Mali pacjenci i duże problemy

Mali pacjenci i duże problemy

Rok Janusza Korczaka za nami, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zakończyła zbiórkę i przestała grać, a sytuacja chorych dzieci wciąż pozostaje mizerna i niepewna. Zwłaszcza tych najsłabszych, wymagających długotrwałego leczenia w specjalistycznych placówkach.

Ośrodki te są zadłużone i zawczasu nie podjęto kroków, aby temu problemowi zaradzić. Polskie Towarzystwo Pediatryczne w swym oświadczeniu zasugerowało zwiększenie nakładów na opiekę pediatryczną, wyższą wycenę świadczeń w tym zakresie i wprowadzenie referencyjności świadczeń pediatrycznych. W oświadczeniu tym wskazane są też przyczyny zadłużenia rosnącego z każdym rokiem. Oprócz wspomnianego niedoszacowania przez NFZ kosztów tego typu opieki należą do nich również same mechanizmy alokacji i tak skromnych środków, które – jak czytamy – pozostają rozproszone pomiędzy liczne niewielkie jednostki, zaś niekiedy konieczne „nadwykonania” nie znajdują odpowiedniej zapłaty lub znajdują ją jedynie w niepełnym wymiarze. Już to zwięzłe oświadczenie wskazuje na systemowy wymiar problemu, wciąż bagatelizowanego przez ministerstwo (na czele którego nota bene stoi pediatra z wykształcenia). Zmiany zachodzą w tym względzie zbyt wolno.

Minister Zdrowia swego czasu zapowiadał, że od 2013 r. zwiększy się wycena procedur pediatrycznych. Być może pozwoliłoby to na oddłużenie większości z działających dziś 22 szpitali dziecięcych, których dalsze funkcjonowanie jest zagrożone. Na przełomie listopada i grudnia doszło do spotkania z udziałem przedstawicieli placówek i NFZ, podczas którego poinformowano, że dopiero trwają badania pozwalające na nowo oszacować rzeczywisty koszt procedur pediatrycznych, za którymi ewentualnie będzie mogła iść zmiana finansowania. Proces owego przeszacowywania jest w toku, więc na zmianę wyceny świadczeń będzie trzeba jeszcze poczekać. Towarzyszy temu proceduralny bałagan, a rodzicom przewlekle chorych dzieci zafundowano przedłużający się stan niepewności.

System niewrażliwy na wiek

W ubiegłym roku głośna była sprawa Centrum Zdrowia Dziecka, które poddano ministerialnej kontroli – niedawno opublikowany raport wykazał szereg nieprawidłowości i błędów w zarządzaniu. Pozwoliło to Ministrowi oznajmić, że błędy wystąpiły na poziomie zarządzania placówką. Taki wniosek jest jednak o tyle wygodny, co groźny – gdyż zdaje się zwalniać z szukania strukturalnych źródeł problemu. Istnieją przesłanki wskazujące, że coś szwankuje w systemie, skoro nie tylko Centrum Zdrowia Dziecka boryka się z poważnymi trudnościami finansowymi.

Byli też tacy, dla których przypadek Centrum Zdrowia Dziecka stanowił koronny dowód na to, że system nie działa dobrze. Jednak taki punkt widzenia – jeśli wnioski wyciągalibyśmy na podstawie tego tylko przypadku – również byłby nieuprawniony. Trudna sytuacja poszczególnych placówek niekoniecznie dowodzi niesprawności systemu. Choć w tym wypadku poniekąd tak jest.

Jedną z wielu słabości polskiej służby zdrowia jest jej niewrażliwość na specyfikę i zmienność potrzeb związanych z trwaniem cyklu życia. Pokazuje to zarówno dotychczasowa wycena geriatrii, jak i pediatrii. Twórcy systemu nie dostrzegają, że zarówno najmłodsi, jak i najstarsi pacjenci wymagają specyficznego podejścia, które wykracza poza czynności stricte medyczne, a obejmuje także uwzględnienie szczególnych potrzeb i ograniczonych możliwości związanych z wiekiem. Na przykład wielochorobowość w przypadku osób starszych powoduje, że sporządzając diagnozę, a także podejmując decyzję w sprawie terapii, nie można koncentrować się na niesprawności jednego organu czy funkcji organizmu, lecz trzeba widzieć to w szerszym kontekście sprawności danej osoby, jej innych, obecnych i przeszłych schorzeń. Również czas rekonwalescencji w przypadku – zasadniczo słabszych – starszych osób jest dłuższy, choćby podczas zrastania się kości po złamaniach.

Tymczasem opieka geriatryczna jest wyceniana słabo, w efekcie czego nie ma finansowej motywacji dla tworzenia oddziałów geriatrycznych w szpitalach. Przekłada się to także na znikomą liczbę geriatrów względem ilości potrzebujących. Sytuacja dzieci wygląda podobnie – w ich przypadku również wycena świadczeń powinna uwzględniać dodatkowe, okołomedyczne czynniki, które nie występują lub są znacznie mniejsze w przypadku pacjentów w sile wieku.

Dlaczego leczenie dzieci jest droższe?

Dzieje się tak z kilku powodów. Mówiąc hasłowo, po pierwsze dzieci wymagają zatrudnienia większej ilości personelu – potrzeba więcej pielęgniarek i dodatkowo pielęgniarek dziecięcych. Po drugie większe są wydatki na żywienie dzieci, które potrzebują innej diety niż dorośli. Po trzecie droższa jest diagnostyka, gdyż dziecko wymaga często dodatkowych badań, których nie trzeba już wykonywać u dorosłych pacjentów. Po czwarte dodatkowy koszt stanowi pobyt na oddziałach pediatrycznych rodziców. Po piąte placówka jest często zmuszona do zakupu większej ilości sprzętu, bowiem dzieci bardzo małe potrzebują innej aparatury niż te starsze – potrzeby w toku rozwoju dziecka zmieniają się bardzo dynamicznie.

Wskazane wyżej czynniki przemawiają za podwyższoną wyceną świadczeń medycznych względem dzieci. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, bez zwiększenia nakładów oraz świadczeń zdrowotnych udzielanych na oddziałach pediatrycznych przyszłe losy szpitali dziecięcych są bardzo niepewne. A to może doprowadzić do dalszego pogorszenia sytuacji rodzin z ciężko chorymi dziećmi.

I kogo to obchodzi?

Jak ciężka jest sytuacja takich rodzin, można było swego czasu przeczytać w tygodniku „Przegląd” w artykule Elżbiety Turlej pod znamiennym tytułem „Mam chore dziecko. I kogo to obchodzi?”. Z przytoczonych tam historii wyłania się obraz rodzin, które czeka gehenna użerania się z procedurami biurokratycznymi, nie dający gwarancji powodzenia wysiłek zbierania środków za pośrednictwem fundacji i pieniędzy z 1% podatku oraz ogromne własne wydatki.

W wyjątkowo trudnej sytuacji zdają się być pacjenci cierpiący na choroby rzadkie, których leczenie jest szczególnie drogie, a często nieobjęte programami refundacji – w Polsce ten problem dotyczy kilkunastu procent pacjentów, z czego trzy czwarte stanowią właśnie dzieci. Przerzucenie kosztów leczenia na rodziny jest dla nich tym dotkliwsze, że długotrwała choroba przewlekła i towarzysząca temu niesamodzielność dziecka często bywają powodem rezygnacji choćby jednego (a nieraz jedynego) rodzica z zatrudnienia i przejścia na świadczenie pielęgnacyjne, które w chwili obecnej wynosi 620 zł (po 100-złotowej podwyżce z utrzymującego się przez lata poziomu 520 zł). Krótko mówiąc, choroba przewlekła czy niepełnosprawność dziecka często skazują rodziny na ubóstwo, w warunkach którego tym bardziej trudne jest pokrywanie kosztów leczenia z własnej kieszeni.

Lepiej chronić – zdrowotnie i socjalnie

W świetle powyższego szczególnie istotne jest, aby w ramach publicznych środków zapewnić jak najszerszy zakres świadczeń zdrowotnych dla najmłodszych – osób, które nie ponoszą odpowiedzialności za stan swego zdrowia. Motywują zresztą czy wręcz zobowiązują do tego zapisy konstytucyjne. Artykuł 68 Ustawy Zasadniczej stanowi, że „władze publiczne są zobowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku”.

Warto wspomnieć, że zapewnienie tej opieki zależy nie tylko od sposobu funkcjonowania służby zdrowia, ale także od czynników leżących poza nią, a mieszczących się w domenie zdrowia publicznego. Jednym z nich jest bieda. Według prognoz resortu pracy w tym roku aż 1/3 dzieci przyjdzie na świat w warunkach biedy. Ubóstwo to czynnik, który ogranicza potencjał rozwojowy, w tym zdrowotny, młodego pokolenia. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z ubóstwem skrajnym, które oznacza zagrożenie dla biologicznego przetrwania jednostki. W świetle danych GUS w takich warunkach żyją ponad 2 mln osób, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych. Ubóstwu towarzyszą niegodne warunki mieszkaniowe, skutkujące poważnymi chorobami. Nie da się walczyć z tym wyłącznie przy pomocy instrumentów polityki zdrowotnej; problem wymaga szerszej, społecznej strategii.

Pod zbyt krótką kołderką

Wyższa wycena świadczeń z zakresu pediatrii przez NFZ nie wystarcza, choć jest krokiem koniecznym. Ponadto trzeba mieć świadomość, że przydział większych środków na leczenie dzieci z funduszu zdrowia bez zwiększenia ich łącznych zasobów oznacza uszczuplenie środków na leczenie innych grup, o których potrzebach zdrowotnych również nie powinniśmy zapominać. Jednym z zasadniczych problemów polskiej służby zdrowia jest przecież ogólne niedofinansowanie, a nie tylko niedofinansowanie pediatrii. Kołderka, która ma pokryć podstawowe potrzeby obywateli, jest za krótka. Jeśli podciągniemy ją, żeby przykryć stopy, odkryjemy głowę. Jeśli będziemy chcieli okryć głowę, stopy zmarzną.

