Moc woli

Krzyczeli, żeśmy stumanieni, / Nie wierząc nam, że chcieć – to móc! – My, Pierwsza Brygada” (autor nieznany)

W kraju, gdzie postać Józefa Piłsudskiego stanowi jedną z najważniejszych „ikon” politycznych, mało kto pamięta o czołowym ideologu jego środowiska. W kraju, w którym niedawno rządziła partia nawołująca do „rewolucji moralnej”, niemal nikt nie wie, że już wiele lat temu ktoś posługiwał się tym hasłem.

Jeśli mówić o ruchu umysłowym obozu rządowego po maju 1926, to stworzył go właśnie Adam Skwarczyński – pisał Andrzej Micewski. Ale postać ta zasługuje na pamięć nie tylko, ani nawet nie przede wszystkim jako „mózg” sanacji. Skwarczyński to wielki nauczyciel, który nieustannie przypominał, że życie publiczne to przede wszystkim problem moralny. Nauczyciel, który uczył jednocześnie patrzyć i w niebo, i na ziemię. Cel musi być wysoki, realizacja prawdziwa, przyziemna, niefałszowana pięknym słówkiem – tak wspominał go uczeń i współpracownik, Jan Hoppe.

***

Urodził się 3 grudnia 1886 r. w Wierzchni Polnej w Małopolsce Wschodniej, w zubożałej rodzinie ziemiańskiej. Jego ojciec, Wincenty, to uczestnik powstania styczniowego, zaś matka Maria była córką powstańca listopadowego. Po śmierci ojca, gdy chłopiec miał zaledwie dwa lata, rodzina przeniosła się do Lwowa.

Tu w roku 1898 rozpoczął naukę w gimnazjum. Należał do tajnych kółek samokształceniowych polskiej młodzieży. Do raczej standardowych, lecz głęboko przeżywanych lektur Mickiewicza, Słowackiego i Norwida wkrótce doszło zainteresowanie dorobkiem Żeromskiego i Wyspiańskiego, a także ideami Edwarda Abramowskiego i Stanisława Brzozowskiego. Tym właśnie inspiracjom pozostanie wierny całe życie. Wkrótce dołączyła do nich kolejna, tyleż ideowa, co personalna fascynacja – 17-letni Skwarczyński jesienią 1903 r. wziął udział w tajnym lwowskim odczycie dla młodzieży, poświęconym powstaniu styczniowemu. Prelegentem był Józef Piłsudski. Jemu też pozostanie wierny aż do śmierci.

Zaowocowało to politycznym zaangażowaniem. Ze szkolnym kolegą Tadeuszem Dąbrowskim założył organizację Polska Młodzież Narodowa Bezpartyjna. Łączyła hasła powstańczo-niepodległościowe z programem radykalnych reform socjalnych, bliska była „prawemu” skrzydłu Polskiej Partii Socjalistycznej. Grupą liczącą kilkaset osób kierował zakonspirowany, wzorowany na masonerii zespół „Świt”, w skład którego wchodził m.in. Skwarczyński. Chłopak sformułował wówczas tezę, że większość starszego pokolenia jest stracona dla sprawy niepodległości. Było to zbieżne z koncepcją Piłsudskiego, wedle której – jak zauważył Bohdan Urbankowski – proletariat zastąpiono młodzieżą jako grupą, która stanie się motorem napędowym przeobrażeń społecznych. Skwarczyński współredaguje międzyszkolne pisemko, pisze broszurę o metodach walki o „spolszczenie” galicyjskich szkół zaborczych, prowadzi prelekcje dla młodych robotników. Rozpoczyna studia polonistyczne na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Chce zostać nauczycielem, aby móc kształtować umysły młodego pokolenia.

Wkrótce, w 1908 r., następuje intensyfikacja jego działań. Regionalna sekcja PPS – Frakcja Rewolucyjna tworzy we Lwowie Związek Walki Czynnej, kuźnię kadr przyszłych oddziałów zbrojnych. W powołanej przy ZWC Niższej Szkole Wojskowej ukończył Skwarczyński kursy podoficerski i oficerski. W tym samym okresie w owym środowisku powstaje młodzieżowa, ponadpartyjna organizacja „Życie”, o programie socjalno-niepodległościowym – Skwarczyński zostaje sekretarzem jej władz, później przez rok jest przewodniczącym. Na początku 1909 r. wstępuje zaś do PPS-FR, będąc czołowym działaczem partii w lokalnym środowisku studenckim. Innym elementem tego ruchu jest młodzieżowe pismo „Promień”, w którym publikuje swe pierwsze teksty, a następnie wchodzi w skład redakcji. Wykłada również na kursach wojskowych ZWC. Gdy w 1910 r. Piłsudski we Lwowie tworzy Związek Strzelecki, Skwarczyński zostaje jego aktywistą. Rozpoczyna wówczas, po skończeniu studiów, pracę zawodową – najpierw w Rohatynie, a od 1912 r. we lwowskich gimnazjach. Jest także publicystą partyjnego pisma „Przedświt”.

W obliczu narastającego prawdopodobieństwa wybuchu wojny, Związek Strzelecki intensyfikuje prace szkoleniowe – Skwarczyńskiego mianowano najpierw komendantem grup młodzieżowych, a następnie Oddziału Żeńskiego, którego uczestniczki szkoli w pracy kurierskiej i wywiadowczej.

***

W pierwszym swym poważniejszym tekście, „Zagadnienia patriotyzmu polskiego”, Skwarczyński krytykował w „Promieniu” wiosną 1910 r. przeciwstawianie dążeń do niepodległości oraz postulatów socjalnych: Postępowe, rewolucyjne, socjalistyczne uzasadnienie patriotyzmu polega na uznaniu narodu za podstawę jedyną dla realizacji wartości ogólnoludzkich, stworzenia jak najdogodniejszych warunków pracy, twórczości i rozwoju. Koniecznym postulatem, wynikającym z takiego poglądu, jest niepodległość narodu. Prawdziwie owocna i prawdziwie odpowiedzialna praca odbywać się może tylko w obrębie samodzielnego organizmu państwowego, którym sam naród włada, a który nie jest zawisły od decyzji obcego rządu ani od obcego układu sił społecznych, na który nie możemy wysiłkami naszymi wpływać.

Ważny temat jego ówczesnych rozważań to krytyka „pracy organicznej” jako rzekomo jedynej właściwej metody działania w istniejących realiach politycznych. Czymże jest /…/ owa ideologia pokojowej, za wszelką cenę, pracy organicznej? Nie jest to nic innego jak propagowanie, z obywatelskim gestem, idei bezpiecznego kącika. Posada, warsztacik, sklepik dla mego gniazdka, mojej „rodziny Połanieckich”. Poza nią może się dziać, co chce – w ostrych słowach chłostał „organiczników” na łamach „Przedświtu” w 1914 r. Skwarczyński uważał, że gdyby nie potępiane przez „realistów” zrywy zbrojne, nie zaistniałyby warunki do pracy pokojowej. Jego zdaniem, to właśnie powstania i inne formy czynnego oporu sprawiły, że zaborcy zmuszeni zostali do poluzowania więzów krępujących polską aktywność – zaowocowały one reformą stosunków w rolnictwie i przyspieszeniem rozwoju przemysłu. Wyrzekanie się walki zbrojnej przez pozytywistów i endecję jest zatem nie tylko moralnie naganne (jako quasi-kolaboracja z wrogiem), ale i krótkowzroczne z punktu widzenia rozwoju cywilizacyjnego ziem polskich. Nie znaczy to, że odrzucał „małe” formy działania – przeciwnie, uważał, że wartościowe są wszelkie pozytywne inicjatywy społeczne, przynoszące konkretne zdobycze materialne i przemiany świadomości. Nie należy jednak traktować ich jako celu samego w sobie – jest nim bowiem niepodległość, którą należy wywalczyć jak najszybciej – ani przeciwstawiać rzekomo szaleńczym inicjatywom spod znaku bojowego oporu wobec zaborców.

Bardziej oryginalnym, a w przyszłości kluczowym, aspektem jego młodzieńczego światopoglądu, była apoteoza czynu, przekształcania rzeczywistości wedle własnej woli. Skwarczyński sytuuje się tu w opozycji zarówno wobec „realizmu” środowisk konserwatywnych (robimy tyle, na ile warunki pozwalają), jak i nierzadko towarzyszącej postawom religijnym wiary w „cud” (realia odmienią się na lepsze za sprawą boskiej interwencji lub zbiegu okoliczności), ale także w kontrze do marksowskiego przekonania o deterministycznym charakterze procesów dziejowych. Nie uważał oczywiście, że „wszystko jest możliwe”, jednak wychodził z założenia, że kluczowy czynnik to swoiste „natężenie” woli ludzkiej, nadające moc sprawczą wysiłkowi zbiorowemu. Pisał w tygodniku „Życie” w tekście „Fetysze ideologiczne”: …chodzi nam o patriotyzm działania. Z tego, że jesteśmy Polakami, zgoła nic jeszcze nie wynika. Czyn nasz jest określony tym, czym być mamy i czym być chcemy… /…/ urojonym jest wszystko to, co nie jest przedmiotem samowiednego czynu naszego – fetyszem jest wszelki „żywioł”, który nas w działaniu ma wyręczać – a w rezultacie jest tylko formułką, która sankcjonuje nasz bezczyn.

***

W sierpniu 1914 r. jako oficer sztabu I Brygady Legionów wyruszył na front u boku Piłsudskiego. Wziął udział w walkach w okolicach Kielc. Wkrótce został zastępcą szefa Oddziału Wywiadowczego brygady, ponadto koordynował działania kurierskie i szpiegowskie grupy kobiecej. Następnie w stopniu podporucznika skierowano go jako przedstawiciela I Brygady do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego. Zajmował się m.in. nielegalnym werbunkiem ochotników do polskich oddziałów. Od marca do sierpnia 1916 r. ponownie brał bezpośredni udział – jako dowódca kompanii – w walkach frontowych, tym razem na Wołyniu.

Później został oddelegowany do Warszawy – Piłsudski powierzył mu reprezentowanie swego środowiska w Komendzie Naczelnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Jesienią 1916 r. wraz ze Stanisławem Thuguttem i Tadeuszem Hołówką rozpoczął Skwarczyński edycję nielegalnego pisma wyrażającego poglądy piłsudczyków – „Rząd i Wojsko”; w styczniu 1917 r. został redaktorem naczelnym. Tworzy wokół czasopisma ugrupowanie polityczne Związek Dobra Publicznego, jednak nie odegra ono większej roli. Warto jednak zacytować jego pisane po latach wspomnienia nt. owej organizacji: Związek Dobra Publicznego miał być organizacją o charakterze społeczno-moralnym, /…/ wypracowującą nowe metody skupienia się zespołu na podstawach bezwzględnego zaufania i bezwzględnej odpowiedzialności jednostki przed zespołem za wzięte na siebie obowiązki społeczne i za praktykowanie wyznawanych zasad.

20 czerwca 1917 r. Skwarczyński został aresztowany przez niemiecką policję w nielegalnej drukarni „Rządu i Wojska”. Uwolniony w październiku, wszedł w skład tajnej piłsudczykowskiej grupy Konwent, do jej centrum kierowniczego – Organizacji A. Wkrótce ponownie aresztowany, trafił do twierdzy w Modlinie, gdzie w więziennych warunkach podupadł na zdrowiu, rozwinęła się dotychczas lekka gruźlica. Wraz z kolegami przygotowuje ucieczkę za pomocą podkopu, jednak nie zdążyli z niego skorzystać. 12 listopada 1918 r. wyszedł na wolność już w niepodległym kraju.

Dwa dni później w „Nowej Gazecie” opublikował tekst „Straszak bolszewizmu”, wymierzony w tych, którzy blokują przeobrażenia społeczne. Skwarczyński, wierny swemu światopoglądowi, przekonuje, że po osiągnięciu pierwszego celu – odzyskaniu niepodległości, należy sięgnąć po drugi, reformy socjalne: Niesprawiedliwy porządek, hamujący rozwój narodu ku słońcu /…/, nazywają świętością nietykalną. /…/ Widzą tylko ciasny interes: To samo bożyszcze, o którym już pisał Mickiewicz w „Księgach narodu”, że jest najszkaradniejsze.

Wkrótce został redaktorem naczelnym wspomnianej „Nowej Gazety”. W styczniu 1919 r. dziennik przekształcono w „Gazetę Polską”, która pod wodzą Skwarczyńskiego ukazywała się do końca listopada tego roku. Wznowił też edycję tygodnika „Rząd i Wojsko”. W kwietniu 1920 r. inicjuje kolejne pismo – dziennik „Naród”. Wszystkie te gazety były organami nieformalnego środowiska piłsudczykowskiego, na ich łamach formułowano oceny sytuacji bieżącej, wykuwała się także doktryna grupy w nowej sytuacji – w wolnej Polsce. Skwarczyński był czołowym publicystą wspomnianych periodyków, wyrósł też na jednego z głównych ideologów swego obozu. Zasadniczy temat jego ówczesnych rozważań to sytuacja geopolityczna – wojna z sowiecką Rosją, zabezpieczenie granicy wschodniej oraz powołanie federacji krajów „międzymorza”, aby wytworzyć przeciwwagę dla wpływów rosyjskich. Sam zresztą w obliczu najazdu sowieckiego zgłosił się na ochotnika do wojska, nie brał jednak bezpośredniego udziału w walkach – ze względu na stan zdrowia objął stanowisko w Wydziale Oświaty i Kultury MSW.

Stosunek wobec „sprawy wschodniej” sprawił, że ostrze jego krytyki kieruje się wówczas głównie przeciwko endecji, tradycyjnie „filorosyjskiej” i niechętnej wobec „agresywnej” polityki Piłsudskiego na wschodnich rubieżach państwa. Jednak spór Skwarczyńskiego z endecją dotyczy również, a może nawet głównie stosunku wobec reform socjalnych. Uważa, że stronnictwo Romana Dmowskiego, choć mówi o interesach narodowych, jest de facto głosem warstw posiadających. Stąd też wynika niechęć narodowców wobec przeobrażeń socjalnych i ustrojowych oraz próby kanalizowania radykalnych nastrojów mas za pomocą kreowania mniejszości narodowych na kozła ofiarnego. Na łamach „Rządu i Wojska” w styczniu 1920 r. pisze: Ani sprawy konstytucji, ani reformy agrarnej, ani ochronnego ustawodawstwa robotniczego, ani sprawy waluty, przemysłu i aprowizacji kraju /…/ – nie rozstrzygnie się podniosłym okrzykiem „Bóg i Ojczyzna” lub mniej podniosłymi hasłami antysemickimi.

Wierny jest młodzieńczym postulatom socjalistycznym, ale gra toczy się o coś więcej – o cywilizacyjny rozwój Polski. Polska przywileju szlacheckiego /…/ nie różni się od Zachodu wielkością ucisku społecznego, bywał on tam nawet jeszcze większy niż u nas. Ale gdy na Zachodzie na gnojnym ugorze tej ujarzmionej pracy wyrastała potęga państw i dorobki kultury, to u nas jej owocem była swawola bezpłodnej kulturalnie i państwowo klasy wiecznie niedojrzałych starych dzieci, bądź bezgranicznie krótkowzrocznych sybarytów. Z podobnych względów podjął także krytykę Kościoła – choć nie bez znaczenia było poparcie kleru właśnie dla endecji oraz ataki na piłsudczyków jako „bezbożników” i „bolszewików”. W 1920 r. propagował tzw. kościół narodowy (dość silny wśród Polonii amerykańskiej, zdobywający pewne przyczółki także w kraju) i ograniczenie autonomii struktury organizacyjnej Kościoła katolickiego. Wątek ów został jednak szybko wyciszony ze względów taktycznych, bowiem piłsudczycy nie chcieli eskalować tego konfliktu.

Doktryna narodowej demokracji to wedle niego obcy „przeszczep”, naśladownictwo analogicznych tendencji z krajów Zachodu, niezakorzenione w miejscowym etosie. Jeśli stronnictwo Dmowskiego odrzuca tak ważne elementy rodzimej tradycji, jak dorobek epoki romantyzmu, jeśli potępia powstańcze zrywy narodowowyzwoleńcze, to jego zdaniem ponad tradycję narodową przedkłada zagraniczne doktryny, obce „duszy polskiej”. W szkicu „Rozwój idei narodowej a Narodowa Demokracja” pisał o dwóch programowych manifestach endecji – „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowskiego i „Egoizmie narodowym” Zygmunta Balickiego, iż charakterystyczną cechą obu tych książek jest to, że nie wyłaniają się one z żadnej tradycji ideowej polskiej; choć słowa „tradycja” używają na każdej niemal stronicy /…/. /…/ są zlepkiem utartych „trzeźwych prawd” moralnych oraz /…/ spopularyzowaniem wzorów angielskich, niemieckich, japońskich – wypowiedzianym za pomocą /…/ modnej wówczas terminologii pozytywistycznej i ewolucjonistycznej /…/.

***

Skwarczyński bronił dziedzictwa romantyzmu przed endekami, gdyż było ono dlań rdzeniem polskości, najwyższym wykwitem geniuszu narodowego. To nie tylko literatura, nie trend poetycki – przeciwko takiemu rozumieniu romantyzmu protestował, nie godząc się na przykrawanie go do szkolnych formułek. Wedle Skwarczyńskiego, polscy romantycy stworzyli samoistny, niezwykle oryginalny nurt filozoficzny i kulturowy, nie mający wiele wspólnego – wbrew obiegowej opinii – z analogicznymi trendami w innych krajach.

Sięgał tu po analizę Brzozowskiego, którego rozprawę „Filozofia romantyzmu polskiego” uznawał za najlepsze odczytanie ducha tamtej epoki. W ślad za nim przekonywał, że romantyzm polski jako jedyny trafnie rozpoznał pełnię nauki chrystusowej (ale także innych wielkich tradycji religijnych), jako wezwania do wzniesienia ludzkiego ducha na wyżyny. Człowiecza wolność, geniusz twórczy, czyn, miały być swoistym moralnym obowiązkiem, świat konieczności zaprzeczyć i świat swobody porodzić z siebie, jak pisał w recenzji pracy Brzozowskiego. To ludzka wolność tworzenia, ale wysoce moralna, skierowana zawsze ku górze, nie dołowi, będąca drogą ku samostwarzaniu i samowładztwu, stanowiła wedle niego kwintesencję bożego Słowa.

Jako taki stał się więc romantyzm polski także przesłaniem dla całej ludzkości. Szczególnie ważny jest jednak na gruncie narodowym, bowiem tu zespoliły się jego mistyczne i etyczne aspekty z realiami zaborów. Literatura stała się w Polsce, mocno jak nigdzie indziej, natchnieniem do zmagań z uciskiem narodowym. I nie tylko narodowym, gdyż Skwarczyński podkreślał, jak bardzo splątane są idee romantyzmu z postawami i projektami emancypacyjnymi, z polskim radykalizmem społecznym, z nową moralnością, która odrzuca poddaństwo również wewnętrzne, klasowe.

Jednak w tym właśnie aspekcie odchodził od romantyzmu. Uważał, że ze względu na realia epoki, czyli brak własnego państwa, nurt ten rozwinął się jednostronnie – pozbawiony możliwości konkretnej pracy społecznej, nieproporcjonalnie wiele oczekiwań pokładał w przeobrażeniach dokonujących się dzięki bożej łasce czy duchowi dziejów. Choć jako poetów najbardziej cenił Mickiewicza i Słowackiego, ideowo bliższy był mu Norwid, akcentujący znaczenie pracy jako instrumentu przekształcania ducha indywidualnego i zbiorowego. Za najbardziej „udanego” adepta dziedzictwa romantyzmu uważał Stanisława Szczepanowskiego, który wizje i wskazania moralne wieszczów potrafił przekuć – nie spłycając ich – w dokonania na niwie gospodarczej, organizacyjnej itp. Paradoksalnie, Skwarczyński ideowe dziedzictwo romantyzmu zalecał uzupełnić praktyką niemal pozytywistyczną. My żyjemy w innej epoce /…/ Nasz czyn musi więc być „dopełnieniem w życiu własnym i sercu” – ale równie silnie musi być dopełnieniem w rzeczywistości nas otaczającej: w rzeczywistości materialnej i społecznej. /…/ musi naród polski przemienić misję swą na zadania konkretne, domagające się wykonania dziś i jutro – pisał w recenzji pracy Brzozowskiego.

***

Choć głównym przeciwnikiem politycznym i ideowym była dlań prawica, wkrótce skierował polemiczne ostrze również w stronę lewicy. Początkowo w PPS-ie i lewicujących stronnictwach chłopskich widział sojusznika, co miało wszak silne uzasadnienie w niedawnej przeszłości. Nie porzucił postulatów prospołecznych, popierał lewicowe rozwiązania ustrojowe, jak wybór prezydenta w wyborach powszechnych, był przeciwny instytucji Senatu. Uważał, że to lewica byłaby najlepszym gospodarzem kraju. Posiada ona ku temu racje moralne, jako ci, którzy popierali „insurekcjonistyczną” politykę wobec zaborców zamiast endecko-konserwatywnego lojalizmu, a także sformułowała wizję modernizacji państwa i społeczeństwa, dającą możliwość przezwyciężenia dystansu cywilizacyjnego wobec krajów, które rozwijały się bez jarzma niewoli.

Jednak tak, jak endecji zarzucał reprezentowanie interesów posiadaczy, tak i lewicę spotkała krytyka za to, że przedkłada interesy klasowe ponad dobro państwa. Naród dzieli się na klasy i interesy klas dotąd upośledzonych są tymi potężnymi dźwigniami, które podnoszą ku górze sprawę doskonalenia się społecznego narodu. Ale chodzi o to, by klasa, dochodząc do znaczenia i do władzy, umiała myśleć kategoriami obejmującymi całość sprawy narodu i państwa /…/. Żeby ciasno i egoistycznie pojęty interes klasy nie przysłaniał tego zadania naczelnego /…/ – pisał w 1920 r. Tymczasem, jego zdaniem, stronnictwa lewicowe przesadnie akcentowały interesy klasowe.

Na ów konflikt wpływ miały niewątpliwie względy przyziemne – socjaliści i lewica chłopska radzili sobie w niepodległej Polsce bez sojuszu z obozem Marszałka, w dodatku byli sceptyczni wobec militarystycznej „polityki wschodniej”. Natomiast piłsudczyków coraz bardziej marginalizowano – nie potrafili stworzyć reprezentacji parlamentarnej, tracili stanowiska w instytucjach państwowych, a sam Piłsudski był stopniowo odsuwany od wpływu na siły zbrojne.

Ale nie tylko w tym tkwiły przyczyny sporu. Jego sednem stała się walka z „partyjniactwem”, czyli z partykularnymi postawami oraz z przedkładaniem sloganów ponad konkretną pracę. W 1922 r. Skwarczyński pisał: Śmiało można rzucić dziś pytanie: czy np. dzięki frazesom „programowym” i /…/ stronnictwom politycznym /…/ choć jedna z dziedzin życia narodowego: polityka zewnętrzna, przemysł, szkolnictwo, armia, administracja, nauka, zyskała coś więcej oprócz kamieni na drodze; czy dzięki programom partii politycznych /…/ Polska zyskała choć jedną szkołę, jednego żołnierza czy armatę, jedną maszynę czy fabrykę. Takie stanowisko otwierało Skwarczyńskiemu drogę do stworzenia nowej jakości na gruncie polskiej myśli ideowo-politycznej.

***

Na początku 1922 r. powołał do życia kolejne pismo – dwutygodnik (później miesięcznik) „Droga”. Stało się ono teoretycznym organem obozu piłsudczykowskiego oraz miejscem kształtowania jego ideologii. Główne zręby linii programowej to oprócz oczywistego w tych kręgach kultu Piłsudskiego oraz afirmacji tradycji romantycznej, również znacznie bardziej nieszablonowe koncepcje. W sferze etycznej to przede wszystkim apoteoza Czynu i Pracy, przeciwstawionych determinizmowi i teoretyzowaniu. W sferze politycznej było to przedkładanie państwa i dobra publicznego nad partykularne interesy oraz – w wymiarze praktycznym – przeciwstawienie „partyjniactwu” i demokracji parlamentarnej silnej władzy, wspartej jednakże o mobilizację mas w organizacjach społecznych. W sferze ekonomii – radykalizm społeczny, jednakże w wersji „nieklasowej”, przybierający postać koncepcji etatystycznych w gospodarce oraz wątków syndykalistycznych w dziedzinie organizacji świata pracy.

W artykule programowym w pierwszym numerze „Drogi” zawarł Skwarczyński znamienne przesłanie. Życie dawne /…/ każe nam dziś /…/ nie sięgać wysiłkiem w jutro, /…/ ograniczyć się do Polski streszczonej w programach i ideałach sytego chama i sklepikarza, w myśli zapatrzonego w prawo do lenistwa proletariusza, w duchu dewotki i stróża porządku, chcących uzyskać prawo do świata bez wysiłku, bez trudu, raju niemocy /…/. Prawdę nowego życia ludzie ci /…/ chcą nagiąć do swoich wygód i spokoju. Ale ich czas już mija: Muszą wyrosnąć czynniki, które oczyszczą życie państwowe Polski z tego wszystkiego, co żeruje na rzeczywistym wysiłku kraju /…/. Musi powstać człowiek i warstwy, które /…/ rozsadzą /…/ zakrzepłe, zatęchłe z czasów jezuityzmu i racjonalizmu formy /…/ Przeciwstawią one produkowaniu nieudolnych moralnie i fachowo do czynu ludzi wychowanie wszystkich zdolności, sił fizycznych, moralnych i intelektualnych, wychowanie człowieka woli i czynu, człowieka pracy i myśli zbiorowej. /…/ Ilekroć w nowym wysiłku rozrosną się formy nowego życia, o ile mocniej odetchnie człowiek wolny i szerzej obejmie władzę nad światem – głośniej zahuczy maszyna, mocniej uderzy młot i dalej zagłębi się pług w ziemię oraną; o ile naród nasz, nie lękając się przemocy obcych, silniej wykuwać będzie organa życia i potęgi; o ile wyżej sięgnie uczucie i westchnienie człowieka ku Bogu; o ile głębiej wniknie myśl w tajnie żywota; pewni bądźmy: i pień twardy wieczysty drzewa, tradycja – i liść i kwiat doroczny, bunt – będą służyły Życiu wiecznemu, prawdzie.

Znamienna była też atmosfera w redakcji „Drogi”. Z okazji 10-lecia edycji pisma, Skwarczyński pisał: „Psychologia awangardy” – tak można by streścić postawę duchową „Drogi”; psychologia małej garści, wdzierającej się w nowe dziedziny, ale nie dla samej tylko rozkoszy nowych doznań i myśli, lecz w poczuciu, że za nią idzie z zamiarami trwałej budowy „siła główna”. Owa siła główna to oczywiście obóz piłsudczykowski.

