przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 2 sierpnia 2016 | opinie
Trudno oprzeć się wrażeniu, że świat na naszych oczach znacząco przyspiesza, jakby kolejne wydarzenia (pucze, zamachy, przewroty, aneksje, upadki rządów) były zamawiane przez redakcje 24-godzinnych mediów informacyjnych. Niestety, coraz krótszy cykl życia medialnego story sprawia, że tak samo szybko jak uwaga świata skupia się na jednym wydarzeniu, tak i szybko o nim zapomina, kierując wszystkie światła reflektorów na inne zjawiska. Niewyobrażalne do niedawna podjęcie przez Wielką Brytanię decyzji o opuszczeniu Unii Europejskiej dziś wydaje się powoli przechodzić do kącika wspomnień – a szkoda. Lekcja, którą dostał brytyjski i europejski establishment w postaci wyników głosowania o „Brexicie”, ma ponadczasowy wymiar.
Wielka Brytania osłabia decyzją o Brexicie samą siebie, a także Unię Europejską, na nowo próbując ułożyć sobie relacje z dotychczasowymi partnerami gospodarczymi i coraz częściej spoglądając z nadzieją w stronę przyszłościowego partnerstwa z Chinami. Chociaż rozmiar strat spowodowanych decyzją o wyjściu z UE jest dla Zjednoczonego Królestwa trudny do przewidzenia, pewne jest, że kraj ten na tym straci. Szczególnie dotknięte gospodarczymi konsekwencjami niepewności co do relacji z kontynentem będą północne rejony przemysłowe Anglii. Ze względu na silne powiązania gospodarcze wielu północnoangielskich rejonów z odbiorcami i kooperantami z Unii, to te obszary będą najsilniej odczuwać brak spodziewanych decyzji inwestycyjnych i modernizacyjnych dotyczących łańcuchów wartości produktów, których odbiorcy są na kontynencie. Bezpieczniej będzie bowiem, z punktu widzenia inwestora lub kooperanta, tworzyć swój ekosystem gospodarczy na „pewnym”, kontynentalnym gruncie. Mieszkańcy północnej Anglii nie powinni też zbyt mocno liczyć na osłabienie presji ekonomicznej ze strony imigrantów z Europy Środkowej. Trudno bowiem wyobrazić sobie, aby pozostająca poza UE Wielka Brytania mogła liczyć na jednoczesne całkowite zachowanie przywilejów handlowych oraz jednostronne ograniczenie przepływu ludności z Unii.
To właśnie głosy północnej Anglii sprawiły, że kampania na rzecz opuszczenia Unii okazała się sukcesem. Skala poparcia dla Brexitu była zaskakująco wyższa niż w sondażach, które co do preferencji innych regionów nie myliły się niemal wcale. Dlatego reakcja popierającej Unię południowoangielskiej wielkomiejskiej klasy średniej na decyzję Północy była mieszaniną wyrzutu, złości i pogardy. Jakże bowiem inaczej mieszkańcy północnej Anglii mogli głosować za Brexitem i pogorszeniem swojej sytuacji ekonomicznej, jeżeli nie z czystej ignorancji?
Ewidentnie moment zainteresowania „Północą” (a raczej wszystkimi gorzej radzącymi sobie rejonami) przyszedł zbyt późno – i tylko w postaci połajanki. Zapomniane przez angielski establishment rejony północnej Anglii, nie potrafiące wciąż dojść do siebie po thatcherowskich reformach i nieproporcjonalnie mocno dotknięte polityką cięć wydatków sfery publicznej przez rząd Davida Camerona, dostały w trakcie kampanii referendalnej od zwolenników wyjścia z Unii populistyczną antyimigrancką papkę. Od establishmentu popierającego pozostanie w Unii nie dostały nic. Na politycznym przedreferendalnym bazarku nadzieję ofiarowali tylko zwolennicy Brexitu; zwolennicy pozostania nie mieli takiej waluty. Wykluczał ją bowiem konsensus polityczno-medialno-biznesowego establishmentu, w fanatyczny sposób broniącego torysowskiej polityki cięć i „reform” nawet najbardziej bolesnych materialnie dla uboższych warstw. A zatem brak możliwości wyboru poprawy własnego losu okazał się demoralizujący dla głosujących i fatalny w skutkach dla państwa – Brexit wygrał. Owszem, nienaruszalny konsensus nie drgnął ani o milimetr, jednak w międzyczasie cały kraj ruszył w nieznane.
Również w naszym kraju pewną popularnością wśród środowisk opiniotwórczych cieszy się pogląd, że nadzieja na poprawę warunków bytowych powinna być walutą zakazaną na politycznym i wyborczym bazarku. Takie „schlebianie ludowi” jest bowiem uznawane przez wyrazicieli tego poglądu za populizm, nierozsądne, krótkowzroczne, może nawet nieetyczne rozdawnictwo, które z pewnością musi skończyć się katastrofą budżetową. Konsensus wyrazicieli tego poglądu jest taki, że dokonanie bardziej wyrazistej redystrybucji jest po prostu niemożliwe – a nawet jeżeli możliwe, to przypomina ignorowanie sił grawitacji: po początkowym impecie dobrych chęci musi nastąpić bolesne sprowadzenie na ziemię. Doskonałym przykładem tego typu przekonań jest kwestia wprowadzenia dodatku 500+. Zwolennik konsensusu „ludzi rozsądnych” powie, że 500+ jest pustą obietnicą, która nie może być zrealizowana. Kiedy już ta obietnica się zrealizuje, z równą pewnością stwierdzi, że jest to tylko świetny aprioryczny dowód nadchodzącej katastrofy (…bo przecież jest niemożliwe).
Tego typu logika towarzyszyła również przez ostatnie dwie kadencje kręgom, które w swoim mniemaniu były środowiskiem zaplecza intelektualnego bliskiego rządowi. W praktyce (zwrócił na to uwagę m.in. Robert Krasowski) rządy PO-PSL niespecjalnie czerpały z rad liberalnych intelektualistów. Niewielki zwrot w stronę bardziej prospołecznej polityki mógłby być mocniejszy, ale powstrzymywały go wcale nie dobre rady zwolenników konsensusu, lecz obawa o reakcję Komisji Europejskiej wobec kraju w procedurze nadmiernego deficytu. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że bez zagrożenia sankcjami KE nie doszłoby do cięć i deflacyjnej polityki lat 2012-13, na co wskazywać może także nazwanie przez byłego premiera Tuska wyczynowych reformatorów mianem „doktrynerów, eksperymentatorów, wariatów”.
Jakie dobre rady oferowali liberałowie (na łamach np. „Liberte” lub działu opinii „Wyborczej”) poprzedniej koalicji? Skończenie z polityką „ciepłej wody w kranie” i zabranie się za konieczne, niepopularne reformy. Mniej rozdawnictwa, zabranie się za „przywileje”, koniec urabiania społeczeństwa drobnymi prezentami, szarpnięcie cugli liberalizmu. Dlaczego? Bo takie postępowanie jest konieczne, a każde inne musi się skończyć katastrofą. Radom towarzyszyły przestrogi: jeżeli nie weźmiesz się, rządzie, za rozbuchane socjalne wydatki i przywileje, nie zrobisz „reformy finansów publicznych” (tj. drastycznych cięć budżetowych), jeżeli nie zmniejszysz obciążeń przedsiębiorców – będzie źle!
Oczywiście gdyby kierujący poprzednią koalicją stosowali się do dobrych rad życzliwych intelektualistów, skali konsolidacji władzy mógłby dziś zazdrościć PiS-owi prezydent Turcji Erdogan. Szczęśliwie, sytuacja w Polsce A.D. 2016 jest inna i pomimo wielu niepokojących zjawisk, w zasięgu naszych możliwości zaczyna być stworzenie kraju, w którym społeczeństwu w przeważającej większości żyje się co najmniej znośnie. Potrzeba jednak, by konsensus dotyczący przynajmniej fundamentów społeczno-ekonomicznych był ponadpartyjny, podobnie jak w krajach Europy Zachodniej po II wojnie światowej. Wydaje się, że tak właśnie będzie.