Od lat kolejne raporty porównawcze donoszą, że nakłady publiczne na opiekę zdrowotną w relacji do PKB ustępują europejskim standardom o kilka punktów procentowych. Specjalistka od ekonomii zdrowia, prof. Stanisława Golinowska, twierdzi, że składka zdrowotna jest ustalona na zbyt niskim poziomie. To wielce prawdopodobne, choć pamiętajmy, że niedofinansowanie sektora zdrowotnego w Polsce to nie tylko skutek ustawionych na zbyt niskim poziomie składek, z których zasila się NFZ. Ważniejsze wydają się inne czynniki, które – zwłaszcza w systemie głównie ubezpieczeniowym (finansowanym ze składek), a nie zaopatrzeniowym (finansowanym z podatków) – zdają się nasilać. Wysokie bezrobocie i niski poziom zatrudnienia skutkują tym, że maleją wpływy ze składek pochodzących ze stosunku pracy. Nawet jeśli realna skala pracujących w gospodarce narodowej jest wyższa, niż wynika to ze statystyk zatrudnienia (ze względu na pracę „na czarno”), to nie przekłada się to na wpływy do funduszu zdrowia. Praca w szarej strefie jest bowiem nieoskładkowana. Mamy też w Polsce do czynienia z rosnącą liczbą „umów śmieciowych”, w tym umów o dzieło (z których, w odróżnieniu od umowy-zlecenia, nie odprowadza się składek zdrowotnych). Bardzo niskie są również składki odprowadzane od osób przebywających na świadczeniu pielęgnacyjnym. W dodatku odnotowujemy spadek wynagrodzeń w gospodarce narodowej (w tym zamrożenie płac w budżetówce), a wielkość składki zależy proporcjonalnie od wysokości płacy. Ostatni z czynników, który może odgrywać w przyszłości coraz większą rolę, to spadek ludności w wieku produkcyjnym.

Dzieci – ofiary desolidaryzacji

Wiele ze wspomnianych czynników można i należy ograniczyć poprzez interwencję publiczną, jednak ich całościowa rekonstrukcja pokazuje, że chroniczny brak środków na opiekę zdrowotną to nie tylko – choć oczywiście także – skutek niewłaściwych decyzji decydentów, jeśli chodzi o podział publicznego „tortu”. To także konsekwencja tego, jak kształtują się stosunki społeczne, szczególnie stosunki pracy. Omijając kodeks pracy czy ustalając płace na jak najniższym poziomie dla pracowników, powinniśmy pamiętać, że na drugim końcu łańcucha zależności zabraknie środków na leczenie chorego dziecka. Choć może brzmieć to nieco populistycznie, to właśnie z takim mechanizmem, tyle że w skali makro, mamy do czynienia. Warto więc ugryźć się w język przed wygłoszeniem peanów na temat uelastycznienia rynku pracy czy utyskiwaniem na rzekomo zbyt wysokie koszty pracy. Pozapłacowe koszty, które przekazuje się do ZUS-u, nie są bezproduktywnym nawisem na wynagrodzeniu, lecz środkami odkładanymi na zabezpieczenie społeczne tych, których dotknie ryzyko socjalne, np. związane z utratą zdrowia.

Miniony rok, upamiętniający spuściznę „Starego Doktora”, to dobry pretekst, by publicznie przypomnieć o potrzebach najmłodszych i najsłabszych. Środki na leczenie dzieci i innych osób w potrzebie to sprawa wspólnotowa, obejmująca nas wszystkich. Pozytywne gesty solidarności, jakich dokonujemy w dzień Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, nie są w stanie zrekompensować procesów desolidaryzacji. A skutki tego – jak zwykle – ponoszą najsłabsi.

Szkoła życia? O wsparciu materialnym uczniów w Polsce

Szkoła życia? O wsparciu materialnym uczniów w Polsce

O edukacji dyskutuje się sporo, jednak pewne jej obszary traktowane są po macoszemu. Sferą zmarginalizowaną jest np. cały obszar polityki wsparcia materialnego uczniów – być może dlatego, że sam dotyczy grup społecznie zmarginalizowanych.

W Polsce ten problem jest szczególnie palący, bowiem wiąże się z pozaszkolnymi, społecznymi uwarunkowaniami systemu edukacji, na czele z wysoką stopą wykluczenia materialnego wśród dzieci i wysokim poziomem nierówności dochodowych. Według metodologii Eurostatu ubóstwem i/lub wykluczeniem społecznym zagrożone było w 2010 roku 30,8% osób w wieku do 17. roku życia (w UE średnio 26,9%), podczas gdy dla ogółu populacji wskaźnik ten był nieco niższy (27,8% w Polsce i 23,4% w UE). Możemy zatem mówić o tzw. juwenalizacji biedy w Polsce i w Europie. Nad sytuacją materialną dzieci pochyla się też raport UNICEF, w którym pod względem ubóstwa relatywnego i deprywacji materialnej plasujemy się na niechlubnym wysokim 24. miejscu (pierwsze miejsce ma kraj z najmniejszą skalą takich problemów) wśród analizowanych krajów rozwiniętych. Polskę cechują również bardzo wysokie nierówności dochodowe. Owe społeczne uwarunkowania zmniejszają szanse uczestnictwa w systemie edukacyjnym części uczniów, ograniczając np. możliwości zakupu książek, opłacania dodatkowych zajęć, a także generują m.in. poczucie bycia „gorszym” z powodu ubóstwa, co może negatywnie wpływać na motywację.

Warto przywołać tezę prof. Marty Zahorskiej o dualizmie warunków oświatowych. Zgodnie z nią system szkolny jest formalnie dość egalitarny (np. brak wczesnych selekcji), ale procesy społeczne są na tyle niekorzystne, że de facto szanse edukacyjne dzieci i młodzieży są mocno zróżnicowane. W takim razie, aby zapewnić dzieciom podobne możliwości uczenia się, nie wystarczy ograniczanie selekcji i segregacji na wczesnym poziomie, które odbywają się już na etapie przedszkolnym. Potrzebne są aktywne, kompleksowe działania zmierzające do wyrównania szans i warunków uczestnictwa dzieci ze środowisk defaworyzowanych. Jednym z takich działań jest polityka wsparcia materialnego uczniów. Warto jednak zastrzec, że pomoc materialna powinna być jedynie elementem wsparcia uczniów. Tam, gdzie to możliwe, powinien on być jak najsilniej powiązany z innymi wymiarami pomocy, obejmując również wsparcie psychologiczne, edukacyjne itp.

Sprawa wsparcia uczniów defaworyzowanych powinna zaprzątać głowę zarówno badaczy i praktyków oświatowych, jak i osób zajmujących się polityką społeczną. Problematyka ta leży bowiem na pograniczu tych dwu dziedzin. Oficjalnie jednak tak się nie dzieje – jest szereg rozproszonych form pomocy, z których po zestawieniu i przeanalizowaniu wyłania się dopiero pewien obraz. W niniejszym tekście posłużyłem się kryteriami opisu i klasyfikacji form wsparcia, które zawarłem w raporcie przygotowanym dla Wyższej Szkoły Pedagogicznej.

Główne dylematy

Pierwsze kryterium: wielkość świadczenia. Na ile ono odpowiada potrzebom? Można próbować oceniać wielkość na podstawie relacji do potrzeb, np. jak się ma wartość ufundowanej uczniowi „wyprawki szkolnej” do średnich wydatków związanych z zakupem książek, przyborów szkolnych i odzieży. W przypadku pewnych form wsparcia, np. programów dożywiania, liczy się nie tylko wielkość, ale i jakość (wartość odżywcza).

Drugie kryterium: forma świadczenia – pieniężne czy rzeczowe? Jest to kluczowe zagadnienie, które wiąże się z kwestią równowagi między skutecznością pomocy a autonomią jej odbiorców. W przypadku świadczeń rzeczowych zyskujemy większą gwarancję, że środki, które państwo wygospodarowało na dany cel, zostaną spożytkowane zgodnie z przeznaczeniem. Ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku rodzin głęboko dysfunkcyjnych, w których np. występuje alkoholizm – pojawia się wówczas ryzyko, że pieniądze z zasiłku przeznaczonego na naukę dziecka zostaną przynajmniej w części wydane w inny sposób.

Wsparcie rzeczowe zmniejsza to ryzyko. Zakłada ono jednak na starcie brak wiary w odpowiedzialność i umiejętność podejmowania właściwych decyzji przez potrzebujących. Choć w przypadku części rodzin dysfunkcyjnych ów brak wiary bywa uzasadniony, pojawia się pytanie, czy traktując je paternalistycznie, ułatwiamy przezwyciężenie takich postaw i uczymy mądrego gospodarowania ograniczonymi środkami. Moim zdaniem: nie.

Nie ma łatwego wyjścia z tego dylematu, ale można go łagodzić za sprawą podejścia zindywidualizowanego. Wybór formy wsparcia powinien być zależny od rozpoznania potrzeb i możliwości rodzin. Część z nich ma po prostu problemy materialne i należy dać im środki, by mogły nimi załatać domowy budżet. Część natomiast jest jeszcze przed reintegracją społeczną lub w jej wczesnej fazie i wówczas bezpieczniejszy będzie większy udział pomocy rzeczowej i usługowej. Aby prowadzić taką politykę, potrzeba jednak dobrej diagnozy sytuacji rodziny, dokonanej przez profesjonalne służby społeczne – diagnozy, która nie będzie jednorazowa, lecz aktualizowana w toku pracy z ową rodziną. Niestety w Polsce służby społeczne są niedofinansowane i nie działają w sposób skoordynowany ze sobą nawzajem ani ze szkołą. Dlatego możliwość trafnej oceny potencjału rodziny jest ograniczona, podobnie jak rozpoznanie rzeczywistych potrzeb i deficytów edukacyjnych dzieci.

Trzecia kwestia to grupa odbiorców. Czy świadczenie będzie przysługiwało tylko tym najuboższym, żyjącym poniżej odpowiedniego progu dochodowego (w domyśle: najbardziej potrzebującym) oraz uczniom o szczególnych potrzebach (np. niepełnosprawnym), czy też ma ono przysługiwać w podstawowym wymiarze wszystkim jako wyraz ich praw społecznych? Przywykliśmy sądzić, że świadczenia, zwłaszcza te materialne, są marnotrawione, jeśli nie trafiają do najuboższych. Ale czy wprowadzenie arbitralnego kryterium faktycznie pozwoli dotrzeć do wszystkich potrzebujących? Praktyka realizowania dożywiania dzieci pokazuje, że nie, zwłaszcza gdy progi są niskie i sztywno przestrzegane, bez uwzględnienia specyfiki danej rodziny. Złagodzić ów problem może ustalenie progu na wysokim poziomie, a także dopuszczenie odstępstw w wybranych przypadkach.

Czwarty dylemat wiąże się ze sposobem przyznawania świadczenia, jego dystrybucją. Czy refundowanie poniesionych i pokwitowanych kosztów to dobra strategia? Z jednej strony tak – mobilizuje beneficjentów, żeby właściwie wykorzystali pieniądze, a władze otrzymują gwarancję, że środki zostały wydane zgodnie z przeznaczeniem. Jednak wiele rodzin nie ma na starcie wystarczających środków, by najpierw samodzielnie, bez zadłużania się, dokonać zakupu pomocy edukacyjnych dla dziecka, a dopiero później liczyć na refundację.

Ze sposobem dystrybucji wiąże się jeszcze kwestia stygmatyzacji, szczególnie ważna w kontekście wykluczenia edukacyjnego. Przyznawanie świadczeń powinno być zorganizowane w taki sposób, aby nie naznaczało negatywnie. Ma to kluczowe znaczenie w przypadku dzieci, bardzo zależnych od opinii grupy.

