnorodnych systemów gospodarowania ziemią w małej skali, które opierają się na ludziach. A zatem potrzebujemy ludzi o odpowiedniej wiedzy, umiejętnościach, motywacjach i postawach – takich, jakich wymagają zróżnicowane systemy gospodarcze małej skali. I wszystko to wygląda przejrzyście i ładnie, do chwili aż przyjdzie nam zadać sobie pytanie: „Gdzie są ci ludzie?”.
Ci z nas, którzy żyją pośród nieszczęsnych wiejskich pejzaży Stanów Zjednoczonych dobrze wiedzą, że większość ludzi dociera w te okolice w celach jedynie rekreacyjnych. Widzimy ich jeżdżących na rowerze, pływających łódką, wędrujących z plecakiem lub z przyczepą campingową, polujących, łowiących ryby albo jadących samochodem i rozglądających się. Ci ludzie nie – mówiąc słowami Mary Austin – „spędzają z tą ziemią lat i zim”. Nie znają oni ludzkiej ani przyrodniczej ekonomiki tych ziem. Choć ludzie w swym rozwoju nie wyzbyli się potrzeby jedzenia i picia, noszenia ubrań i zamieszkiwania w domach, większość z nich jednak wyzbyła się domowych kunsztów, które pozwalają wytwarzać i konserwować te potrzebne rzeczy. Mało tego: ci stosunkowo nieliczni, którzy wciąż praktykują owe niezbędne umiejętności, często odczuwają potrzebę usprawiedliwiania się z tego powodu, gdyż w naszym systemie edukacyjnym starannie wpojono im, że owe zajęcia degradują człowieka i są niegodne jego talentów. Wykształcone umysły w epoce nowożytnej rzadko wiedzą cokolwiek na temat jedzenia i picia, ubrania i schronienia. Traktując to wszystko jako coś, co samo przychodzi, wykształcony nowoczesny umysł okazuje się najbardziej przesądnym, jaki kiedykolwiek istniał na tym świecie. Jakiż może być większy przesąd niż wyobrażenie, że pieniądze stwarzają jedzenie?
Nie sugeruję, bynajmniej, żeby wszyscy zostali rolnikami albo leśnikami. Broń Boże! Sugeruję tylko, że większość ludzi żyje dziś w dalekim oderwaniu od realiów, co może mieć katastrofalne skutki. Większość ludzi jest dziś karmiona, odziewana i ma dach nad głową dzięki czerpaniu ze źródeł, w stosunku do których nie odczuwa żadnej wdzięczności ani odpowiedzialności. Nie ma żadnego znaczącego samorządu miejskiego, żadnego potężnego lobby konsumenckiego, żadnej zauważalnej siły politycznej, które by walczyły o odpowiedzialne użytkowanie ziemi, uprawę roli i leśnictwo, o uzdrowienie gleby zdegradowanej przez nadużycia czy o powstrzymanie niszczenia ziemi przez tzw. „zagospodarowywanie” i „rozwój”.
Doskwiera nam dziś dotkliwy brak wyobraźni. Większość z nas nie umie sobie wyobrazić pszenicy, z której bierze się chleb; rolnika, któremu zawdzięczamy pszenicę; gospodarstwa, dzięki któremu żyje rolnik; ani historii, która doprowadziła do powstania gospodarstwa w takiej a nie innej postaci. Większość ludzi nie umie sobie wyobrazić lasu ani ekonomiki lasu, którym zawdzięczają swoje domy, meble i papier; ani krajobrazów, rzek i pogody, dzięki którym ich dzbany, wanny i baseny napełniają się wodą. Większość ludzi zdaje się zakładać, że skoro zapłacili za te rzeczy pieniędzmi, to już całkowicie wywiązali się ze swoich zobowiązań.
Pieniądze nie stwarzają jedzenia. Nie stwarza go też technika systemu żywnościowego. Jedzenie bierze się z przyrody i z ludzkiej pracy. Jeśli zaopatrzenie w żywność ma być niezawodne przez długi czas, to człowiek musi pracować w harmonii z przyrodą. To oznacza, że człowiek musi znaleźć praktyczne odpowiedzi na wiele trudnych, realnych pytań. To samo dotyczy leśnictwa i możliwości ciągłych dostaw drewna.
Zadanie, które nas czeka, można by opisać jako potrzebę poszerzenia świadomości i rozbudzenia sumienia gospodarki. Nasza gospodarka musi wiedzieć, co robi i troszczyć się o to. Jest to stwierdzenie rewolucyjne – owszem, jeśli pociągają cię rewolucje – ale jest to również coś, co dyktuje zwykły rozsądek.
Bez wątpienia znajdą się ludzie chętni zapoczątkować ruch, który postawi sobie taki właśnie cel. Zapewne nazwą go Ruchem Uczenia Gospodarki O Tym, Co Ona Robi – w skrócie: rugotcor. Co prawda ze sporym dyskomfortem, jednak poprę jego powstanie, pod trzema wszakże warunkami.
Pierwszy warunek będzie taki, że ruch powinien od początku porzucić wszelką nadzieję i wiarę pokładaną w cząstkowe rozwiązania, załatwiane jednym posunięciem. Prowadzone przez dzisiejszą naukę poszukiwania bezwonnego świńskiego nawozu powinny być dla nas wystarczającym dowodem, że specjaliści nie są już po naszej stronie. Mimo stuleci redukcjonistycznej propagandy świat jest wciąż zawiły i rozległy, ma w sobie tyle samo mroku co światła, i jest miejscem misterium, gdzie nie możemy zrobić jednej rzeczy, nie robiąc jednocześnie wielu innych, ani połączyć dwóch rzeczy, nie łącząc przy tym wielu innych. Jakości wody, na przykład, nie da się poprawić nie poprawiając rolnictwa i leśnictwa, ale rolnictwa i leśnictwa nie można ulepszyć bez ulepszenia edukacji konsumentów – i tak dalej.
Właściwym zadaniem ludzkiej gospodarki jest uczynić nas i ten świat jednością. Doprowadzenie do tego, że staniemy się praktyczną jednością z ziemią pod naszymi stopami być może nie jest w ogóle możliwe – skąd mamy to wiedzieć? – ale stawiając to sobie za cel naszych dążeń przynajmniej wychodzimy ze ślepego zadufania, porzucając bezpodstawne założenie, iż możemy podzielić współczesne wielkie fiasko na tysiąc odrębnych problemów, z którymi zdołamy się uporać przez powołanie tysiąca grup akademickich i biurokratycznych specjalistów. Ten program już był wypróbowywany wystarczająco długo, byśmy zdali sobie sprawę, że nie tędy droga.
Moim drugim warunkiem jest to, żeby członkowie ruchu (rugotcor) brali na siebie pełną odpowiedzialność za to, co sami robią jako uczestnicy istniejącej gospodarki. Jeśli chcemy pouczać gospodarkę o tym, co ona robi, to musimy dowiedzieć się, co robimy my sami. Ten ruch będzie musiał być w takim samym stopniu prywatny, jak publiczny. Jeśli nierealistyczne jest oczekiwanie, że marnotrawne zakłady przemysłowe zaczną chronić zasoby, to oczywiste jest, że musimy po części udzielać się publicznie – wnosić skargi, składać petycje, protestować, domagać się i popierać surowsze przepisy i zdrowsze programy polityczne. Ale to nie wystarczy.
Jeśli nierealistyczne jest oczekiwanie, że zła gospodarka sama postara się stać dobrą, to musimy zabrać się do pracy i zacząć budować dobrą gospodarkę. To, że ten obowiązek przypada właśnie nam, jest jak najbardziej na miejscu, gdyż postępować zgodne z zasadami dobrej gospodarki łatwiej jest nam niż wielkim korporacjom z ich błędnie wykształconymi menedżerami oraz chciwymi i nieświadomymi akcjonariuszami. Skoro jest to łatwiejsze właśnie dla nas, to musimy starać się na wszelkie możliwe sposoby prowadzić sensowną gospodarkę we własnym życiu, w naszych obejściach i w społecznościach, w których żyjemy. Musimy robić więcej dla siebie i naszych bliźnich. Musimy uczyć się wydawać pieniądze u naszych przyjaciół, a nie u wrogów. W tym celu jednak konieczne jest odnowienie lokalnej gospodarki i ponowne ożywienie domowych kunsztów.
Dążąc do zmiany sposobu gospodarczego użytkowania świata, nieuchronnie dążymy do zmiany własnego życia. Pożądana przez nas zewnętrzna harmonia między gospodarką a światem zależy w sumie od wewnętrznej harmonii między naszymi sercami a duchem, z którego wywodzi się życie wszystkich stworzeń, duchem, który jest nam tak bliski, jak ciało, a jednak wiecznie pozostaje poza wszelkimi miarami w tej dobie obsesyjnych pomiarów. Uprawiać dobrą pszenicę i piec dobry chleb możemy tylko wtedy, jeśli pojmiemy, że nie samym chlebem żyjemy.
