przez dr Rafał Bakalarczyk | niedziela 14 sierpnia 2011 | opinie
Choć statystyki pokazują zwykle fragment rzeczywistości, to ostatni raport GUS na temat ubóstwa w 2010 r. ukazał fragment bardzo istotny. Taki, którego nie widać na co dzień w mediach i o którym, jeśli tylko nas nie dotyczy, chętnie byśmy zapomnieli.
Przychodzi komentator do biednego
Za przytoczonymi liczbami kryją się głębokie dramaty, niewyrażalne statystycznie. Jednak również same liczby są wymowne. Do tego stopnia, że zwróciły na nie uwagę nawet liberalne media. Nie chodzi jednak tylko o to, aby przestano wypierać ze świadomości fakt głębokiej nędzy wokół nas. Ważne jest również, żebyśmy właściwie osadzili problem w kontekście polityki ekonomicznej i społecznej. A to mainstreamowe media robią często niewłaściwie. Dobrym przykładem jest komentarz Bartosza Marczuka pt. „To socjal jest przyczyną nędzy”, który po opublikowaniu raportu GUS zamieszczono w „Dzienniku Gazeta Prawna”.
Po lekturze tekstu Marczuka można odnieść wrażenie, że autor głęboko wczytał się w częste ostatnio komentarze na temat modelu norweskiego. Do tego stopnia, iż chyba wyobraził sobie, że my też jesteśmy „drugą Norwegią”, która rzeczywiście gwarantuje obywatelom hojny „socjal”, pozwalający im na względnie godne życie, nawet gdy znajdą się poza rynkiem pracy. Tyle, że nijak się to ma do Polski zarówno ze względu na nasz ogólny stan bogactwa (czyli to, co możemy dzielić), jak i realizowany od lat model redystrybucji (czyli to, jak dzielimy). Ten podział gwarantuje ubogim niewiele – co pokazał raport GUS.
Marczuk stawia tezę, że zbyt hojny i powszechny „socjal” odpowiada za to, iż część Polaków nie próbuje podjąć pracy i tym samym tkwi w stanie ubóstwa, przekazując je kolejnym pokoleniom. Choć dla każdego, kto wie, jaka jest wysokość świadczeń oraz jak restrykcyjne są kryteria ich przydziału, taka teza jest i śmieszna i irytująca, warto jednak się z nią zmierzyć. Jest to bowiem – zdaje się – pogląd dominujący w debacie publicznej o problemie ubóstwa i wykluczenia.
Ubodzy na zasiłku, ubodzy w pracy
Zacznijmy od – płynących z raportu – faktów. Choć ubóstwo istotnie jest szczególnie wysokie w rodzinach, które żyją głównie ze świadczeń, to jednak występuje nie tylko w nich. Znajdziemy je także wśród rodzin osób pracujących, zwłaszcza tam, gdzie główny dochód pochodzi z pracy najemnej na stanowisku robotniczym. Stopa ubóstwa ustawowego wyniosła tu aż 11%, zaś skrajnego ok. 8%. Warto dodać, że dane porównawcze Eurostatu wskazują, iż w Polsce pracujący biedni stanowią relatywnie dużą część ogółu pracujących. Oczywiście są to liczby znacznie mniejsze niż w przypadku rodzin, które żyją głównie z demonizowanego „socjalu’’, a więc ze świadczeń społecznych innych niż emerytury i renty (w tej kategorii stopa ubóstwa ustawowego wyniosła 36%, a skrajnego 30%). Pokazują jednak wystarczająco, że samo przejście z „socjalu” do aktywności zawodowej nie gwarantuje przezwyciężenia ubóstwa. Zresztą nie trzeba wczytywać się w raporty GUS, żeby to wiedzieć. Wystarczy sobie wyobrazić np. trzyosobową rodzinę robotnika pracującego za minimalną pensję. Dochód na głowę w takim gospodarstwie jest bardzo niski. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w rodzinach wielodzietnych.
Pamiętajmy przy tym, że jeśli osoby, które obecnie żyją ze świadczeń pomocy społecznej, znajdą zatrudnienie, to z reguły mogą liczyć na kiepskie stanowiska, a więc na pracę niskopłatną, co wciąż nie pozwoli im wyjść z ubóstwa. Powiększą oni po prostu odsetek pracujących biednych (working poor).
Brak chętnych czy brak miejsc?
Liberalny oponent powie, że to i tak lepsze. Po pierwsze dlatego, że jednostka dzięki temu staje się produktywna, więc dokłada się do łącznej puli bogactwa, którą można następnie dzielić. Po drugie, bo oducza się ona bezradności i z czasem może znaleźć pracę gdzie indziej. To rozumowanie jednostkowo się sprawdza, ale traktowane jako panaceum zawodzi, gdyż omija kluczowy problem – brak pracy.
Marczuk zgodnie z dość powszechnym mniemaniem milcząco zakłada, że pracodawcy czekają z otwartymi ramionami na potencjalnych pracowników, lecz ci zamiast brać się do roboty, pławią się w lenistwie lub cwaniacko doją nieracjonalne w swej hojności państwo socjalne. Pogląd taki można wyczytać nie tylko z tego komentarza. Nie zauważa się natomiast, że jest wiele osób, które chcą pracować legalnie, ale nie mogą pracy znaleźć. Pokazują to wysokie wskaźniki bezrobocia. Oczywiście znam argument, że część z nich pracuje na czarno. Bywa to prawdą, ale też należy pamiętać, że owa praca na czarno ma często dorywczy charakter, również jest słabo płatna, nie daje zabezpieczenia i w każdej chwili może ulec przerwaniu – nie jest więc sposobem na przezwyciężenie ubóstwa i marginalizacji.
Niezależnie od tego, jest sporo osób, które zgłaszają się do urzędów pracy chcąc pracować, ale brakuje odpowiednich ofert. Obecnie jest ich jeszcze mniej niż wcześniej. Ten sam „Dziennik Gazeta Prawna”, który zamieścił komentarz Marczuka, informował ostatnio, że w bieżącym roku w urzędach pracy jest najmniej ofert od ośmiu lat! Wynika to nie tylko z recesji, ale także z drastycznego obcięcia przez rząd wydatków na Fundusz Pracy. W efekcie zabrakło środków na subsydiowane miejsca pracy, a także na szkolenia dla bezrobotnych.
Czy za to też obarczymy winą socjal lub tych, którzy z niego korzystają? Nie, to skutek określonych decyzji politycznych, choć te oczywiście nie były zawieszone w próżni, ale wynikły z uwarunkowań ekonomicznych.
Na kłopoty migracja?
Jeśli nie ma pracy na lokalnym rynku, red. Marczuk widzi proste wyjście: osoba bezrobotna może wyjechać do większego miasta lub za granicę. Niemcy szukają budowlańców. Jego zdaniem, wykluczeni wolą jednak czerpać z korzystnego dla nich „socjalu” niż ruszyć się z miejsca.
Moim zdaniem problem jest inny. Liberalni komentatorzy dość bezrefleksyjnie podchodzą do kwestii mobilności, także tej wewnątrzkrajowej. Nie uwzględniają dodatkowych ekonomicznych kosztów transportu i zamieszkania w większym mieście, a także społecznych i rodzinnych konsekwencji takich decyzji. Migracje zresztą prowadzić mogą do tego, że będzie więcej pracujących w centrach (także lokalnych) rozwoju, a na obrzeżach zostaną osoby starsze, dzieci i młodzież, zostawieni bez opieki, zwłaszcza, że na peryferiach infrastruktura opiekuńcza i kulturalna jest znacznie skromniejsza.
Jeszcze większe koszty dotyczą migracji zagranicznej. „Euro-sieroctwo” staje się problemem, którego skutki już niedługo dadzą się nam we znaki. Ponadto wiadomo, że – zwłaszcza w dobie globalnej dekoniunktury – za granicą nie na wszystkich czeka praca. Dla pracowników bez kwalifikacji i kompetencji miękkich (np. znajomości języka) niemiecki rynek wcale nie jest aż tak chłonny.
Łatwość, z jaką dziennikarze mainstreamowi podsuwają innym ścieżki migracyjne, zdradza też inną słabość myślenia liberalnego. Człowiek w tej wizji to „homo economicus”, który dokonuje kalkulacji zysków i strat tylko w ramach ekonomicznej racjonalności. Bagatelizuje się tu – na co słusznie zwracali uwagę komunitarianie – takie czynniki, jak zakorzenienie w danej społeczności i systemie norm oraz więzi.
Redaktor Marczuk w pewnym momencie pisze o rodzinnych, psychologicznych i społecznych skutkach… polskiego „socjalu”. Robi to tak: dzieci uczą się roszczeniowej postawy, nabierają przekonania, że można nie pracować, a jakoś się żyje. Szkoda, że owo „jakoś” nie zostało napisane w cudzysłowie. Wiadomo wszak, że tam, gdzie jest ubóstwo, zwłaszcza skrajne, często – przynajmniej w wymiarze materialnym – nie żyje się „jakoś”, lecz wegetuje w bylejakości, w niedożywieniu, wilgoci, w stresie i poczuciu niemocy. Często właśnie te towarzyszące ubóstwu okoliczności wyzwalają w ludziach frustrację, apatię, brak wiary w siebie i sprawiają, że członkowie takich rodzin nie są zdolni do podjęcia skutecznych działań, aby zmienić swą sytuację. Niekoniecznie stoi za tym owa roszczeniowa postawa.
