We wszystkim – miłość

We wszystkim – miłość

26 stycznia 1929 r. na łamach wileńskiego „Słowa” artykułem „Katolicyzm a ideologia państwowa” zadebiutował dwudziestoletni Henryk Dembiński. „Słowo” było pismem elitarnym, wyrażającym poglądy tzw. żubrów wileńskich (skrajnie konserwatywnych obszarników, dla których nawet endecja była „nazbyt lewicowa”). Dlatego dopuszczenie na te łamy syna maszynisty świadczyło o niepoślednich talentach tegoż.

Jako protegowany Stanisława Cata-Mackiewicza, młody katolicki publicysta głosił wówczas korporacjonistyczne idee „państwa stanowego”, występując przeciw jakobińskiemu dziedzictwu demokracji i nacjonalizmu. Z jednej strony więc, uznawszy demokrację za utopię, „pragnie oprzeć życie społeczne na sprawiedliwości, na zasadzie hierarchii i organicznej nierówności”. Z drugiej pisze, że „Nacjonalizm opiera się wyłącznie na pierwiastkach irracjonalnych duszy ludzkiej, /…/ na niskich instynktach egoizmu narodowego /…/”. Endeckiej koncepcji państwa narodowego przeciwstawia „ideę jagiellońską”: „Za mało dla Polski ciasnego, zatęchłego podwórka endeków” – pisał. Trzeba „/…/ połączyć narodowość polską, białoruską, litewską i ukraińską w jedną państwowość”.

***

Inspiracją dla Dembińskiego był katolicyzm – ale interpretowany w szczególny sposób. Konsekwentnie stosował się do zasady: „Walczmy z fałszywymi poglądami – kochajmy błądzących bliźnich”, zaś z idei katolickiego uniwersalizmu wyprowadzał akceptację pluralizmu politycznego. Przede wszystkim jednak nie był to katolicyzm kontemplacyjny, lecz społecznie zaangażowany, zanurzony w świecie doczesnym. „Wieczność to nie zwycięstwo nad życiem /…/, lecz to spotęgowane do nieskończoności życie doczesne /…/. Przyrodzoność i nadprzyrodzoność nie są czymś obcym sobie i wrogim. Chodzi o przeniknięcie do cna przyrodzonego przez nadprzyrodzone, przez Ducha Bożego. Nie niszczyć /…/, ale ubóstwiać życie przyrodzone – oto cel prawy chrześcijanina” – pisał. Co za tym idzie: „Praca produkcyjna jest dla katolika przetwarzaniem materii ku chwale i służbie Bożej, jest radosnym uczestnictwem człowieka w akcie twórczym Boga”.

Bratnie dusze odnalazł Dembiński w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Deklaracja SKMA mówiła: „Zrywamy z fałszywą pokorą i ckliwie pojętą miłością chrześcijańską, wypleniamy lęk i bezradność wobec idących olbrzymich, a nieraz bolesnych przewrotów współczesnych. /…/. Chcemy wychować pokolenie ludzi czynu i tworzyć życie polskie we wszystkich jego dziedzinach”. Program „Odrodzenia” kapitalistycznemu wyzyskowi przeciwstawiał umocnienie rodziny i ustrój korporacyjny. Wspierany przez tę organizację Henryk dwukrotnie (w 1929 i 1931 r.) został wybrany prezesem wileńskiej Bratniej Pomocy, przełamując monopol endeckiej Młodzieży Wszechpolskiej, kontrolującej podówczas studenckie samorządy w Polsce.

RYS. BARBARA LATHAM

Konflikt z endekami oraz pogłębiający się kryzys ekonomiczny prowadziły do radykalizacji poglądów Dembińskiego i jego towarzyszy. Ks. Wojs pisał o nich: „Jest pewna grupa tak bardzo zapalonych apostołów sprawiedliwości społecznej /…/, że w niecierpliwości swojej, już dzisiaj chcieliby usunąć ustrój gospodarczy choćby nawet w sposób gwałtowny. Przejęci grozą zalewu komunizmu pogańskiego, pragnęliby go ochrzcić, aby w ten sposób uciśnione i cierpiące masy, ulegające pogańskim, materialistycznym wpływom uratować dla Boga, dla Kościoła”. Publikowane na łamach „Żagarów” na przełomie 1931 i 1932 r. artykuły Dembińskiego konstatowały, że „kapitalizm zdycha jak stara wypracowana szkapa”, a ich autor domagał się nacjonalizacji bankowości, rozbudowy przemysłu, mechanizacji rolnictwa… Powołuje się na lidera ruchu „Sillon”, Marca Sangniera. Do nienadążających woła: „Czyżby naprawdę katolicyzm ograniczał się do sentymentalnych paralityków przykościelnych? Czy Wy Panowie myślicie, że miłość, miłosierdzie i przebaczenie chrześcijańskie polegają na mazgajskim niesprzeciwianiu się wyzyskowi proletariatu i zwyrodnieniu kultury burżuazyjnej”. Większość jednak go nie rozumiała. Konflikt eksploduje w czasie organizowanego przez SKMA latem 1932 r. w Lublinie XI Tygodnia Społecznego – w efekcie Dembiński opuścił „Odrodzenie”.

***

W maju 1932 r. związał się z piłsudczykowską lewicą, skupioną wokół „Kuriera Wileńskiego”. Neutralny wobec sanacji, uznał autorytet marszałka Józefa Piłsudskiego. Działał wówczas w Akademickim Związku Zorganizowanej Pracy, głosząc program syndykalistyczny: „Wszystkie branże produkcji zorganizują się w trusty, monopole państwowe, których hierarchicznie ułożona administracja spoczywa w rękach zorganizowanych w syndykaty robotników i pracowników danej branży na czele z nowymi władzami kolektywnej produkcji. Razem wszystkie zmonopolizowane branże produkcji bierze się w kleszcze jednolitego zwierzchniego kierownictwa, które ześrodkowując całą produkcję narodową i łącząc w zorganizowane rynki spożycia w postaci intensywnie rozbudowanej sieci spółdzielczości spożywczej, prowadzi planowe gospodarstwo narodowe zgodnie z potrzebami całego społeczeństwa”.

RYS. ARCHIWUM

Podkreślał zarazem patriotyczne i chrześcijańskie źródła swego radykalizmu: „/…/ jesteśmy korzeniami serc naszych wrośnięci w idee państwowości polskiej, jest ona naczelnym motywem naszego radykalizmu. Nie chcemy, by /…/ niepodległa Polska, stała się elastycznym narzędziem w ręku zorganizowanych karteli i przekleństwem w ustach polskiego świata pracy. /…/ jesteśmy katolikami. Nie możemy pogodzić się z tym ustrojem, gdzie religia jest w rękach polityki burżuazyjnej niczym więcej jak piłką, którą się zachwyca i zjednuje masy. /…/ Pełne odrodzenie religijne musi się łączyć z zupełnym zburzeniem kapitalizmu i jego nadbudówek”. Akcentował też antykomunizm: „Partia komunistyczna nie pracuje w interesie mas pracujących Polski, lecz dla ambicji potrzeb ZSRR i czerwonej biurokracji Stalina”.

***

Kolejny przełom nastąpił w 1934 r. Świeżym tropem Dembińskiego postępuje grupa radykalnych katolików, skupionych wokół dwutygodnika „PAX”. Ich lider, Antoni Gołubiew głosił to samo, co dwa lata wcześniej Henryk: „Walczymy z komunizmem, gdyż komunizm to wróg Boga i człowieka. Ale z nie mniejszą zajadłością winniśmy walczyć z kulturą, którą wiek XIX narzucił chrześcijaństwu. /…/ Walkę widzimy na dwa fronty”.

Dembiński poszedł jednak już dalej, twierdząc, że nie istnieje trzecia strona barykady – są tylko dwie i trzeba się opowiedzieć za jedną z nich. Wielki wpływ na jego ewolucję wywarł pobyt zagranicą, gdzie przebywał jako stypendysta Funduszu Kultury Narodowej. W Wiedniu był świadkiem krwawej rozprawy autorytarnego chadeckiego rządu Dolfussa z socjaldemokratycznymi robotnikami, w Watykanie natomiast zbulwersowała go współpraca Kościoła z reżimem faszystowskim. Kapelan wileńskiego „Odrodzenia”, ks. Walerian Meysztowicz tak opisywał jego poglądy: „Henryk chronił swe uczucia próbując wierzyć, że religia, choć tak nadbudowana [nad „bazą” ekonomiczną – przyp. J. T.], może być mimo to prawdziwa /…/; przeciwieństwo partii komunistycznej i Kościoła było /…/ zjawiskiem nieistotnym, właściwym naszej epoce historycznej; wywołane przez konserwatyzm kleru /…/. Wrócił do Wilna utwierdzony zarówno w marksizmie, jak i w katolicyzmie, z zamiarem »ochrzczenia komunizmu« i z wiarą w możliwość takiego chrztu”.

Poglądy te podzielała grupa dawnych odrodzeniowców, zorganizowana przez Marię Żeromską, a żartobliwie nazywana Kołem Matki Boskiej KZMP-owskiej. W 1933 r. środowisko to uformowało konspiracyjną organizację „Front”, na czele której stanął Kazimierz Petrusewicz. „Front” odwoływał się do idei antyfaszystowskiego Frontu Ludowego, którą propagował na łamach pism „Poprostu” i „Karta” (maj 1935 – lipiec 1936). W imię walki z faszyzmem nawiązał współpracę na zasadach autonomii z Komunistyczną Partią Zachodniej Białorusi. Co ciekawe, ewolucja grupy Dembińskiego nie znalazła jednak początkowo uznania w oczach komunistów. Jak odnotował historyk ruchu robotniczego, Józef Kowalski, marksistowski „Dwutygodnik Ilustrowany” w 1934 r. uważał „twórczość »Żagarów«, »w których /…/ organizują się katoliccy komuniści«, jeśli nie za prosanacyjną, to co najmniej za /…/ próbę dezorientowania robotników »mieszczańskim fałszem«”.

Podejrzliwość stalinowskich ortodoksów okazała się być uzasadniona. Procesy moskiewskie skutecznie ostudziły prokomunistyczne sympatie wśród poputczyków Frontu Ludowego. Rozmawiając jesienią 1936 r. z liderem PPS, Niedziałkowskim, Dembiński oświadczył: „Nie mogę i nie będę mógł nigdy współpracować z ruchem, którego ośrodki dyspozycji znajdują się poza granicami Państwa Polskiego”. Oficjalnie ogłosił: „/…/ miejsce nasze w życiu politycznym jest tylko tam, gdzie jest Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe i młodzież syndykalistyczna ZZZ [Związek Związków Zawodowych – przyp. J. T.]. 1 kwietnia 1937 r. wstąpił w szeregi PPS. Wanda Wasilewska wspominała: „Odniosłam wówczas takie wrażenie, że on w tych pepesowskich ramach znajdzie dla siebie wystarczające miejsce i nic go specjalnie nie razi i nie odpycha”.

