O Polskę Ludową

Należał niewątpliwie do najbardziej znanych polityków Drugiej Rzeczypospolitej. Był postacią wzbudzającą krańcowo różne emocje i osądy. W opinii jednych uchodził za »polskiego Robespierre’a«, za »szarą eminencję« Sejmu, inni widzieli w nim trybuna ludowego, człowieka niezłomnych zasad, uosobienie demokracji. Organizowano nań zamachy, lżono w brukowych pismach, wyszydzano w karykaturach, ale też otaczano najwyższą czcią, wynoszono na piedestał, powierzano mu najbardziej odpowiedzialne funkcje i godności” – pisał Jan Sałkowski. I nie ma w tych słowach żadnej przesady. Panie i Panowie: Stanisław August Thugutt.

***

Na świat przyszedł 30 lipca 1873 r. w Łęczycy jako najmłodsze z sześciorga dzieci w rodzinie Augustyna, doświadczonego lekarza, który po praktyce w różnych miastach osiadł w tej miejscowości. Ród Thuguttów miał austriackie korzenie, wedle rodzinnej tradycji wywodził się z Wiednia, zaś jego polska gałąź – od pułkownika, który przybył do naszego kraju z Augustem III.

Gdy Stanisław miał niespełna 7 lat, ojciec zmarł. Rok później rodzina przeniosła się do Warszawy. Najpierw edukacja w szkole powszechnej. Następnie uczęszczał do okrytego złą sławą, silnie zrusyfikowanego, III gimnazjum państwowego, gdzie – jak wspominał – uczył się słabo i sprawiał rosyjskim nauczycielom kłopoty wychowawcze. Edukację zakończył więc maturą w innej placówce. Chciał studiować historię, filozofię lub prawo, lecz brak środków uniemożliwił naukę za granicą, zaś w zaborze rosyjskim ukończenie szkoły realnej zamykało tę drogę.

Pracy w stolicy nie znalazł przez rok. Wyjechał więc do Łodzi. Tu otrzymał etat „ni to praktykanta, ni to robotnika w wielkiej tkalni Silbersteina /…/. Praca była ciężka: od 6 rano do 8 wieczorem w ogłupiającym wręcz łoskocie 700 stojących na jednej sali warsztatów” – pisał w autobiografii. Choroba oczu sprawiła, że musiał porzucić to zajęcie. Kolejna posada – inkasent w zakładzie krawieckim. Po półtora roku wrócił do Warszawy, gdzie udało się zdobyć etat księgowego. Jesienią 1899 r. poślubił Marylę Kozanecką, siostrę przyjaciela, w której zakochany był od wczesnej młodości. – „W życiu publicznym nie brałem żadnego udziału. Jakież tam zresztą życie było w ówczesnej Warszawie: rząd rosyjski wbił już w głowy polskie /…/ przekonanie, że tu się nic nigdy zmienić nie może”.

***

Wiosną 1901 r. państwo Thuguttowie wyjechali do Ćmielowa na Kielecczyźnie, gdzie Stanisław w fabryce porcelany księcia Lubeckiego dostał posadę w księgowości. To na ten okres datuje się początek jego społecznikowskich pasji.

W atmosferze niewielkiego miasteczka nudził się straszliwie. Założył więc obwoźną bibliotekę. Ale i tego było mu mało, więc powołał spółdzielnię spożywców. Podstępem udało się wyjednać od władz rosyjskich szybką zgodę. Gdy inicjatywa ruszyła, „zaczepiło mnie na rynku kilku długopołych i długobrodych kupców, pytając z goryczą, dokąd oni teraz mają jechać po założeniu spółdzielni. /…/ Błysnęły złe oczy, rozeszliśmy się w milczeniu. Niezadługo złożył mi wizytę główny potentat miejscowego handlu, komunikując mi z wielką życzliwością i nawet zatroskaniem, że dużo ludzi myśli, iż byłoby lepiej, gdybym opuścił Ćmielów, bo tu powietrze niezdrowe. /…/ Dodałem /…/ wyciągając z kieszeni wielki rewolwer i mierząc mu w głowę: – Proszę powiedzieć tym »ludziom«, żeby byli ostrożni, bo ta pukawka strzela celnie i mocno” – wspominał po latach. Gdy Thugutt wkrótce uratował jednego z miejscowych Żydów przed pogromem, ten – prawdopodobnie z inspiracji wspomnianych „ludzi” – oskarżył go przed sądem o… pobicie. Został uniewinniony, jednak „pomyślałem sobie, że nie tylko zakładanie spółdzielni, ale w ogóle życie tutaj /…/ nie jest łatwe”.

Drugą pasją, którą Thugutt rozwijał w tym okresie, była turystyka i krajoznawstwo. Z żoną zeszli niemal całą Kielecczyznę i Sandomierszczyznę. Ale gdy nadarzyła się sposobność, wiosną 1905 r. porzucili Ćmielów i wrócili do Warszawy.

***

Powrót przypadł na okres rewolucji, jednak Stanisław zamiast polityką zajął się czymś innym. Przygotował książkę o historii Księstwa Warszawskiego (1907), a wkrótce trafił do niedawno powołanego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Tam parał się publicystyką i pracą redakcyjną – w roku 1910 otrzymał stanowisko kierownika literackiego tygodnika PTK „Ziemia”. Powierzono mu także opracowanie jednego z tomów nowoczesnego przewodnika po kraju. Jeździł w teren, prowadził badania ankietowe, fotografował, wertował literaturę, wszystko to bez zgody władz zaborczych. Tom poświęcony ziemi kieleckiej i radomskiej ukazał się tuż przed wybuchem wojny. W międzyczasie opracował przewodnik po stolicy, cieszący się sporą popularnością – jeden z recenzentów napisał: „tchnie [z niego] widoczna miłość autora do Warszawy, miłość zaślepiająca”. Redagował także miesięcznik „Fotograf Warszawski”.

Pasje krajoznawcze i popularyzatorskie realizował Thugutt po pracy zawodowej i bezpłatnie. W imię czego? Działalność owa była – wspominał w autobiografii – „nie czym innym, jak jeszcze jednym sposobem budowania Polski od dołu, Polski, którą się przemycało między wierszami, o której się mówiło nie tylko jako o wspomnieniu historycznym, ale jako o żywym, choć tak straszliwie pokaleczonym organizmie”. Jak pisze Janina Barbara Twaróg, „Dziwił się, że wędruje się w poszukiwaniu osobliwości, wejścia na najwyższy szczyt itp., przedkładaniu obcych krajobrazów ponad własne”.

Działał także w Kole Przyjaciół Kaszub, pragnąc powstrzymać germanizację Pomorza. „Pomimo wahań i złudzeń najistotniejszą treścią i podłożem jest tu nie co innego, jeno polskość, jeno – jeśli wolicie – kaszubskość. Wszystko inne jest tylko nalotem” – przekonywał Thugutt. Współpracował z działaczami regionalnymi, organizował dla ludności z Kaszub wycieczki po Warszawie, popularyzował wiedzę o historii i kulturze tych ziem.

***

Wybuch I wojny światowej był momentem zwrotnym w życiu Stanisława Thugutta. Pojawiająca się szansa na odzyskanie przez Polskę niepodległości pchnęła go w wir polityki i dużo poważniejszego niż dotychczas zaangażowania publicznego.

W 1914 r. wraz z przyjaciółmi założył tajne ugrupowanie, Związek Patriotów, przekształcony następnie w Partię Niezawisłości Narodowej (wkrótce pierwszy człon nazwy zastąpiło „stronnictwo”). Po rozpoczęciu działań wojennych zintensyfikowano wysiłki – Thugutt zajmował się wieloma zadaniami, od redagowania „Gońca” (najbardziej niepodległościowa wówczas gazeta w Warszawie) czy odezw i broszur, a na przemycie rewolwerów kończąc. Został też skarbnikiem w Polskiej Organizacji Wojskowej, powołanej w celu wspierania utworzenia polskich sił zbrojnych. Na początku 1915 r. wszedł z ramienia ZP do Zjednoczenia Stronnictw Niepodległościowych, która zrzeszała też PPS i Związek Chłopski, razem wyrażające ideały lewicowe i prospołeczne, poparcie dla Józefa Piłsudskiego oraz silną opcję antyrosyjską.

Pod koniec 1915 r. Thugutt, znużony jałową atmosferą i gadulstwem, na ochotnika zgłosił się do Legionów i trafił do 2 pułku. Początkowo przełożeni próbowali go wykorzystać do prac biurowych, ale po krótkim pobycie w szpitalu uciekł wprost na front do 7 pułku. Brał udział w ciężkich walkach nad Styrem i Stochodem, wyszedł z nich bez szwanku.

Z frontu odwołano go w połowie 1916 r. do pracy politycznej w Warszawie. Stronnictwo Niezawisłości Narodowej weszło w skład Centralnego Komitetu Narodowego, porozumienia lewicy niepodległościowej, a Thuguttowi powierzono redagowanie jego organu – „Biuletynu”. Wkrótce został także członkiem zarządu CKN. Od końca września 1916 r. był redaktorem pisma „Rząd i Wojsko”, związanego z piłsudczykami. Uczestniczył w większości inicjatyw środowisk niepodległościowych, jednak niewiele z nich wynikało – „miałem już dosyć tych inteligenckich nieodpowiedzialnych rozmówek”. Przewartościowaniom służył też rozwój wydarzeń: „Wiadomości nadchodzące z Rosji o tamtejszym wybuchu rewolucyjnym wywierały coraz głębszy wpływ na masy /…/. Anemiczne i odsunięte dotychczas zagadnienie sporu społecznego zaczęło wracać na scenę i nabierać żywszych rumieńców” – wspominał. W połowie 1917 r. wstąpił w szeregi Polskiego Stronnictwa Ludowego. „Zwrócił się ku ludowemu ugrupowaniu jako reprezentantowi nowej potężnej siły, zdolnej odbudować niepodległą a zarazem demokratyczną, sprawiedliwą Polskę” – konkluduje Alicja Wójcik. W PSL szybko zyskał znaczne wpływy i renomę. W styczniu 1918 r. został sekretarzem Zarządu Głównego partii i jednym z czołowych jej ideologów.

Coraz bardziej wyraziste stanowisko niepodległościowe i krytyka polityki Niemców skończyły się aresztowaniem Thugutta w połowie lutego i uwięzieniem w Modlinie. Tam wraz z grupą piłsudczyków planował ucieczkę – wykonany wspólnymi siłami podkop był już zaawansowany. Jednak na wniosek Rady Regencyjnej został uwolniony na początku października i wrócił do Warszawy. Już kilka dni później był jednym z głównych mówców na Kongresie PSL, domagając się niepodległości Polski i reform społecznych.

***

W programowym tekście „Nowy ład” stwierdzał na początku 1919 r.: „Trzeszczy w posadach i wali się w gruzy cały ten stary świat, który był oparty na wyzysku, na poniewierce praw ludu pracującego. W naszym nowym świecie, w nowej, z grobu powstałej Polsce musi być inaczej i musi być lepiej”. Polska, ale jaka? – właśnie to pytanie nurtowało Thugutta. Gdy czytamy jego publicystykę, autobiografię i wystąpienia sejmowe, nieodparte są skojarzenia z „Przedwiośniem” Żeromskiego. Jest tu sama pasja, wielka miłość wobec Ojczyzny, ale także krytyka niesprawiedliwości i marazmu, rozczarowanie kierunkiem, w jakim zmierza Polska. No i analogiczna ocena zagrożenia, jakim jest brak reform społecznych i żerujący na tych realiach zwolennicy komunizmu.

Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, w marcu 1918 r. pisał: „Dziś idą czasy nowe, czasy wielkich wstrząśnień być może. Cokolwiek się jednak z Polską stanie, można powiedzieć, że tym ona będzie bezpieczniejsza, im bardziej posiadaczem jej ziem będzie lud pracujący na roli. Więc nie w interesie chłopa, ale w interesie Polski jest, żeby ziemia przeszła w mocne i pewne ręce włościańskie. Im prędzej się to stanie, tym lepiej, tym bezpieczniej dla kraju. Lud polski nie ma w sobie niszczycielskich popędów i do takich dzikich zamieszek, jakie widzimy dziś w Rosji pod rządem bolszewickim, nikt wśród ludu nie tęskni. Ale jeśli się tych spraw nie załatwi dziś zgodnie, to jutro pójdą nie wiadomo skąd na wieś złe podmuchy, a za nimi mogą pójść rzeczy najgorsze, bo walki bratobójcze”. Thugutt był przekonany, że Polska może być silna, bezpieczna i mieć oparcie w swoich mieszkańcach tylko wtedy, gdy wszyscy Polacy, zwłaszcza ci dotychczas lekceważeni i spychani na margines, otrzymają szansę na godne życie.

/…/ nic nie było bardziej obce umysłowości inteligenta polskiego, niż jakiegokolwiek odcienia radykalizm, zwłaszcza taki, który /…/ trzeba było /…/ urzeczywistniać i wcielać w życie /…/ Nie umiejąca znaleźć ani drogi do ludu, ani wspólnego z nim języka, gorzkniejąca w odosobnieniu, inteligencja zamknęła się w krytyce. Jałowa to zresztą była krytyka, /…/ ulewająca sobie żółci w kawiarniach i na zebrankach prywatnych – tak z goryczą wspominał postawę swoich kolegów w pierwszych latach niepodległości. Polska, ale jaka? – pytał Thugutt. I odpowiadał: ludowa! Polska bez panów i „hołoty”, Polska równych szans i sprawiedliwości społecznej, Polska wierna tradycji, ale dynamiczna i nowoczesna, nie wahająca się podejmować śmiałych kroków w celu polepszenia bytu swoich obywateli. Argumentował: „Są tacy, którzy mówią: najprzód zbudujmy Polskę, później się będziemy w niej urządzać. To są słowa zupełnie puste. Że bez ludu, bez tych milionowych tłumów siermiężnych Polski się nie da zbudować, przekonały nas już wszystkie rozpaczliwe wybuchy poprzednie /…/ które bez pożytku tonęły we krwi. Żeby zaś najszersze masy przyciągnąć do wspólnej roboty, nie dość jest im Polskę wolną i szczęśliwą obiecać, trzeba im ją dać, trzeba, żeby się jej palcem dotknęli”.

Te dwie wartości – ojczyzna wolna i sprawiedliwa – nigdy nie były u Thugutta przeciwstawiane. W 1929 r. pisał: „Zdarzało mi się parokrotnie oddać tej wielkiej zbiorowości, którą nazywam ojczyzną, to wszystko, co dać mogłem, tj. samego siebie. Nie umiałbym jednak, wyznaję to szczerze, poza wyjątkowymi chwilami najwyższego niebezpieczeństwa dla kraju, stawiać wyżej obowiązku patriotyzmu ponad obowiązek walki o sprawiedliwość społeczną, nie rozumiem nawet, po co mamy te dwa pojęcia przeciwstawiać sobie”. Wbrew dorabianej mu gębie „bolszewika”, deklarował na progu niepodległości: „Za dużo dziś w Polsce jest ludzi, którzy mówią: wszystko oddam Ojczyźnie, z wyjątkiem życia i mienia. I za dużo w ciągu kilku lat widzieliśmy takich patriotów, co Ojczyznę mieli ciągle na ustach, ale nie dali jej nic. Polska powstała z grobu, ale powstała jak Łazarz biedna, ociekająca krwią, spustoszona. I jeżeli nie uczynimy najwyższego wysiłku, by ją utrzymać przy życiu, by ją ogrzać ciepłem serc naszych, zejdzie do grobu z powrotem. Więc żadnych granic ofiarom, żadnego kresu wysiłkom”.

***

Nocą z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie powołano Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Thugutt wraz z Tadeuszem Hołówką byli autorami jego wiekopomnego „Manifestu”. On sam objął w rządzie stanowisko ministra spraw wewnętrznych – wyjątkowo niewdzięczne w kraju, który właśnie wyszedł ze 123-letniej niewoli. W rządzie Ignacego Daszyńskiego oraz w powołanym wkrótce gabinecie Jędrzeja Moraczewskiego, gdzie zachował stanowisko, tworzył zalążki polskiej administracji i w ogóle ładu zbiorowego, m.in. organizował Milicję Ludową, która pilnowała porządku do czasu powstania struktur państwa. Był też jednym z bardziej radykalnych członków rządu, domagając się zrealizowania wielu prospołecznych deklaracji. Także w sferze symbolicznej Thugutt podejmował śmiałe kroki – jego dekretem zniesiono koronę orła w godle państwowym (argumentował, że powstańcy styczniowi i Legiony mieli sztandary z orłem bez korony) oraz zastąpiono w oficjalnej nomenklaturze termin „pan” słowem „obywatel”.

Prawica i warstwy posiadające nienawidziły go za to, organizując cały czas kampanię ataków przeciwko temu „polskiemu Robespierre’owi” i „bolszewikowi”. Zarzuty były bzdurne, bo Thugutt mimo radykalizmu społecznego przykładał wielką wagę do porządku i spokoju w dopiero co odzyskanym państwie. Przestrzegał przed chaosem, nie wahał się nawet wysłać w Zagłębiu Dąbrowskim wojska w celu rozbicia strajku inspirowanego przez komunistów. „Nie będziemy uczyli ludu nienawiści do obszarnika, z którym on i tak da sobie radę, będziemy go uczyli miłości do Polski, która tak wiele jeszcze ofiar i poświęceń wymaga. /…/ nienawiść w kraju przepełnionym nędzą, nękanym głodem, smaganym podszeptami złej agitacji, może być iskrą rzuconą na proch” – deklarował w owym okresie.

Wspominał, że „na ulicach ofiarowywano już głośno 500 marek za moją głowę”. Endecko-ziemiański zamach stanu w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 r., pod przywództwem płk. Mariana Januszajtisa i księcia Eustachego Sapiehy, o mało nie zakończył się tragedią – „nieznani sprawcy” oddali do Thugutta dwa strzały w jego mieszkaniu, lecz chybili, zaś kilka godzin później minister został aresztowany. Po fiasku przewrotu podjął kroki w celu ukarania jego autorów.

Wkrótce odbyły się wybory, Thugutt nie zdobył mandatu poselskiego. Jako zaufany człowiek Piłsudskiego wyjechał do Paryża na konferencję pokojową w roli członka Komitetu Narodowego Polskiego. Wrócił po pół roku. W celach zarobkowych objął stanowisko dyrektora w spółce „Len Polski”, powrócił do aktywności w PSL „Wyzwolenie”.

***

Gdy ojczyzna znalazła się w potrzebie, odłożył na bok partyjne i polityczne animozje. W obliczu najazdu bolszewickiego wzywał do jedności narodowej, a sam – w wieku 47 lat – zgłosił się na ochotnika na front, rezygnując z propozycji otrzymania szlifów oficerskich, gdyż wyłączyłoby go to z czynnej walki. Jako żołnierz 201 pułku brał udział w kilku potyczkach. Podczas jednej z nich, pod Surażem, został postrzelony w prawą rękę – kula strzaskała kość ramieniową i uszkodziła nerw. Stracił na zawsze władanie, nauczył się pisać lewą ręką. Za udział w walkach otrzymał Krzyż Walecznych.

***

Mimo iż nie był posłem, pełnił rolę jednego z liderów i głównych ideologów PSL „Wyzwolenie”, w roku 1920 został ponownie członkiem Zarządu Głównego oraz jednym z redaktorów organu prasowego „Wyzwolenie”. Rola Thugutta w lewicowym stronnictwie ludowym była tak doniosła, że gdy członków PSL „Piast” zwano powszechnie witosowcami, to o jego partyjnych kolegach i sympatykach mówiono: thuguttowcy.

Dał się poznać jako jeden z czołowych w Polsce zwolenników reformy rolnej – z pasją krytykował ziemiaństwo i prawicę, domagając się przyznania chłopom ziemi. Był współautorem ustawy o reformie rolnej, jej propagatorem w Sejmie i orędownikiem wśród ludu. Uważał, że reformy dokonać należy jak najszybciej, aby gospodarkę polską oprzeć na powszechnej drobnej własności rolnej. Parcelacja ziemi miałaby wedle niego zostać dokonana przez państwo, chłop bowiem byłby bardziej związany mentalnie z ojczyzną, gdyby wykupił ziemię od jej przedstawicieli, nie zaś bezpośrednio od prywatnych właścicieli majątków. Z pasją krytykował tych wszystkich, którzy torpedowali wysiłki na rzecz reformy, uważając, że w ten sposób utrwalają Polskę starą, zmurszałą i niesprawiedliwą.

Jednak nie tylko przeciwników reformy rolnej gromił z pasją. Cięgi zbierali także socjaliści – PPS bowiem propagował wywłaszczenie obszarników z ziemi bez odszkodowania i przyznanie jej wyłącznie bezrolnym mieszkańcom wsi. Sprawiedliwość społeczna – przekonywał – nie może być tożsama z zemstą, a nowy ład trzeba budować na współistnieniu różnych warstw. Ziemianie powinni zostać pozbawieni części majątków, ale za odszkodowaniem. W roku 1926 pisał: „Nie trzeba Polski Ludowej budować w imię nienawiści i zemsty. Odbierając spokój, nienawiść utrudnia zwycięstwo. Jakkolwiek wielkie były w przeszłości krzywdy ludu, rzeczą próżną, zbędną i głupią byłoby dziś się o nie prawować”.

***

Jedność narodowa, swoboda działania, wolność przekonań i spokój społeczny, mimo różnic politycznych i innych, były przez wszystkie lata działalności politycznej jednymi z głównych ideałów Thugutta. Dla kogoś, kto obserwuje dzisiejszą scenę polityczną oraz pyskówki miernot, którym partyjny czy ideologiczny szyld przysłania rozum i elementarną uczciwość, postawa lidera PSL „Wyzwolenie” jest trudna do pojęcia. W imię wierności ideałom przełamywał wszelkie możliwe podziały – choć może lepiej powiedzieć, że wówczas tak krótkowzrocznych podziałów po prostu nie było.

Stanisław Thugutt był pomysłodawcą wyboru Gabriela Narutowicza na Prezydenta Polski, namówił go do kandydowania i organizował sejmowe poparcie dla tej idei. Gdy Niewiadomski zamordował Prezydenta, to właśnie lider lewicowych ludowców domagał się stanowczego ukarania tych, którzy do zbrodni nawoływali, podburzali nastroje społeczne i siali obrzydliwą propagandę, przepojoną wątkami antysemickimi. Przemawiając w Sejmie 19 czerwca 1923 r. mówił: „/…/ jeżeli minęła ta otwarcie okazywana radość z powodu zamordowania »żydowskiego prezydenta«, jeżeli minęły te odmowy odprawiania nabożeństw za Narutowicza, który jakoby miał być Żydem, to jednak nie minęły inne objawy, które do dnia dzisiejszego są zgorszeniem publicznym. Śp. Narutowicz był ofiarą zbrodni. /…/ Na Powązkach grób Niewiadomskiego jest ciągle zarzucany kwiatami /…/ na grobie istnieje napis »Bohaterowi Narodu«. /…/ zapytuję ministra sprawiedliwości /…/ dlaczego prokurator nie wkracza w tę sprawę? /…/ o ile mi /…/ wiadomo, istnieje w kodeksie [karnym] artykuł przewidujący karę za pochwałę zbrodni”.

Ale w tym samym (sic!) przemówieniu Thugutt, komentując wniosek złożony przez posłów mniejszości żydowskiej, mówił tak: „Jeżeli chodzi o jakiekolwiek gwałty względem ludności żydowskiej /…/ to mogą być Panowie najzupełniej spokojni, że ja i całe moje stronnictwo w obronie bitego Żyda potrafimy stanąć. Jeżeli to będzie krzywda człowieka i obywatela, znajdziemy dosyć odwagi, aby o sprawiedliwość się upomnieć. Jednak uważam, że to jest zupełnie co innego, a co innego są motywy, które Panowie podali. Już parokrotnie uważałem /…/ za przykry obowiązek ostrzeżenie Panów przed tą namiętnością, jaką wnosicie Panowie do dyskusji politycznej w Polsce. /…/ ta niesłychana namiętność /…/ i ta bezceremonialność, z jaką rzucacie oskarżenia, już nie na jedną klasę, nie na stronnictwo, ale na całe Państwo Polskie, nie pozwoli nawet i członkom lewicy podtrzymać złożonego przez Panów wniosku”.

Podobnie było z komunizmem. Choć wielokrotnie potępiał poglądy i cele ugrupowań komunistycznych, a w walce z bolszewikami został trwale okaleczony, to jednak stanowczo sprzeciwiał się represjom politycznym wobec takich środowisk. Uważał, że każdy obywatel ma prawo do wolności przekonań i słowa oraz swobodnej działalności politycznej. Oburzało go to, że „/…/ zapełnia się więzienia ludźmi, nie za czyny, ale za przekonania, za przynależność do zakazanej partii, za ujawnione sympatie dla potępionych oficjalnie kierunków”. Gdy jednak komunistyczne ośrodki propagandowe usiłowały kreować na Zachodzie obraz Polski jako jednego wielkiego aresztu, Thugutt jako członek sejmowej komisji badającej nadużycia policji i służb więziennych, zareagował listem do francuskich intelektualistów, zarzucając im, że w swoich apelach piszą nieprawdę i szkalują nasz kraj.

Tak samo postrzegał kwestię mniejszości narodowych i wyznaniowych. W broszurze „Jakich Polsce rządów potrzeba” pisał w roku 1920, komentując pomysły ograniczenia praw wyborczych: „Warunek /…/ wysuwany przez prawicę, by Naczelnik Państwa był katolikiem, jest wręcz niedorzeczny. Polska zamieszkana jest przeważnie, ale jednak nie wyłącznie przez katolików. Zastrzec wyłączne prawo dla jednego wyznania – choćby najliczniejszego – to zepchnąć wszystkich obywateli Polaków innych wyznań na niższy stopień, obywateli drugiego rzędu. /…/ Nie prawami wyjątkowymi stanie Polska Ludowa, ale wznowieniem najlepszych naszych dawnych tradycji: zupełnej tolerancji i powszechnej miłości, jaka ma łączyć jej obywateli”.

Wielokrotnie stawał w obronie mniejszości – przeciwko policyjnym represjom na Kresach, przeciwko endeckim pomysłom, by ziemie w ramach reformy rolnej przyznawać tylko „rdzennym Polakom”, przeciwko nierównemu podziałowi środków na oświatę polską i szkolnictwo innych nacji. Ale jednocześnie potępiał etnocentryzm samych mniejszości, sabotowanie ideałów jedności obywateli kraju, bez pardonu wskazywał także na ich związki z ZSRR i sianie niepokojów za sowieckie pieniądze. Przemawiając w Sejmie 9 lipca 1924 r. w sprawie ustaw językowych, domagał się, by państwo polskie szczególnie mocno – bardziej niż inne regiony kraju – wsparło mniejszości narodowe na Kresach, jako że padły ofiarą zniszczeń wojennych oraz egzystują na obszarach zacofanych gospodarczo. Lecz w tym samym przemówieniu mówił z wyrzutem pod adresem posłów owych mniejszości: „/…/ Wasze ukochanie swoich praw, swojej kultury i swojej ściślejszej ojczyzny idzie tak daleko, że wyraźnie zieje nienawiścią do wszystkiego, co polskie”.

Wielokrotnie oskarżany przez endeków o „zdradę interesu narodowego”, Thugutt w momencie odzyskiwania niepodległości walczył jak lew o ziemie zamieszkiwane przez Polaków lub ważne z punktu widzenia rozwoju kraju. Dostęp do morza i odzyskanie Gdańska określał jako „sprawę życia i śmierci”, nieustępliwie domagając się tego podczas rokowań pokojowych w Paryżu. Przekonywał również, że „bez Śląska nie ma wielkiej, niezależnej Polski”. Działał w warszawskiej sekcji Komitetu Obrony Śląska, wzywał rząd w okresie plebiscytu do wzmożonych wysiłków na rzecz przekonania Ślązaków do wyboru Polski, popierał zbrojną walkę powstańców. Przez całe międzywojnie zabierał głos w obronie interesu narodowego. Nie godził się na żadne ustępstwa przed żądaniami niemieckimi, a jego stanowcze opinie w obronie polskości Gdańska kilkakrotnie wywołały tzw. skandal międzynarodowy.

Dbałość o interesy Polski nie miała jednak w wykonaniu Thugutta nic wspólnego z nacjonalizmem. Opowiadał się za szeroką autonomią dla mniejszości narodowych, za dobrymi stosunkami z państwami sąsiedzkimi, promował koncepcje federacji państw Europy Środkowo-Wschodniej („idea Jagiellońska”). Współpracował z niemieckimi środowiskami przeciwnymi militaryzmowi, a mimo dawnych krzywd i potencjalnych współczesnych zagrożeń zalecał, aby Rosję traktować tak, jak każdy inny kraj i nie żywić do niej irracjonalnej nienawiści, nie rozdrapywać ran.

***

W roku 1921 z kilkoma przyjaciółmi założył Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela, której głównym zadaniem było monitorowanie postaw administracji publicznej. Liga analizowała sytuację w więzieniach, broniła obywateli pokrzywdzonych przez urzędników, prowadziła mediacje w konfliktach z udziałem mniejszości narodowych i wyznaniowych.

Ni to ciekawostką, ni ważnym elementem jego biografii, był domniemany związek Thugutta z masonerią, bo Liga była uważana za jej przybudówkę. Przez całe międzywojnie endecy i konserwatyści zarzucali mu, że jest „człowiekiem z loży” i „fartuszkowcem”. Andrzej Ajnenkiel pisał: „zbliżony do radykałów francuskich, reprezentował /…/ nurt podejmujący sprawę wolności i swobód obywatelskich, stąd też podejrzewano go o przynależność do masonerii”.

Różnie oceniają rzecz najwybitniejsi badacze polskiej masonerii. Ze względu na tajność struktur wolnomularskich, trudno tu o pewniki. Prof. Ludwik Hass jest ostrożny, zwracając uwagę głównie na radykalnie demokratyczne i świeckie poglądy Thugutta oraz jego kontakty towarzyskie ze znanymi masonami. Ale nie unika nazywania go „działaczem politycznym spod znaku kielni i młotka”, „inteligentem-wolnomularzem”; wymienia też Thugutta jako prawdopodobnego przewodniczącego jednej ze stołecznych lóż – „Prawo Ludu”. Dr Leon Chajn ma mniej wątpliwości – uważa go za jednego z czołowych masonów związanych z obozem piłsudczykowskim, dokumentuje wystąpienie Thugutta na dorocznym zebraniu Wielkiej Loży Narodowej w 1926 r., uważa też, że odegrał on znaczną rolę w torpedowaniu wysiłków mających na celu zawarcie przez Polskę konkordatu ze Stolicą Apostolską.

Thugutt odbiega jednak od wizji masońskiego „szwarccharakteru”, na okrągło knującego przeciwko Ojczyźnie, Wierze, Tradycji i Wszelkim Świętościom. W zasadzie trudno w jego publicystyce i działalności publicznej znaleźć opinie i postawy, które można by skojarzyć z tym, o co oskarżani są wolnomularze. Owszem, miał radykalne poglądy demokratyczne i humanistyczne, opowiadał się za świeckim państwem, ale niemal nie uświadczy się u niego ataków na tradycje narodowe czy religię.

***

Szczyt jego popularności i wpływów w PSL „Wyzwolenie” datuje się na rok 1923 – prezes, główny ideolog, czołowy polityk, poseł, przewodniczący Klubu Poselskiego tej partii. W połowie grudnia tego roku, po upadku rządu Witosa, prezydent Stanisław Wojciechowski powierzył Thuguttowi misję sformowania rządu o charakterze centrolewicowym, z poparciem „Wyzwolenia”, PPS-u, Narodowej Partii Robotniczej, mniejszości narodowych, a także Chrześcijańskiej Demokracji (jej udział w rządzie miał sprawić, że wejdą w jego skład Piłsudski i Władysław Grabski). Misja Thugutta zakończyła się jednak fiaskiem – chadecy ostatecznie odmówili akcesu, co storpedowało nie tylko pomysł pozyskania sejmowej większości, ale także „jednościowy” charakter gabinetu. Rezygnując z tych wysiłków, wskazał prezydentowi na Grabskiego jako odpowiedniego kandydata na premiera. Bardzo cenił tego polityka prawicy, pisząc o nim: „był pierwszym ministrem skarbu, który miał odwagę /…/ szukać pieniędzy tam, gdzie się one znajdują – w kieszeniach ludzi bogatych”.

Część ludowców przyjęła rezygnację swego lidera z dezaprobatą, zarzucając mu zbyt małą wytrwałość i zapał w kwestii utworzenia rządu lewicy. Był to przedsmak poważnego konfliktu. W lipcu 1924 r. premier Grabski zaproponował Thuguttowi wejście do rządu w charakterze ministra spraw zagranicznych. Propozycję tę szef „Wyzwolenia” skonsultował z kilkoma zaufanymi ludźmi z kierownictwa partii, prosząc o dyskrecję i zajęcie stanowiska, gdy wróci z kilkudniowego wyjazdu. Wykorzystano to przeciwko niemu, rozgłaszając plotki, jakoby dał się kupić za rządowe stanowisko, choć on sam decyzji jeszcze nie podjął.

Wzburzony lider lewicowych ludowców zrezygnował z prezesostwa w partii, członkostwa w klubie parlamentarnym oraz złożył legitymację partyjną. Odmówił także przyjęcia teki ministerialnej. W ogłoszonym na łamach partyjnego organu liście pisał: „Gdyby u nas prawica była znaczną większością, byłbym pierwszy za tym, żeby pozostać w roli czystej i ostrej opozycji. Ale co to znaczy w obecnej Polsce być opozycją? Przeciwko komu? Przeciwko rządowi, który i tak ledwie trzyma się na nogach, przeciwko państwu, które jest naszym państwem, czy przeciwko prawicy, która przy naszym sprzeciwie także nic zrobić nie może. W Polsce wszyscy chcą być opozycją, tylko nikt za nic nie chce przyjąć odpowiedzialności. Na miły Bóg, z samych przeczeń Polska nam nie urośnie. Deklaracja Thugutta-państwowca była jednocześnie abdykacją Thugutta-polityka – już nigdy nie zyskał tak znaczącej pozycji.

Próbowano kilkakrotnie przekonać go, aby wrócił do PSL „Wyzwolenie”, ale bezskutecznie. Jesienią 1924 r. premier Grabski złożył mu nową propozycję – tym razem Stanisław Thugutt zgodził się zostać wicepremierem, ze szczególnymi zadaniami w sprawie uporządkowania kwestii mniejszości narodowych i wypracowania porozumienia w sprawie ich statusu. Jak sam przyznawał, był to błąd, bowiem w rządzie pozostawał „obcym ciałem”, nie miał zbytniego wpływu na bieg wydarzeń, a kompromis pomiędzy ekstremalnymi biegunami – endekami i mniejszościami narodowymi – okazał się niezwykle trudny. Udało mu się przeforsować kilka regulacji polepszających sytuację mniejszości oraz całych Kresów, ale była to kropla w morzu potrzeb. Zrezygnował ze stanowiska w połowie roku 1925. Bernard Singer pisał o nim: „Bez partii, bez wpływu na cokolwiek, niemalże bez słuchacza pozostał trybun”.

W tym okresie, w roku 1924 i 1925, podejmował starania na rzecz nakłonienia Józefa Piłsudskiego do powrotu do czynnej polityki i objęcia któregoś z kluczowych stanowisk w dziedzinie obronności państwa. Od czasów I wojny światowej Thugutt darzył Marszałka ogromnym szacunkiem, choć nie zawsze zgadzał się z nim – w autobiografii pisał: „/…/ mam prawo stwierdzić: nie zaniedbałem w swoim życiu politycznym niczego, co by Piłsudskiemu mogło ułatwić pracę i życie w Polsce”.

Wraz z inteligenckimi „uciekinierami” z PSL „Wyzwolenie” i kilkoma posłami wcześniej niezrzeszonymi, powołał Klub Pracy, o orientacji demokratyczno-lewicowej (m.in. Kazimierz Bartel i Bolesław Wysłouch). Nie przejawiał jednak większej aktywności, a jesienią 1926 r. pożegnał się z tym środowiskiem z powodu jego ewolucji ku obozowi sanacyjnemu.

***

Zamach majowy 1926 r. ocenił krytycznie, ale początkowo łagodnie. Potępiał rozlew krwi, tym bardziej, że jego zdaniem autorytet Piłsudskiego był tak znaczny, iż można było uniknąć bratobójczych starć. Od dawna darzył Marszałka wielką estymą i uważał, że jeśli przejęcie przez niego władzy ma służyć przezwyciężeniu chaosu toczącego Polskę, to takie odstępstwo od zasad demokracji jest do przyjęcia. Po roku rządów Piłsudskiego pisał o nim, tonując własną krytykę obozu sanacyjnego, że Marszałek „/…/ uczył innych z narażeniem własnego życia kochać Ojczyznę wtedy, kiedy niejeden z późniejszych dygnitarzy Rzeczypospolitej zakazywał surowo samemu sobie myśleć o Polsce”. Dlatego też początkowo ocena przewrotu i jego skutków była zniuansowana. W 1927 r. Thugutt stwierdzał: „Ogólny rezultat byłby /…/ raczej dodatni, gdyby nie /…/ fakt, że poza pewnymi polepszeniami kryje się coraz bardziej dotkliwa nędza klas pracujących”.