Moim trzecim warunkiem jest to, żeby ruch pozostał ubogi. Musimy znajdować tanie rozwiązania, rozwiązania, które będą w zasięgu każdego, a tymczasem dostępność dużych pieniędzy uniemożliwia odkrywanie tanich rozwiązań. Rozwiązania nowoczesnej medycyny i nowoczesnego rolnictwa są wszystkie zawrotnie kosztowne, i jest to spowodowane po części dostępnością olbrzymich sum pieniędzy na badania w tych dziedzinach. Ponadto zbyt duża ilość pieniędzy przyciąga administratorów i ekspertów, tak jak cukier przyciąga mrówki – wystarczy zobaczyć, co się dzieje na uniwersytetach. Nie powinniśmy zazdrościć zamożnym ruchom, organizowanym i kierowanym przez alternatywną biurokrację żyjącą z problemów, które powinna rozwiązywać. Chcemy takiego ruchu, który jest właśnie ruchem – ponieważ posuwają go naprzód wszyscy uczestnicy, w swoim codziennym życiu.
Teraz, gdy już skompletowałem tę doprawdy groźnie wyglądającą listę piętrzących się przed nami problemów i trudności, obaw i lękliwych nadziei, ogarnia mnie poczucie ulgi, gdyż widzę, że przez cały czas szykowałem się do tego, aby na koniec powiedzieć coś podnoszącego na duchu. Wszystko, o czym tu mówię dotyczy możliwości odrodzenia ludzkiego szacunku dla tej Ziemi i dla wszystkich dobrych, pożytecznych i pięknych rzeczy, które z niej pochodzą. Pokazałem jasno – mam nadzieję – że tego szacunku nie da się należycie wyrazić przez uchylanie kapelusza przed naturą ani przez przedstawianie jej piękna w sztuce, ani przez modlitwy dziękczynne, ani przez obejmowanie ochroną skrawków dzikiej przyrody – choć polecam każdą z tych rzeczy. Szacunek, który mam na myśli można wyrazić tylko przez czynienie dobrego użytku z dóbr świata, które są nam dane. Jedyną, że się tak wyrażę, walutą szacunku, jest właśnie ów dobry użytek, a wraz z odradzaniem się w ten sposób szacunku dla Ziemi odradza się w nas także poczucie przyjemności. Powołania i dyscypliny, które określiłem jako domowe kunszty, znaczą całą długość drogi od gospodarstwa do gotowego obiadu, od lasu do obiadowego stołu, od gospodarzenia ziemią po gościnność względem przyjaciół i nieznajomych. Kunszty te są równie wymagające, i równie wdzięczne, równie pouczające i równie przysparzające przyjemności, jak tak zwane „sztuki piękne”. Uczenie się ich to praca będąca – jestem przekonany – naszym najgłębszym powołaniem. Nagrodą będzie wzbogacenie naszego życia oraz radość.
Wendell Berry
tłum. Paweł Listwan
fot. w tekście Tomasz Chmielewski
Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Resurgence” nr 198, styczeń/luty 2000. Następnie powyższe tłumaczenie opublikowaliśmy w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 10, wiosna 2002 r.
przez Piotr Wójcik | środa 10 października 2018 | gospodarka społeczna, opinie
System ekonomiczno-społeczny współczesnego kapitalizmu oparty jest o kredyt. Gdyby nie instytucja kredytu, porządek społeczny w większości państw by się zawalił. Aż przykro to pisać, ale w zasadzie dostępność kredytu jest obecnie najpewniejszym systemem zabezpieczenia społecznego. Czy też quasispołecznego, ponieważ oparte jest to o prywatne korporacje obracające prywatnymi depozytami. Wiele rządów sprowadziło do minimum politykę społeczną, dochodząc do wniosku, że łatwy dostęp do kredytu będzie jej doskonałym substytutem. Przy którym nie trzeba się specjalnie napracować – wystarczy zapewnić jakieś otoczenie regulacyjne oraz, przede wszystkim, niskie stopy procentowe. Politykę niskich stóp procentowych prowadzą obecnie niemal wszystkie kraje rozwinięte. W Polsce stopy procentowe wynoszą 1,5 proc., więc są niższe od inflacji, która wynosi ok. 2 proc. Oczywiście polityka niskich stóp procentowych sama w sobie nie jest niczym złym. Złe jest zastąpienie polityki społecznej polityką ułatwiania dostępu do kredytu.
Niech jedzą kredyt!
Współcześnie mamy do czynienia z dwoma negatywnymi zjawiskami, które na zasadzie synergii wzajemnie potęgują swój wpływ na otoczenie ekonomiczno-społeczne. Po pierwsze mamy do czynienia ze spadkiem udziału płac w PKB, czyli dochody pracowników, a więc zdecydowanej większości aktywnych zawodowo członków społeczeństwa, są coraz niższe w stosunku do sumy dochodu wytwarzanego przez daną gospodarkę. Po drugie, ograniczane są oraz urynkowiane usługi publiczne. Szczególnie to drugie zachodzi na bardzo szeroką skalę.
Obywatele muszą więc coraz większą ilość podstawowych dóbr i usług uzyskiwać na rynku. Niedofinansowanie służby zdrowia kończy się oczywiście długimi kolejkami, a mało komu uśmiecha się czekać na doprowadzanie swojego zdrowia do porządku. Wiele osób decyduje się więc na zabiegi lub operacje opłacone z prywatnej kieszeni. Wycofywanie się państwa i samorządów z obszaru mieszkalnictwa sprawia, że dla każdego, kto poszukuje dachu nad głową na długi czas i w stabilnym trybie, jedyną alternatywą jest jego zakup. Dla wielu osób na prowincji, i to nie tylko w Polsce, które chcą aktywnie funkcjonować, nie pozostaje nic innego, niż zakup własnego samochodu i jego systematyczne utrzymywanie w stanie gotowości. Te wszystkie zupełnie podstawowe dobra i usługi tak zwani zwykli ludzie muszą kupować na kredyt, gdyż mało kogo stać na pokrycie ich z oszczędności.
Gdyby zatem nie instytucja kredytu, to miliony ludzi na Zachodzie nie miałyby jak dojechać do pracy, leczyć się, o zdobyciu mieszkania nie wspominając. Gdyby nie instytucja kredytu nie mieliby także jak pokryć nagłych wysokich wydatków spowodowanych nieprzewidzianymi wydarzeniami. Instytucje kredytowe działają dosyć sprawnie, dzięki czemu nie mamy do czynienia z wybuchającymi co rusz niepokojami społecznymi. Ludzie zamiast domagać się bardziej sprawiedliwego porządku społecznego i bardziej aktywnych instytucji publicznych, wolą machnąć ręką i iść po pożyczkę. Zostaliśmy przekupieni łatwym dostępem do kredytu, a politycy za pomocą polityki niskich stóp kupili sobie spokój społeczny. Nic więc dziwnego, że zadłużenie gospodarstw domowych w Europie urosło do niespotykanych wcześniej rozmiarów – i dalej rośnie.
W długach po uszy
Zadłużenie gospodarstw domowych w stosunku do ich rocznych dochodów w niemal wszystkich krajach UE jest na najwyższych poziomach w historii. Od lat 90. w wielu krajach wzrosło trzykrotnie i nie mówimy tu tylko o krajach byłego bloku wschodniego, gdzie z kredytu zaczęto korzystać na dużą skalę w zasadzie dopiero z nastaniem XXI wieku. We Włoszech w 1995 roku suma długów gospodarstw domowych wynosiła 24 proc. sumy ich rocznych dochodów. Tymczasem w 2016 r. wynosiła już 61 proc. (szczyt nastąpił w 2012 r. – 64 proc.). We Francji w 1995 r. długi wynosiły 52 proc. dochodów, a w 2016 r. już 91 proc. (to rekord). W Hiszpanii w 1999 roku wynosiły 63 proc., by już w przeddzień kryzysu, w 2007 roku, osiągnąć historyczny rekord 135 proc. Od tamtego czasu poziom zdążył zjechać do 104 proc. w 2016 r., ale było to spowodowane ciężkim kryzysem, w którym banki ograniczyły akcję kredytową. W Szwecji w latach 1995-2017 nastąpił dwukrotny wzrost – z 86 proc. do 167 proc. W Niemczech długi gospodarstw domowych wynoszą 85 proc., a w Holandii 217 proc.
