przez Konrad Malec | środa 31 października 2012 | nasze rozmowy
W związku z aferą Amber Gold prasa przypuściła atak również na Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe. O tym, dlaczego nagonka na SKOK-i jest bezpodstawna, a także o wyróżnikach tych instytucji rozmawiamy z Bogusławem Kaczmarkiem –społecznikiem, posłem na sejm II kadencji, obecnie doradcą Krajowej SKOK.
***
Przy okazji afery Amber Gold SKOK-i stawiane są często w jednym rzędzie z innymi niebankowymi instytucjami finansowymi. Ale SKOK-i wywodzą się przecież z zupełnie innej tradycji i modelu usług.
Bogusław Kaczmarek: Stawianie w jednym szeregu SKOK-ów oraz kanciarzy z Amber Gold to nadużycie. Wynika ono zapewne z braku znajomości rzeczy oraz z lenistwa, dość powszechnego wśród dziennikarzy.
Spółdzielnie kredytowe (SKOK-i) to instytucje wzajemnego kredytu, oparte na modelu nazwanym – od nazwiska twórcy – raiffeisenowskim. Spółdzielczość kredytowa rozkwitła w XIX-wiecznych Niemczech. W połowie wieku na scenę wkracza Hermann Schulze z saksońskiego miasteczka Delitzsch, sędzia z zawodu. Ideę samopomocy realizuje w praktyce, tworząc banki ludowe, wspierające rzemiosło i drobnych kupców. Z kolei Wilhelm Raiffeisen stworzył model kas dla rolników – mieszkańców jednej parafii. Podstawowymi zasadami tych instytucji finansowych były minimalny wkład oszczędnościowy i zasada poręczania zaciągniętych kredytów całym majątkiem (niegraniczona poręka). Wymuszała ona ostrożność i rozsądek przy zaciąganiu zobowiązań. O tym, że pomysł był dobry, świadczy to, że w 1919 r. w niemal 4500 kasach zdeponowano ponad 750 milionów marek. W Polsce Franciszek Stefczyk założył w 1890 r. Spółkową Kasę Oszczędności. Miało to miejsce w Czernichowie pod Krakowem. W 1909 r. powołano Krajową Centralną Kasę Spółek Rolniczych, a Stefczyk został jej dyrektorem. Kasa ta stała się finansową centralą dla prawie 1000 kas modelu raiffeisenowskiego. Franciszek Stefczyk patronuje dziś największej SKOK.
Kasa to spółdzielnia, w której członkowie gromadzą oszczędności, a w razie potrzeby mogą pożyczać pieniądze lub skorzystać z innych usług finansowych, takich jak przelew, opłacanie rachunków itp. Wyróżnikiem SKOK-ów na rynku finansowym jest zasada wzajemności, która polega na tym, że właściciele-członkowie SKOK-ów wzajemnie świadczą sobie finansowe usługi, przy czym – co jest oczywiste – dzieje się to za pośrednictwem kasy. Innymi słowy: kasy świadczą usługi tylko dla swoich członków.
W celu zagwarantowania bezpieczeństwa ulokowanych oszczędności poszczególne SKOK-i (jest ich kilkadziesiąt) założyły Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych SKOK, które zajmuje się głównie gwarantowaniem depozytów. Wysokość tej gwarancji odpowiada kwocie 100 000 euro, więc biorąc pod uwagę, że większość lokat w SKOK-ach to niewielkie kwoty, ich bezpieczeństwo jest stu procentowe. Najlepiej o tym świadczy fakt, że od 1995 r. – a zatem od roku, w którym weszła w życie ustawa o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych – żaden z członków SKOK nie doznał uszczerbku na ulokowanych oszczędnościach. Czyli od 17 lat. Trudno to samo powiedzieć o klientach Amber Gold, prawda?
SKOK-i przedstawiane są w mediach jako instytucje funkcjonujące „na specjalnych prawach”, cieszące się niespotykanymi przywilejami. Przedstawiciele kas zwracają jednak uwagę, że pod wieloma względami przepisy są korzystniejsze dla banków komercyjnych.
B. K: Do pewnego czasu SKOK-i, tak jak cały sektor spółdzielczy, korzystały ze zwolnienia z podatku dochodowego. Dotyczyło to kwot pochodzących z nadwyżki bilansowej, przeznaczonych na fundusz zasobowy. Wielkość tego funduszu wyznacza poziom bezpieczeństwa w działalności. To już jednak historia. Podatkowo SKOK-i są obciążone tak, jak banki komercyjne. Jeżeli SKOK wypracuje dochód (nadwyżka bilansowa), to przeznacza go z reguły na fundusz zasobowy, który zgodnie z zasadami spółdzielczości nie podlega podziałowi.
W kwestii różnic między SKOK-ami a bankami przychodzą mi do głowy dwie sprawy. Po pierwsze, banki dysponują instrumentem prawnym, jakim jest bankowy tytuł wykonawczy, który bez sądowego procesu gwarantuje im egzekucję komorniczą dłużnika. Mimo że Trybunał Konstytucyjny uznał te przepisy prawa za zgodne z konstytucją, uważam, że jest inaczej – to naruszenie prawa obywatela do sądu. Inaczej mówiąc: klient banku ma mniej praw niż członek SKOK.
Drugi przejaw dyskryminacji SKOK-ów to ustawowe ograniczenie okresu kredytowania do 5 lat. Wyklucza to możliwość finansowania przez SKOK-i na przykład potrzeb mieszkaniowych swoich członków. To rozwiązanie szkodzi rozwojowi mieszkalnictwa, a szczególnie dotkliwe stało się po zaostrzeniu przez banki kryteriów dostępności kredytów hipotecznych.
W mediach głównego nurtu rozpowszechniane są mity dotyczące SKOK-ów. Dlaczego niektóre media tak zajadle atakują kasy?
B. K.: Niestety tzw. czarny PR jest dość powszechnie stosowaną metodą nieuczciwej walki konkurencyjnej, w dodatku prawie niemożliwej do udowodnienia. Nieuzasadnione ataki na SKOK-i przypuściły głównie „ Gazeta Wyborcza ” i „ Polityka ” . Początek serii nierzetelnych publikacji zbiegł się w czasie z tym, że liczba członków łącznie we wszystkich SKOK-ach przekroczyła 1 milion, a liczba placówek 1000 (obecnie SKOK-i zrzeszają ponad dwa miliony członków). Właśnie wtedy do świadomości konkurentów dotarło, że system SKOK jest dla nich problemem trwałym i poważnym, bo liczącym się na rynku i przeżywającym ciągły rozwój. W dodatku, w przeciwieństwie do zdominowanego przez kapitał zagraniczny sektora bankowego, kasy są polskie i zawsze będą mobilizować polski kapitał.
W tendencyjnych publikacjach specjalizuje się zwłaszcza jedna z dziennikarek „ Polityki ”, niejaka Bianka Mikołajewska. Niedawno powtórnie skierowała pod moim adresem insynuację, jakobym mandat posła II kadencji sprawował nieuczciwie, bo rzekomo miałem w czasie prac nad ustawą o SKOK-ach stronniczo działać tak, aby SKOK-i były pozbawione państwowego nadzoru. Nic takiego nie miało miejsca, co można sprawdzić w sejmowym archiwum. W dodatku miałem działać na rzecz SKOK-ów motywowany uzyskaniem w nich zatrudnienia. To bzdura – po zakończeniu kadencji w 1997 r. wróciłem do pracy w Gdańskiej Stoczni Remontowej im. J. Piłsudskiego.
Jak wygląda działalność kas oszczędnościowo-kredytowych w innych krajach, jaki mają w nich status?
B. K.: Na świecie tego typu instytucje są powszechnie aprobowane i akceptowane przez władze, również przez władze UE. Spółdzielnie kredytowe działają na wszystkich kontynentach. Zawsze są to instytucje adresujące swoje działania do ludzi niezamożnych, często do emigrantów i mniejszości narodowych. Wiadomo, że emigrantom, szczególnie tym w pierwszy pokoleniu, jest na obcej ziemi trudno. C o jednak ciekawe, rozwój spółdzielczych kas kredytowych w Polsce to światowy fenomen. Od wysokiego szczebla działacza światowej Rady Związków Kredytowych w 2002 r. usłyszałem, że to, co Kanadyjczykom zajęło lat 30, w Polsce zrobiliśmy w zaledwie dekadę .
Planowane zmiany przepisów dotyczące kas mają – wedle deklaracji ich twórców – zwiększyć bezpieczeństwo ulokowanych tam pieniędzy. Na czym polegają założenia „ reformatorów ” i jakie będą miały skutki dla SKOK-ów oraz dla spółdzielców-klientów?
B. K.: Nie mogę oprzeć się wrażeniu, które dobrze ilustruje refren żartobliwej piosenki W. Młynarskiego: „ co by tu jeszcze spieprzyć, panowie, co by tu jeszcze …”. Piosenka z innej epoki, a „ chłopaki – psujaki” mają się dobrze. A poważnie mówiąc: nikt w systemie SKOK nie kwestionuje nadzoru państwowej komisji nad Kasą Krajową SKOK. Kasa Krajowa jest spółdzielnią osób prawnych, zrzeszającą wszystkie SKOK-i, która m.in. sprawuje nadzór finansowy nad poszczególnymi kasami i robi to dobrze. Po co to zmieniać? Nie wiem. Powinno być tak : Kasa Krajowa nadzoruje SKOK-i, a sama jest kontrolowana przez Komisję Nadzoru Finansowego. Każde dalej idące rozwiązanie będzie nieefektywne i kosztowne. Rządzący politycy przez zmiany w prawie chcą zdobyć wpływ na tę część rynku finansowego, której nie kontrolują. Zapominają przy tym, że naruszają prywatne prawa właścicielskie członków SKOK-ów, że o samorządności spółdzielczej nie wspomnę. Przyszła mi do głowy ogólna refleksja: od 20 lat stada reformatorów dorywają się do władzy i reformują, reformują…, a po nieudanych reformach posprzątać nie ma komu. Jeżeli coś działa dobrze, to po co zmieniać?
Krytyka SKOK-ów pochodzi również ze środowiska spółdzielczego. Podnoszona jest kwestia rzeczywistego wpływu członków na SKOK-i oraz łączenia poszczególnych kas, co kojarzy się z fuzjami dużych firm.
B. K.: Każdy medal ma dwie strony. SKOK-i urosły liczebnie, a jak wiadomo, przy dużej liczbie członków wpływ jednostki na całokształt działań organizacji jest minimalny. Czyli demokracja członkowska staje się słabsza, mimo zachowania zasad spółdzielczych i statutowych. Nie znam jednak przypadku naruszeń w SKOK-ach zasad spółdzielczej demokracji. Jest w nich t yle wpływu, ile jest aktywności członków – dokładnie tak, jak w innych formach spółdzielczości. Aktywność ta jest sprzężona z aktywnością obywatelską, a tę ciągle budujemy.
Z drugiej strony, liczebność to siła, również kapitałowa. Można wtedy konkurować z bankowymi gigantami, oferując podobną paletę usług. Co do łączenia kas, to w większości miały one charakter naprawczy i dobrowolny. Było też kilka o charakterze komisarycznym, by chronić członków przed nieudolnością i czasem nieuczciwością zarządów – co może być przyczynkiem do oceny aktywności szeregowych członków.