Jednak w miarę upływu lat coraz bardziej krytycznie oceniał obóz sanacji, przede wszystkim rosnący autorytaryzm władzy, ograniczanie swobód obywatelskich, podkopywanie demokracji. W roku 1928 pisał: „Naszej zgody na zniszczenie Sejmu, na odebranie ludowi prawa wyrażania swej woli nigdy nie będzie. /…/ Odebrać głos można by nam tylko przemocą, ale nie ma jeszcze na szczęście w Polsce tak wielkiego więzienia, w którym dałoby się zamknąć nas wszystkich”. W jego opinii, taki model sprawowania władzy prowadzi donikąd. Zamiast jednoczyć społeczeństwo, antagonizuje je. Zamiast angażować różne grupy w działania na rzecz wspólnego dobra – skupia się na „samych swoich”. Zamiast uzdrowienia państwa, dokonuje się jego przejęcie przez wąską kastę, nie poddaną kontroli. „Dawniej włóczyli się po biurach rządowych posłowie, którzy niejednokrotnie załatwiali tam swoje partyjne czy osobiste interesy. Dzisiaj włóczą się jakieś ciemne typy z rozmaitych mafii i klik” – pisał w roku 1930.

Coraz bardziej krytyczny wobec sytuacji politycznej, wrócił w 1928 r. do PSL „Wyzwolenie”. Celowo uczynił to już po zamknięciu list wyborczych, aby nie podejrzewano go o zakusy na poselskie apanaże. Nie pełnił żadnych eksponowanych funkcji we władzach partii, jednak był znaczącą postacią w podejmowanych działaniach, takich jak obchody X rocznicy powołania rządu lubelskiego czy protesty przeciwko tzw. procesowi brzeskiemu liderów antysanacyjnej opozycji (istnieją opinie, że Thugutt nie zasiadł na ławie oskarżonych tylko dlatego, że Piłsudski osobiście wykreślił go z listy „przestępców”, kierując się sentymentem wobec sojusznika z czasów walk o niepodległość). W latach 1929-1930 był redaktorem pisma „Tydzień”, które integrowało centrolewicową część antysanacyjnej opozycji. W artykule programowym deklarował: „Należąc do odmiennych grup politycznych czy nie należąc do żadnej, przychodzimy z różnych stron świata, ale droga, którą iść chcemy, jest jedna. Wszyscy niewątpliwie jesteśmy szczerymi republikanami, głęboko przeświadczonymi o tym, że przyszłość Polski, jej świetność i moc, jej zdrowie, a może nawet jej byt zależy od zupełnego zdemokratyzowania nie tylko ustroju państwa, ale dusz ludzkich i podstaw życia gospodarczego”. Pismo upadło głównie z powodu częstych konfiskat nakładu przez sanacyjną cenzurę.

W obliczu potęgi obozu rządowego postulował współpracę ponad partyjnymi podziałami. Należał do czołowych twórców Centrolewu. Na jego Kongresie 29 czerwca 1930 r. był jednym z mówców. „Największe wrażenie – wspominał Adam Próchnik – wywarło przemówienie /…/ Thugutta. »Tym paniczom – mówił – śnią się po nocach korony hrabiowskie. Dobrze. Niech sobie na nich wyryją godło: przez krew do błota«”. Choć Centrolew nie odniósł sukcesu, Thugutt wcześniej i później uważał, że naturalnym sojusznikiem chłopów są socjaliści z PPS, jako reprezentanci drugiego z „odłamów” ludu – robotników.

Był natomiast jednym z architektów udanego zjednoczenia ruchu ludowego, celu niespełnionego od czasu odzyskania niepodległości. 15 marca 1931 r. połączyły się „Piast”, „Wyzwolenie” i Stronnictwo Chłopskie, a Stanisław został członkiem Rady Naczelnej zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i przewodniczącym Sądu Partyjnego, niedługo powołano go także w skład komisji ideowo-programowej. Na kolejnym kongresie, w 1934 r., został przewodniczącym Rady Naczelnej, której to funkcji zrzekł się ze względu na stan zdrowia cztery lata później – wówczas nadano mu godność honorowego prezesa RN. Jako jeden z liderów ludowców podkreślał konieczność braku kompromisów z sanacją, lecz jednocześnie przestrzegał przed sojuszem z narodowcami i komunistami oraz przed takimi metodami walki, które mogły owocować chaosem wewnętrznym, niebezpiecznym szczególnie w obliczu coraz poważniejszej sytuacji międzynarodowej w drugiej połowie lat 30-tych.

***

Choć dobiegał wówczas 60-tki, Thugutt na początku lat 30. był jednym z działaczy najbardziej zaangażowanych we współpracę z młodzieżą ruchu ludowego. Cenili go aktywiści Związku Młodzieży Wiejskiej RP i Akademickiej Młodzieży Ludowej, widząc w nim jednego z ciekawszych ideologów. Chętnie udostępniano mu łamy „Wici” i „Młodej Myśli Ludowej”. On zaś w młodych ludowcach dostrzegał szansę na wcielenie w życie ideałów Polski Ludowej. Wynikało to nie tylko z podobnych ocen istniejącego ładu – Thugutt z upływem czasu radykalizował się w kwestiach społeczno-ustrojowych, ale także w gospodarczych, coraz mocniej krytykując system kapitalistyczny; młodzież ludowa była bardziej radykalna i nonkonformistyczna niż „starzy”. Jego broszura „Listy do młodego przyjaciela” (zwana „katechizmem młodych ludowców”) spotkała się z szerokim odzewem w tym środowisku, stając się swoistym podręcznikiem dla nowych adeptów. Pisał w niej: „Należysz do najszlachetniejszej w świecie klasy, do ludzi, którzy żyją z własnej pracy, nikogo nie wyzyskując, nikomu nie będąc pijawką”. Ten „bolszewik” kończył broszurę wezwaniem: „Nie trać wiary w Polskę, bo nie ma dla ciebie poza Polską nic”.

Drugą płaszczyzną zbliżenia między „weteranem” a 20-30-latkami był także ferment ideowy w tym środowisku, poszukiwanie odpowiedzi na wyzwania współczesnego świata. To właśnie wśród „wiciarzy” popularność zyskały zapożyczone z Czechosłowacji i Bułgarii idee agrarystyczne, twórczo rozwijane na polskim gruncie. Thugutt był autorem przedmowy do czołowego manifestu tego nurtu – książki „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego” Stanisława Miłkowskiego, wydanej w roku 1934. Pisał tam: „Zarówno w mieście, jak i na wsi autor wypowiada się wyraźnie za wywłaszczeniem wielkiego kapitału, przy równoczesnym jednak pozostawieniu prywatnej własności w drobnym rolnictwie. W ten sposób system proponowany – agraryzm – zawierałby w sobie dwie płaszczyzny, dwa typy działania gospodarczego /…/. Utrzymując własność prywatną na wsi, chce dziś już tworzyć tam nowe formy pracy i posiadania, kładąc wielki nacisk na gospodarkę częściowo przynajmniej kolektywną (spółdzielczą)”. Thugutt pisał to z wyraźną aprobatą, był bowiem w tym okresie jednym z czołowych działaczy polskiej spółdzielczości.

***

Po założeniu wspomnianej „kłopotliwej” spółdzielni spożywców w Ćmielowie, Thugutt na ćwierćwiecze rozstał się z tym środowiskiem. Nie znaczy to, że porzucił takie ideały. Rolę i znaczenie spółdzielczości doceniał niezmiennie przez lata, jednak w drugiej połowie lat 20. zaangażował się całym sercem po stronie tej formy gospodarki i życia zbiorowego.

W roku 1928 spółdzielczość spożywców „Społem” zwróciła się do Thugutta z propozycją współpracy. Postanowiono wykorzystać jego wiedzę i talent publicysty do propagowania takich ideałów. Najpierw opracował zbiór teoretycznych zasad „dobrej spółdzielczości”, później poproszono go o kolejne publikacje-broszury: „Pionierzy”, „Co to jest spółdzielnia spożywców” i „Porównawcze ustawodawstwo spółdzielcze”. Do tego doszło wiele artykułów publikowanych na łamach prasy branżowej – „Spólnoty”, „Społem” i „Pracownika Spółdzielczego”, a także popularyzatorskie teksty w różnorakich czasopismach ruchu ludowego i socjalistycznego. Rok 1934 przyniósł natomiast większą pracę Thugutta na ten temat, „Spółdzielczość. Zarys ideologii” (do roku 1946 doczekała się jeszcze trzech wydań).

Od roku 1929 wchodził w skład zarządu Towarzystwa Kooperatystów – czołowej polskiej organizacji zajmującej się propagowaniem spółdzielczości. W roku 1932 został jego prezesem, sprawował tę funkcję aż do wybuchu wojny. Dwa lata później wybrano go prezesem Spółdzielczego Instytutu Naukowego, wszedł też w skład redakcji jego organu – „Spółdzielczego Przeglądu Naukowego”. Był redaktorem „Informatora Spółdzielczego Towarzystwa Kooperatystów”, w roku 1935 objął redakcję dwutygodnika „Społem”. Prowadził ożywioną działalność popularyzatorską, nie tylko jako publicysta, ale także autor wielu publicznych wykładów i organizator różnorakich imprez poświęconych spółdzielczości. Wykładał w warszawskim Gimnazjum Spółdzielczym im. Mielczarskiego, był autorem tematycznych pogadanek radiowych, przygotował cykl tekstów dla Spółdzielczych Kursów Korespondencyjnych „Społem”, tuż przed wojną sporządził broszurę z analizą spółdzielczości uczniowskiej.

To on odegrał czołową rolę w zaszczepieniu ideałów spółdzielczych młodzieży ruchu ludowego, co zaowocowało w praktyce „ekspansją” na wieś spółdzielczości spożywców, dotychczas koncentrującej się głównie w miastach. Nie był jednakże Thugutt wyłącznie teoretykiem – to w znacznej mierze dzięki jego konkretnym wysiłkom odbudowano w Warszawie spółdzielczość spożywców, pod nazwą „Zjednoczenie”. Wiele wysiłków poświęcił także stworzeniu struktur związków zawodowych w sektorze spółdzielczym, mimo znacznego oporu ze strony części tego środowiska.

Był także jednym z niewielu Polaków, którzy odegrali rolę w światowym ruchu spółdzielczym. We wrześniu 1934 r. jako delegat „Społem” wziął udział w XIV Kongresie Międzynarodowego Związku Spółdzielczego w Londynie. Dwa lata później wybrano go w skład jednej z najważniejszych instytucji tego ruchu – Międzynarodowego Instytutu Spółdzielczego, kierowanego przez prof. Charlesa Gide’a, który nb. bardzo cenił Thugutta, mimo iż Polak często polemizował z jego poglądami. Również w 1936 r. był przewodniczącym zjazdu Centralnego Komitetu Międzynarodowego Związku Spółdzielczego, który odbył się w Warszawie.

***

Nie można być spółdzielcą, nie uznając konieczności wzajemnej pomocy, jako naczelnej zasady współżycia ludzkiego. /…/ współczucie dla pokrzywdzonych leży u źródeł spółdzielczości. Oczywiście nie słodkawa litość, która chce, samą siebie oszukując, wykpić się rzuceniem ofiarom krzywdy ochłapów, ale szczere i odważne postanowienie zniszczenia zła przez wyrwanie go z korzeniem, przez zmianę stosunków, w których rodzi się i rozkwita krzywda, przez zrzeczenie się korzyści, które płyną z nieczystych źródeł” – pisał w swym głównym dziele, „Spółdzielczość. Zarys ideologii”. Spółdzielczość miała wedle niego dwa wymiary – ekonomiczny (poprawa sytuacji bytowej niższych warstw społecznych oraz docelowo zmiana systemu gospodarczego) i społeczny (jako czynnik wspierający demokratyzację stosunków społecznych i ułatwiający angażowanie obywateli w kształtowanie swego życia i sfery publicznej).

Jego poglądy nt. spółdzielczości godziły radykalizm z rozsądkiem. Uważał, że taka forma gospodarki i życia społecznego powinna być głównym taranem rozbijającym kapitalizm – nie wierzył w „pokojowe współistnienie” obu tych porządków na dłuższą metę. Był także przekonany, iż system oparty wyłącznie na dążeniu do zysków jest szkodliwy i musi zostać zastąpiony bardziej „ludzkimi” rozwiązaniami. „Nie ma trwałego kompromisu między kooperatyzmem a kapitalizmem, jest tylko walka o byt. /…/ Kiedy spółdzielnia wzniesie się na wyższy stopień swojej organizacji, zaczynając produkować, usuwa nie tylko kupców, ale i przemysłowców. Kiedy powstaje bank, przeznaczony wyłącznie do obsługi spółdzielni, zarysowuje się ostatnia ściana twierdzy kapitalistycznej. /…/ Twierdzić, że nie ma istotnych różnic pomiędzy kapitalizmem a spółdzielczością byłoby to samo, co mniemać, iż nie ma żadnej różnicy między nowotworem a zdrowymi /…/ tkankami organizmu” – pisał w jednym z artykułów w 1931 r.

Wedle niego, nie jest możliwe oddzielenie spółdzielczości od antykapitalizmu. Po pierwsze, w spółdzielczość angażują się głównie ubożsi i marginalizowani członkowie społeczeństwa, im bowiem taka forma daje najwięcej korzyści. Efektem jest wyraziście klasowy charakter ruchu, choć nie jest on ani celem, ani obowiązującą zasadą. Po drugie, sposób funkcjonowania spółdzielni, ich konkurowanie z firmami prywatnymi, wyraźnie podkreśla ten antagonizm. „Nawet jej [spółdzielczości] najbardziej umiarkowane /…/ odłamy przez sam fakt swego istnienia walczą z kapitalizmem, wypierają go z jego placówek, poskramiają jego chciwość, stwarzają nowe, niekapitalistyczne formy życia gospodarczego” – pisał w „Spółdzielczości”. Taka forma gospodarki ma więc sporo wspólnego z ruchem socjalistycznym – propaguje gospodarkę uspołecznioną oraz swoistą, choć „zakamuflowaną”, walkę klas. Różni się od niego natomiast metodami (pokojowa przebudowa świata zamiast walki i rewolucji), charakterem (oddolne zmiany zamiast odgórnego ich narzucania), realizmem (konkretne rozwiązania osiągane metodą prób i błędów zamiast „książkowych” wizji) i horyzontem czasowym (nacisk na teraźniejszość zamiast rozważań o przyszłości).

Od standardowego socjalizmu odróżnia spółdzielczość również stosunek wobec postaw ludzkich. Thugutt dostrzegał wiele słabości w hurraoptymistycznych wizjach niektórych „zsocjalizowanych” odłamów spółdzielczości. Kładąc nacisk na ideowy i humanistyczny wymiar tego ruchu, przestrzegał jednocześnie przed projektami utopijnymi i pięknoduchostwem. Spółdzielczość nie może abstrahować od pewnych powszechnych postaw człowieczych. Musi zapewniać wymierny zysk i oferować konkretne, namacalne korzyści, gdyż samą ideą nikt się nie najadł. Zamiast roztaczania wizji lepszego świata, nacisk należy kłaść na poprawę losu „tu i teraz”. Spółdzielczość musi także być prężną gałęzią przedsiębiorczości, nie zaś rodzajem filantropii czy niezobowiązującym eksperymentem społecznym.

Krytykował bezpaństwowy nurt spółdzielczości. Darząc szacunkiem postawę i poglądy Piotra Kropotkina i Edwarda Abramowskiego, uważał jednocześnie za szkodliwe ich postulaty, by dobrowolne, oddolne zrzeszenia gospodarcze prowadziły do zniesienia państwa. Wskazywał nie tylko na aspekt utopijny takich pomysłów, ale także na samoistną wartość państwa jako formy organizacji życia zbiorowego wspólnoty narodowej. Państwo musi istnieć „przynajmniej tak długo, dopóki istnieć będą narody, dopóki istnieć będzie miłość do wspólnej kultury, przeszłości i zwyczajów”. Nie oznacza to bynajmniej pochwały machiny państwowej, a zwłaszcza jej rozrostu. Thugutt uważał, że to właśnie spółdzielczość jest naturalnym nowoczesnym lekiem na przerosty biurokracji i ciągoty statolatryczne. Ma ona bowiem możliwość przejmowania z rąk państwa wielu zadań ze sfery gospodarki i organizacji życia zbiorowego, a także kształtuje samodzielność obywateli, ich wiarę we własne siły oraz umiejętność oddolnej samoorganizacji.

Spółdzielczość ma – poza aspektem stricte gospodarczym – do odegrania właśnie znaczną rolę w „humanizacji” życia społecznego. Uczy współpracy, wzajemnej pomocy, odpowiedzialności za innych, a także stymuluje zaangażowanie człowieka w podejmowanie decyzji. Jako taka nie jest przeciwieństwem państwa, lecz jego wsparciem, szkołą faktycznego społeczeństwa obywatelskiego. Jest najlepszym „fundamentem” faktycznej demokracji. Spółdzielczość bowiem od początku opierała się na kilku aspektach: równości (niezależnie od ilości udziałów, każdy członek spółdzielni ma równy głos), dobrowolności akcesu (spółdzielczość oparta na przymusowym udziale – jak w ZSRR – była zdaniem Thugutta zaprzeczeniem ideałów tego nurtu), zasadzie „otwartych drzwi” (zmienny skład osobowy i brak – poza sytuacjami szczególnymi – barier dla potencjalnych chętnych nowych członków), neutralności (spółdzielczość skupia ludzi rozmaitych poglądów, akceptując ich różnorakie wybory życiowe, nie usiłując im narzucać żadnych postaw, lecz jednocząc ich ponad podziałami i ucząc pracy dla dobra wspólnego), a także uwzględnieniu celów „społecznych”, tj. wykraczających poza sferę materialnego, doraźnego zysku (każda ze spółdzielni musi tworzyć niepodzielny między jej członków fundusz społeczny, z którego finansowane są wydatki nie przynoszące zysków, np. działalność oświatowa, kulturalna itp.). To wszystko sprawia, że spółdzielczość jest szkołą demokracji – nie tylko na poziomie procedur i reguł, ale także poprzez system faktycznych zachęt do angażowania się w życie publiczne.

Który z tych trzech odłamów – ruch zawodowy [tj. związkowy – przyp. R. O.], partie polityczne czy spółdzielczość – przyczyni się najwięcej do ostatecznego zwycięstwa, jest dziś niewiadomym i przyznać trzeba dość obojętnym. Zachodzi jednak obawa, iż gdyby zwyciężył tylko ruch zawodowy, reprezentujący wyłącznie interesy wytwórców, albo partie polityczne, tak skłonne do narzucania swych poglądów przemocą, życie małych ludzi w tym nowym, lepszym świecie nie zawsze byłoby wysłane różami. Możliwość nadmiernej centralizacji, nadmiernego zbiurokratyzowania życia byłaby wysoce prawdopodobna. Spółdzielczość podlega tym samym niebezpieczeństwom, ale umie lepiej się od nich bronić. Ona jedna /…/ opiera się na interesach człowieka, nie jako cyfry statystycznej ani pojęcia prawnego, ale jako żywej istoty, będącej samej dla siebie światem” – przekonywał na kartach „Spółdzielczości”.

***

Gdy wybuchła wojna i do Polski wkroczyli hitlerowcy, 66-letni Thugutt szukał wraz z rodziną schronienia w Wilnie. Eugeniusz Andruszkiewicz, tamtejszy działacz „Społem”, wspomina: „Któregoś dnia powiadomiono mnie, że Stanisław Thugutt chce się zobaczyć ze mną. Ujrzałem go w tłumie interesantów. Do dziś pamiętam jego wygląd. Wychudła twarz z dużym zarostem, okrywał go stary, podarty chłopski kożuch, spod którego wyglądała wybrudzona, lniana chłopska koszula”. Spółdzielcy zorganizowali pomoc dla państwa Thuguttów. Stanisław wkrótce włączył się w działania tego środowiska, chcąc w warunkach sowieckiej „kurateli” ochronić majątek spółdzielczy i ocalić dobre imię „Społem”, liczył bowiem, że wojna wkrótce się skończy.

W grudniu 1939 r. otrzymał od generała Władysława Sikorskiego zaproszenie do członkostwa w powołanej we Francji Radzie Narodowej, ciała przedstawicielskiego polskich władz na uchodźstwie. Miał via Sztokholm przybyć w tym celu wraz z rodziną do Paryża. W maju 1940 r. udało się w końcu zorganizować wyjazd, państwo Thuguttowie dotarli do Szwecji, gdzie zostali otoczeni opieką przez tamtejszych spółdzielców. Plany przedostania się do Francji okazały się nierealne z powodu trwającej hitlerowskiej inwazji na Danię i Norwegię. Rozważano powrót do okupowanej Warszawy, ale przyjaciele odradzili tak ryzykowny krok.

Stanisław August Thugutt zmarł 15 czerwca 1941 r. w Sztokholmie. Pochowano go cztery dni później. Pogrzeb zgromadził kilkaset osób – zwykłych Polaków, szwedzkich spółdzielców, przedstawicieli emigracyjnych władz polskich. Trumnę zmarłego udekorowano Wielką Wstęgą Orderu Odrodzenia Polski. Mimo że od tamtego momentu minęło niemal 70 lat, jego prochy do dziś nie zostały sprowadzone do ojczyzny.

***

A co z Polską Ludową? Z Polską wolnych i równych obywateli? Z Polską sprawiedliwą i będącą godnym domem wszystkich swoich córek i synów? Stanisław Thugutt 81 lat temu pisał: „Przed nami droga daleka i trudna. Nikt z nas żywych nie zobaczy jej końca. I choć walka, którą toczymy, nie jest walką krwawą, niejeden padnie z wysiłku i znużenia. Uczcimy go serdecznym, braterskim wspomnieniem. Pozostali muszą iść dalej”. My musimy iść dalej.

Literatura (ważniejsze pozycje):

  • Jan Borkowski, Ludowcy w II Rzeczpospolitej (część I i II), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987.
  • Jan Borkowski, Od Waryńskiego do Witosa. Ruch robotniczy a chłopi i ludowcy w Polsce, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Jan Borkowski, Józef Kowal, Stanisław Lato, Witold Stankiewicz, Alicja Więzikowa, Zarys historii polskiego ruchu ludowego (tom II – 1918-1939), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970.
  • Leon Chajn, Polskie wolnomularstwo 1920-1938, wydanie II zmienione, „Czytelnik”, Warszawa 1984.
  • Ludwik Hass, Ambicje, rachuby, rzeczywistość. Wolnomularstwo w Europie Środkowo-Wschodniej 1905-1928, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984.
  • Jan Jachymek, Myśl polityczna PSL „Wyzwolenie” 1918-1931, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1983.
  • Tadeusz Janczyk, Stanisław Thugutt jako działacz spółdzielczy /w:/ Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Lato, Ruch ludowy wobec sanacji (z dziejów politycznych II Rzeczypospolitej), Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów 1985.
  • Adam Próchnik, Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej (1918-1933), Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1983.
  • Jan Sałkowski, Polityk i spółdzielca /w:/ Stanisław Thugutt, Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.
  • Janusz Socha, Stronnictwa ludowe po zamachu majowym, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Thugutt, O demokracji i ustroju Polski, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Stanisław Thugutt, Spółdzielczość. Zarys ideologji, Wydawnictwo Polskiego Związku Wychodźctwa Przymusowego w Hanowerze 1946 (wydanie IV).
  • Stanisław Thugutt, Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.
  • Janina Barbara Twaróg, Stanisław August Thugutt: krajoznawca – publicysta – wybitny działacz Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, http://khit.pttk.pl/index.php?co=tx_bio_sat
  • Alicja Więzikowa, Działalność Stanisława Thugutta w polskim ruchu ludowym /w:/ Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Alicja Więzikowa, Stanisław Thugutt (1873-1941) /w:/ Alicja Więzikowa (red.), Przywódcy ruchu ludowego. Szkice biograficzne, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1968.
  • Andrzej Wojtas, Problematyka agrarna w polskiej myśli politycznej 1918-1948, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Alicja Wójcik, Myśl polityczna Stanisława Augusta Thugutta (1873-1941), Wydawnictwo UMCS, Lublin 1992.

Społeczeństwo naprawdę obywatelskie. (Związek Młodzieży Wiejskiej RP 1928-1939)

Wiosną przypada 80. rocznica utworzenia jednej z najbardziej aktywnych i wyjątkowo oryginalnych pod względem ideowym, a jednocześnie dziś niemal całkiem zapomnianych organizacji społecznych w Polsce. Mowa o Związku Młodzieży Wiejskiej RP, popularnie zwanym „Wiciami”.

***

W czerwcu 1919 r. utworzono Centralny Związek Młodzieży Wiejskiej pod patronatem Centralnego Związku Kółek Rolniczych. Kładł on nacisk na rozwój inicjatyw samokształceniowych młodzieży wiejskiej: amatorskich zespołów teatralnych, grup śpiewaczych, bibliotek, szkoleń i konkursów w zakresie gospodarki rolnej, kursów higieny itp.

Od 1922 r. CZMW wydawał tygodnik „Siew”. Na początku 1928 r. organizacja liczyła 2225 kół z 60 tys. członków. W południowej Polsce schedą po zaborach były silne wpływy Małopolskiego Związku Młodzieży przy Małopolskim Towarzystwie Rolniczym. Oba młodzieżowe związki współpracowały ze sobą. Jednoczyła je m.in. działalność Wiejskiego Uniwersytetu Ludowego w podkrakowskich Szycach, założonego z inicjatywy CZMW dzięki wsparciu Związku Nauczycielstwa Polskiego. Placówka ta, mająca kształcić młodzież wiejską na kilkutygodniowych kursach w duchu świecko-humanistycznym, prowadzona była przez Ignacego Solarza i jego żonę, Zofię.

***

Nastroje młodzieży wiejskiej ulegały radykalizacji. Nie poprawiała się, a okresowo wręcz pogarszała kondycja wsi. Reformę rolną przeprowadzono szczątkowo, wbrew nadziejom i żądaniom ruchu ludowego. Powolny rozwój przemysłu skutkował niewielkim odpływem ludności do miast. To rodziło „głód ziemi” – młode pokolenie nie miało gdzie iść „na własne”. Gospodarstwa ich rodziców były mało dochodowe. Znikła wiara, że państwo samo z siebie zadba w odpowiednim stopniu o los wsi. „Apolityczność” CZMW zastępowały głosy domagające się politycznej reprezentacji chłopów. Jesienią 1927 r. pisano w „Siewie”: „/…/ wyznajemy ideę ludową, określamy siebie jako młodą demokrację wiejską. /…/ jesteśmy cząstką ruchu ludowego, jego młodym i żywym prądem. Na tym stanowisku stoimy i będziemy wiernie służyć idei Polski Ludowej”.

Od 1924 r. nasilały się także wpływy nowej doktryny – agraryzmu. Polacy zapożyczyli go z Czechosłowacji, gdzie był ideologią silnego ruchu ludowego. Agraryzm uznawał, że podstawą bytu społecznego jest ziemia, a jej opiekunem oraz żywicielem wszystkich – chłop. Praca na roli i życie na wsi są kluczowe dla istnienia narodu (zapewnienie wyżywienia, ostoja fundamentów kultury narodowej), zatem należy im się szczególna ochrona. Chłopi, z racji liczebności, znaczenia społecznego i cech moralnych, powinni mieć istotny wpływ na rządzenie państwem.

Polacy nadali tej idei własny wymiar. Uważali, że w stosunkowo zamożnej Czechosłowacji zbyt słabo akcentuje się kwestie własnościowe (reforma rolna) i klasowe (pozycja chłopów w podziale dochodu narodowego). „Siew” wiosną 1927 r. pisał: „My musimy być bojownikami, my musimy walczyć, my musimy łamać, a często i burzyć. /…/ musimy zdobyć prawo do życia, prawo do równości. /…/ musimy krzepić ducha, /…/ stwarzać ten złom, który młodzież czechosłowacka /…/ ociosuje”. Sądzili też, że „sąsiedzka” wersja agraryzmu niedostatecznie zwraca uwagę na symboliczny wymiar i wartości pracy chłopskiej i bytowania na wsi. J. Dec pisał: „/…/ stosunki czeskie nie są dla nas ideałem, nikt nie myśli /…/ by nasze wielkie ideały zamknąć w utuczonych krowach i świniach lub utopić w szklanicy dobrego piwa”.

***

Radykalizacji nastrojów towarzyszył nacisk na wyrwanie się spod kurateli CZKR. W 1925 r. większość we władzach zyskali zwolennicy samodzielności, wśród nich prezes Zygmunt Załęski oraz kierownik (osoba podejmująca kluczowe decyzje w pracy bieżącej) Józef Niećko.

Osobna kwestia to przewrót majowy. Choć młodzi ludowcy darzyli Piłsudskiego szacunkiem i początkowo pozytywnie oceniali objęcie przezeń władzy, to jednak gdy w 1927 r. doszło do zakusów sanacji na ograniczenie uprawnień Sejmu, „Siew” piórem Bolesława Babskiego głosił: „/…/ będziemy stali na gruncie demokracji parlamentarnej, czyli ludowładztwa. /…/ ustrój ten posiada liczne braki. Jednakże ze wszystkich /…/ zapewnia on najwięcej praw warstwom pracującym i daje możność osiągnięcia ich w drodze pokojowej”. Po podobnym artykule prezesa Załęskiego, prorządowy CZKR wprowadził w „Siewie” cenzora. 5 grudnia 1927 r. nagle zwolniono z pracy kierownika – Niećkę, sekretarza CZMW – A. Zielińskiego, redaktora „Siewu” – Babskiego oraz przejęto redagowanie pisma.

Liczono na zastraszenie młodych działaczy. Tymczasem niemal cały Zarząd stanął na stanowisku niezależności. Przyspieszono tworzenie samodzielnej struktury w postaci federacji organizacji wojewódzkich. 25 marca 1928 r. wydano pierwszy numer tygodnika „Wici” (pomysłodawcą tytułu, nawiązującego do terminologii dawnych Słowian, był Niećko). Solarz pisał w nim: „Sami sobie dawać radę chcemy, sami ćwiczyć się we włodarzeniu, silić z trudnościami, hartować mięśnie woli, doświadczać dróg, by zdrowo doskonalić w sobie człowieka i obywatela”.

Decyzja o usamodzielnieniu oznaczała utratę funduszów, zaplecza technicznego, wieloletniej marki itp. Jednak na zjazd ogólnopolski przybyło 29 czerwca 1928 r. ponad tysiąc osób, w tym niemal 500 delegatów kół. W głosowaniu poparto samodzielność oraz zmianę nazwy na Związek Młodzieży Wiejskiej RP. Wkrótce, od tytułu tygodnika, potocznie zaczęto określać go „Wiciami”. We władzach ZMW RP zasiedli m.in. Załęski jako Przewodniczący Prezydium Zarządu Głównego, jego zastępcą został Adam Bień, a kierownikiem Niećko.

W tym samym okresie zwolennicy sanacji przejęli wpływy w Małopolskim Związku Młodzieży. Na przełomie 1928 i 1929 r. większość jego członków również wybrała samodzielność, tworząc Związek Młodzieży Wiejskiej w Krakowie, który rok później wszedł w skład ZMW RP.

W wyniku szeroko zakrojonego i hojnie finansowanego kontrataku, CZMW częściowo odzyskał wpływy. Sprawozdanie z wiosny 1929 r. pokazuje, że z „Wiciami” związało się 32% kół i 34% członków dawnego CZMW. Ale, jak zgodnie twierdzą historycy, była to najbardziej ideowa, aktywna i świadoma część działaczy. Wkrótce utworzono struktury ZMW RP w woj. kieleckim, lubelskim, łódzkim, mazowieckim, nowogródzkim i małopolskim. Rok po usamodzielnieniu istniało 746 kół z 22 tys. członków. Na początku 1933 r. było już 1900 kół i 45 tys. członków. Trzy lata później – odpowiednio 2650 i 90 tys. Przed wybuchem wojny liczba „wiciarzy” przekroczyła 100 tys. W międzyczasie wskutek nacisków władz odłączył się związek nowogródzki, utworzono natomiast wojewódzką strukturę we Lwowie, w 1936 r. sfinalizowano kilkuletnie rozmowy zjednoczeniowe z Wielkopolskim ZMW, a dwa lata później powstał Pomorski ZMW.

***

„Wiciarze” byli znakomicie „zakorzenieni” społecznie. Działali w lokalnych środowiskach, gdzie wszystkich znali i gdzie znano też ich. Odrzucali model „mędrka”, który „oświeca” innych i przemawia z pozycji wyższości moralnej czy intelektualnej. Nie pracowali „dla ludu”, lecz „z ludem”, traktując chłopów podmiotowo i po przyjacielsku.

Na dużą skalę prowadzono działalność edukacyjno-samokształceniową. Samych bibliotek przy lokalnych kołach ZMW RP było w 1938 r. aż 1840. Do tego setki prelekcji – przygotowanych przez wybranych członków koła lub przez instruktorów powiatowych i wojewódzkich. Nierzadkie były kilkudniowe kursy, organizowane własnym sumptem – przyjezdni nocowali u zaprzyjaźnionych gospodarzy, każdy przywoził produkty rolne na wspólne posiłki itp. Tylko w 1936 r. w skali powiatów zorganizowano 113 kursów społeczno-oświatowych, 26 gospodarczych i 34 dla dziewcząt – brało w nich udział ok. 10 tys. osób. Organizowano też kursy rolnicze – dotyczące ogrodnictwa, wydajności upraw i hodowli, higieny w gospodarstwie, kroju i szycia.

Szczególne miejsce zajmuje dorobek „wiciowych” uniwersytetów ludowych. Wspomniany UL w Szycach k. Krakowa propagował oryginalny model wychowawczy, oparty na egalitaryzmie, dyskusjach, zachętach do samorozwoju, pochwalano interdyscyplinarne zainteresowania i sięganie po intuicyjne sposoby poznawania rzeczywistości. Ważne miejsce zajmowały zajęcia terenowe i wspólnotowe formy spędzania czasu, nierzadko o charakterze bliskim rytuałowi.

„Szyce” były ważnym ośrodkiem kształtowania się ideologii „wiciowej”, a także promieniowania radykalnych poglądów na polską wieś. Władze ZNP pod naciskiem sanacji zamknęły placówkę w 1931 r. – w uzasadnieniu napisano, że kształtowała u wychowanków „radykalne poglądy społeczne”. Odrodzenie nastąpiło wkrótce w Gaci Przeworskiej na Podkarpaciu, najpierw w izbach udostępnianych przez okolicznych chłopów, później w budynku wzniesionym ze składek i dzięki społecznej pracy „wiciarzy”. Na kilkutygodniowych kursach gościło w nim kilkaset osób, które po powrocie do domów utrzymywały kontakt, regularnie organizowano zjazdy wychowanków. W 1937 r. działacze ZMW RP utworzyli drugi uniwersytet ludowy – w Nietążkowie k. Kościana.

Najpopularniejszą formą aktywności kulturalnej „wiciarzy” był ruch teatrów amatorskich. W kręgu „Wici” istniało mnóstwo takich inicjatyw. Począwszy od lekkich sztuk o tematyce wiejskiej, przez utwory z tradycji patriotycznej, kończąc na inscenizacji sztuki awangardowego poety Brunona Jasieńskiego, „Słowo o Jakubie Szeli”. Tworzono też widowiska z okazji „Święta Żniwnego” (dożynek), „Święta Wiosny” (obchodzono je w dawną Noc Kupały), ważnych rocznic historycznych, nawiązujących do cyklów płodności gleby, rytmu przyrody, prastarych tradycji itp., nadając im nowe formy i wymowę. W samym 1928 r. 285 kół „Wici” wystawiło 854 przedstawienia dla ok. 28 tys. widzów. W latach 1931-37 ponad połowa kół miała stałe zespoły teatralne, a od 70 do 83% kół doraźnie wystawiało spektakle. Tylko na Kielecczyźnie „wiciarze” zorganizowali w 1932 r. 195 przedstawień aż 121 różnych sztuk, natomiast koła Krakowskiego ZMW w 1936 r. przygotowały 325 przedstawień. Nie chodziło jednak wyłącznie o aspekt kulturalny. „Działacze /…/ »Wici« widzieli w nim [teatrze ludowym] czynnik sprzyjający popularyzowaniu radykalnych treści społecznych i politycznych /…/” – stwierdza S. Pastuszka. Solarzowa na łamach „Prosto z mostu” pisała w 1935 r.: „Wsi trzeba teatru, sceny, z której by odezwały się słowa nowe, nieznane, przeczuwane, z której powiałoby życie dzisiejsze – zagadnienia i sprawy palące”.

Na uwagę zasługuje też swoisty „feminizm” ZMW RP. Kobietę uznawano za mającą pełne prawo do działalności społecznej i samorozwoju. Oczywiste różnice biologiczne i wynikające z nich role społeczne nie powinny być ani pomijane, ani nadmiernie eksponowane. Należy dążyć do tego, by ułatwić kobietom spełnianie obowiązków matek czy żon, zamiast traktować jako pretekst do izolowania ich od życia publicznego. Już w 1929 r. Walny Zjazd deklarował: „/…/ w pracach Kół winna w większym stopniu znaleźć miejsce sprawa udziału kobiet /…/”. W 1933 r. stwierdzał w uchwale: „Przebudowa obecnego ustroju, jak również /…/ osiągnięcia pełnej demokracji, na której ma się oprzeć ustrój przyszłej Polski Ludowej – sprawiedliwej – wymaga, aby kobieta brała na równi z mężczyzną udział w życiu nie tylko domowym, ale i /…/ społecznym /…/”. Przy strukturach kieleckiej i lubelskiej utworzono Komisje Społeczno-Wychowawcze Kobiet. W prasie organizacyjnej poświęcano wiele uwagi problematyce kobiecej – w „Wiciach” od 1936 r. ukazywał się dział „Wiciarka”, wiosną 1939 r. członkinie koła w Markowej na Podkarpaciu rozpoczęły edycję miesięcznika „Kobieta Wiejska”. Zorganizowano kilka spotkań i konferencji poświęconych tematyce kobiecej. W połowie lat 30. w Krakowskim ZMW dziewczęta stanowiły ok. 27% członków, w Łódzkim – 33%, a w Kieleckim aż 40%. Jak na ówczesne realia były to wskaźniki wysokie.