Oczywiście zdecydowanie największe, nawet kilkunastokrotne wzrosty zanotowały kraje naszego regionu, które weszły do systemu opartego o kredyt dopiero po 1989 roku, a tak naprawdę dekadę później, gdy kredyt zaczął być dostępny dla szerokich grup społecznych. W 1995 roku w Polsce zadłużenie gospodarstw domowych wynosiło zaledwie 3 proc. ich rocznych dochodów. W 2015 roku osiągnęło ono rekordowy poziom 60 proc., co utrzymało się także rok później. Na Słowacji w tym okresie nastąpił wzrost z 6 proc. do 63 proc., a w Czechach z 18 proc. do 59 proc. Oznacza to tyle, że niemal wszędzie w Europie raty kredytów stanowią procentowo wielokrotnie większe obciążenie dla budżetów gospodarstw domowych niż jeszcze nieco ponad 20 lat temu.
Bogaci mają taniej
Dlaczego to w zasadzie jest złe? Przecież system oparty o kredyt jakoś się kręci, ludzie na Zachodzie generalnie żyją dostatnie, nawet w krajach naszego regionu społeczeństwa się bogacą. Po pierwsze zbyt wysoki dług prywatny jest kryzysogenny. Przyjęło się uważać, że to dług publiczny stanowi szczególne zagrożenie dla stabilności gospodarki, ale to zwyczajna nieprawda. Z tych dwóch rodzajów zadłużenia, to właśnie zadłużenie prywatne jest bardziej niebezpieczne. Dość powiedzieć, że ostatni kryzys gospodarczy rozpoczął się na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych. W przededniu kryzysu strefy euro we wszystkich krajach, w które uderzył on szczególnie mocno, to zadłużenie prywatne stanowiło prawdziwe obciążenie i było wyższe, niż zadłużenie publiczne. W Hiszpanii cały dług prywatny w 2008 r. wynosił 196 proc. PKB, tymczasem dług publiczny jedynie 39 proc. W Irlandii dług prywatny wynosił 236 proc., a publiczny zaledwie 42 proc. W Portugalii odpowiednio 196 proc. PKB i 68 proc. Nawet w Grecji, gdzie dług publiczny stanowił stosunkowo największy problem, zadłużenie prywatne było wyższe (113 proc. wobec 109 proc.). W krajach rozwiniętych, o ile ich państwa nie zadłużają się w obcych walutach, to dług prywatny prowadzi do kryzysów, nie dług publiczny.
Po drugie, być może nawet ważniejsze, system społeczny oparty o kredyt jest zwyczajnie niesprawiedliwy. Dzieje się tak, ponieważ zapewnia on dużo tańszy dostęp do podstawowych dóbr osobom, które mają wyższe dochody. I to tańszy nie tylko w stosunku do dochodu, ale też w liczbach bezwzględnych. Instytucja kredytu polega przecież na tym, że osoba mająca wyższe dochody otrzyma kredyt obciążony niższymi odsetkami. Będzie bowiem dla banku stanowić mniejsze ryzyko niewypłacalności. Różnice w oprocentowaniu na papierze mogą się wydawać niewielkie, ale w rzeczywistości przekładają się one na bardzo duże kwoty. Przykładowo, gdy ktoś dysponujący raczej przeciętnymi dochodami otrzyma kredyt hipoteczny na 200 tys. zł na 5 proc., to w ciągu 30 lat będzie musiał zapłacić bankowi w sumie 386,5 tys. zł. Tymczasem ktoś mający wyższe dochody otrzyma ten sam kredyt na 3 proc. i zapłaci bankowi w sumie 303,5 tys. zł. Zatem osoba mająca wyższy dochód kupi to samo mieszkanie za 83 tys. złotych taniej, choć przecież i tak już będzie to dla niej mniejszym obciążeniem. System społeczny, w którym podstawowe dobra, tradycyjny obszar usług publicznych, są dużo taniej dostarczane osobom lepiej zarabiającym – jest patologiczny.
I wreszcie po trzecie, sytuacja ta powoduje, że sektor bankowy zdobywa pozycję dużo ważniejszą, niż wynikałoby to z realnego pożytku, jaki wnosi do społeczeństwa. Przecież sektor bankowy niczego nie produkuje, a więc nie tworzy wartości dodanej w realnej gospodarce. Sektor bankowy jest jedynie pośrednikiem – pośredniczy między depozytariuszem a kredytobiorcą. Przenosi pieniądze z jednego miejsca w drugie. Tymczasem obecnie banki są najbardziej zyskownymi korporacjami, a płace w nich są dużo wyższe, niż w zawodach niezwykle użytecznych społecznie – np. w edukacji czy służbie zdrowia. Według najnowszego raportu płacowego Hays w bankowości detalicznej na stanowisku „doradca klienta bankowości prywatnej” średnie wynagrodzenie to 10 tys. zł miesięcznie. To kwota nieosiągalna nawet dla najlepszego nauczyciela, choć przecież na tym stanowisku trzeba jedynie być biegłym w sprzedaży produktów bankowych. Odpowiedzialność i potrzebne umiejętności są nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku nauczycieli.
Oswoić dług publiczny
Jak zerwać z systemem, w którym gospodarstwa domowe są skazane na zależność od prywatnych korporacji, by zdobyć zupełnie podstawowe dobra i usługi? Oczywiście niezbędna jest ekspansja usług publicznych, która je zapewni na większą skalę w sposób inny, niż mechanizm rynkowy. Przynajmniej dla biedniejszej jednej trzeciej części społeczeństwa, która w starciu z instytucją bankową stoi na szczególnie słabej pozycji. Trzeba zerwać z sytuacją, w której kredyt bankowy zastępuje politykę społeczną. Ekspansję usług publicznych oczywiście trzeba finansować z podwyżki podatków, ale i to zapewne nie wystarczy. Wtedy należy śmielej korzystać z… długu publicznego.
Dług publiczny jest bezpiecznym instrumentem, jeśli jest on zaciągany w walucie krajowej, a najlepiej, gdy obligacje państwowe kupują podmioty krajowe – szczególnie zamożne gospodarstwa domowe, które w ten sposób oszczędzają na przyszłość. Dług publiczny jest tańszy niż dług prywatny. Rentowność polskich 10-letnich polskich obligacji wynosi 3,3 proc., tymczasem średnie oprocentowanie kredytu hipotecznego w Polsce to ok. 4,5 proc. A przecież kredyt hipoteczny i tak jest najtańszym rodzajem kredytu – oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych jest dużo wyższe. Dług publiczny nie jest też tak kryzysogenny – państwa mają dużo większe możliwości obsługi długu, niż drobni prywatni kredytobiorcy. Dług publiczny w Japonii wynosi aż 253 proc. PKB (w Polsce jakieś 5 razy mniej), jednak nie stanowi to żadnego zagrożenia dla Kraju Kwitnącej Wiśni, gdyż jest on w posiadaniu samych Japończyków. Przemyślane korzystanie z długu publicznego pomogłoby państwu prowadzić politykę społeczną na szeroką skalę. Byłoby to dużo bezpieczniejsze, niż skazywanie milionów ludzi mających niewielkie dochody na wieloletnie kredyty.
Piotr Wójcik
przez Monika Kostera | sobota 6 października 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Media, szkoły, codzienne rozmowy ze znajomymi i bliskimi zdają się w dzisiejszych czasach jednomyślnie zakładać i głosić jedną niepodważalną i oczywistą zasadę: własność prywatna jest jedyną naturalną, sensowną i prawidłową formą własności. Wszystko inne to utopie, niedojrzałe mrzonki lub absurdy komunizmu. A tymczasem ten świecki dogmat ma z prawdą tyle samo wspólnego, co przekonanie wiktoriańskiej mieszczki, że wszak nie ma co się łudzić, ale mężczyźni są po prostu bardziej inteligentni, niż kobiety.
Nie zawsze i nie dla wszystkich ta „prawda” była równie oczywista. Warszawski uczony Aleksander Chrostowski przez 9 lat prowadził badania metodą Action Research w dużym polskim przedsiębiorstwie. Metoda polega na wspólnym uczeniu się przez organizację i badacza, który wspiera, radzi i jednocześnie wyciąga szersze, teoretyczne wnioski z procesów, w których bierze udział. Badacz już w momencie nawiązania kontaktu z organizacją miał wrażenie, że pracownikom i menedżerom szczególnie zależy na czymś, co wykracza daleko poza zwykłe usprawnienia zarządzania. Przez lata współpracy, okresowo bardzo intensywnej, wrażenie to wzmacniało się. Menedżerowie poprosili go o wsparcie w rozwoju firmy, bo właśnie udało im się dzięki wysiłkowi i szczęściu uniknąć wykupienia przez zagranicznego inwestora. Wiedzieli, że bywają mniej sprawni, niżby chcieli, a także nie dostrzegają wielu zagrożeń – początkowo inwestor wydawał im się nie tyle atrakcyjny, co nieuchronny. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu się, na czym przejęcie ma polegać – czyli na prawie całkowitym zastąpieniu własnych struktur i obyczajów narzuconymi z góry – doszli do wniosku, że trzeba zrobić co się da, by tego uniknąć. Udało się.
