przez Remigiusz Okraska | środa 24 lipca 2013 | inspiracje, nasze tradycje
W Polsce niewiele jest słów równie zużytych i obrosłych tyloma negatywnymi skojarzeniami, jak „lewica”. To największa „zdobycz” PRL-u – zohydzenie lewicowości nawet tym, którzy mają poglądy prospołeczne. Widać to w badaniach opinii publicznej, w których Polacy deklarują wartości nierzadko znacznie bardziej egalitarne i „socjalne” niż mieszkańcy Francji czy Szwecji, a później wybory wygrywa któraś z prawic albo liberałowie pobożni lub bezbożni. Głosowanie na lewicę to „obciach”, bo jedyną znaną lewicą są postkomuniści. A oni są jedyną lewicą właśnie dlatego, że w Polsce – jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus – „ktoś splugawił słowa: czyn, walka i towarzysz”.
Swoje zrobili nie tylko postkomuniści. Ilekroć po roku 1989 próbowano w Polsce tworzyć lewicową alternatywę zarówno wobec prawicy i liberałów, jak i wobec SLD, niemal tyle samo razy jakieś złe duchy podszeptywały uwikłanie się w to wszystko, co po „komunie” Polaków słusznie razi i odstręcza. Bądź to jako kalka frazeologii i symboliki PRL-u – hurrarewolucjonizm, epatowanie Guevarą i Castro, slogany o walce klas; bądź jako małpowanie obyczajowych ekscesów zachodniej Nowej Lewicy. Wszystko to sprawiało, że w Polsce jedyną lewicą było SLD, a kolejne wydarzenia tylko potwierdzają tę hegemonię. Weźmy wyniki kilku ostatnich wyborów, w których z kretesem przegrali zarówno komiczni naśladowcy Chaveza i Trockiego z Polskiej Partii Pracy, jak i te ugrupowania i frakcje – Zieloni 2004, SdPl, „olejniczakowe” skrzydło SLD – które wspierane były przez, pożal się Boże, „myślicieli”, „strategów” i „odnowicieli lewicy” z „Krytyki Politycznej”.
Wieloletni monopol SLD na lewicowość skutkuje natomiast sentymentem za jakąś lepszą, szlachetną lewicą. Wyraża się to w dość już nudnym i przewidywalnym przywoływaniu etosu przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej. Bez wątpienia do tradycji i etosu PPS warto sięgać. Ale trzeba sobie powiedzieć wprost, że takie odwołania nie znaczą właściwie nic, jeśli czynią to z jednej strony marginalne przybudówki SLD, z drugiej zaś salonowa, powiązana towarzysko i finansowo z liberalnym establishmentem grupka politycznych kombinatorów. Ów „etos pepeesowski” staje się szmatą, w którą można wytrzeć dowolną gębę, bez znaczenia i bez konsekwencji. Ot, coś w stylu Papieża-Polaka, którego uwielbiali „absolutnie wszyscy”, od Kwaśniewskiego i Oleksego, przez Tuska i Gronkiewicz-Waltz, na Jurku i Łopuszańskim kończąc.
Z etosem PPS-u niemal nikt nie mierzy się na serio, gdyż ma się on nijak do dzisiejszych popularnych postaw. I to bynajmniej nie tylko ze względów polityczno-programowych, wśród których dominowały konsekwentne postulaty socjalne, przy braku większego zainteresowania lewicową „obyczajówką” i podkreślaniu niechęci wobec komunistów. Etos ten zawierał coś znacznie ważniejszego, mianowicie oryginalność światopoglądową, apoteozę swobody dyskusji oraz osobistą niezłomność i odwagę. Ugrupowań, które głosiły radykalne hasła socjalne, było wiele. W PPS-ie kluczowe było jednak to, kto, jak, dlaczego i w jakiej atmosferze je podnosił.
Jeśli dziś ten etos staje się pożywką nieudolnych graczy z obrzeży SLD lub – dla odmiany – sprawnych cwaniaków z „lewego skrzydła” „Gazety Wyborczej”, to trzeba wskazać na pewien zapomniany rys owej postawy i światopoglądu. Otóż socjalizm PPS-owski nie był ani częścią światowego nurtu marksowskiego (choć nieco zeń zaczerpnął), ani technokratyczną strategią polityczną (tu cel nie uświęcał środków), ani zestawem komunałów, którymi salonowi karierowicze uspokajają własne sumienia lub podbudowują personalną karierę. Ta doktryna i zarazem system etyczny wyrastały z polskich realiów (geo)politycznych (bliższy był PPS-owcom mit powstania styczniowego niż Komuny Paryskiej), z polskich poszukiwań ideowych (ważniejszy był tu Abramowski niż Lenin) i z tego aspektu „kultury narodowej”, który sprawiał, że Polacy niechętni są skrajnościom, a zwłaszcza rozmaitym totalizmom i towarzyszącym im postawom (zadekretowana jednomyślność, ortodoksja, dogmatyzm).
Polski socjalistyczny duch tchnął, kędy chciał, bez oglądania się na „jedyne słuszne drogi”, „dziejowe konieczności”, „obiektywne racje” i paryskie czy berlińskie mody, nie węszono tu „odszczepieńców”, „kryptoprawicowców” itp. I jeśli etos ten miałby się odrodzić, to nie tyle jako kalka postulatów socjalnych sprzed 70 lat, nie jako wymachiwanie „historycznym sztandarem”, nie jako szlachetna otoczka maskująca spryciarski cynizm. Musiałaby się odrodzić nie forma, lecz duch.
Dziś prezentujemy próbkę takich poglądów i postaw, które budowały ów etos polskiego socjalizmu. Są to teksty wyszukane bez większego wysiłku, nieomal na chybił-trafił spośród bardzo wielu podobnych.