W drugiej połowie lat 30. zaczęto prowadzić tzw. Nowiznę Wiciową, czyli zajęcia dla starszych dzieci. Oprócz formowania charakterów w duchu „wiciowym”, celem było promowanie pozytywnych sposobów spędzania czasu – często bowiem dzieci wiejskie pozbawione były opieki i padały ofiarą różnych wypadków i urazów, lekkomyślnie niszczyły mienie itp. Od 1935 r. związkowy tygodnik regularnie zamieszczał wkładkę „Nowizna Wiciowa”. Rok później takie formy opieki – prowadzone społecznie – istniały przy 171 kołach, obejmując 3 tys. dzieci.

W 1929 r. działały zespoły sportowe przy 303 kołach ZMW RP, skupiając 3 tys. młodzieży. Późniejsze pogorszenie sytuacji materialnej wsi zaowocowało trudnościami z zakupem sprzętu sportowego i tego rodzaju inicjatywy podupadły. Wciąż jednak sporo uwagi poświęcano aktywności fizycznej, zwłaszcza formom niewymagającym nakładów finansowych (ćwiczenia gimnastyczne, biegi). Podobnie było z propagowaniem higieny i opieki zdrowotnej. Oprócz zwrócenia uwagi na katastrofalną sytuację wsi, „Wici” zachęcały do oddolnych inicjatyw na miarę możliwości młodzieży chłopskiej. Terenowym oddziałom udało się zorganizować liczne kursy z zakresu higieny, dbałości o zdrowie i racjonalnego żywienia. Udało się też wysłać kilkadziesiąt wiejskich dziewcząt na szkolenia pielęgniarek i położnych.

Wszystkie te działania świadczą nie tylko o pomysłowości i zaangażowaniu „wiciarzy” w sprawy nierzadko „małe”. Przede wszystkim ukazują przyczyny sukcesów Związku. Robiąc to wszystko, nie tracono z oczu szerszej perspektywy. Załęski deklarował, że „Wici” są „ruchem społeczno-wychowawczym – a więc nie oświatowym, nie zawodowym, nie sportowym lub teatralnym, lecz ruchem wychowującym człowieka”.

***

Jak wspomniano, rozłam w CZMW dokonał się z powodu konfliktu wokół stosunku do antydemokratycznych poczynań sanacji. W. Janczak pisał w „Wiciach”: „Nie uwierzymy nigdy /…/, żeby w interesie Polski leżało wyrzeczenie się walki o /…/ demokratyczne zasady w życiu społecznym i państwowym, a zamienienie ich na jakieś barbarzyńsko-faszystowskie nowinki. Polska, kraj chłopów i robotników, tylko w oparciu o demokrację ostać się może”. T. Rek przekonywał: „forma rządów parlamentarno-demokratyczna /…/ [to] ustrój dogodny i jedyny sprawiedliwy dla szerokich mas /…/, gdyż tylko przy daleko posuniętej jawności, powszechności i kontroli życia publicznego można myśleć i mówić o słusznych prawach i /…/ przestrzeganiu tych praw”.

Nie chodziło tylko o mechanizm wyboru i sprawowania władzy. „Wiciarze” byli przekonani, że odrodzona Polska jedynie wtedy może być silna, gdy zyska oparcie w masach obywateli traktowanych podmiotowo. Tymi obywatelami, zarazem najliczniejszą i najbardziej wykluczoną grupą, byli głównie chłopi. J. Grudziński na łamach „Wici” przekonywał, że „Jednym z największych radykalizmów, jakie w życiu Polski mogą być /…/ dokonane, będzie poruszenie całego masywu chłopskiego do czynnego udziału w życiu narodu i państwa”.

Nie chodziło o powrót do realiów sprzed przewrotu majowego, często przez „wiciarzy” określanych „sejmokracją”. W piśmie „Młoda Myśl Ludowa” (MML) czytamy: „Demokracja, przyszedłszy ponownie do władzy, będzie musiała poddać gruntownej rewizji /…/ dotychczasowe obyczaje, /…/ prawa, /…/ metody pracy i rządzenia państwem. /…/ będzie musiała spoglądać częściej i głębiej w masy /…/, podjąć olbrzymią pracę uzdrowienia atmosfery życia państwa przez /…/ zdemokratyzowanie administracji /…/”. Wielką wagę przywiązywano do decentralizacji państwa. Stanisław Młodożeniec, znany poeta – „chłopski futurysta”, pisał w „MML”: „Na miejsce żądzy panowania zbiorowość chłopska wysuwa zasadę obywatelskiego współdziałania. Nie państwo więc, a czynna pospólność obywatelska musi się stać organizacyjną formą /…/ narodu polskiego”. Krytykowano ideę „silnego państwa”, gdy oznaczała ona eliminowanie wpływu obywateli na życie publiczne. „Wiciarze” uważali, że przynosi to odwrotne skutki, tj. powstaje państwo słabe, nie mające oparcia w społeczeństwie.

Sprzeciw ZMW RP wywoływało łamanie swobód obywatelskich. Wobec procesów brzeskich pisano w „Wiciach”: „Brześć to już nie tylko słuszny czy niesłuszny akt polityczny – /…/ to /…/ sprawa poniewieranej godności człowieczej. I nie tylko godności jednostek /…/, ale i /…/ narodowej. /…/ tragedia brzeska dokonywała się w budynku /…/ państwowym i urągała pojęciom praw w państwie obowiązującym”. Równie mocno krytykowano podniesienie wieku nabywania prawa wyborczego do 24 roku życia, zmianę ordynacji na niekorzystną dla opozycji itp.

***

Władze sanacyjne robiły co mogły, żeby utrudnić działalność „wiciarzy”. Zakazano szkołom i innym instytucjom udostępniać im sale na zebrania, policja nachodziła działaczy i próbowała ich zastraszyć. Władzom samorządowym zabroniono przyznawać dotacje na inicjatywy, które współtworzyli młodzi ludowcy.

Wiele kół terenowych zlikwidowano, a majątek skonfiskowano (np. w 1933 r. tylko w pow. limanowskim rozwiązano 47 kół), zabraniano organizowania jakichkolwiek imprez publicznych. Uniemożliwiano rejestrowanie kół nowych – np. 50 kół na początku lat 30. w Lwowskim; w 1937 r. w tym samym regionie, na 78 zgłoszonych, władza zatwierdziła 8. W 1931 r. rozwiązano administracyjnie całą strukturę małopolską, która po jakimś czasie wznowiła działalność w formie spółdzielni oświatowej i przetrwała dwie próby likwidacji, podobnie jak Lubelski ZMW.

Na Zamojszczyźnie w 1936 r. dokonano brutalnej pacyfikacji wsi, gdzie aktywny był ruch ludowy – szczególnie ostro traktowano „wiciarzy” (zlikwidowano 39 kół Związku), doprowadzając do zaniku działań wskutek zastraszenia ludności. Działacz wojewódzki z Małopolski, Narcyz Wiatr, został uwięziony w Berezie Kartuskiej. Wielu działaczy trafiało do aresztów, zdarzały się prowokacje i pobicia. Cenzura ingerowała w gazety młodych ludowców, konfiskowano całe nakłady czasopism (np. „MML” zablokowano 11 numerów na 72 wydane za sanacji).

„Wiciarze” stanowili rdzeń akcji protestacyjnych na wsi w latach 1936-37 – wieców, demonstracji i wielkiego strajku chłopskiego. Młodzi ludowcy często pełnili funkcję patroli ścigających łamistrajków wiozących płody rolne na sprzedaż, licznie brali udział w potyczkach z policją. Urzędnik z Krakowa raportował: „Między najagresywniejszymi terrorystami i przywódcami bojówek byli wychowankowie UL w Gaci”. Jednak to policja zamordowała w sumie pięciu działaczy ZMW RP podczas tych protestów. Po zakończeniu strajku, „wiciarze” organizowali akcje pomocy ofiarom prześladowań i ich rodzinom. „Wzruszenie ogarniało /…/ gdy na pola /…/ aresztowanych za udział w strajku chłopów, maszerowały gromady chłopców i dziewcząt z koła /…/ »Wici« pomagać osamotnionej żonie lub matce /…/. Pracowali bez wynagrodzenia z gorliwością i zapałem, bo to była jakaś święta praca” – wspominał S. Malawski. Z kolei Solarz dokumentował łamanie prawa przez siły rządowe podczas strajku, aby ludowcy mogli w parlamencie przedstawić raport w tej sprawie.

***

W ZMW RP dość popularny był antyklerykalizm, często spotykany w całym ruchu ludowym. Krytyce poddawano faktyczne i wydumane postawy kleru – nadmierne bogacenie się, wspieranie warstw posiadających, porzucenie „ideałów chrystusowych” itp. Byli też w „Wiciach” nieliczni, lecz wpływowi działacze, którzy atakowali sam katolicyzm. Wieloletni kierownik ZMW RP i redaktor „Wici”, Niećko, oskarżał Kościół o wykorzenienie przemocą z Polski religii pogańskiej, opartej wedle niego na demokracji, łagodności, braterstwie i współbytowaniu z przyrodą. Uważał, że należy wrócić do dawnych form, rytuałów i postaw, propagował zastępowanie chrześcijańskiego wymiaru świąt nową, „pogańsko”-ludową formą celebracji.

Z kolei kler, nierzadko w środowisku wiejskim związany z ziemiaństwem, negatywnie reagował na program „wiciarzy”, widząc w nich kogoś na kształt bolszewików. Poza tym na wsi toczyła się walka o rząd młodzieżowych dusz między plebanią i organizacjami katolickimi (głównie Stowarzyszeniem Młodzieży Polskiej) a młodymi ludowcami.

To wszystko złożyło się na dość wrogi stosunek Kościoła wobec ZMW RP. Biskup kielecki Augustyn Łosiński już w 1929 r. potępił „Wici” jako organizację „bezbożniczą”. Rok później z podobną krytyką wystąpiła konferencja biskupów. To sprawiło, że w wielu parafiach księża atakowali lokalne koła „wiciowe”. Na początku 1936 r. prymas Polski August Hlond ogłosił list pasterski, w którym pisał, że „wiciarze” „/…/ szerzą w duchu bezbożnictwa ordynarny i bolszewicki antyklerykalizm, zalecając zastąpienie katolickiej etyki na wsi etyką świecką i swobodnym obyczajem /…/”. Wkrótce podobne listy pasterskie wystosowali biskupi częstochowski, tarnowski, przemyski i włocławski. Ks. Stanisław Bełch wydał pod pseudonimami dwie broszury, będące atakiem na „Wici”.

Co ciekawe, prymas Hlond, po odwiedzinach delegacji „wiciarzy” z Wielkopolski, na Boże Narodzenie 1936 r. przesłał swoje błogosławieństwo do tamtejszego ZMW (wówczas już należącego do ZMW RP). Wpłynęło to na postawę lokalnego kleru, który w aż 50% był przychylny działaniom młodzieży ludowej – w innych regionach ten odsetek był znacznie mniejszy. Deklaracje tej regionalnej struktury „Wici” potępiały „nadużywanie haseł katolickich i narodowych”, ale głosiły, że „w trosce o trwałość kultury polskiej wobec naporu bolszewizmu z jednej, a neopogańskiego hitleryzmu z drugiej /…/ – zasadę katolickości uznaliśmy za kamień węgielny młodowiejskiego ruchu”.

„Centrala” ZMW RP deklarowała, iż „»wiciowy« ruch młodzieży wiejskiej zasad chrześcijańskich nie podważa, lecz przeciwnie – wzmaga je w życiu jednostkowym i gromadnym /…/”. Tygodnik „Wici” pisał: „ruch wiciowy nie walczył i nie walczy z religią chrześcijańską – natomiast ruch uznaje zasady moralności chrześcijańskiej, co /…/ odróżnia nas od wyznawców materializmu dziejowego”. Krytykowano natomiast dążenia polityczne kleru i jego współpracę z prawicą oraz zamożnymi. M. Szczawińska pisała w „Wiciach” w grudniu 1935 r.: „/…/ widzimy olbrzymią jeszcze dal, jaka nas dzieli od urzeczywistnienia się Idei Jezusowej, choć tyle już lat minęło /…/, gdy tę ideę /…/ głosił i za nią swe życie oddał. O sprawiedliwość walczył, miłość wzajemną wśród ludzi biednych głosząc. Z nimi zawsze był. /…/ Nie z bogaczami”.

Wiele ataków kleru było nieuczciwych bądź opartych na pobieżnej znajomości poglądów „wiciarzy”. Mocno przesadzono np. z opinią o „nieobyczajności”. Właśnie ze względu na stanowisko Kościoła, w środowisku „Wici” nie przeforsowano – mimo dążeń kilku osób i grup – poparcia dla postulatu dopuszczania przerywania ciąży. „Wiciarze” w wielu miejscowościach propagowali urządzanie bezalkoholowych nie tylko wesel, chrzcin i pogrzebów, ale także zabaw ludowych.

Można spotkać także środowiska kościelne przychylne „Wiciom”. Tacy byli np. jezuici związani z periodykami „Sodalis Marianus” i „Wiara i Życie”. Z kolei pismo „Ruch Katolicki”, związane z Akcją Katolicką, w 1937 r. ripostowało wspomnianemu ks. Bełchowi: „/…/ zna ruch wiciowy tylko z pisma »Wici«, czytanego przy /…/ stoliku w mieście. Niech /…/ przyjedzie na wieś, /…/ obejmie funkcję proboszcza, jako odpowiedzialnego duszpasterza /…/, niech zacznie pracować /…/, prowadzić parafię, stowarzyszenia parafialne, akcję charytatywną, niech się zetknie bliżej z wiciarzami, a w ten czas zacznie innymi oczyma patrzeć na ten »konflikt«”.

Z kolei znany kapłan-społecznik, ks. Jan Zieja, nie tylko pozytywnie oceniał większość działań „wiciarzy”, ale także uczestniczył w ich konferencjach programowych, publikował w „MML”, przyjaźnił się z Solarzem. Dostrzegał negatywne z punktu widzenia Kościoła wpływy „patronów wolnomyślnych” na ZMW RP, ale zwracał uwagę na zbyt słabą pracę kapłanów w środowisku wiejskim oraz złe świadectwo, jakie Kościołowi i chrześcijaństwu wystawia zachowanie niemałej ilości księży.

***

Z /…/ organizacjami opartymi na zasadach faszystowskich /…/ – jak: /…/ endeckie, /…/ komunistyczne itp. – ruch wiciowych nie będzie współpracował” – głosiła uchwała Zarządu Głównego ZMW RP z 2-3 maja 1936 r. Wyraża ona wierność demokratyzmowi oraz wskazuje na kluczowe podziały polityczne.

Nasza idea odmienna od idei Dmowskich i faszyzmów wszelakich” – pisał S. Ignar w „Wiciach”. Nacjonalizm uznawano za doktrynę „ciasną”, opartą na nienawiści i wykluczaniu, zaś jej zwolennikom zarzucano niechęć wobec demokracji i dążenia totalistyczne. Uważano, że hasła endeków są kamuflażem dla interesów warstw posiadających i chęci blokowania reform społecznych. Zarząd Główny ZMW RP w uchwale z maja 1936 r. stwierdził, iż: „/…/ to, co się reklamuje w Polsce i w innych krajach jako ruch narodowy – jest tylko ruchem politycznym pewnych grup i warstw społecznych o celach wyraźnie klasowych – które, poza parawanem /…/ haseł i idei narodowej, dążą do zrealizowania /…/ programu wstecznego pod względem politycznym, a przede wszystkim społecznym i kulturalnym”. Z kolei „MML” uważała, że „Jednym z pierwszych czynów zwycięskiej endecji byłoby zgniecenie wszystkich ruchów i strzaskanie wszelkich organizacji”. To samo pismo w 1936 r. głosiło, że celem narodowców jest „Zacząć awanturę pod przykrywką walki z Żydami, uderzyć potem na »komunistów«, to znaczy cały obóz ludowy i socjalistyczny, rozbić go – i hulaj dusza! – faszyzm swój, narodowy, endecki zaprowadzić! Wtedy już wszystko poszłoby gładko i składnie, chłopa bierze się za pysk, robotnikowi kajdanki”. T. Rek dodawał, że „W nienawiści rasowej chcą utopić całą dążność mas chłopskich do rzeczywistych i koniecznych zmian ustrojowych”.

Początkowo w łonie ZMW RP pojawiały się sporadyczne wypowiedzi krytyczne pod adresem Żydów, dotyczące konfliktu interesów ekonomicznych, głównie w sferze handlu i kredytów. Jednak coraz częściej podkreślano, iż Żydzi stanowią, tak jak Polacy, zbiorowość zróżnicowaną ekonomicznie, są zatem wśród nich wyzyskiwacze oraz wyzyskiwani. Przede wszystkim uważano, że rozwiązaniem konfliktu ekonomicznego nie jest walka narodowo-rasowa z Żydami, lecz zmiany w systemie gospodarczym. Wiosną 1937 r. „Wici” pisały: „/…/ wrogami chłopa i organizacji chłopskich są też Żydzi, ale nie ci spośród Żydów, którzy żyją, podobnie jak my, w nędzy i ciemnocie, jeno Żydzi kapitaliści, przemysłowcy i obszarnicy. Ale takimi samymi wrogami chłopów i organizacji chłopskich są kapitaliści, przemysłowcy i obszarnicy innych wyznań religijnych czy /…/ pochodzenia narodowościowego”. J. Dusza na łamach „Znicza” przekonywał, że wśród Żydów „/…/ tak jak i w innych grupach narodowościowych, obok proletariatu i ludzi uczciwie na chleb zarabiających, zobaczymy ludzi wyzysku żyjących z krwi i potu ludzi pracy. /…/ [Tym] drugim musimy wydać ostrą i bezwzględną walkę /…/ nie dlatego, że są Żydami, ale dlatego, że są wyzyskiwaczami, tak samo jak walczyć się musi z wszystkimi innymi wyzyskiwaczami, chociażby byli patentowanymi Polakami.

Podobne stanowisko zajmowano wobec innych mniejszości narodowych. Szczególnie słowiańskie, w znacznej mierze „chłopskie”, z Kresów, traktowali „wiciarze” jako pobratymców. W odniesieniu do Białorusi głoszono koncepcję federacji obu krajów. Twierdzono, że wszelkie szykany i naciski przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych. Uważali, że Ukraińców należy z Polską związać przyznaniem swobód kulturowych i religijnych oraz autonomii politycznej. „Znicz” pisał: „Przeciwstawienie nacjonalizmowi ukraińskiemu nacjonalizmu polskiego do niczego nie doprowadzi. Pogłębi tylko istniejącą przepaść. /…/ Polska Ludowa musi uwzględnić na tym terenie jednakowo potrzeby chłopa polskiego i ukraińskiego”. Ale zasada działała w obie strony. T. Rek pisał w „Wiciach”, że „jak /…/ zwalczamy szkodliwy nacjonalizm polski, tak też uważamy za zgubny nacjonalizm innych narodowości, pozostających w granicach państwa polskiego. Nacjonalista ukraiński, białoruski, litewski czy żydowski /…/ swoją nieobliczalną działalnością leje wodę na młyn polskich ugrupowań nacjonalistycznych i przynosi ogromną krzywdę i swojej narodowości, i /…/ całemu społeczeństwu”.

***

ZMW RP zajmował negatywne stanowisko również wobec komunistów. Kluczową rolę odgrywały zarzuty o postawy antydemokratyczne, dochodziła też krytyka uzależnienia od ZSRR i tamtejszego zamordyzmu. Swoje zrobiły zajadłe ataki werbalne komunistów na „wiciarzy” i agraryzm, stosowanie takich określeń, jak „wiejska burżuazja”, „sługusy sanacji”, „ludofaszyzm” etc. Po 1936 r., wraz ze zmianą dyrektyw Stalina, stonowano je, a nawet próbowano przekonać „wiciarzy” do tzw. frontu ludowego.

ZMW RP negatywnie oceniał zarówno idee, jak i taktyczne wybiegi komunistów. Uchwała Zarządu z 2-3 maja 1936 r. głosiła: „Hasło tzw. frontu ludowego dla obrony demokracji przed faszyzmem /…/ jest wyrazem zmiany taktyki na drodze do przenikania i opanowywania ruchów demokratycznych celem zepchnięcia ich w łożysko ideologii wytyczonej ze stanowiska politycznej racji stanu Rosji Sowieckiej. /…/ Komunistyczna akcja, z jej obłudnymi i prowokacyjnymi metodami – będzie ze specjalnym naciskiem zwalczana na równi z akcją klerykalno-endecką i sanacyjno-faszystowską. Kolejna uchwała mówiła: „/…/ potępiamy nieuczciwą taktykę komunistów, którzy pod osłoną haseł demokratycznych usiłują w nieświadomych masach wywołać odruchy, za które krwią i więzieniami płacą niewinni, gdy /…/ inspiratorzy pozostają w ukryciu”. Mazowiecki ZMW przestrzegał członków przed współpracą z komunistami. Na początku roku 1937 z ZMW RP usunięto sporo osób znanych z sympatii komunistycznych oraz rozwiązano kilka kół terenowych, w których silne wpływy mieli komuniści.

Na łamach „Znicza” ZSRR wraz z hitlerowskimi Niemcami i faszystowskimi Włochami potępiano jako systemy totalistyczne. Stwierdzano, że „komunizm jest sprzeczny z naturą ludzką” i że należy odrzucić idee komunistyczne „tam bowiem, gdzie program ich został wykonany, idea sprawiedliwości społecznej nie została zrealizowana, ucisk i wyzysk mas chłopskich dalej pozostał na porządku dziennym”. J. Borkowski pisał: „Nawet najbardziej lewicowi działacze ruchu wiciowego ogłaszali w tym czasie [II poł. lat 30. – przyp. R. O.] artykuły odgradzające się od bolszewizmu lub potępiające stalinowskie metody rządzenia”. Znamienne są opinie z „Chłopskiego Życia Gospodarczego” (organ Łódzkiego ZMW), najbardziej lewicowego spośród periodyków środowiska „wiciarzy”. N. Kasperek stwierdzał, że „ruch ludowy w Polsce idzie drogą /…/ samodzielną, nie wzorując się ani na komunizmie, ani też na endeckim faszyzmie”. J. Orchowski dodawał: „socjaliści i ludowcy nie chcą mieć z komunistami nic wspólnego”. O sowieckich sowchozach pisano, że ten sposób gospodarowania „jest źródłem panowania jednostki (komisarza) nad masami, czyli wraca mimo woli do formy kapitalistycznej”.

Potępiano sowiecką przemoc, przymusowe tworzenie kolektywów rolnych, brak demokracji i swobód obywatelskich. Marksizm krytykowano za apoteozę rewolucji i wyolbrzymianie znaczenia proletariatu. Negatywnie oceniano biurokrację, scentralizowanie podejmowania decyzji.

Najbliżej, oprócz Stronnictwa Ludowego, było „wiciarzom” do PPS-u i jego młodzieżowych organizacji, jak OMTUR. Łączyły ich ideały sprawiedliwości społecznej i radykalnych reform socjalnych. W robotnikach widzieli naturalnych sojuszników. Z jednej strony, co prawda, mieli oni łatwiejszy dostęp do wielu dóbr, z drugiej zaś byli – inaczej niż chłopi – wyzuci z własności środków produkcji. Ideał Polski Ludowej miał się ziścić właśnie we współpracy z lewicą stojącą na gruncie patriotyzmu i niepodległości Polski. Wiele zrobiono dla zadzierzgnięcia takiego sojuszu – spotkania, wzajemne przedruki artykułów programowych, wspólne imprezy (np. zorganizowana przez Łódzki ZMW na stadionie Robotniczego Towarzystwa Sportowego w Łodzi).

***

Rozwój sytuacji przyspieszył udział „wiciarzy” w „wielkiej polityce”. Mieli oni znaczny wpływ na powstanie zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Już po połączeniu chłopskich ugrupowań kładli nacisk na jedność, zwalczając rozłamy oraz zadawnione waśnie. Uważali, że wieś musi mówić jednym głosem, gdyż w przeciwnym razie przegra swoje interesy. Walny Zjazd ZMW RP w 1931 r. uznał SL za jedyną polityczną reprezentację ruchu ludowego.

W połowie lat 30. „wiciarze” wyrośli na czołowych teoretyków partii ludowej, a wkrótce zaczęli się liczyć w jej władzach. Po kryzysie i mini-rozłamie w SL, latem 1935 r. pięciu działaczy ZMW RP zostało dokooptowanych do Naczelnego Komitetu Wykonawczego partii. To jeszcze bardziej zwiększyło ich wpływ na stronnictwo, doprowadzając do jego radykalizacji programowej i praktycznej. Było to możliwe także dzięki wsparciu, jakie uzyskali od działaczy starszego pokolenia, m.in. Ireny Kosmowskiej, Stanisława Thugutta i Macieja Rataja. Ten ostatni wspominał: „Na całość ruchu ludowego Wici wywarły wielki wpływ i tego się wcale nie wstydzę”. Wkrótce deklaracje ideowe dość skostniałego SL zaczęły zawierać postulaty żywcem skopiowane od radykalnych „wiciarzy”, zwłaszcza w kwestiach społeczno-gospodarczych. Starosta powiatu tarnobrzeskiego pisał w raporcie do władz centralnych: „/…/ po ostatnich wypadkach strajkowych można twierdzić, że nie SL wywiera wpływ na związek »Wici«, ale odwrotnie”.

Liderzy ZMW RP negatywnie oceniali „politykierstwo” starszego pokolenia ludowców. J. Grudziński krytykował „wiecowy” i sloganowy sposób uprawiania polityki przez „starych”: „Dziś, gdy na kartce wyborczej można budować najwyżej /…/ domek z kart, słowo musi /…/ uczyć /…/ dokonywania zbiorowym wysiłkiem faktów, z których każdy /…/ będzie szczeblem rozwojowym w jakiejś dziedzinie życia wsi /…/”. S. Świetlik stwierdzał: „/…/ koła Stronnictwa Ludowego należałoby /…/ oczyścić z »polityki«, polegającej na intrygowaniu, zaszczepianym przez »wodzów« wzajemnie się zwalczających. Natomiast zaszczepić nieco więcej troski o społeczne życie wsi”. Krytykę budziły także niektóre inicjatywy polityków starszego pokolenia. Młodzi negatywnie oceniali np. próby pozyskania SL do centroprawicowego Frontu Morges.

„Wiciarze” niejednokrotnie protestowali przeciwko przedmiotowemu traktowaniu młodzieży ludowej. W 1933 r. w specjalnej odezwie pisali: „/…/ uważamy za niewłaściwe i szkodliwe dla Związków Młodzieży Wiejskiej czynienie z /…/ ich ogniw organizacyjnych terenu akcji politycznej i posługiwanie się nimi przez Stronnictwo Ludowe /…/ i jego działaczy jako instrumentem do /…/ doraźnych celów politycznych”. A. Bień po latach wspominał: „Ruch »wiciowy« pragnął ukształtować nowy typ chłopa-obywatela, który będzie czuł swą odpowiedzialność za rozrost całego polskiego dobytku, a nie tylko tej jego części, którą można zmieścić w komorze, stajni, stodole. To się wielu – również ludowcom – nie podobało. W różny sposób próbowali nas rozbijać, wyciszać, ku sobie kaptować”.

„Wiciarze” byli przekonani, że nową wieś trzeba tworzyć „od dołu”, oni sami zaś mają być cząstką ruchu społecznego, nie zaś „partyjniakami”. Patrzono im zresztą na ręce. Maria Maniakówna pisała: „Baczmy, by koledzy nasi w zapamiętaniu, w ostrej walce partyjnej, do sprawiedliwej Polski poprzez krzywdę ludzką nie szli”.

***

Światopogląd członków ZMW RP można określić jako „agraryzm wiciowy”, w odróżnieniu od pokrewnej, lecz odmiennej wersji, jaką był „agraryzm środkowoeuropejski”. Ten ostatni reprezentowali głównie działacze ludowi z Czechosłowacji, Jugosławii i Bułgarii, zwłaszcza Słowak Milan Hodża oraz Czech Antonin Švehla. Hodża twierdził, że chłopi są specyficzną warstwą społeczną, na co składają się trzy filary: tradycja religijna (wieś jest mocniej przywiązana do wartości religijnych niż miasto), rodzina (silne więzi rodzinne i poczucie wspólnoty, w przeciwieństwie do miejskiego indywidualizmu i atomizacji) oraz poczucie porządku społecznego.

„Wiciarze” znali idee agrarystyczne już przed rozłamem w CMZW. Zarówno wtedy, jak i później współpracowali z agrarystami czeskimi i innych krajów w ramach Słowiańskiego Związku Młodzieży Wiejskiej. Dokonali jednak wieloaspektowej refleksji, nadając tej doktrynie nowy kształt, bardzo odmienny od koncepcji „ojców-założycieli”.

„Wiciarze” kładli nacisk na inne aspekty chłopskiego bytowania. Podkreślali wartość i znaczenie pracy na łonie natury. To właśnie bytowanie wśród przyrody, w rytmie pór roku, decydowało o specyfice chłopskiej postawy, uodparniając mieszkańców wsi na postulaty utopijne oraz „miejskie” myślenie w kategoriach dychotomii i skrajności. Z przyrodą – bardziej niż z wierzeniami religijnymi – wiązał się „mistycyzm” chłopów i niechęć wobec doktryn materialistycznych, nawet gdy dystansowali się wobec instytucji kościelnych.

Drugim elementem, na który zwracali uwagę, było prowadzenie gospodarstwa rolnego. Taka forma własności uczyła chłopów indywidualizmu, poczucia wolności, odpowiedzialności i roztropności oraz polegania na sobie. Nie wiązała się ona z wyzyskiem i żerowaniem na innych, gdyż każdy gospodarował „na własnym”. Dodatkowo jednak – to trzeci istotny czynnik – uczyła współpracy. Efektywna uprawa ziemi i hodowla zwierząt wymagały współdziałania całej rodziny, a wiele zadań realizowano w obrębie wsi w szerszym kręgu – w „gromadzie”, czyli całej lokalnej społeczności lub jej znacznej części.

W efekcie powstawał splot jednostkowej niezależności (antyteza komunistycznego kolektywizmu), silnego zakorzenienia we wspólnocie (przeciwieństwo liberalnego indywidualizmu) oraz „rdzennej” demokracji i samostanowienia (przeciwieństwo konserwatyzmu). I. Solarz przekonywał: „Drobne gospodarstwo chłopskie chowa w sobie dziwną tajemnicę łagodzenia /…/ przeciwieństw /…/, jakie niepokoją i wywracają dotychczasowy ustrój społeczno-gospodarczy, przeciwieństw między pracą a posiadaniem i rozporządzaniem owocami tej pracy /…/. /…/ wszyscy są i przy pracy, i przy rządzeniu, sprawiedliwie dokonuje się rozdział świadczeń i korzyści. Jest to wartościowy psychicznie podkład pod zrzeszeniową dobrowolną organizację w nowym ustroju”.

Chłopi stanowili wówczas znakomitą większość społeczeństwa, a sama wieś – terytorialny „rdzeń” państwa. A także jego biologiczny fundament z racji produkowania żywności. Splot czynników obiektywnych (liczebność, znaczenie społeczno-gospodarcze) z subiektywnymi (chłopski etos i styl życia), sprawiał zdaniem agrarystów, że chłopi powinni mieć dużo większe znaczenie w państwie. W. Furmanek głosił w „Wiciach”: „Twórcą ustroju sprawiedliwego może być tylko człowiek pracy twórczej, a przede wszystkim człowiek tworzący chleb wespół z ziemią i przyrodą całą”. W „Zniczu” pisano: „Różnym kierunkom polityczno-społecznym, jak liberalizm, socjalizm, komunizm itp. przeciwstawiamy /…/ nowy kierunek, rodzący się obecnie z żywiołową siłą /…/ Ziemia, chłop-człowiek i jego stosunek do świata – oto rusztowanie, około którego mamy wznosić gmach nowego światopoglądu”.

***

Początkowo agraryzm bazował na ogólnikowych postulatach poprawy ekonomicznej sytuacji wsi, zwiększenia politycznego znaczenia chłopów, nasycenia kultury narodowej wartościami kultury ludowej. Zmiana miała nastąpić dwutorowo. Państwo powinno przeprowadzić reformy, a sama wieś musi dokonać olbrzymiej pracy społecznej oraz nabrać wiary w siebie i zmienić złe nawyki. Od państwa „wiciarze” domagali się głównie reformy rolnej, rozwoju szkolnictwa dla młodzieży wiejskiej, działań na rzecz modernizacji upraw i hodowli, różnych gwarancji instytucjonalno-ustawowych. Sami zaś zamierzali dołożyć starań, aby wieś zreformować „od dołu”. Uchwała Zarządu Głównego ZMW RP ze stycznia 1933 r. głosiła: „Mamy dążyć i pracować nad tym, aby we wspólnym i wielkim gospodarstwie, jakim winna być Polska, nie było uprzywilejowanych i wyzyskiwanych, przesyconych i głodnych, aby praca wszystkich warstw i zawodów, a więc i praca drobnych rolników – była należytą opieką otaczana i sprawiedliwie wynagradzana”.

Szybko jednak okazało się, iż strukturalne zmiany wsi są znikome (niewielka skala i tempo reformy rolnej), a zamiast rozwoju demokracji sanacja ogranicza prawa obywatelskie. Kryzys gospodarczy końca lat 20. i początku 30., szczególnie dotkliwy na wsi, rozwiał z kolei złudzenia, że pozytywne przeobrażenia są możliwe w ramach kapitalizmu. Walny Zjazd z lata 1933 r. deklarował, że kapitalizm jest źródłem nędzy i wyzysku, opiera się na ugruntowaniu nierówności i niesprawiedliwości w podziale dóbr. Postulowano, aby ziemię uprawną jako podstawę bytu społecznego i gospodarczego oddać tym, którzy ją uprawiają. J. Dusza na łamach „Wici” grzmiał: „Zbudowane chłopskimi rękami szlacheckie pałace i magnackie zamki przemienić się muszą w chłopskie uniwersytety i domy kultury”. S. Słupek w „Zniczu” pisał: „warstwy tzw. wyższe (szlachta, kler, część mieszczaństwa) w ciągu wieków przyzwyczaiły się /…/, że chłop wiecznie ma na kogoś robić /…/, w chwili obecnej toczy się zażarta walka /…/ z każdym przejawem samodzielności ruchu chłopskiego”. W. Bieniasz oznajmiał w „Wiciach”, że „My, dzisiejsze pokolenie wsi – zaczynamy zdobywać się na odwagę /…/ samodzielnego myślenia i robienia w gromadzie dla gromady. Bez opiekunów i patronów – i nie dla opiekunów i patronów, ale dla własnej sprawy chłopskiej”. W. Kojder pisał w „Zniczu”: „/…/ wieś szuka własnej, nie wzorowanej na kimś drogi. Na wsi rodzi się potrzeba urządzenia i zagospodarowania Polski po /…/ chłopsku”.

Sedno ideologii agrarystycznej w kwestii roli i znaczenia chłopów dobrze streścił W. Piątkowski: „Założenie, iż związek człowieka z ziemią określa jego wartości moralne i obywatelskie, implikuje tezę o prymacie politycznym chłopów”. Na łamach „MML” przekonywano zatem: „/…/ agraryzm ma w chwili obecnej najwięcej szans ku temu, aby stać się nie tylko /…/ ideologią całej warstwy chłopskiej, ale również ideologią Polski /…/”.

***

Nie chodziło bynajmniej o naiwne wizje „rządów wsi”. Z biegiem czasu coraz bardziej krytycznie odnoszono się do popularnych wcześniej koncepcji „rustykalnych”, autorstwa głównie J. Niećki. Wybijający się na czołowego teoretyka ruchu S. Miłkowski krytykował „typowe podejście pewnej kategorii »myślicieli« /…/, którzy wierzą głęboko /…/, że chłop w Polsce ma wielkie posłannictwo dziejowe do spełnienia. Trzeba tylko obudzić w nim twórcze prasiły, odziedziczone po pradziadach, trzeba, aby w masie swojej uczuł ową słoneczność i radość życia /…/ przodków orzących miłośnie i szczęśliwie matkę ziemię, a wszystko inne automatycznie zostanie rozwiązane”.

Krytykowano jednak kulturę miejską i takiż styl życia, podkreślano wartościowe cechy wsi. Ten sam Miłkowski pisał w 1935 r.: „Agraryzm jest /…/ reakcją i protestem przeciwko zbytniej urbanizacji społeczeństwa, a więc odrywania go od ziemi. Jest kierunkiem, który /…/ przeciwstawia się koncentracji ludności w miastach i nie tylko ludności, ale również dóbr materialnych, kulturalnych itp. /…/ Miasto jako sztuczne siedlisko ludzkiego bytowania na przestrzeni dłuższego okresu czasu degeneruje człowieka fizycznie i moralnie, zabija w nim siły twórcze, mechanizuje go”.