Aleksander został zaproszony jako badacz i nauczyciel, który miał im pomóc dostosować się do współczesności, bez rezygnacji z istoty tego, kim są. Punktem wyjścia dla zmian w badanej przez Chrostowskiego firmie był zamiar włączenia pracowników w procesy zarządzania. Na początek zorganizowano sesję strategiczną z udziałem przedstawicieli wszystkich grup pracowniczych i poziomów struktury organizacyjnej. Uczestnicy wspólnie zastanawiali się nad aktualnymi i możliwymi przyszłymi celami organizacji. Razem z badaczem opracowali nową inkluzywną strategię. Zdecydowano się postawić na pracę zespołową i przenieść dużą część uprawnień i odpowiedzialności w dół hierarchii. Postanowiono, że wszelkie decyzje strategiczne będą podejmowane z udziałem szerokiej reprezentacji załogi. W ten sposób wiedza i doświadczenia kluczowych osób w organizacji funkcjonować miała w procesie zarządzania.
Zarząd uznał, że realistyczna i dalekowzroczna strategia może powstać – i zostać wdrożona – jeśli powstaje w procesie zbiorowego współtworzenia i wspólnego brania odpowiedzialności. Szerokie uprawnienia zespołów pracowniczych zostały formalnie wpisane w nową strukturę. Dostosowane zostały do niej systemy oceny i wynagradzania. Menedżerowie wszystkich szczebli zostali zobowiązani do zasięgania opinii zespołów. Zespoły miały wspierać myślenie w kategoriach systemowych, zakładające aktywne współuczestnictwo i nastawienie na osiąganie celów wspólnych. Ocena zespołowa wyeliminowała strach przed popełnieniem błędu, co wyzwoliło jednocześnie większe nowatorstwo oraz odpowiedzialność wobec innych pracowników. Rozmówcy Aleksandra Chrostowskiego podkreślali, że nowy system zarządzania wyzwolił w ludziach kolosalny potencjał. Załoga, która uczestniczyła we własności (a uczestnictwo miało zmierzać w kierunku akcjonariatu pracowniczego), przedstawiana była jako wspólnota. Dodam, że firma miała także bardzo dobre wyniki ekonomiczne i osiągała stale najwyższe oceny pod względem satysfakcji klientów.
W końcu pojawiły się w grze siły o wiele potężniejsze, którym ani badacz, ani firma nie byli w stanie stawić czoła, i przedsiębiorstwo zostało tak czy owak przejęte, wypracowane struktury zdemontowane, a zarząd zwolniony (niektórzy kierownicy sami odeszli). Jednak wypracowany model może się przydać jako ugruntowany w refleksyjnej praktyce pomysł na program zmian zarządzania organizacją w lepszych czasach. Naczelną zasadą organizującą, która dla pracowników była bardzo ważna, a która może kiedyś znów stać się kluczowym impulsem organizowania, było postrzeganie organizacji, w której się pracuje, jako wspólnego dobra. Wspólne dobro nie oznacza braku hierarchii czy przepisów. Postawy i role są różne, pozycje, uprawnienia i obowiązki także się różnią. Wspólne dobro nie musi być komuną lub plemienną wspólnotą. Może to być nowoczesne przedsiębiorstwo usługowe, jak firma badana przez Aleksandra Chrostowskiego, może to być kooperatywa lub uniwersytet. Taka zasada uczestnictwa może być realizowana na rozmaite sposoby.
Michael Hardt i Antonio Negri opublikowali w 2009 roku książkę „Commonwealth”, poświęconą projektowi mającemu pomóc ludzkości uzyskać – a w wielu przypadkach odzyskać – dostęp do wspólnych dóbr, takich jak dobra natury i kultury. Nowoczesność, która przedstawiana jest jako zaawansowana faza postępu, jest związana z kapitalistycznym wyzyskiem i alienacją pracy. W popularnym dyskursie te dwie tendencje splatają się, ukazując kapitalizm jako siłę, dla której jedyną alternatywą jest barbarzyństwo – a zatem prawdziwa alternatywa nie istnieje. Tymczasem wspólny solidarny opór może ujawnić element władzy spajający te elementy i starać się mu przeciwstawić. Wówczas wychodzi na jaw fałsz pozornie oczywistych założeń: kapitalizm albo regres. Istnieje alternatywna nowoczesność: bez kapitalizmu, zakorzeniona w ruchach społecznych i solidarności pracowniczej.
Ta alternatywna nowoczesność uznaje znaczenie, jakie w naszym życiu ma to, co wspólne. Podobnie zamieszkały w Wielkiej Brytanii polski architekt i uczony zajmujący się socjologią i filozofią miasta, Krzysztof Nawratek, widzi rolę dobra wspólnego, które, jego zdaniem, powinno ucieleśniać się w mieście, otwierając przestrzeń na wspólnoty mieszkańców, oferując instytucje aktywnego uczestnictwa, demokracji, i poczucie wspólnego losu. Jednak konieczne jest istnienie struktur dających tożsamość, stabilność i umożliwiających odpowiedzialne kierowanie. Dobro wspólne nie oznacza brak mechanizmów kierowniczych – przeciwnie, potrzebne są dostosowane doń symboliczne mechanizmy i instytucje. Część już istnieje, część trzeba wypracować, a część dostosować, czerpiąc ze starych propozycji i przykładów.
Hardt i Negri zwracają uwagę, że dopiero kapitalizm uczynił z własności prywatnej centralną instytucję, jednocześnie kontestując wartość tego, co wspólne. Tymczasem dobro wspólne ma bogate, sięgające starożytności tradycje. Myśliciele od czasów Oświecenia przekonują do racjonalności obrony republiki, do systemów wartości i działań wspierających to, co wspólne. Cytowana w mediach i w wielu pracach naukowych publikacja amerykańskiego biologa Garretta Hardina z 1968 roku, przekonująca, że dobro wspólne nieuchronnie prowadzi do zubożenia całej dzielącej się nim społeczności („the tragedy of the commons”) nie stanowi dobrego kontrargumentu. Autor sformułował swoją mocną tezę na podstawie historii wspólnych pastwisk w XIX-wiecznej Anglii (the commons). Pasterze powodowali erozję gleby, dodając kolejne zwierzęta do swojego stada, bo to im się opłacało. „Każdy racjonalny pasterz”, postępując w ten sposób, przyczyniał się do wyniszczenia wspólnego pastwiska. Zgodnie z tą logiką, racjonalna jednostka maksymalizuje swoją korzyść kosztem korzyści wspólnej. Tymczasem, jak zauważa Ian Angus komentujący w 2008 roku ten tekst fundamentalny dla wyznawców nieuchronności prywatyzacji, Hardin nie dostarczył na poparcie swoich tez żadnych dowodów naukowych, a jedynie anegdotyczną narrację, opartą na uproszczeniach i wyjętą z kontekstu.
Hardin całkowicie pominął kwestie zarządzania – dobro wspólne, takie jak wspólne pastwiska, było historycznie zarządzane i regulowane przez korzystającą zeń wspólnotę, w pełni świadomą zagrożeń, jakie niesie indywidualne nadużycie. Racjonalny pasterz był częścią racjonalnego systemu, który dbał o zachowanie nadrzędnego dobra w stanie dla wszystkich korzystnym. Przypadek angielski, przywoływany przez Hardina, był szczególny – w opisanym czasie trwała walka bogatszych rolników o możliwość grodzenia ziemi na prywatny użytek. Przyjęta przez nich strategia działania na niekorzyść wspólnoty, gospodarka rabunkowa, była ważnym elementem tej walki. Hardin nie opisał działania wspólnot opartych na społecznej naturze człowieka – opisał działanie kapitalistów stosujących kapitalistyczną racjonalność, postulujących egoizm jako powszechną ludzką naturę. Co więcej, głosząc nieuchronność prywatyzacji, nie zaoferował żadnych argumentów, które miałyby przekonać czytelnika, że dzieląc to, co wspólne, na prywatne fragmenty, zapobiegniemy gospodarce rabunkowej. Tytułowa tragedia nie wynika z istnienia dobra wspólnego, ale z mechanizmów kapitalizmu. Zastanawiać może popularność tego naukowo słabego tekstu. Podobnie jak Angus, uważam, że jego rola nie jest bynajmniej naukowa, lecz ideologiczna. Hardin w swojej narracji zrobił to, co działo się i dzieje na naszych oczach – uczył, jak zmienić fundamentalny system wartości i umożliwić prywatyzację.