Po określeniu parametrów instrumentów poli­tyki wsparcia – wielkości, formy, kryteriów dostępu i sposobu dystrybucji – można przejść do omówienia samych instrumentów. Postanowiłem zająć się tymi, które są realizowane przy pomocy środków publicznych. Są to:

  • dodatki edukacyjne do zasiłku rodzinnego, przyznawane przez gminy na podstawie ustawy o świadczeniach rodzinnych;
  • stypendium i zasiłek szkolny, przyznawane przez gminy na podstawie ustawy o systemie oświaty;
  • rządowy program „Wyprawka szkolna”;
  • wieloletni program „Pomoc państwa w zakresie dożywiania”;
  • programy żywieniowe realizowane przy współudziale środków UE: „Szklanka mleka” i „Owoce w szkole”.

„Edukacyjne” dodatki do polityki rodzinnej

Świadczenia rodzinne nie odnoszą się bezpośrednio do wsparcia ucznia. Mają jednak poprawić sytuację rodzin ubogich, a więc pośrednio wpływają na warunki materialne (i nie tylko), w jakich uczy się dziecko. Zwiększenie dochodu rodziny może ograniczyć ryzyko napięć, jakie pojawiają się w warunkach rygorystycznego zaciskania pasa. Wielkość zasiłków jest jednak zbyt niska, podobnie jak próg dochodowy uprawniający do ich otrzymania. Od 2004 r. wynosił 504 zł na osobę w rodzinie (583 zł, gdy wychowuje się w niej dziecko niepełnosprawne), zaś od listopada 2012 r. próg podniesiono do kwoty 552,3 zł (639,8 zł dla rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem). Również samo świadczenie zostanie nieznacznie podniesione. Brak podwyższania progu przez lata sprawił, że liczba dzieci objętych pomocą drastycznie spadła. Wiele osób wypadło poza system, na który składa się nie tylko niewielki zasiłek, ale także siedem dodatków do niego, związanych z konkretnymi sytuacjami i potrzebami, takimi jak np. urodzenie dziecka, przebywanie na urlopie wychowawczym, samotne wychowywanie dziecka, wychowywanie dziecka w rodzinie wielodzietnej itd. Warto zaznaczyć, że w odróżnieniu od kryterium dochodowego i kwoty zasiłków, wysokość dodatków pozostanie na dotychczasowym, niewysokim poziomie! Trzy spośród siedmiu dodatków wiążą się z potrzebami edukacyjnymi. Są to:

  • jednorazowy dodatek z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego, wynoszący 100 zł;
  • dodatek z tytułu rehabilitacji i kształcenia dziecka niepełnosprawnego: 60 zł dla dziecka do 5. roku życia, 80 zł dla dziecka w wieku 5–18 lat oraz – w przypadku orzeczenia o niepełnosprawności w stopniu znacznym lub umiarkowanym – w wieku 18–24 lat;
  • dodatek z tytułu kształcenia dziecka poza miejscem zamieszkania: 50 zł, jeśli dziecko dojeżdża, oraz 90 zł, jeśli mieszka w internacie lub na stancji.

Jak widać, dodatki te są niskie w relacji do potrzeb wynikających z powyższych sytuacji. Są to świadczenia wyłącznie pieniężne i bardzo selektywne, przyznawane w oparciu o sztywne kryterium dochodowe, bez możliwości odstępstw od niego. Z uwagi na niepodnoszenie progów oraz równoczesny wzrost cen i średnich zarobków wielkość wypłacanych dodatków zmalała w ostatnich latach. Budżet zaoszczędził, lecz czy to właśnie w tej sferze powinniśmy szukać oszczędności? Tym bardziej, że – jak wynika z danych Eurostatu – już w 2009 r. wydawaliśmy na zabezpieczenie rodzin i dzieci najmniejszą część narodowego bogactwa w całej UE.

Warto przyjrzeć się tym trzem rodzajom świadczeń. Kwoty wydawane na wypłatę dodatków związanych z nauką poza miejscem zamieszkania mogą wzrosnąć, ponieważ coraz więcej dzieci będzie się uczyć z dala od domu. Dzieje się tak ze względu na masowy proces likwidacji szkół, zwłaszcza w środowiskach wiejskich, ale także w metropoliach. Rodzi to duże koszty, dla rodzin mniej zamożnych trudne do udźwignięcia. Choć gminy mają obowiązek zapewnić transport dzieci do szkół, jest wątpliwe, czy wszystkie się z tego należycie wywiążą. W związku z kurczeniem się infrastruktury transportowej w Polsce powiatowej wiele dzieci o niskim statusie materialnym nie skorzysta np. z zajęć dodatkowych, bowiem o danej porze nie kursują już autobusy do ich miejscowości. Ponadto oddalenie szkoły od domu i społeczności, w której wychowuje się dziecko zmarginalizowane, może utrudnić identyfikację jego potrzeb oraz wsparcie ze strony służb socjalnych i edukacyjnych.

Również udział dzieci niepełnosprawnych będzie w najmłodszych pokoleniach rósł, w tym także tych, które rodzice chcieliby posyłać do szkół masowych i integracyjnych, zgodnie ze współczesnymi trendami pedagogiki oraz rosnącymi świadomością i aspiracjami rodziców. Wzrasta też liczba dzieci o głębokiej niepełnosprawności, które wymagają opieki i rehabilitacji, nieraz długookresowej i intensywnej. Wyjściem w stronę tych grup jest wspomniany dodatek z tytułu rehabilitacji i kształcenia dziecka niepełnosprawnego. W ruchu rodzin osób niepełnosprawnych, z którym współpracuję, kwestionowana jest nie tylko wysokość, ale przede wszystkim konstrukcja tego świadczenia. Sugeruje się po pierwsze, by znieść lub podwyższyć limit wieku. Obecnie wynosi on 24 lata, tymczasem osoba niesamodzielna, którą opiekuje się rodzina, powinna mieć prawo do rehabilitacji także po przekroczeniu tego wieku. Można by też pójść dalej i zlikwidować (lub podnieść) kryterium dochodowe uprawniające do korzystania z tego dodatku. Możliwość skorzystania z niego w oparciu o potrzeby (świadczenie typu needs-tested), a nie o bardzo niski dochód (means-tested), byłaby wskazana zarówno z punktu widzenia kompensacyjnego (zmniejszenie nakładów ponoszonych na rehabilitację i edukację dziecka ze strony rodzin), jak i motywacyjnego (część osób, która obecnie ze względów materialnych nie korzysta z tego wsparcia, mogłaby się na nie zdecydować, wiedząc, że państwo sfinansuje je w większym stopniu). Ulokowanie dziecka w ramach instytucjonalnych dziennych placówek edukacyjnych może odciążyć rodziców, podnieść ich jakość życia, a niektórym także umożliwić podjęcie pracy, choćby w niepełnym wymiarze, co z kolei zmniejszy problem ubóstwa tych rodzin.

Trzeci „edukacyjny” dodatek do zasiłku rodzinnego jest związany z rozpoczęciem roku szkolnego. Wynosi 100 zł, tymczasem według badań CBOS w 2011 r. prawie połowa rodzin przyznała, że wydatki związane z rozpoczęciem roku szkolnego wyniosły powyżej 800 zł, a następne 25% respondentów określiła ich poziom w przedziale 501–800 zł. Jedynie 2% indagowanych odpowiedziało, że wydają na ten cel poniżej 200 zł.

Wyprawka, stypendium i zasiłek szkolny

Na szczęście wspomniany dodatek nie jest jedynym wsparciem, na jakie może liczyć rodzina w związku z rozpoczęciem roku szkolnego. Działa bowiem także rządowy program „Wyprawka szkolna”, zorganizowany wedle zasady refundacyjnej. Gdy rodzina uprawniona do wsparcia udokumentuje, że dokonała określonych zakupów, może uzyskać post factum refundację do wysokości limitowanej ustawowo. Nie wszystkich rodziców jednak stać na wyłożenie danej sumy bez zapożyczania się. Ponadto zakres uprawnionych budzi pewne zastrzeżenia ze względu na zbyt restrykcyjne i wybiórcze kryteria selekcji. „Wyprawka szkolna” przysługuje bowiem uczniom spełniającym kryterium dochodowe, przekraczającym kryterium dochodowe, ale doświadczającym trudnych sytuacji życiowych uwzględnionych w ustawie o pomocy społecznej (ich udział w ogólnej liczbie beneficjentów nie może jednak przekroczyć 5%), a także uczniom niepełnosprawnym. Świadczenie jest więc selektywne – częściowo zależne od dochodu (1. grupa uprawnionych), a częściowo od potrzeb (2. i 3. grupa uprawnionych). Możliwość wsparcia i jego wysokość zależą także od rodzaju szkoły oraz rodzaju klasy. Na rok 2012/2013 przeznaczone są następujące kwoty:

  • 180 zł dla uczniów klas I–III szkoły podstawowej;
  • 210 zł dla uczniów klas IV szkoły podstawowej oraz niepełnosprawnych uczniów klas IV–VI szkoły podstawowej;
  • 325 zł dla niepełnosprawnych uczniów gimnazjum;
  • 352 zł dla uczniów klas I szkół ponadgimnazjalnych i niepełnosprawnych uczniów szkół ponadgimnazjalnych.

Już z tego wyliczenia widać, że z dofinansowania podręczników nie będą korzystać ubodzy uczniowie niektórych klas. Program omija pełnosprawnych uczniów klas V i VI szkoły podstawowej, uczniów gimnazjum, a także uczniów klas powyżej I szkół ponadgimnazjalnych.

Teoretycznie mogą oni otrzymać podręcznik od starszego rodzeństwa, kolegów lub kupić taniej. Ustawodawca nie przewidział jednak, że części dzieci nie uda się pozyskać wymaganych podręczników tą drogą ani że pozyskane podręczniki mogą być w niezadowalającym stanie. Niektórzy uczniowie muszą kontynuować edukację z bardzo wybrakowanym zestawem podręczników, a owe braki w rodzinach defaworyzowanych (niejednokrotnie wykluczonych cyfrowo, bez dostępu do Internetu) trudno uzupełnić innymi kanałami.

Zasadniczo świadczenie to adresowane jest do najuboższych. Kryterium dochodowe jest również warunkiem uzyskania stypendium szkolnego, wyszczególnionego w ustawie o systemie oświaty z 1991 r. W tym wypadku nie przewiduje się odstępstw od kryterium dochodowego. Zgodnie z literą prawa stypendium może być przeznaczone na całkowite lub częściowe opłacenie uczniom udziału w zajęciach dodatkowych, w tym wyrównawczych, albo na zakup pomocy naukowych, zwłaszcza podręczników. Preferowana jest forma rzeczowa, choć samorząd ma prawo wypłaty świadczenia pieniężnego, gdy inna forma nie jest możliwa. Podobne zalecenia odnoszą się do zasiłku szkolnego, który przysługuje dzieciom przeżywającym czasowe trudności materialne z powodu zdarzenia losowego.