Opowiem na koniec o własnym doświadczeniu w tej kwestii. Po wejściu w życie ustawy o SKOK założyliśmy z przyjaciółmi kasę pod nazwą SKO „Merkury”, w której społecznie pełniłem funkcję przewodniczącego rady nadzorczej. Zrzeszała ona głównie drobnych kupców z Gdańska. Niestety trafiliśmy na barierę w postaci liczby członków. Do kasy przystąpiło około tysiąca osób. Okazało się, że to za mało, aby opłacić wszystkie koszty i generować choć niewielki zysk. W polskich warunkach SKOK może przekroczyć próg rentowności przy liczebności członków powyżej 2500 osób. Mieliśmy do wyboru: wegetować bez możliwości rozwoju lub połączyć się z większym SKOK-iem. Dobrowolnie wybraliśmy drugie rozwiązanie. Członkowie SKOK „Merkury” nie ponieśli żadnej szkody czy straty – wręcz przeciwnie: uzyskali szerszą ofertę usług finansowych.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 30 października 2012 r.
przez Konrad Malec | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Spółdzielnie socjalne osób niepełnosprawnych dają nie tylko możliwość zarobkowania. Są także miejscem samorealizacji i reintegracji społecznej.
Impuls do założenia wielu takich spółdzielni wyszedł od organizacji pozarządowych. Członkowie stołecznej Spółdzielni Socjalnej PETRIO trafili tam z Warszawsko-Praskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych. Zespół konińskiej Spółdzielni Socjalnej „Otwarci” współtworzą wolontariusze i podopieczni Fundacji na Rzecz Rozwoju Dzieci i Młodzieży „Otwarcie”, która merytorycznie wspiera młodą inicjatywę. Cieszyński „Nowy Horyzont” ma korzenie w Stowarzyszeniu Pomocy Wzajemnej „Być Razem” i Cieszyńskim Stowarzyszeniu Ochrony Zdrowia Psychicznego „Więź”. Z kolei Spółdzielnię Socjalną „Republika Marzeń” powołali niepełnosprawni, bezrobotny i Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Infrastruktura oraz praktyczna wiedza organizacji społecznych na temat możliwości i ograniczeń osób niepełnosprawnych są tutaj bezcennym wsparciem.
Niektóre organizacje idą jeszcze dalej. Doświadczenia zdobyte w toku prowadzenia centrów integracji społecznej oraz środowiskowych domów samopomocy umożliwiły Stowarzyszeniu na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Społeczno-Gospodarczego KLUCZ i Chrześcijańskiemu Stowarzyszeniu Dobroczynnemu powołanie w Kluczach (woj. małopolskie) OPOKI – pierwszej w Polsce spółdzielni socjalnej założonej i prowadzonej przez stowarzyszenia.
Inicjatorem bywa także samorząd. Wyszkowska Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna SzRON nie powstałaby, gdyby nie burmistrz Grzegorz Nowosielski i jego pełnomocnik Artur Laskowski. Obiecali oni niepełnosprawnym zlecenia, jeśli tylko ci zorganizują się w formie kooperatywy. Zdarzają się także godne naśladowania spółdzielnie powstające zupełnie oddolnie, będące dowodem na to, że trudne doświadczenia osobiste można wspólnie przekuć w coś konstruktywnego. Dobre przykłady stanowią tutaj Spółdzielnia Socjalna „50+”, założona przez grupę gdyńskich „amazonek” (kobiet po amputacji piersi), a także Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna „Supermediafon” z Wrocławia – efekt samoorganizacji grupy niewidomych.
Czasami stworzenie przestrzeni samorealizacji jest nawet ważniejsze niż umożliwienie zarobkowania. – Spółdzielnia powstała, aby osoby niepełnosprawne mogły realizować swoje pasje, przy okazji zarabiając – mówi Paulina Łysiak, wiceprezes zarządu „Republiki Marzeń”.
Z czym do ludzi?
Choć spółdzielnia socjalna jest czymś więcej niż przedsiębiorstwem, ostatecznie o jej przetrwaniu i rozwoju decyduje satysfakcja klientów. Dobrze działające spółdzielnie wygrywają na rynku ceną, jakością lub unikatowymi produktami i usługami, a najczęściej kombinacją tych cech.
– To, że jesteśmy socjalni, nie oznacza, że nie stajemy w szranki z normalnymi podmiotami. Wygrywamy przetargi na obsługę szkoleń i dostarczanie cateringu dla dużych firm, nawet w Krakowie – chwali się Agnieszka Ścigaj, wiceprezes OPOKI. – Pierwsze zamówienie zrobiliśmy z przekonania, że powinniśmy wspierać ekonomię społeczną. Dziś już nie korzystamy z usług innych firm, a mamy w regionie kilka naprawdę dobrych. Zamawiamy w OPOCE, bo nikt nie zapewni nam równie wysokiej jakości w takiej cenie – zachwala Kazimierz Ściążko, wójt gminy Klucze. Podobnie było ze SzRON-em. – Już nie musimy się nawet reklamować, klienci sami przychodzą, bo wiedzą, że można się po nas spodziewać solidności – wyjaśnia wiceprezes Iwona Kowalewska.
Na dłuższą metę „branie na litość” raczej nie sprawdza się jako pomysł na biznes. Poza tym spółdzielcy mają większe ambicje. – Nie chcemy zleceń na zasadzie „dajmy im, bo to spółdzielnia socjalna”. Nasze produkty mają być dobre i konkurencyjne – deklaruje wiceszefowa „Republiki Marzeń”, producenta m.in. okolicznościowych kartek ilustrowanych pracami artystów współpracujących ze spółdzielnią. Wtóruje jej Angelika Chrapkiewicz-Gądek, druga wiceprezes: Z rysunków, które otrzymujemy, staramy się wybrać najlepsze i najciekawsze. Liczy się wartość artystyczna, a nie sam fakt, że są to prace osób niepełnosprawnych. Bywa, że wzory trafiające na kartki, kubki, koszulki i torby powstają na specjalne zamówienie firm czy instytucji.
Przystępna cena i wysoka jakość mogą nie wystarczyć, jeśli na dany produkt czy usługę nie ma zapotrzebowania. Dlatego starcie z rynkiem przetrwały głównie te spółdzielnie, które bardzo świadomie wybrały sferę swojej działalności. Świetnym przykładem jest „Nowy Horyzont”. Początkowy pomysł opierał się na przerobie odpadów z tworzyw sztucznych, jednak kryzys uczynił go nieopłacalnym. Spółdzielcy zareagowali zmianą profilu działalności, wykazując się niezbędną w biznesie elastycznością. Obecnie oferują usługi porządkowe o charakterze odróżniającym ich od całej lokalnej konkurencji. – Jako jedyni świadczymy usługi kompleksowo, tzn. nie tylko posprzątamy biuro, ale jeżeli jest w nim krzesło ze złamanym oparciem czy wisząca klamka, to je naprawimy. Oczywiście sprzątamy również na zewnątrz – wyjaśnia prezes spółdzielni, Paweł Przybyło, dodając, że jego ekipę odróżnia od konkurencji także dokładność.
Świetny przykład trafnej identyfikacji niezaspokojonych potrzeb lokalnego otoczenia stanowi „50+”. Spółdzielczynie świadczą usługi jako opiekunki środowiskowe lub asystentki osób schorowanych i samotnych. Bezpośrednią inspiracją była historia jednej z koleżanek, która poprosiła o towarzyszenie jej w męczących dojazdach na zabiegi w innym województwie. – Nie wymagała stałej opieki, a tylko pomocy jednego dnia w tygodniu – wspomina Grażyna Skorupka, liderka spółdzielni. Wówczas panie zdały sobie sprawę, że wokół nich jest więcej osób potrzebujących wsparcia czy wyręki w części życiowych czynności, a jednocześnie chcących i mających możliwość za to zapłacić.
Nierzadko identyfikację niszy rynkowej umożliwiają własne doświadczenia członków spółdzielni. „Supermediafon” posiada w ofercie m.in. innowacyjne produkty, jakimi są etykietki i wizytówki pisane alfabetem Braille’a. – Jako niewidomi najlepiej rozumiemy potrzeby osób takich jak my. Przykładowo, nie każdy materiał w równym stopniu nadaje się do zapisu brajlem – zauważa prezes spółdzielni, Paweł Bogdała. Ofertę uzupełniają m.in. szkolenia informatyczne dla niewidomych: mając za prowadzącego osobę im podobną, łatwiej uwierzyć, że nauczenie się obsługi komputera leży w zasięgu możliwości.
Na doświadczeniu swoich członków bazuje także spółdzielnia z Konina, szyjąca odzież adaptacyjną dla niepełnosprawnych ruchowo, w zasadzie nieobecną na polskim rynku. Osoby w pełni sprawne nie zdają sobie sprawy, że dodatkowy suwak może przesądzić o możliwości samodzielnego ubrania się, a nieco zmodyfikowany krój – ułatwić poruszanie na wózku. – Nasze produkty mają być nie tylko wygodne, ale także atrakcyjne i modne – podkreśla Andżelika Smorawska, szefowa „Otwartych”, specjalistka w zakresie projektowania odzieży.
Są jednak i antyprzykłady. – Niestety, spotkaliśmy się z postawami: „weźmiemy dotację, a potem będziemy myśleć” lub ze świetnymi pomysłami, jednak bez rozpoznania rynku. Ten drugi przypadek dotyczył naszych znajomych, niepełnosprawnych matematyków i informatyków. Przykro było patrzeć, jak bankrutowali – wzdycha I. Kowalewska. Paulina Łysiak zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię: Trzeba intensywnie działać, np. pozyskiwać zlecenia już na pół roku przed rejestracją spółdzielni. Startujemy mając 0 zł na koncie, a po miesiącu trzeba wypłacić pierwsze pensje…
Dla każdego coś potrzebnego
O ile chwytanie zbyt wielu srok za ogon nie jest w biznesie zalecane, mądre poszerzanie zakresu działalności zwykle wychodzi na zdrowie. Tym tropem poszła spółdzielnia z Wyszkowa, której jeszcze przed rejestracją burmistrz obiecał powierzyć obsługę lokalnej sieci wideomonitoringu. Kooperatywa zauważyła również, że w pobliżu budynku Urzędu Miasta brakuje punktu ksero. – Dzięki uprzejmości burmistrza udało nam się uzyskać powierzchnię w samym urzędzie, wykrojoną z jego własnej kancelarii – wspomina Kowalewska. To nie koniec dywersyfikacji źródeł dochodów: w dalszej kolejności SzRON otworzył wypożyczalnię rowerów, której ofertę z czasem poszerzył o kajaki.
Pracownice spółdzielni z Klucz, pięć kobiet po trzymiesięcznym kursie przygotowawczym, rozpoczęły od gotowania dań jednogarnkowych. Rozwój oferty był możliwy dzięki zaradności ich szefowych – sprowadziły do spółdzielni mistrza kucharskiego, który spędził z podopiecznymi OPOKI kilka dni. Od tamtej pory podobne zaproszenia są co jakiś czas wysyłane do specjalistów z zakresu gastronomii, jednak kuchmistrzynie również same wyszukują i testują nowe przepisy. Zwieńczeniem rozwoju „działu kulinarnego” było otwarcie pierwszej w gminie restauracji. Przewidziany na nią lokal wymagał kapitalnego remontu, który wykonali… wyszkoleni przez spółdzielnię budowlańcy, mający już za sobą także pierwsze zlecenia zewnętrzne. W dalszej perspektywie OPOKA ma zamiar m.in. prowadzić usługi opiekuńcze dla seniorów oraz stworzyć zakład rehabilitacyjny.
Dla gdyńskich amazonek, które poza usługami opiekuńczymi zajmowały się dystrybucją miejskich materiałów promocyjnych, dodatkowym polem działalności stało się rękodzieło. Wytwarzają m.in. korale oraz kapelusze z filcu. – Rozwijamy swoje pasje i przy okazji zarabiamy – podsumowuje p. Grażyna.