Pierwszy jest autorstwa Adama Pragiera (1886-1976). Autor to działacz socjalistyczny od roku 1904, żołnierz Legionów, doktor habilitowany – specjalista od kwestii budżetowych samorządu terytorialnego, członek najwyższych władz PPS, poseł na Sejm w latach 1922-30, więzień twierdzy brzeskiej, po wybuchu wojny na emigracji, minister w londyńskich rządach Arciszewskiego i Komorowskiego. Niezłomny socjalista i demokrata, nigdy nie uznał władz PRL-u, nie aprobował żadnej formy zamordyzmu wewnętrznego oraz poddaństwa zewnętrznego, uważał, że socjalizm i demokracja to wartości nierozdzielne, że nie ma chleba bez wolności i vice versa. Prezentowany artykuł odwołuje się do korzeni myśli socjalistycznej, wskazując na stanowisko Karola Marksa wobec niepodległości Polski i innych narodów. Pragier wykazuje, że powoływanie się władców ZSRR oraz ich polskich i zachodnich popleczników na dorobek Marksa, jest uzurpacją z wielu względów, w tym także z uwagi na stosunek do kwestii narodowościowych. Autor akcentuje ten aspekt różnych nurtów socjalizmu, który zasadza się na niezgodzie wobec polityki „Imperiów”, mających jakoby prawo niewolić inne, mniejsze i słabsze narody. Ucisk narodowy jest godny potępienia nie mniej niż ucisk klasowy.
Kolejnym autorem jest Bronisław Siwik (1876-1933). Działacz socjalistyczny również od roku 1904, organizator nielegalnych struktur w Zagłębiu Dąbrowskim, zesłany na trzy lata w głąb Rosji. W czasie rewolucji październikowej przebywał w Sankt Petersburgu, gdzie stał się bardzo ostrym krytykiem bolszewików i ich rządów oraz całego internacjonalistycznego i marksowskiego nurtu w ruchu socjalistycznym. Po wojnie urzędnik Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, pełnił też funkcję dyrektora warszawskiego ZUS-u, radny Warszawy, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, płodny publicysta prasy socjalistycznej. Bardzo zasłużony działacz spółdzielczości spożywców, prezes Rady Nadzorczej Związku Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych, jednak od początku pozostawał niechętny wobec dokonanego przez PPS i komunistów rozłamu w ruchu spółdzielczym – z tego też względu był jednym z inicjatorów zjednoczenia „klasowego” ZRSS z „neutralną” spółdzielczością spożywców, w efekcie czego w 1925 r. powstał potężny Związek Spółdzielni Spożywców RP. Choć u schyłku życia pożegnał się z PPS-em (wskutek różnicy w ocenach J. Piłsudskiego), to jednak cały jego dorobek intelektualny i organizacyjny wpisuje się w tradycje polskiego socjalizmu.
Siwik to także jeden najmniej znanych kontynuatorów myśli Edwarda Abramowskiego. Prezentowany tu tekst zawiera główne założenia systemu etycznego tamtego myśliciela. Siwik powtarza za Abramowskim, że nie ma drogi na skróty – przemiany polityczne musi poprzedzić przemiana ludzkich sumień, systemów wartości, postaw itp. Rzeczywistości nie przeobrazi na lepsze ani rewolucja, ani manipulacje i polityczne gierki, cel nie uświęci środków. Lepszy świat powstanie natomiast wskutek mozolnej, mało widowiskowej, lecz niezbędnej pracy, w toku której reformowane będą zarazem ludzkie dusze, jak i instytucje społeczne, krok po kroku, dzień za dniem, bez fajerwerków, ale także bez miraży i samooszukiwania się, że można ten etap przeskoczyć, że raj na ziemi jest tuż za rogiem i wystarczy przejąć władzę lub obsadzić „swoimi ludźmi” kluczowe instytucje. Artykuł Siwika pokazuje, jak daleko idee współtworzące etos PPS-owski odbiegały od socjalistycznej sztampy, nie tylko reprezentowanej przez nurt rewolucyjny, ale także od wszelkich tych odmian, które ślepo zawierzyły marksowskiej tezie o prymacie „bazy” nad „nadbudową” i o niemalże mechanicznym charakterze dziejowych przeobrażeń.
Trzeci z prezentowanych tekstów to głos Zygmunta Żuławskiego (1880-1949). Również on rozpoczął działalność socjalistyczną w roku 1904. Przez całe międzywojnie członek najwyższych władz PPS oraz lider Komisji Centralnej Związków Zawodowych – jednej z najpotężniejszych organizacji robotniczych w II RP. W latach 1919-1935 poseł na Sejm. Od roku 1936 ciężko chory, nie zaprzestał jednak działalności publicznej. Po wybuchu II wojny światowej ukrywał się przed hitlerowcami, nie uznał decyzji o rozwiązaniu PPS i przekształceniu jej w dostosowaną do realiów wojennych strukturę PPS – Wolność, Równość, Niepodległość. Krakowska organizacja PPS, której przewodził, zachowała niezależność, sam Żuławski współpracował z ludowcami i Polskimi Socjalistami. W roku 1943 powrócił do partii, a po zakończeniu wojny opowiadał się za zaprzestaniem działalności konspiracyjnej oraz za zjednoczeniem podziemnych struktur socjalistów z reaktywowaną na mocy decyzji komunistów „lubelską” PPS. Żuławski łagodził spory między socjalistami „londyńskimi” a „moskiewskimi”, wierząc, że z jednej strony nie było wówczas alternatywy geopolitycznej dla sojuszu z ZSRR, z drugiej zaś, że mimo to istnieją szanse na zachowanie w Polsce demokracji i niezależności ruchu socjalistycznego. Dopiero narastający terror i infiltracja PPS przez komunistów sprawiły, że zmienił stanowisko. Po wystąpieniu z PPS, został posłem z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Jego postawa z lat wojny i po jej zakończeniu była nacechowana daleko posuniętą naiwnością w kwestii polityki komunistów i ZSRR. Dostrzegł to jednak pod koniec życia, a prezentowane tu ostatnie przemówienie sejmowe posła Żuławskiego wpisuje się w PPS-owski etos, w którym kluczowe miejsce zajmuje demokracja i swobody obywatelskie. Na uwagę zasługuje oczywiście także główny temat wystąpienia – dobitna krytyka komunistów za przedkładanie wydatków na zbrojenia i „bezpieczeństwo wewnętrzne” (czyli de facto terror wobec opozycji) nad cele socjalne, które każda autentycznie lewicowa władza powinna finansować w pierwszej kolejności, zwłaszcza w kraju wyniszczonym wojną i okupacją. Ten aspekt wywodów Żuławskiego trafnie obnaża mit „prospołecznych” rządów komunistów. Samo przemówienie to także oczywiście przejaw nonkonformizmu wobec możnych i silnych ówczesnej epoki, nacechowanego całkowitym brakiem „pragmatyzmu” i „realizmu”.