***

Należał Skwarczyński do tej części swego pokolenia, której rozczarowanie odrodzoną Polską opisał w „Przedwiośniu” Stefan Żeromski. Wierzył, że niepodległa ojczyzna nie tylko wespnie się na wyżyny rozwoju, ale w dodatku dokona tego zgodną, wytężoną pracą ogółu obywateli. Zamiast tego przyszła szara rzeczywistość. Po latach pisał: Walka o władzę… pozorna: bo w niej o zaszczyty, o wpływy, o zyski, o satysfakcję wreszcie chodziło, a nie o odpowiedzialność. Wyścig demagogiczny partii – poniżający człowieka, bo ogłupiający go fantastycznymi hasłami i obietnicami w celu wyłudzenia dla siebie poklasku, popularności, mandatów. Wyścig do tanich zysków, karier, zaszczytów.

A na dodatek dezawuowanie znaczenia i marginalizowanie roli publicznej tych, którzy położyli podwaliny pod niepodległość. Obóz piłsudczykowski to dlań nie tylko bohaterowie wygranej batalii o wolną Polskę. Ich czyn zbrojny i postawa znamionowały coś znacznie większego – przezwyciężanie zastanych realiów, zdolność wyrośnięcia aktem własnej woli ponad siebie samego. Manifestem ideowym Skwarczyńskiego z owego okresu stał się artykuł z „Drogi” o znamiennym tytule „Historia posłuszna woli ludzkiej” – i równie znamiennym podtytule „W dziesięciolecie Legionów”. Autor kreśli w nim obraz legionistów jako grupy, która wbrew atmosferze epoki – „zatęchłej rupieciarni” – oraz uwarunkowaniom politycznym, osiągnęła wielki cel. Sami siebie zaczęli przetwarzać, kształcić, przerabiać na inną, nową miarę, na miarę wielkich zadań, wedle wymagań nowych, przyszłych czasów. /…/ poczuli się kadrami armii ujarzmionego narodu. Zmienili sposób życia, zmienili zamiłowania swe i zawody, zmienili obyczaje. /…/ Oto żywa i czynna wiara tych ludzi, wola i wytężona praca uczyniła ten cud, że ich dorobek wrósł korzeniami w rzeczywistość, zdołał uczynić sobie posłuszną historię, zdołał zapanować nad przyszłością. Praca ich ofiarna i jej rzetelne wyniki stały się sprawcami tego bardzo rzadkiego zjawiska: posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej /…/. /…/ uwierzywszy w swoją sprawę, natężywszy w jej kierunku swą wolę, /…/ szli na podbój jutra, by uczynić je takim, jakim ujrzeli je w swym „marzeniu” – a raczej w swym postanowieniu i planie.

Ten etos i ci ludzie powinni zatem „opanować” Polskę, jeśli wspiąć ma się ona na wyżyny, wbrew niekorzystnym, zdawałoby się, uwarunkowaniom. Jest to bowiem naturalna elita, o której pisał wręcz, że pod zaborami stanowiła jakby osobny, nieliczny, szlachetny naród. Już w 1921 r. na łamach „Rządu i Wojska”, Skwarczyński przeciwstawiał ich czyn ogółowi: Zbyt znikomo mała część narodu włożyła w sprawę niepodległości pracę i ponosiła dla niej ofiary. /…/ Ogół narodu odczuł uzyskanie niepodległości jako dar, a przeto nie doceniał jej wagi, nie mógł traktować jej jako rzeczy z własnej krwi i kości zrodzonej. /…/ Tę zatem lukę w psychice naszej /…/ zapełnić musi ów okres nowy /…/ systematycznej, budującej pracy. /…/ Do tej pracy trzeba nie mniejszej mocy moralnej, nie mniejszego rozpędu i nie mniejszej odwagi niż do walki orężnej. Muszą do niej /…/ stanąć ci ludzie, którzy najwięcej okazali dojrzałości narodowej, najwięcej zrozumienia istoty i potrzeby samodzielnego bytu i najwięcej wartości moralnych. Dźwignęli oni wśród pożogi miecz Polski, narzucili światu i narodowi swemu, zgnuśniałemu w niewoli, prawo jego bytu. Teraz w dumnym jego cieniu rozpocząć muszą orkę i zasiew, bo to tylko druga postać tej samej pracy. Innymi słowy: dowódcy z lat wojny powinni zostać liderami w czasie pokoju.

***

W 1924 r. Skwarczyński przewodził próbie powołania politycznej reprezentacji tego środowiska – Konfederacji Ludzi Pracy. Nie wyszła ona jednak poza stadium organizacyjne i programowe. Realia były niekorzystne – piłsudczycy coraz bardziej tracili wpływ na politykę państwa, głównie na rzecz znienawidzonej endecji. Punktem zwrotnym stał się przewrót majowy.

Redaktor „Drogi” należał do ścisłego grona doradców Marszałka, którzy zostali wtajemniczeni w plany zamachu. Tydzień po przejęciu władzy przez piłsudczyków zaczął Skwarczyński wydawać pismo „Nakazy Chwili”, które opatrzył podtytułem „Sprawie Rewolucji Moralnej w Polsce”. W ostrych słowach chłoszcze w nim prawicę, wychwala nową władzę, zapowiada daleko idące przemiany społeczne. Żywot pisma nie trwa długo. Piłsudski jest pragmatykiem, ogłasza, że zrobił „rewolucję bez rewolucyjnych konsekwencji”, nie podejmuje wielkich reform, a w pierwszym szeregu jego ekipy stają raczej technokraci i organizatorzy niż ideowcy. Skwarczyński usuwa się w cień, jednak nie żywi urazy – przekonany o geniuszu Piłsudskiego, uważa też, że to dopiero początek zmian, które potrwają lata i stopniowo obejmą wszelkie dziedziny życia. Chce służyć „nowej Polsce” bez ambicji wysuwania się na czoło i z ufnością, że jego wizje będą realizowane prędzej czy później.

Przewrót majowy to dla niego punkt zwrotny w dziejach kraju. Oczywiście nie bez znaczenia jest sam triumfalny powrót obozu piłsudczykowskiego do władzy, jednak „rewolucja majowa” to dla Skwarczyńskiego coś o wiele bardziej istotnego. Przede wszystkim postrzega powodzenie akcji Marszałka jako potwierdzenie teorii o znaczeniu siły woli w kształtowaniu rzeczywistości. To niejako powtórka czynu legionowego, gdy zdeterminowana garstka wbrew, zdawałoby się, zdrowemu rozsądkowi i niekorzystnym okolicznościom, osiągnęła swój cel.

Przewrót majowy zajmuje miejsce w jego wizji dziejów Polski jako kraju, gdzie rozwój dokonuje się w sposób skokowy, dzięki natężeniu siły sprawczej, przeciwko ograniczeniom sytuacyjnym i determinizmowi. W programowym tekście „Prawda jedyna o czynie ludzkim” głosi: Gdzież więc – jeśli nie tu prawda czynu, ta prawda, która u nas już tyle razy w świetnych blaskach zorzy „romantycznej” świeciła, gdzież więc, jeśli nie tu ta prawda objawiona człowiekowi być powinna? Gdzież jeśli nie tu. Tu były puste i szare epoki, tu był leniwy i bierny ogół. A na tym tle heroizm ludzki zmagał się z szarzyzną i biernotą – samotny tak, jak samotny jest człowiek we wszechświecie i tak zuchwale dumny, jak dumnym stanie się człowiek, gdy pojmie, że prawda jest tylko w jego czynie.

Warto wspomnieć, jak Skwarczyński postrzegał swoje środowisko. W liście otwartym do Tadeusza Hołówki pisał: Tymi odpowiedzialnymi pionierami nowej przyszłości – możemy /…/ być tylko my. Co znaczy to „my” – wiesz dobrze. Nie jest to partia żadna, ani organizacja, jawna czy tajna. /…/ Są to ludzie Nowej Polski, ci, którzy niepodległymi /…/ byli już przed wojną, bo ich dusz niewola ani nie spodliła, ani nie wyjałowiła, ludzie, którzy /…/ mają w sobie niepohamowany pęd naprzód i głęboką pogardę dla wszelkiego „interesu” /…/.

Jak pisał Leszek Kamiński, wedle Skwarczyńskiego Mandat do władzy w Polsce daje piłsudczykom właśnie to, że są oni spadkobiercami romantyków /…/. Moralne prawo do „rządu dusz” daje Piłsudskiemu i legionistom fakt, że oni właśnie urzeczywistnili swoją walką Mickiewiczowskie hasło „mierz siły na zamiary”, że stanęli jak opisani przez poetę „ludzie szaleni”, wbrew „ludziom rozsądnym” /…/. Dorobku moralnego Legionów nie można zaprzepaścić, trzeba go w narodzie upowszechnić. Stąd właśnie wzięła się Skwarczyńskiego koncepcja „rewolucji moralnej”. Przewrót majowy miał wyzwolić nowe siły etyczne w narodzie, podciągnąć go w górę, ku wyżynom, na których znajdowali się wedle niego dawni legioniści, a w ten sposób na nowe tory pchnąć całą Polskę.

Wyszedłszy od wspomnianej tezy o „dwóch narodach”, tj. bojowej i szlachetnej garstce, która wywalczyła niepodległość, oraz biernej większości, której wolna Polska „spadła z nieba”, przekonywał Skwarczyński, iż: Rewolucji moralnej naród, opętany biernością, nie podjął. Podjął ją Piłsudski, ale dokończyć i utrwalić musi ją naród, bo inaczej nie byłaby ona rewolucją moralną. /…/ w tej chwili hasłem być musi: „Wszystko dla Polski i jej odrodzenia – nic dla Polaków”. Polacy zbyt długo gnuśnieli w bierności, by w tej chwili jedynym dla nich nakazem nie było tylko to jedno: ofiara. Ofiara z dóbr osobistych, z pragnień i aspiracji najsłuszniejszych na rzecz państwa, które zbiorowym wysiłkiem uczynić musimy przybytkiem najwyższego podniesienia duchowego i twórczego wszystkich obywateli i narzędziem walki o najszczytniejszą przyszłość narodu i ludzkości. W 1933 r. przekonywał, że Sprawa kształtowania duszy nowego człowieka, będąc najtrudniejszą, jednocześnie jest najbardziej zasadniczą, podstawową. Wiara, że fakty materialne, przemiany ekonomiczne kształtują automatycznie nowy typ człowieka, zbankrutowała. /…/ Trwałą podstawą pomyślnej przyszłości w rozwoju materialnym i organizacyjnym, oraz pięknych zdobyczy w dziedzinie ideowej i kulturalnej będą tylko charaktery ludzi.

Jan Hoppe pisał: Dla Skwarczyńskiego nade wszystko jasnym było to, że zły człowiek nie zdoła tworzyć rzeczy dobrych i pięknych, że żądni zysków i pragnący dobrych interesów ludzie, nie stworzą tej innej, nowej, tak patetycznie zapowiadanej i idealistycznie pojmowanej przyszłości.

***

Polem i zarazem narzędziem rewolucji moralnej miał stać się czyn, który w epoce niepodległości powinien przybrać postać pracy – nad sobą oraz dla dobra ojczyzny, wzajemnie się dopełniając. Mamy zbudować nową Polskę i nowego w Polsce człowieka. Tej budowy nie zaczniemy wznosić samym umysłem, samym myśleniem, samymi ideami, programami. /…/ Budowa ta bowiem odbywa się przez wyrabianie charakterów i moralności, a te wartości można tylko wypraktykować. Skwarczyński uważał, że w czasie pokoju należy krzewić wzorce „małego heroizmu”. Typy sportowców-lotników Żwirki i Skarżyńskiego, konstruktora Wigury /…/ są typami niepodległymi przyszłości, a rodzić się mogą i rodzą się coraz częściej w każdym zawodzie. Typ tego bezrobotnego, który na pożyczkę narodową przyniósł przechowane od lat złote monety, bo chciał wzmocnić /…/ państwo, jest typem moralnym tej samej rasy – przekonywał.

Pracę rozumiał dwojako. Nie tylko o wysiłek każdego Polaka z osobna mu chodziło, nie tylko o zespolenie owych wysiłków w dzieło zbiorowe. Polska miała stać się „państwem pracy” (taki tytuł przybrał nb. organ prasowy Legionu Młodych, którego „guru” był – o czym później – Skwarczyński). W 1923 r. z goryczą pisał w „Drodze”, iż wbrew wszelkim szumnym hasłom, głoszonym wszędzie i przez wszystkich, praca, w żadnej swej postaci, nie daje dziś w Polsce ani siły, ani znaczenia, ani honoru, nie zapewnia nawet możności życia i utrzymania. Panuje natomiast kapitał i to nawet nie kapitał produkcyjny, ale kapitał spekulacyjny i pasożytniczy. Tymczasem, jak streszczał jego poglądy Hoppe, Praca musi wyznaczać miejsce w życiu, a nawet w hierarchii społecznej.

Polska miała stać się krajem, w którym zaznaczy się przewaga Pracy nad Kapitałem – nie na darmo przewrót majowy określał Skwarczyński mianem „rewolucji żołnierskiej i robotniczej”. Choć on sam nie formułował szczegółowych wskazówek w tej dziedzinie – tym zajmowali się jego współpracownicy, jak ideolog polskiego etatyzmu, Stefan Starzyński, a cały zespół „Drogi” inicjował takie wydarzenia, jak np. monumentalne wydawnictwo „Na froncie gospodarczym” – to rozproszone wzmianki nie pozostawiają wątpliwości w kwestii jego poglądów. W 1928 r. stwierdzał: Linia postępowania obozu „piłsudczyków” w tych sprawach jest ustalona; /…/ a streszcza się w roli państwa nie tylko jako regulatora życia ekonomicznego, lecz jako czynnika inwestującego i kierującego nim – w imię interesów ogółu, a mimo lub nawet wbrew interesom partykularnym prywatno-kapitalistycznym.

Nie znaczy to, że Skwarczyński zajmował stanowisko klasowe, bliskie socjalistom. Był to raczej swoisty solidaryzm narodowy – swoisty, bo zakładający prymat świata Pracy, jednak mającego na uwadze dobro wspólne, stan państwa. Reforma społeczna oprzeć się u nas będzie mogła nie na zwycięstwie siłą jednej klasy nad innymi /…/, chociażby to nawet było zwycięstwo „klas pracujących”. Oprze się ona na gruntownej zmianie stosunku człowieka do zawodu swego i warsztatu, jako nie do środka zarabiania na życie, ale do instrumentu wybranej z powołania twórczości – pisał tuż po przewrocie majowym we wspomnianym liście do Hołówki.

Właśnie w tej kwestii zaciągnął największy dług ideowy u Brzozowskiego, który postulował „przetworzenie pracy z musu w przedmiot miłości i swobody”. W całej logice dzisiejszego porządku społecznego i /…/ panującej ideologii – tak mieszczańskiej, jak i robotniczej – praca nie jest połączona wewnętrznymi węzłami ze swym przedmiotem, z produktem – jest odeń moralnie oderwana, jest on dla niej obojętny – pisał Skwarczyński w artykule „Rola inteligencji w ruchu zawodowym świata pracy”. Zmiana tego stanu rzeczy nie zależy jednak tylko od reform socjalnych, przeobrażenia stosunków własnościowych czy od polepszenia warunków pracy. Musi ona stać się także przedmiotem wytężonych wysiłków samych pracowników najemnych i ich organizacji zawodowych. Relacja człowiek – praca, musi objąć aspekt etyczny, duchowy, nie tylko materialny. Pracownik powinien doskonalić się w wykonywaniu swych obowiązków, wkładać w nie serce, zaś związki zawodowe mają za zadanie nie tylko dbałość o warunki zatrudnienia, lecz także działalność edukacyjną i wychowawczą, by ułatwić zawodowe doskonalenie siebie oraz metod i warsztatów swej pracy i w ten sposób przetworzyć ludzi pracy z najemników na twórców.

***

Piłsudczycy, a wśród nich Skwarczyński, byli przekonani, iż dobrem najwyższym jest państwo. Ta „świętość” to zarówno efekt odzyskania niepodległości oraz odczuwanego zagrożenia ze wschodu i zachodu, ale także skutek przekonania, że państwo i jego wysiłki są kluczową płaszczyzną organizacji życia narodu. Obóz ten krytycznie traktował wszelkie pomysły spod znaku „państwa-minimum”, motywowane czy to gospodarczo, czy z punktu widzenia swobód obywatelskich. Uważano, że tylko silne i sprawne państwo zapewni właściwy rozwój Polsce i jej mieszkańcom. Ponieważ jednak państwo było w ich odczuciu słabe – zarówno z instytucjonalnego, jak i mentalnego (skutek dziedzictwa zaborów) punktu widzenia – uważali, że konieczne są wzmożone wysiłki na rzecz jego wzmocnienia.

Skwarczyński u schyłku lat 20. krytykował stanowisko, zgodnie z którym Mówi się ciągle obywatelowi o obowiązkach, jakie wobec niego ma rząd i państwo, ale przemilcza się systematycznie obowiązki obywatela /…/. Kwintesencję jego poglądów na to zagadnienie stanowi podsumowanie pracy zbiorowej „Pod znakiem odpowiedzialności i pracy”, będącej zapisem dyskusji organizowanych pod kierunkiem Skwarczyńskiego. Pisał tam następująco: Zawsze mówmy ludziom w pierwszym rzędzie o ich obowiązkach, a nie o uprawnieniach. /…/ Wykreślić z naszego słownika słowa „Protestujemy” i „Żądamy” – i zastąpić je słowami: „Dążymy”, „Pracujemy”. Wykreślić słowo „Interes”, nawet w znaczeniu „interes zbiorowy” – a zastąpić je słowem „Służba”.

Nie oznacza to, że redaktor „Drogi” uważał, iż „jednostka niczym”, że państwo powinno być „totalne”, a obywatele posłusznym stadem owiec. Stworzył koncepcję, która stanowiła „trzecią drogę” między liberalną demokracją parlamentarną a totalitarnymi reżimami faszystowskimi i komunistycznymi. Nazwał ją „uspołecznieniem państwa”. Termin ten zaczerpnął od jednego z prominentów obozu piłsudczykowskiego, Walerego Sławka, jednak znacznie rozwinął i pogłębił jego koncepcję. Uważał, że państwo jest silne nie wtedy, gdy odbierze obywatelom ich inicjatywę, lecz gdy potrafi powiązać ją z celami ponadpartykularnymi. Chodziło o stopniowe rozkładanie odpowiedzialności za państwo na szerokie sfery zorganizowanego społeczeństwa /…/ na barki związków społecznych: gospodarczych /…/, zawodowych /…/, oświatowo-kulturalnych, wychowawczo-wojskowych itd. W tekście „O podstawy demokracji” przekonywał, że /…/ wciągnąć musimy do współpracy wszystkich ludzi, posiadających dobrą wolę i ambicję twórczą, których niejednokrotnie dzielą dzisiaj różne hasła i przekonania, a których złączą dyscyplina moralna zaufania, poszanowanie człowieka i kult „wielkiego zbiorowego obowiązku”.

Jak wspomniałem, redaktor „Drogi” negatywnie oceniał „rozdrapywanie” Polski przez grupy interesu skupione w stronnictwach politycznych. Zapewne część tej niechęci wynikała z fiaska piłsudczykowskich projektów partyjnych, jednak towarzyszyła jej bardziej wnikliwa diagnoza. Zgrupowani wokół „Drogi” autorzy – w tym czołowy polski ideolog syndykalizmu, Kazimierz Zakrzewski, autor książki „Kryzys demokracji” – uważali, że wyczerpała się dotychczasowa formuła polityczna. Kryzys demokracji jest faktem przede wszystkim w znaczeniu przeżycia się obowiązującej w niej ideologii oraz zbankrutowania form organizacyjnych – pisał Skwarczyński w 1926 r. Uważał, że zdobycz rewolucji francuskiej, jaką było wyrwanie człowieka z ograniczeń ancien régime’u, została w demokracji parlamentarnej zatracona wskutek „masowego” postrzegania obywateli-wyborców. Zwycięstwo takiego czy innego programu miało być osiągnięte drogą liczby: takim czy innym głosowaniem. Większość miała być tym, co załatwi sprawę. /…/ Liberalizm zmarnował zdobycz Wielkiej Rewolucji: wyzwolenie człowieka; nie wciągnął tego człowieka w ustrój społeczny, tylko jego surogat: abstrakcyjną jednostkę. Toteż zadaniem /…/ jest wcielić pełnego, odpowiedzialnego człowieka w pracę zespołową – przekonywał w 1932 r. w piśmie „Jutro Pracy”.

Już 10 lat wcześniej konstatował, że coraz powszechniejsze jest znienawidzenie partii i ich polityki sejmowej natomiast coraz wyraźniejsze – obejmowanie życia publicznego przez organizacje społeczne /…/. Rozwijają się świetnie i koncentrują związki samorządów wiejskich i miejskich, zamiast „stronnictw” ludowych coraz silniej do głosu dochodzą chłopskie zrzeszenia gospodarcze i kulturalne, zamiast partii robotniczych analogiczne organizacje robotnicze /…/. To właśnie miało stać się podstawą nowego ustroju. Skwarczyński parlamentarnej demokracji frazesu, demokracji niwelującej, demokracji poniżającej człowieka przeciwstawiał demokrację realizacji, rozciągającą się nie tylko na uprawnienia polityczne, ale również na życie zarówno w samorządach lokalnych, jak i gospodarczych, na życie kulturalne, gospodarcze, zawodowe, oświatę, wciągając najszersze warstwy jako świadomego, odpowiedzialnego współtwórcę /…/.

W artykule programowym „Uspołecznienie państwa” pisał: Przewrót majowy odsunął /…/ demokrację starego typu: /…/ partii, werbalnych „programów”, nieobowiązujących haseł /…/. Otworzył natomiast możliwości dla nowej formy współpracy społecznej – tej, która gardząc werbalizmem pisanych programów, organizuje zespoły konkretnej pracy; tworzy dobra rzeczywiste, materialne i kulturalne – i ma ambicję demokratyzować społeczeństwo nie tylko politycznie, lecz również i gospodarczo i kulturalnie /…/.

***

Dziwnie brzmi dzisiaj apoteoza demokracji – choćby nieparlamentarnej – w wykonaniu ideologa obozu sanacyjnego. Skwarczyński odrzucał jednak tezę, że porządek polityczny ustanowiony w efekcie przewrotu majowego, jest dyktaturą. Był przekonany, iż rządy piłsudczyków są odległe od tego modelu, stanowiąc typowo polską, nową jakość. /…/ rządy nasze mają na ogół o wiele mniej „silną rękę”, niż gdzie indziej rządy najbardziej demokratyczne czy liberalne.

W tekście „Myśl wychowawcza Piłsudskiego” przekonywał, iż /…/ jego ideał wychowawczy zmierza do urobienia człowieka własnowolnego i własnowolnego społeczeństwa, do wydobywania z ludzi i ze społeczeństwa czynu. Nie nakazywania /…/, ale /…/ stawiania człowieka i społeczeństwa w takim położeniu, w którym rodzi się decyzja, poczucie odpowiedzialności i czyn. Na łamach „Jutra Pracy” dodawał: Zaledwie znajdzie się w sytuacji dyktatora (listopad 1918, maj 1926, „Brześć”), natychmiast z sytuacji tej wyciąga konsekwencje wprost przeciwne: demokratyczne, liberalne, konstytucyjne. Zaledwie konsekwencje te ujawniać zaczynają swe sprzeczne z postulatem odpowiedzialności oblicze, rzuca im pod nogi „dyktatorskie” gesty. Bo w gruncie rzeczy przez cały czas chodzi mu o tę rzecz /…/, która nie mieści się ani w liberalnej demokracji, ani w dyktaturze. Chodzi mu właśnie o odpowiedzialność ludzi /…/.

Jego zdaniem, „władczość” Piłsudskiego ma specyficzny rys, wynikający z polskiej tradycji. Kluczowe były tu doświadczenia powstania styczniowego, które Marszałek wnikliwie studiował. Wówczas władza obywała się bez przymusu, którego organów Rząd ów nie posiadał, tylko przez nacisk i autorytet moralny /…/. Wedle niego, Piłsudski wcielił tę ideę w życie w czasach Legionów i POW, które również nie posiadały żadnych uprawnień administracyjno-decyzyjnych, a cały posłuch wynikał z moralnego autorytetu inicjatyw i ich twórców. Rok 1863, Legiony, a zwłaszcza POW /…/ – we wszystkich tych momentach /…/ objawia się zbiorowa inspiracja, polegająca /…/ na tym, że zbiorowością natchnioną rządzi nakaz nie formalno-prawnej, lecz moralnej natury, nakaz, który przyjmowany jest przez „podwładnych” bez przymusu, w sposób zupełnie dobrowolny – pisał w „Prawdzie jedynej…”. Oczywiście w warunkach odzyskanej niepodległości i istniejącego aparatu państwowego, nie jest ani możliwa, ani pożądana sytuacja całkowitej dobrowolności postaw i poczynań obywateli, jednak wedle Skwarczyńskiego obóz piłsudczykowski i jego lider nie dążą do typowej dyktatury. Ich ideałem jest władza silna, a na dobrej woli oparta.

Z takich właśnie pozycji – minimalizowania przymusu instytucjonalnego oraz kładzenia nacisku na wychowanie, dobrowolną przemianę moralności obywateli – krytykował ustroje totalitarne: faszyzm i komunizm: Odrzućmy sztywność i „zasadniczość” obu tych eksperymentów, wyzwólmy się z lenistwa umysłowego, które stwarza u nas co chwila modę to na sowiety, to na faszyzm, modę szkodliwą i głupią.

***

W styczniu 1927 r. Adam Skwarczyński objął kierownictwo referatu społecznego w Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP. Jego służbowe mieszkanie na Zamku Królewskim stało się placówką organizacyjną propiłsudczykowskich inicjatyw. Wieś, ruch zawodowy, młodzież robotnicza, szkolna i akademicka, instytucje oświatowo-kulturalne, wydawnictwa, konferencje porozumiewawcze tu znajdują swe ognisko, ducha i plan działania – pisał Bolesław Wasylewski.

Już w 1922 r. Skwarczyński współtworzył Powszechny Uniwersytet Korespondencyjny, pomagający poszerzać wiedzę osobom z prowincji oraz pracującym mieszkańcom dużych miast. Po przewrocie majowym inicjował lub czynnie wspierał kolejne organizacje społeczne, m.in. Związek byłych Więźniów Ideowych, Organizację Młodzieży Pracującej, Instytut Oświaty i Kultury, Unię Związków Pracowników Umysłowych. Pod jego kierownictwem powstał „Atlas organizacji społecznych”.