Wbrew wieszczom imposybilizmu, 500+ jest możliwe do sfinansowania w tym i kolejnym roku. Jeżeli rząd na własne życzenie nie rozchwieje budżetu, to przy progresywnych przesunięciach w podatku PIT uda się uczynić 500+ programem permanentnym, z którego nie zrezygnują również kolejne ekipy. W międzyczasie, dzięki efektom poprawy ekonomicznej sytuacji mniej zamożnych Polaków, możliwe będzie nie tylko takie zwiększenie spójności i stabilności społecznej, jakie wykluczy organizowanie impulsu zbiorowego przez mrzonki typu „Polexit” czy wojenki kulturowe, ale i umożliwi zbudowanie zaangażowanego, dobrze poinformowanego społeczeństwa obywatelskiego. Aby dobrze wykorzystać tę nadarzającą się historyczną okazję, warto uczyć się na błędach cudzych i własnych. I wyciągać z nich wnioski.
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 31 maja 2016 | opinie
Obok niewidzialnej ręki rynku, potrzebna jest widzialna, pomocna ręka państwa – twierdzi wicepremier odpowiedzialny za politykę gospodarczą. Tego typu jednoznaczne stwierdzenie nie padło chyba jeszcze w III RP z ust tak wysokiego i uprawomocnionego urzędnika państwowego. Z całą pewnością od kilku miesięcy mamy do czynienia z nową narracją na temat polityki gospodarczej, w której ważne miejsca odgrywać mają „wzrost rodzimego kapitału”, „patriotyzm gospodarczy”, „koniec niskich kosztów pracy” oraz „stawianie na innowacyjność”. Natężenie nowego przekazu stało się tak duże, że (bynajmniej nie liberalny) dziennikarz ekonomiczny Rafał Hirsch zaczął prosić o stworzenie aplikacji blokującej treści z frazą „patriotyzm gospodarczy”.
Czy faktycznie mamy do czynienia z przełomem w polityce gospodarczej? Czy możemy ogłosić, iż Polska dokonuje zasadniczego zwrotu? I najważniejsze: czy efekty tego zwrotu będą jakościowo lepsze od dotychczasowych dokonań III RP?
Odejście od liberalnych kanonów prowadzenia polityki gospodarczej widoczne było już za czasów rządu PO-PSL (2007-2015). Przejawiało się m.in. w poluzowaniu rygorów fiskalnych w reakcji na załamanie koniunktury, w częściowym upaństwowieniu środków emerytalnych z OFE oraz w stworzeniu mechanizmu państwowego wsparcia inwestycji rozwojowych (PIR). W tym kontekście obecny „zwrot” jest znaczącym wzmocnieniem już odbywających się procesów urealniania i pragmatyzacji polityki gospodarczej, do prowadzenia której potrzebne jest szerokie instrumentarium, nie ograniczane apriorycznie żadnymi doktrynami. Jednocześnie warto zauważyć, że semantyczny zwrot nie jest płytki, bowiem został przyjęty przez bardzo szerokie spektrum „twórców opinii”. Stwierdzenia o konieczności wspierania przez państwo procesów podnoszenia produktywności, wzmocnienia i modernizacji przemysłu czy promowania sektorów o międzynarodowym potencjale konkurowania, jeszcze zaledwie pięć lat temu były poza głównym nurtem, występując raczej na tak niszowych łamach, jak „Nowy Obywatel”. Dziś są już w większości codzienną strawą mediów „głównego nurtu”, wypierając dawniej modne stwierdzenia o „konieczności reformy finansów publicznych”, uelastycznienia kodeksu pracy czy zmniejszenia obciążeń przedsiębiorcom.
Nowy konsensus
Ten nowy konsensus semantyczny został podchwycony nawet przez środowiska kojarzone z liberalnym technokratyzmem, takie jak partia Nowoczesna. Jeden z jej kandydatów na liście warszawskiej (obecnie poseł) chwalił się w ubiegłorocznej kampanii wyborczej, że jest współtwórcą samochodu „Nowa Warszawa”. Pan poseł nie wspominał na wyborczych banerach o tym, iż projekt powstania polskiego samochodu był hojnie, milionami złotych od podatników, wspierany przez państwową instytucję: Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Indagowany na ten temat stwierdził, że, jak najbardziej, projekt był wspierany przez państwo i on się tego wsparcia nie wypiera, odrzucając sugestie, jakoby reprezentował partię ideologicznie antypaństwową, której członkom nie wypada brać państwowych pieniędzy.
Odpowiedź ta wskazuje na powstanie nowego konsensusu, nowej syntezy technokratycznej, w której jedna i ta sama partia może mieć twarz umiarkowanego, współpracującego z państwem sympatycznego przedsiębiorcy (eks-urzędnika!), a jednocześnie proponować destabilizujący społecznie program redystrybucji socjalnej od mniej zamożnych do tych bogatszych (co wynika z przedwyborczych analiz niezależnego think-tanku CenEA). Państwo bowiem w tej nowej syntezie odzyskuje sprawczość, ale w bardzo zawężony sposób: ma, owszem, wspierać, ale tych już na starcie lepiej wyposażonych w kapitał ekonomiczny, społeczny i kulturowy. Czy ktoś sądzi, że znaczna część państwowego wsparcia kierowana jest ku inicjatywom tworzonym przez tych, którzy nie mają żadnych oszczędności ani komfortu pewnej pensji? Widać wyraźnie, że choć ton dyskusji się zmienił, to rzeczywistość nadal zgrzyta.
Fundamentalnym problemem III RP jest społeczne wyobcowanie wielu obywateli, którzy czują, że system nie jest „nasz”, że nie działa w ich imieniu. Pozostawiona sama sobie, gospodarka wolnorynkowa niesprawiedliwie rozdaje nagrody i kary. Bez mechanizmów redystrybucyjnych, wyrównujących szanse nie tylko na starcie, ale również oddziałujących na jakość życia obywateli w sposób ciągły, partycypacja obywatelska będzie tylko mitem. Po cóż starać się ulepszać świat wokół siebie, jeżeli ten świat od początku nierówno rozdał życiowe szanse? Dlatego też pomysły „instytucjonalistów” na zbudowanie większej partycypacji obywatelskiej są niezbędne, lecz powinny tylko towarzyszyć głównej kwestii, jaką jest naprawa ładu społeczno-gospodarczego. Bez upodmiotowienia materialnego grozi nam rozkwit patologii, które już dziś rozwijają się w najlepsze na żyznym gruncie egoizmu społecznego. Pod hasłem demaskowania rzekomej politycznej poprawności mamy coraz większe przyzwolenie na to, by „tylko trochę” nienawidzić i dehumanizować odmienność etniczną. Miejsce nieistniejącego poczucia dumy z bycia obywatelem i odpowiedzialności za społeczeństwo zajmowane jest przez resentyment i żółć, generowane przez propagatorów nienawiści.
O tym, jak niebezpieczne jest tolerowanie ekonomicznego upokorzenia licznych grup społecznych, przekonało się wiele krajów i społeczeństw, w tym tych o wysokiej reputacji kulturowej i cywilizacyjnej. Jak przekonuje coraz większa ilość zdarzeń w naszym kraju, czas na wątpliwości co do potencjalnych katastrofalnych skutków tego stanu rzeczy powinien dobiegać końca. Pora zatem przejść od diagnoz do czynów.
Obrońcy obecnego ładu społeczno-gospodarczego słusznie podkreślają, iż na tle naszej (wielce niełaskawej) historii gospodarczej, III RP okazała się ekonomicznym sukcesem, gdyż podniosła stan życia przeciętnego obywatela w relacji do mieszkańca Europy Zachodniej w sposób niewątpliwie bezprecedensowy. Również przemiany strukturalne gospodarki, takie jak uzyskana w 2015 roku nadwyżka ekspansji kapitału polskiego za granicą nad napływającymi do Polski inwestycjami zagranicznymi, wskazują, że po upływie pokolenia mozolnej pracy stajemy się krajem z każdą dekadą nieco mniej peryferyjnym. Z miejsca o wysokim kapitale ludzkim i niskich zasobach finansowych powoli staliśmy się europejskim średniakiem, zdolnym tworzyć sprawne podmioty o zasięgu międzynarodowym. W czym więc problem? Zdobycze konkurencyjności nie przekładały się na porównywalnie szybki wzrost płac, a można domniemywać, że jeszcze bardziej istotnym problemem było to, że znaczące podwyżki dotyczyły tylko wąskiej grupy pracowników, a wielu nie odczuło poprawy poziomu życia. Innymi słowy, wieloletni wysiłek części społeczeństwa nie został właściwie nagrodzony.
