Polityka społeczna potrzebuje rewolucji

Polityka społeczna potrzebuje rewolucji

O pomysłach, a zwłaszcza o braku pomysłów kolejnych rządów na politykę społeczną, konsekwencjach tego stanu rzeczy oraz koniecznych zmianach – rozmawiamy z prof. Julianem Marianem Auleytnerem, prezesem Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej.

***

Zacznijmy od historycznego tła polskiej polityki społecznej. Czy Pana zdaniem międzywojenny dorobek naszego kraju w tym zakresie może stanowić wartościowy punkt odniesienia?

Julian Marian Auleytner: Bardzo rzadko korzystamy z dobrych doświadczeń i wzorców z przeszłości. Żyjemy doraźnymi problemami, nie zastanawiając się, jak one były rozwiązywane dawniej. Dwudziestolecie międzywojenne to bardzo trudny czas kształtowania polskiej państwowości po długim okresie jej nieistnienia. Ówczesna aktywność objawiała się w szczególności przez pomoc weteranom wojennym, którzy wracając z frontu nie mieli mieszkania ani pracy. Na przykład już w 1919 r. uruchomiono wielki kredyt na budownictwo mieszkaniowe, bodajże 15 mln marek – to była olbrzymia kwota. Czyli rozwiązywano problem mieszkaniowy w przypadku najbardziej potrzebujących.

Zostaliśmy też wówczas członkiem-założycielem Międzynarodowej Organizacji Pracy i przyjmowaliśmy międzynarodowe standardy prawne dotyczące warunków zatrudnienia. Ponadto we wspomnianym okresie utworzono Fundusz Bezrobocia – odrębny dla pracowników fizycznych oraz umysłowych. Oczywiście na wsi było gorzej – tam nie istniały żadne standardy socjalne, z wyjątkiem pierwszych rozwiązań dotyczących robotników najemnych. Przyjmowaliśmy system ubezpieczeń społecznych, system ubezpieczeń zdrowotnych z Niemiec, a właściwie z Prus, od Bismarcka. Ustawa o pomocy społecznej z 1923 r., w której zapisano m.in. obowiązek środowiska lokalnego w kwestii zajmowania się człowiekiem biednym czy bezdomnym, była bardzo dobrym standardem prawnym – została zmieniona dopiero po ok. 70 latach funkcjonowania.

Wszystko to pokazuje, że polska polityka społeczna dwudziestolecia międzywojennego posiada konkretny, wartościowy dorobek.

Dwie dekady transformacji ustrojowej rzadko spotykają się z równie pochlebnymi opiniami. Z czego może wynikać fakt, że po 1918 r. miał miejsce pewien postęp w zakresie praw społecznych i systemu zabezpieczenia społecznego, natomiast okres po 1989 r. przyniósł raczej niezadowalające efekty w tej dziedzinie?

J.M.A.: Pierwszy powód, dla którego zmieniła się optyka postrzegania problemów socjalnych, to fakt, że nie są one już tak dotkliwe, jak w okresie międzywojennym. Ówczesne potrzeby, związane np. z głodem, dotykały podstaw egzystencji i wymagały zaspokojenia w pierwszej kolejności. W latach transformacji mieliśmy już zaspokojony pewien podstawowy poziom potrzeb. Poza tym, w międzywojniu ogromną rolę odgrywał bardzo mocno zakorzeniony patriotyzm. Edukacja czasu zaborów miała charakter patriotyczny, służyła wspieraniu polskości. Elita intelektualna okresu międzywojennego była kształcona w duchu miłości do ojczyzny oraz w świadomości zagrożenia ze Wschodu oraz ze strony zachodniej. I ta świadomość była motorem napędowym różnego rodzaju inicjatyw społecznych i gospodarczych. Powstał wówczas choćby Fundusz Obrony Narodowej, gdzie ludzie oddawali obrączki, żeby budować polską armię. Dzisiaj obywatele nie są tak skłonni do działań na rzecz dobra wspólnego. Dla części administracji i elit politycznych sama myśl, że coś trzeba zrobić bezinteresownie dla ogółu, jest śmieszna. Ten problem pojawił się już w realnym socjalizmie, gdy idea „dobra ogółu” została sprowadzona do hasła propagandowego. Z taką dychotomią między słowem a czynem mamy do czynienia również dzisiaj, gdy za patriotycznymi deklaracjami często nie idą czyny.

Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej umożliwiło naszym elitom politycznym „odhaczenie” wielu problemów społecznych – same się rozwiązały, zwłaszcza za sprawą olbrzymiej fali emigracji zarobkowej. Ale czy rzeczywiście? Z kraju zniknęła najbardziej dynamiczna część społeczeństwa, która zamiast tutaj współtworzyć dochód narodowy oraz własną przyszłość, poszukała jej gdzie indziej. W ciągu dwóch lat od akcesji Polsce ubyło 2 mln ludzi w wieku produkcyjnym. Co więcej, dużo młodych kobiet podjęło decyzję o urodzeniu dziecka za granicą, w związku z czym nastąpił u nas gwałtowny niż demograficzny. Nie powinno to dziwić: zasiłki macierzyńskie i wychowawcze w krajach, do których te kobiety pojechały (Niemcy, Wielka Brytania, Francja), są dziesięciokrotnie wyższe niż w Polsce. Kto wyjechał? Najbardziej dynamiczny element społeczeństwa. Młodzi rzucili wszystko, ponieważ gdzie indziej znaleźli dla siebie lepsze perspektywy. Co z tego, że przysyłają pieniądze rodzinom w Polsce, skoro nie stworzyli tutaj równowagi w ramach solidarności pokoleń ze starszymi, którzy zostali.

Część badaczy podkreśla, że polityka społeczna w pierwszej fazie budowy nowego ustroju miała silnie osłonowy charakter. Czy takie zdefiniowanie roli polityki społecznej było słuszne? I jak w praktyce wyglądała realizacja przyjętej doktryny?

J.M.A.: Przypomnijmy, że pierwszym ministrem pracy i polityki socjalnej został Jacek Kuroń, człowiek zapamiętany na tym stanowisku głównie z rozdawnictwa zupy. Otóż w jego mentalności leżało rozwiązywanie problemów przy pomocy filantropii, a nie tworzenia systemu osłon. Za czasów Kuronia zlikwidowano PGR-y, zatrudniające ok. 3 mln ludzi, nie wprowadzając równolegle żadnego programu osłonowego. Do dziś obserwujemy tego skutki w postaci enklaw biedy na terenach popegeerowskich.

W pierwszych latach transformacji stworzono armię bezrobotnych decyzjami, za którymi szła filantropia rządowa. Przykładowo, w Wałbrzychu likwidowano kopalnie, dając ich pracownikom odprawy w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych. Co człowiek biedny, niewyedukowany, mógł zrobić z taką furą pieniędzy? Jeśli był mądry, kupował taksówkę, żeby mieć źródło dochodów. Ale większość marnowała te pieniądze, ponieważ nie byli nauczeni sensownego gospodarowania. Rządowi Mazowieckiego, Kuronia i Balcerowicza wydawało się, że jeśli dadzą tym ludziom pieniądze, to kupią ich milczenie i brak oporu. I kupili, ale równocześnie zafundowali całemu krajowi problemy, które wkrótce dały o sobie znać. Związane z brakiem pracy i dochodów, z wynikającymi z tego patologiami społecznymi, kosztami opieki socjalnej itp.

W związku z tym, jeśli ktoś mówi o początkach transformacji jako o okresie polityki osłonowej, to stanowczo się temu sprzeciwiam. Kluczowe błędy w zakresie polityki społecznej miały źródło w przyjętej koncepcji filantropii i płacenia za milczenie, zamiast wykorzystania tych samych pieniędzy na edukację, szkolenia zawodowe itp. Na przykład dla zwalnianych górników można było uruchomić projekty budowy metra, nie tylko w Warszawie, ale i w innych dużych aglomeracjach: Łodzi, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu. Ci ludzie mieli przecież odpowiednie kwalifikacje, a miasta zyskałyby nowoczesne systemy transportowe, rozwiązujące wiele dzisiejszych problemów komunikacyjnych. Można też było uruchomić program budownictwa mieszkaniowego, odpowiadający na zawsze aktualne problemy, którymi są niedobór nowych mieszkań w stosunku do liczby zawieranych małżeństw oraz postępująca dewastacja starej substancji mieszkaniowej. Podsumowując, pierwszy okres transformacji ustrojowej został zmarnowany z punktu widzenia polityki społecznej, czego skutkiem było nasilenie się licznych problemów i nabranie przez nie charakteru długofalowego.

Jerzy Kropiwnicki, pełniący funkcję ministra pracy i polityki socjalnej w krótkotrwałym rządzie Jana Olszewskiego, powołał przy swoim urzędzie ciało doradcze, złożone z pięciu ekspertów w zakresie polityki społecznej. Gdy upadł rząd Olszewskiego, pierwszą decyzją Kuronia, który ponownie doszedł do władzy, było odwołanie tych doradców. Tak wyglądało długofalowe myślenie o polityce społecznej… I tak już zostało: wszystkie kolejne rządy unikały systemowej współpracy ze środowiskami akademickimi. Przykładem pogardy, jaką darzy się w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej przedstawicieli nauki, może być sytuacja, kiedy z propozycjami udoskonaleń w polityce zatrudnienia przychodzi tam profesor, znakomity znawca tematu, ekspert Międzynarodowej Organizacji Pracy – i nikt z nim nie chce rozmawiać. Od początku transformacji marnotrawi się wiedzę ludzi, którzy mogliby coś doradzić; liczą się tylko interesy polityczne oraz interesy biurokracji rządowej.

W związku z naszym wejściem do Unii, na wszystkich szczeblach powstały różnego rodzaju strategie, do czego impulsem były m.in. wspólnotowe programy pomocowe. Czy w tym sensie integracja europejska wpłynęła na myślenie o polityce społecznej w sposób bardziej długofalowy?

J.M.A.: Polska nie była przygotowana do absorpcji środków unijnych. Uczono się tego na gwałt, mimo to dopiero po dwóch latach wszystko zaczęło powoli funkcjonować. Do dzisiaj niektórzy urzędnicy z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego czy z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie rozumieją szczegółów unijnych projektów.

Co dała nam Unia? Po pierwsze, znalazło pracę ok. 2 mln przedstawicieli młodego pokolenia. Po drugie, dostaliśmy środki na doskonalenie zawodowe. Niestety, trzeba powiedzieć, że Program 50+ nie funkcjonuje dobrze, realizacja programów zwalczania bezrobocia wśród młodzieży również pozostawia wiele do życzenia.

Nie wykorzystujemy pozytywnych doświadczeń innych krajów europejskich, choćby pobliskich Niemiec. W obu konstytucjach, niemieckiej i polskiej, znalazły się zapisy o socjalnej gospodarce rynkowej. U naszego zachodniego sąsiada są one realizowane, z czego rząd rozlicza się swoimi exposés, programami politycznymi, wreszcie – jest rozliczany podczas wyborów. U nas socjalna gospodarka rynkowa jest zapisana w Konstytucji, jednak bez żadnych konsekwencji dla partii, premiera, ministra finansów czy ministra pracy – pozostaje martwym zapisem, z którego nic nie wynika.

Obecność we Wspólnocie narzuca pewne standardy socjalne i otwiera dostęp do dodatkowych środków, z drugiej strony jednak – narzuca dyscyplinę finansową. Jak te dwa oczekiwania Brukseli, idące jakby w przeciwne strony, wpływają na kształt polskiej polityki społecznej?

J.M.A.: Myślę, że Unia usiłuje nas uczyć, a my jesteśmy takim niegrzecznym dzieckiem. Pomijamy propozycje różnego rodzaju reform, które powinniśmy przeprowadzić, żeby być krajem bardziej konkurencyjnym. Marnujemy szanse. Potencjał zawodowy Polaków pozostaje niewykorzystany. W krajach skandynawskich aktywnych zawodowo jest znacznie powyżej 70% osób w wieku 15-64 lata, u nas jest to niepełne 55%. Dlaczego w Polsce tak mało ludzi pracuje? A dlatego, między innymi, że nie mamy elastycznego czasu pracy dla kobiet. We Francji dzieli się jeden etat na cztery części, żeby kobiety wychowujące dzieci nie musiały przychodzić do pracy na 8 godzin, tylko na 2 godziny, kiedy chcą. Dopiero od niedawna mamy rozwiązania prawne umożliwiające telepracę. W czasach Internetu istnieją liczne narzędzia pozwalające na pracę w domu, w dowolnie wybranych godzinach, przy jednoczesnej kontroli efektów. Wciąż jednak niewielu pracodawców daje pracownikom taką możliwość.

Kolejna sprawa to podwyższenie wieku emerytalnego. W Polsce aktywna zawodowo jest zaledwie co trzecia osoba w wieku 55-64 lata. Tymczasem w większości krajów unijnych wskaźnik aktywności zawodowej we wspomnianym przedziale wiekowym przekracza 63-65%. Jeżeli mamy przechodzić na emeryturę w późniejszym wieku, to co do tego czasu mają robić osoby, dla których pracy nie ma już teraz? Należy, generalnie rzecz biorąc, stworzyć nowy model mobilności zawodowej i wyedukować do niego społeczeństwo. W dzisiejszych czasach człowiek nie może oczekiwać, że będzie pracował całe życie w jednym zawodzie. Wbrew pozorom, dotyczy to nie tylko zajęć wymagających stosunkowo niskich kwalifikacji. Duża część polskiej kadry profesorskiej nie ma adresów e-mailowych; nie używają nawet PowerPointa, bo przyzwyczaili się, że mając tytuł profesora czy habilitację, nie muszą już niczego się uczyć.

