przez Remigiusz Okraska | piątek 17 czerwca 2011 | opinie
Czy niewielka skala emigracji zarobkowej za Odrę to pokłosie pokutującego w polskiej mentalności dowcipu z lat okupacji: „Chcesz umierać na suchoty – jedź do Niemiec na roboty”? Stabilna gospodarka nieliberalna oferuje mało posad dla niewykwalifikowanych pariasów.
Polskie media w ostatnich tygodniach co i rusz wydają westchnienie ni to zdziwienia, ni to ulgi. Okazało się bowiem, że masowym exodusem za Odrę nie poskutkowało niedawne zniesienie w Niemczech barier formalnych dla pracowników-migrantów z Polski. Ponieważ znakomita większość krajowych mediów ma liberalny profil w kwestiach gospodarczych, w ślad za ulgą i zdziwieniem idzie zwyczajowa propagandowa mantra. Przekonują one, że skoro nie ruszyliśmy masowo na podbój niemieckiego rynku pracy, to widocznie nieźle jest na polskim rynku pracy. Mówiąc inaczej: jeśli ktoś naprawdę chce pracować, to w Polsce pracę znajdzie i wyjeżdżać nie musi. Gdyby bowiem pracy nie było, na „bliski Zachód” ruszyłaby fala emigracyjna.
Takie rozumowanie można łatwo podważyć. Po pierwsze, na Wyspy Brytyjskie wielka fala migracji też nie dokonała się w ciągu miesiąca. „Gazeta Wyborcza” właśnie doniosła, że wśród polskich pracodawców czołową pozycję wśród obaw związanych z brakiem wykwalifikowanych pracowników zajmuje wizja ich wyjazdu do Niemiec. Po drugie, skoro mnóstwo ludzi już wyjechało do innych krajów, to siłą rzeczy teraz do Niemiec wyjedzie ich znacznie mniej, bo Polaków w wieku produkcyjnym nie przybyło nagle wielu. W ramach poprzednich fal emigracji zarobkowej wyjechali już ci, którzy zarazem musieli, jak i mogli, nie mając w Polsce ani dobrej lub jakiejkolwiek pracy i perspektyw, ani też takich zobowiązań czy ograniczeń, które trzymałyby ich na miejscu. Po trzecie, swoje robi kwestia językowa. Szczególnie młodsze pokolenie zna przynajmniej podstawy angielskiego, jest z tym językiem – czy za sprawą szkoły, czy popkultury – choć trochę osłuchane, więc kraje anglojęzyczne jawią się jako bardziej „przyjazne” niż te, gdzie trzeba „szprechać”.
Jednak kluczowy jest powód nie tyle logiczny, co faktograficzny. Otóż Niemcy w obliczu niechybnego otwarcia rynku pracy dla Polaków wręcz zachęcali nas do przyjeżdżania za chlebem. Ale zachęcali bardzo konkretne osoby. W marcu jedna ze śląskich agencji pośrednictwa pracy dostała zgłoszenie zapotrzebowania z Akwizgranu (Aachen) od tamtejszej Izby Rzemieślniczej, działającej w porozumieniu z lokalnymi władzami. Na ok. 800 ofert pracy dla Polaków, poszukiwano 120 elektryków i elektromonterów, 117 budowlańców (głównie specjalistow), 92 ślusarzy, 70 mechaników, 20 optyków, 29 cukierników i piekarzy, 22 fryzjerów, 13 mechatroników oraz po kilku specjalistów w około 20 różnych wąskich specjalizacjach. Były to etaty, na które nie znaleziono chętnych w Niemczech i we Francji.
Jak podkreślają analitycy rynku pracy, tego rodzaju zapotrzebowanie nie jest lokalnym przypadkiem. Odzwierciedla ono ogólnoniemieckie tendencje związane z tym, co można określić jako „praca dla Polaków”. Przed kilkoma dniami rozmawiałem z pracownicą prywatnej agencji pośrednictwa zawodowego. Twierdzi ona, że ofert z Niemiec jest dość sporo, ale głównie dla specjalistów, robotników wykwalifikowanych oraz osób znających dobrze j. niemiecki – i że trudno znaleźć chętnych, bo takie osoby mają zwykle niezłą pracę w Polsce i nie są skore do wyjazdów. Niemieckie wyższe pensje nie zrekompensują im wzrostu kosztów życia (np. wynajem mieszkania) i rozłąki z rodziną czy środowiskiem towarzyskim. Ale już np. poszukiwane w Niemczech pielęgniarki, które w Polsce zarabiają mało, przodują w grupie specjalistów, którzy udali się za zachodnią granicę.
Sądzę, że takie, wyraźnie sprofilowane zapotrzebowanie z niemieckiego rynku pracy, nie jest przypadkowe. To raczej pochodna niemieckiego modelu gospodarki – modelu, który nie ma nic wspólnego z tak wychwalanym w Polsce liberalizmem gospodarczym. Z tym samym liberalizmem, który w wielu krajach, z USA i Anglią na czele, destabilizuje posady trwałe i nieźle płatne, za to „tworzy miejsca pracy” dla poniewierających się z miejsca na miejsce wyrobników lokalnych i przyjezdnych, nie mających alternatywy wobec zasuwania „na zmywaku” na niepewnych, krótkich kontraktach, bez gwarancji socjalnych itp. Niemcy są jednym z tych istotnych nie tyle wyjątków, co przykładów, które stanowią ciężki orzech do zgryzienia dla liberałów.
Oczywiście nie ma potrzeby opowiadać bajek, że Niemcy są rajem. Również tam istnieją kiepskie posady dla miejscowych, a jeszcze więcej jest ich dla imigrantów – poczynając od tureckich, osiadłych od kilku dekad gastarbeiterów, a kończąc na Polakach pracujących do niedawna na czarno na budowach jako pomagierzy od najbardziej niewdzięcznej roboty. Dziś nie ma wśród nowoczesnych państw takich enklaw, do których w ogóle nie dotarłby wirus neoliberalizmu i związane z nim pomysły na destabilizowanie ładu społeczno-gospodarczego. Nie ma też potrzeby demonizować liberalnych gospodarek, do których tu Niemcy porównujemy. Wszak nawet Anglia „pothatcherowska” okazała się dla wielu Polaków z byle jakich emigracyjnych posad istnym rajem w porównaniu z pracą w markecie, jako opiekunka do dziecka czy roznosiciel ulotek w Przasnyszu, Wałbrzychu, Krośnie lub Białymstoku. Bo Anglia może być krajem liberalnym, ale jest zarazem krajem zamożnym i cywilizowanym, posiadającym nowoczesne instytucje i debatę publiczną, która nie jest monologiem. My natomiast wśród pożal się boże „elity” i rozmaitych „liderów opinii” mamy głównie nieuków powtarzających bzdury za Balcerowiczem czy wręcz Korwin-Mikkem i do rangi cnoty podnoszących zachłanny egoizm, podlany sosem bądź to etosowo-michnikowego, bądź kruchtowo-bigoteryjnego moralizowania.