Korzyści ze współpracy
Choć dobry biznesplan to podstawa, nie sposób przecenić wagi przyjaznego otoczenia instytucjonalnego. Wsparcie samorządu dla spółdzielni może mieć postać m.in. nieodpłatnego przekazywania budynków (tak było choćby w przypadku OPOKI), ale przede wszystkim – zleceń. Dla Spółdzielni Socjalnej Józefowskie Centrum Rehabilitacji Zawodowej i Społecznej z Józefowa (woj. lubelskie) stanowią one wręcz podstawę funkcjonowania. – Oparliśmy się na pracach, które może wykonać każdy. Głównym filarem naszej działalności jest szeroko rozumiane sprzątanie: zbieranie śmieci z koszy miejskich, ich segregacja, dbanie o czystość w szkołach oraz innych instytucjach publicznych. Obsługujemy stadion miejski (oddelegowana osoba m.in. kosi tam trawę), szalet publiczny oraz dworzec autobusowy. Latem dbamy o tereny zielone, zimą o odśnieżanie – relacjonuje wiceprezes Jarosław Dziura. Burmistrz był tak zadowolony z jakości i cen usług świadczonych na rzecz społeczności miasteczka, że zainicjował powstanie kolejnej spółdzielni socjalnej.
Rozwój „firm społecznych” będzie w istotnym stopniu zależeć od zrozumienia idei spółdzielczości socjalnej przez samorządowców. Coraz więcej z nich dostrzega, że wspierając spółdzielnie socjalne, mogą nie tylko obniżyć koszty realizacji zadań publicznych, ale również rozwiązywać problemy społeczne, zwłaszcza związane z długotrwałym bezrobociem.
Znakomitym instrumentem wsparcia spółdzielni są, a raczej mogłyby być, tzw. klauzule społeczne. – Startujemy w przetargach, ale nieczęsto udaje nam się wygrać. Bardzo pomogłyby nam zapisy przyznające dodatkowe punkty podmiotom ekonomii społecznej lub firmom, które zobowiążą się część pracy zlecić spółdzielni socjalnej – wyjaśnia Tomasz Knepka, prawnik z bydgoskiej Spółdzielni Socjalnej „Kreatywni”. – Braliśmy udział w dwóch przetargach, oba przegraliśmy. Ustawodawca nałożył na nas obowiązki społeczne, które chętnie spełnimy, ale władze Warszawy nie widzą różnicy między raczkującym przedsiębiorstwem społecznym a potężną, międzynarodową korporacją i zmuszają nas do konkurowania z gigantami – mówi Cezary Tomasz Bykowski, szef PETRIO.
Klucze do pracy
„Kreatywni” zatrudniają ponad 30 osób, w większości niepełnosprawnych w stopniu umiarkowanym lub znacznym. – Są wśród nas osoby dotknięte wszelkimi typami dysfunkcji, od ruchowej po upośledzenia umysłowe – informuje T. Knepka. SzRON daje pracę 9 osobom, z czego 6 posiada orzeczenie o znacznej lub umiarkowanej niepełnosprawności. PETRIO liczy 7 osób (w tym jedną pełnosprawną, długotrwale bezrobotną), 5 z 6 członków „Supermediafonu” jest niewidomych, z kolei „Nowy Horyzont” skupia przede wszystkim osoby po kryzysach psychicznych. – W większości są to osoby, które pracowały zawodowo, jednak w wyniku zdiagnozowania lub pogłębienia się choroby straciły tę pracę – wyjaśnia p. Paweł. Wyjątkowo dużym pracodawcą jest OPOKA – zatrudnia 40 osób, z których większość posiada orzeczenia o niepełnosprawności. Oprócz nich w spółdzielni pracuje pięć osób mających za sobą długotrwałe bezrobocie.
Kluczem do sukcesu jest dostosowanie pracy do rodzaju niepełnosprawności i odpowiednie kierowanie nią. – Przykładowo, nasz niesłyszący pracownik budowlany wykonuje większość prac, nie jest jedynie dopuszczany do tych maszyn, których obsługa wymaga sprawnego słuchu – wyjaśnia A. Ścigaj. – Nowoczesne kserokopiarki są bardzo wysokie, mają wielkie pojemniki na papier, przystawki do bindowania itp. Aby mogła je obsługiwać osoba na wózku, musieliśmy poczekać trzy miesiące, aż w fabryce ucięto spód maszyny, a jej przystawki funkcjonują osobno – informuje wiceprezes SzRON-u. W krakowskim budynku Fundacji „Mimo Wszystko”, z którego korzysta „Republika Marzeń”, udogodnienia dla każdego rodzaju niepełnosprawności widać na każdym kroku. – Duże korporacje często nie respektują konieczności dostosowania miejsca do możliwości swoich niepełnosprawnych pracowników. Nasza firma pamięta, kogo zatrudnia – zapewnia p. Paulina. Od początku cały pomysł na spółdzielnię opierał się na możliwościach osób z dysfunkcjami. – Oczywiście są rzeczy, których nie wykonają, ale po to zatrudniamy także osoby zdrowe.
Również organizacja pracy w tego rodzaju kooperatywach musi uwzględniać potrzeby wszystkich pracowników. – Działamy na dwie zmiany, ale jeśli ktoś nie może pracować popołudniami, np. z powodu rehabilitacji, wówczas pracuje od rana. Do potrzeb naszych podopiecznych podchodzimy indywidualnie – deklaruje p. Agnieszka.
Przyjęta formuła i zakres świadczonych usług dobrze współgrają z potrzebami kooperatystek z „50+”. – Zawsze mogę na przykład umówić się z podopiecznym, że przyjdę na 10?:?00, dzięki czemu między 8?:?00 a 9?:?00 będę mogła uczestniczyć w zajęciach rehabilitacyjnych – precyzuje G. Skorupka. Z kolei np. prowadzenie księgowości w spółdzielni – a więc „na własnym” – można sobie rozłożyć na więcej godzin, wykonując tę pracę spokojniej.
Większość spółdzielni socjalnych osób niepełnosprawnych podkreśla, że tworzone miejsca pracy mają unikalny charakter. – Naszym szwaczkom niepełnosprawność umysłowa lub fizyczna uniemożliwia znalezienie zatrudnienia na otwartym rynku – podkreśla prezes Smorawska. Zanim trafili do „Otwartych”, zajęcia nie mogli znaleźć także informatycy, gdyż pracodawców odstraszała ich „inność”, będąca efektem np. mózgowego porażenia dziecięcego. W przypadku członkiń spółdzielni „50+”, których szanse na rynku pracy ograniczają dodatkowo wiek oraz płeć, ważną motywacją do założenia kooperatywy była stosunkowo niewielka liczba przepracowanych lat w związku z perturbacjami wywołanymi chorobą. Podjęcie przez nie pracy wydłuża emerytalny okres składkowy i daje lepsze zabezpieczenie na przyszłość.
Sobie i innym
– Spółdzielnie socjalne mają misję społeczną, tak jak stowarzyszenia i fundacje, a jednocześnie są podmiotami biznesowymi. Ta dwoistość daje ciekawe możliwości poprawiania jakości życia osób, dla których zostały powołane – zauważa Paweł Bogdała.
Szczególnie dobry przykład stanowi tutaj „50+”. – Jedna osoba to mało, a w kupie jest siła – podkreśla z przekonaniem prezes Skorupka. Spółdzielczyniom udało się m.in. zorganizować turnus rehabilitacyjny, z którego skorzystały także inne kobiety po mastektomii. Z kolei dzięki udanemu startowi w miejskim konkursie na organizację czasu wolnego osób w wieku 55+ członkinie kooperatywy oraz ich sąsiadki z osiedla Karwiny mogą uczęszczać na zajęcia fitness, których cena i intensywność są dopasowane do ich możliwości. Podobnie dzięki uczestnictwu „Nowego Horyzontu” w jednym z unijnych projektów cieszyńscy spółdzielcy mają stały dostęp do prawnika i psychologa, na których usługi na rynku komercyjnym nie byłoby ich stać. Samoorganizacja w formie spółdzielni ułatwia także realizowanie pasji. – Wspólnie jeździmy na zawody sportowe i mamy sporo sukcesów na koncie – nie kryje dumy wiceprezes SzRON-u.
Spółdzielczość to wreszcie możliwość samorealizacji poprzez działania na rzecz innych. I tak SzRON stał się nieformalnym pośrednikiem pracy. – Nie chcemy wyręczać urzędników, ale często przychodzą do nas ludzie poszukujący zatrudnienia, szczególnie niepełnosprawni. Nie mamy tyle pracy, by dać ją wszystkim, ale często wiemy, kto szuka pracowników, co umożliwia nam skomunikowanie zainteresowanych – opowiada p. Iwona. Spółdzielcy z Odrzańskiej Spółdzielni Socjalnej z Krosna Odrzańskiego (woj. lubuskie) aktywnie współpracują z miejscowymi stowarzyszeniami, razem organizując szkolenia i warsztaty, zaś kooperatyści z „Republiki Marzeń” społecznie wspomagają przedszkole dla niepełnosprawnych, m.in. organizując imprezy okolicznościowe. – Te dzieci widzą, że jesteśmy do nich podobni, a mimo to pracujemy i funkcjonujemy jak każdy inny. To im pokazuje, że kiedy dorosną, też będą mogły normalnie żyć – przekonuje p. Angelika.
„Republika Marzeń” uzyskała dofinansowanie na warsztaty fotograficzne dla niepełnosprawnych umysłowo, ale już ogólnopolski konkurs poetycki zamierza animować „o własnych siłach”. – Naszym celem jest promocja sztuki osób niepełnosprawnych – podkreśla P. Łysiak. – Znam wiele niesamowicie zdolnych osób, które swoje prace chowały do szuflady, wstydziły się.
Więcej niż praca
Dla niepełnosprawnych praca ma jeszcze większe znaczenie psychologiczne niż dla zdrowych. – Pozwala przełamać nawyk siedzenia w domu, w najlepszym razie w towarzystwie najbliższych. Wielokrotnie widziałam osoby mające problem w kontakcie z ludźmi, cierpiące na silne natręctwa. Dzięki pracy udawało im się przełamać ograniczenia, a nawet zmniejszyć wiele objawów chorobowych, a w konsekwencji poprawić codzienne funkcjonowanie i zwiększyć samodzielność – mówi Beata Kurczewska z łódzkiego Towarzystwa Przyjaciół Niepełnosprawnych. Przy jego wsparciu powstała Spółdzielnia Socjalna „Ksero Zawisza”, zrzeszająca osoby mające problemy ze zdrowiem psychicznym. Spostrzeżenia psycholożki podziela p. Grażyna: Gdybyśmy nie założyły spółdzielni, to, tłumacząc się chorobą, mogłybyśmy do godziny 13?:?00 chodzić w szlafroku, bo to mnie boli, tamto mnie boli… Odkąd podjęłyśmy pracę, nie mamy takiej możliwości i już nic nas nie boli.
To, że w spółdzielniach osób niepełnosprawnych zazwyczaj pracują również osoby zdrowe, sprzyja integracji społecznej. – Po paru miesiącach zaobserwowaliśmy, że wszyscy traktują się partnersko i z szacunkiem – wspomina psycholog. – Dla osób z dysfunkcjami ważne jest samo wyjście z domu, praca i kontakt z innymi osobami – potwierdza p. Tomasz, opowiadając, jak między pracownikami rodzą się przyjaźnie, które owocują świetną atmosferą w spółdzielni.
Panie z „50+” nieustannie podkreślają, że dzięki swojej działalności miały okazję poznać tyle wspaniałych osób z całej Polski. Co więcej, praca opiekunek pozwala im częściowo zaspokoić potrzeby rodzinne. – Jesteśmy w takim wieku, że część z nas straciła już rodziców. Jak się ma 60 lat, to fajnie jest, kiedy pani mająca 80 nas przytuli – mówi p. Grażyna.
Również liderka „Otwartych” przekonuje, że spółdzielnia to dla jej podopiecznych nie tylko miejsce pracy. – To możliwość urzeczywistnienia swoich pasji. Tym, co do tej pory robili „po kątach”, mogą się obecnie zajmować zawodowo, a efekty ich pracy są widoczne. Na dodatek dają coś innym, co jest dla nich bardzo ważne.
