Polska ekonomia absurdu

Polska ekonomia absurdu

Taki mamy klimat – w którym przedsiębiorca robiący wszystko, by móc jak najtaniej i jak „najelastyczniej” zatrudnić pracownika określany jest jako rozsądny i kierujący się interesem firmy oraz logiką rynkową. Za to pracownik, robiący wszystko, by jak najwięcej zarabiać i mieć możliwie stabilne zatrudnienie, nazywany jest roszczeniowym i nieodpowiedzialnym. W zdrowo funkcjonującej gospodarce każdy zdaje sobie sprawę, że wszystkie strony gry rynkowej (przedsiębiorcy, pracownicy, konsumenci) są równie istotne, a nadmierne osłabienie którejś z nich przyniesie przykre konsekwencje prędzej czy później. Ale kto powiedział, że u nas musi być zdrowa gospodarka.

Polski model liberalizmu gospodarczego to ekonomia podaży doprowadzona do absurdu. Nieproporcjonalną wagę przywiązuje się już nawet nie do samej strony podażowej gospodarki, lecz do specyficznej jej części: kapitału. Każdy rozsądny ekonomista rozumie, że bez odpowiedniej podaży gospodarka nie będzie się rozwijać. Niestety chyba nie każdy polski ekonomista rozumie, że właściciel zakładu produkcyjnego sam nie wyprodukuje np. 40 kontenerów zamówionego towaru. W zbilansowanej gospodarce pozycja pracownika jest równie istotna jak przedsiębiorcy, który go zatrudnia. Natomiast w Polsce przedsiębiorca zwykle nie zatrudnia – on najczęściej łaskawie „daje pracę”. Wyższość przedsiębiorcy jest więc usankcjonowana już na poziomie werbalnym.

W niedawnym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Marek Belka wprost stwierdził, że w naszym kraju została wytworzona atmosfera ciągłego rozpaczania nad losem przedsiębiorców, tymczasem warunki dla ich działalności są wręcz „cieplarniane”. Oczywiście to żadna nowość, a na fakt ten wskazywało już wielu komentatorów. Nie nosili oni jednak równie dobrych garniturów co szef NBP i nie byli w przeszłości premierami RP. Ich głos był więc lekceważony, zgodnie ze standardową w naszym kraju procedurą postępowania z opiniami osób nie zaliczanych przez główny nurt do grona „autorytetów” czy „niezależnych ekspertów”.

Skoro już nawet poważany w mainstreamie ekonomista wypowiada takie słowa, to może do większej grupy osób dotrze, że coś musi być na rzeczy. A że jest, to sprawa oczywista. Z tą małą różnicą, że atmosferę ciągłego rozpaczania nad losem przedsiębiorców celniej można byłoby określić atmosferą ciągłego szantażu. Jeśli warunki dla przedsiębiorców nazwiemy cieplarnianymi, to warunki pracowników należałoby porównać do syberyjskiej tundry.

Przejdźmy jednak na poziom konkretu i zacznijmy od kosztów uzyskania przychodu. O ile polskim przedsiębiorcom przepisy pozwalają odliczyć od przychodu prawie wszystko, co im tylko przyjdzie do głowy (klasyczne już: „to się przecież kupi na firmę i wrzuci w koszty”), to pracownikowi przysługuje marny ochłap w wysokości 110 lub 130 zł miesięcznych kosztów uzyskania przychodu. Na samo paliwo, by dojechać do pracy, wydaję co miesiąc 500 zł, więc możliwość odliczenia od przychodu 130 zł miesięcznie odczuwam tak bardzo, jak pamiętną obniżkę składki rentowej za rządów PiS. Ta pierwsza w moim życiu „podwyżka” przyniosła mi do wypłaty dodatkowe… 20 zł. Tymczasem przedsiębiorca może uznać za koszt w zasadzie każdy wydatek, który ma związek z wygenerowaniem przychodu. Takie rozwiązanie ma jeszcze jedną konsekwencję – pracodawcy mogą sobie spokojnie wrzucać w koszty składki na organizacje pracodawców, za to pracownik składki na związki zawodowe już nie odliczy.