Trzeba wcielić w życie formułę lifelong learning. Kształcenie ustawiczne, rozumiane jako udział w jakichkolwiek kursach czy studiach podyplomowych, obejmuje 13-15% Polaków w wieku 30-65 lat, podczas gdy w Wielkiej Brytanii czy w krajach skandynawskich wskaźnik ten przekracza 25%. Podwyższenie wieku emerytalnego do 67. roku życia jest możliwe w krajach, które zostały do tego odpowiednio przygotowane pod względem edukacyjnym. Pamiętajmy, że rozwiązania techniczne są zawsze funkcją aksjologii. Pytanie, które w związku z tym trzeba sobie zadać, brzmi: jakie wartości proponują nam w zakresie polityki społecznej rządzący? W Polsce nadal traktuje się społeczeństwo z punktu widzenia fiskalnego, a nie obywatelskiego i rozwojowego.

Do tego dochodzi kwestia demograficzna. Francja jest jednym z nielicznych krajów w Europie, w których polityka prorodzinna skutkuje przyrostem ludności. W ciągu 50 lat, od 1960 do 2010, w Argentynie liczba ludności wzrosła dwukrotnie, w Australii i w Chinach również, w Turcji – 2,5 razy, a u nas zaledwie o ok. 15%. Jak to się dzieje, że w innych krajach świata nie ma problemu ze wzrostem demograficznym, a w Polsce jest? W Niemczech, gdzie również mają niż demograficzny, od 5 lat realizowany jest program mający przeciwdziałać temu zjawisku. W kraju tym pojawił się zupełnie nowy pogląd w polityce społecznej, że dziecko to dla państwa nie koszt, lecz inwestycja, gdyż jest ono przyszłym podatnikiem.

Inspirujący jest nie tylko tamtejszy sposób myślenia, ale i rozwiązania instytucjonalne.

J.M.A.: U nas pieniądze na cele socjalne są rozproszone w co najmniej 10 funduszach, podczas gdy w Niemczech od dawna funkcjonuje jeden budżet socjalny, który integruje wszystkie wydatki tego typu. Tak skonstruowany budżet mógłby być dla nas świetną wskazówką podczas reformy finansów publicznych, bo od dawna mówi się o potrzebie wprowadzenia budżetu zadaniowego.

Od pewnego parlamentarzysty dowiedziałem się, że na posiedzeniach komisji budżetowej posłowie zgłaszają postulaty odnoszące się do ich okręgów wyborczych, natomiast niemal żadnych wniosków dotyczących całości Polski. Są oni bowiem przygotowani, że partia i wyborcy będą ich rozliczać przede wszystkim z zaspokajania potrzeb i oczekiwań regionów, z których zostali wybrani. Zapytałem wobec tego: „Czy pan, jako poseł biorący udział w pracach Komisji Finansów Publicznych, zna cały budżet?”. – „Nie, to niemożliwe, ponieważ liczy on kilkaset stron” – odpowiedział. Jeśli poseł nie jest w stanie dokładnie poznać budżetu, to znaczy, że organ ustawodawczy ma tylko wycinkową kontrolę nad tą ustawą. To z kolei oznacza, że dyskutując o wydatkach na szkolnictwo czy na służbę zdrowia, nie wiemy, pomiędzy jakimi sektorami można by dokonać przesunięć. Budżet w Polsce znają dwie osoby: ta, która go tworzy oraz wiceminister, który go referuje w Sejmie. Jeśli zatem chcemy celowych działań w dziedzinie polityki społecznej, zacznijmy od edukowania elit politycznych i społeczeństwa w zakresie budżetu socjalnego, który byłby sumą środków z bardzo różnych źródeł.

Zawsze mnie dziwiło, że w Polsce, gdzie tak wiele partii odwołuje się do społecznej nauki Kościoła, polityka wspierania rodzin i dzietności jest słabo rozwinięta.

J.M.A.: Nasi politycy odwołują się do katolickiej myśli społecznej wyłącznie deklaratywnie. Główna teza encykliki Jana Pawła II Laborem exercens jest taka, że praca stanowi klucz do rozwiązania kwestii społecznej. A u nas nie ma nawet porządnych programów zatrudnieniowych.

W ogóle doktryna socjalna Kościoła po odejściu papieża Polaka została odsunięta i zapomniana. Budzi zdziwienie w wielu kręgach, w tym wśród księży, którzy jej nie znają. Który ksiądz mówi dziś o zatrudnieniu niepełnosprawnych (o czym jest mowa w Laborem exercens) czy o działalności związków zawodowych?

Napisał Pan, że w nowoczesnym państwie opiekuńczym polityk społeczny powinien być „nie tylko urzędnikiem, wydającym decyzje w sprawach socjalnych, ale także animatorem aktywności społecznej, mediatorem w konfliktach socjalnych, programistą nowych przedsięwzięć, obserwatorem procesów społecznych”. Czy takie kierunki studiów, jak polityka społeczna lub praca socjalna, zapewniają odpowiednie przygotowanie do pełnienia wszystkich tych ról?

J.M.A.: I tak, i nie. Polityka społeczna musi bazować na wiedzy akademickiej, ale także na diagnozach socjalnych, gdyż młody człowiek, który po studiach chciałby zaangażować się w pracę społeczną, musi dysponować rozpoznaniem lokalnych problemów wymagających rozwiązania. Po drugie, część przyszłych polityków społecznych jest kształconych nie według wartości, tylko według tego, jak technicznie rozwiązać dany problem społeczny (jakie prawo zastosować, jakie środki uruchomić), co nieraz przesłania im to, czemu w dłuższej perspektywie takie działania mają służyć.

Pozostaje pytanie, czy wszyscy politycy społeczni muszą mieć kierunkowe wykształcenie? Weźmy Marka Kotańskiego, którego można uznać za prekursora rozwiązywania problemów społecznych przez organizacje pozarządowe: nie miał związanego z tym wykształcenia, miał za to powołanie. Polityką społeczną zajmują się, nie używając tego określenia, ludzie reprezentujący bardzo różne kierunki myślowe. Pokładam w takich osobach dużo nadziei.

Wracając do uniwersyteckiego, instytucjonalnego kształcenia przyszłych polityków społecznych: uważam, że powinno być ono oparte na studiowaniu biografii ludzi aktywnych. Kiedy zgłębiamy życiorysy działaczy społecznych, uczymy się od nich tej aktywności. Byłoby to bardziej inspirujące dla studentów, aniżeli samo uczenie się „formułek” związanych z ubezpieczeniami, rynkiem pracy czy nauką o rodzinie. To zupełnie nowy rodzaj dydaktyki, którego w polityce społecznej brakuje.

Polityk społeczny może się różnie nazywać, ale jest zawodem przyszłości, gdyż jest związany ze służbą społeczną, a tej w środowiskach lokalnych będzie potrzeba coraz więcej. Nie tylko dlatego, że społeczeństwo się starzeje, ale również dlatego, że istnieje zapotrzebowanie na integrację społeczności lokalnych, co jest przecież sednem zawodu polityka społecznego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Rafał Bakalarczyk.

Na bezrybiu po transformacji

Polak mądry po szkodzie? Nie każdy. Gdy słucha się niektórych osób, mających decydujący wpływ na oblicze transformacji ustrojowej, uderza ich niemożność zejścia z torów myślenia, na które skierowali ongiś polski model rozwoju. Co więcej: to, czego bronią, jest często dalekimi od realiów wyobrażeniami na temat ówczesnej rzeczywistości – zarówno naszej, jak i tej na Zachodzie, który ponoć miał stanowić dla nas inspirację.

Michnik w „Kontakcie” z ekonomicznymi realiami

Do takich wniosków przywiódł mnie wywiad z Adamem Michnikiem, opublikowany w czasopiśmie „Kontakt”. Ostatni numer tego periodyku, zatytułowany „Po lewicy Ojca”, poświęcono perspektywom dialogu między środowiskami katolickimi i lewicowymi. Nie dziwi zatem, że dużą część rozmowy z redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” zajmują rozważania na temat jego niegdyś znaczącej książki „Kościół, lewica, dialog” i jej aktualności. W wywiadzie pojawiły się jednak także inne wątki, jak model społeczny czy powinności państwa wobec najsłabszych – i to na nich chciałbym się skupić.

Warto to uczynić tym bardziej, że dla postawy Michnika i jego środowiska po 1989 r. symptomatyczne było konsekwentne unikanie czy wręcz zamykanie dyskusji na temat społeczno-ekonomicznego aspektu transformacji. Prawdopodobnie w obawie przed podważeniem sensu „jedynej słusznej” drogi w oczach społeczeństwa, które mogłoby w konsekwencji zatrzymać proces zmian lub przestawić go na inne tory. Obawy te były o tyle uzasadnione, że sporo realnych powodów do kontestacji status quo miała niejedna grupa społeczna, poturbowana nie tylko przez transformację, która przybrała kształt terapii szokowej, ale także przez cały ciąg przemian kontynuowanych aż do dziś. Czy jednak jest to powód, by przemilczeć negatywne zjawiska społeczne, a tym bardziej odsądzać od czci i wiary tych, którzy odważą się głośno o nich mówić? Nie licuje to z etosem zaangażowanej inteligencji, na duchową więź z którą Michnik z lubością się powołuje.

Ale zostawmy samego Michnika, a przyjrzyjmy się jego tezom na temat polityki społecznej – tej realizowanej, tej pożądanej i tej możliwej do realizacji. Nie są to tezy wyłącznie jego ani nawet szerszego „salonu”, jak zwykli określać otoczenie redaktora GW jego prawicowi adwersarze. To poglądy zbyt powszechnie przyjmowane, by można było je zbyć lub sprowadzić do kwestii środowiskowo-personalnych.

Wędka, ryba i… nauka łowienia!

Jednym z haseł, przy pomocy którego uderza się od dawna w Polsce w instytucje socjalne, jest „wędka zamiast ryby”. Państwo rzekomo daje pasywnym homo sovieticusom liczne świadczenia, utrwalając ich zależność od „socjalu”, podczas gdy należałoby tworzyć bodźce ku temu, by zaczęli aktywnie i skutecznie dbać o siebie i otoczenie. Do takiej filozofii odwołuje się właśnie Michnik i sugeruje, że było to swoiste credo doby transformacji. We wspomnianym wywiadzie przywołuje historię, w której jego druh Jacek Kuroń (wówczas minister) pojechał na spotkanie z księżmi zajmującymi się światem pracy i wrócił rozczarowany. „Próbował tym duszpasterzom zaproponować język wspólnej troski. Jedyne zaś, co oni mieli mu do powiedzenia, to »Rząd ma dać!«. A jeśli nie da, to jest zdrajca, złodziej i łajdak. Otóż filozofia transformacji polegała na tym, żeby dać ludziom nie rybę, lecz wędkę”.

Ten cytat wymaga szeregu sprostowań, tak na gruncie filozoficznym, jak i na gruncie faktów historycznych. Po pierwsze, metaforę ryby i wędki można różnie rozumieć. Czym jest owa wędka? Czy jest to po prostu praca? Jeśli tak, to w Polsce po 1989 r. realizowano coś zgoła odwrotnego niż filozofię wędki – pracy było coraz mniej, wskaźniki bezrobocia dochodziły nawet do 20%! Jeśli dawanie ludziom wędki miało być po prostu wypychaniem ich z systemu świadczeń socjalnych na rynek pracy, aby radzili sobie sami, to takie tendencje można zaobserwować we współczesnej Polsce – świadczenia są coraz bardziej selektywne, a tym samym krąg ich odbiorców się zawęża. Tyle tylko, że samo odbieranie ryby trudno utożsamić z faktycznym dawaniem wędki.

Poza tym, na bezrybiu – gdzie w lokalnych społecznościach brakuje miejsc pracy, a inwestycje nie nadciągają – nie wszyscy mają szanse złowić na tyle dużo, by móc wyżywić siebie i rodzinę.

Jeśli sięgniemy do źródeł tej metafory, a więc do przywołanego bodajże przez Benjamina Franklina indiańskiego przysłowia, to brzmiało ono tak: „Nie dawaj głodnemu ryby, podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. To, co współcześnie w retoryce neoliberalnej bywa pomijane, to właśnie owa „nauka łowienia” – konsekwentne, systemowe działania reintegracyjne (w wymiarze zawodowym i społecznym) wobec osób wykluczonych, a nie powiedzenie „radź sobie sam”. Trzeba jednak stwierdzić jasno, że nawet gdy staw będzie obfitował w ryby, nie każdy okaże się skutecznym wędkarzem. Grupa najskuteczniejszych może zgarnąć niemal całą pulę i dla reszty nie starczy wcale lub zostanie bardzo mało. Dlatego tak ważna jest polityka społeczna – aby poprzez system redystrybucji umożliwić dzielenie się rybami na czytelnych zasadach z tymi, którzy radzą sobie gorzej.