Paradoksalnie, pięć dni później został aresztowany pod zarzutem spisku komunistycznego i skazany na 4 lata więzienia (choć według Jerzego Putramenta, „Henryk na procesie zbyt dużo energii włożył w podkreślanie swoich rzekomych różnic w stosunku do partii [komunistycznej – przyp. J.T.]). W jego obronie interweniował u premiera Składkowskiego ks. Władysław Korniłowicz, dzięki którego poręczeniu Dembiński opuścił więzienie w marcu 1938 r. Udał się wówczas do Warszawy, gdzie związał się z żoliborskim ośrodkiem lewicy socjalistycznej Adama Próchnika, utrzymując zarazem kontakt z postępowo-katolickim kwartalnikiem „Verbum” ks. Korniłowicza.

***

Po wybuchu wojny Dembiński zgłosił się na ochotnika do wojska. Jako komunista nie został przyjęty, udał się więc do rodzinnego Wilna. Trafił do strefy okupowanej przez ZSRR. Nie angażował się jednak w działalność polityczną, podjął pracę jako dyrektor szkoły w Starej Wilejce. Jak wspominała z wyrzutem Wasilewska: „Mnie się wydaje, że to, iż Dembiński w 1939 r. na terenie ZSRR zadowolił się posadą nauczyciela na głuchej prowincji i żadnego udziału w pracy [politycznej – przyp. J. T.] /…/ nie brał, bo przecież nie nawiązał kontaktu ze Lwowem ani z białostockim środowiskiem, to widocznie przechodził jakiś wewnętrzny kryzys. /…/ jego postępowanie na terenie Związku Radzieckiego tłumaczy się tym, że z takich czy innych względów odszedł na inne pozycje”. Dla faszystów Dembiński jednak i tak pozostał wrogiem. Po ataku na ZSRR, gestapo aresztowało go, a 12 sierpnia 1941 r. został rozstrzelany.

***

Droga Dembińskiego może zadziwiać: w ciągu pięciu lat przejść z konserwatywnej skrajnej prawicy przez piłsudczykowski patriotyczny syndykalizm na marksistowską skrajną lewicę! Kierunku tej trajektorii nie wyznaczała jednak ani infantylna fascynacja ideologicznymi nowinkami, ani tym bardziej koniunkturalizm. Dembiński szedł pod prąd, tak, jak nakazywało mu sumienie. Był duchem gorejącym, którego żarliwy idealizm pchał do ekstremizmu: „Ale nic nie ma dla nas wstrętniejszego jak pokój za wszelką cenę – pisał w początkach kariery. Cynizmem i uwiądem starczym trąci ta świadoma apoteoza kompromisu dla życia. /…/ Ortodoksi i fanatycy wszystkich wieków podajcie sobie ręce, my z wami. Niech się leje krew, niech się w czerwieni łun rodzi heroizm nowego życia, niech będą same mocne wstrząsy, ale niech świat się toczy jedną drogą, niech będzie jedna myśl, jedna wola, jeden pion ideowy”.

Mimo dramatycznych przewartościowań, jego myśl społeczno-polityczną cechowała elementarna ciągłość. Na przykład nawet jako zdeklarowany internacjonalista nigdy nie wyrzekł się patriotyzmu. W 1939 r. pisał: „/…/ pokój kupiony kosztem dobrowolnego pójścia w jarzmo obcej niewoli, pokój uzyskany kosztem kapitulacji przed obcym zaborcą byłby oczywiście śmiertelnym ciosem dla ruchu robotniczego /…/ I dlatego w chwili istotnego zagrożenia niepodległości narodu ruch robotniczy staje w pierwszym szeregu tych, którzy z całą odpowiedzialnością gotowi są pracować nad umocnieniem obronności kraju. A trzy lata wcześniej: „/…/ broniąc pełnego równouprawnienia wszystkich narodów zamieszkujących Państwo Polskie, walcząc piórem o wolność i swobody obywatelskie, o podniesienie poziomu kulturalnego i ekonomicznego mas ludowych, robiłem to z tym przekonaniem, że sprawy powyższe są istotne dla godności i przyszłości narodu polskiego, że walka o pokój, wolność, chleb i kulturę jest elementarnym obowiązkiem patriotycznym każdego uczciwego Polaka.

Jego wizja ustroju politycznego na pierwszy rzut oka dokonała zwrotu o 180 stopni: od potępienia demokracji do jej apoteozy. W rzeczywistości, następujące po sobie koncepcje korporacjonistycznego „państwa stanowego”, syndykalistycznego „państwa zorganizowanej pracy” i wreszcie socjalizmu samorządowego zawierają wspólne jądro – ideę organicznego ładu, opartego na autonomicznych grupach społecznych. W latach 30. idea ta zwracała swe ostrze w pierwszym rzędzie przeciw stalinowskiemu centralizmowi, określanemu przez Dembińskiego jako „proletariacka dyktatura kliki o mentalności burżuazyjnej wyzyskująca proletariat”. Jako remedium na biurokratyczne deformacje zalecał Dembiński demokrację bezpośrednią. „Demokracja /…/ to nie tylko rządzenie i administrowanie ludu przez wybranych przedstawicieli, ale też rządzenie i administrowanie bezpośrednio przez sam lud, przez samych rządzonych i administrowanych”.

By demokracja bezpośrednia mogła funkcjonować – niezbędna jest decentralizacja, którą Dembiński śmiało przeciwstawiał panującemu w marksizmie kultowi centralizmu i „wielkiej skali”. Pisał: „/…/ skuteczna, wolna od biurokratycznego marnotrawstwa i tępoty centralizacja w dziedzinie ogólnego planowania i administrowania wymaga jednocześnie decentralizacji w dziedzinie szczegółowego wykonawczego planowania i administrowania mniejszymi jednostkami terytorialnymi; dyspozycjom, planom i kontroli, idącym z góry, musi iść na spotkanie inicjatywa, aktywność, nadzór i samorządowa praca od dołu, od strony najmniejszych, najbliższych jednostce grup społecznych”. Decentralizacja nie może jednak być mechaniczna. „Wielkie miasta /…/ są zbudowane /…/ z małych i najmniejszych grup społecznych i tylko poprzez te grupy można trafić do żywego człowieka, do jego świadomości i interesów. /…/ Demokratyczne rządzenie się /…/ bez oparcia się o małe grupy, w których by tworzyła się i utrzymywała kultura demokratycznego samorządu, zawsze będzie biurokratyczną karykaturą demokracji”. Małe jest piękne! By jednak system ów mógł sprawnie funkcjonować, niezbędna jest transformacja mentalności społecznej w duchu obywatelskim. Dembiński pisał: „Nie ma /…/ większego wroga dla społecznie zorganizowanej roboty aniżeli bierność, /…/ aniżeli uchylanie się od współuczestnictwa w prowadzeniu i kontroli instytucji społecznych i w powoływaniu ich władz”.

W ten sposób docieramy do kolejnej kwestii będącej stałym składnikiem światopoglądu Dembińskiego – do pamiętającej czasy SKMA idei połączenia reformy moralnej i strukturalnej. Równolegle do przemian w „bazie” muszą następować przeobrażenia w „nadbudowie” – naprawie ustroju towarzyszyć musi doskonalenie człowieka. „Przez wszystkie eksperymenty ustrojowe w historii, przez wszystkie smutne doświadczenia przewrotów społecznych przeziera zawsze jedna prawda. Wartość ustroju zależy przede wszystkim od moralnego podłoża, od wartości moralnej tych ludzi, którzy ustrój ten realizują. /…/ Dlatego też konieczną przesłanką zmiany ustroju jest rewolucja moralna”. Stąd wypływał wniosek: „/…/ jeśli nie będzie równowagi między podłożem psychicznym produkcji i kultury a rozmachem materialnych sił wytwórczych – to nie można mieć trwałego zwycięstwa, bo wcześniej czy później /…/ znów /…/ zamajaczy się ludziom ta sama morda ludzkiego zwierzęcia”.

Idealizm nakazywał Dembińskiemu bezkompromisowo stawiać problem korupcji. Przemawiał przezeń ascetyzm chrześcijańskiej proweniencji, gdy pisał: „Służba społeczeństwu, tak samo jak służba Bogu, jest zawodem, który wymaga specjalnych wyrzeczeń. Wymagając od działaczy publicznych celibatu w stosunku do kapitału /…/ umożliwia się tym ludziom poczucie czystości własnego sumienia /…/”. Moralizatorski rys daje się odnaleźć także w jego w filipikach przeciwko alkoholizmowi: „Alkohol jest też wiernym przyjacielem burżuazji w jej wysiłkach nad demoralizowaniem i ogłupianiem robotnika. /…/ nie można być pijakiem i spółdzielcą /…/ w jednej osobie /…/. Byłoby bardzo wskazane, gdyby działacze społeczni /…/ zorganizowali /…/ planową i stanowczą propagandę na rzecz walki z alkoholizmem”. Tu jednak obok chrześcijańskiej bagażu odnajdujemy nawiązanie do zapomnianych dziś tradycji robotniczego ruchu abstynenckiego.

***

Idea rewolucji etycznej stawia Dembińskiego w rzędzie kontynuatorów tradycji Abramowskiego i Brzozowskiego. Nie może nam jednak umknąć, że pierwszoplanowym źródłem inspiracji pozostawał dlań do końca katolicyzm interpretowany w duchu Mouniera i Maritaina. Łącząc chrześcijańską teologię wyzwolenia od grzechu z marksistowską teorią i praktyką wyzwolenia społecznego, stawał się Dembiński niejako prekursorem Teologii Wyzwolenia. W liście z więzienia pisał do żony: „/…/ moja »rewolucyjność« była tylko nędznym, dwudziestowiecznym odbłyskiem rewolucyjności Tego, którego wizerunek na krzyżu stoi na stole sędziowskim”.

Cały program Dembińskiego to próba nadania politycznego wyrazu Ośmiu Błogosławieństwom. Celem miało być „społeczne miłowanie się prawdziwie równouprawnionych ludzi”, „bezklasowe społeczeństwo, gdzie na glebie uspołecznionej produkcji i kultury rosnąć będą ludzie podobni /…/ »ptakom niebieskim, co dla swego zysku nie sieją i nie żną, ani nie zbierają dla swych prywatnych gumien«. /…/ ubóstwo jako ewangeliczna cnota jednostki zrośnie się organicznie z bogactwem /…/ społeczeństwa i wówczas staną się własnością ludzi słowa, które dziś brzmią jak pusty dźwięk. »Nie troszczcie się o żywot wasz, obyście jedli, albo obyście pili, ani o ciało wasze, czymbyście się odziewali. Ale szukajcie naprzód Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego«”.

Boga Dembiński doszukiwał się wszędzie. „Obecnie żyję pod znakiem »Katechizmu Soboru Trydenckiego«, i /…/ w tym katechizmie znajduję /…/ prawdziwie katolicką afirmację marksowskiego rozumienia dziejów. /…/ Sąd Boży zlewa się /…/ z sądem historii, a czyn jednostki porwany w wir dialektyki rozwojowej całej ludzkości jest sądzony tak długo, jak długo trwa historia globu ziemskiego”. W innym miejscu stwierdzał: „Prawa rozwoju dziejowego wykryte przez socjologię marksistowską /…/ można też uważać za narzędzie Opatrzności. Prawa Newtona i Keplera /…/ nie likwidują też logicznie Boga. Na odwrót, pozwalają ludziom wierzącym /…/ szukać nowych /…/ obrazów potęgi Bożej”. I wreszcie: „Mądrość Boża jest rozlana w całym stworzeniu od ogromów planetarnych do małej niezapominajki”. W tym ostatnim zdaniu odnajdujemy zalążek chrześcijańskiej refleksji ekologicznej.