Jednym z większych absurdów rodzimej ekonomii podaży jest ciągłe narzekanie przedsiębiorców na rzekomo zachłanny ZUS. Tymczasem składki przedsiębiorców są całkiem niskie. Mają oni obowiązek płacenia składek liczonych od wysokości zaledwie 60% przeciętnego wynagrodzenia, za to podstawą oskładkowania pracownika jest cały jego realny dochód. Nie wspominając o dwuletnim okresie ochronnym dla raczkujących przedsiębiorców z mikroskopijnymi składkami liczonymi od 30% pensji minimalnej. A na zupełną kpinę zakrawa fakt, że składka zdrowotna dla przedsiębiorcy wynosi 270 zł, ale jeśli w NFZ chciałby ubezpieczyć się bezrobotny, z jakiegoś powodu niezarejestrowany w Urzędzie Pracy, to musiałby zapłacić 360 zł.

Skoro składki odliczane od 60% przeciętnej pensji bywają dla polskich przedsiębiorców zabójcze, to problem chyba nie tkwi w ZUS-ie, lecz w nich samych. Jeśli te, delikatnie mówiąc, niewygórowane obciążenia urastają często w dyskursie ekonomicznym do jednej z największych zmór osób prowadzących działalność gospodarczą, to może zbyt często za biznes biorą się jednostki zupełnie do tego nie predestynowane? Przecież w normalnej gospodarce nie każdy musi być przedsiębiorcą. No tak, ale kto mówił, że u nas musi być normalnie?

Nie tylko poziomy kosztów i składek uprzywilejowują przedsiębiorców. Dzieje się tak również za sprawą zróżnicowanego, bardzo korzystnego sposobu opodatkowania. Jednym z nich jest ryczałt, dzięki któremu różnego rodzaju przedsiębiorcy mogą obciążyć swój przychód zaledwie kilkuprocentowym podatkiem. Także karta podatkowa jest bardzo korzystna dla niewielkich podmiotów, gdyż mogą one dzięki niej uiszczać podatek niezależny od wysokości dochodu (stawki wyrażone są w niej liczbami bezwzględnymi, a nie procentem). Tym bardziej, że opodatkowanie według karty realnie spada – wskazane w niej kwoty wzrosły z początkiem 2014 r. o 1%, czyli mniej niż wynosi inflacja. W tym samym czasie z natury regresywny i uderzający w najbiedniejszych podatek VAT wciąż utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Zresztą przedsiębiorcy mogą także korzystać z 19-procentowego podatku liniowego – czynią tak bardzo ochoczo menedżerowie przechodzący na kontrakty – co jeszcze bardziej wzmaga fasadowość rzekomo progresywnego systemu.

Po tych kilku chwilach spędzonych w niewątpliwie przyjemnych warunkach cieplarnianych, przyjrzyjmy się teraz syberyjskiemu środowisku życia polskiego pracownika, który w rodzimym dyskursie ekonomicznym został zredukowany do „kosztu pracy”. Te zaś, jak wiadomo, należy bezwzględnie ciąć – inne sposoby ekspansji rynkowej są w naszym kraju wyjątkowo mało popularne. I trzeba z uznaniem stwierdzić, że metoda cięcia kosztów jest wprowadzana w Polsce bardzo sumiennie –  w 2012 r. przeciętny godzinowy koszt pracy wynosił 7,4 euro, co dało nam 23. miejsce na 27 krajów UE. Gdyby w Unii obowiązywały takie zasady, jak w ligowej piłce nożnej, to w tej konkurencji spadlibyśmy do niższej klasy rozgrywek. Oczywiście trudno nam dziś aspirować do środka tabeli (przeciętna dla UE to 23,4 euro), skoro nawet drużyny walczące z nami o utrzymanie się w ekstraklasie wyprzedzają Polskę wyraźnie – przeciętne godzinowe koszty pracy w Czechach to 10,6 euro, a w Słowenii –14,6.

