Nowa wieś?

W jakim stopniu poprzedni ustrój przyczynił się do modernizacji polskiej wsi, a w jakim – zakonserwował dysproporcje rozwojowe?

Barbara Fedyszak-Radziejowska: Krzysztof Gorlach wprowadził do polskiej socjologii wsi termin „polityka represyjnej tolerancji”, doskonale oddający istotę polityki PRL wobec wsi i rolników. Tworzyły ją z jednej strony represje, rozumiane jako ograniczenie prywatnej własności i uzależnienie rolnictwa od państwa, z drugiej – pewien margines tolerancji wobec rodzinnych gospodarstw chłopskich. Władze miały świadomość, że skolektywizowane rolnictwo nie wyżywi „klasy robotniczej”. To oznaczało, że ceną za brak napięć społecznych w miastach musi być tolerancja wobec produktywnych gospodarstw rodzinnych.

Pomysł, by traktować PRL jak państwo, które zmodernizowało wieś, uważam za postkomunistyczny stereotyp. Na swoisty „dorobek PRL” składa się zniszczenie autentycznej reprezentacji wsi, czyli PSL Stanisława Mikołajczyka, zamrożenie struktury agrarnej w wyniku fatalnej reformy PKWN 1944 r. oraz zaprzepaszczenie rodzącej się w II RP spółdzielczości w rolnictwie. Swoistym ukoronowaniem tego „dorobku” stały się głębokie pokłady nieufności mieszkańców wsi wobec polityki państwa, władzy i elit.

Pierwszym ciosem było jednak zniszczenie autentycznego ruchu ludowego, którego początki sięgały końca XIX w., a który odegrał ważną i bardzo pozytywną rolę w odbudowaniu poczucia własnej wartości chłopów i wyłanianiu ich elit. Agraryści, ludowcy stworzyli program zbudowany na wartościach konkurujących z lewicowo-proletariacką wizją świata. Dla agrarystów fundamentem wolności, nie tylko chłopskiej, była własność ziemi i niezależność wynikająca z autonomii właściciela gospodarstwa. Żadnego pana nad sobą – to była wartość dla ruchu ludowego zasadnicza.

Czy jednak polityka PRL wobec wsi była błędna głównie w wymiarze politycznym, czy także społeczno-ekonomicznym? I w jakim kierunku ewoluowała?

B. F.-R.: W sferze ekonomicznej możemy wyróżnić kilka etapów. Pierwszy to reforma PKWN 1944 r. i polityczne decyzje, w wyniku których powstało ok. 1,5 mln nowych, drobnych (2-5 ha) gospodarstw rolnych, zlikwidowano majątki ziemiańskie oraz powołano do życia na poniemieckich ziemiach Państwowe Gospodarstwa Rolne. Gdyby powstały tam gospodarstwa rodzinne, inaczej wyglądałaby dzisiaj Polska. Po reformie rolnej średnia powierzchnia gospodarstwa rolnego wzrosła z 5,0 ha w II RP do 5,2 ha w PRL. Reforma była raczej polityczną socjotechniką, która miała dać ludowej władzy legitymizację ze strony ludności chłopskiej, niż rozwiązaniem racjonalnym ekonomicznie.

Następny okres, stalinowski, to ogromna skalą represji wymierzonych w działaczy zlikwidowanego PSL, w „kułaków” sprzeciwiających się kolektywizacji i tworzeniu spółdzielni produkcyjnych, a także w rolników, którzy nie wywiązywali się z obowiązkowych kontyngentów. Wyznaczono je na poziomie wyższym, niż za okupacji niemieckiej!

W późniejszym etapie, gomułkowskim, nastąpiła pewna liberalizacja, zmniejszono kontyngenty, odstąpiono od kolektywizacji, a nawet pozwolono na rozpad tych spółdzielni produkcyjnych, które powstały wcześniej. I wreszcie najlepszy z punktu widzenia wsi okres Gierka.

Wielkim problemem, jaki tamten system pozostawił w spadku, okazały się PGR-y. Czy nie można było na poniemieckich ziemiach osadzić ludzi na własności ziemi? Ale marksistowsko-leninowska ideologia zrównująca „lud pracujący miast i wsi” nie przewidywała prywatnej własności ziemi, lecz tylko państwową – w PGR, i „wspólną” – w spółdzielniach produkcyjnych. Mało kto wie, że dopiero za Gierka rolnicy otrzymali prawo do ubezpieczeń zdrowotnych, czyli np. możliwość bezpłatnych wizyt u lekarza. Dopiero w drugiej połowie lat 70. wprowadzono emerytury dla rolników, przy czym żeby je uzyskać, trzeba było oddać ziemię. Do czasów Gierka chłop nie mógł prywatnie kupić traktora i maszyn rolniczych, tylko musiał wstąpić do kółka rolniczego i wspólnie z innymi dokonywać takich zakupów. Do 1970 r. praktycznie nie istniała także możliwość kupowania i sprzedawania ziemi.

Dlatego najlepszy okres PRL z punktu widzenia wsi to dekada gierkowska. Dopiero wtedy chłopi dostali akty własności ziemi z reformy PKWN, otrzymali prawo do kupowania gruntów i powiększania gospodarstw oraz zakupu maszyn rolniczych. Państwo zaczęło im nawet udzielać kredytów na ten cel. Względna normalność, czyli początki szans na modernizację rolnictwa w PRL, to lata 70.

Co nowego przyniósł wsi rok 1989?

B. F.-R.: Wydarzyła się wtedy bardzo istotna rzecz. Jeszcze rząd Rakowskiego wprowadził wolny rynek na produkty rolne, co sprawiło, że w ciągu kilku miesięcy sytuacja ekonomiczna rolników znacznie się poprawiła. Wynikało to także z tego, że pozostałe ceny nie uległy uwolnieniu, więc były nadal kontrolowane przez państwo i pozostały niskie. Gdy reforma Balcerowicza wprowadziła ceny rynkowe dla wszystkich towarów, dochody rolników gwałtownie spadły. Na początku lat 90. średnie dochody rolnicze spadły poniżej 70% średnich dochodów w mieście. Nic dziwnego, że Leszek Balcerowicz przez lata źle kojarzył się polskiemu rolnikowi.

Lata 90. zaczęły się dla polskiej wsi brakiem przemyślanej polityki rolnej oraz przyjęciem na siebie konsekwencji upadku „wielkich budów socjalizmu”, w których ukryte było bezrobocie. Redukując zatrudnienie zwalniano w pierwszej kolejności dwuzawodowców, czyli rolników dorabiających poza gospodarstwem. Wepchnięto tych ludzi ponownie w rolnictwo. Szacuje się, że na polską wieś wróciło wówczas ponad 600 tys. tzw. chłoporobotników. Nie otrzymywali zasiłków, gdyż wracali do swoich gospodarstw. Równolegle Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa przekształcała PGR-y w dzierżawione lub prywatne „gospodarstwa wielkoobszarowe”. Nie parcelowano ich, lecz tworzono duże organizmy, których nowi właściciele masowo zwalniali ludzi, chcąc zredukować nadmierne zatrudnienie. Dotyczyło to kolejnych 600 tys. osób. Zostawali oni w zasadzie bez niczego, bez własnej ziemi, bez pracy i bez żadnej osłony ze strony państwa, która zwykle towarzyszy masowym redukcjom, jak np. w górnictwie. Dodajmy, że byli to ludzie o bardzo niskich kwalifikacjach. Można powiedzieć, że polska transformacja odbyła się w dużej mierze poprzez zepchnięcie na wieś dwóch ważnych problemów społecznych – bezrobocia i ubóstwa.

Jedyne, co daliśmy rolnikom, to KRUS. Ten mechanizm wprowadził jeszcze rząd Mazowieckiego, z ministrem Balcerowiczem i ministrem Balazsem (minister rozwoju wsi). Chłoporobotnikom, którzy tracili pracę w przemyśle i wracali do swoich małych gospodarstw bez prawa do zasiłku dla bezrobotnych i bez szansy na emeryturę w ZUS, trzeba było dać jakąś perspektywę na starość. Tak powstał KRUS, dzięki któremu powrót do gospodarstwa nie stał się początkiem wielkiej „emerytalnej biedy” dla ponad 600 tys. ludzi. KRUS był jedną z niewielu rzeczy, jakie w III RP uczyniono, aby dramatyczny dla wsi okres pierwszych lat transformacji okazał się nieco mniej brutalny.

Czy po 1989 r. istniała w ogóle jakaś spójna wizja rozwoju wsi?

B. F.-R.: W III RP moim zdaniem – nie. Ale w Europie istniała Wspólna Polityka Rolna, jedna z pierwszych polityk realizowanych na poziomie ponadpaństwowym w powstałej pod koniec lat 50. Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej, poprzedniczce UE. Ze składek EWG 70% przeznaczano na wspieranie rolnictwa. Studiując problemy wsi i rolnictwa w Europie, dość szybko zorientowałam się, że bezkrytyczna wiara w wolny rynek jest nową wersją doktrynerstwa ludzi kochających idealne modele, ale bezradnych wobec realiów. Tymczasem, jeśli chcemy mieć tanią i dostępną żywność, to musimy dotować produkcję rolną. W przeciwnym razie dochody rolnicze, które zależą od kosztów produkcji, a te przecież stale rosną, będą zwiększane kosztem wzrostu cen żywności. Innymi słowy, albo biedna wieś i rolnicy, albo droga żywność i dotowanie jej najbiedniejszych konsumentów z pomocy społecznej. W „starej” Unii wprowadzono mechanizm, który sprawił, że wieś nie jest synonimem biedy, a jej mieszkańcy – marginalizowaną grupą społeczną. W Europie Zachodniej standard życia na wsi nie odbiega od standardu w średniej wielkości mieście.

Polscy socjologowie ubóstwa, jak prof. Elżbieta Tarkowska, wskazują, że w Polsce bieda ma głównie wiejskie oblicze, a na Zachodzie jest to zjawisko typowe raczej dla miast.

