przez Piotr Wójcik | poniedziałek 11 sierpnia 2014 | opinie
Czym różni się Polska od przeciętnego państwa postkolonialnego? U nas przez większą część roku jest zimno i ponuro, a tam z reguły ciepło i całkiem słonecznie, o ile akurat nie ma pory deszczowej. Nasze rozpadające się slumsy tylko straszą (chociażby enklawy biedy na Śląsku), tamtejsze nierzadko zapierają dech w piersiach (np. malowniczo położone brazylijskie fawele). Tamtejsi piłkarze z reguły potrafią czynić z piłką cuda, nasi to co najwyżej rzetelni wyrobnicy, a i o tej rzetelności zapominają, gdy przychodzi im założyć reprezentacyjny trykot. Jak widać różnic między Polską, a postkolonialnymi państwami z Ameryki Południowej czy Afryki jest całkiem sporo, ale nie wszystkie na naszą korzyść. Zresztą czy naprawdę trzeba wchodzić w szczegóły, by postawić tezę, że łatwiej znosi się biedę w Rio de Janeiro albo Marrakeszu niż w Bytomiu czy Świętochłowicach?
Gdy z poziomu rozważań geograficzno-klimatycznych zejdziemy na kwestie ekonomiczno-społeczne, dostrzeżemy, że nasz kraj wykazuje mnóstwo cech typowych dla terytorium postkolonialnego. A raczej neokolonialnego, bo quasi-kolonialne mechanizmy są tu sprawą jak najbardziej aktualną, a nie tylko odbiciem przeszłego zniewolenia. Żyjemy w kraju, w którym to nie społeczeństwu ma być dobrze, ale zagranicznym inwestorom oraz rodzimej elicie kompradorskiej, które wspólnie wyciskają tubylców jak cytrynę. Wspólnie, podkreślam, bo ważne, żeby pamiętać, iż współczesny kolonializm opiera się w równym stopniu na wyzysku przychodzącym z zewnątrz, co i tym wewnętrznym. Harmonia i współpraca podmiotów zagranicznych z częścią rodzimych jest niezbędnym warunkiem rozkwitu tego modelu.
Według Eurostatu, PKB na głowę mieszkańca wynosi w Polsce 68 proc. średniej UE. Inaczej mówiąc, rocznie produkujemy już ponad 2/3 tego, co w przeciętnym kraju UE, takim jak Włochy (98 proc. średniej) czy Hiszpania (95 proc.). Bardzo zbliżyliśmy się do Grecji (75 proc. średniej). Cieszyć się jednak nie ma z czego, gdyż owoce tej produkcji, w odróżnieniu od powyższych krajów, nie zasilają wcale portfela zwykłego Polaka. Pomimo że produkujemy już ponad 2/3 tego, co Włoch czy Hiszpan i prawie tyle, co Grek, wartość majątku zgromadzonego przez przeciętnego obywatela naszego kraju stanowi… 10 proc. majątku Włocha, 20 proc. Hiszpana i 25 proc. Greka (według Global Wealth Databook 2013, o którym pisałem również w felietonie dla portalu jagiellonski24.pl). To zresztą nic dziwnego – na terytoriach neokolonialnych bogacenie się rdzennej ludności tubylczej jest ostatnie na liście priorytetów, o ile w ogóle się na niej znajduje. Jeśli kogoś wciąż nie przekonuje odniesienie teorii neokolonialnej do Polski, to wskażę jeszcze jedno smaczne porównanie – otóż, pod względem wartości majątku przeciętnego obywatela, Polsce najbliżej jest do… Libanu. A więc byłej francuskiej kolonii, która w ostatnim półwieczu doświadczyła długiej i brutalnej wojny domowej, okupacji części swojego terytorium oraz szeregu bombardowań ze strony Izraela.
Oczywiście zawsze można postawić starą, wytartą i zwyczajnie nudną już tezę, że za naszą nędzną kondycję odpowiadają lata „komuny”, podczas której Polacy nie mogli się bogacić. Takie tłumaczenie ma jednak słabe punkty. Pierwszy to przykłady krajów, które mają na swoim koncie podobne doświadczenia historyczne. Czeskie PKB per capita wynosi 80 proc. średniej UE. Czyli polskie PKB na głowę to ok. 85 proc. czeskiego. Za to majątek przeciętnego Polaka stanowi tylko 55 proc. majątku Czecha. Gdzie uciekło 30 punktów procentowych? Chyba nie zabrała ich „komuna”? Tłumaczenie latami PRL-u złej sytuacji tubylców znad Wisły, tak bardzo odstającej od reszty mieszkańców UE, ma jeszcze jedną zasadniczą wadę. Otóż według tej argumentacji Polacy są tacy biedni, gdyż w latach 1945-1989 mieli zablokowaną możliwość gromadzenia majątku. Za takim postawieniem sprawy stoi założenie, że w roku 1989 ruszaliśmy od zera, a nad Wisłą mieliśmy wtedy klepisko nieruszone pracą ludzką. A to przecież nieprawda. PRL pozostawił po sobie całkiem sporo majątku państwowego – czyli wspólnego, wytworzonego pracą całego społeczeństwa. Nikt nie kazał nam rozdysponować go w taki sposób, że zwykły Polak nic z tego nie miał i rzeczywiście musiał w 1989 roku zaczynać niemal od zera.
| Kraj |
Przeciętny majątek zgromadzony na głowę (w USD) |
| Włochy |
195 925 |
| Niemcy |
157 882 |
| Hiszpania |
99 214 |
| Grecja |
83 442 |
| Portugalia |
71 193 |
| Słowenia |
52 039 |
| Czechy |
36 201 |
| Estonia |
26 562 |
| Liban |
20 918 |
| Polska |
20 803 |
Na majątkowe dysproporcje składa się wiele przyczyn. Na pewno jedną z nich jest kwestia wyceny składników majątku – chociażby nieruchomości, których ceny na zachodzie Europy są znacząco wyższe niż w Polsce. Ale nie tłumaczy to aż takich przepaści. Głównym powodem zaistniałego stanu rzeczy jest neokolonialny model rozwoju, przyjęty w Polsce z równym udziałem naszych elit i zagranicznych „życzliwych” doradców – model, w którym zwykli obywatele są ostatnimi w kolejce beneficjentami wzrostu gospodarczego, jeśli w ogóle nimi są. „Owoce przemian”, z których korzystali przeciętni Polacy, były już tylko ogryzkami. Wielki wpływ na to miała oczywiście prywatyzacja, w ramach której nasza własność wspólna rozeszła się po cenach czasem niewiele większych niż obecne osobiste majątki zachodnich Europejczyków. To m.in. dlatego musieliśmy po 1989 r. „zaczynać od nowa”.
Co dzieje się z owocami niewątpliwie całkiem niezłego wzrostu gospodarczego, jakiego Polska doświadcza w ostatnich latach? Gdzie one trafiają, skoro nie do portfeli polskich gospodarstw domowych? Odpowiedź jest prosta – przede wszystkim na rachunki przedsiębiorstw, zarówno zagranicznych, jak i polskich. Konta firm działających w Polsce puchną wręcz od pieniędzy, a ich stopy oszczędności biją rekordy i znajdują się obecnie na poziomach najwyższych w historii. To oczywiście samo w sobie nie musi być złe. Problem w tym, że w naszym kraju bogacenie się przedsiębiorców nie wiąże się z poprawą sytuacji bytowej pozostałych obywateli. Można to wyczytać z jednego z okresowych raportów NBP (nt. sytuacji polskich gospodarstw domowych), ale kto by tam czytał analizy banku centralnego? Jako że mnie zdarzyło się przeczytać, uprzejmie donoszę, że ogólna stopa oszczędności w naszym kraju w IV kwartale 2013 r. wyniosła 17,3 proc. PKB, z czego oszczędności przedsiębiorstw to… 16 proc. PKB! Jest to sytuacja w zasadzie niespotykana. Jednak najbardziej druzgocący jest trend – jeszcze w 2012 relacja ta wynosiła 13,2 proc. PKB do 5,11 proc. W ostatnim czasie nastąpił więc drenaż osobistych oszczędności Polaków na wyjątkową skalę, któremu towarzyszył znaczny przyrost oszczędności przedsiębiorstw. Nie od dziś wiadomo, że kryzys nie musi być złą wiadomością dla niektórych przedsiębiorców – jest on przecież znakomitym alibi do cięcia realnych kosztów pracy.
W Polsce warunki wyjątkowo sprzyjają takim posunięciom. Kolejnym świadectwem tego, gdzie trafiają zyski z gospodarki, jest porównanie produktywności pracy do jej godzinowych kosztów, których zdecydowaną większość stanowią płace brutto. Tam, gdzie majątki osobiste są znaczące, tam wysokie są również płace – w innym razie ludzi nie byłoby stać na systematyczną rozbudowę swojej własności. Oczywiście przedsiębiorcy także tworzą gospodarstwa domowe, a więc ich finanse odbijają się na statystykach majątku gospodarstw domowych. W krajach rozwiniętych (a takim pod względem struktury zatrudnienia mimo wszystko jesteśmy) przedsiębiorcy stanowią jednak zdecydowaną mniejszość siły roboczej, zaś większość stanowią pracownicy. Sytuacja, w której płaca za pracę ma się nijak do produktywności, musi więc przekładać się na stan posiadania Polaków w ogóle. A jak wygląda stosunek płac i produktywności w Polsce na tle omawianych wcześniej państw? Produktywność Włocha według OECD to 37,2 dolarów na godzinę, a Polaka 22,7. Czyli nasza produktywność to jakieś 2/3 produktywności Włocha. Mogłoby się zatem wydawać, że godzinowy koszt polskiej pracy (a w koszcie pracy płaca stanowi zdecydowaną większość) powinien wynosić – przynajmniej w jakimś przybliżeniu – 2/3 kosztu pracy włoskiej. Tymczasem, według Eurostatu, godzinowy koszt pracy we Włoszech wynosi 28 euro, a w Polsce zaledwie 7,6 euro, czyli niemal 4 razy mniej. A więc zamiast 66 proc. mamy 25. Produktywność Hiszpana (42 dolary na godzinę) jest dwa razy wyższa niż Polaka, a godzinowy koszt jego pracy trzy razy wyższy (21,1 euro). Produktywność Polaka jest o 18 proc. niższa niż Czecha, ale koszt pracy mniejszy o 26 proc. Jednak prawdziwie druzgocące są dane pokazujące relację między wzrostem produktywności a wzrostem płac. W latach 2001-2012 produktywność Polaków rosła średniorocznie o 3,3 proc., Włochów o 0,004 proc., Hiszpanów o 1,4 proc., a Czechów o 2,8 proc. Ale już pod względem kosztów pracy trend wyglądał zupełnie inaczej. Jednostkowy koszt pracy w Polsce rósł w tym okresie średniorocznie o 0,9 proc., we Włoszech o 2,4 proc., w Hiszpanii o 1,75 proc., a w Czechach o 1,8 proc. Jak widać opłaca się w Polsce zatrudniać – szkoda że pracować już dużo mniej. A gromadzić osobistego majątku w takich warunkach po prostu nie sposób.