Nie przeszkadza to liberalnym ekonomistom twierdzić, że jedną z największych bolączek gospodarki są wysokie koszty pracy. Idealnie byłoby, gdyby pracownicy w ogóle zrezygnowali z wypłat – przecież pensje to „roszczeniowy” relikt PRL. W Polsce zresztą do tego ideału szybko się zbliżamy – udział płac w PKB Polski to zaledwie 46%, co na tle unijnej średniej (58%) wygląda żenująco. Nawet w Grecji, której zaaplikowano w ostatnim czasie kurację oszczędnościową w wersji hard, odsetek ten wynosi 50,5%. Tylko że według oficjalnego przekazu tam był kataklizm, a u nas jest zielona wyspa. No tak, ale kto mówił, że oficjalny przekaz musi być logiczny?

Praca w Polsce jest nie tylko żałośnie słabo płatna, ale w dodatku bardzo niestabilna. Jesteśmy absolutnym liderem w UE pod względem odsetka umów czasowych (27%). Nawet w Hiszpanii, w której sytuacja na rynku pracy uchodzi za szczególnie tragiczną, jest ich 25%. Ta niestabilność oraz jeden z najgorszych w Europie systemów pośrednictwa pracy składają się na wyjątkowe „zahukanie” polskiego pracownika. Nie mogąc sobie nic odłożyć z marnej pensji, drżąc o posadę w rozmowach z pracodawcą, stoi on na wyraźnie gorszej pozycji wobec przedsiębiorców. Dowody na to daje także niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy – według niej oczekiwania płacowe polskich bezrobotnych są o nawet 20% niższe od stawek rynkowych.

Oczywiście w odpowiedzi liberałowie zawsze gotowi są wypowiedzieć standardowy frazes o niskiej produktywności – rzekomo zarabiamy tak mało, gdyż niska jest efektywność naszej pracy, a gdy ona wzrośnie, to automatycznie (a w zasadzie należałoby chyba powiedzieć: w sposób cudowny) wzrosną również nasze pensje. Wystarczy jednak rzut oka na powszechnie dostępne dane, by przekonać się, że pośród państw OECD jesteśmy w absolutnym czubie pod względem wzrostu produktywności, za to pod względem wzrostu zarobków znajdujemy się na szarym końcu rankingu. Przykładowo w roku 2012 nasza produktywność wzrosła o 4% (a wedle danych UE nawet o 5,6%), lecz w nagrodę… nasze realne pensje spadły. Według związków zawodowych, gdyby płace naprawdę odpowiadały produktywności, średnia krajowa byłaby wyższa o 1000 zł. Bardzo podobne wnioski można wyciągnąć z przytoczonej już analizy NBP, w której jedną z głównych tez jest to, że poziom naszych zarobków już dawno uniezależnił się od związku ze wzrostem produktywności.

Przeważająca część przedsiębiorców nauczyła się konkurowania głównie niskimi kosztami. To strategia rozwojowa typowa raczej dla rozwijających się krajów trzeciego świata, a nie sporego europejskiego państwa z aspiracjami do gry w pierwszej lidze. Taka sytuacja doprowadziła do wielowymiarowych szkód w polskiej gospodarce. Jedną z nich jest dramatycznie niski poziom innowacyjności. Mityczna niewidzialna ręka rynku nie garnie się do łożenia na badania naukowe, skoro może spokojnie korzystać z premii, jaką dają rzesze taniej siły roboczej. Według danych Komisji Europejskiej, nakłady na badania i rozwój w Polsce to 0,9% PKB, co pozwala nam w UE wyprzedzić jedynie Rumunię, Bułgarię i Łotwę. Według innych danych, tylko 28% naszych spółek jest uznawanych za innowacyjne (średnia UE to 52%) – pod tym względem wyprzedzamy wyłącznie Rumunię. Nasza dotychczasowa strategia rozwojowa nieubłaganie się wyczerpuje, a tymczasem niski poziom innowacyjności nie daje widoków na nową. Dlatego coraz częściej pojawiają się opinie, że wpadliśmy w tzw. pułapkę średniego dochodu, która uniemożliwi wejście na wyższy poziom rozwoju. Kolejnym negatywnym efektem niskich płac w Polsce jest bariera popytowa, którą nawet polscy przedsiębiorcy (znów analiza NBP) uznają za główną przyczynę ograniczania zatrudnienia. Szkoda tylko, że nie domyślają się jeszcze, czym to jest spowodowane.