Zupa zamiast wędki

Przechodząc od filozofii społecznej do historii politycznej warto zauważyć, że – wbrew temu, co twierdzi Michnik – filozofia transformacji (jeśli sądzić o niej na podstawie podjętych wówczas działań) wcale nie bazowała na dawaniu wędki zamiast ryby. W większości opracowań opisujących politykę społeczną tamtych czasów wskazuje się raczej na jej nie aktywizacyjno-integracyjny, a osłonowy charakter.

Chodziło o to, by amortyzować społeczne koszty dla grup, które straciły na restrukturyzacji społeczno-gospodarczej. Zwłaszcza grup potencjalnie mogących wzniecić opór. Ludziom nie dano wędki (możliwości zatrudnienia) ani nie uczono ich łowienia ryb – nie finansowano przekwalifikowywania i adaptacji do nowych realiów, co podniosłoby zatrudnialność (employability) tych osób. Dawano im (i to nie wszystkim) niezbyt dużą i mało smakowitą rybę w postaci różnych świadczeń rentowych, przedemerytalnych etc. Od dawna postrzega się to za główną słabość polityki społecznej tamtego okresu, a tym bardziej jako model nie mający uzasadnienia w sytuacji obecnej, gdy zasadniczy przełom jest już za nami, a trzeba sprostać nowym wyzwaniom – związanym z podnoszeniem konkurencyjności i szukaniem odpowiedzi na wyzwania demograficzne.

Jacek Kuroń w swej książce „Moja zupa”, poświęconej opisowi głównych problemów, z którymi mierzył się jako minister pracy i polityki socjalnej, stwierdza, że podstawową trudnością było pozyskanie od ministra finansów środków wystarczających na to, by grupy pokrzywdzone miały co włożyć do garnka. Podczas gdy Kuroń zapewne faktycznie chciał osłonić najsłabszych przed skutkami reform (choć w przypadku wielu grup niespecjalnie mu się to udało), jego polityczni koledzy kierowali się odwrotną logiką. Nie tyle chciano osłonić ludzi przed reformami, ile reformy przed frustracją ludzi – to tym podyktowane były pewne działania osłonowe. Tym samym mający dobre chęci i poczucie odpowiedzialności za rzeczywistość Jacek Kuroń stał się „pożytecznym idiotą”, wchodząc w buty tych, którzy – w przeciwieństwie do niego – wykluczonych mieli w gruncie rzeczy gdzieś.

Działania osłonowe nie sprowadzały się wprawdzie wyłącznie do słynnej zupy ani do telewizyjnych pogadanek Kuronia tłumaczących poczynania rządu. Miały charakter systemowy, dotyczyły nieraz szerokich grup. Niemniej było to jedynie chwilowe łatanie dziur w systemie bezpieczeństwa socjalnego, na dodatek tylko największych, które najostrzej ukazywały braki prowadzonej polityki. Miała ona charakter selektywny i dezaktywizujący, przyczyniając się do wytworzenia niekorzystnego klimatu dla aktywności zawodowej, obywatelskiej i społecznej.

W zasadzie o polityce zawierającej elementy filozofii „wędka zamiast ryby” wedle nowoczesnych, europejskich wzorców tzw. aktywnej polityki społecznej można dopiero mówić w kontekście reform w pierwszych latach XXI wieku. Powstały wówczas m.in. ustawa o spółdzielniach socjalnych czy ustawa o zatrudnieniu socjalnym. Nastąpiło to późno i być może właśnie owo zapóźnienie stanowi jeden z powodów, dla których filozofia ta nie przynosi spodziewanych efektów, mimo zasadniczo słusznych instrumentów. Pewne wzorce dezaktywizacyjne już się w społeczeństwie zakorzeniły i nie jest to wyłącznie spuścizna PRL-owskiego „Czy się stoi, czy się leży…”, ale również właśnie polityki zapoczątkowanej przez transformację.

Państwo wspólnego (!) dobrobytu

Innym problemem, który przewija się przez wywiad z Michnikiem, jest jego stosunek wobec państwa opiekuńczego i modelu socjaldemokratycznego. Tu Michnik wypowiada słowa, które mogą w pierwszej chwili pozytywnie zaskakiwać, ale kończy jednak rozczarowująco. Stwierdza m.in.: „W sensie filozoficznym uważam się za zwolennika państwa opiekuńczego. Tyle tylko, że nie zawsze i nie w każdych warunkach jest ono projektem realnym”, a także: „Jeśli pyta mnie pan o to, jak dzielić społeczne urządzenia – to jestem zdecydowanie za rozwiązaniami socjaldemokratycznymi. Oczywiście, pod warunkiem, że moje państwo stać na ich wdrożenie. Z budżetem państwa jest jak z budżetem rodziny. Chciałbym kupić mojemu synowi samochód, ale na to potrzebne są środki… Nie wystarczy powtarzać, że każdemu dziecku należy się samochód”.

Dochodzimy tu do kwestii rozumienia istoty państwa opiekuńczego i możliwości jego wdrażania. Według mnie Michnik myli się w jednym i drugim. Po pierwsze, pojmuje to zjawisko na sposób indywidualistyczny – w tym ujęciu państwo opiekuńcze, zwane też państwem dobrobytu (welfare state), to państwo, które zapewnia wysoki standard życia wszystkim obywatelom. Jeśli tak postawimy sprawę, faktycznie może się wydawać, że na obecnym poziomie rozwoju Polski nie stać nas na welfare state. Szkopuł w tym, że takie ujęcie państwa opiekuńczego nie sięga do korzeni rzeczy.

Państwo dobrobytu, zwłaszcza w wariancie socjaldemokratycznym, charakteryzowało się bowiem nie tyle wysokim poziomem indywidualnego zaspokajania potrzeb, co inwestowaniem we wspólnotowe formy konsumowania pewnych dóbr i usług, które dla osób mniej zamożnych byłyby nieosiągalne na rynku lub wiązałyby się z obciążeniem nie pozwalającym zaspokoić innych potrzeb. Wśród tych dóbr znajdowała się przede wszystkim opieka nad osobami zależnymi, edukacja w różnych fazach życia, służba zdrowia czy inne instytucje wsparcia. Oczywiście to, co wspólnotowe, przekładało się na indywidualny dobrostan, i to zarówno w wymiarze materialnym, jak i pozamaterialnym. Ponadto w dłuższej perspektywie okazywało się inwestycją w kapitał społeczny i ludzki, co przynosiło pośrednie korzyści dla rozwoju społeczno-gospodarczego, w wyniku którego również indywidualne spożycie mogło być na wyższym poziomie. Rozsądna, elastycznie modyfikowana, ale cały czas hojna polityka społeczna nie była traktowana jako wydatek, lecz jako inwestycja.

Dzielić się zasobami, nie dzielić społeczeństwa

Myślę, że do takiej koncepcji państwa dobrobytu można byłoby przekonać dzisiaj niejedną osobę, ale zaraz pojawi się wątpliwość: zgadzamy się, że polityka społeczna może być inwestycją, ale skąd weźmiemy na starcie pieniądze, by zainwestować? Przecież nas nie stać. Czyżby? Kraje skandynawskie, gdzie instytucje dobrobytu są najgłębiej zakorzenione, mają nie tylko wysoki poziom bogactwa, ale też dużą jego część decydują się przekazać do publicznej kasy w formie podatków. W Polsce wpływy podatkowe są znacznie niższe w relacji do PKB. Gdyby je zwiększyć – podnosząc stawki, ale też koniecznie poprawiając ściągalność od tych, którzy najczęściej nie płacą ich wcale, a powinni, np. części najbogatszych przedsiębiorców – to znalazłyby się większe środki na finansowanie instytucji dobrobytu. Poza tym w samym systemie finansów publicznych wiele środków jest marnotrawionych – wcale nie idą na cele społeczne. Kluczowe jest więc nie tylko to, na jakim poziomie rozwoju gospodarczego jesteśmy jako społeczeństwo, ale też jak dzielimy to bogactwo – najpierw między tym, co prywatne a tym, co publiczne, a następnie w ramach tego, co zgromadzone zostało w budżecie.

Aby zacząć budowę państwa dobrobytu, trzeba jednak zrozumieć jego istotę. Nie chodzi o to, by każdy nastolatek jeździł luksusowym porsche, ale aby wszyscy mieli możliwość taniego dojazdu do szkoły i w inne miejsca. Nie chodzi o to, by każdy emeryt wygrzewał się na wczasach na Hawajach, ale aby wszystkich emerytów stać było na podstawowe leki, wyjazd do sanatorium czy uczestnictwo w życiu wspólnoty lokalnej. Nie chodzi o to, by każde dziecko podróżowało po całym świecie, rezydując w drogich hotelach, ale by każdemu dziecku zapewnić realną możliwość choćby krótkiego, subsydiowanego publicznie wyjazdu wakacyjnego poza miejsce zamieszkania. Podobne przykłady można mnożyć. Mówiąc w skrócie, nie chodzi o to, żeby wszyscy byli bogaci, ale o to, by nikt nie był biedny i wykluczony, a mniej zamożni mogli się cieszyć takim samym dostępem do podstawowych praw, co osoby bogatsze; nie chodzi więc też o to, by wszyscy mieli dokładnie po równo. Wspólne korzystanie z instytucji publicznych buduje przy tym spójne społeczeństwo, mniej podatne na destrukcyjne konflikty i alienację jednostek. Ważna jest nie tyle równość między poszczególnymi osobami, co spójność społeczeństwa, które nie dzieli się na zatomizowane jednostki.

Pesymizm Michnika nie jest więc uzasadniony, choć na pewno trzeba wykonać pokaźną pracę, aby urzeczywistnić powyższy wzorzec. Wydaje się, że błędem ojców transformacji była nie tyle nieudolność w realizacji państwa dobrobytu, ale przyjęcie, że jest to cel nierealny, do którego nie warto próbować zmierzać. Dziś możemy i powinniśmy uczyć się na błędach tamtego pokolenia reformatorów. Warto na starcie zakwestionować przeciwstawianie ryby wędce i szukać sposobów na uzyskanie synergii między działaniami osłonowo-kompensacyjnymi a integracyjno-aktywizacyjnymi. Należy również promować wśród obywateli (zwłaszcza majętnych) ideę większego dzielenia się swoimi zasobami z budżetem, z którego będą mogli per saldo skorzystać wszyscy. Wreszcie, trzeba porzucić mrzonki o indywidualnym bogactwie na rzecz wspólnego dobrobytu. Wszystko to składa się na całkiem realny projekt, także na obecnym etapie ekonomicznego rozwoju Polski. Czas zacząć wcielać go w życie!

Rafał Bakalarczyk

Przeciwko wykluczeniu

Przeciwko wykluczeniu


Warning: Undefined array key "file" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-includes/media.php on line 1788

Warning: Undefined array key "file" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-includes/media.php on line 1788

Europejski Rok na rzecz Zwalczania Ubóstwa i Wykluczenia Społecznego nie przyniósł w Polsce realnych zmian politycznych. Może dlatego, że wymagałyby one daleko idących przewartościowań w myśleniu o tym problemie. Skala ubóstwa i wykluczenia społecznego podlega zmianom, ale w małym stopniu są one efektem świadomej, długookresowej polityki, o jasno i stanowczo wyrażonych celach, precyzyjnie dopasowanych działaniach i starannie oraz systematycznie monitorowanych rezultatach. Dla przykładu: stopa ubóstwa i wykluczenia dochodowego w latach 2005–2010 zmalała (patrz tabela 1). W dużej mierze było to skutkiem procesów społeczno-ekonomicznych, które mogły zaistnieć w nowych realiach makropolitycznych. Na pewno istotnym bodźcem było wejście Polski do Unii Europejskiej i związany z tym spadek bezrobocia wskutek migracji zarobkowych, a co za tym idzie – także spadek poziomu ubóstwa. Swoją rolę odegrały również dopłaty z funduszy unijnych dla rolników – grupy uprzednio szczególnie zagrożonej ubóstwem. Zmiany te jednak nie były skutkiem świadomej, aktywnej polityki, realizowanej przez państwo polskie. Przeciwnie – w polskiej polityce społecznej miały miejsce tendencje niekorzystne. Wystarczy wspomnieć o utrzymaniu dotychczasowej wysokości progu uprawniającego do pomocy społecznej na poziomie z 2004 r. W obliczu wzrostu cen spowodowało to, że w 2011 jego wysokość znalazła się poniżej poziomu minimum egzystencji (kwota obliczona przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych, odzwierciedlająca minimalny poziom dóbr potrzebny do biologicznego przetrwania). Podobnie władze postąpiły z progiem uprawniającym do świadczeń rodzinnych, adresowanych do rodzin z dziećmi. Grupa ta w przypadku rodzin wielodzietnych jest szczególnie zagrożona ubóstwem. Tu kryterium dochodowe od 2006 r. wynosi 504 zł (583 – gdy dziecko jest niepełnosprawne) na osobę w gospodarstwie domowym. Ponieważ zarobki rosną – ale koszty życia również! – wiele rodzin dotychczas korzystających ze wsparcia i ewidentnie nadal go potrzebujących, przekracza próg i nie otrzymuje nawet skromnego zasiłku rodzinnego oraz dodatków do niego. Według danych Ministerstwa Pracy, liczba świadczeniobiorców spadła w ostatnich latach. Dzieci z rodzin, które nieznacznie przekroczyły próg, nie mogą dostać żadnego z dodatków, także tych edukacyjnych, np. 100 zł na rozpoczęcie roku szkolnego, 50 zł na dojazd do szkoły, gdy uczą się poza miejscem zamieszkania lub 90 zł na dofinansowanie opłat za internat. Co więcej, wykluczone są też z innych programów wsparcia, jak „Wyprawka szkolna” czy stypendium szkolne, bazujących na progu pomocy społecznej. Na nieodmrożonych progach mogą poślizgnąć się nie tylko ubogie rodziny, ale cała polska modernizacja, która swych dźwigni powinna szukać właśnie w podnoszeniu kapitału ludzkiego i społecznego. Kwestia progów dochodowych to tylko jeden z przykładów, ale o tyle istotny, że uwidacznia, w jaki sposób oszczędzanie na walce z ubóstwem i wykluczeniem działa hamująco na rozwój.