B. F.-R.: Relatywnie niskie ubóstwo na wsi w krajach UE jest częściowo efektem wspomnianego mechanizmu. Obecnie na Wspólną Politykę Rolną przeznaczane jest 40% budżetu UE. W 2001 r. było to ponad 60%, więc tendencja jest malejąca. Ale zwiększa się wsparcie tzw. II filaru – czyli rozwoju obszarów wiejskich. Wspólną Politykę Rolną wprowadzono już w Traktatach Rzymskich. Proszę pamiętać, że po wojnie w krajach EWG wspomnienie głodu i braku żywności było bardzo realnym i powszechnym doświadczeniem.

Zdaniem wielu przedstawicieli polskich elit, dopłaty bezpośrednie są złe, gdyż nierynkowe. Zabawne jest to myślenie, ponieważ w gruncie rzeczy są one pro-rynkowe. Bowiem ingerencja nie obejmuje dotowania cen, czyli nie zakłóca mechanizmów rynkowych, lecz wspiera w miarę podobnie dochody rolników, którzy mogą tanio sprzedawać swoją produkcję. Moim zdaniem to dobry mechanizm, dzięki któremu unikamy upokarzania na masową skalę ludzi biednych, których nie stać na żywność, przydzielaniem im „talonu na jedzenie”. Tania żywność poprawia zamożność całego społeczeństwa, bo więcej środków pozostaje na konsumpcję innych towarów. Ten mechanizm jest i pragmatyczny, i „godnościowy”.

Nie tylko ropa czy gaz ziemny, ale także żywność jest towarem, o którym powinniśmy mówić w kategoriach racji stanu i bezpieczeństwa narodowego. Bez ropy możemy jakiś, bardzo krótki czas wytrzymać, natomiast bez żywności nie jest to możliwe. Dotuje się dochody rolnicze także poza Unią. Szwajcaria i Norwegia, które nie są jej członkami, dotują swoje rolnictwo na poziomie dwa razy wyższym, niż średni poziom we Wspólnocie. W Norwegii byłam w połowie lat 90., kiedy Norwegowie ponownie odrzucili projekt wstąpienia do Unii Europejskiej. Jednym z argumentów przeciwników integracji było to, że po akcesji trzeba będzie obniżyć poziom dotowania rolnictwa. Ale wiadomo też, że tamtejsze rolnictwo na kiepskich ziemiach i w zimnym, trudnym klimacie nie wytrzyma konkurencji z południem Europy. Dlatego jest dotowane bardziej niż np. we Francji. Podobnie mocno dotuje się rolnictwo w Japonii. We wszystkich krajach, gdzie warunki geograficzne nie pozwalają na działalność farmerską w amerykańskiej skali, dochód gospodarstw rolnych składa się w większym stopniu z subwencji, niż ze sprzedaży na rynku. Także w UE, w przemysłowych gospodarstwach rolnych Holandii, Danii czy Niemiec, ponad połowa dochodów rolniczych pochodzi z płatności bezpośrednich. W Polsce to jeszcze wciąż mniej niż 50%.

Takie są reguły gry. Nawet w wolnorynkowych Stanach Zjednoczonych dotuje się rolnictwo, ale inaczej. Przykładowo, wspierane są banki, które udzielają specjalnych kredytów rolnych. Subsydiowanie rolnictwa w takim czy innym systemie jest więc praktyką powszechną, poza Nową Zelandią, która może sobie na to pozwolić ze względu na wyjątkowo sprzyjający klimat, trzy sezony rolne w roku oraz potężny, azjatycki rynek zbytu.

Patrząc na system dotacji w wymiarze globalnym, pojawia się dylemat: albo nie pomagamy naszym rolnikom, albo pomagamy im, ale koszty tego mogą ponieść producenci z krajów biednego Południa, którzy stają się mało konkurencyjni i nie mają szans na eksport produktów, pogrążając się w jeszcze głębszej nędzy.

B. F.-R.: Często spotykam się z taką argumentacją. Nie jest jednak do końca prawdą, że producenci z krajów rozwijających się nie mogą znaleźć rynków zbytu. Zapotrzebowanie na część ich produktów, np. owoce cytrusowe, i tak się utrzyma. Ale ważniejsza jest odpowiedź na bardziej ogólnym poziomie. Powiem może nieco brutalnie – czy jesteśmy pewni, że tamte kraje mają nadwyżkę żywności, która nie przyda się im w konsumpcji wewnętrznej? Czy eksport tej żywności jest zawsze korzystny dla społeczeństw, które głodują? Czy więc teza o osłabianiu tych krajów za sprawą dotacji dla rolnictwa w Europie nie jest trochę naciągana?

Na ile z punktu widzenia polskiej wsi akcesja do Unii Europejskiej była przełomem? Jedni mówią o skoku cywilizacyjnym, inni sugerują, że wejście w orbitę Wspólnej Polityki Rolnej – wbrew jej założeniom – przyczynia się do konserwowania niedorozwoju obszarów wiejskich.

B. F.-R.: Akcesja unijna na pewno była przełomem. W Polsce po raz pierwszy od 1945 r. pojawiła się sensowna, pragmatyczna i modernizacyjna polityka skierowana do rolnictwa i wsi. Po 1989 r. politycy III RP wymyślili tylko przekształcenia PGR – bardzo kosztowne społecznie, i KRUS. To wszystko, bo program osadnictwa się nie sprawdził.

Polscy politycy nie potrafili zrozumieć, że domaganie się wsparcia dla słabiej rozwiniętych regionów, grup i gospodarstw nie jest wyrazem nieuprawnionej roszczeniowości. Unia uczy nas polityki spójności i solidarności, bo na tych zasadach opiera się projekt europejski. Proszę zauważyć, że oprócz dopłat bezpośrednich, w wysokości 4000-6000 zł rocznie w małych gospodarstwach (co nie jest dużą kwotą, ale dla ludzi żyjących w ubóstwie – znaczącą), jest wiele innych programów skierowanych na wieś. Co piąte gospodarstwo rolne korzysta z programów dywersyfikacji dochodów rolniczych, czyli pomocy przy zakładaniu firmy, udziału w szkoleniach, tak aby oprócz prowadzenia działalności typowo rolniczej, gospodarstwo było zdolne do uzyskiwania dodatkowych środków finansowych. Ważny jest też Program LEADER – budujący kapitał społeczny, dzięki któremu społeczności lokalne mogą rozwijać wieś czy gminę, finansując inicjatywy ze środków, które trafiają bezpośrednio do Lokalnych Grup Działania.

Mentalność polskich elit jest tak agrofobiczna, że mam pewność, iż bez akcesji do Unii nie wprowadzono by takich programów. Przesłanką mojej tak ostrej oceny jest pamięć o okresie, kiedy negocjowaliśmy warunki integracji. Wówczas polskie elity polityczne i opiniotwórcze były przeciwne systemowi płatności bezpośrednich. Jedynie obawa przed odrzuceniem w referendum projektu wejścia do UE przez społeczność wiejską, reprezentowaną wówczas przez PSL i Samoobronę, skłoniła polskich negocjatorów do prowadzenia twardych negocjacji, zakończonych sukcesem.

Co ciekawe, obecnie nie tylko eksport naszej żywności do krajów Unii rośnie, ale także zmienia się perspektywa polityczna polskiej wsi. Samoobrony nie ma, PSL straciło monopol, a ludność wiejska głosuje niemal na wszystkie partie. Widać, że mieszkańcy wsi poczuli się bardziej niż dotąd obywatelami III RP.

Zatrudnienie w rolnictwie jednak stale maleje. Powstaje pytanie, czy polityka państwa powinna być nakierowana na mobilizowanie ludzi do opuszczania wsi na rzecz awansu poza nią, czy na stwarzanie bodźców, by ludzie pochodzący ze wsi, po zdobyciu wykształcenia w mieście, wracali w macierzyste środowisko.

B. F.-R.: Tu wracamy do kwestii specyfiki rolnictwa, bo ono źle mieści się w logice mechanizmów rynkowych. Mobilność rolników jest mniejsza, niż każdej innej grupy zawodowej – za sprawą przywiązania do ziemi, tradycji, gwary etc. To nie jest tak, że ziemię można uprawiać gdziekolwiek się chce. Zdarzają się rolnicy w pierwszym pokoleniu, ale bardzo rzadko, zaś dziedziczenie zawodu jest wyjątkowo częste. Jeśli ktoś urodził się na Podhalu, nie będzie szukał ziemi w zachodniopomorskim. Prędzej pojedzie do Ameryki „po dutki” i wróci na Podhale.

To taka specyfika społeczności wiejskich – z jednej strony przywiązanie do regionu, z drugiej tradycja migracji zarobkowych. Tu nie nastąpiła skokowa zmiana w związku z wejściem do Unii Europejskiej – to zjawisko było na dużą skalę obecne w polskiej historii ostatnich dwóch stuleci. Obecnie jest nawet nieco inaczej – istnieją mechanizmy i środki, które pozwalają na mierzenie się z problemem biedy we własnym regionie, bez konieczności emigracji za chlebem.

Należy też rozdzielić dwie rzeczy: zatrudnienie w rolnictwie i zamieszkiwanie terenów wiejskich. Mamy około 1,5 mln gospodarstw, których 20% daje 80% produkcji na rynek. Dla dużej części gospodarzy uprawy i hodowla są tylko jednym z obszarów działalności. Wielu produkuje na tzw. samozaopatrzenie, czyli na konsumpcję domową, a dochody pozyskuje z pracy poza gospodarstwem. Oczywiście ci, którzy mają ziemię, ale pracują na etacie lub mają dochodową, małą firmę, są w ZUS, nie w KRUS.

Czy jednak należy dążyć do wypychania mieszkańców wsi do wielkich miast? Jeśli poważnie traktujemy pluralizm i wolność wyboru, nie powinniśmy wymuszać zaniku wsi; ona musi istnieć, by można było ją wybrać. Jeśli wsie znikną ze społecznego krajobrazu, to nieodwracalnie – już ich, z całą lokalną tradycją, nie odbudujemy. Wyludnianie się wsi to problem, któremu w UE państwa próbują przeciwdziałać różnymi sposobami.

