Lewica – reaktywacja?

Mniej więcej 90 lat temu pewien polski literat skomentował znany wiersz Włodzimierza Majakowskiego. Gdy rosyjski poeta, w pełnym żarliwości utworze, wzywał do maszerowania w lewo, nasz rodak odpowiedział na to uwagą, że kto ciągle skręca w lewo, ten się kręci w kółko.

Dziś to samo należałoby powiedzieć pod adresem prawicy. Trwa bowiem od jakiegoś czasu licytacja na to, kto jest bardziej prawicowy, kto bardziej antylewicowy i kto kogo głośniej nazwie „lewakiem”. Przy czym „lewakami” zdążyli zostać już niemal wszyscy. Dla miłośników ortodoksyjnego liberalizmu gospodarczego „lewakami” są nawet prawicowcy, jeśli nie składają pokłonów każdej „decyzji” niewidzialnej ręki rynku. „Lewakiem” jest każdy, kto nie przyklaskuje pomysłom prawicy lub czyni to z mniejszym entuzjazmem niż inni. „Lewakami” są Tusk i Gronkiewicz-Waltz, Tomasz Lis i Jerzy Owsiak, Ryszard Petru, Adam Michnik, niektórzy biskupi i księża, rowerzyści i wegetarianie, zwolennicy antykoncepcji i krytycy bicia dzieci, a nawet… Leszek Balcerowicz. Kto ciągle skręca w prawo, ten się kręci w kółko.

Cóż, nie lubimy płynąć z prądem, nigdy tego nie robiliśmy, więc nie przyłączymy się do kolejnego owczego pędu, tak jak nie przyłączaliśmy się do poprzednich. Lewica miała, podobnie jak prawica, swoje błędy, porażki, ślepe uliczki, zdrady ideałów itp. Ale miała też wiele wiekopomnych dokonań, wspaniałe idee, stanowi w większości krajów naturalną część sceny politycznej, potrzebną choćby tylko po to, żeby korygować błędy i ślepe uliczki prawicy. Dlatego, wbrew temu, co dzisiaj jest na fali, postanowiliśmy oddać głos lewicy.

W niniejszym numerze możecie przeczytać aż trzy obszerne wywiady z przedstawicielami i przedstawicielkami lewicy. Mówią rzeczy różne, nierzadko nie zgadzamy się z nimi, a nasi rozmówcy i rozmówczynie nie zgadzają się między sobą. Mają różne wizje Polski i różne wizje lewicowości, ale na pewno nie da się zbyć ich przemyśleń i recept obelgą o „lewactwie”. Chyba że ktoś chciałby się kręcić w kółko, ale wierzymy, że czytelnicy i czytelniczki „Nowego Obywatela” to osoby niechętne tak jałowym postawom i odruchom.

Oprócz rozmów z Hanną Gill-Piątek, Marceliną Zawiszą, Piotrem Ikonowiczem i Adrianem Zandbergiem przygotowaliśmy oczywiście także sporo innych materiałów. Warto zwrócić uwagę na dwa artykuły analizujące realia współczesnego kapitalizmu – rolę, potęgę i władzę gigantycznych koncernów oraz instytucji finansowych. Obraz, jaki wyłania się z tych tekstów, skłania do refleksji, że tak czy inaczej pojmowane ideały i rozwiązania lewicowe są warte uwagi. Z kolei blok tekstów poświęconych polskiemu dziedzictwu ideowemu przypomina nam, że lewica odcisnęła mocne pozytywne piętno w polskich dziejach – czy byli to socjaliści walczący zbrojnie o niepodległość i polskość, czy lewicujący kapłan dopominający się o prawa robotników, czy literaci portretujący ciężki los ludu.

A tekstów ciekawych i utrzymanych w tematyce podobnej mamy w tym numerze jeszcze więcej. Zapraszam do lektury!

Ile kosztuje życie?

Jedno z ostatnich upublicznionych zdjęć Barry’ego Hinesa przedstawia go stojącego na tle ciągnącej się w dół ulicy w rodzinnej osadzie górniczej Hoyland Common. To nieopodal Barnsley w Południowym Yorkshire, jednym z głównych zagłębi węglowych w Anglii. Oczywiście wydobycia węgla już dawno tam nie ma. Nie ma też między nami samego Hinesa. Zmarł w marcu ubiegłego roku. Ostatni poważniejszy tekst napisał w roku 2000, niewiele później zdiagnozowano u pisarza chorobę Alzheimera. Nie ma już wydobycia węgla i nie ma już Hinesa, ale została jego książka „Cena węgla”. „The Price of Coal” to dwuczęściowy film telewizyjny z roku 1977, wyreżyserowany przez Kena Loacha na podstawie scenariusza Hinesa. Później, na bazie skryptu, powstała sama książka. Dokładnie odwrotnie było niemal dekadę wcześniej przy okazji takiej współpracy, dzięki której obaj twórcy stali się znani szerokiej publiczności. Hines w roku 1968 wydał swą drugą powieść, „A Kestrel for a Knave”, która przyniosła mu pewną popularność, a rok później Loach na jej podstawie nakręcił film zatytułowany „Kes” – piękną, popularną, dziś już wręcz kultową opowieść o przyjaźni wrażliwego chłopca i sokoła, osadzoną w realiach górniczej miejscowości i dość bezdusznego systemu społecznego i edukacyjnego.

„Cena węgla” – w dzisiejszych czasach brzmi to dość myląco. Spodziewamy się raczej analizy wpływu CO2 na środowisko naturalne, jakość powietrza i klimat planety. A może rozprawy o tym, ile „wszyscy” „dopłacamy” do wydobycia węgla i utrzymania kopalń, w których jacyś dziwni ludzie – bo przecież ta narracja wskazuje, że nie należą do grona „wszystkich”, zwanych też czasami „podatnikami” – hobbystycznie lub na złość reszcie społeczeństwa zajmują się wydobyciem węgla. Którego, oczywiście, nikt nie chce i nie potrzebuje, bo przemysł nie bazuje na energetyce węglowej, w gniazdkach nie mamy prądu pochodzącego głównie z węgla, a nasze mieszkania i domy są zazwyczaj ogrzewane czymś innym.