Tak stanowi prawo, ale co z jego realizacją? Częściowej wiedzy na ten temat dostarcza raport kontroli NIK z 2011 r., przeprowadzonej w 52 szkołach na terenie 19 gmin z 10 województw. Celem kontroli była ocena sposobu podziału i wykorzystania środków, realizacji zadań wynikających z istniejącego prawa przez odpowiednie podmioty oraz efektów takiej pomocy.

Wnioski z raportu nie są wesołe. Dowiadujemy się na przykład, że gminy organizujące pomoc materialną nie bardzo radzą sobie z tym zadaniem. W 2009 r. do budżetu wróciło 9% środków przeznaczonych na ten cel, a w 2011 r. już 16%. Dzieje się tak, ponieważ programy takie jak „Wyprawka szkolna” opierają się na wspólnym wkładzie gmin i budżetu. Pieniądze z budżetu mogą być wykorzystane, jeśli gmina będzie posiadała odpowiedni wkład własny. Gdy tak się nie stanie, środki nie zostają wykorzystane. Inne wnioski płynące z raportu to:

  1. MEN nie kontroluje rozdzielania i wydawania środków, ponieważ prawo go do tego nie zobowiązuje;
  2. większość gmin nie przeprowadza rozpoznania potrzeb na swoim terenie, do czego prawo ich również nie zobowiązuje;
  3. w większości gmin wsparcie jest realizowane w formie pieniężnej, co – w przypadku braku kontroli wydatkowania – nie daje gwarancji, że zostało przeznaczone na cele edukacyjne;
  4. w części gmin zdarzało się łamanie prawa (wprowadzanie dodatkowych kryteriów, opóźnienie wypłaty stypendium lub decyzji o jego przyznaniu).

Ogólna konkluzja, jaka nasuwa się po przeczytaniu raportu, jest taka, że po raz kolejny polska rzeczywistość nie odpowiada zapisanym w prawie założeniom normatywnym, a środki przeznaczone na pomoc nie są skutecznie wydatkowane.

Dożywianie w dobie likwidacji stołówek

W Polsce ogromną i wstydliwą kwestią społeczną jest niedożywienie dzieci. To zjawisko trudne do uchwycenia przy pomocy wskaźników ilościowych, ale bezsprzecznie wymagające poważnego potraktowania. Dotyczy braku zaspokojenia najbardziej elementarnych potrzeb. Rodzi ogromne straty w potencjale ludzkim i społecznym młodego pokolenia poprzez zły wpływ na zdrowie, możliwości przyswajania wiedzy czy poziom agresji.

Programy dożywiania ludności (w tym na szczególnych zasadach młodzieży szkolnej) funkcjonują w Polsce od dawna. Początkowo realizowane były wyłącznie przez gminy, ale z uwagi na niemożność samodzielnego podołania temu wyzwaniu otrzymują od lat systemową, pieniężną pomoc z budżetu w ramach rządowego programu „Pomoc państwa w zakresie dożywiania”, funkcjonującego od 2005 r. i wielokrotnie modyfikowanego. Ogólny kierunek owych modyfikacji jest słuszny, bo pozwala na objęcie programem większej liczby uczniów, ale wciąż niewystarczający. Obecnie mogą z niego korzystać uczniowie z rodzin, których dochód nie przekracza 150% kryterium dochodowego uprawniającego do pomocy socjalnej – gminy mają jednak możliwość zwiększenia tego progu. Szkoła może też na prośbę dziecka objąć je Programem bez konieczności robienia testu dochodów ani wywiadu środowiskowego, przy czym limit takich dzieci w ogólnej puli świadczeniobiorców nie może przekraczać 20% (do 1 stycznia 2010 roku było to 10%).

Obecność tego limitu wydaje się nieporozumieniem. Oznacza to bowiem, że dopuszczamy sytuację, w której dziecko będzie chciało być dożywiane, ale z uwagi na to, że limit został przekroczony, zostanie z tego wsparcia wykluczone. Taka sytuacja nam wprawdzie nie grozi, gdyż dzieci niechętnie zgłaszają się po pomoc w obawie przed stygmatyzacją lub wskutek niewiedzy, że istnieje taka możliwość. Jednak prawnie taka kuriozalna sytuacja jest dopuszczalna, co wymaga rewizji.

Choć program stopniowo stawał się coraz bardziej inkluzyjny, jego realizacja nie jest wolna od zagrożeń. Owo zagrożenie wiąże się z likwidacją stołówek szkolnych. Najważniejsza z obaw, jakie towarzyszą likwidacji stołówek i przekazywaniu ich zadań prywatnym podmiotom zewnętrznym, dotyczy spodziewanego wzrostu kosztów ponoszonych przez rodziców. Doświadczenia warszawskie, gdzie już w minionych latach dokonano przekształceń, a obecnie mają one nastąpić na jeszcze większą skalę, pokazują, że tam, gdzie przekazano żywienie podmiotom zewnętrznym, koszty ponoszone przez rodziców wzrosły średnio o 30%. Wynika to w dużej mierze z tego, że w stołówkach rodzice płacili jedynie za sam produkt (tzw. wsad do kotła), a wraz z przekształceniem stołówek szkoły chętnie wyzbywają się całkowicie odpowiedzialności za żywienie dzieci.

Część rodziców może w wyniku podrożenia posiłków nie być w stanie opłacić ceny pełnego obiadu, a jednocześnie nie zmieścić się w kryterium dochodowym uprawniającym do skorzystania z programu dożywiania. Nawet gdy ich pociechy „załapią się” na pomoc, będzie to oznaczało dodatkowy koszt dla gmin. Zatem czy szukanie oszczędności na prowadzeniu stołówek jest rzeczywiście ekonomicznie uzasadnione?

W kontekście programów dożywiania, likwidacja stołówek ma jeszcze jedną wadę. Jak wskazała jedna z kucharek zrzeszonych w warszawskim „Porozumieniu Oświatowym”: tam, gdzie stołówka jest prowadzona przez szkołę (w odróżnieniu od cateringu), suma jedzenia nie jest dokładnie wymierzona, zawsze trochę zostaje i można to przeznaczyć dla dziecka głodnego, które nie korzysta z programu dożywiania. Oczywiście nie powinniśmy na takiej uznaniowej formie dystrybucji opierać myślenia o dożywianiu dzieci, jednak jest to pewien wentyl bezpieczeństwa, gdy formalne formy wsparcia zawodzą.

Nie bez znaczenia dla socjalizacji uczniów jest fakt wspólnego spożywania posiłków przez dzieci z różnych warstw. Buduje się tym samym w ich świadomości poczucie wspólnoty i tego, że wszyscy są podmiotami społecznych praw. Taka filozofia zdaje się przyświecać polityce edukacyjnej Szwecji i Finlandii, gdzie wszystkie dzieci otrzymują w szkole bezpłatny posiłek (oraz podręczniki i przybory szkolne).

W Polsce, gdzie system jest selektywny, pomoc jest nieraz dostarczana w taki sposób, że bardziej szkodzi, niż wspiera. Pomoc bywa udzielana niedyskretnie, wystawiając dziecko „na świecznik”. W obawie przed stygmatyzacją część głodnych dzieci może nie skorzystać z przysługujących im praw. Występowanie takich sytuacji sugeruje pośrednio kontrola NIK z 2009 r., która wykazała, że część uprawnionych nie zgłasza się po pomoc. Może też dochodzić do segregacji w dostępie do posiłków między uczniami dożywianymi a resztą, np. wówczas gdy obie grupy otrzymują na obiad coś innego lub siedzą w osobnej części stołówki.

Segregacja w murach szkolnych jest szczególnie groźna, gdyż dzieci doświadczające jej przejawów przyswajają podziały i bariery społeczne jako naturalne. Warto dodać, że zróżnicowanie dokonuje się na poziomie międzyszkolnym. Jak przed rokiem informowała prasa, podczas gdy dzieci dożywiane w miastach mogą liczyć na pełny obiad, ich rówieśnicy w małych szkołach wiejskich niejednokrotnie otrzymują jedynie przekąskę na zimno.

Szklanka mleka w połowie pusta

Dożywianie w szkole powinno nie tylko zaspokajać głód, ale także przygotowywać do zdrowych nawyków żywieniowych. Nacisk na profilaktykę i promocję zdrowia jest jeszcze silniejszy, gdy mówimy o programach współfinansowanych ze środków UE – „Szklanka mleka” i „Owoce w szkole”. Obydwa są adresowane do uczniów szkół, które złożą wniosek o uczestnictwo w programie. Gdy tak się stanie, posiłki i napoje otrzymują wszyscy uczniowie, niezależnie od sytuacji rodzinnej i testu dochodu.

W tym sensie program jest – co nieczęste w polskim systemie wsparcia uczniów – uniwersalny. W istocie nie jest jednak uniwersalny w pełni (a więc powszechny, dostępny dla wszystkich uczniów w Polsce) z uwagi na to, że choć szanse na uzyskanie świadczenia nie zależą od sytuacji rodzinnej dziecka, to zależą od polityki szkoły, do której uczęszcza.

W dodatku program „Owoce w szkole” jest przeznaczony tylko dla uczniów klas I–III. Czy pierwsze trzy lata edukacji wystarczą, by wpoić dzieciom nawyk sięgania po owoce i warzywa w codziennej diecie? A jeśli nawet tak, to co, jeśli domowa kuchnia nie zapewnia starszym uczniom jedzenia owoców i warzyw w wystarczającej ilości? Czy starsze dzieci nie są zagrożone niedoborem produktów owocowo-warzywnych? Przecież to właśnie wraz z dorastaniem dziecka rodzi się więcej pokus, by odżywiać się niezdrowo.

Wnioski i rekomendacje

Polityka edukacyjna w Polsce jest realizowana w bardzo niekorzystnym kontekście, którego szczególnie przykrymi symptomami są bieda i wykluczenie społeczne dzieci oraz ryzyko niedożywienia części z nich. W związku z tym szczególnie uzasadnione na polskim gruncie są działania zmierzające do wsparcia materialnego uczniów, w tym w zakresie dożywiania.

Polityka wsparcia materialnego uczniów jest w Polsce nieautonomiczna względem zjawisk, jakie dzieją się poza sferą oświaty. Krąg uprawnionych do dużej części form wsparcia jest zależny od progów dochodowych (świadczeń rodzinnych i pomocy rodzinnej), a więc czynników kształtowanych poza sferą oświaty. A ponieważ polityka socjalna i rodzinna jest w Polsce bardzo selektywna (wciąż niskie progi), wsparcie materialne jest dostępne dla kręgu odbiorców węższego niż grupa rodzin, którym rzeczywiście takie wsparcie by się przydało.