Zmiana w zasięgu ręki
Warto zauważyć, że chociaż problem wykluczenia społecznego, w tym jego aspektów ekonomicznych, jest duży, to nie ma w żadnej mierze rozmiarów np. ukraińskich – dla sporej części Polaków transformacja ustrojowa zakończyła się dobrze w sferze ekonomicznej i/lub społecznej. Tym bardziej działania redystrybucyjne adresowane przede wszystkim do dolnego kwintyla dochodowego populacji mogłyby w zasadniczy sposób podnieść stabilność i spójność społeczną, oddziałując pozytywnie na możliwość zaspokajania podstawowych potrzeb oraz korzystania z niektórych ułatwień życia. Innymi słowy – zmiana obecnego stanu rzeczy jest trudna, lecz osiągalna. Problemy obecnej ekipy rządzącej ze sfinansowaniem własnych prosocjalnych obietnic wyborczych wynikają w sporej mierze z awersji polityków do podnoszenia podatków dochodowych. Znacząca progresywna zmiana podatku PIT może mieć istotne konsekwencje. Okazać się może, iż „populistyczne obietnice” da się zrealizować, zaś budżet nie ulegnie załamaniu. Oczywiście, obietnice ekipy rządzącej są czasami nieprzemyślane (czego najlepszym dowodem potencjalnie bardzo kosztowna pomoc frankowiczom), jednak to nie unieważnia sensu redystrybucji jako takiej.
Skoncentrowanie się na podniesieniu standardu życia najgorzej zarabiającego kwintyla (np. poprzez minimalny dochód gwarantowany) może pomóc rozwiązać wiele zapętlających się problemów społeczno-gospodarczych. Doskonałą ilustracją tej kwestii jest problem wieku emerytalnego. Rosnąca długość życia społeczeństwa, przy spadającej ilości opłacających składki, nieuchronnie musi doprowadzić do faktycznie „głodowych” emerytur w systemie zdefiniowanej składki, bądź też do corocznych gigantycznych transferów budżetowych w celu utrzymania przyzwoitego minimum egzystencji emerytów (przy połowicznej tylko osiągalności tego celu). Wszystkie postulowane i konieczne korekty systemu – takie jak spłaszczająca różnice wysokości świadczeń waloryzacja kwotowa czy oskładkowanie umów cywilno-prawnych – również nie mają mocy odwrócenia niekorzystnych trendów. Jednak znaczące podwyższenie wieku emerytalnego narzucone przez poprzednią ekipę rządzącą, mimo iż (matematycznie) jest odpowiedzialne i rozsądne, na poziomie czysto społecznym jest absolutnie nieakceptowalne ze względu na zignorowanie progu bólu części społeczeństwa. W momencie, gdy zaspokajanie podstawowych życiowych potrzeb, brak perspektyw, zagrożenie ubóstwem i wykluczeniem poza nawias społeczeństwa przestaną być problemem (a to jest w zasięgu możliwości obecnego państwa polskiego), pole dostępnych kompromisowych rozwiązań dotyczących np. wieku emerytalnego znacząco się poszerzy.
Słuszne są oczywiście głosy wskazujące, że samo wzmocnienie podstaw bytowych nie zagwarantuje stabilności społecznej i nie zlikwiduje sporów tożsamościowych. Ważną rolę powinny odegrać również procesy poszerzania pola partycypacji obywatelskiej, włączania się przez społeczeństwo w tworzenie własnego państwa, zwiększanie pola dialogu. Jednak brak ekonomicznych fundamentów dobrego społeczeństwa unieważni nawet najlepiej przemyślane mechanizmy partycypacyjne. Dlatego warto kibicować wysiłkom urzędników przygotowujących obecnie, według „Dziennika Gazety Prawnej”, bardziej progresywne stawki podatku dochodowego. Warto też przypominać komentatorom, że społeczeństwo niepodatne na radykalizmy i nienawiść to takie, w którym obywatel nie czuje się wykluczony. I wokół tego celu warto zbudować prawdziwy nowy konsensus.
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 13 października 2015 | opinie
Jedną z obelg najczęściej używanych w przestrzeni publicznej jest określenie działań oponentów ideowych mianem populizmu. Postulaty popularne wśród społeczeństwa często zostają nim ochrzczone ze względu na swoją sprzeczność z ortodoksją panującą w dziedzinie polityk publicznych. Granice dzielące populizm od rozsądnego działania często bywają przy tym nominalne. Szkodliwe populistyczne rozdawnictwo może z łatwością przerodzić się w odpowiedzialną i dalekowzroczną politykę (np. prorodzinną), w zależności od tego, kto formułuje postulaty i kto je ocenia. Niejednokrotnie szybkie etykietowanie działań jako „populistycznych” zyskiwało w ostatnim 25-leciu komiczny rys, zastępując niejako przymiotnik „popularne”, mający w intencji oceniających odebrać znamiona racjonalności propozycjom lub działaniom nim naznaczonym.
Jednak populizm to nie tylko oręż erystyczny używany przez przeciwników popularnych postulatów. To także realne zjawisko o wielu odcieniach i potencjalnych skutkach. Jako taki powinien być więc również traktowany przez komentatorów narzekających na populizm rozumiany jako „tania zagrywka wyborcza” obliczona na zdobycie głosu naiwnych elektorów. Naiwnym, bowiem milczącym założeniem piętnujących populizm jest nieracjonalność wyborów społeczeństwa. „Uwierzycie populistom, a rachunek przyjdzie za kilka lat” – ostrzegają nas. Warto pochylić się nad tym argumentem, nad faktyczną mocą (lub niemocą) populizmu i założeniami stojącymi za tym poglądem.
Trudno uwierzyć, że faktycznie przy dokonywaniu aktów wyborczych ludzie nie kierują się własnym interesem, lecz są wodzeni na pokuszenie przez marketing polityczny i plemienne lojalności. Czynnik wrażenia ekonomicznej biegłości ekipy rządzącej i takiejże biegłości (lub jej braku) u pretendentów do władzy mógł być jedną ze składowych wyników wyborów choćby w 2011 roku. Powtórka z nich jest mało prawdopodobna. Tutaj również rolę może odgrywać kolejny ważny czynnik motywacji jak najbardziej ekonomicznej – poczucie osobistej wygranej części wyborców w przypadku obniżenia podwyższonego w 2012 roku wieku emerytalnego.
Ale jakie faktyczne wydarzenia będzie za sobą niosła zasmucająca część komentatorów fala populizmu ekonomicznego? W istocie na populizm warto spojrzeć jako na siłę rozciągającą dostępne ramy „rzeczywistości” zdefiniowane przez panujący konsensus dotyczący polityk publicznych. Taki populizm przeciwdziała tendencjom „zapominania” o sprawach ważnych, lecz mało widocznych z punktu widzenia arkuszy kalkulacyjnych ministerstwa finansów. Niech przykładem będzie lokalna infrastruktura, często ratowana dopiero w wyniku społecznych protestów – służba zdrowia, której przeznaczono zadanie utrzymania się z głodowych składek, i której głośny skowyt często ratował utrzymanie cywilizacyjnego minimum; lokalne szkoły i ich uczniowie, reprywatyzowane kamienice i ich lokatorzy. Innymi słowy, populizm może być głosem zwykłych ludzkich spraw, przesuwając granice rzeczywistości tam, gdzie „nie da się”, a już na pewno „nie opłaca”. Tego typu populizm osiągnął sporo małych zwycięstw.
Jednak od populizmu nie można oczekiwać za dużo poza swoistym działaniem grawitacyjnym. Ostatecznie, jakkolwiek mocno nie pomstowałyby zmieniające się (jedna na drugą) kolejne ekipy przy sterach gospodarczych, zarys granic rzeczywistości jest dość mocno wyznaczony – przez ramy traktatu z Maastricht zabraniającego tworzenia ponad 3-procentowych deficytów budżetowych. Są one akceptowane przez wszystkie ugrupowania potencjalnie rządzące Polską, co sprawia, że faktycznym narzędziem bardziej zdecydowanej zmiany polityki społeczno-ekonomicznej pozostaje polityka fiskalna. Kluczowe przy tych założeniach staje się pytanie: jakie zmiany podatkowe nas czekają i czyich portfeli dotkną?