Gdyby ktoś podejrzewał, że należy poważnie traktować dzisiejsze odwołania do tradycji PPS-u, formułowane przez grupki powiązane z postkomunistami, albo – dla odmiany – przez niedawnych partyjnych kolegów Balcerowicza lub współpracowników koncernu Agora S.A., to powyższe teksty powinny pozbawić go złudzeń.
przez Remigiusz Okraska | środa 24 lipca 2013 | inspiracje, nasze tradycje
W różnych środowiskach pokutuje pewien niemądry, a przy tym szkodliwy mit. Mówi on, że gdyby nie powojenna potęga Związku Radzieckiego oraz istnienie Bloku Wschodniego, w demokratycznych krajach Zachodu nie powstałyby – a przynajmniej nie w tak dużej skali – rozmaite formy tego, co potocznie nazywamy „socjalem”. Gdyby nie sowieckie głowice atomowe, enerdowskie czołgi i bułgarscy komandosi, społeczeństwa państw demokratycznych nie zyskałyby wielu ustawowych świadczeń i form wsparcia ze strony państwa. Tylko straszak w postaci nieprzyjaznej potęgi militarnej nakazywał w latach „zimnej wojny” podejmować decyzje, które miały zapobiec groźbie rewolty w wykonaniu mas – czy to zainspirowanych rzekomym dobrobytem „krajów demokracji ludowej”, czy to po prostu rozczarowanych realiami zachodniego kapitalizmu. Zwolennicy tej teorii przekonują, że za wszelką cenę starano się niejako skorumpować masy społeczne, oferując im znacznie więcej niż otrzymałyby, gdyby ZSRR nie istniał.
Mit ten jest popularny w wielu środowiskach. Zachodni komuniści, podporządkowani niegdyś Kremlowi, żyli przez lata w przekonaniu – i przekonywali o tym innych – że gdyby nie oni, czyli ruch komunistyczny, to robotnicy krajów kapitalistycznych do dzisiaj egzystowaliby w warunkach rodem z XIX wieku. Niepodporządkowana ZSRR zachodnia skrajna lewica również propaguje to poręczne dla niej wyjaśnienie. W ten sposób dowodzi, że co prawda „stalinizm” stanowił wypaczenie idei komunistycznych, jednak sam „leninowski” czy „trockistowski” zamysł był znakomity, a nawet jego zdegenerowana przez Chruszczowów i Andropowów wersja była lepsza niż światowa dominacja „krwiożerczego kapitalizmu”. Dla postkomunistów z państw byłego Bloku Wschodniego mit ten stanowi z kolei wygodne usprawiedliwienie: nie byliśmy idealni, działy się u nas nie zawsze dobre rzeczy, ale dzięki temu, że istnieliśmy i rządziliśmy połową kontynentu, także wam żyło się lepiej.
Mit ten jest jednak użyteczny również dla środowisk liberalno-prawicowych. Mogą one przekonywać, że w czasach, gdy komunizm „zagrażał całej ludzkości”, należało iść na taktyczne i czasowe ustępstwa. Dziś natomiast, gdy komunizmu już nie ma, czas odejść od anachronicznych fanaberii w rodzaju skracania czasu pracy, dbałości o BHP, zasiłków dla bezrobotnych, budownictwa komunalnego itp., itd. Dobrobyt i obfitość zapewnią – przekonują neoliberałowie – mechanizmy rynkowe, nie zakłócane przez „marnotrawny socjal”. Z kolei dla lewicy demokratycznej i antysowieckiej, jak zachodnie socjaldemokracje, tego rodzaju opowieści stanowią alibi dla bierności i kapitulanctwa wobec Kapitału. Mówią one, że owszem, kiedyś walczyliśmy skutecznie o rozwiązania prospołeczne, ale było nam znacznie łatwiej, gdy istniał sowiecki straszak, zaś dziś, sami rozumiecie, choć staramy się jak dawniej, to możemy o wiele, wiele mniej.
Mit ten jest łatwy do obalenia, a jego trwanie wbrew oczywistościom tłumaczyć należy właśnie użytecznością dla wielu odmiennych opcji politycznych. Gdyby to rozrost potęgi sowieckiej był kluczową siłą sprawczą ufundowania „państw opiekuńczych” w większości krajów Zachodu, wszelkie tego typu rozwiązania i reformy powinny pojawić się – na tym etapie w wyłącznie zalążkowej formie – nie wcześniej niż w okolicach lat 1944-45. Było zaś zupełnie inaczej. W Stanach Zjednoczonych, a więc w czołowym państwie liberalnego kapitalizmu, daleko posunięte reformy socjalne, bazujące na etatystycznych rozwiązaniach społeczno-gospodarczych, rozpoczęto ponad dekadę wcześniej, wraz z wdrożeniem w 1933 r. przez prezydenta Roosevelta programu o nazwie New Deal. W Belgii również od roku 1933 wcielano w życie podobny projekt reform – „Het Plan De Man”, autorstwa wybitnego działacza i myśliciela socjalistycznego (i niestety późniejszego kolaboranta hitlerowskiego), Henri de Mana, od 1935 r. ministra robót publicznych. Podobna była od 1936 r. polityka francuskiego rządu pod wodzą socjalisty Leona Bluma, a od początku lat 30. dwukrotnych – przerwanych najpierw porażką wyborczą, a później puczem gen. Franco – rządów Frontu Ludowego w Hiszpanii. W tych dwóch ostatnich przypadkach w skład prosocjalnych rządów weszli też komuniści, ale to nie oni nadawali im ton, lecz demokratyczna lewica, zdystansowana wobec Sowietów. Z kolei w Wielkiej Brytanii plan radykalnych reform socjalnych przygotowała komisja istniejąca formalnie od 10 czerwca 1941 r. Program ten, nazwany „Planem Beveridge’a” został ogłoszony publicznie u schyłku roku 1942, a więc nie w obliczu realnego straszaka sowieckiego, lecz wtedy, gdy ZSRR walczył o przetrwanie z najazdem hitlerowskim i nikomu nie śniła się przyszła potęga Bloku Wschodniego.