Państwo skąpych świadczeń i nędznych płac
Problemem jest więc nie sam „socjal”, ale raczej bariery uniemożliwiające wyjście z niego. Trudno jednak uznać, by sam system wsparcia socjalnego działał właściwie. Zbyt duża wysokość świadczeń i łatwość ich otrzymywania to chyba ostatnie zarzuty, jakie można postawić polskiej polityce społecznej. Właściwie w tekście red. Marczuka „socjal” jest kategorią mało konkretną. Czy kryje się za nią częściowo uznaniowy, niski i selektywny zasiłek z pomocy społecznej? Czy świadczenie rodzinne – niewielkie i przysługujące rodzinom spod progu dochodowego, od dawna nie podnoszonego mimo wzrostu kosztów życia? Czy też zasiłek dla bezrobotnych – zaledwie kilkusetzłotowy, obudowany licznymi kryteriami dostępu i przysługujący przez krótki czas?
Państwo socjalne nie jest w Polsce zbyt hojne, jeśli miarą miałaby być dostępność i wysokość świadczeń pieniężnych. Zwłaszcza, jeśli uwzględnimy zakres podstawowych potrzeb (żywność, ubranie, opłaty za mieszkanie), które można zaspokoić dzięki tym świadczeniom. To, że ludzie pracują często za niewiele więcej niż mogliby dostać żyjąc na skromnym garnuszku państwa, mówi oczywiście o patologii – tyle że nie w sferze pomocy społecznej, lecz w gospodarce i stosunkach pracy.
Miarą dramatu Polski jest nie tylko to, iż praca jest często mniej opłacalna niż pozostanie na „socjalu”, ale i to, że praca ta nieraz jawi się jako tak nieatrakcyjna lub niedostępna, że przegrywa nawet z „socjalem”, który jest w Polsce, mówiąc kolokwialnie, dziadowski.
przez dr Rafał Bakalarczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Ograniczona obecność działań profilaktycznych w polskiej polityce zdrowotnej nie jest przypadkowa. Wyraża ona głębsze deficyty naszego systemu społecznego.
Przede wszystkim zapobiegać – to częste zalecenie w kontekście problemów społecznych i indywidualnych. Profilaktykę może być odnoszona do wielu obszarów polityki publicznej, ale szczególną popularność zyskuje w polityce zdrowotnej. Profilaktykę zdrowotną rozumie się zazwyczaj jako wczesne wykrywanie choroby lub czynników ryzyka w celu zapobiegnięcia jej powstaniu lub rozwojowi. Mówiąc dokładniej, profilaktyka to zespół działań zapobiegawczych: edukacyjnych i medycznych, które mają przeciwdziałać konkretnym chorobom1. W ramach tej kategorii wyróżnia się szereg faz, zależnych od stadium choroby.
Fazy profilaktyki
- Profilaktyka wczesna – mająca na celu utrwalenie prawidłowych wzorców zdrowego stylu życia i zapobieganie szerzeniu się niekorzystnych wzorców zachowań w odniesieniu do osób zdrowych;
- Profilaktyka pierwotna (I fazy) – mająca na celu zapobieganie chorobie poprzez kontrolowanie czynników ryzyka w odniesieniu do osób narażonych na nie;
- Profilaktyka wtórna (II fazy) – zapobieganie konsekwencjom choroby poprzez jej wczesne wykrycie i leczenie (badania przesiewowe, mające na celu wykrycie osób chorych);
- Profilaktyka III fazy, której działania zmierzają w kierunku zahamowania postępów choroby oraz ograniczenia powikłań.
Profilaktyka wczesna nie przez wszystkich jest uważana za element profilaktyki właściwej. Jednak bynajmniej nie znaczy to, że można ją bagatelizować. To właśnie obecność w społecznej świadomości zasad zdrowego stylu życia i czynników będących zagrożeniem dla zdrowia stanowi bodaj najtrwalsze podłoże dla poddawania się przez obywateli działaniom profilaktyki właściwej. Stąd też warto patrzeć na profilaktykę w ramach szerszej kategorii prewencyjnej polityki zdrowotnej, której jednym z instrumentów jest edukacja zdrowotna.
Znaczenie profilaktyki nie wynika wyłącznie z uniwersalnej zasady, że łatwiej zapobiegać niż później prowadzić działania naprawcze, gdy negatywne zjawisko już się rozwinie. Jej wagę możemy też wyprowadzić ze struktury czynników, które warunkują zdrowie. Wiele klasyfikacji rozwija sformułowaną w latach 70. w raporcie kanadyjskiego ministra zdrowia, Marca Lalonde’a, koncepcję „pól zdrowia”. Z opracowania wynikało, że na zdrowie publiczne wpływ mają (w kolejności według rangi czynnika): styl życia, środowisko fizyczne, uwarunkowania genetyczne i dopiero na końcu system służby zdrowia (patrz diagram).

Przyjęcie takiej perspektywy prowadzi do wniosku, że nasze zdrowie w decydującej mierze zależy od tego, w jaki sposób żyjemy i czy podejmujemy zawczasu działania na rzecz ograniczenia ryzyka choroby.
Wspólna odpowiedzialność
Pojawia się jednak pytanie, czy to, jak żyjemy, zależy tylko od nas samych? W neoliberalnej doktrynie uważa się, że zasadniczo tak. Zatem każdy musi dbać o zdrowie i ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje. Toteż państwowe działania na rzecz zmiany zachowań zdrowotnych są niepotrzebne, a wręcz ryzykowne, mogą bowiem prowadzić do narzucania jednostkom wzorców postępowania, tłamsząc ich indywidualną wolność wyboru.
Bardziej rozsądne wydaje się stanowisko, które dopuszcza, a nawet zaleca stymulowanie określonych zachowań prozdrowotnych poprzez inicjatywy sektora publicznego. Ważne jednak, żeby nie był to bezwarunkowy przymus, a raczej system bodźców zachęcających lub zniechęcających do danych zachowań. Przede wszystkim zaś ważna jest dystrybucja informacji oraz usług diagnostycznych i doradczych. Szereg przesłanek uzasadnia tezę, że profilaktyka zdrowia to nie tylko kwestia indywidualna czy kulturowa – tj. zależna od systemu norm i wzorców postępowania danej społeczności – ale także systemowo-polityczna.
Po pierwsze, nasze życie nie zależy tylko od nas samych. Istotne są również warunki w znacznej mierze niezależne od jednostek (jak status rodziny czy miejsce zamieszkania) i z którymi nieraz – wbrew wizji w pełni mobilnej, elastycznej jednostki – wiążą nas tożsamości, emocje czy zobowiązania. Społeczeństwo, szanując to, powinno za pomocą instytucji państwa dążyć, żeby owe uwarunkowania w jak najmniejszym stopniu determinowały dostęp do praw społecznych, m.in. prawa do zdrowia.
Po drugie, w pełni racjonalny wybór uniemożliwia ograniczona dostępność informacji, a także możliwości zweryfikowania ich rzetelności. Aby jednostki szukające wiedzy na temat zdrowego trybu życia nie były wydane na pastwę sił rynkowych, które w pogoni za zyskami rozpowszechniają także nierzetelne informacje – potrzebne są programy organizowane, sponsorowane lub przynajmniej akredytowane przez instytucje publiczne.
Po trzecie, państwo powinno mieć możliwość wdrażania takich programów ze względu na to, że jest wciąż odpowiedzialne za zapewnienie opieki zdrowotnej. Jeśli oczekujemy, że państwo wspomoże nas w obliczu utraty zdrowia, powinniśmy dać mu instrumenty, by mogło pośrednio zabezpieczyć się, a bezpośrednio nas, przed zaistnieniem owego ryzyka socjalnego, którego koszt będzie musiało ponieść.
Zachowania prozdrowotne i funkcjonowanie służby zdrowia wpływają na siebie wzajemnie. To, jak dbamy o zdrowie, wpływa na skalę i strukturę dolegliwości, na które odpowiada opieka medyczna. Z drugiej jednak strony, funkcjonowanie służby zdrowia wpływa na to, jak korzystamy z profilaktyki. Nie dość rozwinięta infrastruktura i niekorzystna pozycja pacjenta w systemie mogą ograniczać skłonność do poddawania się profilaktycznym badaniom przesiewowym, mającym na celu wczesne wykrycie ewentualnej choroby.
Widzimy zatem, że wyodrębnione uprzednio „pola zdrowia” nie są wyizolowanymi obszarami, lecz płaszczyznami przylegającymi, a nieraz wręcz nakładającymi się na siebie i powiązanymi siecią zależności. Owe zależności powinny być kształtowane w sposób świadomy w ramach jasnej i całościowej wizji polityki zdrowotnej państwa. Profilaktyka, zwłaszcza w formie poddawania się badaniom skriningowym, jest tym mechanizmem, który najsilniej integruje sposób życia z systemem opieki zdrowotnej.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt profilaktyki. Jak pisze D. Seredyńska, Samoopieka, do której możemy zaliczyć badania profilaktyczne, jest jedną z form udziału społeczeństwa w polityce prozdrowotnej państwa. Oparta na ogólnych zasadach Zdrowia dla Wszystkich pozwala mieć udział w podejmowaniu decyzji2. Wpisuje się ona we współczesny paradygmat tzw. aktywnej polityki społecznej, której powodzenie uzależnia się od współpracy służb społecznych z beneficjentami. Jednocześnie w Polsce tego rodzaju „partycypacyjne” podejście napotyka wciąż pewne bariery, zarówno instytucjonalne, jak i mentalne – nie tylko po stronie obywateli-pacjentów, ale także decydentów. Jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia na chorobę w wąskim, medycznym sensie, a po drugie jako coś, co się nam przytrafia w niewielkim związku z warunkami i sposobem życia. To zakorzenione myślenie części społeczeństwa można jednak zmienić.
Finlandia i inni
Strategia profilaktyczna powinna być zorientowana zadaniowo, a nie resortowo. Takie zadaniowe myślenie powinno integrować podmioty wielu sektorów i to na różnych szczeblach, ale w ramach skoordynowanej strategii. Przykładów takich programów dostarcza Finlandia, której społeczeństwo jeszcze kilka dekad temu cechował niezdrowy tryb życia i związane z tym np. wysokie wskaźniki otyłości i chorób układu krążenia. W połowie lat 70. postanowiono to zmienić, inicjując kompleksowy program promocji zdrowia.