Dotknąć zarządzania
Spółdzielcze ideały zakładają partycypację w zarządzaniu wspólnym przedsięwzięciem. Z kooperatywami niepełnosprawnych, zwłaszcza zakładanymi przez osoby prawne, bywa nieco inaczej. Bardzo często pracują w nich osoby, które nie są w stanie kierować nawet własnymi losami. „Ideowe” spółdzielnie dokładają jednak starań, by na miarę ograniczeń wszyscy pracownicy brali współodpowiedzialność za siebie oraz firmę. – Chcemy, aby każdy, kto jest do tego zdolny, „dotknął” zarządzania. Dlatego niemal wszyscy nasi pracownicy rotacyjnie pełnią funkcje kierowników, np. kuchni czy zaopatrzenia. I to działa: kiedy mnie ani Agnieszki nie ma, a często wyjeżdżamy, wszystko tutaj funkcjonuje normalnie – cieszy się prezes OPOKI, Agata Swędzioł.
Umiejętne włączanie pracowników w życie spółdzielni przekłada się na jej sukces. – Na początku byliśmy „my” i „oni”; każde pięć minut dłużej było przez pracowników liczone do nadgodzin. Dziś mówią: nasza OPOKA, a odkąd zaciągnęliśmy kredyt, pracują jeszcze ciężej, by go spłacić. Poczuli, że OPOKA należy do nich, że są jej częścią – mówi p. Agnieszka.
Mury i bariery
Kluczewska spółdzielnia podjęła starania o utworzenie zakładu aktywizacji zawodowej – miejsca, w którym niepełnosprawni przechodziliby rehabilitację zawodową i społeczną. Zgodnie z prawem ZAZ-y mogą być zakładane przez gminy, powiaty, fundacje, stowarzyszenia i inne organizacje społeczne. Początkowo urzędnicy uznali OPOKĘ za zwykłą firmę i odmówili zgody na prowadzenie ZAZ-u; pokazuje to, jakim problemem bywa niezrozumienie idei przedsiębiorczości społecznej, spotykane nawet na wysokich szczeblach administracji. Szefowe spółdzielni nie złożyły jednak broni i zaczęły lobbować u wojewody oraz w samorządzie województwa. Efekt: od 15 czerwca 2012 r. przy OPOCE działa zakład aktywizacji.
Z kolei bariery, jakie napotkał SzRON, miały przede wszystkim charakter mentalny. – Komendant chciał, by monitoring obsługiwali emerytowani policjanci. Nie wyobrażał sobie, jak to będzie, kiedy do komendy wjadą osoby na wózkach, obawiał się ponadto wycieku informacji, które nie powinny wyjść poza jej mury. Po dłuższym „przeciąganiu liny” zaprosiliśmy go na kawę. Po rozmowie lody puściły – relacjonuje I. Kowalewska.
Sporo spółdzielni narzeka na powiatowe urzędy pracy. – Chcieliśmy nawiązać współpracę i wysłać niepełnosprawnych na szkolenia, po których mieliby rzeczywiste szanse na zatrudnienie na otwartym rynku. Niestety, urząd woli trzymać ich u siebie, aby w kółko organizować nieprzydatne szkolenia, dzięki czemu może pobierać pieniądze na aktywizację wykluczonych z rynku pracy – mówi wiceszefowa SzRON-u. – PUP-y mogą dawać pieniądze na tworzenie w spółdzielniach miejsc pracy dla niepełnosprawnych; mogą, ale nie muszą. I nie dają: żadna znana mi spółdzielnia socjalna nie otrzymała takich środków.
O wszelkich trudnościach spółdzielcy na ogół mówią niechętnie. Wolą koncentrować się na osiągnięciach. – Jeśli jest dobry zespół, można przejść przez wszystkie problemy – deklaruje p. Justyna Kiwert, prezes Odrzańskiej Spółdzielni Socjalnej. – Wiele osób, które były u nas na wizytach studyjnych, przekonało się, że to możliwe. Z większością mamy żywy kontakt, dzięki czemu wiemy, że im też się udało – mówi z dumą Grażyna Skorupka.
Konrad Malec
współpraca Michał Sobczyk
Tekst jest skróconą i zaktualizowaną wersją rozdziału książki „Spółdzielnia socjalna osób niepełnosprawnych. Poradnik”, wyd. Krajowy Związek Spółdzielni Inwalidów i Spółdzielni Niewidomych, 2011.
przez Konrad Malec | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Gdy napotykamy na kilkumiesięczną kolejkę do ortopedy, hepatologa czy okulisty, stajemy przed wyborem: czekać i cierpieć albo zapłacić za wizytę w prywatnym gabinecie. Przykład z Inowrocławia pokazuje, że samoorganizacja pacjentów może stanowić pożyteczny „plaster” na niedomagania polskiego lecznictwa.
Dzięki działalności gospodarczej non profit, pozyskiwanym dotacjom, a także zaangażowaniu społecznemu, Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy „Flandria” jest w stanie zaoferować swoim członkom m.in. bezpłatną opiekę w trudnych sytuacjach życiowych, wsparcie w „poruszaniu się” po systemie służby zdrowia oraz znaczne rabaty na płatne artykuły i usługi medyczne.
Początki były trudne
Do niedawna lecznictwu przypisywano funkcję służebną wobec obywateli, stąd nazywano je „służbą zdrowia”. Wraz z postępującą komercjalizacją tej sfery, w publicystyce i języku potocznym coraz częściej używa się określenia „usługi medyczne”. Usługę można kupić, zarówno w ramach ubezpieczenia w NFZ, jak i indywidualnie. W tym pierwszym przypadku dostęp do lekarzy ograniczają limity kontraktów zawieranych z Funduszem. W tym drugim – zasobność portfeli pacjentów.
Warto pamiętać, że również przed sławetnymi „reformami” sytuacja w polskim lecznictwie nie wyglądała różowo. – Kiedy człowiek szykował się do operacji, musiał przynieść niezbędny sprzęt, łącznie z rękawiczkami chirurgicznymi czy strzykawkami, bo nawet tego brakowało – wspomina początek lat 90. Ineza Skrzypiec-Sikorska, dyrektor „Flandrii”. Pani Ineza – z zawodu lekarz anestezjolog, a z powołania społecznik – była wówczas przewodniczącą komisji zdrowia w Radzie Miejskiej Inowrocławia, borykającego się z ogromnym bezrobociem. Zastanawiała się, w jaki sposób można pomóc ubożejącym mieszkańcom, których dostęp do usług zdrowotnych dobrej jakości był coraz bardziej utrudniony. – Myślałam o założeniu fundacji, która pomagałaby w dotarciu do lekarzy i środków medycznych. Punktem zwrotnym stała się wizyta belgijskich samorządowców w 1994 r. w celu wymiany doświadczeń. – Najbardziej interesowało mnie, dlaczego u nich tak dobrze funkcjonuje służba zdrowia – wspomina p. Skrzypiec-Sikorska. Goście, widząc duże zainteresowanie tematyką medyczną, obiecali wrócić i szerzej opowiedzieć tylko o tych kwestiach.
Zainteresowanie kolejną wizytą było ogromne – w 70-tysięcznym mieście sala została wypełniona po brzegi, a wielu chętnych w ogóle się na nią nie dostało. Zrobiło to na Belgach ogromne wrażenie. – Powiedzieli, że dostaniemy pieniądze na realizację projektu, a my nie mieliśmy pojęcia, czym jest projekt i dlaczego ktoś chce nam coś dawać – relacjonuje p. Ineza, której powierzono nadanie kształtu planowanym działaniom wspólnie z przedstawicielem Federacji Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych, odpowiedzialnym za pomoc biedniejszym krajom. Tworzenie projektu zajęło aż dwa lata. – Belgowie nie mogli zrozumieć naszej specyfiki i usiłowali przenieść do Inowrocławia doświadczenia z Afryki i Ameryki Łacińskiej, gdzie zazwyczaj trafiali na zupełne „pustkowie” medyczne i musieli budować wszystko od podstaw. W końcu jednak współpracownicy z Flamandii przyjechali i zobaczyli, jak to wszystko u nas wygląda. W trakcie odwiedzin zrozumieli, że polskiej służbie zdrowia brakuje nie tyle systemu organizacyjnego, co pieniędzy oraz usług odpowiedniej jakości. Po namyśle postanowiono stworzyć ofertę, która uzupełniałaby braki miejscowego systemu.
Zaczęto od sklepów medycznych dla niepełnosprawnych. Pomysł częściowo pochodził od pani Inezy, która w Niemczech zwróciła uwagę na zaskakująco dużą liczbę takich osób w przestrzeni publicznej. – Zastanawiałam się, skąd u nich tylu niepełnosprawnych, przecież wojna już dawno się skończyła. Dopiero gdy wróciłam do Polski i przypomniałam sobie obfitość sklepów zaspokajających potrzeby niemieckich inwalidów, pomyślałam, że u nas jest podobnie, lecz ci ludzie nie mają warunków, żeby wyjść na ulice. Zaczęła szukać niepełnosprawnych w domach. I znalazła.
We współpracy z Belgami udało się otworzyć pierwszy sklep zaopatrzenia medycznego m.in. dla osób niepełnosprawnych. W „pakiecie” znalazła się również wypożyczalnia sprzętu ortopedycznego, gdyż większości niepełnosprawnych nie było stać na zakup własnego. Wtedy też wspólnie z organizacjami zrzeszającymi pielęgniarki rozpoczęto działania na rzecz stworzenia systemu opieki domowej. – To były czasy, gdy wszystkich chorych przetrzymywano w szpitalach, ponieważ nie wierzono, że poza nimi znajdą właściwą opiekę – wspomina pani dyrektor SWP „Flandria”. Iwona Przybyła, odpowiedzialna za marketing i reklamę, przytacza fragment spisanej Misji organizacji: Chcemy wypełniać lukę między publiczną i prywatną służbą zdrowia, dostarczając produkty i usługi, dzięki którym potrzebującym będzie się żyło lepiej.
Każdemu według potrzeb
Z kolei w Wizji, określającej wartości przyświecające działaniom Stowarzyszenia, zapisano szerzenie idei wzajemnej pomocy, solidarności międzyludzkiej, równości, życzliwości, rzetelności i otwartości. Pierwszy z jego sklepów istnieje już 15 lat. – Staramy się, żeby osoby potrzebujące rehabilitacji mogły u nas otrzymać wszelkie potrzebne produkty, od wkładek ortopedycznych i kul, przez balkoniki, wózki, po stabilizatory i poduszki ortopedyczne itp. Można u nas też nabyć prosty sprzęt do codziennych badań, jak glukometry czy ciśnieniomierze – wylicza Danuta Dajczer, sprzedawczyni w najstarszej placówce handlowej Stowarzyszenia. – Średnio odwiedza nas ok. 50 osób dziennie, co pokazuje skalę potrzeb. Często ludzie przychodzą po informacje, np. jak obsługiwać jakieś urządzenie czy jak zająć się chorym, ale też by zasięgnąć porady, jak otrzymać refundację czy dofinansowanie do sprzętu.Personel sklepów medycznych to rehabilitanci lub osoby specjalnie szkolone, którzy starają się każdemu pomóc, nawet gdy jest jasne, że dana osoba niczego w sklepie nie kupi. Udzielają również porad telefonicznych. – Dzwonią do nas z instytucji, np. z MOPS-u, a nawet NFZ-u, by skonsultować się w sprawie własnych możliwości – nie kryje dumy Ewelina Gapska, jedna z prowadzących placówkę.