Zresztą wysuwanie przez polskich przedsiębiorców i ich rzeczników tezy o niskiej produktywności jako głównej przyczynie niskich płac jest cokolwiek bałamutne. Abstrahując od faktu, że płace Polaków są nieadekwatnie niskie właśnie w stosunku do ich produktywności, to przecież niska produktywność nie wynika wcale z lenistwa polskich pracowników. Wręcz przeciwnie, Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy, a nawet świata. Wśród państw OECD, pod względem przepracowanych godzin w roku, Polacy lokują się na 5 miejscu (1929 godzin). Konkurujemy m.in. z Koreańczykami (2163 – 2 miejsce). Nawet Japończycy (1745 godzin), o których obiegowa opinia mówi przecież, że spędzają w pracy cały dzień, są pod tym względem daleko za Polakami. A takim Hiszpanom zaledwie 1666 godzin pracy w roku wystarczy, by utrzymywać nad nami olbrzymią przewagę majątkową. Niska produktywność nie wynika też z braku kompetencji Polaków – przecież za granicą pracodawcy są nimi często zachwyceni. Niska produktywność Polaków spowodowana jest głównie tym, że pracują oni w firmach zacofanych względem Zachodu. W firmach, które, co pokazują niezależnie od siebie różne statystyki, nie inwestują i nie chcą inwestować w innowacje i rozwój – pod względem nakładów na nie jesteśmy w ogonie Europy. A więc przedsiębiorcy, tłumaczący niskie płace niską produktywnością, de facto przerzucają na pracowników odpowiedzialność za negatywne konsekwencje własnych słabości.
Pieniędzy w Polsce wcale tak bardzo nie brakuje – po prostu w ramach przyjętego modelu rozwojowego zostały one rozdzielone w kompletnym oderwaniu od zasług. Spowodowało to trudny do przełamania klincz. Jedną z przyczyn, dla których polskie firmy nie inwestują swoich pokaźnych oszczędności, jest obawa przed niskim popytem na ich produkty i usługi (co wprost pokazuje niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy). Ale bariera popytowa wynika przecież właśnie z neokolonialnej polityki płacowej firm działających w Polsce. Piłka jest po ich stronie. Wydaje się, że inwestycje polskich przedsiębiorstw w tzw. kapitał ludzki to najlepszy sposób na wyjście polskiej gospodarki z neokolonialnego impasu.
Są na to trzy sposoby: zwiększenie zatrudnienia, podwyżki płac i inwestowanie w rozwój kompetencji pracowników. I wszystkie trzy w Polsce szwankują – bezrobocie jest wysokie (12 proc.), płace koszmarnie niskie, a pod względem szkoleń zawodowych nasze firmy są, uwaga, na ostatnim miejscu w UE – według Eurostatu w tej konkurencji wyprzedziły nas już nawet Bułgaria i Rumunia, które z reguły były dotąd za nami. Jeśli przedsiębiorcy działający w Polsce „chomikują” swe zyski w obawie przed brakiem popytu, niech odważą się sięgnąć do swych kies, by zainwestować w pracowników. Zwróci im się to szybciej niż mogliby przypuszczać – w końcu więcej Polaków będzie wówczas stać na ich towary. Przecież, jak słusznie zauważył Henry Ford, samochody nie kupią samochodów.
przez Piotr Wójcik | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
Początki świata, w którym obecnie żyjemy, sięgają XVI wieku1. Można nie zgadzać się z wieloma tezami Immanuela Wallersteina, można uznawać je za zbyt daleko idące lub niepoparte wystarczającymi dowodami, jednak z tym zdaniem zgodzić się trzeba. Zręby współczesnego zglobalizowanego świata tworzyły się podczas wielce ciekawego dla historii gospodarczej okresu od XVI do XVIII wieku. To wtedy powstawały fundamenty kapitalizmu, tworzyły się podstawy światowego podziału pracy, kreowały zasady globalnej wymiany, a pozycje, które w tamtym okresie zajmowały poszczególne kraje, do dziś odbijają się we współczesnym układzie gospodarczym. Dlatego dla zrozumienia, czemu Polska jest w tym miejscu, w którym jest, dlaczego stanowi co najwyżej półperyferię gospodarczego centrum zachodniego świata, dlaczego pomimo całkiem dynamicznego rozwoju w ciągu ostatnich 25 lat wciąż wlecze się w ogonie państw wysokorozwiniętych, niezbędne jest przyjrzenie się tamtemu okresowi – I Rzeczpospolitej.
Nieprzypadkowo Anna Sosnowska swą pracę na temat sporu historyków o gospodarcze dzieje ówczesnej Polski zatytułowała „Zrozumieć zacofanie”. Aby zrozumieć nasze zapóźnienie względem krajów Zachodu, potrzeba głębokiej refleksji nad tamtym okresem, który miał niebagatelny wpływ na wszystko, co wydarzyło się po nim. Nie chcę tutaj zabierać głosu w dyskusji, czym była demokracja szlachecka albo jaką cezurę dziejową powinniśmy przyjmować, gdy mówimy o I Rzeczpospolitej. Zamierzam przyjrzeć się relacjom ekonomicznym w Polsce od XVI do XVIII wieku. Relacjom, na które największy wpływ miały panujące wtedy zjawiska poddaństwa chłopów oraz pańszczyzny.
Zachodni chłop niewolnikiem nie jest
Poddaństwo można podzielić na trzy typy – osobiste, gruntowe i sądowe. Pierwszy z nich to najbardziej ścisły wymiar poddaństwa, oznaczający ograniczenie wolności osobistej poddanego przez wolę pana, np. zakaz zmiany siedziby bez zezwolenia. Drugi typ obejmował ograniczenia w dysponowaniu posiadaną ziemią, trzeci oznaczał poddanie się pańskiej jurysdykcji sądowej. Nietrudno się domyślić, iż pierwszy z nich stanowił najmniej przyjemne, z naszego punktu widzenia, zjawisko. W XVIII w. na zachodzie Europy było ono jednak w zasadzie w zupełnym zaniku – albo stanowiło ledwo pamiętany relikt przeszłości (zachodnie Niemcy), albo wręcz było kompletnie zapomniane (Francja). Pozostały tam już tylko głównie elementy poddaństwa gruntowego i sądowego2. Fernand Braudel przytacza cytat duchownego z Górnej Austrii z 1646 r., który wiele powie o tamtejszej sytuacji: Bogu niech będą dzięki, że nie ma już teraz w okolicy ludzi niewolnych i że każdy może i powinien pracować tam gdzie chce3.
Poza typem poddaństwa sytuację na wsi określał także typ ustroju rolnego. Można ich wymienić cztery: bazujący na drobnej własności, czynszowy (wielka własność oparta o sieć małych gospodarstw płacących czynsz właścicielowi), folwarczno-pańszczyźniany (oparty o wielkie folwarki uprawiane głównie przez chłopów przymusowo odrabiających pańszczyznę) oraz folwarczny (w wielkich folwarkach pracują robotnicy najemni). O ile w zachodnich Niemczech dominowała wielka własność (drobna stanowiła z reguły kilka do kilkunastu procent), o tyle już we Francji bardzo duże znaczenie miała własność drobna (nawet do 50 proc. obszarów wiejskich w środkowej Francji). Jeśli mowa o wielkiej własności, to była ona na zachodzie Europy przede wszystkim czynszowa. Folwarki częściej występowały w południowo-zachodnich Niemczech, jednak były znacznie mniejsze niż te w Europie Środkowo-Wschodniej. Przede wszystkim jednak we wszystkich typach gospodarstw dominowała praca najemna. Pańszczyzna, nawet jeśli jeszcze gdzieś występowała, nie wynikała z poddaństwa osobistego (np. w Hanowerze z sądowego), a jej wymiar był minimalny (np. we Francji kilka do kilkunastu dni w roku). Poza tym sytuacja materialna chłopów była na tyle dobra, że często sami się wykupywali z pańszczyzny. Jeśli chodzi o samą wysokość obciążeń, to sytuacja wyglądała różnie – w niektórych regionach były one bardzo niskie, a w niektórych z kolei dość wysokie (np. w Beauvais dochodziły do 40 proc. dochodów). Zasadniczo jednak miały one tendencje do spadku. Stosunkowo wysokie obciążenia istniały w Anglii, aczkolwiek w zamian za to tamtejsza szlachta wzięła na siebie intensywną modernizację rolnictwa, co odciążyło chłopstwo z tego obowiązku4.
Wieś polska – mechanizmy wyzysku
W Polsce czasów tzw. demokracji szlacheckiej rzecz przedstawiała się zgoła inaczej. I to w zasadzie na wszystkich poziomach. Poddaństwo było absolutnie jednym z najważniejszych czynników kształtujących ówczesną polską rzeczywistość. Co więcej, był to czynnik właściwie suwerennie kształtowany przez szlachtę, w której rękach spoczywała władza ustawodawcza, czyli sejm. Rozróżnianie poddaństwa w Polsce na powyższe trzy typy ma charakter czystego teoretyzowania, gdyż wszystkie one tworzyły spójną całość w ramach jednej instytucji poddaństwa, w której zależność osobista była rozbudowana do znaczących rozmiarów.
Ustrój rolny kształtował się także zupełnie inaczej niż na Zachodzie. W zasadzie w całym omawianym okresie dominowała wielka własność ziemska – własność drobnoszlachecka stanowiła zdecydowaną mniejszość, a własność włościańska (chłopska) z oczywistych względów nie istniała (miała co najwyżej cechy użytkowania). Charakter tej własności był w przeważającej części folwarczno-pańszczyźniany. Nawet jeśli według niektórych szacunków pod koniec XVIII w. chłopskie grunty rolne stanowiły ok. połowy wszystkich, to z powodu dominacji pańszczyzny nad czynszami były one uzależnione od folwarków. W tych ostatnich występowała czasami praca najemna, lecz była ona zupełnie drugorzędna. Cały system opierał się na przymusowej pracy chłopów, do czego dochodzono stopniowo5.