Kolejnym, bardzo cenionym dzisiaj walorem wsi jest jej wkład w ochronę przyrody i krajobrazu. Nie przypadkiem mówi się, że rolnictwo ekologiczne i ochrona bioróżnorodności to nowe zadanie rolników. Zaś mieszkańcy wsi stają się strażnikami krajobrazu. Wiele zmian polityki rolnej zmierza w kierunku traktowania wsi i jej krajobrazu jako dobra publicznego.

Chciałem zapytać o elity polityczne, także te lokalne. Na ile wykorzystały one szanse, które dla obszarów wiejskich stworzyło nasze przystąpienie do Unii?

B. F.-R.: W ramach tworzenia programów i planów rozwoju wsi mieliśmy dużą autonomię w wyborze instrumentów, ale w wykorzystywaniu środków z unijnej polityki rolnej obowiązują nas ogólne ramy i szczegółowe wytyczne, np. kwoty mleczne czy ograniczenia interwencji państwa. Wiele rzeczy się jednak udało, jak stopień absorpcji funduszy z Wspólnej Polityki Rolnej. Gdy w przypadku funduszy strukturalnych absorpcja sięga 30%, mówi się o sukcesie. W odniesieniu do dotacji na rolnictwo wynosi ona ponad 90%! Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa okazała się sprawna, łącznie z całą procedurą szkoleń, wspierania, pomocy w wypełnianiu formularzy etc. Były spory na tym tle – pamiętam, jak minister J. Miller chciał likwidować powiatowe oddziały ARiMR, ale szczęśliwie się z tego wycofał. Polacy nawet nie wiedzą, jakim sukcesem jest wejście polskiej wsi i rolnictwa do Wspólnej Polityki Rolnej. Przed akcesją mówiono, że środki dla wsi zostaną przepite albo zmarnowane, tymczasem te czarne scenariusze okazały się tylko obraźliwym stereotypem.

ARiMR, moim zdaniem, wniosła w relacje państwo – wieś prawdziwą zmianę cywilizacyjną. Gdy dawniej chłop przychodził do burmistrza lub do rady gminy, to zdejmował czapkę i czekał stojąc pod drzwiami. Dzisiaj w Agencji na korytarzu są krzesła, a gdy rolnicy wchodzą do pomieszczenia, to siadają przy stolikach a doradcy chodzą wokół nich, informują i pomagają wypełnić formularze. Nastąpiło odwrócenie ról, to urzędnikom „zależy”, bo są rozliczani z tego, czy środki zostały dobrze wykorzystane przez rolników. Jest w tym zasługa Unii, ale także zasługa środowisk wspierających wieś w Polsce. To one wywierały presję. Siedziby placówek są schludne, zadbane – to także ma znaczenie. W niektórych siedzibach gmin, np. na Podlasiu są punkty, do których dojeżdżają doradcy Agencji, żeby rolnicy nie musieli jeździć do powiatu. Tu się dokonała niemal rewolucja.

Na wsi wyzwoliły się też aspiracje edukacyjne.

B. F.-R.: Na początku obecnego wieku dwie grupy społeczne radykalnie podniosły swój poziom wykształcenia – rolnicy i mieszkańcy wsi oraz kobiety. Ten wzrost wśród rolników nie był ilościowo zbyt duży, ale jeśli wyższe wykształcenie miało przed 2002 r. niecałe 2% mieszkańców wsi, a w 2007 prawie 8,6% – to jest już sporo. Wspomniany skok zaczął się z końcem lat 90., lecz trwa nadal. Dla wiejskiej młodzieży ten wskaźnik jest jeszcze wyższy i przekracza 10%.

Wzrost średniego poziomu wykształcenia na wsi jest o tyle trudny, że gospodarstwo przejmuje zwykle jedno dziecko, a reszta kształci się, by znaleźć inną pracę i często osiada w mieście. Struktura poziomu wykształcenia na wsi zmienia się wolniej, tym bardziej, że wykształceni młodzi ludzie, którzy wracają do rodzinnego środowiska, nierzadko mają problem ze znalezieniem pracy. Ale często to oni okazują się bardzo aktywni: zakładają małe firmy, tworzą organizacje, które pozyskują środki unijne na rozwój wsi.

Czy nie częstsza jest frustracja wynikająca z braku perspektyw w miejscu zamieszkania?

B. F.-R.: Bywa również i tak. Ale jest też inny problem – niemożność zrealizowania wielu zamiarów przez ludzi młodych. Sondaże CBOS pokazały trudności towarzyszące aspiracjom edukacyjnym wiejskich dzieci. Z zajęć dodatkowych i korepetycji korzysta co drugie miejskie dziecko, ale tylko co czwarte mieszkające na wsi oraz ledwie co dziesiąte dziecko rolnika. Warto mieć świadomość tego problemu.

Chciałabym też zwrócić uwagę na ważne zjawisko, jakim jest wzrost kapitału społecznego na wsi w ostatnich latach. Pewien rodzaj kapitału społecznego był tam obecny od zawsze. Myślę o kapitale spajającym, zbudowanym na nieformalnych więziach sąsiedzkich i rodzinnych. W tej chwili powstają tam – co prawda skromniejsze niż w środowisku miejskim, ale coraz liczniejsze – organizacje społeczne i stowarzyszenia, oparte o wolontariat.

Nowością jest kapitał pomostowy, łączący ludzi z różnych środowisk. Wiele wiejskich organizacji pozarządowych korzysta z pracy ekspertów i działaczy z miast, autentycznie zainteresowanych działaniem na rzecz rozwoju wsi. Aktywność tę widać w programie LEADER, ale także w licznych organizacjach i przedsięwzięciach o profilu oświatowym. Jej przejawem była choćby walka o małe wiejskie szkoły, którym po reformie oświatowej groziła likwidacja, a które uratowali rodzice i nauczyciele wiejscy, wspierani przez Federację Inicjatyw Oświatowych z Warszawy.

Wciąż na wsi żyje się nieco gorzej niż w mieście, ale te różnice zmalały. Zmienił się także klimat, dawniej pełen nieufności, teraz coraz bliższy postawom wszystkich Polaków. Niegdyś na pytanie CBOS: „czy Pani/Pana zdaniem większości ludzi można ufać”, w miastach pozytywnie odpowiadało jeszcze w 2006 r. 19% respondentów, zaś wśród rolników tylko 5% (!). W 2008 r. większości ludzi ufało już 26% Polaków, 26% mieszkańców wsi oraz 20% rolników. Ta zmiana, w cztery lata po akcesji, jest znacząca.

Czyżby znów przyczyniła się do tego nasza obecność w Unii?

B. F.-R.: Sądzę, że tak. Jeśli jest stabilna polityka rolna, wszystko jedno, czy państwa, czy UE, to rośnie poziom zaufania. Ludzie wiedzą ponadto, że mogą coś zaplanować, że mają szansę na zmianę. Dotychczasowa podejrzliwość na wsi wynikała z tego, o czym mówiłam w kontekście PRL. Poczucie niepewności, że oto w majestacie prawa może ktoś przyjść i odebrać ziemię, sprawiało, że rolnicy stali się jedną z najbardziej nieufnych grup społecznych. Wspólna Polityka Rolna sprawiła, że polityka III RP wobec wsi nie zależy od wyniku krajowych wyborów, lecz ma oparcie w trwałych instytucjach unijnych. Mam nadzieję, że kryzys nie zmieni polityki rolnej UE.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 25 października 2010 r.

Uniwersytet na procesie

U schyłku XX w. ministrowie 29 krajów (w tym Polski) podpisali w Bolonii dokument określający kierunki dalszego rozwoju szkolnictwa wyższego w Europie. Po ponad dekadzie można się pokusić o ocenę, czy proces ten idzie w dobrym kierunku. Zdania są podzielone.

Gruzy tradycji

Na przemiany szkolnictwa wyższego trudno patrzeć w oderwaniu od historii instytucji uniwersytetu. Gdy pod koniec XI w. założono pierwszy średniowieczny uniwersytet – właśnie w Bolonii na północy Włoch – raczej nie przypuszczano, że to początek instytucjonalizacji procesu, który nie tylko przetrwa swoją epokę, ale i wprowadzi cywilizację europejską w nowy okres.

Tym procesem był rozwój nauki, nowy kierunek transmisji wiedzy i wartości oraz wzrost świadomości i ciekawości świata. Wiek XIX przyniósł zróżnicowanie modeli szkolnictwa wyższego w Europie, co wiązało się z przypisywaniem uniwersytetom nowych funkcji, np. we Francji było to szkolenie kadr administracji publicznej. Nie mniejsze znaczenie miały zmiany w XX w., zwłaszcza w drugiej jego połowie, gdy rozgorzał spór o status wiedzy i autorytet nauki, a ponadto uczelnie stawały się zarzewiem wydarzeń społeczno-politycznych, z Majem ‘68 na czele.

Ostatnie dekady upłynęły pod znakiem takich tendencji, jak umasowienie i urynkowienie kształcenia, a także przejście społeczeństw zachodnich w kierunku gospodarki postindustrialnej. Wszystko to doprowadziło do erozji dawnej formuły uniwersytetu oraz stworzyło nowe wyzwania. Czy tzw. proces boloński próbuje ożywić ducha „starej Bolonii”, czy raczej umacnia tendencje, które go pogrzebały?

Którędy do Bolonii?

Zdaniem prof. Tomasza Szapiro z SGH, dwa zjawiska przyczyniły się do uruchomienia procesu bolońskiego. Były to rosnąca świadomość efektywności systemów edukacyjnych Azji i USA oraz niska efektywność ich europejskich odpowiednikówi. Przyjmując, iż rzeczywiście celem procesu był wzrost efektywności szkolnictwa wyższego dla zwiększenia jego konkurencyjności w skali globalnej, nie jest to optymistyczny sygnał, jeśli chodzi o społeczny wymiar uniwersytetu. Systemy będące tu punktami odniesienia, raczej nie stanowią wzoru, mimo badawczych sukcesów, w kwestii wyrównywania szans w dostępie do edukacji wyższej.