Jednym z jego elementów było wprowadzenie tzw. recept na ruch, polegających na tym, że lekarz zapisywał pacjentowi nie tylko lekarstwo, ale także odpowiednie ćwiczenia i działania na rzecz zdrowia. Strategia wykorzystywała również wiele innych instrumentów – poczynając od prawnych (jak zakaz reklamowania wyrobów tytoniowych czy nakaz sprzątania śniegu przed domami przez samych mieszkańców), przez informacyjne aż po finansowe (przekazanie samorządom środków na promocję aktywności fizycznej). Jej cele realizowano m.in. poprzez budowę basenów i ścieżek rowerowych, nakłady na dodatkowe oświetlenie, aby można było przebywać na powietrzu do późnych godzin (w Finlandii w okresie zimowym zmierzch zapada bardzo wcześnie), a także umożliwienie dzieciom niezależnie od statusu materialnego korzystania z szerokiego wachlarza zajęć sportowych3.W Polsce w tym kierunku zmierza program budowy tzw. orlików).
Skuteczna prewencja zdrowotna powinna rozpoczynać się nie tylko w jak najwcześniejszej fazie rozwoju ewentualnej choroby, ale także już we wczesnej fazie życia człowieka, właściwie jeszcze przed jego urodzeniem. Badania prenatalne oraz popularyzacja właściwych zachowań matek w okresie okołoporodowym mają zasadnicze znaczenie dla rozwoju dziecka i jego podatności na choroby. W wielu krajach Europy korzystanie z tego typu badań jest standardem, podczas gdy w Polsce istnieją bariery nie tyle instytucjonalne, co mentalne, i to nie zawsze po stronie pacjentów, ale często także wśród lekarzy. Część z nich w obawie, że na skutek ewentualnej diagnozy uszkodzenia płodu rodzice mogą zdecydować się na aborcję, nie kieruje kobiet na odpowiednie badania. Zapomina się przy tym, że dzięki nim można wyeliminować jeszcze w okresie prenatalnym pewne poważne schorzenia i części dzieci uratować nie tylko zdrowie, ale i życie4.
Niestety, jak czytamy w raporcie o zdrowiu dzieci, zamówionym przez Rzecznika Praw Obywatelskich, Z opinii specjalistów, towarzystw naukowych (Polskie Towarzystwo Ginekologiczne, Polskie Towarzystwo Pediatryczne), organizacji pozarządowych (Fundacja „Rodzić po Ludzku”), a także z doniesień medialnych, wynika, iż w ostatnich latach pogorszyła się dostępność kobiet ciężarnych i rodzących oraz noworodków do adekwatnej do potrzeb opieki profilaktyczno-leczniczej. Jakczytamy dalej, Od 2001 roku zaprzestano realizacji programu optymalizacji opieki okołoporodowej, od 2003 roku Narodowy Fundusz Zdrowia zaprzestał finansowania świadczeń udzielanych w ramach szkół rodzenia, a także ograniczył do 7 dni od porodu bezpłatną hospitalizację matek karmiących piersią. Opieka profilaktyczna nad ciężarną, szczególnie w pierwszym trymestrze ciąży, jest w wielu rejonach kraju niezadowalająca5.
Zapobieganiu negatywnym procesom rozwojowym nie sprzyja także niski poziom instytucjonalizacji opieki nad dziećmi w wieku przedszkolnym i żłobkowym. Powszechne objęcie nią najmłodszych Polaków mogłoby ułatwić zdiagnozowanie w porę deficytów rozwojowych i zastosowanie środków zaradczych.
Szkoła (zdrowego) życia
Przestrzenią o dużym potencjale w kwestii profilaktyki zdrowia jest szkoła. Powrót medycyny szkolnej byłby sensownym krokiem, ponieważ szkoła to instytucja powszechna, więc umożliwia szerokie objęcie dzieci badaniami. Nie uzależnia ich szans od zamożności czy poziomu świadomości zdrowotnej rodziców, z którymi, jak wiadomo, bywa różnie. Nie wszystkie rodziny są w stanie czy chcą w porę zapewnić dzieciom dostęp do opieki profilaktycznej – raczej istnieje skłonność do udawania się do lekarza dopiero, gdy już wystąpi choroba.
Ryzyko nieobjęcia dziecka profilaktyką zdrowotną jest większe zwłaszcza w środowiskach o niskim kapitale społecznym, gdzie jednocześnie warunki życia mniej sprzyjają zachowaniu zdrowia. Medycyna szkolna mogłaby częściowo łagodzić te nierówności. Niestety w latach 90. zapoczątkowano proces jej likwidacji. Już na początku transformacji ze szkół zniknęli lekarze szkolni. Obecnie mają w nich być przynajmniej pielęgniarki, ale i z tym różnie bywa. Polskie Towarzystwo Pediatryczne apeluje od lat o przywrócenie opieki medycznej do szkół.
Jak stwierdza J. Szymborski, Jeśli dziś powszechnie uważa się, iż jednym z najważniejszych błędów polityki zdrowotnej okresu transformacji w Polsce była rozpoczęta w 1992 r. likwidacja medycyny szkolnej z „wyprowadzeniem” stomatologów i pediatrów ze szkół, to niezrozumiałe staje się niepodejmowanie przez Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Edukacji Narodowej konkretnych kroków zaradczych6.
Szkoła powinna być wielofunkcyjną instytucją, za pośrednictwem której zaspokajana jest szeroka gama potrzeb dzieci i młodzieży. Aby jednak sprzyjała działaniom profilaktycznym, nie wystarczy obecność gabinetów lekarskich i pielęgniarskich. Konieczny jest także określony przekaz programowy, który rozwijałby u uczniów świadomość zdrowotną, w tym zawierał profilaktykę uzależnień. Szkoła jako instytucja, której racją bytu jest transmisja wiedzy, norm postępowania i kompetencji, wydaje się szczególnie predestynowana, by pełnić te funkcje w odniesieniu do samoopieki zdrowotnej. Pojawiają się wręcz postulaty powołania osobnego przedmiotu, „zdrowia”, który przekazywałby informacje o zdrowiu ludzkim, sposobach dbałości o nie oraz o czynnikach wpływających na jego zdrowie.
Obecnie elementy powyższych zagadnień pojawiają się w ramach innych przedmiotów. Zgodnie z obowiązującą podstawą programową, w przedmioty od godziny wychowawczej po chemię wpisane są wzmianki o aspektach zdrowotnych omawianych zagadnień. Czy to jednak wystarczy? Czy tak duże rozproszenie wiedzy zdrowotnej, przekazywanej zresztą w śladowych ilościach, nie spowoduje, że te informacje nie skupią na sobie odpowiedniej uwagi uczniów? Wprowadzenie wspomnianych treści jest słuszne, ale zapewne należałoby je uzupełnić o mocny akcent w postaci osobnej ścieżki przedmiotowej, która wzbogacałaby i porządkowała wiedzę zdobytą na innych lekcjach. Zdrowie człowieka to pewna całość, nie zaś zbiór wzajemnie niepowiązanych czynników; obecna podstawa programowa chyba nie do końca to uwzględnia.
Trzecim ważnym zadaniem zdrowotnym systemu edukacji (ale nie tylko jego) jest kształtowanie odpowiednich nawyków żywieniowych i sportowych. W krajach rozwiniętych otyłość jest traktowana jako poważna choroba cywilizacyjna, czemu poświęcone zostały raporty OECD na temat strategii profilaktycznych. Pod względem skali występowania tego problemu wśród najmłodszych pokoleń Polska nie jest na szczęście w czołówce, choć zjawisko to występuje również u nas.
Należymy za to do krajów europejskich o najwyższym poziomie niedożywienia dzieci i młodzieży. W odpowiedzi na ten problem podjęto szereg inicjatyw, w tym finansowanych ze środków publicznych. Przykładem jest prowadzony od 2004 r. przez Agencję Rynku Rolnego program „Szklanka mleka”, dotowany przez Unię Europejską. Jego celem jest zapewnienie dzieciom możliwości wypicia codziennie 0,25 l świeżego mleka, a tym samym promocja zdrowego odżywiania7.
W podobnym duchu działa od 2009 r. uruchomiony przez Komisję Europejską program „Owoce w szkole”, finansowany w 75% ze środków unijnych i w 25% z budżetu państwa. Jego adresatami są uczniowie klas I-III szkół podstawowych, a celem długoterminowa zmiana nawyków żywieniowych poprzez zwiększenie udziału owoców i warzyw w codziennej diecie8. Do programu przyłączyło się 8,6 tys. szkół (obejmuje 76% uprawnionych)9.
Cel akcji jest niewątpliwie słuszny, cieszy też jej skala, choć pamiętajmy, że program uruchomiono z inicjatywy UE, nie zaś naszej własnej. Tylko czy żeby dokonać długoterminowej zmiany nawyków wystarczą pierwsze trzy lata edukacji szkolnej? A co z uczniami starszych klas?
Wszystkie wspomniane wymiary – medycyna szkolna, programy żywieniowo-ruchowe, a także oddziaływania na świadomość zdrowotną – powinny stanowić komponenty całościowej polityki zdrowotno-edukacyjnej. Obecnie w Polsce nie tylko nie tworzą one skoordynowanej całości, ale realizacja poszczególnych elementów (zwłaszcza pierwszego z wymienionych) pozostawia wiele do życzenia.