Również w systemie oświaty istnieją zjawiska prowadzące do reprodukcji nierówności społecznych i pomnażające ryzyko marginalizacji grup defaworyzowanych. Do zjawisk tych należą choćby likwidacja szkół i przekazywanie stołówek podmiotom prywatnym. Procesy te mogą prowadzić do wzrostu edukacyjnych kosztów ponoszonych przez rodziny, a jednocześnie utrudniają efektywną realizację programów wsparcia i skuteczne dotarcie do potrzebujących.

Sama infrastruktura wsparcia – choć obejmuje niemało instrumentów – nie tworzy spójnego systemu, który odpowiadałby wszystkim potrzebom. Świadczenia są w dużej mierze nazbyt selektywne, aczkolwiek w przypadku niektórych instrumentów istnieją pewne, nie dość często otwierane furtki dla ominięcia progu. Programów opartych na diagnozie potrzeb (a nie tylko technicznym wyznaczeniu dochodu), jest niewiele. Jeszcze mniej jest świadczeń działających w logice uniwersalnej, a i tu „uniwersalność” jest niepełna („Owoce w szkole”, „Szklana mleka”). Wysokość świadczeń jest nieduża względem potrzeb, co widzimy, choćby porównując wsparcie z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego do realnych wydatków ponoszonych przez rodziny. W praktyce dominują świadczenia pieniężne, co rodzi ryzyko, że pomoc nie trafi do dzieci lub zostanie wydana na cele inne niż edukacyjne. Nawet te instrumenty, które w świetle prawa powinny w pierwszej kolejności być realizowane „w naturze”, zbyt często – co pokazują kontrole – wypłaca się w postaci zasiłku pieniężnego. Także sposób dystrybucji – zwłaszcza gdy mówimy o programie dożywiania – budzi niekiedy zastrzeżenia.

Aby uzdrowić sytuację, należałoby zatem:

  1. W debacie publicznej i politycznej podnieść rangę tego wymiaru polityki edukacyjnej, ujawnić jej braki i toczyć spór o środki zaradcze. Płaszczyzn potencjalnego sporu (który może prowadzić jednak do szerokiego konsensusu) jest wiele na poziomie celów i „treści” wsparcia (forma i wielkość świadczenia, zasady dystrybucji i zakres odbiorów) oraz tego, jak owe cele skutecznie i efektywnie zrealizować.
  2. Przez pryzmat możliwości realizacji skutecznego wsparcia uczniów należy przyglądać się także szerszym tendencjom w polityce edukacyjnej związanym z likwidacją i przekształceniami placówek szkolnych (i sposobu prowadzenia stołówek w ich ramach) czy segregacjom związanym z rozwojem segmentu szkolnictwa prywatnego. Polityka wsparcia materialnego powinna umiejętnie reagować na te zjawiska i łagodzić ich negatywne skutki społeczne.
  3. Leczyć problemy tam, gdzie się pojawiają, a więc w środowisku rodzinnym dziecka, ograniczając sferę ubóstwa wśród rodzin przy pomocy polityki społecznej, w tym polityki zatrudnieniowej, rodzinnej, mieszkaniowej i socjalnej. Bez strategii walki o godne społeczno-ekonomiczne warunki życia i nauki polskich dzieci i młodzieży same programy wsparcia materialnego nie wystarczą. Powinny być one jedynie (koniecznym!) uzupełnieniem.
  4. Polityka wsparcia materialnego powinna być z jednej strony bardziej autonomiczna względem tego, co dzieje się w polityce socjalnej i rodzinnej (np. część instrumentów mogłaby być słabiej powiązana z istniejącymi restrykcyjnymi progami dochodowymi), z drugiej zaś strony być silniej skoordynowana z działaniem służb społecznych w tym obszarze (np. warto zacieśnić i pogłębić współpracę pracowników socjalnych z kadrą szkoły w celu lepszego zidentyfikowania potrzeb dziecka i możliwości jego rodziny i środowiska).
  5. Należy dążyć do rozszerzania zakresu odbiorców programu, przy jednoczesnej indywidualizacji podejścia do nich i ich rodzin oraz kompleksowości stosowanych instrumentów. Elastyczne mechanizmy selekcji powinny służyć nie oddzieleniu potrzebujących od niepotrzebujących wsparcia, lecz wyznaczeniu, kto jakiej pomocy potrzebuje i jakie środki w danym przypadku będą najwłaściwsze. Polityka wsparcia powinna wykorzystywać różne instrumenty, jeśli chodzi o formę (rzeczowe czy pieniężne) oraz o zasady dostępu. Ważne, aby instrumenty były stosowane adekwatnie do sytuacji danego dziecka i zmian zachodzących w niej.
  6. W obliczu silnej orientacji polityki wsparcia na selekcję w oparciu o dochód, zasadne wydają się działania łagodzące lub równoważące ową selektywność. Wśród możliwych kierunków zmian można wymienić uniezależnienie części świadczeń od progu dochodowego, podwyższanie kryterium dochodowego oraz rozbudowanie systemu świadczeń niezależnych od dochodu.
  7. Powiązać sferę wsparcia materialnego silniej ze wsparciem pozamaterialnym (socjalizacyjnym, profilaktycznym, integracyjnym) poprzez dofinansowywanie oferty zajęć dodatkowych, aby dzieci z biedniejszych rodzin nie pozostawały zbytnio w tyle za bogatszymi rówieśnikami, których stać na prywatne korepetycje. Polityka wsparcia materialnego może też być ściślej powiązana – tam, gdzie to wskazane – z działalnością reintegracyjną na rzecz całych rodzin, w których wychowują się dzieci zmarginalizowane.

To tylko ogólne kierunki, które czekają na przyporządkowanie konkretnym, szczegółowym działaniom. Polityka wsparcia materialnego uczniów, jawiąca się obecnie jako terra incognita o niejasnych granicach i podglebiu, powinna być użyźniona nowymi pomysłami i zaorana stanowczymi, kompleksowymi działaniami.

Mali pacjenci i duże problemy

Starość w „chłodku”

Pamiętacie scenę z „Przedwiośnia”, kiedy terminujący u okolicznego ekonoma Cezary Baryka, po pobycie w leniwym i pełnym intryg dworku w Nawłoci, napotyka w Chłodku grupę starych, zabiedzonych ludzi, wegetujących i marznących w nieogrzanej szopie? To doświadczenie było – podobnie jak wcześniej konfrontacja ojcowskiej wizji „szklanych domów” z obrazem biednej, przygranicznej wioski – kolejnym bolesnym przesileniem w dojrzewaniu społecznym głównego bohatera. Owe przedwiosenne „przesilenia” to szczególnie ważne momenty formacyjnej powieści. Niestety literacki obraz Chłodka wydaje się nie odbiegać od rzeczywistych obrazów również współczesnej Polski.

Podczas gdy jedni bawią się na warszawskich salonach czy w nobliwych kawiarniach, na marginesie polskich przemian żyje, a często wręcz wegetuje, wielu starszych, pozostawionych samych sobie ludzi. Znaleźli się oni poza sceną wielkich przemian, a ich problemy spychane są poza sferę tego, co widziane publicznie. Zimą części z nich – m.in. wskutek niewłaściwej bazy materialnej – grozi, dosłownie, wychłodzenie organizmu, nie mówiąc o niedoborze duchowego ciepła ze strony zewnętrznego otoczenia.

Samotne wyspy zimna

Zagrożenie zamarznięciem wśród ludzi starszych nie jest tylko polskim problemem. Jak szacuje brytyjska AGE UK, nawet 25 tysięcy seniorów w Wielkiej Brytanii może umrzeć tej zimy z powodu chłodu, co oznacza ryzyko 200 zgonów dziennie. Zgonów, którym przecież można zapobiec… Ponad 35% osób starszych w wielkiej Brytanii jest zaniepokojonych brakiem możliwości utrzymania odpowiedniej temperatury w swoich domach. Ponad połowa z nich za głównego towarzysza uważa telewizor, zwłaszcza zimą, gdy spora część seniorów nie jest w stanie samodzielnie wyjść z mieszkania. Taki siedzący tryb życia prowadzi do eskalacji różnych dolegliwości zdrowotnych – od zawału i udaru mózgu po depresję.

To dane i szacunki robione na Wyspach Brytyjskich, ale czyż w Polsce nie ma podobnych, a może nawet powszechniejszych zagrożeń? Problemy te występują również u nas, tyle że często się ich nie dostrzega, a gdy nawet otrzymujemy wiarygodne informacje na ten temat, bagatelizujemy wynikające z nich symptomy zagrożeń. Tegoroczny raport GUS „Jak się żyje osobom starszym w Polsce?” doczekał się krótkiej wzmianki w prasie. Miało to miejsce w tekście o tytule „Polski emeryt jest zadowolony z życia, żyje w dostatku” – mimo że z opracowania wynikało, że aż 27% emerytów jest zagrożonych którąś z postaci ubóstwa, miażdżąca większość nie uczestniczy niemal wcale w życiu społeczno-kulturalnym ani nie prowadzi zdrowej aktywności na zewnątrz, zaś dużą część czasu spędza przed telewizorem.

Raport poświęca niewiele uwagi sytuacji mieszkaniowej ludzi starszych, a ta – wbrew obiegowym opiniom i powierzchownie odczytywanym danym – nie jest wesoła. Rzeczywistość wielu osób starszych zamyka się w czterech ścianach własnych mieszkań – często zresztą niedostosowanych do potrzeb i możliwości tej grupy wiekowej. Zazwyczaj problem mieszkaniowy kojarzymy (częściowo zresztą słusznie) z trudną sytuacją ludzi młodych, nie mających odpowiednich kwot ani zdolności kredytowych. Jednak również w przypadku osób starszych sytuacja mieszkaniowa pozostawia wiele do życzenia – przy czym tu problemy są natury bardziej jakościowej niż ilościowej, związane z warunkami i kosztami życia niż z samym dostępem do mieszkań. Wiele osób starszych żyje bowiem samotnie, w mieszkaniach zbyt dużych względem własnych potrzeb i możliwości – zarówno finansowych (związanych z utrzymaniem i opłaceniem czynszu i rachunków), jak i fizycznych (związanych z prowadzeniem takiego gospodarstwa domowego). Ponoszone przez nich koszty stałe są bardzo duże i trudno im cokolwiek oszczędzić. Choć w gospodarstwach emeryckich relatywnie niewielki udział – w porównaniu z przeciętnymi gospodarstwami pracowniczymi – stanowi wyposażenie i użytkowanie mieszkań, to trzeba pamiętać, że osoby starsze po prostu często korzystają ze sprzętów, które są już bardzo przestarzałe i nienajlepszej jakości.

