przez dr Rafał Bakalarczyk | środa 4 sierpnia 2010 | opinie
Nieśmiała sugestia Michała Boniego, że może trzeba będzie rozważyć podniesienie podatków, wywołała żywe reakcje na łamach wszystkich dzienników. Trudno jednak sądzić na podstawie tych komentarzy, że mamy do czynienia z jakąkolwiek debatą na ten temat. Debata wymaga bowiem wielości stanowisk, przedstawienia różnych racji itp., tymczasem komentatorzy „Rzeczpospolitej”, „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej” mówili jednogłośnie jak w żadnej innej sprawie.
Podobne wrażenie odniosłem już wcześniej, słuchając debaty, w której obaj kandydaci na prezydenta licytowali się, który z nich w większym stopniu przyczynił się do obniżki podatków. Do publicystów mam chyba jednak większy żal niż do polityków. Polityk ma w gruncie rzeczy znacznie mniejsze pole manewru, musi prezentować dość określone stanowisko i brać pod uwagę recepcję opinii publicznej, która do pewnego stopnia jest kształtowana przez media. A te niestety jeśli chodzi o podatki uznają jedyną słuszną wizję, której nie trzeba nawet wyjaśniać. Dla przykładu, w „Dzienniku Gazecie Prawnej” informacja zaczyna się od zdania, że skoro jeden z najważniejszych ministrów sugeruje rozważenie zwiększenia składki rentowej, możemy być pewni, że podatki zostaną podniesione. Ja takiej pewności nie mam, a nawet z dużym prawdopodobieństwem mogę przypuszczać, że składka rentowa nie zostanie podniesiona, bowiem rząd, który narażać się nie lubi, bardzo straciłby wtedy w oczach opiniotwórczych mediów.
Podatki są w Polsce relatywnie niskie
Z kolei w „Gazecie Wyborczej” (choć w podobnym duchu komentują także publicyści „DGP” i „Rzeczpospolitej”) mowa jest o tym, że rząd powinien zająć się zrobieniem porządku (czytaj: cięcia) z wydatkami publicznymi, a nie tylko „sięgać do kieszeni podatnika” (zwróćmy uwagę na sformułowanie, jest bardzo symptomatyczne). Jest to sprytny zabieg retoryczny – choć pozornie sugeruje się rozszerzenie debaty i obszaru dokonywanych reform, de facto przerzuca się uwagę z jednej strony bilansu finansów publicznych na drugą, tak by zdezawuować sens zmian po stronie przychodów. A te nie są wcale wysokie, jeśli porównamy Polskę z innymi krajami europejskimi. Z nie tak dawno opublikowanych przez Eurostat danych na temat wysokości podatków w 2008 r. wynika, że w UE średnie wpływy z tego źródła (wraz z ubezpieczeniami społecznymi) wynosiły 40,9% PKB, podczas gdy w Polsce – zaledwie 34,3% PKB (jeden z niższych wskaźników). Łączne podatki od dochodu i majątku wynosiły średnio 13,1% PKB (najwięcej w krajach nordyckich: Danii – 29,7%, w Finlandii – 17,5 i w Szwecji – 17,4), w naszym kraju – 8,6% PKB. Z kolei średnie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 12,8% PKB (najwięcej w Niemczech i Francji, a także w Czechach). I tu Polska znalazła się poniżej średniej unijnej, z wynikiem 11,4% PKB. Z kolei relatywnie wysokie (nieznacznie powyżej średniej dla UE) są u nas podatki związane z produkcją i importem. Widzimy zatem, że przekonanie o tym, że mamy w Polsce niesłychanie rozdęty system obciążeń obywateli na rzecz państwa jest mitem, utrwalanym przez media. Nie ma wobec tego żadnego powodu, by pomysł zwiększenia danin na rzecz państwa uznać za tak jednoznacznie szkodliwy, że jego krytyka nie wymaga nawet uzasadnienia.
Ekonomiści nie są jednomyślni…
Nieraz stosuje się tu uniki w postaci sformułowań w rodzaju: „ekonomiści uważają, że…”. Tymczasem część na pewno tak uważa, ale nie wszyscy. Dla przykładu, najnowszy numer naukowego czasopisma „Problemy Polityki Społecznej” otwiera artykuł brytyjskiego ekonomisty, Jeremy’ego Leamana, który tłumaczy korzyści płynące z podatku progresywnego. Oprócz analizy współczesnych systemów fiskalnych w krajach UE, jego artykuł pt „Jaką cenę płacimy za rezygnację z podatku progresywnego? Błąd Europy i jego skutki” przynosi dość zaskakujące ciekawostki, np. taką, że wielbiony przez neoliberałów i libertarian A. Smith w swym najsłynniejszym dziele stwierdził, że „najbogatsi powinni finansować wydatki publiczne nie tylko proporcjonalnie do swych przychodów, lecz nawet więcej niż proporcjonalnie”.