Aby to zmienić, potrzebne jest przestawienie się na myślenie zadaniowe, zamiast resortowego. Celem strategicznym powinno być podniesienie kapitału ludzkiego wśród polskich uczniów w wielu aspektach, stąd potrzeba jeszcze silniejszego współdziałania dwóch głównych segmentów usług publicznych – służby zdrowia i oświaty. Poligonem doświadczalnym dla takiej polityki na większą skalę może okazać się program „Szkoły promujące zdrowie”10. Rozpoczęto go na mocy porozumienia między ministrem zdrowia, ministrem edukacji narodowej oraz ministrem sportu i turystyki w sprawie promocji zdrowia i profilaktyki problemów dzieci i młodzieży z dn. 23 listopada 2009 r. Jak wynika z informacji MEN, dotąd w programie wzięło udział 2000 szkół, spełniając określone kryteria11. W założeniach współpraca ma na celu wypracowanie dobrych praktyk, które następnie zostaną upowszechnione.
Marne szanse?
Profilaktyka i medycyna prewencyjna są kluczowe nie tylko w okresie najbardziej intensywnego rozwoju biologicznego i poznawczego, ale także w późniejszych fazach życia. Dziś mówi się o uczeniu przez całe życie, a kolejne publikacje z zakresu polityki społecznej próbują opisywać sytuację społeczną człowieka, uwzględniając zmienność jego potrzeb i możliwości na kolejnych etapach życia. Tworzenie zachęt do indywidualnej prewencji zdrowotnej i profilaktyki jest jednak trudne w odniesieniu do osób, które wyszły już z głównego systemu edukacji. Pojawiają się także dodatkowe bariery, związane z kształtem stosunków społecznych, w tym stosunków pracy.
Po pierwsze, realne możliwości powszechnego dbania o swoje zdrowie ogranicza fakt, że Polacy pracują średnio więcej niż mieszkańcy innych krajów Unii. Oznacza to, że mają mniej czasu i energii, by regularnie chodzić na badania czy prowadzić zdrowy, systematyczny tryb życia. Dodatkowo, ze względu na niski poziom instytucjonalizacji opieki nad osobami zależnymi, część zatrudnionych musi po pracy angażować się w powinności rodzinne w stopniu większym niż w wielu innych krajach. Prowadzi to do przeciążenia, a z drugiej strony do jeszcze większego skurczenia zasobów czasowych, które można wykorzystać na aktywność profilaktyczną.
Problemy te pogłębia niewielka skłonność pracodawców do takiego kształtowania czasu pracy, które jest korzystne dla pracownika. Niewielka elastyczność i sztywne godziny pracy sprawiają, że nie zawsze łatwo jest wygospodarować czas, by poddać się badaniom.
Osobny problem stanowi szczególny rozkwit w Polsce pozakodeksowych form zatrudnienia, powodujący rodzenie się warstwy określanej mianem prekariatu. O ile Kodeks pracy nakłada na pracodawcę obowiązek skierowania pracownika na badania profilaktyczne (wstępne, okresowe i kontrolne), zaś na pracownika – poddania się nim, o tyle wspomniane przepisy nie dotyczą osób zatrudnionych na umowy cywilne. Zazwyczaj nie obejmują ich również szkolenia BHP, co zwiększa zagrożenie dla ich (i nie tylko ich) zdrowia. Jednocześnie pracownicy ci pozbawieni są możliwości korzystania z urlopów, w tym zdrowotnych. W efekcie tląca się w organizmie choroba często może nie zostać zduszona w zarodku, tylko rozwinąć się u osób, które choć nie są zdrowe, to pracują (co nieraz zagraża także zdrowiu współpracowników). Mechanizm ten idzie zupełnie pod prąd idei profilaktyki, wczesnego reagowania i leczenia.
Czy możemy zatrzymać demontaż stosunków pracy opartych na umowie o pracę – to pytanie godne obszernej rozprawy. Być może niekorzystną sytuację mogłaby częściowo łagodzić moda na tzw. społeczną odpowiedzialność biznesu (CSR), a w ramach tego finansowanie pracownikom np. rodzinnych karnetów na basen lub szkoleń w zakresie profilaktyki określonych chorób12. Wprowadzenie takich działań na szerszą skalę będzie możliwe, jeśli pracodawcy zrozumieją, że nie tylko podnoszą one prestiż firmy, ale także zwiększają wydajność pracowników oraz ich przywiązanie do przedsiębiorstwa. Pytanie tylko, czy w ramach współczesnego kapitalizmu, w którym dominuje paradygmat uelastyczniania stosunków społecznych, powszechny może być model pracownika zachowującego przez lata zatrudnienie w tym samym przedsiębiorstwie i wiążącego z nim swą tożsamość. Elastyczny rynek pracy powoduje, że stosunki pracodawcy i pracownika mają niezbyt trwały charakter i w związku z tym motywacja do inwestowania w zatrudnionych jest niewysoka.
Abstrahując od tego, w jakim stopniu w ramach globalnej konkurencji ograniczanie zjawiska prekariatu leży w zasięgu możliwości podmiotów gospodarczych czy systemów krajowych, nietrudno dostrzec, że jest ono niekorzystne z punktu widzenia zdrowia pracownika i jego samoopieki zdrowotnej. Już sam fakt ciągłej niepewności o zachowanie pracy lub znalezienie następnej – przy skromnym zakresie działań kompensacyjnych ze strony publicznego zabezpieczenia społecznego – musi generować stres i oddziaływać niekorzystnie na zdrowie, a także na możliwości konsekwentnego dbania o nie. Aby móc świadomie kształtować swoje życie, co wymaga pewnej systematyczności, potrzeba minimum stabilizacji.
***
Po prześledzeniu powyższych zależności, aż ciśnie się na usta marksowska teza o determinowaniu świadomości przez byt. Przy obecnej sytuacji zawodowo-społecznej dużej części ludności zadowalająca świadomość zdrowotna ma niewielkie szanse szybko wykiełkować, zwłaszcza że jest słabo obecna w naszej kulturze. Jednocześnie barierą jest dezinstytucjonalizacja polityki społecznej na wielu polach. Część instytucji przez dwie dekady transformacji zmniejszyła zakres podmiotowy (przedszkola, żłobki, Kodeks pracy), część zaś, zachowując charakter powszechny, zmniejszyła zakres swoich funkcji (np. szkoła w kontekście opieki medycznej). Owa dezinstytucjonalizacja nie prowadzi – jak utrzymywali niektórzy – do „uspołecznienia”, lecz raczej do zmniejszenia możliwości realizacji praw społecznych. Widać to także na przykładzie prewencji zdrowotnej.
Powracamy tu do problemu poruszonego na początku: na ile mała obecność profilaktyki w Polsce jest kwestią indywidualnych wyborów obywateli, na ile rezultatem kulturowo-historycznych doświadczeń, do jakiego zaś stopnia skutkiem niekorzystnych uwarunkowań społeczno-ekonomicznych oraz instytucjonalnych? Zasygnalizowane procesy pokazują, że ta ostatnia grupa czynników powinna być w centrum naszego zainteresowania, jeśli chcemy zbadać głębsze bariery dla zastosowania profilaktyki zdrowotnej na szerszą skalę.
Rafał Bakalarczyk
Przypisy:
1 Danuta Seredyńska, Badania profilaktyczne jako element zachowań zdrowotnych (doniesienie z badań) [w:] Maria Kuchcińska (red.), „Zdrowie człowieka i jego edukacja gerontologiczna”, Bydgoszcz 2004, s. 25.
2 Tamże, s. 23.
3 Por. Rafał Bakalarczyk, Zdrowy rozsądek zza morza, „Obywatel” nr 2(49)/2010.
4 Por. Martyna Bunda, Badania prenatalne. Nakazać czy zakazać?,„Polityka”, 22 sierpnia 2009 r.
5 Zdrowie dzieci i młodzieży w Polsce, raport RPO, Warszawa 2008.
6 Janusz Szymborski, Zdrowie – zapomniany priorytet, „Polityka Społeczna”, wrzesień 2009.
7 http://www.mlekowszkole.pl/index.php?show=szklanka&dzial=program
8 http://www.owocewszkole.com/
9 Owoce i warzywa przy szkolnej tablicy, „Dziennik Gazeta Prawna”, 6-8 maja 2011 r.
10 http://www.ore.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=556&Itemid=1105
11 http://www.men.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1846%3Aszkoa-promujca-zdrowie&catid=119%3Aycie-szkoy-aktualnoci&Itemid=2
12 Szerzej kwestię CSR w kontekście zdrowia omawia Anna Daria Nowacka w tekście Społeczna Odpowiedzialność Biznesu a zdrowie [w:] Małgorzata Bonikowska, Mirosław Grewiński (red.), „Usługi społecznie odpowiedzialnego biznesu”, Warszawa 2011.
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 28 czerwca 2011 | opinie
Rodzice dzieci niepełnosprawnych 15 czerwca wyszli na ulicę. Protestowali pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, domagając się podwyższenia świadczenia pielęgnacyjnego do wysokości minimalnej płacy. Może się wydawać, że to protest dotyczący problemu wprawdzie ważnego, ale obejmującego dość wąski krąg osób. Jednak w tych protestach można dopatrzyć się zaczynu czegoś bardziej uniwersalnego – walki o uznanie opieki za pełnoprawną pracę, która wymaga wynagrodzenia.
Co do świadczenia pielęgnacyjnego, w ostatnich latach nastąpiły pozytywne zmiany. Do końca 2009 r. było to świadczenie selektywne, zależne od progu dochodowego, określonego w ustawie o świadczeniach rodzinnych. Wsparcie obejmowało więc tylko najuboższych. Od 2010 r. próg jest zniesiony, dzięki czemu dana osoba niezależnie od dochodu w rodzinie (jeśli zrezygnuje z podjęcia pracy, by oddać się opiece nad niesamodzielnym członkiem rodziny), otrzyma zasiłek w wysokości 520 zł. Choć to pozytywna zmiana, to jednak dla wielu osób niemożliwa jest rezygnacja z pracy i dochodów z niej na rzecz tak skromnego świadczenia.