Nie należy jednak utożsamiać tych deklaracji z infantylnymi tęsknotami za „rajem utraconym”. Choć „wiciarze” krytycznie oceniali część aspektów rozwoju przemysłu, urbanizacji itp., to uważali, że w gospodarce rolnej należy wdrożyć wiele technologii, które ułatwiłyby osiąganie dobrych efektów pracy, uczyniły ją lżejszą, pozwoliły chłopom sprawniej współpracować itp. Uznawano, że Polska powinna być przede wszystkim krajem agrarnym, z dominującą produkcją i przetwórstwem płodów rolnych. Jednocześnie z dużym uznaniem przyjęto budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego, jako krok do rozwoju kraju oraz sposób na „wchłonięcie” przez przemysł nadwyżki ludności z terenów wiejskich.

W przełożeniu na język konkretów wszystko to przybierało ciekawe postaci. „Wiciarze” postulowali m.in. dekoncentrację przemysłu i instytucji publicznych oraz nakładów budżetowych. Chodziło o częściowe przeniesienie do średnich i małych miast, aby prowincjusze mieli do nich równomierny dostęp, zaś wielkie aglomeracje przestały odgrywać dominującą rolę kulturową i gospodarczą. S. Młodożeniec pisał w „MML” w 1935 r.: „Wszelkie dobra materialne i kulturalne, które ześrodkowały się w zaduchu wielkomiejskim, będą równomiernie rozprowadzone po całym kraju”. Same miasta postulowano przekształcić tak, aby powiększyć tereny zielone, promować indywidualne domy z ogródkami itp. Zamiast wielkich skupisk ludności, proponowano tworzenie mniejszych ośrodków, w formie tzw. miast-ogrodów, dogodnie skomunikowanych, lecz oddzielonych terenami leśnymi i wiejskimi.

Z kolei kulturę narodową „wiciarze” chcieli nasycić wątkami zaczerpniętymi z kultury ludowej. Nie chodziło o powierzchowną chłopomanię, lecz o dostrzeżenie lekceważonych aspektów ludowego dorobku. Pozwoliłoby to tchnąć nowe siły w kulturę narodową i powstrzymać tendencje kosmopolityczne. Uchwała Zarządu z 2-3 maja 1936 r. głosiła: „Ruch wiciowy /…/ nawiązujący do rodzimych pierwiastków kultury ludowej – mimo że /…/ wychodzi z pobudek klasowych, w istocie swojej ma charakter najbardziej narodowy. Na tych bowiem rodzimych pierwiastkach kultury ludowej musi się oprzeć budowa nowej kultury narodowej i odnowa życia polskiego /…/”. „Wiciarze” mocno akcentowali „swojskość” kultury ludowej i jej narodowy charakter. Uważali, że chłopi najlepiej „przechowują” wzorce składające się na polskość, gdy inne warstwy i środowiska ulegają trendom kosmopolitycznym.

Przeciwstawianie się /…/ treściom kulturowym reprezentowanym przez inne warstwy społeczne nie było /…/ sprzeczne z /…/ ideą wspólnego tworzenia kultury narodowej. Miało tylko przyczynić się do ustalenia właściwych proporcji udziału w niej kultury chłopskiej, którą oceniano za pomocą takich kryteriów, jak: rodzimość wynikająca ze słowiańskiej genealogii, wysoki poziom moralny i etyczny wywodzący się z samej istoty związków z ziemią i charakteru pracy” – tak wizję „wiciarzy” podsumowują M. Drozd-Piasecka i W. Paprocka.

***

/…/ teza agrarystów wiciowych [głosiła], iż demokracja polityczna w najgłębszym znaczeniu tego terminu zakłada istnienie demokracji ekonomicznej, ponieważ nierówności ekonomiczne ograniczają demokrację polityczną /…/” – pisze W. Piątkowski. Oprócz moralnego wymiaru biedy i wykluczenia, bardzo istotny był dla „wiciarzy” właśnie aspekt społeczno-polityczny tych zjawisk. Jeśli Polska ma być krajem „obywatelskim” i demokratycznym, musi oprzeć się na niwelacji znacznych różnic w kwestii posiadania osobistych majątków, kontroli środków produkcji oraz wpływu każdego człowieka na własne miejsce w procesach wytwórczych. Z takich przesłanek, wzmocnionych wpływem czynników obiektywnych (kryzys gospodarczy lat 30., ugruntowana bieda na wsi) oraz klimatem epoki (powszechne przekonanie o wyczerpaniu możliwości rozwojowych kapitalizmu), wypływał program gospodarczy agraryzmu „wiciowego”.

Jego sednem była oczywiście „kwestia chłopska”, czyli akcentowanie konieczności stworzenia jak najlepszych warunków dla indywidualnych (rodzinnych) gospodarstw rolnych. Gospodarstwa rolne nie opierają się na wyzysku pracowników najemnych, natomiast ich kondycja zależy od pracowitości, pomysłowości i inicjatywy właścicieli. Na tę ostatnią kwestię negatywny wpływ mają jednak czynniki niezależne od chłopów. Pierwszy to struktura własności ziemi w Polsce. Gospodarstwa były wówczas niewielkie, ich grunty rozdrobnione, brakowało ziemi na potrzeby tworzenia nowych (młode pokolenie). Większość chłopów nie dysponowała warsztatem pracy wystarczającym do godnego poziomu życia, mimo dużej pracowitości oraz wydajności. Dlatego kluczowym postulatem „wiciarzy” była reforma rolna. Nie był to postulat nowy w ruchu ludowym, jednak ZMW RP nadał mu radykalny wymiar.

Deklaracja Walnego Zjazdu z jesieni 1933 r. stwierdzała dość ogólnikowo, iż „/…/ ziemia, jako podstawowy /…/ czynnik w życiu narodu i państwa i jako warsztat, w którym wytwarzane są konieczne dla całego społeczeństwa produkty rolne, winna w ilościach nadających się do racjonalnego gospodarowania należeć do tych obywateli, którzy sami na niej pracują”. Była to zapowiedź odmówienia racji bytu rolnym posiadłościom wielkoobszarowym, bazującym na pracy najemnej. Uchwały późniejsze o dwa lata stwierdzały, iż „własność prywatną środków produkcji, będącej w swej nieograniczonej formie podstawą dzisiejszego ustroju kapitalistycznego, agraryzm uznaje tylko tam, gdzie względy społeczne tego wymagają; w żadnym wypadku nie może ona stwarzać warunków do wyzysku człowieka przez człowieka. /…/ ziemia w całości musi przejść w ręce tych, którzy na niej osobiście pracują. Podstawą przyszłego ustroju rolnego będzie samodzielny warsztat rolny, obrabiany rękoma na nim osiadłej rodziny, jako gwarantujący najwyższą wydajność i łączący w sobie zgodnie element pracy i kapitału”.

Uchwały ZG z listopada 1936 r. domagały się już wprost wywłaszczenia wielkiej własności ziemskiej (prywatnej, publicznej, kościelnej) bez odszkodowania. Konieczność reformy rolnej uzasadniano nie tylko względami społecznymi, lecz także ekonomicznymi. „Wici” pisały, że „drobny rolnik z tej samej powierzchni ziemi potrafi nawet czterokrotnie więcej wygospodarować aniżeli obszarnik” (powoływano się na analizy W. Grabskiego). Nie określono dokładnie obszaru, od jakiego należałoby rozpocząć wywłaszczanie, m.in. dlatego, że każdy region oraz struktura upraw i hodowli miały swoją specyfikę. Dlatego też pojawiły się głosy, że skala reformy powinna być zróżnicowana (zaczynać się powinna powyżej 20, 30 lub 50 ha, zależnie od okoliczności). Nie uważano też, by rozparcelowanie wielkich posiadłości wystarczyło dla znaczącego polepszenia sytuacji wsi – obszar ziemi do podziału oraz ilość bezrolnych i gospodarstw karłowatych nie pozwalały mieć takiej nadziei.

Agraryści uważali, że jedną z przyczyn mizernej kondycji wsi jest pośrednictwo w handlu. Producenci wiejscy otrzymują niewielką zapłatę, jednak konsumenci w miastach płacą drogo, gdyż większość zysku przejmują pośrednicy. Wpływa to na zjawisko tzw. nożyc cenowych – mieszkańcy wsi uzyskują niewielkie stawki za płody rolne, natomiast produkty przemysłowe, które muszą nabywać, są drogie. Utrzymuje to wieś w stanie zacofania ekonomicznego, gdyż poza przetrwaniem nie ma możliwości poczynienia inwestycji, dokonania modernizacji gospodarstw i podniesienia poziomu życia.

Rozwiązaniem problemu powinna być spółdzielczość. „Prywatne pośrednictwo handlowe, będące dzisiaj w przeważnej części podstawą wyzysku i źródłem niewspółmiernego do wysiłków bogacenia się jednostek, musi zniknąć, zaś jego funkcje we wszystkich stadiach i formach przejmie spółdzielczość” – głosiła uchwała Walnego Zjazdu z 1935 r. Rozwój spółdzielczości sprawiłby, że chłop uzyskiwać miał zacznie wyższe dochody. Wkrótce uznano, że spółdzielczość powinna także dostarczać na wieś produkty przemysłowe. Uchwała Ogólnopolskiej Konferencji Przedstawicieli Komisji Gospodarczych SL i „Wici” z jesieni 1938 r. głosiła: „/…/ skoncentrowanie w ludowych ośrodkach dyspozycji obrotu wytworami rolnika może w przyszłości wytworzyć taką siłę gospodarczą, która będzie się mogła przeciwstawić potędze zgubnych dla wsi zmów kapitalistycznych. Tak pojęta spółdzielczość będzie /…/ nie tylko wyrazem wszechstronnego postępu wsi /…/, lecz również /…/ instrumentem walki w dziedzinie gospodarczej i społeczno-kulturalnej w rękach świadomej i niezależnej ludności wiejskiej”.

***

Z owych typowo „wiejskich” przesłanek wypływała znacznie głębsza refleksja „wiciarzy” na tematy gospodarcze. Z tych samych powodów, dla których w rolnictwie poparli indywidualny wysiłek oraz upowszechnienie własności prywatnej, w innych dziedzinach zaproponowano rozwiązania zgoła odmienne. Oprócz rolnictwa i drobnego rzemiosła (które agraryści traktowali z podobną atencją, jak trud rolnika), pozostałe formy pracy w kapitalizmie oparte są na wyzysku i korzystaniu z pracy najemnej. Rozwiązaniem tej kwestii agraryści zamierzali uczynić spółdzielczość. Walny Zjazd ZMW RP z 1-2 listopada 1931 r. deklarował: „/…/ wzrastające zubożenie i nędza /…/ ma źródło w systemie gospodarki kapitalistycznej, opartej na pracy dla zysku. Przeciwstawieniem tego systemu jest rozwijający się ruch spółdzielczy, oparty na wzajemnej pomocy ludzi pracy. Tworzy on nowe formy gospodarki społecznej, gdzie walkę i nienawiść zastąpi współdziałanie, a celem będzie człowiek i jego potrzeby”.

Spółdzielczość miała szybko i namacalnie poprawić kondycję gospodarczą rolnictwa i społeczności wiejskich. Chodziło nie tylko o handel produktami rolnymi i zaopatrzenie wsi w wyroby przemysłowe. Spółdzielcze formy gospodarowania miały na prowincji objąć całą bazę przetwórczą: mleczarnie, chłodnie, przerób mięsa, młyny i piekarnie, a także sektor finansowy (spółdzielcze kasy oszczędnościowo-pożyczkowe) i techniczny (użytkowanie maszyn rolnych, elektryfikacja wsi itp.). W tej kwestii „wiciarze” przywoływali jako wzór znakomite osiągnięcia spółdzielczości wiejskiej w Danii i w Jugosławii.

Ale spółdzielcze wizje nie ograniczyły się do wsi. Związkowy tygodnik pisał: „/…/ ustrój całego państwa winien być oparty na formach spółdzielczych, gdyż spółdzielczość oparta jest na demokratyzmie, na woli członków, ogółu”. W. Fołta na tych samych łamach przekonywał: My spółdzielcy /…/ nie gromadzimy broni, nie stawiamy barykad, nie nawołujemy do rewolucji. Ale dziś już, nie czekając na to, żeby ktoś nam przyniósł poprawę, budujemy nowy świat, świat uczciwszy i lepszy. W „Zniczu” pisano: „W spółdzielczości jest najmocniej zaakcentowana idea miłości bliźniego, walka z wyzyskiem /…/. Spółdzielczość uwzględnia wolność osobistą jednostki, wszystko uzależnia od jej dobrej woli”. Dlatego też spółdzielczość widzieli „wiciarze” jako rozwiązanie ogólnospołeczne. Zwłaszcza w miastach i przemyśle zniosłaby ona wyzysk, umożliwiła wpływ pracowników na całokształt warunków zatrudnienia, odnowiła nadwerężonego ducha współpracy. W „MML” S. Młodożeniec wzywał: „Wszystka więc ziemia – chłopom! Wszystkie inne warsztaty pracy – robotnikom, na zasadach spółdzielczego ładu”. W jego wizji Polska stać się miała Kooperatywną Republiką Ziem i Zawodów.

To wszystko miało się dokonać w znacznej mierze oddolnym wysiłkiem, poprzez świadomą, długofalową pracę coraz szerszych kręgów społecznych na wsi i w miastach. Bardzo krytycznie oceniano pseudospółdzielczość sowiecką, opartą na kontroli państwa i przymusowym udziale, stanowiącą de facto sektor gospodarki państwowej. Krytykowali zamordyzm, skutkujący nie tylko wypaczeniem idei spółdzielczości, ale także mizernymi efektami gospodarczymi, wywołanymi pracą „na siłę”, bez entuzjazmu i zaangażowania oraz wpływu na rzekomo wspólną własność.

„Wiciarze” domagali się od państwa wsparcia spółdzielczości – nie poprzez zakładanie spółdzielni czy inne formy bezpośredniej ingerencji, lecz dogodnego systemu podatkowo-kredytowego, kampanii informacyjnych, rozwoju sektora naukowo-badawczego na potrzeby tej formy gospodarowania etc. Gospodarka miała przybrać charakter „obywatelski” – oparty na dobrowolnym akcesie i udziale, oddolnej kontroli, samodzielności, ograniczeniu do niezbędnego minimum ciał i funkcji biurokratyczno-nadzorczych. Takie stanowisko zbliżało ich do wizji „socjalizmu bezpaństwowego” E. Abramowskiego oraz do koncepcji anarchizmu. Ale tylko zbliżało. Agraryści byli realistami i nie podzielali hurraoptymistycznej oceny natury ludzkiej. Dlatego nie odrzucili potrzeby istnienia instytucji państwowych. Dążyli natomiast do tego, by stworzyć silne i prężne społeczeństwo obywatelskie – świadome swych praw, zdolne kontrolować władzę i wymóc na niej realizację swoich postulatów.

***

Zarówno w kwestii własności ziemskiej, jak i przemysłowej uważali, że jej koncentracja jest szkodliwa, a istniejąca struktura posiadania uniemożliwia przeobrażenia społeczne. Uchwała Walnego Zjazdu ZMW RP z 1935 r. głosiła: „Fabryki, kopalnie, banki, większe obszary lasów oraz zbiorowe jednostki gospodarki rolnej przejdą na własność zorganizowanego społeczeństwa (państwo, samorząd, spółdzielczość)”. Wszelka wielka własność środków produkcji miała zostać wywłaszczona przez państwo bez odszkodowania.

Agraryzm postulował gospodarkę trójsektorową. Kluczowe i strategiczne gałęzie przemysłu i zasoby naturalne – górnictwo węgla i minerałów, zbrojeniówka, koleje, lasy, wedle części „wiciarzy” także główne zakłady hutnicze i chemiczne – miały stanowić własność państwową. Aby ograniczyć etatyzm, marnotrawstwo i biurokrację, powinny mieć one obowiązek dbałości o dobre wyniki ekonomiczne (rozliczane w skali roku), agraryści chcieli także wprowadzić mechanizmy oddolnej, pracowniczej kontroli nad działaniami kierownictw firm (nie sprecyzowano jej formy). Postulowali również wprowadzenie w państwowych przedsiębiorstwach mniejszościowego akcjonariatu pracowniczego, który związałby zatrudnionych z zakładem, a udział w wypracowanych zyskach skłaniał do uczciwej pracy „na państwowym”.

Średnie przedsiębiorstwa produkcyjne i usługowe oraz handel hurtowy i detaliczny, a nawet część placówek oświatowych, kulturalnych i medycznych, miały być domeną stopniowo rozwijającej się spółdzielczości. Tam, gdzie pozostałaby własność prywatna, ważną rolę miały pełnić związki zawodowe. Trzeci sektor, w całości prywatny, obejmowałby rodzinne gospodarstwa rolne oraz wszelkie nieduże firmy indywidualne i rodzinne, czyli rzemiosło, wolne zawody etc.

W ślad za przeobrażeniami w sferze własnościowej powinna iść zmiana systemu politycznego. Agraryści postulowali likwidację senatu i zastąpienie go samorządem gospodarczym – Naczelną Izbą Gospodarczą, który miałby uprawnienia władzy ustawodawczej. W jej skład wchodziliby reprezentanci pracowników, czyli działacze związków zawodowych, liderzy czołowego sektora wytwórczego, czyli spółdzielcy oraz przedstawiciele struktur nadzorujących procesy gospodarcze – samorządu terytorialnego. NIG miał sprawować ogólny nadzór nad gospodarką i w razie potrzeby dokonywać ingerencji, np. w kwestii wysokości cen wybranych produktów, ustalania niektórych płac (np. odpowiednik dzisiejszej pensji minimalnej) i ceł, opiniować wielkość podatków itp. Podejmowałby te decyzje suwerennie, „odbierając” państwu większość prerogatyw w kwestii ingerowania w gospodarkę. Osobnym zadaniem NIG byłoby planowanie gospodarcze. Nie chodziło jednak o „centralne planowanie” w stylu ZSRR, lecz o ustalenie ogólnych kierunków rozwoju gospodarki i najważniejszych branż. Zadaniem NIG miała być m.in. próba zbilansowania możliwości wytwórczych w stosunku do potrzeb konsumentów (np. wsparcie rozwoju branż mało wydajnych, lecz wytwarzających produkty poszukiwane na rynku), rozpoznawanie potrzeb rynku (sondaże wśród konsumentów), szukanie dróg wyjścia z problemów społeczno-gospodarczych (np. w sytuacji bezrobocia NIG mogłaby zwiększyć zakres robót publicznych), tworzenie strategii gospodarowania zasobami ważnych surowców naturalnych. NIG miała posiadać odpowiedniki na niższych szczeblach (województwo, powiat, gmina – Rady Samorządu Gospodarczego), pełniące rolę regionalnych koordynatorów polityki gospodarczej.

Samorząd terytorialny miałby w Izbie być reprezentowany z tego powodu, że to właśnie jego instytucje stanowić powinny struktury koordynujące procesy gospodarcze. Przeniesienie tych zadań na szczebel samorządu podyktowane było chęcią uniknięcia zbytniego zbiurokratyzowania państwa oraz jego omnipotencji, było też kolejnym dowodem potraktowania serio ideałów samorządności. Innym przykładem ostrożności było zalecenie, aby w spółdzielczości oprócz dużych zrzeszeń w danej branży istniały też niezależne mniejsze i średnie spółdzielnie.

Agraryzm „wiciowy” był swego rodzaju „trzecią drogą” między socjalizmem a kapitalizmem. P. Woroniecki dochodzi do wniosku, że „Dążąc do realizacji /…/ dwóch zasad: efektywności oraz sprawiedliwości społecznej młodoludowcy przeprowadzili syntezę najbardziej wartościowych myśli zawartych w doktrynie liberalnej i socjalistycznej. Od socjalizmu agraryzm zaczerpnął ideę ograniczenia własności prywatnej, jeśli wymagają tego względy sprawiedliwości społecznej /…/. Z myśli liberalnej natomiast zaczerpnięto tezę, iż jednostce należy zapewnić maksymalne możliwości rozwoju osobistej inicjatywy i przedsiębiorczości. Agraryzm zweryfikował te założenia wymogiem niestosowania wyzysku wobec drugiego człowieka”. Z kolei A. Golec stwierdza: „Agraryzm miał stanowić zaprzeczenie zarówno skrajnego liberalizmu, jak i socjalizmu, gdyż liberalizm ogranicza rolę państwa do minimum i nie uwzględnia interesów społecznych, socjalizm zaś wyolbrzymia rolę państwa”.

***

J. Zawierucha w 1930 r. apelował w „Wiciach”: „trza, aby luminarze spółdzielczości grube dzieła Abramowskiego nie tylko wydawali na papierze, ale i wcielali w życie – poczynając od siebie”. Rok później uchwała głosiła: „/…/ Zjazd wychodząc z założenia, iż jednym z najbardziej istotnych celów ruchu ludowego jest spółdzielczo-gospodarcze zorganizowanie wsi /…/ – postanawia, iż /…/ młodzież wiejska /…/ powinna się przygotowywać i brać czynny udział w rozbudowie spółdzielczości na wsi”. Zalecano zakładanie przy Kołach sekcji przysposobienia spółdzielczego (miały kształcić młodzież w zakresie spółdzielczości oraz propagować tę formę gospodarowania), wstępowanie do spółdzielni, zakup do „wiciowych” bibliotek książek o tematyce spółdzielczej, prowadzenie prelekcji z tego zakresu i organizowanie wycieczek do spółdzielni.

Członkowie Krakowskiego ZMW w 1935 r. mogli się pochwalić kilkunastoma sklepami spółdzielczymi, podobną liczbą szkółek drzew owocowych, gospodarstw ogrodniczo-warzywnych, punktów zbierania ziół, a także hodowlanym stawem rybnym i spółdzielnią elektryfikacji wsi. W następnym roku stworzyli dwa spółdzielcze stawy, pięć spółdzielni pastwiskowych, dwie elektryfikacyjne i jedną ogrodniczo-sadowniczą. Przy lokalnych Kołach w regionie powstało kilkadziesiąt spółdzielczych punktów skupu jajek, zaczęto organizować zbiorcze transporty z zaopatrzeniem wsi w produkty przemysłowe (węgiel, wapno, cement, nawozy, maszyny i narzędzia). W połowie 1937 r. „wiciarze” z woj. krakowskiego prowadzili 57 różnych spółdzielni, kolejnych 38 było w stadium organizowania, do tego kilkadziesiąt punktów skupu jaj i ziół na potrzeby spółdzielczości, przy 82 Kołach istniał stały system hurtowych, zbiorczych zamówień produktów przemysłowych, w 48 kołach właśnie wdrażano to rozwiązanie.

Podobnie było w woj. lwowskim. Młodzi ludowcy w ramach „Społem” utworzyli 123 spółdzielnie spożywców, co pozwoliło powołać w Rzeszowie nowy okręg organizacyjny tej struktury, przygotowali też magazyn hurtowy „Społem” w tym mieście. W Kraczkowej, Husowie i Białobrzegach członkowie ZMW RP stworzyli spółdzielnie mleczarskie, w Gaci – spółdzielnię koszykarską. Na tym terenie „wiciarze” założyli pierwsze w Polsce: spółdzielcze biblioteki publiczne (w Gaci Przeworskiej i Soninie), spółdzielnię drzewną (w Żołyni), spółdzielnię materiałów budowlanych (w Kraczkowej), a przede wszystkim spółdzielnię zdrowia (przychodnię) w Markowej.

Z innych regionów nie ma dokładnych informacji. Wiadomo, że na Lubelszczyźnie w latach 1935-38 powstały 302 wiejskie spółdzielnie spożywców, a udział „wiciarzy” w ich tworzeniu był znaczny. W Kieleckim ZMW istniało kilkadziesiąt punktów skupu jaj, owoców i runa leśnego dla spółdzielczości, a w samym tylko powiecie Stopnica „wiciarze” założyli 23 spółdzielnie spożywców. Agraryści z Warszawy stworzyli spółdzielnię kinematograficzną, organizującą objazdowe kino na wsi. Wycinkowe dane z „centrali” ZMW RP mówią, że tylko w 1936 r. młodzież „wiciowa” miała udział w tworzeniu 120 spółdzielni spożywców, 15 spółdzielni mleczarskich, 4 betoniarskich, 2 piekarskich, 6 pasiek spółdzielczych, 22 punktów skupu jaj.

Dokonano także wielkiego wysiłku promocyjno-szkoleniowego i analitycznego. Przy zarządzie Związku powołano w 1936 r. Główną Komisję Gospodarczą, która zajmowała się m.in. badaniem możliwości zakładania spółdzielni w „nowych” branżach, m.in. wikliniarstwie, koronkarstwie, ceramice, ceglarstwie, pszczelarstwie. Prasa „wiciowa” zamieszczała liczne artykuły o spółdzielczości, w tym „instrukcje”, jak tworzyć i prowadzić spółdzielnie. Zorganizowano dziesiątki prelekcji poświęconych idei i konkretnym umiejętnościom (np. księgowość spółdzielcza), prowadzonych przez instruktorów ZMW RP i działaczy „Społem”. Władze ZMW RP kilkakrotnie zalecały członkom, aby wszelkie oszczędności deponowali w spółdzielczych „kasach Stefczyka” i zachęcali do tego starsze pokolenie mieszkańców wsi.

J. Dąbrowski pisał w „Zniczu”: „Czy przez zakładanie małych kramików wiejskich, jak spółdzielcze sklepy, zaważymy coś w historii? /…/ Spółdzielczy ruch wiejski /…/ jest i będzie nie lada siłą świadomości społecznej, /…/ źródłem obudzenia i wykształcenia chłopskiej samowiedzy społecznej, a wraz z nią i politycznej. /…/ Spółdzielcze sklep wiejskie /…/ nie zaspokoją głodu ziemi i pracy. Nie obalą w pierwszej fazie rozwoju dyktatur ani kapitalizmu. Nie zrobią tego na początku ani później same placówki gospodarczo-spółdzielcze, ale dokona tego zbiorowy człowiek, którego wykształci spółdzielczość.

***

Słowo „wiciarz” często stanowiło synonim kogoś o wysokich walorach moralnych, uczciwego, zaangażowanego w życie wsi, skłonnego do poświęceń itp. Wiejskich organizacji młodzieżowych było wiele, ale w ocenie zarówno sympatyków, jak i osób postronnych, a nawet wrogo nastawionych urzędników sanacji – właśnie w „Wiciach” znaleźli się najbardziej ideowi i pracowici.

W. Skuza pisał: „W mieście gazety piszą dziś wiele o »zajściach«, strajkach /…/. Przeciętny czytelnik wyobraża sobie, że polityczni przywódcy rozwinęli agitację na wsi, zgromadzili kupę ciemnych chłopów, takich jak to malują na obrazkach. O jak błędnie myśli człowiek, który tak sobie wieś dzisiejszą wyobraża. /…/ na wsi zrodził się nowy typ człowieka. To już nie ten potulny kmiotek, malowany na kolorowo, to nie ten pastuszek śpiewający »ojdanowate« piosenki /…/. Człowiek ten świadomie już wkraczać zaczyna w każdą dziedzinę naszego życia. Ci sami ludzie, którzy wczoraj strajkowali, dziś borykają się z troską o założenie nowej spółdzielni, o wybudowanie nowej drogi, o zwożenie drzewa na Dom Ludowy /…/”.

M. Matosek, wspominając postać „wiciarza” Józefa Rękawka z Jagodnego na Mazowszu, pisał: „Zafascynowała Józefa ich praca z młodzieżą i dla młodzieży, nieustanne obcowanie z przyrodą, miłość do ojczyzny, autentyczny entuzjazm i bezinteresowność”. Inny „wiciarz”, z okolic Puław, stwierdzał: Przesiąkłem po prostu zapałem pracy społecznej, nieraz chciałem odpocząć parę miesięcy i popatrzeć, jak ta praca się prowadzi, lecz nie mogłem. „Wiciarka” z powiatu mieleckiego relacjonowała: „W kole młodzieży wiejskiej widzę większą wartość jak w innych organizacjach, ponieważ /…/ młodzież pracuje pod hasłem miłość, równość i braterstwo, a nie dla różnych ochłapów, jak szklanki herbaty, kiełbasy i tym podobne”. Jeden z „wiciarzy” pisał: „/…/ w tym czasie [połowa lat 30. – przyp. R. O.] pod wpływem silnej organizacji Wiciowej we wsiach ustały bójki, kradzieże, młodzież zajmowała się oświatą /…/”.

„Wiciarz” z Lubelszczyzny opisywał swoją działalność: „/…/ trzeba było iść do Kół na zebrania czy kursy, najczęściej pieszo, przemierzać długą drogę. Boć przecie każdemu wiadomo, iż Zw. »wiciowy« nie jest zasilany przez fundusze państwowe, by sobie pozwolił na szerszą pracę i wyjazdy. A potrzeba jest iść i nieść słowa żywe gromadzie o kulturze wsi, o wychowaniu, o oświacie, o nowem życiu, o przebudowie społecznej i gospodarczej. /…/ Mówimy /…/ o uczciwości, braterstwie, sprawiedliwości. Chcemy wychować młodzież wiejską w nowem piękniejszym życiu. /…/ To też pomimo utrudnienia, jakie nam w przeszkodach stawiają, mimo tylu oszukiwań i zawiedzeń, my jednostki wyrosłe z wsi, nie ustajemy w pracy. I przez to można dziś zaobserwować postęp wśród młodzieży. Dziś, gdy idę z pogadanką do którego z Kół w powiecie, to słyszę coraz więcej głosów świadomych, sił pełnych, by wieś przebudować. I to dodaje sił i ducha.

Jan Wiktor w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” opisywał w 1936 r. zebranie „Wici” w Kraczkowej, przerwane przez policję sanacyjną: „Widzę twarze żywe, rozgorzałe, widzę oczy pełne uniesienia i natchnienia i uzmysławiam sobie, że to nie ten dawny skulony chłop, pokorny wobec kija /…/. W nędzy żyją, ależ jaki w nich zapał, rozmach, żywość”. Akcentowanie godności chłopskiej było jednym z głównych aspektów działalności ZMW RP. Bronisław Majek, „wiciarz” z Mazowsza, tak wspominał pobyt w uniwersytecie ludowym w Szycach: „Poznałem wiele, wiele cennych wartości wsi, która mi się nieraz wydawała rzeczą »najgorszą pod słońcem« i z której marzyłem czasami o »wyrwaniu się« /…/. Poczułem się dumny ze swego chłopskiego pochodzenia, którego się wiele razy wstydziłem /…/. Nauczyłem się cenić wartość ludzi nie po ich zewnętrznym wyglądzie, ale po wewnętrznej i życiowej wartości. Poznałem swą /…/ godność człowieczą i poczułem się równym rozmaitym »inteligentom« czy »półpankom« z miasta, którzy wydawali mi się przedtem ogromnie »wysokimi figurami« /…/. Poznałem swój cel życia i swoje /…/ przeznaczenie i obowiązki. Nauczyłem się cenić swoją godność i honorność chłopską.

***

Agraryzm „wiciowy” był jednym z najpiękniejszych w Polsce przykładów działania publicznego oraz rozwoju ideowego. Stanowił podstawę dynamicznego ruchu społecznego, bardzo licznego i mającego wiele dokonań, mimo iż dysponującego skromnymi środkami. Był też oryginalną, nieszablonową i niedogmatyczną ideologią, która w twórczy sposób, bazując na uważnej i uczciwej obserwacji rzeczywistości, przezwyciężała słabości dominujących nurtów myśli politycznej, stale poddając rewizji także własne założenia, gdy odbiegały od rzeczywistości.

Co szczególnie warte podkreślenia, był ideologią samorodną, powstałą w oparciu o polskie realia, otwartą na doświadczenia innych krajów, lecz niechętną ślepemu naśladownictwu. Był też ideologią tworzoną przez autentycznych działaczy społecznych, nie zaś mędrków-teoretyków; wykuwającą się w doświadczeniu zbiorowego działania. Był wreszcie, co równie warte podkreślenia, ideologią o wyraźnym obliczu klasowym, lecz mającą na uwadze stale akcentowane dobro wspólne.

Choć dziś sytuacja jest diametralnie odmienna niż w okresie działalności ZMW RP, warto pamiętać o „wiciarzach”. Nie tylko jako o ciekawostce z przeszłości czy świadectwie szlachetnych postaw. Prof. Andrzej Lech trafnie bowiem zauważa, że „agraryzm wiciowy /…/ może być w dalszym ciągu atrakcyjny dla tych kręgów /…/, którym nie są obce idee sprawiedliwości społecznej, umiłowania ziemi i przyrody, równości i wolności jednostki /…/”.

P. S. Niniejszy tekst celowo kładzie nacisk na zbiorowy wymiar działalności i dorobku programowego „Wici”, akcentując to, co było wspólne dla całego środowiska lub jego dominującej części. Celowo ograniczony został aspekt personalny, gdyż poglądy i działalność liderów ZMW RP (Józef Niećko, Ignacy Solarz, Stanisław Miłkowski) staną się w przyszłości tematem osobnych artykułów.

Warszawska radykałka

Warszawska radykałka

Więc pozostanie Irena Kosmowska w więzieniu polskim; więzienie rosyjskie poznała już dokładnie przed laty. Rola Ireny Kosmowskiej w dziejach pracy niepodległościowej i w dziejach ruchu ludowego nie będzie /…/ ani pomniejszona, ani zmieniona, wręcz odwrotnie!” – pisał w 1930 r. „Robotnik”, organ Polskiej Partii Socjalistycznej. Osobę wspomnianą w artykule właśnie skazano na 6 miesięcy pozbawienia wolności za nazwanie Józefa Piłsudskiego „obłąkańcem”.

***

Stołeczne mieszkanie państwa Kosmowskich przy Nowogrodzkiej 42 tętniło życiem. Bywali tu m.in. Orzeszkowa, Prus, Świętochowski, Krzywicki i wielu innych myślicieli, publicystów, działaczy społecznych. „Dom Kosmowskich – pisze Regina Kociowa – cieszył się szczególną popularnością /…/ dlatego, że spotykali się w nim ludzie nawet sprzecznych przekonań politycznych i często w dyskusjach znajdowali punkty styczne. Gromadził /…/ wszystkich, którzy dążyli do rozbudzenia życia narodowego, niezależnie od pochodzenia, zamożności lub wyznania”. W takiej atmosferze, 20 grudnia 1879 r. urodziła się córka Kosmowskich – Irena.

Jej matka, również Irena, pochodziła ze średniozamożnej szlachty z Małopolski. Wysłana do szkoły w Warszawie, tam poznała przyszłego małżonka i zamieszkała w stolicy. Prowadziła działalność filantropijną, działała w ruchu krajoznawczym, głosiła idee „pracy dla ludu”, głównie postulaty edukacji niższych warstw społecznych. Jej mąż, Wiktoryn Kosmowski, był lekarzem – absolwentem uczelni w Warszawie i Paryżu. Interesował się systemem opieki medycznej dla ubogich i społecznymi przyczynami chorób. Oprócz komercyjnej praktyki prowadził darmowy punkt lekarski dla warszawskiej biedoty. Założył pismo „Kronika Lekarska”, poświęcone m.in. analizie zdrowotnych skutków złych warunków życia oraz przygotowaniu lekarzy do pomocy biedakom. Był również współtwórcą banku spółdzielczego, propagował samopomocowe kasy oszczędnościowe wśród mieszkańców wsi.

Córka obojga społeczników najpierw pobierała nauki w domu, później uczęszczała do Szkoły Rzemiosł, gdzie ukrywano przed władzami carskimi zajęcia z języka polskiego i historii, pedagogiki, psychologii, nauk humanistycznych. Później wysłano ją do tzw. szkoły gospodarczej w podzakopiańskich Kuźnicach. Miała naśladować matkę – zarządzać gospodarstwem domowym, a jednocześnie prowadzić „pracę dla ludu”.

Ale dziewczyna trafiła w krąg osób, które krytykowały paternalistyczne traktowanie niższych warstw. Zamiast „pracy dla ludu”, głosiły one hasła „pracy z ludem”, upodmiotowienia chłopów i robotników, uczynienia z nich pełnoprawnych obywateli, demokratyzacji życia społecznego. Tak oto stała się „warszawską radykałką” – jak kilka lat później określił ją lider polskich socjalistów, Ignacy Daszyński.

***

Irena podczas nauki w Kuźnicach nawiązała kontakty z przedstawicielami społecznie zaangażowanej elity zaboru austriackiego, często odwiedzającymi Zakopane. Wkrótce została wolną słuchaczką na uniwersytecie we Lwowie. Tam trafiła w krąg kształtującego się ruchu ludowego. Poznała jego twórców – inteligenckie małżeństwo Marii i Bolesława Wysłouchów (wydawali pismo „Przyjaciel Ludu”) oraz chłopskiego działacza Jakuba Bojkę. Efektem tych kontaktów, wzmocnionych o ferment polityczny rewolucji 1905 r., było wyzwolenie się Ireny spod ideowego wpływu rodziców. Jeszcze w 1906 r. została nauczycielką w żeńskiej szkole gospodarczej w Mirosławicach nieopodal Kutna, prowadzonej przez Koło Ziemianek, w którym działała jej matka. Ale wkrótce, widząc rozdźwięk między wielkopańską „łaskawością” wobec ludu a ideami faktycznej emancypacji chłopstwa, porzuciła tę posadę, przerwała też studia.