Ponadto mieszkania te są w większości przypadków niedostosowane do potrzeb osób o ograniczonej samodzielności (brakuje np. uchwytów, zlikwidowanych progów, przystosowanych urządzeń higienicznych etc.). Dla porównania np. w Szwecji w wielu gminach wprowadzono dostępne dla wszystkich osób w danym wieku (niezależnie od sytuacji rodzinnej, materialnej i zdrowotnej) usługi polegające na wkręcaniu żarówek, myciu okien czy zawieszaniu firanek, co pozwala starszym ludziom utrzymać jakość życia bez ryzyka upadku i kontuzji podczas tych czynności. Wszyscy też, nie tylko najubożsi, mogą wnioskować o dostosowanie mieszkań do potrzeb osób starszych. W Skandynawii projektowanie uniwersalne, a więc dostosowane do potrzeb wszystkich, realizuje się od dawna, jeszcze zanim koncepcja design for all została spopularyzowana w innych krajach europejskich. W Polsce istnieją możliwości dofinansowania przystosowania mieszkań, ale w praktyce okres oczekiwania bywa bardzo długi. A ludzie starsi często nie mają już tyle czasu…

Zasadniczym problemem seniorów w Polsce są jednak nie tyle mieszkania, co ich społeczne i infrastrukturalne otoczenie. Ludzie starsi często do późnych lat zostają we własnych lokalach, ale już niezupełnie we własnym środowisku. Część z nich rzadko wychodzi, bo nie ma jak (ze względu na niesamodzielność, brak asysty i strach przed upadkiem) lub nie ma gdzie (brak miejsc w pobliżu, gdzie nie czuliby się jak persona non grata). Zimą jest jeszcze ciężej, bowiem trudniej spędzać wolny czas choćby na ławeczce, poza tym śliska powierzchnia ulic przy zaburzeniach równowagi może skutkować upadkiem, który na stałe wyłączy ich z jakiegokolwiek życia. W domu często – ze względu na to, że żyją samotnie – nie ma się kto nimi zaopiekować. A nawet tam, gdzie dzielą mieszkanie z kimś innym, nie zawsze są otoczeni troską adekwatną do oczekiwań. Zdarza się, że także żyjąc z rodziną, osoba starsza cierpi na osamotnienie. Wobec tego szczególnie uzasadnione jest rozwijanie różnych kanałów integracji i partycypacji, z których osoby starsze mogłyby korzystać. Samotność staje się bardzo widocznym rysem polskiej starości.

Wsi spokojna, wsi wesoła?

Problem osamotnienia ludzi starszych kojarzymy głównie z miastem, ale czy słusznie? Okazuje się, że wbrew wygodnemu przeświadczeniu, według którego seniorzy mieszkający na wsi są otoczeni rodzinnym i sąsiedzkim ciepłem, właściwym bardziej tradycyjnym społecznościom wiejskim niż miejskim, realna sytuacja nie przedstawia się aż tak różowo. W raporcie „Z godnością w jesień życia” mit ów częściowo obala tekst Janiny Petelczyc, w którym autorka przywołuje odpowiednie statystyki. Okazuje się, że wiele osób starszych również na wsi żyje w gospodarstwach jednoosobowych. Zagrożenie samotnością jest związane z migracjami zarobkowymi młodego pokolenia. Wieś wyludnia się i starzeje. Ze względu na prowadzoną od lat i niestety wciąż kontynuowaną politykę likwidacji połączeń komunikacji zbiorowej między centrami rozwoju a peryferiami decyzje o szukaniu pracy poza miejscem zamieszkania, zazwyczaj w ośrodku miejskim, często wiążą się z przenosinami na stałe do tego miasta. Zamieszkujące wieś osoby sędziwe zostają wówczas bez szans na opiekę ze strony najbliższych. A oddalenie rodziny nie jest kompensowane dostępnością do różnych instytucji i usług zewnętrznych.

Co więcej, nawet tam, gdzie występuje potencjalna skłonność do zaopiekowania się sędziwym krewnym, państwo polskie nie okazuje się dość pomocne. Zgodnie z niedawno (7 grudnia) przyjętą przez Sejm nowelizacją ustawy o świadczeniach rodzinnych przedstawiciele gospodarstw rolniczych nie są uprawnieni do specjalnego zasiłku opiekuńczego (520 złotych), adresowanego w założeniach do osób, które nie podejmują zatrudnienia z tytułu oddania się opiece. Ograniczenia w możliwości zarobkowania, a także podwyższone koszty związane z opieką nie są wobec tego solidarnie rekompensowane gospodarstwom rolniczym ze środków publicznych.

Fatalnie wygląda też sytuacja mieszkaniowa, która znacznie ustępuje tej w mieście. Aż 25% gospodarstw wiejskich nie posiada samodzielnej łazienki i toalety (co dla osób starszych jest szczególnie krępujące), o łazienkach specjalnie dostosowanych do niepełnosprawnych nie wspominając. W mieście udział takich mieszkań wynosi „tylko” 5%. W dużej części mieszkań wiejskich seniorów brakuje instalacji wodociągowych i centralnego ogrzewania czy też gazu w sieci. Mieszkańcy owych domostw są zmuszeni do samodzielnego palenia w piecu lub przynoszenia wody ze studni, co dla osób w podeszłym wieku jest wielką uciążliwością, często ponad ich siły.

***

Wszystko to są wyzwania dla polityki zarówno lokalnej, jak i centralnej, wymagające synergii między działaniami podmiotów różnych szczebli. Jednak podniesienie dobrostanu najstarszych tylko częściowo może zostać dokonane przy pomocy twardej polityki. Stanowią one raczej pewne ramy, które trzeba wypełnić żywą treścią. A ta zależy od społeczności lokalnych, oddolnych inicjatyw i działań pojedynczych osób. Punktem wyjścia wydaje się zauważenie obecności (a także nieobecności) osób starszych w różnych kontekstach i – wspólnie z nimi – zaadresowanie ich potrzeb oraz wykorzystanie społecznego potencjału, który często się marnuje. Nie muszą to być wielkie sprawy. Wystarczy podejść do starszych, żyjących samotnie sąsiadów i zapytać, jak się czują, czy czegoś nie potrzebują, zaoferować pomoc w zakupach itp. W okresie zimowym takie – nie zawsze ujawnione i artykułowane – potrzeby ze strony seniorów mogą być szczególnie częste.

Takie pojedyncze gesty solidarności zawsze skracają dystans między ludźmi i oprócz tego, że są miłe same w sobie, mogą sprawić, iż w sytuacji kryzysowej osoba starsza będzie się mniej krygować przed samodzielnym zgłoszeniem się po pomoc.

Onegdaj zasłyszałem stwierdzenie, że miarą postępu społeczeństwa jest to, jak traktuje się osoby starsze. A można to rozszerzyć na wszystkie grupy nie mieszczące się w awangardzie przemian ani w enklawach dobrobytu i rozwoju, z pozoru nie pasujące do ich sformatowanego medialnie obrazu. Odmalowany w „Przedwiośniu” obraz Chłodka stanowi swoiste memento.

Czas na rewolucję społeczną – w systemie podatkowym

Dyskusja na temat zmian w podatku od wartości dodanej (VAT) zwykle toczy się na powierzchownym poziomie i dotyczy kwestii technicznych, takich jak sposób rozliczania, albo dotyczy kosmetycznych zmian w jego wysokości. Tymczasem ten instrument, stanowiący znaczną część przychodów budżetowych, zasługuje na dyskusję o wiele bardziej zasadniczą, sięgającą fundamentów polityki publicznej i ładu społecznego.

Świat biznesu odpowiedział nieprzychylnie na złożony przez ministerstwo finansów projekt zmian w VAT – informowała swego czasu „Rzeczpospolita”. To, co miało ułatwić ewidencję fiskalną, w opinii indagowanych przedsiębiorców przysporzy im jedynie biurokratycznych uciążliwości. Sama sprawa wydaje się nieco rozdmuchana i wpisuje się, podobnie jak słynna kwestia „jednego okienka”, w dyskurs biznesowego malkontenctwa. Odwraca to uwagę opinii publicznej od realnych problemów polskiej gospodarki, którymi są chociażby niska innowacyjność czy bariera popytowa, wynikająca z niskich dochodów dużej części ludności.

Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko temu, aby państwo ułatwiało prowadzenie biznesu wszędzie tam, gdzie nie odbija się to na kondycji pracowników, środowiska naturalnego czy innych wymiarach dobra publicznego. Co więcej, myślę, że takie ułatwienia są potrzebne, by owo dobro publiczne realizować. W tym sensie negatywna opinia pracodawców na temat VAT powinna być brana pod uwagę. Bardziej jednak martwi mnie to, że reformy proponowane lub wprowadzane przez rząd nie stają się asumptem do poważniejszej dyskusji, jaką rolę powinien odgrywać ten rodzaj podatków w systemie polityki publicznej.

Jeśli chodzi o kształtowanie tego rodzaju podatku, wystawiłbym polityce władz ocenę mierną. Jednak nie ze względu na utrudnienia w jego ewidencji, a dlatego, że w Polsce VAT stanowi zdecydowanie zbyt dużą część przychodów systemu finansów publicznych w porównaniu z podatkami bezpośrednimi. Utrwala to strukturę rozłożenia ciężarów za finansowanie domeny publicznej daleką od pożądanej.

Z czynionego systematycznie przez Eurostat przeglądu trendów w systemach podatkowych wynika, że Polska jest jednym w tych krajów, gdzie podatki pośrednie mają duży udział w łącznej puli przychodów państwa. Jak pokazuje najnowsza edycja raportu, w Polsce podatki pośrednie stanowią 43,5% ogólnego opodatkowania. Średnia unijna to 38,6%. Na 27 krajów UE większy udział podatków pośrednich mają jedynie Bułgaria, Węgry, Rumunia, Litwa i Cypr.

Warto zastanowić się nad tym fenomenem w szerszym kontekście społeczno-gospodarczym. Przystępując do tego zadania uzmysłowimy sobie od razu defekt polskiej refleksji nad budowaniem gospodarki dobrobytu. Polega on na wyłączeniu polityki podatkowej z domeny polityki społecznej. Próby przełamania tego trendu pojawiają się wprawdzie na łamach prasy specjalistycznej, np. wielokrotnie w kwartalniku „Problemy Polityki Społecznej”, ale nie przedostają się one do szerszej debaty.

Społeczny wymiar polityki podatkowej

Gdy mówimy o potrzebie reform systemu dobrobytu, najczęściej słyszymy o konieczności redukcji (lub w wersji soft: realokacji) wydatków socjalnych. Rzadko natomiast o zmianie wysokości i wewnętrznej struktury przychodów budżetowych, z których będzie można finansować m.in. sferę socjalną. Tymczasem, jak przekonuje badacz państwa dobrobytu, prof. Joakim Palme, zagrożeniem dla systemu dobrobytu nie są rosnące wydatki, lecz malejące przychody i to ta strona budżetowego bilansu powinna spędzać nam sen z powiek. Choć prof. Palme miał na myśli malejące przychody z np. opodatkowania pracy, której będzie coraz mniej lub coraz częściej będzie świadczona w formach nieoskładkowanych (Polskę ów syndrom dotyka szczególnie silnie), wydaje się, że problem dotyczy także VAT-u.