Kluczowe były dlań jednak organizacje młodzieżowo-wychowawcze. Uważał, że „rewolucja żołniersko-robotnicza” w pełni dokona się wtedy, gdy dominującą rolę w Polsce zacznie odgrywać generacja „ludzi pomajowych”, nie obarczona nawykami i wzorcami pokolenia swoich rodziców. Dlatego też gros wysiłku poświęcił pracy formacyjnej w środowiskach młodzieżowych. Na początku 1930 r. inspirował utworzenie Legionu Młodych – Akademickiego Związku Pracy dla Państwa. Organizacja ta, o charakterze elitarnym, była w zamierzeniu placówką formacyjną w środowisku studenckim, a od 1932 r., po zmianie nazwy na Związek Pracy dla Państwa – Legion Młodych, również wśród młodzieży robotniczej i urzędniczej. Legion Młodych głosił – jak pisze Zbigniew Osiński – hasła antynacjonalistyczne, antykapitalistyczne, antyklerykalne i antyniemieckie, opowiadał się za ograniczeniem własności prywatnej, ustanowieniem silnej kontroli państwa nad gospodarką, planowaniem gospodarczym, uniezależnieniem się od kapitału zagranicznego, a także /…/ potrzebę reform społecznych. Skwarczyński wchodził w skład tzw. Senioratu, czyli grupy wspierająco-doradczej LM. Innym środowiskiem tego typu, z którym współpracował, była grupa związana z tygodnikiem „Jutro Pracy” o orientacji piłsudczykowsko-nacjonalistyczno-syndykalistycznej, wywodząca się ze związków zawodowych pracowników umysłowych.

W 1932 r. rozpoczęła działalność Straż Przednia – Organizacja Pracy Obywatelskiej, również powołana z inicjatywy Skwarczyńskiego. Była przeznaczona dla osób w wieku 15-21 lat i miała za zadanie wychowywać w duchu wskazań redaktora „Drogi” uczniów szkół średnich. Ważną rolę w jej działaniach pełniły zajęcia samokształceniowe oraz praktyczne – wychowanie poprzez pracę i czyn. Skwarczyński był trzy lata prezesem organizacji, redagował także jej organ – miesięcznik „Kuźnia Młodych”. SP i redakcja „KM” były inicjatywami, w które włożył mnóstwo energii i wysiłku. Nieco mniej, lecz także sporo zaangażowania poświęcił Centralnemu Komitetowi ds. Młodzieży Wiejskiej, którego był przewodniczącym. W 1934 r. powołał Towarzystwo Wiejskich Uniwersytetów Regionalnych.

Nie zaniedbał też pracy formacyjnej wśród osób bardziej dojrzałych. Wieczory dyskusyjne organizowane pod jego kierownictwem gromadziły intelektualną elitę obozu piłsudczykowskiego. Na początku lat 30. formułował wizje nowej elity państwowej, wyłonionej w oparciu o dorobek w pracy na rzecz państwa, nie zaś wedle pochodzenia społecznego czy zamożności. Inspirowany tyleż elitaryzmem dawnych legionistów, co projektem Abramowskiego „Związek Rycerzy Polski”, powołał w 1930 r. niejawny Zakon Dobra i Honoru Polski. Aleksander Ivánka pisał o tej organizacji, iż stawiała sobie za cel wypracowanie zasad nowego ustroju, przede wszystkim opierając się na zasadach moralnych i podporządkowując interesy osobiste interesom państwa.

***

Pod koniec lat 20. odnowiły się u niego powikłania związane z gruźlicą. Szybki rozwój choroby sprawił, że w 1929 r. musiał poddać się amputacji obu nóg. Przykuty do wózka inwalidzkiego, nie zaprzestał intensywnej pracy, a wręcz można odnieść wrażenie, iż podwoił dotychczasowe wysiłki. Po kilku latach nastąpił jednak kolejny silny nawrót choroby. Adam Skwarczyński zmarł 2 kwietnia 1934 r. Do już posiadanych Krzyża Virtuti Militari, Krzyża Walecznych i Krzyża Niepodległości pośmiertnie dodano Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta.

Na jego dorobek ideowy kładzie się dwuznaczny cień w postaci silnych powiązań z obozem władzy, któremu zdarzało się podejmować decyzje zasługujące na krytykę czy wręcz – jak np. sprawa procesów „brzeskich” – haniebne. Na pewno idealizm Skwarczyńskiego zderzał się z twardymi realiami oraz z niedoskonałościami personalnymi członków elity władzy. Gdy on widział w piłsudczykach niemalże zakon świętych mężów, zdarzali się tam również cynicy, karierowicze, osoby nieudolne czy czerpiące splendor z dawno minionej legionowej szlachetności. Gdy uzasadniał ograniczanie „partyjniactwa” dobrem państwa, jego towarzysze widzieli w tym poręczny instrument eliminowania politycznej konkurencji, a w obozie rządzącym odtwarzały się wszelkie cechy systemu partyjnego, tyle że w postaci frakcji i nieformalnych klik. Gdy Skwarczyński wprowadzał dychotomię piłsudczyków i reszty, przypisując im biegunowo przeciwne kwantyfikatory, z całym dobrodziejstwem inwentarza akceptował również osoby miernej kondycji intelektualnej i moralnej, a odrzucał wiele szlachetnych postaci – w tym własnych dawnych towarzyszy i współpracowników – które również chciały i potrafiły służyć Polsce, tyle że niekoniecznie w „jedynie słusznych” szeregach.

Na rzecz Skwarczyńskiego przemawiają jednak nie tylko cenne i wciąż aktualne elementy dorobku intelektualnego, ale również cechy osobowościowe i postawa, które przekreślają sporą część zasygnalizowanych wątpliwości. Cieszył się szacunkiem nawet wśród przeciwników politycznych, mając opinię człowieka krystalicznie uczciwego i ideowego. Przykładowo, Karol Popiel, lider przedwojennej chadecji, który sanacji „zawdzięczał” m.in. proces polityczny i więzienie, pisał o Skwarczyńskim, że był jednym z tych bardzo nielicznych „starych piłsudczyków”, którzy rozumieli, iż nie wystarczy zdobyć zbrojnie władzę w państwie, by rządzić narodem, ale trzeba mu dać wizję lepszej przyszłości i wychować odpowiedni zespół ideowych pracowników, którzy by ją wcielali w życie. Daria Nałęcz, oceniając jego życie po latach i z dystansem badacza, stwierdziła, że wyróżniał się /…/ wyjątkową wręcz bezinteresownością osobistą. Nie wzbudzały jego pożądania żadne dobra materialne. Nie przejawiał ambicji zrobienia kariery. Nie ciągnęły go wielkie gabinety, lśniące limuzyny i kłębiące się tłumy petentów. W przeciwieństwie do wielu swych kolegów wiódł życie niezwykle skromne, wręcz ascetyczne. Sprawiał wrażenie człowieka, który w pełni oddał się wielkim sprawom ideowym. Na łamach „Państwa Pracy” wychowankowie z Legionu Młodych żegnali go tak: Był dla nas tym większym autorytetem, że zasadzie Czynu, Odpowiedzialności i Honoru podporządkował przede wszystkim i bez reszty całe swoje życie osobiste i całą swą publiczną działalność.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Andrzej Chojnowski, Piłsudczycy u władzy. Dzieje Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1986.
  • Jacek Czajkowski, Jacek M. Majchrowski, Adam Skwarczyński (3 XII 1886 – 2 IV 1934) /w:/ tychże, Sylwetki polityków Drugiej Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Znak, Kraków 1987.
  • Andrzej Garlicki, Od maja do Brześcia, Czytelnik, Warszawa 1981.
  • Jerzy Holzer, Mozaika polityczna Drugiej Rzeczypospolitej, Książka i Wiedza, Warszawa 1974.
  • Jan Hoppe, Adam Skwarczyński /w:/ tegoż, Wierzyłem… (artykuły), Nakładem Wydawnictwa „Jutra Pracy”, Warszawa 1938.
  • Jan Hoppe, Adam Skwarczyński. Myśli o związkach zawodowych, Organizacja Młodzieży Pracującej, Warszawa 1934.
  • Jan Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Odnowa, Londyn 1972.
  • Aleksander Ivánka, Żołnierz Dobra i Honoru Polski /w:/ Wspomnienia o Stefanie Starzyńskim, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982.
  • Leszek Kamiński, Romantyzm a ideologia. Główne ugrupowania polityczne Drugiej Rzeczypospolitej wobec tradycji romantycznej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, Wrocław 1980.
  • Kazimierz Koźniewski, Zamknięte koła. Wspomnienia z lat 1929-1945, tom I, wydanie II przejrzane i uzupełnione, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław 1984.
  • Władysław T. Kulesza, Koncepcje ideowo-polityczne obozu rządzącego w Polsce w latach 1926-1935, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1985.
  • Teodor Ładyka, Polska Partia Socjalistyczna (Frakcja Rewolucyjna) w latach 1906-1914, Książka i Wiedza, Warszawa 1972.
  • Andrzej Micewski, W cieniu marszałka Piłsudskiego. Szkice z dziejów myśli politycznej II Rzeczypospolitej, Czytelnik, Warszawa 1968.
  • Daria Nałęcz, Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994.
  • Daria Nałęcz, Wstęp do: Adam Skwarczyński, Od demokracji do autorytaryzmu, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Tomasz Nałęcz, Polska Organizacja Wojskowa 1914-1918, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Polska Akademia Nauk – Wydział I Nauk Społecznych, Wrocław 1984.
  • Zbigniew Osiński, Janusz Jędrzejewicz – piłsudczyk i reformator edukacji (1885-1951), Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2007.
  • Karol Popiel, Droga ideowego piłsudczyka /w:/ Jerzy Braun, Karol Popiel, Konrad Sieniewicz, Człowiek ze spiżu, Odnowa, Londyn 1981.
  • Marian Stępień, Spór o spuściznę po Stanisławie Brzozowskim w latach 1918-1939, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976.
  • Adam Skwarczyński, Od demokracji do autorytaryzmu, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Adam Skwarczyński, Myśli o nowej Polsce, Biblioteka Drogi, prawdopodobnie Warszawa 1930.
  • Adam Skwarczyński, Wskazania, Nakładem Straży Przedniej, Warszawa 1934.
  • Bolesław Wasylewski, Adam Skwarczyński – życiorys /w:/ A. Skwarczyński, Wskazania, Nakładem Straży Przedniej, Warszawa 1934.
  • Bohdan Urbankowski, Filozofia czynu. Światopogląd Józefa Piłsudskiego, Wydawnictwo Pelikan, Warszawa 1988.
  • Iwo Werschler, Tadeusz Hołówko. Życie i działalność, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984.
  • W. Z. (Wacław Zagórski), Autorytet moralny, „Państwo Pracy” nr 13/1934 (8 kwietnia).

Folklor i awangarda

Choć traktowana na ogół z nutką sympatii, kultura ludowa kojarzy się ze skansenem, „cepeliadą”, czymś archaicznym i konserwatywnym. Istniał jednak w Polsce nurt kulturowo-polityczny, który traktował dziedzictwo wsi i prowincji jako punkt wyjścia do śmiałych, wręcz awangardowych projektów artystycznych, które z kolei miały stanowić siłę sprawczą emancypacji niższych warstw społecznych. Spiritus movens takich koncepcji i inicjatyw był Jędrzej Cierniak.

***

Urodził się 15 października 1886 r. we wsi Zaborów w powiecie Brzesko w Małopolsce. Jego dzieciństwo upłynęło pod znakiem typowej „nędzy galicyjskiej”. Gdy jednak okazało się, że chłopiec jest bardzo zdolny, rodzina – kosztem wielu wyrzeczeń – zapewniła mu możliwość edukacji. Po maturze podjął na Uniwersytecie Jagiellońskim studia filologii klasycznej i polonistyki, które ukończył w 1913 r., zaś rok później zdał egzamin nauczycielski. Przejawiał również zdolności muzyczne, literackie i malarskie, jednak ze względów materialnych nie miał możności ich profesjonalnego rozwijania.

Zajął się natomiast działalnością społeczną. W wakacje 1905 r. zaborowska młodzież za jego namową wystawiła amatorską sztukę „Dziesiąty pawilon” o tematyce patriotycznej. W 1908 r. założył wiejski zespół teatralny; próby odbywały się w domu rodzinnym. Wraz z kolegami z gimnazjum powołał też tajne kółko samokształceniowe, na cmentarzu w Bochni ślubowali wytrwałość w walce o odzyskanie niepodległości. Podczas studiów działał w akademickim kole Towarzystwa Szkoły Ludowej, brał także udział w szkoleniach wojskowych Związku Strzeleckiego.

Gdy wybuchła wojna, wstąpił do Legionów. Brał udział w walkach na terenie dzisiejszej Ukrainy, na froncie spędził niemal trzy lata. Po tzw. kryzysie przysięgowym sierżant Cierniak zagrożony był wcieleniem do armii austro-węgierskiej, więc latem 1917 r. wyjechał z fałszywym paszportem do Warszawy. Tam podjął pracę jako nauczyciel polskiego i łaciny w renomowanym gimnazjum Wojciecha Górskiego. Jego talent pedagogiczny i zaangażowanie w życie szkoły szybko zaowocowały awansem na stanowisko wicedyrektora (tzw. inspektor) placówki.

***

Szkoła Górskiego, w której chętnie sięgano po niestandardowe metody wychowawcze, była dogodnym miejscem dla amatorskiej działalności teatralnej z udziałem uczniów. Z inicjatywy Cierniaka zorganizowano około 25 pokazów „Szopki krakowskiej”, a następnie, wedle autorskiego scenariusza, wystawiono widowisko „Wesele krakowskie”, które zyskało znakomite recenzje.

Wkrótce ten rodzaj aktywności wykroczył poza szkolne mury. Cierniak w 1923 r. podjął się społecznie funkcji redaktora pisma „Teatr Ludowy”, któremu z braku funduszy groził upadek. Szybko pozyskał do współpracy w finansowaniu i kolportażu organizacje społeczne – pismo okresowo ukazywało się, oprócz standardowego wydania, m.in. w formie wkładki do różnych gazet trafiających do liderów społeczności wiejskich, osiągając nawet 10 tys. egz. nakładu.

Jako jego redaktor, wszedł do Komitetu Wykonawczego Związku Teatrów Ludowych. W 1924 r. został członkiem komisji kulturalnej Centralnego Związku Młodzieży Wiejskiej, co pozwoliło wpływać pod względem organizacyjnym i ideowym na zespoły teatralne związane z tą prężną i masową inicjatywą. W roku 1927 w ramach ZTL zainicjował Cierniak wraz z Adamem Bieniem szeroko zakrojone badania amatorskiego ruchu teatralnego. Ich wyniki, omówione następnie w książce „Teatry ludowe w Polsce”, nie tylko dały pierwszy całościowy obraz zjawiska, ale przede wszystkim pomogły autorom sformułować wnioski dotyczące pożądanych kierunków rozwoju.

***

Amatorski teatr ludowy był jednym z prężnych fenomenów kulturowych międzywojnia. Szacuje się, że działało wówczas na wsi 5-7 tysięcy stałych zespołów teatralnych, które dawały rocznie 20-30 tys. przedstawień. Do tego dochodzą amatorskie zespoły w miastach, a także znaczna liczba inicjatyw okazjonalnych, co w sumie oznacza ok. 10 tys. oddolnych, niezawodowych przedsięwzięć teatralnych. Była to zatem ogromna rzesza ludzi – aktywnych twórców, a zwłaszcza odbiorców ich wysiłku można liczyć w setkach tysięcy.

Teatr ludowy nierzadko był na prowincji jedynym przejawem zbiorowych działań artystycznych, a w wielu przypadkach jedną z nielicznych form jakiejkolwiek aktywności społecznej. Na wsi w owym okresie zamieszkiwało zaś 75% obywateli Polski. Gdy do tego dodamy małe miasta oraz amatorskie wysiłki teatralne w łonie środowisk robotniczych, młodzieżowych, w różnych grupach zawodowych, wówczas widzimy, że było to zjawisko o niemałym zasięgu i znaczeniu.

Jędrzej Cierniak zdawał sobie doskonale sprawę, że to, jaki repertuar i metody pracy przyjmie ów ruch artystyczny, stanowić będzie o rozwoju kulturowym mas społecznych. Natomiast to, jaki będzie udział owych mas w życiu kraju, wpłynie znacząco na oblicze kultury narodowej. I wreszcie – to, co i jak będą w swych inicjatywach kulturalnych czyniły masy, nie pozostanie bez wpływu na ich pozycję społeczną, siłę polityczną i udział w życiu publicznym.

***

Na początku lat 20. nawiązał współpracę z warszawskimi twórcami teatru zawodowego. Byli to m.in. Leon Schiller, Juliusz Osterwa i Mieczysław Limanowski. Związani z eksperymentalnym teatrem „Reduta”, propagowali nowe trendy w tej dziedzinie sztuki. Schiller stworzył koncepcję teatru monumentalnego – takiego, którego odbiorcami są masy ludowe, a same spektakle przybierają rodzaj uroczystości, swoistego obrzędu. Zespół „Reduty” opierał działalność i program ideowy na pracy zespołowej (swoistym uspołecznieniu pracy aktorów), a także na faktycznym przeżywaniu treści widowiska przez jego twórców (aktor „jest” daną postacią, nie zaś ją „gra”).

Sojusz wielkomiejskich eksperymentatorów z chłopskim społecznikiem wynikał z podobnych dążeń, choć nieco inaczej akcentowanych. Oni chcieli, by „teatr narodowy” zwrócił się do mas ludowych (nie tylko chłopskich), by stał się teatrem bazującym na zbiorowych emocjach i czerpał z autentycznych tradycji ludowych (Schiller już w 1919 r. wystawił „Szopkę staropolską”, która w „Reducie” przybrała postać „Pastorałki”). Cierniak zaś dostrzegał w kulturze ludowej inspirujący „materiał” artystyczny, wśród mieszkańców wsi twórców i odbiorców monumentalnych widowisk, zaś w amatorskim teatrze – potencjał „obywatelski”.

Jerzy Zawieyski, wieloletni i bodaj najbliższy współpracownik Cierniaka, pisał, że był twórcą teatru ludowego. Twórcą prawdziwym, to znaczy, że odrzucił wszystko, co w tej dziedzinie zastał i urzeczywistnił własną wizję o tym, jaki powinien być teatr ludowy, nowoczesny, zgodny z dążeniami współczesnej wsi. Przede wszystkim postawił odważną, a dla wielu obrazoburczą tezę, że choć amatorski ruch teatralny rozwija się prężnie, to jednak jego znaczną, jeśli nie dominującą część stanowią inicjatywy pozbawione większej wartości. Dotychczasowy rozwój teatru ludowego bazował bowiem na kilku negatywnych trendach.

Po pierwsze, służyć miał głównie rozrywce. W praktyce oznaczało to, że sięgano po utwory łatwe w przygotowaniu, lecz pozbawione wartościowego wpływu na odtwórców oraz widzów. W dodatku teksty te w niewielkim stopniu odzwierciedlały realia i problemy niższych warstw społecznych. Były to tandetne „sztuczki”, które pisali zazwyczaj miejscy literaci niskiej klasy, a ich edycją zajmowały się wydawnictwa zainteresowane zyskiem, nie zaś rozwojem artystycznym ludu.

Po drugie, nawet jeśli takim inicjatywom przypisywano funkcje wychowawcze, to bardzo wąsko rozumiane – ot, wiejska młodzież zamiast się nudzić, miała „zająć się teatrem”, zaś widzowie otrzymać „coś patriotycznego lub religijnego”. Po trzecie, teatr taki nieudolnie kopiował wzorce z zawodowego teatru miejskiego, od scenografii poczynając („pudełkowa” scena), poprzez podział pracy (reżyser, który „tresował” aktorów) i granie przedstawień w celach zarobkowych (z tą różnicą, że dochód przeznaczano zwykle na cele społeczne), a kończąc na pozbawionej refleksji nauce ról na pamięć i beznamiętnym ich odgrywaniu. Teatr taki polega – pisał Cierniak – na niewolniczym naśladowaniu w treści i formach teatru zawodowego, /…/ z pominięciem prawdziwego artyzmu sceny zawodowej.

Ani repertuar, ani sposób przygotowywania przedstawień i ich odgrywania oraz społeczna i kulturowa rola takich inicjatyw, nie pozwalały mówić o właściwym teatrze ludowym. W żaden sposób taki teatr nie odwoływał się do specyfiki społecznej ludu, ani nie czerpał z jego dorobku kulturowego. W książce Cierniaka i Bienia czytamy: my właściwie w obecnej Polsce /…/ nie mamy teatru ludowego w istotnym tego słowa znaczeniu. Trzeba go zatem dopiero tworzyć. A któż go ma stworzyć, jeżeli właśnie nie masy ludowe, skoro to ma być ich teatr /…/. uważamy, że 1) teatr ludowy będzie o tyle ludowym, o ile jak najwięcej będzie w nim samorodnej twórczości samego ludu /…/ 2) organizacje winny wspomagać, wyzwalać uzdolnienia artystyczne w masach, a nie musztrować, nie tresować ich w bezmyślnym naśladownictwie.

Teatr ludowy to nie tylko teatr wiejski czy chłopski, aczkolwiek wieś i chłopstwo ze względów demograficznych stanowiły wówczas główny punkt odniesienia. Bień i Cierniak pisali: Nasz teatr jest przede wszystkim teatrem /…/ gromad ludzkich, a gromady te mogą być rozmaite, jak np. mieszkańcy wsi lub miasteczka, członkowie jakiegoś stowarzyszenia, młodzież w szkole, żołnierze w oddziale wojskowym, robotnicy w fabryce itd. Każda taka gromada żyje w skupieniu, jakby szersza rodzina, wszyscy się znają wzajemnie, a teatralne przedstawienia urządzają rzadko, od święta, sami dla siebie. I właśnie dlatego ten teatr ma dla danej społeczności osobliwy urok, jest przecie wyrazem jej uczuć, myśli i marzeń, daje całej zbiorowości chwile zespołowych przeżyć i doznań estetycznych.

Teatr ludowy to zatem teatr oddolny, będący efektem pasji członków społeczności, zrośnięty z życiem i kulturą danej zbiorowości. /…/ zasadą organizacji winna być jak największa jej prostota i przystosowanie do warunków miejscowych, zasadniczo bezinteresowny – społeczny – stosunek /…/ do tej pracy, oparcie wzajemnych stosunków członków na zasadach demokratycznych – pisali autorzy „Teatrów ludowych w Polsce”.

***

Być może dlatego, że pochodził z chłopskiej rodziny, nie idealizował ludu. Przekonaniu o samoistnych wartościach kultury plebejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem wiejskiej, towarzyszyła wyważona ocena faktycznych możliwości tych warstw. Dostrzegał wady chłopstwa, będące skutkiem m.in. wieków poddaństwa, a także wciąż trwającej marginalizacji. Stąd też postawy chłopów, oprócz cech wartościowych, charakteryzują się nadmiernym, bezrefleksyjnym konserwatyzmem, wąskimi horyzontami, nieumiejętnością odróżnienia tandety.

Z tego względu przekonany był, że konieczny jest długotrwały, mozolny wysiłek formacyjny w kwestii repertuaru, metod pracy teatralnej, doboru technik scenicznych itp. Dostrzegał potrzebę istnienia „przewodników” w dziele zmiany negatywnych tendencji, powinny to jednak być osoby „z ludu” lub potrafiące z nim znaleźć wspólny język i uszanować tę warstwę. Dziś nie czas na dawanie łaskawego chleba za korny ukłon i ucałowanie pańskiej ręki, dziś chcemy być równi /…/ dziś nie czas, by narzucać ludowi gotowe recepty /…/. Ludowi polskiemu trzeba służyć braterską pomocą, by dojrzał i sam sobą pokierował. Bo gdybyśmy masom ludowym narzucili wszystko w gotowiźnie, nie pozwolili rozwinąć się samodzielnie, to byśmy zabili w nich nie tylko zdolności, ale samą potrzebę własnej samorzutnej twórczości. /…/ praca artystyczna wśród /…/ mas ludowych powinna polegać tylko na wytwarzaniu dla tych gromad warunków, w których by taki czy inny, drzemiący w człowieku talent lub zdolność mogły się wyzwolić, odezwać i uzewnętrznić, ale możliwie samodzielnie, tak jak myśli, czuje i wierzy. To będzie twórczość jego własna – pisał w roku 1927 w programowym tekście „Nasz cel i nasze drogi”.

Cierniak zresztą przy każdej sposobności akcentował potrzebę samodzielności i demokratyczności w pracach teatralnych. W 1926 r. w przedmowie do edycji „Wesela krakowskiego”, pisał: Reżyser teatru ludowego na takich samych prawach, co każdy członek zespołu. On tylko z woli wszystkich czuwa nad ładem w pracy, rozpala indywidualną inicjatywę, ale liczy się z każdym głosem, z każdym samorodnym pomysłem. Bo teatr stwarzamy wszyscy razem.

Nie uważał też, że należy dokonywać separacji teatru ludowego i kultury wiejskiej od wpływów „miastowych”. Wręcz przeciwnie – kultura ludowa powinna być punktem wyjścia, tyleż z uwagi na jej wartości, ile z racji tego, że stanowi istotną część etosu warstw plebejskich, jednak należy ją wykorzystać w sposób krytyczny oraz czerpać ze wsparcia innych środowisk. Stąd nie tylko związki Cierniaka z awangardową „Redutą” i zainteresowanie jej eksperymentami repertuarowymi, scenograficznymi czy dotyczącymi metod pracy w zespole, ale także inne jego pomysły. Przykładowo, poszukując wartościowego repertuaru dla teatrów ludowych, z uznaniem wypowiadał się np. o komunizującym poecie, reżyserze i dramaturgu Witoldzie Wandurskim i dokonanej przez niego nowoczesnej adaptacji ludowej legendy o madejowym łożu. Gdy natomiast postulował odrodzenie w teatrze ludowym nurtu religijnego, jako że chrześcijańska wiara i obrzędowość odgrywały niebagatelną rolę w życiu polskich plebejuszy, to jako potencjalnego twórcę scenariuszów o takiej tematyce wskazywał… mocno lewicującego i awangardowego Emila Zegadłowicza. Teatr ludowy nie miał być teatrem konserwatywnym i czołobitnym wobec tradycji.

Miał jednakże być silnie zakorzeniony w życiu ludu i jego dorobku kulturalnym. Jak pisał prof. Stanisław Pigoń, Cierniak zerwał stanowczo z mniemaniem, że teatr ludowy to jest teatr amatorski, odgrywający po wsiach popularne sztuczki komiczne lub patriotyczne. Nie włączał doń nawet sztuk pisanych po wsiach przez samorodnych autorów-chłopów. Wszystko to miał za czczą zabawkę. Jego koncepcja teatru ludowego była o wiele głębsza. Wychodził z założenia, że pierwotne życie gromadzkie wsi wytworzyło i utrwaliło pewną ilość obrzędów – widowisk o charakterze właśnie dramatycznym, ześrodkowujących w sobie momenty jakichś donioślejszych zespoleń duchowych. /…/ Remanenty takich prastarych, w sakralny porządek dramatyczny ujętych obrzędów są wcale częste po wsiach, związane z porą roku (gaiki czy maje, sobótki), z czynnościami gospodarskimi (żniwne, kosiarskie, zakładziny domostwa), z biegiem życia i śmierci (pogrzeby, zaduszki). Jednym słowem, właściwe widowisko dramatyczne dla chłopa – to nie zabawa, nie „kumedyje”, to obrzęd społeczny o charakterze sakralnym /…/ za główne zadanie teatru ludowego uznał /…/ przywrócenie widowiskom obrzędowym ich charakteru i dostojeństwa i uczynienie ich ogniskiem życia artystycznego /…/.