W niektórych regionach Polski jeszcze na początku XVI w. na rolach pańskich w znaczącym stopniu pracowali pracownicy najemni, a wymiar pańszczyzny był niewielki. Jednak właśnie w pierwszej połowie XVI w. rozpoczął się proces zwany „refeudalizacją”. Sejmy bydgoski i toruński z lat 1520 i 1521 wprowadziły pańszczyznę tygodniową, co oznaczało, że jej wymiar od tej pory miał być określany względem jednego tygodnia (wcześniej wynosiła ona najwyżej kilkanaście dni w roku). Rozpoczęło się niepozornie – od jednego dnia pańszczyzny tygodniowo z łanu (łan to dawna jednostka miary powierzchni pól). W drugiej połowie XVI w. wynosiła ona już 3 dni, a około roku 1600 – 6 dni. Oczywiście było to liczone dla gospodarstwa, tak więc jednołanowe trzyosobowe gospodarstwo w razie pracy wszystkich członków jednocześnie mogło odrobić pańszczyznę w dwa dni robocze.
To jednak nie wszystko – panowie wymyślili tzw. pańszczyznę… dodatkową. Ordynowaną w razie potrzeby – np. usługi transportowe, pomoc przy spławie zboża rzeką itp. Myliłby się, kto myśli, że w takim razie zrezygnowano z pozostałych danin, np. w naturze. Te sumiennie ściągano, podobnie zresztą jak czynsze, które w wieku XVI stanowiły równowartość około 5 proc. chłopskich dochodów (1 zł z łanu). Podliczając to wszystko, ok. 1570 r. pan średnio w 60 proc. czerpał dochody z darmowej pracy chłopa w ramach pańszczyzny na folwarku, a w 40 proc. z obciążenia owoców pracy chłopa w gospodarstwie włościańskim (czyli zabierał ok. 30 proc. tego, co chłop wypracowywał na „własnej” roli)6.
Nie ulega wątpliwości, że suma obciążeń chłopów była dużo wyższa w krajach gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej niż czynszowej. Jednak na poddaństwo nie składały się same tylko obciążenia pracy. Wielkie znaczenie miał osobisty wymiar poddaństwa. Jednym z jego przejawów było przywiązanie do ziemi, co oznaczało zakaz zmiany miejsca zamieszkania bez zgody pana. Lokalnie była czasami wymagana także zgoda przy zawieraniu związków małżeńskich, choć ten zwyczaj nie był akurat rozpowszechniony. Jednym z bardziej bulwersujących faktów z tamtych czasów była możliwość… sprzedania lub podarowania chłopa. Jeszcze większe oburzenie wywołuje kara za zabicie chłopa – otóż wynosiła ona 30 grzywien. Średni roczny dochód z folwarku wynosił ok. 115 grzywien, tak więc w zasadzie panowie mogli zabijać chłopów bezkarnie7. Wszystkie te fakty jasno wskazują, że sytuacja chłopa z czasów Pierwszej Rzeczpospolitej była de facto sytuacją niewolnika i tylko praktyka idealizowania polskiej historii spowodowała, że nie jest to tak nazywane w dzisiejszym dyskursie.
System niewolniczy kwitnie
Cały proces zniewalania chłopów przebiegał stopniowo i wręcz niepostrzeżenie dla nich samych. W XVI w. nastąpił znaczny wzrost cen zboża, na którego uprawie oparły się folwarki, co znacznie zwiększyło ich zyski. Odbiło się to pozytywnie także na sytuacji materialnej chłopów, dlatego też podczas początkowych etapów refeudalizacji panowie nie odczuwali żadnego oporu z ich strony8. Te znakomite warunki wymiany wpłynęły na ukształtowanie się charakteru gospodarki polskiej na kolejne lata. Przytłaczającą część swych dochodów z gospodarstwa folwarcznego panowie czerpali z produkcji rolnej – było to ok. 80 proc. Hodowla zwierząt przynosiła jedynie ok. 10 proc. dochodów, a resztę stanowiła marginalna działalność sadownicza czy warzywnicza9.
Jednak zyskowność folwarków nie wynikała tylko z wysokich cen zboża, lecz przede wszystkim z pańszczyzny. Jej istnienie fundamentalnie zmniejszyło kapitał potrzebny folwarkom do funkcjonowania. Za pracę nie trzeba było płacić, ponieważ była ona darmowa. Za narzędzia również, gdyż chłopi musieli przynosić swoje i dbać o nie we własnym zakresie. Podobnie rzecz miała się z inwentarzem żywym. O modernizacji rolnictwa przez szlachtę, jak w Anglii, nie było mowy. Tutaj szlachcic, niczym rasowy współczesny „przedsiębiorca”, starał się maksymalnie ciąć ponoszone koszty i możliwie dużo przenosić ich na chłopa.
Wydatki na zakup ziemi w razie potrzeby także nie występowały – wystarczyło tylko odebrać ją włościanom, zgodnie z przyjętym założeniem, że gospodarstwa chłopskie mają ograniczyć się jedynie do produkcji niezbędnej do przeżycia. To rozwiązanie nie tylko umożliwiło darmowy dostęp do ziemi, ograniczony wyłącznie egzystencjalnymi potrzebami poddanych (które zresztą można było nagiąć – pod koniec XVIII w. rozmiary gospodarstw chłopskich momentami znajdywały się poniżej limitu „działki wyżywieniowo-produkcyjnej”)10, ale też skutecznie wyrugowało chłopów z rynku, czyli szlachta pozbyła się konkurencji. Miało to również wyraz w prawie – wszelkie nadwyżki produkcji chłopskiej były obowiązkowo skupywane przez szlachtę, aby żaden z bardziej przedsiębiorczych włościan nie zaczął nimi samodzielnie handlować. To dowolne wręcz kształtowanie areału upraw powodowało, że korzyści z tzw. dobrych lat czerpał przede wszystkim folwark. Gdy na horyzoncie widać już było dobre zbiory, panowie po prostu zwiększali powierzchnię roli, oczywiście kosztem włościan, by móc sprzedać jeszcze więcej zboża. Była to w zasadzie metoda nieograniczonego wyzysku, a jeśli ograniczonego, to tylko fizyczną wytrzymałością chłopa. Według wyliczeń Witolda Kuli, w latach 1550–1750 dochody magnatów wzrosły o 100 proc., szlachty o 42 proc., natomiast chłopów spadły o 7,5 procent11.
Jednak ten sposób gospodarowania musiał w końcu odbić się negatywnie na rolnictwie. Wzrost sprzedaży oparty na prostackiej wręcz ekspansji, polegającej jedynie na zwiększaniu areału upraw i ewentualnie cięciu kosztów, zupełnie niepoparty modernizacją, innowacjami czy inną próbą zwiększenia produktywności, prowadził prosto w ślepą uliczkę. Już na początku XVII w. coraz wyraźniejsze stawało się wyczerpywanie dostępnych powierzchni rolnych, intensywnie wyjaławianych ekstensywną gospodarką. Powszechna była również bardzo mizerna praca chłopów, którzy nie byli zainteresowani wzrostem dochodów z niej, gdyż nie mieli z tego żadnych korzyści. Podczas odrabiania pańszczyzny pracowali najgorszymi narzędziami (pan i tak nie miał lepszych, bo nie miał ich wcale), niejednokrotnie sabotowali prace folwarków w odwecie za ucisk. Zdecydowanie efektywniej pracowali we własnych gospodarstwach, jednak te systematycznie traciły na znaczeniu w krajowej produkcji z powodu ograniczania ich wielkości i zakazu inwestowania przez chłopów. Spadek efektywności produkcji rolnej, na której opierała się cała polska gospodarka, był dramatyczny. Jeszcze w XVI w. z jednego wysianego ziarna otrzymywano pięć, w kolejnym stuleciu już tylko cztery, natomiast w połowie XVIII w. zaledwie trzy12. Oczywiście w reakcji na spadające dochody panowie zwiększali wymagania wobec chłopów (czy to przez wzrost pańszczyzny, czy odbieranie kolejnych połaci ziemi), co jeszcze gorzej odbijało się na produktywności. Takie błędne koło musiało prowadzić do katastrofy – nie tylko gospodarczej, ale i politycznej. A to, jak wiemy, nastąpiło pod koniec XVIII w.
Gdańsk daje zarobić – obcym
Produkcja rolna, która w związku ze wzrostem cen zboża i rozwojem pańszczyzny zdominowała polską gospodarkę, była przygotowywana zarówno na rynek zewnętrzny, jak i wewnętrzny. Produkcja na rynek zewnętrzny rozwijała się bardzo dynamicznie z dwóch powodów. Po pierwsze – w Niderlandach nastąpił znaczny wzrost popytu na polskie zboże, które kupcy z Amsterdamu ochoczo nabywali, zresztą nie tylko na swój rodzimy rynek, ale też w innych krajach. Po drugie – warunki wymiany, czyli tzw. terms of trade, znacząco polepszały się właśnie dla zewnętrznego handlu zbożem. Czynnik ten badał Witold Kula i stwierdził, że dla sprzedawców zboża warunki wymiany zagranicznej w latach 1550–1750 wzrosły ośmiokrotnie, co znaczy, że za ten sam sprzedany kontyngent towaru można było zakupić osiem razy więcej produktów. Natomiast wzrost dla wymiany krajowej wyniósł tylko 50 procent13. Tak więc eksport zboża stawał się najbardziej opłacalny, jednak pozwolić sobie na to mogła wyłącznie magnateria dysponująca odpowiednią ilością zboża oraz kapitału potrzebnego chociażby do jego transportu.
Sytuacja, w której najbardziej opłacalna działalność jest dostępna tylko dla najbogatszej i najbardziej uprzywilejowanej grupy, musiała skończyć się dalszym rozwarstwianiem dochodów i petryfikowaniem sytuacji. W XVI i XVII w. nastąpił znaczny wzrost zamożności magnatów, tymczasem bieda szerzyła się nawet wśród drobnej szlachty14. Magnaci, którzy z roku na rok coraz bardziej monopolizowali środki produkcji w Polsce, w ogóle nie byli zainteresowani jej modernizowaniem czy szukaniem nowych sposobów działalności gospodarczej, ponieważ mieli pod ręką łatwy sposób zarabiania. A zatem jedyna grupa, która miała możliwości, aby wprowadzić Polskę na wyższy poziom rozwoju, zupełnie nie zakładała takich planów. I RP upodabniała się do zacofanego państwa rentierskiego, eksploatującego bezlitośnie swoje bogactwa naturalne i sprowadzającego z zagranicy wszelkie luksusowe lub bardziej skomplikowane produkty.