Jak wskazuje w „Dzienniku Gazecie Prawnej” Rafał Woś, program wyborczy Platformy Obywatelskiej jest jej swoistym testamentem i świadectwem krętej 8-letniej drogi. Faktycznemu zmierzeniu się z umowami śmieciowymi i wprowadzeniu godzinowej płacy minimalnej towarzyszy obietnica wprowadzenia regulacji antyzwiązkowych. To wszystko, przy zwiększonej skali progresywności podatkowej, jest zdaniem publicysty „DGP” świadectwem swoistej wewnętrznej wędrówki przebytej przez tę formację.
Warto jednak zauważyć, doceniając zwiększenie progresywności podatkowej, że propozycje te dotykają tylko jednego możliwego wymiaru prospołecznych zmian. Znaczące zmniejszenie indywidualnych obciążeń mniej zarabiających Polaków jest działaniem słusznym i potrzebnym, aby w obliczu problemów demograficznych magnes zachodnich systemów socjalno-gospodarczych przyciągał nieco słabiej. Jednocześnie propozycje partii rządzącej przyjmują milczące założenie o bliskim do optymalnego stanie usług i dóbr publicznych. Jakże inaczej bowiem interpretować fakt, że na zmianach podatkowych mieliby skorzystać nie tylko mniej i średnio zamożni, ale również (choć w nieznacznym stopniu) zamożniejsi podatnicy. Ważne jest oczywiście, aby podatki były proste i jak najbardziej przyjazne mniej zarabiającym, ale ubytek dochodów podatkowych powinien być rekompensowany wyższymi poborami od lepiej zarabiających.
Przedstawiający program stwierdzają, że całościowe zmiany nastąpią dopiero wówczas, gdy będą przekonani o wzroście dochodów (PKB) pozwalającym na obniżkę opodatkowania. Tego typu deklaracje brzmią dobrze, jednak w praktyce oznaczają zmarnowanie dobrej szansy na doinwestowanie usług publicznych i wsparcie strukturalnych przemian gospodarki. Temu podejściu autorów programu jest oczywiście winny populizm – tym razem liberalny, spod znaku „zawsze trzeba obniżać podatki”. Biorąc pod uwagę, że, jak podaje (cytowany na portalu forsal.pl) Global Wealth Databook, w Polsce (23. gospodarce świata) żyje 50 tys. milionerów dolarowych, co daje nam 15. miejsce na świecie (w 2020 r. będzie ich 90 tysięcy) i dodając do tego poważne wątpliwości co do „normalności” rozmiarów nierówności społecznych, warto byłoby się zdobyć na nieco antypopulistycznej odwagi.
Również program PiS-u zdaje się być pod tym względem programem kontynuacji (także w założeniach polityki fiskalnej), pozbawionym postulatów zerwania z obecnymi założeniami systemu podatkowego. Rozmaite obietnice i postulaty będą miały oczywiście pewien wymiar „grawitacyjny”, rozszerzając najbardziej jak to możliwe granice wyznaczane przez rzeczywistość, jednak nie wyjdą poza nie.
Czy zatem już na zawsze definiowana przez ortodoksję rzeczywistość będzie dyktować warunki zamierzeniom? Tak stało się przecież w Grecji, której słuszne i racjonalne zamierzenia wyjścia z kryzysu skończyły się fiaskiem i upokarzającą tresurą głosicieli tego programu. Ale to nie znaczy, że zamierzeń nie można konfrontować z granicami ustalonej rzeczywistości, próbując je przesuwać. W 2020 r. w Wielkiej Brytanii odbędą się wybory, w których Partia Pracy będzie miała szansę pójść po zwycięstwo z liderem głoszącym koncepcję odbudowy gospodarczej za pomocą „luzowania ilościowego dla ludzi” (people’s quantitative easing). Pod tą niefortunną nazwą kryje się niepodnoszona od wielu dekad koncepcja zasilenia gospodarki poprzez bezpośrednie transfery z banku centralnego. Koncepcja ta, zupełnie zakurzona i prawdopodobnie całkowicie nieznana wśród ortodoksyjnych ekonomistów, została wskrzeszona na przełomie lat 2012/2013, gdy przypomnieli o niej ekonomista MFW Michael Kumhof oraz były brytyjski regulator finansowy Adair Turner. Od tego czasu, wraz ze względnym ustabilizowaniem tendencji kryzysowych największych gospodarek transatlantyckich, znów było o niej cicho, do momentu, gdy późnym latem 2015 r. nie okazała się być filarem programu nowego lidera opozycyjnej brytyjskiej Partii Pracy, Jeremy’ego Corbyna. Czy w 2020 r. czeka nas koniec obecnego paradygmatu, wyznaczanego przez ekonomiczną ortodoksję? To się okaże, ale jeśliby tak się stało, etykietki „populizmu” już nigdy nie będą brzmiały tak samo.
przez Krzysztof Mroczkowski | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
„Jak mądrze wykorzystać kolejną dekadę?” – odpowiedzi na takie pytanie od pewnego czasu poszukują eksperci i komentatorzy. Już nie tylko urzędnicy administracji rządowej, ale również instytucje prywatne starają się pokazać swój wkład w projektowanie „drugiej transformacji”. Efekty tych wysiłków są podobne – rekomendowane jest trzymanie kciuków za podniesienie efektywności sektorów „odstających” od unijnej średniej, co ma pozwolić uniknąć „pułapki średniego dochodu” (zwalniającego tempa wzrostu) i wkroczyć na upragniony poziom „gospodarki opartej na wiedzy”. Wspomniane pytanie stawiane jest w oderwaniu od szerszego kontekstu społecznego i znacznie ważniejszych pytań przewodnich: jakie są ponadczasowe reguły rozwoju społeczno-gospodarczego i jakie zasady panują dzisiaj w globalnych relacjach gospodarczych. Zastanawiamy się nad przyprawami, nie wiedząc nawet, co się gotuje i w jakim naczyniu, a wręcz tego, czy zasiądziemy przy stole, czy też będziemy przystawką.
Jak wygląda świat w 2015 roku? Przede wszystkim w dalszym ciągu utrzymują się znaczne różnice w poziomach rozwoju między krajami rozwiniętymi a zapóźnionymi, z grupą gospodarek „wschodzących” gdzieś pomiędzy. Choć ustalony globalny podział pracy podlega fluktuacjom, to porównując chwilę obecną ze stanem rzeczy sprzed półwiecza, widzimy, że podobieństwa dominują nad zmianami. W ogromnej większości kraje ówcześnie najbardziej zaawansowane są takimi nadal, zaś państwa biedne z zapałem wspinają się jak po drabince obrotowej, aby przy wielkim wysiłku znaleźć się dokładnie w tym samym miejscu, co wcześniej.
Działając racjonalnie w swoim interesie, kraje bogatsze stosują wybiórczy protekcjonizm, bardzo wyrafinowany, związany m.in. z kontrolą nad prawami własności intelektualnej i zarządzaniem łańcuchami wartości poszczególnych produktów, tak, by najbardziej dochodowe części procesu tworzenia produktu były pod kontrolą „centrum”. Tymczasem, zgodnie z książkowymi regułami z zachodnich podręczników, kraje biedniejsze stosują się do teorii korzyści komparatywnych Davida Ricardo. Zgodnie z nią kraje powinny inwestować w te branże, w których już osiągają względne korzyści, nie zawracając sobie głowy zmianami strukturalnymi. Innymi słowy, kraje rozwinięte powinny wykorzystywać przewagi komparatywne produkując sprzęt precyzyjny i mikroczipy, zaś kraje takie jak Polska powinny wykorzystywać swoje przewagi – sprzedając ziemniaki.
Globalne przesunięcia
Hegemonia świata Zachodu, w tym również zachodniego kapitału, zmierza ku końcowi. W ubiegłym roku, przy wielkim zaskoczeniu świata finansów, okazało się, że na liście dziesięciu największych korporacji świata połowa, w tym trzy największe, pochodzi z Chin (są to banki ICBC, CCB, ABC i BoC oraz spółka naftowa Petro China). Co więcej, współpraca między krajami niebędącymi dotychczas częścią euroatlantyckiego centrum nabiera ram instytucjonalnych o rosnącym globalnym znaczeniu – choćby w postaci Banku Rozwojowego BRICS, który powstał w ubiegłym roku jako fundusz wspierania rozwoju krajów mniej zamożnych. Wiele mówi się również o powstaniu azjatyckiego banku inwestycyjnego AIIB, z przewodnią rolą Chin, do którego akces zgłosiło wiele państw europejskich, m.in. Wielka Brytania i Polska. Światowa mapa wpływów podlega znaczącym modyfikacjom. Czy to oznacza, że – wbrew wspomnianym zaleceniom Ricarda – globalizacja daje krajom biedniejszym szanse na rozwój i dogonienie „pierwszego świata”?