Tyle mówią fakty i daty. Nie sposób całkowicie wykluczyć wpływu Sowietów i realiów „zimnej wojny” na zachodni model państwa opiekuńczego. Jednak nie był to czynnik kluczowy, a na pewno nie on zadecydował o reorientacji w polityce gospodarczej i społecznej krajów Zachodu. Czynnikiem tym był natomiast krach liberalnego kapitalizmu, który nastąpił wraz z Wielkim Kryzysem, mającym miejsce od jesieni 1929 r. Mrzonkami okazały się wówczas obietnice i nadzieje mówiące, iż możliwie najmniej regulowany rynek zapewnia optymalny rozwój oraz wzrost dobrobytu. Zamiast tego pojawiła się klęska biedy, bezrobocia i gigantycznej eskalacji problemów społecznych. I właśnie to sprawiło, że na płaszczyźnie intelektualnej oraz konkretnych decyzji politycznych dokonała się daleko idąca zmiana w kwestii postrzegania roli państwa w sferze społeczno-gospodarczej. To nie sowieckie bagnety ufundowały państwo opiekuńcze – to zbankrutowany liberalny kapitalizm skłonił Zachód do refleksji i opamiętania. Jeśli dzisiejszy kryzys gospodarczy jest porównywany do wydarzeń z przełomu lat 20. i 30., tym bardziej należy pamiętać o owym fakcie – a wszelkie środowiska zarazem prospołeczne i demokratyczne powinny o nim przypominać najbardziej doniosłym głosem.
Z tego właśnie względu publikujemy w obliczu kolejnego krachu wolnorynkowych mrzonek dwa teksty poświęcone temu problemowi. Pierwszy z nich nie potrzebuje wprowadzenia – zarówno autor, prezydent USA Franklin Delano Roosevelt, jak i jego New Deal, są dobrze znani. Warto natomiast wspomnieć nieco więcej o drugim z prezentowanych artykułów. Jego autor, Wacław Szubert (1912-1994), jako zaledwie 24-latek obronił na Wydziale Prawa Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego w Warszawie pracę doktorską pt. „Dzieje ubezpieczenia na wypadek bezrobocia w Anglii”. Od roku 1937 wchodził w skład zarządu Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej, fachowej i cenionej instytucji zajmującej się taką tematyką. Tuż po wojnie współtworzył w Łodzi Polski Instytut Służby Społecznej, zlikwidowany na początku lat 50. przez władze komunistyczne. Właśnie w ramach działalności PISS powstał w 1946 r. prezentowany przez nas we fragmentach artykuł W. Szuberta, poświęcony „Planowi Beveridge’a”. Założenia owego programu reform socjalnych znajdziecie w tym tekście. Dodać należy natomiast kilka informacji o wprowadzaniu go w życie.
„Planem Beveridge’a” (lub „Raportem Beveridge’a”) popularnie nazywany jest raport Międzyresortowej Komisji ds. Zabezpieczeń Społecznych i Instytucji Pokrewnych (Inter-Departmental Committee on Social Insurance and Allied Services), na której czele stał wybitny ekonomista William Beveridge (urzędnik państwowy, współpracownik kilku gabinetów rządowych, dyrektor London School of Economics i wykładowca Oxfordu), związany m.in. z lewicowym Towarzystwem Fabiańskim (Fabian Society). Komisja powstała w celu dokonania gruntownego przeglądu szeroko rozumianego systemu zabezpieczeń społecznych. Jej powołanie ogłosił 10 czerwca 1941 r. laburzystowski polityk Arthur Greenwood, minister bez teki w koalicyjnym gabinecie wojennym premiera Churchilla. Greenwood przewodniczył Komisji ds. Odbudowy Powojennej (Committee on Reconstruction Problems), która zajmowała się kreśleniem wizji państwa brytyjskiego po zakończeniu działań wojennych. W raporcie Beveridge’a wprost zapisano, że w tym przełomowym momencie historycznym konieczne będą rewolucyjne, a nie ewolucyjne zmiany.
Prace nad dokumentem trwały niemal półtora roku. W listopadzie 1942 r. spierano się, czy ogłosić go w postaci tzw. białej księgi. Niektórzy prominentni konserwatyści w gabinecie Churchilla sugerowali opóźnienie publikacji; powątpiewano w realność tak szeroko zakrojonego programu. Mimo to, na początku grudnia dokument ujrzał światło dzienne.
Spotkał się z masowym zainteresowaniem (do końca roku sprzedano kilkaset tysięcy egzemplarzy) i niemal powszechnym poparciem we wszystkich grupach społecznych – odzywały się nawet głosy, że prosocjalne reformy powinny iść jeszcze dalej. Chwaliły go bardzo różne środowiska ideowe oraz media, silnego poparcia udzieliło anglikańskie duchowieństwo. Szerokie poparcie dla dokumentu wynikało z powszechnego przekonania o konieczności wyłonienia się zupełnie nowego ładu po wojnie, a także z używanych przez Beveridge’a argumentów – m.in. wykazywał on, że stworzenie „państwa opiekuńczego” zwiększy konkurencyjność brytyjskiej gospodarki.