Wiem jednak, że nie każdy ma czas i możliwość wnikliwego zapoznawania się z tekstami naukowymi, dlatego tak ważne jest, aby dyskusje eksperckie, o ile dotyczą spraw publicznych o znaczeniu praktycznym, w wersji nieco uproszczonej i przystępnej były odtwarzane w debacie publicznej, w sporze politycznym i publicystycznym. Przy czym debaty o finansach publicznych nie można sprowadzić do tego, czy podatki powinny być wyższe, czy niższe. W takiej dyskusji powinien być obecny cały szereg zmiennych – stawki podatkowe, wysokość progów, ulgi podatkowe, a także pytanie o to, co zrobić, by system był szczelny, by ograniczyć nadużycia. Równie ważna jest też „druga strona”: co i w jakich proporcjach się z tych podatków finansuje. Nad tym też trzeba debatować, ale właśnie „też”, a nie – „zamiast”. Tylko wówczas dyskusja ma jakikolwiek sens, jeśli uwzględni się zarówno przychody, jak i wydatki.
.…ale mainstreamowi publicyści niestety tak
Ktoś może rzec – po co debata, skoro te trudne sprawy można, a może nawet należałoby zostawić ekspertom? To błędne rozumowanie. Oczywiście eksperci (i to z różnych stron ideowych) są potrzebni, a nawet niezbędni w omawianiu tak skomplikowanej materii, niemniej debata publiczna na ten temat jest szczególnie potrzebna, gdyż sprawy te dotyczą zakresu i treści dobra wspólnego w najbardziej fundamentalnym sensie. Podatki m.in. pokazują, jak dużo oddaje się do wspólnej domeny, z której następnie finansuje się rozmaite obszary polityki, od obronności przez służbę zdrowia i edukację po ochronę środowiska przyrodniczego. Deficyt tej debaty jest wyrazem patologii sfery publicznej.
przez dr Rafał Bakalarczyk | sobota 10 lipca 2010 | opinie
W starzejącym się społeczeństwie polskim panuje deficyt lekarzy-geriatrów.
Jak dowiadujemy się z artykułu Judyty Watoły „Czy to jest kraj dla starych ludzi”, w całej Polsce na ponad pięciomilionową grupę ludzi w wieku 65+ przypada raptem 226 geriatrów, czyli mniej więcej tylu, ilu leczy seniorów w czterokrotnie mniej ludnych Czechach. Socjaldemokratyczna Szwecja, również licząca cztery razy mniej mieszkańców niż nasz kraj – geriatrów ma ponad 700.
Braki polskiej służby zdrowia w tym zakresie są więc ewidentne, przy czym jest to i tak jedynie wierzchołek góry lodowej. Problem jest znacznie głębszy, a wspomniany artykuł może stanowić przyczynek do niemal nieistniejącej jak dotąd debaty na ten temat. Podstawowym wyzwaniem są bowiem rosnące koszty leczenia w związku ze starzeniem się społeczeństwa. Tego problemu nie da się załatwić wyłącznie przemieszczając środki wewnątrz sektora służby zdrowia czy kształcąc więcej geriatrów, choć oczywiście to także należy robić. Podjęcie takich kroków postulują zresztą już od jakiegoś czasu środowiska gerontologiczne, dość wspomnieć np. wniosek o zwiększenie liczby geriatrów i wprowadzenie do minimum programowego studiów medycznych przedmiotu gerontologia, który znalazł się w raporcie z 2008 r. pt. „Stan przestrzegania praw osób starszych w Polsce. Analiza i rekomendacje działań”, napisanym na zamówienie Rzecznika Praw Obywatelskich, śp. Janusza Kochanowskiego. Od opublikowania raportu minęły już dwa lata , a z każdym rokiem sprawa jest bardziej paląca, zwłaszcza jeśli sobie uzmysłowimy, że właśnie teraz wchodzi w wiek emerytalny pokolenie powojennego wyżu. Pokolenie to za parę lat przekroczy granicę, powyżej której zapotrzebowanie na opiekę lekarską rośnie niewspółmiernie do potrzeb młodszych generacji w tym zakresie.