Kilku państwom peryferyjnym czy słabo rozwiniętym udało się – dzięki większej samosterowności politycznej i umiejętnemu rozgrywaniu interesów ekonomicznych krajów rozwiniętych – wyzyskać zalety otwartego handlu. Na przykład azjatyckie „tygrysy” wykorzystały rozbieżności interesów zachodnich potęg i za pomocą dogodnych regulacji podatkowych czy stworzenia warunków dla przenoszenia produkcji z krajów Zachodu, wygrywały ze wspólnotowymi interesami społeczeństw krajów rozwiniętych. Dzięki silnej władzy politycznej, poprzez mniej lub bardziej ukryty protekcjonizm, były też w stanie zaoferować rodzimej gospodarce nie „niewidzialną”, lecz pomocną dłoń w fazie powstawania przemysłów średniego przetworzenia, będących dźwignią napędową rozwoju krajów biednych. Co równie istotne, ponieważ nie ograniczały się one w doborze instrumentarium gospodarczego, mogły przeciwdziałać skutkom szoków spekulacyjnych, m.in. dzięki wprowadzeniu limitów przepływów kapitałowych lub za pomocą interwencyjnych skupów walut.
Wychodząc poza aspekty ekonomii politycznej, nie da się zaprzeczyć, że w dobie rewolucji informacyjnej i komunikacyjnej niektóre formy globalizacji przynoszą zwyżkę efektywności i poprawę pewnych aspektów życia, zaś w krajach rozwijających się pozwalają na szybsze rozprzestrzenianie infrastruktury i technologii. A zatem wolny handel w połączeniu z obniżką kosztów transakcyjnych sprawił, że w wielu krajach pojawiło się okienko szansy rozwojowej, tym lepiej wykorzystane, im sprawniejsze okazały się poszczególne „peryferie” w łączeniu akceptacji pozytywnych zjawisk z korygowaniem zagrożeń wynikających z liberalizacji. Ta skuteczność pozytywnie współistniała z poziomem instytucjonalnym oraz, kolokwialnie rzecz ujmując, z „siłą” organizacji państwowej, a częstokroć także z wielkością danego kraju. Dobra wewnętrzna organizacja oraz potencjał zasobów okazały się ważnymi argumentami przetargowymi w rozgrywce o wykorzystanie globalizacji, czego przykładami są wielkie Chiny, ale również Brazylia.
Wydaje się jednak, że główną przyczyną, dla której świat połowy XXI wieku będzie pod względem globalnego podziału pracy tak bardzo różny od tego, jaki znamy, jest nie tyle rozsądek i spryt emancypujących się „peryferii”, ile krótkowzroczność polityki krajów rozwiniętych. Nie oznacza to, że społeczeństwa rywalizują w „grze o sumie zerowej”, gdzie porażka jednych skutkuje wygraną drugich. Przeciwnie, prowadzona w latach 60. i 70. ubiegłego wieku polityka dekolonizacji i współpracy wskazuje, że nawet mimo nierównowagi zasobów między poszczególnymi częściami świata, te okresy, gdy światy rozwinięty i aspirujący nawiązywały sprawiedliwą współpracę rozwojową, były zarazem dla obu stron czasami najintensywniejszego rozwoju. Obecnie jednak osłabienie świata Zachodu, poza negatywnymi zjawiskami dotyczącymi wewnętrznych stosunków ekonomicznych i politycznych rozwiniętych społeczeństw, jest jednocześnie osłabieniem ponadkontynentalnego mechanizmu podziału pracy i zysków z kapitału, niekorzystnym dla krajów rozwijających się.
To oczywiście wcale nie oznacza, że międzynarodowe stosunki gospodarcze świata „wielobiegunowego” byłyby oparte na znacząco różnych formach zależności i współpracy. Na bazie obserwacji dotychczasowego zachowania rosnących gospodarek spoza kręgu euroatlantyckiego należy przyjąć, że taka zmiana niekoniecznie może przynieść same dobre skutki. Niewykluczone, że nowo rosnące potęgi wykorzystają te same utarte złe szlaki, wyznaczane przez obecne w każdym społeczeństwie oligarchiczne tendencje ograniczania rozwoju i dyfuzji zdobyczy cywilizacyjnych. Na razie jednak warto, ku przestrodze, wykazać związek między odejściem państw Zachodu od modelu dobrobytu, rozwoju i demokracji ku chciwości, krótkowzroczności i plutokracji, a zagrożeniem ich cywilizacyjnego przywództwa. Stabilność dotychczasowego systemu została zachwiana przez podważenie ponadczasowych reguł rozwoju społeczno-gospodarczego przez partykularne, plutokratyczne interesy.
Rozwój społeczny i gospodarczy jest mechanizmem zwrotnym. Im większe rzesze obywateli są pozbawione materialnych trosk, tym większe jest zaangażowanie ich talentów w tworzenie nowej wiedzy, jej wdrażanie w procesie produkcji i wykonywanie mniej fizycznie uciążliwej (lecz bardziej intensywnej umysłowo) pracy. Ta pętla wzrostu wydajności pracy i społecznego dobrobytu jest prawdziwa w dłuższej perspektywie historycznej, a opiera się ona na potwierdzonym historycznie fakcie – szerokie rzesze obywateli partycypują w rozwoju poprzez opanowywanie nowych umiejętności i nabywanie nowej wiedzy. W praktyce oznacza to, że kraj, który chce się rozwijać, powinien dążyć do jak najszybszego rozwoju nowej wiedzy, jej jak najszerszego upowszechniania poprzez edukację, a także do wdrażania tej wiedzy i umiejętności do procesu gospodarowania, co uczyni go bardziej efektywnym, zaś ludzi zamożniejszymi.
Co więcej, zwrotna natura tego procesu wskazuje, że do pewnego stopnia w końcowym rozrachunku opłacalne może być tzw. wsparcie materialne ex nihilo, a zatem nie poparte uprzednimi zdobyczami produktywności wspieranie finansowe uboższych grup społecznych tak, aby obniżyć ich bariery, np. edukacyjne. Dlatego państwa dobrobytu, choć powinny szanować rzeczywiste ograniczenia gospodarki realnej, odrzucają przyjęcie statycznej logiki dyscypliny budżetu domowego. Jeśli uznamy, że każda jednostka ludzka posiada godność, pozwoli nam to odrzucić myślenie, według którego każdy musi na swój komfort życia „zasłużyć” uprzednią mozolną pracą. Zamiast tego, państwa wysoko rozwinięte uznają obywateli za będących z natury twórcami rozwoju społecznego i gospodarczego, co pociąga za sobą również obowiązki wobec społeczności, ale i daje szereg praw obywatelskich, w tym ekonomicznych, należnych „z góry”. Co ważne, oznacza to, że najistotniejszym wyznacznikiem możliwości rozwoju gospodarczego jest potencjał tworzenia, przyswajania i wdrażania nowej wiedzy przez aktywną zawodowo część społeczeństwa.
To te ogólne zasady wyznaczały przez wieki drogę dobrobytu. Dziś model dobrobytu, rozwoju i demokracji został zastąpiony przez model chciwości, krótkowzroczności i plutokracji. To, co wspólnotowe, ustępowało przed partykularyzmami, na czym traciła początkowo spójność społeczna państw rozwiniętych, teraz zaś, wraz z postępującą erozją klasy średniej, zagrożona jest konkurencyjna hegemonia zachodniego biznesu.
Niestety, silny wpływ pierwiastka plutokratycznego utrudnia elitom państw rozwiniętych połączenie skutku z przyczyną. Prospołeczne inicjatywy, wskazujące na konieczność przeciwdziałania problemom wykluczenia i nierówności (z ich gospodarczymi konsekwencjami), w tym także inicjatywy proprzemysłowe, nadal są tłem dla głównej agendy, którą interesują skutki, nie zaś przyczyny. A zatem tej dekady mamy „na tapecie” próbę obrony przez euroamerykańskie interesy gospodarcze ich globalnych terms of trade – za pomocą zwiększenia skali i koordynacji działań poprzez euroatlantycki sojusz TTIP i planowane partnerstwo transpacyficzne z niektórymi krajami Azji Południowo-Wschodniej.