Wbrew liberalnym zaklęciom, jedną z głównych przyczyn wysokiego polskiego bezrobocia są zatem zbyt niskie, a nie zbyt wysokie płace. I jeśli uznamy płacę minimalną za skuteczne narzędzie podnoszenia płac w gospodarce, to może się okazać, że jej podniesienie może spowodować spadek bezrobocia, a nie wzrost. Oczywiście taka herezja wśród ekonomistów głównego nurtu musi spotkać się z rytualnym łapaniem się za głowę i oskarżeniami o ignorancję.

W Polsce pokutuje mit indywidualnej przedsiębiorczości. Rzekomo to właśnie jej zawdzięczamy rozwój. Prawda jest jednak zupełnie inna. Indywidualna przedsiębiorczość najbardziej kwitnie w najbiedniejszym regionie świata, czyli w Afryce Subsaharyjskiej, gdzie z reguły kilkadziesiąt procent siły roboczej to „przedsiębiorcy”. W Beninie jest ich nawet około 90%. Tam po prostu każdy coś dłubie, struga, pokątnie sprzedaje, byle tylko przetrwać. Z jakiejś przyczyny ta indywidualna energia nie przekłada się na wzrost gospodarczy, który w Afryce Subsaharyjskiej w zasadzie od lat 70. stoi w miejscu. Krajobraz zastępów mikroprzedsiębiorców i drobnych ciułaczy, wypełniających bazary i sprzedających wszystko co popadnie z rozłożonych łóżek polowych, jest typowy dla krajów zacofanych, w których indywidualnej przedsiębiorczości jest z reguły pod dostatkiem. W krajach rozwiniętych odsetek przedsiębiorców zdecydowanie spada. Najniższy jest m.in. w Norwegii, ale nawet w podobno arcyliberalnych Stanach Zjednoczonych jest on jednocyfrowy.

Wynika to z faktu, że gwarancję rozwoju stanowi nie indywidualna przedsiębiorczość, lecz istnienie wypracowanych przez lata (a najlepiej przez wieki) wspólnotowych sposobów kanalizowania indywidualnej energii. Rozwój gospodarczy jest wynikiem zgodnej współpracy silnej wspólnoty, która zdołała wytworzyć wysoką kulturę pracy i efektywne instytucje. Bez tych ostatnich nawet największa ilość indywidualnej energii nie przełoży się na wzrost dobrobytu w kraju. Innymi słowy, rozwój jest przede wszystkim wspólnym wysiłkiem. W dobrze zorganizowanej i nastawionej na rozwój wspólnocie nie ma potrzeby, by każdy próbował zostać przedsiębiorcą, a pozycja pracownika i pracodawcy są przynajmniej zbliżone, gdyż jeden i drugi są niezbędni dla harmonijnego i stabilnego rozwoju. Dla wysokości PKB nie jest istotne, czy wytwarza je milion mniejszych, czy 10 tysięcy dużych firm. Za to dla gospodarki niezmiernie istotne jest, czy pracownicy (a więc także konsumenci) pracują w dużych, stabilnych i dobrze płacących przedsiębiorstwach, czy może u drobnych ciułaczy, którym nie starcza nawet na własne składki ZUS-owskie liczone od 60% średniego wynagrodzenia, a co dopiero na godne płace. Według NBP, polski pracownik jest elastyczny, mobilny i produktywny. Polscy pracownicy odrobili więc zadanie domowe – są gotowi na to, by Polska pokonała „pułapkę średniego dochodu” i weszła na wyższy poziom rozwoju. Teraz czas na przedsiębiorców.