Etyczny perfekcjonizm kazał Dembińskiemu pisać, że „Mieszczański stosunek do Boga jest równie obrzydliwy, jak stosunek burżujów do kobiety, rodziny i ojczyzny”. On wymagał od wszystkich bezwarunkowej, wszechogarniającej miłości, sam konstatując w liście do żony, że „/…/ nie umiem nienawidzić konkretnego żywego człowieka”. Wymieniając jako trzy swoje inspiracje „chrześcijaństwo, marksizm i miłość do żony”, zwracał uwagę na nierozdzielność ideowego zaangażowania w życiu publicznym i osobistej postawy w sprawach codziennych. „/…/ w społeczeństwie, w którym wielka ilość ludzi umie doskonale kochać swe żony, /…/ tam też umieją kochać przyjaciół, sztukę i Boga. Bo miłość do żony /…/ jest najlepszą szkołą wszelkiej miłości, a więc miłości bliźniego i Boga /…/” – pisał. Imperatyw bezinteresownej miłości chyba najdobitniej wyrażają słowa: „/…/ Religia, która by heroicznie wyrzekając się nieśmiertelności człowieka mimo to uczyła czcić i kochać Boga, byłaby jedyną religią, którą by nie można podejrzewać o ukryty egoizm”.

Dlatego, pomimo wszystkich tych wolt, możemy stwierdzić, że Dembiński zawsze pozostał wierny sobie i zapożyczonej od św. Tomasza dewizie: In necesariis unitas, in dubiis libertas, in omnibus caritas – W koniecznym jedność, w wątpliwym wolność, we wszystkim miłość.

Na posterunku. Życiorys niepodległościowego socjalisty

Na posterunku. Życiorys niepodległościowego socjalisty

RYS. GERENCJUSZ, WWW.ALKEMIQ.PL

W długim szeregu bojowników PPS ostatnim chorążym Niepodległości, Demokracji i Socjalizmu był Adam Ciołkosz. Urodził się 5 stycznia 1901 r. w Krakowie, jednak jego dzieciństwo i młodość związane były z Tarnowem. Rodzina kultywowała patriotyczne i lewicowe tradycje. Matka była córką powstańca z 1863 r., ojciec – nauczyciel chłopskiego pochodzenia – członkiem PPS od 1918 roku. Dla Adama szkołą społecznego działania stało się harcerstwo, do którego wstąpił w wieku lat dziesięciu i któremu pozostał wierny na długo (będąc m.in. członkiem Głównej Kwatery ZHP).

Niebawem czas przyniósł trudniejsze próby. Pod koniec wojny Ciołkosz znalazł się w niepodległościowej Polskiej Organizacji Wojskowej, a jako 17-latek wstąpił na ochotnika do Wojska Polskiego. Już po roku zdobył szlify oficerskie, po dwóch został dowódcą kompanii ciężkich karabinów maszynowych. Walczył na froncie wschodnim o Lwów, Warszawę i Wilno, w bitwie nad Niemnem został ranny. Latem 1920 r. wziął udział w akcji plebiscytowej w Prusach Wschodnich, a kiedy rok później wybuchło III powstanie śląskie – pośpieszył tam jako dowódca pociągu pancernego.

Gdy Rzeczpospolita okrzepła w swych granicach, Ciołkosz rzucił się w wir działalności politycznej. Wobec zwycięstwa w ZHP żywiołów endecko-klerykalnych, jesienią 1921 r. zakłada lewicowe Wolne Harcerstwo – trzy lata później jednak tę inicjatywę przechwycili komuniści. Równocześnie wstąpił do PPS i został przewodniczącym Sekcji Akademickiej (studiował prawo na UJ) tej partii w Krakowie, działając zarazem w kierownictwie Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej (tu poznał swą przyszłą żonę Lidię Kahn). Od 1924 r. był sekretarzem redakcji krakowskiego dziennika socjalistycznego „Naprzód”. Partia doceniła talent i zaangażowanie młodego działacza i wystawiła jego kandydaturę w wyborach w 1928 roku. Ciołkosz zdobywszy w rodzinnym Tarnowskiem 25 tys. głosów został – jako 27-latek – jednym z najmłodszych posłów, a potem sekretarzem klubu parlamentarnego PPS. W 1931 r. został wybrany do Centralnego Komitetu Wykonawczego partii.

Nie zapomina wszakże o swoich małopolskich wyborcach – jest tu na każdej demonstracji, przy każdym strajku. Zakładał związki nawet tam, gdzie słyszał od robotnic nieświadomych pochodzenia jego żony: „Ale mamy do Was, towarzyszu Ciołkosz, prośbę: nie przysyłajcie nam na mówców żadnych Żydów, najlepiej niech zawsze przychodzi towarzyszka Ciołkoszowa”. Do legendy przeszła historia, jak Ciołkosz w czasie strajku tarnowskich robotników cegielnianych rzucił się pod lokomotywę pociągu, zatrzymując łamistrajków. Żona wspominała, że „Adam był naprawdę kochany przez robotników i sam był z nimi głęboko uczuciowo związany”. Nic więc dziwnego, że w wyborach 1931 r. został ponownie wybrany do Sejmu (rekordową ilością głosów!) a gdy aresztowała go policja, w Tarnowie wybuchły rozruchy. Działalność opozycyjna wymagała samozaparcia: aresztowania, pobicie przez sanacyjną bojówkę w czerwcu 1931 r., wyrok trzech lat więzienia w procesie brzeskim… Represje jednak tylko hartowały kadrę socjalistów.

Kroczący autorytaryzm sanacji doprowadził do rozdźwięków w Polskiej Partii Socjalistycznej. Piłsudczycy pod wodzą Rajmunda Jaworowskiego wyodrębnili się w PPS – dawną Frakcję Rewolucyjną. Główny nurt (Tomasz Arciszewski, Mieczysław Niedziałkowski, Kazimierz Pużak, Norbert Barlicki, Zygmunt Żuławski) opowiadał się za parlamentarną opozycją w ramach Centrolewu; Arciszewski i Pużak później zaczęli szukać modus vivendi z sanacją. Natomiast radykałowie (Ciołkosz, Zygmunt Zaremba, Stanisław Dubois, Jan Stańczyk) woleli tworzyć klasowy blok wraz z socjalistycznymi partiami mniejszości narodowych.

Nie miało w nim jednak być miejsca dla komunistów! Jak mówiła Lidia Ciołkoszowa: „Uważaliśmy, że komunizm jest sprzeczny z ideami socjalistycznymi, że niszczy wolność, demokrację, swobodę dyskusji i opozycji, szerzy terroryzm, prowadzi do masowego zniewolenia ludzi, do nędzy, a potem też do stworzenia wielkiego systemu pracy niewolniczej. /…/ Wiedzieliśmy, że komunistyczna Rosja jest wrogiem niepodległej Polski”. Na popularne w latach 30. hasło jednolitego frontu antyfaszystowskiego odpowiadała: „/…/ my uważaliśmy, że nie można przeciwstawiać się czarnemu czy brunatnemu totalitaryzmowi przy pomocy totalitaryzmu czerwonego. Raziło ją wreszcie oderwanie komunistów od codziennego życia proletariatu („Zawsze ma się wrażenie, iż poza zebraniami z robotnikami stykali się tylko wtedy, gdy zamawiali ubranie u krawca lub buty u szewca”), wyrażające się w forsowaniu nierealistycznych celów kosztem bieżących interesów robotnika.

Z tego stanowiska wynikała nieustanna walka na dwa fronty: przeciw prawicy i przeciw kompartii. Z jednej strony, krakowska PPS uniemożliwiła marsz ONR na żydowski Kazimierz i wymusiła ustąpienie sanacyjnego wojewody Świtalskiego po masakrze w fabryce „Semperit”. Z drugiej, wystrzegała się jakichkolwiek kontaktów z komunistami – nawet wtedy, gdy chcieli udzielić pomocy finansowej robotnikom z „Semperitu”. Gdy komuniści i ich sympatycy zorganizowali jednolitofrontowy Zjazd Pracowników Kultury w Obronie Pokoju we Lwowie – PPS odpowiedziała Dniami Kultury Robotniczej w Krakowie. Walka ta przenosiła się w głąb PPS, gdzie Ciołkosz ścierał się tak z jednolitofrontowcami, jak i z żuławszczykami (zwolennikami centrowego Frontu Morges). Charakterystyczne dla Ciołkoszów było jednak, że politycznych zmagań nie przenoszono na płaszczyznę stosunków prywatnych. Ciołkoszowa wspominała wiceprezesa Stronnictwa Narodowego, Tadeusza Bieleckiego: „Politycznie staliśmy na antypodach, ale osobista sympatia między nami pozostała na całe życie”.

Gdy we wrześniu 1939 r. wybuchła wojna, Ciołkosz zgłosił się na ochotnika do wojska, ale jako czynny opozycjonista został odrzucony. Ucieka więc z Krakowa do Lwowa, gdzie wysłannik Pużaka nakazał mu przedostać się na Zachód. Przekroczywszy w bród graniczny Czeremosz, przez Bałkany dotarł do Paryża. Jak zawsze dwoi się i troi: jest członkiem Rady Narodowej (emigracyjnej namiastki parlamentu), sekretarzem Centralnego Komitetu Zagranicznego PPS, reprezentuje polskich socjalistów w międzynarodowym komitecie socjalistycznym. Na forum Rady domaga się reformy rolnej, zwalcza antysemityzm tygodnika „Jestem Polakiem”, a także… uniemożliwia nowelę konstytucyjną, która miała otworzyć księciu Kentu drogę do tronu Polski.

Niebawem Ciołkosz przesuwa się do opozycji wobec rządu Sikorskiego, którego polityki wobec ZSRR nie akceptuje. W liście do Oskara Lange z 3 maja 1940 r. pisał: Rosję Sowiecką uważamy za czynnik obiektywnie reakcyjny i najwyższy czas, aby poza symboliką jeszcze na pozór socjalistyczną dojrzeć prawdziwe oblicze Sowietów na wskroś imperialistyczne, a przez to i reakcyjne. /…/ Starcie niemiecko-sowieckie /…/ będzie niczym innym, jak tylko konfliktem dwóch imperializmów /…/”. Krytykuje więc układ Sikorski-Majski, zbliżając się wraz z Zarembą do przedstawicieli prosanacyjnego skrzydła PPS (Arciszewski, Pużak, Adam Pragier, Tadeusz Tomaszewski). Choć większość CKZ pod kierownictwem Liebermana poparła Sikorskiego, to opozycyjna grupa socjalistów znalazła się w jednym antysowieckim froncie z sanatorami i endekami! Co ciekawe, nie przeszkadzało to Ciołkoszowi współpracować z trockistą Izaakiem Deutscherem, przed wojną członkiem PPS, który na propozycję przyjęcia obywatelstwa brytyjskiego, odparł: „Matki w nieszczęściu się nie opuszcza”. Przynależność do mniejszościowej frakcji uniemożliwiła jednak Ciołkoszowi przyjęcie stanowiska premiera po śmierci Sikorskiego. Premierem rządu londyńskiego został Stanisław Mikołajczyk, a gdy ten wybrał porozumienie z Gomułką – Tomasz Arciszewski.