Niemcy są natomiast jaskrawym zaprzeczeniem neoliberalnego doktrynerstwa. W kraju tym niemal nigdy nie było liberalizmu gospodarczego, a gdy był – nie kończyło się to najlepiej. Od wielu dekad popularne jest tam myślenie wspólnotowe i przedkładanie dobra zbiorowego ponad indywidualne interesy. Pierwsze znaczące rozwiązania socjalne sięgają czasów Bismarcka i wprowadzonych przezeń zrębów nowoczesnego systemu ubezpieczeń społecznych. Daleki od lewicy, rozumiał on tę prostą prawdę, że w dynamiczny kapitalizmie i społeczeństwie masowym bzdurne są oczekiwania, iż każdy od młodości do śmierci ma być kowalem własnego losu, a jeśli znajdywać jakieś oparcie, to we „wspólnotach naturalnych” i „tradycyjnych więziach społecznych”. W ówczesnych i dzisiejszych realiach wspólnoty te są zbyt słabe, by uporać się z takim zadaniem, a więzi zostały porwane na strzępy. Nieokiełznany kapitalizm rozbija w proch i pył dawne struktury, lojalności, zależności i powiązania, bo stają one na przeszkodzie jego rozwoju.
To, co Bismarck przeczuwał intuicyjnie, doczekało się pogłębionych analiz w niemieckiej myśli socjaldemokratycznej i chadeckiej. W efekcie, Niemcy są jednym z najlepszych przykładów na poparcie tezy, że dobrze pojęta ingerencja państwa w gospodarkę gwarantuje nie tylko zabezpieczenie dobrostanu jednostek i grup, nie tylko ład społeczny i stabilizację, ale także rozwój ekonomiczny. Gdyby natomiast zostawić rynek samemu sobie, nie byłby on żadnym „naturalnym ładem”, jak chcą naiwni konserwatyści, lecz wojną wszystkich ze wszystkimi, a raczej pobojowiskiem po owej wojnie. Bezładne działanie sił rynkowych zaowocowałoby chaosem, który okiełznać mogłaby tyko nieludzka tyrania. Niemcy wiedzą to doskonale, bo to właśnie u nich Wielki Kryzys, spowodowany „swobodną grą sił rynkowych”, zaowocował nędzą i bezrobociem milionów. Nie mając nic do stracenia, za to rozpaczliwie czepiając się każdego pozoru nadziei, poparły one zbrodniczego demagoga i stoczyły się w otchłań hitleryzmu. Czyli systemu, w którym nie było za grosz tak miłej liberałom wolności. Było natomiast stado zastraszonych baranów, prowadzonych na rzeź przez brutalnych i cynicznych rzeźników.
Niemcy wyciągnęli z tego koszmaru wnioski. Powojenna odbudowa kraju dokonywała się nie wedle liberalnych recept, lecz całkowicie wbrew nim. Nie „niewidzialna ręka rynku”, lecz państwowy interwencjonizm na wielką skalę. Nie sielankowe gawędy o „naturalnych wspólnotach”, lecz państwowe wsparcie zarówno owych wspólnot (rodzin czy społeczności lokalnych), jak również bezpośrednia pomoc tym, którzy od owych wspólnot nie mogą lub nie chcą otrzymać żadnej podpory w życiowych zawieruchach. Czy byli to niemieccy ordoliberałowie (a więc tacy specyficzni liberałowie, dla których ład i stabilizacja są ważniejsze niż wolny rynek i zysk), czy niemieccy socjaldemokraci, przy wszystkich różnicach między nimi podzielali wspólne przekonanie, że konieczna jest perspektywa wspólnotowa i wysiłki państwa na rzecz owej wspólnoty. I że wolny rynek oraz mechaniczne zsumowanie jednostkowych wysiłków, to zdecydowanie za mało, aby ich ojczyzna mogła gwarantować obywatelom godne życie.
Dlatego też niemiecki model gospodarczy jest kapitalizmem z ludzką twarzą. Nie chodzi wszak tylko o rozbudowany „socjal” i hojnie finansowaną sferę publiczną. Niemieckie czołowe banki są wciąż poddane rozmaitym formom kontroli ze strony państwa i prowadzą politykę, którą oprócz chęci zysku znamionuje dbałość o interes wspólnoty narodowej. W przedsiębiorstwach istnieją mechanizmy i instytucje gwarantujące pracownikom wpływ na decyzje strategiczne (w ramach całościowej, spójnej koncepcji współzarządzania, Mitbestimmung) – rady zakładowe, rady pracowników, udział w radach nadzorczych przedstawicieli załogi firmy itd. Silne związki zawodowe są powszechnie akceptowaną normą, nie anomalią. Mimo stosunkowej decentralizacji kraju, funkcjonuje wiele mechanizmów, które pozwalają dbać o całość oraz wyrównywać dysproporcje rozwojowe (dość wspomnieć gigantyczny transfer środków do byłej NRD). Nic zatem dziwnego, że choć globalizacja neoliberalna odcisnęła piętno także na naszych zachodnich sąsiadach, to Niemcy znajdują się w czołówce światowych eksporterów oraz producentów znakomitych wyrobów, w dużej części nadal wytwarzanych na miejscu.
Gospodarka niemiecka jest nowoczesna i dynamiczna, dowodząc, że dobrze pomyślane prospołeczne ingerencje państwa nie muszą prowadzić do niewydolności i nieefektywności. Nie jest to oczywiście żadna nowość ani nic zaskakującego. Pisał o tym obszernie przed laty Michel Albert w znakomitej książce „Kapitalizm kontra kapitalizm”, wykazującej na mnóstwie przykładów, iż wyższości społecznej modelu nadreńskiego nie towarzyszą wcale, jak to się często uważa, podwyższone koszty, niekorzystnie oddziałujące na konkurencyjność gospodarki. Z pewnością sprawiedliwość społeczna ma swoją cenę i trzeba ją finansować ze środków państwowych. Ale mylą się ci, którzy sądzą, że wydatki te muszą przynosić gospodarce szkodę. Przeciwnie – […] konkurencyjność i solidarność mogą stanowić bardzo dobraną parę.
Jak wspomniałem, nie ma potrzeby udawać, że Niemcy to raj. Jednak na tle niezwykle burzliwej epoki, w której wiele dotychczasowych pewników postawiono na głowie, są krajem bardzo stabilnym pod względem społecznym i gospodarczym. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy konserwatywno-liberalni doktrynerzy jednym tchem potępiają niemiecki „socjal” i wieszczą związany z nim nieodległy upadek Niemiec, a zarazem straszą podstępnymi knowaniami pogrobowców Hakaty. „Socjal” czy „etatyzm” nie tylko nie doprowadziły Niemców do ruiny, ale sprawiły, że naszym sąsiadem jest zbiorowość silna, spójna, zamożna, pewna siebie, a nierzadko ekspansywna. To ostatnie może budzić w Polsce zaniepokojenie, jednak nie Niemcy są winni.