Taki stan utrzymywał się również z innych powodów. Jednym z nich było przekonanie szlachty, że ich kraj jest „spichlerzem Europy”, że żywi kontynent itp. Przekonanie to było zupełnie błędne. Nawet w szczytowym momencie eksportu polskie zboże stanowiło zaledwie ok. 0,5 proc. europejskiego spożycia, tak więc dla zachodniej konsumpcji miało ono znaczenie wręcz marginalne15. Eksport polskiego zboża miał fundamentalne znaczenie przede wszystkim dla polskich możnowładców, którzy czerpali z tego gros swych sporych dochodów. Innym z czynników stabilizujących ten niekorzystny dla Polski stan była niewątpliwie działalność kupców holenderskich, którzy zdominowali polski handel zbożem i byli zainteresowani utrzymywaniem takiej sytuacji. Czynili to różnymi sposobami, np. płacąc za zboże z góry w formie zaliczek jeszcze przed zbiorami, dzięki czemu kontrolowali ceny, które nawet w przypadku słabszych lat dla nich nie wzrastały – szlachta oczywiście w takiej sytuacji przerzucała koszty albo na chłopów, albo na klientów wewnętrznych. Trudno jednak uznać ten wpływ zewnętrzny za decydujący, jak chcieliby zwolennicy teorii kolonialnej (np. Wallerstein). Bogata polska szlachta miała narzędzia i możliwości, by wydostać się z zaklętego kręgu zacofania. Nie uczyniła tego, gdyż nie zamierzała komplikować swego przyjemnego życia. Sami sobie zgotowaliśmy ten los – nikt za nas tego nie uczynił.
Stary kontynent miastami stoi
XVI wiek rozpoczął się okresem dynamicznej urbanizacji na zachodzie Europy. Wzrostowi znaczenia miast towarzyszył także szybki rozwój miejskiego przemysłu. Miasta w tym okresie stawały się motorami rozwoju gospodarczego, rosnącej wymiany handlowej między nieraz bardzo odległymi terenami, a także swoistymi inkubatorami innowacji. Ich pozytywne oddziaływanie promieniowało na bardzo duże połacie krajów, w których były usytuowane. Już od końca średniowiecza blisko współpracowały one także z państwem, a patrycjat miejski często spełniał niebagatelną rolę państwowotwórczą16. Ich reprezentanci zasiadali w krajowych ciałach przedstawicielskich, takich jak np. francuskie Stany Generalne. Poszczególne miasta potrafiły wypracować sobie bardzo znaczącą pozycję w skali całego kontynentu. Z polskiej perspektywy wielce istotny był Amsterdam, który dominował w handlu polskim zbożem, ale także inne miasta kupieckie były potęgami gospodarczymi – np. włoskie Wenecja czy Genua. Pas Antwerpia-Wenecja był największym zagłębiem ówczesnej urbanizacji na zachodzie Europy. Właśnie mniej więcej w tym pasie znajdowała się m.in. Norymberga, która zdaniem Johannesa Müllera była wręcz geometrycznym centrum aktywnego życia Europy. Jej kontakty handlowe rozpościerały się aż do Afryki i Bliskiego Wschodu i była ważnym czynnikiem boomu gospodarczego w XVI-wiecznych Niemczech17. Przykładem niezwykle szybkiego rozwoju jest Londyn, który w ciągu stu lat, między 1600 a 1700 rokiem, zwiększył liczbę mieszkańców o 100 proc. – do pół miliona. Jego pozytywny wpływ dał się odczuć także w Walii i Szkocji, dzięki niemu rozwijały się dziesiątki brytyjskich miasteczek, które znalazły w nim dla siebie duży rynek zbytu. To tylko wybrane przykłady.
XVI wiek to dynamiczny rozwój nie tylko miast, ale także całej zachodniej gospodarki, a pośrednio innych obszarów życia społecznego. W okresie tym zaczyna dominować merkantylizm – doktryna polityki gospodarczej charakterystyczna dla czasów monarchii absolutnych, jednak pełniąca istotną rolę zarówno po okresie absolutystycznym, jak i w krajach, które tego okresu w ogóle nie przeszły (np. w USA za czasów Alexandra Hamiltona na stanowisku sekretarza skarbu)18. Merkantylizm miał różnorakie oblicza, jednak była to doktryna mocno protekcjonistyczna, stawiająca na rozwój rynku wewnętrznego, dla której niezmiernie istotne było gromadzenie możliwie dużej ilości kapitału (w tamtych czasach głównie drogocennych kruszców) w danym kraju. Była to doktryna stricte kapitalistyczna, gdyż bazująca na akumulacji kapitału.
Jak zgiąć kark mieszczucha
Słabsze położenie miast z naszego regionu względem zachodnich sięga jeszcze średniowiecza, w którym to okresie zachodnioeuropejskie miasta zyskały znaczącą pozycję. Faktem jest jednak, że na fali ożywienia gospodarczego, podczas którego świat odreagowywał kryzys wieku XIV spowodowany m.in. epidemią dżumy, polskie miasta także przeżywały rozwój, aż do ostatniej ćwierci XVI wieku19. Ich status zaczął się jednak stopniowo pogarszać wraz z postępującą refeudalizacją. Działo się tak zarówno w wyniku procesów gospodarczych rozpoczętych przez szlachtę, jak i wskutek świadomych działań tej warstwy.
Przede wszystkim w mieszczan I RP uderzała polityka handlowa szlachty, która sama zbudowała sobie pozycję największych krajowych dostawców artykułów, rezygnując z pośredniej roli kupców. Handlowa rola patrycjatu miejskiego w zdecydowanej większości polskich miast została bardzo ograniczona, co wyraźnie odbijało się na ich dalszym rozwoju. Przygniatająca większość eksportu była wysyłana bezpośrednio do Gdańska, z pominięciem miast i patrycjatu z głębi kraju. Mimo to nawet w Gdańsku rola mieszczan rodzimych została wyraźnie ograniczona, a w mieście tym znakomitą pozycję osiągnął patrycjat amsterdamski i ewentualnie antwerpski, choć na pewno sytuacja patrycjatu gdańskiego była nieporównywalnie lepsza niż sytuacja mieszczan z innych polskich ośrodków. Szlachta bojąca się konkurencji ze strony patrycjatu i oskarżająca go regularnie choćby o drożyznę, podejmowała także stanowcze kroki zmierzające do umniejszenia roli miast. Mieszczanie, podobnie jak chłopi, zostali wykluczeni ze wspólnoty politycznej, co przejawiało się m.in. w tym, że nie zasiadali w sejmie i nie mieli dostępu do pełnienia państwowych urzędów. W 1565 r. sejm podjął uchwałę, która zakazywała polskim kupcom eksportu oraz importu, i faworyzowała kupców zagranicznych. Nawet jeśli uchwała ta w zasadzie nigdy nie była przestrzegana, to i tak jasno wskazuje na wrogie nastawienie szlachty do mieszczan, którzy jawili się jako realne zagrożenie dla dominującej pozycji posiadaczy ziemskich. Szlachta zapewniła sobie monopol na skup nadwyżek z gospodarstw chłopskich (co odbywało się w sposób przymusowy), a dodatkowo aktywnie zwalczała prawo niektórych miast (np. Torunia) do składu towarów. Zaciekle zwalczała wszelkie ograniczenia celne w nią uderzające – w 1479 r. wzniesienie komory celnej we Włocławku spotkało się z gwałtownym jej oporem. I dopięła swego – po pewnym czasie została zupełnie zwolniona z ceł eksportowych i importowych20. Nie należy również zapominać, że niektóre grupy mieszczan także musiały odrabiać pańszczyznę. Szczególnie dotyczyło to ludności mniejszych miast uprawiającej takie zawody jak rzeźnictwo czy młynarstwo21.
Nie dla szlachty patriotyzm (gospodarczy)
Tylko największe miasta były w stanie poradzić sobie z tak zorganizowaną polityką szlachty wymierzoną przeciw nim. Oprócz Gdańska dobrze rozwijającym się miastem w Polsce był jeszcze Toruń, jednak ich wpływ nie promieniował na otoczenie tak jak wpływ miast zachodnich. W zasadzie powodzenie Gdańska i Torunia było autonomiczne wobec reszty gospodarki, która nie miała możliwości czerpania korzyści z ich niektórych sukcesów. Nie należy również zapominać, że rozwój Gdańska wcale nie musiał wpływać na wzrost znaczenia gdańskich kupców. Sytuację na gdańskim rynku dobrze obrazuje proporcja statków przepływających przez Sund – cieśninę na Bałtyku między Danią i Szwecją. O ile w 1497 r. przepłynęło tamtędy 567 statków niderlandzkich oraz 113 gdańskich, to już w roku 1540 ta relacja wynosiła 890 do 5622.
Ucisk mas chłopskich oraz poddaństwo osobiste wpłynęły na ograniczenie swobody siły roboczej, co w sposób oczywisty uderzyło w rynek pracy najemnej i poważnie utrudniło jakąkolwiek bardziej skomplikowaną produkcję miejską23. Znaczny eksport surowców oraz dominacja szlachty także w handlu wewnętrznym bardzo wyraźnie ograniczyły mieszczanom dostęp do materiałów, co w krajową produkcję uderzyło jeszcze bardziej. Odsunięcie chłopów od rynku sprawiło też, że dramatycznie zawęził się rynek wewnętrzny, m.in. popyt na produkty rodzimego rzemiosła. Stosunki między wsią a mniejszymi miastami zostały ograniczone do tego stopnia, że po obu stronach odrodziła się wręcz gospodarka naturalna. Szlachta, czyli jedyna grupa społeczna, która dysponowała poważną siłą nabywczą i kapitałem, zupełnie nie była zainteresowana nie tylko zakupem miejscowych towarów, ale też inwestowaniem w rozwój rodzimego przemysłu. Przede wszystkim jednak handlowa polityka szlachty, która zwolniona z jakichkolwiek ceł masowo eksportowała produkty nieprzetworzone, a wszelkie bardziej skomplikowane wyroby przemysłowe czy rzemieślnicze importowała, destrukcyjnie uderzyła w polski rynek wewnętrzny, na którym wytwory rodzimych producentów nie mogły konkurować z dużo lepszymi wytworami producentów z Zachodu, wspieranymi przez politykę merkantylną własnych państw. Tak więc, gdy cała zachodnia Europa prowadziła merkantylizm, chroniąc na wszelkie sposoby własnych producentów, nasza szlachta prowadziła politykę antymerkantylną we wszystkich chyba możliwych wymiarach, co doprowadziło do zapaści własnych producentów. A wszystko to spowodowane było dbałością o własne partykularne interesy ekonomiczne (chęć utrzymania dominacji na rynku) oraz polityczne (strach przed wzrostem znaczenia jakiejkolwiek innej warstwy społecznej). Tak krótkowzroczna polityka musiała prowadzić do katastrofy.