Niewiele miejsca w jakimkolwiek publicznym dyskursie w obecnej Polsce – czy to technicznej, czy medialnej, czy naukowej – zajmuje przywiązanie i szacunek dla dobra wspólnego rozumianego jako wartość wyższa. Ten brak i egoistyczna racjonalność, która wypełniła pustkę, traktowane są jako coś absolutnie oczywistego. To może i jest porażający triumf ideologii, ale nie jest ona przez to ani jedyna, ani „prawdziwie ludzka”. Nie trzeba sięgać do XIX-wiecznej historii, żeby dostrzec inne systemy wartości. Sama pamiętam dobrze ich powszechność i moc. Pod koniec lat 80. i na samym początku 90. prowadziłam wraz z kolegami demokratyczne projekty doradcze dla dwóch polskich przedsiębiorstw na bardzo podobnych zasadach do przypadku opisanego przez Aleksandra Chrostowskiego. Celem było opracowanie strategii, a uczestniczyli w tym przedstawiciele wszystkich szczebli struktur organizacyjnych i związków zawodowych. Zarządy miały głos ostateczny, jednak scenariusze przygotowywane były w oparciu o głęboko demokratyczny proces i wiedzę zaczerpniętą z całej organizacji, od robotnika po dyrektora. Projekty trwały kilka lat i obejmowały badania w terenie, w tym wywiady półotwarte z przedstawicielami wszystkich grup pracowników. Poruszający był stosunek pracowników do swoich organizacji. To były „ich” firmy, o których opowiadali ciepło, z oddaniem nie tylko deklaratywnym, ale powracającym jako motyw przewodni w różnym kontekście. „Nasz zakład pracy” był wartością wyższą, podporządkowywano mu inne cele, często także interes własny. Szeregowi pracownicy i dyrektorzy, starzy i młodzi, znali historię swoich organizacji i opowiadali ją w różnych okolicznościach, często personifikując i nadając heroiczne cechy. Cokolwiek mieliśmy jako doradcy wnieść i zaproponować, w sposób oczywisty miało być podporządkowane niekwestionowanemu imperatywowi: „Nasz zakład” radził sobie w różnych czasach, więc musimy zrobić wszystko, by poradził sobie i teraz. Oba przedsiębiorstwa istnieją nadal, choć drugie zostało sprywatyzowane i w niczym nie przypomina „naszej firmy” z tamtych czasów.
Ten kierunek zmian rozpoczął się stosunkowo szybko, już w 1990 roku. Wspierały go media, edukacja wszystkich poziomów. Prowadziłam wtedy badania etnograficzne polskiego zarządzania. Jednym z materiałów badawczych były media. Badałam dyskurs medialny, którego przedmiotem było polskie zarządzanie w różnych okresach, między innymi kilka etapów tak zwanych lat transformacji. Najbardziej uderzyły mnie wyniki badań z wczesnych lat 90. Obraz, który wyłonił się z moich badań, był zatrważający: całkowicie czarno-biały, bez niuansów. Zachodnie jest dobre, nowoczesne, efektywne. Polskie jest tandetne, złe, obciachowe. To nie służyło uczeniu się – uczenie wymaga myślenia scenariuszami, problematyzowania. Obraz zarządzania typu „książę i żebrak” jest właściwie dydaktycznie bezużyteczny.
Badania w terenie wkrótce pomogły mi wyjaśnić zagadkę – nie dydaktyka była tu istotna, ale ideologia. Polskie przedsiębiorstwa miały być prywatyzowane bez względu na ich tożsamość, bez względu na ludzi i ich doświadczenie, bez względu na ich dobro. Po prostu dlatego, że prywatyzować należało. Wielokrotnie słyszałam takie sformułowania wygłaszane przez polskich lub zagranicznych konsultantów. Słyszałam też wypowiadane konfidencjonalnie w rozmowie między polskimi doradcami a dyrektorami przekonanie, że polskie firmy tak naprawdę co najwyżej mogą być podwykonawcami dla zachodnich. Trzeba było pozbyć się „niepotrzebnego bagażu”, czyli rad zakładowych i związków zawodowych. Zachodni doradcy nie mówili nic o podwykonawstwie. Pewnie wielu z nich wiedziało, że tak naprawdę celem były przejęcia, wykazanie wzrostu, wzmocnienie marek inwestorów. Potem można było przejęte jednostki sprzedawać lub likwidować, a ludzi zwalniać. Potworyzacja dyskursowa miała na celu rozbicie dominującego wcześniej systemu wartości. Przy pomocy dostępnych środków zadbano więc o taki monogłos.
Dziś mamy do czynienia z podobną medialną potworyzacją. Jej obiektem są polscy uczeni i nauka. Czytając prasę i oglądając wiadomości mam tak silne wrażenie déja vu, że łapię się nieraz na fizycznym przecieraniu oczu. Oto polska nauka jest zła, nienowoczesna, bo polskie uczelnie nie figurują w rankingach sporządzanych przez zachodnie korporacje (czy autorzy tych wypowiedzi wiedzą, czym jest branding? na czym polega? i co ma z tworzeniem nauki wspólnego?), bo publikujemy po polsku (jeśli nauki humanistyczne i społeczne mają mieć jakiś wpływ na rozwój własnego społeczeństwa to chyba dobrze?), bo nie mamy na uczelniach noblistów (no i co z tego? badania naukowe wykazują, że nauka to proces zespołowy – niezależnie już od tego, że noblista Peter Higgs niedawno twierdził, że w zachodnich uczelniach praca naukowa jest udaremniana przez system zarządzania, który właśnie w Polsce zamierzamy wdrożyć). Wszystko zachodnie jest dobre. Wszystko polskie jest stare, obciachowe, feudalne i złe. Zdziwię się bardzo, jeśli cel tej narracji jest inny, niż tamtej, którą kiedyś badałam.
Jednocześnie obserwuję z bliska rozkwit wartości dobra wspólnego w działaniach Akademickiego Komitetu Protestacyjnego, który uformował się podczas czerwcowych protestów przeciwko ustawie. Inaczej, niż na początku lat 90., uczestnicy nie zareagowali wycofaniem się, lecz aktywnym celebrowaniem nauki i akademii jako najważniejszej wartości łączącej nas wszystkich. Zatem dobro wspólne nie jest ideą martwą. W Polsce, oprócz Akademickiego Komitetu Protestacyjnego, istnieje w organizacjach gospodarczych, które badam, takich jak Kooperatywa Wawelska. Współczesne organizacje dobra wspólnego są podobne do tradycyjnych pod względem wartości, ale bardziej świadome i ukierunkowane strategicznie. Mają demokratyczne struktury decyzyjne, istnieje też inkluzywny model własnościowy. Demokratyczność jest zasadą strukturyzacji i zasadą etyczną, która służy jako fundamentalna zasada organizowania (podobnie jak w organizacjach kapitalistycznych zysk). Członkowie i członkinie są współtwórcami, a wiedza z każdego miejsca w strukturze organizacyjnej traktowana jest jako dobro ważne dla budowania strategii. Kooperatywa Wawelska i inne organizacje tego typu aktywnie szukają dobrych praktycznych rozwiązań, uczestnicy są świadomi tego, że nie istnieje gotowiec, który można po prostu wdrożyć. Ich pomysły i doświadczenia są częścią procesu powstawania nowego modelu gospodarki. Tak samo w badanym przez Aleksandra Chrostowskiego przedsiębiorstwie podczas trwania badań powstało wiele dobrych i ciekawych pomysłów, które, nawet, jeśli już nie pomogą badanej firmie, to mogą przydać się innym, gdy nastaną lepsze czasy. Temu służy zapis naukowy. Tylko wtedy sensowny, gdy jest dobrem wspólnym środowiska akademickiego – i społeczeństwa, teraźniejszego i przyszłego.
prof. Monika Kostera
przez Piotr Wójcik | środa 26 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Wolnorynkowy kapitalizm zjada własny ogon na wiele różnych sposobów. Najbardziej oczywistym z nich jest dążenie do ograniczania wszystkich kosztów, z kosztami pracy włącznie. Prowadzi to do bariery popytowej, a w rezultacie do załamania produkcji i do kryzysu. Innym sposobem pochłaniania własnej tylnej części ciała przez kapitalizm jest wpędzanie ludzi w choroby psychiczne. Wolnorynkowa koncepcja człowieka, dominująca wciąż na świecie, pomimo postępów ekonomii behawioralnej, która ją setki razy obaliła, patrzy na istotę ludzką jak na przedsiębiorstwo. Każdy jest swoją firmą, odpowiedzialną za własną markę, akumulację własnych kapitałów i ekspansję swojej działalności. Człowiek jest w pełni odpowiedzialny za swój los, a jeśli mu nie wychodzi, to pretensje może mieć do siebie – tak jak akcjonariusze upadającej spółki do jej zarządu.