Oprócz wymienionych „składników” postulowanego teatru ludowego, Cierniak interesował się pomniejszymi elementami kultury plebejskiej, jak pieśni, które zazwyczaj opowiadają fabułę z wątkiem dramatycznym, a także podania, legendy, rozmaite „gadki”. Podkreślał w tej kwestii wagę regionalnego zróżnicowania kultury ludowej i wynikające stąd dodatkowe możliwości w kwestii urozmaicenia repertuaru.

Chodziło mu jednak o twórcze inspiracje, nie zaś o naśladownictwo przeszłości. W 1934 r. pisał, iż Folklor ma być z jednej strony materiałem na ów teatr o charakterze odświętnym (i nie może być nadużywany!); ale z drugiej strony ma także stać się jakby punktem wyjścia dla przyszłych autorów i inscenizatorów /…/. Dlatego repertuar teatru ludowego planował wzbogacić o całkiem nowe formy, jak np. inscenizacje z okazji „Święta Wolności”, czyli w rocznice „cudu nad Wisłą” czy o te elementy dorobku kultury wysokiej i narodowej, które współgrają z „duchem” ludu. W jego środowisku sięgano także po nowatorskie, czy wręcz tzw. kontrowersyjne formy wyrazu – jednym z ciekawszych eksperymentów była inscenizacja II części „Dziadów”, zorganizowana na Wołyniu w scenerii prawdziwego cmentarza, dokonana z aprobatą Cierniaka przez pozostającego pod jego dużym wpływem Stanisława Iłowskiego.

***

Rok 1927 przyniósł wydarzenie, które umożliwiło Cierniakowi promowanie swoich wizji na skalę znacznie większą niż dotychczas. Zaproponowano mu w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego posadę wizytatora ds. oświaty dorosłych, uniwersytetów ludowych i teatru ludowego. Choć praca ta wiązała się z pensją znacznie mniejszą niż wicedyrektora prywatnego gimnazjum, przyjął propozycję.

Piastując stanowisko, wiele przebywał w terenie, wizytując placówki związane z amatorskimi inicjatywami teatralnymi. Cierniak oprócz zaangażowania ideowego dysponował też innym atutem. Wszyscy wspominają go jako człowieka łatwo zjednującego sobie sympatię, podbijającego szczególnie serca młodzieży pasją, ale także sposobem bycia oraz wrażliwością na rozmaite problemy i zaangażowaniem w ich rozwiązywanie. Niezliczone wyjazdy, podczas których propagował swoje wizje w sposób daleki od standardu – do legendy przeszły jego gawędy przeplatane grą na gęślikach, czyli miniaturowych skrzypcach – przysparzały mu zwolenników, zaszczepiały idee, przekonywały młodzież i jej opiekunów do zerwania z teatralną sztampą, do sięgnięcia po nowy repertuar i metody pracy.

Wiosną 1929 r. utworzono w Warszawie Instytut Teatrów Ludowych. Prezesem Instytutu wybrano jego pomysłodawcę, czyli Cierniaka, a zastępcą został Schiller. Organizacja ta miała w sposób systematyczny i całościowy propagować oraz wcielać w życie Cierniakową ideę teatru ludowego. W 1931 r. jego twórca pisał: Instytut /…/ chciałby wypracować wzorowy w treści i formach teatr naprawdę ludowy, teatr samoistny, niezależny od zawodowego, o ile możności w typie oryginalny, nasz rdzennie polski. W ramach Instytutu prowadzono prace badawcze (dokumentowano „teatralne” aspekty kultury ludowej), archiwizacyjne (zbiór publikacji o teatrze amatorskim oraz rekwizytów), wydawnicze (przejęto edycję „Teatru Ludowego”, opublikowano kilka książkowych edycji dramatów scenicznych, m.in. „Pastorałkę” Schillera i „Powsinogi beskidzkie” Zegadłowicza), a przede wszystkim formacyjne. Mimo iż Instytut dysponował niezwykle skromnymi środkami – zazwyczaj pozwalającymi opłacić jeden stały etat; Cierniak pracował całkowicie społecznie – zasięg jego działalności był znaczny.

Jedną z głównych form aktywności były kursy i konferencje szkoleniowe. Pomniejszych spotkań tego rodzaju odbywało się nawet kilkadziesiąt w roku, zaś corocznie urządzano jedną dłuższą konferencję programową, gdzie oprócz formułowania koncepcji i wymiany myśli, wspólnie opracowywano jedno „wzorcowe” przedstawienie, które następnie liderzy ruchu propagowali w swoich regionach, także w postaci swoistych wariacji na temat.

W kręgu bezpośredniego oddziaływania Związku Teatrów Ludowych oraz Instytutu Teatrów Ludowych znajdowało się w latach 30. od 1000 do 1400 zespołów dość ściśle współpracujących oraz ponad drugie tyle o luźniejszych więzach z tym środowiskiem.

***

Cytowany już Pigoń napisał o Cierniaku, że był on jednym z najpiękniejszych przykładów inteligenta, który się nie dał wykorzenić z gruntu rodzinnego. Choć od lat mieszkał w Warszawie, nigdy nie zapomniał o maleńkim Zaborowie. W nawale pracy zawodowej i społecznikowskiej, znajdował czas na różnorakie formy wspierania społeczności lokalnej.

To dzięki jego wieloletnim zabiegom sfinalizowano w niedużej wiosce budowę okazałego Domu Ludowego, w którym siedzibę znalazły wszelkie miejscowe inicjatywy społeczne. Sporą część środków na ten cel wyjednał u emigrantów, którzy za chlebem wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Był jednym z głównych fundatorów księgozbioru zaborowskiej biblioteki, a także pomysłodawcą badań socjologicznych lokalnej zbiorowości, realizowanych przez Instytut Gospodarstwa Społecznego. W 1936 r. ukończył i wydał w znacznej mierze własnym sumptem książkę „Wieś Zaborów i zaborowski Dom Ludowy” – była to pierwsza, a przy tym fachowa monografia rodzinnych stron autora.

Wynikało to nie tylko z przywiązania do „ojcowizny”, lecz także ze swoistej filozofii życiowej Cierniaka. Jak pisał po latach Franciszek Mleczko, lubił podkreślać potrzebę dwóch krzyżujących się spojrzeń na ojczysty kraj. Jedno – to spojrzenie ze stanowiska stolicy, drugie – spojrzenie ze stanowiska prowincji dalekiej od stolicy. Prawdę według niego zdobywa się dopiero w punkcie przecięcia tych dwóch spojrzeń.

***

Jędrzej Cierniak zasłużył się dla popularyzacji teatru ludowego (oprócz „TL”, okresowo redagował także „Teatr w Szkole” i „Pracę Oświatową”), dla nadania mu form organizacyjnych i polepszenia jakości repertuaru. Był również autorem kilku dobrze ocenionych przez krytykę utworów dramatycznych dla teatrów ludowych – „Franusiowa dola”, „W słonecznym kręgu”, „Wesele krakowskie”. Jednak na pamięć zasługuje przede wszystkim jako twórca nowatorskiej koncepcji teatru, daleko wykraczającej poza sztukę czy nawet działalność kulturalną.

Jak pisał Zawieyski, który po latach nazwał wizję Cierniaka „wiejskim teatrem monumentalnym”, widział /…/ teatr inaczej, niż go dotąd widziano. Nie jako budę z pudełkową sceną, lecz raczej jako przestrzeń sceniczną, którą może być na wsi polana, uroczysko leśne, fragment architektury. Marzyła mu się ta nowa, wiejska scena na podobieństwo sceny antycznej greckiej /…/. Pieśń zespołowa – mówił nieraz – lub zespołowa recytacja w widowisku wiejskim, wpleciona do akcji, może być czymś jak chór w tragedii Sofoklesa. /…/ Miał to być teatr prawdziwie ogromny, wielkie święto dla wszystkich ludzi ze wsi, którzy uczestniczą w widowisku nie jako bierni widzowie, lecz współdziałający aktorzy. Nade wszystko chodziło Cierniakowi o zbiorowe, gromadzkie przeżycie artystyczne, silne, podnoszące i budujące. Teatr wedle Cierniaka miał być „uroczysty” w sensie budzenia wzniosłych uczuć, kreowania atmosfery święta, poczucia uczestnictwa w czymś istotnym, niecodziennym. W ten sposób miał nie tylko oddziaływać na indywidualne zmysły, lecz także stanowić zbiorowe przeżycie, cementujące wspólnotę, nadające jej swoistą moc.

Tak rozumiany teatr był z jednej strony silnie zanurzony w przeszłości – nie w „folklorze” i „zwyczajach”, lecz w najgłębszych, wręcz uniwersalnych aspektach kultury ludu, jakimi są wiejskie „święta”, czy to o charakterze religijnym, czy świeckim, związane z rytmem przyrody, pracą na roli i innymi ważkimi wydarzeniami w życiu wspólnoty. Z drugiej zaś strony był to teatr na wskroś nowoczesny. Wielkie widowiska, z masowym udziałem widzów-aktorów, oznaczały nie tylko odrzucenie naśladownictwa schematycznych ram teatru zawodowego. Przede wszystkim wyrażały idee emancypacyjne i demokratyczne – lud przestawał być biernym odbiorcą, a stawał się równouprawnionym współtwórcą. Prezentując swą wizję, stwierdzał Cierniak w roku 1930: To już nie będzie teatr dla ludu, ograniczającego się do biernego odbierania wrażeń, ale teatr ludu, odprawiany zbiorowym wysiłkiem wszystkich danego widowiska uczestników. Masy ludowe w teatrze Cierniaka wchodziły na scenę nie tylko dosłownie, lecz także w wymiarze symbolicznym, wkraczały w życie publiczne, zrzucając jarzmo wielowiekowej pańszczyzny i późniejszego traktowania jako obywateli drugiej kategorii. Tak pomyślany teatr nadawał ludowi poczucie siły i własnej wartości. Folklor nie miał tu nic wspólnego z sentymentalnym wzdychaniem za „starymi dobrymi czasami”, z kurczowym trzymaniem się tradycji, lecz służył jako budulec tożsamości mas ludowych. Nawet jeśli nie był doskonały – i należało go rozwijać, ulepszać, co Cierniak podkreślał wielokrotnie – to był własny, pozwalał chłopom czuć się samodzielnymi twórcami, nie zaś zaledwie konsumentami tego, co przygotowały dla nich stare elity społeczno-kulturalne.

Redaktor „Teatru Ludowego” uważał, że nowy repertuar i sposoby uczestnictwa w widowiskach są zarazem odpowiedzią na zachodzące tendencje społeczne, jak i przyspieszają ich rozwój. W programowym tekście „O treść teatru chłopskiego” pisał w 1937 r., że nowości w teatrze ludowym pozostają w ścisłym związku /…/ z ogólną atmosferą /…/ w Polsce, w której /…/ musiał się obudzić w najszerszych warstwach, a więc i na wsi, pęd do światła, do nauki, w ogóle do kultury. /…/ życie na wsi i jej szybki rozwój organizacyjno-społeczny przyniosły nowe treści, nowe niepokoje, konflikty, marzenia i tęsknoty, które domagają się właściwej wypowiedzi w teatrze. Wieś się budzi do nowego życia, pręży się, z uporem idzie ku nowej historii i właśnie chciałaby się zobaczyć na scenie w tej nowej, tworzącej swoje chłopskie i ogólnonarodowe jutro, postawie. Chciałaby zobaczyć to, co już wyrażać zaczyna w wierszu, w pismach młodzieży, w dyskusjach i zjazdach, /…/ w uniwersytetach ludowych, na zebraniach kół młodzieży wiejskiej, spółdzielni, kół Stronnictwa Ludowego. W tym samym roku na łamach „Pracy Oświatowej” stwierdzał: /…/ tęsknimy przecież – jak zawsze – ku nowej, lepszej przyszłości, stąd tyle marzeń o wielkich przemianach. /…/ Dzisiejsze czasy, zwłaszcza w życiu wsi polskiej, są czasami naprawdę epokowymi, bo właśnie teraz rozpoczął się ów historyczny pochód chłopa ku państwu i jego sprawom, ku dojrzewaniu do podjęcia pełnej odpowiedzialności za losy tego państwa /…/.

***

W dorobku Cierniaka oprócz szeroko pojętego „artyzmu”, wyraźnie widzimy – jak ujęła to Kazimiera Zawistowicz-Adamska: drugi nurt – to „sprawa chłopska”, to ideologiczna walka o pozycję chłopa, o wydźwignięcie go z upośledzenia gospodarczego i kulturalnego, o zapewnienie pełnoprawnego uczestnictwa w kulturze narodowej. Zawieyski zaś dodaje, że należał całym sercem do radykalnego ruchu chłopskiego i był w ostatnich latach przed wojną członkiem opozycyjnego Stronnictwa Ludowego. Pragnął tego, czego pragnęli wówczas wszyscy radykalni działacze polityczni i chłopskie partie /…/.

Sympatie ideowe i organizacyjne Cierniaka nie pozostawiają wątpliwości, że o lata świetlne odległy był od kultury ludowej w pojęciu „skansenu” czy kurczowego trzymania się „tradycji”. Dodajmy, że tego rodzaju jawne afiliacje stanowiły dowód znacznej odwagi cywilnej, wszak Cierniak pozostawał urzędnikiem państwowym na etacie w sanacyjnym ministerstwie. Tylko szacunek dla jego autorytetu i uznanie dla wielkiej pracy społecznej sprawiły, że redaktor „Teatru Ludowego” nie popadł w niełaskę w obozie rządzącym. A Cierniak, choć dobroduszny i serdeczny, nie cofał się przed ostrą krytyką ówczesnej rzeczywistości. We wspomnieniach uczestnika Ogólnopolskiej Konferencji Teatralnej w Katowicach w maju 1934 r. zachował się taki incydent: /…/ przedstawiciel Komendy Głównej Związku Strzeleckiego zaatakował działalność Instytutu Teatrów Ludowych /…/, że „nie uwzględniają w repertuarze teatru ludowego dzisiejszej rzeczywistości”. Na to porwał się Cierniak /…/: „Owszem, możemy uwzględnić waszą propozycję i inscenizować /…/ dzisiejszą rzeczywistość, ale mam wątpliwości, czy nam władze pozwolą inscenizować sprawę Brześcia i Berezy Kartuskiej”.

Nie należy jednak wiązać tego z polityką pojmowaną jako walka o interesy partyjne. On sam określał się mianem „ludowca”, jednak odcinał od zbyt silnych identyfikacji partyjnych; sojuszników potrafił dostrzec w środowiskach nierzadko odległych od swego „zaplecza”. Bywałem z nim na uroczystościach otwarcia domów ludowych i świetlic. /…/ Cieszył się z każdej świetlicy – Wiciowej [radykalna młodzież ludowa], TUR-owej [PPS] czy Siewowej [sanacja] lub Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży [bliskie endecji]. /…/ zawsze podkreślał te momenty w działaniu, które wieś łączą, scalają jej wysiłki w kierunku pozytywnych przeobrażeń – wspominał Marian Trendota.

Młodzi radykałowie z ruchu ludowego zarzucali mu czasem pozostawanie „na służbie” obozu władzy. Ale Cierniak też był radykałem, tyle że na głębszym poziomie. Przemawiając w 1936 r. na konferencji zorganizowanej przez Prezydium Rady Ministrów, mówił do sanacyjnych urzędników: Nie cofajmy się, gdy zajdzie wyższa potrzeba, przed poświęceniem /…/ nie tylko interesów grupowych, ale także dziś obowiązujących zarządzeń ustrojowych, jeżeli wejdzie w grę Salus Republicae [Dobro Rzeczypospolitej].

***

Po niemieckiej napaści na Polskę, pozbawiony pracy, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji materialnej – miał na utrzymaniu żonę i córki. Gdy udało mu się otrzymać posadę nauczyciela w szkole na warszawskim Targówku, zaczął tę pracę od pomocy dla najbiedniejszych uczniów. W liście do Pigonia pisał: /…/ już temu zaradziłem zorganizowawszy wewnątrz klasy samopomoc śniadaniową: dzieci zamożniejsze przynoszą po kromce chleba dla niezamożnych i dzielimy się tym tak, że przynajmniej te dzieci, co nie jedzą w domu, zawsze w szkole na pauzie coś przetrącą /…/. Zbieram po znajomych i innych szkołach rzeczy ubraniowe, bieliznę, obuwie, przybory szkolne, książki i obdzielam tych biedaków.

Włączył się też w działalność konspiracyjną w Stronnictwie Ludowym „Roch”, wkrótce został członkiem Komisji Oświaty tegoż ugrupowania. W 1940 r. utworzył podziemny Ludowy Instytut Oświaty i Kultury, pełnił rolę jego lidera. Brał czynny udział w redagowaniu i kolportażu prasy podziemnej. Prawdopodobnie zadenuncjowany za tę działalność, został aresztowany przez Gestapo 22 kwietnia 1941 r. i osadzony na Pawiaku. Ciężko chory, spędził kilka miesięcy w więziennym szpitalu.

2 marca 1942 r., w odwecie za zastrzelenie kilku gestapowców przez ruch oporu, hitlerowcy w zbiorowej egzekucji w nieznanym do dziś miejscu rozstrzelali 100 więźniów Pawiaka, między nimi Jędrzeja Cierniaka. Jego symboliczny grób znajduje się w Palmirach. Tuż po zakończeniu wojny, znany pisarz chłopski, Jan Wiktor, napisał: Zginął w bezimiennym dole, a mógłby być jutro dumą Polski, najpracowitszym cieślą przy wznoszeniu zrębu dla przyszłych pokoleń.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Edward Chudziński, W kręgu kultury i literatury chłopskiej 1918-1939. Z dziejów chłopskiej prasy literackiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
  • Jędrzej Cierniak, W słonecznym kręgu. Widowisko cykliczne, oparte na zwyczajach i obrzędach z żywobyciem wiejskiego człeka w dorocznym obiegu słońca związanych, Instytut Wydawniczy „Sztuka”, Warszawa 1948.
  • Jędrzej Cierniak, Zaborowska nuta, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1956.
  • Jędrzej Cierniak, Źródła i nurty polskiego teatru ludowego. Wybór pism, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1963.
  • Mirosława Drozd-Piasecka, Wanda Paprocka, W kręgu tradycji i sztuki ludowej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
  • Henryk Tymon Jakubowski, Amatorski ruch teatralny. Zarys historii do roku 1939, Centralny Ośrodek Metodyki Upowszechniania Kultury, Warszawa 1975.
  • Arkadiusz Jędraszczyk, Adam Bień 1899-1998. Działalność społeczna i polityczna, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2005.
  • Antoni Olcha, Jędrzej Cierniak /w:/ tegoż, Żywe ogniwa. Szkice i sylwetki, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1965.
  • Stefan Józef Pastuszka, Amatorski ruch artystyczny na wsi polskiej 1918-1939, Kieleckie Towarzystwo Naukowe, Kielce 1994.
  • Teatry ludowe w Polsce. Dotychczasowy rozwój ruchu, możliwości ideowe i organizacyjne na przyszłość, opracowali Adam Bień i Jędrzej Cierniak, Wydawnictwo Związku Teatrów Ludowych, Warszawa 1928.
  • Wiejskie uniwersytety ludowe w Polsce. Biuletyn konferencji oświatowej poświęconej sprawie uniwersytetów ludowych, Krzemieniec 6-8 października 1938, Towarzystwo Wiejskich Uniwersytetów Ludowych, Warszawa 1939.
  • Wspomnienia o Jędrzeju Cierniaku, wybór i opracowanie Zofia Mazurowa i Leonilda Wyszomirska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1982.
  • Jerzy Zawieyski, O Jędrzeju Cierniaku /w:/ tegoż, Dobrze, że byli, Biblioteka „Więzi”, Znak, Warszawa – Kraków 1974.
  • Kazimiera Zawistowicz-Adamska, Społeczność wiejska. Doświadczenia i rozważania z badań terenowych w Zaborowie, Polski Instytut Służby Społecznej, Łódź 1948.
  • Józef Zięba, Ruch teatralny na wsi 1918-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1976.
Za szczęście wasze i nasze, czyli polska teologia wyzwolenia

Za szczęście wasze i nasze, czyli polska teologia wyzwolenia

W oskarżycielskim tekście „Słowo o bandosie”, poświęconym niedoli chłopów i robotników rolnych, Stefan Żeromski wymienia garstkę Polaków, którzy dokonali wielkich dzieł, a zarazem byli nieobojętni na krzywdę ludu. Nazwiska ich są znane bardziej (Mickiewicz, Norwid, Witkiewicz) lub mniej (Lelewel, Trentowski, Worcell). Tylko jedna z przywołanych postaci jest dzisiaj niemal całkowicie zagadkowa. Autor „Ludzi bezdomnych” pisze o niej: ten za naszych dni czysty przechodzień z góry ducha, przynoszący obłudnym faryzeuszom pozew przed ołtarz, Antoni Szech, który nim słowo zwiastujące mówić począł, oczyścił się w zimnej kąpieli czynu: sprzedał, co miał, i wykupił nieszczęsne dusze, jęczące w jarzmie rozpusty.

***

Antoni Szech naprawdę nazywał się Izydor Kajetan Wysłouch. Urodził się 25 lipca 1869 r. w Pirkowiczach nieopodal Drohiczyna jako najmłodszy z trzech synów. Rodzina prowincjonalnej szlachty wyróżniała się spośród wielu podobnych. Pradziad Zenon Wysłouch to poseł na Sejm Czteroletni. Jego dwaj synowie Kazimierz i Jan byli żołnierzami Legionów Dąbrowskiego, zaś trzeci, Wiktor, miał potomka o imieniu Antoni. Był on uczestnikiem powstania styczniowego oraz ojcem bohatera naszego tekstu. Siostra Antoniego, Katarzyna, to matka legendarnego nestora polskiego ruchu socjalistycznego – Bolesława Limanowskiego. Jeden z dwóch braci ojca, Ludwik, miał z kolei syna – twórcę ruchu ludowego w zaborze austriackim, Bolesława Wysłoucha. Z kolei matka Izydora Kajetana, Teofila z Butowt-Andrzejkowiczów, to przyjaciółka Elizy Orzeszkowej, sportretowana przez nią jako „piękna Tośka” w opowiadaniu „Oficer”. Ludwik Krzywicki po latach pisał: Wziął po paru pokoleniach Wysłouchów mocne instynkty natury społecznej, a także ich niezdolność, aby czynami swoimi byli w rozterce z przekonaniami.

Po gimnazjum Izydor Kajetan wybrał studia historyczne w Warszawie. Był wyróżniającym się żakiem, lecz nie angażował w życie społeczne. Dopiero nagła śmierć jednego z braci, Witolda, zaowocowała refleksjami natury religijnej i zwrotem ku Kościołowi.

Wkrótce trafił w krąg późniejszego błogosławionego, a wówczas jednego z najbardziej prężnych kościelnych działaczy społecznych, o. Honorata Koźmińskiego, twórcy opiekuńczych inicjatyw kościelnych (pomoc ubogim, chorym, sierotom, samotnym kobietom). Po powstaniu styczniowym i kasacie zakonów przez władze carskie Koźmiński organizował podziemne struktury. Z klasztoru w Nowym Mieście nad Pilicą kierował niejawnym ruchem „świeckich zakonników”, którzy powołanie łączyli z działalnością w środowiskach „zaniedbanych” społecznie.

Izydor Kajetan po ukończeniu studiów pojechał do Nowego Miasta i oznajmił Koźmińskiemu chęć współpracy. Carskie regulacje zabraniały przyjmowania nowicjuszy do klasztoru kapucynów, wstąpił zatem do bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi. W 1893 r. odbył nowicjat wśród łódzkich robotników i rzemieślników. Brat Marcin, bo takie imię przybrał, wkrótce został wybrany generalnym przełożonym zgromadzenia, a już kilka miesięcy później z najbardziej aktywnych członków stworzył nową strukturę – Zgromadzenie Synów Boleści Maryi. Popularnie zwane dolorystami, prowadziło działalność w miejscowościach, gdzie nie docierały inicjatywy religijne i społeczne, m.in. walczyło z analfabetyzmem i prowadziło kursy rzemiosł dla ubogich.

Wysłouch błyskawicznie zyskał uznanie jako znakomity organizator, a także z uwagi na wykształcenie i zdolności przywódcze oraz z powodu wyjątkowo skromnego, ascetycznego życia. W 1894 r. został przełożonym kolejnej niejawnej inicjatywy – Zgromadzenia Sług Świętej Rodziny. Rok później sprzedał swą część majątku w Pirkowiczach i przekazał pieniądze kapucynkom z galicyjskich Kęt, które pomagały kobietom ze środowisk ubogich i patologicznych – do tego czynu nawiązują słowa uznania, które wyszły spod pióra Żeromskiego.

Po śmierci Aleksandra III, na fali „odwilży” podjęto starania o zgodę na nowicjat w klasztorze w Nowym Mieście. Była to jedyna szansa przetrwania zakonu skazanego na dosłowne wymarcie. Pierwszym kandydatem został właśnie Izydor Kajetan Wysłouch, a władze carskie pozytywnie rozpatrzyły tę prośbę. Otrzymał imię zakonne Antoni. Wykorzystując chwilową liberalizację, nadano wyjątkowe tempo odbywaniu nowicjatu oraz zdobywaniu wykształcenia teologicznego. Latem 1899 r. złożył śluby wieczyste, a święcenia kapłańskie otrzymał w listopadzie.

Wkrótce u młodego zakonnika pojawiły się pierwsze wątpliwości, gdy studiował dostępną literaturę teologiczną – przestarzałą i kiepsko napisaną. Zetknął się wówczas z modernizmem katolickim, sceptycznym wobec dosłownego traktowania tekstów biblijnych i nauczania Ojców Kościoła. Z powodu poważnych problemów zdrowotnych dwukrotnie dla podreperowania zdrowia przebywał w Egipcie. Gdy zmagał się ze sceptycyzmem wobec form wiary, historia nagle przyspieszyła. Wybuchła rewolucja 1905 r.

Wówczas rozkwitła jego polityczna i publicystyczna pasja. Głównie pod pseudonimem Antoni Szech – pochodzącym od zasłyszanego w Egipcie słowa oznaczającego przywódcę czy przewodnika duchowego, a wedle innych opinii z „Ojca zadżumionych” Słowackiego – opublikował wiele artykułów i broszur. W ciągu zaledwie 3-4 lat Wysłouch wyartykułował program ideowo-polityczny, łączący chrześcijaństwo z socjalizmem i romantycznym patriotyzmem.

***

Szech dostrzegł, że współczesna mu epoka to czasy gruntownych przemian. Czy to dynamiczne przeobrażenia gospodarcze, czy konflikty społeczne towarzyszące brutalnemu kapitalizmowi, czy krępowany, lecz stale postępujący proces emancypacji warstw ludowych – wszystko to znacząco odmienia świat. Wymaga więc aktywności intelektualnej i organizacyjnej, które Kościół zaniedbuje.