Więc tak: to nie jest książka o klimacie ani o podatnikach. Jest o węglu i górnikach w epoce, w której cała nasza cywilizacja i dobrobyt bazowały na tym surowcu energetycznym. Bez niego nie byłoby prawie niczego, w tym nie byłoby późniejszych etapów rozwoju społeczeństwa, które już może myśleć i być w stanie przejść do rzeczywistości nie bazującej na węglu w tak dużym stopniu, a być może tylko w stopniu zaledwie niewielkim. Jest to książka o kapitalizmie, dążeniu do zysku, nieszanowaniu ludzkiej pracy i ludzkiego życia przez zarządców systemu. Jest o tym, że system, który oszczędza na ochronie zdrowia i życia zwykłych ludzi, nie oszczędza na fanaberiach elit. Jest o tym, że zwykli ludzie dostrzegają fałsz, niespójność i podłość tego wszystkiego, choć nie zawsze chcą i mogą to wyrazić lub są władni zmienić na lepsze. Nie jest to zatem książka o węglu, choć węgiel ma w tytule, a cała jej akcja kręci się wokół wydobycia węgla. Być może za 20 czy 50 lat ktoś napisze podobną książkę pod tytułem „Cena energii odnawialnej”. Bo dopóki nie zniknie system nakierowany na zysk i nie szanujący pracy, zdrowia i życia tych, którzy ów zysk zapewniają swoim wysiłkiem, dopóty takie książki będą powstawały. Nie o źródła energii tu bowiem idzie.

Akcja „Ceny węgla” rozgrywa się w (wymyślonej) kopalni Milton Colliery nieopodal wspomnianego Barnsley. Jej szefostwo dowiaduje się, iż zakład odwiedzi książę Karol w ramach dwudniowej wizyty w okolicy i zwyczajowego pokazywania księcia społeczeństwu, a księciu – społeczeństwa. Oczywiście nikt tu niczego nie ogląda na serio. Od początku chodzi o starannie wyreżyserowany teatrzyk. Kopalnia, jak wszystkie wówczas w Wielkiej Brytanii, jest państwowa, więc teoretycznie istnieją tam pracownicze ciała doradcze. Nikt się jednak nie przejmuje ich opiniami. Główny bohater, Syd, doświadczony górnik, zgłasza sprzeciw wobec wizyty oraz oświadcza, że jeśli mimo to dojdzie ona do skutku, to książę powinien zobaczyć kopalnię w jej stanie naturalnym. Jest to jednak gadanie do ściany. Zarząd wie lepiej, nie ma dyskusji, a jedyne, co udaje się wymóc, to tyle, żeby całą pokazówkę zrobić choć częściowo tak, aby jakieś drobne ulepszenia miały charakter długofalowy, nie tylko na czas wizyty.

I zaczyna się istny cyrk. Odnawianie tej – i tylko tej – części zakładu, którą odwiedzi „dostojny gość”. Sprzątanie, którego od bardzo dawna nie było. Sadzenie drzew i krzewów, malowanie latarni, ustawianie tabliczek informacyjnych (z łacińską sentencją Ex Tenebris Lux, co wyjątkowo zdumiewa górników rozmawiających w lokalnym dialekcie), malowanie szybu i wind pierwszy raz od dawien dawna (nie pamięta tego górnik pracujący „w Miltonie” od 30 lat), montowanie gumowych podkładek na siedzeniach kolejki wożącej węgiel, wmurowanie pod ziemią na ścianie jednego z pokładów tablicy upamiętniającej planowaną wizytę, zamówienie srebrnej grawerowanej laski sztygara jako prezentu dla księcia. Mnóstwo zamieszania, wysiłku i kosztów. Wszystko to na tle opisanego sucho, lecz wymownie górniczego wysiłku – ciężkiej, monotonnej i ryzykownej pracy. Z upływem czasu jeszcze przybywa zadań i kosztów. Jest remont drogi dojazdowej, która od lat była dziurawa. Jest zmiana kształtu hałdy i posadzenie na niej krzewów i kwiatów. Jest remont pomieszczeń biurowych, żeby podjąć gościa w luksusowych warunkach. Kolejne pomysły, starania, wydatki. Armia ludzi krząta się wokół „odpicowania” kopalni. Pozostała część górników musi pracować jeszcze bardziej ciężko, żeby utrzymać plan wydobycia. Bo wizyta wizytą, ale funty szterlingi muszą się zgadzać.

Wspomniany Syd robi za dyżurnego malkontenta. Ale nie dlatego, że po prostu lubi narzekać. Syd ma lewicowe poglądy. Cała ta szopka z rodziną królewską to nie jest jego bajka, a co dopiero, gdy rzecz dotyczy bezsensownych wydatków i wysiłków w kopalni, w której on pracuje. W jednej z rozmów w gronie kolegów z zakładu Syd oznajmia: „Mówię o wydawaniu tysięcy funtów z pieniędzy społecznych na wizytę, która nie potrwa dłużej niż dwie godziny. Podobno nas przycisnęło, podobno wszyscy mamy zaciskać pasa? Jak można się spodziewać, że ludzie będą to brali na poważnie, skoro widzą takie rzeczy?”.