Jest to bowiem podatek, który w ostatecznej instancji obciąża konsumentów. Wśród nich coraz więcej jest natomiast osób ubogich, mających niewielkie możliwości zakupu dóbr i usług. Wysoki VAT w relacji do siły nabywczej dochodu obywateli stanowi dodatkową barierę popytową, co może spowalniać koniunkturę, a tym samym zwiększać bezrobocie (i co za tym idzie: ubóstwo i wykluczenie) oraz pogłębiać problem niemożności zakupienia dóbr i usług – często nawet tych podstawowych – na rynku.

Zauważmy, że jest to podatek degresywny. Choć ubodzy nominalnie płacą go mniej (gdyż statystycznie mniej konsumują), to procentowo wydatki konsumpcyjne stanowią większą część ich dochodu rozporządzalnego niż w przypadku osób bogatych. Wysoki podatek pośredni i niskie, mało progresywne podatki dochodowe odtwarzają wizję ładu, w którym ciężar utrzymania państwa jest przesunięty z bogatych na biednych zdecydowanie bardziej, niż to ma miejsce np. w Skandynawii. Nie jest to więc wyłącznie kwestia techniczna, ale społeczna.

Względnie skutecznie, niezbyt sprawiedliwie

Co ciekawe, niezamożna większość nie buntuje się przeciw temu stanowi rzeczy. Może mieć to głębsze źródła, związane z ograniczoną skłonnością współczesnych Polaków do zorganizowanej kontestacji na skalę masową, ale po części wynika też z pośredniego charakteru podatku VAT. Ludzie po prostu go nie widzą, więc skłonność do protestu z tego powodu spada. Zwiększa się natomiast potencjalna ściągalność tego rodzaju publicznej daniny.

W polskim społeczeństwie, o określonych doświadczeniach historycznych, skłonność do dzielenia się własnymi zasobami z domeną publiczną jest niewielka. Dlatego taki model wydaje się korzystny z punktu widzenia budżetu. Gdyby zaproponować społeczeństwu zwiększenie podatku dochodowego (nawet ograniczając zmianę do zasobniejszych grup), podniosłoby się larum, a jeśli nawet rząd takie zmiany przeforsowałby, to część osób na różne sposoby kombinowałaby, jak ich uniknąć. Zaznaczmy jednak, że choć taki scenariusz jest możliwy, jego ewentualność nie powinna nas powstrzymywać przed zgłaszaniem postulatu zwiększenia progresji podatkowej, w wyniku realizacji którego łączne przychody państwa raczej by wzrosły, a nie zmalały. Tym niemniej, inaczej niż w przypadku podniesienia stawki VAT, potencjalny społeczny i medialny opór oraz indywidualne strategie wymigiwania się od jego uiszczania są wielce prawdopodobne.

Mamy więc nieco patową sytuację. Polski system fiskalny nie jest zadowalający z punktu widzenia sprawiedliwości dystrybutywnej, ale jednocześnie zachowuje pewną skuteczność pod względem ściągalności podatków, dzięki czemu staje się możliwe prowadzenie owej redystrybucji.

Prospołeczny reformator powinien mieć świadomość owego dylematu, z którego trudno znaleźć wyjście. Z punktu widzenia normatywnego zasadne byłoby zmniejszenie VAT przy jednoczesnym podjęciu działań na rzecz zwiększenia przychodów z podatków bezpośrednich (poprzez zwiększoną progresję podatkową, przywrócenie składki rentowej i podatku spadkowego itp.), ale pojawia się problem praktyczny w postaci oporu silnych grup interesu, mających sojusznika w mainstreamowych mediach, a za ich pośrednictwem także w opinii publicznej. W tym również tych osób, które skorzystałyby na takim rozwiązaniu.

Wydaje się, że propozycje zmian należałoby zgłaszać, tworząc dla tego pomysłu „dyskursywną otoczkę” wyjaśniającą społeczeństwu, dlaczego status quo jest społecznie niesprawiedliwy i w jaki sposób spowalnia on rozwój gospodarczy.

Duże obciążenie ubogich i niewiele w zamian

Istnieje jeszcze jeden aspekt problemu, który warto wspomnieć. Skoro osoby niezamożne ponoszą relatywnie dużą (na tle innych krajów europejskich) część łącznego ciężaru finansowania państwa, to państwo powinno im to rekompensować hojną i przyjazną polityką społeczną. Tymczasem mamy sytuację odwrotną. W Polsce świadczenia socjalne są niewysokie i selektywne. Wydatki na rzecz walki z wykluczeniem społecznym i mieszkalnictwem stanowią niemal najniższy (przebijają nas jedynie Włochy) procent PKB w całej Unii Europejskiej. Również wiele usług publicznych w Polsce jest niedoinwestowanych. Usługi te wprawdzie są adresowane do wszystkich, ale korzyści z ich istnienia na wysokim poziomie mają szczególne znaczenie właśnie dla osób ubogich. To bowiem ich nie stać na uzupełnienie swoich potrzeb poza sektorem publicznym.

Sytuacja jest odmienna od tego, z czym mamy do czynienia w socjaldemokratycznej Danii, która może stanowić dla nas wzór, jeśli chodzi o efektywne osiąganie sprawiedliwości dystrybutywnej. Tam ciężary podatkowe są zdecydowanie przesunięte z biednych na bogatych za sprawą wysokich, progresywnych podatków dochodowych. Jednocześnie ci pierwsi mogą liczyć na hojne wsparcie państwa w zakresie amortyzowania nie tylko najbardziej dotkliwych form ryzyka socjalnego, lecz także zaspokajania szerokiego zestawu potrzeb powstających w różnych fazach życia (np. związanych z rodzicielstwem i wychowaniem dzieci czy opieką nad osobami starszymi).

Ku nowej umowie społeczno-fiskalnej

Można próbować uczynić polski system bardziej sprawiedliwym, odwołując się do dwóch krańcowych scenariuszy.

Pierwszy oznacza zostawienie struktury podatkowej na zbliżonym poziomie, ale wyciągnięcie z niej radykalnych wniosków, jeśli chodzi o uprawnienia socjalne, jakie powinny przysługiwać obywatelom. Skoro wszyscy oni poprzez VAT składają się na funkcjonowanie państwa, to należą im się podstawowe  uprawnieniasocjalne jedynie w oparciu o samo kryterium obywatelstwa, bez dodatkowych kryteriów selekcji. Skoro grupy niezamożne ponoszą tak duże (w relacji do skromniutkich budżetów domowych) ciężary fiskalne, to – między innymi – z tego tytułu państwo w znacznie większym stopniu powinno im to „odpłacić” inkluzyjną polityką wsparcia społecznego i szerokim dostępem do usług publicznych.

Jest to jednak trudne bez zmiany ogólnej puli środków, jakie państwo pozyskuje z podatków. Łączne przychody podatkowe nie są w Polsce wysokie. Z tego względu domena publiczna jest relatywnie szczupła i trudno z niej pokryć wydatki na rozbudowaną politykę społeczną, łączącą powszechne usługi publiczne ze specjalnymi programami wsparcia grup w trudnej sytuacji.

Druga strategia oznacza przeobrażenie struktury przychodów państwa. Z jednej strony poprzez zwiększenie w nich udziału (oraz progresji) podatków bezpośrednich. Zwiększy to obciążenie bogatszych, którzy jednak nadal będą mogli żyć na godziwym, choć nieco skromniejszym, poziomie. Towarzyszyć temu powinno zmniejszenie udziału VAT, w tym w ogóle zmniejszenie jego wysokości. Szczególnie dotkliwie, choć nie zawsze w sposób jawny i uświadomiony, daje się on we znaki grupom mniej zamożnym. Ten wariant z kolei może napotykać zasygnalizowane wyżej bariery w postaci społecznego oporu i indywidualnych strategii omijania postanowień owej „społecznej umowy”.

Wydaje się, że po jednoczesnym uwzględnieniu zasad sprawiedliwości społecznej i prawideł ekonomii politycznej jesteśmy zmuszeni szukać złotego środka. Należy uruchomić dryf struktury podatkowej (wedle strategii nr 2), a także stopniowo zwiększać ogólne przychody podatkowe. Należy to jednak czynić ewolucyjnie, a jednocześnie – po stronie wydatkowej – reformować politykę publiczną w kierunku rozbudowy działań na rzecz grup słabszych oraz budowania powszechnie dostępnych usług publicznych (zwłaszcza w sferach takich jak zdrowie, edukacja, opieka), z których korzystaliby nie tylko ubodzy, ale i klasa średnia (wedle strategii nr 1). Zintegrowanie tych mniej lub bardziej wyodrębnionych warstw w ramach jednego systemu usług może być kluczem do pozyskania legitymizacji nowej umowy społecznej, opartej na bardziej sprawiedliwym rozłożeniu ciężarów fiskalnych i dostępie do świadczeń społecznych według starej socjalistycznej zasady „od każdego według możliwości i każdemu według potrzeb”. Nie trzeba „bolszewickiej” rewolucji, by się do niej zbliżyć, wystarczą mądre reformy fiskalno-socjalne.

Rafał Bakalarczyk

Wielki ekonomista w ludzkiej skali (Pamięci prof. Tadeusza Kowalika)

Wiadomość o odejściu Tadeusza Kowalika (1926-2012) wywołała uczucie pustki i bezpowrotnej straty. Dla mnie podwójnej, bowiem był dla mnie nie tylko autorytetem, ale i przyjacielem.

Pisanie o tym nie jest więc łatwe. Trzeba mieć świadomość, że pisze się o człowieku-instytucji – nie tylko o ekonomiście dużego formatu, ale i o zaangażowanym intelektualiście, który miał zdolność i odwagę publicznie poddawać krytyce rzeczywistość społeczną. W swym długim, aktywnym życiu uczestniczył w wielu procesach i wydarzeniach nie tylko jako ich recenzent i komentator, ale także jako osoba starająca się mieć merytoryczny wpływ na bieg spraw. Owa mnogość ról, w które wchodził i bogactwo życiorysu muszą w pierwszej chwili przerastać kogoś, kto – tak jak ja – licząc sobie jedynie 25 lat, próbuje oddać wielkość tej postaci i jej dorobku. Z drugiej strony, prywatnie postać Tadeusza ma dla mnie równolegle ludzką skalę – skalę jego wątłej, aczkolwiek żwawej sylwetki, spacerującej obok mnie podczas wspólnych przechadzek po Polach Mokotowskich, które kilkakrotnie odbyliśmy w ciągu ostatniego roku.