To my jesteśmy winni, że kolejne polskie rządy nie robiły niemal nic dla wsparcia rozwoju polskich firm i eksportu ich produktów. Że zaniedbano zaplecze badawcze i rozwojowe przemysłu. Że naiwnie wyobrażano sobie, iż przyzwolenie na wyzysk pracowników zaowocuje akumulacją kapitału, spożytkowanego następnie na nowe inwestycje, nie zaś na luksusową konsumpcję prymitywnych dorobkiewiczów. Że zamiast unowocześniać przedsiębiorstwa i czynić je konkurencyjnymi, po prostu sprzedawano je każdemu, kto się nawinął. Że wśród konsumentów nie rozbudzano etosu nabywania polskich produktów, a wśród biznesmenów – uczciwego płacenia podatków w Polsce. Dziś prawicowe lamenty, że przyjdzie Deutsche Bahn i wykupi rozsypujące się PKP, co oznaczać będzie 148 rozbiór Polski, brzmią żenująco i groteskowo w ustach ludzi, którzy przez lata zajadle warczeli na wszystko, co publiczne i co w mądrych krajach jest hojnie wspierane z państwowej kasy.
Nie jest winą Niemców, że my sami nie potrafimy myśleć długofalowo i w perspektywie wspólnotowej. Nie jest też żadnym usprawiedliwieniem to, że Niemcy są państwem od dawien dawna bogatszym i że w przeszłości uczynili nam takie czy inne krzywdy. Żadne historyczne żale nie przesłonią faktu, że Polska w roku 2011 ma niewiele wspólnego z dynamiką rozwojową Niemiec w roku 1967, czyli po 22 latach, które nas dzielą od pokojowego wyjścia z komunizmu, a ich dzieliły wówczas od sromotnie przegranej, niszczycielskiej wojny. Bo też zamiast po 1989 r. nadrabiać dystans, na własne życzenie zwiększaliśmy przepaść między nimi a nami. Czyniliśmy tak, gdy w imię ideologii prywatyzacyjnej sprzedawaliśmy za grosze kolejne zakłady Polleny Henklowi czy Beierdorsfowi, wraz ze sporymi udziałami w rynku. Gdy w imię „wolnego handlu” pozwalaliśmy – gwarantując duże ulgi podatkowe „inwestorom zagranicznym” – lokować Lidle w centrach miast tuż obok „komunistycznego reliktu” Społem. Gdy polskie władze, wierne zasadzie „braku ingerencji w mechanizmy rynkowe”, nawet nie próbowały lobbować za rodzimymi firmami tak, jak władze niemieckie przez lata lobbowały za BASF-em, Bayerem, Oplem, Boschem, MAN-em, Südzuckrem czy Merckiem. Itd.
Tak, jak jałowe jest wypominanie Niemcom zadanych nam krzywd, tak też niczym nie przysłuży się Polsce nawet najbardziej „narodowa” i „suwerennościowa” retoryka, gdy towarzyszą jej zupełnie „nieczułe” postawy wobec własnych obywateli, wypychanych setkami tysięcy na emigrację zarobkową, obojętnie gdzie. W tym samym czasie Niemcy używają retoryki „europejskiej” i „multikulturowej”, ale priorytetem wysiłków państwa jest kondycja wspólnoty narodowej, zaś dopiero później dbałość o „Europę”. Efektem zaś są takie rozwiązania socjalne i ekonomiczne, które sprawiają, że z tamtego kraju mało kto chce i musi wyjeżdżać. Chyba że na państwowej emeryturze wylegiwać się na hiszpańskiej plaży – Polacy będą mieli za to „złotą jesień” z prywatnych OFE, kursując ze starannie wyliczonymi drobniakami między apteką a Biedronką.
Gdy dzisiaj obawiamy się fali emigracji zarobkowej do Niemiec lub gdy z ulgą i zdziwieniem stwierdzamy, że ona nie nastąpiła, a później dowiadujemy się, iż oczekują tam z Polski głównie fachowców, nie zaś przypadkowych wyrobników, to pomyślmy o tym, dlaczego akurat my, nie zaś Niemcy, mamy w ogóle dylematy związane z emigracją zarobkową między tymi krajami. Niemcy mają taki dowcip: „Jedźmy do Polski, nasze samochody już tam są”. Polacy mogliby mieć inny: „Jedźmy do Niemiec, nasze dawne miejsca pracy już tam są”. Bo sami je przecież „wyeksportowaliśmy” za garść świecidełek lub po lekturze zbiorku wolnorynkowych aforyzmów.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Prawie wszyscy znamy taki publicystyczny obrazek: w skali globu niepodzielnie panuje wszechmocny system, który przy użyciu reklam zamienił nas w bezwolnych konsumentów produktów wielkich koncernów. Gigantyczne korporacje są silniejsze niż demokratycznie wybrane władze polityczne. Jedynym bastionem oporu pozostała sfera kulturowa, a ściślej mówiąc – „kultura alternatywna”. Tylko kontrkulturowa rebelia przeciw quasi-niewolniczemu konsumpcjonizmowi oraz „alternatywne style życia”, odrzucające dominujące normy i wartości, stanowią światełko w tunelu. Niczego nie zmienimy, dopóki nie wywrócimy do góry nogami „systemu” oraz nie wyrwiemy z letargu rzesz konformistów.
Joseph Heath i Andrew Potter w niedawno wydanej po polsku książce „Bunt na sprzedaż” twierdzą, że jest niemal dokładnie odwrotnie. Kanadyjscy naukowcy o poglądach centrolewicowych, dawniej sympatyzujący z grupami kontrkulturowymi, przekonują, iż to, co określa się mianem „kultury alternatywnej”, nie osłabia, lecz wzmacnia kapitalizm i etos komercyjny. Nadaje im mocy oddziaływania i pozwala dokonywać ekspansji w nowe sfery. Co gorsza, rośnie popularność tych „alternatywnych” idei, które przekonują, że nie ma sensu walczyć o realne, stopniowe przeobrażenia na lepsze w sferze polityki i rozwiązań instytucjonalnych. W zamian kierują one energię ku zmianom „stylu życia” oraz rojeniom o „ostatecznym krachu systemu korporacji”. „Wywrotowcy”, choć operują bardzo radykalnymi hasłami, pełnią rolę reakcyjną.
„Bunt na sprzedaż” jest po prostu świetny. Celnie, logicznie i w oparciu o liczne fakty rozbija mity kontrkultury. Dla mnie, jako osoby, która sporą część życia spędziła na kultywowaniu postaw krytykowanych w książce, stanowi strzał w dziesiątkę. Na pochwałę zasługuje też forma. Te ponad 450 stron czyta się znakomicie: wywód skrzy się aforystycznymi stwierdzeniami, kąśliwą ironią, celnymi aluzjami i dobrze dobranymi przykładami. Znakomity pamflet, a zarazem solidna naukowa analiza.