Emigracyjną PPS rozdarł jednak w marcu 1945 r. rozłam – działacze tacy jak Stańczyk, Ludwik Grosfeld czy Julian Hochfeld opowiedzieli się za uznaniem Jałty i powrotem do kraju. Ciołkosz odbudowuje struktury partii na emigracji. Objął przywództwo organizacji partyjnej w Wielkiej Brytanii i stanowisko wiceprzewodniczącego CKZ; najwyższe funkcje objęli jego przyjaciele – Arciszewski został przewodniczącym CKZ, a Zaremba przewodniczącym Rady Centralnej. Ciołkosz jest wraz z Zarembą architektem polityki PPS. Na zjeździe partii w Pont-a-Lesse w maju 1947 r. podjęto uchwałę zalecającą: „Prowadzić nieustępliwą walkę z imperializmem sowieckim i jego agenturami w imię odzyskania wolności Narodu Polskiego i włączenia go wraz z innymi ujarzmionymi dziś narodami sowieckiej strefy wpływów z powrotem do rodziny wolnych narodów świata…”.

***

Na emigracji Ciołkosz – dotąd raczej praktyk polityki – zaczął rozwijać talenty publicysty i ideologa, dostosowując niepodległościowy socjalizm PPS do nowych warunków. Co więcej, jako przedstawiciel Unii Socjalistów Europy Środkowo-Wschodniej, pracował w komisji, która przygotowała deklarację frankfurcką Międzynarodówki Socjalistycznej z 2 lipca 1951 roku!

Ciołkosz zaczyna dystansować się od marksizmu, podkreślając, że socjalizm może wynikać „/…/ z naukowej analizy społecznej i gospodarczej, albo /…/ z zasad humanitarnych, etycznych, albo też /…/ z takiej czy innej religii”. Dlatego akcentuje niespójność i ewolucję myśli Marksa, jako zasadniczą Marksowską wskazówkę przyjmując jego dewizę „de omnibus dubitare”. Podkreślając zasługi Marksa, nadaje im wymiar głównie historyczny: „Można a nawet musi się zrezygnować dzisiaj z doktryn Marksa w rozwiązywaniu problemów społeczeństw współczesnych, lecz nie da się usunąć Marksa z historii socjalizmu. /…/ [ruch robotniczy] tylko dzięki Marksowi wszedł ostatecznie na tory organizacji masowej i działającej jawnie, /…/ występującej w polityce samodzielnie i wysuwającej na czoło zasadę, wedle której wyzwolenie robotników powinno być dziełem samych robotników”. Zresztą, jak zwróciła uwagę jego żona, „Popularność Marksa wśród polskich robotników wynikała nie z jego teorii ekonomicznych, ale z tego, że w 1864 r. zgłosił w I Międzynarodówce wniosek popierający niepodległość Polski w przedrozbiorowych granicach”.

Pozwala to Ciołkoszowi z otwartą przyłbicą podnieść sztandar rewizjonizmu. Powołuje się tu na Eduarda Bernsteina i Ludwika Krzywickiego. Pierwszy miał dokonać rewizji marksistowskiej teorii ekonomicznej, zwracając uwagę na elastyczność kapitalizmu i wyciągając stąd wniosek, że „/…/ przejście od ustroju kapitalistycznego do ustroju socjalistycznego drogą pokojową jest, po pierwsze, możliwe, po drugie, pożądane”. Krzywicki natomiast – odchodząc od bezwzględnego determinizmu ekonomicznego – rzucił nowe światło na teorię rozwoju społecznego: „/…/ związki przyczynowe, rządzące rozwojem społecznym, dotyczą tylko procesów masowych, a nie zachowania się poszczególnych jednostek. /…/ rozwój jest wypadkową nie tylko sił wytwórczych i powstałych pod ich wpływem idei społecznych, ale także podłoża historycznego, istniejącego w danym miejscu i czasie”. Miało to niezwykle istotne konsekwencje: „/…/ teoria Krzywickiego stanowi naukowe uzasadnienie dla poglądu, że w zależności od podłoża historycznego będą się wyłaniały różne formy ustroju socjalistycznego i że formy te będą się przeplatały, nawzajem na siebie wpływały i dopełniały się wzajemnie, że zatem istnieć będą różne drogi do socjalizmu i różne modele socjalizmu”.

Określając się jako marksista nieortodoksyjny, Ciołkosz zarzuca zarazem komunizmowi, że jest… antymarksistowski. Lenin miał odwrócić Marksowski determinizm: o ile według Marksa socjalizm miał nadejść niejako automatycznie, gdy dojrzeją ku niemu warunki materialne, o tyle Lenin chciał przejąć władzę w celu stworzenia warunków do budowy socjalizmu. To był niejako grzech pierworodny leninizmu, gdyż aby przeprowadzić w szybkim tempie pierwotną akumulację kapitału, trzeba było ustanowić dyktaturę. W ten sposób zamiast socjalizmu pojawiła się „autarkia gospodarcza i kapitalizm państwowy”, a za parawanem władzy ludu usadowiły się „rządy biurokracji i »aparatczyków« sprawującej władzę monopartii”.

RYS. GERENCJUSZ, WWW.ALKEMIQ.PL

Logiczną konsekwencją takiej oceny komunizmu było odrzucenie wszelkich kompromisów z komunistami. „Zgodnie z tradycją i wyczuciem ruchu robotniczego należy zawsze ustalać, kto jest wrogiem aktualnie najważniejszym i najgroźniejszym i tego wroga przede wszystkim zwalczać. Wrogiem naczelnym jest w obecnym okresie imperializm moskiewski i dyktatura komunistyczna” – pisał Ciołkosz. Dlatego „/…/ partia socjalistyczna współpracująca z komunistami bynajmniej nie jest robotnikom polskim potrzebna /…/. Robotnikom polskim potrzebna jest partia socjalistyczna walcząca z komunizmem. Co więcej: „Nieustanne podtrzymywanie i zaznaczanie granicy, dzielącej socjalizm od komunizmu, jest dzisiaj główną przesłanką ocalenia przyszłości PPS. Istnieje tylko jeden rodzaj komunistów, z którymi socjaliści spod znaku PPS mogą wchodzić w porozumienia: mamy na myśli komunistów typu Milovana Dżilasa albo Imre Nagy’a, którzy przeszli na pozycje integralnej demokracji /…/”. Gwoli prawdy odnotujmy jednak, że potrafił wypowiadać się też pozytywnie o Leninie (gdy ten bronił interesów małych narodów) czy Luksemburg (gdy krytykowała antydemokratyczne zapędy bolszewizmu).

Przy całym swym pryncypialnym antykomunizmie Ciołkosz pozostaje socjalistą. Socjalizm definiuje jako „/…/ koncepcję ustrojową, która usunie wszelkie postacie wyzysku i ucisku człowieka przez człowieka, zlikwiduje podział społeczeństwa na klasy i zastąpi produkcję orientującą się na zysk jednostek produkcją orientującą się na zaspokojenie potrzeb ludzkich; ustrój ten podporządkuje społeczeństwu środki produkcji, transportu i wymiany oraz zastąpi ślepy bieg produkcji produkcją świadomą i planową”. Gdy jednak przechodzimy do konkretów, Ciołkoszowa wizja socjalizmu rysuje się dość mgliście – to „niekończące się zadania” „powiększania dochodu społecznego” i „coraz bardziej egalitarnego podziału dochodu społecznego”. Skromny jest też program-minimum: republika parlamentarna, równość praw obywatelskich, reforma rolna, własność społeczna zakładów przemysłowych, „które zostały wzniesione kosztem i wysiłkiem całego narodu”. Jasno i jednoznacznie zarysowany został tylko stosunek do demokracji: „/…/ socjaliści odrzucają wszelką dyktaturę, także dyktaturę proletariatu /…/ Socjaliści stoją na stanowisku demokracji politycznej, z równymi prawami dla wszystkich stronnictw politycznych i dla wszystkich obywateli, także dla przeciwników socjalizmu.

Szczególną rangę Ciołkosz przydaje wolności wyznania, z której wyprowadza stosunek do Kościoła: „Socjaliści polscy zawsze uznawali wolność sumienia, prawo do wierzeń i przekonań religijnych za jedno z podstawowych praw człowieka i obywatela. Ilekroć zagrożone lub naruszone były prawa mniejszości wyznaniowych w Polsce międzywojennej, stawaliśmy w ich obronie. Dzisiaj stajemy w obronie praw większości [katolickiej – przyp. J. T.], w obronie jej przekonań i jej uczuć /…/”.

Socjalizm musiał wszakże spełniać jeszcze jeden warunek: „/…/ winien być niepodległościowy, to jest stać na gruncie praw Polski do niepodległego bytu państwowego /…/”. Patriotyzm był dla Ciołkosza równie ważny, co socjalizm i demokratyzm. Wartości te postrzegał zresztą jako splecione w nierozerwalną całość: „/…/ optymalny byłby stan rzeczy, w którym moglibyśmy na stałe pogodzić /…/ z sobą solidarność klasową proletariatu z /…/ miłością ojczyzny oraz miłością ludzkości”. Tak jest w każdym razie w przypadku polskiego patriotyzmu: „interesy Polski, co najmniej od stu pięćdziesięciu lat, były zawsze zgodne z interesami sił wolnościowych w świecie”. Dlatego „My w Polsce łączymy w jedną całość jedno i drugie: walkę z uciskiem narodowym i walkę z uciskiem społecznym i gospodarczym; walkę o wolność narodu i walkę o wyzwolenie gospodarcze i społeczne”.

Na tej podstawie, powołując się na Stanisława Worcella i Louisa Blanquiego, konstruuje Ciołkosz teorię podwójnej przynależności: „/…/ możliwy jest taki stan rzeczy, w którym pod pewnymi względami zachowujemy solidarność klasową wobec przynależnych do /…/ proletariatu, mimo że należą do innych narodowości, a jednocześnie odnosimy się /…/ pod pewnymi względami solidarnie do osób przynależnych do narodu, którego część stanowimy, choćby nawet te osoby należały do innych klas społecznych”. Na tej podstawie konstatuje, że „/…/ współczesne partie socjalistyczne /…/ prowadzą politykę podyktowaną własnym zrozumieniem interesów klasy robotniczej swego kraju, które nie zawsze są zgodne z interesami klasy robotniczej innych krajów [podkr. J. T.]. Okazuje się, że nie ma jednolitego interesu proletariatu, a interesy klas robotniczych różnych krajów są wbudowane w interesy ogólnonarodowe! Patriotyzm traci zarazem wymiar klasowy, jako że „Nie ma socjalistycznej ojczyzny polskiej, jest tylko polska ojczyzna, jedna dla wszystkich, jedna od tysiąca lat”.