III Rzeczpospolita Szlachecka
W zainteresowaniu gospodarczymi dziejami I Rzeczpospolitej nie chodzi o to, aby znęcać się nad polską historią lub udowadniać, jak zacofani jesteśmy względem krajów wyżej rozwiniętych. Nie chodzi o wzbudzenie kompleksów albo obniżenie poczucia dumy narodowej. Wręcz przeciwnie – głęboka refleksja nad owym okresem jest niezbędna, aby nasz kraj przezwyciężył istniejące od tamtego czasu hamulce rozwoju. Krytyczne spojrzenie na nasze dzieje to właśnie wyraz miłości do kraju i troski o jego losy, by ustrzec się błędów popełnionych w przeszłości.
Bez wątpienia ze zjawiskami występującymi w wieku XVII mamy często do czynienia również obecnie, w nieco zmienionej formie. Czy współczesna strategia części polskich przedsiębiorców, oparta na maksymalnie niskich kosztach pracy, nie przypomina strategii szlachty bez skrupułów wykorzystującej darmową siłę roboczą? Czyż zapatrzenie w niskie koszty pracy nie ogranicza rynku wewnętrznego i nie osłabia siły nabywczej mieszkańców Polski, tak jak było to w czasach szlacheckiej Rzeczpospolitej? Czy nie jest tak, że wciąż mamy spore problemy z innowacyjnością, ponieważ skupiliśmy się na cięciach kosztów i tylko tym potrafimy konkurować? Czy wciąż nie jest tak, że nasz naprawdę spory eksport to głównie towary mniej skomplikowane, a produkcja wysokiej techniki odbywa się gdzie indziej? Czy wciąż nie jesteśmy dla Zachodu głównie rezerwuarem taniej siły roboczej, tak jak niegdyś dla Holendrów rezerwuarem taniego zboża? Wszystkie wysoko rozwinięte państwa doszły do swego poziomu dzięki silnie protekcjonistycznej (moglibyśmy powiedzieć: merkantylnej) polityce, tymczasem w Polsce znów, tak jak w czasach szlacheckiego państwa, panuje polityka antymerkantylna. I ponownie polityka ta jest w dużej mierze efektem wpływu rozwiniętego Zachodu, dla którego jest ona wyraźnie korzystna. Podobne analogie można ciągnąć w nieskończoność. Nie ulega wątpliwości, że mamy w Polsce bogate tradycje tworzenia niesprawiedliwych porządków społecznych. Aby te tradycje zmienić, musimy krytycznie pochylić się nad źródłami naszego zacofania.
Przypisy:
- I. Wallerstein, Analiza systemów-światów, Warszawa 2007, s. 41.
- J. Rutkowski, Wieś europejska późnego feudalizmu, Warszawa 1986, s. 38–44.
- F. Braudel, Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV–XVIII w. Gry wymiany, Warszawa 1992, s. 236–237.
- M. Małowist, Wschód a zachód Europy w XIII–XVI wieku, Warszawa 2006, s. 283.
- J. Rutkowski, Wieś…, s. 49–79.
- J. Topolski, Przełom gospodarczy w Polsce XVI wieku i jego następstwa, Poznań 2000, s. 39–77.
- M. Trojan, I Ty jesteś chłopem, http://jagiellonski24.pl/2014/02/15/trojan-i-ty-jestes-chlopem/
- M. Małowist, Europa i jej ekspansja XIV-XVI wiek, Warszawa 1993, s. 95.
- J. Rutkowski, Wokół teorii ustroju feudalnego, Warszawa 1982, s. 406–408.
- A. Sosnowska, Zrozumieć zacofanie, Warszawa 2004, s. 243.
- J. Topolski, Przełom…, s. 88.
- Tamże, s. 95.
- A. Sosnowska, Zrozumieć…, s. 245–246.
- M. Małowist, Wschód…, s. 290.
- J. Sowa, Fantomowe ciało króla, Kraków 2011, s. 138.
- A. Sosnowska, Zrozumieć…, s. 245.
- F. Braudel, Kultura…, s. 164–166.
- H-J. Chang, 23 rzeczy, których nie mówią Ci o kapitalizmie, Warszawa 2013, s. 99–105.
- M. Małowist, Wschód…, s. 282.
- M. Małowist, Europa…, s. 93.
- J. Rutkowski, Wokół…, s. 341.
- M. Małowist, Wschód…, s. 264.
- F. Braudel, Kultura…, s. 242–243.
przez Piotr Wójcik | niedziela 29 czerwca 2014 | opinie
Ciarki mnie przechodzą, gdy słyszę o „niezależnych” i „apolitycznych” instytucjach. Proszę sobie zatem wyobrazić moje odczucia, gdy w reakcji na sytuację, w której prezes jednej z instytucji ochoczo planował dymisję ministra naszego kraju, niektórzy komentatorzy zaczęli głosić postulat jeszcze większego uniezależnienia i odpolitycznienia tejże instytucji. Oczywiście w kraju, w którym kultura polityczna z kulturą ma tyle wspólnego, co wolny rynek z wolnością, pomysły ograniczania sfery oddziaływania polityki muszą spotykać się z poklaskiem. Wpadki naszych kiepskich polityków nie powinny jednak być argumentami przeciw polityce jako takiej. W czasach wchodzącej brutalnie we wszystkie obszary życia logiki rynkowej, w naszym interesie jako społeczeństwa leży obrona sfery politycznej, a nawet jej poszerzanie. Tymczasem niestety „polityka”, „polityczność”, „upolitycznienie” i inne pojęcia pokrewne uchodzą u nas za skompromitowane. Zupełnie niesłusznie.
Definicji polityki jest chyba tyle, ilu politologów. Ja posługuję się bardzo prostą, żeby nie powiedzieć prostacką: polityka to podejmowanie działań na rzecz – różnie pojmowanego – dobra wspólnego. Chwila – powiedziałby ktoś – a walka o „frukta”, rozdzielanie miejsc na listach, obsadzanie „swoimi” stanowisk w spółkach skarbu państwa? Odpowiadam: to wcale nie jest polityka – te zjawiska (którym należy stanowczo przeciwdziałać) jedynie jej towarzyszą. Gdy wypełniają ją i stają się jej treścią, wtedy wspólnota ma poważny problem. I ten problem niewątpliwie mają Polacy. Jednak najgłupsze, co można w takiej sytuacji zrobić, to odrzucić politykę tout court. Bo to oznaczałoby dla wspólnoty samorozbrojenie i oddanie się pod okupację kogoś dużo gorszego niż zepsuci politycy.
W sytuacji upolitycznienia sfery publicznej, również wtedy, gdy kultura polityczna jest na najniższym możliwym poziomie, troska o dobro wspólne istnieje zawsze, choćby jako nierealizowany, ale możliwy do pomyślenia potencjał. Tymczasem gdy sfera publiczna przestaje być domeną polityki, dobro wspólne znika nawet z teorii i potocznego języka. Na jego miejsce wchodzi zaś niepostrzeżenie – pod płaszczykiem tzw. efektywności – zwyczajny partykularny interes. Interes oczywiście głównie osób i grup znajdujących się blisko centrów decyzyjnych.
Przynajmniej od kilkudziesięciu lat obserwujemy zawężanie zakresu polityki, co przejawia się na dwa sposoby. Po pierwsze, polityka i politycy mają coraz mniejszy wpływ na rzeczywistość. A więc pośrednio my wszyscy mamy mniejszy wpływ na rzeczywistość, gdyż to my tych polityków wybieramy i czasowo dajemy im mandat do rządzenia. I mówię tu o politykach wszystkich szczebli, także lokalnych. Decentralizacja władzy – postulat modny i często deklarowany – staje się jedynie przykrywką dla procederu „odbijania” sfery publicznej polityce. Zmniejszanie roli państwa odbywa się pod płaszczykiem przekazywania wspólnotom lokalnym coraz większej ilości kompetencji, jednak w istocie otrzymują one jedynie ochłapy, a prawdziwa władza wędruje nie w dół, lecz w górę. Przejmują ją instytucje zdominowane przez technokratów i ekspertów, kierujące się rzekomo obiektywnymi przesłankami, a tak naprawdę – interesami grup je kontrolujących, nie zawsze interesami wyrażanymi wprost.
Agencje ratingowe, fundusze inwestycyjne i inne podobne instytucje szantażują rządy samą możliwością reakcji („co na to powiedzą rynki finansowe?”). Dzięki temu uzyskują coraz większy nieformalny wpływ na władze w kolejnych krajach. Podświadomie odczuwana przez decydentów politycznych możliwość błyskawicznego przeniesienia kapitału inwestycyjnego w inne miejsce ogranicza suwerenność ich myślenia i decyzji, przez co suwerenny przestaje być także lud. Decyzje, w których politycy wciąż są naprawdę autonomiczni, mają coraz mniejsze, żeby nie powiedzieć drugorzędne znaczenie. Natomiast te najważniejsze, dotyczące standardów życia wspólnoty, oddawane są bez walki anonimowym „białym kołnierzykom”. Substytutem dawnej władzy stają się urastające do miary najważniejszych problemów wojenki światopoglądowe, które są jedynie desperackimi próbami odzyskania poczucia sprawczości – tak przez polityków, jak i społeczeństwo.
Po drugie, sfera polityki zawęża się wraz z pojawianiem się kolejnych dogmatów, niepodważalnych praw i standardów, które każda wspólnota polityczna musi spełniać, jeśli chce uchodzić za cywilizowaną (oczywiście liczących się już mocarstw te dogmaty nie dotyczą). Aksjomaty te dotykają wszystkich obszarów, choć oczywiście najwięcej ich jest w dziedzinie ekonomii, która dla „nowej władzy” jest najważniejsza. Mamy więc przykładowo wymóg dyscypliny budżetowej z jednej strony, a z drugiej postulat państwa neutralnego światopoglądowo. Kolejne aksjomaty można wymieniać jednym tchem: niska inflacja, zmniejszanie roli państwa w gospodarce, obniżanie podatków itd.
I nawet nie chodzi o to, że powyższe postulaty nie mają pewnych słusznych podstaw. Problem w tym, że wspólnota, która wybija się na niepodległość, tak naprawdę ma związane ręce, a przed sobą tylko jedną możliwą drogę rozwoju (co najwyżej w kilku nieodległych od siebie wariantach). A więc wspólnota taka, uzyskawszy niepodległość, wpada z zależności wyrażanej wprost w zależność wyrażaną domyślnie.
