Zanim zastąpią nas roboty

Zanim zastąpią nas roboty

Głównym czynnikiem determinującym przyszłość rynku pracy w skali globu będzie technologia – nie demografia i nie trendy konsumpcyjne. Nie jest to samo w sobie specjalnie przełomowe stwierdzenie. Technologia i w XX, i w XIX wieku odgrywała bardzo dużą rolę w zmianie gospodarki, a nieodłącznie od gospodarki zmieniał się rynek pracy. Działo się to jednak w trochę inny sposób, niż będzie się odbywało w najbliższych dekadach.

Rola technologii w XIX i XX wieku zasadzała się na wspieraniu pracy człowieka (możemy mówić o technologii wspierającej), nie na zastępowaniu go. Na przykład kasjerki w banku dostawały do pomocy maszyny liczące i wydające odpowiednią ilość pieniędzy, ale to nie zmniejszyło liczby kasjerek – wręcz przeciwnie – mogły się zająć innymi czynnościami.

Oczywiście nie obywało się również bez utraty dotychczasowych miejsc pracy, ale nadal można powiedzieć, że maszyny „wspierały” pracę człowieka, nie zastępując jej całkowicie. W rolnictwie traktory zastępowały zwierzęta pociągowe, ale tworzone były miejsca pracy w przetwórstwie żywności. Taksówki zastępowały dorożki, ale dorożkarze mogli stać się taksówkarzami, wykonując dotychczasową pracę szybciej. Maszyny pracowały razem z ludźmi, praca była wykonywana w nowy sposób, wytwarzano nową wartość dodaną (przetworzona żywność, nowe produkty). Produkowano łatwiej, w prostszy sposób zaspokajając ludzkie potrzeby. Jednocześnie powstawały nowe, coraz bardziej zaawansowane sektory gospodarki, produkujące wcześniej nieistniejące produkty, ułatwiające bądź umilające ludziom życie: pralki, radia, telewizory, krajalnice, lodówki, i tak dalej. Oczywiście dotyczy to również rozwoju sektora usług.

Chociaż społeczeństwo korzystało z tego rozwoju, to postęp techniczny (technologii wspierających) nie był całkowicie neutralny z punktu widzenia spójności społecznej. Każda zmiana struktury gospodarki niesie ze sobą skutki – nawet w skali mikro, w skali branży, w skali miasta, znamy to znakomicie z naszej transformacji ustrojowo-gospodarczej. Zmiany mają swoich wygranych i przegranych: w strukturze społecznej (jedni się bogacą, drudzy mniej albo biednieją), w konkurencji podmiotów gospodarczych (pojawia się jedna firma, inna traci udział w rynku), w konkurencji ekonomicznej państw, w relatywnej pozycji jednych bloków gospodarczych względem drugich. Jedni zaczynają wygrywać na nowej technologii dzięki byciu właścicielami środków produkcji. Właściciele umaszynowionych, lepiej „uzbrojonych” firm wygrywają na wyższej efektywności większe obroty i dochody rynkowe. Drudzy, mniejsi wygrani, korzystają z efektów makro tej zmiany.

Społeczeństwo korzysta nie aż tak bezpośrednio, ale z czasem korzyści stają się również zauważalne –  pojawiają się tańsze, lepsze towary lub usługi, ich szybsza dostępność, tworzone są bardziej zaawansowane stanowiska pracy. Czasami zyskują przedsiębiorstwa powiązane, obsługujące bogacącą się firmę, inne zaś tracą.

Jednocześnie pojawiają się też bezpośredni przegrani. Ci, którzy funkcjonowali w systemie produkcji poprzedniej technologii, a dla których nie było jasno zakreślonej, lub w ogóle jakiejkolwiek, roli w systemie nowej technologii. Dorożkarze, którzy nie przesiedli się do samochodów, byli przegranymi postępu przemysłu samochodowego. Wygrywały lub przegrywały także większe organizmy społeczne. Państwa położone nad Morzem Śródziemnym straciły swoją rolę i znaczenie, gdy ich handel z Bliskim i Dalekim Wschodem stał się mniej zaawansowany od rozwoju handlu oceanicznego w XVI, XVII i XVIII wieku.