Ba, Ciołkosz skłonny jest nawet patriotyzm stawiać wyżej od internacjonalizmu, gdyż „/…/ aberracją byłoby /…/ odrzucenie miłości własnego narodu w imię solidarności proletariatu całego świata albo też umiłowania całej ludzkości. Własny naród nie jest bowiem abstrakcją, natomiast ludzkość jest abstrakcją”. Patriotyzm Ciołkosza był głęboko emocjonalny: „/…/ gdybym się nie był urodził Polakiem, chciałbym być właśnie Polakiem. Kocham mój kraj. Lgnę do niego” – wołał do brytyjskich fabianów w 1943 roku.

Zarazem Ciołkosz podkreślał, że „Socjalizm absolutnie nie da się pogodzić z krzywdą i sponiewieraniem czy to całych narodów, czy też grup narodowościowych, tzw. mniejszości narodowych”. W stosunkach międzynarodowych „Zabezpieczeniem może być tylko demokracja w stosunkach pomiędzy narodami, bezpieczeństwo zbiorowe i pomoc wzajemna. /…/ Stosunkami między narodami winna rządzić równość wobec prawa narodów /…/”. Starannie odróżnia patriotyzm od nacjonalizmu: „/…/ nacjonalizm zaślepia, nie pozwala dostrzegać i mówić prawdy o własnym narodzie, gdy ten naród schodzi na błędne drogi, /…/ natomiast patriotyzm nie tylko pozwala, ale i nakazuje to czynić”. Z tych pozycji krytykuje obie skrajności: „/…/ egoizm narodowy jest tak samo negacją zdrowego i koniecznego /…/ patriotyzmu, jak jest nią nihilistyczny kosmopolityzm, brak łączności duchowej z własnym narodem i obojętność na jego losy”. Konkluduje: „Będziemy bronili słusznych /…/ praw Polski do wolności i do niepodległego bytu, lecz biały sztandar nacjonalizmu nie jest nam do tego potrzebny. Wystarczy sztandar biało-czerwony”.

Jak przekładało się to na sprawę polską w okresie zimnej wojny? Ciołkosz podkreśla, że „Nie są nam wcale potrzebne pretensje do mocarstwowości /…/ ale nie możemy się zgodzić na rolę niemieckiego czy też rosyjskiego państwa wasalnego albo satelity albo kolonii” (nazbyt optymistycznie uważał, że z przyczyn geograficznych takiego zagrożenia nie ma ze strony USA i Zachodu). Pryncypialnie broni granicy na Odrze i Nysie, spierając się o nią z narodowo nastawionym przywódcą SPD Kurtem Schumacherem (gdy zaś dowiedział się o wizycie przywódcy niemieckich „wypędzonych”, Czaji, domagał się, by go „zrzucić ze schodów”). Natomiast na wschodzie walczy o zwrot Kresów Wschodnich, podkreślając, że gdy „/…/ piszę: »nasza ziemia«, mam na myśli wszystkich tych, którzy na niej mieszkają. /…/ ziemia ta rządzona będzie po tej wojnie przez wszystkich, którzy na niej mieszkają”. Jego żona dawała nieco inną wykładnię tego stanowiska: „/…/ dopóki trwa układ jałtański, trzeba bronić granicy ryskiej z 1921 roku. Gdy Jałta się zawali, a Ukraińcy, Białorusini i Litwini odzyskają niepodległość, wtedy sprawę granicy wschodniej trzeba będzie załatwić bezpośrednio z nimi”.

***

Gdy w 1947 r. masoński (sic! – tak twierdziła Lidia Ciołkoszowa) spisek piłsudczyków uniemożliwił Arciszewskiemu objęcie stanowiska prezydenta i doprowadził do rozłamu w partii (Związek Socjalistów Polskich Pragiera i Tomaszewskiego) – PPS przeszła do opozycji. Wraz ze Stronnictwem Narodowym i lewicowo-piłsudczykowskim Polskim Ruchem Wolnościowym „Niepodległość i Demokracja” utworzyła Radę Polityczną, konkurencyjną wobec Rady Narodowej. W 1954 r. te dwie główne siły polskiej emigracji pojednały się, zaś Ciołkosz został wiceprzewodniczącym, a dwa lata później przewodniczącym Egzekutywy Zjednoczenia Narodowego (co odpowiadało stanowisku premiera).

W PPS jednak narastał kolejny rozłam. Grupa Zaremby (dotąd najbliższego współpracownika Ciołkosza) i Jana Kwapińskiego (skonfliktowanego z Ciołkoszem od czasów wojny) kwestionowała legalizm – oparcie emigracyjnego życia politycznego na konstytucji kwietniowej – jako fikcję oderwaną od życia kraju („humorystyczne tytuły zastępczo-prezydenckie i ministerialne”). Bazą opozycji stała się francuska organizacja partii – silnie ukorzeniona wśród tamtejszej emigracji zarobkowej, powiązana z radykalnymi socjalistami francuskimi domagała się zerwania z polityką jedności narodowej. Konflikt zaostrzył się w 1955 r., gdy po śmierci Arciszewskiego jego miejsce w Radzie Trzech (kolektywnej „głowie państwa”) zajął gen. Bór-Komorowski, co socjaliści odebrali jako próbę wyeliminowania PPS. Ujawnił się wreszcie z całą mocą na tle stosunku do przemian Października 1956 r. w Polsce.

Wyjaśnić tu trzeba, że dojście Gomułki do władzy obudziło wśród polskiego wychodźstwa nadzieje na uniezależnienie i demokratyzację Polski. Juliusz Mieroszewski w imieniu paryskiej „Kultury” zadeklarował kredyt zaufania dla Gomułki; wtórowali mu zarówno politycy prawicy (np. Klaudiusz Hrabyk, zespół „Horyzontów”), jak i lewicy (m.in. Zaremba). „Narodowy komunizm” został uznany za najlepszą drogę ewolucji ustroju od totalizmu do demokracji, co pociągało za sobą otwarcie na rewizjonistyczne skrzydło PZPR. Wydarzenia Czerwca, a następnie Października potraktowano jako dowód, że punkt ciężkości ruchu niepodległościowego przesunął się z emigracji do kraju. Tym energiczniej więc zwalczano legalizm.

Ciołkosz nie dał się uwieść „naprawiaczom komunizmu”. Choć doceniał znaczenie przemian (pisał: „/…/ w istniejących okolicznościach społeczeństwo polskie osiągnęło w październiku ub. r. maksimum swoich możliwości”), to nie ufał Gomułce, uważając, że ten „bynajmniej nie zamierza zrywać więzów, jakimi Polska przytroczona jest do Związku Sowieckiego, chce je tylko rozluźnić”. Komunizm pozostał wrogiem – wedle słów jego żony, „poszerzanie zakresu wolności w Polsce może odbywać się tylko na drodze walki przeciw PZPR i przeciw Gomułce”. Uzasadniał to następująco: „Zadanie lewicy antykomunistycznej nie może polegać na głoszeniu ideologii demokratyzacji, bo to nie jest ideologia, a tylko taktyka /…/. Ideologią jest demokracja i socjalizm demokratyczny. Kto z tych założeń ideologicznych rezygnuje /…/ ten sam się rozbraja i musi przegrać wszystko w starciu z dyktaturą komunistyczną /…/. Naszym celem nie jest reforma komunizmu, lecz likwidacja dyktatury komunistycznej”. Dlatego bez entuzjazmu odniósł się też do partyjnych rewizjonistów: uznając wprawdzie ich poszukiwania za krok w dobrym kierunku, ale dalece niewystarczający, wymagał od nich stanięcia bez reszty na gruncie demokratycznego socjalizmu.

W szerszym kontekście Ciołkosz sceptycznie patrzył na możliwość wybicia się na niepodległość własnymi siłami – po wypadkach poznańskich żądał więc konferencji międzynarodowej w sprawie przywrócenia Polsce niepodległości. Dlatego uważał, że kładąc nacisk na klasę robotniczą w kraju, nie można lekceważyć wychodźstwa: „Wyobcowanie się PPS z życia emigracji, dobrowolne wydanie emigracji w ręce polskiej prawicy – w imię czystości ideologicznej socjalizmu /…/ – byłoby błędem, który może się ciężko pomścić w przyszłości. /…/ Pozbawiony skrzydła socjalistycznego, ośrodek ten [emigracyjny – przyp. J. T.] automatycznie przesunie się na prawo, a tym samym następstwa secesji PPS będą odwrotne od zamierzonych”. W przeciwieństwie do Zaremby nie widzi zagrożenia ze strony „reakcji i klerykalizmu”, taktyczny sojusz z siłami prawicowymi pragnie utrzymać do pierwszych wolnych wyborów.

IV zjazd PPS we wrześniu 1957 r. przyjął stanowisko bliskie Ciołkoszowi (który został przewodniczącym Rady Centralnej), jednak organizacja francuska partii nie złożyła broni. Pod jej naciskiem, w styczniu 1959 r. Rada Centralna PPS wezwała do stworzenia „silnego ośrodka ideologicznego” przeciwko „zarówno doktrynom totalistycznego komunizmu, jak i reakcji politycznej i klerykalnej” oraz do rewizji Aktu Zjednoczenia, stanowiącego fundament prawny władz emigracyjnych. Na znak protestu Ciołkosz ustąpił z Rady i złożył funkcję redaktora „Robotnika”. W grudniu wraz z większością klubu PPS odmówił podporządkowania się antylegalistycznej uchwale CKZ. Otwarty już konflikt próbowano zażegnać zawierając porozumienie w marcu 1960 r., ale przetrwało ono tylko cztery dni, zerwane pod naciskiem Rowmunda Piłsudskiego (przywódcy PRW-NiD – sojusznika PPS w antylegalistycznym froncie). Zaremba wprawdzie obawia się rozłamu, ale Kwapiński nie chce słyszeć o kompromisie. W pierwszej połowie kwietnia z partii zostali wydaleni m.in. Adam i Lidia Ciołkoszowie.

Usunięte osoby utworzyły 15 kwietnia 1960 r. Centralny Komitet Odbudowy PPS. Przeciw usunięciu ciołkoszowców protestują socjaliści z Niemiec (Michał Gamarnikow, Wawrzyniec Czereśniewski) i Związek Socjalistów Polskich w Ameryce, na znak protestu z PPS wystąpił Gustaw Herling-Grudziński. Rozłam miał jednak stosunkowo niewielki zasięg. Zarembę i Kwapińskiego poparły najsilniejsze organizacje partii we Francji, Belgii i… Wielkiej Brytanii. Ten ostatni przypadek może dziwić, ale na niekorzyść Ciołkosza zagrał tu fakt, że stosunkowo nieliczni socjaliści polscy w tym kraju czuli się marginalizowani przez „londyńską” prawicę. Oparciem Centralnego Komitetu Odbudowy stały się grupy socjalistów w Anglii i Niemczech, poparcia udzielał mu też amerykański ZSP. Jak napisał Stanisław Wąsik: „Stanowiła ona [grupa Ciołkosza] mniejszość, ale mając poparcie władz emigracyjnych i dobre stosunki z rozgłośnią »Radia Wolna Europa«, znajdowała się w sytuacji uprzywilejowanej. W rezultacie nastąpił w praktyce rodzaj podziału funkcji między dwiema strukturami: w sferach zbliżonych do rządu emigracyjnego grupa A. Ciołkosza głosiła poglądy socjalistyczne, natomiast władze partyjne reprezentowały PPS w Międzynarodówce Socjalistycznej /…/”.