No dobrze, ale czy polityka w ogóle jest nam potrzebna? Skoro odchodzi do lamusa, to może jest to pożądany trend? Nic bardziej mylnego. Polityka to sama esencja wspólnoty. Jeśli tak ochoczo angażujemy się w wojenki obyczajowe czy personalne, to dzieje się tak właśnie dlatego, że jak tlenu łakniemy poczucia wspólnej sprawczości. Spór o sprawy wspólne łączy nas bardziej niż zwycięstwo piłkarskiej reprezentacji Polski czy medale olimpijskie dla „naszych”. Podmiotowość polityczna jest tym, co czyni z nas wspólnotę – gdy jej nie ma, brakuje również prawdziwego zwornika. Gdy zawężamy zakres polityki, zawężamy także zakres decyzyjności wspólnoty, a co za tym idzie – osłabiamy jej fundamenty. Nic przecież tak nie łączy, jak przeświadczenie o potrzebie (i możliwości) podjęcia wspólnie decyzji istotnych dla każdego z nas. Gdy tego zabraknie, gdy oddamy gros decyzji w ręce „apolitycznych” i „niezależnych” instytucji (nawet jeśli będą to instytucje krajowe), przestaniemy być wspólnotą, a staniemy się jedynie grupą ludzi zarządzanych przez te same podmioty.
Ciągle potępiane „upolitycznienie sfery publicznej” to także szeroki zakres kontroli społecznej. Nawet jeśli polityka wiąże się z wieloma patologiami, to jednocześnie daje nam mandat, by te patologie piętnować i domagać się ukarania winnych (czy ten mandat jest realizowany, to już inna kwestia). Faktem jest, że gdy nie spodobają się nam upublicznione nagrania rozmów paru ministrów, premier musi – co najmniej – gęsto się za nich tłumaczyć na konferencji prasowej. I drugorzędne jest to, że te tłumaczenia są dęte – już nasza w tym głowa, by wypracować takie mechanizmy kontroli i nacisku społecznego, żeby dęte tłumaczenia i mydlenie oczu maksymalnie ograniczyć. Najważniejsze jest to, że mamy w ogóle mandat do tego, by domagać się wyjaśnień, zmian itp. Natomiast rynkom finansowym lub międzynarodowym korporacjom możemy co najwyżej nagwizdać. Bo przecież, jeśli nam się nie podoba, zawsze możemy iść gdzie indziej. Tymczasem wolność konsumencka to fikcja – wie o tym każdy, kto próbował zmienić np. sieć kablową. Podmioty prywatne nigdy nie będą działać na rzecz dobra wspólnego, gdyż takiego celu nie stawiają sobie nawet w teorii. I nie ma w tym niczego złego. Zła i nienormalna jest dopiero sytuacja, w której oddajemy takim podmiotom część naszej sfery publicznej.
Gdy dopuszczamy w ogóle myśl, by rozstać się z politycznością, musimy brać pod uwagę, co stanowi dlań alternatywę. A ta jest co najmniej odpychająca. Na miejsca zwolnione przez wybieranych przez nas polityków już czekają zastępy technokratów. Technokracja jest w istocie gorsza niż najgorsza biurokracja. Biurokracja (w pejoratywnym rozumieniu tego pojęcia) jest zdegenerowaną i skrajnie zrutynizowaną formą realizowania polityki, a więc tak jak polityka, ma u swych źródeł (nawet jeśli dawno zapomnianych) dbałość o dobro wspólne. Tymczasem technokracja jest odczłowieczona już w swej idealnej i czystej formie. W przypadku biurokracji możemy chociaż liczyć na poprawę lub się jej domagać. W przypadku technokracji nie mamy ku temu żadnych podstaw. Żeby technokracja spojrzała na potrzeby ludzi, musiałaby przestać być technokracją. Ona kieruje się jedynie obiektywnymi przesłankami, wyrażanymi w formie przeróżnych celów inflacyjnych, stóp zwrotu z inwestycji, fluktuacji wzrostu itd. Społeczeństwo jest dla niej jedynie zbiorem statystyk i wykresów. Głodujące dziecko lub samotna matka to dla technokratów pojęcia zupełnie abstrakcyjne i jeśli nie da się ich przedstawić w formie analizy lub raportu, to znaczy, że nie istnieją. W urzędniku można chociaż spróbować wzbudzić litość lub przypomnieć, że służba cywilna nieprzypadkowo ma w nazwie „służbę”. W przypadku pracownika „niezależnej” instytucji nie ma na to szans. W istocie, najgorsze co może spotkać demokrację, to rząd techniczny.
Technokracja jest czymś jeszcze – to śmierć wszelkiej idei. Tymczasem to właśnie idee popychają nas do działania. To przede wszystkim one popychały świat i historię do przodu. Owszem, nieraz zaprowadziły nas też na skraj przepaści, ale odciągnęły nas wtedy od niej inne idee. Gdy oddamy sferę publiczną technokratom, zabraknie idei, zabraknie więc wszelkiej głębszej myśli i humanizmu. Niechybnie staniemy znów na skraju przepaści – z tym że wtedy nie będzie miało nas już co od niej odciągnąć.
Najnowsza afera taśmowa i inne, przyszłe afery, które z pewnością jeszcze nie raz wyjdą na światło dzienne, nie powinny nas zrażać do polityki jako takiej. Wręcz przeciwnie, świadomość tego, jak wiele jeszcze jest do zrobienia w naszej wspólnocie, powinna nas motywować do działania. Nie oddawajmy decyzji politycznych „niezależnym instytucjom” i „apolitycznym ekspertom”, bo gdy to już zrobimy, odzyskanie sfery publicznej będzie nie lada problemem. Lepiej trzeźwo spojrzeć na polityków i ze zgrozą przypomnieć sobie, że sami jako wspólnota ich wybraliśmy. Wtedy szybciej dotrze do nas, że mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek kontrolować ich, naciskać, żądać. Zarówno premiera, jak i wójta kilkutysięcznej gminy. Z takim podejściem będziemy w stanie uzdrawiać politykę i przywracać jej prawdziwe znaczenie. A wtedy jasne stanie się, że w zdrowym państwie każdy organ decyzyjny – państwowy czy samorządowy – powinien być polityczny. Wyjątek stanowić powinny być organy kontrolne (NIK) oraz wymiar sprawiedliwości. Gdy jednak apolityczny charakter przypisuje się instytucji powołanej do prowadzenia polityki (np. pieniężnej), powinniśmy zacząć patrzeć na naszą demokrację z troską.
przez Piotr Wójcik | środa 28 maja 2014 | opinie
W cywilizowanych krajach przyjęło się, że państwo powinno wspierać grupy słabsze ekonomicznie. Ma to wielorakie uzasadnienie i aż trudno wymienić wszystkie argumenty przemawiające za takim kierunkiem działań. Przede wszystkim upośledzenie majątkowe niektórych obywateli zawsze odbija się na całym społeczeństwie. W efekcie cierpią na tym nawet ci, którym powodzi się doskonale. Ponadto, wbrew naiwnym teoriom „sytych i zadowolonych”, powodzenie życiowe wcale nie jest efektem wyłącznie talentu i ciężkiej pracy. Nie jest wielką zasługą (ani też winą, podkreślam) młodego przedsiębiorcy, że odziedziczył dobrze funkcjonującą firmę po rodzicach. Dobrze zapowiadający się młody naukowiec przypuszczalnie dużo mniej by osiągnął, gdyby nie zapobiegliwi rodzice, od najmłodszych lat dbający o jego gruntowne wykształcenie. Takiego wsparcia nie mógłby otrzymać już chłopak z ubogiej rodziny – i analogicznie, nie jest tylko jego winą, jeśli zakończy edukację na wcześniejszym etapie, a jego dostęp do dobrze płatnej pracy będzie ograniczony. M.in. dlatego, by kolejne przychodzące na świat osoby w możliwie najmniejszym stopniu musiały odczuwać na własnej skórze błędy lub nieszczęścia swych przodków państwo staje po stronie warstw upośledzonych. Ze świadomością, że szanse na starcie i tak nigdy nie będą idealnie równe.
Zdawałoby się, że w Polsce, a więc kraju, który od 10 lat jest częścią Zjednoczonej Europy, filozofia działania państwa powinna być podobna. Otóż nie jest. Pół biedy, gdyby nasze państwo traktowało „wygranych” i „przegranych” chociaż jednakowo. Niestety nawet to nie ma miejsca. W Polsce przyjęto rozwiązania ewidentnie wspierające tych, którzy są ekonomicznie dobrze sytuowani. Innymi słowy, warstwy o najwyższym statusie materialnym są dodatkowo uprzywilejowane przez państwo. Dotyczy to przede wszystkim polskiego systemu podatkowego, który, o zgrozo, ma charakter regresywny – a więc umożliwia najzamożniejszym płacenie proporcjonalnie niższych danin na rzecz swojej wspólnoty politycznej. Co nie przeszkadza im najgłośniej wymądrzać się o tym, jak ta wspólnota powinna wyglądać.
Progresywny system fiskalny, w którym bogatsi oddają państwu większą część dochodów niż gorzej sytuowani, jest najlepszym środkiem zmniejszania rozwarstwienia ekonomicznego. Rozwiązanie to opiera się na prostej konstatacji: odebranie dodatkowych 10% dochodu osobie bogatej niespecjalnie wpłynie na obniżenie jej standardu życia (jeśli w ogóle), za to pozostawienie tych 10% w kieszeni osoby ubogiej może wręcz uratować jej życie. W Polsce formalnie obowiązuje dwustopniowa progresja ze stawkami 18 i 32%. Jak widać, nawet na papierze jest ona bardzo płaska. W Europie Zachodniej najwyższa stawka podatkowa jest z reguły zdecydowanie wyższa. I nie mówię tu tylko o państwach skandynawskich, gdzie wynosi ona powyżej 50% (np. w Szwecji 56%), ale np. o państwach takich jak Włochy (45%), Niemcy (także 45%) czy Hiszpania (42%). Co gorsza, w Polsce owa progresja jest czystą fikcją, listkiem figowym dla rządzących, którzy znanym sobie sposobem mogą zawsze umyć ręce i stwierdzić, że nie mogą nic zrobić z rosnącym rozwarstwieniem społecznym. Tymczasem podatek dochodowy według stawki 32% płaci zaledwie… 2% podatników. Jako że próg dochodowy dla niej wynosi trochę ponad 7 tys. zł miesięcznie, od razu widać, że rzesze zamożnych obywateli omijają najwyższą stawkę szerokim łukiem. Najpopularniejszym z nich jest przechodzenie na 19-procentowy podatek liniowy dla przedsiębiorców. Z furtki tej korzysta ochoczo choćby przechodząca na samozatrudnienie rodzima klasa menedżerska, zarabiająca, lekko licząc, dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie (lub więcej, oczywiście). Zatrudnieni na stanowiskach kierowniczych rozliczają się tak, jak osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, choć ich praca nie przypomina żadnej działalności gospodarczej. Nasza skala podatkowa jest więc w istocie trzystopniowa – 18% dla większości Polaków, 19% dla zarabiających powyżej ok. 85 tys. zł rocznie, no i 32% dla tej garstki dobrze wynagradzanych, którym przyzwoitość nie pozwala jawnie oszukiwać wspólnoty.