Mniej więcej 1/3 stałych klientów stanowią członkowie Stowarzyszenia, którym na produkty nierefundowane przysługuje do 10% zniżki. – Jeżeli ktoś kupuje łóżko kosztujące 2750 zł, to zniżka daje mu znaczącą oszczędność. Tak samo jest przy stałym zaopatrywaniu się w określone produkty – mówi p. Gapska. Zaś p. Danuta dodaje: Rabaty dotyczą również sprzętu wypożyczanego. Podobnie funkcjonuje apteka. – Nasi członkowie otrzymują rabaty na wszystkie leki nierefundowane z NFZ i kosmetyki – wyjaśnia kierownik placówki, Zofia Łęk. Podkreśla jednocześnie, że na nowej liście refundowanych farmaceutyków zabrakło wielu dotychczasowych pozycji. – Ponadto, by dostać receptę z refundacją na leki specjalistyczne, trzeba najpierw otrzymać zaświadczenie od specjalisty, że dla danej osoby taki lek jest konieczny. Spowodowało to wydłużenie i tak już długich kolejek do specjalistów, wielu chorych musi więc za leki płacić pełną cenę. To sprawia, że ludzie chodzą po aptekach i szukają, gdzie jest taniej. W takiej sytuacji członkostwo we „Flandrii” staje się szczególnie atrakcyjne. Jej teza znajduje potwierdzenie w fakcie, że większość osób kupujących w aptece „Flandrii” leki nierefundowane stanowią członkowie organizacji.
Dbałość o pacjenta przejawia się także w tym, że jeszcze przed wprowadzeniem obowiązku informowania o tańszych zamiennikach leków farmaceuci z „Flandrii” z własnej inicjatywy wskazywali je klientom. – Ponadto zawsze staramy się znaleźć czas, by porozmawiać z chorym i udzielić mu pomocy. Farmaceuci chętnie informują pacjentów także o ubocznym działaniu leków, ich synergizmie i antagonizmie, często proponując badania profilaktyczne, organizowane przez Stowarzyszenie. Zresztą uczestnicząc w którejkolwiek formie pomocy czy zajęć we „Flandrii”, można usłyszeć o możliwościach zaangażowania się w inne inicjatywy.
Przed szeregiem
Działania podejmowane przez p. Inezę wraz z zagranicznymi partnerami zostały sformalizowane w 1996 r. w ramach Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy „Flandria”. Na jego powstanie środki wyłożyli rząd flamandzki oraz wspomniana Federacja Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych, pełniących w Belgii rolę oficjalnych kas chorych. Później powstała Fundacja Wzajemnej Pomocy, której celem jest pozyskiwanie środków na działalność Stowarzyszenia oraz propagowanie myśli wzajemnościowej, a niedawno także Spółdzielnia Europejska „Flandria”, do której przeniesiono całą działalność gospodarczą. – Pobieramy symboliczne składki, dzięki którym nasi członkowie mogą korzystać ze zniżek w naszych sklepach czy aptece. Dzięki temu już dawno zyskaliśmy miano pierwszej kasy chorych, nim jeszcze taki twór zaistniał w naszej rzeczywistości – wyjaśnia Skrzypiec-Sikorska, która została prezeską spółdzielni.
– Stowarzyszenie nie prowadzi działalności charytatywnej, lecz samopomocową – akcentuje liderka „Flandrii”. To oznacza, że jeśli przychodzi do niego ktoś, kto nie ma środków na leki, nie otrzyma ich za darmo, lecz zostanie pokierowany do organizacji lub urzędu, które zajmują się pomocą takim osobom.
Podobnie jak w przypadku belgijskich stowarzyszeń wzajemnościowych, członkowie sami wybierają władze i mają wpływ na funkcjonowanie organizacji, co odróżnia ją od NFZ. Współdecydowanie upodabnia natomiast Flandrię do kas chorych w Polsce międzywojennej. Zdaniem działaczy Stowarzyszenia taka struktura uczy odpowiedzialności i aktywizuje społecznie (punkt 7. Misji Stowarzyszenia: Świadome i aktywne członkostwo nadrzędnym elementem budowy organizacji).
W związku z kolejkami do lekarzy specjalistów czy na zabiegi fizjoterapeutyczne silnie rozwinęła się działalność gabinetów prywatnych. „Flandrii” udało się wynegocjować w nich zniżki do 30% dla członków Stowarzyszenia. Z czasem jednak wiele gabinetów wycofało się ze współpracy, np. stomatolodzy, którzy cieszyli się największą popularnością. – Wówczas otworzyliśmy Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Flandria”, starając się dostarczyć brakujące usługi – wspomina p. Ineza. Obecnie prowadzi on tylko dwie specjalizacje, o które najtrudniej w Inowrocławiu: poradnię leczenia bólu i pielęgniarską opiekę domową, obie finansowane w ramach kontraktu z NFZ. Do niedawna funkcjonował też gabinet dentystyczny, niestety stomatolog wyprowadziła się. – To była świetna specjalistka, a my nie chcieliśmy robić „podmiany” na kogoś, kto byłby dużo słabszy. Niestety, pozostali dobrzy stomatolodzy wolą prowadzić własne gabinety, więc nie mamy obecnie w ofercie tej gałęzi medycyny – wyjaśnia pani Ineza.
Przy prowadzeniu lecznicy poważnym kłopotem są niewystarczające limity przyjęć, określane w kontraktach z NFZ. We „Flandrii” jednak po wyczerpaniu limitów pacjenci nadal są przyjmowani zgodnie z ich potrzebami. Oczywiście dyrekcja lecznicy próbuje później z Funduszu otrzymać dodatkowe środki, jednak zwykle udaje się to tylko w części. Przykładowo w 2011 r. za ponadnormatywne wizyty w poradni leczenia bólu – a było ich sporo – nie udało się odzyskać pieniędzy.
W 1999 r. utworzono kasy chorych, co uświadomiło Polakom, że służba zdrowia kosztuje i pozwoliło im poznać mechanizmy jej finansowania. – Był to krok w dobrym kierunku, istnienie kas pozwalało np. ograniczać nadmierne wypisywanie zwolnień lekarskich, recept. Później wrócono do centralizacji, co znacznie ograniczyło możliwości działań lokalnych – wspomina pani prezes. Dzięki decentralizacji przedstawiciele „Flandrii” bez problemu dotarli do szefa regionalnej kasy chorych. Po rozmowie z urzędnikiem udało się zorganizować finansowanie wypożyczalni sprzętu medycznego. – W NFZ musiałam pukać od drzwi do drzwi, by w Warszawie usłyszeć, że cała Polska nie będzie dokładała do jakiejś wypożyczalni w Inowrocławiu. Tymczasem wówczas, po podliczeniu kosztów w skali całego województwa, stwierdzono, że kasę stać na finansowanie takiej działalności. Potem inne kasy brały przykład z naszego regionu. Bogata w te i inne doświadczenia „Flandria” szykuje się do przeprowadzenia dużej akcji społecznej w trzech województwach, w których działa organizacja. Chcą w ten sposób pokazać, jak zdaniem działaczy z Inowrocławia powinna wyglądać polityka państwa w zakresie ochrony zdrowia (punkt 5. Misji: Wywieranie wpływu na politykę zdrowotną i socjalną państwa i władz lokalnych).
W służbie zdrowia zawsze istnieją jakieś niedobory i „Flandria” stara się je minimalizować. – Interweniujemy np. tam, gdzie są długie kolejki. Pomagamy też poruszać się w gąszczu niezrozumiałych procedur, szczególnie tym, którzy są naszymi podopiecznymi, czyli niepełnosprawnym i ogólnie słabszym społecznie – wyjaśnia Ineza Skrzypiec-Sikorska. Poza sztandarowymi przykładami, jak sklepy medyczne czy apteka społeczna, Stowarzyszenie obejmuje opieką np. opuszczających szpital i wymagających długotrwałej opieki pielęgniarskiej, rehabilitacji czy wsparcia w codziennym funkcjonowaniu. – Zespół naszych pielęgniarek spieszy z pomocą ludziom, którzy mają wskazania medyczne do takiej opieki, np. odleżyny, owrzodzenia czy cewnikowanie – mówi Monika Konopa-Dudek, koordynatorka długoterminowej opieki pielęgniarskiej. Rodziny takich osób często nie są w stanie się nimi zająć, bo dorośli chodzą do pracy, pilnują dzieci czy nie potrafią wykonać bardziej skomplikowanych czynności. W Inowrocławiu we „Flandrii” pracuje pięć pielęgniarek, z których każda co dzień opiekuje się sześcioma pacjentami. Usługa ta jako zakontraktowana przez NFZ jest bezpłatna dla pacjentów.
Oczywiście na taką działalność potrzebne są środki. – Nie liczymy na sponsorów, zwłaszcza teraz, w dobie kryzysu. Zresztą nigdy o takie środki nie było łatwo i nie były one pewne – wyjaśnia szefowa inicjatywy. Nieodpłatne usługi Stowarzyszenie finansuje z działalności gospodarczej, czyli z dochodów sklepów medycznych i aptek. Ta część aktywności, dla większej przejrzystości oraz sprawniejszego funkcjonowania, została wydzielona i przeniesiona do pierwszej w Polsce spółdzielni europejskiej – formy demokratycznego przedsiębiorstwa społecznego, przewidzianej przez prawo europejskie dla podmiotów mających swoje siedziby w różnych państwach. SCE „Flandria” Spółdzielnia Europejska z o.o. jest kooperatywą Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy „Flandria”, Fundacji Wzajemnej Pomocy i trójki belgijskich partnerów, działającą zgodnie z zasadą „jeden podmiot – jeden głos”. – Naszym celem jest sytuacja, w której działalność gospodarcza będzie pokrywała całość kosztów działalności społecznej – obecnie dostarcza ok. 30% potrzebnej kwoty – roztacza plany p. Skrzypiec-Sikorska. Aktualnie znaczna część środków pochodzi od belgijskich partnerów oraz z konkursów dotacyjnych. Niestety, podobnie jak w wielu innych organizacjach, nie można liczyć na ofiarność członków. – Ludzie dają więcej z siebie, tzn. chętniej podejmują pracę społeczną, ale mam wrażenie, że coraz mniej chętnie przekazują środki finansowe – mówi p. Ineza.
Pączkowanie
Z czasem działalność Stowarzyszenia objęła znaczne obszary woj. kujawsko-pomorskiego, a nawet Poznań i Trójmiasto. Członkowie „Flandrii” starają się trafiać na prowincję, organizując w małych miejscowościach punkty apteczne czy ośrodki wolontaryjne (punkt 4. Misji: Wolontariat jako ważny element realizowania idei wzajemnej pomocy). Na przykład w Jaksicach, oddalonych od Inowrocławia o 10 km, co prawda istniała poradnia, ale już po leki pacjenci musieli jeździć do miasta. Dlatego „Flandria” otworzyła tam placówkę z podstawowymi medykamentami – Punkt Apteczny z Sercem.
Do każdego miasta przypisany jest koordynator, zajmujący się nie tylko organizacją wspomnianej działalności, lecz także miejscowym sztabem wolontariuszy. W samym Inowrocławiu jest ich ponad 120, a we wszystkich placówkach ok. pół tysiąca. Przechodzą profesjonalne szkolenia z zakresu psychologii, socjologii, pedagogiki, medycyny, pierwszej pomocy itp. Koordynator dba także o organizowanie zajęć dla dzieci, osób starszych (np. w klubach 55+) czy niepełnosprawnych.