W lutym 1943 r. rząd ogłosił, że nie będzie na razie wprowadzał w życie propozycji sformułowanych w raporcie, gdyż są niezwykle kosztowne, co może zaważyć na wyniku wojny. W końcu jednak Churchill zapowiedział, że w programach powojennej odbudowy, których wprowadzenie w życie przypadnie nowemu rządowi, wyłonionemu w wyborach, znajdą się kompleksowe ubezpieczenia społeczne (dla wszystkich obywateli, przez całe życie) oraz rozbudowa publicznych usług zdrowotnych i socjalnych. Powojenny ład miał opierać się ponadto na rozwoju sektora publicznego w gospodarce oraz na polityce pełnego zatrudnienia.
Jeszcze przed końcem wojny stworzono komisję rządową, która zajęła się analizą możliwości wprowadzenia w życie wniosków zawartych w raporcie; pokłosiem jej działania było kilka „białych ksiąg” (m.in. w sprawie przyszłego systemu opieki zdrowotnej), a także m.in. ustawa wprowadzająca bezpłatne szkolnictwo średnie (1944). Propozycje zawarte w raporcie znalazły jednak urzeczywistnienie przede wszystkim w kolejnych posunięciach rządu laburzystów (1945-51), którzy wygrali pierwsze powojenne wybory. Na powojenne brytyjskie państwo opiekuńcze, którego „prototypem” była wizja zawarta w raporcie, złożyło się m.in. wprowadzenie dodatków rodzinnych (1945), powszechnej publicznej służby zdrowia (1946) i podwyżka świadczeń emerytalnych (1947). „Planowi Beveridge’a” przypisuje się spopularyzowanie pojęcia „państwo opiekuńcze”.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Niemal ćwierć wieku po upadku PRL-u rodzimi liberałowie bohatersko walczą z socjalizmem. W ich nowomowie oznacza to zwalczanie państwa. Tyle że u nas jest go mniej niż w większości nieodległych krajów, gdzie realsocjalizmu nigdy nie było.
Liberałowie miewają rację, gdy wskazują, że państwa bywało za dużo w reżimach, które wtrącały się w każdy aspekt rzeczywistości i kontrolowały go. Miewają też rację, gdy przypominają, że państwo nierzadko służy sprytnym wybrańcom, nie ogółowi obywateli, a dobro wspólne to parawan dla grupowych interesów. Ale przecież liberalne głuptasy nie oburzają się, gdy Kulczyk, Krauze czy Czarnecki otrzymują ulgi podatkowe, dotacje lub korzystne regulacje albo gdy budżet finansuje takie elementy infrastruktury, dzięki którym biznes przynosi właścicielom większe zyski. Oni rozdzierają szaty, gdy „roszczeniowe nieroby” – czyli np. osoby chore, samotne matki czy zwolnieni z pracy w wieku 60 lat – dostają kilkudziesięciozłotową podwyżkę kilkusetzłotowego zasiłku. Na takie dolce vita nie może być przecież zgody!
Nowoczesny transport publiczny dla mniej zamożnych? Przecież każdy powinien mieć samochód! Chyba że młodzież postanowi wracać z imprezy w środku nocy – wówczas należą się metro, autobus, tramwaj i ochrona osobista. A kogo obchodzi, że samochody jeżdżą po drogach budowanych za miliardy z budżetu? Nie będziemy płacić na „roszczeniową hołotę”, ale autostrady „powinni już dawno zbudować” wszędzie tam, gdzie zapragniemy się wybrać. Albo leczenie. Tylko prywatne, bo przecież NFZ to złodziejstwo i zdzierstwo, choć składki zdrowotne w Polsce są jednymi z najniższych w Europie. Liberałowie twierdzą, że gdyby nie „haracz” na publiczną służbę zdrowia, każdy korzystałby z prywatnych usług medycznych na lepszym poziomie. Ciekawe, ilu z nich stać na komercyjne leczenie białaczki, przeszczep nerki czy ciąg operacji po wypadku samochodowym.
Komentowanie tych głupstw można ciągnąć w nieskończoność. Jest to łatwe, ale przypomina walenie głową w mur. Dzisiaj już nawet mainstreamowe media stosunkowo często publikują zestawienia, z których wynika, że podatki, koszty pracy, składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne są w Polsce niższe nie tylko na tle państw wysokorozwiniętych i zamożnych, lecz również w porównaniu z wieloma krajami byłego bloku wschodniego. A „socjal” jest tam zazwyczaj większy. Czy to coś pomaga? Skądże: teksty prasowe, wywody radiowe i telewizyjne, internetowy słowotok – wszystko to roi się od wezwań, żeby było jeszcze mniej państwa.
W takie bzdury wierzą nawet ludzie, dla których „raj” bez podatków – czyli bez usług publicznych – oznaczałby wegetację pariasów. Nie wiedząc o tym, wysługują się możnym, są ich użytecznymi idiotami. I nie ma w tym niczego dziwnego – niemodni dzisiaj Marks i Engels ponad półtora wieku temu zauważyli, że Ideami panującymi każdego okresu były zawsze tylko idee klasy panującej. Choć stroi się w piórka a to „zdrowego rozsądku”, a to „obrony podatnika”, liberalizm wyraża interesy wyłącznie bogatych i wpływowych.
Polska ma złe doświadczenia z „dużym państwem” w okresie PRL. Ma też złe doświadczenia dzisiaj, gdy wiele publicznych instytucji nie działa sprawnie, uczciwie i rzetelnie, lecz pogrąża się w arogancji i bylejakości lub wprost służy wpływowym warstwom i klikom. Ale po pierwsze demokracja to system, który potrafi je zmusić do działania lepszego. Po drugie natomiast alternatywą wobec państwa jest rynkowa dżungla, w której przetrwają tylko najsilniejsi. Tam, gdzie było „mało państwa”, tam zazwyczaj było też niewiele cywilizacji, dobrobytu i stabilizacji. „Mało państwa” nie oznacza też „więcej społeczeństwa”. Oznacza społeczeństwo słabe i bezbronne wobec bossów biznesu, mafiosów, medialnych hochsztaplerów i innych grup interesu, które bynajmniej nie są zainteresowane godnym życiem zwykłego człowieka.