We wstępie opisano znamienną historię. Wydawcy pisma „Adbusters”, znanego na całym świecie z krytyki kultury komercyjnej, ze szczególnym uwzględnieniem sprzedawania nie tyle produktów, ile marek (logo), postanowili wypuścić na rynek obuwie sportowe Black Spot. Niczym nie różni się od butów wielkich koncernów, jest produkowane w Chinach i nachalnie reklamowane, tyle że wśród odbiorców bardziej niszowych. Czyżby magazyn „Adbusters” zaprzedał się systemowi? /…/ „Adbusters” się nie sprzedał, ponieważ nie było nic do sprzedania. „Adbusters” nigdy nie głosił rewolucyjnej doktryny, a jedynie odgrzewaną wersję myśli kontrkulturowej, która od lat sześćdziesiątych dominowała na lewicy. Ten rodzaj polityki kontrkultury /…/ należy do głównych sił napędzających od czterdziestu lat konsumpcyjny kapitalizm – piszą Heath i Potter.
Nie roztrząsają oni bynajmniej dylematu, czy kontrkultura się „sprzedała”. Po pierwsze, nie widzą niczego złego w tym, że ktoś oferuje produkty, które ktoś inny chce nabyć, niezależnie, czy są to wyroby „zwyczajne”, czy „oryginalne”, a nabywcę stanowi człowiek przeciętny czy „krytyczny”. Interesuje ich to, że rozmaite „buntownicze” postawy i trendy znacznie wzmocniły „konsumpcyjny wyścig szczurów”. Po drugie, i ważniejsze, poddają krytyce proces, w którym kontrkulturowa fiksacja na punkcie tego, co się ubiera, jada, co ogląda i czego słucha, gdzie bywa i robi zakupy, skutecznie odwróciła uwagę od zagadnień daleko ważniejszych. Mianowicie od polityki i udziału obywateli w podejmowaniu decyzji, od kształtowania sfery publicznej, od reform socjalnych i ładu instytucjonalnego.
Zajęci krytykowaniem jednych, a kultywowaniem innych wyborów konsumenckich i stylów życia, daliśmy się podzielić na skonfliktowane grupki, niezdolne do wspólnego działania.Ci zaś, którzy powinni być aktywnymi liderami społeczeństwa obywatelskiego, dążącymi do ograniczenia negatywnych zjawisk, stali się aspołecznymi i egocentrycznymi dziwakami, przywódcami komicznych sekt kulturowych lub prorokami wielkiej, lecz zupełnie nierealnej zmiany „systemu”.
U źródeł „kultury alternatywnej” legła na wskroś fałszywa koncepcja. Mówi ona, że warunkiem sine qua non funkcjonowania „systemu”, swoistym smarem jego mechanizmów, są konformizm i ujednolicenie. „System” na różne sposoby – od edukacji, przez reklamę, po nakazy i zakazy – wytwarza masy jednakowych ludzi, myślących tak samo, żyjących tak samo, konsumujących to samo itd. „Systemowi” może zatem zaszkodzić jedynie wszelka oryginalność, łamanie reguł, kultywowanie indywidualizmu itp. Kilkadziesiąt lat doświadczeń kontrkultury pokazuje jednak, że „bunt” wyrażający się w ekscentrycznych stylach życia i nieszablonowych formach konsumpcji, bez trudu włączono w krwioobieg konsumeryzmu. „System” lepiej niż „jednakowością” żywi się właśnie „oryginalnością”.
W dodatku, przekonanie o totalności „systemu” odwróciło uwagę od stopniowych reform. Kontrkulturowcy uznali, że wszystko, co nie jest wystarczająco „buntownicze”, oznacza kolaborację z wrogiem; wszystko, co nie kwestionuje całości istniejącego ładu, jest konformistyczne. Dawny radykalizm, mimo ogromnego krytycyzmu wobec zastanego porządku, akceptował jego „warunki brzegowe”. Nawet Marks, przez autorów książki traktowany jako jeden z prekursorów kontrkulturowych aberracji, choć zajadle atakował kapitalizm, to uważał, że socjalizm powstanie na jego materialnej i organizacyjnej bazie, że choć znacznie poszerzy zakres wolności, to nie poprzez ufundowanie stanu powszechnego łamania reguł oraz promocji dziwactw. Ci zaś z jego następców, którzy odrzucili ideę rewolucji, uznawali wręcz, że możliwe są zmiany stopniowe, na drodze tak prozaicznej, jak udział w wyborach, sprawowanie władzy, reformowanie instytucji publicznych i reguł prawa.
Zasadnicza część prospołecznych zdobyczy dokonała się w drodze nierzadko drobnych i „nudnych” poczynań w łonie istniejącego porządku. Całościowy efekt wcale nie był jednak nieznaczący. Łatwo zapominamy, że zaledwie 150 lat temu na porządku dziennym były niewolnictwo, brak praw wyborczych czy obywatelskich dla ogromnych grup (np. kobiety), harówka w urągających godności i niebezpiecznych warunkach po 14 godzin na dobę oraz wegetacja na granicy biologicznego przetrwania. Twierdzenie, że „system” się nie zmienił, a wręcz „umocnił”, jest okrutną kpiną z milionów ludzi, którzy znosili takie upokorzenia.
Zmian na lepsze dokonano pod naciskiem mas społecznych – ludzi nierzadko jednakowych pod względem nawyków konsumpcyjnych i zamiłowań kulturowych. Zamiast kontynuować ten proces, wyzwalając ich z wielu wciąż istniejących upokorzeń, kontrkultura zrobiła coś odmiennego. Zamiast traktować masy jako sojusznika, zaczęto coraz bardziej podejrzliwie patrzeć na lud. Wkrótce lud – czyli społeczeństwo „głównego nurtu” – zaczął być postrzegany jako problem, a nie rozwiązanie – piszą Heath i Potter.
Czy były to eskapistyczne pomysły Rousseau, czy marksowska koncepcja „fałszywej świadomości”, czy wywody Freuda o „kulturze jako źródle cierpień”, czy teoria „hegemonii kulturowej” Gramsciego, ta część myśli postępowej przygotowała wedle autorów „Buntu na sprzedaż” grunt pod późniejsze ślepe uliczki kontrkultury. Jej mętne wizje krytykowały kapitalizm głównie za niezbyt jasne „zło systemowe”, niemożliwe jakoby do wykorzenienia bez totalnej rewolucji w każdej dziedzinie życia. A zatem system pozostawał do głębi zły, nawet jeśli okazywał się plastyczny i podatny na daleko posunięte reformy. Robotnik nie miał prawa do satysfakcji, że jego poziom życia i bezpieczeństwo socjalne wzrosły niepomiernie, gdyż dokonało się to w ramach „systemu”. Następcy wspomnianych myślicieli, głównie spod znaku „Nowej Lewicy” (Marcuse, Charles Reich, Roszak i in.), znaleźli poręczne wyjaśnienie owego zadowolenia plebejuszy i towarzyszącego mu spadku radykalizmu. Odpowiada za to swoiste „pranie mózgu” przy pomocy propagandy i przekazów reklamowych. Ludzie są nadal wyzyskiwani i zniewoleni, ale „system” skutecznie wmawia im, że „jest super, jest super, więc o co ci chodzi”.