W działalność społeczną na szerszą skalę zaangażowała się w 1907 r. (niektórzy badacze podają datę o dwa lata wcześniejszą i twierdzą, że Kosmowska działała w radykalno-chłopskim Polskim Związku Ludowym, jednak brak na to „twardych” dowodów). Wówczas powstało „Zaranie” – tygodnik, który radykalna inteligencja oraz działacze chłopscy z Kongresówki założyli w celu propagowania ideałów „uobywatelnienia” ludu. Pismo miało charakter głównie edukacyjny, ale głosiło też hasła równouprawnienia bez względu na status majątkowy i pochodzenie. Propagowało nowatorskie rozwiązania gospodarcze (spółdzielczość) i radykalne przeobrażenia własnościowe, czyli reformę rolną w postaci rozparcelowania wielkich majątków ziemskich między chłopów małorolnych i bezrolnych. „Zaranie” krytykowało to, co wówczas zwano „patronatem”, czyli przewodzenie ludowi przez ziemian, kler itp., opowiadając się za samodzielnością warstwy chłopskiej. Naczelnym hasłem pisma było „Sami sobie” – postulat zarazem praw dla ludu, jak i wezwanie go do działania, zerwania z biernością i liczeniem na łaskę ze strony wyższych warstw społecznych.

Pierwszy numer „Zarania” ukazał się w listopadzie 1907 r. Kosmowską wkrótce zaproszono do współtworzenia pisma. „Przychodziła do redakcji co dzień, siedziała od rana do wieczora i albo pisała tu, albo zastępowała mnie w rozmowach z przyjezdnymi czytelnikami. /…/ Początkowo /…/ pobierała po 25 rubli /…/ pensji, ale to się niedługo skończyło i /…/ całe następne lata pracowała za darmo. Rodzice byli w dostatku, a przy nich i ona, zwłaszcza że była skromna i nie wymagała ani strojów, ani szczególnych wygód” – wspominał redaktor naczelny, Maksymilian Malinowski.

Niebawem została redaktorką działu kulturalno-oświatowego i sekretarzem redakcji. W „Zaraniu” listy od czytelników i odpowiedzi na nie stanowiły ważną część pisma – zajmowały co tydzień 2-4 strony na samym początku gazety! Kosmowska prowadziła też osobistą korespondencję z czytelnikami. „Od wielu chłopów /…/ wiem, jakie znaczenie miały listy pisywane przez Irenę /…/. Miała już wówczas cechę, która później rozwinęła się wybitnie; umiała w każdym człowieku /…/ dostrzec to, co najlepsze, odgadnąć dążenia, podsuwać im wyraz” – pisała działaczka oświatowa i naukowiec, Helena Radlińska.

Efektem jej współpracy ze środowiskiem młodych absolwentów szkół rolniczych była założona w 1911 r. comiesięczna wkładka do gazety, zatytułowana „Świt – Młodzi Idą”, współredagowana przez Kosmowską. Z jej inicjatywy rok później pojawił się dodatek „Sprawy Szkolne”, będący trybuną popularyzowania oświaty ludu, a także forum wiejskiej inteligencji.

Przyciągała do „Zarania” nie tylko chłopów i mieszkańców wsi. W 1913 r. Stefan Żeromski, sławny już wówczas pisarz, przesłał na ręce Kosmowskiej część właśnie tworzonej powieści „Wszystko i nic”, z sugestią nieodpłatnej publikacji w odcinkach. Postawił jeden warunek. Było nim umieszczenie dedykacji: „Pannie Irenie Kosmowskiej jako wyraz braterskiego pozdrowienia, pracę tę składa autor”. Niestety, carska cenzura zablokowała druk utworu.

Inna forma aktywności Kosmowskiej to działalność w Towarzystwie Kółek Rolniczych im. St. Staszica. Powstało ono pod koniec 1906 r. w tym samym środowisku, które utworzyło „Zaranie”. Celem było stworzenie organizacji samopomocowo-ekonomicznej, która reprezentowałyby interesy chłopów. TKR powstał w opozycji wobec Centralnego Towarzystwa Rolniczego, powołanego i kierowanego przez wielkich posiadaczy ziemskich. Kosmowska przez pierwszych kilka lat jego działalności pełniła funkcję sekretarza zarządu oraz propagowała ideały kółek, tj. samodzielność chłopów w gospodarczych przeobrażeniach wsi – spółdzielczość, nowe metody upraw i hodowli, zbiorowy zakup i użytkowanie maszyn rolniczych itp. Przekonała działaczy TKR, że kółka powinny prowadzić również działalność oświatową, m.in. poprzez zakładanie bibliotek i czytelni wiejskich.

Wspominając po latach działalność TKR i „Zarania”, pisała: „Stałam /…/ przy ognisku, przy którym skupiały się /…/ siły polskiego ludu rolnego, gnębionego przez wieki najpierw rodzimą, potem obcą niewolą. Skupiały się przy tym ognisku i rosły siły ludzkiego pragnienia i rwały w przyszłość poprzez żandarmską przemoc, poprzez wrogość klasowych uprzedzeń i interesów, poprzez tamy ciemnoty i nędzy. /…/ Były to warsztaty samodzielnej myśli i dążeń chłopa polskiego /…/, który własną duszę pańszczyźnianą zmógł, /…/ szukał dróg pełnego wyzwolenia /…/”.

***

Była jednym z czołowych piór tygodnika. Rzadko sygnowała teksty nazwiskiem lub inicjałami – przybrała pseudonim „Jasiek z Lipnicy”. Propagowała oświatę ludu, ruch krajoznawczy, a przede wszystkim zachęcała chłopów do samodzielnego myślenia, ośmielała ich w kwestii działalności publicznej.

W jej tekstach znajduje wyraz ideologia radykalno-demokratyczna, wyłożona prostym, konkretnym językiem. Dziś te treści wydają się oczywiste, ale wówczas skutkowały oskarżaniem „Zarania” o wywrotowy charakter. W styczniu 1911 r. pisała np. o nierówności szans: „Wszystkie dzieci przychodzące na świat podobniusieńkie są do siebie, każde /…/ przynosi z sobą /…/ w duszyczce /…/ nasiona utajone różnych zdolności i właściwości i sił, które potem w życiu rozwinąć się mają. Jednemu pójdzie życie tak, że warunki sprzyjać będą rozwojowi tych sił /…/, u innego zmarnieją one w zaniedbaniu. /…/ położenie, majątek pozwalają jednym od małości swobodnie rosnąć i kształcić się /…/, jedni jakby z przyrodzenia bliżej stali tego skarbca, w którym gromadzi się cały dorobek ludzki, inni zaś z trudem i wysiłkiem dobijają się do niego, a do ogółu to i wieść o istnieniu takiego skarbu nie doleci”.

Demaskowała ludzką krzywdę, niesprawiedliwe stosunki społeczne oraz hasła, którymi próbowano przesłonić ów stan rzeczy. Jesienią 1911 r. przekonywała: „W /…/ ujawnioną skargami sprawę trzeba by wniknąć, prawdzie spojrzeć w oczy, rady szukać, a nade wszystko trzeba by przyznać, że skarżący się chłop jest obywatelem mającym prawo głosu, że on już ma swój sąd własny /…/. Czyż nie wygodniej krzyknąć: »Cicho tam, wszystko jest w porządku!«. Ale takie omijanie prawdy się mści – /…/ w takim zaprzeczaniu jej w żywe oczy /…/ zatraca się zaufanie wzajemne ludzi z różnych grup społecznych – ta hałaśliwie broniona »jedność« się zatraca”. Mówiąc, że chłop jest obywatelem, nie podważała jeszcze status quo. Ale głosząc hasła samodzielności tej warstwy, jej prawo do samostanowienia, hasła chłopskiej godności i niezależności, wymierzała policzek temu, co Marks nazwał „myślami klasy panującej”.

Aby chłop miał równą pozycję w państwie, musi być aktywny. Celem nie jest zastąpienie jednego „patrona” – szlachcica czy księdza – innym, lecz demokracja oparta na powszechnym zaangażowaniu. Jesienią 1913 r. przekonywała wiejskich czytelników: „/…/ w Galicji mamy politykę ludowców, ale nie mamy życia ludowego; mamy przywódców, co zabiegają o głosy ludowe, ale nie mamy świadomej woli ludu, bo nie mamy gromady myślącej o życiu własnym, jeno tłum idący za tym przywódcą, który obiecuje więcej wytargować i lepiej skorzystać z okoliczności, a nie wymaga gromadnego wysiłku, /…/ o sobie stanowienia. /…/ będzie milion idących karnie za /…/ przywódcą /…/ – a polskie życie ludowe nie ruszy na krok z miejsca, jeśli każdy ludowiec nie będzie człowiekiem myślącym, /…/ co wyznawane zasady /…/ na każdym kroku w życiu własnym i zbiorowym, obywatelskim wprowadza /…/. /…/ za dużo /…/ mamy przywódców, co robią z nami politykę, a tu trzeba nam samym robić nasze nowe życie.

***

Jednym z kluczowych tematów nurtujących środowisko Kosmowskiej była oświata ludu. Rozumiano, że wiejskiej biedy i marazmu nie zmienią same reformy ekonomiczne. Istotny był także aspekt patriotyczny – szkoła miała związać chłopów z Polską i jej kulturą. Takich funkcji nie spełniały szkoły carskie i placówki zakładane przez ziemian czy duchowieństwo – w jednych nie było mowy o polskim patriotyzmie, w drugich o reformach społecznych i emancypacji chłopów.

Działalność pedagogiczna była oczkiem w głowie Kosmowskiej. W 1909 r. na II Kongresie Pedagogicznym we Lwowie wygłosiła referat o konieczności zakładania szkół rolniczych dla dziewcząt – odbił się on szerokim echem na samym Kongresie i poza nim. Sama marzyła o założeniu takiej placówki oświatowej. I udało się. Przyszły mąż jej kuzynki przeznaczył przed ślubem 6 tys. rubli na cele społeczne, resztę zebrała wśród znajomych i poprzez apele w „Zaraniu”. Zakupiono dworek w Krasieninie (powiat Lubartów) na Lubelszczyźnie. W styczniu 1913 r. zainaugurowano działalność. Mimo kiepskich warunków bytowych, szkoła działała prężnie, prowadząc 11-miesięczne kursy dla wiejskich dziewcząt. Kosmowska dobierała kadry, współtworzyła program, przyjeżdżała z Warszawy prowadzić zajęcia. Wszystko to przerwała I wojna światowa.

***

Środowisko Kosmowskiej łączyło wzorce „pracy u podstaw” z przekonaniem, że Polska nie odzyska niepodległości bez czynu zbrojnego. Swoje zrobiły też osobiste doświadczenia – Kosmowską skazano na półtora roku więzienia za druk w „Zaraniu” eseju o „Weselu” Wyspiańskiego. Karę zamieniono na wysoką grzywnę, jednak trudno było mieć złudzenia, że w takich realiach można dokonać znaczących przeobrażeń. Wyzwolenie społeczne musiało współgrać z wyzwoleniem narodowym.

W 1913 r. we Lwowie wzięła udział w jednym ze zjazdów stronnictw niepodległościowych. Reprezentowała bardziej upolitycznioną część środowiska „Zarania”, które wkrótce współtworzyło piłsudczykowski Związek Chłopski. Kosmowska uczestniczyła w powołaniu Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych. W środowisku młodzieży ludowej prowadziła prace konspiracyjne, była również członkinią tajnej Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego.

Po wybuchu wojny opublikowała w „Zaraniu” wymowny artykuł pt. „Bracia!”. Czytamy w nim: „Wszystkich nas jednakowo dotyka to, co się dziś dzieje, /…/ ale najtrudniej przeżyć te chwile próby naszym braciom robotnikom /…/. My, rolnicy, /…/ co choć po skrawku matki-karmicielki mamy /…/ i we własnej chacie żyjemy, jesteśmy w lepszym położeniu niż /…/ robotnicy. /…/ Pora pokazać, że /…/ zaraniarze to nie sobki, ale /…/ przezorni gospodarze, a dla reszty pracującego ludu polskiego – bracia. Serca i domy nasze otwórzmy /…/ dla tych /…/, co warsztatu pracy, a więc i sposobu do życia są teraz pozbawieni. Wezwijmy ich do siebie i przyjmijmy na wspólną pracę, na wspólne biedowanie, byle razem przetrwać ten ciężki czas – czas próby.

Jesienią 1914 r. powstał prorosyjski Komitet Narodowy Polski, który złożył hołd carowi. Kosmowska napisała i wraz z grupą „zaraniarzy” sygnowała protest, w którym czytamy: „chłopi-ludowcy endecko-pańskiemu samozwańczemu Komitetowi nie przyznają prawa przemawiania w imieniu całego narodu polskiego”. W ten sposób autorka wystąpiła przeciwko własnemu ojcu – Wiktoryn Kosmowski był współtwórcą KNP. Antyrosyjską opcję „Zarania” wyrażały też dwa nielegalne pisma – „Na naszej ziemi” i „Już blisko”. Oba współredagowała Kosmowska. Carska policja wkrótce wpadła na trop tej działalności. W maju 1915 r. aresztowano liderów „zaraniarzy”, w tym Kosmowską. Po czterech miesiącach wywieziono ją do moskiewskiego więzienia na Tagance.

Wkrótce do stolicy Rosji przybyła ciotka, Maria Kozłowska, bardzo zżyta z Ireną. Wysoka łapówka i oficjalna kaucja umożliwiły wyjście na wolność, jednak z zakazem powrotu do Polski. Kosmowska zgłosiła się więc w Petersburgu do Polskiego Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny, gdzie przez prawie dwa lata kierowała Komisją Oświatową, prowadziła kursy dla nauczycielek i pracownic punktów opieki nad dziećmi.

Entuzjastycznie oceniała rewolucję lutową. „/…/ pamiętam te dni, kiedy z frontu masowo wracali żołnierze ze słowami: dość mamy krwi dawanej na carski rozkaz nie wiadomo za co! I mając jeszcze w ręku broń mówili: nie tknę brata, choćby mi kazał pułkownik albo i sam car. /…/ A nie było przy tym rozlewu krwi, tylko spokojna potęga zbudzonego tłumu, który odwiecznym krzywdzicielom powiedział: precz!”.

We wrześniu 1917 r. wyjechała z ciotką do Finlandii, a później przez Sztokholm dotarła po czterech miesiącach do Polski. Przywiozła też 70 polskich sierot, które „podrzuciła” matce, mającej znajomości w organizacjach opiekuńczych.

Po powrocie rzuciła się w wir działalności. Wstąpiła do Polskiego Stronnictwa Ludowego, które skupiło dawnych „zaraniarzy” i inne środowiska chłopskiej lewicy patriotycznej. Wspierała edycję organu PSL, pisma „Wyzwolenie”. Z jej inicjatywy, w marcu 1918 r. powstała wkładka „Sprawy Szkolne i Oświatowe”. W pierwszym numerze pisała: „Nie nawykliśmy /…/ do zabierania głosu w publicznych sprawach. Za nas stanowiono, za nas wszystko urządzano – na naszą szkodę i stratę. Czas z tym skończyć. Trzeba nam się dziś na gwałt przyuczać do samodzielnego kierowania gromadzkim życiem”.

Im bliżej końca wojny, tym ostrzejsze były spory o kształt przyszłej Polski. Kosmowska na prośbę kolegów z PSL napisała odezwę, w której czytamy: „Polska ma być Zjednoczona i Niepodległa. Polska ma być Ludową Rzeczpospolitą. /…/ My musimy stanąć jako gospodarze tej ziemi i pozbywając się obcego jarzma, nie dopuścić do tego, by władzę nad nami zagarnęli pańscy rządziciele, którzy już tyle razy przez swe samolubstwo klęski /…/ na ojczyznę sprowadzali.

***

Po powołaniu w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej, powierzono Kosmowskiej stanowisko wiceministra propagandy. Po odzyskaniu niepodległości została członkiem Zarządu Głównego PSL „Wyzwolenie”, którą to funkcję sprawowała przez kilkanaście kolejnych lat.

W pierwszych wyborach zdobyła mandat poselski z Ziemi Lubelskiej, ponownie wybierano ją do Sejmu w 1922 i 1928 r. Była jednym z niewielu posłów-kobiet, lecz bardzo aktywnym. Zasiadała w Komisji Spraw Zagranicznych, od 1921 r. reprezentując Polskę w Międzynarodowej Unii Parlamentarnej. Zajmowała się m.in. warunkami życia i pracy polskich emigrantów zarobkowych oraz międzynarodowymi rozwiązaniami ochrony matek i dzieci.

Na forum krajowym stawała w obronie mniejszości narodowych, głównie z Kresów Wschodnich. Z sejmowej trybuny apelowała, by naród, który do niedawna sam pozbawiony był ojczyzny, nie sięgał pochopnie po przymus wobec mniejszości – w ten sposób, zamiast związać je z Polską, osiąga się efekt odwrotny. „Czy /…/ sternicy sprawiedliwości w Polsce /…/ nie rozumieją, że zbudzenie poczucia krzywdy w duszy tysięcy ludu /…/ na wschodnich kresach naszego państwa, to wielka krzywda wyrządzona Polsce?” – pisała na łamach „Wyzwolenia” w 1928 r. O Polaków też się upominała. Apelowała, by państwo polskie aktywnie i bez szukania „oszczędności” wsparło ludność Górnego Śląska, która ucierpiała w efekcie sporu granicznego z Niemcami i powstań śląskich. Uważała, że ci, którzy w godzinie próby opowiedzieli się za Polską, poświęcając dla niej wiele, powinni otrzymać możliwie jak najdalej idącą pomoc.

Pozostała wierna idei „sami sobie”. Nie dadzą nam – pisała – Polski Ludowej ustawy i urzędy. Powstanie ona dopiero, gdy to, co stanowi istotną treść narodu, będzie w naszych rękach /…/. Samorządy, związki, stowarzyszenia, instytucje samopomocy i twórczości zbiorowej /…/. [Musimy] wziąć w swe ręce i napełnić własną treścią wszystkie ogniska życia: gminy, sejmiki, rady szkolne, opiekę społeczną, kółka rolnicze, stowarzyszenia wytwórcze, kasy, związki oświatowe”.

Nic dziwnego zatem, że to ona była głównym mówcą lewicowych ludowców podczas obrad sejmu nad ustawą o spółdzielczości. Kluczowym punktem sporu był zapis w ustawie, że celem spółdzielczości jest większy zysk w efekcie zjednoczenia pracy lub kapitału. Kosmowska, w zgodzie z tradycjami ruchu spółdzielczego, przekonywała, że oznacza to ogromne zubożenie wizji spółdzielczości. Mówiła więc w sejmie w październiku 1920 r., że „przecież nie zarobek, nie zysk z przedsiębiorstwa jest celem kooperatywy, ale wszechstronne zaspokajanie wspólnymi siłami materialnych i kulturalnych potrzeb członków. /…/ w ustawie /…/ musimy bezwzględnie wyodrębnić pojęcie »przedsiębiorstwa« udziałowego, akcyjnego, obliczonego na jak najwyższe oprocentowanie włożonego weń kapitału, od pojęcia »spółdzielni«, w której widzieć chcemy dźwignię twórczej pracy i czynnik podniesienia gospodarczego, obyczajowego i kulturalnego /…/”.

Jako jedna z pierwszych dostrzegła problem alienacji władzy i niedoskonałość demokracji przedstawicielskiej. „Na to, żeby ogół poczuwał się do odpowiedzialności za losy państwa, musi /…/ być uczestnikiem wszystkich czynności państwowych, a nie jeno obiektem płacącym podatki i głosującym na swoich parlamentarnych przedstawicieli co lat kilka” – mówiła w Sejmie 16 października 1920 r. Dwa tygodnie wcześniej stwierdziła: Powstaje /…/ grono specjalistów od polityki, którzy wyosabniają się od /…/ realnego życia i zatracają /…/ czucie z potrzebami mas, których są /…/ przedstawicielami. To jest niebezpieczeństwo, które tkwi w parlamentaryzmie współczesnym /…/”.

Współczesnej „wyzwolonej” lewicy szokujące wyda się stanowisko Kosmowskiej wobec pornografii. Przemawiając w Sejmie 30 lipca 1926 r. w debacie o ratyfikacji konwencji ws. walki z pornografią, mówiła: „Mamy przed sobą akt [którego] celem jest zabezpieczenie /…/ przed przeciekaniem z kraju do kraju produkcji intelektualnego paskudztwa, a więc rozmaitych wydawnictw pornograficznych /…/. Należy nie tylko uchwalić tę konwencję /…/, ale wykonać ją”. Jednak w tym samym przemówieniu przekonywała, że „aby nie było tej moralnej zarazy /…/, musi istnieć szeroka akcja popularyzacji narodowego dorobku kulturalnego, inaczej ta ustawa będzie martwa. /…/ Młody, który czytał Słowackiego i Wyspiańskiego, nie weźmie do ręki broszury pornograficznej. Ten, co od dziecka nauczył się patrzeć z miłością na Matejkę czy Malczewskiego, nie będzie szukał zadowolenia w pocztówce z widokiem pornograficznym /…/. Ale dopóki warunki u nas są takie, że »Zachęta« jest niedostępna dla szerokich mas wskutek wysokiej ceny wstępu, a klasa robotnicza czy sukmana wywołują zdziwienie w teatrze, /…/ dopóty policja niewiele zrobi w zakresie wykonania tej ustawy /…/”.

***

Należała do tej części polskiej inteligencji, której odczucia wyraził Żeromski w „Przedwiośniu”. Radość z odzyskania niepodległości i nadzieje na sprawiedliwą Polskę, szybko ustąpiły miejsca rozczarowaniu. Jesienią 1923 r. pisała: „/…/ skończył się okres ofiarnego trudu /…/, zaczęły się kalkulacje, intrygi, /…/ tumanienie mas ludowych frazesem bez treści. Sobki i szachraje podnieśli głowy, a wszelka miernota »narodowa« uwierzyła, że Polska na to wstała, by ona w niej była syta, kosztem cudzej pracy”.

Dwa lata później z trybuny sejmowej ostrzegała w duchu „Przedwiośnia”, że brak prospołecznych reform to nie tylko krzywda wyrządzona tym, którzy już wiele wycierpieli, ale również destabilizacja odrodzonego państwa. Kosmowska w dyskusji o reformie rolnej przemawiała: „/…/ nienadanie chłopu ziemi z rąk nowo powstałego państwa polskiego jest kopaniem dla tego państwa bardzo niebezpiecznej przepaści, do której ono stoczyć się może. Bo państwo współczesne istnieć może tylko wiarą, siłą i współdziałaniem wszystkich /…/ obywateli. /…/ dzisiejsze pogrzebanie reformy rolnej jest poważnym zagrożeniem bytu państwa polskiego”. Wbrew stanowisku swej partii popierała projekt PPS, który domagał się nieodpłatnego przejęcia wielkich posiadłości rolnych i rozparcelowania ich między bezrolnych mieszkańców wsi i ubogich chłopów.

Krytykowała też oszczędności budżetowe kosztem oświaty. „/…/ dla 700 tysięcy dzieci naszych miejsca w szkole zabrakło, a miliony ich tłoczyć się będą w ciasnych, przepełnionych lokalach szkolnych /…/. Stoimy wobec hasła »oszczędności«. A oszczędność ta – chroniąc samochody urzędnicze i wszelką reprezentacyjną pompę przy lada okazji – bezwzględnie stosuje redukcję sił nauczycielskich, hamuje budownictwo szkolne, poddaje nawet w wątpliwość tę wywalczoną przez nas /…/ podstawę życia ludowego, jaką jest 7-letnia szkoła powszechna” – pisała w 1931 r. Trzy lata później dodawała: „Oświata powszechna była hasłem, z którym szliśmy do budowy zrębów /…/ państwa polskiego. /…/ Poprzednie »reformy« odsunęły dzieci chłopskie od tworzenia zastępów zawodowej inteligencji; ostatnie decyzje /…/ wywołają powrót do analfabetyzmu. /…/ Rząd, oszczędzający na oświacie, sądzi widać, że do osiągnięcia potęgi mocarstwowej starczy… armia analfabetów.

Z okazji 10. rocznicy utworzenia rządu Daszyńskiego, pisała w „Wyzwoleniu”: „/…/ pokolenie bojowników o niepodległość Polski grzeszyło tym, że pozwoliło opanować się poczuciu, że przez niepodległość rozstrzygną się /…/ wszystkie sprawy /…/ narodowego życia. Dziś, po latach dziesięciu /…/, wołamy jednak jeszcze: ziemi, wiedzy i władzy dla ludu”.

***

Dbała o to, by po zniszczeniach wojennych przywrócić szkole w Krasieninie dawną świetność. Powierzyła placówkę Centralnemu Związkowi Kółek Rolniczych, zastrzegając sobie wpływ na program kształcenia. Gościła w szkole, gdy tylko pozwalał jej czas, w okresie letnim prowadziła wiele zajęć. Stale interesowała się życiem placówki, przesyłała nauczycielkom i uczennicom rady, starała się pozyskać najlepszą kadrę, nadsyłała prasę i książki.

Jedna z nauczycielek, Helena Brodowska, wspominała: „Nie moralizowała, uczyła życia i rozumienia spraw międzyludzkich. Wzywała do zbiorowych działań i codziennej służby społecznej. Potępiała egoizm i sobkostwo. Budziła wrażliwość serca i uczuć”. Uczennica Zofia Gorczycanka napisała zaś tak: „Gdyby mnie ktoś zapytał, który nauczyciel czy wychowawca utrwalił mi się w pamięci, dla którego miałabym największe uznanie, powiedziałabym z ręką na sercu – Irena Kosmowska. Był to człowiek wielkiej idei, a zarazem cichy i skromny”. Takich świadectw jest mnóstwo.

Jej zaangażowanie w sprawy oświatowe przybrało również inną postać. W miarę podporządkowywania sanacji Związku Nauczycielstwa Polskiego i organizacji oświatowych, rósł opór środowisk, które nie godziły się na taki dyktat. Przy udziale Kosmowskiej powstało w 1932 r. Towarzystwo Oświaty Demokratycznej „Nowe Tory”. Skupiało głównie działaczy z kręgów PPS i lewicy chłopskiej, domagało się przywrócenia demokracji, stało na gruncie niezależności ruchu nauczycielskiego od władz państwa, postulowało upowszechnianie oświaty, zwłaszcza wśród niższych warstw społeczeństwa. W domu Kosmowskiej mieściła się siedziba organizacji, ona sama weszła w skład zarządu, a od 1937 r. była przewodniczącą TOD.

Do listy organizacji, w których aktywnie działała, należy dodać Polski Komitet Opieki nad Dzieckiem, Towarzystwo Popierania Przemysłu Ludowego i Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Znalazła się też wśród inicjatorów konkursu na pamiętniki chłopów, który zaowocował znakomitym poznawczo materiałem o życiu wsi polskiej.

U Kosmowskiej brak było rozdźwięku między głoszonymi ideami a osobistym postępowaniem. Kosmowska-polityk i Kosmowska-poseł harmonijnie łączyły się z Kosmowską, która zdolne uczennice Krasienina zabierała do Warszawy na studia, oferując gościnę we własnym domu (bywało, że za darmo mieszkało u niej nawet 8 dziewcząt), z Kosmowską, która ratowała niezamożnych studentów-ludowców bezzwrotnymi „pożyczkami”, która zabierała robotnicze dzieci na wieś na wakacje albo wysyłała – nierzadko anonimowo – wiejskim rodzinom odzież czy książki.

Członkowie Związku Młodzieży Wiejskiej RP powszechnie zwali ją „ciocią”, a nawet „matką ludu polskiego”. To uznanie nie miało nic wspólnego z tanią popularnością. Kosmowska nierzadko zabierała krytyczny głos w ludowej prasie młodzieżowej. Szerokim echem odbił się jej artykuł „Prędko syci” z 1931 r.: „Z wdzianiem czarnej marynarki odstaje taki od swojej gromady. /…/ Dziewczyna idąca do miasta na służbę zostaje często analfabetką, ale modę zna. Taki też prędko nasyca się: posadą, urzędem, miejską rozrywką i wsiąka w służbę bezmyślnie, a stanowisko zdobywa schlebianiem tym, co rządzą od wieków. I stara się stać do nich podobny. /…/ Klęską ruchu ludowego są ci łatwi do nasycenia posadką, frakiem, orderem – za cenę chłopskiego sumienia”.

***

Działacz ruchu ludowego, Józef Niećko, napisał: „/…/ daleka była od metod wyrosłych z hasła: »cel uświęca środki«. Nawet w walce politycznej sposoby, środki i drogi wiodące do celu musiały być dla niej tak samo czyste i święte, jak czystą była jej wiara w cele, w imię których /…/ działała /…/”. W parlamencie była wzorem szacunku dla przeciwnika. Jarosław Iwaszkiewicz, zatrudniony wówczas w Biurze Sejmowym, nazwał ją „Aniołem lewym”.

Tym bardziej wymowna jest historia wspomnianego na wstępie procesu sądowego. Jak ogromna większość polskiej lewicy, Kosmowska początkowo pozytywnie oceniła zamach majowy. Spodziewała się, że rządy Piłsudskiego będą oznaczały realizację prospołecznych reform i zmarginalizowanie wpływów warstw posiadających. Te złudzenia nie trwały długo. Już w marcu 1928 r. pisała, że Marszałek „spróbował oprzeć państwowość polską nie na zadowolonym chłopie i robotniku, jeno na uproszonym o lojalność obszarniku i fabrykancie”. Z biegiem czasu coraz krytyczniej oceniała „paniczyków, co dziś każdy tydzień pobytu w legionach obliczają jako szczebel do kariery i tytuł do honorów”.

Wraz ze swą partią przeszła do twardej opozycji wobec sanacji. Uczestniczyła w kongresie Centrolewu w czerwcu 1930 r. W kampanii wyborczej, przemawiając na wiecu w Lublinie 14 września 1930 r., wzburzona prasowym wywiadem z Piłsudskim, który miotał obelgi pod adresem posłów i parlamentu w ogóle, Kosmowska stwierdziła, że Polska znalazła się pod rządami obłąkańca. Tego samego dnia została aresztowana, a kilka dni później skazana na pół roku więzienia za znieważenie władzy państwowej. Zwolniona za kaucją, wróciła do Warszawy.

Sprawa odbiła się szerokim echem w Polsce i zagranicą. Wyrazy szacunku przesłał na ręce Kosmowskiej nestor polskich socjalistów, Ignacy Daszyński. Wśród osób, które odwiedziły ją po opuszczeniu więzienia, był nawet związany z piłsudczykami pierwszy „pomajowy” premier Kazimierz Bartel. Kolejne fazy procesu trwały dwa lata, aż Sąd Najwyższy utrzymał wyrok. Kosmowska zgłosiła się nazajutrz z własnej woli do więzienia, by po kilku godzinach dowiedzieć się, że prezydent Ignacy Mościcki w nadzwyczajnym pośpiechu wydał decyzję o jej ułaskawieniu. Bynajmniej nie ustała w krytyce sanacji, a w roku 1938 odmówiła przyjęcia Krzyża Niepodległości.

***

Był to okres rozmaitych problemów w jej życiu. W sfałszowanych i przeprowadzonych w atmosferze zamordyzmu wyborach „brzeskich” z 1930 r. utraciła mandat poselski (unieważniono listę nr 7 na Lubelszczyźnie). W lutym 1930 r. zmarł jej ojciec, niespełna dwa lata później – ukochana ciotka i współpracownica, a po kilku tygodniach odeszła matka. Coraz silniejsze były ataki epilepsji – choroby nękającej Kosmowską od lat młodzieńczych.

Gdy sanacyjne władze zwolniły ją z posady wykładowcy w seminarium dla przyszłych nauczycielek rzemiosła, postanowiła wyemigrować Brazylii. Chciała pracować wśród tamtejszej Polonii jako nauczycielka. Będąc posłanką, wielokrotnie zajmowała się problemami emigracji, stojąc na stanowisku, że odrodzone państwo powinno zachęcać do powrotu Polaków rozsianych po świecie. Wyjazd nie doszedł jednak do skutku – nie otrzymała pozwolenia od władz państwa, a koledzy-ludowcy uznali, że to szaleńczy pomysł. W nadzwyczajnym trybie ci ostatni zadecydowali o zatrudnieniu Kosmowskiej w redakcji „Zielonego Sztandaru”, organu prasowego niedawno zjednoczonego ruchu ludowego – Stronnictwa Ludowego. Stała się de facto głównym redaktorem, gdyż formalny szef pisma, Maciej Rataj, pełnił czasochłonną funkcję prezesa partii.

***

Od zjednoczenia ruchu ludowego do wybuchu wojny wchodziła w skład Rady Naczelnej Stronnictwa Ludowego, w latach 1936-38 pełniła funkcję zastępcy członka Naczelnego Komitetu Wykonawczego partii. Szczególnym dowodem uznania było powołanie jej w skład liczącej zaledwie siedem osób komisji programowo-ideowej SL, jako jedynej kobiety.

Irena Kosmowska w redakcji „Zielonego sztandaru”

Irena Kosmowska nigdy nie pretendowała do roli ideologa. Była przede wszystkim działaczką społeczną i publicystką, bez ambicji kreślenia szerokich wizji. Nie zmienia to faktu, że bardzo liczono się z jej opiniami, a ona formułowała tezy, które wpływały na kierunek ewolucji ruchu ludowego. Do ogólnikowych początkowo rozważań twórców agraryzmu, Kosmowska wprowadziła pytania o konkrety. W „Młodej Myśli Ludowej” pisała w 1932 r.: „A więc: gospodarka indywidualna czy zbiorowa? Jeśli indywidualna, to na warsztacie jakiego przeciętnego rozmiaru? /…/ Jaki udział państwa przy zbycie, nabywaniu, wymianie? Jaka przy tym rola organizacji spółdzielczych? W stosunkach zewnętrznych: czy ścisła barykada celna, czy wolna wymiana? Jakie warunki pracy najemnej w rolnictwie? Jaki zakres działania gminy? Jaka organizacja przedstawicielstwa interesów rolniczych w rządzie? Jakie formy ubezpieczeń? Jaka rola państwa, a jaka samopomoc gromady w zaspokajaniu potrzeb kulturalnych itd.”. Stanowczo krytykowała tych, którzy uważali, że ludowcom nie potrzeba spójnej ideologii, lecz zdobycia władzy. Postulowała stworzenie „myśli agrarnej – nie przeciwstawiającej się, ale współrzędnej socjalizmowi”.

Typowa dla agraryzmu była synteza rzekomych przeciwieństw. Dlatego Kosmowska pisała o kryzysie gospodarki kapitalistycznej, który staje się „ogólnym kryzysem współczesnej cywilizacji”. A jednocześnie uważała, że „poddawanie wszystkich przejawów życia (samorząd, spółdzielczość, organizacje polityczne, społeczne, oświatowe, prasa) pod komendę państwową prowadziło do stopniowego zaniku dobrowolnych wysiłków dla dobra publicznego”.

W 1938 r. pisała: „/…/ demokracja, z którą masa chłopska chce pójść, to nie tylko wybory, to szkoła, szpital, teatr dla wszystkich, to owa twórczość techniczna, naukowa i artystyczna, wprowadzona na orbitę planowo zaspokajanych potrzeb ogółu; to wreszcie i przemysł, zorganizowany nie dla zysku i kariery jednostek /…/. Całokształt /…/ tej gospodarki – to solidarna i harmonijna współpraca wolnych i równych ludzi, stale i świadomie dźwigających wzwyż kulturalny poziom własnego życia”.

***

Miała 60 lat, gdy hitlerowcy napadli na Polskę. Po klęsce wrześniowej włączyła się w prace podziemnego ruchu ludowego, głównie we wsparcie ofiar wojny i nazistowskich prześladowań. Znajomi załatwili jej pracę w Powszechnym Zakładzie Ubezpieczeń, aby miała za co żyć. Wraz z aresztowaniami kolejnych liderów ruchu ludowego, namawiano ją na opuszczenie Warszawy i wyjazd na wieś. Przez krótki okres przebywała w szkole spółdzielczej w Bychawie, jednak mimo ostrzeżeń wróciła do stolicy, by organizować pomoc prześladowanym.

Nocą z 18 na 19 lipca 1942 r. w jej domu gestapo przeprowadziło rewizję. Choć nie znaleziono żadnych obciążających materiałów, Kosmowska została uwięziona na Pawiaku. Wielokrotnie przesłuchiwana i przetrzymywana w ciężkich warunkach, szybko podupadła na zdrowiu, miała wycieńczony organizm, nasilała się epilepsja. Mimo to została wywieziona do Niemiec – najpierw do więzienia w Berlinie, później do obozu pracy w Mahlow. Coraz silniejsze dolegliwości sprawiły, że przewieziono ją następnie do szpitala w Wittenau w Berlinie. Tam przebywała osiem miesięcy, cały czas jej stan zdrowia ulegał pogorszeniu.

Podczas jednego z alianckich nalotów została ranna w nogę. Doczekała zakończenia II wojny światowej, jednak nie zdołała już wrócić do Polski. Zmarła 21 sierpnia 1945 r. w berlińskim szpitalu. Początkowo została pochowana w Niemczech, w styczniu 1961 r. staraniem działaczy ruchu ludowego jej prochy sprowadzono do kraju i złożono w Alei Zasłużonych na Powązkach.