Warto zaznaczyć, że Deklaracja Bolońska nie jest dla sygnatariuszy wiążąca w rozumieniu sankcji prawnych czy finansowych. Nie mamy też do czynienia z osobnym modelem europejskiego szkolnictwa wyższego przed i po 1999 r., a raczej ze swoistą ciągłością, w ramach której pojawiły się nowe elementy, zmierzające do coraz większej harmonizacji między systemami krajowymi.

Poszczególne kraje są na różnym etapie wdrażania postanowień Deklaracji, o czym szczegółowo dowiadujemy się z raportu Eurydice, sieci informacji o edukacji w Europie. Przytoczmy wnioski odnoszące się do podstawowych elementów procesu: […] w większości instytucji i programów studiów wszystkich państw została już teoretycznie wdrożona lub przynajmniej jest szeroko wprowadzana nowa trójstopniowa struktura. Jednakże w niektórych krajach poza nią pozostają pewne rodzaje studiów, takie jak medycyna, architektura i inżynieriaii.

Raport mówi też o innym ważnym elemencie – wprowadzaniu ECTS (European Credit Transfer System), systemu międzyuczelnianego transferu punktów za zaliczone przedmioty, mającego umożliwić uznawanie okresu studiów odbywanych w różnych krajach. W ogromnej większości państw wprowadzenie systemu ECTS odbyło się na drodze wdrożenia odpowiednich przepisów prawnych i uregulowań. W chwili obecnej tego rodzaju ramy legislacyjne ustanowiono w niemal wszystkich krajach, stąd w tym formalnym aspekcie tempo rozwoju wspólnego europejskiego systemu gromadzenia i przekazywania punktów jest spektakularneiii.

Nie we wszystkich przewidywanych obszarach osiągnięto zamierzone rezultaty. Choć w powszechnej świadomości system boloński to właśnie ów dwustopniowy podział studiów i uniwersalna punktacja ECTS, założenia autorów Deklaracji były znacznie rozleglejsze. Spójrzmy na katalog celów, jakie postawili sobie sygnatariusze dokumentu:

  • wprowadzenie systemu przejrzystych i porównywalnych stopni poprzez wdrożenie tzw. suplementu do dyplomu;
  • przyjęcie systemu nauczania opartego na dwóch/trzech poziomach kształcenia;
  • powszechne stosowanie ECTS;
  • promocja mobilności studentów, nauczycieli akademickich, naukowców i personelu administracyjnego;
  • promocja współpracy europejskiej w zakresie podwyższania poziomu szkolnictwa akademickiego;
  • promocja europejskiego wymiaru szkolnictwa wyższego, szczególnie w zakresie rozwoju zawodowego.

Realizacja tych celów podlega analizie i sprawozdawczości podczas kolejnych spotkań uczestników procesu bolońskiego. Pierwsza taka konferencja odbyła się w 2001 r. w Pradze. Oprócz podtrzymania dotychczasowych celów, dodano wówczas nowe: 1) promocję kształcenia przez całe życie; 2) podkreślenie znaczenia współpracy z instytucjami szkolnictwa wyższego i studentami; 3) potrzebę międzynarodowej promocji atrakcyjności Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego. Z kolei na konferencji w Berlinie (2003) podjęto temat studiów doktoranckich.

Z prospołecznej perspektywy szczególnie ważne wydają się postanowienia konferencji w Bergen (2005). Przyjęto tam jako jeden z priorytetów na następne lata uwzględnienie społecznego wymiaru procesu bolońskiego, tj. zapewnienie dostępu do studiów osobom o niższym statusie oraz eliminowanie barier dla mobilności studentów i pracowników uczelniiv.

Należy zaznaczyć, że obszar oddziaływania procesu bolońskiego wykracza nie tylko poza ramy Unii Europejskiej, ale nawet poza szeroko rozumianą Europę. Dowodem może być Bologna Policy Forum z 2010 r., poświęcone dotychczasowym osiągnięciom procesu. W spotkaniu oprócz ministrów państw w nim uczestniczących wzięli udział zainteresowani koncepcją przedstawiciele Australii, Brazylii, Chin, Egiptu, Etiopii, Izraela, Japonii, Kanady, Kazachstanu, Kirgistanu, Maroka, Meksyku, Nowej Zelandii, Tunezji i USAv.

Afirmacja i krytyka

Mimo złożoności procesu bolońskiego, opinii publicznej kojarzy się on głównie z promowaniem mobilności, umiędzynarodowieniem i wprowadzeniem uniwersalnych miar ocen, „uzawodowieniem” i „upraktycznieniem” uniwersytetów. W wymiarze zaś bezpośrednio dotykającym ogół studentów – z wprowadzeniem i upowszechnieniem studiów w systemie „3 plus 2” (obowiązkowy licencjat, a następnie opcjonalne studia magisterskie) oraz punktacją ECTS, odzwierciedlającą ilość pracy koniecznej do zaliczenia danego przedmiotu.

Proces boloński możemy oceniać pod kątem samych założeń, a także sposobu realizacji. Jeśli chodzi o ideową ocenę założeń, nietrudno znaleźć obrońców i krytyków. Dla przykładu, ECTS jedni będą postrzegać jako uczynienie edukacji bardziej wymierną (ułatwia studentom mobilność w ramach przejrzystych reguł), inni będą tu widzieli tendencję do standaryzacji nauki, która ich zdaniem powinna rządzić się innymi prawami, np. relacją mistrz – uczeń, nie zawsze przeliczalnymi na punkty. W podziale studiów na licencjackie i magisterskie można widzieć zarówno ukłon w stronę studentów (łatwiej zdobyć wyższe wykształcenie, a w razie złego wyboru studiów mniej dotkliwa jest zmiana dziedziny po trzech latach), jak i tendencję do uzawodowiania szkolnictwa wyższego. Sama kwestia mobilności oraz to, na ile i w jaki sposób szkoły wyższe powinny być zintegrowane z gospodarką – leży w centrum poważnego ideologicznego sporu.

Krytyka założeń procesu bolońskiego wychodzi z dwóch perspektyw. W pierwszej odzywa się obrona tradycyjnej misji uniwersytetu, a także funkcji oraz charakteru wiedzy i jej przekazu. Druga wypływa z ogólnej krytyki neoliberalizmu i urynkowienia oświaty, czego konkretyzację zwolennicy owego ujęcia widzą właśnie w procesie bolońskim.

W książce „Uniwersytet Krytyczny” czytamy: planowane reformy wpisują się w szerszą strategię zamieniania wyższych uczelni w jeden z trybików w maszynerii produkującej wzrost gospodarczy. Temu służy wdrażany w całej Unii Europejskiej proces boloński, o którego wprowadzeniu zdecydowali urzędnicy za plecami naukowców i poza demokratyczną debatą. Celem procesu bolońskiego jest zamiana uczelni w taśmowe fabryki produkujące siłę roboczą dopasowaną do wymogów elastycznego rynku pracyvi.

Ów cytat zdaje się oddawać zarówno podejście środowisk lewicowych do procesu bolońskiego, jak i w ogóle podejście lewicy do relacji szkolnictwo wyższe – rynek pracy. W procesie bolońskim powiązanie tych dwóch sfer wydaje się jednym z głównych celów. Pytanie, czy to źle? Rację mają ci, którzy upatrują zagrożenia dla kierunków ważnych społecznie, lecz bez walorów rynkowych. Studia w schemacie 3+2 wzmacniają tendencję podejmowania nauki dla celów merkantylnych, jak otrzymanie tytułu absolwenta szkoły wyższej już po trzech latach. Może to pogłębić umasowienie kształcenia. Zjawisko to ma cienie – zwłaszcza, że dokonuje się głównie poprzez rozrost sektora uczelni prywatnych (Polska jest w grupie zaledwie kilku krajów UE, gdzie liczba wyższych szkół publicznych jest mniejsza niż komercyjnych), które często nie przekazują odpowiednich umiejętności, a nieraz, wbrew marketingowym zapowiedziom, nie dają też perspektyw znalezienia pracy.

Jednak w sytuacji, w której położenie młodych ludzi na rynku pracy jest kiepskie, dążenie do powiązania szkolnictwa z potrzebami zawodowymi staje się zrozumiałe – nie z punktu widzenia doktryny neoliberalnej, lecz z uwagi na ochronę jednostki przed dalszym wykluczeniem ekonomicznymvii. Spójrzmy na tabelę:

Bezrobocie w wybranych grupach wiekowych, Polska i UE-27

Wiek 2005 2006 2007 2008 2009
UE-27 15-24 18,4 17,2 15,4 15,5 19,7
25-74 7,6 7,0 6,1 5,6 7,6
Polska 15-24 36,9 29,8 21,7 17,3 20,6
25-74 15,1 11,8 8,1 5,9 6,8

Źródło: Zestawienie własne na podstawie Eurostatu.

Powyższe dane pokazują, że młodzi ludzie są szczególnie zagrożeni bezrobociem. Raport Międzynarodowej Organizacji Pracy unaocznia zaś, że jest to zjawisko o charakterze globalnym, które w czasie kryzysu się nasiliłoviii. Trudności młodzieży na rynku pracy wynikają oczywiście nie tylko z tego, że szkoły nie dość efektywnie przygotowują ją zawodowo. Problemem wydaje się także to, że częściej jest ona zatrudniona na czas określony lub w innych elastycznych formach, oraz w większym stopniu niż starsi znajduje zatrudnienie w branżach wrażliwych na wahania koniunktury, np. w budownictwieix.

Krótko mówiąc, istnieją głębokie przyczyny niekorzystnej sytuacji absolwentów na rynku pracy i wobec tego cytowane lewicowe stanowisko wydaje się nazbyt jednostronne. A także nieco demonizujące proces boloński i wyolbrzymiające jego rolę.