Radykalnym teoretykom nie przyszło do głowy, że masy buntują się rzadziej i mniej bojowo, ponieważ osiągnęły część celów i są zadowolone z poprawy sytuacji. Wedle światoburczych teorii, zostały one zmanipulowane i nie potrafią dostrzec „prawdziwych” potrzeb i interesów. Jak piszą Heath i Potter, kontrkultura uznała, że Ludzi trzeba wyzwolić, ale nie od ucisku ze strony określonej klasy ani systemu wyzysku, który narzuca im nędzę. Znaleźli się w pozłacanej klatce, nauczono ich kochać niewolę. „Społeczeństwo” sprawuje nad nimi kontrolę, ograniczając wyobraźnię i tłumiąc najgłębsze potrzeby. Potrzebują ucieczki od konformizmu. Żeby od niego uciec, muszą w całości odrzucić istniejącą kulturę i stworzyć kontrkulturę, opartą na wolności i indywidualności.
Takie postawienie sprawy miało bardzo poważne implikacje: Sprawy, którymi tradycyjnie zajmowała się lewica – nędza, poziom życia, dostęp do opieki zdrowotnej – uznano za „powierzchowne”, chodzi tu bowiem tylko o reformę instytucji. Autorzy celnie drwią, że o ile kiedyś przeciwnicy kapitalizmu zarzucali mu, iż niedostatecznie „karmi i ubiera” robotników, o tyle obecnie mają pretensje, że oferuje im zbyt wiele dóbr, tak jakby było coś złego w tym, że wreszcie można się uwolnić od elementarnych trosk materialnych. George Orwell już w latach 30. trafnie pisał, że tym, co czyni socjalizm popularnym wśród społecznych „dołów”, nie są mało konkretna „wolność” i wizje nowatorskich stylów życia. Plebejuszy przyciągają doń całkiem „drobnomieszczańskie” marzenia oraz przekonanie, że socjalizm oznacza pełny żołądek, stabilizację materialną i brak prześladowań politycznych plus to, co jest im bliskie już w kapitalizmie: picie piwa z kolegami, chodzenie na mecze i cieszenie się życiem rodzinnym.
Już od kilku pokoleń bojownicy kontrkultury zalewają świat „wywrotową” muzyką, „wywrotową” sztuką, „wywrotową” literaturą, „wywrotowymi” strojami, a na uniwersytetach pełno jest profesorów rozpowszechniających /…/ „wywrotowe” idee. Tyle wywrotowej działalności, a system całkiem nieźle ją toleruje – szydzą Heath i Potter. Autorzy „Buntu…” podważają mit założycielski kontrkultury – że rozwinięty kapitalizm bazuje na uniformizacji i dlatego narzuca konsumentom ograniczone możliwości wyboru, „urabiając” ich do jednakich postaw. W rzeczywistości „system” żywi się różnorodnością; świetną pożywką staje się dla niego również to, co „buntownikom” wydaje się wymierzone w same jego fundamenty. Heath i Potter piszą złośliwie: Oto pobieżne zestawienie rzeczy, które w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat uchodziły za nadzwyczaj wywrotowe: palenie papierosów, długie włosy u mężczyzn, krótkie włosy u kobiet, brody, minispódniczki, bikini, heroina, jazz, rock, punk, reggae, rap, tatuaże, włosy pod pachami, graffiti, skutery, kolczyki w różnych częściach ciała, wąskie krawaty, nienoszenie biustonosza, homoseksualizm, marihuana, podarte ubrania, żel do włosów, irokezy, afro, antykoncepcja, postmodernizm, spodnie w kratkę, ekologiczne uprawy warzyw, buty wojskowe, seks między przedstawicielami różnych ras. Dzisiaj każdą pozycję z tej listy można znaleźć w typowym wideoklipie Britney Spears (może z wyjątkiem włosów pod pachami i ekologicznych warzyw).
Wedle adeptów kontrkultury, „system” za pomocą sektora reklamowego „programuje” konsumentów, aby nabywali wciąż więcej i więcej jednakowej oferty. Kontrkulturowa teoria konsumpcji mówi, że napędzana jest ona przez dążenie, aby „być jak inni”, przez konformistyczną chęć posiadania tego, co znajduje się w powszechnym użyciu. Jednak faktyczny powód udziału w „zakupowym wyścigu szczurów”, a zarazem przyczyna tego, że rozmaite „buntownicze” postawy i trendy zostały bez trudu wchłonięte przez „system”, są dokładnie odwrotne. Ludzie gros pieniędzy przeznaczają na takie dobra i usługi, które nie dostosowują ich do „tłumu”, lecz z niego wyróżniają. Czy będą to „luksusowe marki”, czy „najświeższe nowości”, czy „tradycyjne receptury”, czy „alternatywne trendy”, czy „wyroby ekologiczne” – większość z nas kupuje je po to, aby manifestować swoją oryginalność, nie zaś utożsamić się z „szarą masą”. Kiedyś „cykl życia” produktów wyznaczała ich trwałość. Natomiast w epoce „buntu” całkiem dobre przedmioty wyrzuca się tylko dlatego, że przestają być „świeże” i odkrywcze, na ich miejsce kupując „topowe”. Współczesna kultura konsumpcyjna jest swego rodzaju nieustanną „pogonią za cool”, za modą, nowością i odmiennością.
Ma to jednak niewiele wspólnego z przebiegłością „systemu”, z „terrorem” reklamy, z „wszechwładzą” wielkich koncernów. Heath i Potter przywołują Thorsteina Veblena, który już u schyłku XIX w. sformułował teorię, wedle której po zaspokojeniu podstawowych potrzeb społeczeństwo zaczyna pożądać bardziej wyszukanych dóbr. O ile jednak wzrost dostępu do prostych produktów powszechnie wzmaga zadowolenie z własnej sytuacji (po prostu żyje się lepiej i łatwiej), o tyle konsumowanie dóbr luksusowych ma z natury działanie przeciwne. Stanowi bowiem grę o sumie zerowej – jeśli część z nas bierze udział w nowej modzie i zyskuje prestiż, to adepci mody poprzedniej „wypadają z obiegu” i tracą „blask”; gdy dobro elitarne staje się dostępne wielu jednostkom, znika jego symboliczny status, a posiadacze tracą poczucie zadowolenia. Stąd nieustanny, samoreprodukujący się i powszechny wyścig w dziedzinie mód i trendów, stąd też popyt na „oryginalne” i „buntownicze” postawy i style życia, a przy tym brak zadowolenia mimo wciąż rosnącego poziomu życia. Takie są skutki „rywalizacyjnej konsumpcji”, której głównym motorem napędowym nie jest marketing, lecz cechy ludzkiej psychiki.