Kluczową kwestią jest zatem to, w jaki sposób system zdrowotny (i nie tylko) ma odpowiedzieć na rosnące potrzeby medyczne i opiekuńcze oraz związany z tym lawinowy wzrost kosztów. Sądzę, że system publicznej służby zdrowia w Polsce w obecnym kształcie ma małe szanse stawić czoła temu wyzwaniu, nawet gdyby działał sprawniej. Jedną z jego podstawowych słabości jest niedofinansowanie. Z danych OECD na rok 2008 wynika, że Polska znajduje się w grupie krajów o najmniejszych wydatkach publicznych na opiekę zdrowotną w odniesieniu do PKB. W Polsce współczynnik ten wynosi 5,1%, podczas gdy średnia dla OECD to 6,5%. Są jednak kraje, które na opiekę zdrowotną wydają z publicznej kasy znacznie więcej: Francja – 8,7% PKB, Dania – 8,2%, Austria i Niemcy – 8,1%, czy Szwecja – 7,7%.
Przy tak skromnej puli środków w polskim systemie służby zdrowia trudno mierzyć się z wyzwaniem demograficznym. Oczywiście nawet podwyższenie nakładów – choćby do poziomu europejskich standardów – nie zaspokoi dowolnej sumy potrzeb zdrowotnych obywateli, niemniej da decydentom pewne pole manewru. Dopiero wówczas, gdy państwo weźmie na siebie odpowiedzialność za zdrowie publiczne na przyzwoitym poziomie, można myśleć o ewentualnym wprowadzeniu, na wzór Szwecji, tzw. współpłacenia pacjenta, w celu racjonalizacji systemu. Przy czym należy pamiętać, że w szwedzkim systemie opłaty są niewysokie i limitowane, co oznacza, że jeśli ktoś za sprawą wysokich potrzeb zdrowotnych przekroczy limit, powyżej tej granicy może leczyć się darmowo. Warto też pamiętać, że w Polsce, gdzie zarobki są niskie, a poziom wykluczenia dochodowego wysoki, potencjalną realizację tego rozwiązania należałoby wzbogacić pakietem świadczeń zwolnionych od jakichkolwiek opłat.
Kolejną sprawą, którą warto podjąć, jest nie dość rozbudowany system opieki poza służbą zdrowia. W Polsce instytucjonalna opieka długoterminowa w dużej mierze jest świadczona w ramach systemu pomocy społecznej. Także w tej dziedzinie widać ewidentne braki. Jak pokazują dane Eurostatu (2008), wskaźnik wydatków na opiekę socjalną nad osobami starszymi wynosi u nas 0,25% PKB, przy średniej unijnej 0,5% PKB. W niektórych krajach wskaźnik ten jest kilkakrotnie wyższy: Szwecja – 2,7%, Norwegia – 1,8%, Finlandia – 0,8%. Niedofinansowanie może prowadzić do obniżania standardów, a nawet zamykania placówek opiekuńczych. Zresztą, jeśli mówimy o opiece stacjonarnej dla osób starszych, niedostateczne nakłady to tylko jeden z grzechów polskiego systemu. Pokazuje to raport z kontroli NIK sprzed paru miesięcy.
Zasygnalizowane sprawy bynajmniej nie wyczerpują problemów opieki zdrowotnej i socjalnej nad seniorami, które zresztą przekładają się także na sytuację innych grup wiekowych (np. brak instytucjonalnego wsparcia w zakresie opieki utrudnia, a nieraz wręcz uniemożliwia pozostałym członkom rodziny uczestnictwo w rynku pracy, w życiu społecznym, w kulturze). Stoimy zatem jako społeczeństwo przed ogromną górą. Lepiej zabezpieczmy się w porę, zanim z tej góry obsunie się lawina.
Rafał Bakalarczyk
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 20 kwietnia 2010 | opinie
Pamięci Izabeli Jarugi-Nowackiej
Z pozoru może się wydawać, że w dniach żałoby nie warto rozmawiać o konkretnych ustawach czy ich projektach. Jednak nieraz ich treść i losy wiele mówią o wybranych życiorysach (a przynajmniej ich politycznym aspekcie), postawach konkretnych ludzi. Gdy te osoby odchodzą, ustawy stanowią żywą – bo przekładającą się na życie innych – pamiątkę po nich. Tak jest w przypadku ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i osoby Izabeli Jarugi-Nowackiej.