Żeby stanąć na wysokości tego wymagającego zadania, jakim jest koncepcja człowieka-firmy, osoba ludzka musi być w nieustannej gotowości do wykorzystywania okazji. Skupienie i pełna gotowość bojowa o każdej porze i w każdej sytuacji to atrybuty modelowego człowieka-firmy. Taka osoba nie może sobie pozwolić na chwile słabości, cały czas musi brać sprawy we własne ręce, by sytuacja nie wymknęła się jej spod kontroli. Problem w tym, że wolnorynkowy kapitalizm masowo wpędza ludzi w depresje czy zaburzenia lękowe uogólnione, w wyniku których o jakimkolwiek panowaniu nad własnym losem nie może być mowy.
Mężczyzna zanurzony we własnych lękach nie jest w stanie racjonalnie oceniać sytuacji, a kobieta pochłonięta przez depresję nie potrafi się zmobilizować do ciągłej walki o rynkową wartość akcji swojej firmy osobistej. Współczesny kapitalizm proponuje więc pewien idealny model człowieka, jednak równocześnie produkuje zastępy ludzi, którzy są od tego modelu najdalej, jak to możliwe.
Człowiek-firma w akcji
Można wyróżnić trzy sposoby, którymi wolnorynkowy kapitalizm wpędza ludzi w choroby psychiczne. Pierwszym jest generowanie absurdalnych oczekiwań. Wszechobecne reklamy pokazują świat, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Piękni i młodzi modele czy gwiazdy ekranu, którym wszystko się udaje, stają się tłem, do którego porównujemy własną osobę i swoich bliskich. Reklamy generują również modele konsumpcji, do których powinniśmy zmierzać. Nowsze i większe auta, coraz lepiej wyposażone mieszkania położone w prestiżowych lokalizacjach, dalekie egzotyczne podróże – skoro atakuje nas to codziennie z ekranów i billboardów, to przyjmujemy za oczywistość, że to rzeczywistość większości społeczeństwa. Szybko jednak okazuje się, że zdecydowana większość atrakcji oferowanych nam przez kapitalizm jest poza naszym zasięgiem. Żona nie jest tak piękna jak wyfotoszopowane modelki z reklam, mąż ma brzuszek i poci się. Zamiast beztroskiego safari w Kenii jest z trudem sfinansowany zwykły wypad do Chorwacji, na który oszczędzamy przez cały rok.
Koncepcja człowieka-firmy podpowiada nam, że jeśli nasz osobisty świat nie jest tak udany, jak marzyliśmy, to odpowiadamy za to sami. I możemy mieć pretensje tylko do siebie. Coś więc jest nie tak przede wszystkim z nami samymi. Oczywiście racjonalny homo economicus powinien na to spojrzeć z dystansu i chłodno – jeśli jeszcze nie doszedłem do zamierzonego celu, to muszę po prostu zakasać rękawy, zamiast bezproduktywnie biadolić. W końcu mędrzec Jordan Peterson radzi, by nie porównywać się z innymi, lecz z samym sobą z przeszłości. Problem w tym, że człowiek nie jest w pełni racjonalny i nigdy nie będzie.
Rozbuchane modele konsumpcji uderzają w psychikę klasy średniej. Klasy niższe cierpią przede wszystkim z powodu braku stabilności. Praca stała się mniej pewna niż kiedyś, zapomnieć możemy o zatrudnieniu w jednym miejscu do końca aktywności zawodowej. Co gorsza, destrukcji ulegają też sieci zabezpieczenia społecznego. Obecnie najsprawniej działającym rodzajem zabezpieczenia przed nagłą sytuacją jest instytucja kredytu – problem w tym, że kredyt trzeba spłacić. A prywatne instytucje, ściągając swoje długi, nie są zbyt wyrozumiałe – człowiek zalegający z ratą to dla nich nie obywatel, który wpadł w kłopoty, lecz dłużnik, od którego trzeba wyegzekwować własne aktywa. Zamiast solidnej sieci wsparcia, rządy oferują obywatelom tani kredyt dzięki niskim stopom procentowym, co wielu przedstawicieli niższych klas pracujących wpędza w spiralę zadłużenia. To wszystko w sytuacji coraz bardziej niestabilnego rynku pracy, zmieniającego się jak w kalejdoskopie.
Nie ma nic bardziej stresującego, niż jątrzące się w głowie pytanie, czy będę miał za co utrzymać rodzinę. Nie ma bardziej depresyjnej sytuacji, niż możliwość stracenia mieszkania, na które wraz z małżonką harowaliśmy jak woły. A na horyzoncie zamiast przyzwoitego mieszkania komunalnego jawi się mała nora wynajmowana za horrendalne pieniądze od prywatnego mieszkanicznika. Takie sytuacje podbramkowe odbijają się na psychice człowieka na zawsze, nawet jeśli tym razem wszystko skończy się dobrze. Bo następnym razem, gdy tylko podobna sytuacja zamajaczy gdzieś w oddali, panika powróci, nawet jeśli nie będzie w pełni uzasadniona.
Klasy wyższe i wyższa klasa średnia cierpią zaś z powodu nieustannej konkurencji. Na opisanych przez Roberta Franka i Philippa Cooka „rynkach, na których zwycięzca bierze wszystko”, trzeba nieustająco udowadniać swoją przewagę. To właśnie na tych rynkach najwyraźniej realizuje się koncept człowieka-firmy. Gdy zdecydowaną większość fruktów zbiera garstka zwycięzców, na pozostałych ludzi z branży patrzy się przede wszystkim jak na wrogów, którzy chcą nam odebrać zasoby kapitału i prestiżu. Naturalną postawą staje się nieufność, za to brak zaufania do innych rekompensuje nam rozbuchane zaufanie do siebie – czyli wybujałe ego. Nieufność i wybujałe ego to również gotowy przepis na problemy psychiczne.
Oczywiście poczucie konkurowania o zasoby istnieje także wśród klas niższych. Wiąże się ono w mniejszym stopniu z rywalizacją o prestiż, a w większym z rywalizacją o środki do życia. Może być jednak równie destrukcyjne dla psychiki. Nieustana konkurencja na wszystkich szczeblach drabiny społecznej osłabia zaufanie do pozostałych członków wspólnoty, za to wzmaga poczucie wykorzenienia. Człowiek-firma jest pozostawiony sam sobie i otoczony przez wrogów. Trudno w takiej sytuacji się nie załamać.
Niech jedzą psychotropy!
W takiej sytuacji trudno się dziwić gigantycznemu wzrostowi popularności środków antydepresyjnych. OECD raportuje bardzo duży wzrost stosowania antydepresantów w okresie 2000-2015 we wszystkich 29 wykazanych krajach. Co gorsza, wzrost ten nie tylko dotyczy wszystkich, ale wszędzie jest też ogromny, czasem wręcz trzykrotny. W ciągu 15 lat wydarzyła się bez mała lekowa rewolucja w społeczeństwach rozwiniętych. Wskaźnik przyjmowania leków antydepresyjnych wykazuje się liczbą przyjmowanych dziennych dawek leków na tysiąc mieszkańców dziennie. Wzrost ten jest szczególnie widoczny w krajach południa strefy euro, w które silnie uderzył kryzys gospodarczy zakończony eksplozją bezrobocia. W Hiszpanii wskaźnik przyjmowania antydepresantów skoczył z 28,2 do 73,1. Hiszpania w ten sposób wskoczyła do czołówki krajów OECD pod względem spożycia antydepresantów. W Grecji i Włoszech tradycyjnie ten wskaźnik był na bardzo niskim poziomie – w końcu słońca mają tam pod dostatkiem. Obecnie jednak zbliża się już do średniej OECD – w Grecji skoczył z poziomu 18,9 do 48,1, a we Włoszech z 19,6 do 46,5. I tak wszystkich jednak przebiła Portugalia – tam wskaźnik wzrósł z 32,5 do 95,1. Obecnie Portugalia jest trzecim krajem OECD pod względem stosowania leków antydepresyjnych.
Niestety w tym zestawieniu nie ma Polski. Możemy być jednak pewni, że w naszym kraju wyglądałoby to podobnie. Wystarczy zerknąć na Słowację, która ze wszystkich krajów OECD przyjęła najbliższy nam model gospodarki – kapitalizm zależny, półperyferyjny i oparty o niskie koszty produkcji. Słowacki wskaźnik przyjmowania leków na depresję wzrósł… prawie pięciokrotnie – z 8,6 do 40. Zresztą mniejszy lub większy wzrost widać we wszystkich wykazanych krajach, zarówno mniej, jak i bardziej zamożnych. Średnia OECD wzrosła dwukrotnie – z 30,6 do 60,3.