Jednym z kluczowych mitów, jakie spopularyzowała kontrkultura, jest przekonanie, że ostoję kapitalizmu stanowią „straszni mieszczanie”, czyli konformiści, którzy grzecznie spędzają życie w biurach, jednakowych barach szybkiej obsługi i z rodziną. W tej narracji, „buntownicy” mają zagrażać kapitalizmowi, destabilizować go, poddawać krytyce i „wykolejać”. Jak przekonują autorzy książki, staromodne postawy nie są jednak wcale tym, czego nowoczesny kapitalizm pożąda najbardziej. To raczej „buntownicy” są solą tej ziemi, podporą dzisiejszego porządku gospodarczego. „Dziki” kapitalizm potrzebuje „dzikich” ludzi – i to nie tylko jako konsumentów „oryginalnych” trendów, lecz także jako ich twórców. /…/ stateczna i nieruchawa elita burżuazyjna, której styl życia i obyczaje były wzorowane na starej angielskiej arystokracji, została już dawno przeznaczona do unicestwienia przez siły kapitalizmu. Niespokojny wolny duch, indywidualista i cygan, pod wieloma względami bardziej pasuje do prawdziwego ducha kapitalizmu – gdzie fortuny zbija się i traci w ciągu jednego popołudnia, gdzie jedno kliknięcie myszki uruchamia przepływy kapitału po całym świecie, gdzie handel zmienia miejsce zbyt szybko, żeby ktokolwiek mógł zapuścić korzenie – piszą Heath i Potter.
Podobnie celnie autorzy „Buntu…” rozprawiają się z innym pewnikiem kontrkulturowych teorii, czyli ubolewaniami nad spadkiem różnorodności. Nawet jeśli dokonuje się koncentracja własności, to przeciętny konsument ma dzisiaj nie mniejsze, lecz znacznie większe możliwości wyboru. Dzieje się tak m.in. wskutek ogromnego rozwoju transportu, przenikania się trendów z różnych części świata, medialnego „zbliżenia” kulturowego, umasowienia niegdyś elitarnych produktów czy powstania nowych, niemasowych technologii. Możemy narzekać, że sieciowe hipermarkety rugują rodzinne sklepy, a franczyzowe knajpy i punkty usługowe zastępują lokalne podmioty, jednak przeciętny konsument ma dziś w niemal każdej dziedzinie dostęp do znacznie bogatszej oferty niż kilkadziesiąt lat temu.
Heath i Potter przywołują zresztą fakt, że w USA, kraju stanowiącym symbol uniformizacji, inicjatywy sieciowe stanowią 1/3 podmiotów handlowych i usługowych – cała reszta oferuje niepowtarzalne formy konsumpcji dóbr i usług. Wyśmiewają też teorię, wedle której konsumenci „dostają to samo” – na przykładzie rynku budowlanego wykazują, że amerykańskie przedmieścia, często przywoływany przykład standaryzacji, są dziś znacznie bardziej zróżnicowane jeśli chodzi o możliwości wyboru cech domów i ich wyposażenia, niż kilkadziesiąt lat temu, czyli w epoce, w której ponoć panowała większa różnorodność.
Nawet tam, gdzie ma miejsce pewne ujednolicenie, wynika to często nie z „urabiania” konsumentów, lecz z całkiem naturalnych procesów. W społeczeństwie masowym, w którym w ciągu zaledwie stulecia przybyło kilka miliardów osób na nierosnącym terytorium, nie jest możliwa powszechna produkcja „lokalna” i „oryginalna”. Ludzie oczekujący, że restauracja mająca dziesiątki klientów będzie oferowała im potrawy „domowe”, zapominają, ile czasu i wysiłku wymaga przygotowanie faktycznie domowego posiłku dla choćby 4 osób; to samo dotyczy całego sektora produkcji spożywczej. Dzisiejszy rynek konsumencki oferuje zresztą znacznie większą niż kilka dekad temu liczbę produktów „oryginalnych” czy „dopieszczonych”. Owszem, są one droższe niż te standardowe, co jednak jest oczywiste, skoro ich wytwarzanie i sprzedaż wymaga większego zachodu. Pytanie tylko, ilu miłośników różnorodności chciałoby przeznaczać nie 10 czy nawet 30, lecz 80-90% dochodów na niepowtarzalne i „naprawdę swojskie” produkty żywnościowe, kosztem rezygnacji z zakupu wielu innych dóbr. Pewna standaryzacja, a nawet „bylejakość” w wybranych dziedzinach są ceną, którą płacimy za możność większego wyboru ogólnego.
W samej konsumpcji nie ma zazwyczaj niczego złego – narzekają na „społeczeństwo (nad)obfitości” głównie ci, którzy tkwią w nim po uszy, nie zaś tacy, których zeń wykluczono lub nigdy nie mieli możności w nim uczestniczyć. Natomiast w przypadku szkodliwych rodzajów konsumpcji wyjściem z sytuacji nie jest „bunt kulturowy” i „alternatywne style życia”, lecz swoiste moratorium na „konsumpcyjny wyścig zbrojeń”, przybierające postać regulacji prawnych. Jednak kontrkultura, ze swoją teorią „systemu” skażonego do cna złem, okazuje się nie być zainteresowana reformami i prostymi rozwiązaniami.
Heath i Potter podają dwa znamienne przykłady takich ślepych uliczek. Pierwszy to konsumpcjonizm wśród młodzieży, szczególnie podatnej na epatowanie modnymi strojami, gadżetami itp. Nie tylko drastycznie napędza to wydatki rodziców, ale i skazuje uboższych uczniów na środowiskowe wykluczenie. Jak wskazują autorzy „Buntu…”, kontrkultura – ze swą obsesyjną wiarą w „system” jako rozsadnik konformizmu i uniformizacji – odrzuca najprostszy na szkolnym gruncie sposób ograniczenia tego „wyścigu zbrojeń” i zwiększenia równości, jakim byłoby… wprowadzenie mundurków. Wedle „buntowników”, byłoby to ukłonem wobec „faszystowskiego porządku”, do którego rzekomo dąży kapitalizm, a poza tym szkoła to instytucja sama w sobie represyjna i zabijająca indywidualność, więc jej reformowanie byłoby zdradą ideałów i uwikłaniem się w zgniłe kompromisy. Drugi przykład dotyczy broni palnej. Heath i Potter przypominają, że związany ze środowiskiem kontrkultury reżyser Michael Moore przedstawił w swoim filmie „Zabawy z bronią” fatalne skutki łatwego dostępu do broni w USA, a mimo to opowiedział się przeciwko zaostrzeniu kontroli tego sektora. Zgodnie bowiem z „radykalnymi” teoriami, nadużywanie broni nie jest problemem, który można rozwiązać regulacjami prawnymi. Świadczy ono o dogłębnym zepsuciu współczesnej kultury i społeczeństwa, zatem nowe przepisy byłyby jedynie półśrodkami, które nie wykorzenią „systemowego zła” – zatem lepiej nie robić nic…
Krytyce takich aberracji towarzyszy w „Buncie na sprzedaż” ukazanie słabości tego, co kontrkultura uważa za faktyczne alternatywy. Jednym z przykładów jest idea „Dnia bez Kupowania”, mającego zwrócić uwagę na „nadkonsumpcję”. Tymczasem w dzisiejszych realiach to, że my konsumujemy mniej, nie oznacza, iż zmniejsza się skala konsumpcji ogólnej. Pieniądze, których nie wydaliśmy na zakupy, nasz bank pożyczył komuś innemu, kto otrzymał upragniony kredyt konsumpcyjny. Faktyczne zmniejszenie udziału w konsumpcji może się dokonać jedynie poprzez zmniejszenie siły nabywczej. O ile jednak „Dzień bez Kupowania” cieszy się wśród kontrkulturowców dużą popularnością, to chyba niewielu z nich chciałoby się przyłączyć do „Dnia bez Zarobku”, jak celnie drwią autorzy książki.