Ale inni biorą to na poważnie. Hines sprawnie odmalowuje mechanizm, który polega na tym, żeby ludzi nie mających niemal nic, uczynić dumnymi i zadowolonymi z niematerialnego splendoru związanego z de facto przypadkową w tej kopalni oraz rutynową w ogóle wizytą księcia. „Ludzie tego chcą”, „ludzie pragną”, „ludzie są zadowoleni”, „zaszczyt”, „wyróżnienie”, „wyjątkowy traf”… Takie „argumenty” zamykają usta niemal wszystkim. A komu się nie uda zamknąć ich w ten sposób – jak Sydowi czy jednemu z emerytowanych górników (o porządkach na cześć księcia mówi on: „Pracowałem w tej kopalni przez pięćdziesiąt jeden lat, ale dla mnie nigdy nie zamietli placu”) – temu przywali się już bez patyczkowania i miłych słówek zupełnie inaczej. Słyszą, że są ekstremistami. I że w okolicznych kopalniach, gdzie działają bojowe związki zawodowe i dlatego to nie tam złoży wizytę książę, związkowcy to ponoć komuniści, choć nie ma żadnych dowodów na ich faktycznie komunistyczne poglądy czy przynależność organizacyjną. Znów mamy tu bardzo celnie odmalowany mechanizm urabiania opinii – gdzie nie wystarczy poczucie dumy z fantomowych korzyści, tam trzeba wykreować wroga i unurzać krytyków w błocie pomówień. Nawiasem mówiąc, czytelnikom i czytelniczkom wychowanym po naszej stronie dawnej żelaznej kurtyny jedyny „komunizm”, jaki przychodzi do głowy podczas lektury – jeśli nie są maniakalną prawicą, jakiej dzisiaj pełno – to podobieństwo opisu przygotowań do wizyty księcia Karola do opisów podobnych „ustawek” na cześć PZPR-owskich kacyków.

Z czasem coraz więcej pracowników zaczyna dostrzegać absurdalność podejmowanych starań. Bo koszty rosną i rosną – okazuje się choćby, że książę przyleci jednak helikopterem, co oznacza, iż remont rzadko uczęszczanej drogi nie miał wiele sensu, za to trzeba przygotować jeszcze i lądowisko. Zanim doszło do wizyty, ulewa zmyła wszystko z dawnej hałdy i zniweczyła wysiłki oraz sprawiła, że pieniądze wyrzucono w błoto – całkiem dosłownie. Przybywa natomiast wysłannik księcia, który szczegóły pokazówki planuje ze stoperem w ręku – kto ile kroków przejdzie w jakim tempie, kto gdzie stanie, kto co powie…

Wizyta księcia odbywa się zgodnie z planem. Wszystko udało się niemal idealnie, zarząd kopalni jest zadowolony. Książę odlatuje. I wtedy trzeba zejść na ziemię. W tym przypadku – pod ziemię. A pod ziemią są pieniądze, zysk, wyniki finansowe, poziom wydobycia. Wszystko tam jest, także ludzka harówka, choć ona okazuje się najmniej ważna. Bo oto czas i pieniądze stracone wskutek przygotowań do wizyty trzeba odzyskać za wszelką cenę. Naciska na to zarząd związku kopalń, więc szefostwo kopalni Miltona naciska na pracowników. W żołnierskich słowach dyrektor Forbes ruga sztygara Taylora i każe mu czym prędzej naprawić silnik jednego z urządzeń służących wydobyciu węgla, choć tamten sygnalizuje telefonicznie spod ziemi, że to nie taka prosta sprawa. Co kieruje dyrektorem? „Już widzę, co teraz będzie: stracimy dwie szychty i wydobycie spadnie. W okręgu rzucą okiem na dane i ten cholerny telefon nigdy się nie przestanie urywać” – wyjaśnia sekretarce. A sztygar pod ziemią mówi: „Wszyscy je [kłopoty] będziemy mieli, jak nie zrobimy tego silnika na piętnastce i nie zaczniemy dawać węgla. Forbes już mnie za to ochrzanił”.

Doświadczony górnik Frank Morris i praktykant Steve Oates zostali skierowani do naprawy silnika, a przy okazji mieli zrobić kilka innych rzeczy. Pośpiech, stres, brak doświadczenia młodego pomocnika – wszystko to skutkuje wybuchem metanu. Pod ziemią znajdowało się wielu pracowników. Większości udało się wydostać z rejonu wybuchu. Wśród nich był syn Syda, Tony. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Od razu znaleziono trzy ciała. Losy kolejnych czterech osób nie są znane przez długie partie książki. Wśród nich jest kopalniany „ekstremista” i „wichrzyciel”. Jego syn, wraz z innymi górnikami, wezwanymi rodzinami i ludźmi z lokalnej społeczności, długo czeka na wieści z dołu. Choć jest lekko ranny, zgłasza się do ekipy mającej podjąć próbę usunięcia zwałowiska, które zatrzymało oddział ratowników.

Świetnie, choć dość beznamiętnie odmalowane napięcie i oczekiwanie na uratowanie zasypanych górników jest dopełniane przez inne wątki. Na przykład rozmowy górników o przyczynach wypadku. „Robotnicy omijają przepisy bhp i nie stosują się do nich w imię produkcji, a kierownictwo przymyka oczy i ma nadzieję, że się uda” – mówi Bob Stacey. – „W końcu to nic dziwnego, no nie, jak nas tak naciskają? Gdybyśmy robili tak jak każą w książkach, to przez szychtę byśmy nie dawali nawet łyżki węgla. Wszyscy o tym wiedzą. Właściwie to aż dziwne, jak często nam to uchodzi”. A inny z górników, Jimmy, odpowiada na to swego rodzaju manifestem wplecionym między kolejne kęsy spożywanej kanapki: „Nie mielibyśmy nawet połowy tych wypadków, gdyby zamiast wiecznego kija i marchewki była należycie zorganizowana praca… […] Chodzi mi o to, że gdybyśmy mogli wprowadzić robotę na dniówki i samemu określać cele produkcyjne, to zapewnilibyśmy sobie bezpieczeństwo, prawda? Już byśmy dopilnowali, żeby bezpieczna praca i wydajność szły ze sobą w parze. Wtedy byśmy czuli, że to leży w naszym własnym interesie, no nie?”. Młody górnik, oczekujący na wieści o losach zasypanego ojca, przypomina sobie wówczas, iż „tata twierdził, że demokracja w przemyśle jest równie ważna jak walka o zarobki”. Nie, drodzy państwo, nie czytacie jakiegoś barrrrrrdzo rrrrradykalnego manifestu politycznego. To po prostu literatura popularna z czasów, gdy jej twórcy mieli prospołeczne poglądy, a zarówno im, jak i wielu czytelnikom/czytelniczkom przyświecała wiara w możliwość zaistnienia świata ciut lepszego niż ten zastany. Neoliberalizm nastał kilka lat później, zniszczył i nadzieję, i przemysł, i robotnicze społeczności, w których takie myśli mogły kiełkować nie tylko wśród intelektualistów.