Oczywiście za ten wzrost odpowiadają także czynniki pozytywne. Przede wszystkim większa świadomość społeczeństwa – obecnie ludzie mniej wstydzą się iść do psychiatry. Kiedyś woleli dusić w sobie fatalne samopoczucie, teraz decyzja o leczeniu jest podejmowana częściej. Leczenie psychiatryczne nie jest już objęte tak duża infamią, jak jeszcze niedawno, chociażby z tego powodu, że stało się doświadczeniem coraz większej części z nas. Poza tym ważne jest też pojawienie się leków antydepresyjnych nowej generacji. Są one bezpieczniejsze, nie uzależniają tak, jak chociażby benzodiazepiny (np. Xanax), więc psychiatrzy mają mniejsze opory przed ich wypisywaniem. W zasadzie za cały wzrost stosowania antydepresantów odpowiadają leki nowej generacji. Trudno jednak uznać, że ludzie bez przyczyny rzucili się na nie. Osoba zdrowa, która przyjmie lek np. wychwytujący zwrotnie serotoninę, będzie się czuła fatalnie. Nie będzie wiedziała, co ze sobą zrobić, nie będzie się w stanie skoncentrować na żadnym zadaniu. Oba czynniki są więc istotne, jednak nie wygenerowałyby tak dużego wzrostu przyjmowania leków, gdyby nie miały realnej podstawy, jaką jest bardzo duża liczba osób cierpiących na przypadłości psychiczne.
Stojąc nad przepaścią
Ten drastyczny wzrost przypadków stosowania leków antydepresyjnych niestety nie obniżył liczby samobójstw. Są one nadal jedną z częstszych przyczyn śmierci. Ludzie dwukrotnie częściej sami się zabijają, niż giną w wypadkach komunikacyjnych wszelkiego rodzaju. Wskaźnik samobójstw (liczba samobójstw rocznie na 100 tys. mieszkańców) w latach 2000-2015 w całej UE spadł nieznacznie – z 12,9 do 11,7 (wskaźnik ofiar transportowych to 5,8). Jednak to wynik przede wszystkim bardzo dużych spadków w krajach należących niegdyś do ZSRR, w których ten wskaźnik był na gigantycznym poziomie. Przykładowo na Litwie spadł on z 46,5 do 31, a więc wciąż jest trzykrotnie wyższy niż unijna średnia. Na Łotwie spadł 32,5 do 22. Jednak w pozostałych krajach utrzymał się na stabilnym, wysokim poziomie, który sprawia, że samobójstwa to jedna z ważniejszych przyczyn śmierci. Jednak jest też grupa krajów, w których wskaźnik samobójstw wzrósł. To kraje południa Europy (w Portugalii dwukrotnie, z 5,1 do 10), ale też Polska. Nad Wisłą wskaźnik samobójstw wzrósł z 15,3 do niemal 17, co sprawia, że pod tym niechlubnym względem wyprzedzamy średnią UE o połowę.
Według oficjalnych danych 7 proc. populacji UE cierpi na chroniczną depresję. Trudno powiedzieć, ile osób cierpi na zaburzenia lękowe uogólnione, prawdopodobnie bardziej powszechne. Zresztą te dane dla wielu krajów wydają się wątpliwe i są zaniżone z powodu wciąż niskiej świadomości tego, czym jest depresja czy lęki. Na przykład w Polsce czy na Słowacji według oficjalnych danych zaledwie 4 proc. społeczeństwa cierpi na depresję, co sprawia, że na papierze są pod tym względem jednymi z najzdrowszych społeczeństw w UE. Jak to pogodzić z bardzo wysokimi wskaźnikami samobójstw, które w obu krajach przekraczają średnią UE o połowę? W krajach północy, w których wskaźnik samobójstw jest podobny do polskiego, ale świadomość znaczenia depresji wyższa, cierpi na nią ok. 10 proc. społeczeństwa. Możemy więc założyć, że na chroniczną depresję cierpi nawet co dziesiąty Polak lub Polka. Tylko że jakaś połowa z nich nie potrafi tego nazwać.
Tymczasem opieka psychiatryczna w Polsce jest na bardzo słabym poziomie. Nad Wisłą leczy zaledwie 9 psychiatrów na 100 tys. mieszkańców. Wyprzedzamy jedynie Bułgarię. W Finlandii, Szwecji i Holandii na sto tysięcy mieszkańców przypada aż 23 psychiatrów, a w Czechach prawie 15. W liczbie łóżek na oddziałach psychiatrycznych nie wypadamy aż tak źle (ok. 70 na 100 tys. mieszkańców – nieco poniżej średniej UE), jednak akurat w przypadku depresji czy lęków uogólnionych łóżko szpitalne zda się na bardzo niewiele. Do walki z tymi chorobami potrzebny jest szeroki dostęp do bezpłatnych psychiatrów. Tymczasem na wizytę u psychiatry z NFZ można czekać w Polsce nawet kilka miesięcy. A przecież wskaźnik samobójstw pokazuje niezbicie, że depresja może być chorobą śmiertelną. Nie można więc zwlekać z jej leczeniem.
Jednak żeby zatrzymać pochód depresji i samobójstw przede wszystkim trzeba zmienić podejście do istoty ludzkiej. Odrzucić idiotyczny koncept człowieka-firmy, który rywalizuje z innymi o zasoby. Zmienić narrację płynącą z mediów, według której każdy odpowiada sam za siebie i tylko do siebie może mieć pretensje za niepowodzenie. Problem w tym, jak to zrobić, skoro tę narrację najskuteczniej snuje ta wąska garstka, w której przypadku takie podejście się sprawdziło.
Piotr Wójcik
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 16 września 2018 | Felietony, gospodarka społeczna, opinie
Życie bezkrytycznych miłośników wolnego rynku było kiedyś proste. Wystarczyło rzucać na przemian kilkoma hasłami. Przypływ podnosi wszystkie łodzie! Więcej rynku to więcej demokracji! Znieśmy regulacje rynkowe i uwolnijmy energię oraz przedsiębiorczość ludzi sukcesu! Jednak rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te opowieści. Im bardziej państwa rozwinięte podążały za wolnorynkową ortodoksją, tym gorzej się w nich działo. Realne płace klasy średniej stanęły w miejscu. Nierówności społeczne wzrosły do poziomu nieznanego od czasów sprzed II wojny światowej. Demokracja zaczęła ustępować rządom finansjery. Na to wszystko nałożył się potężny kryzys gospodarczy, wywołany między innymi deregulacją sektora finansowego.
Fundamentalistom rynkowym pozostał ostatni mit. „Popieram neoliberalizm, bo w ostatnich kilkudziesięciu latach wyciągnął setki milionów ludzi z ubóstwa” – napisał mi kiedyś jeden ze znajomych. To jedno zdanie dobrze podsumowuje ten mit. Może najubożsi i klasa średnia w krajach rozwiniętych nie mają tak dobrze, jak chcieliby, ale zobaczcie za to, ilu ludziom w krajach peryferyjnych pomógł ten rzekomo wstrętny neoliberalizm. Ta opowieść opiera się między innymi na danych Banku Światowego, wedle których skrajne ubóstwo w skali globalnej zmniejsza się systematycznie z roku na rok.
Jason Hickel, brytyjski antropolog, zauważa jednak, że gdy tylko przyjrzymy się bliżej problemowi światowego ubóstwa, to dostrzeżemy mniej optymistyczny obraz. Jak to często bywa, Bank Światowy okazuje się skuteczniejszy w reklamowaniu rzekomych sukcesów niż w rzeczywistej walce z biedą.
Na pozór wszystko się zgadza. Jeśli przyjmiemy granicę ubóstwa wyznaczoną przez Bank Światowy – kiedyś dochody w wysokości 1,02 dolara dziennie, potem 1,25, teraz 1,90 – to rzeczywiście okazuje się, że od kilkudziesięciu lat skrajne ubóstwo maleje. Jest jednak kilka „ale”. Duża część redukcji ubóstwa dokonuje się dzięki Chinom, które nie bardzo pasują do opowieści o wspaniałym neoliberalizmie zwalczającym biedę. Choć wprowadzają elementy gospodarki wolnorynkowej i są zdecydowanie bardziej krajem kapitalistycznym niż socjalistycznym, to robią to na własnych warunkach i przy uważnym nadzorze państwa.
Istnieją też poważne wątpliwości, czy linia ubóstwa wybrana prze Bank Światowy nie jest zbyt niska. O ile rzeczywiście można się utrzymać za 1,90 dolara w najbiedniejszych miejscach na świecie, to w krajach zamożniejszych potrzeba już więcej pieniędzy, aby nie popaść w skrajne ubóstwo. Zdaniem Hickela linia ubóstwa powinna być ustawiona na poziomie przynajmniej 5 dolarów dziennie. Co oczywiście znacząco wpłynęłoby na pogorszenie statystyk walki ze skrajną biedą.