O tym mówią pierwsze publikacje Szecha wykraczające poza tematykę stricte religijną. Ich „wysyp” następuje w roku 1906. W broszurze o mariawitach, „W sprawie mankietnictwa”, potępiając zerwanie przez nich związków z Kościołem, pisał jednocześnie, że rozłam ujawnił to, w co nie chcieliśmy wierzyć dotąd, […] że lud obecnie rozgoryczony jest na duchowieństwo. Że kapłanów takich, jakich lud mieć by pragnął, mało bardzo […]. W broszurze „Do braci kapłanów” dodawał, mając na myśli rozbudzenie dążeń ludu do samodzielności w sprawach społecznych, że Na wszystkie te wołania odpowiadamy formułkami zatęchłych, średniowiecznych książek.

W rozprawie „O pracy katolickiej” stawia diagnozę, iż Działalność katolicka […] odłączyła się zanadto od wszystkiego, co obchodzi społeczeństwo. Kościół w pewnym sensie obraża się na rzeczywistość, w efekcie przestaje być dla ludu partnerem i zmierza w kierunku sytuacji, w której Ecclesia stanie się depopulata. Rezygnując z udziału w nowoczesnych procesach społecznych, traci też szansę na formowanie ich oblicza, na nadanie im chrześcijańskiego wymiaru. Katolicy ograniczają się do działalności czysto religijnej, z niewielkimi wyjątkami, jak filantropia. A jeśli czasem podejmują aktywność społeczną, to w ekskluzywnym, wyłącznie katolickim gronie. W ten sposób Kościół stopniowo przekształca się w anachroniczną sektę.

Bądźmy […] wszędzie, gdzie trzeba bronić wielkich ideałów ludzkości lub wcielać je w życie. By świat cały poznał, że katolicy tam są, gdzie walka o najświętsze i najwyższe rzeczy. […] Że wszystko, co piękne, wzniosłe, wielkie, czyste w nich ma obrońców – apeluje Szech. I dodaje, że gdyby pierwsi chrześcijanie naśladowali obecnych, to byśmy na pewno poganami byli dotąd, a gdy się trzymać [tych zasad] będziemy dziś – to na pewno za sto lat Europa znowu pogańską będzie. Musimy – przekonuje współwyznawców – zrozumieć pragnienia społeczeństwa – i nie zwalczać ich, jeśli są słuszne, ale je uświęcić i oczyścić.

Oczywiście kapłan z Nowego Miasta nie był tak naiwny, aby mniemać, że postawa kleru wynika tylko z ciasnych horyzontów czy wygodnictwa. Konserwatyzm Kościoła ma także wymiar interesowny. Obojętność na krzywdę ludu i na protesty przeciwko niej to postawa przynosząca wymierne profity. Jednak wedle Szecha krótkowzroczna: Katolicy […] zatracili niejako świadomość, w czym istotna potęga Kościoła. Im chodziło o to, by rządy zjednać sobie, te rządy skompromitowane dziś powszechnie, znienawidzone […] A przecież potęga Kościoła – nie w przyjaźni rządów, i nie w przyjaźni możnych […] Jego moc w potędze moralnej. Jego siła we wzniosłości nauki, w podniosłości czynów. Jego potęga w tym, by on, Kościół Chrystusowy, jaśniał jak słońce wśród ciemności świata. […] By ludzkość widziała, że to, co idzie stamtąd – to Boże, to wielkie, to święte, że w tym nic nie masz ludzkiego, nic z tego, co małe, co ziemskie, co egoistyczne.

commons.wikimedia.org/wiki/File:Early_life_of_Christ_in_the_Bowyer_Bible_
print_21_of_21._healing_of_a_paralytic_by_Jesus._Vos.gif

W artykule „Wrogom Kościoła, tłumicielom wiary”, będącym odpowiedzią na ataki klerykalnej prawicy, pisał: Chcecie uczynić z Kościoła miejsce zbiorcze tych, co w egoizmie swoim zastraszeni, w niskich, poziomych interesach swoich zachwiani – ludzkość chcą wstrzymać i dzień wszelki zgasić, i ruch wszelki stłumić, i ducha skarlić, i serca ścieśnić i zdławić.

***

Szech nie proponował zmian w praktyce Kościoła ze względów taktycznych – aby utrzymać dotychczasową pozycję w społeczeństwie. Jego zdaniem, istniejący porządek jest do głębi sprzeczny z ideałami chrześcijańskimi. Zatem Kościół ma moralny obowiązek wspierania ludu, ponieważ jego bunt i dążenia są słuszne.

W „O pracy…” pytał: I któż wziąć powinien najwięcej do serca te krzywdy ubogich i maluczkich, tych ubogich – ukochanych przez Chrystusa […], ubłogosławionych przez Ewangelię, jeśli nie uczniowie tegoż Chrystusa, jeśli nie wyznawcy i głosiciele Ewangelii? Bieda, głód, wyzysk czy handel żywym towarem powinny wywoływać reakcję katolików. W broszurze „Wyjaśnienia” przekonywał: Kościół Chrystusowy na ruch społeczny, w imię pogwałconej sprawiedliwości wszczęty, patrzeć musi sympatycznym okiem. Wszak to plon wyrosły z Ewangelii posiewu. Wszak to zaczyn Ewangelii, co przeniknął społeczeństwo całe.

W broszurze „Gdzie wróg?”, napisanej u schyłku rewolucji 1905 r., krytycznie ocenia tendencje reakcyjne, których przedstawiciele uważają, że wraz z uśmierzeniem buntu społecznego rozwiązano istotne problemy. Zakonnik przekonuje, że mniemanie to jest błędne, a socjalizm stanowi skutek, nie przyczynę niepokojów społecznych. […] nieprzyjacielem strasznym, nieubłaganym, nie ugłaskanym nigdy, tym nieprzyjacielem, co grozi, co grozić będzie, co grozić musi, co zemstą wre, i zemstę wywrze w swoim czasie, nie dziś to jutro, tym wrogiem krwawym i okrutnym – nie socjalizm i nie socjaliści. Tym wrogiem – niesprawiedliwość społeczna, krzywda milionów. I co za tym idzie – nienawiść milionów. […] Krzywda, co wygląda zewsząd i jest wszędzie; w mieście i po wsiach, po fabrykach i folwarkach, w pałacach i suterynach, warsztatach i pracowniach, wśród najmodniejszych ulic i zaułków nędzy. […] Ta krzywda milionów, ta niesprawiedliwość społeczna, ta nędza, co się wzmaga […]. Słowem – kwestia socjalna. Oto wróg – oto nieprzyjaciel. Z nim rozprawić się trzeba – tego wroga przemóc.

***

Wskutek takich refleksji powstały publikacje dotyczące socjalizmu, w tym jedna z głównych rozpraw Szecha, „Uwagi o socjalizmie”. W jego przekonaniu, socjalizm był swoistym zwieńczeniem buntu mas w epoce dzikiego kapitalizmu. Tego rodzaju postawy nieprzypadkowo zrodziły się w Europie – tyleż wskutek dynamicznego rozwoju gospodarczego (jak chciał Marks), co i chrześcijańskiego dziedzictwa kontynentu. Zakonnik uważał, że tylko na gruncie ideałów ewangelicznych mogły się zrodzić masowe dążenia do sprawiedliwości społecznej.

Przywołuje pionierów katolicyzmu społecznego, von Kettelera i Manninga, jednak konstatuje, że większość katolików nie podjęła się – ze wspomnianych już względów – wspierania wykluczonych. Ogół dbał więcej o garstkę zboża, co ukradł z głodu biedny wyrobnik, niż o krzywdę całych pokoleń. O przełamanie piątkowego postu, niż o zgwałcenie i zdeptanie przez społeczeństwo chrześcijańskie prawa wiekuistej sprawiedliwości – pisał w „Uwagach…”. Ludowe poczucie krzywdy zostało więc „zagospodarowane” przez socjalizm.

W odróżnieniu od katolickich przeciwników socjalizmu, rozpowszechniających czarną legendę, Szech rzetelnie omawia jego założenia. Wskazuje, że znaczna część ruchu odeszła od postulatów hedonistycznych („wolna miłość”) czy od forsowania rewolucyjnej drogi przeobrażeń ustrojowych, a doktryna socjalizmu podlega rewizji wraz z rozwojem wiedzy i zmianami społecznymi. Zauważa, że swoisty „program minimum” socjalistów (swobody obywatelskie, równość wobec prawa, powszechne nauczanie, podatek progresywny, cywilizowane zasady i warunki pracy najemnej) został przyjęty także przez chrześcijańską demokrację.

Autor „Uwag o socjalizmie” akcentuje nie tylko ekonomiczne i społeczne aspekty programu socjalistycznego, lecz także jego wymiar etyczny. Wedle Szecha, kapitalizm jest ustrojem niekorzystnym pod względem moralnym, przy czym jego ofiary widzimy także wśród niewolników u góry – tych bogaczów zbydlęconych, i ogłupiałych, i zdeprawowanych przez złotego cielca, co zakuci także w kajdany ustroju dzisiejszego. Zakonnik powtarza marksowską tezę, że wyzysku nie da się sprowadzić do indywidualnych decyzji „złych ludzi”, stanowi on bowiem immanentną cechę systemu wolnokonkurencyjnego. Nawet jeśli pracodawca ma świadomość skutków własnych poczynań, musi krzywdzić i wyzyskiwać. To jego być – albo nie być.

Tym bardziej bieda i upodlenie odciskają piętno na moralności. Wysłouch dostrzegał – do dziś nie jest to powszechne wśród kleru i katolickiej prawicy –społeczno-ekonomiczne przyczyny wielu grzechów. Niedostateczne pożywienie i ubranie […] pobudza od wczesnej młodości do kradzieży i oszukaństwa. Brak pracy […] popycha bardzo wielu do podstępnego korzystania z cudzego majątku. […] Prostytucja […],ta ohyda wieku naszego i to źródło zgnilizny i zguby społeczeństw – to zło, które zrodzone przez obecny ustrój społeczny – także przecie dzieckiem nędzy i ekonomicznych dzisiejszych warunków – pisał w „Uwagach…”. Był też autorem broszury„W jaki sposób można zapobiec prostytucji”, w której – jak pisze Henryk Syska – pragnie wskazać na tak zwane nierządne kobiety nie jako na ofiary wrodzonych skłonności, tajemniczego przekleństwa nadprzyrodzonych sił miotających […] człowiekiem, ale przede wszystkim jako na ofiary kapitalistycznego ustroju.

Nie twierdził, że wszystkie złe czyny można wyjaśnić warunkami społecznymi. Należał jednak w łonie Kościoła do prekursorów myślenia, które wskazuje, że określone realia stanowią bardziej urodzajną glebę dla grzechu. Stanisław Gajewski pisze, iż Wysłouch dostrzegał […] to, co obecnie Jan Paweł II […] nazywa „strukturami zła”, czyli takie warunki ustrojowo-instytucjonalne, w których znaczniej trudniej żyć wedle zasad katolickich.

Wedle Szecha, błędem jest oddzielanie wymiaru doczesnego od wiecznego, a indywidualnego od zbiorowego. Modlitewne wezwanie „Przyjdź Królestwo Twoje” to wskazówka, iż tutaj i teraz powinniśmy tworzyć świat jak najlepszy, świat, w którym grzech i nieprawość miałyby znacznie mniejsze pole do popisu. Program socjalistyczny jest – pisze w „Uwagach…” – wprowadzeniem idei chrześcijańskiej w urządzenie społeczne. Jeżeli socjaliści zdołają zmniejszyć skalę niesprawiedliwości i wyzysku, to największą przysługę wyrządzą religii – przygotują grunt pod posiew Boży. Tak rozumiany socjalizm nie tylko nie sprzeciwia się Kościołowi – ale owszem jest [ideą] arcychrześcijańską.

PD Punch, flickr.com/photos/georgedthompson/2558252454

Jak podsumowuje Jerzy Mazurek, wymowa rozpraw Szecha z tego okresu brzmi: katolicyzm nie musi wiązać się z aktualnym porządkiem społecznym; socjalizm nie jest antytezą chrześcijaństwa.

***

Docenieniu zalet socjalizmu towarzyszyły w jego rozważaniach uwagi krytyczne – zarówno wobec taktyki i działalności bieżącej ruchu, jak i sedna idei.

Zarzuty mniejszego kalibru dotyczyły stosunku socjalistów wobec religii i obyczajowości. Szech krytycznie oceniał „wolnościowe” postulaty tego obozu jako prowadzące do rozkładu moralnego warstw ludowych. Przyznawał socjalistom prawo do krytyki kleru czy Kościoła za uchybienia moralne lub zaangażowanie polityczne po stronie reakcji, jednak surowo oceniał antyreligijne wątki ich doktryny i propagandy. Uważał, że są one wtrącaniem się w osobistą, wręcz intymną sferę przekonań człowieka, a także błędem polityczno-taktycznym. Te godne pożałowania wybryki przeciw obrazom, krzyżom, te głoszone bluźnierstwa, które rozbrzmiewały po ulicach, polach, fabrykach […] mogły oburzyć i odstręczyć bardzo wielu, najżyczliwiej nawet dla samej sprawy usposobionych – pisał w „Uwagach…”. Ludowy antyklerykalizm, dość powszechny i nierzadko ostry, nie oznacza bowiem występowania przeciwko religii. Ataki socjalistów na tę ostatnią skutkują niechęcią względem nich, a nawet silniejszym utożsamieniem się ludu z klerem.

Jednak główną kością niezgody między Szechem a socjalistami, a zarazem clou ideowego przesłania zakonnika, był stosunek wobec kwestii klasowych. Kapłan popierał większość postulatów społeczno-gospodarczych ruchu socjalistycznego, zwłaszcza w jego wydaniu reformistycznym i ewoluującym wraz z przeobrażeniami społecznymi (Czy nie śmieszną jest rzeczą pasować Marksa na nieomylnego proroka przyszłości? – pytał). Sceptycznie oceniał natomiast „klasowość” i przewagę wątków negatywnych.

W „Uwagach…” pisał, że Idea socjalistyczna – idea powszechnej sprawiedliwości – usunięcia krzywdy raz na zawsze, praktycznego zastosowania haseł braterstwa, jedności i miłości – piękną jest i wzniosłą. […] jeśli z niej zrobić interes tylko klasy jednej, interes życiowy robotnika, w imię której on nastaje na interesy tych, którym dziś dobrze, traci swą piękność, swój urok, a z nimi swą potęgę. Przeradza się w wyraz egoizmu klasowego. Staje się czymś brzydkim, jak brzydkim samolubstwo i egoizm bogatych. […] Na tym gruncie oparty socjalizm, staje się walką brutalną o byt, walką jednych przeciw drugim […] Socjalizm w tym znaczeniu – jest walką głodnych psów nad pełną miską strawy.

Choć przekonywał, że bez zaspokojenia potrzeb nie można godnie funkcjonować, a o idealizmie mówią zazwyczaj żyjący w dobrobycie, których takie wywody nic nie kosztują, to jednak przestrzegał przed „obniżeniem” ideałów. Inspirowany tyleż chrześcijaństwem, co poglądami Edwarda Abramowskiego, z którym współpracował, przekonywał w piśmie „Siewba” w tekście „Jeszcze jedno”, że ludowi potrzeba postępu ekonomicznego i zdobyczy cywilizacyjnych, Ale to jeszcze nie wszystko. […] Prócz dobrobytu, prócz oświaty, potrzeba jeszcze czegoś. Potrzeba ducha. Konieczne są nie tylko reformy socjalne, lecz także piękny ideał i dążenie doń poprzez zmiany we wzorcach kulturowych i postawach, czyli reformy etyczne.

Opowiadał się zatem za walką nie w imię egoizmu – ale szczęścia wszystkich. Nie z nienawiści do innych, ale z miłości dla idei – i dla wszystkich ludzi. Socjalistom radził, by na sztandarach zamiast walki klas – wypisali hasło sprawiedliwości ogólnej. Dawne zawołanie „za Waszą i naszą wolność” proponował przekuć na „za Wasze i nasze szczęście”.

W „O pracy katolickiej”, książce skierowanej do ludzi Kościoła, apelował o syntezę wartości chrześcijańskich z przeciwdziałaniem krzywdzie społecznej, o socjalizm naprawdę chrześcijański, oparty na chrześcijańskich ideałach, […] ożywiony duchem ewangelicznej miłości. Byłby to socjalizm – ale taki, co nie poniżałby, ale podnosił duszę, uszlachetniał […]. I pięknością swoją i podniosłością zrobiłby on więcej niż socjalizm niechrześcijański ze swymi bombami. Z kolei chłopów na łamach „Siewby” wzywał do przepojenia swych dążeń duchem chrześcijańskim. W artykule „Ty, ludu polski” pisał: Idź swoją drogą – w przyszłość Twą, ku słońcu. I świętej chwili przebudzenia Twego nie zbrukaj gniewem, nie plam nienawiścią. […] w świętym Twym pochodzie – Chrystusa weź na krzyż. I męką Jego zagrzej się do czynu. […] I w Ewangelię Jego przystrój duszę Twoją. A wtedy nie zbłądzisz […].

***

Postulat „szczęścia dla wszystkich” miał związek z innym ważnym aspektem poglądów Szecha – stanowiskiem w sprawie niepodległości. Jej odzyskanie było zarazem wartością samą w sobie, jak i drogą do przeobrażeń w duchu egalitarnym – tylko wolne państwo może być jednocześnie sprawiedliwym społecznie.

Szech głosił poglądy znane bodaj od czasów Wielkiej Emigracji, które nabrały jeszcze mocy po klęsce powstania styczniowego. Nierealne jest odzyskanie niepodległości na drodze elitarnej walki „Polski pańskiej”. W broszurze „Wolności!…” rzuca pod ich adresem gorzkie słowa: Żeśmy o braciach naszych nie myśleli, i pragnąc sami wolności, i oburzając się na własne krzywdy, tyranami byli i krzywdzicielami ludu. […] Żeśmy dla wolności, za wolność walczyli po świecie całym […] a dla braci własnych nie mieliśmy miłosierdzia […] Kainami chcieli być dalej dla braci swoich – a wolność pozyskać dla siebie. I cieszyć się sami, i chodzić w blaskach słońca, w promieniach wolności, nie dbając o to, że miliony braci cierpią i płaczą i że krzywda im się dzieje.

Polska – ale jaka? W „Uwagach…” tak przedstawiał tę kwestię: Jeśli kochamy Polskę, to […] pragnąć musimy nie tylko, […] by się stała wolną, ale […] aby ona, ta wymarzona ojczyzna, ukochana nasza, była cudną w rzeczywistości […] By wolnych i szczęśliwych ludzi – wolną i szczęśliwą stała się ojczyzną. Aby wolność nadeszła, nie dość usunąć krzywdę polityczną – trzeba usunąć krzywdę ekonomiczną. Że nie dość wyzwolić się z kajdan najeźdźców – że trzeba się wyzwolić i z kajdan kapitalizmu– pisał w „Wolności!…”. W broszurze „Sursum corda” dodawał, iż nie może być szczęścia klasy jednej, kiedy druga cierpi. I szczęścia narodu – bez szczęścia wszystkich.

Program Szecha był solidarystyczny, ale w odmiennym rozumieniu niż solidaryzm warstw posiadających. Tamte głosiły, że niepodległość jest wartością nadrzędną, dla której lud musi pokornie znosić zły los. Płaskiej idei „zgody narodowej” przeciwstawiał kapłan wyrzeczenie się przez możnowładców swoich przywilejów, aby lud czuł się partnerem w dziele odzyskania suwerenności, a przyszła Polska jawiła mu się jako sprawiedliwa społecznie. W „Przyjdź Polsko” o Niepodległej pisał tak: W niej będzie jedność – jedność wszystkich bratnia. W niej cud się stanie, ale nie ten, co ze szlachtą polską lud miał polski złączyć. W niej ani szlachty, ani ludu nie będzie. W niej będą bracia. W broszurze „Orzeł Biały” dodawał: Polska wolna będzie, gdy wszyscy wolnymi zostaną.

CC BY-NC-SA Tobias Higbie, flickr.com/photos/higbie/2571028941/

Jego wizja braterstwa obejmowała nie tylko kraj ojczysty. Polska nie zbrodnią wstanie – ale cnotą. Nie szowinizmem, ani hakatyzmem, ani nienawiścią. Ale miłością bratnią wszystkich ludów. I ukochaniem wszystkiego, co święte, i podniosłością ideałów swoich. I apostolstwem ich po świecie całym, by wszyscy z nią – je pokochali razem. I wtedy przyjdzie wolność wszystkich ludów. I wolność ludzi wszystkich – przekonywał w „Przyjdź Polsko”.

***

Nie ograniczał się do publicystyki. W listopadzie 1905 r. wziął udział w warszawskiej filharmonii w wiecu zainicjowanym przez PPS. Głośnym echem odbiły się jego słowa, stanowiące streszczenie wywodów św. Hieronima: Każdy posiadacz jest złodziejem lub potomkiem złodzieja. Współorganizował też późniejszy o miesiąc zjazd duchowieństwa zaboru rosyjskiego, inspirowany tym razem przez Ligę Narodową. Przemówienie zakonnika odbiegało od pozostałych akcentowaniem problematyki socjalnej i radykalizmem wniosków.

Nazwisko Szecha widnieje w stopce redakcyjnej „Życia Gromadzkiego” – tygodnika Polskiego Związku Ludowego, pierwszej radykalnej chłopskiej organizacji w Królestwie Polskim. Sygnował wraz z m.in. Abramowskim, Władysławem Orkanem i Żeromskim tzw. prospekt tego pisma, zawierający deklarację obrony wyłącznie interesów ludu […] a cel tej pracy widzimy jasny: uczynić z każdego samodzielnego, rozumnego obywatela.

Wydawnictwa PZL były efemeryczne, a sama organizacja szybko została rozbita przez carską policję. Jednak już wkrótce kapłan wszedł do grona współpracowników „Siewby”, pierwszego polskiego czasopisma tworzonego wedle zamysłu i pod kierunkiem samych chłopów. Redagowane od jesieni 1906 r. przez grupę włościan z Tłuszcza i okolic, miało profil postępowo-lewicowy. Pierwszy numer otwierała odezwa autorstwa Szecha, w której zakończeniu pisał: Niech żyje lud – niech żyje siewba ta, co na dobro ludu. Niech żyje Polska przyszła, co z ludu wstanie – w imię Boże. Jak pisał Tomasz Szczechura, Współpraca księdza Wysłoucha była dla […] „Siewby” bardzo cenna. Dla wychowanych w duchu religijnym i posłuchu dla Kościoła chłopów głos księdza miał szczególną wymowę. Nakładem pisma ukazały się też trzy broszury Szecha.

W środowisku „Siewby” zrodziła się też polityczna inicjatywa z udziałem zakonnika. Był to nielegalny, zrzeszający kilkaset osób Związek Młodej Polski Ludowej, powołany 2 września 1906 r. Wysłouch opracował jego program, przyjęty kilka miesięcy później. Dokument zapowiadał walkę o niepodległość (nie wykluczając działań zbrojnych) i zjednoczenie ziem polskich, a podwaliną odrodzonej ojczyzny miał stać się lud. Głosił hasła tolerancji religijnej i narodowościowej, sojuszu-federacji z Rusinami (Ukraińcami) i Litwinami, a w wymiarze ponadlokalnym – federacji krajów europejskich. „Na dziś” walczyć należało m.in. o autonomię Królestwa Polskiego, powszechne szkolnictwo polskie, swobody obywatelskie, równouprawnienie kobiet. Ważnym elementem programu były oczywiście sprawy chłopskie – wywłaszczenie, za odszkodowaniem, wielkich właścicieli ziemskich, a także podniesienie kultury rolnej (od szkolnictwa rolniczego poczynając, na komasacji gruntów kończąc) i nacjonalizacja obszarów leśnych. System fiskalny opierałby się na podatku progresywnym, aby bogaci mieli większy wkład w dobro wspólne. Postulaty robotnicze to m.in. 8-godzinny dzień roboczy, płaca minimalna, zniesienie pracy dzieci, równość wynagrodzeń kobiet i mężczyzn, swoboda działalności związkowej, tanie budownictwo mieszkaniowe.

Bez wątpienia silnie inspirowany wizjami Abramowskiego, program ZMPL kładł nacisk na rozwój inicjatyw społecznych. Kooperatywy (spółdzielnie) to zarówno praktyczne narzędzia poprawy doli warstw ludowych, jak i szkoły demokracji, uczące wspólnej pracy i współzarządzania. A także instytucjonalne zręby nowego ustroju, celem było bowiem przeobrażenie obecnego ustroju społecznego klasowego na ustrój kooperatywny. Ustrój taki stanowić będzie wyższą formę przyszłego współżycia narodów, w której nie masz miejsca dla sobkostwa, krzywdy i ucisku braci przez braci, a wszyscy społem w pracy koło dobra społecznego zabiegać będą, by ojczyzna jaśniała szczęściem, sprawiedliwością, miłością bratnią!

Kolejną inicjatywą było Towarzystwo Kółek Rolniczych im. S. Staszica. Powołane na zebraniu w Tłuszczu w grudniu 1906 r., wkrótce posiadało oddziały w całym Królestwie. Wśród założycieli był Wysłouch, który wszedł do Tymczasowego Zarządu organizacji. TKR było nie tylko inicjatywą przekuwającą hasła programowe w konkretne chłopskie inicjatywy o charakterze spółdzielczym i samopomocowym. Ważny był też jej symboliczny i praktyczny wymiar emancypacyjny. Dotychczasowe kółka rolnicze pozostawały bowiem – mimo większościowego udziału drobnych posiadaczy – pod kontrolą i kuratelą, jak mawiano wówczas, „patronów”, czyli ziemian i kleru. Natomiast nowo powołane kółka były niezależnymi inicjatywami chłopów, pracujących w myśl zasady „sami sobie”. Hasło to stało się znakiem firmowym kolejnego ludowo-postępowego pisma, „Zaranie”, założonego w kręgu „staszicowsko-siewbiarskim” w roku 1907. Również z nim współpracował Wysłouch.

Zakonnik z Nowego Miasta nad Pilicą był więc wśród ojców-założycieli ruchu ludowego w zaborze rosyjskim, a jednocześnie pełnił ważną rolę w środowisku postępowej inteligencji. Kapłan, publicysta, społecznik, wspierający lud głównie piórem, ale gdy trzeba także autorytetem, przykładem i dobrą radą doświadczonego organizatora.

***

Jego działania i poglądy – zarówno wspomniane już, jak i np. optowanie za równouprawnieniem kobiet (o którym pisał: Kto wolność kocha, ten niewoli matek swych i żon i córek nie zniesie. I ludzie wolności niegodni, jeśli jej nie chcą dla wszystkich) – spotkały się z licznymi głosami krytyki. „Szechizm” – bo dla jego przekonań ukuto wręcz taką nazwę – zaowocował mnóstwem polemicznych artykułów, oświadczeń, a nawet broszur.