Szkodliwe schematy

Wydaje się, że brak nawet prostych kroków, zapewniających choćby doraźną pomoc ubogim, nie mówiąc o wielowymiarowych strategiach, jest skutkiem uwikłania polskiej polityki społecznej w schematy płynące z teorii odwołujących się do ekonomii o neoliberalnej, a nieraz wręcz libertariańskiej proweniencji. Istnieją trzy zasadnicze przeświadczenia, które marginalizują problem ubóstwa w myśleniu o rozwoju ekonomicznym. Nazwałbym je: radykalnym, umiarkowanym i łagodnym. W wariancie radykalnym ubóstwo w ogóle nie powinno nas zajmować, gdy myślimy o rozwoju ekonomicznym. Żeby gospodarka się rozwijała, trzeba patrzeć do przodu i nie oglądać się za siebie – na tych, którzy zostają na marginesie. Ubóstwo jest tu zjawiskiem naturalnym i nieredukowalnym, a może wręcz pożądanym, jako mobilizacja do jeszcze większej pracy. Wobec tego nie warto go zwalczać. Zwolennicy tego poglądu, najczęściej wywodzący się z kręgów okołolibertariańskich, mają też często skłonność do obwiniania biednych za ich położenie. W wariancie umiarkowanym twierdzi się, iż dbałość o wzrost gospodarczy musi mieć prymat nad zwalczaniem ubóstwa. Zdaniem zwolenników tego nurtu, ten pierwszy automatycznie poprawi skuteczność tego drugiego. Jest to zgodne z zasadą trickle down economy, w myśl której gdy jest przypływ, wszystkie łodzie idą do góry. Uważa się więc, że warto dążyć do jak największego wzrostu gospodarczego, a dzięki niemu nawet najbiedniejsi będą mieli lepiej, niż gdyby wzrostu nie było. Często wydatki na politykę socjalną uważa się za kulę u nogi. Z takim poglądem można spotkać się zwłaszcza w kręgach neoliberalnych. Wariant łagodny stanowi zmodyfikowaną wersję poglądu drugiego i mówi mniej więcej tyle: najpierw się wzbogaćmy, a potem będziemy myśleli, co dzielić. Nie twierdzi się już, że ubóstwo nie jest ważnym problemem, nie wierzy się też naiwnie, że wzrost gospodarczy automatycznie zmniejszy ubóstwo i wykluczenie. Sugeruje się natomiast, że najpierw państwo musi wypracować bogactwo, żeby zająć się zasadami jego (re)dystrybucji. Odwrócenie tej kolejności uznaje się często za przeciwskuteczne. Ten ostatni pogląd, chyba najpopularniejszy, bywa uznawany za realistyczny i to nawet przez tych, którzy przychylnie spoglądają na doświadczenia krajów, gdzie zbudowano równomiernie rozłożony dobrobyt. „Chcecie Szwecji? My również, ale najpierw się wzbogaćmy, a później budujmy państwo opiekuńcze” – słyszałem w niejednej dyskusji. Jako próbę wyjścia naprzeciw powyższym opiniom proponuję tezę, że należy doprowadzić w Polsce do przewartościowania (najpierw na poziomie intelektualnym, następnie politycznym) myślenia o relacjach między ubóstwem i wzrostem gospodarczym, a także szerzej definiowanym rozwojem. Polegałoby ono na uznaniu, iż to nie zmniejszenie ubóstwa i wykluczenia będzie następstwem wzrostu gospodarczego, lecz przeciwnie – rozwój gospodarczy musi zostać poprzedzony skutecznymi działaniami na rzecz likwidacji ubóstwa i wykluczenia społecznego. W przeciwnym razie pozostawienie tych zjawisk (które mają wpisaną w siebie cechę poszerzenia, pogłębienia i reprodukcji międzypokoleniowej) będzie generowało obciążenia dla gospodarki, a więc w dłuższej perspektywie będzie hamowało wzrost oraz powodowało wielowymiarowy uszczerbek dla rozwoju społeczno-ekonomicznego1.

Koszty społeczne i polityczne

Jednym z głównych celów takich rozważań jest nie tyle przekonanie, dlaczego należy walczyć z ubóstwem i wykluczeniem społecznym (bo to w kręgach społecznie postępowych jest raczej bezdyskusyjne), ale przedstawienie możliwie przekonującego uzasadnienia, dlaczego walkę z ubóstwem i wykluczeniem powinniśmy traktować jako absolutny priorytet rozwojowy, także (choć oczywiście nie tylko) z ekonomicznego punktu widzenia. Najczęściej do wysiłków w tym kierunku skłaniają nas względy natury moralnej i ideowej, a w mniejszym stopniu pragmatycznej i ekonomicznej. Dlatego wiele osób patrzy na tę kwestię w klasycznie filantropijny sposób. Nie wchodząc na razie w kwestie pragmatyczne, warto także na płaszczyźnie ideologicznej zaproponować pewne przesunięcie. Parafrazując słowa Nelsona Mandeli – Fighting with hunger is not an act of charity, it’s an act of justice, można rzec, że walka z ubóstwem i wykluczeniem nie jest aktem dobroczynności, lecz imperatywem sprawiedliwości. Takie spojrzenie stanowi krok w kierunku uznania osób dotkniętych tego typu problemami za podmioty praw, a nie oderwanych od społecznego ładu indywiduów, zdanych na łaskę silniejszych. Podporą dla tego typu spojrzenia może być teoria sprawiedliwości Johna Rawlsa i Amartyi Sena2. W naszym kraju może być ona trudna do wprowadzenia, gdyż – w odróżnieniu od np. tradycji francuskiej czy skandynawskiej – w Polsce nie jest upowszechniona i rozumiana idea obywatelstwa socjalnego. Z moich rozmów z przedstawicielami ruchu „ATD Czwarty Świat” w Polsce, wynikało, że istnieją realne trudności z przełożeniem na polski dyskurs wielu treści, jakie wypracowuje się we Francji – kolebce tej organizacji. Jednocześnie widać pierwsze jaskółki zmian. Sporządzono raport „Social watch”, przy opracowaniu którego spotkały się środowiska zajmujące się wykluczeniem i ubóstwem oraz te zajmujące się dyskryminacją. Także podczas warsztatów, które przeprowadziłem dla Towarzystwa Edukacji Antydyskryminacyjnej<sup „>3, przekonałem się, że działacze organizacji walczących na tym polu również są żywo zainteresowani kwestią ubóstwa i wykluczenia. Być może fundamentem dla ujęcia wspólnie wykluczeń materialnych i kulturowych oraz powiązań między nimi byłoby rozpatrywanie ich jako aspektów pogwałcenia praw człowieka i obywatela. Oprócz tego należy pamiętać, że wykluczenie i ubóstwo mogą negatywnie przełożyć się na funkcjonowanie systemu politycznego. Nie jest prawdą, że im większa sfera wykluczenia, tym szersza baza społeczna dla formacji i rozwiązań w duchu socjaldemokratycznym czy społecznej gospodarki rynkowej. Bardziej prawdopodobne, że deprywacja ludzi zrodzi frustrację, która może w najlepszym razie przełożyć się na bierność osób dotkniętych nią, a w gorszym – na poparcie dla organizacji skrajnych, bazujących na negatywnych emocjach i nie proponujących konstruktywnych rozwiązań w duchu społecznego solidaryzmu.

Pozorne oszczędności

Powoływanie się na racje ekonomiczne w kontekście tak głęboko humanistycznych celów budzi nieraz mieszane uczucia. W środowisku lewicowym spotkałem się w niejednej dyskusji z zarzutem, że szukając uzasadnień gospodarczych dla zwalczania wykluczenia, wchodzę na pole dyskursywne tych, którzy wszystko chcieliby przeliczyć na korzyści ekonomiczne, a problem wykluczenia mają za nic. Rzeczywiście istnieje ryzyko takiej cynicznej postawy, ale moim zdaniem tylko wówczas, gdy opłacalność ekonomiczna stanie się jedynym lub głównym kryterium myślenia o problemie ubóstwa. Tymczasem jeśli będzie to jedna z wielu płaszczyzn, na których uzasadnimy konieczność inwestowania w walkę z wykluczeniem i biedą, to cynikami się nie staniemy. Za to zbijemy argument, że „może i macie słuszność, ale nas na to nie stać” – dzięki pokazaniu, że mówimy tu o inwestycji, która, owszem, oznacza pewne koszty, ale one w dłuższej perspektywie są mniejsze, niż gdybyśmy pozostawili te problemy nierozwiązane. Przeciwnicy zaangażowania polityki społecznej w walkę z wykluczeniem, jawią się wówczas jako racjonalni tylko w krótkiej perspektywie, w dłuższej zaś – już nie. Wymieńmy zatem – za prof. W. Warzywodą-Kruszyńską4 – koszty, które rodzi wykluczenie: A) Koszty związane z działaniami naprawczymi:

  1. wydatki na zasiłki z pomocy społecznej,
  2. koszty walki z przestępczością (ponieważ bieda miewa właściwości kryminogenne),
  3. wydatki na ochronę zdrowia (stan zdrowia osób ubogich jest statystycznie gorszy niż osób pozostałych, zapadają oni bowiem częściej na choroby wynikające ze złych warunków życia).

B) Koszty utraconych możliwości (alternatywne). Osoby ubogie i wykluczone w mniejszym stopniu uczestniczą w życiu społecznym, kulturalnym i gospodarczym, wobec czego ich potencjał społeczny jest niewykorzystany. C) Koszty wynikające z międzypokoleniowej transmisji ubóstwa i wykluczenia na kolejne pokolenia. Przykładem może być transmisja kultury ubóstwa i wykluczenia w rodzinach pracowników dawnych PGR-ów5 czy w łódzkich enklawach biedy. Koszty te są szczególnie duże, długotrwałe i trudne do wyeliminowania ex post. Opisane powody pokazują, że z wykluczeniem i biedą trzeba walczyć i traktować tę walkę jako priorytet. Wciąż jednak stoimy przed pytaniem: jak? Warto zasygnalizować szereg barier systemowych, które utrudniają radzenie sobie z tą kwestią. Pierwszym problemem jest wielkość i struktura wydatków na ten cel, a także społeczne wyobrażenia na ów temat (z reguły niestety błędne), jakimi karmiona jest opinia publiczna. W mediach głównego nurty słyszymy przede wszystkim, że wydatki socjalne są rozdęte ponad możliwości (a nawet jeśli nie, to i tak pod presją fiskalną powinny być zmniejszone) oraz że są one źle adresowane. Obie tezy są też często traktowane łącznie. Ta druga, mimo że ociera się o prawdę (w odróżnieniu od pierwszej, która, jak pokażę, jest całkiem fałszywa), często służy jako argument wzmacniający błędne projekty polityczne. Część środowisk przyjmuje, że skoro pieniądze są źle adresowane, to tak jakby wyrzucono je w błoto, wobec tego nakłady te należy obniżyć, a świadczenia uczynić jeszcze bardziej selektywnymi. Na początku warto rozprawić się z mitem o nadmiernych wydatkach socjalnych w Polsce. Obalić ów niezwykle szkodliwy mit pozwala niedawno opublikowany raport Eurostatu6. Wynika z niego ewidentnie, że w Polsce udział wydatków na zabezpieczenie społeczne w PKB jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej. Mniejszy udział wydatków socjalnych w ogólnym podziale dobrobytu jest niższy jedynie na Litwie, w Rumunii, Bułgarii, na Słowacji i w Estonii. W Polsce te wydatki w 2009 r. były na poziomie 19,7%, a więc niemal o 10 punktów procentowych niższym od ich udziału w PKB całej UE (29,5%). Jeszcze drastyczniej wygląda sytuacja Polski, jeśli przyjrzymy się zestawieniu wydatków na zabezpieczenie społeczne na głowę mieszkańca po uwzględnieniu siły nabywczej. Poziom wydatków w innych krajach, w tym tych, które stoją na wysokim poziomie ekonomicznym, sugeruje, że wydatki socjalne nie są reliktem realnego socjalizmu, jak można usłyszeć w niejednym komentarzu „gadających głów” w polskich mediach, lecz stanowią stały element zachodniego kapitalizmu. Interesująca wydaje się także dynamika wydatków na zabezpieczenie społeczne (patrz tabela 3) oraz ich wewnętrzna struktura (o czym dalej). Lata 2002–2009 przyniosły w Polsce obniżenie udziału wydatków na cele społeczne, podczas gdy w UE ten udział się zwiększył (zwłaszcza w krajach strefy Euro). Można na podstawie tych danych stwierdzić, że podział dobrobytu staje się w Polsce coraz mniej solidarny. Owa desolidaryzacja systemu zabezpieczenia społecznego – wg określeń M. Rymszy7 – dokonuje się nie tylko poprzez ograniczanie wydatków socjalnych, ale również za sprawą np. usunięcia redystrybucji z systemu emerytalnego.