Właściwie nie wiem, od którego wymiaru tej postaci zacząć: publicznego czy prywatnego. W momencie, kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, miałem przed oczami przede wszystkim znajomego i poważanego człowieka, a nie wybitnego ekonomistę. Jednak nastrój chwili wymaga, by zacząć od tego drugiego wizerunku Profesora i przypomnieć, co wniósł lub nadal może wnieść w życie szerszego kręgu odbiorców. Losy jego długiego, bardzo aktywnego i zaangażowanego życia obfitowały w liczne zwroty i dylematy, podobnie jak czasy, w których żył. Można dziś różnie oceniać jego poszczególne wybory, jednak trudno nie zgodzić się, że kwestia sprawiedliwości społecznej była mu bliska przez cały czas. Biorąc pod uwagę czasy po przełomie 1989 roku, jego postawa i światopogląd jawią się jako nad wyraz spójne i konsekwentne. Był nieprzejednanym krytykiem modelu transformacji przeprowadzonej przez Leszka Balcerowicza i drogi rozwoju realizowanej przez kolejne formacje aż po dziś dzień. Owym konsekwentnym kontestowaniem „jedynej słusznej drogi”, skazującym go na marginalizację w ramach ekonomicznego mainstreamu, zaskarbił sobie uznanie i respekt wśród wielu środowisk antysystemowych.

Zaklasyfikowanie Profesora po prostu jako krytyka transformacji wydaje się jednak spłaszczeniem jego wizerunku. Krytyka przez niego przeprowadzana była nie tylko konsekwentna, ale i podbudowana rozległą wiedzą i argumentacją ekonomiczną oraz szerokim i pogłębionym spojrzeniem na historię (także zakulisową) transformacji i jej konsekwencji, co odtworzył m.in. na kartach swego ostatniego dzieła „www.polskatransformacja.pl”.

O dostrzeżenie i przyjęcie alternatywnych ścieżek rozwoju apelował do końca. Rozeznanie w nich uzyskał podczas licznych podróży jako wykładowca po różnych krajach świata. Prawdopodobnie to one, jak i lektura zagranicznej literatury ekonomicznej, już dawno uświadomiły mu, że model neoliberalny nie jest ani jedynym, ani najskuteczniejszym. Swoją wiedzę na temat wielości systemów ekonomicznych przedstawił w książce „Systemy gospodarcze, efekty i defekty reform i zmian ustrojowych” (2005), która stanowi swoiste kompendium wiedzy, czekające na kontynuację i aktualizację. Jego aktywność w tym obszarze nie doczekała się niestety zasłużonego rozgłosu, a sam Profesor nieraz ubolewał, że w polskich naukach ekonomicznych kuleje nieco komparatystyka, że za mało badamy rozwiązania, które funkcjonują w innych krajach i nie wykorzystujemy ich jako inspiracji.

Podróżował – na ile pozwalał mu pogarszający się stan zdrowia – do końca. Gdy widzieliśmy się zimą, wspominał, że ma jeszcze zaplanowany odczyt w którymś z krajów Ameryki Łacińskiej na temat Michała Kaleckiego (w dobie kryzysu, w wielu częściach globu, choć niestety nie u nas, odżyło zainteresowanie tradycjami myśli ekonomicznej dalekimi od neoliberalnej ortodoksji). Dziedzictwo Kaleckiego znał jak mało kto. Znał równie dobrze dorobek Ludwika Krzywickiego, a także paru innych twórców polskiej myśli ekonomicznej, dziś zapomnianych przez główny nurt, np. swojego przyjaciela – Włodzimierza Brusa, którego pisma do końca troskliwie przechowywał w swym pełnym książek mieszkaniu przy Alei Niepodległości.

Źle by jednak się stało, gdyby z tych wspomnień wyłonił się obraz Profesora wyłącznie jako kustosza wartościowych, ale zakurzonych tradycji ekonomicznych czasów minionych. Do końca bowiem interesował się ideami krążącymi we współczesnej światowej debacie ekonomicznej oraz aktualnymi procesami społeczno-gospodarczymi. To, co trapiło go szczególnie, to krzepnięcie na naszych oczach cywilizacji pogłębiających się nierówności i niesprawiedliwości społecznej. Choć jako socjaldemokrata był siłą rzeczy bardziej kojarzony z poglądami na temat krajowych systemów gospodarczych, nie stronił od wyrażania pogłębionych opinii na temat globalnego kontekstu, który przedstawiał jako „kapitalizm kasyna”, a także tendencji zachodzących nie tylko na naszym podwórku, lecz wspólnych dla innych państw i instytucji wspólnotowych UE w czasie kryzysu (jego irytację wywołała powszechna na kontynencie obsesja na punkcie cięć budżetowych).

Tym, co mnie wydawało się szczególnie atrakcyjne w jego podejściu do rzeczywistości ekonomicznej, była zdolność dostrzegania w wielkich procesach i wydarzeniach tego, co społeczne czy po prostu ludzkie. Dostrzegał człowieka zarówno jako twórcę życia ekonomicznego (które nie było w jego rozumieniu skutkiem jedynie ślepej dziejowej konieczności), jak i przede wszystkim człowieka muszącego ponosić na własnej skórze skutki poszczególnych decyzji i ideologii w ramach polityki ekonomicznej. Jeśli sięgniemy po jego „Transformację”, już w pierwszych rozdziałach daje się zauważyć łączenie analizy strukturalnej z drobiazgowym pochyleniem się nad klimatem intelektualnym oraz poglądami reprezentowanymi nie tylko przez całe formacje, ale i przez poszczególne osoby. Co więcej, autor tłumaczy przełomowy moment w polskiej historii społecznej nie tylko poglądami wiodących aktorów, ale zwraca uwagę także na cechy charakterologiczne poszczególnych postaci, które wpłynęły na przebieg wydarzeń (choć warto podkreślić, że stronił od dość wygodnego, a niestety częstego u nas tłumaczenia zła transformacji głównie czynnikami personalnymi).

Jego wiedza w tym zakresie była szeroka, pogłębiona, pochodząca niejednokrotnie z pierwszej ręki. Z uwagą słuchałem jego prywatnych opowieści o tym, jak zmienne były koleje losu i układy między poszczególnymi postaciami. Szczególnie w pamięci osadziła mi się historia tego, jak na początku lat 90. przebywał jakiś czas w Szwecji. Od razu zaczął szukać kontaktów z tamtejszymi socjaldemokratami, wobec których już wówczas czuł ideową sympatię. Tamci jednak nie znając go dobrze, zwrócili się do jego ówczesnego przyjaciela Bronisława Geremka, by ów poświadczył jego lewicowość! Wspominał też, że parę lat później, gdy spotkali się z liderem UW w samolocie, nigdy nie stoczył równie długiej rozmowy o pogodzie i stewardessach. Ich drogi tak bardzo się rozeszły, że trzeba było szukać tematów zastępczych, by przypadkiem nie wejść na obszar polityki. A zapewne nie było to jedyne jego rozejście się ideowe z przyjaciółmi z dawnych czasów.

Profesor mówił o tym wszystkim zazwyczaj z dystansem, nieraz zabarwionym humorem w starym stylu. Gdy jednak przychodziło do odczytu na temat nierówności, sprawiedliwości czy ubóstwa – unosił się, wygłaszając drżącym, niekiedy urywanym głosem płomienne wystąpienia. Tak było również podczas ostatniego wystąpienia, na którym go widziałem – w Fundacji Eberta.

W prywatnych kontaktach był człowiekiem serdecznym, o dużej klasie, ale i wdzięku, zdolnym do zdystansowanej ironii względem czasów dawnych i obecnych, a także względem samego siebie. Nie lubił za to dystansu społecznego ani w stosunkach między ludźmi. Pamiętam, że już w początkach naszej znajomości Profesor nalegał, czy też według jego słów wręcz „wymuszał na mnie” przejście na „ty”. Dla mnie, osoby, która dopiero co kończyła studia, a starszego o równo 60 lat naukowca znała dotąd głównie z lektury jego książek, było to początkowo przedmiotem nie lada konfuzji, wobec czego w ramach e-mailowej korespondencji zręcznie się wymigiwałem. Do czasu. Pewnego razu, gdy spotkaliśmy się w autokarze jadąc na jedną z konferencji, nie miałem już wyjścia – trzeba było przystać na zaproponowaną przezeń „antyhierarchiczną” konwencję.

Potrzeba usuwania hierarchii ujawniała się także w jego stosunku do czytelnika. Jego książki były pisane komunikatywnym, żywym językiem, nie wymagające od odbiorcy rozległego przygotowania ekonomicznego, a jedynie woli krytycznego namysłu nad rzeczywistością i wyjścia poza myślowe schematy. Ów popularyzatorski styl pisania stanowi o dużej użyteczności jego pism, które mogą być czytane i omawiane w szerokich kręgach.

Profesor nie zamykał się też w opłotkach swojej dyscypliny naukowej; dążył do jak najsilniejszego zakorzenienia społecznego nauk ekonomicznych. Gdy zaś szło o politykę społeczną, np. tę realizowaną w Skandynawii, apelował, by tamtejszego modelu welfare state nie wyłączać z gospodarczego kontekstu. Twierdził bowiem, że istnieje silne powiązanie między polityką ekonomiczną a społeczną, a ta ostatnia może być ważnym czynnikiem rozwoju gospodarczego, co pokazały właśnie doświadczenia skandynawskie. To między innymi nasz wspólny entuzjazm wobec nordyckiego modelu społecznego był jedną z głównych osi, na których znajdowaliśmy tak dobre porozumienie. On był w tej kwestii optymistą – zdawał się wierzyć, że drugą Szwecję może budować i nad Wisłą. Ja zawsze byłem nieco bardziej sceptyczny, choć uważam, że spróbować nie zaszkodzi, a książki i artykuły Tadeusza Kowalika mogą dostarczyć ku temu argumentów i zachęty.

To, co wydaje się szczególnie cenne w jego dorobku, to nie tylko taki a nie inny sposób oceny wybranych wydarzeń i zjawisk, ale sama perspektywa patrzenia na rzeczywistość społeczno-ekonomiczną. Prof. Kowalik wielokrotnie powtarzał, że wierzy w ogromną rolę idei w kształtowaniu procesów ekonomicznych, to one w dużej mierze – a nie wyłącznie obiektywna gra interesów społeczno-ekonomicznych – miały determinować to, co działo się w światowej i krajowej gospodarce. Z założenia tego wynika, że to, jakie będziemy mieli idee i poglądy na temat ładu społecznego, wpłynie znacząco na warunki, w jakich będziemy żyli. Społeczeństwa stają przed ciągłym wyborem drogi gospodarczo-społecznej. Oby był to wybór, jakiego zapewne życzyłby sobie i nam Profesor.

Rafał Bakalarczyk