Polska ekonomia absurdu

Populizm liberalizmu

Oskarżenie o populizm to jedno z cięższych dział wytaczanych i ochoczo używanych przez zwolenników rozwiązań wolnorynkowych. W końcu nikt nie lubi wychodzić na głupka nierozumiejącego mechanizmów rządzących gospodarką i światem, którego słowa mają na celu jedynie cyniczne uzyskanie łatwego poklasku. W ten sposób oskarżenie o populizm jest skutecznym narzędziem zamykającym usta niewygodnych. Narzędziem odwołującym się do najprostszych ludzkich motywacji: po stronie oskarżonego – strachu przed ośmieszeniem, po stronie właściwego odbiorcy przekazu – poczucia intelektualnej wyższości. Tak więc w istocie samo oskarżenie o populizm jest populistyczne.

W kulawej polskiej debacie publicznej, która obok pluralizmu nigdy nawet nie stała, pewnej grupie interesów udało się wytworzyć nad sobą nimb prawdziwych ekspertów. Pracownicy sektora finansowego lub reprezentanci pracodawców stali się w oczach dużej części opinii publicznej bezstronnymi fachowcami od gospodarki. Dobrze ubrani, posługujący się piękną polszczyzną (i nie tylko polszczyzną) oraz zawsze skorzy do ironicznego uśmiechu w reakcji na głupotę prostaczków. Jakimś cudem zapomniano, że są oni przecież jedynie stroną w ekonomicznej debacie, równie uwikłaną w partykularne interesy jak wszystkie pozostałe. Dzięki wsparciu wielu ekonomistów akademickich oraz publicystów głównego nurtu udało im się wytworzyć poczucie, że ideologia neoliberalna nie jest tylko jedną z wielu doktryn ekonomicznych (i to dosyć skrajną). Wręcz przeciwnie, przekonują, że jest ona naukowym konsensusem, obiektywnym wynikiem wielu lat badań. Na tym tle pozostałe strony dyskursu (pracobiorcy, związkowcy, a często także politycy) jawią się jako ignoranci próbujący przepchać swoje niesłuszne żądania. Jako reprezentanci grup interesów, które w najbardziej prymitywny sposób starają się zdobyć poparcie nieuświadomionych i niewykształconych mas. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że polskim związkowcom przydałyby się solidne szkolenia z zakresu kompetencji miękkich. Jednak fakt, że prezentują się gorzej niż ich antagoniści, nie oznacza jeszcze wcale, iż głoszone przez nich tezy zasługują jedynie na drwinę. I nie oznacza, że są populistami.

Tymczasem gdyby się przyjrzeć, nawet pobieżnie, strategii, którą obrały środowiska liberałów gospodarczych, aby uzyskać aprobatę dla swoich racji, należy dojść do wniosku, że jest to strategia stricte populistyczna. W końcu wytworzenie wokół siebie aury fachowości i autorytetu to jeden z najprostszych sposobów pozamerytorycznej perswazji, na który już Schopenhauer zwracał uwagę w swej „Erystyce” (argumentum ad verecundiam). Co więcej, jest to sposób bazujący na bardzo prymitywnych ludzkich motywacjach. Któż nie lubi posłuchać prawdziwego eksperta, a następnie zabłysnąć zasłyszaną mądrością w towarzystwie? Jak prostacko przyjemne jest wykpienie ignoranta, wytykając mu nieznajomość rzeczy. A jak przerażający jest spoglądający w oczy strach zbliżającego się ośmieszenia. Wręcz obezwładniający – jeszcze do niedawna wydające się silnymi, argumenty pod naciskiem kpiącego tonu eksperta nagle zaczynają wydawać się zupełnie bezpodstawnymi. Tak więc lepiej siedzieć cicho – po co się afiszować, skoro można wyjść na idiotę? Bezpieczniej jest przytaknąć i przyswoić. I właśnie na takich podstawowych motywacjach, jak wstyd czy skłonność do pychy, oparli swą strategię przekonywania adepci doktryny wolnorynkowej. Zwyczajni populiści, ubrani w szaty ekspertów, sami jak gdyby nigdy nic szermują oskarżeniami o populizm. Jednak ich populizm nie zasadza się tylko na metodzie perswazji. Dotyka samej istoty ich argumentów.