Mimo niezaprzeczalnych sukcesów zarząd nie spoczywa na laurach. – Daleka jestem od satysfakcji w kwestii liczby członków. Pokutuje niechęć do zapisywania się, wyniesiona z czasów komunistycznych – stwierdza p. Ineza. Taka opinia może budzić zdziwienie, skoro Stowarzyszenie liczy ok. 7 tys. członków – to bardzo duża liczba jak na polskie realia. Jednak belgijski partner „Flandrii” – Federacja Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych – ma ich aż 4,5 mln, co stanowi ok. 45% obywateli Belgii. Tak jak w przypadku wielu organizacji pozarządowych, do „Flandrii” przychodzą ludzie i chcą, by podjęła taki czy inny temat. –Mówię im: zostańcie naszymi członkami, wówczas będziemy reprezentować Wasze interesy, a jeszcze lepiej będzie, jeśli sami się zaangażujecie w rozwiązanie problemu – opowiada liderka. Stowarzyszenie ma ambicje reprezentować pacjentów, a duża liczba członków dawałaby do tego legitymację.
Przeszkodą w członkostwie nie powinny być finanse, gdyż składki są niewysokie. Zaledwie 2 zł rocznie upoważnia do uczestnictwa w zebraniach i imprezach organizowanych przez Stowarzyszenie. Natomiast do korzystania z rabatów w sklepie, aptece czy podczas nabywania usług medycznych czy sanatoryjnych wystarczy składka w wysokości 10–15 zł za każdą z tych sfer (progi są różne w poszczególnych miastach). – Składki mają znaczenie symboliczne, ale w ten sposób podkreślamy, że każdy jest odpowiedzialny za nasze funkcjonowanie. Chcemy, żeby członkowie wiedzieli, jak wiele od nich zależy. To pozytywnie wpływa na ich aktywność: chętniej przychodzą na zebrania i włączają się w sprawy stowarzyszenia, np. informując, że brakuje takich czy innych usług – wyjaśnia p. Skrzypiec-Sikorska.
Lepiej zapobiegać, niż sprzedawać
Wiele wagi przykłada się we „Flandrii” do reintegracji społecznej osób niepełnosprawnych, np. poprzez organizowanie Międzynarodowej Spartakiady Osób Niepełnosprawnych, których pod szyldem Stowarzyszenia odbyło się już 10, a w każdej brało udział 400–500 zawodników oraz pokaźne grono osób towarzyszących. – Nie chodzi o olimpijskie wyniki, ale o wspólną zabawę, na którą przyjeżdżają uczestnicy nawet z Belgii, Niemiec czy Rumunii – mówi z dumą szefowa organizacji (punkt 1. Misji: Integracja ze społeczeństwem osób zagrożonych wykluczeniem społecznym i osamotnionych).
Ważną rolę w działaniach odgrywa także profilaktyka zdrowotna. Przynajmniej raz w miesiącu działacze Stowarzyszenia organizują dużą akcję z tego zakresu. Podczas mojej wizyty w Inowrocławiu przygotowywali cykl bezpłatnych badań tarczycy, a wcześniej miało miejsce m.in. edukowanie obywateli w zakresie higieny snu, zdrowych stóp i kręgosłupa. – Wolimy, żeby ludzie zapobiegali chorobom, niż przychodzili kupować u nas sprzęt – wyjaśnia p. Ineza. W dziedzinie profilaktyki „flandryjczycy” współpracują z innymi organizacjami, wyspecjalizowanymi w danej tematyce.
Choć takie akcje są bez wątpienia niezwykle potrzebne, pani prezes narzeka na ich oddźwięk społeczny. – Przychodzi mało osób. Kiedy już przyjdą, ludzie są zachwyceni, że oferujemy im rzetelne informacje, nie wciskając przy okazji masy produktów „w atrakcyjnych cenach”. Problem bierze się stąd, że wiele firm pod płaszczykiem spotkań profilaktycznych organizuje promocję i sprzedaż własnych leków czy sprzętu medycznego. Ludzie tego nie lubią i przykładają do nas tę samą miarę. Zaś Iwona Przybyła dziwi się: Wiemy, że nasze akcje są śledzone przez mieszkańców zarówno na naszej stronie, jak i na profilu na Facebooku, a mimo to frekwencja jest niska. A szkoda, bo Polacy wciąż wolą „inwestować” w leki, niż zapobiegać chorobom. Pod tym względem jesteśmy w europejskiej czołówce: statystyczny Polak spożywa 4,5 tabletki dziennie.
Poza wspomnianymi działaniami w sferze medycznej „Flandria” organizuje w małych miejscowościach kolonie dla dzieci z niezamożnych rodzin, by miały okazję poznać coś oprócz najbliższej okolicy. Z kolei Klub „Flandryjka”, animowany głównie przez starszych nastolatków i studentów, organizuje zajęcia pozaszkolne, w ramach których pomagają młodszym koleżankom i kolegom w uzupełnianiu wiedzy i rozwijaniu zainteresowań. Natomiast najstarsi organizują się głównie w celu wspólnego aktywnego spędzania czasu. Klub 55+ składa się przede wszystkim z kobiet, które stowarzyszyły się w strukturę z własnym zarządem, koordynując działania na rzecz seniorów. – Zapisując się do „Flandrii”, można też poprosić, by wolontariusz odwiedzał osobę samotną w domu i np. chodził z nią na spacery – mówi Magdalena Czajkowska, obsługująca sekretariat.
Obecne plany „Flandrii” to zorganizowanie ruchu pacjentów i pracowników służby zdrowia w celu ciągłego usprawniania i lepszego funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce.
Siedzibę „Flandrii” odwiedziłem w piątek, gdy pacjentów było w niej niewielu właśnie z powodu mojej umówionej wizyty. Mimo to podczas rozmowy do gabinetu p. Inezy zastukała pacjentka – tylko po to, by powiedzieć: Dzień dobry, chciałam się przywitać. W powietrzu czuć już weekend, mimo to pani Magda ledwie znalazła dla mnie chwilę. Podczas wywiadu miałem wrażenie, że wyłoniła się z gąszczu papierów pokrywających biurko. Siedząca obok księgowa odpowiadała znad tabel. Pani Monika cały czas kątem oka zerkała na telefon (niechcący przeszkodziłem jej w rozmowie z jedną z pielęgniarek wizytujących podopiecznego „Flandrii”), zaś pani Iwonie przerwałem redagowanie informacji prasowej.
Oczywiście co jakiś czas ktoś odchodzi, przede wszystkim z uwagi na niewysokie zarobki, jakie może zaproponować pracownikom organizacja społeczna. Wyraźnie jednak czuć, że dla tych, którzy zostają, wielkie słowa z cytowanych w tekście Misji i Wizji znaczą naprawdę dużo – na serio dbają o dobro innych i wzajemną pomoc.
przez Konrad Malec | niedziela 8 lipca 2012 | nasze rozmowy
O bieżących problemach pracowników najemnych – „reformie” emerytalnej, płacy minimalnej, roli związków zawodowych itp. – rozmawiamy z dr. Stéphanem Portetem, dyrektorem S.Partner/Grupa Syndex, autorem licznych publikacji dotyczących gospodarki, stosunków pracy, polityki społecznej i dialogu społecznego w Polsce.
***
Związki zawodowe, w szczególności „Solidarność”, podejmują ostatnio sporo kwestii istotnych z punktu widzenia ogółu pracowników. Jesteśmy ciekawi, jak Pan – jako ekspert – ocenia słuszność ich postulatów. Zacznijmy od sporu o podwyższenie wieku emerytalnego. Kto miał w nim rację: związki czy rząd, powołujący się na długofalowe prognozy demograficzne?
Stéphane Portet: Jeśli chodzi o prognozy demograficzne, to rozwiązania rządowe nie są w stanie ich zmienić. Gdy prognozy się sprawdzą, mamy przed sobą ogromny problem – szacuje się, że w roku 2060 będzie w Polsce 40% mniej pracowników niż dzisiaj. Nie zrównoważy tego ubytku wydłużenie czasu pracy kobiet o 7, a mężczyzn o 2 lata. Oczywiście twierdzenie, że nic nie można zrobić, nie ma sensu. Warto zwrócić uwagę, że w dyskusji wokół reformy emerytalnej mówi się dużo o stosunku liczby osób pracujących do liczby emerytów, a zapomina się o tym, na ile w ogóle osoby pracujące są skłonne płacić na emerytów. A właśnie w tym tkwi główny problem – w podziale bogactwa nie tylko za wiele lat, ale już dzisiaj. Sporo osób w Polsce dokłada bardzo mało do systemu emerytalnego albo wręcz nie dokłada wcale. I nie mam tu na myśli tylko rolników, ale przede wszystkim ludzi, którzy bardzo dużo zarabiają.
Drugi problem to fundusze emerytalne. Nie można dłużej utrzymywać systemu, który jest tak niepewny, nierentowny i kosztowny, a który – jak pokazały ostatnie lata – jest absolutnie do niczego. Cieszy mnie, że w ostatnich miesiącach „Solidarność” zaczęła się bardziej krytycznie odnosić do tego systemu.
Należy skończyć z iluzją. Wartość osobistych oszczędności zależy od wyceny aktywów i oprocentowania lokat pieniężnych. Tak więc wysokość emerytury (lub innych dochodów) w obecnym systemie uzależniona jest od tego, co wyprodukuje osoba pracująca. Dzieje się tak niezależnie, czy dochody – emerytalne i inne – bazują na składce emerytalnej, czy na wysokości stóp procentowych, czy na cenach nieruchomości lub akcji – ich wartość zależy od ceny, którą kupujący (lub najemcy) są skłonni zapłacić. Otóż emeryci w celu sfinansowania emerytury sprzedają swoje akcje, wynajmują lub sprzedają swoje nieruchomości właśnie osobom pracującym. Biorąc pod uwagę przewidywany gwałtowny spadek liczby osób pracujących w Polsce, istnieje uzasadnione podejrzenie, że ceny aktywów mogą spaść dramatycznie (szczególnie nieruchomości) po prostu dlatego, że takie jest prawo popytu i podaży. Chyba że zagraniczni inwestorzy będą zainteresowani takim sposobem inwestowania lub Polska stanie się krajem imigrantów. To, co otrzymuje emeryt, pochodzi z aktywów – i to niezależnie od systemu. Im mniej osób pracujących, czyli tworzących te aktywa (poprzez składki emerytalne) lub nabywających je, tym gorzej dla każdego systemu emerytalnego.
Kolejną kwestią podejmowaną przez związki zawodowe jest temat tzw. umów śmieciowych, które nie dają pracownikom poczucia stabilności zawodowej i finansowej. Jednocześnie mamy również wysoki wskaźnik bezrobocia. Czy walka o bardziej stabilne formy zatrudnienia oraz walka z bezrobociem nie są do jakiegoś stopnia sprzeczne – tak próbują nam wmówić duże media i liberalni „eksperci”? Co by im Pan odpowiedział?
S. P.: Jeśli ktoś tak myśli, niech przedstawi badania, które to potwierdzą. Nawet OECD od dawna nie propaguje już takich bajek. Nie istnieje związek między poziomem elastyczności rynku pracy a poziomem bezrobocia. Co ciekawe, Polska jest krajem o jednym z najwyższych wskaźników wzrostu gospodarczego w Europie, ale też o jednym z największych wskaźników bezrobocia. Dzieje się tak właśnie przez umowy śmieciowe – to one sprawiają, że wiele osób nie ma stałego zatrudnienia. Ryzyko związane z prowadzeniem biznesu polega m.in. na tym, że na początku każdego miesiąca trzeba zapłacić pracownikom. Dzisiaj ten ciężar jest zrzucany z ramion pracodawcy na barki pracowników lub społeczeństwa – bo ludzie, którzy są bezrobotni, są na garnuszku państwa, na garnuszku swoich kolegów-pracowników.
Problem w tym, że umowy śmieciowe są legalne. Ludzie robią to, co mogą zrobić, co się im pozwala robić. Właściwie jest to prawnie usankcjonowana forma nadużycia prawa – pozwala omijać prawo pracy przez kodeks cywilny. Moim zdaniem opinie, że bez umów śmieciowych zwiększy się bezrobocie, to kompletna bzdura. Jedyną zaletą umów śmieciowych dla pracodawców – i czasem dla pracowników – jest to, że nie trzeba płacić składek do ZUS-u. Według tej logiki jeśli ktoś uważa, że brak umów śmieciowych równa się bezrobocie – to znaczy, że ubezpieczenie społeczne powoduje bezrobocie. Chyba nikt nie jest tak głupi, żeby się z tym zgodzić.