Prasa katolicko-prawicowa odsądzała go od czci i wiary. Oto próbka ze szczególnie napastliwej „Roli”: Kto zacz ów Antoni Szech i jaką wytwarza truciznę? Ma to być „kapłan”, nawet kapłan-zakonnik, ale kapłan taki, którego […] admirują i wysławiają najnędzniejsze świstki wywrotowe i żydowsko-socjalistyczne. Ataki te przyniosły początkowo skutek odwrotny od zamierzonego. Jak pisał, Rozgłos to mi zrobili moi przeciwnicy. A najlepszym dowodem, że podczas, gdy przez kilka miesięcy przed artykułami „Roli” mój wydawca sprzedał zaledwie paręset egzemplarzy moich broszur, w czasie kampanii […] rozeszło się kilka tysięcy.

Jednak nagonka przyniosła efekty – „sprawą Szecha” zainteresowała się hierarchia kościelna. Chodziło wszak o czynnego zakonnika – i to nie byle jakiego, bo lidera licznych środowisk katolickich, w dodatku postrzeganego jako wielka nadzieja swego zgromadzenia. Wątpliwości hierarchii budziła dokonana przez niego obrona socjalizmu, wskazywanie związków przesłania chrześcijaństwa z koniecznością radykalnych reform ustrojowych, modernistyczny sceptycyzm wobec tradycyjnej narracji historyczno-teologicznej, a także krytyka Kościoła za niedostateczną aktywność wobec palących problemów społecznych. Krytyki Wysłoucha dokonali publicznie m.in. biskup łucko-żytomierski Karol Niedziałkowski, biskup wileński Edward Ropp i arcybiskup lwowski Józef Teodorowicz.

Atakujący nie mieli łatwego zadania z uwagi na nienaganną postawę jako zakonnika i kapłana. Choć usiłowano go pogrążyć za pomocą plotek o lekceważenie wymogów stanu duchownego, to zwierzchnicy i współpracownicy z kręgów kościelnych wystawili mu jak najlepsze świadectwo w tej kwestii. Jego religijność, sumienność praktyk, niezwykle skromne życie i brak zainteresowania pokusami świata doczesnego stawiano wręcz za wzór do naśladowania. To wszystko jednak nie miało znaczenia w obliczu światopoglądu.

Pod koniec roku 1906 próbowano „uciszyć” o. Antoniego. Nakazano mu publikować wyłącznie po uzyskaniu każdorazowej aprobaty u zwierzchników. Wysłany został do Kolegium Jezuickiego w Innsbrucku dla pogłębienia wiary i wiedzy teologicznej. Wrócił po niespełna roku i przerwał milczenie. Nowe publikacje były bezkompromisowe, choć zawierały też wyjaśnienia. Zakonnik miał jeszcze nadzieję na jakiś modus vivendi z władzami kościelnymi. W liście do innego buntowniczego kapłana, Edwarda Miłkowskiego, krytycznie ocenił jego decyzję o opuszczeniu Kościoła: Reforma musi być w Kościele, nie poza Kościołem. […] Walcząc z tym, z czym walczyć należy śmiało, narażając się na sądy ludzkie i może na kary konsystorskie, ale z kościołem nie zrywać.

Jednak hierarchia twardo zareagowała na złamanie zakazu publikowania bez konsultacji. W czerwcu 1908 r. Wysłouch otrzymał nakaz opuszczenia klasztoru w Nowym Mieście, w jego sprawie miało się toczyć postępowanie dyscyplinarne. Jednak 28 sierpnia 1908 r. zakonnik ogłosił decyzję o wystąpieniu ze stanu duchownego. Tłumaczył ją w broszurze pt. „Dlaczego?”, pisząc, iż działalność w łonie Kościoła uświadomiła mu straszliwą przepaść między ideałem chrześcijańskim a tym, co widzimy wcielone w społeczeństwie wiernych – między ideą Chrystusową a tym obozem reakcji, bezduszności, bezruchu, faryzeizmu, obłudy, jakimi w przeważnej części stał się Kościół […]. Do pewnego momentu miał przesłanki sądzić, że Kościół otwiera się na świat współczesny, jednak encyklika „O modernizmie” rozwiała resztki, przebłyski złudzeń, których jeszcze dusza […] rozpacznie chwytać się próbowała. Dodawał, że nie chce być księdzem-hipokrytą, choć z wielu względów dla mnie i dla innych wygodnie by było.

Wkrótce przyszły kolejne, ostrzejsze publikacje Szecha-Wysłoucha, wymierzone w polityczny i kościelny obóz zachowawczy oraz w atmosferę po upadku zrywu z lat 1905-07. W broszurze „Hańba” powtarzał tezy o egoizmie warstw posiadających jako przyczynie niepowodzeń walk o niepodległość. Tekst kończył z goryczą: Hańba nam, że bezruchem swym do trupa uczyniliśmy Polskę podobną, że bezduszną, trupią i zgniłą jest ta, co wyroki feruje wszelkie – nasza „oświecona” opinia, że w imię dobra ojczyzny, której zgniłego snu nikomu mącić nie wolno, tłumi się wszelką myśl śmielszą, że w każdym słowie szlachetnym, odważnym, zdradę się widzi ojczyzny i zamach na „jedność” jej i spokój, że […] „prawdziwy Polak” to sługa reakcji i wstecznictwa […] a katolik u nas synonimem głupoty, bezmyślności, niewolnictwa ducha.

W broszurze „Na sąd was wzywam” konstatował moralny upadek kleru i obojętność na problemy nurtujące społeczeństwo. Zarzucał mu też, że wychował wiernych w bezmyślnym posłuszeństwie, a chrześcijański Bóg jest przez szeregowych wyznawców traktowany jak pogańskie bożki, bądź to krwawe i okrutne, bądź przebłagane, więc łaskawe. Kościół miast być dźwignią świata, stał się zaporą dla wszelkiego ruchu – miast być przewodnikiem ludzkości do przyszłego świata, do Bożego Królestwa, stał się gnębicielem jej, więziennym dozorcą.

Przypieczętowaniem ewolucji ideowej Izydora Kajetana Wysłoucha stały się jego ostatnie większe publikacje. W broszurze „Katolicyzm a polskość” z 1909 r., opatrzonej wymownym mottem – cytatem ze Słowackiego: „Polsko, Twa zguba w Rzymie”, przekonywał, że katolicyzm nie przyniósł Polsce zbyt wiele dobrego, lecz wzmacniał tendencje negatywne i hamował wartościowe. Uważał też, że fałszywe jest utożsamienie polskości z katolicyzmem. Tak jak Niemcy porzucili go na rzecz luteranizmu, a Francuzi dla laicyzmu, tak i Polacy nie muszą być katolikami, aby pielęgnować tożsamość. Wręcz przeciwnie – katolicyzm nierzadko jest sprzeczny z interesem narodowym, zaś Rzymski katolik, o ile naprawdę nim jest, nie zawaha się, gdy o wybór idzie między Ojczyzną a Watykanem. […] W tym znaczeniu i na tym polu katolicyzm nie tylko nie jest podporą polskości, ale jest owszem, szkołą narodowego zaprzaństwa.

Jeszcze dalej szedł w wydanej rok później broszurze „Być albo nie być”, stanowiącej odpowiedź na artykuł Bolesława Prusa, który przyłączył się do napaści kleru na szkołę ludową w Kruszynku, utworzoną w środowisku „Zarania”. To już nie jest krytyka „błędów i wypaczeń” jednostkowych czy zbiorowych. Ex-zakonnik stwierdza, że polski katolicyzm uległ tak wielkiej degeneracji, że obezwładnia ducha, osłabia energię, niszczy wszelką inicjatywę, wypacza i usypia umysł, kaleczy serca, sprzymierzeńcem jest wszelkiej reakcji. Szech apelował: Jeśli przyszłość ludu naprawdę na sercu nam leży, jeśli lud z bierności jego i duchowego serwilizmu wyprowadzić chcemy – w wolnych ludzi go zamienić […] choćby dlatego, że lud – to Polska, to jedyna Polski nadzieja, musimy nie księżom jedynie wypowiedzieć walkę, ale na walkę z Kościołem się zgodzić. […] katolicyzm wśród ludu osłabić trzeba, walkę mu wydać otwartą. Walka to o Prawdę, światło, wolność. Walka o lud. O Polski lepszą przyszłość. […] jestem głęboko przekonany, że walka z Kościołem – to obowiązek w imię dobra ludu i miłości ojczyzny.

Nie oznaczało to porzucenia samej wiary. Wiosną 1910 r. pisał w „Zaraniu”, w duchu dawnych tekstów, o ideałach ewangelicznych, kładąc jednak szczególny nacisk na to, że o człowieku nie świadczą formułki. Blisko Boga może być ktoś nominalnie niewierzący lub innowierca, jeśli czyni dobro, natomiast wielu deklaratywnych chrześcijan przekreśla swoim postępowaniem takie autoidentyfikacje. […] nie w słowach Bóg żąda świadectwa, ale w życiu, w czynie. Bo On nie ofiar pragnie całopalnych, lecz ofiar serca. Bo nie w modlitwie się kocha bezmyślnej, lecz w życiu godnym tej nazwy, w uczynkach szlachetnych, w wielkości serca, w świętym pożądaniu. Bo Mu nie chodzi o cześć jaką inną, prócz tej, co miłością bliźnich się wyraża.

***

Choć nie krępowany już zasadami kościelnymi, wkrótce po opuszczeniu zakonu zaprzestał działalności publicystycznej. Kilka broszur, kilkanaście artykułów – to wszystko, co Szech zrobił po zrzuceniu sutanny, czyli niewspółmiernie mało w porównaniu do lat 1906-08. Początkowa satysfakcja jego przeciwników nie miała się czym żywić, zawiodły nadzieje na jakiś „skandal” – prowadził żywot iście zakonny (mająca nadzieję na romans z nim Zofia Nałkowska konstatowała, że sposób bycia Wysłoucha nie zmienił się po opuszczeniu klasztoru).

Choć jego stanowisko ideowe zradykalizowało się, to na tle innych świeckich postępowców było umiarkowane, a on sam nie chciał „prać brudów” z czasów zakonnych. Okazało się też, że wielu uprzednich sojuszników traktowało Szecha instrumentalnie – jako ksiądz był wygodnym listkiem figowym lub przynętą na plebejuszy, jako świecki okazał się niepotrzebny. Nie pasował do żadnego z obozów. Był nie tylko zbyt „lewacki” dla Kościoła i zalążków chadecji, ale i – jak pisał – postępowi […] zanadto widzą we mnie religijnego, bym się im podobać mógł. Socjaliści takich idealistów nie aprobują. Jak pisał Andrzej Chwalba, nie znalazł on zrozumienia w partiach robotniczych, które widziały w nim człowieka Kościoła.

Aleksander Świętochowski konstatował: Z Szecha nie wyjdzie więc szechizm. Rzeczywiście, nie stał się liderem żadnej inicjatywy społecznej czy nurtu ideowego. Pod koniec 1910 r. wyjechał do Paryża, gdzie był wolnym słuchaczem w École des hautes études, uczęszczał też na wykłady francuskiego modernisty, ekskomunikowanego Alfreda Loisy. W stolicy Francji funkcjonował w kręgu skupionym wokół anarchosyndykalisty i wolnomyśliciela, lekarza Józefa Zielińskiego. Ponoć wygłaszał – ubrany w habit – radykalne antyklerykalne przemówienia podczas demonstracji robotniczych.

W przededniu I wojny światowej powrócił do Polski ze względu na odnawiające się problemy z płucami. Popierał czyn zbrojny i działalność Piłsudskiego, ale z uwagi na stan zdrowia nie brał udziału w akcji niepodległościowej.

1 stycznia 1919 r. zatrudniono go w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. W ciągu 8 lat przeszedł kolejne szczeble kariery urzędniczej, zostając naczelnikiem jednego z wydziałów. Choć uległa zmianie forma, treść jego aktywności pozostała podobna. Izydor Kajetan Wysłouch był bowiem współtwórcą zrębów polskiego ustawodawstwa socjalnego, a pamiętajmy, że nasz kraj należał wówczas do ścisłej światowej czołówki w tej dziedzinie. Przygotował nowelizację ustawy o obowiązkowych ubezpieczeniach na wypadek choroby oraz był współautorem projektu ustawy o Kasach Chorych. Doprowadził – i był jej sygnatariuszem – w 1931 r. do polsko-niemieckiej umowy o wzajemnym respektowaniu zobowiązań wynikających z ubezpieczeń społecznych obywateli obu krajów. W 1933 r. pod jego kierownictwem przygotowano projekt nowej ustawy o ubezpieczeniach społecznych. Reprezentował Polskę w pracach na forum Ligi Narodów jako jeden z liderów międzypaństwowej Komisji Ubezpieczeniowej. Za całokształt tego rodzaju działalności otrzymał Order Polonia Restituta oraz Złoty Krzyż Zasługi.

Prowadził ascetyczny i samotniczy tryb życia, zmagając się stale z kłopotami zdrowotnymi. Jedynym wyjątkiem była aktywność w masonerii. W listopadzie 1932 r. przyjęto go w poczet członków warszawskiej loży „Kopernik”, gdzie działał pod pseudonimem Antoni Sławicz. W 1935 r. został przewodniczącym tej najstarszej polskiej wspólnoty wolnomularskiej.

Zmarł nagle, w samotności, 25 lub 26 czerwca 1937 r. w swoim warszawskim mieszkaniu po powrocie z wakacji w Pirkowiczach. Pochowano go na skraju lasu w tradycyjnym miejscu grzebalnym nieopodal rodzinnego dworku.

***

Choć minęło ponad 100 lat od zakończenia politycznej aktywności Antoniego Szecha, sytuacja jest zadziwiająco podobna. Zajadła antyreligijność środowisk lewicy oraz ich bezrefleksyjne zachwyty nad wszelkimi nowinkami obyczajowymi skutecznie odstraszają osoby wierzące i bardziej zachowawcze. Polski Kościół pozostaje niemal całkowicie impregnowany na postawy i idee egalitarne. Większość księży bez wahania święci pałace i limuzyny nawet największych krwiopijców, zaś wśród politycznie aktywnych wiernych dominują osoby, które wydają się służyć raczej Mamonie i Złotemu Cielcowi, zwanemu wolnym rynkiem, niż Bogu. W takich czasach warto wracać do wspólnych ideałów Ewangelii i socjalizmu.

Odpoczywaj w gniewie

Wraz ze śmiercią Andrzeja Leppera odszedł człowiek, który we współczesnej Polsce zrobił – nieraz bezwiednie – najwięcej dla promocji ideałów prospołecznych. I człowiek, którego „kariera” mówi o owej Polsce więcej niż medialna wrzawa i tysiące naukowych analiz.

„Everyone loves you when you are dead” – śpiewa z goryczą szwedzki zespół Perkele. Gdy umrzesz, wszyscy cię (po)kochają. Andrzeja Leppera też doceniono, gdy okazało się, że nie żyje. Nagle całkiem pozytywnie zaczęły o nim mówić i pisać media establishmentu, a od wyznań jego „fanów” zaroiło się również na niszowych portalach różnych radykałów. Moment jest może niezbyt stosowny, ale podzielę się z czytelnikami satysfakcją człowieka, który Samoobrony nigdy nie opluwał tak, jak czyniły to media głównego nurtu, bełkoczące na przemian o faszyzmie i komunizmie Leppera, ani tak, jak robili to pożal się Boże „radykałowie”, zarzucający Zmarłemu, iż nie jest wystarczająco radykalny, konsekwentny i że w ogóle się „sprzedał”. Fakt, ci ostatni się nie sprzedali, bo przecież nikt ich nigdy nie chciał kupić – albo byli na to zbyt głupi i nieudolni, albo od zawsze i całkiem za darmo schlebiali establishmentowi, głosząc „radykalnym” żargonem to samo, co „Gazeta Wyborcza” głosiła w liberalnej polszczyźnie.

Dla Samoobrony i jej lidera miałem wiele sympatii odkąd pamiętam. Sympatii, której nie należy mylić ani z przekonaniem, że to środowisko jest nieskazitelne i zawsze czyni dobrze, ani z bezkrytycznym kultem idola. Wręcz przeciwnie – gdy wielokrotnie o Samoobronie pisałem i mówiłem ciepło lub wrzucałem do urny głos na jej kandydatów, były to całkowicie odpersonalizowane wyrazy uznania i poparcia. Bo choć Samoobrona miała mnóstwo wad i popełniła całkiem sporo błędów, a jej liderzy nie raz i nie dwa kompromitowali się na różne sposoby, był to jedyny taki fenomen w Polsce po roku 1989. Popieranie Samoobrony nigdy nie było rozkoszą, ale czasami bywało obowiązkiem.

Jeśli krytycznie oceniamy rozwój wydarzeń po roku 1989 i polski status quo, a w centrum takiej diagnozy stawiamy triumf dzikiego kapitalizmu, ekspansję neoliberalizmu, nierówności społeczne, ukształtowanie pseudodemokratycznej oligarchii itp., to trudno byłoby znaleźć racjonalny powód, aby Samoobrony nie popierać, nawet jeśli byłoby to poparcie krytyczne. Ugrupowanie Andrzeja Leppera było jedyną siłą polityczną, która zarazem zakwestionowała realia III RP z pozycji prospołecznych i potrafiła wokół takiego stanowiska zgromadzić masy, niejako skumulować społeczny gniew.

Na podkreślenie zasługuje kilka kwestii. Po pierwsze, ogromna wytrwałość. Zanim Lepper mógł choć trochę „skonsumować” własny sukces, prowadził walkę przez dekadę. Odbył setki, jeśli nie tysiące spotkań ze zwykłymi ludźmi, organizował dziesiątki protestów i innych działań, budując z olbrzymim mozołem ten ruch protestu. Czynił to wbrew licznym niepowodzeniom i o wiele większej dawce ataków. Ataków wyjątkowo brutalnych i chamskich nawet jak na realia polskiego systemu oligarchicznego, w którym mafiosi zwani liderami, autorytetami czy ojcami demokracji nie cofną się właściwie przed niczym, podobnie jak serwilistyczne wobec nich media. Na Leppera wylano kubły pomyj, próbując go bez ładu i składu oskarżać o co się tylko da: o faszyzm i o komunizm, o agenturalność taką czy inną, o złodziejskie zamiary i o naiwny idealizm, o podejrzaną przeszłość i zbrodnicze plany na przyszłość. Był portretowany jako wykolejeniec, bezwzględny demagog, furiat i szaleniec, no i oczywiście – jako wieśniak, cham, burak i ćwok.

Tego ostatniego „argumentu” używali ochoczo m.in. specjaliści od tolerancji i zwalczania dyskryminacji. Liberalne media, które pełne są potępień homofobii, antysemityzmu, ksenofobii i innych niemądrych, lecz zazwyczaj dość marginalnych – choć przez zawodowych „zwalczaczy” chętnie wyolbrzymianych – postaw, nieustannie mrugały okiem do odbiorców. O, popatrzcie, ale wsiowy głupek, co on bredzi, cham jeden w gumofilcach, dureń od pługa granatem oderwany, gnojem śmierdzi i brud ma za paznokciami, ha ha ha. Bo w dyskursie sytej, aroganckiej elity nie tylko dopuszczalny, ale wręcz dobrze widziany jest jeden rodzaj rasizmu: pogarda, niechęć i odmawianie faktycznych równych praw tym, którzy nie są dość zamożni, dobrze wykształceni i nie zamieszkują wielkich aglomeracji. Demokracja – o tak, pod warunkiem, że chamy z prowincji nie przegłosują Geremka na rzecz „ludzi znikąd”. „Prosty człowiek” – czemu nie, pod warunkiem, że jest „nasz” i że imię ma TW, a nazwisko Bolek.

Andrzej Lepper znosił dzielnie całe to szambo, które na niego wylewano przez lata. Ale nie tylko znosił, nie tylko je przetrwał, nie tylko cierpliwie zapracował na sukces. Tym, co przesądza o jego znaczeniu w polskim życiu publicznym, są współgrające ze sobą: umiejętność mobilizacji mas społecznych oraz ominięcie pułapki mielizn ideologicznych, na których osiadło wiele podobnych inicjatyw. Samoobrona była skuteczna – nie raz, nie przez rok, lecz wiele razy przez ponad dekadę artykułowała społeczny gniew, nie pozwoliła zamieść problemów pod dywan, wytrącała sytych z błogostanu. Może i ocierała się o prymitywizm, ale „Balcerowicz musi odejść” wyprowadzało ludzi na ulice skuteczniej niż seminaria o nierównościach społecznych i eseje o szwedzkim modelu dobrobytu. Lepper był populistą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu – po imieniu nazywał realne problemy, które inni chcieli przypudrować i rozmemłać w magmie ładnych słówek. Potrafił o bolączkach opowiedzieć tak, że nawet jeśli nie była to narracja zbyt pożywna dla wymagających mózgów, to na pewno porywała proste serca.

Co więcej, populizm Leppera był postępowy. Nie był to populizm w stylu Le Pena, który gniew ludu kieruje na Bogu ducha winnych emigrantów, aby ominął on faktycznych winowajców – kapitalistycznych krwiopijców i niesprawiedliwości natury gospodarczej, nie etnicznej. Lepper nie wzywał do rozprawy z żadnymi „obcymi”, nie napuszczał „rdzennych Polaków” na Żydów, wierzących na ateistów czy „sól ziemi” na „miastowych”. Potępiał polityczny establishment i podejmowane przezeń decyzje strukturalne jako szkodliwe dla naszego kraju i większości jego mieszkańców.

Tym, co stanowiło o fenomenie Samoobrony, było także ominięcie pułapek, w które inni krytycy obecnego porządku wpadają z regularnością godną mechanizmów szwajcarskiego zegarka. Z 99-procentową pewnością można zakładać, że gdy w Polsce pojawi się jakiś radykał, który całkiem sensownie krytykuje prywatyzację, wyzysk ekonomiczny, nieistnienie polityki gospodarczej, łamanie praw pracowniczych, biedę i brak perspektyw, to prędzej czy później zacznie bełkotać bądź o tym, że wszystkiemu są winni Żydzi, masoni i lobby aborcyjne, bądź dla odmiany o tym, że należy zalegalizować marihuanę, wysłać księży na Księżyc oraz ubóstwiać „Che” Guevarę. W Polsce fiasko polityki prospołecznej i niemożność stworzenia silnego lobby na jej rzecz wynikały nie tylko z uwarunkowań systemowych (liberałowie wszelkich odcieni u władzy, bo tylko oni mieli na to środki), nie tylko z klimatu ideologicznego (ogólnoświatowa moda na neoliberalizm), nie tylko z wpływu przeszłości (niemal wszystko, co „społeczne”, kojarzy się źle po 45 latach komuny). Jak wskazują prawie wszystkie sondaże, Polacy są zazwyczaj zwolennikami rozwiązań socjalnych. Jeśli masy popierają postulaty liberalne, to zwykle w tych przypadkach, gdzie noszą one znamiona sensu, jak w kwestii „przebiurokratyzowania” życia codziennego. Jedną z głównych przyczyn niepowodzeń opcji prospołecznej jest natomiast to, że postulaty owego rodzaju są niemal zawsze podawane „w pakiecie” z czymś, co albo powinno być prywatną sprawą, albo przedmiotem debaty w innym miejscu i na innej płaszczyźnie.

Ugrupowanie Leppera jako jedyna poważniejsza siła antyliberalna zdołało uniknąć tej pułapki. Jej lider deklarował się jako katolik i cytował Jana Pawła II, a zarazem nie wdawał w czarnosecinne potępianie homoseksualizmu czy w inicjatywy wieszania krzyży gdzie popadnie. Bronił niektórych aspektów PRL-u, lecz bez wielbienia morderców Popiełuszki, wychwalania stanu wojennego czy wywodów, że słusznie rozgromiono „reakcyjne bandy” rękoma krasnoarmiejców. Lepper sednem ideologii i przekazu uczynił postulaty prospołeczne, inne niemal zupełnie marginalizując lub wręcz całkowicie przemilczając. To było jednym z głównych źródeł jego sukcesu – że ofiary neoliberalizmu widziały w nim wybawienie niezależnie od tego, czy któraś z nich czytała „Nie”, czy „Nasz Dziennik”.

Ale właśnie to było też powodem nasilonej nienawiści establishmentu wobec Samoobrony. Gdy okazało się, że Leppera nie sposób wrobić w faszyzm czy w komunizm, że nie daje się złapać na haczyk wyklinania lub promowania aborcji, lecz stoją za nim masy żądające pracy i chleba – wiedziano już, że nie ma żartów, bo ktoś taki może odnieść sukces, jakiego nie odniosą nigdy Wrzodak czy Ikonowicz. A sukces Leppera mógł być początkiem końca ustroju ugruntowanego na niesprawiedliwościach, wyzysku i łupiestwie.

Nawiasem mówiąc, dokładnie za to samo nienawidzili Leppera nie tylko przedstawiciele establishmentu, ale także ci wszyscy radykałowie, którym pokazał on, jak można być „ostrym” i jednocześnie wyjść z niszy. Radykałowie prawicowi wtórowali TVN-owi i „Wyborczej”, portretującym Leppera jako komunistę i aparatczyka rodem z PRL, zaś radykałowie lewicowi jednym głosem z „Wprost” ględzili, że Lepper to neofaszysta i antysemita. Gdy oni popiskiwali o „rewolucji socjalnej” lub „obronie interesów narodowych” w swoich gazetkach węszących spiski faszystów lub spiski Żydów, Lepper blokadami paraliżował cały kraj i wprowadzał do parlamentu kilkudziesięciu posłów.

Nie chcę być źle zrozumiany – to nie jest żadna pośmiertna, standardowa laurka. Andrzej Lepper jako człowiek i lider ugrupowania popełnił wiele błędów, był postacią kontrowersyjną nie tylko wedle salonowych, lecz również całkiem zwykłych kryteriów. Wokół Samoobrony kręciło się wielu podejrzanych typów, okoliczności wydarzeń z udziałem tego środowiska są niejasne i nawet jeśli establishment je wyolbrzymiał (jak sprawę Anety K., orientację prorosyjską, aferę gruntową itp.), to pozostawiają pole do wielu domniemań i podejrzeń. Podobnie wygląda rzecz z udziałem Samoobrony we władzy – nie jest łatwo powiedzieć dzisiaj, czy Lepper się „sprzedał”, dał utemperować za kilka posad, a następnie uwikłał w niejasne interesy, czy też Jarosław Kaczyński na bazie pomówień lub czyjejś prowokacji postanowił podarować władzę Platformie Obywatelskiej i zamienić rząd przeklinany przez salony na niekończącą się opozycyjność. Zapewne na precyzyjny osąd przyjdzie nam poczekać kilka dekad, gdy historycy spokojnie przejrzą akta wielu instytucji i ocenią je bez środowiskowo-politycznych uwikłań i oczekiwań, od których dziś nie sposób abstrahować.