Opis katastrofy w „Cenie węgla” to także inne wątki poboczne, mniej wprost polityczne, ale równie wymowne. Na przykład gdy na miejsce katastrofy przybywają dziennikarze żądni tylko sensacji – to chyba początek tabloidyzacji mediów – a górnicy o mało ich nie linczują. Albo gdy później ci sami dziennikarze natarczywie nagabują czekającą na wieści o mężu małżonkę Syda, wciąż nieodnalezionego, choć z czterech zasypanych jeden już zdołał ocaleć (uratowany i niesiony przez ratowników, stwierdza: „Ale kufelek to bym wypił”), a dwóch znaleziono martwych i pokawałkowanych siłą wybuchu. Kath z wściekłością rzuca w twarz gryzipiórkom: „Poczekajcie tylko, aż to wszystko przeminie, a my wystąpimy o następne podwyżki. Wtedy to już będzie inna śpiewka, co? Wtedy to będzie chciwość górników albo spisek komunistyczny. Znów będziemy nakładać okup na cały kraj. Wszystko, byle tylko zwrócić ludzi przeciwko nam… Jakoś nie chcieliście pisać o nas łzawych kawałków, jak były strajki w siedemdziesiątym drugim i siedemdziesiątym czwartym, co? Wtedy nie chcieliście odwiedzać nas w domach…”. Brzmi znajomo, prawda? Jak oskarżenie wobec niefikcyjnych liberalnych gadzinówek, które na przemian szczuły na górnictwo i „roszczeniowych związkowców” oraz tonęły w szlochach i wyrazach współczucia „dla ofiar tragedii i ich rodzin”, gdy w Rudzie Śląskiej i innych miastach zagłębi węglowych dochodziło do katastrof w kopalniach.

Syd przeżył. „Ma złamaną nogę, złamaną miednicę i ciężkie oparzenia piersi i ramion […] Był nieprzytomny, kiedy go wyciągnęli…”. I to już w zasadzie koniec książki. Bez happy endu, bo trudno za taki uznać śmierć pięciu górników i poważne dolegliwości głównego bohatera. Bez moralizowania i podawania na tacy jakiejś interpretacji przeczytanej historii, bo przecież czytelnicy/czytelniczki nie są głupi. Potrafią wyciągnąć wnioski z przebiegu wydarzeń, z szastania forsą na wizytę księcia, a oszczędzania na bezpieczeństwie w kopalni. Z całego, ledwie tu wzmiankowanego, tła tej historii – realiów ciężkiej pracy, skromnego życia rodzinnego, powtarzalności i monotonii losów górniczych rodzin, w których do rangi święta urasta czy to przyjazd księcia, czy lokalne rozgrywki w krykieta. Albo z takich, zapisanych gdzieś mimochodem dialogów, jak ten, w którym rodzice i żony oczekujący na wieści o zaginionych, rozmawiają o nich. Pani Dobson o synu: „Nigdy nie powinniśmy mu byli pozwolić na pracę w kopalni. Ja zawsze byłam temu przeciwna”. Pani King o mężu: „Nasz Ronnie dopiero miesiąc temu przestał brać zasiłek. Jak zamknęli Melton Main, był bez pracy sześć miesięcy. Nie miał gdzie pójść. Nie miał wyboru, jak tylko wrócić do tego”. To wszystko. Mimo iż wiecie, jak się skończyła ta historia, warto przeczytać książkę, bo to dobra literatura o ważnych sprawach. Najważniejszych.

Remigiusz Okraska

Barry Hines, Cena węgla, Książka i Wiedza, Warszawa 1985, przełożył Robert Ginalski. Książkę wydano „za komuny” w sporym nakładzie – 30 tys. egz. – dzięki czemu można ją bez trudu znaleźć dzisiaj w antykwariatach internetowych czy na Allegro w przystępnych cenach.

Baza jest najważniejsza

Dawno, dawno temu osią polityki oraz podziałów partyjnych i ideologicznych był stosunek do gospodarki, własności, dochodu narodowego i jego podziału. Czyli do tego, co niemodna dziś ideologia marksowska określała hasłowo mianem „bazy”, w kontrze do „nadbudowy”. Oczywiście inne kwestie również wpływały na identyfikacje polityczne. Jednak o tym, kto jest lewicą, kto prawicą, kto centrum, kto opcją umiarkowaną, a kto skrajną, decydował głównie zestaw postulatów i wartości odnoszących się do gospodarki i podziału jej owoców. Z czasem to wszystko się zagmatwało, skomplikowało, nierzadko zostało postawione na głowie.

Wydawałoby się, że nie ma nic ważniejszego. Że kluczowe powinno być to, czy mamy co jeść, w co się ubrać, gdzie i w jakich warunkach mieszkać, za co się leczyć, kształcić. Czy mamy pracę, dochody, czy możemy coś odłożyć na czarną godzinę lub czy w przypadku nastania czarnej godziny możemy się gdzieś zwrócić o pewną i bezwarunkową pomoc. Czy stać nas na wypoczynek, rozrywki intelektualne i kulturalne. I tak dalej. Jednak sprawy takie są dziś w debacie politycznej albo słabo obecne, albo dyskutowane jednostronnie.

W ostatnich dekadach mieliśmy dominację ideologii neoliberalnej. Prawie cała narracja o gospodarce polegała na powtarzaniu kilku zaklęć: własność prywatna to jedyne słuszne rozwiązanie, wolny rynek wszystko sprawiedliwie wyreguluje, podatki powinny być niskie, a państwo – ograniczone i tanie.