Przegrani niekoniecznie ugryzą rosnący tort zwany PKB. Wiele zależy od dyfuzji, rozpowszechnienia owoców wzrostu gospodarczego. Jeżeli robotyzacja i automatyzacja będą znacząco zmniejszać liczbę starych miejsc pracy, tworząc znacznie mniej nowych, to wtedy mamy problem. Owoce wzrostu gospodarczego będą koncentrować się coraz bardziej w rękach właścicieli kapitału, którzy są jednocześnie właścicielami technologii – jako kapitał niematerialny, poprzez licencje i programy, lub materialny, jako technologie wdrożone w przedsiębiorstwach. Im większa koncentracja majątku i dochodu z wzrostu wywołanego postępem technicznym, tym większa liczba przegranych.

Może to zwiastować początek kłopotów społecznych i gospodarczych. Henry Ford pokazywał kiedyś szefowi związku zawodowego zakupione nowe maszyny, automatyzujące część prac, zastępujące część pracowników. Powiedział do szefa związku z uśmiechem: „Spróbuj te maszyny zapisać do związku i zebrać od nich składki na związek”. Na co szef związku odpowiedział: „Spraw, żeby kupowały twoje samochody”. W ostatnich dekadach XX wieku widzimy już w szeregu krajów Zachodu początek problemu nierównowagi między kapitałem a pracą. Liczba niepracujących w wieku produkcyjnym rośnie. Liczba miejsc pracy tworzonych przez nowe zawody (np. analityk danych) jest dużo mniejsza, niż tych, które odchodzą w niebyt za sprawą technologii. Jednocześnie rosną nierówności, więc wzrost wydajności – czyli rosnący tort PKB – jest dobrą wiadomością tylko dla właścicieli kapitału i niewielu osób, tych wykonujących wysokopłatne zawody. U innych wzrostowi produktywności towarzyszy stagnacja płacowa. Już wiemy, że da się produkować bez pracowników. Pytanie brzmi, jak stworzyć konsumpcję bez szerokiej bazy konsumentów posiadających dochody przeznaczone na konsumpcję. Koncentracja majątku i dochodu stanowią zagrożenie dla popytu, a zatem – koniunktury i długofalowego wzrostu.

Czy na pewno mamy do czynienia z technologiami zastępującymi ludzi? Obecna rewolucja technologiczna oparta jest na robotyzacji połączonej z możliwościami budowy sztucznej inteligencji zasadzającej się na odmianach uczenia maszynowego. Mówiąc ludzkim językiem: maszyny, obserwując ludzi, uczą się wykonywać rozwiązania problemów w taki sposób jak oni. Tyle że lepiej. Człowiek w ciągu swojego życia jest w stanie uczyć się tylko na podstawie rozwiązywania i obserwowania rozwiązywania zadań. Maszyna uczy się na podstawie dowolnie wielkich zbiorów danych, dzięki czemu jest w stanie dużo szybciej osiągnąć i prześcignąć osiągnięcia ludzi. Od kilku lat oprogramowanie Watson potrafi lepiej niż lekarze wykrywać zmiany nowotworowe. Znacząco lepiej! To dlatego, że maszyna jest w stanie przestudiować setki tysięcy przypadków i diagnozować „bez pudła”. Firma z Kalifornii stworzyła zaś oprogramowanie zarządzające projektami – nie wspomagające zarządzanie projektami, lecz zarządzające nimi.

Oczywiście – nadal potrzebni są tam ludzie. Maszyna rozdziela pracę w zespole programistów, później je grupuje, układa, jak zwyczajny kierownik projektów. Jednocześnie jednak maszyna cały czas przygląda się działaniom ludzi, uczy się ich imitować i w pewnym momencie całkowicie ich zastąpi.

Zatem jakie prace są zastępowalne, a które się oprą maszynom? Warto przytoczyć kilka przykładów  obecnych i przewidywanych możliwości uczenia maszynowego.