W tym numerze „Nowego Obywatela” akcentujemy właśnie rolę państwa. Czy to w kwestii „wewnątrzsterowności” i realizowania interesów wspólnoty narodowej, o czym mówi prof. Krasnodębski. Czy to w sferze wychodzenia z kryzysu gospodarczego, o której traktuje artykuł poświęcony niedawnym dziejom Islandii. Czy to w odniesieniu do walki z biedą i wykluczeniem obywateli, o czym opowiada tekst o Filipinach. Czy to w kwestii rozwoju cywilizacyjnego, której to tematyce poświęcone są arcyciekawe rozważania Filipa Białka na temat nowych technologii w USA. Czy to w artykule szwedzkiego biznesmena (sic!), wychwalającego model skandynawski za stworzenie warunków dogodnych dla aktywności gospodarczej.
„Mniej państwa” jest korzystne dla silnych i bogatych. Cała reszta zazwyczaj na tym traci – tym więcej traci, im mniej państwa istnieje na starcie wezwań do jego dalszego zmniejszania. We własnym interesie powinniśmy powiedzieć zatem: ani kroku dalej w zmniejszaniu polskiego państwa.
przez Remigiusz Okraska | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
A kogo to obchodzi? Taka odpowiedź padnie zapewne na propozycję, żeby podjąć gromadzenie, analizę, publikację i propagowanie – jako swoistego zwierciadła epoki – wspomnień „zwykłych ludzi”. Media nie sięgną po nie nawet w ramach epatowania odbiorców ciekawostkami – konkurencję w kategorii „szok i przerażenie” zawsze wygrają Katarzyna W. z Sosnowca, pijane matki, dzieci pogryzione przez groźne psy, dzieci w beczkach, pijani ojcowie, matki pogryzione przez groźne psy itd., itp. Nie zainteresują się również pokłosiem takich inicjatyw decydenci i ich doradcy, elity polityczne i kulturalne czy opiniotwórcze media. Polska demokracja (a coraz bardziej także demokracja w ogóle) nie polega przecież na wsłuchiwaniu się w głos ludu. A w dodatku ze wspomnień i refleksji „szarego człowieka” mógłby się wyłonić obraz zupełnie odmienny od urzędowego optymizmu i propagandy sukcesu, prezentowanych przez celebrytów pełniących obowiązki premierów, liderów, komentatorów i jurorów.
Nie chodzi tylko o brak zainteresowania opiniami, owszem, subiektywnymi, lecz poszerzającymi przecież nasz ogląd świata i wiedzę o nim. Chodzi również o brak wiary w to, że „zwykli ludzie” mogą mieć coś wartościowego do powiedzenia, że ich spostrzeżenia mogłyby rzucić światło na ważne, lecz skrywane aspekty kondycji współczesnej Polski. Deficyty polskiej demokracji wynikają w mniejszym stopniu z tego, że lud jest niedoskonały czy bierny, bardziej natomiast z przyjmowanego a priori założenia, że on właśnie taki jest. Jeśli „zwykły człowiek” zagości w mediach w charakterze innym niż sensacyjny, to jedynie jako ktoś, kto w trybie konkursowym zaśpiewa, zatańczy, rozwiąże zagadkę, ugotuje lub pochwali się wiedzą encyklopedyczną. Żyjemy w czasach, w których przez wszystkie przypadki odmieniane są „demokracja” i „społeczeństwo obywatelskie”, a jednocześnie za nic ma się obywateli, ich opinie, odczucia, przemyślenia. Ba, żyjemy w czasach, gdy publicyści uważający się za lewicowych uznają każdy przejaw ludowego gniewu czy buntu za prymitywny resentyment. I w czasach, gdy intelektualiści uważający się za lewicowych są przekonani, że im bardziej jakaś teoria jest hermetyczna w treści i formie, tym jest słuszniejsza, mądrzejsza i bardziej lewicowa.
Bywało inaczej. W czasach znacznie trudniejszych niż obecne pod względem tak prozaicznym, jak umiejętność pisania i czytania czy dostępność środków komunikacji mieliśmy w Polsce bardzo dynamiczny nurt badawczy, poświęcony wspomnieniom i relacjom zwykłych mieszkańców naszego kraju. Mieliśmy wówczas także szerokie zainteresowanie mediów, opinii publicznej i elit społecznych efektami tychże badań. W niniejszym numerze przypominamy trzy teksty stanowiące świadectwo takich postaw.
Pierwszy z nich jest autorstwa wybitnego naukowca, prekursora socjologii w Polsce, działacza społecznego, nazywanego „papieżem polskiego marksizmu” – Ludwika Krzywickiego (1859–1941). To fragmenty przedmowy do książkowej edycji „Pamiętników bezrobotnych” (1933), zawierającej 57 pamiętników spośród 774 nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1931 przez Instytut Gospodarstwa Społecznego (IGS). Instytut był placówką naukowo-badawczą o wyraźnie prospołecznym, lewicującym profilu, mającą w okresie II RP ogromny dorobek w dziedzinie analizy i dokumentacji rozmaitych problemów socjalnych i kondycji warstw społecznych i grup zawodowych. Konkurs na pamiętniki bezrobotnych, skierowany do pozbawionych zatrudnienia pracowników fizycznych, został ogłoszony w momencie kulminacyjnym wielkiego kryzysu gospodarczego. Odzew na tę inicjatywę – zarówno w postaci ilości i jakości nadesłanych prac konkursowych, jak i reakcji mediów i opinii publicznej (kilkaset recenzji książki w prasie, wielokrotne przywoływanie wyników konkursu przez rozmaite gremia polityczne czy naukowe) – przeszedł oczekiwania organizatorów.