Pół biedy, gdy w ogóle dyskutowano takie kwestie. Ogromna część sporu i propozycji pozytywnych dotyczy zupełnie innych spraw. Głównie „tożsamości” – systemu wartości, postaw, wyborów moralnych, a w polskim przypadku także stosunku wobec przeszłości. Nietrudno zgadnąć, że taki obrót sprawy jest na rękę jednostkom i grupom uprzywilejowanym ekonomicznie. Znane powiedzonko mówi, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Nie rozmawiają, bo nie muszą – gdyż pieniędzy mają pod dostatkiem. Łatwo być idealistą lub idealistę udawać, jeśli posiadamy pełny portfel. Natomiast brak pieniędzy na żywność lub czynsz musi owocować materializmem. Materializm mógłby być jednak niebezpieczny dla tych, którzy pieniądze mają. Bo ci, którym ich brakuje, mogliby się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje i czy to sprawiedliwe, że jeden ma prywatny odrzutowiec, choć niekoniecznie pracował, a inny ma zdezelowane dwudziestoletnie auto, choć ciężko pracował. Żeby zatem jedni nie zajmowali się zbytnio myśleniem o pieniądzach, inni podsuwają im odmienne tematy. Nie mają chleba? Niech się kłócą o aborcję, związki partnerskie, wyklętych itd.

To oczywiście nie jest żaden spisek ani całościowo zaplanowana operacja odwracania uwagi. Nie jest również tak, że sprawy „tożsamości” nie mają żadnego związku ze sprawami „chleba”. Ale niezależnie od tego, czy jesteśmy hetero- czy homoseksualni, czy jesteśmy za czy przeciw aborcji, czy wolimy wyklętych od komunistów lub odwrotnie – mamy podobne żołądki i resztę podstawowych potrzeb materialnych. Dlatego „baza” powinna być jednym z kluczowych tematów naszych zainteresowań i refleksji.

W bieżącym numerze kładziemy na to szczególny nacisk, choć „od zawsze” był dla nas kluczowy. Zaczynamy od wywiadu z Thomasem Frankiem, który pokazuje, jak kwestie ekonomiczne zepchnęły na margines pozostałe wątki w kampanii wyborczej w USA. Nancy Fraser obwieszcza koniec „postępowości” realizowanej w sojuszu z bogaczami. Postulujemy wysokie podatki dla zamożnych. Przyglądamy się nierównościom społecznym. Rozmawiamy o losach mieszkańców dawnych PGR-ów. Przedstawiamy robotników, którzy przejęli fabryki od właścicieli. Zastanawiamy się, jak zorganizować w związki zawodowe pracowników „niestabilnych” sektorów. Właściwie w niemal każdym tekście tego numeru, nie wyłączając tych o postaciach z przeszłości czy o sztuce, zastanawiamy się nad „bazą”. Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach? My rozmawiamy, bo – podobnie jak nasi czytelnicy i czytelniczki – musimy. Zapraszam do lektury!

Remigiusz Okraska

Lewica bez klasy

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi głównie o bazę. Czyli o stosunki produkcji i pracy, przeobrażenia technologiczne i organizacyjne, układ sił klasowych – koncentrację przestrzenną pracowników najemnych, poziom ich zorganizowania/uzwiązkowienia, liczebność i rozmieszczenie rezerwowej armii pracy itd., itp. Brzmi dziwnie, niemodnie, nudnie, mało „seksownie”? Owszem. Tyle że lewica jest dzisiaj wobec prawicy bezradna m.in. dlatego, że porzuciła coś, co kiedyś stanowiło ABC jej myśli ideowopolitycznej i narzędzi analitycznych.

Gdy podobne procesy zachodzą w skali kontynentu czy globu, to trudno mówić o przypadku. Od lat 70. gospodarki krajów Zachodu odchodzą od modelu fordowskiego, od kapitalizmu „skoncentrowanego”. Nowe technologie oznaczają zmianę form produkcji, m.in. jej decentralizację przestrzenną i czasową. Oznaczają też globalizację i outsourcing – przenoszenie produkcji, masowy i tani transport towarów na duże odległości itp. To z kolei równa się rozbiciu bastionów klasy robotniczej, dawnych central związkowych, zagłębi przemysłowych. To zaś sprawia, że klasa robotnicza ma mniejszą siłę polityczną, a także schodzi ze sceny życia publicznego i kulturalnego. Nowe formy produkcji skutkują odmiennymi modelami konsumpcji i stylu życia. Pracownicy coraz rzadziej postrzegają siebie przez pryzmat wykonywanego zawodu, miejsca zatrudnienia, przynależności do zbiorowości robotniczej itp. To wszystko oznacza, że elity polityki i biznesu stają się silniejsze. Państwo staje się bardziej prokapitalistyczne, a mniej prospołeczne. To oznacza jeszcze większe osłabienie związków zawodowych i bastionów robotniczych, jeszcze więcej outsourcingu, prac „śmieciowych” i bezrobocia, jeszcze większą słabość i „niemodność” pracowników, ich problemów, aktywności itp.

Co więcej, takie przeobrażenia podkopują także klasę średnią – czy to wskutek pauperyzacji społeczeństwa i związanego z nią spadku popytu na rozmaite produkty i usługi, czy to w efekcie typowej dla kapitalizmu koncentracji majątków i środków produkcji w rękach rekinów kosztem płotek (niczym już teraz niehamowanej, bo welfare state równie mocno co klasę robotniczą chronił klasę średnią przed biznesowymi gigantami). Spora część „średniaków” pikuje w dół – małe sklepy przegrywają z sieciówkami, mikrofirmy stają się zaledwie podwykonawcami większych bez żadnej faktycznej autonomii, liczne dobra niegdyś dostępne dzięki akumulacji kapitału są teraz już tylko na wieloletni i trudny do spłacenia kredyt itd. Wbrew korwinowskiej propagandzie, małych sklepikarzy nie dobijają składki na ZUS, lecz to, że pod nosem wyrosła im Biedronka (lub Wal-Mart), z którą nie mają szans konkurować nawet przy zerowych składkach i podatkach dokładnie tak samo, jak niedoświadczony chuderlak przegra z mistrzem świata wagi superciężkiej.

To oczywiście schemat, który ma w różnych krajach i regionach inne tempo, niuanse, dynamikę i zakres, ale opisujący pewien ogólny trend.