To jednak nie wszystko. Naszą formalną progresję podważa w praktyce kolejne rozwiązanie dogodne dla wybrańców. My, maluczcy, myślimy sobie, że składki ZUS płaci się od całości swych zarobków. Wolne żarty. Zapobiegliwa władza ustanowiła granicę oskładkowania na poziomie 112 tys. zł rocznego dochodu. Po przekroczeniu tej kwoty składki przestają być naliczane – jak rozumiem, żeby zbytnio naszych krezusów nie przeciążać. Jeszcze się, nie daj Bóg, obrażą i też przejdą na liniową skalę. Bo wspominanych wcześniej „samozatrudnionych w korpo” ta granica w ogóle nie dotyczy – oni rozliczają się z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych na zasadach przyjętych dla przedsiębiorców, czyli płacą ok. 1000 zł składki miesięcznie. A więc np. dyrektor samozatrudniony w banku, zarabiający 50 tys. zł miesięcznie, płaci składki na ubezpieczenie społeczne na poziomie… 2%. Tak, to nie pomyłka: dwóch procent.
Przejdźmy teraz do naprawdę grubych graczy – zarabiających nawet nie setki tysięcy, ale miliony złotych rocznie. Oni oczywiście nie zarabiają na swojej pracy (nie chcę przez to powiedzieć, że nie pracują), lecz czerpią zyski z kapitału. Czyli np. z gry na giełdzie, odsetek z lokat, inwestycji w nieruchomości i – przede wszystkim – z otrzymywanych dywidend, czyli przypadającej im części zysków spółek, których udziały posiadają. Ci milionerzy płacą tak zwany podatek od dochodów kapitałowych lub podatek od dywidend. Podatek oczywiście liniowy. I oczywiście niezbyt wysoki – stawki obu podatków wynoszą 19%. W tzw. cywilizowanym świecie podatek od dochodów kapitałowych jest z reguły większy – przykładowo, w Niemczech wynosi 25%, w państwach Skandynawii około 30%, nawet w liberalnej Irlandii ustanowiono 25-procentową stawkę. Tymczasem w Polsce milioner płaci podatek dochodowy według stawki o 1 pkt procentowy większej niż osoba pracująca za płacę minimalną. Z tą różnicą, że pracujący za „najniższą krajową” musi jeszcze zapłacić składki zusowskie, a bogacze, o których tu mowa, składek nie płacą, ponieważ dochody kapitałowe nie są obciążone składkami.
Podatek dochodowy od osób fizycznych w Polsce stanowi zaledwie kilka procent PKB. A więc jest on zaledwie dopełnieniem przychodów budżetowych. W państwach, którym sprawiedliwy porządek społeczny leży na sercu, budżet oparty jest przede wszystkim właśnie o PIT, gdyż, jak wspominałem, jest on najlepszym narzędziem ograniczania rozwarstwienia. Tymczasem Polska poszła w kierunku odwrotnym i oparła swoje dochody podatkowe o podatki pośrednie, przede wszystkim VAT. Według budżetu na rok 2014, wpływy z podatku VAT mają stanowić 47% przychodów budżetowych, a wszystkie podatki pośrednie (czyli np. akcyza) – 72%. Podatek PIT stanowi jedynie 18% wpływów podatkowych zaplanowanych na 2014 rok. Właśnie oparcie budżetu o VAT jest kolejnym elementem regresywnego charakteru polskiego systemu podatkowego. Podatek VAT obciąża bowiem proporcjonalnie w największym stopniu najbiedniejszych obywateli, ponieważ w zasadzie całe swoje dochody (nie licząc stałych opłat) przeznaczają oni na bieżącą konsumpcję – z tej prostej przyczyny, że na nic więcej im nie starcza. Inaczej mówiąc, ubodzy płacą VAT od największej części swego dochodu, podczas gdy zamożniejsi pieniądze odkładają, lokują na indywidualnych kontach emerytalnych, inwestują na rynkach kapitałowych, wydają zagranicą itd. Oparcie systemu na podatkach pośrednich jest więc kolejnym dowodem na to, że państwo polskie sprzyja dobrze sytuowanym, kosztem warstw słabszych.
Kolejne przyjęte w Polsce fatalne rozwiązanie dotyczy podatku od nieruchomości. Podatek od nieruchomości jest najprostszym sposobem opodatkowania majątku, gdyż domu czy działki nie da się wyprowadzić za granicę. Tyle że w Polsce podatek ten wymierza się nie od wartości nieruchomości, lecz od jej powierzchni. Prowadzi to do takich absurdów, że ktoś, kto ma stary, rozpadający się 300-metrowy dom w Katowicach na Janowie, zapłaci 201 zł podatku, zaś posiadacz pięknej, nowiutkiej 200-metrowej willi na katowickim Brynowie, będzie musiał przelać na konto katowickiego magistratu o 70 zł mniej. Jest to o tyle zastanawiające, że już „budowle” (wg prawa podatkowego różnią się od budynków m.in. tym, że nie są stale przywiązane do ziemi lub ich konstrukcja nie składa się z czterech ścian i dachu) opodatkowane są według ich wartości. A więc nie ma żadnych realnych przeszkód, żeby także budynki opodatkować według wartości. Niestety w Polsce fakt, że nie ma przeszkód dla zaistnienia jakiegoś dobrego rozwiązania, nie jest jeszcze wystarczającym argumentem za tym, by takie rozwiązanie wprowadzono.
W polskim systemie podatkowym duże znaczenie ma rozbudowana sieć różnorakiego rodzaju ulg. Wydawałoby się, że to dobrze – w końcu ulgi pozwalają państwu skierować pomoc tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Problem w tym, że z wielu ulg mogą skorzystać tylko ci, których na to stać. Mało tego: ci, którzy mogą sobie pozwolić na większy wydatek (czyli bogatsi), w większości przypadków dostaną większą ulgę. Przyjrzyjmy się kilku przykładom: odliczanie od podstawy opodatkowania wpłat na IKZE, czyli Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Oczywiście na taką ekstrawagancje mogą sobie w Polsce pozwolić tylko ludzie zamożni. A im więcej wpłacą, tym bardziej zmniejszą swój dochód przed opodatkowaniem (granica jest na poziomie ok. 4200 zł rocznej wpłaty). Ulga budowlana także jest zarezerwowana dla zamożnych – biedni przecież zazwyczaj nie budują. Na jej podstawie można otrzymać zwrot 65% VAT z przedstawionych faktur. Czyli im większa suma będzie na tych fakturach (co będzie wynikało oczywiście z budowy większego i droższego domu), tym większy będzie zwrot. Jak zatem widzimy, niektóre ulgi podatkowe nie tylko nie zmniejszają rozwarstwienia, ale wręcz je zwiększają.
Koronnym przykładem niesprawiedliwości polskiego systemu podatkowego jest zupełny brak opodatkowania spadków w ramach I grupy podatkowej, czyli w obrębie najbliższej rodziny. Podatek od spadków ma na celu to, żeby osoby, które miały szczęście urodzić się w zamożnych rodzinach – i przez to są już na starcie mocno uprzywilejowane – podzieliły się częścią swojej spuścizny ze wspólnotą, w obrębie której żyją także ci, którzy takiego szczęścia nie mieli. Oczywiście nie chodzi o to, żeby obciążać wnuczka, który otrzymał 50-metrowe mieszkanie po babci. Aby zabezpieczyć się przed takimi przypadkami wystarczy ustanowić kwotę wolną od podatku na całkiem wysokim poziomie: dajmy na to 500 tys. zł. W Polsce mamy jednak do czynienia z sytuacją bez mała patologiczną, w której wielomilionowe majątki mogą być dziedziczone bez zapłacenia nawet złotówki podatku. Takie rozwiązanie jest szczególnie skandaliczne kraju, w którym istotną grupę wśród najbogatszych stanowi uwłaszczona na publicznym majątku nomenklatura minionego reżimu i beneficjenci „złodziejskiej prywatyzacji” lat 90. Na kompletny absurd zakrawa fakt, że rozwiązanie takie – likwidację opodatkowania spadków – wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość, a więc partia, która zarówno dekomunizację, jak i rozliczenie transformacyjnej korupcji trzyma na sztandarach.
Powyższy wywód, choć może się wydawać przytłaczająco pesymistyczny, ma jeden pozytywny wydźwięk. Okazuje się mianowicie, że dysponujemy szeroką paletą stosunkowo prostych posunięć, które mogłyby zmienić nasz porządek społeczny na bardziej sprawiedliwy. Są to np.: wprowadzenie czterostopniowego progresywnego podatku dochodowego (15%, 25%, 35%, 45%), który dotyczyłby zarówno pracowników, jak i osób prowadzących działalność gospodarczą; oskładkowanie przedsiębiorców proporcjonalnie do ich dochodów; podniesienie podatków od dochodów kapitałowych i dywidend oraz wprowadzenie ich silnej progresji. W zamian za to można by obniżyć stawkę VAT, co – razem z zaproponowaną zmianą w PIT (najniższa stawka zmniejszona do 15%) – odciążyłoby najuboższych. Należałoby się także zastanowić nad podwyższeniem kwoty wolnej od podatku dochodowego, która obecnie należy do najniższych w Europie. Dodatkowe ruchy to podatek od nieruchomości wymierzany od jej wartości, zmniejszenie roli ulg oraz opodatkowanie spadków w ramach I grupy podatkowej (ale z odpowiednio wysoką kwotą wolną).
W moim odczuciu powyższe działania realnie zmieniłyby polski porządek społeczny na bardziej sprawiedliwy. Pytanie tylko, czy znajdzie się siła polityczna, która na takie ruchy się zdecyduje. Niestety, przypuszczam, że wątpię.
przez Piotr Wójcik | wtorek 6 maja 2014 | opinie
Taka sytuacja: po skończonej kolacji wstajemy i sprzątamy po sobie. Gdy zbieram kubki, znajomy pyta: „państwo za ciebie tego nie zrobi?”. Niby tylko żart, a tak wiele mówi o współczesnych zwolennikach „wolności” i przeciwnikach „ograniczającego ją państwa”. W teoriach tzw. wolnościowców aktywna polityka państwa prowadzi niechybnie do rozleniwienia obywateli, którzy mając świadomość istnienia pomocy publicznej, całkowicie zdadzą się na nią i całymi dniami będą leżeć do góry brzuchem. Według nich, zwolennicy szerokiego zabezpieczenia społecznego chcą po prostu jak najwięcej czasu spędzać na kanapie z pilotem w dłoni, a drugą ręką w gaciach, niczym półgłówkowaty Al Bundy. Są też przekonani, że gdy tylko państwo odda pole obywatelom, ci wezmą sprawy w swoje ręce, co błyskawicznie uruchomi ich energię i wyzwoli społeczny dynamizm. Dzięki temu, że sami będziemy musieli zadbać o swoje sprawy, staniemy się bardziej samodzielni, innowacyjni, poszerzymy horyzonty, przekonamy się, jak wielkie mamy przestrzenie działania. Gdy tylko państwo ograniczy swą aktywność do kilku funkcji, odzyskamy wolność, staniemy się ludźmi w pełnym tego słowa znaczeniu. To koncepcja całkiem kusząca – ale tylko na pierwszy rzut oka. Im dalej w las, tym wyraźniej widoczne są luki takiego rozumowania.