Projektując system szkolnictwa wyższego nie można uciec od kwestii właściwego przygotowania młodzieży do rynku pracy, choć trzeba szukać kompromisu z innymi funkcjami uniwersytetu. Wart refleksji jest nie sam fakt powiązań Akademii z rynkiem pracy, a raczej model tych relacji. Ten zaś nie zależy tylko od systemu bolońskiego, ale i od tego, jak kształtuje się rynek pracy w kraju i w perspektywie międzynarodowej.

Oczywiście, moim celem nie jest apologia procesu bolońskiego. Chodzi raczej o jego obronę przed krytyką nietrafną, wynikającą ze zbyt wąskiego pojmowania zadań szkolnictwa wyższego. O ile poniekąd słusznie zarzuca się procesowi bolońskiemu zbytni nacisk na praktyczny wymiar kształcenia, o tyle w jego krytykach kładzie się nadmierny akcent na autoteliczne funkcje poznania, bez uwzględniania realiów ekonomicznych.

Bolonia Warszawa

Oto, jakie elementy procesu udało się już wprowadzić nad Wisłą:

  • powszechny suplement do dyplomu, z informacjami o kwalifikacjach zdobytych podczas studiów;
  • w 2002 r. powstała Państwowa Komisja Akredytacyjna;
  • rozwijany jest system studiów dwustopniowych (od niedawna także trójstopniowych);
  • wprowadzono system punktacji ECTS;
  • wielu studentów uczestniczy w wymianie międzynarodowej (zwłaszcza dzięki programowi Erasmus).

Powyższe wyliczenie nie oddaje skali przemian ani ich charakteru. Dla przykładu, PKA wciąż nie do końca wypracowała procedury postępowania. Wciąż powstają – głównie w mniejszych ośrodkach – uczelnie, które doją studenckie kieszenie, choć nie spełniają akademickich standardów. Niemniej na poziomie wdrażania procedur Polska jest dość zaawansowana i można mówić o włączeniu w będący in statu nascendi Europejski Obszar Szkolnictwa Wyższego.

Ważnym kryterium jest udział w wymianie zagranicznej, jednak akurat jeśli chodzi o ten wskaźnik, nasze szkolnictwo zasługuje na raczej ambiwalentną ocenę: Z raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju wynika, że Polska zajmuje ostatnie miejsce w statystykach krajów OECD pod względem udziału obcokrajowców w ogólnej liczbie studentów, mimo że liczba polskich studentów wyjeżdżających za granicę /…/ wzrosła niemal dziewięciokrotnie w ciągu minionej dekadyx. Widzimy więc rażącą asymetrię, a także przesłankę dla tezy, że krajowe uczelnie jakością oferty nie są w stanie przyciągać studentów z zewnątrz i/lub nie stwarzają dla nich odpowiednich warunków. Natomiast to, że nasi studenci powszechnie uczestniczą w wymianie międzynarodowej wydaje się mieć summa summarum korzystne konsekwencje, skłaniające do pozytywnej oceny w tym względzie procesu bolońskiego.

Jednak nad mobilnością studentów warto nieco się pochylić, gdyż wydaje się ona jednym z centralnych elementów całego procesu. Media liberalne przyzwyczaiły nas, że mobilność jednostek jest postrzegana wyłącznie pozytywnie, z perspektywy indywidualnej wolności. Tymczasem ułatwiona mobilność jednostek wpływa na sytuację nie tylko ich, ale także społeczeństw, z których pochodzą. Z tego dylematu zdają sobie sprawę prof. Ewa Chmielecka i dr Jakub Brdulak z krajowego Zespołu Ekspertów Bolońskich (zob. www.ekspercibolonscy.org.pl): Czy proces boloński w istocie zaowocował powszechnie użyteczną mobilnością studentów, absolwentów i pracowników, czy też przeciwnie – uruchomił silny strumień drenażu mózgów i przenoszenia kapitału intelektualnego do północno-zachodniej Europy, a co za tym idzie, stworzył w jednym miejscu lepsze, a w innym gorsze krajowe podstawy do budowy społeczeństw wiedzy. Czy proces boloński uruchomił narzędzia współpracy pomiędzy uczelniami i krajowymi systemami edukacji wyższej, czy też raczej narzędzia konkurencji pomiędzy nimi? I pytanie fundamentalne: czy powinniśmy i czy już potrafimy myśleć o Europejskim Obszarze Szkolnictwa Wyższego jako „naszym” obszarze i cieszyć się jego wspólnymi osiągnięciami, nie kierując się względami narodowymi, czy też jednak dominuje w Europie myślenie kategoriami systemów narodowych, dla których EOSW jest miejscem zdobywania możliwie najlepszej pozycji?xi

Przez całe życie – na potrzeby rynku

Warto poświęcić więcej uwagi jednemu z celów procesu bolońskiego: promocji uczenia się przez całe życie. Badania wskazują, że jest ono piętą achillesową polskiego społeczeństwa. Zanim przytoczę dane potwierdzające tę diagnozę, konieczne będzie zastrzeżenie.

Koncepcja lifelong learning jest dość wieloznaczna. Podczas debaty o komercjalizacji edukacji, dr Paweł Rudnicki przekonywał, że wizja uczenia się przez całe życie podlegała na przestrzeni ostatnich dekad znaczącej ewolucji. Pierwotnie oznaczała możliwość nieustannego poszerzania horyzontów i realizacji indywidualnych zainteresowań, zaś obecnie sprowadza się do ciągłego podnoszenia kwalifikacji w celu sprostania wymaganiom rynku pracy, opartego na ostrej konkurencjixii. Upraszczając, powiedziałbym, że w pierwszym znaczeniu źródła motywacji lifelong learning są wewnętrzne, a jej cele – poznawczo-egzystencjalne. W drugim są one zewnętrzne, a cel – rynkowo-instrumentalny. Wydaje się, że w Polsce żaden z tych modeli nie jest w pełni realizowany. Przyczyny mogą leżeć nie tylko w nastawieniu ludzi, ale i w tym, że sytuacja w niewielkim stopniu pozwala na nieustający rozwój (ponadprzeciętne obciążenie pracą, nie dość rozwinięta infrastruktura, która odciążałaby Polaków z części obowiązków rodzinnych, niskie dochody dużej części społeczeństwa itp.). Ponownie wracamy do kwestii pomijanej w debacie publicznej: winę za niepowodzenia w sferze edukacyjnej i zawodowej ponosi nie tylko niedostateczne dopasowanie szkolnictwa do rynku, ale także sama struktura rynku. Łączny efekt tych szkolnych i rynkowych uwarunkowań jest w Polsce, z punktu widzenia założeń procesu bolońskiego, niesatysfakcjonujący. Spójrzmy na tabelę:

Uczestnictwo pracowników w edukacji i szkoleniach (2007)

Zestawienie pokazuje odsetek pracowników, którzy uczestniczyli w edukacji i szkoleniach w okresie 4 tygodni przed przeprowadzeniem badania.

Młodzia Nisko wyedukowani młodzib Doroślic
Szwajcaria 50,5 78,7 27,4
Dania 43 50,1 28,3
Niemcy 36,3 75,4 6,8
Finlandia 33,5 37,5 24,8
Austria 31,6 65,2 12,8
Holandia 29,8 27,4 18,8
Norwegia 23,6 28,2 20,3
Szwecja 22,7 20,2 18,2
Polska 21,7 13,3 5,2
Francja 18,1 22,8 8,6
Hiszpania 16,6 9,5 12,1
Irlandia 14,7 11,6 7,7
Luksemburg 11,4 16,8 7,5
Belgia 10,2 6,1 7,7
Czechy 8,9 6,4 6,1
Włochy 8,0 3,8 5,9
Węgry 8,0 4,4 3
Portugalia 6,2 3,7 3,1
Grecja 5,3 3,5 1,4
Słowacja 1,7 2,4 3,8
Średnia unijna 20,1 24,4 11,3

a) 15-29 lat

b) z mniej niż średnim wykształceniem

c) 30-54 lata

Źródło: European Union Labour Force Survey (EULFS)

Powyższe dane pokazują szereg niepokojących prawidłowości. Młodzi polscy pracownicy dokształcają się w podobnym stopniu, co ich rówieśnicy w Unii. Jednak ów relatywnie wysoki wskaźnik wynika z tego, że po prostu mnóstwo studentów nie jest w stanie utrzymać się ze stypendiów i pomocy rodziny i w związku z tym podejmują pracę, co może przekładać się na efektywność zdobywania wiedzy. Nie mniej niepokojący jest ponad dwukrotnie niższy od unijnej średniej udział osób starszych w dalszym kształceniu. Polska jest jedynym krajem UE, gdzie rozbieżność między udziałem w edukacji osób przed 30. rokiem życia a starszymi jest aż czterokrotna. Pokazuje to, że promocja kształcenia przez całe życie nie odnosi u nas zbytnich sukcesów.

Warto też zwrócić uwagę, że w podnoszeniu kwalifikacji najmniej uczestniczą ci z młodych pracowników, którym najbardziej by się to przydało, czyli najbardziej zagrożeni wykluczeniem z rynku pracy. Choć w całej grupie pracujących Polaków w wieku 15-30 dokształca się więcej niż co piąty, to wśród tych, którzy nie mają średniego wykształcenia – mniej więcej jeden na ośmiu. Nie jest to wcale konieczna ani powszechna dysproporcja – do krajów, w których nisko wykwalifikowani młodzi pracownicy podnoszą kwalifikacje znacznie częściej niż ich dobrze wykształceni koledzy, należą np. Austria, Dania, Luksemburg, Niemcy i Szwajcaria.

Znaczenie mniejsze, niż się wydaje

Jeśli chcemy spojrzeć na proces boloński i przemiany szkolnictwa wyższego z prospołecznej perspektywy, warto powiedzieć jeszcze o dwóch istotnych kwestiach. W żadnej z nich system boloński bezpośrednio nie oddziałuje na cechy naszego systemu, przynajmniej w tak ewidentny sposób, jak w przypadku ECTS czy trójstopniowego podziału studiów.