Miej zasady? Łam zasady?
Polska, przy wszystkich zastrzeżeniach, jest beneficjentem swoich powiązań ze światem Zachodu. Nie oznacza to oczywiście, że nasi europejscy i amerykańscy przyjaciele będą się trudzić, abyśmy dogonili ich w rozwoju, konkurując z ich przedsiębiorstwami i ich umiejętnościami jak równy z równym. Niemniej jednak, w obecnym systemie globalnej wymiany gospodarczej Polska przesuwa się coraz wyżej, chociaż tempo zbliżania się jej poziomu gospodarczego do poziomu krajów bardziej rozwiniętych zaczyna przygasać. Wobec tego pojawia się wątpliwość, czy kraj taki jak nasz będzie pełnił istotną funkcję w tym systemie – czy będzie potrafił uzasadnić konieczność wzrostu swojej pozycji. Nie jest tajemnicą dla niemieckich koncernów, że rolę poddostawcy konkurującego tanią siłą roboczą może w przyszłej dekadzie przejąć od nas Ukraina.
Polskie kręgi gospodarcze i polityczne, a także organizacje społeczne, powinny wyciągać wnioski na podstawie obserwacji zastanego stanu rzeczy, jak i trendów, które mogą je zmienić, wpisując swe działania w reguły rozwoju społeczno-gospodarczego. W obliczu tworzenia się świata wielobiegunowego o wielu przeciwnych wektorach oddziaływania (przy rosnącej roli nie tylko Chin, ale również wielu innych krajów nie-euroatlantyckich), atrakcyjna może się wydać polityka tzw. pragmatyzmu, rozumianego jako osłabienie powiązań z zachodnimi państwami i instytucjami. Takie podejście nie dostrzega jednak faktu, że kraje rozwinięte, mimo relatywnego osłabienia, pozostaną bardzo ważnym i wpływowym elementem globalnego systemu, zaś narracje o „końcu Europy” nie biorą pod uwagę skali zakumulowanej ilości zasobów, wpływów i (mimo wszystko) wartości, oddziałujących na cały świat. Co więcej, ten wielki biegun po części narzuca ograniczenia polskiej ścieżce wzrostu, ale jest jednocześnie jej głównym napędem. To ta bliskość sprawia, że Polska jest lub mogłaby być atrakcyjnym partnerem również dla wschodzących „tygrysów” z różnych części świata.
Oznacza to, że przyszłe zawirowania np. unii politycznej państw europejskich, powinny nas obchodzić – przy czym ścisłe i dobre stosunki z wieloma państwami mogą osłonić nasz kraj przed konsekwencjami wystąpienia tak negatywnej ewentualności, jak rozwód wspólnot europejskich lub ich znaczące rozluźnienie. Jednocześnie jednak szukanie powiązań z krajami wschodzącymi i słabo rozwiniętymi jest jak najbardziej wskazaną praktyką – wprost zaczerpniętą od kręgów gospodarczych państw zachodnich. Nowe i coraz mocniejsze powiązania pozwalają nie tylko na wykorzystanie polskich atutów rynkowych, ale również na awaryjne bądź oportunistyczne przegrupowanie kierunków wymiany. Postawienie na antyzachodnią kartę nie jest realistyczne, lecz warto, szukając drogi rozwoju, adaptować najlepsze zachodnie praktyki, lecz nie powtarzać najgorszych zachodnich błędów.
Na mocnych fundamentach
Jednym z takich błędów było zachwianie równowagi społecznej, co zagroziło rozwojowi zasobów niezbędnych do podtrzymania tempa wzrostu. Bezkrytyczne przyjęcie logiki „wyścigu na dno” spowodowało ograniczenie wielkości publicznych środków na potrzeby takie jak badania i rozwój, edukacja, zdrowie, pomoc socjalna i inne. W przypadku Polski większość wskaźników społecznych nie pogarsza się, jednak w stosunku do aspiracji konsumpcyjnych (a często nawet zwyczajnych pierwszych potrzeb) są to wskaźniki niewystarczające. Jak wskazują naukowcy z Akademii Leona Koźmińskiego, długotrwałe utrzymywanie się niezadowolenia z tempa poprawy sytuacji materialnej może skutkować negatywnymi zjawiskami, zagrażającymi możliwości mobilizacji politycznej obywateli na rzecz celów rozwojowych – co charakteryzuje dojrzałe państwa narodowe. Już dziś jest to widoczne w statystykach dotyczących np. deklaracji chęci podjęcia pracy za granicą.
Większość dotychczas formułowanych odpowiedzi na pytanie „jak mądrze wykorzystać kolejną dekadę?” nie uwzględnia złożoności problemu. O ile można wskazać potencjalne największe zdobycze produktywności w poszczególnych sektorach (choć i tego brakuje w dotychczasowych opracowaniach), o tyle jest to zaledwie element szerszej układanki. Warto wyjść od zdefiniowania punktu początkowego – od czego trzeba zacząć? Niestety od wszystkiego.
Trzy najistotniejsze sfery, przed którymi stoją wyzwania zmiany to: sektor publiczny, sektor obywatelski i biznes. Brak zgodnego współdziałania wszystkich trzech elementów może przynieść tylko porażkę. Nawet najlepsze współdziałanie biznesu i sektora publicznego na nic się zda, jeżeli wbrew teoretycznym modelom obywatele postanowią ciężko pracować nie w kraju nad Wisłą, lecz nad Tamizą. Nawet najlepsze współdziałanie państwa i obywateli nie przeniesie Polski do cywilizacyjnej pierwszej ligi bez długofalowego powiązania biznesu z interesem społecznym. Nawet najlepsza wola biznesu i obywateli nie pomoże, jeżeli poszczególne agendy sektora publicznego nie zadziałają prawidłowo. Natomiast konsekwentna praca nad ulepszaniem każdej z tych sfer i rozwinięciem sieci współpracy może zaowocować pozytywnymi synergiami, zauważalnymi w krajach wysokorozwiniętych.
Warto też na samym początku sformułować wyraźnie dwa wyzwania, z którymi przyjdzie się zmierzyć na drodze rozwoju. Są to, po pierwsze, trylemat „krótkiej kołdry”, a po drugie udział własności pozostającej w rodzimych rękach.
Trylemat „krótkiej kołdry” wskazuje, że trudno pogodzić trzy uzasadnione potrzeby: potrzebę wzrostu wydatków inwestycyjnych, koniecznych dla wykorzystania potencjału państwa nadganiającego; potrzebę wzrostu wydatków socjalnych, koniecznych z uwagi na niedofinansowanie tej sfery i konkurencję socjalną o obywateli z państwami zamożniejszymi; potrzebę utrzymania dyscypliny budżetowej, a więc możliwie najmniejszych wzrostów wydatków, gdyż wskaźnik ten wpływa na postrzeganie kraju i jego gospodarczą, a często także polityczną stabilność.
Ten trylemat nie jest podyktowany przez uniwersalne zasady rozwoju społeczno-gospodarczego, lecz stanowi raczej cechę charakterystyczną świata doby konsensusu waszyngtońskiego. Polska, próbując przezwyciężyć dystans dzielący ją od krajów rozwiniętych, musi mieć świadomość, że nie jest możliwe jednoczesne zaspokajanie tych trzech potrzeb w tym samym stopniu. Pełne wykorzystanie potencjału rozwojowego nie jest możliwe w przypadku rygorystycznego stosowania się do zasad dyscypliny budżetowej. Ten zaś wniosek musi prowadzić do dwóch potencjalnych rozwiązań. Pierwszym jest odejście od zasad dyscypliny budżetowej poprzez zwiększenie deficytu budżetowego, drugim zaś ominięcie go poprzez niestandardowe rozwiązania pozwalające finansować część dodatkowych państwowych wydatków bez zadłużania się, poprzez specjalne spółki lub fundusze inwestycyjne (jak np. niemiecki KfW czy polski PIR) lub bank centralny. Oba rozwiązania mogą cieszyć się małą popularnością wśród kręgów politycznych i gospodarczych światowego „centrum”. Ważne jednak, aby nie tkwić w iluzji, że tej dyskusji można uniknąć: na starych zasadach nie da się zbudować nowego ładu.