Na co idą wydatki socjalne?

Jak się okazuje, Polskę cechuje nie tylko niski poziom wydatków na cele społeczne, ale także ich specyficzna struktura (patrz tabela 4). Rzuca się w oczy przede wszystkim duży udział w łącznych wydatkach na zabezpieczenie społeczne wydatków na zabezpieczenie osób starszych. Jest to najwyższy udział w całej UE. Częściowo tłumaczy on, dlaczego ta grupa wiekowa jest relatywnie mało zagrożona ubóstwem i wykluczeniem materialnym8. Jednocześnie wnioski z innego raportu Eurostatu mówią, że: W ciągu pięciu lat podwoiła się w Polsce liczba emerytów zagrożonych biedą. Choć na tle średniej europejskiej Polska wciąż wypada ciut lepiej, to w niemal całej Europie sytuacja emerytów się poprawia, natomiast u nas wręcz przeciwnie9. Pamiętajmy, że mówimy o udziale tych wydatków w systemie zabezpieczenia społecznego. Jeśli punktem odniesienia będzie dla nas PKB, wówczas wydatki na zabezpieczenie sytuacji polskich seniorów są przeciętne. Z innych źródeł wiemy, że zabezpieczenie polskich emetytów jest oparte na świadczeniach dochodowych, a w małym stopniu na usługowych. Wydatki na opiekę długoterminową są jednymi z niższych w UE. Jest to istotne zwłaszcza w kontekście tego, że w ramach ogólnego procesu starzenia się społeczeństwa, największy spodziewany przyrost procentowy będzie w grupie 80+, a więc w odniesieniu do osób, wśród których zapotrzebowanie na usługi opiekuńcze jest wysokie. Również osoby starsze, jako grupa ponadprzeciętnie potrzebująca opieki medycznej, są szczególnie podatne na zaniedbania w służbie zdrowia. Segment ten (co wynika także z przytoczonej tabeli) jest niedofinansowany ogólnie, a jednocześnie – na co wskazuje niedawne oświadczenie Rządowej Rady Ludnościowej – nieprzystosowany do potrzeb osób starszych. Innym wnioskiem płynącym ze wspomnianego raportu Eurostatu jest istnienie wielu ważnych segmentów zabezpieczenia społecznego, w których wydatki są – na tle innych krajów – bardzo niskie zarówno w relacji do PKB, jak i do ogółu wydatków socjalnych. Przykładem mogą być wydatki na walkę z bezrobociem (wydajemy na ten cel ponad 4 razy mniejszy procent PKB niż unijna średnia). A to właśnie bezrobocie jest bardzo częstą przyczyną ubóstwa. Prezentowane dane dotyczą 2009 r., ale obecnie nie jest lepiej, skoro minister finansów zamroził ponad połowę środków z Funduszu Pracy, na których opierała się polityka aktywizacji osób poszukujących pracy. Innym niedoinwestowanym obszarem są świadczenia na rzecz rodzin i dzieci. Tutaj również odnotowujemy najniższy udział – tak w wydatkach socjalnych, jak i w PKB – w całej Unii. Wycofywanie się państwa z tej dziedziny polityki społecznej jest kompletnie nierozważne w świetle zarówno walki z ubóstwem i wykluczeniem, jak i w obliczu konieczności sprostania wyzwaniom demograficznym. Kolejny obszar – najściślej związany z omawianą tu problematyką – czyli wydatki na mieszkalnictwo i walkę z wykluczeniem społecznym (obejmujące głównie wydatki z pomocy społecznej) są w Polsce 5 razy mniejsze w relacji do PKB niż unijna średnia!

Selektywnie nie znaczy lepiej

Niedofinansowaniu sfery społecznej – a w jeszcze większym stopniu socjalnej – towarzyszy selektywna polityka przyznawania uprawnień do pomocy. Dzięki niskim progom można utrzymać wydatki socjalne na niskim poziomie. Problematyczna jest jednak nie tylko wysokość progów, ale także to, jak restrykcyjnie mają one obowiązywać. Jak dużo powinno być świadczeń, w których możliwe jest odstępstwo od kryterium dochodowego? Czy obok nich powinny istnieć świadczenia uniwersalne, a jeśli selektywne, to niezależne od testu dochodów? W polskiej debacie publicznej dominuje przeświadczenie, że odchodzenie od progu dochodowego jest wyrazem marnotrawstwa zasobów. Nawet partie, które kierują ofertę do elektoratu lewicowego, jak SLD czy ostatnio Ruch Palikota, sugerują potrzebę jak najsilniejszego powiązania prawa do wsparcia z granicą ubóstwa. W istocie, z punktu widzenia sprawiedliwości, ten kierunek myślenia wcale nie jest tak oczywisty. Po pierwsze, uzależnienie wsparcia finansowego od ściśle przestrzeganego kryterium dochodowego oznacza, że osoby, których dochody minimalnie przekroczą arbitralnie ustalony próg, zostają wykluczone z możliwości uzyskania pomocy, mimo że ich sytuacja materialna często wskazywałaby na konieczność jej udzielenia. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacji, gdy progi uprawniające do wsparcia są na niskim poziomie w relacji do potrzeb. Z taką sytuacją mamy do czynienia w Polsce zarówno w odniesieniu do świadczeń rodzinnych, jak i w przypadku świadczeń pieniężnych z pomocy społecznej. W 2011 r. próg pomocy społecznej znalazł się na poziomie niższym niż próg minimum egzystencji, wyznaczany na podstawie koszyka dóbr podstawowych, potrzebnych do podtrzymania biologicznej egzystencji. Do pewnego stopnia sposobem uniknięcia owej pułapki jest ustalenie progu na odpowiednio wysokim poziomie. Po drugie, przyznawanie świadczeń w oparciu o kryterium dochodowe prowadzi do stygmatyzacji świadczeniobiorców. A osobie napiętnowanej znacznie trudniej reintegrować się w społeczeństwie, zwłaszcza poza grupą osób, które też są wykluczone. Ma to szczególne znaczenie w społeczeństwach silnie rozwarstwionych, gdzie status materialny niestety często decyduje o możliwościach uczestnictwa w życiu zbiorowym, w kulturze, w grupach towarzyskich. Nieraz obawa przed stygmatyzacją prowadzi do rezygnacji z korzystania z własnych uprawnień. Takie zjawisko ujawniła choćby kontrola NIK, dotycząca realizacji programów dożywiania w szkołach na terenie szeregu gmin w Małopolsce. Okazało się, że część uczniów nie skorzystała z przysługujących im posiłków w obawie przed stygmatyzacją w grupie rówieśniczej 10. Wydaje się, że właśnie w kontekście polityki na rzecz dzieci trzeba być szczególnie uwrażliwionym na to, by pomoc nie prowadziła do jakiejkolwiek stygmatyzacji czy segregacji. Po trzecie, deprywacja potrzeb zachodzi także w rodzinach, które przekraczają próg. Może ona być związana np. ze szczególną strukturą wydatków (związanych z wydarzeniem losowym) lub istnieniem dysfunkcji. Ponownie, sytuacja dzieci może ilustrować ten problem. Bywa tak, że w rodzinach dotkniętych problemem alkoholowym lub inną dysfunkcją, dzieci nie mają zaspokojonych podstawowych potrzeb (także bytowych), mimo, że dochód w rodzinie może przewyższać – nawet znacznie – próg socjalny. Wówczas bardziej użyteczna od testu dochodów jest dogłębna diagnoza sytuacji rodziny i dziecka, i na tej podstawie podjęcie działań zmierzających do przywrócenia zdolności wychowawczych rodzicom (co jest często procesem bardzo długotrwałym) oraz do zaspokojenia potrzeb materialno-socjalnych dziecka – bezpieczniej w takich wypadkach udzielać jej w formie rzeczowo-usługowej (benefits in kind), nie pieniężnej (benefits in cash). Po czwarte, polityka oparta na progach generuje dodatkowe koszty i procedury biurokratyczne, nie zawsze uwzględniane podczas szukania oszczędności w sferze socjalnej. Polska pomoc społeczna jest w opinii pracowników socjalnych tak silnie zbiurokratyzowana, że nie mają oni czasu, by zajmować się rozwiązywaniem problemów społecznych, pracą środowiskową itp. W efekcie praca socjalna bywa mniej skuteczna w wyciąganiu ludzi z ubóstwa i wykluczenia. Ich liczba nie zmniejsza się, co tworzy dodatkowe koszty. Krótko mówiąc, progi tworzą bezpośrednio dodatkowe koszty związane z procedurami selekcji, a pośrednio także koszty alternatywne – utraconych możliwości wykonywania w większym wymiarze przez pracowników socjalnych pracy z jednostkami, rodzinami i społecznościami dotkniętymi problemem marginalizacji. Po piąte, polityka selektywna ma wpisaną w siebie filozofię braku zaufania społecznego, zwłaszcza wobec osób, które zgłaszają się po pomoc. Nie sprzyja to budowaniu kapitału społecznego, który jest potrzebny w procesie osiągania spójności społecznej. Zwłaszcza w przypadku osób dotkniętych wykluczeniem ważne wydaje się wzmacnianie ich kapitału społecznego, którego jednym z wymiarów jest poziom zaufania do innych (w tym instytucji publicznych), a także poczucia, że im się ufa. Ludzie ci często już wcześniej na każdym kroku doświadczyli odrzucenia i nieufności, co obniżyło motywację do pokonywania przeciwności losu. Służby społeczne powinny pomagać w odzyskiwaniu poczucia zaufania do siebie i otoczenia. Powyższa argumentacja nie oznacza, że powinniśmy zastąpić logikę selektywną logiką uniwersalną. Pokazuje natomiast, że są sytuacje, w których selektywność rodzi szereg kosztów społecznych i ekonomicznych, oraz że nie zawsze bywa skutecznym podejściem w zwalczaniu ubóstwa i wykluczenia społecznego. Przykładem działań, w których owe słabości podejścia selektywnego dają o sobie znać i w których można by w większym stopniu próbować odejść od stosowania kryterium dochodowego, są programy dożywania uczniów w szkołach. Obecnie istniejący od 2005 r. Wieloletni rządowy program wparcia w zakresie dożywiania działa w oparciu o rozszerzone kryterium dochodowe (150% ustawowej linii ubóstwa). Co więcej, w szczególnych przypadkach, gdy dziecko samo zgłosi chęć bycia objętym programem, może zostać weń włączone bez konieczności przeprowadzania wywiadu środowiskowego – istnieje jednak limit takich uczniów w grupie wszystkich odbiorców programu w gminie na poziomie 20%. Program więc obecnie nie jest w pełni selektywny, choć istotnie opiera się na kryterium dochodowym. Jednocześnie w sytuacji zamrożenia progu uprawniającego do pomocy społecznej, nawet owe 150% nie wystarczy, by zapewnić ciepły posiłek potrzebującym. A przecież nie dojada także część dzieci z rodzin nieco zamożniejszych. Oprócz tego selektywność świadczenia rodzi wspomniane już ryzyko stygmatyzacji. Część dzieci, intuicyjnie świadomych tego zagrożenia, nie zgłasza się po przysługujące im wsparcie. Z tych względów niektórzy badacze, m.in. prof. B. Balcerzak-Parandowska, sugerują, że wskazane byłoby całkowite zniesienie progu w dostępie do tego programu11. Z jednej strony wymusiłoby to dodatkowe środki, ale też częściowo oszczędziłoby się na procedurach weryfikacji, czy dane dziecko spełnia kryterium.