Jedną z najczęstszych reakcji liberalnych ekonomistów jest oburzenie na wszelkie próby podniesienia jakichkolwiek obciążeń finansowych – podatków lub składek. Zawsze pojawiają się w takich sytuacjach standardowe argumenty: „rząd kładzie łapę na naszych pieniądzach”, „państwo naszym kosztem zasypuje dziurę budżetową” etc. W bardzo sprytny sposób zaciemniono istnienie dość oczywistej relacji między płaconymi przez nas daninami a otrzymywanymi przeróżnymi świadczeniami. I nie mówię tu tylko o świadczeniach, z których ową relację można wyciągnąć wprost – jak chorobowe czy darmowa opieka medyczna – ale chociażby o mniej rzucającym się w oczy (bo spowszedniałym) korzystaniu z dróg krajowych albo dotowanej i dzięki temu tańszej komunikacji publicznej.

Tymczasem w polskim dyskursie składka stała się zupełnie abstrakcyjną i niesprawiedliwą daniną zdzieraną przez państwo z obywateli, a najczęściej z uciemiężonych pracodawców. Nikogo oczywiście nie zainteresuje, że Polska z wpływami podatkowymi (wraz ze składkami na ubezpieczenia społeczne) na poziomie nieco ponad 30% PKB sytuuje się w tym względzie sporo poniżej średniej UE. W końcu każdy podatek, obojętnie jakiej wysokości, to rozbój w biały dzień. W takich warunkach zwiększenie wysokości np. składki zdrowotnej jest w zasadzie niemożliwe i fakt, że z nakładami na służbę zdrowia na poziomie ok. 4,5% PKB znajdujemy się w ogonie Europy, staje się zupełnie nieistotny. Przecież każdy z nas chciałby mieć więcej niż mniej w portfelu i niechętnie patrzy na każde plany zwiększenia obciążeń. Liberalni ekonomiści bardzo sprawnie wykorzystują te motywacje, tworząc w debacie publicznej atmosferę, w której każde podniesienie danin publicznych staje się kradzieżą.

Zdyskredytowano w ten sposób także redystrybucję – jeden z podstawowych sposobów walki z postępującym rozwarstwieniem – która stała się w oczach wielu zakamuflowanym złodziejstwem. Najświeższym przykładem opisywanego populizmu była histeria, jaką próbowały wszcząć środowiska liberalne na wieść o oskładkowaniu umów cywilno-prawnych. Drugorzędne było, że osoby zatrudnione na takich umowach to zaledwie ułamek ogółu pracowników (wg różnych szacunków od kilkuset tysięcy do miliona osób przy ok. 16 milionach wszystkich pracowników), a duża część tych umów już jest oskładkowana, tak więc planowane zmiany mają w istocie marginalny charakter. Tutaj do rozpoczęcia zwyczajowego koncertu wystarczyło samo pojawienie się słowa „oskładkowanie”.

Sztandarowym chłopcem do bicia w liberalnym przekazie stało się państwo. Po wielu latach doświadczeń z okresu PRL u dużej części naszego społeczeństwa wykształciło się podskórne przekonanie, że jest ono narzuconym z zewnątrz nieprzyjaznym tworem, z którym trzeba się na co dzień użerać. Wystarczyło jeszcze tylko ekstrapolować przeżycia wielu Polaków w związku z nieefektywną państwową gospodarką PRL-u na czasy współczesne i oznajmić wszem i wobec, że państwowe gospodarowanie jest nieefektywne z samej zasady. W ten sposób środowiska liberalne wytworzyły odwróconego homo sovieticusa – osobnika, który podejrzliwie patrzy na państwo i wszystko co publiczne, traktując je jak obce ciało pasożytujące na jednostkach łaknących wolności. Neoliberalny odwrócony homo sovieticus jest równie skrzywiony przez oddziaływanie PRL-u jak homo sovieticus właściwy, tylko że w drugą stronę. Zamiast instynktownie szukać całkowitego podporządkowania się władzy, zawsze i wszędzie węszy ciemiężyciela, którym jest państwo.