Lewica ma z takiej sytuacji cztery wyjścia. Być taką, jak dawniej, czyli „upierać” się przy elektoracie robotniczo-przemysłowym. Ten jednak nie tylko maleje pod względem liczebnym, ale i zostaje zdekoncentrowany, nierzadko zamienia się w lumpenproletariat (to nie jest termin pogardliwy, lecz diagnostyczny – oznacza degradację z poziomu zorganizowanego proletariatu do poziomu wegetacji na obrzeżach rynku pracy ze wszystkimi tego konsekwencjami społeczno-kulturowymi). Z biegiem lat nie tylko nie zapewnia wygrania wyborów, ale nawet liczącego się poparcia, także wskutek odpolitycznienia czy odpływu takiego elektoratu do prawicy. Według niemodnych dziś myślicieli byt społeczny określa świadomość społeczną – rozwój masowej i silnej lewicy był możliwy dopiero po powstaniu wielkiego przemysłu i towarzyszącej mu robotniczej „armii”; sama idea jest doskonale bezpłodna, jeśli nie trafi na podatny grunt stosunków społecznych.

Drugi scenariusz to próby powiązania postawy propracowniczej ze wspieraniem i pozyskaniem innych grup słabszych – kobiet, rozmaitych mniejszości. Działa(ło) to stosunkowo dobrze np. w krajach skandynawskich, głównie z powodu silnego zakorzenienia lewicy oraz ugruntowanego etosu egalitarnego, uwarunkowanego historycznie. Ale i tam jest to „koalicja” trudna, bo podmywana zmianami na rynku pracy czy przeobrażeniami kulturowymi, jak indywidualizm, egocentryzm, decentralizacja społeczeństwa i jego „uplemiennienie” podług wzorców konsumpcyjnych, stylów życia, hobbies itp. Nawet tam rośnie w siłę ultraprawica i zbiera poparcie społecznych „dołów”, choć jeszcze dekadę, półtora temu było to nie do wyobrażenia.

Trzecia opcja to rejterada z pozycji klasowych ku reprezentowaniu „nowoczesnych” idei i postaw, mało szkodliwych dla elit biznesu i pieniądza. Tę opcję wybrała lewica w wielu krajach Zachodu. Na poziomie ideowym jej zwieńczeniem była „trzecia droga” Blaira i Schroedera itp., na poziomie praktycznym „lewicowy” demontaż państwa opiekuńczego i flirt z liberalizmem gospodarczym, natomiast na poziomie „elektoratowym” próby reprezentowania właściwie wszystkich, ale w coraz mniejszym stopniu środowisk plebejskich. Ludzie nowocześni i postępowi, kobiety, młodzież, mniejszości etniczne czy kulturowe – wszyscy mieli być zjednoczeni ponad podziałami klasowymi, samą swoją nowoczesnością, postępowością czy mniejszościowym statusem gwarantować prawdę, dobro i piękno, które pokonają fałsz, zło i brzydotę. Liczne sukcesy odniesione na gruncie, nierzadko ważnych, progresywnych zmian w sferze kultury czy obyczajowości, dokonały się jednak w tym samym czasie, gdy kondycja klasy pracującej i warstw ludowych ulegała stałemu pogorszeniu.

Wreszcie scenariusz czwarty, raczej wyobrażony niż realizowany na Zachodzie, choć w dużej mierze odpowiedzialny za sukcesy lewicy np. w Latynoameryce. Wychodzi on z założenia, że jakkolwiek na Zachodzie nie ma już (a w różnych „peryferyjnych” obszarach nie ma jej jeszcze lub nigdy nie będzie, bo industrializacja była tam tylko wyspowa i szczątkowa) takiej klasy robotniczej, jak dawniej, to jest wciąż duża, a właściwie rosnąca – wskutek lumpenproletaryzacji pracowników najemnych oraz kruszenia się klasy średniej – klasa ludowa. Nie gwarantuje ona wygrania wyborów, ale stać po stronie ludu oznacza spełniać historyczną powinność lewicy – być po stronie słabszych. To do nich lewica powinna się zwrócić, mówić ich językiem, odwoływać do ich kultury i tożsamości, ich gniewu, lęków, problemów, sytuacji, nadziei i marzeń. Jeśli tego nie zrobi, uczyni to ktoś inny.

I uczynił. Triumfalny pochód prawicy, a wręcz skrajnej prawicy, polega głównie na zagospodarowaniu gniewu i strachu klasy ludowej: resztek proletariatu przemysłowego, nowej klasy robotniczej (zatrudnionej raczej w logistyce czy montowniach niż w tradycyjnym przemyśle), chłopstwa i robotników rolnych, niższych warstw klasy średniej, uboższej części prekariatu oraz lumpenproletariatu. To znów jest uproszczony schemat, znów ma różne niuanse, ale sedno tej fali wygląda właśnie tak. Czy to I wojna, czy Wielki Kryzys – zaowocowało to popularnością czarnosecinnej prawicy i autorytaryzmów. Świat bez pracy, chleba, stabilizacji, nadziei – jest czasem szukania kozłów ofiarnych, wsobności, węszenia za wrogami, okopywania się we wspólnocie etnicznej, jest czasem wiary w silnych ludzi, którzy „zrobią porządek”, jest czasem szukania oparcia w „tradycji”, w tym, co znane, oswojone, dające poczucie bezpieczeństwa. Jest czasem kurczowego chwytania się każdej nadziei, najbardziej głupiej czy złudnej, a bywa że podłej.