O bardziej społeczną politykę aktywizacji

Drugą osią sporu jest aktywna polityka społeczna. Nie ryba, lecz wędka – przekonują zwolennicy tego nurtu. Dodają, że obecna polityka sprzyja bierności i utrwala ubóstwo i wykluczenie, zamiast umożliwiać wychodzenie z niego. Bywa to prawdą zarówno na poziomie diagnozy, jak i na poziomie założeń normatywnych, jednak tylko w części. Poza tym należy uważać, aby nie wyprowadzać z tego zbyt daleko idących wniosków praktycznych i nie przejść do modelu workfare. W koncepcji owej zakłada się, że trzeba uzależnić możliwość otrzymywania świadczenia od podjęcia pracy (choćby najgorzej płatnej). Uzyskanie świadczenia jest tu zależne nie tylko od spełnienia testu dochodów, ale także od podjęcia określonych zachowań. Za modelem workfare, przynajmniej w wersji, jaką po raz pierwszy wypróbowano w krajach anglosaskich (gdzie się zrodziła), stoi też określona wizja człowieka i interpretacja problemu ubóstwa, zgodnie z którą to ubodzy sami są winni swojemu położeniu i trzeba ich zmotywować, a w praktyce przymusić do podjęcia pracy. Często zresztą jest to praca gorszego sortu, tzw. junk job, której wykonywanie i wynagrodzenie nie umożliwia pełnego uczestnictwa w społeczeństwie i kulturze. Patrzy się przy tym na problem wykluczenia jednowymiarowo. Tymczasem ubóstwo, a tym bardziej wykluczenie ma wiele wymiarów. Zmuszając zmarginalizowanych ludzi do pracy, nie umożliwiamy im przezwyciężenia marginalizacji. Koncepcji workfare można więc wiele zarzucić, zarówno jeśli chodzi o przyjęte założenia, jak i praktyczne skutki. Czy jednak oznacza to, że polityka społeczna nie powinna zmierzać ku aktywizacji i tam, gdzie to możliwe, przezwyciężenia ubóstwa, a nie tylko łagodzenia jego symptomów przy pomocy transferów? Ależ skąd. Trzeba po prostu myśleć o konkurencyjnym (co nie znaczy, że we wszystkich punktach rozbieżnym) do neokonserwatywnego i neoliberalnego wariancie aktywnej polityki społecznej, który zawierałby w sobie proaktywizacyjny pierwiastek, ale pozbawiony byłby słabych stron workfare. Na zeszłorocznej konferencji poświęconej polityce społecznej zaprezentowałem kilka warunków, które moim zdaniem powinna spełniać „lewicowa” wersja aktywnej polityki społecznej12. Oto one: 1. Myślenie o partycypacji nie tylko zawodowej. Słabością myślenia liberalnego, ujawniającego się także przy okazji koncepcji workfare, jest pozytywne wartościowanie niemal wyłącznie aktywności zawodowej, wycenianej przez rynek. Tymczasem jest wiele form aktywności, które również są bardzo wartościowe zarówno dla osoby podejmującej je, jak i dla społeczności. Warto je zatem wspierać w procesie wychodzenia z wykluczenia, jak i ogólnie budowania spójności społecznej. Nieraz osoby wykluczone nie są – z różnych przyczyn – w stadium, które umożliwiałoby im podjęcie pracy na wolnym rynku, ale mogą wykonywać inne działania, np. na rzecz instytucji pomocowej, z której korzystają, czy innych grup potrzebujących. Dzięki temu mogą odzyskać poczucie podmiotowości i sprawstwa, co pomoże im na dalszych etapach wychodzenia z wykluczenia. 2. Ryba, wędka i nauka łowienia. Dylemat „wędka czy ryba” wydaje się w praktyce fałszywy. Potrzebne jest jedno i drugie. Pozostając w ramach przyjętej metaforyki, można powiedzieć, że osoba głodna, która nie otrzymała choćby małej rybki, nie będzie miała siły, by utrzymać wędkę, oraz wytrwałości, by uczyć się łowienia. Szczególnie gdy ilość ryb w stawie – a więc miejsc pracy na rynku – jest ograniczona. Dobra polityka aktywizacji powinna więc zawierać wszystkie trzy elementy: wsparcie materialne, działania proaktywizacyjne i możliwości ich praktykowania. Tak też funkcjonuje system zabezpieczenia w krajach skandynawskich, które osiągają korzystne wskaźniki zarówno jeśli chodzi o poziom ubóstwa i wykluczenia społecznego, jak i w kwestii wysokiego poziomu aktywności zawodowej społeczeństwa. 3. Aktywizacja uwzględniająca podmiotowość świadczeniobiorcy. Lewicowi krytycy workfare state zarzucają tej koncepcji lekceważenie podmiotowości osoby wykluczonej, traktowanie jej paternalistycznie, nie dające jej szans wyboru, zakładające lenistwo lub złą wolę i przypisujące winę za stan, w jakim się znalazła. Dlatego należy odrzucić szkodliwe założenia tej koncepcji i zastąpić je postawą wspierającą wykluczonych. Używając nieco górnolotnych, ale trafnych słów, jakie usłyszałem na pewnej konferencji poświęconej bezdomności, należy formułę „wymagaj i dopiero kochaj” odwrócić na „kochaj i dopiero wymagaj”. Aby pomóc komuś przezwyciężyć poważne życiowe trudności, trzeba obdarzyć go minimum zaufania i stopniowo poszerzać pole wolności wyboru, jednocześnie pokazując możliwości jego racjonalnego wykorzystania. 4. Oddziaływanie po stronie popytowej i podażowej. Środowiska neoliberalne przyjmują często przeświadczenie, że problem leży po stronie osób wykluczonych czy to z rynku pracy, czy ze społeczeństwa. Próbując oddziaływać na ich kompetencje i motywacje, nie rozwiązujemy jednak problemu w postaci nierzadkiego deficytu miejsc pracy w społecznościach, w których żyją. W Polsce istnieje wiele społeczności lokalnych, gdzie panuje niedobór miejsc pracy, a bezrobocie jest bardzo wysokie. Jeśli chce się skutecznie walczyć z ubóstwem i wykluczeniem, trzeba oddziaływać zarówno na wykluczonych mieszkańców, jak i tworzyć bodźce do tworzenia miejsc pracy w ich środowiskach. 5. Działania bezpośrednio niezwiązane z aktywizacją, ale pośrednio ją ułatwiające. Przykładem takich działań jest powszechny dostęp do usług opiekuńczych. Ich brak powoduje, że osoby wykluczone często nie są w stanie podjąć zatrudnienia czy szkoleń podnoszących ich potencjał z uwagi na konieczność zajmowania się osobami zależnymi (np. dziećmi, niepełnosprawnymi, osobami starszymi). Tam, gdzie nie ma instytucji opiekuńczych lub są one zbyt drogie, nawet efekty polityki aktywizacji mogą zostać wykorzystane zbyt słabo.


Rekapitulując powyższe rozwiązania, należy przyjąć, że: Po pierwsze, polityka na rzecz zwalczania ubóstwa i wykluczenia powinna stanowić jeden z priorytetów polityki publicznej, a nie kwestię marginalną, z którą zmierzymy się dopiero po załatwieniu innych, „ważniejszych spraw”. Po drugie, owa polityka powinna być wielowymiarowa, angażująca wiele sektorów, podmiotów jak i przede wszystkim wiele instrumentów polityki społecznej, a nie być sprowadzana wyłącznie do działań instytucji pomocy społecznej. Po trzecie, polityka ta powinna być traktowana nie jako koszt, lecz jako inwestycja prorozwojowa. Brak tej polityki może wygenerować w przyszłości znacznie większe koszty (społeczne, zdrowotne i ekonomiczne) niż jej prowadzenie. Po czwarte, należy odejść od szukania oszczędności w sferze socjalnej w imię ratowania stanu finansów publicznych. Dane porównawcze pokazują, że już teraz wydatki socjalne są w Polsce jednymi z najniższych pośród krajów UE. Dalsze ich obniżenie może pogłębić zachwianie wydolności systemu zabezpieczenia społecznego. Po piąte, zasadne wydaje się z jednej strony nieznaczne podwyższenie poziomu wydatków społecznych przy jednoczesnym zracjonalizowaniu ich alokacji. Przede wszystkim dofinansowaniu powinny ulec obszary najściślej związane z ubóstwem i wykluczeniem (polityka rodzinna, polityka walki z bezrobociem, polityka mieszkaniowa oraz pomoc społeczna), które są w Polsce szczególnie niedofinansowane. Po szóste, rozwinięta powinna być polityka na rzecz wsparcia dzieci i rodzin z dziećmi. Obszar ten w Polsce jest szczególnie niedofinansowany na tle porównawczym, podczas gdy grupy te są szczególnie zagrożone ubóstwem i wykluczeniem. Brak kompleksowej polityki w tym względzie grozi nie tylko pogwałceniem praw społecznych najsłabszych, ale także zapaścią demograficzną, marnotrawstwem potencjału ludzkiego i podważeniem całego ładu społecznego. Po siódme, należy zrehabilitować krytykowaną we współczesnym dyskursie publicznym ideę świadczeń uniwersalnych. Kompleksowa polityka społeczna powinna łączyć świadczenia uniwersalne ze świadczeniami selektywnymi, adresowanymi do konkretnych grup. Te pierwsze sprawdzają się przede wszystkim, gdy są realizowane w formie rzeczowej i usługowej (np. powszechny dostęp do usług opiekuńczych i edukacyjnych w różnych fazach życia), te drugie zaś nieraz powinny być przyznawane w oparciu o inne kryterium niż test dochodów (np. dobrze zdiagnozowaną sytuację rodzinną i społeczną). Po ósme, należy podnieść rękawicę, jaką rzucają środowiska neoliberalne i neokonserwatywne pod postacią koncepcji workfare. Polityka społeczna na rzecz zwalczania ubóstwa i wykluczenia powinna mieć proaktywizacyjny odcień, jednak istnieje wiele sposobów osiągania tego celu. Nie należy tkwić w alternatywie: albo polityka łagodzenia i utrwalania ubóstwa, albo workfare. Potrzebna jest wielowymiarowa „aktywna polityka społeczna”, która nie stygmatyzowałaby osoby korzystającej z niej i pozwalała odzyskać jej potencjał na wielu frontach. Kwestia aktywnej polityki społecznej jest warta ożywionej dyskusji w środowiskach prospołecznych. Mam nadzieję, że powyższe propozycje mogą stać się zaczynem owej debaty.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

  1. Więcej argumentów na rzecz powyższych tez dostarczam w opracowaniu napisanym dla Fundacji Amicus Europae: R. Bakalarczyk, Bieda i wykluczenie społeczne, Fundacja Amicus Europae, Warszawa, marzec 2011. Na jego kanwie powstał niniejszy artykuł.
  2. Zob. Danielle Zwarthoed, Zrozumieć biedę. John Rawls-Amartya Sen, 2012.
  3. Owocem tych warsztatów są publikacje na stronie TEA: http://www.tea.org.pl/pl/SiteContent?subitem=teksty_seminaryjne
  4. W. Warzywoda-Kruszyńska, Nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić – bieda wśród dzieci w Polsce [w:] J. Szambelańczyk, M. Żukowski (red.), Człowiek w pracy i polityce społecznej, Poznań 2010.
  5. Zob.: A. Karwacki, Błędne Koło. Reprodukcja kultury podklasy społecznej, Toruń 2006.
  6. Eurostat, Statistics in focus, 14/2012.
  7. M. Rymsza, Redystrybucyjna i więziotwórcza funkcja ubezpieczenia społecznego a ewolucja systemu emerytalnego w Polsce [w:] J. Hrynkiewicz (red.), Ubezpieczenie społeczne w Polsce. 10 lat reformowania, Warszawa 2011.
  8. Co nie znaczy, że poważne problemy materialne nie dotykają wielu polskich emerytów – omawiam ten problem szerzej w innym opracowaniu: R. Bakalarczyk, Ubóstwo wśród ludzi starszych [w:] Z godnością w jesień życia. Socjaldemokratyczny program dla osób starszych, Warszawa – Wrocław 2011.
  9. https://obywatel3.macmas.pl/2012/03/22/szara-polska-jesien-zycia/
  10. Najwyższa Izba Kontroli, Informacja o wynikach kontroli skuteczności prawidłowości realizacji przez gminy województwa małopolskiego Programu Wieloletniego, „Pomoc Państwa w zakresie dożywiania w latach 2006–2009”, Kraków, kwiecień 2009.
  11. B. Balcerzak-Paradowska, Dziecko w polityce rodzinnej. Ocena działań dotychczasowych. Wzorce z innych krajów. Kierunki działań, „Polityka społeczna” wrzesień 2009.
  12. Wykluczenie społeczne w Polsce na tle innych krajów Europy. Prezentacja przygotowana i wygłoszona podczas konferencji organizowanej przez Stowarzyszenie „Warszawa w Europie”, z udziałem prof. J. Supińskiej, prof. R. Szarfenberga i R. Bakalarczyka.

„Straszni mieszczanie” biorą się za emerytury

A patrząc, widzą wszystko oddzielnie / Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo… – ów cytat z wiersza Tuwima uporczywie przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się nad przegłosowanym przez Sejm 11 maja podniesieniem wieku emerytalnego. Niczym tytułowi straszni mieszczanie z utworu Tuwima, władza „widzi wszystko oddzielnie” i przeprowadza reformę emerytalną w oderwaniu od działań na innych polach. Nie zauważając, że system emerytalny jest jedynie częścią większej konstrukcji – systemu publicznego dobrobytu, u którego fundamentów leżą określone warunki demograficzne, zaś jego filarami powinny być inkluzywny, wydajny rynek pracy oraz zdrowe i spójne społeczeństwo.

Niemal każdy z elementów owej konstrukcji jest przez polską politykę zaniedbany. Porównując tę sytuację do przebudowy domu, podniesienie wieku emerytalnego jest jak rozpoczęcie przebudowy od komina. I to w sytuacji, gdy fundamenty się zapadają, a ściany pękają i kruszą.

Premier chętnie przedstawia reformę emerytalną jako dowód politycznej odwagi własnego środowiska, które nie boi się niepopularnych, lecz koniecznych zmian, a także jako wyraz perspektywicznego myślenia o współczesnych wyzwaniach. Czy tak jest w istocie? Podniesienie wieku emerytalnego to raczej pomysł na krótkookresową poprawę kondycji budżetu poprzez zmniejszenie liczby wypłacanych emerytur. Gdyby rzeczywiście władzy chodziło o długofalową reakcję na wyzwania demograficzne i ekonomiczne, wdrożyłaby kompleksowe zmiany, które – jak każda inwestycja – wymagałyby na starcie wydatków społecznych oraz wysiłku podjętego w celu znalezienia na nie środków zarówno w ramach samego budżetu, jak i z dodatkowych wpływów podatkowych. Jednak przekonanie całego społeczeństwa czy wybranych, zasobnych grup do zasilania domeny publicznej w imię określonych celów społecznych, które zaprocentują później, wymaga w istocie – zwłaszcza w polskim kontekście – znacznie większej odwagi niż polityka szukania oszczędności.