Po „zaprojektowaniu” w ten sposób mentalności sporej części Polaków stosowanie populizmu stało się banalne. Wystarczyło tylko przy każdej okazji dyskredytować sektor państwowy i tworzyć na jego temat przeróżne mity, które następnie spokojnie kwitły na odpowiednio użyźnionej glebie. I tak np. emerytura z ZUS-u stała się niepewna i iluzoryczna („wirtualne zapisy księgowe”), z kolei emerytura z OFE, pochodząca ze środków ulokowanych w płynnych aktywach finansowych lub w państwowych (!) obligacjach, miała zapewnić spokojny byt na starość.

Jedną z bardziej idiotycznych liberalnych opowieści, ale znakomicie wpadającą w ucho, jest mit szczególnej skłonności sektora publicznego do korupcji. Po latach afer Polacy stali się na takie argumenty bardzo podatni. Tutaj odsuwana na bok jest już zwyczajna logika – w końcu w procederze korupcji potrzebne są dwie strony i ta druga najczęściej jest reprezentantem sektora prywatnego. Wystarczy przypomnieć, że zdecydowanie największa pod względem liczby postawionych zarzutów afera korupcyjna w Polsce miała miejsce w sektorze prywatnym – a dokładnie w polskiej lidze piłkarskiej. Tak więc skłonność do korupcji w obu sektorach jest przynajmniej taka sama. Gdybyśmy wyeliminowali zupełnie sektor państwowy, liczba łapówek wcale by nie spadła – po prostu byłyby one rzadziej ujawniane, gdyż w sektorze prywatnym przekupstwo dużo trudniej wykryć, a udowodnić czasem nie sposób.

Innym mitem, którym neoliberałowie karmią odwróconego homo sovieticusa, jest nieefektywność sektora państwowego. Przykładów nieefektywności sektora prywatnego jest co najmniej tyle samo. Znakomicie ilustruje to np. prywatna służba zdrowia w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o średnią siłę nabywczą na osobę, USA plasują się z reguły na 2. miejscu na świecie (po Luksemburgu), za to już pod względem stanu zdrowia obywateli na miejscu około 30. Najświeższym przykładem nieudolności firm prywatnych są obecne kłopoty sądów z dostarczaniem listów przez InPost. Włos się jeży na głowie, gdy pod koniec stycznia br. słyszy się od pracowniczki jednego z sądów, że od początku roku nie otrzymała z powrotem jeszcze żadnej „zwrotki” z wysłanych pism (czyli dowodu odbioru). Nie byłoby wcale dziwne, gdyby pracownicy InPost po prostu je wyrzucali – po co komu jakiś świstek papieru?

Przykłady populistycznych wycieczek liberałów gospodarczych można mnożyć w nieskończoność. Większość neoliberalnego przekazu składa się z wyświechtanych i dawno obalonych frazesów, które można przewidywać w ciemno jeszcze przed dyskusją oraz recytować bez zająknięcia, nawet będąc obudzonym w środku nocy. Każde podniesienie płacy minimalnej oczywiście skończy się wzrostem bezrobocia (pomimo że są koncepcje mówiące, iż w niektórych sytuacjach jej podniesienie może spowodować wzrost zatrudnienia), a każdy dodruk pieniądza naturalnie zakończy się szalejącą inflacją (to nic, że Japonia drukuje na potęgę, a o inflacji raczej marzy, aniżeli się z nią zmaga). Gdybym miał przeprowadzić wywiad z Leszkiem Balcerowiczem, wcale nie potrzebowałbym do tego Leszka Balcerowicza. Sam odpowiedziałbym na postawione pytania. Co więcej, prawdopodobnie uzyskałbym autoryzację, gdyby zabiegany profesor uznał, że wywiad umknął mu z pamięci.

Na szczęście dominacja neoliberalnej doktryny powoli zaczyna się kruszyć. Jak lubi ostatnio powtarzać Rafał Woś z „Dziennika Gazety Prawnej”, krytycy kapitalizmu w końcu powyłazili ze swych nor i coraz śmielej wskazują jego słabe strony. Oby jego obserwacja okazała się prawdziwa. A więc drodzy sceptycy wolnego rynku – powyłaźmy z nor. To nie my jesteśmy populistami.