Bibliografia (ważniejsze pozycje)

  • Jan Borkowski, Ludowcy w II Rzeczpospolitej (część II), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987.
  • Jan Borkowski, Postawa polityczna chłopów polskich w latach 1930-35, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970.
  • Jan Borkowski, Józef Kowal, Stanisław Lato, Witold Stankiewicz, Alicja Więzikowa, Zarys historii polskiego ruchu ludowego (tom II – 1918-1939), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970.
  • Czasopiśmiennictwo ludowe w Królestwie Polskim 1905-1914 (Głos Gromadzki, Życie Gromadzkie, Wieś Polska, Zagon, Siewba, Zaranie), wybór i wstęp Witold Stankiewicz, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1957.
  • Stefan Inglot (red.), Historia chłopów polskich – tom III: Okres II Rzeczypospolitej i okupacji hitlerowskiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1980.
  • Jan Jachymek, Myśl polityczna PSL Wyzwolenie 1918-1931, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1983.
  • Regina Kociowa, Irena Kosmowska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1960.
  • Irena Kopytowska, Opowieść o Irenie Kosmowskiej, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1968.
  • Maksymilian Malinowski, Chłopski ruch zaraniarski w b. Kongresówce przed pierwszą wojną światową (wydanie II), Spółdzielnia Wydawnicza „Chłopski Świat”, Warszawa 1948.
  • Wiesław Piątkowski, Dzieje ruchu zaraniarskiego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1956.
  • Stanisław Stępień, Prasa ludowa w Polsce. Zarys historyczny, Wydawnictwo „Prasa ZSL”, Warszawa 1984.
  • Henryk Syska, Od „Kmiotka” do „Zarania”. Z historii prasy ludowej, Wydawnictwo Ludowe, Warszawa 1949.
  • Dionizja Wawrzykowska-Wierciochowa, Irena Kosmowska (1879-1945) /w:/ Przywódcy ruchu ludowego. Szkice biograficzne, praca zbiorowa pod red. Alicji Więzikowej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1968.
  • Dionizja Wawrzykowska-Wierciochowa, Z dziejów kobiety wiejskiej. Szkice historyczne 1861-1945, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1961.
  • Wspomnienia o Irenie Kosmowskiej (oprac. Zofia Mazurowa), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1974.
  • Czesław Wycech, Towarzystwo Oświaty Demokratycznej „Nowe Tory” 1931-1939, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1966.
  • Czesław Wycech, Wspomnienia 1905-1939, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1969.

Między liberalizmem a komunizmem

Cóż my możemy przeciwstawić /…/ komunizmowi czy nacjonalizmowi? Tamte kierunki wychowują swoich ludzi na bogatej literaturze, a my /…/ w kółko powtarzamy, że chłop powinien rządzić państwem, bo stanowi większość, chłop potęgą jest i basta… siła leży w ludzie… i na tym koniec. /…/ Ruch ludowy bez naukowego opracowania swych podstaw nie osiągnie tego, do czego dąży. Czas więc najwyższy podjąć pracę w tym kierunku – pisał w 1932 r. zaledwie 27-letni Stanisław Miłkowski. W ciągu kilku następnych lat stworzył jedną z najciekawszych doktryn ideowych w historii Polski.

***

Urodził się 6 czerwca 1905 r. we wsi Sikorzyce nieopodal Dąbrowy Tarnowskiej. Jego rodzice byli niezamożnymi właścicielami 3-hektarowego gospodarstwa. Mimo to zdecydowali się na wyrzeczenie, jakim było finansowanie nauki syna. W 1926 r. ukończył gimnazjum w Tarnowie i zaczął studiować polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po trzech latach zrezygnował z niej na rzecz prawa, którego absolwentem został w 1934 r.

Tuż po rozpoczęciu studiów został członkiem Polskiej Akademickiej Młodzieży Ludowej – organizacji studentów sympatyzujących z ruchem ludowym, pochodzących z rodzin wiejskich. W oddziale krakowskim był jednym z liderów sekcji pracy społecznej, przewodniczącym komitetu prasowego, a w roku akademickim 1929/30 wybrano go prezesem. Współpracował także z Ludowym Związkiem Artystyczno-Literackim „Promieniści”. Grupa stawiała sobie za cel „oświecanie” środowisk wiejskich przez pochodzących z nich inteligentów, którzy po studiach mieli wracać na wieś i propagować wzorce ogólnonarodowe. Dość anachroniczny, bo odtwarzający wzorce z początków wieku, program szybko przestał wystarczać Miłkowskiemu. W 1929 r. na łamach „Promienia”, organu grupy, odwracał tę optykę: Lud nasz ma swoją bardzo wartościową kulturę, której twórcą był on sam, bo nie przejął jej znikąd. /…/ kultura ludowa niezawodnie stanie się tworzywem przyszłej kultury polskiej. Ta dość naiwna wizja, była zapowiedzią bardziej dojrzałych rozważań.

W 1929 r. Miłkowski należał do osób, które poparły secesję młodych ludowców z Małopolskiego Związku Młodzieży, opanowanego wówczas przez sanację. Utworzyli oni wojewódzką strukturę Związku Młodzieży Wiejskiej RP, zwanego „Wiciami”. W latach 1930-31 był wiceprezesem krakowskiego ZMW, po przekształceniu go w spółdzielnię pełnił w l. 1931-32 funkcję wiceprezesa rady nadzorczej, a kolejne dwa lata – prezesa zarządu. Wchodził także w skład redakcji organu prasowego, pisma „Znicz”. W roku akademickim 1930/31 był prezesem Ogólnopolskiego Związku Akademickiego Młodzieży Ludowej. Wreszcie, w latach 1932-34 ukończył Wyższy Naukowy Kurs Spółdzielczy na Wydziale Rolnym UJ.

Był to okres fermentu ideowego wśród młodych ludowców. „Dorosły” ruch ludowy nie miał im nic do zaoferowania – najpierw podzielony na trzy skłócone ugrupowania, a po zjednoczeniu w Stronnictwie Ludowym nie potrafiący wyjść poza zaklęty krąg doraźnego politykierstwa, które po maju 1926 r. pozbawione było nawet roli, jaką posiadało w zwykłej demokracji. Miłkowski negatywnie ocenił brak wizji ideowej. „Dorosły” ruch ludowy koncentrował się na wyborach, obsadzeniu posad, na hasłach i obietnicach, natomiast nie formułował koncepcji i szczegółowych propozycji rozwiązań konkretnych problemów.

Druga przyczyna fermentu wśród młodej inteligencji ludowej była ważniejsza niż spór ze „starymi”. Wielki kryzys gospodarczy przełomu lat 20. i 30. postawił pod znakiem zapytania sens liberalnego kapitalizmu. W Polsce kryzys nie tylko skutkował znacznym spadkiem poziomu życia, a w przypadku wsi dotkliwą nędzą, ale także obnażył skutki ślimaczego tempa przeobrażeń prospołecznych. Kapitalizm okazał się niewydolny, a polski w dodatku archaiczny.

***

W takich realiach Miłkowski został czołowym ideologiem niezależnej młodzieży wiejskiej. Różnym kierunkom polityczno-społecznym, jak liberalizm, socjalizm, komunizm itp. przeciwstawiamy kierunek nowy, rodzący się obecnie z żywiołową siłą /…/; kierunkiem tym jest agraryzm – pisał w 1930 r. w pierwszym numerze „Znicza”. Wkrótce miał stać się najbardziej oryginalnym ideologiem tego nurtu.

Agraryzm był popularny m.in. w Szwajcarii, Niemczech, do pewnego stopnia w krajach skandynawskich. Najsilniej rozwinął się jednak w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie warstwa chłopska była liczniejsza, kultura ludowa wciąż żywa, w kształtowaniu tożsamości młodych narodów ważną rolę pełniły rozmaite „chłopomańskie” wizje, istniało także poczucie odrębności od „starych”, przemysłowych narodów Europy Zachodniej. Agraryzm bułgarski, jugosłowiański i czechosłowacki eksploatował właśnie takie wątki, wzbogacone o przekonanie o szczególnej roli i wartości warstwy chłopskiej jako tej, która stanowi większość obywateli, zapewnia narodowi pożywienie oraz żyje z „uświęconej” pracy na roli, w harmonii z przyrodą, kultywuje „odwieczne” obyczaje itp.

Starsze pokolenie polskich ludowców przyjęło agraryzm w postaci zbliżonej do czechosłowackiej, czyli „centrowej”, natomiast młodzież ludowa szybko nadała mu rys bardziej radykalny i mniej idealistyczny. Kryzys gospodarczy końca lat 20. pchnął twórców polskiej wersji „na lewo”. Głównym ideologiem tego nurtu stał się właśnie Miłkowski. Działając we wspomnianych organizacjach, pełnił m.in. funkcję prelegenta i organizatora dyskusji ideowych. Został wówczas przez współpracowników nakłoniony do stworzenia syntezy tego, co ustalono podczas licznych debat. Oczywiście jego osobisty wkład w formułowanie propozycji programowych był znaczny. Latem 1933 r. Miłkowski wygłosił referat zawierający wstępną wersję przemyśleń środowiska krakowskiego ZMW na ogólnopolskiej konferencji „wiciarzy” w Kępie Celejowskiej. Tam przekonano go do opublikowania referatu w „Młodej Myśli Ludowej” (czołowe teoretyczne pismo ruchu ludowego), a dodatkowe koncepcje złożyły się na zawartość wydanej w 1934 r. książki Miłkowskiego pt. „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego”. Wkrótce przyszły kolejne teksty, natomiast rok 1936 przyniósł publikację jego drugiej książki, „Walka o nową Polskę”.

***

Już referat z Kępy Celejowskiej zawiera tezę kluczową w doktrynie Miłkowskiego: nowożytny ustrój, powstały po rewolucji francuskiej, teoretycznie zagwarantował równość polityczną, ale w praktyce nie oferuje jej wskutek dysproporcji ekonomicznych. /…/ tylko drogą urzeczywistnienia demokracji gospodarczej – można stworzyć trwałe podstawy dla demokracji politycznej i społecznej. Demokracja bowiem nie zbankrutowała, jak to z triumfem głoszą zwolennicy różnych form dyktatury – lecz /…/ nie miała dotychczas odpowiednich warunków do ugruntowania się.

Kapitalizm bazuje na wyzysku, gdyż – Miłkowski upraszcza tezę Marksa – pracownik najemny otrzymuje tylko część owoców pracy w postaci wynagrodzenia, resztę zagarnia właściciel środków produkcji. Idąc dalej: Teoretycy liberalizmu twierdzili, że będzie to ustrój najsprawiedliwszy, albowiem jest w nim zachowana zasada równości szans. Każdy ma możność czynnego brania udziału w życiu gospodarczym i bogacenia się. Było to jednak fałszywe postawienie sprawy, albowiem w punkcie wyjściowym /…/ stawali jedni z większym lub mniejszym kapitałem – drudzy zaś z gołymi rękami, zdolni najwyżej do wynajmowania się tym pierwszym – pisał na łamach „Agronomii Społecznej i Szkolnictwa Rolniczego”. O ile wczesny, „liberalistyczny” kapitalizm faktycznie oferował pewne pole manewru wskutek swobodnej konkurencji wielu podmiotów oraz ścierania się interesów pracowników, konsumentów i pracodawców, o tyle kapitalizm, w którym nastąpiły procesy koncentracji własności i zdominowanie rynku przez potentatów, pozostawia tej swobody nieporównanie mniej. Następuje „bogacenie się jednostek i zubożenie mas”, te ostatnie są skazane na warunki dyktowane przez koncerny, kartele i monopole. Jeśli państwo dokonuje interwencji w rynek, to wspiera albo wielkich producentów, albo w najlepszym razie zorganizowane grupy społeczne. Wieś pozostaje jedynym obszarem, gdzie występuje wciąż „pierwotny” wolny rynek i dlatego traci najbardziej. Chłop jako samodzielny, drobny producent nie ma szans w starciu z gigantami. Jest też bezsilny jako konsument. W efekcie sprzedaje tanio, a kupuje drogo.

Miłkowski nie negował podziałów majątkowych wśród chłopstwa, jednak stwierdzał, iż różnice te są stosunkowo niewielkie, a w okresie kryzysu jeszcze maleją, zatem zasadne jest traktowanie całej warstwy jako jednolitej. Stymulowanie w jej łonie podziałów byłoby szkodliwe również z punktu widzenia potencjału współdziałania i siły politycznego nacisku. Zresztą, w sytuacji panującego „głodu ziemi” i powolnej industrializacji kraju, nawet stosunkowo zamożni chłopi muszą dzielić gospodarstwa między potomków, co sprawia, że jedyny „kapitał” rolników podlega rozproszeniu, nie zaś koncentracji.

Ideologie konkurencyjne wobec kapitalizmu – socjalizm czy komunizm – operują kategoriami dostosowanymi do realiów przemysłu. Rozpatrując rolnictwo wedle tych prawideł, nie biorą pod uwagę, że znacznie większą rolę odgrywają w nim czynniki niezależne od człowieka (siły natury) oraz niematerialistyczne (emocje, nastawienie psychiczne etc.). W produkcji przemysłowej, /…/ prawie zupełnie zmechanizowanej, maszyna jest wszystkim, a człowiek tylko dodatkiem. W produkcji rolniczej zachodzi stosunek odwrotny, tj. człowiek jest wszystkim, a maszyna tylko dodatkiem. /…/ o ile w przemyśle jest stosunkowo łatwo przeprowadzić uspołecznienie /…/ środków produkcji, o tyle w rolnictwie nastręcza się szereg zasadniczych trudności – mówił Miłkowski w Kępie Celejowskiej. Wniosek ten, bazujący na czysto „wiejskich” przesłankach, stał się ważnym elementem ogólnoustrojowej teorii agrarystycznej.

Specyfika pracy chłopów przekłada się na sferę etyczną. Właściciel gospodarstwa rolnego nie jest ani kapitalistą, ani proletariuszem. Jest czymś pośrednim /…/ – samodzielnym wytwórcą. /…/ w tej /…/ komórce gospodarczej [gospodarstwie rolnym] możemy się doszukać elementów przyszłego ustroju, znoszącego wyzysk społeczny, a równocześnie dostosowanego do natury ludzkiej. Chłop bowiem nikogo nie wyzyskuje /…/, wszystko zaś co ma, zdobywa ciężką pracą – przekonywał w referacie. Choć rolnik posiada środki produkcji, inaczej niż robotnik, to jednak pracujący sam wraz z rodziną /…/, tylko wyjątkowo posługujący się obcą pomocą – jest bliższy robotnikowi, należy do świata pracy. Podlega również wyzyskowi wskutek dysproporcji między znikomą własną siłą a potęgą „zmów kapitalistycznych”. Chłop i robotnik /…/ należą do świata pracy, chociaż pracują w różnych gałęziach wytwórczości. /…/ te dwie warstwy świata pracy winny iść solidarnie w walce o nowy, sprawiedliwy ustrój społeczny – przekonywał na łamach „Agronomii Społecznej…”.

Agraryzm zatem, głosił referat Miłkowskiego, jest kierunkiem pośrednim między liberalizmem gospodarczym a socjalizmem. Jest niejako syntezą dodatnich stron tych dwu kierunków, jest złotym środkiem, którym zwykle idzie życie. /…/ Głównym [jego] założeniem jest postulat zniesienia wyzysku człowieka przez człowieka /…/. Chodzi więc o realizację demokracji gospodarczej, o dostarczenie każdemu pracy bądź to na warsztacie swoim, bądź też wspólnym, aby każdemu dać podstawę do życia, a zarazem znieść rażące nierówności na punkcie posiadania. W „Agronomii Społecznej…” dodawał, że w przyszłym ustroju społecznym każdy człowiek winien żyć tylko z własnej pracy.

Wniosek stąd taki, że agraryzm /…/ w dużym stopniu godzi we własność prywatną i wysuwa postulat zniesienia jej wszędzie tam, gdzie ona stwarza podstawę do wyzysku człowieka przez człowieka. Natomiast własność prywatną zatrzymuje tam, gdzie zjawisko wyzysku nie występuje – pisał w „Agronomii…”.

W wizji Miłkowskiego, produkcja rolna i drobne rzemiosło miały pozostać w rękach prywatnych również z tego względu, że osobiste „doglądanie” pracy skutkuje wyższą wydajnością. Człowiek w swojej naturze ma dość głęboko wkorzeniony instynkt posiadania i zazwyczaj inaczej pracuje, gdy ma świadomość, że owoce tej pracy przypadną w udziale jemu samemu. /…/ nie wierzymy, by dało się zmienić pewne cechy natury ludzkiej, które się przejawiają w niej od wieków – pisał w „Agraryzmie…”.

Przemysł drobny i średni powinien zostać domeną spółdzielczości, czyli przybrać formę oddolnej, dobrowolnej współwłasności, co pozwoli wyeliminować wyzysk, a jednocześnie emocjonalnie powiąże zatrudnionych z ich warsztatem pracy. Natomiast wielkie przedsiębiorstwa, szczególnie o znaczeniu strategicznym, miałyby zostać upaństwowione, jednak pod społeczną kontrolą.

W tym duchu przeprowadzona przebudowa ustroju gospodarczego otworzy /…/ okres rozwoju /…/ opartego na zasadach sprawiedliwości społecznej. Agraryzm /…/ ma szanse skupienia na wspólnej platformie całego świata pracy, a więc chłopa, robotnika, rzemieślnika i pracownika umysłowego – wieś i miasto – przekonywał w Kępie Celejowskiej.

***

W pierwszej książce pisał: Głównym celem działalności gospodarczej w ustroju kapitalistycznym jest osiągnięcie zysku, podczas gdy sama produkcja i kwestia zaspokojenia ludzkich potrzeb jest tylko środkiem do celu. /…/ Kapitalizm wytworzył swoją odrębną etykę, która stara się uzasadnić wszelkie rozboje, dokonywane w pogoni za zyskiem. /…/ W etyce kapitalizmu brak jakichkolwiek momentów natury moralnej, jak sprawiedliwość społeczna /…/. W artykule „Pożniwne rozważania” z „Wici” w 1936 r. dodawał: Wszystkiego jest pod dostatkiem, wszystkiego jest za dużo – a milionom ludzi głód zaziera w oczy. Czy to nie jest największym oskarżeniem pod adresem dzisiejszego porządku społecznego?

Alternatywy nie stanowi komunizm. Pomijając nawet wspomniany jego „defekt” w postaci błędnej oceny charakteru pracy rolnej, a także naiwność i utopijność tej doktryny, posiada on również inne wady. Wskutek braku powiązania człowieka z efektami pracy, ustrój komunistyczny jest nieefektywny, czego przykładem sowieckie kołchozy i sowchozy – mniej wydajne niż latyfundia, a daleko ustępujące drobnym gospodarstwom. Prowadzi też do nowej formy wyzysku i jeszcze większego podporządkowania mas pracujących – tym razem kaście biurokratycznej. W ustroju komunistycznym, mając pod rozkazami wszystkie warstwy pracujące, można oczywiście dokonywać /…/ wielkich rzeczy, można budować Magnitogorski i Dnieprostroje. Ale czy to jest miarą wartości tego ustroju? Do dziś dnia przetrwały liczące tysiące lat piramidy egipskie, dzieła potężne jak na ówczesny stan techniki /…/, wzniesione rękami /…/ niewolników – a mimo to nikt nie stawia /…/ ówczesnego ustroju Egiptu za ideał – pisał w „Agraryzmie…”.

W „Agronomii…” podkreślał etyczno-personalistyczny wymiar agraryzmu: Przy formalizowaniu przyszłych form ustrojowych należy mieć na uwadze to, aby one swoim ciężarem nie przygniatały człowieka i nie przekształcały go w bezwolne tylko narzędzie. /…/ Nie człowiek dla doktryny, ale doktryna dla człowieka! /…/ W okresie prawych i lewych dyktatur i miażdżenia jednostki – agraryzm podejmuje walkę o wolność społeczną /…/.

Akcentował konieczność porzucenia wiary w samoistność przemian ustrojowych lub upatrywania jedynych przyczyn negatywnych zjawisk w kwestiach materialnych. Podkreślał dwutorowość zmian – nie tylko „technicznych” (formy polityczne i organizacyjne), ale także moralnych. Pisał w „Zniczu” w 1933 r., iż /…/ musimy być świadomi, /…/ że agraryzm jest najtrudniejszą formą gospodarowania /…/, jako że /…/ koniecznym jest wysoki stopień uświadomienia i uspołecznienia każdego obywatela. Przeto z krystalizowaniem nowych form ustrojowych musi iść w parze kształcenie naszego umysłu i przeobrażenie duszy naszej /…/.

***

Kluczowym zagadnieniem dla działacza ludowego i teoretyka agraryzmu (zakładającego prymat chłopów w społeczeństwie) była reforma rolna. Ówczesna Polska to kraj, gdzie kilka milionów gospodarstw było zbyt małych, aby zapewnić produkcję pozwalającą na godziwe dochody czy choćby pełne zaspokojenie biologicznych potrzeb właścicieli. Kolejne kilka milionów stanowili bezrolni mieszkańcy wsi. Uwzględniając utrzymanie kilku osób z jednego gospodarstwa, odpływ ludności do przemysłu i miast, procesy demograficzne itp., Miłkowski szacował liczbę „ludzi zbędnych” wśród mieszkańców wsi na ok. 9 mln.

Logicznym wnioskiem było żądanie rozparcelowania wielkich majątków ziemskich – prywatnych, państwowych i kościelnych (oraz niekatolickich związków wyznaniowych) – i rozdzielenie ich między bezrolnych i małorolnych chłopów. Reforma miała także oczywiście cele polityczne – m.in. ograniczenie roli ziemiaństwa, które zdaniem Miłkowskiego stanowiło warstwę blokującą rozwój i modernizację Polski. Pozostawienie w rękach ziemian części areałów (od 20 do 50 ha) związałoby tę warstwę z pracą i mentalnie zbliżyło do innych grup społecznych. Upowszechnienie własności rolnej wzmocniłoby natomiast państwo polskie, gdyż dotychczasowi biedacy mieliby w posiadaniu „swój kawałek” ojczyzny.

Nie mniej ważny cel stanowiło polepszenie efektywności rolnictwa. Polska produkcja rolna w stosunku do istniejącego areału ziem uprawnych nie była imponująca ani z uwagi na potrzeby rynku wewnętrznego, ani pod względem możliwego potencjału eksportowego. Miłkowski, bazując na badaniach m.in. Władysława Grabskiego i szwajcarskiego naukowca prof. E. Laura, udowadniał, że drobna własność w rolnictwie jest najbardziej efektywna, gdyż chłop pieczołowicie dba o to, żeby z ziemi „wycisnąć” jak najwięcej w taki sposób, by nie wyeksploatować jej zasobów. Drobny rolnik jest z konieczności najbardziej racjonalnym użytkownikiem ziemi.

Miłkowski nie idealizował wsi. Nie traktował zatem reformy rolnej jako panaceum na wszelkie bolączki chłopstwa. Wiedział, że znaczna część drobnych gospodarstw jest zacofana. Dlatego chciał „obudować” reformę przemianami technicznymi i organizacyjnymi. Miało temu służyć szkolnictwo rolnicze, tworzenie stacji doświadczalnych, kursy zawodowe, upowszechnianie nowoczesnej techniki rolnej, kredytowy system finansowania innowacji, a także rozwój infrastruktury wiejskiej – ogólnej (elektryfikacja, sieć transportowa) i branżowej (zakłady przetwórcze, punkty skupu płodów rolnych).

Po zagospodarowaniu wszelkich zasobów ziemi, pozostaną na wsi jeszcze 2-3 miliony osób pozbawionych warsztatu pracy. Jednym ze sposobów rozwiązania problemu byłoby tworzenie etatów związanych z rolnictwem pośrednio – wszelkiej maści zakładów przetwórczych. Osobna kwestia to rozwój nowatorskich form zarobkowania, np. chałupnictwa wiejskiego (rzemiosło, rękodzieło użytkowe i artystyczne). Trzeci kierunek rozwoju to swoista migracja gospodarki nie tyle na wieś, ile na prowincję – Miłkowski jako jeden z pierwszych postulował, aby polityka państwa wspierała sytuowanie zakładów produkcyjnych także w mniejszych ośrodkach.

Czwarty wreszcie sposób, to uprzemysłowienie kraju. W przeciwieństwie do wielu ludowców, Miłkowski dostrzegał konieczność skoku cywilizacyjnego poprzez rozwój przemysłu. Choć miał świadomość negatywnych aspektów urbanizacji i industrializacji – dlatego postulował odejście od „koszarowego” budownictwa na rzecz domów z ogródkami, zwiększenie ilości zieleni w miastach czy tworzenie tzw. miast-ogrodów – niemal wolny był od nierzadkich w ruchu ludowym ciągot „stagnacyjnych”. Przyszły rozwój życia gospodarczego winien być nastawiony na stopniowe przesuwanie nadmiaru ludności wiejskiej do innych gałęzi /…/, głównie do przemysłu, robót publicznych itp. Polska jest krajem, który ma do wykonania olbrzymią ilość pracy. Poza rozbudową przemysłu /…/, musimy budować drogi, przeprowadzać regulację rzek, meliorować grunty, /…/ budować nowe linie kolejowe, mosty itd. – pisał w „Wiciach” w 1935 r.

Oczekiwał zatem od państwa aktywnej roli w przeobrażeniach gospodarczych. Był jednak ostrożny w kwestii etatyzmu. /…/ upaństwawianie życia gospodarczego nosi niewątpliwie w sobie /…/ niebezpieczeństwo rozrastania się polipa biurokracji, który w pewnych warunkach może się rozrosnąć do takich rozmiarów, że potrafi nawet zastąpić kapitalistycznych wyzyskiwaczy – zauważał w „Walce…”.

***

Kluczową rolę przyznawał natomiast spółdzielczości. Agraryzm, pragnący urzeczywistnić demokrację gospodarczą i oprzeć rozwój życia gospodarczego na dobrowolności, w spółdzielczości musi znaleźć główne oparcie – pisał w pierwszej książce.

Ta forma posiada same zalety z punktu widzenia ideałów agraryzmu, a także realiów społecznych. Uczy współpracy, nie przekreślając jednak zalet indywidualizmu. Pewne formy upaństwowienia, uspołecznienia czy kolektywizacji z reguły będą działać hamująco na rozwój indywidualności człowieka, natomiast spółdzielczość jest /…/ formą zbiorowego działania, która z istoty swej rozwija jego samodzielność. /…/ jakkolwiek jest kolektywną formą działania, to jednak nie unicestwia jednostki /…/ – przekonywał w „Walce o nową Polskę”.

Łączy też ona rozproszone wysiłki wielu podmiotów i sprawia, że nabierają dodatkowej mocy – pojedynczy chłop nie posiada żadnej siły w negocjacjach z hurtowym odbiorcą płodów rolnych, nie jest też w stanie przetwarzać ich samodzielnie; podobnie rzecz ma się z zakupem kosztownych urządzeń zwiększających rentowność gospodarstw. Trzecia grupa zalet spółdzielczości to jej dobrowolność, oddolność i równość – każdy spółdzielca ma jeden głos (inaczej niż np. w spółkach akcyjnych), każdy ma interes w dbałości i zaangażowaniu w działania spółdzielni, a jednocześnie nie istnieje tu zorganizowana forma przymusu. Ma też spółdzielczość silny walor moralny – jej głównym celem nie jest wąsko pojęty zysk, który należy za wszelką cenę eskalować, lecz szerzej rozumiany dobrobyt członków, czyli np. dbałość o ich zdrowie, rozrywki kulturalne, okolicę, którą zamieszkują etc.

Spółdzielczość dla Miłkowskiego to jednak nie tylko idealna forma gospodarowania, czym była w wizjach różnych pięknoduchów. Miała rozwiązać kluczowy problem chłopów. /…/ jedną z najważniejszych bolączek trapiących wieś jest prywatne pośrednictwo handlowe. Chłop w pocie czoła wypracowany produkt oddaje pośrednikowi, który bardzo często w jednym dniu na nim tyle zarabia, co wytwórca za szereg miesięcy znojnej pracy. Polska jest jedynym krajem w Europie, gdzie zachowały się formy „dzikiego” handlu jeszcze z czasów średniowiecza – pisał w „Wiciach” w 1936 r. Chłop sprzedaje własne produkty za niewielkie kwoty, co utrzymuje go w stanie ubóstwa i uniemożliwia rozwój gospodarstw; jest też całkowicie zależny od „kaprysów” pośredników. Ten sam problem dotyczy nabywania przez chłopów produktów przemysłowych – trafiają one na wieś z wysoką marżą. Dlatego docelowo – pisał w „Wiciach” – wszystko to, co rolnik ma do zbycia – winien zbywać sam przy pomocy przez siebie zorganizowanych placówek spółdzielczych, /…/ wszystko to, co rolnik kupuje, winien nabywać przez własne spółdzielnie zakupów, a to: rolnicze, handlowe i spożywców.

Rozpatrując rzecz szerzej, pisał rok później na tych samych łamach: Ustrój rolny oparty o drobny i indywidualny warsztat chłopski – tylko w takim wypadku okaże się korzystny, o ile zdoła wytworzyć silną /…/ nadbudowę spółdzielczą, /…/ skupić rozproszone siły chłopskie w silne organizmy gospodarcze /…/ Na tej jedynie drodze wieś może się usamodzielnić gospodarczo. Czyli doprowadzić do tego, że chłop w końcu zacznie robić tylko na siebie – a nie składać wiecznego haraczu na rzecz coraz to nowych wyzyskiwaczy. Na tej drodze widział także rozwiązanie podnoszonego przez endecję problemu zdominowania handlu przez Żydów – uważał, że to problem mechanizmu ekonomicznego, nie zaś struktury etnicznej. Rzecz nie w tym, by kupców żydowskich zastąpili polscy, lecz aby pośrednictwo z rąk prywatnych przeszło w sferę spółdzielczą.

Poza handlem, spółdzielczość wiejska powinna w następnym etapie objąć znaczną część przetwórstwa płodów rolnych, a nawet część produkcji (wspólne gospodarowanie na zasadach dobrowolności) oraz innowacyjności technicznej (zbiorowy zakup i użytkowanie maszyn i urządzeń) czy wręcz infrastrukturalnej (np. elektryfikacja). Taka forma gospodarowania miałaby jeszcze inny ważny wymiar – chodzi /…/ o zagadnienie odciążenia człowieka wsiowego od nadmiaru pracy fizycznej, o to, aby mógł on znaleźć trochę więcej czasu na życie rodzinne, na odpowiednie wychowanie swoich dzieci, na sprawy kulturalne, na rozwijanie swojego umysłu itp. – pisał w „Agraryzmie…”.

Tak, jak spółdzielczość może wzmocnić indywidualne gospodarstwa rolne, tak samo daje szansę na poprawę doli rzemiosła. W tym sektorze – częściej bazującym na pracy najemnej, nierzadko w formie archaicznych zależności personalnych – miałaby również humanizować stosunki pracy i ograniczyć skalę wyzysku. Spółdzielczość to także szansa poprawy kondycji ekonomicznej mieszkańców miast jako konsumentów – członkostwo w spółdzielczości spożywców pozwala zarazem nabywać tańsze produkty, jak i własnymi pieniędzmi wspierać bardziej „ludzkie” formy zatrudnienia.

***

Upowszechnienie własności w rolnictwie oraz uspółdzielczenie średnich podmiotów wytwórczych, usługowych i handlowych pozwoliłoby też zabezpieczyć interesy narodowe i zapewnić stabilność systemu gospodarczego. Jak bowiem trafnie zauważył Miłkowski w „Walce o nową Polskę” na wiele lat przed epoką globalizacji, kapitał obliczony na zysk w sentymenty patriotyczne nigdy się nie bawił. Gdy interes przestanie się opłacać /…/, bardzo szybko ulotni się tam, gdzie coś będzie można jeszcze zarobić.

Ten sam rodzaj względów przemawia za ograniczeniem własności prywatnej w wielkim przemyśle. W rękach państwa powinien znaleźć się przede wszystkim przemysł związany z jego obroną oraz tego rodzaju przedsiębiorstwa jak kolej lub poczta, których znaczenie dla całej gospodarki społecznej nie podlega dyskusji – przekonywał w „Walce…”. Obawiał się jednak biurokracji, omnipotencji państwa i marnotrawstwa, które towarzyszyłyby „zwykłej” i powszechnej nacjonalizacji przemysłu. Wypowiadając się przeciw nadmiernej etatyzacji warsztatów pracy – stoi[my] na stanowisku uspołecznienia wielkiego przemysłu w formie przejęcia go przez zorganizowane społeczeństwo /…/ – pisał w 1935 r. w PPS-owskim „Robotniku”. Proponował zatem jeszcze inną formę własności, mianowicie samorząd gospodarczy.

Składałby się on z demokratycznie wybieranych przedstawicieli samorządu terytorialnego, spółdzielczości i związków zawodowych, wspartych o delegatów państwa, którzy czuwaliby nad legalnością przedsięwzięcia. Samorząd gospodarczy byłby wielostopniowy – gminny (każdy zakład pracy z terenu gminy delegowałby przedstawicieli), powiatowy, wojewódzki i ogólnopolski. Na każdym szczeblu nadzorowałby i koordynował działalność gospodarczą. Najwyższy szczebel samorządu gospodarczego, Naczelna Izba Gospodarcza, miałby także prerogatywy ustawodawcze, zastępując zlikwidowany Senat. NIG byłby również formalnym właścicielem tych przedsiębiorstw.

W ten sposób ujęta organizacja życia gospodarczego /…/ gwarantowałaby udział czynnika fachowego w dziedzinie gospodarczej, oraz co najważniejsze, wciągałaby całe społeczeństwo do pracy twórczej /…/. /…/ społeczeństwo przyzwyczajałoby się do samodzielnego podejmowania działań gospodarczych, do brania swoich spraw w swoje ręce bez oglądania się na państwo /…/ Miałoby to również olbrzymie znaczenie wychowawcze. Ustrój /…/ który wszystko składa na barki biurokracji państwowej, a społeczeństwo odsuwa od wpływu na rozwój życia gospodarczego, nie może wytworzyć dla siebie silnych i trwałych podstaw – pisał w „Agraryzmie…”.

W systemie tak pomyślanego uspołecznienia gospodarki należałoby zadbać nie tylko o udział pracowników w podejmowaniu decyzji, ale także o ich utożsamienie się z zakładami pracy. Pierwsze rozwiązanie to zasada udziału w corocznych zyskach, która skłaniałaby do pracy bardziej wydajnej. Z upokarzającego stanowiska najmitów, pracujących dla zysków prywatnych jednostek, przeszliby do roli wytwórców pracujących dla siebie /…/ – pisał w pierwszej książce. Drugim ze sposobów byłby mniejszościowy akcjonariat, oparty o egalitarną zasadę jednego udziału, co dawałoby połowiczne uspółdzielczenie przemysłu pozostającego poza właściwą spółdzielczością.

Synteza samorządu, udziału w zyskach i pracowniczej kontroli wyeliminowałaby nie tylko zagrożenie zbiurokratyzowaniem, lecz także uchroniłaby przed niebezpieczeństwami, jakie niesie faszystowski korporacjonizm. Na pierwszy rzut oka jest on podobny, lecz ze względu na brak demokracji, silną rolę państwa i prywatnego biznesu stanowi przeciwieństwo agraryzmu, będąc natomiast metodą ubezwłasnowolnienia pracowników najemnych i wyeliminowania konfliktów klasowych bez wykorzenienia ich przyczyn.

Dziś brzmiącym jak herezja aspektem wizji Miłkowskiego, swoistym jej zwornikiem, był postulat ogólnokrajowego planowania gospodarczego. Nam kojarzy się to z absurdami gospodarczymi i niedogodnościami społecznymi „centralnego planowania” realnego socjalizmu. Miłkowski nie miał jednak na myśli planowania w stylu ZSRR, gdzie wyalienowani biurokraci i przywódcy polityczni decydują, co i jak produkować – przeciwnie, od modelu sowieckiego odcinał się ze względów tyleż pragmatycznych (niewydolność gospodarcza), co etycznych (pogwałcenie swobód społecznych). W jego wizji, wspomniana Naczelna Izba Gospodarcza miałaby w demokratyczny sposób i w oparciu o to, co dziś nazwalibyśmy „badaniem rynku”, wytyczać ogólne kierunki rozwoju gospodarczego i stymulować je (np. zwiększając okresowo środki kredytowe). Pozwoliłoby to podejmować niezbędne inwestycje infrastrukturalne, wyrównać regionalne różnice ekonomiczne, wspierać branże i inwestycje społecznie potrzebne, lecz nie przynoszące szybkiego zwrotu nakładów, reagować na doraźne oraz długofalowe tendencje gospodarcze (np. poprzez rozwój kształcenia kadr w kluczowych sektorach) i cywilizacyjne (wzrost wydajności technologii mógłby skutkować skróceniem ustawowego czasu pracy). Tak pomyślane planowanie byłoby odpowiednikiem dzisiejszej polityki gospodarczej państwa – tyle że w większym stopniu poddanym społecznej kontroli.

Gdyby chcieć krótko określić wizję Miłkowskiego, można użyć terminu, którym on sam się posługiwał – uspołeczniony indywidualizm. Można ją nazwać również „państwem minimum – społeczeństwem maksimum”. W doktrynie agrarystycznej kluczowe było bowiem włączenie szerokich rzesz w procesy decyzyjne i oddolną kontrolę, ale także rozbudzenie odpowiedzialność ludzi za ich postawy. Miłkowski był zwolennikiem „rdzennej” demokracji, nie ograniczonej do sporadycznych wyborów parlamentarnych. Demokracja jest przede wszystkim systemem życia – a nie tylko formą ustroju politycznego państwa. /…/ Bardzo często zdarza się, że całe obozy polityczne, głoszące obronę demokracji, w życiu praktycznym za rzecz najważniejszą uważają zdobywanie mandatów bez głębszej troski o to, co ci wybrańcy mają robić, nie mówiąc już o wyborcach, których zostawia się w spokoju aż do następnych wyborów /…/. Rzecz naturalna, że tak /…/ stosowana demokracja musi się po pewnym czasie załamać, przynosząc rozczarowanie dotychczasowym jej wyznawcom, którzy w tym nastroju stają się mało odporni na uderzenia propagandy totalistycznej – pisał w 1939 r. w „Młodej Myśli Ludowej”.