Zgodnie z duchem polskiego prawa, jest to wciąż zasiłek, a nie wynagrodzenie. Nie uwzględnia się zatem, że opieka stanowi formę zasługi wiążącej się z wysiłkiem analogicznym, a niekiedy przecież znacznie większym, niż w przypadku pracy zawodowej.
Obawy tych, którzy przewidują gigantyczne koszty podniesienia świadczenia pielęgnacyjnego można ostudzić zapewnieniem, że nie wszyscy – nawet gdyby wzrosło ono radykalnie – byliby zainteresowani skorzystaniem z niego. Moja znajoma, opiekująca się dzieckiem (metrykalnie dorosłym mężczyzną) z porażeniem mózgowym, mając środki zapewnia dziecku opiekunkę w godzinach pracy, a sama zajmuje się nim w wolnym czasie. Powiedziała mi, że będzie chciała pracować jak najdłużej, bo całodobowej opieki nie wytrzymałaby psychicznie.
Przed podobnym dylematem stoi wiele osób. Warto, aby społeczeństwo i państwo wyciągnęli praktyczne wnioski z faktu, że opieka w domu nie jest okresem dezaktywizacji. Jeśli członkowie rodziny mają się opiekować niesamodzielnymi krewnymi, państwo musi ich wspierać na różne sposoby. W przeciwnym razie opiekunowie po jakimś czasie będą – wskutek zrozumiałego wypalenia – nie tylko niezdolni do opieki, którą będą musiały przejąć publiczne służby. Gorzej – sami będą jej potrzebowali.
Długofalowe koszty są więc wielokrotnie większe, niż wypłata świadczenia w wysokości płacy minimalnej. Potrzeba jednak trochę wyobraźni. I zrozumienia potrzeb. Wsparcie to nie powinno bowiem mieć charakteru pieniężnego, jak to ma miejsce w kontekście świadczenia pielęgnacyjnego, lecz obejmować także instrumenty rzeczowe i usługowe. Szczególnie ważne w obliczu powyższych problemów byłoby prawne zagwarantowanie opieki zastępczej na czas urlopów wytchnieniowych, gdy stali opiekunowie mogliby na pewien czas wyjechać i odpocząć. Takie rozwiązanie, zdaje się, ma zostać zawarte w przygotowywanej przez posłów PO ustawie pielęgnacyjnej. Oby niebawem ujrzała ona światło dzienne.
Sugerowałbym także modyfikację innego świadczenia na rzecz rodzin z niepełnosprawnymi. Chodzi o dodatek za kształcenie i rehabilitację dziecka niepełnosprawnego – obecnie wynosi on 50-70 zł miesięcznie, zależnie od wieku dziecka. Nie kwota jest tu jednak kluczowa, lecz to, że świadczenie przysługuje jako dodatek do świadczenia rodzinnego, a więc mogą z niego korzystać tylko osoby znajdujące się pod niskim progiem dochodowym. Rodziny, których dochód przekroczy próg choć minimalnie, nie otrzymają wsparcia. Patrzy się zatem na zagadnienie w kategoriach typowo socjalnych, a nie motywacyjnych. Tymczasem instrument ten – gdyby uniezależnić go od kryterium dochodowego – mógłby funkcjonować jako zachęta dla społecznie korzystnych działań i rekompensata indywidualnych kosztów, które im towarzyszą.
Ułatwienie dzieciom niepełnosprawnym edukacji to inwestycja w ich integrację ze społeczeństwem oraz podnoszenie kapitału ludzkiego. To również częściowe odciążenie czasowe opiekujących się nimi rodziców, a tym samym szansa na integrację ze społeczeństwem także dla nich. Polityka społeczna powinna odchodzić wyłącznie od zaspokojenia indywidualnych potrzeb w kierunku działań integracyjnych, a więc rzutujących na strukturę społeczną.
Wracając do postulatów protestujących rodziców, jedna rzecz budzi konfuzję. Otóż świadczenie pielęgnacyjne nie dotyczy tylko sytuacji, gdy rodzice opiekują się niesamodzielnymi dziećmi. Bywa odwrotnie, czasem to dorosłe dzieci muszą sprawować opiekę nad niesamodzielnymi rodzicami. Czy zatem świadczenie pielęgnacyjne miałoby być podniesione dla wszystkich opiekunów? Takie rozwiązanie byłoby bez wątpienia najsprawiedliwsze, ale rodzi ono – w obliczu starzenia się społeczeństwa i wzrostu udziału osób niesamodzielnych ze względu na podeszły wiek – ryzyko bardzo wysokich wydatków budżetowych. Czy nie jest to jednak koszt uzasadniony względami sprawiedliwości? Nie tylko sprawiedliwości redystrybucyjnej, ale i wymiennej, odnoszącej się do konieczności zapłaty za wykonaną pracę.
Wyobraźmy sobie, że tych usług opiekuńczych nie wykonywaliby członkowie rodziny. Wówczas albo osoby najbardziej bezbronne pozostałyby bez opieki, albo musiałoby zająć się tym państwo (i charytatywne organizacje) – a więc instytucje wspólnotowe. Powinniśmy zatem jako wspólnota być wdzięczni opiekunom rodzinnym, że wykonują tę eksploatującą pracę. A wdzięczność powinna znaleźć odzwierciedlenie w systemowym wsparciu dla nich.
Tymczasem przyjęliśmy za oczywisty i naturalny fakt, że świadczenie tych usług leży niemal wyłącznie w obowiązku osób bliskich lub zatrudnionych przez nich (w praktyce najczęściej na czarno) opiekunów pozarodzinnych. Taki system – utrudniający zresztą wprowadzenie i wyegzekwowanie jakichkolwiek standardów opieki – wydaje się kłócić z ideą nowoczesnego dobrobytu, w którym obciążenie ryzykiem socjalnym nie spoczywa wyłącznie na jednostce i jej rodzinie. Przeciwnie, jest częściowo rozłożone także na wspólnotę polityczną. Sytuacja niesamodzielności – na co zwracają polscy badacze zagadnienia, jak dr Barbara Więckowska – powinna być przyporządkowana do takiego katalogu ryzyk socjalnych.
Przemyślenie idei wynagrodzenia za opiekę nad osobami niesamodzielnymi nie jest nieuzasadnionym „roszczeniem”. Przeciwnie. Parafrazując słynną wypowiedź Nelsona Mandeli: Overcoming poverty is not an act of charity. It is an act of justice, chciałoby się rzec, iż wprowadzenie choćby minimalnego wynagrodzenia za opiekę nad osobami niesamodzielnymi to nie akt dobroczynności, lecz wymóg sprawiedliwości.
przez dr Rafał Bakalarczyk | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
„Ludzie bezdomni” to jedna z trzech, obok „Przedwiośnia” i „Syzyfowych prac”, powieści Stefana Żeromskiego, która ostała się we współczesnym kanonie. Mam jednak wrażenie, że nie funkcjonuje ona poza murami szkolnymi, w świadomości społecznej czy dyskusjach ideowych. Czy pytania w niej stawiane straciły na aktualności? Czy odpowiedzi, które poprzez postawy bohaterów sugerował autor, nie są w dzisiejszych realiach przekonujące?
Wbrew pozorom, przez te ponad sto lat realia społeczne (zwłaszcza położenie wykluczonych) nie zmieniły się tak bardzo, by nie generować podobnych wyzwań. Nie jest też do końca prawdą, że nie ma już prawdziwych „Judymów”. Są, i choć stanowią mniejszość – co zresztą nie jest novum względem epoki Żeromskiego – nie to wydaje się głównym problemem. Bardziej niepokojący jest fakt, że upowszechniło się przekonanie, iż problemy socjalne powinni rozwiązywać przede wszystkim romantyczni społecznicy, których pierwowzorem literackim jest młody chirurg. Przyjmując taką perspektywę, nie zwalczymy objawów najdotkliwszych problemów, a tym bardziej ich przyczyn.
W odtwarzanych przez kolejne generacje interpretacjach „Ludzi bezdomnych” całość lektury sprowadzana jest do postaci Judyma, ujmowanej jednowymiarowo – jako wzorzec jednostki poświęcającej się na rzecz ogółu. Taka uproszczona perspektywa sprawia, że z pola dyskusji znikają nie tylko społeczne uwarunkowania wyborów życiowych Judyma oraz ich konsekwencje, ale także pominięte zostają wahania i momenty słabości bohatera, wyraźnie przecież w książce zarysowane. W efekcie, Judym z postaci z krwi i kości przeobraża się niemal w „świeckiego świętego”, zbyt dalekiego od problemów współczesnych Polaków, by mogli poważnie przemyśleć ową postać.
Tymczasem przynajmniej kilka pytań, do jakich inspiruje powieść, wymaga poważnego zastanowienia. Czy dzisiejsza rzeczywistość społeczna nie stanowi analogicznego wyzwania jak ta, w której osadzeni byli bohaterowie Żeromskiego? Czy strategia życiowa Judyma kiedykolwiek była lub mogła być masowa? Po trzecie wreszcie, czy i jakie są słabości tej postawy?
Jak zauważa w monografii „»Ludzie bezdomni« Stefana Żeromskiego” znawca jego twórczości, Henryk Markiewicz: Spośród wielu tytułów Żeromskiego, często nietrafnych, dwuznacznych i jakby przypadkowych, „Ludzie bezdomni” ogarniają z wyjątkową pełnią widnokrąg ideowo-poznawczy powieści […].Rzeczywiście, motyw bezdomności stanowi klamrę łączącą wiele wymiarów powieści, a kwestia warunków mieszkaniowych zajmowała w twórczości Żeromskiego poczesne miejsce. Przypomnijmy, że w „Przedwiośniu”(1924) fundamentem społecznej utopii, jaką opisem wyobrażonej Polski zarysowuje przed Cezarym Baryką umierający ojciec, są „szklane domy”. Choć ich obraz odmalowany został z wielką precyzją, to stanowił on metaforyczną projekcję Polski jako domu ojczystego, w którym miał się dokonać postęp społeczny.