Ciołkosz udziela się więc przede wszystkim na forum władz emigracyjnych – w 1963 r. ponownie stanął na czele EZN, którą to funkcję piastował przez trzy lata. Jako „premier” był inicjatorem dwóch wielkich imprez, które odbyły się w 1966 r.: Światowego Zjazdu Polski Walczącej oraz Kongresu Współczesnej Nauki i Kultury Polskiej na Obczyźnie. Był też przewodniczącym londyńskiej delegacji Zgromadzenia Ujarzmionych Narodów (ACEN). Przede wszystkim jednak wyżywa się w pracy pisarskiej i publicystycznej. W latach 1966-1970 wydaje wraz z Józefem Żmigrodzkim rocznik „Lewy Nurt”, a od 1970 r. kwartalnik „Zew”. Pisuje do nowojorskiego „Robotnika Polskiego” i londyńskiego „Orła Białego”, współpracuje z Radiem Wolna Europa. Publikuje książki: „Od Marksa do Chruszczowa” (1962), „Karol Marks a powstanie styczniowe” (1963), „Opór zbrojny w getcie warszawskim” (1963, wspólnie z Pełczyńskim), „Koniec monolitu” (1964), „Ludzie PPS” (1967), „Zarys dziejów socjalizmu polskiego” (wraz z żoną – t. I 1966, t. II 1972).

***

Żyje przy tym bardzo skromnie. Jak wspominała Lidia Ciołkoszowa: „Pensje w Egzekutywie były arcyskromne i głównie pokrywały koszty podróży. /…/ Nasza sytuacja materialna była podła jak zawsze, ratowało nas radio i moje zarobki z przygotowania cudzych książek do druku i ze zwykłej drukarskiej korekty /…/”. Mimo to Ciołkosz nie poddaje się, wierząc w nieuchronność przemian. W 1975 r. pisał: „Nosicielami tej nadchodzącej rewolucji będą robotnicy /…/ nie dlatego, że są ludźmi ulepionymi z lepszej gliny, lecz dlatego, że warunki bytu zmuszają ich do solidarności i walki”. Spotkały go kpiny, pisano, że stracił kontakt z rzeczywistością. Rok później w Radomiu i Ursusie robotnicy zastrajkowali, wyszli na ulice. Ciołkosz znów rusza do walki. W październiku 1976 r. angażuje się w Obywatelski Komitet Zbiórki na Pomoc Ofiarom Wydarzeń Czerwcowych, który nawiązał współpracę z Komitetem Obrony Robotników w kraju. Wtedy KOR był bardzo bliski emigracyjnym socjalistom, z PPS związani byli jego współzałożyciele: Ludwik Cohn, Antoni Pajdak, Aniela Steinsbergowa, Adam Szczypiorski i Edward Lipiński. Po latach jednak Ciołkoszowa mówiła o Adamie Michniku: „Z jego obecnymi poglądami politycznymi trudno byłoby mi się pogodzić; czasem z radością czytam jakieś jego oświadczenie lub artykuł przypominający dawnego Michnika”.

Ciołkosz słabnie jednak coraz bardziej. Przeszedł kilka zawałów. W 1977 r. przekazał kierowanie partią Tadeuszowi Podgórskiemu, pozostając honorowym przewodniczącym PPS. Wciąż jednak nagrywa audycje dla RWE, pisze artykuły, przyjmuje gości z kraju. Umiera 1 października 1978 roku. Do końca na posterunku.

Przerwać spektakl

Przerwać spektakl

Marks miał rację! Miał rację twierdząc, że państwo jest organizacją klas posiadających, ponieważ w XIX stuleciu – gdy nawet w krajach dysponujących parlamentami obowiązywał cenzus majątkowy – taka była rzeczywistość. Jednak od tego czasu wiele się zmieniło. Bardzo wiele.

Najpierw postępująca demokratyzacja sprawiła, że klasy niższe zyskały wpływ na państwo. Z organizacji klasowej stało się ono wówczas strukturą międzyklasową. Oczywiście w jej ramach znaczenie różnych warstw nie było wprost proporcjonalne do ich liczebności, jednak choć bardziej liczyła się zamożność czy wykształcenie, mimo wszystko wpływ klas niższych na politykę państwa stawał się realny. Można tu rzecz jasna wybrzydzać, że „demokracja burżuazyjna” to demokracja pozorna, że niezliczone instrumenty manipulacji w rękach posiadaczy deformowały wolę ludu. Fakt, że w żadnym kraju drogą parlamentarną nie została przeprowadzona rewolucja socjalistyczna. Ale też trzeba być ślepym, by nie dostrzec związku między rozszerzaniem praw wyborczych a budową welfare state w rozwiniętych krajach Zachodu: od Bismarcka przez Roosevelta po Palmego.

Później jednak nastąpiło załamanie tego modelu. Pierwszym winowajcą jest globalizacja, sprawiająca, że realna władza uszła poza państwo: do organizacji międzynarodowych i ponadnarodowych koncernów. W rezultacie głos obywateli w wyborach staje się mniej ważny od głosu rynków finansowych. Wystarczy, że te groźnie zmarszczą brew, a „suwerenne” rządy uciekają do budy z podkulonymi ogonami. W takich warunkach wybory stają się farsą. W ten sposób dokonało się to, co już przed czterdziestu laty opisywali sytuacjoniści: „społeczeństwo spektaklu”.

Drugi powód pośrednio wynika z pierwszego: globalizacja, turbokapitalizm przynoszą ogromne zyski nielicznym. Pojawiła się klasa spekulacyjnej hiperburżuazji, żyjącej ponad anachronicznymi strukturami państwowymi. Dużo liczniejsze od warstewki turbokapitalistów są zastępy „klasy średniej”, pełniącej wobec tych pierwszych taką rolę, jak szlachecka klientela wobec magnatów.

Bogatym państwo przestaje być potrzebne. Mają dość pieniędzy, żeby kupić sobie wszelkie usługi. Stać ich na prywatne szkoły, kliniki i ubezpieczenia, na wakacje spędzane z dala od „hołoty”, na mieszkanie w luksusowej enklawie, na wynajęcie agencji ochroniarskiej, bez porównania skuteczniejszej niż policja. To prawdziwi obywatele Pierwszego Świata, ich paszportem jest karta kredytowa. Jacques Attali kreśli wizję globalnego społeczeństwa przyszłości, w której klasę panującą będzie stanowiła kosmopolityczna kasta wysoko kwalifikowanych nomadów.

Na łaskę i niełaskę tychże zdane są dziś rządy. Zygmunt Bauman opisuje proces dobrowolnej abdykacji państwa: z premedytacją zrzeka się ono swoich prerogatyw na rzecz wędrownego kapitału ponadnarodowego. Rządy mają już tylko jeden cel: zapewnić owemu kapitałowi jak najlepsze warunki. Natomiast obywatele, przypisani – z konieczności – do ziemi, są stopniowo wyzuwani ze swych praw, a zwłaszcza z prawa stanowienia o losach państwa. Większość państw to (według określenia Baumana) „okręgi policyjne”, protektoraty wielkich koncernów.

Co robić? Ruchy opozycyjne bądź to bezradnie drepczą w miejscu, bądź to desperacko rzucają się na oślep w poszukiwaniu mniej lub bardziej fantastycznych rozwiązań.

Metoda pierwsza, preferowana przez neoreformistów (tj. socjaldemokratów i alterglobalistów typu Negriego), to ucieczka do przodu – marzenia o demokracji kontynentalnej czy nawet globalnej. Przyznam, że pozostaję nieodmiennie sceptyczny wobec tej utopii. Jak by to miało działać? Demokracja bezpośrednia jest w takiej skali nierealna. Ktoś powie, że demokracja bezpośrednia jest nierealna również w skali wielu państw narodowych. Odpowiadam: demokracja ma sens wtedy, gdy legitymizuje ją wola jakiejś samoświadomej zbiorowości – ludzi, którzy nie tylko mówią o sobie „my”, ale też czują się ze sobą emocjonalnie związani i dlatego skłonni są do wzajemnych ustępstw. Naród taką zbiorowością jest – ludzkość nie jest. Co więcej – nie będzie.

Nie będzie też takową – przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości – Europa. Decyduje o tym proste prawo psychologiczne: pojęcie „my” definiowane jest zawsze w opozycji do pojęcia „oni”, musimy więc czymś się odróżniać. Tymczasem Unia Europejska zbudowana jest na fundamencie wartości pretendujących (nieważne, na ile realnie) do bycia uniwersalnymi. To piasek, nie skała.

W przeciwnym kierunku idą anarchiści, przynajmniej ta część z nich, która nie chce ani faktycznej kolaboracji z Systemem za parawanem Politycznej Poprawności, ani aspołecznego awanturnictwa. Chcą oddolnej samoorganizacji społeczeństwa, które ma tworzyć niezależne od państwa i kapitału enklawy, „stałe strefy autonomiczne”, które w przyszłości, połączywszy się, obalą obecny ustrój. Problem w tym, że i ta koncepcja jest utopijna, z powodu dezintegracji społeczeństwa i kontroli mas przez media. Masy zostały zatomizowane i spacyfikowane. Uśpiono je. Co robi człowiek zamożny po pracy? Idzie do pubu, na fitness, na tenisa, jedzie na wycieczkę. Co robi człowiek biedny? Siada przed telewizorem. Biedni wycofują się z życia społecznego w dużo większym stopniu niż bogaci. Wstydzą się zabierać głos publicznie. A gdy już to robią, to najczęściej powtarzają komunały zasłyszane w mediach. Środki masowego przekazu pozbawiły ich intelektualnej autonomii, pozostają oni pod ideologiczną okupacją.

Ale brodzenie w czarnowidztwie jest bezpłodne. Znów nawiążemy do Marksa – nie chodzi tylko o to, by świat opisywać, lecz także o to, żeby go zmieniać. Nie wystarczy postawić diagnozę, trzeba zaproponować kurację. Kilkanaście lat temu opublikowałem w brytyjskim periodyku „Alternative Green” króciutki tekst pt. „Reclaim the State” (nawiązujący do kampanii „Reclaim the Streets”). Stwierdziłem w nim m.in., że należy odzyskać państwo i uczynić zeń rodzaj „strefy autonomicznej” wobec ponadnarodowego kapitału. Ponieważ państwa pełnią dziś rolę żywicieli dla kapitału spekulacyjnego, właściwą strategią byłoby odcięcie pasożyta.

Ale jak to uczynić, jak odzyskać państwo dla obywateli?