Kolejnym wyzwaniem jest ilość własności w rodzimych rękach. W kraju takim jak Polska, gdzie umiejętności zawodowe ludności są dość wysokie, brak kapitału nie pozwala wykorzystać istniejącego potencjału wiedzy. Przeciętny Polak nie jest kilkakrotnie mniej „wyedukowany” niż jego kolega z Zachodu, jest jednak kilka razy gorzej wyposażony w kapitał pozwalający mu przekuć umiejętność w produkt. Niewystarczająca ilość własności oznacza także niewiele własności intelektualnej. Fuzje i przejęcia dokonywane przez chińskie przedsiębiorstwa w Europie pokazują, jak istotny jest ten aspekt. Prawa do własności intelektualnej w coraz większej mierze determinują globalny podział pracy.
Poza tymi dwoma ograniczeniami wszystko jest w naszych rękach, a pozostałe bariery można w dużej mierze przezwyciężyć niematerialnie, gdyż są to tzw. luki kompetencyjne, czyli braki doświadczenia, wiedzy oraz wypracowanych schematów działania. Wymagać to jednak będzie ciężkiej i żmudnej pracy organicznej w trzech wymienionych obszarach i na ich styku.
Harmonia interesów
Co niestety charakterystyczne dla III RP, najmniej w poszczególnych opracowaniach i debatach zauważana jest rola samego społeczeństwa, którego dotyczyć mają zmiany. W oczywisty sposób obywatelska partycypacja jest wymagana w celu legitymizacji i realizacji jakichkolwiek ambitniejszych planów rozwojowych państwa i wysiłków świata biznesu. Brak tej partycypacji jest jednak dużo większą szkodą niż brak legitymacji działań dwóch pozostałych sfer. Bierność obywatelska spod znaku „my” – „oni” oznacza, że usprawnianie sfery publicznej będzie się odbywało powoli. Urzędy centralne, lokalne uczelnie i inne instytucje, pozbawione intensywnych interakcji ze zorganizowanym żywiołem obywatelskim, nie mają bodźców, a często nawet informacji potrzebnych do pozytywnej zmiany. Biznes, traktujący pracowników krótkowzrocznie, nie będzie w stanie czerpać z dobrych pomysłów i ulepszeń, nie starając się nawet dostrzec kapitału intelektualnego, dostępnego w warunkach partnerskiej współpracy.
Obecnie aspiracje materialne społeczeństwa rozjeżdżają się znacząco z rzeczywistością, co będzie utrudniać obywatelską partycypację w wyzwaniach rozwojowych. Bardziej prawdopodobne jest raczej zjawisko „drenażu mózgów”, spowodowanego konkurencją socjalną (i ekonomiczną) państw lepiej rozwiniętych. Aby tego uniknąć, dwa pozostałe sektory muszą zauważyć niebezpieczeństwo i odpowiednio zareagować. Sektor publiczny musi podjąć szeroko zakrojone działania korygujące drastyczne nierówności społeczne oraz ułatwić dostęp do usług ważnych dla standardu życia. Tym samym bardzo wskazane jest znaczące podniesienie kwoty wolnej od podatku – najszybciej odczuwalne w kieszeniach obywateli – przy jednoczesnym ograniczeniu umów śmieciowych i wzroście płacy minimalnej. Dodatkowo konieczne jest zapewnienie odpowiedniego finansowania dla takich fundamentów rozwoju, jak edukacja, nauka i mieszkalnictwo, co wskazuje, jak istotne jest podjęcie właściwych decyzji dotyczących „krótkiej kołdry”. Sektor biznesu musi zaś uznać, że okres zdobywania rynku za pomocą niskich kosztów płac jest zakończony i należy przejść do bardziej partnerskiego modelu relacji z pracownikami.
Sam biznes potrzebuje wielu przeobrażeń, które dotyczyć muszą kwestii strukturalnych i operacyjnych. Polscy pracodawcy muszą zrozumieć, że wyzwanie, z którym przyjdzie im się zmierzyć, jest jakościowo inne od dotychczasowych. Nieubłagana „twórcza destrukcja” unicestwi te przedsiębiorstwa, które będą patrzeć, jak z roku na rok topnieją marże utrzymywane dotychczas za pomocą niskich płac. Dla tysięcy przedsiębiorców nadchodząca dekada będzie „rzezią niewiniątek”, ale wielu ma szanse, dzięki poprawie organizacji, uważnej nauce, podejmowaniu kalkulowanego ryzyka, inwestycjom, talentom pracowników oraz innowacjom produktowym i procesowym, przeformułować sposób funkcjonowania biznesu tak, by podołać wyzwaniom.
Ale funkcjonowanie przedsiębiorstwa w bardziej nowoczesny sposób to nie jedyne wyzwanie dla polskich pracodawców. Prowadzenie skutecznej długofalowej polityki gospodarczej jest w XXI wieku nie tylko zadaniem państwa. Ponieważ na gospodarkę składają się poszczególne organizacje, ich decyzje także mogą być sprzeczne lub zgodne z interesem narodowym. Efektywne osiąganie celów wymaga także przeformułowania sposobu funkcjonowania „biznesu” jako środowiska, które do tej pory skupiało się na ludożerczej ekspansji wewnętrznej. Jako grupa nacisku przedsiębiorcy wywalczyli sobie, według trafnych słów szefa NBP Marka Belki, „warunki cieplarniane”, wymuszając ustępstwa na sektorze publicznym oraz na pracownikach. Wyjąwszy ten wąski, „środowiskowy” interes, sektor biznesu jest zatomizowany jak reszta społeczeństwa. W kontaktach polskich przedsiębiorców zbyt wiele jest rywalizacji, a za mało współpracy. Rozwój gospodarczy wymaga odczuwania przez biznes silnego poczucia interesu środowiskowego – ale interesu dalekowzrocznego, nastawionego na wzajemną współpracę, ekspansywnego (lecz skierowanego poza granice kraju), oraz identyfikującego się z interesami państwa i społeczeństwa.
Wreszcie – wielkie przeobrażenia muszą być udziałem sektora publicznego. Nie jest możliwe stworzenie nowoczesnego państwa bez udziału wykwalifikowanych, kompetentnych i zmotywowanych pracowników urzędów, uczelni, szkół, agend i innych instytucji oraz służb publicznych. Ostatnie ćwierćwiecze nie było oczywiście pod tym względem stracone. Specjalne uczelnie szkolące kadrę administracyjną (KSAP), kierunki, stypendia, wzrost skolaryzacji i wymiany zagraniczne, sprawiły, iż stereotyp peerelowskiego urzędnika często okazuje się nieadekwatny. Choć urzędy centralne osiągnęły w III RP wysoki poziom, to zbyt często obywatele wciąż trafiają na urzędniczy mur niemożności. Pracowników sektora publicznego często cechują formalizm i brak elastyczności. O ile brak elastyczności jest dobrym (chroniącym obywatela) rozwiązaniem przy niskim poziomie kapitału ludzkiego i zwykłej złej woli urzędnika, o tyle stanem idealnym są elastyczność i wysoka jakość pracy w sektorze publicznym.
Skok w nowoczesność musi być więc również udziałem sektora publicznego, współpracującego, przyjaznego, o wysokich kwalifikacjach, jednocześnie zaś rozumiejącego misję będącą jego udziałem. Dobrze funkcjonujący sektor publiczny poprzez swoje praktyki wpływałby pozytywnie na biznes i ułatwiał obywatelom zaangażowanie w sprawy publiczne. Jeśli nie doprowadzimy do dobrego współdziałania tych trzech elementów, Europa Zachodnia długo pozostanie niedościgłym wzorem.
A przecież za skokiem w nowoczesność kryją się właśnie ustalone poprzez wielokrotne powtarzanie dobre reguły współpracy na rzecz wspólnego celu oraz sprawnie zorganizowana praca, przechodząca z pojedynczych pozytywnych przykładów w zorganizowany nawyk. Gdy nie bezpośredni interes, ani też odosobniony dobrotliwy gest, ale mechaniczna kultura wzajemnej uprzejmej pomocy sprawiają, że poszczególni aktorzy społecznej gry mogą liczyć na wsparcie innych – wtedy krzepną instytucje. Gdy jedni wspierają drugich, zyskują wszyscy. A zatem, wbrew optymistycznym raportom w stylu „Polska przyszłości”, nie tylko ten czy ów sektor muszą się zmienić, lecz zmiana musi przenikać całe społeczeństwo, gdyż nie może się dokonać w nim, a bez niego.