Pierwszym zjawiskiem jest segmentacja systemu szkolnictwa wyższego na podsystemy studiów płatnych i bezpłatnych. Studenci obydwu rodzajów studiów okazują się być w diametralnie różnej sytuacji. Możemy tu mówić o nakładaniu się kilku wymiarów nierówności społecznych, których współwystępowanie jest z punktu widzenia sprawiedliwości ewidentnie skandaliczne. Okazuje się, że na studia bezpłatne częściej trafia młodzież ze względnie zamożnych i wykształconych rodzin, zazwyczaj z dużych ośrodków. Na studia płatne zaś – młodzież z obszarów i środowisk uboższych w kapitał materialny, kulturowy i społeczny. Mówiąc w skrócie, defaworyzowani muszą płacić więcej niż ich rówieśnicy w lepszej sytuacji wyjściowej.

Na to wszystko nakłada się fakt, że studia bezpłatne w państwowych uczelniach dają z reguły większe możliwości zdobycia wiedzy i umiejętności wysokiej jakości. Natomiast niemała część uczelni prywatnych nie spełnia tych standardów, a niektóre stanowią wręcz formę instytucjonalnego oszustwa, żerowania na młodych ludziach i ich rodzinach. Powołanie na fali procesu bolońskiego Państwowej Komisji Akredytacyjnej, choć słuszne, nie przyniosło – sądząc po niedawno nagłaśnianych przypadkach „fikcyjnych” szkół wyższych – jeszcze wystarczających rezultatów, jeśli chodzi o uporządkowanie i kontrolę rynku uczelni prywatnych. Jednak nawet gdyby udało się zabezpieczyć respektowanie odpowiednich standardów w tego typu szkołach, wciąż pozostałby problem segregacji między studiami płatnymi a bezpłatnymi ze względu na status społeczno-ekonomiczny oraz miejsce zamieszkania.

Proces boloński w niewielkim stopniu uwzględnia ten kluczowy problem, prawdopodobnie ze względu na to, że nie jest on kwestią uniwersalną. Wiele krajowych systemów jest zorganizowanych w ten sposób, że owa segmentacja nie zachodzi, np. z powodu powszechnej odpłatności połączonej z mniej lub bardziej rozbudowanym systemem stypendialnym. W Polsce takie propozycje – przy wysokim bezrobociu młodzieży i niskich dochodach dużej części ludności – budzą opór nie pozbawiony racjonalnych podstaw. Niemniej także status quo urąga zasadom sprawiedliwości, zaś deklaracje wypracowane w ramach procesu bolońskiego nie proponują rozwiązania tego problemu.

Kolejną fundamentalną kwestią – jeszcze mniej regulowaną w ramach procesu bolońskiego – jest to, że zróżnicowanie klasowo-habitusowe (odwołując się do kategorii Pierre’a Bourdieu), a nieraz ewidentne praktyki segregacji następują już na znacznie wcześniejszych etapach edukacji. Segregacja na poziomie edukacji wyższej jest kolejnym stadium i częściową konsekwencją tego, co dzieje się nie tylko na szczeblu edukacji średniej, ale nawet wczesnoszkolnej i przedszkolnej. Rozwiązywanie problemów szkolnictwa akademickiego zaczynając dopiero od tego szczebla, jest postawieniem sprawy na głowie i wątpliwe, by przyniosło oczekiwane skutki.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

i T. Szapiro, Proces Boloński: Nowe szanse czy nieznane zagrożenia [w:] Ekonomiczne studia licencjackie z perspektywy absolwenta i władz uczelni (red. E. Drogosz-Zabłocka i B. Minkiewicz), Uniwersytet Warszawski, Centrum Badań Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego.

ii Eurydice, Szkolnictwo wyższe w Europie 2009: postęp w realizacji Procesu Bolońskiego, http://www.eurydice.org.pl/files/SWwE1.pdf.

iii Tamże.

ivStrona Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Proces Boloński, http://www.nauka.gov.pl/szkolnictwo-wyzsze/sprawy-miedzynarodowe/proces-bolonski/.

v Tamże.

vi Uniwersytet Zaangażowany. Przewodnik Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

vii Szerzej bariery przejścia z systemu edukacji (nie tylko wyższej) na rynek pracy omawiam w artykule „Ze szkoły na rynek pracy” w piśmie „Dialog” nr 3/2010.

viii International Labour Organization, Global Employment Trends for Youth, sierpień 2010.

ix Rising youth unemployment during the crisis: How to prevent negative long-term consequences on a generation?, „OECD Social, Employment and Migration Papers” no. 106, 14.04.2010, s. 14.

xKonferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Strategia Rozwoju Szkolnictwa Wyższego 2010-2020, s. 163.

xi E. Chmielecka, J. Brdulak, Nowe klasyfikacje, „Forum Akademickie” 11/2009.

xiiDebata odbyła się we Wrocławiu 18.10.2010 r. i poświęcona była książce „Komercjalizacja edukacji. Konsekwencje i nowe zagrożenia”, dostępnej także w wersji elektronicznej: http://www.komercjalizacjaedukacji.pl/.

Na dobry początek

Po fatalnym roku 2010, którego smutną puentą był paraliż kolei, trudno o optymizm w kwestii funkcjonowania państwa. Tym bardziej cieszą choćby pojedyncze zmiany na lepsze.

Za taką można uznać – przy pewnych zastrzeżeniach co do rozwiązań szczegółowych – zainicjowaną przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej tzw. ustawę żłobkową, czyli o opiece nad dziećmi do lat 3, którą Sejm przyjął 5 stycznia. Infrastruktura żłobkowa stanowi bowiem przykład ciągu paradoksów, jakie przez całe ostatnie półwiecze towarzyszyły przemianom społeczeństwa i państwa polskiego.

„Zdrowe” korzenie?

Podstawowa zmiana wprowadzana przez ustawę to utrata przez żłobki statusu zakładów opieki zdrowotnej i wyciągnięcie ich spod pieczy Ministerstwa Zdrowia. Dotychczasowe zapisy miały swój rodowód jeszcze w czasach wczesnego PRL-u (podobne rozwiązania wprowadzono wówczas w wielu ościennych „demoludach”). Władze ludowe jak diabeł święconej wody unikały kategoryzowania różnych zagadnień jako kwestii społecznych, stąd prawdopodobnie chęć połączenia żłobków z problematyką zdrowotną. Jak wynika z badań Danuty Graniewskiej z początku lat 70., matki na ogół pozytywnie wypowiadały się na temat opieki lekarskiej, choć nie brakowało również wypowiedzi negatywnych na temat żłobków, a powodowanych często zachorowalnością dziecka1. Bywały więc przypadki, że żłobki jako instytucje odpowiedzialne za zdrowie – paradoksalnie – sprzyjały rozprzestrzenianiu się chorób (do dziś zresztą jest to bolączką opieki instytucjonalnej nad małym dzieckiem). Jednakże przyporządkowanie żłobków resortowi zdrowia okazało się naprawdę zgubne dopiero po transformacji. Żłobki funkcjonujące jako zakłady opieki zdrowotnej do czasu wprowadzenia obecnej ustawy musiały spełniać bardzo wyśrubowane kryteria. Prowadziło to do wzrostu kosztów ich prowadzenia i zakładania, a także uciążliwości proceduralnych, co w efekcie spowodowało dramatycznie niską podaż tego typu placówek.

Obecna ustawa nie tylko wyciąga żłobki spod kurateli Ministerstwa Zdrowia, ale także zmienia kryteria, które trzeba spełnić, by założyć i prowadzić żłobek, np. opiekunowie nie muszą już posiadać uprawnień pielęgniarskich. Ponadto, mają być do żłobków wprowadzane elementy przygotowujące dzieci do edukacji przedszkolnej. Jest to krok w dobrym kierunku, choć szczegółowe rozwiązania określi rozporządzenie. Sprawa standardów nie jest do końca określona. Miejmy nadzieję, że łagodzenie kryteriów zostanie zrobione „z głową”.

Chichot ze żłobków

O ile powyższe informacje mówiły nieco o ideologii poprzedniego systemu, o tyle to, co działo się z infrastrukturą opieki nad małym dzieckiem po 1989 r. mówi sporo o ideologii systemu, który zaczęto wprowadzać po przełomie. Jego ważnym wyznacznikiem było stopniowe wycofywanie się państwa ze świadczenia wielu usług publicznych i przerzucanie odpowiedzialności i kosztów na samych obywateli. Zmiany w dostępności opieki żłobkowej i przedszkolnej doskonale to ilustrują. Cofnijmy się jednak najpierw do roku 1980 i słynnych 21 postulatów sierpniowych. Siedemnasty z nich mówił o tym, by zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących. Chichot historii polega na tym, że gdy nominalni reprezentanci „Solidarności” doszli do władzy, dostępność opieki żłobkowej i przedszkolnej zamiast rosnąć, zaczęła spadać. I to gwałtownie. Liczba żłobków w 1989 r. wynosiła 1553, w 1995 – 591, a w 2002 – zaledwie 382. W ostatnich latach spadek został zahamowany i w 2008 r. liczba ta wyniosła 392 – strasznie mało nawet w porównaniu z siermiężnymi latami osiemdziesiątymi.

Rezultatem owej tendencji jest to, że zaledwie 2% dzieci do lat 3 było do niedawna objętych opieką instytucjonalną. Oczywiście część osób nie korzysta z usług opiekuńczych z wyboru, gdyż np. samodzielnie lub dzięki pomocy ze strony dziadków mogą zapewnić dziecku opiekę w pierwszej fazie jego życia. Jednak z pewnością nie dotyczy to całych 98%, ponadto coraz silniej ujawniają się tendencje odchodzenia od rodzin wielopokoleniowych i w ogóle tradycyjnego modelu rodziny, dlatego zwiększone wsparcie publiczne tak czy inaczej będzie musiało wkroczyć. Dla porównania, według tego samego źródła2 na Węgrzech wskaźnik ten wyniósł 9%, na Litwie 19%, we Francji 25%, a w Holandii – 29%, nie mówiąc już o krajach o silnie zinstytucjonalizowanej opiece nad dzieckiem, jak Norwegia (61%), Szwecja (66%) i Dania (83%).