Zamiast czekać na „upadek systemu” lub wierzyć, że świat zmieni się, gdy mozolnie zgromadzimy wystarczająco dużo konsumentów wybierających produkty „alternatywne”, wiele problemów można rozwiązać już dziś za pomocą przepisów administracyjnych, regulacji podatkowych itp. Heath i Potter pytają, dlaczego te same środowiska, które na szczęście wciąż bronią systemu powszechnych ubezpieczeń społecznych i publicznej służby zdrowia, zarazem wierzą, że problemy z innych dziedzin, np. ochrony środowiska, można rozwiązać jedynie lub głównie poprzez indywidualne „zmiany stylu życia”.
Choć nie piszą tego wprost, wydaje się, że kluczowym problemem „radykalnych” środowisk i ich koncepcji jest przerost indywidualizmu. Dawniej inicjatywy oddolne były formą zbiorowego nacisku na rządy i instytucje, aby wprowadziły rozwiązania systemowe, korzystne dla szerokich rzesz lub ogółu społeczeństwa, albo stanowiły – jak ruch spółdzielczy – opartą na masach awangardową formę nowego ustroju. Dziś natomiast niewielkie, rozproszone grupy są przekonane, że dzięki indywidualnym wyborom i działaniom ich członków dokona się epokowa zmiana – taka potęga miałaby tkwić w decyzjach i postawach „oświeconych”. W praktyce jednak nic takiego się nie dzieje. Trudno przecież oczekiwać, że konsumpcja produktów tzw. sprawiedliwego handlu czy żywności ekologicznej albo „nielegalne” sadzenie roślinności w miastach (guerilla gardening) staną się kiedykolwiek na tyle masowe, iż wywołają zmianę ogólnospołeczną w skali globu, kraju czy choćby aglomeracji. Dużo więcej dobrego w tych kwestiach zrobiłby skuteczny nacisk na ekologizację przepisów dotyczących ogółu upraw rolnych, wprowadzenie bardziej „przyjaznych” krajom Trzeciego Świata regulacji celnych czy sensowna polityka władz municypalnych, niż hobbystyczno-egoistyczno-modowo-charytatywne „wybory konsumenckie” i takież „oddolne działania”. Ale wówczas należałoby nieco utemperować ego „radykałów”, w zamian zaś nauczyć się współpracy z grupami osób, które niekoniecznie są tak samo „aktywne” i „świadome”, jak kontrkulturowi „buntownicy”.
To właśnie etos propagowany przez tych ostatnich podkopuje możliwości zbiorowego działania. Eskalacja kulturowych różnic w imię „samorealizacji”, odrzucenie wszelkich reguł w ramach „wyzwolenia” i walki z hierarchiami (od nich bowiem już ponoć tylko krok do faszyzmu), skutkują niemożnością nawiązania sojuszów. Środowiska, które uważają się za radykalne i poddają „totalnej” krytyce „system”, w praktyce nie robią zatem nic, aby cokolwiek zmienić – w niszowych grupach spędzają miło czas, nazywając egocentryzm „alternatywnym stylem życia”. Czym kontrkulturowcy różnią się w wymiarze społecznym od wędkarzy? Chyba tym jedynie, iż miłośnicy wędkowania nie udają, że ich aktywność cokolwiek zmienia, a tym bardziej – że zagraża jakiemuś „systemowi”. My jednak daliśmy sobie wmówić, że 40-letni facet z kolekcją spławików to z zasady bierny społecznie nudziarz, konformista i przeciętniak, zaś 19-letnie dziewczę z równie pieczołowicie gromadzoną kolekcją muzyki „alternatywnej”, jest zaangażowaną, wrażliwą buntowniczką, zwiastującą „nowe czasy”.
Z konieczności streszczam wielowątkowy i pełen przykładów wywód Heatha i Pottera, chcąc nie chcąc mocno zubażając to, co mają do powiedzenia. Ich książka nie jest pozbawiona wad, z których główną wydaje się zbytnie utożsamienie z przyjętą tezą – tak znaczne, że autorzy krytykują kontrkulturę nawet tam, gdzie jej idee noszą znamiona sensu. Przykładem niech będzie niechęć wobec ekspansji reklam, których nie można traktować – wbrew opiniom autorów – jako pojedynczych, nieszkodliwych przekazów, bo w takiej liczbie i natężeniu tworzą one spójny przekaz, rugujący niekomercyjne wartości i postawy. Na zasadzie reakcji przeciw obsesjom „antysystemowców” nazbyt idealizują też obecny porządek, np. gdy przekonują, że problem dewastacji środowiska rozwiążą mechanizmy rynkowe, opłaty za zanieczyszczanie itp. Być może część tych słabości należy złożyć na karb pochodzenia jej autorów. Kanadyjczycy, czyli mieszkańcy jednego z najbogatszych, a zarazem bardzo „socjalnych” krajów, mogą sobie wyobrażać, że kapitalizm wszędzie jest taki „bezproblemowy”. Te niedoskonałości książki nie zmieniają jednak tego, że jest ona znakomita – nie tylko jako rzetelna i krytyczna analiza ważnego zjawiska, ale również jako quasi-manifest.
Autorzy „Buntu na sprzedaż” krytykują bowiem kontrkulturę przede wszystkim za podkopanie tradycyjnej polityki lewicy. Niezależnie, czy uznamy „(kontr)kulturowy bunt” za rdzeń, czy jedynie za element szerszego procesu, faktem pozostaje, że współczesna lewica i środowiska postępowe wpadły w wiele pułapek opisanych powyżej. Te kilka dekad, podczas których brnęły coraz bardziej w kontrkulturowe szaleństwo, było zarazem okresem demontażu socjalnych funkcji państwa, przeciwko czemu nikt na większą skalę nie protestował. Jeśli nie chcemy zatem powrotu „dzikiego” kapitalizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi, w której przegrają najsłabsi, potrzebujemy odbudowy lewicy.