Nie stać nas, więc stójmy w miejscu

Swego czasu „rozczuliła” mnie wypowiedź pełnomocniczki ds. równego statusu, Agnieszki Rajewicz-Kozłowskiej, która pytana przez dziennikarkę „Przekroju”, stwierdziła, że jeśli chcielibyśmy uzależnić moment podniesienia wieku emerytalnego od kompleksowych zmian w wielu sferach życia społecznego, musielibyśmy czekać na to wiele lat, gdyż w tej chwili na kompleksową reorganizację polityki społecznej nas po prostu nie stać. W moim przekonaniu, stwierdzenie, że „nas nie stać”, jest gołosłowne i najpewniej wynika z powielania obiegowych opinii, iż żyjemy ponad stan i należałoby w dobie kryzysu zacisnąć pasa. Jednak sama polityka zaciskania pasa poprzez cięcia w wydatkach publicznych, a zwłaszcza socjalnych jako panaceum na czas dekoniunktury, bywa kwestionowana m.in. przez takich ekonomistów, jak noblista Joseph E. Stiglitz, a wśród polskich badaczy Kazimierz Łaski i Leon Podkaminer. Pojawiają się też głosy, że bardziej zasadnym kierunkiem rozruszania gospodarki jest zwiększenie zatrudnienia poprzez inwestycje publiczne, a także wzrost popytu konsumpcyjnego przez poprawę sytuacji osób mniej zamożnych czy wręcz ubogich.

Ponadto Polska jest jednym z ostatnim krajów, którego władze powinny wzbraniać się przed modernizacją polityki społecznej przy pomocy zainwestowania w to środków większych niż obecnie. Według Eurostatu, jesteśmy jednym z krajów Europy wydających najmniej na zabezpieczenie społeczne – 19% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 29%. Zatem gdy władze powołują się na to, że większość krajów UE podnosi wiek emerytalny, dbają o standardy europejskie dość wybiórczo. Tutaj znów objawia się niezdolność władzy do widzenia systemu społecznego jako całości. A wydatki na zabezpieczenie społeczne to tylko jeden z licznych wskaźników społecznych, w których nie dorównujemy wielu krajom UE i – co gorsza – niewiele robimy, by to zmienić.

Podnieść próg czy wiek

Rząd najczęściej tłumaczy konieczność podwyższenia wieku emerytalnego trendami demograficznymi. Jednak rozwiązanie, które proponuje, nie przyczyni się do kształtowania stosunków ludnościowych. Pomysł podwyższenia wieku emerytalnego jest co najwyżej próbą łagodzenia skutków starzenia się populacji, nie zaś oddziaływania na przyczyny – więc znów jest to budowanie domu od komina. Tymczasem należałoby w pierwszej kolejności stworzyć ludziom warunki dogodne do posiadania i wychowywania dzieci. Tu zapóźnienie polskiej polityki względem „starej” Europy jest szczególnie widoczne. Wydajemy na politykę wsparcia rodzin i dzieci 0,8% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 2,3%.

Skutki niedofinansowania są opłakane. Rodziny, którym uda się spełnić restrykcyjne kryteria uprawniające do wsparcia, otrzymują je w niewielkim wymiarze, najczęściej przy pomocy działań osłonowych. Umożliwiają one zaspokojenie najbardziej elementarnych potrzeb, nie dają natomiast realnych możliwości pełnego uczestnictwa w społeczeństwie. Równocześnie wiele osób – na skutek istnienia niskiego, nie podnoszonego od 8 lat progu dochodowego, uprawniającego do świadczeń rodzinnych – nie otrzymuje wsparcia wcale. Rząd dopiero teraz podjął decyzję, że od listopada podniesiony zostanie zarówno próg dochodowy, jak i wysokość samego zasiłku rodzinnego (ale już nie dodatków do niego). Ciekawe, że podniesienie wieku emerytalnego przyjęto w błyskawicznym tempie mimo sprzeciwu wielu grup, tymczasem podniesienia wspomnianego progu tak długo nie mogliśmy się doczekać, mimo że eksperci postulowali to od dawna.

Modernizacja cudzymi rękami

Oczywiście polityka rodzinna to nie tylko świadczenia rodzinne. Piętą achillesową polskiej polityki społecznej są usługi, w tym opiekuńcze. To właśnie ze względu na ich niedobór wiele osób nie decyduje się na posiadanie dzieci, a ci, którzy to robią, nie zawsze mają szansę na zaspokojenie potrzeb rozwojowych swego potomstwa. Oczywiście, w kręgach prorządowych podnosi się z dumą kwestię wprowadzenia ustawy żłobkowej i rosnących w lawinowym tempie wskaźników skolaryzacji na poziomie przedszkolnym. Warto jednak pamiętać, że równolegle do wzrostu podaży opieki rosną koszty, jakie ponoszą rodziny.

Według badań Eurobarometru, polskie rodziny w ostatnich latach odczuły wzrost obciążeń związanych z wychowaniem dziecka. Ów wzrost nie wynika bezpośrednio z ustawy, ale wiele gmin, na które zrzucono odpowiedzialność za to (i za wiele innych nowych zadań), przerzuciło na rodziców niemałą część kosztów. Na poziomie systemowym nie zapewniono mechanizmu, który ograniczyłby wzrost kosztów ze strony rodzin, ani też nie zapewniono wystarczającego wsparcia gminom. Ponadto wzrost podaży miejsc w instytucjach opieki nad dzieckiem, oprócz dużego prywatnego wysiłku finansowego rodziców, jest możliwy dzięki środkom unijnym, rozdysponowanym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Jest to źródło potrzebne, ale niestabilne – prędzej czy później wygaśnie. A zatem władze może i realizują słuszne cele, ale wyłącznie cudzymi rękoma: samorządów, rodziców, UE. A subwencji oświatowej na opiekę przedszkolną, choćby częściowej – mimo przedwyborczych obietnic Premiera – jak nie było, tak nie ma…

Pies pogrzebany w śmieciach

Opisana sytuacja zwiększa ryzyko wykluczenia, którym zresztą władza się nie przejmuje. Wydatki na przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu oraz na mieszkalnictwo są w Polsce 5 razy mniejsze niż unijna średnia (0,2% do 1% PKB). Tymczasem brak dostępu do mieszkań stanowi barierę także dla decyzji prokreacyjnych. Jak pokazały badania CBOS z 2007 r., większość indagowanych wskazała, że właśnie poprawa dostępu do mieszkań mogłaby zachęcić ich do powiększenia rodziny. Tymczasem sytuacja mieszkaniowa jest fatalna, zwłaszcza że wiele osób nie ma szans na kredyt, pracując na tymczasowych umowach – mamy najwyższy wskaźnik zatrudnionych na umowach czasowych w UE. W Polsce umowa o pracę staje się powoli luksusem – zwłaszcza dla młodej generacji. Wielu młodych – jeśli w ogóle udaje im się wejść na rynek pracy – jest zatrudnionych w ramach umów cywilnoprawnych lub wręcz „na czarno”, nie mając żadnych praw pracowniczych. I tu właśnie jest pies pogrzebany!

Ogromna rzesza osób pozostających poza rynkiem pracy lub zatrudnionych w systemie nieoskładkowanym, sprawia, że wpływy do FUS są niewielkie. Publiczna „świnka skarbonka” niemiłosiernie chudnie, a nie karmiona przychodami ze składek nie jest w stanie wypłacić godziwych świadczeń beneficjentom. Toteż rozwiązywanie problemów systemu emerytalnego należy rozpocząć od zmierzenia się ze zjawiskiem prekaryzacji pracy i życia. Celowo mówię o prekaryzacji, a nie o samych umowach śmieciowych, gdyż nie jest to problem jedynie umów i nie da się go rozwiązać wyłącznie przez regulacje prawa pracy. Jak zauważył prof. Mieczysław Kabaj, młodzi godzą się na śmieciowe warunki i biorą byle jaką pracę w obawie przed nieustannie czającym się za plecami widmem bezrobocia, szczególnie powszechnego w Polsce w tej grupie wiekowej.

A co robi władza? Drastycznie tnie wydatki z Funduszu Pracy, paraliżując działania publicznych służb zatrudnienia. W 2009 r. wydawaliśmy na walkę z bezrobociem 4 razy mniej niż średnia wydatków na ten cel w krajach UE. Aż strach myśleć, jak będą wyglądały te różnice obecnie. O ile po liberalnej władzy nie spodziewałem się nasilonej walki z wykluczeniem, o tyle wydawało się, że dążenie do jak największej aktywizacji zawodowej jest zgodne z kanonem liberalizmu w wydaniu europejskim. Jednak u nas – nie.

Bez pracy i emerytury, lecz z obowiązkiem opieki

Sytuacja zawodowa jest trudna nie tylko dla osób dopiero wchodzących na rynek pracy, ale także dla dojrzałych pracowników. Tym bardziej dziwi dążenie do podniesienia wieku emerytalnego, skoro mamy w Polsce najniższy w UE wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 50+! Wiele z nich de facto pracuje, ale nieodpłatnie, opiekując się wnukami, a także osobami w wieku podeszłym. O ile opieka nad wnukami zazwyczaj wiąże się z radością i satysfakcją, o tyle pielęgnacja niesamodzielnych osób starszych, z których wiele cierpi na liczne dolegliwości i nieraz nie poznaje już bliskich, to ogromne obciążenie psychiczne dla opiekuna. Część z nich musi zrezygnować z zatrudnienia, a horyzont uzyskania emerytury przesuwa się. Inni są zmuszeni do łączenia pracy na etacie i wykonywanej po godzinach nieodpłatnej pracy w postaci opieki nad osobami starszymi, co może prowadzić do fizycznego i psychicznego wyczerpania, a w związku z tym do obniżenia efektywności w pełnieniu obydwu ról.

W Polsce udział opiekunów nieformalnych jest szczególnie wysoki, a według stosowanych typologii porównawczych, nasz system opieki nad osobami starszymi jest jednym z najmniej przyjaznych w całej UE. Ale system siłą inercji trwa, a władza w swej krótkowzroczności korzysta z przerzucenia odpowiedzialności za ten problem na rodzinę, nie zauważając, że to również m.in. tutaj leży bariera w realizacji deklarowanych założeń reformatorów, jakimi jest zwiększenie liczby pracujących.

Niestety w oczach rządzących ponury obraz wszystkich powyższych zależności rozmywa się w dymie z komina, od którego nasi „straszni mieszczanie” zabierają się za reformy.

Rafał Bakalarczyk

Publiczna rola szkoły (z Finlandią w tle)

Likwidacji szkół towarzyszy pominięcie roli tej instytucji jako miejsca publicznego. Szkoły traktuje się jako miejsca wyrwane z lokalnego kontekstu. Miejsca, gdzie po prostu są świadczone usługi dydaktyczne, które bez większych szkód mogą być oferowane gdzie indziej.

Oczywiście nie należy szkół (ani jakichkolwiek publicznych instytucji) traktować jako worka bez dna, lekceważąc realia ekonomiczne. Jednak ów rachunek  ekonomiczny powinien być dokonywany – jak to się czyni w kontekście usług społecznych – biorąc pod uwagę nie tylko krótkookresowy efekt, ale także długofalowe oddziaływanie danej decyzji.

Lokal dla lokalnej integracji

Patrzenie na placówki szkolne bez uwzględnienia znaczenia sieci tych placówek dla społeczności lokalnej, oznacza pominięcie jakże ważnej integracyjnej funkcji szkoły. W społeczeństwie polskim, obolałym po latach realnego socjalizmu i terapii szokowej doby transformacji, kapitał społeczny jest na niskim poziomie. Wobec tego w środowisku lokalnym każda instytucja, która ma potencjał budowy tegoż kapitału, jest na wagę złota. W niektórych społecznościach szkoła to jedyna taka instytucja, szczególnie w środowiskach wiejskich, gdzie panuje deficyt innych instytucji kulturalno-integracyjnych, jak domy kultury i biblioteki. Fala likwidacji bibliotek publicznych szczególnie dotknęła właśnie polską wieś. W latach 1989-2009 liczba publicznych bibliotek na terenie całego kraju zmniejszyła się o 1921 placówek, z czego o 1467 na terenach wiejskich.