Choć można dyskutować, czy zawsze kontakt z instytucją już od kolebki jest dla dziecka optymalny, warto tworzyć instytucje na wypadek sytuacji, gdy taka potrzeba faktycznie zaistnieje.

Społeczny rozwój od publicznej kolebki

Brak odpowiedniego publicznego wsparcia w zakresie opieki nad dzieckiem ma katastrofalne skutki, wykraczające nawet poza niezaspokojenie potrzeb opiekuńczych. Część kobiet, chcących mieć dzieci, może bowiem się na to nie zdecydować, a to grozi osłabieniem potencjału demograficznego i problemami społecznymi. Już teraz – mimo silnej w kulturze pozycji macierzyństwa – mamy bardzo niski wskaźnik dzietności, znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Z drugiej strony część kobiet, które mimo wszystko urodzą, może mieć dodatkowe trudności z powrotem na rynek pracy. Niski na tle krajów UE wskaźnik aktywności zawodowej kobiet również stanowi pewną barierę rozwoju. Pamiętajmy przy tym, że sformalizowana opieka nad dzieckiem może generować nowe miejsca pracy i to dla osób w trudnej sytuacji pod tym względem, jak kobiety w wieku 50+.

Ustawa zakłada, że obok żłobków będą mogły powstawać inne instytucje opieki, jak klubiki dziecięce, gdzie opieka będzie sprawowana do 5 godzin dziennie (takie placówki, które łatwiej założyć i prowadzić, mogą być przydatne zwłaszcza na obszarach wiejskich, gdzie też zapotrzebowanie na opiekę w większym wymiarze godzin jest mniejsze), opiekunowie rodzinni, a także legalnie pracujące nianie, za które ZUS będzie płacił składki na ubezpieczenie, co ma prowadzić do choćby częściowego wyprowadzenia z szarej strefy osób wykonujących tę profesję.

Widać więc wyraźnie, że znaczenie tej ustawy jest pierwszoplanowe z punktu widzenia rozwoju społeczeństwa jako całości, oraz dla jego słabszych członków. Można tu wręcz mówić o rewolucyjnej zmianie, przy czym wiele jej szczegółów i skutków jest jeszcze niedookreślonych. Na dobry początek zapowiada ona jednak pomyślne trendy.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

1.  D. Graniewska, Żłobki i przedszkola w PRL, Wydawnictwo Związkowe CRZZ, Warszawa 1971.
2. EURYDICE, Wczesna edukacja i opieka nad dzieckiem w Europie: zmniejszanie nierówności społecznych i kulturowych, Warszawa 2009.

Rodzina jest najważniejsza…

Polityka prorodzinna ma być jednym z głównych obszarów zainteresowania nowo powstającej formacji Polska Jest Najważniejsza. Choć realia polskiego systemu politycznego raczej oduczyły wiary, że za deklaracjami będzie szła praktyka, sama ta zapowiedź jednak cieszy. Zwłaszcza, że liderka PJN właśnie zaangażowaniem w sprawy polityki rodzinnej zaskarbiła sobie sympatię wielu osób, także z odległych politycznie środowisk.

Kiedy więc z jej ust słyszymy, że właśnie ta sfera ma stanowić priorytet, brzmi to mimo wszystko dość autentycznie. Również obiecująco brzmią jej słowa, że polityka rodzinna powinna zostać wyprowadzona z wąsko rozumianej pomocy społecznej, a stać się kompleksowa i powiązana z wieloma innymi obszarami polityki społecznej, w tym z kwestią demograficzną. Również ta perspektywa w przypadku Joanny Kluzik-Rostkowskiej wydaje się czymś więcej niż doraźnie sklecone hasło, bowiem projekt programu polityki rodzinnej, który pod jej przewodnictwem stworzyło Prawo i Sprawiedliwość u schyłku swych rządów, zawierał kompleksowe rozwiązania, atrakcyjne nie tylko dla centrowego, ale także lewicowego odbiorcy.

Dobry program, ale nie zrealizowany
Z tym postępowym i pro-socjalnym programem był jednak jeden, zasadniczy problem. Mianowicie: w bardzo ograniczonym stopniu został wówczas zrealizowany. I do dziś jest zagadką, czy opracowanie go było głównie chwytem marketingowym mającym na finiszu uprawomocnić ówczesne rządy jako mimo wszystko „solidarne”, by móc następnie krytykować z tych pozycji kolejną władzę, czy też stała za tym autentyczna wola realizacji programu, co uniemożliwił wynik wyborów w 2007 r.

Nawet jednak pozostawiając kwestię intencji nierozstrzygniętą, nie zmienia to faktu, że programu niemal w ogóle nie zrealizowano, więc Kluzik-Rostkowska nie do końca jeszcze może sobie go wpisać w poczet praktycznych sukcesów. Natomiast faktyczną spuścizną w zakresie polityki rodzinnej jaką zostawiło po sobie PiS z koalicjantami, było przywrócenie zlikwidowanego przez SLD Funduszu Alimentacyjnego, wprowadzenie „becikowego” (to akurat wbrew PiS, a z inicjatywy LPR, która uzyskała w tej sprawie taktyczne poparcie PO) oraz istotne zwiększenie prorodzinnej ulgi w systemie podatkowym. Wcześniej miała ona marginalny wymiar, zaś pod koniec rządów PiS wzrosła kilkukrotnie, co uczyniło ją bardziej znaczącym instrumentem polityki rodzinnej, zarówno z perspektywy adresatów świadczeń, jak i budżetu. W ostatnim czasie pojawiła się próba jej likwidacji ze strony PO, ale na skutek nieprzychylnej reakcji opinii publicznej, do niczego takiego nie doszło. Duch myślenia Rostkowskiej w tej kwestii zwyciężył z duchem myślenia Rostowskiego.

Najubożsi nie odetchną z ulgą
Czy jednak wobec zachowania wspomnianego instrumentu można odetchnąć z (nomen omen) ulgą? Nie do końca, bowiem świadczenie to w obecnym kształcie prawnym i wysokości może budzić zastrzeżenia nie tylko ze względu na obciążenia budżetowe, ale także ze względów sprawiedliwościowych. Okazuje się, że osoby nie płacące podatku dochodowego lub osiągające minimalne dochody nie mogą sobie wspomnianej ulgi odliczyć, bo nie mają od czego. Wychodzi więc na to, że korzyści z istnienia tego instrumentu omijają najuboższe i najbardziej potrzebujące grupy, na co publicznie zwracała uwagę m.in. śp. Izabela Jaruga-Nowacka. Oczywiście sam fakt, że klasa średnia otrzymuje wsparcie od państwa nie jest problemem. Może to wszak sprzyjać decyzjom prokreacyjnym, zwłaszcza w grupach, które mają duże szanse na wychowanie w godnych warunkach dzieci, pozytywnie wpływając na strukturę demograficzną. Poza tym w tradycji polityki socjaldemokratycznej ważnym elementem było objęcie prawem do świadczeń społecznych także klasy średniej, co miało zapewnić trwałość instytucjom dobrobytu. Tyle że w klasycznej polityce socjaldemokratycznej świadczenia przysługiwały zarówno klasie średniej, jak i warstwom uboższym, a nie przy wyłączeniu tych ostatnich, jak to de facto dzieje się w przypadku ulgi prorodzinnej. Już podczas głosowań w sprawie zmian Joanna Kluzik-Rostkowska miała tego świadomość i opowiadała się m.in. za zmniejszeniem wysokości ulgi, co uczyniłoby ją bardziej inkluzyjną. Niestety, przeważyło wówczas stanowisko LPR i Prawicy RP.

Świadczenia nie tylko pieniężne
Ważniejsza jednak niż ulgi podatkowe i pieniężne świadczenia socjalne – nawet gdyby działały bardziej racjonalnie i sprawiedliwie niż obecnie – jest obecność świadczeń uniwersalnych, ale o charakterze usługowym, czyli np. żłobków, przedszkoli, poradni itp. Są one ważne nie tylko dlatego, że poprawiają jakość życia poszczególnych rodzin, ale też dlatego, że zwiększają spójność i integrację społeczną. Pamiętajmy, że nie chodzi wyłącznie o walkę z czysto materialnie ujmowanym ubóstwem, ale z szerszą kategorią wykluczenia społecznego, którego niskie dochody są zazwyczaj, choć nie zawsze, częścią składową. W programie Kluzik-Rostkowskiej i ten typ świadczeń znalazł poczesne miejsce. Co jednak ważniejsze, także stronie rządowej udzieliło się dążenie w kierunku upowszechniania edukacji i opieki przedszkolnej, w tym także na poziomie żłobka (vide: projekt Jolanty Fedak). Wydaje się, że pod tym względem Kluzik-Rostkowska jako liderka nowego ugrupowania, które może przekształcić się w partię, wkracza w inny kontekst niż to było jeszcze parę lat temu. Mało osób jest świadomych tej zmiany, gdyż działania w tej sferze rozgrywają się jakby na marginesie zasadniczych frontów walki politycznej. Wyzwaniem dla PJN, oprócz wejścia w merytoryczny spór z rządem wokół formuły wsparcia rodzin, powinno być odzyskanie tej sfery dla demokratycznej debaty publicznej i jej awansowanie w hierarchii priorytetów.

Przenieść do rangi priorytetu
Przywykliśmy, że dyskusja w tej materii toczy się raczej w komisjach sejmowych i w gabinetach ministerialnych, a nie w ramach otwartej debaty publicznej. Ale czy należy się na to godzić? Czy warunki życia polskich rodzin nie są właśnie kwestią, która w pierwszej kolejności powinna być poddana dyskusji? Niestety, dwie dekady III RP nie wytworzyły pozytywnej tradycji w tym względzie. Jedyna partia, która kwestię rodzin miała w swojej nazwie, czyli LPR, doprowadziła zaledwie do dość dyskusyjnego „becikowego”, zaś w politycznej retoryce troskę o rodzinę sprowadzała do obsesyjnej walki z rzekomo wszechobecną homo-propagandą. Inne zaś partie, w tym nominalnie chadeckie i socjaldemokratyczne, sprawę polityki rodzinnej marginalizowały, zarówno w politycznej debacie, jak i praktyce rządzenia.