W roku 1933 ogłoszono zatem kolejny konkurs, tym razem na pamiętniki chłopów. Jego inicjatorką była Irena Kosmowska – znana działaczka społeczna, jedna z liderek lewicowego ruchu ludowego. W ramach projektu zebrano 498 pamiętników, z których najlepsze doczekały się edycji książkowej. Z kolei w roku 1936 ogłoszono konkurs na pamiętniki emigrantów – Polaków, którzy wyjechali za chlebem na stałe lub na dłuższy okres do jednego z siedmiu państw, gdzie tego rodzaju emigracja była najbardziej nasilona (Francja, USA, Kanada, Urugwaj, Brazylia, Argentyna i Paragwaj). Tym razem nadesłano 212 pamiętników, a efektem były kolejne publikacje. Również one wywołały duże zainteresowanie opinii publicznej i poskutkowały wieloma omówieniami i analizami.
Tego rodzaju wysiłki poznawcze nie kończą się na IGS. Drugi z prezentowanych tekstów wyszedł spod pióra Floriana Znanieckiego (1882–1958) – najwybitniejszego polskiego socjologa, uczonego światowej sławy oraz jednego z prekursorów badania rzeczywistości społecznej przy wykorzystaniu autobiografii, pamiętników, listów itp. dokumentów. Tekst Znanieckiego to przedmowa do „Młodego pokolenia chłopów” Józefa Chałasińskiego – monumentalnego, czterotomowego dzieła stanowiącego analizę i dokumentację efektów konkursu na pamiętniki młodzieży wiejskiej, z naciskiem na osoby zaangażowane w działalność organizacji młodzieżowych. Konkurs został ogłoszony przez Państwowy Instytut Kultury Wsi przy współpracy z czasopismem „Przysposobienie Rolnicze” na przełomie lat 1936 i 1937, a nadesłano na niego 1544 prace.
Książka Chałasińskiego, wydana w roku 1938, do dzisiaj jest uznawana za jedno z czołowych dokonań rodzimej socjologii. Również i ona odbiła się szerokim echem w ówczesnej Polsce, wywołując wiele debat i refleksji na temat kondycji wsi i warstwy chłopskiej. Zamiarem autora była jednak nie tylko analiza status quo, ale także ogląd kształtowania się „nowego chłopa”. W młodym pokoleniu mieszkańców wsi zachodziły wówczas niezwykle ciekawe procesy emancypacji, samodzielnego, wbrew wielu przeszkodom, „uobywatelnienia”.
Trzeci z prezentowanych tekstów to przedmowa do tomu „Robotnicy piszą” (1938). Książka zawierała 25 najwyżej ocenionych spośród kilkuset pamiętników nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1935. Autorzy publikowanego tutaj tekstu to Zygmunt Mysłakowski (1890–1971), profesor UJ, pedagog, teoretyk wychowania, oraz Feliks Gross (1906–2006), socjolog, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, kierownik Szkoły Nauk Społecznych przy krakowskim Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego, autor pionierskiej na gruncie polskim książki „Proletariat i kultura” (1938). Choć obaj nie ukrywali lewicowych przekonań, ich wysiłek poznawczy może być wzorem naukowego obiektywizmu, a także – co ważniejsze – autentycznej ciekawości świata, chęci poznania środowiska robotniczego bez przykrawania go do wygodnych i oczekiwanych założeń. Samą istotę oraz historię badań opisuje ich tekst, więc tutaj warto podkreślić tylko, że była to inicjatywa szczególna, bowiem jej pomysł zrodził się podczas seminarium samokształceniowego z udziałem krakowskich robotników, oni też byli współtwórcami części aparatu badawczego i uczestnikami prac związanych z analizą zebranego materiału.
W ciągu zaledwie 20 lat trwania II RP oprócz już wspomnianych badań polegających na gromadzeniu pamiętników plebejuszy zorganizowano jeszcze konkursy m.in. na wspomnienia prowincjonalnych lekarzy, na życiorys pracownika fizycznego (Polski Instytut Socjologiczny) czy zapiski wiejskiego działacza społecznego (Instytut Socjologii Wsi). Wszystkie one znajdowały żywy oddźwięk w mediach oraz wśród elit społeczno-politycznych, zyskiwały także wsparcie wybitnych przedstawicieli kultury i nauki (w jury wspomnianych konkursów zasiadali m.in. Maria Dąbrowska, Tadeusz Boy-Żeleński, Andrzej Strug). Można wręcz mówić o swoistej modzie na konkursy pamiętnikarskie, choć takie stwierdzenie sugerowałoby działanie pochopne i bezrefleksyjne. Tymczasem było zgoła inaczej – tego rodzaju badania postrzegano jako inicjatywę znaczącą zarówno ze względów naukowych i poznawczych, jak i społeczno-politycznych. Ówcześni politycy i działacze państwowi traktowali ich wyniki jako wgląd w realną sytuację grup społecznych i obszarów kraju, dla naukowców były one natomiast okazją do zmierzenia się z subiektywnym, lecz szczegółowym materiałem badawczym, pozwalającym zweryfikować wiele teorii i przypuszczeń. Wszyscy reformatorzy społeczni, obojętnie skąd się wywodzący, czerpali z nich wiedzę o problemach, ich skali i możliwych receptach na przezwyciężenie.