W „Ludziach bezdomnych” dom w takim kontekście jest obecny znacznie słabiej, jednak pod dostatkiem mamy tu ciekawych metaforycznych tropów, które zbiegają się w pojęciu „bezdomności”. Złe warunki życiowe pacjentów Judyma i pamięć własnego pochodzenia przekładają się na postawę głównego bohatera, który również – choć w innym sensie – staje się bezdomny. Postawa ta nie rodzi się ex nihilo, ale wynika z określonych warunków i doświadczeń życiowych, choć Żeromski nigdy nie popadał w determinizm i traktował bohaterów jako podmioty wyborów moralnych. Zapytajmy, czy warunki, w jakich ludzie żyją lub jakie mogą obserwować wokół, nie stanowią współcześnie impulsu do zaangażowania, nie wymuszają myślenia o zmianie?
Realistyczne, wręcz naturalistyczne obrazy nędzy, a także degradującej pracy nie są tak abstrakcyjne, jak mogłoby się wydawać. Również dziś wielu ludzi żyje w warunkach uniemożliwiających samorealizację oraz urągających godności, a wręcz zagrażających bezpieczeństwu. Jak pisze dr Paweł Hut w tekście „Współczesna kwestia mieszkaniowa w Polsce; geneza, uwarunkowania, perspektywy rozwiązań”: W Polsce jednym z najważniejszych problemów społecznych nadal pozostaje kwestia mieszkaniowa – polegająca na niezaspokojeniu potrzeb lokalowych ludności naszego kraju, obejmująca swoim zasięgiem, w zależności od szacunków, od miliona do blisko dwóch milionów gospodarstw domowych. Nie ma także podstaw do tego, by sądzić, że w dającej przewidzieć się przyszłości zostanie ona rozwiązana za pomocą planowych działań w szerszym zakresie […]. Pod względem zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych Polska znajduje się na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Należy pamiętać, że kiedy mówimy o zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych, chodzi nie tylko o aspekt ilościowy, ale również jakość zasobów mieszkaniowych.
Warto tu nadmienić, iż autor „Przedwiośnia” patrzył na bezdomność nad wyraz szeroko i przez to dość nowocześnie, w sposób zbliżony do perspektywy organizacji, które dziś próbują badać i zwalczać to zjawisko. Bezdomność w jego twórczości to nie tylko brak dachu nad głową, ale wielowymiarowe wykluczenie mieszkaniowe, prowadzące do degradacji człowieka.
Takie spojrzenie wybiega poza obiegową optykę, w której bezdomność ma zazwyczaj zniszczoną alkoholem twarz żebraka, staruszki śpiącej na torbach wypchanych jej całym dobytkiem czyCyganki otoczonej wianuszkiem zaniedbanych dzieci. Te obrazy egzemplifikują jedynie fragment problemu. Europejska Typologia Bezdomności i Wykluczenia Mieszkaniowego (ETHOS), stosowana przez Europejską Federację Narodowych Organizacji Walczących z Bezdomnością (FEANTSA), umieszcza w tej kategorii szerokie spektrum ludzi. Poczynając od tych bez dachu nad głową (roofless), przez pozbawionych domu (np. przebywających w schronisku dla bezdomnych czy w kwaterze tymczasowej), po osoby żyjące w mieszkaniu niezabezpieczonym lub nieodpowiednim. Osobną kwestią jest to, czy bezdomność należy łączyć tylko z sytuacją mieszkaniową.
Inne podejścia sugerują bowiem wiązanie tej kategorii nie tyle z warunkami życia, ile z określonymi predyspozycjami psychicznymi i społecznymi, objawiającymi się specyficznym modelem życia. Parafrazując słowa o. Bogusława Palecznego („Obywatel” nr 20): nieraz łatwiej wyprowadzić człowieka z bezdomności, niż bezdomność wykorzenić z człowieka, który żył jako bezdomny. Organizacje zajmujące się zagadnieniem odnotowywały przypadki, w których ich podopieczni nawet po otrzymaniu mieszkań nie byli w stanie ich długofalowo utrzymać, nieprzystosowani do życia „na swoim”. W jakimś stopniu bezdomność jako predyspozycję społeczną prezentuje także Judym, którego dzieciństwo w nędznych warunkach, wśród niemal obcych ludzi, wywarło piętno na całe życie i do pewnego stopnia uwarunkowało późniejsze poczucie misji.
Skoro problem degradacji materialnej części ludności jest wciąż aktualny, rzeczą naturalną wydaje się chęć zmiany tego stanu. Dlaczego więc nie ma ona miejsca? Czy dlatego, że zanikł „etos Judyma”? Etos społecznikowski również na przełomie wieków nie był wcale masowy. Nawet jeśli przyjąć, że ówczesne warunki kulturowe i społeczne bardziej sprzyjały podobnym postawom, to nie na tyle, by te stały się jednym z dominujących wzorców.
Widzimy to w samej powieści: Judymowi niełatwo było budować wokół siebie środowisko przychylne jego zamiarom. Można to częściowo zrzucić na karb bezkompromisowości bohatera, ale też nie sposób pominąć bardziej uniwersalnych źródeł niepowodzenia. Judymowie ze swej natury idą jeśli nie pod prąd, to przynajmniej niezależnie od głównego nurtu kultury swoich czasów, jako że racje działania wyprowadzają nie tyle z tego, co jest, lecz z tego, co być powinno.
Choć w powieści wielokrotnie przedstawiono postawy alternatywne wobec rzeczywistości, autor nie uległ banalizacji i tendencyjności w ich ukazywaniu. Zauważmy, że Judym – wbrew pozorom – nie styka się wyłącznie z całkowitą obojętnością na los wykluczonych. Wokół pojawiają się osoby, które wprawdzie nie w pełni podzielają jego przekonania i decyzje, ale są świadome istnienia problemów: Leszczykowski, w jakimś sensie inżynier Korzecki, wreszcie Joasia.
Nawet w przypadku płomiennej i nieprzekonującej dla słuchaczy mowy Judyma do warszawskich lekarzy nie mamy do czynienia z manichejską wizją świata. Jak pisze Markiewicz: Dla właściwej interpretacji utworu trzeba uprzytomnić sobie, że nie jest to walka z jakimiś jaskrawymi nadużyciami kapitalizmu, z oburzającymi zwyrodnieniami moralności burżuazyjnej, lecz walka z normalnym jej funkcjonowaniem. Lekarze warszawscy, z którymi ściera się Judym, to przeważnie ludzie uczciwi według ogólnej opinii, więcej niż sumienni w pracy, zdolni do niejednego odruchu uczynności i dobrego serca […]. Między innymi dlatego ten spór jest tak ciekawy, że nie stanowi walki czystego dobra ze złem absolutnym, a raczej odległych punktów pewnego spektrum, z postacią Joasi jako wariantem pośrednim. Gotowa jest ona iść w zaangażowaniu dalej niż codzienna sumienność i odświętna filantropia stołecznych lekarzy, ale nie popada w maksymalizm Judyma, który stawia sprawę na ostrzu noża: albo szanse na szczęście osobiste, albo działanie na rzecz tych „z budów”.
Jako wciąż żywy jawi się ukazany w „Ludziach bezdomnych” jeden z centralnych dylematów egzystencjalnych niejednego społecznika. Zapewne i dziś wielu ludzi, którzy na pewnym etapie życia decydują się na zaangażowanie społeczne, rozważa we własnym sumieniu, jaki jego stopień jest optymalny i na ile możliwy jest kompromis między życiem osobistym a działaniem dla dobra wspólnego.
Końcowy wybór Judyma rozpatruje się zazwyczaj w kategoriach moralnych. Nie mniej ciekawe jest jednak spojrzenie z punktu widzenia prakseologii. Czy jego działania były skuteczne? Czy ambitny cel podniesienia wykluczonych ze stanu degradacji mógł być osiągnięty, a jeśli nie, to czy nie było dróg, by się do niego bardziej przybliżyć?
Odpowiedzi na powyższe pytania wydają się niestety niekorzystne dla Judyma. Zasadniczą słabością jego postawy była apolityczność. Nie chodzi o przynależność do partii politycznej czy rozwijających się wówczas ruchów społecznych o politycznych ambicjach, lecz o polityczność w bardziej ogólnym sensie. Jeśli przyjmiemy klasyczne rozumienie polityki jako zdolności mobilizowania innych do osiągania własnych celów, postawa Judyma była w pierwszej fazie co najmniej politycznie nieskuteczna, a w końcowej – wręcz apolityczna. Zrezygnował on bowiem z prób angażowania innych we współtworzenie programów zmiany rzeczywistości na rzecz oddania się samodzielnej pracy bezpośrednio z wykluczonymi. Taka działalność jest niezbędna, ale należy próbować ją organizować w ramach istniejących struktur lub budować nowe, żeby nie tylko „łatać pojedyncze dziury”, ale rozwiązywać problemy społeczne w większej skali. A to wymaga jeśli nie systemowej działalności politycznej, to przynajmniej koordynacji i podziału pracy oraz synergii różnych umiejętności.
Judym po wcześniejszych porażkach skapitulował wobec tego typu wyzwań. To dlatego jego projekt był skazany na porażkę – nie ze względu na obojętność i oportunizm otoczenia. Jeśli chcemy poważniej przemyśleć tę lekturę, nie wystarczy zatrzymać uwagi na „szlachetności” głównego bohatera i jego tragizmie, polegającym na rezygnacji z osobistego szczęścia.