Jakie w takim razie, Pana zdaniem, działania powinny zostać podjęte przez państwo w związku z tymi dwoma problemami: umowami śmieciowymi i wysokim wskaźnikiem bezrobocia?
S. P.: Należy zlikwidować umowy śmieciowe. Praca na umowę zlecenie czy na umowę o dzieło niech funkcjonuje, ale w zawodach, dla których faktycznie to jest zasadne – tak może pracować na jednorazowe zlecenie jakiejś firmy np. hydraulik czy mechanik mający własną działalność gospodarczą. Natomiast to, co powszechnie widzę, a co nie powinno mieć miejsca, to ludzie pracujący na tego typu umowach np. w redakcjach dużych gazet czy w organizacjach pozarządowych. To osoby, które mają normalną, stałą pracę w wymiarze ciągłym, a mimo to pracują na umowach zlecenie albo na umowach o dzieło. Jak sobie z tym poradzić? Wzmocnić kontrole ze strony Państwowej Inspekcji Pracy, a kary muszą być surowe. To jedyny sposób. Oczywiście należy też ujednolicić system składek dla wszystkich – niezależnie od rodzaju umowy.
Niedawno, jak co roku, przetoczyła się dyskusja na temat płacy minimalnej. I znów nasze pytanie odnoszące się do wszechobecnej propagandy liberalnej: czy związkowcy opierają swoje żądania na rzetelnej wiedzy ekonomicznej oraz odpowiedzialności za stan gospodarki?
S. P.: Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy żądania związkowców są oparte na rzetelnej wiedzy ekonomicznej, wystarczy zastanowić się: jak można wyżyć w Polsce z takiej pensji, w wysokości 1500-1600 zł brutto? Płaca minimalna to minimum wystarczające nawet nie do życia, lecz do przeżycia. Żądania związkowców nie wynikają właściwie z zasady ekonomicznej, lecz z zasady moralnej, która podyktowana jest prostym faktem, że w Polsce nie można przeżyć poniżej tego progu, a nawet na tym poziomie jest to bardzo trudne. Jeśli ktoś twierdzi, że propozycja płacy minimalnej na poziomie 1600 zł brutto (czyli ok. 1200 zł „na rękę”) jest nierozsądna – niech spróbuje przeżyć za te pieniądze w Warszawie. Jeśli komuś brakuje rzetelnej wiedzy ekonomicznej, to nie związkowcom, lecz właśnie takim ludziom.
Zamiast utrzymywać płacę minimalną na niskim poziomie, należałoby może pomyśleć o selektywnym zmniejszeniu kosztów pracy. W pewnych regionach, firmach czy branżach koszty pracy wynoszą 2500 zł za osobę i to może być zbyt wysoka kwota. Dlatego można małym firmom, które dopiero się rozwijają w regionach trudnych pod względem ekonomicznym obniżyć wysokość składek do ZUS-u lub do Funduszu Pracy na okres kilku lat. Za to firmy, które mają lepsze wyniki i wyższą rentowność, niech płacą więcej, żeby utrzymać równowagę sytemu.
W kwestii reformy emerytalnej propozycje związków zostały przez koalicję rządową oraz prezydenta całkowicie zlekceważone. Czy Pana zdaniem polskie związki są w stanie skutecznie walczyć o interesy ogólnospołeczne, na poziomie kraju? Jakie są ich największe atuty, a jakie słabości w tej dziedzinie?
S. P.: Problem polega na tym, że aby być skutecznym, trzeba mieć wsparcie polityczne. Okazuje się, że związki, jeśli weźmiemy pod uwagę np. akcje podejmowane przez „Solidarność” w sprawie reformy emerytalnej, miały duże poparcie w społeczeństwie. Mnóstwo osób było przeciwnych reformie emerytalnej – problem w tym, że to samo społeczeństwo wcześniej głosowało na ludzi, którzy teraz chcą tę reformę wprowadzić. Największy problem związków zawodowych w Polsce polega właśnie na tym, że nie mają żadnego partnera w polityce. SLD pokazał, że nie jest partnerem dla OPZZ a PiS dla „Solidarności”, bo gdy były u władzy, często prowadziły politykę antypracowniczą. Ci, którzy deklarują poparcie dla związków, często później, będąc u władzy, odwracają się od nich.
Drugi problem związków zawodowych w Polsce to ich słabość – nie pod względem liczebności, bo w tym aspekcie są o wiele silniejsze niż np. związki francuskie, lecz pod względem braku umiejętności mobilizacji pracowników. Od 10 lat mojej działalności w Polsce nigdy nie widziałem demonstracji zorganizowanej przez związki zawodowe, na której zebrałby się milion ludzi. Moim zdaniem to efekt tego, że w Polsce system prawny i ustawy o związkach zawodowych nie zachęcają do prowadzenia działalności związkowej w przedsiębiorstwach. Tymczasem bardzo ważny jest kontakt związków z pracownikami: ich codzienne informowanie, mobilizowanie, organizowanie spotkań z załogą. Związki zawodowe są również bardzo słabe z logistycznego i finansowego punktu widzenia. Ich zasoby finansowe są nieporównywalne do tych, jakimi dysponują organizacje pracodawców. Tworzenie rad pracowników może to zmienić, jednak związki zawodowe nadal nie zrozumiały korzyści, jakie mogłyby z tego dla nich płynąć.
Podwyższenie wieku emerytalnego udało się przeforsować także innym europejskim rządom. Czy oznacza to, że również na Zachodzie pracownicy nie są w stanie skutecznie przeciwstawiać się ograniczaniu ich praw?
S. P.: Sytuacja innych krajów jest diametralnie różna od tej w Polsce. Warto też przy okazji przyjrzeć się innym rozwiązaniom, np. we Francji niedawno prezydent przywrócił granicę prawa do emerytur od 60. roku życia.
Trzeba wziąć pod uwagę, że realny wiek emerytalny to po prostu wiek, w którym ludzie faktycznie przechodzą na emeryturę, tzn. przestają pracować. Mamy w Europie różne systemy emerytalne. W Anglii czy Irlandii, gdzie system jest oparty przede wszystkim na funduszach emerytalnych, kwestia wieku przestaje mieć znaczenie, bo ludzie idą na emeryturę, gdy mają wystarczająco dużo pieniędzy, żeby to zrobić. Natomiast tam, gdzie wiek emerytalny jest związany z systemem publicznym, trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inne kwestie. Jeśli chcemy równać z ustawowym wiekiem emerytalnym do innych krajów i zwiększać go docelowo o 10 lat, to trzeba wziąć pod uwagę, że te 10 lat przed emeryturą jest zupełnie inne dla pracowników w tamtych państwach niż dla pracowników w Polsce. Są kraje, gdzie ludzie mogą ostatnie lata przepracować np. na pół etatu i dostać później w ramach emerytury taką samą kwotę, jak gdyby pracowali na cały etat.
System emerytalny to nie tylko kwestia wieku emerytalnego, ale także wielu innych elementów, które muszą ze sobą współgrać. Tymczasem w Polsce podwyższono wiek emerytalny, nie zważając na to, że Polacy, którzy skończyli pracować w wieku 60 lat, przepracowali od 30 do 50% więcej w skali swego życia niż pracownicy z innych krajów europejskich. Francuzi pracują 1500 godzin rocznie, Anglicy mniej niż Francuzi – z tego względu, że tam dużo ludzi pracuje w niepełnym wymiarze, a Niemcy jeszcze mniej. Jeśli w sektorze przemysłowym, motoryzacyjnym, np. w fabryce Volkswagena w Niemczech pracownik pracuje 28 godzin w tygodniu, podczas gdy jego kolega w Polsce – 40 godzin, to zrównywanie ich wieku emerytalnego jest po prostu niesprawiedliwe. Nie można porównywać systemów w różnych krajach i tłumaczyć, że w Polsce zrobiono to samo, co we Francji, Anglii czy w Niemczech, bo to są zupełnie inne rzeczywistości.
Skoro „bojowe” działania związków w Polsce nie przynoszą rezultatów, to może trzeba upatrywać nadziei w mniej konfliktowych metodach? Czy widzi Pan szanse na realny dialog społeczny w Polsce?
S. P.: Dialog społeczny musi się zacząć od firm, zresztą jest on właściwie obowiązkiem narzuconym przez dyrektywy unijne – czas najwyższy zacząć je szanować. Oczywiście mamy w Polsce pracodawców, którzy są przychylni dialogowi społecznemu i go prowadzą, wielu jednak tego nie robi. Tymczasem pracodawcy powinni mieć stały kontakt z pracownikami, informować ich, współpracować z nimi – gdyby zostali do tego zmuszeni, może w końcu zrozumieliby, że jest to po prostu korzystne dla nich samych. Trzeba sobie uświadomić, że skończył się czas, gdy polscy pracownicy byli tani. Dzisiaj tańsi od nich są choćby Portugalczycy czy Grecy. Dlatego trzeba będzie współpracować z załogą, żeby pozostać konkurencyjnym. Ważną kwestią jest również brak odpowiednio wykwalifikowanej siły roboczej. Już teraz w różnych sektorach, np. w spożywczym, brakuje pracowników o pewnych rzadkich, zanikających umiejętnościach. Bez dialogu społecznego, bez wsparcia pracowników, bez poszanowania związków zawodowych, bez transferu umiejętności między pracownikami doświadczonymi a młodymi – współczesne firmy po prostu nie mają przyszłości. Myślę, że z jednej strony prawo, a z drugiej potrzeby adaptacyjne firmy będą powodowały, że dialog społeczny stanie się fundamentalnym narzędziem rozwoju firm.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Magdalena Wrzesień, 5 lipca 2012 r.
przez Konrad Malec | poniedziałek 25 czerwca 2012 | nasze rozmowy, Zbigniew Romaszewski
Niedawno minęła 30. rocznica utworzenia Radia Solidarność i emisji jego pierwszych audycji. Rozgłośnia powstała w mrocznych czasach stanu wojennego, by wspierać walkę z zamordystycznym reżimem, dodawać otuchy, propagować niezależne informacje. To nie tylko historia pełna odwagi i pasji – to także temat wciąż aktualny, bo choć zmieniły się realia polityczne i technologiczne oraz regulacje prawne, to nadal trwa walka o wolne słowo i swobodną myśl, co pokazały choćby protesty w sprawie ACTA. Z okazji 30. rocznicy powstania Radia Solidarność rozmawiamy z Zofią Romaszewską – zasłużoną wieloletnią działaczką opozycji demokratycznej, obrończynią praw człowieka, a obecnie m.in. członkinią Rady Honorowej „Nowego Obywatela”.
***
Była Pani razem z mężem, Zbigniewem Romaszewskim, pomysłodawczynią podziemnego Radia Solidarność, które zaczęło nadawać w kwietniu 1982 r. Skąd wziął się pomysł na rozgłośnię?
Zofia Romaszewska: Chcieliśmy po prostu odezwać się do ludności Warszawy, aby wiedziała, że „Solidarność” żyje mimo represji stanu wojennego i zepchnięcia Związku do podziemia. Czuliśmy, że musimy coś zrobić, aby podnieść ducha narodu, poprawić nastroje społeczne. Ludzie łatwo wpadają w pesymizm, a nam chodziło właśnie o to, żeby nie było tak pesymistycznie i ponuro.