Analiza stawiająca w centrum uwagi „bazę”, nie zaś „nadbudowę”, nie jest lekiem na całe zło. Nie wyjaśnia absolutnie każdego zjawiska, bo istnieje sporo innych zmiennych, od psychobiologicznych po różnice kulturowe. Ale nawet toporny „ekonomizm” zbliża nas do rozpoznania problemu bardziej niż całkowite pominięcie lub lekceważenie roli przeobrażeń gospodarczych. Kto nie wierzy, niech zastanowi się nad tym, jak bardzo legły w gruzach wszystkie naiwne wizje środowisk demokratycznych czy lewicowych upatrujących nadziei w czynnikach pozaekonomicznych. Wejście do Unii Europejskiej i w ogóle „europeizacja” miały z Polski uczynić kraj nowoczesny, postępowy, liberalny kulturowo, tolerancyjny itd. Tymczasem dziś popularność postaw wręcz przeciwnych jest znacznie większa niż 10 czy 20 lat temu. Podobne oczekiwania wiązano ze zmianą pokoleniową – dziś to właśnie młode pokolenie jest najbardziej konserwatywne pod wieloma względami. Można oczywiście uznać, jak czyni niemała część „światłej” części opinii publicznej, że Polacy i Polki wysysają z mlekiem matek wszystko to, co złe, ciemne, zacofane itp.; że nad Wisłą mieszka jakieś dziwne, ohydne plemię. Cóż, od takiej diagnozy tylko krok do auto-nienawiści (wobec własnej wspólnoty) lub elitarnego nabzdyczenia. Sugerowałbym zrobić coś zupełnie innego – sprawdzić, jak rozwój „wstecznictwa” wiązał się z przeobrażeniami socjogospodarczymi, czyli jak wraz z nim lub przed nim rosła skala bezrobocia, zatrudnienia „śmieciowego”, samozatrudnienia, bieda-firemek i topornych mikrousług, a spadał odsetek stabilnych umów o pracę, zatrudnienia w branżach i zakładach nowoczesnych czy choćby mających postać staroświeckiego „porządnego” przemysłu. „Dzikie” warunki materialne skutkują zdziczeniem światopoglądowym.

Ale jedynie głupiec, nawet jeśli jest to głupiec z doktoratem czy z elitarnego saloniku kulturalnego, ma dla postaw spod znaku zdziczenia tylko potępienie i jałowe moralizowanie. Alternatywą dla tak czy inaczej pojętego faszyzmu, nawet jeśli to faszyzm zdecentralizowany, przybierający postać setek indywidualnych stron internetowych zamiast karnego maszerowania czwórkami w jednakowych mundurach, nie jest moralizowanie, nie są zaklęcia i pouczenia. Jest nią zmiana systemowa, zmiana reguł gry, zmiana podziału dochodu narodowego na korzyść słabszych. Tak stało się np. w ramach rooseveltowskiego New Deal. Reformy socjalne uchroniły USA przed piekłem autorytaryzmu, przemocy, czystek, wojny wszystkich ze wszystkimi. Ale reformy są trudne. Klasy posiadające rzadko kiedy stać na refleksję nieegoistyczną.

Lewica jest dzisiaj wobec tego bezradna. Po pierwsze, bo sytuacja jest o wiele trudniejsza niż dawniej – kapitalizm współczesny ma postać heterogeniczną. Trudno o wspólnotę w społeczeństwie indywidualistycznym i podzielonym na dziesiątki „sekt” kulturowych, zawodowych, konsumpcjonistycznych. Jedyne wciąż silne spoiwa – tożsamość narodowa i religijna – zostały całkowicie zawłaszczone przez prawicę, nie bez zaniechań lewicy (pisał o tym szerzej u nas Jarosław Tomasiewicz). Po drugie, bo lewica porzuciła perspektywę klasową czy choćby „ludową”. Mimo deklaratywnej prospołeczności (nierzadko przypominającej tandetną ludomanię) nie potrafi w to grać, często nie czuje takich identyfikacji. Nie jest to jej świat i naturalny punkt odniesienia mimo rozmaitych gestów, jak kreowanie się wielkomiejskiego inteligenckiego projektariatu czy akademików na poniewieranych prekariuszy, bez uwzględniania faktu, że dzielą ich styl życia, kapitał kulturowy czy perspektywy: niezamożny/-a młody/-a doktorant/-ka czy „pracownik/-ca kultury” będą za 20 lat kimś zupełnie innym, wyżej postawionym, a niezamożna młoda kasjerka czy kierowca – jedynie starszymi i sponiewieranymi życiem kasjerką i kierowcą. Myślenie w kategoriach klasowych jest takim środowiskom obce. Stąd karkołomne próby wykazywania, że „tak naprawdę” ksenofobiczna prawica nie wygrywa głosami klasy ludowej lub że to chwilowe.

A nawet jeszcze bardziej karkołomne, wręcz groteskowe pomysły polityczne. Kuriozalnym przykładem tego ostatniego jest tekst działaczki lewicowej partii opublikowany w lewicowym medium, mówiący, że prawicę przegłosują, a lewicę odbudują kobiety. Zupełnie brak tu refleksji, że interesy Grażyny Kulczyk i interesy sprzątaczki są zupełnie inne. Brak też refleksji, że w lewicowości nie chodzi tylko o przegłosowanie prawicy, bo kluczowe jest to, po co i w imię czego/kogo to zrobić. Bez zwrotu lewicy ku klasie ludowej, bez znalezienia kanałów komunikacji z nią i pozyskania jej poparcia, nie ma nadziei na świat lepszy, nie ma nadziei na silną lewicę, nie ma nadziei na trwałe przerwanie pasma sukcesów prawicy.

W Polsce będzie to jeszcze trudniejsze. Lewica jest tu skompromitowana podwójnie – komunistyczną odległą przeszłością oraz mniej odległą kolaboracją z sytymi liberalnymi elitami i uwikłaniami w skojarzenia z ich dziedzictwem, odrzucanym przez klasę ludową ze względu na antyspołeczny i nieegalitarny wymiar takiej polityki. Co więcej, o ile prawica w innych krajach nie zawsze jest prosocjalna (aczkolwiek na poziomie haseł i obietnic staje się taką coraz bardziej – vide ewolucja programowa Frontu Narodowego czy paternalistyczno-protekcjonistyczne wywody Trumpa), o tyle w Polsce jej główny nurt jest właśnie taki. Prawica ma dla ludu tożsamość – patriotyzm, „politykę historyczną”, religijność, etnocentryzm, straszenie imigrantami czy „upadkiem moralnym” – ale ma też chleb. Po fiasku rządów symbolizowanych przez Zytę Gilowską, dziś już nie tylko na poziomie haseł wyborczych jest to „Polska solidarna”. Klasa ludowa wprost odczuwa korzyści z 500+, walki ze „śmieciowym” zatrudnieniem, podwyżek minimalnych stawek płac, objęcia podstawową opieką medyczną osób niemających opłacanych składek na ubezpieczenie zdrowotne, malejącego bezrobocia itp. (a także coraz bardziej konkretnych kolejnych reform socjalnych: publicznego programu mieszkaniowego, podwyższenia zasiłków dla bezrobotnych itp.). I co z tego, że ta polityka jest daleka od doskonałości czy niekonsekwentnie socjalna według wyobrażeń lewicy, skoro jest bardziej prospołeczna niż poczynania poprzednich ekip. A że towarzyszy temu kontrowersyjny pakiet poczynań w innych sferach? Jeszcze nikt nie oszukał piramidy potrzeb Maslowa – a przynajmniej nie w wymiarze masowym.