Powstrzymać tendencje autorytarne może zjednoczony front świata pracy: Gdy do warstwy chłopskiej dołączy się warstwa robotnicza i kategoria pracowników umysłowych /…/, to powstanie potężny obóz społeczny, poza którym pozostanie zaledwie kilka procent społeczeństwa. To jest droga do zmontowania granitowych podstaw dla trwałości rządów demokratycznych, wykonujących władzę w imieniu całego prawie ogółu i nastawionych na dobro całości, a nie drobnej uprzywilejowanej grupki /…/. W dodatku, Sprawiedliwy ustrój społeczny i demokratyczny ustrój państwa, mające potężną podbudowę w warstwach pracujących, wyzwolą uśpioną i ujarzmioną dzisiaj w masach energię narodową, ujawnią niewyzyskane dotychczas talenty i siły twórcze /…/. One to dopiero nadadzą właściwy sens odbudowanemu państwu polskiemu – stwierdzał w „Walce…”.

***

W 1934 r. przeniósł się do Warszawy, gdzie został zatrudniony w Związku Izb i Organizacji Rolniczych, dwa lata później podjął pracę w Związku Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych. Od 1933 r. do wybuchu wojny był członkiem Zarządu Głównego ZMW RP, a w latach 1935-38 (i od kwietnia 1939 r. ponownie) pełnił funkcję pierwszego wiceprezesa tej organizacji. Od 1935 r. wchodził w skład redakcji „Młodej Myśli Ludowej”. W roku 1936 wybrano go przewodniczącym Głównej Komisji Gospodarczej ZMW RP i redaktorem „Wici Gospodarczych” – tematycznego dodatku do organizacyjnego tygodnika.

Po zjednoczeniu partii chłopskich został członkiem Stronnictwa Ludowego. Odegrał bardzo ważną rolę w neutralizacji rozłamu w dopiero co osiągniętej jedności – gdy w 1935 r. część działaczy w sprzeciwie wobec decyzji o bojkocie wyborów postanowiła odejść i pod nowym szyldem kandydować do parlamentu, Miłkowski był jednym z pomysłodawców i sygnatariuszy listu potępiającego ich. W ramach zacieśniania współpracy „starego” i „młodego” ruchu ludowego, najpierw został wybrany zastępcą członka Naczelnego Komitetu Wykonawczego SL, a na Kongresie SL w 1935 r. powołano go do Rady Naczelnej ugrupowania.

W ZMW RP i SL odegrał bardzo ważną rolę w formowaniu założeń programowych. Na Walnym Zjeździe ZMW RP w październiku 1935 r. był autorem przyjętej deklaracji społeczno-gospodarczej (już deklaracja programowa z 1933 r. nosi wyraźne piętno jego poglądów). Na Kongresie SL w grudniu tego roku był jednym z dwóch referentów założeń programowych partii. Deklaracje stronnictwa i związku odzwierciedlają niemal w całości tezy Miłkowskiego, w przypadku SL sformułowane nieco mniej radykalnie i bardziej ogólnikowo. Szczególnie w łonie „Wici” Miłkowski zdobył „rząd dusz” swoimi poglądami. Nie było to łatwe, bowiem w organizacji oprócz opcji „konkretnej”, akcentującej kwestie społeczno-gospodarcze, istniał też starszy i początkowo silniejszy nurt „mistyczny”, reprezentowany głównie przez Józefa Niećkę. Miłkowski, bazując na konkretach i racjonalnych argumentach, lepiej trafił do „chłopskiego rozsądku”, lepiej wyczuł też nastroje związane z kryzysem gospodarczym.

Jako sojusznika ruchu ludowego postrzegał Polską Partię Socjalistyczną, reprezentanta miejskiej części świata pracy. Wielokrotnie podkreślał konieczność współpracy z socjalistami, przekonywał do tego innych działaczy chłopskich, a w drugiej połowie lat 30. zarówno on sam, jak i PPS-owcy konstatowali zbliżenie programowe i ideowe obu środowisk. Przeciwny był natomiast sojuszowi – nawet na gruncie doraźnej opozycji wobec obozu sanacyjnego – z ugrupowaniami endeckimi i prawicowymi, które zajmowały stanowisko antyegalitarne i krytykowały postulaty reform socjalnych.

Warto wspomnieć o praktycznych działaniach Miłkowskiego na rzecz spółdzielczości. Był popularyzatorem tej formy gospodarowania, w ZMW RP utworzono pod jego kierownictwem specjalną sekcję, która kierowała pracami spółdzielczymi (efektem był znaczny wzrost liczby spółdzielni założonych lub współtworzonych przez młodzież wiejską), w 1936 r. wraz z Janem Duszą opublikował broszurę „Chłopi na front gospodarczy”. Propagował także „inwazję” spółdzielczości w nowych sektorach. Dotychczas koncentrowała się ona głównie w handlu spożywczym, mleczarstwie i sektorze oszczędnościowo-kredytowym, autor „Agraryzmu…” proponował zaś poszerzenie jej zasięgu m.in. o różne rodzaje rzemiosła i chałupnictwa, nowatorskie wówczas sektory gospodarki rolnej czy takie formy, które mogą bazować na lokalnych zasobach, co umożliwi działanie bez ponoszenia dużych wydatków (wikliniarstwo, pszczelarstwo, rybne stawy hodowlane itp.). W 1938 r. opublikował broszurę „Spółdzielczość przemysłowa wiejska”, a rok później „Spółdzielczość ogrodnicza w Polsce”.

Najlepszym podsumowaniem postawy Miłkowskiego z międzywojnia są jego własne słowa z „Wici” z 1936 r.: Jeżeli chcemy dojść do Polski Ludowej – to /…/ musimy mieć świadomość tego, że nie spadnie nam ona sama z obłoków, ale jej osiągnięcie będzie wynikiem naszej walki, naszej pracy i naszego trudu – podejmowanych celowo i świadomie na wszystkich polach.

***

Po nastaniu hitlerowskiej okupacji, Miłkowski włączył się w działalność podziemnego ruchu ludowego. Wiosną 1940 r. z jego inicjatywy zorganizowano konspiracyjną konferencję ZMW RP, która zadecydowała o zjednoczeniu z działaczami SL. Powierzono mu funkcję przewodniczącego struktur podziemnego Stronnictwa Ludowego „Roch” w woj. warszawskim. W kwietniu 1940 r. został również przewodniczącym Komisji Programowej Centralnego Kierownictwa Ruchu Ludowego. Miała ona wypracować wytyczne na czas po rychłym, jak się spodziewano, zakończeniu wojny – uwzględniające przyczyny i skutki przedwojennej słabości Polski oraz reformy, które miały rozwiązać te problemy.

Już w sierpniu 1940 r. ukazała się I część „O formę i treść przyszłej Polski”, druga miesiąc później, w kwietniu i lipcu 1941 r. – dwie ostatnie. Głównym autorem dokumentu był Miłkowski, choć sygnowano go nazwą komisji, a w treści uwzględniono także uwagi innych osób (aczkolwiek londyńską edycję z 1943 r. sygnowano pseudonimem Miłkowskiego – W. Starzak). Wizja ta nie różniła się w istotny sposób od wcześniejszych koncepcji Miłkowskiego, nieco bardziej akcentując jedynie społeczną kontrolę nad upaństwowionymi przedsiębiorstwami strategicznymi oraz wzmocnienie roli związków zawodowych w tych zakładach, które pozostaną prywatną własnością. W kwestii reformy rolnej nastąpił odwrót od postulatu bezpłatnego rozdysponowania wielkich gospodarstw pomiędzy chłopów – stwierdzono, że powojenne ciała ustawodawcze powinny zdecydować, czy ziemia trafi do nich za darmo, czy też za niewygórowane ceny i przy wsparciu państwowych kredytów. Uznano natomiast, że niezbędne będzie organizacyjne i finansowe wsparcie państwa dla gospodarstw tworzonych na części rozparcelowanych majątków, szczególnie na zachodnich i północnych obszarach kraju, łącznie z dofinansowaniem tworzenia zabudowy mieszkalnej i technicznej.

Jednym z elementów prac Komisji była edycja teoretycznego miesięcznika ruchu ludowego „Przebudowa”, którego pierwszy numer ukazał się w listopadzie 1941 r. Miłkowski pełnił funkcję redaktora naczelnego, był też jednym z czołowych publicystów pisma. Ze względów konspiracyjnych niejasne jest, które artykuły napisał, pismo wyrażało jednak poglądy niemal identyczne jak przedwojenne publikacje Miłkowskiego. Silniejszy nacisk kładło jedynie na rolę państwa, co w sytuacji przewidzianej powojennej odbudowy kraju było zrozumiałe. W numerze z listopada 1942 r. redakcyjny artykuł stwierdzał: /…/ ustrój liberalistyczny oparty na wolnej konkurencji i nieograniczonym prawie prywatnej własności musi ustąpić miejsca ustrojowi opartemu o system gospodarki planowej. /…/ Znaczy to, że państwo weźmie na siebie bezpośrednie kierownictwo nad całością rozwoju życia gospodarczego. Nie stanowiło to jednak odwrotu od wcześniejszych koncepcji, ani pochwały etatyzmu i biurokratyzmu. W tym samym numerze deklarowano: Rząd /…/ ma tylko /…/ zatwierdzić ostateczny plan gospodarowania. Ale przygotowanie tego planu, jego przepracowanie i przedyskutowanie przeprowadzi samorząd gospodarczy, który także będzie jedynym wykonawcą tego planu.

W koncepcji samorządu gospodarczego dla Polski powojennej pojawiły się natomiast dwa nowe elementy – likwidacja szczebla gminnego (podstawowym miał być szczebel powiatowy) oraz stworzenie dodatkowej instancji świata pracy. Izby pracy powstaną na szczeblu wojewódzkim jako wyraziciel interesów pracowników najemnych (z wszystkich przedsiębiorstw, niezależnie od formy własności), a ich krajowa struktura będzie funkcjonowała jako autonomiczny podmiot w łonie Naczelnej Izby Gospodarczej. Oprócz uczestnictwa w formułowaniu ogólnych zadań i zasad gospodarki, stanowiła będzie ona kluczowy podmiot w kwestii regulacji stosunków pracy, przejmie również zadania inspekcji pracy. Taka zmiana miała być odpowiedzią na rosnącą rolę – także liczebną – pracowników najemnych.

Innym ważnym polem podziemnej aktywności Miłkowskiego była współpraca z polskimi antykomunistycznymi socjalistami skupionymi w PPS – Wolność, Równość, Niepodległość. Pierwsze jego kontakty z przedstawicielem PPS-WRN, Zygmuntem Zarembą, datują się już na początek roku 1940, a od wiosny działacz ludowców miał dla nich mandat ze strony swego ugrupowania. Zintensyfikowano je jesienią, dążąc do opracowania wspólnego programu. W pracach czołową rolę odegrał Miłkowski, nieco mniejszą Zaremba, wsparł ich Teofil Wojeński ze Stronnictwa Demokratycznego. Efektem stał się „Program Polski Ludowej”.

Dokument zawierał zapowiedź przeobrażeń społeczno-ustrojowych po zakończeniu wojny i okupacji. W dziedzinie gospodarczej zawierał tezy niemal bliźniacze w stosunku do przedwojennych koncepcji Miłkowskiego. Deklarował przeprowadzenie reformy rolnej poprzez rozparcelowanie wielkich majątków ziemskich bez odszkodowania, niezależnie od ich formy własności, wywłaszczenie i przekazanie państwu, samorządowi i spółdzielczości znacznej części przemysłowej własności prywatnej, szeroko rozwinięty system demokratyczny, bezpłatne szkolnictwo, swobodę wyznania i wolność słowa. Zapowiadano zniesienie wszelkich form wyzysku, a jedynym źródłem utrzymania miała stać się praca. Niestety, tuż przed oficjalnym podpisaniem i edycją „Programu”, w marcu 1941 r. kierownictwo polityczne ruchu ludowego wycofało się z tej inicjatywy. Przyczyny nie są jasne – pretekstem uczyniono współpracę socjalistów ze środowiskami sanacyjnymi, z kolei Zaremba wskazywał na destrukcyjną personalną rolę J. Niećki, który był przed wojną czołowym oponentem Miłkowskiego w „Wiciach”. Ostatecznie PPS-WRN uznał „Program Polski Ludowej” za swój manifest i opublikował trzy wydania (pierwsze w sierpniu 1941; opublikowano także angielski przekład) w łącznym nakładzie 30 tys. egz., zaznaczając, że jest on wynikiem rozważań i dyskusji, przeprowadzonych przede wszystkim w obozie robotniczym i chłopskim /…/. /…/ wyraża dojrzałe poglądy, będące wspólnym dorobkiem zarówno zorganizowanych mas chłopskich, jak i robotniczych. Dokument ten stał się jednym z najbardziej znanych i popularnych podziemnych manifestów politycznych.

Miłkowski nie zaprzestał też działalności w ruchu spółdzielczym. Z ramienia SL „Roch” wszedł do Tymczasowej Konspiracyjnej Rady Spółdzielczej. Jego poglądy w kwestii kluczowej roli spółdzielczości w zreformowanej gospodarce nie zmieniły się ani na jotę, czego dowodem są okupacyjne dokumenty Komisji Programowej CKRL. Wyraźne piętno ideowe, ale także stylistyczne, odcisnął Miłkowski na wydanym w 1943 r. „Programie spółdzielczości polskiej”, sygnowanym przez Komitet Spółdzielczy, utworzony w porozumieniu z Delegaturą Rządu przez Miłkowskiego i lidera spółdzielczości spożywców, Mariana Rapackiego. Również Wydział Planowania CKRL, powstały w miejsce Komisji Programowej, opublikował „Tezy ruchu spółdzielczego w Polsce” oraz „Program ruchu spółdzielczego”, których głównym autorem był Miłkowski. Nie odbiegały one zbytnio od przedwojennych koncepcji w tej dziedzinie, jedynym istotnym novum było zaakcentowanie roli, jaką w wyzwolonej Polsce powinna odegrać spółdzielczość mieszkaniowa. W czasie okupacji autor „Agraryzmu…” wszedł także w skład władz Spółdzielczego Instytutu Wydawniczego, utworzonego jesienią 1941 r.

***

Stanisława Miłkowskiego aresztowało Gestapo 26 sierpnia 1944 r. Najpierw przewieziony do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, a w marcu 1945 r. trafił do obozu w Bergen-Belsen. Zmarł tam z wycieńczenia tuż przed końcem wojny.

Zygmunt Zaremba w swych wspomnieniach „Wojna i konspiracja” pisał: Idea stworzenia podstaw programowych współpracy robotniczo-chłopskiej znalazła w Miłkowskim entuzjastę. Czy można właśnie do niego zastosować takie określenie? Zawsze pozostawał chłodnym /…/ – nie pamiętam jednego uniesienia czy poddania się rojeniu o przyszłości – zawsze realistyczny, przy tym uparty i konsekwentnie zdążający do swego. A jednak, czy upór w przeprowadzaniu swej idei nie jest swoistym wyrazem wewnętrznego entuzjazmu? /…/ kiedy później opracowany przez nas obu „Program Polski ludowej” nie stał się dla ludowców tym, czym był dla nas, Miłkowski cierpiał i nie krył tego przede mną. Ale nie tracił swego uporu: Mimo wszystko zrobiliśmy rzecz trwałą. Nie dziś, to jutro muszą nasze ruchy znaleźć wspólny język.

Miłkowski propagował ideał Polski Ludowej – sprawiedliwej, egalitarnej i nowoczesnej – i do niego dążył. Po roku 1945 zwycięscy komuniści przejęli ten termin przedwojennych ludowców i socjalistów. Wymownym, ni to gorzkim, ni to ironicznym faktem jest to, że po kilku dekadach szkalowania agraryzmu jako ideologii bądź to burżuazyjnej, bądź to zbyt mało postępowej, w roku 1988, czyli tuż przed końcem PRL-u, wznowiono oficjalnie przedwojenne prace Miłkowskiego. Pięć lat wcześniej „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego” i „Walka o nową Polskę” zostały wydane przez podziemne wydawnictwo związane z „Solidarnością”. Tyle właśnie miał PRL wspólnego z Polską Ludową Miłkowskiego i socjalistów.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Jan Borkowski, Wizje społeczne i zmagania wiciarzy. W świetle młodzieżowej prasy ludowej 1928-1939 („Wici”, „Znicz”, „Społem”, „Młoda Myśl Ludowa”, „Chłopskie Życie Gospodarcze”), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.
  • Tadeusz Chrobak, Filozoficzne przesłanki agraryzmu. Studium wybranych zagadnień, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Rzeszów 1998.
  • Edward Chudziński, W kręgu kultury i literatury chłopskiej 1918-1939. Z dziejów chłopskiej prasy literackiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985.
  • Stanisław Dąbrowski, Koncepcje przebudowy Polski w programach i publicystyce ruchu ludowego 1939-1945, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1981.
  • Edward Gołębiowski, Stanisława Jarecka-Kimlowska (wstęp i opracowanie), Związek Młodzieży Wiejskiej RP „Wici” w walce o postęp i sprawiedliwość społeczną. Wybór dokumentów 1928-1948, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1978.
  • Anna Golec, Agrarystyczne koncepcje gospodarcze, Wydawnictwo Uniwersytetu M. Curie-Skłodowskiej, Lublin 1994.
  • Józef Jasiński, Z dziejów polskiej spółdzielczości spożywców podczas II wojny światowej, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1965.
  • Józef Kowal, „Wici” – powstanie i działalność społeczno-wychowawcza 1927-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1964.
  • Andrzej Lech, Agraryzm wiciowy, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 1991.
  • Józef Mężyk, Organizacje akademików-ludowców w środowisku krakowskim, „Roczniki Dziejów Ruchu Ludowego” nr 9, 1967.
  • Stanisław Miłkowski, Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego, Nakładem Związku Młodzieży Wiejskiej Spółdzielni Oświatowej w Krakowie, Kraków 1934.
  • Stanisław Miłkowski, Pisma publicystyczne 1930-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1988.
  • Stanisław Miłkowski, Walka o nową Polskę, brak wydawcy, Warszawa 1936.
  • O formę i treść przyszłej Polski – Zarys programu ruchu ludowego, opracowany przez Komisję Programową CKRL /w:/ Materiały źródłowe do historii polskiego ruchu ludowego, tom IV 1939-1945, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.
  • Wiesław Piątkowski, Myśl agrarystyczna Stanisława Miłkowskiego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Błażej Poboży, Społeczeństwo obywatelskie w polskiej myśli politycznej obozu rządowego 1939-1945, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2007.
  • Program Polski Ludowej /w:/ „My tu żyjemy jak w obozie warownym”. Listy PPS-WRN Warszawa – Londyn 1940-1945, Puls Publications, Londyn 1992.
  • Spółdzielczość polska podczas II wojny światowej, praca zbiorowa (redakcja naukowa Czesław Szczepańczyk, Halina Trocka), Wydawnictwo Instytutu Morskiego, Gdańsk – Słupsk – Szczecin 1982.
  • Michał Śliwa, Polska myśl socjalistyczna (1918-1948), Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1988.
  • Światła z podziemi. Myśl ludowa w Polsce 1939-1944, Nakładem członków Stronnictwa Ludowego, Londyn 1944.
  • Halina Trocka, Spółdzielczość w programach i polityce polskich stronnictw ludowych do roku 1939, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1969.
  • Paweł Woroniecki, Uspołeczniony indywidualizm – główna teza programu gospodarczego agraryzmu /w:/ J. Jachymek, K. Z. Sowa, M. Śliwa (red.), „Chłopi, naród, kultura” (tom I – „Myśl polityczna ruchu ludowego”), Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Rzeszów 1996.
  • Zygmunt Zaremba, Wojna i konspiracja, Wydawnictwo B. Świderski, Londyn 1957.

O LEPSZE DZISIAJ, czyli konsumenci wszystkich krajów, łączcie się

Należał do pokolenia działaczy społecznych z własnego, nieprzymuszonego popędu. W działaczu takim najsilniejszym bodźcem jest wiara w jego dzieło, w jego realność i siłę pomimo ciężkich ofiar i wielkiego wysiłku, stojącego przed realizacją dzieła. Krótkie /…/ życie Romualda Mielczarskiego /…/ było jednocześnie długim życiem działacza społecznego: 15 lat więzień, poniewierki, wygnania, emigracji i 20 lat żmudnej, twardej, nie zawsze wdzięcznej pracy społecznej – pisał dekadę po jego śmierci prof. Konstanty Krzeczkowski.

***

Urodził się 5 lutego 1871 r. w Bełchatowie. Ojciec był kierownikiem miejscowej poczty, matka zmarła, gdy chłopiec miał 12 lat. W wieku 9 lat rozpoczął naukę w 3-klasowej prywatnej szkole w Radomsku. Po jej ukończeniu trafił do gimnazjum państwowego w Częstochowie. Po dwóch latach przeniósł się w 1885 r. do V gimnazjum w Warszawie. Początkowo mieszkał u ciotki, później usamodzielnił się. Jak wspominał Stefan Żeromski, jego ówczesny sąsiad, Izba na strychu, wszystkie stołki spalone, możliwości pożyczek wyczerpane, widmo głodu. A jednak był w pobliżu nas człowiek jeszcze biedniejszy: codziennie o 9-ej wieczorem do sieni poddasza, w której hulały wiatry i przeciągi, mizerak-uczeń wnosił na plecach siennik, zapalał lampkę naftową, układał się na gołym sienniku, okrywał się płaszczem i długie godziny kuł lekcje lub czytał książki.

Ze szkolnymi kolegami – byli wśród nich m.in. Stanisław i Władysław Grabscy – zakładał nielegalne kółka samokształceniowe. Kluczowe tematy ich rozważań to niepodległość Polski i sprawiedliwość społeczna. Mielczarski utrzymywał kontakt z działaczami nielegalnego tzw. II Proletariatu, jednak krytykował stosowanie terroru, był zwolennikiem masowych działań społecznych. Żył z udzielania korepetycji, uczył się znakomicie, miał otrzymać szkolny medal za dobre wyniki. Jednak kilka dni przed maturą, 1 maja 1890 r. wczesnym rankiem udał się na Powiśle, by sprawdzić reakcję robotników warszawskich na odezwy wzywające do udziału w manifestacji z okazji Święta Pracy. Carscy żandarmi znaleźli przy nim materiały agitacyjne, chłopak został aresztowany, usunięto go ze szkoły, o maturze nie było mowy.

Po czterech miesiącach pobytu w Cytadeli wypuszczono go za kaucją i objęto dozorem policyjnym. W kwietniu 1891 r. carski sąd ogłosił wyrok – 20-latka skazano na rok ciężkiego więzienia w Krestach w Petersburgu oraz objęto dwuletnim zakazem powrotu na ziemie Kongresówki. W celi więziennej przymusowo pracował 11 godzin dziennie jako nawijacz przędzy, resztę czasu poświęcał nauce języków obcych. Po opuszczeniu więzienia zamieszkał w granicznym Białymstoku, później w Grodnie, po kilku miesiącach starań uzyskał pozwolenie na wyjazd zagranicę. Pod koniec czerwca 1892 r. przybył do Berlina, gdzie zamierzał podjąć studia, jednak uniemożliwił to brak rosyjskiej matury.

Z ciepłym przyjęciem spotkał się w gronie politycznych emigrantów z Polski, skupionych w Towarzystwie Socjalistów Polskich, wydającym „Gazetę Robotniczą”. Wraz z S. Grabskim redagował to czasopismo, będąc – jak wspominał jeden z kolegów – najgorliwszym zwolennikiem wprowadzenia do programu socjalistycznego walki o niepodległość Polski. Nie działali jednak długo – pod naciskiem Rosjan, władze niemieckie aresztowały Polaków i zmusiły do wyjazdu zagranicę.

Mielczarski wybrał Zurych, gdzie na wydziale filozoficznym tamtejszego uniwersytetu podjął studia – nauki przyrodnicze, ekonomię i historię. Żył jednak w skrajnej biedzie i dlatego za namową kolegów wydalonych z Berlina przeniósł się do Belgii, gdzie łatwiej było o zarobek. Rozpoczął studia w Antwerpii w Instytucie Handlowym, uważanym wówczas za najlepszą europejską uczelnię w dziedzinie nauk ekonomicznych. W Belgii nie porzucił działalności politycznej. Wszedł w skład redakcji „Przeglądu Socjalistycznego”. Środowisko to w 1894 r. połączyło się z Polską Partią Socjalistyczną. W utworzonej Centralizacji Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich (z siedzibą w Londynie), Mielczarski tworzył sekcję belgijską. W tym samym roku nakładem PPS ukazała się skierowana do chłopów jego – sygnowana pseudonimem Jan Wierzba – broszura agitacyjna „O czym każdy włościan wiedzieć powinien”, która przemycona do kraju cieszyła się dużą popularnością. Takie działania znów ściągnęły na niego uwagę agentów Ochrany, którzy za pośrednictwem ambasady rosyjskiej nakłonili władze belgijskie do wydalenia Mielczarskiego z kraju. Na przeszkodzie temu stanęła studencka akcja w jego obronie, którą podchwycili na forum parlamentu deputowani lewicy.

W roku 1896 z wyróżnieniem ukończył studia. Do kraju wracać nie mógł, bo czekało go więzienie. Odrzucił propozycję intratnej posady w Kongu Belgijskim. Objął natomiast po Stefanie Żeromskim stanowisko bibliotekarza w Muzeum Polskim w szwajcarskim Rapperswilu. Spędzone tam niemal cztery lata to czas wytężonej pracy ideowej. Do popularnonaukowego socjalistycznego periodyku „Światło” napisał cykl tekstów poświęconych historii Polski, akcentując tendencje demokratyczne i prospołeczne w naszych dziejach oraz negatywną rolę warstw posiadających, ich egoizm, prywatę i brak reform socjalnych jako przyczyny upadku kraju i niemożności zrzucenia jarzma zaborczego. W 1898 r. opublikowano jego kolejną broszurę (ponownie sygnowaną jako Jan Wierzba) przeznaczoną dla chłopów – „1848 rok w Polsce”. Powstały wówczas jeszcze dwie większe prace. Pierwsza to obszerna analiza dziejów Towarzystwa Demokratycznego Polskiego z lat 1832-1863 – niestety jej rękopis zaginął później w toku burzliwych perypetii autora. Druga to „Broszura programowa”, napisana dla PPS, jednak z niejasnych przyczyn nie wydana wówczas.

***

W poglądach Mielczarskiego z tego okresu można wyróżnić trzy kluczowe aspekty: akcentowanie w programie socjalistycznym kwestii niepodległości, stale rosnący demokratyzm i apoteozę zaangażowania mas społecznych oraz uznanie przewagi konkretnych osiągnięć nad wywodami teoretycznymi.

O sile patriotyzmu Mielczarskiego świadczy choćby początek tekstu z pisma „Światło” z roku 1899: Podział naszego narodu i wydarcie mu niepodległości były najhaniebniejszą zbrodnią, jaką kiedykolwiek popełniono na ludzkości i cywilizacji. Ale wątki patriotyczne w swoich rozważaniach i postulatach programowych uzasadniał nie tylko etycznie. Mielczarski w kwestiach społeczno-gospodarczych był wówczas typowym socjalistą. Uważał kapitalizm za system zarówno niesprawiedliwy, oparty na wyzysku pracowników i przywłaszczaniu nadwartości przez pracodawców, jak i wadliwy, kryzysogenny, prowadzący do stałej koncentracji bogactwa oraz nieracjonalnego wykorzystania sił wytwórczych. Sądził, że rozwiązaniem problemu będzie uspołecznienie dużej i średniej własności środków produkcji. Od nurtu marksistowskiego odróżniała go postawa reformistyczna, socjaldemokratyczna – wierzył, że przeobrażenia społeczne dokonają się na drodze pokojowej i parlamentarnej, a ich czołowym wykonawcą będzie państwo podporządkowane woli mas społecznych. Dlatego też w „Broszurze programowej” przekonywał, że Aby państwo chciało i mogło przeprowadzić reformę ekonomiczną zgodną z interesami polskiej klasy robotniczej, nie może ono pozostać tym, czym jest dziś, nie może pozostać państwem samowładnym i państwem najezdniczym. /…/ Wyrzucić z kraju despotyczny najazd, aby na jego ruinie stworzyć niepodległą Polskę demokratyczną, jest najistotniejszym zadaniem polskiego proletariatu.

Niepodległość jest niezbędna dla socjalizmu także dlatego, że jej brak oznacza zakonserwowanie istniejących porządków: /…/ najwyższym interesem despotyzmu jest bierność społeczeństwa uwiecznić [utrwalić]. W tym to właśnie celu rząd despotyczny zakazuje wszelkiej działalności zbiorowej. Obywatele państwa despotycznego nie mają ni wolności osobistej, ani wolności słowa i druku, ani wolności zmów, zgromadzeń i zrzeszeń, ani wolności związków politycznych, jednym słowem tych wszystkich wolności, bez których łączenie się ludzi jednakowych przekonań dla osiągnięcia pewnych celów jest niemożliwe.

Co oczywiste, despotyczne rządy zaborcze ograniczają demokrację, a zatem hamują rozwój jednego z kluczowych ideałów socjalistycznych. Społeczeństwo nasze /…/ dawno już dojrzało do rządów konstytucyjnych, wolnościowych, dzięki jednak temu, że jesteśmy gwałtem skuci ze społeczeństwem rosyjskim, mniej od nas pod względem gospodarczym i obyczajowym rozwiniętym /…/ zmuszeni jesteśmy ulegać barbarzyńskiemu prawu /…/, karzącemu więzieniem i Sybirem za udział w strajkach, w towarzystwach politycznych, uznającemu nawet karę śmierci za przestępstwa polityczne. Musimy również ulegać wadliwemu ochronnemu prawodawstwu fabrycznemu, które /…/ z ochrony robotnika stało się ochroną fabrykanta. A co na to warstwy posiadające? Zdawałoby się, że najazd, który w dodatku obraża uczucia narodowe, powinien być kapitalistom nienawistny, a ich najgorętszym pragnieniem jego obalenie. Ale od czegóż kapitaliści są kapitalistami! Jeżeli nienawidzą oni rządu jako najazdu, to kochają go jako despotyzm, gdyż despotyzm pozwala im bez wszelkiej kontroli napychać sobie kieszenie krwią i potem robotnika. Na świadomych i strajkujących ma kule, więzienia i Sybir.

Jeszcze jeden ważny wymiar ma brak niepodległości – zacofanie gospodarcze. Jak wiemy, kapitalizm był wedle Marksa fundamentem socjalizmu, tj. umożliwiał rozwój sił wytwórczych, na bazie których możliwe byłoby dopiero powstanie nowego ustroju, zaspokajającego potrzeby szerokich rzesz, wydobywającego je z nędzy i zacofania. Tymczasem o ile kraje suwerenne mają możność prowadzenia polityki modernizacyjnej, o tyle Polska jest traktowana jako wewnętrzna kolonia, peryferia innego państwa. Polityka celna, regulacje prawne, strategie inwestycyjne – nie pozwalają na maksymalny rozwój, utrwalając zapóźnienie cywilizacyjne. /…/ najazd /…/ nas traktuje jako społeczeństwo podbite i wszystko, co dla naszego narodu jest szkodliwe, uważa dla siebie za pożyteczne; /…/ Dlatego też rolnictwo nasze /…/ postępuje tylko powoli, mając do zwalczenia niesłychane gdzie indziej trudności. Przemysł nasz /…/ nie stoi na takim stopniu rozwoju, jak by to być mogło. Podobnie handel nasz /…/ znajduje się dziś jeszcze ciągle w stanie zwyczajnego oszustwa.

Niepodległość jest warunkiem sine qua non rozwoju społecznego, ekonomicznego czy wręcz cywilizacyjnego. PPS jest organizacją proletariatu polskiego, a proletariat polski, właśnie dlatego, że jest proletariatem i że jest polskim, ma największy interes w niepodległości kraju, bo niepodległość tylko pozwoli mu opanować rządy kraju i zabezpieczy kulturze polskiej, przyszłemu dziedzictwu proletariatu, normalny rozwój.

Tak, jak odzyskanie niepodległości warunkuje reformy społeczne, tak niepodległość bez socjalnego „farszu” traci wiele ze swej wartości. Mielczarski nie zostawiał suchej nitki na „Polsce pańskiej”. Jego broszury historyczne, skierowane do chłopów, pełne są gorzkich słów pod adresem warstw posiadających. Polska musi być zatem demokratyczna i przeprowadzić reformy społeczne. /…/ lud polski dwóch ma wrogów śmiertelnych. Tymi wrogami są car moskiewski i panowie polscy. Dopóki ci dwaj wrogowie żyć będą na polskiej ziemi, wszystko się zmienić może, tylko niewola i nędza ludu polskiego zostanie.

Jak wspominał S. Wojciechowski, Mielczarski dzielił się z nim wnioskami z analizy dziejów Towarzystwa Demokratycznego Polskiego: Najbardziej ofiarne i szlachetne jednostki giną w walce z najazdem, na placu zostają karierowicze i frazesowicze ze wszystkimi wadami zdemoralizowanej szlachty. Wszyscy mówią o ludowładztwie jako najlepszej formie rządzenia /…/, ale większość cofa się przed przyjęciem konsekwencji takiego programu. /…/ Zbawienie Polski przez garstki choćby najbardziej genialnych i bohaterskich jednostek, jest utopią. Sprawić to może tylko praca samego ludu; trzeba pracować przede wszystkim nad jego usamodzielnieniem we wszystkich kierunkach, nie zastępować przez inteligencję, która w znacznym stopniu uległa rozkładowi upadku.

Trzeci wyraźny rys ówczesnych poglądów Mielczarskiego to pragmatyzm. Choć był bezkompromisowym ideowcem, cenił wszelkie konkretne – nawet jeśli niewielkie – zdobycze, które polepszają los świata pracy. Nie lubił bezustannego bajtlowania o programie, ustawach itd., a jak pisał prof. Krzeczkowski, dziwi[ł] się, czemu ludzie /…/ nie interesują się ruchem konkretnym: organizacjami zawodowymi, kooperatywami itd.

***

Na początku roku 1900 zdecydował się opuścić Rapperswil i wrócić do kraju. Był przekonany, że władze carskie już o nim zapomniały i będzie mógł prowadzić legalną działalność społeczną. Stało się inaczej – w czerwcu owego roku został aresztowany podczas przekraczania granicy i osadzony w więzieniu w Petersburgu. Na kilka miesięcy rodzina i znajomi stracili z nim kontakt – Mielczarski odmawiał napisania listu po rosyjsku i uczynił to dopiero po uzyskaniu zgody władz więzienia na krótki komunikat po polsku. Wypuszczony po ośmiu miesiącach, otrzymał wyrok zakazujący powrotu do kraju. Przez kilka miesięcy żył w biedzie w granicznym Białymstoku. Odrzucił propozycję PPS powrotu do Polski z fałszywymi dokumentami i zajęcia się pracą partyjną. Nieoczekiwanie zrezygnował z wszelkiej działalności politycznej. W liście do władz partii tłumaczył to względami bytowymi i rodzinnymi, a w zakończeniu pisał: Oto cała moja spowiedź krótka i węzłowata. Nie wiem, czy po niej nie stracę resztki zaufania, jakie mieliście dla mnie. Byłoby to dla mnie bardzo bolesne. Sądzę, że do najgorszych nie należę i z czasem zapewne tego dowiodę.

Wyjechał na Kaukaz do Tyflisu, gdzie objął jedno ze stanowisk kierowniczych w kopalni manganu. W 1903 r. przeniósł się do Charkowa – tam w firmie H. Meyera został szefem działu sprzedaży importowanych z Polski wyrobów hutniczych. Do Polski wrócił jednak szybciej niż się spodziewano – rewolucja 1905 r. poskutkowała możnością legalnego pobytu w kraju. Pod koniec 1906 r. Mielczarski odrzucił propozycję intratnej posady i przybył do Warszawy. Przez kilka miesięcy był zatrudniony w firmie Siemens, później w Stowarzyszeniu Spożywczym Pracowników Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej (największa wówczas polska spółdzielnia spożywców), a wkrótce podjął pracę jako szef działu handlowego w „Uranii” – formalnie była to spółka, w praktyce zaś stowarzyszenie wytwarzające pomoce dydaktyczne dla polskich szkół.