Czy PJN pomoże odmienić ten polityczny obyczaj? Oby. Na razie mój optymizm jest raczej stonowany. Nie tylko dlatego, że sondaże dają wspomnianej formacji niewielkie poparcie (czasem wszak bycie „języczkiem u wagi” daje duże pole manewru w definiowaniu języka debaty publicznej), ale także dlatego, że na ugrupowanie to składa się nie tylko Kluzik-Rostkowska i osoby do niej ideowo podobne, ale także amorficzny zbiór PiS-owskich dysydentów, których łączy raczej stosunek do swojego niedawnego prezesa (lub raczej stosunek prezesa do nich), niż wspólny światopogląd. I nie chodzi tylko o podnoszony medialnie odmienny stosunek do in vitro, ale przede wszystkim o wizję polityki społeczno-gospodarczej. Na razie nie przesądzajmy jednak fiaska. Jeśli udałoby się przyspieszyć „przesuwanie” polityki społecznej w kierunku tego, co zawarte było we wspomnianym, zupełnie przyzwoitym programie polityki rodzinnej zaproponowanym przez PiS, byłby to spory sukces. Jeśli choć trochę udałoby się zmienić akcenty w debacie publicznej w kierunku większej obecności tematyki społecznej, byłby to sukces może skromniejszy i mniej wymierny – ale i o niego niewątpliwie warto zabiegać.

Związkowe racje (bytu)

Tegoroczna jesień upłynie pod znakiem manifestacji. Przeciwnicy aktywności związkowej już znaleźli sposób na ich delegitymizację.

Mowa o przedstawianiu pracowniczych protestów jako inspirowanych przez PiS – cała ta zawierucha miałaby mieć na celu torowanie osłabionej ostatnio formacji Jarosława Kaczyńskiego drogi do zwycięstwa w nadchodzących wyborach samorządowych. Nawet jeśli interpretacja ta zawiera ziarnko prawdy, pomija ona – moim zdaniem świadomie – dwie bardzo ważne kwestie. Po pierwsze, protesty o których mowa są elementem większego przedsięwzięcia, którego inicjatorem i organizatorem jest Europejska Konfederacja Związków Zawodowych. Równolegle manifestacje związkowe mają odbyć się w wielu krajach europejskich i wynikają z niekorzystnej sytuacji społeczno-gospodarczej, w jakiej znalazły się państwa i społeczeństwa UE, m.in. wskutek kryzysu finansowego. Po drugie, o manifestowaniu na polskich ulicach zdecydowały nie tylko władze „Solidarności”, ale także związkowcy z OPZZ, których trudno posądzić o PiS-owskie sympatie.

Samospełniające się proroctwo
Te dwie okoliczności sprawiają, że mówienie o pracowniczych protestach jako strategii przywrócenia do władzy jednej z sił opozycyjnych są mocno naciągane. Straszenie w tym kontekście PiS-owską „inwazją” jest bardzo wygodne. Pozwala mianowicie uciec od zmierzenia się ze związkowymi postulatami, który mają charakter ekonomiczny i społeczny, a w niektórych kwestiach są całkiem konkretne.

Gdyby związkowcy szli z hasłami typu „Komoruski ma krew na rękach”, czy „Tusk i Putin zabili nam Prezydenta”, wówczas rzeczywiście utraciliby swój społeczny mandat, także w moich oczach. Jednak protestujący co innego mają wypisane na sztandarach. Nawet jeśli ktoś uznaje poszczególne z ich postulatów za niesłuszne lub np. nierealne do spełnienia w bieżącym kontekście, związkowcy i ich legalna reprezentacja mają prawo, a nawet powinność ich artykułowania – i to właśnie o nich, a nie o rzekomych motywach politycznych należy z nimi rozmawiać. Natomiast uciekanie od dialogu (choćby w postaci merytorycznej konfrontacji) i przypisywanie drugiej stronie niecnych intencji działa raczej jak samospełniające się proroctwo. Kiedy zablokuje się ludziom kanały artykulacji tak czy inaczej rozumianego interesu ekonomicznego, jedynie przykłada się rękę do tego, by część z nich zwróciła się ku narracjom środowisk, które żerują na gniewie wykluczonych.

Nie tylko manifestacje
Warto też wspomnieć, że przedstawiany przez główne media jako banda politycznych pieniaczy związek „Solidarność” opublikował w ostatnim czasie m.in. ciekawy dokument analityczny pt. „Praca Polska 2010”. Zamieszczone w nim dane, zaczerpnięte w znacznej części z międzynarodowych ekspertyz porównawczych, pokazują, że rozgoryczenie deficytem solidarności w polskim systemie społeczno-gospodarczym nie jest bezpodstawne. Dość przypomnieć o wysokości wskaźnika nierówności dochodowych, która sytuuje nas bliżej USA i Meksyku, niż większości krajów „starej UE” (ale także niektórych postkomunistycznych sąsiadów, jak Czechy czy Węgry). Z punktu widzenia pracownika najemnego nasz kraj szczególnie słabo wypada m.in. pod względem wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz udziału ludzi biednych pośród pełnoetatowych pracowników. Jak piszą autorzy: Według danych Eurostatu, w 2008 r. z udziałem 11% ubogich pracowników zatrudnionych na pełnym etacie, Polska zajmuje w Europie po Grecji i Rumunii trzecie miejsce i plasuje się przed krajami, które charakteryzują się bardzo silnym dualizmem na rynku pracy oraz często znaczącą obecnością imigrantów, tak jak ma to miejsce np. w Hiszpanii. Oznacza to, że podjęcie pracy, nawet w pełnym wymiarze godzin, dla co dziesiątego zatrudnionego nie jest gwarancją wynagrodzenia gwarantującego życie powyżej granicy ubóstwa (s. 23). Od siebie dodam, że deficyt solidarności dotyka nie tylko pracujących, ale też tych, którzy pracę stracili, o czym świadczy ponadprzeciętnie niski odsetek bezrobotnych, którzy mają prawo do zasiłku, a także niewielka wysokość tego świadczenia, wypłacanego przez krótki okres.

Warto podkreślić, że wspomniany raport – choć można się spierać z wysnutymi w nim interpretacjami danych i rekomendacjami – wykracza poza wąsko rozumiany interes zawodowy, stanowiąc próbę holistycznej diagnozy społeczno-ekonomicznych realiów dnia dzisiejszego. Dobrze byłoby, gdyby rządowi eksperci, których stać było na pisany z dużo większym rozmachem intelektualny wyczyn w postaci raportu „Polska 2030”, zmierzyli się z treścią opracowania zamówionego przez związkowców, które uzupełnia naszą wiedzę o tym, co owi eksperci przemilczeli lub potraktowali nazbyt zdawkowo.

Podkładanie głowy pod topór
W aktualny kontekst gorącego politycznego sporu trudno byłoby wrzucić chłodniejszą refleksję. Łatwiej przecież przyprawić „Solidarności” gębę PiS-owskiej przybudówki, a jej intelektualne wytwory zbyć milczeniem. Dodatkowo irytujące jest to – mówię o tym bez satysfakcji – że „Solidarność”, zwłaszcza pod wodzą Janusza Śniadka, częściowo zapracowała sobie na reputację ruchu bezwarunkowego poparcia dla Kaczyńskiego, niezależnie od jego kolejnych politycznych wolt, bynajmniej nie zawsze w kierunku wizji „solidarnego państwa”. W tym wszystkim uderza nie to, że centralna związkowa udzieliła poparcia kandydatowi, który mógłby reprezentować ludzi pracy, ale to, że udzieliła mu go jeśli nie wbrew, to przynajmniej w oderwaniu od interesów społecznych swoich członków. Bo jakie zasługi miał we współczesnej Polsce Jarosław Kaczyński dla świata pracy, czy szerzej dla urzeczywistnienia wizji Polski Solidarnej – jako żywo nie mam pojęcia.

Jeśli przewodniczący Janusz Śniadek jest innego zdania, powinien to jasno wyartykułować i przekonująco uzasadnić, żeby odrzucić podejrzenia o sprzyjanie partyjnym partykularyzmom, zamiast walki o uniwersalne prawa społeczne.

Związki mogą być polityczne
Wiąże się z tym jeszcze jeden problem z polską debata publiczną i życiem społecznym po ’89 r. Śledząc obecne dyskusje na temat „Solidarności”, można odnieść wrażenie, że wielu komentatorów kwestionuje nie tylko treść politycznego zaangażowania tego związku, ale sam fakt jego współudziału w polityce. Kryje się w tym nieporozumienie, dość zaskakujące w obliczu faktu, że to na bazie struktur związkowych dokonano największego przełomu w najnowszej historii Polski i całego regionu. Tymczasem w wielu krajach, nie mających podobnej historii za sobą, zinstytucjonalizowane, ale pozaparlamentarne reprezentacje ludzi pracy stanowią istotną siłę współkształtującą politykę gospodarczą i społeczną państwa. Tak dzieje się np. krajach skandynawskich. Jak zauważył dr Rafał Chwedoruk, gdyby związki unikały wszelkiego umocowania politycznego, byłyby bezradne.

U nas natomiast próbuje się podważyć zasadność takiego mechanizmu budowania ładu społecznego. A szkoda. Aktualne postulaty głównych związków zawodowych, które w tym wypadku mówią jednym głosem, odnoszą się bowiem do sytuacji ludzi pracy jako całości, a pośrednio – do funkcjonowania całej wspólnoty i sytuacji bytowej jej poszczególnych członków, niezależnie od tego, czy głosują na SLD, PiS czy PO. Spór dotyczy – a właściwie powinien dotyczyć, gdyby nie był zaciemniany – praw socjalnych, ich rozumienia i możliwości realizacji. Chyba najwyższy czas zacząć na niego patrzeć w ten właśnie sposób.

Rafał Bakalarczyk