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 10 lutego 2015 | opinie
Początek roku skłania do pierwszych gospodarczych podsumowań roku 2014 – pełnego złych i dobrych zaskoczeń. Na początku wszechobecny był optymizm i oczekiwanie znaczącego przyspieszenia tempa wzrostu PKB. Kalkulacje te dość obcesowo przerwała geopolityka, gdy z całą mocą wybuchł zbrojny konflikt za wschodnią granicą. Chociaż latem, przy okazji ofensywy „zielonych ludzików”, wydawało się, że próba zaprowadzenia prymatu polityki twardej siły nad gospodarką może wziąć górę, to dziś jest już jasne, że sił ekonomicznych ignorować nie można.
Konflikt zbrojny w regionie okazał się nie mieć tektonicznego znaczenia dla polskiej gospodarki, która mimo gospodarczych powiązań ze Wschodem jest jednak częścią innego systemu. Prymat polityki, dokonującej za naszą wschodnią granicą zmian metodą faktów dokonanych, okazał się być iluzoryczny. Jedno jest pewne: kraj wielkości Rosji, a tym bardziej Polski czy Węgier, nie może sobie pozwolić na izolację od globalnego centrum gospodarczego. I to nawet mimo słabości i patologii tegoż centrum, takich jak np. rosnące nierówności społeczne. Skutkują one osłabieniem podmiotowości szerokich rzesz obywateli krajów rozwiniętych i w długim terminie prowadzą do osłabienia hegemonii Zachodu.
Pokusa wejścia na „orbanowską” ścieżkę politycznego samostanowienia i gospodarczej autarkii, ignorująca te świeże doświadczenia, byłaby lekkomyślnością dla kraju takiego jak Polska. To nie oznacza, że jakiekolwiek osłabienie więzi z gospodarczym centrum musi oznaczać katastrofę. Świat staje się coraz bardziej wielobiegunowy i nie jest przesądzone, iż karty gospodarczego dobrobytu zawsze rozdzielać będzie ta sama euroatlantycka grupa państw. Dzisiejsze wysiłki związane z ustanowieniem traktatu TTIP i umową partnerstwa transpacyficznego stanowią próby ocalenia status quo, ale efekty tych działań nie są na razie znane. Już dziś pewne jest natomiast to, że rewolucja informacyjna i komunikacyjna sprawiają, iż żaden podmiot państwowy nie może sobie pozwolić na osamotnienie i że nie ma lepszej gwarancji bezpieczeństwa niż wspólne interesy gospodarcze.
Polska mogła zebrać cenne lekcje i doświadczenia przy okazji wydarzeń na wschodzie. Straciła, gdy niektóre branże popadły w poważne kłopoty. Ale odniosła też gospodarcze korzyści – bardzo ważne, choć nie tak nagłaśniane w mediach, jak obniżenie PKB w krótkim okresie. Te ciche, długofalowe zyski, które będą w przyszłości procentować, to przede wszystkim brak szoku gospodarczego i załamania w obliczu trudnej próby. Widoczne jest to na przykładzie rekordowo niskiego kosztu obsługi nowych długów państwa polskiego – dla rynków finansowych ten rok pokazał, że pod względem stabilności gospodarczej Warszawa trzyma się równie mocno, co Paryż. To świadectwo wciąż realnej możliwości dołączenia w przyszłości do grona krajów rozwiniętych.
Nie stanie się to oczywiście szybko, gdyż dotychczas stosowane u nas metody podwyższania wydajności poprzez prostą akumulację (np. wiedzy, kapitału) nie wystarczą, aby wejść na najwyższą półkę globalnej gospodarki opartej na wiedzy. Tu kluczowy dla dobrobytu krajów staje się poziom organizacji dużych przedsiębiorstw oraz możliwości ochrony, utrzymywania i poszerzenia praw własności intelektualnej. Wbrew opiniom ideologów globalizacji, najbardziej wysokowydajne miejsca pracy nie przepływają automatycznie do krajów mniej rozwiniętych. Nie dzieje się tak nawet, gdy kraj posiada dobrze rozwiniętą podstawową infrastrukturę, przepisy „przyjazne” biznesowi oraz wysokiej jakości kapitał ludzki. Zasobów potrzebnych do stania się krajem pierwszoligowym nie można akumulować w łatwy sposób. Do tego potrzebna jest dogłębna znajomość trendów i inteligentne strategie przejmowania tych części łańcuchów wartości, które najszybciej wspomagają zmiany strukturalne. Pomimo to, zeszłoroczny „test” można uznać za zaliczony.
Rok 2014 dał również oddech polityce pieniężnej – stale niska inflacja daje przestrzeń do popełniania błędów. Nawet zbyt mocna obniżka stóp procentowych nie zagrozi stabilności cenowej, a brak obniżki nie spowoduje drastycznego wygaszania dynamiki wzrostowej, dzięki inwestycyjnemu strumieniowi napędzanemu wiarą w przyszłość i środki unijne. Bezrobocie zaś, choć wciąż wysokie i bardzo odczuwalne, zaczęło w tym roku trend spadkowy.
Był więc to rok specyficzny, w którym nie spełniły się ani najpomyślniejsze, ani najczarniejsze scenariusze. A jaki będzie rok 2015?
Nowy rok to dobra okazja do wypowiadania życzeń – tym bardziej jeśli to rok wyborczy, w którym, jak wiadomo, liczba spełnionych życzeń ulega trendowi wzrostowemu. Czego można życzyć Polsce w nowym roku? Można życzyć obniżki podatków! Jest to życzenie z pewnością popularne, ale czy uzasadnione? Wydaje się, że tak, jeśli zawęzimy obniżki do dwóch istotnych obszarów.
Po pierwsze, obniżone powinny zostać podatki dla najbiedniejszych. Ze względu na potrzeby i strukturę konsumpcji tej dużej grupy wiadomo, że znacząca większość „odzyskanych” od fiskusa pieniędzy nie przeleżałaby w przysłowiowej skarpecie, tylko zostałaby wydana. Tu ujęcie keynesowskie, wskazujące jako celowe te obniżki, które uruchamiają większy efektywny popyt na rynku może równie dobrze przybrać postać uwielbianej przez liberałów słynnej krzywej Laffera. Jeżeli istnieją takie poziomy dochodów, przy których obniżka stawki mogłaby spowodować większą aktywność gospodarczą, to dotyczy to na pewno właśnie najuboższych. Oczywiście troska o budżet jest wielką wartością, ale czyż przesunięcia w ramach budżetu na rzecz takiego celu są niemożliwe? Z tym pytaniem warto wkroczyć w rok wyborczy. Jeżeli faktycznie te obniżki podatkowe okażą się dla budżetu zbyt drenujące, można zastanowić się nad działaniami rekompensującymi, np. wprowadzeniem systemu „split”, który uniemożliwiłby dokonywanie wielomiliardowych wyłudzeń VAT.
Jest i drugi obszar, gdzie między wyważeniem potrzeb budżetu a całą gospodarką mogą powstać chwilowe sprzeczności. Są nim prywatne nakłady na badania i rozwój, które stanowią jeden z kluczowych wskaźników wysokorozwiniętych gospodarek. Do tej pory prywatne podmioty w Polsce przeznaczają na ten cel zbyt małą część swoich budżetów. Premiowany jest wręcz zakup zagranicznych rozwiązań w postaci „ulgi technologicznej” powiększającej lukę wiedzy między twórcami własności intelektualnej a Polską. Rozwiązaniem praktykowanym w krajach o wyższym poziomie i dynamice rozwoju sektorów wysokiej techniki są podwójne odpisy inwestycyjne na prace badawczo-rozwojowe firm.
W praktyce oznacza to, że firma dokonująca prorozwojowych inwestycji mogłaby odpisać dwukrotność tej kwoty od podatku. To rozwiązanie („2 za 1”) jest w krótkim okresie fiskalnie niekorzystne dla skarbu państwa, ale po kilku latach przyczynia się do podniesienia strukturalnego poziomu rozwoju gospodarki kraju, dokonywanego dzięki coraz lepszej międzynarodowej pozycji konkurencyjnej dużych przedsiębiorstw dokonujących prac badawczo-rozwojowych.
Czy te dwa życzenia mają szansę się spełnić? Budżet na rok 2016 poznamy już za niecały rok, a w międzyczasie czeka nas w polskim życiu polityczno-gospodarczym czas pełen wrażeń.
Krzysztof Mroczkowski