Na fali porewolucyjnej aktywności społecznej powstał w 1905 r. z inicjatywy Edwarda Abramowskiego Związek Towarzystw Samopomocy Społecznej, zrzeszający postępową inteligencję oraz liderów inicjatyw chłopskich i robotniczych. W łonie tej organizacji powołano wkrótce Towarzystwo Kooperatystów, które miało zająć się krzewieniem ekonomicznej samoorganizacji i samopomocy, czyli spółdzielczości. Mielczarski został członkiem TK wkrótce po jego utworzeniu, a niedługo później był już jednym z najbardziej ofiarnych działaczy i liderów organizacji. Na pierwszym oficjalnym zjeździe TK wszedł wraz z S. Wojciechowskim i Rafałem Radziwiłłowiczem w skład zarządu. Wkrótce podjęli decyzję o edycji pisma „Społem!” (tytuł wymyślił Żeromski), mającego propagować ideały spółdzielcze. Redaktorem został Wojciechowski, zaś Mielczarski był czołowym autorem tekstów „pragmatycznych”, tj. zawierających konkretne informacje o zasadach spółdzielczości, sprawach organizacyjnych, procedurach itp. We dwóch napisali odezwę ideową nowego pisma. Spod pióra Mielczarskiego wyszły takie słowa: Gdy chodzi o poprawę materialnych i kulturalnych warunków bytu warstw pracujących, istnieją dwie drogi /…/ Pierwsza /…/ to droga walki: ludzie łączą się tutaj w partie polityczne, związki zawodowe, ażeby za pomocą solidarnego nacisku /…/ uzyskać dla siebie lepsze warunki /…/ Nie podajemy w wątpliwość doniosłości wysiłków ludzkich w tym kierunku, ale nie uznajemy uroszczeń przywódców tego ruchu do wyłączności /…/ Nie masz jedynego środka przeciwko nędzy i wadliwościom ustroju społecznego! I choć słyszymy głosy, że w chwili obecnej wszystko inne, aniżeli walka, oczekiwanie reform z góry, powinno zejść na bok – za obowiązek sobie poczytujemy podjąć pracę w innym kierunku, dotąd u nas zaniedbanym /…/. Tą inną drogą /…/ jest zrzeszanie się ludzi dla celów zbiorowej samopomocy, dla celów kooperacji. W przeciwstawieniu do pierwszej nie chodzi tutaj o to, żeby na kimś drugim wymóc ustępstwo, ulgę, poprawę, lecz o to, żeby przez zbiorowe racjonalne użycie posiadanych środków czy zarobku ująć w swoje ręce zaspokajanie swoich potrzeb /…/ druga droga jest drogą zabiegów twórczych, rozwijających ducha niezależności i solidarności bez zacieśniania jej do granic partyjnych czy klasowych. I dlatego właśnie działalność kooperacyjna nazywa się szkołą solidarności i uczuć obywatelskich.

Inicjatywy tego typu istniały już wcześniej, jednak rozproszone, niewielkie, źle zarządzane, prowadzone przez pasjonatów pozbawionych wiedzy fachowej itp. – nie przynosiły wielkich rezultatów. Środowisko skupione w TK dążyło do zjednoczenia ruchu spółdzielczości spożywców i nadania mu nowoczesnych form organizacyjnych. Mielczarski studiował doświadczenia Europy Zachodniej, odwiedził kooperatywy rosyjskie, w 1908 r. napisał podręcznik „Rachunkowość stowarzyszenia spożywców” (do 1945 r. doczekał się 15 wydań!). Pociągami, na furmankach i pieszo wędrował po całym kraju, wizytując spółdzielnie spożywców, rozpoznając ich błędy i ucząc prawidłowej działalności. Jako pierwszy wystąpił z wnioskiem o powołanie wspólnej hurtowni, która mogłaby zaopatrywać spółdzielnie w tańsze produkty i ułatwić konkurowanie z handlem prywatnym. Opracował metodologię funkcjonowania spółdzielczości spożywców, nadając jej nie tylko nowoczesny, ale i ekonomicznie celowy charakter. Dotychczas polska spółdzielczość spożywców stanowiła zazwyczaj eksperyment społeczny, nierzadko utrzymany w duchu pięknoduchostwa. W najlepszym razie funkcjonowała nieźle i przynosiła korzyści ekonomiczne swoim członkom, ale ograniczała się do niewielkiego grona osób. Dopiero pragmatyzm Mielczarskiego, połączony jednak z głęboką ideowością i dalekowzrocznością, sprawił, że wyszła ona z utopijno-środowiskowego getta.

Jesienią 1908 r. postanowiono dokonać zjednoczenia luźno współpracujących spółdzielni spożywców w jeden związek. Sekretarzami tymczasowego Biura Informacyjnego zjazd wybrał Mielczarskiego i Wojciechowskiego, a po zarejestrowaniu Warszawskiego Związku Stowarzyszeń Spożywczych (władze carskie nie zgodziły się na przymiotnik „polski”) w 1911 r. objęli oni funkcje dyrektorów organizacji. Mielczarski uporządkował reguły działania spółdzielni, które przystąpiły do Związku – koordynował ich politykę zakupów i cen, wprowadził przejrzystą i fachową księgowość, kształcił kadry, ograniczył sprzedaż produktów nie-członkom. W nowych realiach można było również na szeroką skalę propagować idee kooperatyzmu, bezpardonowo eliminować nadużycia. A także zadbać o warunki zatrudnienia pracowników (/…/ kooperatywa ma obowiązek płacić swoim urzędnikom lepiej niż przeciętnie i zbytnią pracą ich nie obciążać. Jeżeli kooperatywa ma być zarodkiem lepszego układu gospodarczego /…/, musi tak postępować), o podniesienie jakości usług (/…/ kooperatywa ma obowiązek przestrzegać przepisów zdrowotności i dobrego smaku. /…/ Sklep /…/ powinien być widny, czysty i przestronny, aby dawał wszelkie gwarancje, że towary, które się tu sprzedaje, są dobre i zdrowe, i krzewił wśród stowarzyszonych zamiłowanie do czystości, porządku i dobrego smaku) oraz o przezwyciężenie ducha „sklepikarskiego”, sprawiającego, że w okolicy powstawało wiele małych i niezamożnych spółdzielni zamiast kilku oddziałów jednej sprawnej organizacji. Spółdzielczość spożywców pod jego wodzą stała się czymś zupełnie innym niż była uprzednio – sprawnym organizmem ekonomicznym, który w sposób konkretny i namacalny poprawiał dolę członków ruchu.

Jego największym dziełem stricte ekonomiczno-organizacyjnym było utworzenie centralnej hurtowni WZSS. „Społem”, bo tak potocznie nazywano organizację, dokonało w ten sposób ogromnego skoku jakościowego i ilościowego. Hurtownia powstała w Warszawie przy ul. Smolnej. Cały pierwszy okres próbny hurtowni od 1 października 1911 r. do 31 grudnia 1912 r. Mielczarski siedział w biurze Związku od wczesnego rana do późnej nocy, nie dał się namówić na żaden wyjazd, choćby na tydzień dla wypoczynku. Z wielkim nakładem jego pracy i wiedzy uruchomiona organizacja hurtowni nie zawiodła oczekiwań. /…/ obrachunek wykazał nadspodziewanie dobre rezultaty – wspominał Wojciechowski.

Już na początku hurtownia dokonała rzeczy dotychczas niemożliwych – z pominięciem prywatnych monopolistów sprowadzono do Polski duży transport śledzi ze Szkocji oraz nawiązano współpracę z rosyjską kopalnią soli, co pozwoliło rozbić zmowę cenową hurtowników tego produktu. Jest to pierwsza poważna walka, w której wystawiona została na próbę nasza solidarność. Gdy spekulanci, polujący na naszą łatwowierność, przekonają się, że żadne nowe szyldy i zniżki cen nie osłabią naszego pragnienia wyzwolenia, że jesteśmy jednością silni – będą musieli wyrzec się opanowania handlu solą i w rękach naszego ludu pozostaną tysiące, na które teraz polują – przekonywał spółdzielców w 1913 r. i walka zakończyła się zwycięstwem. Wkrótce przyszły podobne sukcesy w dziedzinie towarów importowanych – Mielczarski osobiście zjeździł całą Europę, by wyjednać kontrakty z dostawcami, stosunki handlowe nawiązano także ze spółdzielcami angielskimi. Tak oto ten wątły fizycznie, ale niezmiernie silny duchem kooperatysta, zabiegając o kupno soli i pieprzu, myślał o wyzwoleniu ludu polskiego i zapewnieniu Polsce potęgi – pisał Wojciechowski.

Sukces odniesiono jednak przede wszystkim w efekcie zastosowania zasad, które sformułował (lub zapożyczył z zagranicy): spółdzielnie miały się zaopatrywać głównie w związkowej hurtowni, nie zaś u „prywaciarzy” (nie było mechanizmów przymusu, lecz jedynie wytężona edukacja działaczy w tej kwestii), do wyjątkowych przypadków ograniczono im sprzedaż na kredyt, lokalne spółdzielnie powinny się porozumiewać i zamawiać wspólnie duże partie towarów (nie było mowy o wysyłaniu mnóstwa drobnych zamówień, gdyż to znacznie windowało koszty), a hurtownia oferowała głównie produkty najczęściej nabywane, nie zajmując się poszerzaniem oferty o wyroby niszowe. Cokolwiek byśmy myśleli o ostatecznych celach stowarzyszenia spożywczego, jakiekolwiek byśmy przyznawali mu znaczenie społeczne, /…/ jest [ono] w ostatecznym rezultacie sklepem, przedsiębiorstwem handlowym – pisał w roku 1907.

Mielczarski wyprzedził epokę, wprowadzając zasady, na których wiele lat później bazowała ekspansja i sukces finansowy sieci dyskontów. Tam tylko kooperatywa zachowa swój właściwy charakter, gdzie każdy nowowprowadzony towar będzie odpowiadał istotnym potrzebom znacznej większości członków. Każda dobrze zorganizowana kooperatywa rozpoczynała od niewielu najniezbędniejszych artykułów i rozszerzała swój zakres działania tylko w miarę /…/ nowych potrzeb. Kooperatywy rozpoczynające od wszystkiego albo smutnie kończyły, albo zamieniały się na kramiki. Model „dyskontowy” wprowadził jednak z tą zasadniczą i oczywistą różnicą, że korzyści i zyski płynęły nie do wielkiego prywatnego kapitału, lecz do szeregowych spółdzielców jako współwłaścicieli i konsumentów. Po pierwsze, wiele produktów nabywali oni taniej, po drugie – zgodnie z główną zasadą spółdzielczości – część corocznego zysku była dzielona między nich (tzw. zwrot od zakupów).

W 1913 r. utworzono w Dąbrowie Górniczej pierwszą filię „społemowskiej” hurtowni, a jesienią oddano do użytku wybudowaną od podstaw nową siedzibę WZSS i hurtowni w stolicy. W czerwcu 1914 r. Związek zrzeszał już – po zaledwie kilku latach istnienia – ponad 50 tys. członków, skupionych w niemal 300 stowarzyszeniach.

***

Pragmatyzm i „surowość” Mielczarskiego wynikały z przesłanek dalekich od „handlowej” mentalności. Choć po Mielczarskim pozostały głównie teksty czysto techniczne – poświęcone sprawom formalnym, księgowym, organizacyjnym itp. – czytelnika uderzają w nich właśnie takie wtręty, jakich próżno szukać u dzisiejszych technokratów i pragmatyków.

W artykule pt. „Rachunkowość” (1906) tak uzasadniał rzetelne kontrole w spółdzielniach: Przede wszystkim majątek (kapitał) kooperatywy jest majątkiem publicznym. Uszczuplenie lub zupełny zanik majątku kooperatywy odbija się niekorzystnie na położeniu wszystkich stowarzyszonych, z których wkładów kapitał ten powstał. /…/ Celem ruchu kooperacyjnego nie jest tylko zapewnić stowarzyszonym dobry towar za niską cenę. Ruch kooperacyjny ma również cele wychowawcze, mianowicie przygotować społeczeństwo do objęcia spraw gospodarczych we własne ręce, wychować je dla samorządu gospodarczego. Rok później, propagując ideę spółdzielczych zakupów hurtowych, przekonywał: Zasadą etyczną kooperacji jest, że silny i doświadczony powinien pomagać słabemu i niedoświadczonemu. Stosuje się to przede wszystkim do stowarzyszeń większych. Nie powinny one samolubnie trzymać się z dala od ogólnego prądu /…/, nie powinny na swoją rękę nadal uskuteczniać zakupów, lecz razem z innymi, bo tylko w połączeniu zdołamy swój cel osiągnąć i usunąć te opłakane stosunki, jakie dziś w handlu panują. W tekście „Kontrola sklepowego” w tym samym roku pisał: Poszanowanie majątku publicznego jest jeszcze u nas bardzo słabe, słyszy się nawet cyniczne: co wszystkich – to niczyje; walczyć z tym rakiem zatruwającym nasze życie społeczne należy wszędzie, przede wszystkim zaś w stowarzyszeniach spółdzielczych. To tylko drobna część podobnych uwag.

O jeszcze jednej kwestii należy wspomnieć. Mielczarski, choć przed I wojną światową stał na czele dużej, a po odzyskaniu niepodległości – największej instytucji handlowej w Polsce, żył niezwykle skromnie, więc jego „biznesowe” podejście do „Społem” nie miało nic wspólnego z interesem prywatnym. Jak wspominała Wanda Papiewska, Mielczarskiego trzeba było zmusić, ażeby pozwolił sobie podwyższyć pensję. Jako dyrektor miał mniej od lustratora. Gdy jego stosunkowo niewielkie pobory wynosiły 900 zł, przekazywał co miesiąc 200 zł Polskiej Partii Socjalistycznej. Zachowało się też wspomnienie, że gdy dyrektor Mielczarski miał jechać do Grecji, by negocjować ważny kontrakt importowy, niemal zmuszono go do zabrania nowego garnituru, kupionego bez jego wiedzy. Pracował natomiast kilkanaście godzin dziennie, nie wyłączając niedziel i świąt. Stołował się zaś w „kuchni higienicznej”, zorganizowanej na zasadach spółdzielczych w gronie znajomych, z których każdy kolejno pełnił rolę obsługującego pozostałych.

***

Wybuch wojny przerwał rozwój spółdzielczości i zdezorganizował jej działania. Braki towarów na rynku, zmniejszenie produkcji, kłopoty z transportem, chaos finansowy, kontyngenty na rzecz armii, spekulacja, zmieniające się władze – wszystko to, nie wspominając o zniszczeniach wojennych, uniemożliwiło normalne funkcjonowanie ruchu spożywców. Część placówek zaprzestała działalności, inne rozpoczęły sprzedaż dla nie-członków, a centrala organizacji próbowała skupować i oferować w normalnych cenach produkty, których brak ludność odczuwała najbardziej.

Mimo trudnej sytuacji, Mielczarski starał się nie tylko o przetrwanie Związku, ale także podjął szereg działań reformatorskich. W kilku dużych miastach utworzono oddziały hurtowe i koordynacyjne, w 1917 r. wznowiono edycję pisma „Społem” oraz powołano Zrzeszenie Pracowników Stowarzyszeń Spożywczych, pełniące rolę związku zawodowego. Mielczarski snuł plany podjęcia działalności produkcyjnej przez spółdzielczość spożywców. We wrześniu 1918 r. w podwarszawskim Ołtarzewie „społemowcy” otworzyli średnią szkołę spółdzielczą (z internatem), a Mielczarski w porozumieniu z Wyższą Szkołą Handlową organizował kursy dla przyszłej spółdzielczej kadry kierowniczej.

Postanowił również zintensyfikować prace nad propagowaniem spółdzielczości oraz zadbać o podniesienie morale i świadomości ideowej osób już zrzeszonych w WZSS. W „Społem” pisał: Gdzie kooperatywa nie jest równorzędnie istotną szkołą samorządu, kształcącą tysiące oddanych, zapalonych entuzjastycznych zwolenników, przyszłość jej nie jest zapewniona. Tymczasem u nas cały ruch zmierzał wyłącznie w kierunku handlowym /…/. Przed zjazdem spożywców z terenu okupacji austriackiej, który zwołał na marzec 1917 r. w Lublinie, przekonywał: /…/ kooperacja jest tym właśnie ruchem, w którym działalność gospodarcza musi iść w parze z oświatą. Kooperacja jest organizującą się gospodarczo demokracją, a nie ma demokracji bez oświaty i solidarności.

Wszystko to robił w trudnej sytuacji wojennej i pozbawiony pomocy najbliższego współpracownika, ponieważ Wojciechowski w zawierusze wojennej znalazł się w Rosji. Mielczarski prowadził sekcję zaopatrzenia w żywność dla miasta Warszawy, jednak niechętnie współpracował z władzami niemieckimi, zarówno ze względu na ich okupacyjny charakter, jak i oceniając problem w perspektywie geopolitycznej. Gdyby państwa centralne zwyciężyły – mówił w kółku radykalnej inteligencji warszawskiej – stalibyśmy się co najwyżej państewkiem buforowym, łagodzącym możliwość starć pomiędzy nimi i Rosją; pod względem gospodarczym bylibyśmy wystawieni na żer przemysłu niemieckiego – pisał po latach S. Wojciechowski.

W pierwszym numerze wznowionego „Społem”, Mielczarski przekonywał: Gdzie narodowi swą wolę narzucają obcy, /…/ szeroki masowy ruch spółdzielczy nie może mieć miejsca. Małe rzeczpospolite, jakimi są stowarzyszenia spożywcze, rosną, kwitną i wydają wspaniałe owoce tylko w majestacie Niepodległej Ojczyzny, w cieple i świetle wolności i równości. Na zjeździe pełnomocników WZSS w czerwcu 1917 r. mówił: Dla normalnego rozwoju naszego ruchu niezbędne są nam jak najszersze swobody obywatelskie, zupełna wolność prasy, zebrań, zgromadzeń i zrzeszeń, jak najszersza demokratyzacja wszelkich urządzeń państwowych i administracyjnych, jak najszerszy udział ludu w życiu publicznym. Wszystkie jednak swobody polityczne nie są fikcją tylko wtedy, gdy naród sam sobą rządzi. Istotną gwarancją swobód jest niepodległa ojczyzna. Ojczyzna ta sięga tak daleko, jak szeroko rozsiadł się, pracuje i cieszy się życiem lud polski. Jako kooperatyści nie umiemy sięgać po cudze, ale swego bronić będziemy z zawziętością i uporem. I dlatego też, gdy nadejdzie chwila, w której nas zapytają o nasze aspiracje, powiemy jasno i dobitnie: bardziej od wody i powietrza potrzebna nam jest niezależna Rzeczpospolita Ludowa na ziemiach polskich.

***

Odzyskanie niepodległości otworzyło nowe perspektywy przed spółdzielcami. Wreszcie można było działać całkiem swobodnie, znikły bariery komunikacyjne i graniczne między ziemiami Polski. Tylko w 1919 r. Związkowi przybyło ponad 150 stowarzyszeń członkowskich, rok później przeciętna liczba członków spółdzielni wzrosła w ciągu 12 miesięcy o niemal 40%. W tym samym roku w budynkach „Społem” w Kielcach dokonał się kolejny milowy krok w rozwoju polskiej spółdzielczości spożywców – podjęła ona działalność produkcyjną. W 1922 r. hurtownia „społemowska” miała już 18 terytorialnych oddziałów. Rok później Związek zrzeszał 734 spółdzielnie z 343 tys. członków.

Na czele tej armii zorganizowanych konsumentów stał Mielczarski. W 1921 r. Międzynarodowy Związek Spółdzielczy na kongresie w Bazylei powołał go w skład swego Komitetu Centralnego. W tym samym roku decyzją Ministra Skarbu wszedł do Państwowej Rady Spółdzielczej. Odrzucił natomiast propozycje objęcia stanowisk ministra przemysłu i handlu oraz doradcy ministra skarbu, które proponowali mu Stanisław Wojciechowski i Władysław Grabski.

W 1919 r. był jednym z czołowych „lobbystów” podczas prac nad ustawą o spółdzielniach. W znacznej mierze to jego uporowi i talentom zawdzięcza Polska przyjęcie ustawy, która wyraźnie akcentowała ideowy wymiar spółdzielni jako organizacji powołanych do celów nie tylko gospodarczych, ale także społeczno-kulturalnych, co stanowi samo sedno tradycji spółdzielczości, a czego ustawodawcy początkowo nie rozumieli, traktując spółdzielnie jako li tylko jedną z wielu form zarobkowania.

Mielczarski odrzucał budżetowe wsparcie spółdzielczości spożywców i kooperatyw pożyczkowych poza sytuacjami absolutnie wyjątkowymi (jak krach gospodarczy). Nie godził się też na to, by instytucje państwowe przejęły uprawnienia lustracyjne (kontrolne) w spółdzielniach, gdyż groziłoby to zniszczeniem oddolnego charakteru ruchu. Dopuszczał jedynie wsparcie państwa w rozwoju spółdzielczości wytwórczej, jako wymagającej na wstępie bardzo dużych nakładów, których zwrot następuje powoli. Jeden jedyny raz zwrócił się o pomoc państwa, gdy po analizie regulacji podatkowych wyliczył, że prywatny handel ma możność obniżać wysokość płaconych należności o kilkadziesiąt procent. Wystąpił wówczas o obniżenie opodatkowania spółdzielni spożywców do czasu załatania wszelkich luk w prawie, korzystnych dla prywatnego kupiectwa.

***

Mimo dynamicznego rozwoju spółdzielczości spożywców w odrodzonej Polsce, Mielczarskiego spotkały na tym gruncie dwa silne ciosy. Pierwszy był efektem niefortunnego zbiegu okoliczności. W roku 1919, w obliczu niedoborów na rynku spustoszonym przez wojnę, uzyskał – kierując się prośbami władz państwa – od angielskiej hurtowni spółdzielczej CWS z Manchesteru pożyczkę w postaci produktów spożywczych o wartości ok. 160 tysięcy funtów. Wybierał to, co Polsce pracującej było najbardziej potrzebne. Żadnych luksusów, żadnych zbędnych przedmiotów nie sprowadził – wspominał Józef Jasiński. Spłata wydawała się banalnie prosta w obliczu znacznego popytu wśród polskich konsumentów. Niestety, w ciągu kilku miesięcy nastąpił tak znaczny spadek wartości marki polskiej, że „społemowcy” zostali z długami trudnymi do spłacenia. I choć angielscy spółdzielcy, najbogatsi wśród tego typu inicjatyw, postanowili znaczną część długu umorzyć, Mielczarski odrzucił taką propozycję. Za punkt honoru uznał, by polscy spółdzielcy nie narazili angielskich kolegów na jakiekolwiek straty. Poprosił jedynie, by można było spłacić dług w ciągu kilku lat za pomocą eksportu polskich towarów do Anglii. Dług spłacono co do grosza, jednak cała sprawa kosztowała Mielczarskiego sporo zdrowia, co wedle współpracowników miało znaczny wpływ na jego przedwczesną śmierć.

Drugi problem był natury jeszcze poważniejszej, bo dotyczącej sfery ideowej. Po odzyskaniu niepodległości nie spełniło się marzenie Mielczarskiego o zjednoczeniu całego ruchu spółdzielczego – nie udało się pokonać ani zaborczego „rozbicia dzielnicowego”, ani podziałów „branżowych”. Co gorsza, doszło do rozłamów i podziałów w spółdzielczości spożywców. Zamiast jednego silnego związku, powstały trzy „frakcje”. Spółdzielczość „neutralną” krytykowano z lewa i prawa.

Spółdzielczość wielkopolska, gdzie silne były wpływy kleru, utworzyła własny związek o nazwie Hurtownia Spółek Spożywczych. Miał on charakter sprzeczny z zasadami spółdzielczości, bowiem uznano, że centrala tego związku będzie zaopatrywała również kupców prywatnych (stanowili oni ok. 50% kontrahentów) w celu ułatwienia im konkurowania z handlowcami żydowskimi i niemieckimi. Tymczasem naczelną ideą ruchu spożywców było wyeliminowanie prywatnego handlu jako takiego, nie zaś wybór między jego opcjami etnicznymi.

Analogiczny rozłam nastąpił ze strony spółdzielczości „klasowej”, która uznała „społemowców” za nie dość radykalnych, jako że ich spółdzielnie nie pytały swoich członków o status społeczny i zawodowy. Na takim podłożu w 1919 r. powołano Związek Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych. Znaczną rolę w inspirowaniu rozłamu odegrali komuniści, ale główna moc sprawcza należała do działaczy PPS, co Mielczarskiego, sympatyka tej partii, bardzo dotknęło. Jak pisze Zbigniew Świtalski, Działacze, którzy praktycznie stykali się z działalnością spółdzielczą, byli za zjednoczeniem. /…/ Natomiast działacze, którzy na całe zagadnienie patrzyli z punktu widzenia interesów partii, uznali zjednoczenie za przedwczesne.

Tymczasem już w 1917 r. Mielczarski tak uzasadniał potrzebę jedności ruchu spożywców: Im koope­ratywa liczy więcej członków i im ci członkowie są mocniej z nią spojeni, tym doskonalej i łatwiej wypełnia ona swe zadanie. Kooperatywa, z natury rzeczy musi stać otworem dla wszystkich, musi być bezpartyjna. Chadecy, endecy, pepesowcy, esdecy, zaraniarze są nam w kooperatywie je­dnakowo drodzy. /…/ jako członkowie kooperatywy musimy, nie pytając o przekonania, zgodnie społem pracować. Kto tę zasadę zwalcza, tym samym nie chce wielkiego ruchu spółdzielczego. Sześć lat później, na Kongresie Spółdzielni Spożywców, mówił: Pewne odłamy kooperatystów występują przeciwko zasadzie powszechności, uważając, że w tym wypadku kooperacja zatraca swój charakter klasowy. /…/ Jeżeli przez „klasowość” mamy rozumieć negatywne stanowisko do kapitalizmu, to każda kooperatywa spożywców jest klasowa, bo samo jej założenie stanowi wyłom w kapitalizmie. Powiem więcej, w tym znaczeniu kooperatywa powszechna nosi bardziej charakter klasowy, bo prędzej i skuteczniej zwalcza kapi­talizm niż najbardziej czerwona kooperatywa zamknięta.

Życie pokazało, iż rację miał Mielczarski, nie zaś „narodowi” i „klasowi” rozłamowcy. Związek Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych po pięciu latach działalności stanął na progu bankructwa. Rozpoczęto negocjacje o połączeniu ze „społemowcami”. Działacz PPS i spółdzielczości, Bronisław Siwik, wspominał: /…/ Mielczarski był bezwzględnym zwolennikiem zjednoczenia ruchu spółdzielczego spożywców w Polsce. Lecz właśnie dlatego, że był głębokim i mądrym spółdzielcą, uważał, że nie każde zjednoczenie i nie za jakąkolwiek bądź cenę jest dobre i pożądane. Gdy przybyłem do Mielczarskiego i rozpocząłem sondowanie jego opinii co do połączenia, przerwał mi krótko: „Chcecie połączenia? Przyjdźcie i wstąpcie do naszego Związku!”. Było to całkowicie w jego duchu. Nie lubił próżnego gadania, układów długich i pertraktacji, zwłaszcza, że opinię o Związku Robotniczym, jeżeli chodzi o stronę gospodarczą, miał ujemną. W kwietniu 1925 r. odbył się kongres zjednoczeniowy, w efekcie którego powstał Związek Spółdzielni Spożywców RP. W tym samym roku „narodowa” Hurtownia Spółek Spożywczych w obliczu widma bankructwa została po cichu zlikwidowana. Na jej miejsce wkrótce utworzono w Poznaniu regionalny oddział „Społem”, który przejął zadania HSS wobec lokalnych spółdzielni spożywców.

Na zjeździe zjednoczeniowym „Społem” z kooperatywami „klasowymi”, Mielczarski mówił: /…/ jesteśmy twór­cami wielkiego przeobrażenia, które odda całą wymianę i ca­łą produkcję w ręce spożywców, które wytworzy obok demokracji politycznej demokrację gospodarczą.

***

Ten do bólu praktyczny człowiek, niechętny traceniu czasu na dyskusje i rozważania, mimochodem wniósł wkład do jednej z ciekawszych ideologii w historii polskiej myśli społeczno-gospodarczej.

W XIX wieku, o czym mało kto pamięta, konkurowały ze sobą dwie ideologie emancypacyjne wymierzone w kapitalizm. Pierwsza, doskonale znana, zakładała, że „wolny rynek” należy zaatakować od strony produkcji. Mówiła ona, że pracownicy najemni (lub ich część – proletariat wielkoprzemysłowy) bądź to obalą kapitalizm rewolucyjnym zrywem, bądź też „przegłosują” go za pomocą zdobycia większości parlamentarnej, a w efekcie doprowadzą do uspołecznienia środków produkcji i wyeliminowania prywatnej własności w tej sferze. Ten nurt, zróżnicowany i mający wiele odłamów, można zbiorczo nazwać socjalizmem. Był też jednak nurt drugi, zwany kooperatyzmem lub pankooperatyzmem. On z kolei chciał zaatakować kapitalizm od strony konsumpcji, czyli jak wówczas mówiono – spożycia. To konsumenci-spożywcy – a są nimi wszyscy, nawet ci, którzy nie pracują, zatem baza społeczna ruchu jest potencjalnie szersza – zorganizowani w zrzeszeniach-spółdzielniach i nabywający produkty za ich pośrednictwem, mieli odmienić porządek społeczny.

Teoretycy spółdzielczości spożywców jako ruchu na rzecz przeobrażeń społecznych (głównym ideologiem był Francuz Charles Gide, w Polsce zaś Edward Abramowski i Edward Milewski) widzieli ten proces jako ewolucję. Mielczarski na zjeździe spółdzielczości spożywców mówił wiosną 1917 r.: Ustrój kapitalistyczny ze swą cudowną techniką i bajeczną organizacją handlową wydaje się twierdzą nie do zdobycia. A jednak w tej twierdzy /…/ znajduje się punkt nieosłonięty, przez który łatwo zrobić wyłom i zmusić twierdzę do kapitulacji. Tę słabą stronę kapitalizmu, która pozwoli go obalić, stanowi sprzedaż. Kapitalizm powstaje dla zysku, zysk powstaje przy wytwarzaniu, ale zrealizować zysk można tylko przez sprzedaż. Przemysłowiec może wyprodukować bez liku towarów, nie osiągnie on jednak żadnego zysku, dopóki towarów nie sprzeda. /…/ Ten fakt ma nadzwyczaj doniosłe konsekwencje. Jeżeli bowiem zysk kapitału realizuje się przez sprzedaż, wynika stąd, że w ustroju kapitalistycznym istotnym panem położenia jest odbiorca towarów, jest spożywca. Nie kto inny jak spożywcy decydują o tym, jaki ogólny zysk przypada kapitalistom. /…/ Nominalnie pan położenia, jest on [jednak] igraszką kapitału, bo nie jest zorganizowany. Ale z chwilą, kiedy zrozumie swoją moc i zechce się zorganizować, ze sługi stanie się faktycznym panem kapitału. Zorganizować spożywców, aby ująć w swe ręce wymianę i produkcję i tym sposobem interes prywatny podporządkować interesom publicznym, stanowi istotny cel i istotne zadania kooperatywy spożywców. /…/ Każda dobrze zorganizowana i istotna kooperatywa musi dać nadwyżkę. Ta nadwyżka w innych warunkach, jako zysk, przypadłaby prywatnemu kupcowi i zasiliłaby kapitalizm, przez kooperatywę zaś do­staje się do rąk zorganizowanych spożywców. Im większa jest kooperatywa i im wszechstronniejsza jej działalność, tym większa część zysku, która zasilała prywatny, kapitali­styczny handel, dostaje się spożywcom. Część lub całość nadwyżki może być w miarę rozwoju kooperatywy obracana na wytwórczość w zakresie potrzeb członków, a wtedy do zysku handlowego dołącza się zysk z produkcji, który dawniej wzmacniał kapitał przemysłowy. Kooperatywy łączą się w kooperatywę hurtową, w swój związek. W ten sposób znowu zysk z handlu hurtowego, zamiast zasilać prywatny handel, dostaje się zorganizowanym spożywcom. Związek w miarę swego wzrostu, od zwyczajnego handlu hurtowego przechodzi do produkcji artykułów zbywanych przez stowarzyszenia. I znowu zysk, który dawniej dosta­wał się kapitałowi prywatnemu, przechodzi do rąk zorgani­zowanych spożywców. W miarę dalszego rozrostu Związku da się pomyśleć nie tylko już produkcja artykułów goto­wych, ale i niezbędnych surowców i maszyn potrzebnych do fabrykacji itd. W ten sposób obok wszechwładnych dawniej przedsiębiorstw kapitalistycznych staje coraz wię­cej przedsiębiorstw spółdzielczych, zatrudniających coraz większą liczbę robotników. Coraz większa część rocznego zysku i coraz większa część kapitału narodowego z pry­watnego przekształca się na kapitał wspólny. Z ustroju ka­pitalistycznego, opartego na współubieganiu się [konkurencji], krok za krokiem przechodzimy do ustroju spółdzielczego, opartego na powszechnej solidarności.

Spółdzielcy są w lepszej sytuacji niż prywatni handlowcy, gdyż nie muszą za wszelką cenę eskalować zysku w krótkim okresie (to nie zysk jest motywem przewodnim ich działalności), a przede wszystkim – mają możliwość konsumpcji i produkcji planowej. O ile prywatne przedsiębiorstwo wytwarza towary „na oślep”, nie mogąc przewidzieć koniunktur, wahań popytu, kryzysów, wpływu konkurencyjnych producentów itp., o tyle spółdzielczość, bazująca na członkostwie (nie zaś na przypadkowym i zmiennym ruchu klientów) i potrafiąca oszacować wynikający stąd popyt, dostosowuje zamówienia i produkcję do faktycznego zapotrzebowania. Słabym punktem jest jedynie niskie morale członków, czyli dokonywanie zakupów poza spółdzielczością. Gdy już znamy te zasady, łatwiej nam zrozumieć niemal kaznodziejski ton, jakim Mielczarski wzywał do stworzenia hurtowni spółdzielczej, do łączenia małych spółdzielni w większe związki, do jedności wszystkich spożywców, do „zakupowej dyscypliny” członków spółdzielni, dlaczego za tak ważne uważał tworzenie własnego sektora produkcyjnego itp. Wszystko to miało jeden jedyny cel – krach kapitalizmu.

Spożywcy łączcie się, aby stać się własnymi kupcami i fabrykantami!” – oto nasze hasło. Kooperacja nie odkłada przebudowy społecznej do czasów przyszłych i nie uzależnia jej od jakiegoś przewrotu, który ma rozsypać w proch kapitalizm. Kooperatyści nie śpiewają „my nowe życie stworzym sami” [fragment pieśni „Czerwony Sztandar” – przyp. R. O.], lecz tworzą to nowe życie dziś, zaraz mówił w 1917 r.

***

/…/ w ostatnich czasach często narzekał na brak sił, mówił, że dni jego są policzone, ale nie dał się skłonić ku odpoczynkowi: nie jestem malowanym dyrektorem, muszę iść do biura, nie mogę dawać złego przykładu pracownikom. I szedł do biura, chwiejąc się na nogach. Dnia 30 marca 1926 r. przestało bić jego serce – pisał Wojciechowski rok po śmierci swego przyjaciela i współpracownika. I dodawał: To, co dziś wydaje się takie jasne i proste na utorowanej przez niego drodze, w początkach jego działalności uważane było niemal za utopię /…/. Jakże można marzyć przez organizację robotników i włościan, w połowie analfabetów, nie mających żadnego pojęcia o handlu, stworzyć w Polsce największą instytucję handlową? A jednak Mielczarski przez 17 lat swojej działalności wychowawczej, organizatorskiej i handlowej tego właśnie dokonał: zostawił po sobie Związek, obejmujący 828 spółdzielni z 550000 członków /…/.

Bibliografia (ważniejsze pozycje):

  • Stanisław Dippel, Spółdzielnie spożywców w Polsce Odrodzonej, „Społem!” nr 21-22, listopad 1938, numer specjalny pt. „1918-1938 – Rola spółdzielczości spożywców w gospodarce Polski”.
  • Karol (Charles) Gide, Kooperatyzm, Nakładem „Społem” Związku Spółdzielni Spożywców R.P., Warszawa 1937.
  • Józef Jasiński, Romuald Mielczarski, Nakładem „Społem” Związku Gospodarczego Spółdzielni R.P., Warszawa 1946.
  • Konstanty Krzeczkowski, Romuald Mielczarski. Zarys życia /w:/ R. Mielczarski, Pisma, tom I, Nakładem Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców RP, Warszawa 1936.
  • Romuald Mielczarski, Pisma, tom I i II (wybór i opracowanie K. Krzeczkowski), Nakładem Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców R.P., Warszawa 1936.
  • Romuald Mielczarski. Materiały dotyczące życia i działalności, praca zbiorowa, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw ZCSR, Warszawa 1977.
  • Edward Milewski, Sklepy społeczne (rzecz o kooperacji spożywców), Związek Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1930.
  • Ernest Poisson, Rzeczpospolita spółdzielcza, Wydawnictwo Wydziału Propagandy Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców, Warszawa 1921.
  • Władysław Rusiński, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego, część II – 1918-1938, Zakład Wydawnictw CZSR, Warszawa 1980.
  • Społem – organ Związku Spółdzielni Spożywców RP nr 7/1931 (blok wspomnieniowy o Mielczarskim z okazji 5. rocznicy jego śmierci; teksty Bronisława Siwika, Stanisława Thugutta, Józefa Jasińskiego, Leona Wasilewskiego i W. S.).
  • Edward Strasburger, Kooperacja spożywcza i jej rozwój w Królestwie Polskim, Gebethner i Wolff, Kraków-Warszawa 1909.
  • Adam Światło, Poglądy społeczne przedstawicieli neutralnej myśli spółdzielczej do roku 1939, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1963.
  • Kazimierz Weydlich, Ruch spółdzielczy w Polsce w latach 1914-1926. Zagadnienia dotyczące współdziałania grup i typów spółdzielni oraz zmiany zaszłe w ustroju ruchu, Wydawnictwo Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Kraków-Poznań 1927.
  • Stanisław Wojciechowski, Historia spółdzielczości polskiej do 1914 roku, Nakładem Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Warszawa 1939.
  • Stanisław Wojciechowski, Moje wspomnienia, tom I, Książnica Atlas, Lwów-Warszawa 1938.
  • Stanisław Wojciechowski, Romuald Mielczarski. Pionier spółdzielczości w Polsce, Wydawnictwo Związku Spółdzielni Spożywców Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1927.
  • Wspomnienia działaczy spółdzielczych, praca zbiorowa, tom I, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1963 (wspomnienia Wandy Papiewskiej, Janiny Święcickiej i Henryka Jackiewicza).