Po pierwsze, należałoby sformować jak najszerszy sojusz wszystkich – coraz liczniejszych! – klas degradowanych przez turbokapitalizm. To nie tylko tradycyjny sektor pracowniczy, to także prekariat, to nowe warstwy średnie („białe kołnierzyki”), to również samozatrudniający się (wliczając tu resztki rolników). Coś takiego proponowali pod szyldem „demokracji antymonopolistycznej” eurokomuniści w zamierzchłych latach 70. XX w. Tu najtrudniej będzie wyeliminować zadawnione antagonizmy i resentymenty pomiędzy poszczególnymi składowymi potencjalnego sojuszu, ale w obliczu wspólnego wroga jest to możliwe.

Po drugie, ów sojusz musiałby wstąpić w szranki wyborcze, żeby wykorzystać formalne, konstytucyjne prawa obywatelskie, zwłaszcza prawo do stanowienia o własnym życiu i własnym kraju. Demokracja nie działa, bo jest nieużywana – trzeba ją reanimować, trzeba z państwa na powrót uczynić instrument społeczeństwa. Tu pojawia się jednak trudność zasadnicza: korumpujący wpływ władzy. Ileż to razy byliśmy świadkami, gdy popularni politycy, zdobywszy ster rządu, realizowali politykę odwrotną od zapowiadanej, albo gdy ludowe ruchy protestu degenerowały się w sitwy karierowiczów.

I dlatego, po trzecie, „partia demokracji antymonopolistycznej” powinna przyjąć formułę bazującą na osiągnięciach anarchistycznej taktyki samoorganizacji. Miałby to być – wedle hasła antyglobalistów – „ruch ruchów”. Mówiąc konkretnie: ani amorficzny populizm, ani leninowska „partia nowego typu”, oparta na „centralizmie demokratycznym”. Właściwą formułę odkryli już stulecie temu brytyjscy związkowcy, tworząc Partię Pracy, która była federacją związków zawodowych. Również współczesna „partia demokracji antymonopolistycznej” powinna mieć tylko członkostwo zbiorowe – organizacji reprezentujących konkretne grupy społeczne. Zasada delegacji w połączeniu z mandatem imperatywnym chroniłaby ruch przed alienacją i oligarchizacją.

Po czwarte – niezbędny jest inter-nacjonalizm: obrona państwa narodowego skoordynowana w skali międzynarodowej. Zwycięstwo demokracji antymonopolistycznej w jednym kraju to za mało. A zatem: solidarność przy wzajemnym uszanowaniu tożsamości i autonomii.

Czy taki ruch miałby szansę zwyciężyć? Obiecać nic nie można, proroctwa szczęśliwego świata rzadko się spełniają. Optymizm to tchórzostwo, jak mawiał Spengler. Możemy mieć tylko nadzieję, że wydarzenia potoczyłyby się tak, jak w „Gwiezdnych wojnach”, gdzie Obrońcy Starej Republiki ostatecznie wygrali z Imperium.

Demokracja i jej wrogowie

Demokracja i jej wrogowie

Demokracja jest dziś czymś więcej niż tylko ustrojem politycznym. Stała się religią, której dogmaty nie podlegają kwestionowaniu. Uznanie kogoś za przeciwnika demokracji jest równoznaczne ze średniowieczną ekskomuniką. Politycy i dziennikarze spierają się tylko, kto jest bardziej prawdziwym demokratą. Często cytowane słowa Churchilla, że nikt nie wymyślił lepszego ustroju, sprawiają, iż nawet nie próbujemy sobie wyobrazić alternatywy. Co więcej, pojęcie demokracji cały czas ulega zawężaniu – zostało zarezerwowane dla jej szczególnego modelu: demokracji liberalnej i przedstawicielskiej.

Spróbujmy wypunktować tu dogmaty Nowej Religii Panującej:

  • społeczeństwo jako wyraz umowy społecznej równych i wolnych jednostek
  • społeczeństwo źródłem władzy
  • poszanowanie praw człowieka – praworządność
  • demokracja przedstawicielska oparta na mandacie wolnym
  • pluralizm polityczny i wolność mediów
  • podział władzy
  • konstytucjonalizm

Fakt, że demokracja panuje dziś niepodzielnie, nie oznacza, że nie ma ona przeciwników. Jest ich więcej, niż się nam wydaje – spróbujemy ich usystematyzować.

„Poganie”: pozaeuropejskie ruchy antydemokratyczne

Gdybyśmy zapytali, kto jest współcześnie największym wrogiem demokracji, to prawdopodobnie najczęściej wskazywany byłby islamski fundamentalista – śniady, odziany w burnus, z kałasznikowem w ręce i pasem z materiałami wybuchowymi na biodrach. Takim obrazem karmią nas media.

To wróg bardzo wdzięczny, bo ogromnie się od nas różniący, a przez to łatwy do zidentyfikowania i odrzucenia. Rzeczywiście: fundamentaliści muzułmańscy spod znaku Al-Kaidy czy Hizb ut-Tahrir jasno i otwarcie odrzucają demokrację, tak jak każde inne rządy człowieka – także dyktaturę czy monarchię. Ich zdaniem, suwerenność przynależy wyłącznie Bogu, który objawił nam swe prawo (szariat), a rolą ludzi jest tylko poznawanie i interpretowanie boskich zasad. Dziedzictwo Oświecenia jest im obce jako przynależne do innej cywilizacji.

Ale choć polscy żołnierze walczą w górach Hindukuszu, to fundamentaliści muzułmańscy nie zagrażają bezpośrednio Rzeczpospolitej. Trudno sobie wyobrazić, by afgańscy talibowie dotarli pod Warszawę – dlatego możemy ich pominąć w naszych rozważaniach. Darujmy sobie też zwolenników konfucjańskiej teorii państwa. Zajmijmy się raczej tymi przeciwnikami liberalnej demokracji, których zrodziła nasza cywilizacja.

„Heretycy”: ruchy antydemokratyczne Zachodu

Przeciw demokracji występują z powodów zasadniczych anarchiści, zwłaszcza anarchoindywidualiści. Demokracja to wszak władza ludu – a oni odrzucają każdą władzę człowieka nad człowiekiem. Bardziej umiarkowana część anarchistów opowiada się za skrajnie zdecentralizowaną formą demokracji bezpośredniej – rządami permanentnych zgromadzeń ludowych – ale i ta wizja sprzeczna jest z parlamentaryzmem.

Większość ruchów antydemokratycznych nie neguje jednak władzy jako takiej, lecz tylko jej demokratyczną postać. Najczęściej kwestionują samą zasadę suwerenności ludu (społeczeństwa). Do kogo więc ta suwerenność miałaby należeć?

Najdalej idą tu reakcjoniścilegitymiści, którzy uważają, że wszelka władza pochodzi od Boga, ten zaś sprawuje ją – i tu jest różnica z fundamentalistami islamskimi – za pośrednictwem bożego pomazańca, czyli monarchy. Monarcha nie jest jednak władcą absolutnym, zmuszony bowiem pozostaje do poszanowania tradycji i prawa naturalnego. Legitymiści to margines marginesu, w Polsce reprezentowany przez niewielki Klub Zachowawczo-Monarchistyczny. W złagodzonej wersji podobne idee głoszą jednak integryści katoliccy spod znaku Radia Maryja, którzy akceptując zasady demokracji, nie dopuszczają jednocześnie, by działania demokratycznych władz naruszały prawo naturalne w ich wykładni.

Inaczej uzasadniają odrzucenie demokracji nowocześni „naukowi” elitaryści. Nie odwołują się do Boga, lecz do nauki, a ściślej do praw przyrody, które objawił im Darwin i jego uczniowie. Ich zdaniem, istotą natury jest nierówność, dlatego wszelka demokracja to w najlepszym razie fikcja – zawsze rządzą elity. Otwarcie takie idee głosi francuska Nowa Prawica (np. Klub Zegarowy), w Polsce nie mająca swego odpowiednika. Warto jednak zwrócić uwagę, że w formie zakamuflowanej takie koncepcje głoszą różnej maści technokraci, dla których wciąż ubezwłasnowolniany parlamentaryzm jest tylko parawanem dla „rządów fachowców”. Ludzi tego pokroju spotkamy w każdej partii. Pewnym wariantem „technokratyzmu oświeconego” jest też projekt Unii Europejskiej, w ramach którego referenda powtarza się tak długo, aż zmęczone społeczeństwa zagłosują „właściwie”. Demokratyczna legitymizacja jest tu zaledwie listkiem figowym merytokracji.

Niewątpliwie przeciwnikami demokracji są też ekstremiści ekologiczni, którzy odrzucają panowanie człowieka nad przyrodą. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich obrońców środowiska naturalnego, a tylko tych najbardziej skrajnych: wyznawców fińskiego ekofilozofa Pentti Linkoli, ekoterrorystów z grup takich jak Wyzwoliciele czy Front Wyzwolenia Ziemi. Linkola otwarcie mówi, że środowisko naturalne może uratować przed człowiekiem tylko „zielona dyktatura”. Choć od fundamentalistów religijnych różnią się prawie pod każdym względem, to łączy ich jedno – nie uznają człowieczeństwa, ludzkości za najwyższą wartość. Idą jednak dalej od fundamentalistów religijnych, gdyż człowiek nie jest dla nich koroną wszelkiego Stworzenia, najdoskonalszym z bożych dzieł, lecz planetarną chorobą, którą należy usunąć. Rzec można, że rozszerzają oni zasady demokracji na całą przyrodę ożywioną, a ludzkość zostaje wtedy „przegłosowana” przez inne gatunki.

„Schizmatycy”: ruchy alterdemokratyczne

Inna grupa przeciwników obecnego ustroju to ruchy nie tyle antydemokratyczne, co – przez analogię do alterglobalistów – „alterdemokratyczne”. To ruchy, które nie kwestionując samych fundamentów demokracji, tj. zasady suwerenności ludu, krytykują zarazem jej realizację, czyli liberalną demokrację parlamentarną. Twierdzą, że ta forma demokracji nie spełnia swych obietnic, tj. nie wyraża rzeczywistej woli ludu, lecz deformuje ją. Zgadzając się w aspekcie negatywnym, różnią się diametralnie w zakresie proponowanych rozwiązań.

Faszyści i bonapartyści uważają, że wola narodu najpełniej wyrażana jest poprzez genialną jednostkę: Wodza. Zarazemnaród postrzegają jako wspólnotę pokoleń, co pozwala Wodzowi podejmować decyzje sprzeczne z wolą aktualnej większości – wszak to on „wie lepiej”, co jest w interesie narodu.

Od koncepcji skrajnej prawicy odcinają się komuniści. Pomimo jednak formalnego uznania równości obywateli, głoszą wyższość mas ludowych nad klasami posiadającymi, proletariatu nad resztą pracujących, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej nad robotnikami z małych zakładów, partii komunistycznej nad klasą robotniczą, kierownictwa partii nad szeregowymi członkami. Klasyczny system komunistyczny – władza rad w Rosji bolszewickiej – zorganizowany był na tej zasadzie, np. 1 delegata wybierało 10 robotników, ale 50 chłopów. Okazuje się tu, że jedynie komunistyczna awangarda uprawniona jest do artykułowania woli ludu.