Niezależnie jednak od nieraz dziwnych „okolic” Samoobrony oraz od smutnego końca jej lidera, Andrzej Lepper był postacią, która zasługuje na dobre słowo. Ile błędów by nie popełnił, pozostaje jego zasługą to, że pierwszy tak dobitnie i zarazem konsekwentnie, a przy tym z wielkim talentem popularyzatora podniósł hasła socjalne, „wbił” się z nimi do debaty publicznej i nie pozwolił sytym całkiem zdominować krajobrazu politycznego, zabudowywanego stopniowo coraz bardziej groteskowymi liberalnymi wioskami potiomkinowskimi. Lepper był mieczem, który wciąż wisiał nad głowami zadowolonych łajdaków z warszawki i krakówka i przypominał im – i nam wszystkim – że istnieje inny świat. Świat zlikwidowanych PGR-ów, podupadłych małych miasteczek, które przeżywają regres cywilizacyjny, zamykanych zakładów pracy, wiejskiej i miejskiej biedy, głodnych dzieci i wegetujących starców. To w dużej mierze dzięki niemu dziś nawet media establishmentu przestały udawać, że jest całkiem OK, że doganiamy i przeganiamy Europę, że nie istnieją realne, utrwalone i rosnące problemy społeczne. Jeszcze 15 lat temu w tych samych mediach byli tylko „ludzie sukcesu” i „pracowita klasa średnia” oraz garstka „roszczeniowych nieudaczników” i amatorów wina „Arizona”.

Oceniając pośmiertnie Leppera należy też zrobić coś, czego niemal nigdy w polskim dyskursie publicznym się nie robi. Mianowicie odpersonalizować zjawisko. Wygodniej i łatwiej wytyka się takie czy inne wady i błędy lidera Samoobrony lub dla odmiany wychwala jego zalety jako konkretnego człowieka, bo wówczas nie trzeba się wysilać. Wówczas on sam jest „chamem i burakiem” albo „charyzmatycznym liderem”, jego wyborcy „dali się omamić” lub „zawierzyli komuś, kto wyrażał ich nastroje”, a on ich zawiódł, gdyż „sprzedał się” lub „uwikłał w niejasne interesy” albo „załatwił go Kaczyński”. Ale w ujęciu systemowym Lepper jest tylko – a może aż – swoistym papierkiem lakmusowym, skutkiem pewnych procesów, nie zaś ich przyczyną.

W takim ujęciu nie ma „Nikodema Dyzmy”, który „uwiódł naiwnych”. Jest polityka lekceważenia milionów ludzi i całych połaci kraju, które nie są przypadkowo zacofane oraz zamieszkiwane przez nieudaczników, lecz „celowo” spychane na dno wskutek wyboru modelu ekonomicznego, bazującego na tworzeniu i powiększaniu nierówności. Jest wieloletnia pogarda pod adresem takich ludzi i obszarów, jest ich nieobecność w debacie publicznej, jest lekceważenie ich sytuacji przez polityków głównego nurtu. I jest trybun ludowy, który dla takich osób staje się jedynym wiarygodnym człowiekiem. I jest jego przekaz, brutalny i prosty nie tylko dlatego, że przynosi poparcie wspomnianych osób, ale i ponieważ tylko to może przebić się do centrum zainteresowania. Podobnie jak wysypywanie zboża na tory czy blokowanie ruchu drogowego w całym kraju – zamiast konferencji prasowych, których nie pokażą skorumpowane i stronnicze media.

W takim ujęciu nie ma „chama i buraka”, który zapragnął wtargnąć na salony i wbić zęby w specjały z pańskiego stołu. Są głębokie uprzedzenia elit politycznych i kulturowych, są olbrzymie pokłady antywiejskich kompleksów (wiele mówiące o kraju, w którym pokolenie czy dwa wstecz „wieśniakami” była ogromna większość społeczeństwa). Jest oligarchiczny, zablokowany system polityczny oraz triumf kumoterstwa, co skutkuje niemożnością cywilizowanej kooptacji do grona liderów reprezentujących interesy społeczne.

W takim ujęciu nie ma Leppera, który „upraszcza”, „wyolbrzymia”, „źle definiuje”. Jest plebejski, samorodny działacz, który bije głową w mur, bo nie może liczyć na zainteresowanie i pomoc specjalistów, analityków czy naukowców. Oni bowiem albo stanowią integralną część systemu władzy i opresji, podczepieni pod promocję w „Wyborczej” i granty z Fundacji Batorego, albo są tak subtelni i przywiązani do eleganckiej formy, iż przesłania im ona sedno treści, albo też ich prospołeczne poglądy są po prostu ścieżką kariery w neofeudalnej hierarchii akademicko-medialnej. Są też tak bardzo postępowi, że dla mniej postępowych nie mają pomocnej dłoni, a jedynie pogardliwe wywody o ich zacofaniu.

W takim ujęciu wreszcie, nie ma Leppera, który się sprzedał, zdradził, wypiął na „swoich”. Jest całkowita zapaść kultury demokratycznej i zaangażowania społecznego we współczesnej Polsce. W efekcie nie ma ugrupowań o wielu liderach kontrolujących się wzajemnie, a przede wszystkim kontrolowanych przez zwykłych członków i sympatyków. Jest za to kult idoli, którzy za nas „powinni coś z tym zrobić”, a my łaskawie wrzucimy kartkę do urny, oczywiście jeśli akurat nie będzie padał deszcz lub teść nie zorganizuje imprezy. Jest polityka nie jako emanacja zbiorowej woli, lecz żerowisko nieokiełznanych samców alfa. Nie ma pobłądzenia czy zdrady jednostki, którą zastępują sprawnie inni, bez wielkiej szkody dla całości, są za to partie wodzowskie, które upadają wraz z upadkiem wodzów. Nie ma comiesięcznych składek 50 tysięcy ludzi po 10 zł, lecz „układy” z 50 „sponsorami”, z których każdy daje 10 tysięcy i oczekuje „wdzięczności”, czyli reprezentowania swoich – nie zaś wyborców – interesów, albo po prostu jedna wielka łapówka 500-tysięczna, za którą kupuje się kogoś, kto na „wielką politykę” potrzebuje środków.

Andrzej Lepper nie żyje. Ale wciąż żyją problemy i negatywne tendencje, przeciwko którym on się buntował. Dziś już tego nie zrobi, bo rozpoczął wieczny odpoczynek. Byłoby kpiną właśnie komuś takiemu życzyć sztampowego, mieszczańskiego odpoczywania w spokoju. Panie Andrzeju, niech Pana gniew nie opuszcza, gdziekolwiek Pan jest.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Za szczęście wasze i nasze, czyli polska teologia wyzwolenia

Za szczęście wasze i nasze, czyli polska teologia wyzwolenia

W oskarżycielskim tekście „Słowo o bandosie”, poświęconym niedoli chłopów i robotników rolnych, Stefan Żeromski wymienia garstkę Polaków, którzy dokonali wielkich dzieł, a zarazem byli nieobojętni na krzywdę ludu. Nazwiska ich są znane bardziej (Mickiewicz, Norwid, Witkiewicz) lub mniej (Lelewel, Trentowski, Worcell). Tylko jedna z przywołanych postaci jest dzisiaj niemal całkowicie zagadkowa. Autor „Ludzi bezdomnych” pisze o niej: ten za naszych dni czysty przechodzień z góry ducha, przynoszący obłudnym faryzeuszom pozew przed ołtarz, Antoni Szech, który nim słowo zwiastujące mówić począł, oczyścił się w zimnej kąpieli czynu: sprzedał, co miał, i wykupił nieszczęsne dusze, jęczące w jarzmie rozpusty.

***

Antoni Szech naprawdę nazywał się Izydor Kajetan Wysłouch. Urodził się 25 lipca 1869 r. w Pirkowiczach nieopodal Drohiczyna jako najmłodszy z trzech synów. Rodzina prowincjonalnej szlachty wyróżniała się spośród wielu podobnych. Pradziad Zenon Wysłouch to poseł na Sejm Czteroletni. Jego dwaj synowie Kazimierz i Jan byli żołnierzami Legionów Dąbrowskiego, zaś trzeci, Wiktor, miał potomka o imieniu Antoni. Był on uczestnikiem powstania styczniowego oraz ojcem bohatera naszego tekstu. Siostra Antoniego, Katarzyna, to matka legendarnego nestora polskiego ruchu socjalistycznego – Bolesława Limanowskiego. Jeden z dwóch braci ojca, Ludwik, miał z kolei syna – twórcę ruchu ludowego w zaborze austriackim, Bolesława Wysłoucha. Z kolei matka Izydora Kajetana, Teofila z Butowt-Andrzejkowiczów, to przyjaciółka Elizy Orzeszkowej, sportretowana przez nią jako „piękna Tośka” w opowiadaniu „Oficer”. Ludwik Krzywicki po latach pisał: Wziął po paru pokoleniach Wysłouchów mocne instynkty natury społecznej, a także ich niezdolność, aby czynami swoimi byli w rozterce z przekonaniami.

Po gimnazjum Izydor Kajetan wybrał studia historyczne w Warszawie. Był wyróżniającym się żakiem, lecz nie angażował w życie społeczne. Dopiero nagła śmierć jednego z braci, Witolda, zaowocowała refleksjami natury religijnej i zwrotem ku Kościołowi.

Wkrótce trafił w krąg późniejszego błogosławionego, a wówczas jednego z najbardziej prężnych kościelnych działaczy społecznych, o. Honorata Koźmińskiego, twórcy opiekuńczych inicjatyw kościelnych (pomoc ubogim, chorym, sierotom, samotnym kobietom). Po powstaniu styczniowym i kasacie zakonów przez władze carskie Koźmiński organizował podziemne struktury. Z klasztoru w Nowym Mieście nad Pilicą kierował niejawnym ruchem „świeckich zakonników”, którzy powołanie łączyli z działalnością w środowiskach „zaniedbanych” społecznie.

Izydor Kajetan po ukończeniu studiów pojechał do Nowego Miasta i oznajmił Koźmińskiemu chęć współpracy. Carskie regulacje zabraniały przyjmowania nowicjuszy do klasztoru kapucynów, wstąpił zatem do bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi. W 1893 r. odbył nowicjat wśród łódzkich robotników i rzemieślników. Brat Marcin, bo takie imię przybrał, wkrótce został wybrany generalnym przełożonym zgromadzenia, a już kilka miesięcy później z najbardziej aktywnych członków stworzył nową strukturę – Zgromadzenie Synów Boleści Maryi. Popularnie zwane dolorystami, prowadziło działalność w miejscowościach, gdzie nie docierały inicjatywy religijne i społeczne, m.in. walczyło z analfabetyzmem i prowadziło kursy rzemiosł dla ubogich.

Wysłouch błyskawicznie zyskał uznanie jako znakomity organizator, a także z uwagi na wykształcenie i zdolności przywódcze oraz z powodu wyjątkowo skromnego, ascetycznego życia. W 1894 r. został przełożonym kolejnej niejawnej inicjatywy – Zgromadzenia Sług Świętej Rodziny. Rok później sprzedał swą część majątku w Pirkowiczach i przekazał pieniądze kapucynkom z galicyjskich Kęt, które pomagały kobietom ze środowisk ubogich i patologicznych – do tego czynu nawiązują słowa uznania, które wyszły spod pióra Żeromskiego.

Po śmierci Aleksandra III, na fali „odwilży” podjęto starania o zgodę na nowicjat w klasztorze w Nowym Mieście. Była to jedyna szansa przetrwania zakonu skazanego na dosłowne wymarcie. Pierwszym kandydatem został właśnie Izydor Kajetan Wysłouch, a władze carskie pozytywnie rozpatrzyły tę prośbę. Otrzymał imię zakonne Antoni. Wykorzystując chwilową liberalizację, nadano wyjątkowe tempo odbywaniu nowicjatu oraz zdobywaniu wykształcenia teologicznego. Latem 1899 r. złożył śluby wieczyste, a święcenia kapłańskie otrzymał w listopadzie.

Wkrótce u młodego zakonnika pojawiły się pierwsze wątpliwości, gdy studiował dostępną literaturę teologiczną – przestarzałą i kiepsko napisaną. Zetknął się wówczas z modernizmem katolickim, sceptycznym wobec dosłownego traktowania tekstów biblijnych i nauczania Ojców Kościoła. Z powodu poważnych problemów zdrowotnych dwukrotnie dla podreperowania zdrowia przebywał w Egipcie. Gdy zmagał się ze sceptycyzmem wobec form wiary, historia nagle przyspieszyła. Wybuchła rewolucja 1905 r.

Wówczas rozkwitła jego polityczna i publicystyczna pasja. Głównie pod pseudonimem Antoni Szech – pochodzącym od zasłyszanego w Egipcie słowa oznaczającego przywódcę czy przewodnika duchowego, a wedle innych opinii z „Ojca zadżumionych” Słowackiego – opublikował wiele artykułów i broszur. W ciągu zaledwie 3-4 lat Wysłouch wyartykułował program ideowo-polityczny, łączący chrześcijaństwo z socjalizmem i romantycznym patriotyzmem.

***

Szech dostrzegł, że współczesna mu epoka to czasy gruntownych przemian. Czy to dynamiczne przeobrażenia gospodarcze, czy konflikty społeczne towarzyszące brutalnemu kapitalizmowi, czy krępowany, lecz stale postępujący proces emancypacji warstw ludowych – wszystko to znacząco odmienia świat. Wymaga więc aktywności intelektualnej i organizacyjnej, które Kościół zaniedbuje.

O tym mówią pierwsze publikacje Szecha wykraczające poza tematykę stricte religijną. Ich „wysyp” następuje w roku 1906. W broszurze o mariawitach, „W sprawie mankietnictwa”, potępiając zerwanie przez nich związków z Kościołem, pisał jednocześnie, że rozłam ujawnił to, w co nie chcieliśmy wierzyć dotąd, […] że lud obecnie rozgoryczony jest na duchowieństwo. Że kapłanów takich, jakich lud mieć by pragnął, mało bardzo […]. W broszurze „Do braci kapłanów” dodawał, mając na myśli rozbudzenie dążeń ludu do samodzielności w sprawach społecznych, że Na wszystkie te wołania odpowiadamy formułkami zatęchłych, średniowiecznych książek.

W rozprawie „O pracy katolickiej” stawia diagnozę, iż Działalność katolicka […] odłączyła się zanadto od wszystkiego, co obchodzi społeczeństwo. Kościół w pewnym sensie obraża się na rzeczywistość, w efekcie przestaje być dla ludu partnerem i zmierza w kierunku sytuacji, w której Ecclesia stanie się depopulata. Rezygnując z udziału w nowoczesnych procesach społecznych, traci też szansę na formowanie ich oblicza, na nadanie im chrześcijańskiego wymiaru. Katolicy ograniczają się do działalności czysto religijnej, z niewielkimi wyjątkami, jak filantropia. A jeśli czasem podejmują aktywność społeczną, to w ekskluzywnym, wyłącznie katolickim gronie. W ten sposób Kościół stopniowo przekształca się w anachroniczną sektę.

Bądźmy […] wszędzie, gdzie trzeba bronić wielkich ideałów ludzkości lub wcielać je w życie. By świat cały poznał, że katolicy tam są, gdzie walka o najświętsze i najwyższe rzeczy. […] Że wszystko, co piękne, wzniosłe, wielkie, czyste w nich ma obrońców – apeluje Szech. I dodaje, że gdyby pierwsi chrześcijanie naśladowali obecnych, to byśmy na pewno poganami byli dotąd, a gdy się trzymać [tych zasad] będziemy dziś – to na pewno za sto lat Europa znowu pogańską będzie. Musimy – przekonuje współwyznawców – zrozumieć pragnienia społeczeństwa – i nie zwalczać ich, jeśli są słuszne, ale je uświęcić i oczyścić.

Oczywiście kapłan z Nowego Miasta nie był tak naiwny, aby mniemać, że postawa kleru wynika tylko z ciasnych horyzontów czy wygodnictwa. Konserwatyzm Kościoła ma także wymiar interesowny. Obojętność na krzywdę ludu i na protesty przeciwko niej to postawa przynosząca wymierne profity. Jednak wedle Szecha krótkowzroczna: Katolicy […] zatracili niejako świadomość, w czym istotna potęga Kościoła. Im chodziło o to, by rządy zjednać sobie, te rządy skompromitowane dziś powszechnie, znienawidzone […] A przecież potęga Kościoła – nie w przyjaźni rządów, i nie w przyjaźni możnych […] Jego moc w potędze moralnej. Jego siła we wzniosłości nauki, w podniosłości czynów. Jego potęga w tym, by on, Kościół Chrystusowy, jaśniał jak słońce wśród ciemności świata. […] By ludzkość widziała, że to, co idzie stamtąd – to Boże, to wielkie, to święte, że w tym nic nie masz ludzkiego, nic z tego, co małe, co ziemskie, co egoistyczne.

W artykule „Wrogom Kościoła, tłumicielom wiary”, będącym odpowiedzią na ataki klerykalnej prawicy, pisał: Chcecie uczynić z Kościoła miejsce zbiorcze tych, co w egoizmie swoim zastraszeni, w niskich, poziomych interesach swoich zachwiani – ludzkość chcą wstrzymać i dzień wszelki zgasić, i ruch wszelki stłumić, i ducha skarlić, i serca ścieśnić i zdławić.

***

Szech nie proponował zmian w praktyce Kościoła ze względów taktycznych – aby utrzymać dotychczasową pozycję w społeczeństwie. Jego zdaniem, istniejący porządek jest do głębi sprzeczny z ideałami chrześcijańskimi. Zatem Kościół ma moralny obowiązek wspierania ludu, ponieważ jego bunt i dążenia są słuszne.

W „O pracy…” pytał: I któż wziąć powinien najwięcej do serca te krzywdy ubogich i maluczkich, tych ubogich – ukochanych przez Chrystusa […], ubłogosławionych przez Ewangelię, jeśli nie uczniowie tegoż Chrystusa, jeśli nie wyznawcy i głosiciele Ewangelii? Bieda, głód, wyzysk czy handel żywym towarem powinny wywoływać reakcję katolików. W broszurze „Wyjaśnienia” przekonywał: Kościół Chrystusowy na ruch społeczny, w imię pogwałconej sprawiedliwości wszczęty, patrzeć musi sympatycznym okiem. Wszak to plon wyrosły z Ewangelii posiewu. Wszak to zaczyn Ewangelii, co przeniknął społeczeństwo całe.

W broszurze „Gdzie wróg?”, napisanej u schyłku rewolucji 1905 r., krytycznie ocenia tendencje reakcyjne, których przedstawiciele uważają, że wraz z uśmierzeniem buntu społecznego rozwiązano istotne problemy. Zakonnik przekonuje, że mniemanie to jest błędne, a socjalizm stanowi skutek, nie przyczynę niepokojów społecznych. […] nieprzyjacielem strasznym, nieubłaganym, nie ugłaskanym nigdy, tym nieprzyjacielem, co grozi, co grozić będzie, co grozić musi, co zemstą wre, i zemstę wywrze w swoim czasie, nie dziś to jutro, tym wrogiem krwawym i okrutnym – nie socjalizm i nie socjaliści. Tym wrogiem – niesprawiedliwość społeczna, krzywda milionów. I co za tym idzie – nienawiść milionów. […] Krzywda, co wygląda zewsząd i jest wszędzie; w mieście i po wsiach, po fabrykach i folwarkach, w pałacach i suterynach, warsztatach i pracowniach, wśród najmodniejszych ulic i zaułków nędzy. […] Ta krzywda milionów, ta niesprawiedliwość społeczna, ta nędza, co się wzmaga […]. Słowem – kwestia socjalna. Oto wróg – oto nieprzyjaciel. Z nim rozprawić się trzeba – tego wroga przemóc.

***

Wskutek takich refleksji powstały publikacje dotyczące socjalizmu, w tym jedna z głównych rozpraw Szecha, „Uwagi o socjalizmie”. W jego przekonaniu, socjalizm był swoistym zwieńczeniem buntu mas w epoce dzikiego kapitalizmu. Tego rodzaju postawy nieprzypadkowo zrodziły się w Europie – tyleż wskutek dynamicznego rozwoju gospodarczego (jak chciał Marks), co i chrześcijańskiego dziedzictwa kontynentu. Zakonnik uważał, że tylko na gruncie ideałów ewangelicznych mogły się zrodzić masowe dążenia do sprawiedliwości społecznej.

Przywołuje pionierów katolicyzmu społecznego, von Kettelera i Manninga, jednak konstatuje, że większość katolików nie podjęła się – ze wspomnianych już względów – wspierania wykluczonych. Ogół dbał więcej o garstkę zboża, co ukradł z głodu biedny wyrobnik, niż o krzywdę całych pokoleń. O przełamanie piątkowego postu, niż o zgwałcenie i zdeptanie przez społeczeństwo chrześcijańskie prawa wiekuistej sprawiedliwości – pisał w „Uwagach…”. Ludowe poczucie krzywdy zostało więc „zagospodarowane” przez socjalizm.

W odróżnieniu od katolickich przeciwników socjalizmu, rozpowszechniających czarną legendę, Szech rzetelnie omawia jego założenia. Wskazuje, że znaczna część ruchu odeszła od postulatów hedonistycznych („wolna miłość”) czy od forsowania rewolucyjnej drogi przeobrażeń ustrojowych, a doktryna socjalizmu podlega rewizji wraz z rozwojem wiedzy i zmianami społecznymi. Zauważa, że swoisty „program minimum” socjalistów (swobody obywatelskie, równość wobec prawa, powszechne nauczanie, podatek progresywny, cywilizowane zasady i warunki pracy najemnej) został przyjęty także przez chrześcijańską demokrację.

Autor „Uwag o socjalizmie” akcentuje nie tylko ekonomiczne i społeczne aspekty programu socjalistycznego, lecz także jego wymiar etyczny. Wedle Szecha, kapitalizm jest ustrojem niekorzystnym pod względem moralnym, przy czym jego ofiary widzimy także wśród niewolników u góry – tych bogaczów zbydlęconych, i ogłupiałych, i zdeprawowanych przez złotego cielca, co zakuci także w kajdany ustroju dzisiejszego. Zakonnik powtarza marksowską tezę, że wyzysku nie da się sprowadzić do indywidualnych decyzji „złych ludzi”, stanowi on bowiem immanentną cechę systemu wolnokonkurencyjnego. Nawet jeśli pracodawca ma świadomość skutków własnych poczynań, musi krzywdzić i wyzyskiwać. To jego być – albo nie być.

Tym bardziej bieda i upodlenie odciskają piętno na moralności. Wysłouch dostrzegał – do dziś nie jest to powszechne wśród kleru i katolickiej prawicy –społeczno-ekonomiczne przyczyny wielu grzechów. Niedostateczne pożywienie i ubranie […] pobudza od wczesnej młodości do kradzieży i oszukaństwa. Brak pracy […] popycha bardzo wielu do podstępnego korzystania z cudzego majątku. […] Prostytucja […],ta ohyda wieku naszego i to źródło zgnilizny i zguby społeczeństw – to zło, które zrodzone przez obecny ustrój społeczny – także przecie dzieckiem nędzy i ekonomicznych dzisiejszych warunków – pisał w „Uwagach…”. Był też autorem broszury„W jaki sposób można zapobiec prostytucji”, w której – jak pisze Henryk Syska – pragnie wskazać na tak zwane nierządne kobiety nie jako na ofiary wrodzonych skłonności, tajemniczego przekleństwa nadprzyrodzonych sił miotających […] człowiekiem, ale przede wszystkim jako na ofiary kapitalistycznego ustroju.

Nie twierdził, że wszystkie złe czyny można wyjaśnić warunkami społecznymi. Należał jednak w łonie Kościoła do prekursorów myślenia, które wskazuje, że określone realia stanowią bardziej urodzajną glebę dla grzechu. Stanisław Gajewski pisze, iż Wysłouch dostrzegał […] to, co obecnie Jan Paweł II […] nazywa „strukturami zła”, czyli takie warunki ustrojowo-instytucjonalne, w których znaczniej trudniej żyć wedle zasad katolickich.

Wedle Szecha, błędem jest oddzielanie wymiaru doczesnego od wiecznego, a indywidualnego od zbiorowego. Modlitewne wezwanie „Przyjdź Królestwo Twoje” to wskazówka, iż tutaj i teraz powinniśmy tworzyć świat jak najlepszy, świat, w którym grzech i nieprawość miałyby znacznie mniejsze pole do popisu. Program socjalistyczny jest – pisze w „Uwagach…” – wprowadzeniem idei chrześcijańskiej w urządzenie społeczne. Jeżeli socjaliści zdołają zmniejszyć skalę niesprawiedliwości i wyzysku, to największą przysługę wyrządzą religii – przygotują grunt pod posiew Boży. Tak rozumiany socjalizm nie tylko nie sprzeciwia się Kościołowi – ale owszem jest [ideą] arcychrześcijańską.

Jak podsumowuje Jerzy Mazurek, wymowa rozpraw Szecha z tego okresu brzmi: katolicyzm nie musi wiązać się z aktualnym porządkiem społecznym; socjalizm nie jest antytezą chrześcijaństwa.

***

Docenieniu zalet socjalizmu towarzyszyły w jego rozważaniach uwagi krytyczne – zarówno wobec taktyki i działalności bieżącej ruchu, jak i sedna idei.

Zarzuty mniejszego kalibru dotyczyły stosunku socjalistów wobec religii i obyczajowości. Szech krytycznie oceniał „wolnościowe” postulaty tego obozu jako prowadzące do rozkładu moralnego warstw ludowych. Przyznawał socjalistom prawo do krytyki kleru czy Kościoła za uchybienia moralne lub zaangażowanie polityczne po stronie reakcji, jednak surowo oceniał antyreligijne wątki ich doktryny i propagandy. Uważał, że są one wtrącaniem się w osobistą, wręcz intymną sferę przekonań człowieka, a także błędem polityczno-taktycznym. Te godne pożałowania wybryki przeciw obrazom, krzyżom, te głoszone bluźnierstwa, które rozbrzmiewały po ulicach, polach, fabrykach […] mogły oburzyć i odstręczyć bardzo wielu, najżyczliwiej nawet dla samej sprawy usposobionych – pisał w „Uwagach…”. Ludowy antyklerykalizm, dość powszechny i nierzadko ostry, nie oznacza bowiem występowania przeciwko religii. Ataki socjalistów na tę ostatnią skutkują niechęcią względem nich, a nawet silniejszym utożsamieniem się ludu z klerem.

Jednak główną kością niezgody między Szechem a socjalistami, a zarazem clou ideowego przesłania zakonnika, był stosunek wobec kwestii klasowych. Kapłan popierał większość postulatów społeczno-gospodarczych ruchu socjalistycznego, zwłaszcza w jego wydaniu reformistycznym i ewoluującym wraz z przeobrażeniami społecznymi (Czy nie śmieszną jest rzeczą pasować Marksa na nieomylnego proroka przyszłości? – pytał). Sceptycznie oceniał natomiast „klasowość” i przewagę wątków negatywnych.