Funkcje bibliotek i innych placówek publicznych mogłyby przejąć szkoły. Jednak to właśnie również na obszarach wiejskich rozpoczął się proces likwidacji szkół, który dziś obejmuje także większe ośrodki i metropolie. Choć w środowiskach miejskich, zwłaszcza metropolitalnych, publiczna infrastruktura kulturalno-społeczna jest zazwyczaj bardziej kompleksowa, a szkoła stanowi tylko jeden z jej elementów, to i tutaj placówki oświatowe mogą odegrać istotną rolę. Choćby dlatego, że w dużych miastach anomia społeczna jest zazwyczaj znacznie większa niż na wsi. Nie ma już niemal społecznego kapitału rodzinno-sąsiedzkiego, a jednocześnie słabo wykształcił się kapitał stowarzyszeniowo-obywatelski. Ludzie więc w małym stopniu – także z uwagi na przeciążenie pracą i innymi obowiązkami, w których władza ich nie wspiera – uczestniczą w niewielkich środowiskach. A jeśli już to robią, są to zazwyczaj zrzeszenia skupiające osoby o podobnych cechach społeczno-demograficznych. Tworzy się więc tzw. wiążący kapitał społeczny, a niekoniecznie kapitał pomostowy.

Aby osiągnąć ten drugi cel, nieraz przydatne okazują się publiczne instytucje, wśród których prym może wieść właśnie szkoła. Po pierwsze, jest to instytucja powszechna, w której udział jest obligatoryjny. Rodzice, chcąc czy nie chcąc, posyłają tam swoje dzieci. Po drugie, w systemie oświaty uczestniczą dzieci i rodzice z różnych warstw, które na tej płaszczyźnie mogą się poznawać i integrować – choć niestety rozwój szkolnictwa prywatnego, a także procesy segregacyjne w ramach publicznego, nieco ograniczają budowanie kapitału pomostowego między ludźmi. Uczestnicząc z ramienia Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego w Porozumieniu Oświatowym, skierowanym także do rodziców likwidowanych lub zagrożonych likwidacją szkół i przedszkoli, miałem okazję obserwować w praktyce współdziałanie rodziców i ich dyskusje, w których wszyscy funkcjonują na równych prawach, bez względu na status społeczny, a wspólnym mianownikiem ich zaangażowania jest bycie rodzicami oraz to, że placówki, do których uczęszczają ich pociechy, mogą ulec likwidacji.

Spójnie i nowocześnie

Owszem, wiemy z historii, także rodzimej, że łatwiej jest integrować wokół wspólnego wroga lub wspólnego problemu, który zagraża żywotnym interesom jednocześnie wielu grup. Ale czy codzienne funkcjonowanie szkoły – i społeczeństwa w ogóle – nie oznacza wyzwań, z którymi można się mierzyć tylko wspólnymi siłami? Ważne jest, aby sobie to uświadomić i wyartykułować, co niestety nie zawsze się dzieje. Tworzenie sieci społecznych – przy udziale publicznych instytucji, w tym edukacyjnych – bywa drogą do sukcesu w epoce informacyjnej, czego dowodzi przypadek Finlandii.

Gdy w Polsce mowa o potrzebie modernizacji, patrzy się na nią zazwyczaj jednowymiarowo, akcentując technologiczny, a pomijając społeczny aspekt rozwoju. Podobnie też spogląda się na fenomen fiński. Tymczasem sukces tego kraju to tyleż efekt inwestycji w badania i rozwój, co i skutecznego dążenia do spójności społecznej, która pozwala na większe wykorzystanie potencjału ludzi i lepszą cyrkulację zasobów (także intelektualnych) między nimi.  Polska opinia publiczna zdają się nie dostrzegać tych zależności, co rzutuje także na sposób patrzenia na edukację – jej cele oraz miejsce w rozwoju społecznym. Słuchając liderów opinii publicznej, można mieć wrażenie, że zasadniczo wszystko jedno, czy będziemy wzorować się na Finlandii, czy na Singapurze, wszak i tu, i tam uczniowie osiągają wysokie wyniki, jeśli chodzi o umiejętności analizowane w badaniach PISA. I tu, i tam następuje też rozwój technologiczny i gospodarczy. I jeśli częściej wspominamy o Finlandii, to głównie dlatego, że jest ona geograficznie i kulturowo bliższa, a w mniejszym stopniu dlatego, że tak bardzo cenimy prospołeczny wymiar i publiczny charakter tamtejszego systemu edukacyjnego.

Ta redukcja w myśleniu o modernizacji, a także o funkcjach szkoły, daje znać o sobie na każdym kroku, zarówno w bieżących utarczkach, jak i w przyszłościowych prognozach. Na przykład w raporcie „Jak będzie zmieniać się edukacja?”, wydanym przez Instytut Obywatelski (think tank Platformy Obywatelskiej), zarysowany obraz edukacji, choć momentami interesujący, pomija wiele zagadnień i problemów, jak nierówność dostępu, segregacja, rozwój osobowości, przygotowanie do życia w społeczeństwie czy materialno-środowiskowe bariery kształcenia. Z opracowania wyłania się obraz szkoły przyszłości jako przestrzeni (nawet niekoniecznie fizycznej), w której uczniowie podłączeni do sieci, będą nabywać i reprodukować kolejne umiejętności potrzebne do życia w cywilizacji cyfrowej. Autorzy nie kryją entuzjazmu wobec tego zjawiska, mnie ona trochę przeraża. Ale najważniejsze, że nie odpowiada ona dającym się przewidzieć realiom, w których dotychczasowe społeczne funkcje szkoły i problemy ich realizacji nie znikną. Wobec tego w antycypowaniu i projektowaniu zmian nie należy ich pomijać.

Grzech jednowymiarowego patrzenia na modernizację szkół udziela się także innym formacjom. Również lewicowym, które mając trudności ze stworzeniem wizji wspólnoty alternatywnej wobec prawicowej, uciekają albo w obronę okraszonego postmodernistyczną retoryką indywidualizmu, albo w technologiczny technokratyzm. Tymczasem prawdziwym wyzwaniem dla środowisk, którym zależy na promodernizacyjnej zmianie społecznej, jest przywrócenie szerokiego definiowania rozwoju – w tym edukacji, z uwzględnieniem wielości funkcji, jakie może i powinna ona pełnić.

Szkoła trój-wymiarowego rozwoju

W debacie publicznej funkcje systemu szkolnego  często sprowadza w praktyce do dydaktyki. To rozkład wyników w tym zakresie traktujemy jako miernik, czy zmiany idą ku dobremu. Z pola widzenia znikają dwa inne ważne wymiary edukacji. Pierwszy z nich to socjalizacja i wychowanie. To, jak jest definiowana i praktykowana ta funkcja, w pewnej mierze określa strukturę społeczeństwa, w którym żyjemy. Trzecim, jeszcze bardziej zapomnianym wymiarem publicznej oświaty, jest jej działalność opiekuńczo-pomocowa, na co składają się instrumenty wparcia uczniów. W obu tych obszarach wiele możemy nauczyć się właśnie od Finlandii.

W tym kraju, jeśli chodzi o funkcję wychowawczą, dzieci już na wczesnych etapach praktykują kooperację (w ramach pracy w grupach) oraz wychowywane są w duchu równości i szacunku dla różnorodności. Oprócz tego, owa demokratyczna kultura nie tworzy się – jak ktoś mógłby się obawiać – przez odrzucenie autorytetu. Wręcz przeciwnie – prestiż zawodu nauczyciela, podobnie jak jego przygotowanie do wykonywania tej profesji, poprzedzone selekcją i gruntownym wykształceniem (stale podnoszonym w trakcie pracy),  są wysokie i stanowią jeden z filarów sukcesu tamtejszego systemu edukacyjnego.

Przykład fiński jest wart uwagi również w wymiarze pomocowym. Uczniowie szkół rozszerzonych (łączących szkołę podstawową i gimnazjalną) otrzymują w szkole bezpłatny posiłek, a także przybory i podręczniki. Istnieje też możliwość uzyskania dodatkowego wsparcia dla potrzebujących. Ów zgodny z duchem nordyckiego welfare state system uniwersalnego dostępu do posiłków w szkole, w społeczeństwie, gdzie problem niedożywienia nawet bez tego byłby mniejszy niż u nas (choćby ze względu na niższy poziom wykluczenia dochodowego rodzin), pełni funkcje integracyjne i socjalizacyjne. Sprzyja zdrowym nawykom żywieniowym oraz przypomina o tym, że wszystkie dzieci tworzą wspólnotę pod dachem państwa, niezależnie od pochodzenia społecznego i sytuacji rodzinnej. Z kolei równomierny dostęp do przyborów szkolnych i pomocy naukowych wspomaga proces dydaktyczny. Widać zatem, że w fińskim systemie oświaty wymiary dydaktyczny, wychowawczy i opiekuńczy są nie tylko współobecne, ale i tworzą zintegrowaną całość. To właśnie jest najciekawsze w owym modelu i godne naśladowania.

Przykład piękny, ale jak on się ma do polskich bolączek, zwłaszcza w sytuacji, gdy coraz to nowe  szkoły mają pójść pod nóż? I nie jest to fiński nóż, którym precyzyjnie można by zreorganizować sieć szkolną, przy minimalizacji społecznych kosztów i według starannie realizowanego planu. Wręcz przeciwnie – likwidacja placówek często zachodzi w sposób nieskoordynowany, niezależnie od sprzeciwu społeczności szkolnych i lokalnych, z pogwałceniem interesów dzieci, zwłaszcza tych najsłabszych, którym najtrudniej będzie zapewnić dojazd, a które i tak mają już wiele problemów z efektywnym uczestnictwem w systemie oświatowym. Dostrzeżenie na przykładzie fińskim owej wielowymiarowości instytucji szkoły może być kluczem zarówno do poszerzenia i wzmocnienia oporu wobec likwidacji placówek, jak i mocniejszego zakwestionowania racji, które mogłyby przemawiać za pochopnymi decyzjami polityków o likwidacji szkół. A może nawet byłby to impuls do zmian w myśleniu o edukacji i zarządzaniu nią na poziomie systemowym, bo to właśnie tu zaczynają się problemy, które następnie spadają na samorządy, a potem na same szkoły. Im bardziej zredukujemy instytucję szkoły do wymiaru czysto dydaktycznego, tym łatwiej będzie daną placówkę „wyrwać” ze społeczności. Im więcej potrzeb publicznych będzie ona zaspokajała, tym większa będzie jej ranga w oczach decydentów, samych adresatów tych potrzeb i opinii publicznej.

To właśnie w kontekście niemocy realizacji tych wszystkich potrzeb perspektywa szeroko zakrojonej likwidacji szkół dopiero napawa grozą. Choćby wtedy, gdy uzmysłowimy sobie, że młodzież z likwidowanych szkół będzie uczyła się z dala od środowiska zamieszkania, co utrudni proces wychowawczo-dydaktyczny, do którego według współczesnej pedagogiki przydatna jest współpraca z pozaszkolnym otoczeniem dziecka i uwzględnienie środowiskowych uwarunkowań indywidualnego rozwoju. Zwłaszcza ma to znaczenie w przypadku dzieci defaworyzowanych, których pochodzenie społeczne i warunki bytowania wymagają kompensacji. Również w ramach programu dożywiania trudniej będzie zapewnić wsparcie dzieciom potrzebującym, skoro rozluźni się komunikacja między daleko położoną od domu szkołą a instytucjami socjalnymi, z których korzysta ich rodzina. Nieotrzymanie wsparcia z kolei skutkuje utrzymywaniem niedożywienia, a to prowadzi do  problemów z koncentracją, agresją i ogólnym obniżeniem potencjału rozwojowego, także jeśli chodzi o przyswajanie wiedzy. Po raz kolejny widzimy, jak  silnie przenikają się te trzy wymiary edukacji.

Ratować lasy i pielęgnować róże

Dlatego też w oświadczeniu programowym Porozumienia Oświatowego próbowaliśmy obok kluczowej kwestii likwidacji szkół zasygnalizować problemy i postulaty związane np. z wadliwie działającymi programami  dożywiania i coraz wyraźniejszą tendencją likwidacji szkolnych stołówek. Podczas spotkań z rodzicami miałem wrażenie, że ten aspekt schodził jednak na dalszy plan. Po części dlatego, że zapewne nie wszystkie dzieci współpracujących z nami rodziców z owego dożywiania korzystały. Ponadto, jak głosi ludowa mądrość, nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.

Ale czy na pewno? Nieraz łatwiej ugasić pożar lasu – jakim jest masowa likwidacja szkół – gdy róże są  pielęgnowane. Tam, gdzie szkoła stanowi ważny ośrodek życia publicznego lokalnej społeczności oraz zaspokajania potrzeb jej członków, znacznie łatwiej o zbiorową mobilizację, by gasić pożar lasu, zamiast biernego obserwowania, jak zostanie z niego popiół. Skuteczne programy wsparcia mogą okazać się więc – w warunkach wspólnego zagrożenia – korzystne dla całej społeczności szkolnej, nawet tej jej części, która z nich nie korzysta bezpośrednio. Dochodzimy tym samym do dobrze rozumianej w krajach nordyckich konstatacji, że właściwie zorganizowana, systemowa i solidarna pomoc słabszym, opłaca się per saldo wszystkim.

Fińska lekcja z edukacji jest jeszcze do odrobienia. Skandynawowie zrozumieli, że tożsamość lokalną i narodową, a także sam rozwój, można tworzyć przy pomocy instytucji publicznych, otwartych dla wszystkich. U nas, po części ze względów historycznych, wspólnotowość zwykło się budować głównie poza instytucjami, a te ostatnie postrzegano wręcz jako hamulec rozwoju. Może warto to zmienić i na nowo odkryć potencjał publicznych instytucji? Szkoła powinna być jedną z pierwszych pośród nich.

 Rafał Bakalarczyk