Stoi za nim dosyć idiotyczna koncepcja człowieka, sprowadzająca homo sapiens do obrzydliwego stworzenia, które tylko czeka, by móc się wyłożyć na kanapie. Jednak przede wszystkim nawet pobieżne przyjrzenie się lumpen-wolnościowemu światopoglądowi ujawnia liczne absurdy logiczne. W jaki sposób mielibyśmy uwolnić gospodarczy dynamizm, ładując przeciętnemu obywatelowi na głowę te obowiązki, które wcześniej miał właśnie zdjęte z głowy? Skoro musiałby zużywać energię na każdą najdrobniejszą sprawę, która go dotyczy, to skąd wzięłyby się pokłady energii społecznej, rzekomo czekające na uwolnienie? Skoro cierpimy na brak kreatywności i aktywności społecznej, czy nie rozsądniej byłoby stworzyć obywatelom warunki do kreatywnego i społecznego współdziałania? Niezbywalnym elementem tych warunków jest system szeroko dostępnych usług publicznych, uwalniających jednostki od obowiązków niepotrzebnie zajmujących energię i czas, które przecież nie są nieskończone.
Brak silnego państwa i szeroko dostępnego zabezpieczenia społecznego nie prowadzi wcale do uwolnienia aktywności gospodarczej, a wręcz przeciwnie – do jej zahamowania. Obywatel, który ma świadomość, że może liczyć tylko na siebie, staje się dużo bardziej zachowawczy w decyzjach dotyczących własnej przyszłości. Trzeba być nie lada ryzykantem, żeby w sytuacji zerowego zabezpieczenia społecznego zechcieć np. rozwijać kompetencje w dopiero raczkującej dziedzinie, której długofalowy rozwój jest mocno niepewny. Lepiej zostać kolejnym prawnikiem lub pedagogiem. Przykładowo w 2003 roku w Korei Południowej, gdy po kryzysie z 1997 r. bardzo zliberalizowano rynek pracy, aż 80% uczniów najlepiej rokujących w dziedzinie nauk ścisłych zamierzało studiować medycynę. Po prostu zawód lekarza (wcale nie najlepiej wtedy płatny) gwarantował najbardziej stabilne zatrudnienie. Odpowiedź na pytanie o szanse i perspektywy rozwojowe rynku pracy składającego się z niemal samych lekarzy, jest chyba dość oczywista.
Ale przecież awersja do ryzyka przejawiałaby się również w innych sferach. Pracownik stałby się mniej skory do innowacji lub brania większej odpowiedzialności (np. poprzez awans), skoro mogłoby to się dla niego skończyć zwolnieniem. Również zmiana pracy na bardziej wymagającą nie jawiłaby się w takich okolicznościach jako ekscytujące wyzwanie – przywodziłaby raczej na myśl widmo wylądowania na bruku, jeśli jednak nie wyjdzie. Racjonalną strategią w liberalnym raju jest zatem tkwienie na posadzie żałosnej, ale pewnej.
Nieprawdą jest również, że wysokie wydatki socjalne negatywnie wpływają na osiągi makroekonomiczne. Przykładowo, okres po II wojnie światowej, kiedy na całym niemal Zachodzie funkcjonowało państwo opiekuńcze, był zarazem okresem dynamicznego rozwoju. Większy dynamizm cechował zresztą ówczesną Europę niż USA, choć ta pierwsza tradycyjnie na wydatki socjalne przeznaczała dużo więcej. W latach 1950-1987 średni wzrost gospodarczy Niemiec wyniósł 3,8%, Szwecji 2,7%, Holandii 2,5%, natomiast USA – 1,9%. Tymczasem w roku 1980 wydatki socjalne w relacji do PKB kształtowały się na takich oto poziomach: Niemcy 23% PKB, Szwecja 28%, Holandia 24%, a USA 13%.
Na ograniczeniu aktywności państwa oraz braku zabezpieczenia socjalnobytowego cierpi także społeczeństwo obywatelskie. Dla prawidłowego funkcjonowania sektora pozarządowego niezbędny jest sprawny, dysponujący szerokimi kompetencjami sektor rządowy. Ludzie zmuszeni do ciągłej troski o byt raczej nie znajdą czasu i chęci, by zająć się pro bono sprawami publicznymi. Za to obywatele mający zapewnione stabilne środki do życia i dysponujący odpowiednią ilością wolnego czasu (gdyż instytucje państwa zdjęły z nich pewną ilość obowiązków) mogą z czystym sumieniem poświęcić się działalności społecznej, artystycznej czy politycznej. Wpływ państwa i samorządu na trzeci sektor ma także aspekt wymierny. Jak podaje GUS, w 2012 roku aż 52% przychodów organizacji pożytku publicznego pochodziło ze środków publicznych, a tylko 20% ze składek lub darowizn podmiotów prywatnych (pozostałe 28% stanowiły tzw. przychody rynkowe, czyli np. odpłatna działalność statutowa). Jak widać, sektor prywatny nie garnie się do łożenia na rozwój społeczeństwa obywatelskiego.
Kolejna niezwykle ważna rola państwa związana jest z redystrybucją bogactwa. Na obecnym etapie rozwoju Polski sprawna redystrybucja jest niezbędna dla poprawy warunków życia. Jak udowodnili Kate Pickett i Richard Wilkinson, standard życia w danym kraju rośnie wraz ze średnim dochodem, aż do poziomu mniej więcej 20 tys. dolarów na osobę. Po przekroczeniu tego poziomu zamożności standard życia staje się skorelowany głównie ze stopniem równości ekonomicznej – jest tym wyższy, im niższy jest poziom rozwarstwienia społecznego – zaś średni dochód staje się czynnikiem zupełnie drugorzędnym. Według danych MFW, Polska w 2012 roku osiągnęła PKB w wysokości 20592 dolarów na osobę. Pickett i Wilkinson oparli swoje badania na indeksie, który uwzględnia wskaźniki występowania patologii oraz pozytywnych zjawisk społecznych i zdrowotnych. I okazało się, że w badanej grupie państw z PKB powyżej 20 tys. dolarów na osobę, USA, pomimo najwyższego przeciętnego dochodu (wraz z Norwegią), wypadały zdecydowanie najgorzej! Nie trzeba chyba dodawać, że charakteryzowały się one także zdecydowanie największym rozwarstwieniem. Co więcej, widać było wyraźną prawidłowość, wskazującą, że państwa zmagające się z większymi nierównościami ekonomicznymi osiągały gorszy wynik według wskazanego indeksu. Dodajmy, że wyższy standard życia w społeczeństwach cechujących się względną spójnością społeczną dotyczył wszystkich – także najbogatszych, którzy w najwyższym stopniu obciążeni byli redystrybucją. Jak widać, na obecnym etapie rozwoju naszego kraju, to właśnie sprawna redystrybucja może być jednym z najistotniejszych narzędzi poprawy naszego standardu życia. A taką redystrybucję zapewnić może tylko państwo.
W spocie wyborczym Polski Razem Jarosław Gowin opowiada o wymarzonej Polsce, w której politycy spierają się o to, jak obniżyć podatki. Trudno wybaczyć krakowskiemu intelektualiście tak prostacki sposób myślenia, nawet jeśli jest to tylko wyborcza propaganda. Należy zauważyć powszechne wśród konserwatywnych liberałów przekonanie, według którego niższe podatki zawsze pozytywnie wpływają na portfele obywateli. Tymczasem nie trzeba być orłem z matematyki, by zorientować się, że niższe podatki to także mniej usług publicznych. A zatem więcej trzeba będzie płacić z własnej kieszeni za ich prywatne odpowiedniki. Doskonale wiedzą o tym Szwedzi, którzy m.in. za obniżanie podatków prawdopodobnie w najbliższych wyborach pokażą czerwoną kartkę rządowi Frederika Reinfeldta. Wiedzą to także Amerykanie, którzy muszą zmagać się z koszmarem prywatnej służby zdrowia. Aż 46% upadłości konsumenckich w USA jest spowodowanych koniecznością poniesienia kosztów świadczeń medycznych; 15% Amerykanów w ogóle nie jest objętych opieką medyczną, ponieważ nie stać ich na prywatne ubezpieczenie. Ci zaś, których stać i tak nie mają się z czego cieszyć. Prywatna służba zdrowia w USA funkcjonuje tak, że pomimo ogromnych nakładów (8,5 tys. dolarów na osobę – dla porównania, w Polsce jest to 1,45 tys. dolarów) przeciętna długość życia w niektórych południowych stanach jest niższa niż w Algierii czy Bangladeszu, a śmiertelność niemowląt wyższa niż w Polsce (gdzie funkcjonuje chronicznie niedoinwestowana publiczna służba zdrowia).
Obniżka podatków odbija się zresztą nie tylko na jakości usług publicznych, ale także na ich ilości. Im mniejsze będzie państwo, o tym więcej rzeczy będziemy musieli zadbać sami. Co oczywiście odbije się na mniejszej ilości dostępnego czasu i energii, które moglibyśmy wykorzystać choćby na próbę rozkręcenia własnego biznesu po godzinach lub realizację nietypowego zlecenia. Ograniczenie usług publicznych może przełożyć się zatem na niższy poziom aktywności zarobkowej. Słowem: ostatecznie rzecz biorąc, obniżka podatków może odbić się negatywnie, a nie pozytywnie na naszych domowych budżetach.
Zdroworozsądkowy Polak powinien marzyć o Polsce, w której politycy spierają się nie o to, jak obniżyć podatki, ale o to, jak poprawić jakość usług publicznych. Nie chcemy rozwoju zabezpieczeń społecznych po to, żeby całymi dniami leżeć do góry brzuchem. Chcemy aktywnego państwa po to, by móc się skupić na tym, do czego jesteśmy jako ludzie predestynowani: na byciu obywatelami.