To między innymi dzięki jej determinacji w 2005 r. powstały pierwsze uregulowania w tym zakresie, wprowadzające wiele ważnych zapisów chroniących najsłabszych i włączające w system prawny przekonanie, że przemoc w rodzinie nie jest czymś prywatnym, co można chować w zaciszu domu, lecz kwestią społeczno-polityczną, na którą jako wspólnota nie możemy być obojętni. Uruchomiło to także debatę– niestety, przez długi czas i tak zbyt cichą jak na wagę problemu – w ramach której wyłoniły się propozycje kolejnych ulepszeń. Je również Jaruga-Nowacka popierała, nie zadowalając się częściowym sukcesem sprzed pięciu lat, tylko przyjmując prawdziwie lewicową postawę, że system społeczny wymaga ciągłego naprawiania i nie ma takiego status quo, z którym moglibyśmy się w pełni pogodzić.
Zajmowanie się problemem przemocy w rodzinie było praktycznym wyrazem politycznego credo Pani Poseł, że polityka lewicowa musi stawać w obronie „mrówek”, najsłabszych. Miała na myśli obronę zarówno słabszych ekonomicznie (o co zabiegała jako działaczka Unii Pracy, niekiedy skutecznie), jak i grup wymagających wsparcia z innych powodów (np. dyskryminowane kobiety czy ofiary przemocy, w tym rodzinnej). Oczywiście i wcześniej ruchy socjalistyczny i socjaldemokratyczny były przychylne zarówno kwestii kobiet, jak i prawom dziecka – poglądy socjalisty Korczaka tego dowodem – niemniej sprawy te znajdowały się przez długi czas poza głównym nurtem lewicowych dążeń. Także dziś nie zawsze pamięta się o wielości wymiarów, w których jednostki czy grupy są narażone na krzywdę.
Troska o wszystkich pokrzywdzonych była wyróżniającym rysem politycznej postawy p. Jarugi-Nowackiej. Nieraz bowiem mamy do czynienia z ludźmi, którzy zachowując wierność tradycyjnym postulatom socjalnym bagatelizują problemy, które ujrzały światło dzienne w ostatnich kilku dekadach i które nie wiążą się bezpośrednio ze sferą produkcji. Albo odwrotnie, i to chyba nawet częstsze – z takimi, którzy zachłystując się hasłami emancypacji obyczajowej, mniej lub bardziej świadomie zapominają o wykluczeniu ekonomicznym i społecznym. Izabela Jaruga-Nowacka nie popadła w żadną z tych pułapek.
Jednocześnie nie popadła też w przesadny, a więc nieskuteczny radykalizm. Pamiętam jej udział w jednym z programów telewizyjnych parę miesięcy temu, który poświęcony był sprawie krzyży w szkołach, która to kwestia podniesiona została przez uczniów pewnego ogólniaka. Posłanka zgodnie ze swoimi przekonaniami poparła uczniów i była gotowa ich bronić, ale jednocześnie stanowczo odcięła się publicznie od konfrontacyjnego języka swej sejmowej koleżanki, twierdzącej, że krzyże powinny z hukiem zniknąć z sejmowych i szkolnych ścian, gdyż wprowadzono je tam po cichu i bezprawnie. Pani Jaruga zamiast ideologicznej wojny zaproponowała debatę światopoglądową. Sama nieraz brała udział w tego rodzaju debatach i mimo zawsze emocjonalnego tonu i niekiedy ostrej krytyki strony przeciwnej, zawsze widać było, że walczy o sprawę, a nie z nienawiści czy dla pustego sporu. Jednak chyba bardziej niż w ideowych debatach jej postawa wyrażała się, trzymając się przyjętej metaforyki, w „mrówczej pracy” w poselskich komisjach, w pracach nad projektami legislacyjnymi, które potem miały się przekuć na coś względnie trwałego, w zapisy prawne.
Obecnie nie wiemy jeszcze, czy i w jakim ostatecznym kształcie nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie zostanie uchwalona. Niezależnie od tego, jak odnosimy się do ducha tego projektu oraz jego konkretnych zapisów, z szacunku dla zmarłej inicjatorki, jak i z uwagi na dobro społeczeństwa i jego bezbronnych członków, debatujmy o tym dużo, rozważnie i merytorycznie.
Rafał Bakalarczyk