Mieliśmy nadajnik zrobiony przez inżyniera Kołyszkę. On z założenia nie miał nadawać audycji, lecz służyć do porozumiewania się między zakładami pracy, to było takie jakby CB-radio. Postanowiliśmy, że pierwszą audycję nadamy, gdy większość milicjantów wyjedzie z Warszawy. Wiadomo było, że tak się stanie, bo stan wojenny był wyczerpujący dla wszystkich, również dla nich. I rzeczywiście, dano im urlopy na Święta Wielkanocne. W Wielki Piątek rozrzuciliśmy ulotki informujące o Radiu Solidarność, a w Poniedziałek Wielkanocny 12 kwietnia nadaliśmy pierwszą audycję, nie wiedząc, kto nas będzie słuchał, czy w ogóle ktoś nas będzie słyszał, jak daleki mamy zasięg itp. Bardzo szybko zaczęto nas zagłuszać przy pomocy muzyki, którą nazywaliśmy „dyskoteką Kiszczaka”, ale na początku było nas słychać świetnie. Trzeba powiedzieć, że MSW poniosło spore koszty z naszego powodu, bo w pewnym momencie Warszawa była pełna pelengatorów, na wielu domach były instalowane na stałe.
Jak wyglądała organizacja takiego radia podziemnego?
Z. R.: Nagrywaliśmy audycje w domu na zwykłym magnetofonie, dopiero później mieliśmy porządniejszy sprzęt. Warunki pracy były prymitywne. Musieliśmy sprzęt trochę obstawić poduszkami, żeby nie było pogłosu. I to było nasze studio. Przy okazji drugiej audycji taśmę skleiliśmy prowizorycznie, w efekcie czego nie wytrzymała i zerwała się w trakcie nadawania. Okoliczności tej audycji były bardzo efektowne, bo Warszawa była cała niebieska od milicyjnych samochodów. Wcześniej milicjanci ustalili mniej więcej przy pomocy pelengatora, skąd możemy nadawać i obstawili dzielnicę. Zajmowali cały kwartał ulic w okolicach Żelaznej Bramy. Gdy taśma się zerwała, ludzie pomyśleli, że nas złapano, i zaczęli z okien zrzucać doniczki na milicjantów. A my byliśmy bezpieczni – nadawaliśmy wtedy i wiele razy później z szybu windy, skąd wystawialiśmy tzw. szczupakówkę, czyli wędkę z anteną. A pierwszą audycję nadawaliśmy z dachu domu na rogu ulic Grójeckiej i Niemcewicza.
Proszę opowiedzieć trochę o tematyce audycji – o czym mówiliście w „podziemnym eterze”?
Z. R.: Ja od zawsze zajmowałam się interwencjami na rzecz osób poszkodowanych i represjonowanych, stąd też najbardziej interesowała nas taka tematyka. Kogo posadzili, a kogo wypuścili z więzienia, jak bezpieka czy milicja odnoszą się do zatrzymanych czy aresztowanych, jak zachowują się klawisze w więzieniach, w jakich warunkach przetrzymywani są nasi koledzy, czy mają dostęp do książek, do opieki medycznej, do mszy św., jak przebiegają widzenia z rodzinami itd., itd. W pierwszej audycji zajęliśmy się sytuacją Stasia Matejczuka. Przedostała się na wolność informacja z Aresztu Śledczego na Rakowieckiej, że był w trakcie przesłuchań bardzo pobity i marnie się czuje. Myśmy tę informację puścili w eter i już po paru dniach w telewizji pokazano naszego kolegę, jak robi pompki, co oczywiście miało świadczyć o tym, że jest zdrów jak rydz. Takich problemów w tym czasie było dużo, więc było o czym mówić.
Radio miało też służyć do informowania o demonstracjach, mszach i wszelakich spotkaniach w zasadzie legalnych, na które chcieliśmy się zwołać.
Koledzy mieli również skłonności do propagowania idei, które uważali za ważne i sądzili, że odbiorcy z przyjemnością posłuchają poglądów podobnych do swoich i że w tych słusznych poglądach się umocnią.
Kiedy Radio przestało funkcjonować?
Z. R.: Ostatecznie zakończyliśmy nadawać w 1989 roku. Gdy nas aresztowali, Radiem zajmował się np. Jurek Jastrzębowski, a później już inni koledzy przejęli sprawę. Potem Radio zaczęło oddziaływać nawet poprzez telewizję – umieszczali napisy „Solidarność żyje” czy „Solidarność walczy” w trakcie Dziennika TVP albo np. jakiejś mowy Jaruzelskiego. Niestety, zasięg tych akcji był nieduży – gdy się nadawało z jednego bloku, to docierało tylko do bloków sąsiednich. Inaczej było w przypadku tego malutkiego radyjka, które gdy się umieściło wysoko, na dachu, było słyszalne znacznie dalej.
Zadziwiające, że pomimo takiego nakładu sił i środków ze strony MSW nie udało im się zlikwidować Radia.
Z. R.: Mieliśmy bardzo rozdrobnioną strukturę i – poza kilkoma najbliższymi współpracownikami – nie znaliśmy się nawzajem. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą, żeby uniknąć identyfikacji. Kiedy już po 1989 r. spotkaliśmy się, byłam zdziwiona, że było nas aż tylu i z tak różnych miast. Od pewnego momentu Radio niesamowicie się rozprzestrzeniło. Jak stwierdził mój mąż, wszystkie instytuty fizyki, techniczne itp. pracowały, żeby Radio Solidarność mogło grać. Nagle zrobiło się dużo nadajników. Na początku nasze audycje były kopiowane i nadawane w różnych miejscach, np. ktoś jechał do Gdańska albo do Krakowa i tam nadawał. A później te miejsca stawały się kolejnymi ośrodkami Radia i ludzie realizowali już własne pomysły – tak było np. we Wrocławiu czy w Świdniku pod Lublinem i w wielu innych miastach Polski.
Osoby, które wspierały Radio, były niezwykle pomysłowe. Mnie chyba najbardziej zaimponował taki wynalazek, który dostałam już po wyjściu z więzienia. To był mały nadajniczek, ukryty w pudełku po zapałkach, którym można było zagłuszać radiowozy milicyjne. Stawało się z takim pudełkiem obok radiowozu-matki, który kontrolował ileś „córek”, i radiowozy natychmiast traciły ze sobą łączność.
Czy Pani wie, jakich miała odbiorców, kto słuchał Radia Solidarność?
Z. R.: Na początku słuchała nas Warszawa – i to dość masowo. Koledzy opowiadali nam, że gdy było wiadomo, że ma być audycja Radia Solidarność, to w drukarni, która znajdowała się w Domu Słowa Polskiego, wszyscy pracownicy mieli ze sobą takie małe odbiorniczki. I gdy o godz. 21 rozlegał się sygnał fujarki, rozpoczynający naszą audycję – maszyny stawały, wszyscy zaczynali słuchać. To był niesamowity sukces. Zresztą cała Warszawa wtedy mrugała światłami – umówiliśmy się na taki sygnał, żeby wiedzieć, kto nas odbiera. Gdy zobaczyliśmy te światła po raz pierwszy, to się popłakaliśmy ze wzruszenia.
A jaki był wymiar „wewnętrzny”, środowiskowy Radia Solidarność?
Z. R.: Nasze radio było bardzo ważnym sposobem aktywizowania sporej grupy ludzi. Jak już mówiłam, naukowcy wykazywali się niezwykłą pomysłowością, żeby ułatwić nam nadawanie i zwiększyć zasięg audycji. Była to również wspaniała przygoda dla młodzieży. Emiterami najczęściej byli ludzie młodzi i adrenalina dawała całkiem dobrze o sobie znać. Można się było wykazać i sprawdzić, bo pokonało się strach. W trudnych czasach nie jest źle udowodnić sobie, że jest się gotowym dla celów niemerkantylnych poświęcić nawet własną wolność. To była dobra szkoła życia i charakterów.
Trzy miesiące po tym, jak Radio zaczęło nadawać, została Pani aresztowana i skazana na trzy lata więzienia. Jaka była treść oskarżenia?
Z. R.: Rzekomo próbowaliśmy obalić siłą ustrój PRL-owski. Natomiast drugi zarzut dotyczył przynależności do zdelegalizowanego związku zawodowego „Solidarność”. Prawdę mówiąc, wtedy nie należałam do „Solidarności”, bo byłam pracownikiem Komisji Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność”, i w związku z tym uznałam, że nie będę u swojego pracodawcy należeć do jego związku. Ale oczywiście podczas procesu udawałam, że należę [śmiech].
Proces był absurdalny, zarzuty nie miały związku z rzeczywistością. W moim przypadku np. były bardzo wielkie dociekania, czy to jest na pewno mój głos, czy nie. Nasz kolega z Politechniki Wrocławskiej przekonywał podczas procesu, że tego absolutnie nie można ustalić, stwierdził również, że on w nagraniu wyraźnie rozpoznaje akcent środkowopolski czy kielecki [śmiech]. W ogóle to był niezły spektakl.
Radio Solidarność – obok innych mediów podziemnych – można by uznać za specyficznego prekursora dziennikarstwa obywatelskiego w Polsce. Interesowała się nim nie tylko nasza Służba Bezpieczeństwa, ale też enerdowska Stasi, czyli system wyraźnie się go obawiał. Jak Pani ocenia wpływ dzisiejszych mediów oddolnych na to, co się dzieje w Polsce? Czy mamy jakiś wpływ, czy to tylko „robota głupiego”?
Z. R.: Nam się wtedy również wydawało, że to, co robimy, to jest zdecydowanie „robota głupiego” i teraz też może się wydawać, że aktywność mediów oddolnych jest czymś podobnym. Ten, kto się tym zajmuje, ma wrażenie, że jego działanie nie ma żadnego znaczenia. Człowiek się nafatyguje, napracuje, jest strasznie zmęczony, a efektów swojej pracy nie widzi, bo to widać dopiero po latach. A potem to już w zasadzie nie wiadomo, czy te zmiany nastąpiły dzięki działaniom państwa, czy kogoś innego. Jednak to nigdy nie jest tak do końca. Jeżeli podobnych inicjatyw jest wystarczająco dużo, wtedy miara się przebiera – i wówczas następują zmiany. Natomiast dopóki nie ma tej „masy krytycznej”, to można odnieść wrażenie, że nic się nie dzieje, że to jest taka właśnie „robota głupiego”. Ale małe kroki mogą prowadzić do wielkich przemian. Kiedy my funkcjonowaliśmy, też mieliśmy wątpliwości i też nas dopadało poczucie beznadziei. Nie jest łatwo nakłonić obywateli do zmian, musi się ta „masa krytyczna” z jakiegoś powodu, czasem trudno powiedzieć z jakiego, uformować.
A jak ocenia Pani z perspektywy własnych doświadczeń kondycję dzisiejszych mediów oddolnych, obywatelskich? Wiadomo, że pojawiły się nowe możliwości, przede wszystkim Internet.
Z. R.: Internet jest rzeczą fascynującą i świetną, ale stanowi też w pewnym stopniu śmietnik. Dlatego zasadniczą sprawą jest, żeby nasze dzieci i wnuki nauczono myśleć, a współczesna szkoła – nie tylko u nas, ale i na świecie – tego nie uczy. Obecnie uczy się pewnego sposobu reagowania na określone hasła: hasło-odzew, hasło-odzew, jak w wojsku. I to powoduje, że media oddolne ze swoimi przekazami spotykają się z niezrozumieniem. Mimo że się używa słów prostych, mimo że się mówi o oczywistościach. Szkoła uczy bezmyślności – to po pierwsze. A po drugie – dzisiaj liczy się indywidualizm, a nie solidarność z innymi. Nie tworzymy grup ani społeczności, niszczymy poczucie tożsamości narodowych, wyznaniowych, ideowych itp. Żeby łatwiej było nami rządzić, społeczeństwo jest ogłupiane, a wspólnoty – likwidowane.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Konrad Malec, 15 czerwca 2012 r.