Warto też zastanowić się, czy owo poświęcenie miało sens z punktu widzenia realnego wpływu na zmianę rzeczywistości. Nie wiadomo, jak dalej potoczyłyby się losy bohatera, ale działając w pojedynkę, jeśli nie uległby wypaleniu i nie podzielił losu Korzeckiego, w najlepszym razie mógłby w mikroskali złagodzić objawy pewnych społecznych chorób. Czy na pewno tylko o to mu chodziło?
Pod jednym względem Judym okazywał jednak dojrzałość refleksji. Mianowicie wiedział on, że leczenie zdegradowanych społecznie i biologicznie jednostek należałoby zacząć od podniesienia ich standardu życia, poprzez programy, które ograniczałyby zapadanie na choroby. Jest to postawa zbieżna np. z podejściem przyjmowanym współcześnie przez Światową Organizację Zdrowia. Myślenie o usuwaniu przyczyn, a nie tylko leczeniu skutków jest właściwą perspektywą w polityce zdrowotnej, jak również w niemal każdym obszarze polityki społecznej.
Zasadniczo więc Judym właściwie rozpoznał problem, jedynie wspomniana „apolityczność” uniemożliwiała mu jego skuteczne rozwiązanie. Przed analogicznym wyzwaniem stoimy i dziś. Oczywiście tak jak wówczas, rozwiązań systemowych nie należy w sposób radykalny przeciwstawiać indywidualnej pomocy. Działanie systemowe bardzo często zawiera w sobie także działania bezpośrednie, w ramach których jednostki stykają się wprost z potrzebującymi. Rzecz w tym, by owa wielość jednostkowych działań była zintegrowana w spójny system, wykraczający poza nie zarówno horyzontem celów, jak i wielością funkcji. Rozproszone działania pomocowe zawsze będą potrzebne, by pomóc konkretnym osobom. Natomiast nigdy nie wystarczą, by dokonać społecznej zmiany.
Kolejna rzecz, która nie pojawia się w działaniach bohaterów powieści, to odwołanie do ładu ustrojowego, do programów jego zmiany i w ogóle do instytucji państwa. Zmiana rzeczywistości jest tu niemal wyłącznie dziedziną wyborów życiowych i moralnych jednostek, bez ich rozpatrywania w kontekście roli, jaką pełnią w ramach ładu społecznego. Widać tu wpływ, jaki miała na pisarza myśl Edwarda Abramowskiego, który zakładał w ramach swego „socjalizmu etycznego”, że zmiany systemowe muszą być poprzedzone przeobrażeniami w sumieniach jednostek i społeczeństw. Problematyka „Ludzi bezdomnych” zdaje się koncentrować i zamykać na tej pierwszej fazie potencjalnej zmiany, kiedy to zasadnicze dylematy rozgrywają się w sumieniach jednostek, a nie w ramach strukturalnego antagonizmu między grupami społecznymi i sporu o formułę ładu społecznego. Tymczasem ci, którzy chcą naprawdę budować lepszy świat, nie mogą uciec od tego zagadnienia. Kluczowym dylematem jest stosunek wobec państwa i jego agend.
Weźmy współczesny przykład, związany z problematyką bezdomności. W Krakowie, Warszawie i Wrocławiu działają Lekarze Nadziei, organizacja będąca czymś w rodzaju kolektywnego wcielenia doktora Judyma. W formule non profit zajmują się świadczeniem podstawowych usług medycznych dla bezdomnych i ubogich, nie objętych ubezpieczeniem zdrowotnym. Dodajmy, że stan zdrowia tej grupy jest szczególnie dramatyczny, a wiele publicznych placówek działa tak, jakby były stworzone dla ludzi zdrowych, przez co potrzebujący nie zawsze mogą z nich skorzystać. W tej sytuacji działalność stowarzyszeniajestna wagę złota. Jednak zimą 2009/2010 o mały włos stołeczny oddział nie zawiesiłby działalności ze względu na rzekomy brak prawnych możliwości dalszego przekazywania przez samorząd środków na tego typu aktywność. Abstrahując od szczegółów sprawy, która m.in. dzięki interwencji dziennikarzy skończyła się w miarę pomyślnie dla społeczników i ich pacjentów, widać wyraźnie, że nawet typowo „judymowska” działalność, aby mogła być trwała i skuteczna, wymaga choć minimalnego wsparcia ze źródeł zewnętrznych – wśród których najbardziej stabilne są mimo wszystko instytucje i fundusze publiczne.
Zadania państwa jako gwaranta zaspokojenia elementarnych potrzeb nie ograniczają się do stworzenia prawnych i materialnych warunków dla działań społeczników. Pamiętajmy, że Judymów jest w skali społeczeństwa zawsze mniejsza lub większa, ale garstka. Nawet przy dużych funduszach nie jest ona w stanie zaspokoić ogółu potrzeb społecznych. Stąd niezbędne są zawodowe służby, których przedstawiciele niekoniecznie zresztą muszą kierować się ideałami prospołecznymi. Bez tego typu sprofesjonalizowanych, odpowiednio wyposażonych służb niemożliwa jest walka z wykluczeniem społecznym.
Na poziomie unijnym coraz większe znaczenie przypisuje się tzw. SSGI (social services of general interest, usługi socjalne użyteczności publicznej), w które wlicza się usługi zdrowotne, socjalne, opiekuńcze, edukacyjne etc. Aby mogły być świadczone na wysokim poziomie, potrzebne jest silne państwo i gotowość obywateli do odkładania do domeny publicznej części swoich środków. Zatem żeby rozwiązać problemy sugestywnie przedstawione w „Ludziach bezdomnych”, potrzeba nie tylko mobilizacji potencjalnych następców lekarza-idealisty. Ba, nawet nie tylko tych, którzy byliby gotowi zajmować się nimi za pieniądze. Trzeba przekonać tych, którzy z problemami bezdomnych, chorych i wykluczonych nie chcą mieć osobiście nic wspólnego ani zawodowo, ani tym bardziej dobrowolnie. To właśnie od pozyskiwania środków od przeciętnego obywatela (i odpowiedniej ich alokacji) zależy możliwość realizacji programów społecznych na istotną skalę.
Kraje socjaldemokratyczne osiągnęły największe sukcesy w zwalczaniu wykluczenia społecznego właśnie dzięki przekonaniu społeczeństwa do realizowania solidarności przy dużym udziale sektora publicznego. Dodajmy, że model ten powstał w społeczeństwach mieszczańskich, których członkowie nie chcieli masowo wstępować w szeregi lokalnej Armii Zbawienia.
Samo zostawienie tej kategorii zadań w rękach państwa jednak nie wystarczy, jako że władza ma tendencję do spychania tych powinności na dalszy plan. Świeżym przykładem jest pozostawienie – wbrew uchwale Komisji Trójstronnej – progów uprawniających do pomocy społecznej na poziomie sprzed kilku lat, pomimo inflacji. W efekcie próg ten znajduje się obecnie na poziomie niższym niż minimum egzystencji, poniżej którego następuje biologiczne wyniszczenie człowieka. Mówimy tu o osobach w skrajnej nędzy, a więc tych, którzy byliby w polu zainteresowania Judyma. Takich ludzi jest w Polsce około 2 milionów!
Równie szkodliwe jak powyższe, rażące uchybienia, byłoby wysnucie na ich podstawie zbyt daleko idących wniosków. Skoro państwo nie radzi sobie z rozwiązywaniem problemów społecznych, niech zajmą się tym społecznicy, którzy zrobią to dobrowolnie! To mylny, choć często stawiany krok. Judymowie mogą doraźnie pełnić funkcje socjalne. Mogą także wspierać działania sprawnie funkcjonującego, ale z natury rzeczy nie wszechmocnego państwa. Jednak błędem byłoby uznanie, że państwo może zrzec się na ich rzecz swych kluczowych zobowiązań społecznych.
Nie tylko dlatego, że „podaż” Judymów jest ograniczona. To kierunek wątpliwy także dlatego, że państwo – przy wszystkich wadach wpisanych w jego praktykę oraz samą istotę – ma też niezaprzeczalne zalety. Mianowicie względem państwa znacznie łatwiej niż w przypadku podmiotów sektora społecznego i prywatnego formułować roszczenia, łatwiej też poddać kontroli sposób ich zaspokajania, a odpowiedzialnych za to zadanie funkcjonariuszy – sankcjom. Żeby była jasność: nie chodzi o to, by wywyższać „publiczne” ponad „społeczne”. Chodzi raczej o podkreślenie potrzeby działania w skali systemowej, do czego szczególnie predestynowany jest organizm państwowy, a także formy ponadpaństwowe, jak Unia Europejska – z tym, że ta ostatnia podlega znacznie słabszej demokratycznej kontroli. Można znaleźć również organizacje niepaństwowe, które prowadzą działalność na rzecz przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu w sposób systemowy.
W kontekście bezdomności przychodzi na myśl choćby Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta. Instytucja ta, działająca już od 30 lat, ma w dorobku, oprócz bezpośredniego świadczenia usług na rzecz podopiecznych, także rzecznictwo ich interesów i wspieranie władz publicznych poprzez tworzenie ekspertyz i rekomendacji w zakresie przeciwdziałania bezdomności. Zatem systemowe zmiany możliwe są zarówno w ramach sektora publicznego, jak i społecznego (a najlepiej w ramach partnerstwa organizacji z obu sektorów).
O ile jednak społecznikostwo, nawet jeśli relatywnie rzadko u nas praktykowane, jest odbierane dość przychylnie, o tyle instytucja państwa jest poddawana bezpardonowej krytyce. I choć wiele zarzutów wobec jego agend jest uzasadnionych, atmosfera wokół wszystkiego, co państwowe, jest przesadnie nieżyczliwa. Aby to zmienić, może zamiast szukać w kanonie literackim wzorca osobowego dla społeczników – należałoby szukać wśród aparatu państwowego zaangażowanych przedstawicieli, którzy tą drogą chcą działać na rzecz dobra publicznego?