Badania pamiętników i konkursy na relacje różnych grup społecznych są przeprowadzane również współcześnie. W roku 2001, w siedemdziesiątą rocznicę rozpoczęcia konkursu Instytutu Gospodarstwa Społecznego na pamiętniki bezrobotnych, zorganizowano podobną inicjatywę. W apogeum bezrobocia w III RP, gdy jego poziom wynosił ok. 20%, w konkursie wzięło udział 1635 prac, ukazało się kilka tomów zawierających pamiętniki osób pozbawionych pracy. Organizowano także konkursy pamiętnikarskie m.in. dla rolników i młodzieży, a w momencie, gdy piszę te słowa, trwają one m.in. na pamiętnik samotnego rodzica oraz na wspomnienia działaczy spółdzielczości z okresu początków transformacji ustrojowej. Nie są to już jednak wydarzenia, które ogniskowałyby tak wiele energii i wysiłku świata nauki. Ale przede wszystkim nie spotykają się one z porównywalnym zainteresowaniem mediów i opinii publicznej, a tym bardziej decydentów i elit społecznych. Jeśli nawet jakaś instytucja podejmuje podobny trud, jego efekty zazwyczaj interesują głównie organizatorów i uczestników.
Polska międzywojenna była krajem wielu problemów społecznych, których skala jest dla nas wręcz niewyobrażalna. Była też przez sporą część istnienia państwem, w którym występowały deficyty demokracji. Była wreszcie krajem, w którym działało znacznie mniej ośrodków naukowych i kanałów informacji niż obecnie. Ale interesowano się tym, co lud myśli, jak żyje, co odczuwa, jakie trapią go bolączki – dyskutowano o tym, traktowano to jako istotny problem społeczny i wyzwanie polityczne, temat ten był obecny w wystąpieniach postaci z „górnej półki” politycznej czy kulturalnej.
Te – i inne oczywiście również – różnice wiele mówią o dzisiejszej Polsce. Nie mówią o niej niestety niczego dobrego.
przez Remigiusz Okraska | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdyby za dobrą monetę przyjąć slogany dominujące w debacie publicznej, mielibyśmy mnóstwo powodów do zadowolenia. Demokracja, społeczeństwo obywatelskie, standardy europejskie, transparentność i partycypacja, pluralizm, prawa i swobody. Takie zaklęcia nie schodzą z ust przedstawicieli władzy, dziennikarzy wielkich mediów, autorytetów politycznych i kulturalnych, a także ich interesownych lub wolontarystycznych klakierów pomniejszej rangi.
A rzeczywistość skrzeczy. Gdy organizacje społeczne zbierają 2 miliony podpisów dorosłych obywateli domagających się referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego – rząd wyrzuca je do kosza. Władza wprowadza restrykcyjne prawo dotyczące zgromadzeń publicznych, czyli m.in. różnorakich form protestu społecznego. Premier przekonuje, że nie ma potrzeby organizowania referendum w sprawie zastąpienia złotówki przez euro, gdyż Polacy podjęli decyzję, głosując za akcesem do Unii Europejskiej – i choć formalnie ma rację, to nikt nie zdoła sobie przypomnieć pytania o rezygnację z narodowej waluty, a w dodatku przez już prawie dekadę sporo się zmieniło. Wbrew miażdżącym wynikom sondaży, rząd i prezydent otwierają furtkę stosowaniu organizmów modyfikowanych genetycznie. Budowę elektrowni atomowych, które na wiele lat „ustawią” polskie realia produkcji i dystrybucji energii elektrycznej, władza forsuje za pomocą kosztownej kampanii propagandowej, nie przyznając prawa głosu, a tym bardziej funduszy, zwolennikom innych technologii i rozwiązań. Takie przykłady można mnożyć.
Decydenci wszystkich krajów i ustrojów mają skłonność do podobnych postaw. U nas jednak w sukurs idą im ci, którzy powinni kontrolować władze. Te same media, które przed kilkoma laty były oburzone zapowiedziami wycofania książki Gombrowicza z listy lektur, dziś milczą o protestach przeciwko znacznemu okrojeniu nauczania historii w szkołach i o tym, że również w tej sprawie rząd wyrzucił do kosza podpisy obywateli – tym razem było ich „tylko” 150 tysięcy. Te same autorytety, które oburzały się, że lekarz-łapówkarz został aresztowany, milczą dzisiaj, gdy partia rządząca ogranicza prawa obywateli do manifestowania. Ludzie, którzy pozycję społeczną zbudowali na swych zasługach z czasów dawno minionego buntu przeciwko opresyjnemu systemowi, dzisiaj utyskują na wszystkich, którzy brużdżą panującym. Cóż jest bardziej żałosnego niż dawni opozycjoniści przekonujący o potrzebie „niewzniecania waśni”? Brakuje tylko, żeby zadeklarowali, iż przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy, a porządek panuje w Warszawie…
W takiej atmosferze umierają demokracja i społeczeństwo obywatelskie. Bo potraktowana poważnie demokracja nie jest ustrojem powszechnej zgody i harmonii, lecz systemem, w którym konflikt, spór i walka są czymś pożądanym. Owszem, bywają konflikty destruktywne, a eskalacja sporów może być groźna dla ładu publicznego, etosu dobra wspólnego i norm życia zbiorowego. Ale prawdziwe społeczeństwo obywatelskie to nie takie, które pokornie przytakuje władzy i zgadza się na wszystko, lecz to, które jest rozdyskutowane, zaangażowane, krytyczne, buntuje się i protestuje. Nie musi mieć racji, ale powinno mieć zapał i odwagę do wyrażania swoich racji.
Bycie obywatelem to zdolność nieufności i krytyki pod adresem czy to bieżącego rządu, czy też bardziej długofalowego układu sił politycznych i towarzyszącej im ideologii. Z tego względu, choć postawa krytyczna towarzyszy nam od początku istnienia pisma, niniejszy numer w stopniu jeszcze większym niż zwykle poświęciliśmy krytyce status quo i ukazaniu alternatyw. Gdy rząd daje do zrozumienia, że powinniśmy siedzieć cicho i że nasz głos się nie liczy, a obecna władza i wiele poprzednich serwują rozwiązania spod znaku rzekomych oczywistości i konieczności – my mówimy: w demokracji mamy prawo się nie zgadzać. I z tego prawa skrzętnie korzystamy, my, obywatele. Zapoznać się z efektami tej niezgody można na kolejnych stronach.