Takiej lewicy, która kontrkulturowemu eskapizmowi i elitaryzmowi przeciwstawi odnowienie więzi z masami, odkładając na bok różnice w stylu życia. Takiej, która oprze działania i struktury nie na egoistycznych rojeniach o „antyautorytaryzmie” i „braku hierarchii”, lecz na zasadach demokratycznych. Takiej, która mrzonki o „obaleniu systemu” zastąpi konkretnymi inicjatywami, mającymi na celu utrzymanie lub poszerzenie zakresu zdobyczy socjalnych, a życie ludzkie bardziej bezpiecznym i stabilnym, a także – nie ma potrzeby wstydzić się tego postulatu – wygodnym. Takiej, która zamiast naiwnych marzeń o masowym odrzuceniu konsumpcjonizmu, położy nacisk na ograniczenie najbardziej szkodliwych postaw i trendów, czy to za pomocą przepisów, czy wysokiego opodatkowania ich. Takiej, która w miejsce roztrząsania problematyki kulturowej, stylów życia i wyborów konsumenckich zajmie się ponownie sferą polityki i reformami instytucji. Takiej wreszcie, która zamiast wolności – przesadnie akcentowanej przez ostatnie dekady oraz świetnie współgrającej z etosem dynamicznego kapitalizmu – w centrum uwagi postawi równość i braterstwo.
Ten, zdawałoby się, bardzo umiarkowany program, jest zarazem radykalny. Oznacza on bowiem ni mniej ni więcej, lecz zawrócenie o 180 stopni z drogi, którą lewica podążała przez kilka minionych dziesięcioleci.
Remigiusz Okraska
Joseph Heath, Andrew Potter, Bunt na sprzedaż. Dlaczego kultury nie da się zagłuszyć?, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2010, przełożyła Hanna Jankowska.
Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej: MUZA SA, ul. Marszałkowska 8, 00-590 Warszawa, tel. /22/ 6286360, e-mail: info@muza.com.pl, księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
przez Remigiusz Okraska | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Jak pamiętacie, przed kwartałem świętowaliśmy 10-lecie istnienia „Obywatela”. Tymczasem narodził się „Nowy Obywatel”, którego właśnie trzymacie w rękach. Pewien etap w dziejach naszej gazety uznaliśmy za zamknięty.
Zaczynaliśmy jako pismo w młodzieńczy sposób buntownicze. Jedną z głównych idei, które nam wówczas przyświecały, było stworzenie swoistego Hyde Parku, gdzie swobodnie mogłyby się wypowiadać osoby z przeróżnych środowisk określanych jako radykalne czy – jak mówi elegancki język mainstreamu – oszołomskie. Taki profil czasopisma miał swoje zalety, miał też jednak wady. Głównymi z nich były nieporozumienia interpretacyjne oraz to, że główne wątki naszego przekazu ginęły wśród tekstów efektownych, lecz niekoniecznie kluczowych.
Z biegiem lat pojawili się w redakcji i wśród współpracowników ludzie nowi, zaś część założycieli „Obywatela” pożegnała się z nami z różnorakich przyczyn. Również redakcyjni „weterani” są dziś inni niż ongiś – mieliśmy wiele czasu, żeby przemyśleć swoje poglądy, ustalić priorytety wśród naszych postulatów, skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. Wszystkie te zmiany chcemy zaakcentować nowym tytułem. Umarł „Obywatel”, niech żyje „Nowy Obywatel”.
Zmiana nie jest totalna, nie proklamujemy rewolucji. Główną wartością, jeszcze mocniej akcentowaną, pozostanie opcja prospołeczna. Nasze czasopismo będzie krytyczne wobec liberalizmu gospodarczego i sceptyczne w stosunku do jego obyczajowych pochodnych. Będzie wskazywało na takie zalety sfery publicznej i działań zbiorowych (w wydaniu instytucjonalnym i oddolnym), które są w Polsce niemodne i wściekle atakowane zarówno przez dogmatyków z obozów Balcerowicza i Korwin-Mikkego, jak i przez te środowiska jakoby prospołeczne, które w imię interesów dowolnie zdefiniowanych mniejszości gotowe obrazić się na większość, a raczej ją nieustannie obrażać.
Stałe pozostanie również to, co dla wielu było główną zaletą, dla innych zaś wadą niemożliwą do ścierpienia, mianowicie różnorodność autorów i inspiracji ideowych. Drugorzędną kwestią jest dla nas, czy osoba promująca prospołeczne rozwiązania gospodarcze i dotyczące sfery publicznej, a przy tym akceptująca demokrację i aktywność obywatelską, przychodzi z lewa, czy z prawa, czy media przykleiły jej taką, czy inną łatkę, czy inspiruje się socjalizmem, czy katolicyzmem. Tego rodzaju postawa jest szczególnie ważna właśnie teraz i właśnie tutaj – w Polsce, czyli kraju, gdzie wszelka myśl i praktyka prospołeczna są wyszydzane i marginalizowane. Sekciarskie podziały i kultywowanie „czystości ideologicznej” to zajęcie wielu jednostek i grup. Nas stać na więcej.
Z takim przeświadczeniem zapraszamy do lektury „Nowego Obywatela” – który, jak widzicie, zyskał także nową oprawę graficzną. Wśród wielu tekstów wartych uwagi, polecam szczególnie te najbliższe wyżej wspomnianemu duchowi. Prof. Tadeusz Kowalik, chyba najwybitniejszy polski lewicowy ekonomista, przypomina m.in., że ośmieszana dzisiaj idea sprawiedliwości społecznej została stworzona i teoretycznie uzasadniona przez myślicieli zaliczanych do nurtu liberalnego. Prof. Włodzimierz Bojarski, kojarzony ze środowiskami narodowej prawicy, przekonuje, że zadłużenie z czasów Gierka miało przynajmniej częściowy sens ekonomiczny, inaczej niż znacznie większe zadłużenie obecne. Barbara Fedyszak-Radziejowska, etykietowana przez media establishmentu jako intelektualistka „pisowska”, wyjaśnia, że dbałości o obywateli zamieszkujących prowincję nauczyła polskich decydentów Unia Europejska.
Ta jedność w różnorodności i przełamywanie schematów – nie sprowadzające się jednak do epatowania fajerwerkami intelektualnymi – będą, mam nadzieję, znakiem firmowym „Nowego Obywatela”.
Remigiusz Okraska
PS Prosimy o nieutożsamianie „Nowego Obywatela” z Instytutem Spraw Obywatelskich, stworzonym przed laty w środowisku związanym z naszym pismem i wielokrotnie promowanym na jego łamach. Nasi ex-koledzy i koleżanki uznali niedawno, że bardziej opłaca się realizowanie biurokratycznych pasji za milionowe dotacje niż edycja radykalnego czasopisma. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że dla liderów ISO dobro wspólne oznacza w praktyce dobro bardzo wąskiego kręgu rodzinno-towarzyskiego, oraz że są wśród nich osoby przekonane – co raczyły nam oznajmić – iż w Polsce bezrobocie dotyczy tylko tych, którzy są „bierni” i „nie dość mobilni”.