Pewnego modelu dostarcza tu inna wielka powieść Żeromskiego, „Przedwiośnie”, w osobie Szymona Gajowca. Choć ostatecznie przegrywa batalię o duszę swego młodego, gniewnego podopiecznego – Baryka w końcowej scenie dołącza do komunistycznego pochodu przeciwko władzy – to jednak autor zdaje się zdradzać życzliwość dla podstarzałego państwowca, który poprzez reformy chce przynieść prawdziwą „wiosnę” polskiemu społeczeństwu. Żeromski, podobnie jak w wielu innych powieściach, sympatii tej nie demonstruje ostentacyjnie ani nie feruje jednoznacznych ocen, dając czytelnikowi spore pole manewru. W moim odczuciu ocena tego bohatera, zwłaszcza w świetle wyzwań współczesności, powinna być przychylna. Aby przeprowadzić „ludzi bezdomnych” przez „przedwiośnie” ku lepszej rzeczywistości, obecnie bardziej potrzebne są systemowe reformy państwowe (przy mobilizowaniu i wspieraniu oddolnych inicjatyw społecznych) niż zbiorowe czy – jak w przypadku doktora Judyma – indywidualne zrywy.
przez dr Rafał Bakalarczyk | piątek 4 marca 2011 | opinie
Elity odwracają się od PO – można było ostatnio przeczytać na łamach niejednej gazety.
Po publicznych deklaracjach rozczarowania partią rządzącą, które padły z ust kilku celebrytów, przyszły wyniki sondaży, zgodnie z którymi największy spadek poparcia Platforma odnotowuje wśród „młodych, wykształconych, z dużych miast” („Gazeta Wyborcza”, 25.02) Krytyczny wobec (neo)liberalnej wizji polityki obserwator w pierwszej chwili chciałby zakrzyknąć: nareszcie!
Czyżby dotarło w końcu nad Wisłę przewartościowanie w światowej debacie ekonomicznej, związane m.in. z kryzysem finansowym, co w połączeniu z realnymi skutkami tego ostatniego, jakich doświadcza na własnej skórze duża część polskiego społeczeństwa, zaowocowało przełomem? Nic z tego: elity pozostały tam, gdzie były. Bardziej prawdopodobne jest to, nad czym ubolewa Sławomir Sierakowski: Zniechęcające i demoralizujące jest to, że gdy Michał Boni i Jan Krzysztof Bielecki zaczęli odchodzić od neoliberalnych rozwiązań, Platforma zaczęła tracić, nie będąc w stanie obronić się przed populistyczną krytyką Balcerowicza i obrońców nieudanych reform (wywiad dla „Polska The Times”, 18.02).
Niepopularna medialnie decyzja w sprawie OFE, a w jej następstwie konflikt na dość szerokim froncie z papieżem polskiego liberalizmu ekonomicznego, wpłynęły na skalę politycznego poparcia dla PO. To, że wbrew oczekiwaniom niektórych ugrupowanie to nie stało się w części kwestii „bardziej papieskie od papieża” chwali się mu, ale też nie przesadzajmy z tym odejściem od neoliberalizmu. Skala problemów budżetowych, z którymi mierzy się obecnie Tusk, w znacznej mierze jest wynikiem działań – i to względnie świeżych – w których PO miała swój udział, a których sensowności dotąd nie zakwestionowała, ani w praktyce, ani w retoryce.
Problemy na własne życzenie
Chodzi mi oczywiście o mit niskich podatków, który zmaterializował się za czasów PiS, ku aprobacie PO. Spowodowało to spadek przychodów budżetowych, co teraz próbuje się równoważyć zmniejszaniem wydatków. Oczywiście wydatków socjalnych, mimo że nakłady na zabezpieczenie społeczne w relacji do PKB są w Polsce na jednym z niższych poziomów w UE, więc nie ma powodu, by oszczędności szukać akurat w tej sferze (a jedynie sposobów na bardziej efektywne wykorzystanie tych środków). Mitu o rozdętym systemie wydatków socjalnych PO także nie odrzuciła; swoją drogą, to dopiero byłaby rewolucja, choć obiektywnie patrząc byłoby to tylko uznanie łatwo sprawdzalnego faktu. Także podatek CIT, zmniejszony za czasów jeszcze wcześniejszej ekipy rządzącej (SLD), został przez PO podtrzymany na niewysokim na tle UE poziomie.
Broniłbym dziś ekipy Tuska, gdyby ongiś głośno protestowała przeciwko zmniejszaniu podatków lub przynajmniej cicho wyartykułowała sprzeciw rękami swych przedstawicieli podczas sejmowego głosowania w tej sprawie. Ba, spojrzałbym życzliwiej na niezdarne łatanie budżetu przez rząd, gdyby ten uderzył się w pierś i powiedział, że nie należało wówczas zmniejszać przychodów publicznych. Niestety, nic z tych rzeczy nie ma miejsca. Obecne problemy premiera są zatem w dużej mierze na własne życzenie. Obniżenie podatków i składki rentowej nie było ekonomiczną koniecznością, ale świadomymi decyzjami politycznymi, z których konsekwencjami trzeba było się liczyć.
Z władzy ludowej nieraz kpiono, że odnosi sukcesy w rozwiązywaniu problemów, które sama wywołuje. Zdanie to pasuje także do elit nowego ustroju, które są równie nieudolne. PO obok rozwiązań sensownych podejmuje też działania mało rozsądne, jak podwyżka stawek VAT (uderzająca w niezamożnych, a dodatkowo mogąca spowolnić gospodarkę), drastyczne zmniejszenie wydatków na aktywną walkę z bezrobociem czy brak waloryzacji wysokości progów uprawniających do świadczeń rodzinnych i tych z pomocy społecznej, co generuje długofalowe koszty społeczne i ekonomiczne.
Zerwanie umowy czy z dogmatem?
Nawet głośna sprawa OFE nie czyni z Tuska polityka, który wyzwolił się ze ślepo przyjmowanych dogmatów i odważnie rzucił rękawicę wpływowemu finansowemu lobby. Po pierwsze dlatego, że propozycji zmian nie wiąże on ani jego zaplecze – w odróżnieniu od minister Jolanty Fedak – z zakwestionowaniem logiki istniejącego systemu. Podyktowane są one raczej bieżącymi trudnościami z dopinaniem budżetu i zmniejszaniem długu, do którego wielkości, jak wspomniałem, PO się wcześniej przyczyniła. Przekonująco brzmi stanowisko Prezydium OPZZ w sprawie zmian w systemie emerytalnym, w którym czytamy: bezpośrednią przyczyną proponowanych zmian jest zła kondycja finansów państwa oraz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, do której doprowadziły rządy poprzez obniżenie podatków i składki rentowej, a nie chęć poprawy sytuacji przyszłych emerytów.
Po drugie, zaproponowane zmiany są mimo wszystko dość zachowawcze. Nie obejmują np. likwidacji obowiązkowego ubezpieczenia w OFE, a jedynie zmniejszenie składki (której wysokość ma z czasem znów wzrosnąć), w dodatku przewidują ulgi podatkowe dla oszczędzających dobrowolnie w prywatnych funduszach. Zarówno kapitałowe filary systemu emerytalnego, jak i administrowanie zgromadzonymi w nich środkami przez graczy rynków finansowych – pozostają nienaruszone. Propozycje te zakładają więc co najwyżej korektę systemu, zaś to, że funkcjonują w debacie publicznej jako rewolucyjne i wywołują jedną z najżywszych po ’89 r. dyskusji ekonomicznych, pokazuje jedynie, jak silnie budowany ład społeczny zakorzenił się w relacjach władzy (także tej czwartej) i myśleniu ludzi.
Przeciwnicy zmian w funkcjonowaniu OFE lubią powoływać się na niegdysiejszą „umowę społeczną”, która rzekomo jest obecnie brutalnie zrywana. Przywołuje się w tym kontekście stanowisko Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych z 1997 r. Otóż jak przypomniała podczas niedawnej konferencji Jolanta Fedak, wokół tamtej umowy narosło wiele mitów. Pani minister podkreśliła, że nie zdefiniowano wówczas ani wielkości składki, ani wysokości prowizji dla funduszy, a ponadto w stanowisku napisane było, że nie wszystkie uwagi partnerów społecznych zostały uwzględnione przez stronę rządową.
Swoją drogą istnieją bardziej ewidentne, a niemal przemilczane przejawy negowania umów społecznych, jak ta w sprawie płacy minimalnej, której wysokość rząd ostatecznie ustanowił na niższym poziomie, niż uzgodniono to na forum Komisji Trójstronnej. Poza tym, nawet jeśli coś powstało ponad dekadę temu jako „społeczna umowa”, czy oznacza to, że musi trwać w niezmienionej postaci już wiecznie, niezależnie od zmieniających się okoliczności i potrzeb?
Mówienie o zerwaniu umowy jest więc przesadą. Jeśli coś zostało zerwane, a przynajmniej lekko naderwane, to dogmat o tym, że rynki zawsze wiedzą lepiej, a pieniądze zarządzane przez firmy prywatne są zawsze bezpieczniejsze niż te zarządzane przez organy publiczne. Niestety, w Polsce podawanie w wątpliwość owego dogmatu wciąż bywa postrzegane jako szarganie świętości. Działania którejkolwiek partii, które wychodzą temu problemowi naprzeciw, zasługują na poparcie, ale na mówienie, że Platforma Obywatelska odchodzi od neoliberalizmu, jest jeszcze znacznie za wcześnie. Podobnie jak na mówienie o tym, że polskie elity przejrzały na oczy.