W „Uwagach…” pisał, że Idea socjalistyczna – idea powszechnej sprawiedliwości – usunięcia krzywdy raz na zawsze, praktycznego zastosowania haseł braterstwa, jedności i miłości – piękną jest i wzniosłą. […] jeśli z niej zrobić interes tylko klasy jednej, interes życiowy robotnika, w imię której on nastaje na interesy tych, którym dziś dobrze, traci swą piękność, swój urok, a z nimi swą potęgę. Przeradza się w wyraz egoizmu klasowego. Staje się czymś brzydkim, jak brzydkim samolubstwo i egoizm bogatych. […] Na tym gruncie oparty socjalizm, staje się walką brutalną o byt, walką jednych przeciw drugim […] Socjalizm w tym znaczeniu – jest walką głodnych psów nad pełną miską strawy.

Choć przekonywał, że bez zaspokojenia potrzeb nie można godnie funkcjonować, a o idealizmie mówią zazwyczaj żyjący w dobrobycie, których takie wywody nic nie kosztują, to jednak przestrzegał przed „obniżeniem” ideałów. Inspirowany tyleż chrześcijaństwem, co poglądami Edwarda Abramowskiego, z którym współpracował, przekonywał w piśmie „Siewba” w tekście „Jeszcze jedno”, że ludowi potrzeba postępu ekonomicznego i zdobyczy cywilizacyjnych, Ale to jeszcze nie wszystko. […] Prócz dobrobytu, prócz oświaty, potrzeba jeszcze czegoś. Potrzeba ducha. Konieczne są nie tylko reformy socjalne, lecz także piękny ideał i dążenie doń poprzez zmiany we wzorcach kulturowych i postawach, czyli reformy etyczne.

Opowiadał się zatem za walką nie w imię egoizmu – ale szczęścia wszystkich. Nie z nienawiści do innych, ale z miłości dla idei – i dla wszystkich ludzi. Socjalistom radził, by na sztandarach zamiast walki klas – wypisali hasło sprawiedliwości ogólnej. Dawne zawołanie „za Waszą i naszą wolność” proponował przekuć na „za Wasze i nasze szczęście”.

W „O pracy katolickiej”, książce skierowanej do ludzi Kościoła, apelował o syntezę wartości chrześcijańskich z przeciwdziałaniem krzywdzie społecznej, o socjalizm naprawdę chrześcijański, oparty na chrześcijańskich ideałach, […] ożywiony duchem ewangelicznej miłości. Byłby to socjalizm – ale taki, co nie poniżałby, ale podnosił duszę, uszlachetniał […]. I pięknością swoją i podniosłością zrobiłby on więcej niż socjalizm niechrześcijański ze swymi bombami. Z kolei chłopów na łamach „Siewby” wzywał do przepojenia swych dążeń duchem chrześcijańskim. W artykule „Ty, ludu polski” pisał: Idź swoją drogą – w przyszłość Twą, ku słońcu. I świętej chwili przebudzenia Twego nie zbrukaj gniewem, nie plam nienawiścią. […] w świętym Twym pochodzie – Chrystusa weź na krzyż. I męką Jego zagrzej się do czynu. […] I w Ewangelię Jego przystrój duszę Twoją. A wtedy nie zbłądzisz […].

***

Postulat „szczęścia dla wszystkich” miał związek z innym ważnym aspektem poglądów Szecha – stanowiskiem w sprawie niepodległości. Jej odzyskanie było zarazem wartością samą w sobie, jak i drogą do przeobrażeń w duchu egalitarnym – tylko wolne państwo może być jednocześnie sprawiedliwym społecznie.

Szech głosił poglądy znane bodaj od czasów Wielkiej Emigracji, które nabrały jeszcze mocy po klęsce powstania styczniowego. Nierealne jest odzyskanie niepodległości na drodze elitarnej walki „Polski pańskiej”. W broszurze „Wolności!…” rzuca pod ich adresem gorzkie słowa: Żeśmy o braciach naszych nie myśleli, i pragnąc sami wolności, i oburzając się na własne krzywdy, tyranami byli i krzywdzicielami ludu. […] Żeśmy dla wolności, za wolność walczyli po świecie całym […] a dla braci własnych nie mieliśmy miłosierdzia […] Kainami chcieli być dalej dla braci swoich – a wolność pozyskać dla siebie. I cieszyć się sami, i chodzić w blaskach słońca, w promieniach wolności, nie dbając o to, że miliony braci cierpią i płaczą i że krzywda im się dzieje.

Polska – ale jaka? W „Uwagach…” tak przedstawiał tę kwestię: Jeśli kochamy Polskę, to […] pragnąć musimy nie tylko, […] by się stała wolną, ale […] aby ona, ta wymarzona ojczyzna, ukochana nasza, była cudną w rzeczywistości […] By wolnych i szczęśliwych ludzi – wolną i szczęśliwą stała się ojczyzną. Aby wolność nadeszła, nie dość usunąć krzywdę polityczną – trzeba usunąć krzywdę ekonomiczną. Że nie dość wyzwolić się z kajdan najeźdźców – że trzeba się wyzwolić i z kajdan kapitalizmu– pisał w „Wolności!…”. W broszurze „Sursum corda” dodawał, iż nie może być szczęścia klasy jednej, kiedy druga cierpi. I szczęścia narodu – bez szczęścia wszystkich.

Program Szecha był solidarystyczny, ale w odmiennym rozumieniu niż solidaryzm warstw posiadających. Tamte głosiły, że niepodległość jest wartością nadrzędną, dla której lud musi pokornie znosić zły los. Płaskiej idei „zgody narodowej” przeciwstawiał kapłan wyrzeczenie się przez możnowładców swoich przywilejów, aby lud czuł się partnerem w dziele odzyskania suwerenności, a przyszła Polska jawiła mu się jako sprawiedliwa społecznie. W „Przyjdź Polsko” o Niepodległej pisał tak: W niej będzie jedność – jedność wszystkich bratnia. W niej cud się stanie, ale nie ten, co ze szlachtą polską lud miał polski złączyć. W niej ani szlachty, ani ludu nie będzie. W niej będą bracia. W broszurze „Orzeł Biały” dodawał: Polska wolna będzie, gdy wszyscy wolnymi zostaną.

Jego wizja braterstwa obejmowała nie tylko kraj ojczysty. Polska nie zbrodnią wstanie – ale cnotą. Nie szowinizmem, ani hakatyzmem, ani nienawiścią. Ale miłością bratnią wszystkich ludów. I ukochaniem wszystkiego, co święte, i podniosłością ideałów swoich. I apostolstwem ich po świecie całym, by wszyscy z nią – je pokochali razem. I wtedy przyjdzie wolność wszystkich ludów. I wolność ludzi wszystkich – przekonywał w „Przyjdź Polsko”.

***

Nie ograniczał się do publicystyki. W listopadzie 1905 r. wziął udział w warszawskiej filharmonii w wiecu zainicjowanym przez PPS. Głośnym echem odbiły się jego słowa, stanowiące streszczenie wywodów św. Hieronima: Każdy posiadacz jest złodziejem lub potomkiem złodzieja. Współorganizował też późniejszy o miesiąc zjazd duchowieństwa zaboru rosyjskiego, inspirowany tym razem przez Ligę Narodową. Przemówienie zakonnika odbiegało od pozostałych akcentowaniem problematyki socjalnej i radykalizmem wniosków.

Nazwisko Szecha widnieje w stopce redakcyjnej „Życia Gromadzkiego” – tygodnika Polskiego Związku Ludowego, pierwszej radykalnej chłopskiej organizacji w Królestwie Polskim. Sygnował wraz z m.in. Abramowskim, Władysławem Orkanem i Żeromskim tzw. prospekt tego pisma, zawierający deklarację obrony wyłącznie interesów ludu […] a cel tej pracy widzimy jasny: uczynić z każdego samodzielnego, rozumnego obywatela.

Wydawnictwa PZL były efemeryczne, a sama organizacja szybko została rozbita przez carską policję. Jednak już wkrótce kapłan wszedł do grona współpracowników „Siewby”, pierwszego polskiego czasopisma tworzonego wedle zamysłu i pod kierunkiem samych chłopów. Redagowane od jesieni 1906 r. przez grupę włościan z Tłuszcza i okolic, miało profil postępowo-lewicowy. Pierwszy numer otwierała odezwa autorstwa Szecha, w której zakończeniu pisał: Niech żyje lud – niech żyje siewba ta, co na dobro ludu. Niech żyje Polska przyszła, co z ludu wstanie – w imię Boże. Jak pisał Tomasz Szczechura, Współpraca księdza Wysłoucha była dla […] „Siewby” bardzo cenna. Dla wychowanych w duchu religijnym i posłuchu dla Kościoła chłopów głos księdza miał szczególną wymowę. Nakładem pisma ukazały się też trzy broszury Szecha.

W środowisku „Siewby” zrodziła się też polityczna inicjatywa z udziałem zakonnika. Był to nielegalny, zrzeszający kilkaset osób Związek Młodej Polski Ludowej, powołany 2 września 1906 r. Wysłouch opracował jego program, przyjęty kilka miesięcy później. Dokument zapowiadał walkę o niepodległość (nie wykluczając działań zbrojnych) i zjednoczenie ziem polskich, a podwaliną odrodzonej ojczyzny miał stać się lud. Głosił hasła tolerancji religijnej i narodowościowej, sojuszu-federacji z Rusinami (Ukraińcami) i Litwinami, a w wymiarze ponadlokalnym – federacji krajów europejskich. „Na dziś” walczyć należało m.in. o autonomię Królestwa Polskiego, powszechne szkolnictwo polskie, swobody obywatelskie, równouprawnienie kobiet. Ważnym elementem programu były oczywiście sprawy chłopskie – wywłaszczenie, za odszkodowaniem, wielkich właścicieli ziemskich, a także podniesienie kultury rolnej (od szkolnictwa rolniczego poczynając, na komasacji gruntów kończąc) i nacjonalizacja obszarów leśnych. System fiskalny opierałby się na podatku progresywnym, aby bogaci mieli większy wkład w dobro wspólne. Postulaty robotnicze to m.in. 8-godzinny dzień roboczy, płaca minimalna, zniesienie pracy dzieci, równość wynagrodzeń kobiet i mężczyzn, swoboda działalności związkowej, tanie budownictwo mieszkaniowe.

Bez wątpienia silnie inspirowany wizjami Abramowskiego, program ZMPL kładł nacisk na rozwój inicjatyw społecznych. Kooperatywy (spółdzielnie) to zarówno praktyczne narzędzia poprawy doli warstw ludowych, jak i szkoły demokracji, uczące wspólnej pracy i współzarządzania. A także instytucjonalne zręby nowego ustroju, celem było bowiem przeobrażenie obecnego ustroju społecznego klasowego na ustrój kooperatywny. Ustrój taki stanowić będzie wyższą formę przyszłego współżycia narodów, w której nie masz miejsca dla sobkostwa, krzywdy i ucisku braci przez braci, a wszyscy społem w pracy koło dobra społecznego zabiegać będą, by ojczyzna jaśniała szczęściem, sprawiedliwością, miłością bratnią!

Kolejną inicjatywą było Towarzystwo Kółek Rolniczych im. S. Staszica. Powołane na zebraniu w Tłuszczu w grudniu 1906 r., wkrótce posiadało oddziały w całym Królestwie. Wśród założycieli był Wysłouch, który wszedł do Tymczasowego Zarządu organizacji. TKR było nie tylko inicjatywą przekuwającą hasła programowe w konkretne chłopskie inicjatywy o charakterze spółdzielczym i samopomocowym. Ważny był też jej symboliczny i praktyczny wymiar emancypacyjny. Dotychczasowe kółka rolnicze pozostawały bowiem – mimo większościowego udziału drobnych posiadaczy – pod kontrolą i kuratelą, jak mawiano wówczas, „patronów”, czyli ziemian i kleru. Natomiast nowo powołane kółka były niezależnymi inicjatywami chłopów, pracujących w myśl zasady „sami sobie”. Hasło to stało się znakiem firmowym kolejnego ludowo-postępowego pisma, „Zaranie”, założonego w kręgu „staszicowsko-siewbiarskim” w roku 1907. Również z nim współpracował Wysłouch.

Zakonnik z Nowego Miasta nad Pilicą był więc wśród ojców-założycieli ruchu ludowego w zaborze rosyjskim, a jednocześnie pełnił ważną rolę w środowisku postępowej inteligencji. Kapłan, publicysta, społecznik, wspierający lud głównie piórem, ale gdy trzeba także autorytetem, przykładem i dobrą radą doświadczonego organizatora.

***

Jego działania i poglądy – zarówno wspomniane już, jak i np. optowanie za równouprawnieniem kobiet (o którym pisał: Kto wolność kocha, ten niewoli matek swych i żon i córek nie zniesie. I ludzie wolności niegodni, jeśli jej nie chcą dla wszystkich) – spotkały się z licznymi głosami krytyki. „Szechizm” – bo dla jego przekonań ukuto wręcz taką nazwę – zaowocował mnóstwem polemicznych artykułów, oświadczeń, a nawet broszur.

Prasa katolicko-prawicowa odsądzała go od czci i wiary. Oto próbka ze szczególnie napastliwej „Roli”: Kto zacz ów Antoni Szech i jaką wytwarza truciznę? Ma to być „kapłan”, nawet kapłan-zakonnik, ale kapłan taki, którego […] admirują i wysławiają najnędzniejsze świstki wywrotowe i żydowsko-socjalistyczne. Ataki te przyniosły początkowo skutek odwrotny od zamierzonego. Jak pisał, Rozgłos to mi zrobili moi przeciwnicy. A najlepszym dowodem, że podczas, gdy przez kilka miesięcy przed artykułami „Roli” mój wydawca sprzedał zaledwie paręset egzemplarzy moich broszur, w czasie kampanii […] rozeszło się kilka tysięcy.

Jednak nagonka przyniosła efekty – „sprawą Szecha” zainteresowała się hierarchia kościelna. Chodziło wszak o czynnego zakonnika – i to nie byle jakiego, bo lidera licznych środowisk katolickich, w dodatku postrzeganego jako wielka nadzieja swego zgromadzenia. Wątpliwości hierarchii budziła dokonana przez niego obrona socjalizmu, wskazywanie związków przesłania chrześcijaństwa z koniecznością radykalnych reform ustrojowych, modernistyczny sceptycyzm wobec tradycyjnej narracji historyczno-teologicznej, a także krytyka Kościoła za niedostateczną aktywność wobec palących problemów społecznych. Krytyki Wysłoucha dokonali publicznie m.in. biskup łucko-żytomierski Karol Niedziałkowski, biskup wileński Edward Ropp i arcybiskup lwowski Józef Teodorowicz.

Atakujący nie mieli łatwego zadania z uwagi na nienaganną postawę jako zakonnika i kapłana. Choć usiłowano go pogrążyć za pomocą plotek o lekceważenie wymogów stanu duchownego, to zwierzchnicy i współpracownicy z kręgów kościelnych wystawili mu jak najlepsze świadectwo w tej kwestii. Jego religijność, sumienność praktyk, niezwykle skromne życie i brak zainteresowania pokusami świata doczesnego stawiano wręcz za wzór do naśladowania. To wszystko jednak nie miało znaczenia w obliczu światopoglądu.

Pod koniec roku 1906 próbowano „uciszyć” o. Antoniego. Nakazano mu publikować wyłącznie po uzyskaniu każdorazowej aprobaty u zwierzchników. Wysłany został do Kolegium Jezuickiego w Innsbrucku dla pogłębienia wiary i wiedzy teologicznej. Wrócił po niespełna roku i przerwał milczenie. Nowe publikacje były bezkompromisowe, choć zawierały też wyjaśnienia. Zakonnik miał jeszcze nadzieję na jakiś modus vivendi z władzami kościelnymi. W liście do innego buntowniczego kapłana, Edwarda Miłkowskiego, krytycznie ocenił jego decyzję o opuszczeniu Kościoła: Reforma musi być w Kościele, nie poza Kościołem. […] Walcząc z tym, z czym walczyć należy śmiało, narażając się na sądy ludzkie i może na kary konsystorskie, ale z kościołem nie zrywać.

Jednak hierarchia twardo zareagowała na złamanie zakazu publikowania bez konsultacji. W czerwcu 1908 r. Wysłouch otrzymał nakaz opuszczenia klasztoru w Nowym Mieście, w jego sprawie miało się toczyć postępowanie dyscyplinarne. Jednak 28 sierpnia 1908 r. zakonnik ogłosił decyzję o wystąpieniu ze stanu duchownego. Tłumaczył ją w broszurze pt. „Dlaczego?”, pisząc, iż działalność w łonie Kościoła uświadomiła mu straszliwą przepaść między ideałem chrześcijańskim a tym, co widzimy wcielone w społeczeństwie wiernych – między ideą Chrystusową a tym obozem reakcji, bezduszności, bezruchu, faryzeizmu, obłudy, jakimi w przeważnej części stał się Kościół […]. Do pewnego momentu miał przesłanki sądzić, że Kościół otwiera się na świat współczesny, jednak encyklika „O modernizmie” rozwiała resztki, przebłyski złudzeń, których jeszcze dusza […] rozpacznie chwytać się próbowała. Dodawał, że nie chce być księdzem-hipokrytą, choć z wielu względów dla mnie i dla innych wygodnie by było.

Wkrótce przyszły kolejne, ostrzejsze publikacje Szecha-Wysłoucha, wymierzone w polityczny i kościelny obóz zachowawczy oraz w atmosferę po upadku zrywu z lat 1905-07. W broszurze „Hańba” powtarzał tezy o egoizmie warstw posiadających jako przyczynie niepowodzeń walk o niepodległość. Tekst kończył z goryczą: Hańba nam, że bezruchem swym do trupa uczyniliśmy Polskę podobną, że bezduszną, trupią i zgniłą jest ta, co wyroki feruje wszelkie – nasza „oświecona” opinia, że w imię dobra ojczyzny, której zgniłego snu nikomu mącić nie wolno, tłumi się wszelką myśl śmielszą, że w każdym słowie szlachetnym, odważnym, zdradę się widzi ojczyzny i zamach na „jedność” jej i spokój, że […] „prawdziwy Polak” to sługa reakcji i wstecznictwa […] a katolik u nas synonimem głupoty, bezmyślności, niewolnictwa ducha.

W broszurze „Na sąd was wzywam” konstatował moralny upadek kleru i obojętność na problemy nurtujące społeczeństwo. Zarzucał mu też, że wychował wiernych w bezmyślnym posłuszeństwie, a chrześcijański Bóg jest przez szeregowych wyznawców traktowany jak pogańskie bożki, bądź to krwawe i okrutne, bądź przebłagane, więc łaskawe. Kościół miast być dźwignią świata, stał się zaporą dla wszelkiego ruchu – miast być przewodnikiem ludzkości do przyszłego świata, do Bożego Królestwa, stał się gnębicielem jej, więziennym dozorcą.

Przypieczętowaniem ewolucji ideowej Izydora Kajetana Wysłoucha stały się jego ostatnie większe publikacje. W broszurze „Katolicyzm a polskość” z 1909 r., opatrzonej wymownym mottem – cytatem ze Słowackiego: „Polsko, Twa zguba w Rzymie”, przekonywał, że katolicyzm nie przyniósł Polsce zbyt wiele dobrego, lecz wzmacniał tendencje negatywne i hamował wartościowe. Uważał też, że fałszywe jest utożsamienie polskości z katolicyzmem. Tak jak Niemcy porzucili go na rzecz luteranizmu, a Francuzi dla laicyzmu, tak i Polacy nie muszą być katolikami, aby pielęgnować tożsamość. Wręcz przeciwnie – katolicyzm nierzadko jest sprzeczny z interesem narodowym, zaś Rzymski katolik, o ile naprawdę nim jest, nie zawaha się, gdy o wybór idzie między Ojczyzną a Watykanem. […] W tym znaczeniu i na tym polu katolicyzm nie tylko nie jest podporą polskości, ale jest owszem, szkołą narodowego zaprzaństwa.

Jeszcze dalej szedł w wydanej rok później broszurze „Być albo nie być”, stanowiącej odpowiedź na artykuł Bolesława Prusa, który przyłączył się do napaści kleru na szkołę ludową w Kruszynku, utworzoną w środowisku „Zarania”. To już nie jest krytyka „błędów i wypaczeń” jednostkowych czy zbiorowych. Ex-zakonnik stwierdza, że polski katolicyzm uległ tak wielkiej degeneracji, że obezwładnia ducha, osłabia energię, niszczy wszelką inicjatywę, wypacza i usypia umysł, kaleczy serca, sprzymierzeńcem jest wszelkiej reakcji. Szech apelował: Jeśli przyszłość ludu naprawdę na sercu nam leży, jeśli lud z bierności jego i duchowego serwilizmu wyprowadzić chcemy – w wolnych ludzi go zamienić […] choćby dlatego, że lud – to Polska, to jedyna Polski nadzieja, musimy nie księżom jedynie wypowiedzieć walkę, ale na walkę z Kościołem się zgodzić. […] katolicyzm wśród ludu osłabić trzeba, walkę mu wydać otwartą. Walka to o Prawdę, światło, wolność. Walka o lud. O Polski lepszą przyszłość. […] jestem głęboko przekonany, że walka z Kościołem – to obowiązek w imię dobra ludu i miłości ojczyzny.

Nie oznaczało to porzucenia samej wiary. Wiosną 1910 r. pisał w „Zaraniu”, w duchu dawnych tekstów, o ideałach ewangelicznych, kładąc jednak szczególny nacisk na to, że o człowieku nie świadczą formułki. Blisko Boga może być ktoś nominalnie niewierzący lub innowierca, jeśli czyni dobro, natomiast wielu deklaratywnych chrześcijan przekreśla swoim postępowaniem takie autoidentyfikacje. […] nie w słowach Bóg żąda świadectwa, ale w życiu, w czynie. Bo On nie ofiar pragnie całopalnych, lecz ofiar serca. Bo nie w modlitwie się kocha bezmyślnej, lecz w życiu godnym tej nazwy, w uczynkach szlachetnych, w wielkości serca, w świętym pożądaniu. Bo Mu nie chodzi o cześć jaką inną, prócz tej, co miłością bliźnich się wyraża.

***

Choć nie krępowany już zasadami kościelnymi, wkrótce po opuszczeniu zakonu zaprzestał działalności publicystycznej. Kilka broszur, kilkanaście artykułów – to wszystko, co Szech zrobił po zrzuceniu sutanny, czyli niewspółmiernie mało w porównaniu do lat 1906-08. Początkowa satysfakcja jego przeciwników nie miała się czym żywić, zawiodły nadzieje na jakiś „skandal” – prowadził żywot iście zakonny (mająca nadzieję na romans z nim Zofia Nałkowska konstatowała, że sposób bycia Wysłoucha nie zmienił się po opuszczeniu klasztoru).

Choć jego stanowisko ideowe zradykalizowało się, to na tle innych świeckich postępowców było umiarkowane, a on sam nie chciał „prać brudów” z czasów zakonnych. Okazało się też, że wielu uprzednich sojuszników traktowało Szecha instrumentalnie – jako ksiądz był wygodnym listkiem figowym lub przynętą na plebejuszy, jako świecki okazał się niepotrzebny. Nie pasował do żadnego z obozów. Był nie tylko zbyt „lewacki” dla Kościoła i zalążków chadecji, ale i – jak pisał – postępowi […] zanadto widzą we mnie religijnego, bym się im podobać mógł. Socjaliści takich idealistów nie aprobują. Jak pisał Andrzej Chwalba, nie znalazł on zrozumienia w partiach robotniczych, które widziały w nim człowieka Kościoła.

Aleksander Świętochowski konstatował: Z Szecha nie wyjdzie więc szechizm. Rzeczywiście, nie stał się liderem żadnej inicjatywy społecznej czy nurtu ideowego. Pod koniec 1910 r. wyjechał do Paryża, gdzie był wolnym słuchaczem w École des hautes études, uczęszczał też na wykłady francuskiego modernisty, ekskomunikowanego Alfreda Loisy. W stolicy Francji funkcjonował w kręgu skupionym wokół anarchosyndykalisty i wolnomyśliciela, lekarza Józefa Zielińskiego. Ponoć wygłaszał – ubrany w habit – radykalne antyklerykalne przemówienia podczas demonstracji robotniczych.

W przededniu I wojny światowej powrócił do Polski ze względu na odnawiające się problemy z płucami. Popierał czyn zbrojny i działalność Piłsudskiego, ale z uwagi na stan zdrowia nie brał udziału w akcji niepodległościowej.

1 stycznia 1919 r. zatrudniono go w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. W ciągu 8 lat przeszedł kolejne szczeble kariery urzędniczej, zostając naczelnikiem jednego z wydziałów. Choć uległa zmianie forma, treść jego aktywności pozostała podobna. Izydor Kajetan Wysłouch był bowiem współtwórcą zrębów polskiego ustawodawstwa socjalnego, a pamiętajmy, że nasz kraj należał wówczas do ścisłej światowej czołówki w tej dziedzinie. Przygotował nowelizację ustawy o obowiązkowych ubezpieczeniach na wypadek choroby oraz był współautorem projektu ustawy o Kasach Chorych. Doprowadził – i był jej sygnatariuszem – w 1931 r. do polsko-niemieckiej umowy o wzajemnym respektowaniu zobowiązań wynikających z ubezpieczeń społecznych obywateli obu krajów. W 1933 r. pod jego kierownictwem przygotowano projekt nowej ustawy o ubezpieczeniach społecznych. Reprezentował Polskę w pracach na forum Ligi Narodów jako jeden z liderów międzypaństwowej Komisji Ubezpieczeniowej. Za całokształt tego rodzaju działalności otrzymał Order Polonia Restituta oraz Złoty Krzyż Zasługi.

Prowadził ascetyczny i samotniczy tryb życia, zmagając się stale z kłopotami zdrowotnymi. Jedynym wyjątkiem była aktywność w masonerii. W listopadzie 1932 r. przyjęto go w poczet członków warszawskiej loży „Kopernik”, gdzie działał pod pseudonimem Antoni Sławicz. W 1935 r. został przewodniczącym tej najstarszej polskiej wspólnoty wolnomularskiej.

Zmarł nagle, w samotności, 25 lub 26 czerwca 1937 r. w swoim warszawskim mieszkaniu po powrocie z wakacji w Pirkowiczach. Pochowano go na skraju lasu w tradycyjnym miejscu grzebalnym nieopodal rodzinnego dworku.

***

Choć minęło ponad 100 lat od zakończenia politycznej aktywności Antoniego Szecha, sytuacja jest zadziwiająco podobna. Zajadła antyreligijność środowisk lewicy oraz ich bezrefleksyjne zachwyty nad wszelkimi nowinkami obyczajowymi skutecznie odstraszają osoby wierzące i bardziej zachowawcze. Polski Kościół pozostaje niemal całkowicie impregnowany na postawy i idee egalitarne. Większość księży bez wahania święci pałace i limuzyny nawet największych krwiopijców, zaś wśród politycznie aktywnych wiernych dominują osoby, które wydają się służyć raczej Mamonie i Złotemu Cielcowi, zwanemu wolnym rynkiem, niż Bogu. W takich czasach warto wracać do wspólnych ideałów Ewangelii i socjalizmu.