Na pierwszy rzut oka pułapkę tę ominęli korporacjoniści, postulujący „demokrację organiczną”, w której podmiotem nie są jednostki, lecz grupy społeczne, zorganizowane w korporacje. W myśl tej koncepcji,przedstawicielstwo narodowe pochodzi nie z wyborów, a z delegacji, co pozwala lepiej odzwierciedlić skład społeczeństwa i zarazem związać posłów z wyborcami. Wizja ta jest jednak trudna do realizacji w warunkach mobilności społeczeństwa: zanim jednostka zdąży poczuć się związana z jakąś grupą zawodową czy terytorium – już zmienia miejsce pracy lub zamieszkania. W świecie koczowników korporacjonizm stałby się fikcją zdominowaną przez faktycznie niekontrolowanych biurokratów korporacyjnych.

Najpełniejszymi demokratami są populiści. Chcą demokracji rozumianej dosłownie – jako bezpośrednia władza wszystkich obywateli, realizowana poprzez referenda. Słabością ich koncepcji jest jednak to, że taka forma demokracji łatwo może przerodzić się w tyranię większości, nie wspominając już o podatności mas na demagogię. Plebiscyt w warunkach nieograniczonych możliwości manipulowania opinią publiczną przez media ma taki sam sens, jak w III Rzeszy.

„Zeloci”: minorytarianie

Wszystkie opisane tu ideologie to przeciwnicy demoliberalizmu rzec można odwieczni. Ale w ostatnich latach pojawił się przeciwnik nowy, który wyewoluował z demokracji jako hiperliberalizm. Demokracja została zredefiniowana: to już nie władza większości, szanująca prawa mniejszości, lecz prymat interesów mniejszości nad większością. Atomizacja społeczeństwa sprzyja nielicznym, ale głośnym i dobrze zorganizowanym lobbies. Ich działalność sprawia, że niejednokrotnie współczesna demokracja okazuje się zaprzeczeniem demokracji klasycznej.

„Kapłani”: politycy

Przysłuchując się argumentom przeciwników demokracji nie sposób odmówić słuszności niektórym z nich. Demokracja rzeczywiście jest często nieefektywna, słaba, skorumpowana. Polska demokracja jest tu niezbyt budującym przykładem. Wszyscy potrafimy podać przykłady niekompetencji polityków. Nie zawsze jest to tylko niekompetencja – często również nieuczciwość. Do nieustannych informacji o wciąż nowych aferach zdążyliśmy już przywyknąć, nie robią na nas wrażenia. Polska jest na 49. miejscu w światowym Indeksie Postrzegania Korupcji, opracowanym przez Transparency International, wyprzedzona nie tylko przez Nową Zelandię, Danię czy Singapur, ale też np. przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kostarykę i Botswanę. Ale czy Polska jest odosobnionym przypadkiem? Choć u nas te patologie ujawniają się w sposób wybitnie jaskrawy, to przykład chociażby Silvio Berlusconiego pokazuje, że nie jesteśmy niechlubnym wyjątkiem.

Powiedzmy więc jasno: demokratyczni politycy osłabiają demokrację, dostarczając argumentów jej wrogom.

„Wierni”: społeczeństwo

Ale czy tylko politycy są tu winni? Przecież politycy nie wzięli się z Marsa. To my ich wybraliśmy. Każde demokratyczne społeczeństwo ma takich polityków, na jakich zasługuje. Przyjrzyjmy się więc społeczeństwu polskiemu. Socjologowie są zgodni: cechuje je dramatycznie niski poziom kapitału społecznego. Gdy Polaków pytano, czy można ufać innym ludziom, 3/4 odpowiedziało, że nie. To najgorszy wynik w Europie. To samo dotyczy stopnia uspołecznienia Polaków, mierzonego udziałem w stowarzyszeniach. Przykłady można by mnożyć. W rezultacie społeczeństwo nazbyt często okazuje się bezkształtną masą, dowolnie manipulowaną przez media. Gdy w czasie ataku na Jugosławię zaserwowały one odbiorcom umiejętnie spreparowaną porcję informacji o serbskich okrucieństwach (pomijając skrupulatnie wszystko, co nie pasowało do czarno-białego obrazu sytuacji), polska opinia publiczna poparła bombardowania tradycyjnie zaprzyjaźnionego kraju.

„Kościół bez Boga”

Apatia społeczeństwa nie bierze się jednak z niczego. Nie obarczajmy tu całą winą komunistycznej spuścizny: w Trzeciej Rzeczpospolitej wychowało się już całe pokolenie, a jego stopień uspołecznienia jest jeszcze niższy niż rodziców. Przyczyn szukać należy w głębiej zachodzących zjawiskach.

Otaczająca nas rzeczywistość staje się coraz bardziej skomplikowana, przeciętny człowiek przestaje ją ogarniać, zdając się na opinie polityków, ekspertów, dziennikarzy, celebrytów. W miarę postępów globalizacji ośrodki decyzyjne przenoszą się na coraz wyższy poziom – do Brukseli, do Waszyngtonu, wciąż i wciąż oddalając od obywatela. Wynik wyborów parlamentarnych ma coraz mniejsze znaczenie ze względu na zobowiązania międzynarodowe i nacisk rynków finansowych, potrafiących zdestabilizować przeciętną gospodarkę.

Proces profesjonalizacji objął nie tylko politykę, ale także obronność. Na współczesnym, wysoce stechnicyzowanym polu bitwy radzić sobie potrafi tylko zawodowy żołnierz, co sprawia, że kolejne państwa rezygnują z poboru, z armii obywatelskiej. Choć przeciętnego zjadacza chleba taka perspektywa raduje, to trudno nie zwrócić uwagi, że demokracja ateńska była dzieckiem falangi hoplitów, demokracja szlachecka – pospolitego ruszenia, demokracja współczesna – powszechnego poboru. Dziś lud wypuszcza oręż z rąk, zdając się na lojalność najemników. O święta naiwności!

W rezultacie ludzie czują, że tracą kontrolę nad własnym życiem. Nic dziwnego, że demokrację postrzegają jako spektakl, jako formę pozbawioną istotnej treści – coś na kształt Republiki Rzymskiej w okresie pryncypatu. Demokracja zaczyna przypominać Kościół bez wiernych. Ale czy możliwa jest demokracja bez demokratów?

Demokracja i jej wrogowie

OFErta

Gdy przed laty zmieniałem pracę, przenosząc się ze szkoły podstawowej do liceum, kierowały mną bardzo prozaiczne pobudki. Otóż obliczyłem sobie, że w ciągu kilku lat na skutekmalejącej liczby klas w podstawówce zabraknie godzin na etat dla historyka. Dlatego nie potrafię wyjść ze zdumienia postawą „ekspertów”, którzy dopiero niedawno zauważyli, że Polsce nie tyle grozi, co już trwa w niej zapaść demograficzna. Naprawdę nie dało się tego wcześniej przewidzieć i podjąć kroków zaradczych?

Dało się. Ale to była pieśń przyszłości – dopóki kryzys demograficzny nie uderzył bezpośrednio w Święte Świętych, czyli w równowagę budżetową. Podejmuje się więc teraz gorączkowe działania, mające doraźnie uratować sytuację: podwyższa się wiek przejścia na emeryturę (łamiąc przy tym bez skrupułów rzymską zasadę lex retro non agit), reformuje się system ubezpieczeń społecznych.

Z tym ostatnim akurat trudno się nie zgodzić: konstrukcja OFE to jeden z największych skandali transformacji. Obywatele zostali przez państwo opodatkowani na rzecz prywatnych korporacji, które do niczego nie są zobowiązane. Gdyby operując moimi pieniędzmi wypracowywały zysk, którym dzielilibyśmy się – uznałbym to za uczciwe. Ale z mojej składki najpierw potrącana jest prowizja – za nic, za łaskę pobierania moich pieniędzy! – a zysk może będzie, a może nie. Tym niemniej desperackie ruchy rządu Tuska to tylko półśrodki, tymczasem potrzebny jest plan globalny.

Pozwolę sobie takowy zaproponować. Niestety zgodzić się musimy, że zasada solidarności międzypokoleniowej – ów fundament welfare state – jest nie do utrzymania w warunkach zapaści demograficznej. Zarazem jednak system kont indywidualnych, w którym każdy sobie rzepkę skrobie, w praktyce spycha znaczną część emerytów w nędzę, zgodnie z duchem wilczego neoliberalizmu.

Uważam, że system emerytalny powinien z jednej strony zapewnić możliwość godnej egzystencji emerytom, z drugiej jednak – sprzyjać polityce pronatalistycznej, bez której niemożliwe jest odbudowanie państwa opiekuńczego. Te dwa cele można pogodzić na zasadzie „zindywidualizowanej solidarności międzypokoleniowej”, która zerwałaby z charakterystycznym dla obecnego systemu premiowaniem egoizmu.

Mówiąc najprościej: emerytura składałaby się z dwóch lub trzech części – pierwszą gwarantowałoby państwo na poziomie minimum socjalnego, druga tworzona byłaby ze składek płaconych przez dzieci konkretnego emeryta; ewentualna trzecia to konto indywidualne. Dzięki temu im więcej emeryt miałby dzieci i im wyższe byłyby ich zarobki, tym wyższa byłaby jego emerytura. Nie tylko sprzyjałoby to wzrostowi liczby urodzin, ale też skłaniałoby rodziców do dbałości o wykształcenie i właściwe wychowanie potomstwa. A dzieci, rzec można, zwracałyby po latach rodzicielom koszty swego utrzymania.

Oczywiście to tylko ogólna idea, dopracowania wymagają różne kwestie szczegółowe, np. rekompensaty dla osób bezpłodnych czy ludzi, którzy utracili dzieci. Wątpliwości może też budzić pośrednictwo państwa przy przekazywaniu pieniędzy. Wydaje się ono jednak być niezbędne ze względu na –spójrzmy prawdzie w oczy – osłabienie więzi rodzinnych. Ideałem byłaby sytuacja, w której ludzie pomagają sobie nawzajem z dobrej woli, nie wyręczając się państwem – dziś niestety to utopia.

Inny problem to podwyższanie wieku emerytalnego. Jest to uzasadnione o tyle, że wydłużyła się średnia długość życia. Ale zarazem zmuszanie ludzi do pracowania wciąż i wciąż dłużej wydaje się nieludzkie – człowiek powinien mieć prawo do odpoczynku jeszcze zanim zupełnie zniedołężnieje. Rozwiązaniem mógłby być system, w którym osoba osiągająca wiek dotychczas uprawniający do emerytury, przechodziłaby na nią połowicznie: otrzymywałaby połowę świadczenia, pracując zarazem na pół etatu. Byłoby to swoiste „miękkie lądowanie”, zapewniające ludziom w podeszłym wieku możliwość aktywności zawodowej i dzielenia się doświadczeniem z młodszymi, ale jednak nie wyciskające z nich ostatka sił.

Pozostaję pesymistą w kwestii możliwości zrealizowania tych propozycji. Jakakolwiek polityka pronatalistyczna może przynieść pierwsze pozytywne skutki dla gospodarki najwcześniej po dwudziestu latach – a to dla polityków perspektywa równie abstrakcyjna jak epoki geologiczne. W końcu, jak wiadomo: „Po nas choćby potop”.