Przy okazji „czarnego protestu” – tak masowego i udanego właśnie dlatego, że projektowane zmiany uderzały również, jeśli nie przede wszystkim, w kobiety z klasy ludowej – środowiska lewicowe przywoływały znane słowa z „Opery za trzy grosze”:

Panowie, co stawiacie wymagania,

by świat rozkosznie was podniecał wciąż —

jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania,

a potem róbcie ewidencję ciąż.

Zgoda, słuszny postulat. Tyle że można to bez trudu sparafrazować tak: Jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania, a potem róbcie ewidencję poparcia dla tolerancji, mniejszości, Trybunału Konstytucyjnego, ekologii, swobód obywatelskich i obyczajowych itd., itp. Bez zmian w „bazie” nie będzie zmian w „nadbudowie”. Jeszcze nikt nie oszukał piramidy potrzeb Maslowa.

Remigiusz Okraska

Powyższy tekst stanowi nieco zmienioną i rozszerzoną wersję wypowiedzi dla redakcji „Magazynu Kontakt”, która opublikowała ją w postaci jednego z głosów w ankiecie przedstawionej czytelnikom i czytelniczkom na facebookowym profilu czasopisma.

Tu zaszła zdrada

Obojętnie jakie mamy poglądy dotyczące państwa, to jednak, pomijając marginalny dziś nurt anarchistyczny, zgodzimy się między sobą – lewicowiec z prawicowcem, centrysta z populistą, etatysta z liberałem, socjalista z chadekiem – że państwo powinno bronić elementarnych praw i bezpieczeństwa obywateli. Bo w zasadzie po co innego jest państwo? Najpierw właśnie po to, a dla zwolenników jego ograniczonej roli i zasięgu – tylko po to. Jeśli państwo nie gwarantuje nawet tego, równie dobrze mogłoby nie istnieć wcale.

I tak właśnie dzieje się w Polsce. Swego czasu pewien minister postawił diagnozę, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie. Optymista, marzyciel, zwolennik propagandy sukcesu? Co ja wypisuję – zapytacie. I dlaczego tak robię. Ano dlatego, że obawiam się, iż polskie państwo nie istnieje nawet teoretycznie. Tak sądzę z powodu, przepraszam za wyrażenie, szamba, które wybiło przy okazji tzw. reprywatyzacji.

Pisaliśmy o tym procederze już w roku 2008. O tym, jak szemranymi metodami są „odzyskiwane” kamienice i grunty w Warszawie. Jakie podejrzane typy się przy tym kręcą. Mało kto wtedy o tym wiedział, chciał wiedzieć, mówił, pisał, zwracał uwagę – tylko kilka takich niszowych środowisk jak nasze, nikt więcej. Nie interesowały się sprawą te wszystkie media, które teraz poświęcają jej wiele uwagi – czy to te „salonowe”, czy te „niepokorne”. Dziś już wiadomo sporo. Wiele też od tamtej pory wydarzyło się ludzkich krzywd. Bardzo wiele. Państwo polskie nie było nimi zainteresowane. Państwo polskie zdradziło swoich obywateli, swoje obywatelki.

W niniejszym numerze „Nowego Obywatela” dużo piszemy właśnie o reprywatyzacji. Opowiadają nam o tym ludzie świetnie znający temat. Ewa Andruszkiewicz to ofiara procederu – pozbawiona mieszkania, w którym spędziła całe dekady, lokatorka walcząca o swoje prawa, towarzyszka Jolanty Brzeskiej – zmarłej, a właściwie prawie na pewno zamordowanej w tajemniczych okolicznościach przez mafię „odzyskiwaczy” mieszkań. Jan Śpiewak jest z kolei liderem środowiska, któremu skutecznie udało się przebić z opisem przekrętów reprywatyzacyjnych do głównego obiegu medialnego, ale także ukazać, że – wbrew medialnym wywodom i obiegowym stereotypom – problem nie dotyczy „cwaniaków, którzy nie płacą czynszu” czy „niezaradnych oferm”. On dotyczy i może dotyczyć niemal każdego – nawet jeśli ktoś nie „odzyska” naszego mieszkania, to „odzyska” szkołę, park, zabytek, cokolwiek. I zrobi z tym, co zechce. Z kolei Tomasz Luterek to autor jednej z niewielu naukowych i całościowych analiz procederu i uwarunkowań reprywatyzacji. On z kolei, deklarując się jako liberał i zwolennik własności prywatnej, pokazuje, że „odzyskiwanie mienia” ma z tym wszystkim niewiele wspólnego, za to całkiem sporo z systemem zorganizowanej kradzieży i wywłaszczania.

Wszystkie te rozmowy, momentami naprawdę wstrząsające nawet dla osób znających temat, a wprost przerażające dla tych, którzy go tylko dotychczas liznęli, pokazują, że polskie państwo w zasadzie nie istnieje. Nie stanowi prawa i nie egzekwuje go w stopniu choćby minimalnie chroniącym obywateli i ład publiczny. Historie opowiedziane przez naszych rozmówców dokumentują pasmo bezprawia oraz obojętności instytucji publicznych na to, co dzieje się z Polakami/Polkami w Polsce. A przecież nie chodzi tylko o Warszawę, choć ona skupia problem jak soczewka.

To oczywiście nie wszystkie materiały, które przygotowaliśmy. To nawet nie większość z nich. Ale wszystkie pozostałe, choć ważne oraz dotyczące istotnych problemów i zagrożeń, będą chyba lekturą, mimo wszystko, lżejszą od bloku wywiadów o reprywatyzacji. Zapraszam do czytania!

Remigiusz Okraska