Takie jest właśnie przesłanie Hickela. Historia skutecznej walki z biedą to w dużej mierze historia umiejętnego dobierania danych. Jeszcze w 2000 roku Bank Światowy był zmuszony przyznać, że liczba ubogich wzrasta. W 2001 prezes Banku Światowego, James Wolfensohn, ogłosił, że walka z ubóstwem jest skuteczna i jego skala ulega znacznemu zmniejszeniu. Jak to możliwe, że przez rok doszło do tak znacznych zmian? Po prostu zmieniono granicę ubóstwa – odpowiada Hickel. Na pozór podniesiono ją odrobinę, ale tak naprawdę niewystarczająco, aby uwzględnić zmniejszającą się siłę nabywczą dolara. I w ten sposób w ciągu jednej chwili liczba ubogich zmalała.
Zdaniem Hickela wszystkie te sztuczki przesłaniają niewygodną prawdę. Nasz sposób walki ze światową biedą opiera się na lichych przesłankach. Nie nadąża za przyrostem naturalnym i nie wykorzystuje potencjału dotychczasowego wzrostu gospodarczego. Jak pisze Hickel w książce „The Divide”: „W tej chwili naszą główną strategią likwidowania ubóstwa jest zwiększanie wzrostu globalnego PKB. Za tym pomysłem kryje się założenie, że owoce wzrastającego PKB trafią stopniowo także do najuboższych, poprawiając ich życie. Wszystkie dostępne nam dane pokazują jednak wyraźnie, że wzrost PKB nie przynosi tak naprawdę korzyści najbiedniejszym. Choć globalne PKB per capita wzrosło o 45% od 1990 roku, to liczba ludzi żyjących za mniej niż 5 dolarów dzienne zwiększyła się o 370 milionów. Dlaczego wzrost nie pomaga zredukować biedy? Ponieważ jego owoce są nierówno dzielone. Najbiedniejsze 60% ludzkości otrzymuje jedynie 5% dochodu wypracowanego dzięki globalnemu wzrostowi. Pozostałe 95% trafia do najbogatszych 40%. I mówimy tu o najlepszym możliwym scenariuszu. Biorąc pod uwagę wspomniany wskaźnik dystrybucji, Woodward oblicza, że zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na poziomie 1,25 dolara dziennie zajmie ponad 100 lat. Jeśli granicę ustawimy na bardziej miarodajnym poziomie 5 dolarów dziennie, walka z ubóstwem zajmie 207 lat”.
Sprawę pogarsza to, że – jak słusznie zauważa Hickel – nie da się obecnie mówić o wzroście naturalnym bez uwzględnienia zagrożeń związanych z katastrofą środowiskową: „Nie dość, że te epokowe przedziały czasowe są wystarczająco rozczarowujące, to okazuje się, że jest jeszcze gorzej. W celu zlikwidowania biedy na poziomie 5 dolarów dziennie globalne PKB musiałoby zwiększyć się o 175 razy. Innymi słowy, musimy uzyskiwać, produkować i konsumować 175 razy więcej towarów niż dziś. Warto się nad tym przez chwilę zastanowić. Nawet gdyby tak niesamowity wzrost był możliwy, skutki okazałyby się tragiczne. Szybko doprowadzilibyśmy do katastrofy ekosystemu naszej planety, zniszczylibyśmy lasy i glebę, a co najważniejsze klimat” – zauważa Hickel.
Jeśli jest tak źle, to co możemy zrobić, żeby poprawić sytuację? Hickel zaczyna od skromnego postulatu: biedne kraje nie potrzebują pomocy krajów bogatych, na początek wystarczy po prostu, że te drugie przestaną je wykorzystywać. Popiera ją różnymi danymi statystycznymi. Podaje na przykład, jak horrendalnie wysokie odsetki muszą płacić biedne państwa od zaciągniętych pożyczek. „Pomoc” biednym krajom okazuje się świetnym interesem. Być może jednak problem najlepiej ilustruje krótka historia przytaczana przez Hickela w „The Divide”. Warto przeczytać ją w całości: „Kilka lat temu miałem okazję odwiedzić Zachodni Brzeg w Palestynie. Pewnego, szczególnie upalnego popołudnia mój gospodarz wiózł mnie w stronę Rowu Jodanu, gdzie miałem przepytać kilku rolników na temat problemów z wodą. Przebijając się przez żwirową trasę, natrafiliśmy na ogromny biały znak, sterczący pośród pustynnych kamieni. Widniało na nim ogłoszenie inicjatywy US AID, »aby pomóc w zmniejszeniu powracających kłopotów z dostępnością wody« przez utworzenie nowej studni. Na ogłoszeniu znajdowała się amerykańska flaga i dumne słowa: »Ten projekt jest darem obywateli Ameryki dla obywateli Palestyny«.
Postronny obserwator byłby zapewne pod wrażeniem. Pieniądze amerykańskich podatników zostały szczodrze podarowane, w zgodzie z duchem humanitaryzmu, biednym Palestyńczykom walczącym o przetrwanie na pustyni. Tylko że Palestyna nie cierpi na niedobór wody. Kiedy Izrael dokonał inwazji i zaczął okupywać Zachodni Brzeg w 1967 roku, ze wsparciem armii USA, przejął całkowitą kontrolę nad warstwami wodonośnymi. Izrael wydobywa większość tej wody – blisko 90 procent – dla swoich osiedli oraz w celu nawadniania wielkich przemysłowych gospodarstw rolnych. Gdy poziom wód podziemnych opada, studnie Palestyńczyków wysychają. Palestyńczycy nie mogą pogłębiać studni ani budować nowych bez zgody Izraela, której prawie nigdy nie otrzymują. Jeśli wybudują studnię bez zezwolenia, a często to robią, szybko zjawiają się izraelskie buldożery. Tak więc Palestyńczycy są zmuszeni kupować od Izraela własną wodę po arbitralnie wysokich cenach.
To nie jest żadna tajemnica. Wszystko dzieje się otwarcie, a rolnicy, z którymi rozmawiałem, wiedzą o tym aż za dobrze. Z ich punktu widzenia znak US AID jest tylko kolejnym policzkiem. Wbrew temu, co sugeruje, Palestyńczykom nie brakuje wody, po prostu zabrano im ją. Z pomocą USA. W 2012 roku, kilka miesięcy przed moją wizytą, Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję 66/225, wzywającą do przywrócenia Palestyńczykom praw do ich własnej wody. 167 krajów głosowało za rezolucją. USA i Izrael głosowały przeciwko”.
Opowieść Hickela wskazuje tylko na drobny element układanki składającej się ze złożonych relacji politycznych i ekonomicznych. Puenta, która z niej płynie, jest jednak uniwersalna. Chcemy na serio walczyć z biedą? To zacznijmy od szczerej oceny sytuacji. Zachód ponosi odpowiedzialność za kłopoty państw peryferyjnych. Nie chodzi tylko o dawne zbrodnie kolonializmu. Dzisiaj także wykorzystujemy biedniejsze kraje. Kiedyś Zachód napędzał swój postęp za pomocą niewolnictwa i podbojów, współcześnie robi to dzięki stronniczym traktatom handlowym, wysokoprocentowym pożyczkom czy zagarnianiu bogactw naturalnych. Istnieje na ten temat cała literatura: od „Globalizacji” Josepha Stiglitza, po „Złych Samarytan” Ha Joon-Changa. Te rzeczy dzieją się czasem przy jawnym użyciu siły. Kiedy wojska USA podbiły Irak, jedna z pierwszych decyzji dotyczyła zadbania o interesy amerykańskich firm i pomocy w przejęciu irackich przedsiębiorstw przez amerykański kapitał. Takie były początki „wprowadzania demokracji”.
Aczkolwiek mówienie o tym, że Zachód korzysta na wyzysku krajów peryferyjnych też jest zawodnicze. Przypominam: realne płace większości Amerykanów i Amerykanek stoją w miejscu od lat. O usługach publicznych często zaś nie można powiedzieć nawet tego, że stoją w miejscu – często ulegają stopniowej degradacji. Nie pomaga wsparcie udzielane przez rząd amerykańskim korporacjom. Nie pomaga wyzysk krajów peryferyjnych. Nie pomaga „wolny” rynek. Ostatecznie na wszystkim korzysta garstka ludzi. I trudno liczyć na to, że podejmiemy skuteczną walkę z globalnym ubóstwem bez rzucenia wyzwania porządkowi, w którym nieliczni żyją na koszt całej reszty.
dr Tomasz S. Markiewka