Jeszcze kilkanaście lat temu naukowcy przewidywali, iż sztuczna inteligencja nie będzie w stanie samodzielnie prowadzić samochodu na lepszym poziomie niż człowiek, m.in. ze względu na wielość formalnych i nieformalnych reguł zachowania na drodze. Uznawano również, że nie do podrobienia będzie ludzka mowa. Dziś nie tylko samojezdne samochody są lepsze od kierowcy-człowieka i wkrótce wejdą na rynek, ale też np. sztuczna inteligencja tworzy około 20% artykułów pisanych przez agencję prasową Associated Press. Używa jej również „The Washington Post”. Sztuczna inteligencja napisała już scenariusz filmu, tworzy muzykę. Do 2027 r. napisze piosenkę imitującą utwór znanego artysty, i znajdzie się ona w rankingu najbardziej popularnych piosenek. W 2028 r. będzie w stanie stworzyć kreatywny film wideo, a w 2045 r. napisze beletrystykę, która znajdzie się na liście bestsellerów „New York Timesa”. Tak przewiduje S. Hall i raczej się nie pomyli. Umiejętności automatyzacji i zastąpienia ludzkiej pracy i twórczości postąpią więc bardzo szybko.

Jakie prace będą najszybciej automatyzowane? Rutynowe, łatwe do uczenia się przez maszyny, powtarzalne. Księgowość, call center, ubezpieczenia, audyt, usługi prawne, ale również obsługa maszyn i urządzeń, obsługa linii montażowej. Zobaczymy, co stanie się z polskim zagłębiem outsourcingu procesów biznesowych, np. w Krakowie. „Dłuższy termin ważności” będą mieć prace wymagające dużo większej kreatywności lub inteligencji emocjonalnej: pisarz, pielęgniarka, przedszkolanka, nauczyciel, opiekun osoby starszej, analityk rzadkich, niepowtarzalnych sytuacji itp. Ale i w tych przypadkach trzeba pamiętać, żeby nigdy nie mówić „nigdy”. Sztuczna inteligencja uczy się również zachowań, gestów, naśladuje ludzką intuicję.

Jak to się ma do naszej polskiej rzeczywistości? Polska ma spory udział zawodów narażonych na unicestwienie i na powstanie tego, co John Maynard Keynes nazwał bezrobociem technologicznym. Jednocześnie jest jednym z ostatnich krajów, któremu może udać się w tak relatywnie łatwy sposób doszlusować na dolną półkę krajów wysoko rozwiniętych. Miejsca pracy w przemyśle, w montażu, będące siłą krajów rozwijających się, korzystających z globalnych rynków firm międzynarodowych, będą coraz rzadsze. Przemysł się zmienia. W Chinach jeden z największych pracodawców, Foxconn (produkujący m.in. iPhone’y dla Apple) zamierza w ciągu trzech lat zautomatyzować, czyli zlikwidować, 70% miejsc pracy. Już działa całkowicie automatyczna fabryka Foxconn w Chengdu. Maszyny produkują non stop, a na hali produkcyjnej jest całkowicie ciemno – nie ma ludzi, którzy potrzebowaliby światła. Fabryki przenoszą się z Chin do USA – mówią niektórzy – ale nie są to już te same fabryki. Miejsc pracy jest w nich niewiele. Zmiany w przemyśle będą więc przebiegać szybko, a w ślad za nimi spadać będzie liczba zatrudnionych.

Na to też musimy przygotować się w Polsce, wiedząc jeszcze dodatkowo, iż Europa, nawet Niemcy, jest zapóźniona w technologii sztucznej inteligencji, która będzie decydować o ukształtowaniu podziału pracy w świecie XXI wieku. Liczba miejsc pracy w Polsce będzie w dłuższym horyzoncie (powyżej 10 lat) spadać. To stawia przed nami pytania, jak kształtować politykę imigracyjną dopasowaną do nowej rzeczywistości, nie zaś próbującą przedłużać termin ważności epoki niskich płac, a także jak zaadaptować się na poziomie państwa do ogromnego wyzwania społeczno-gospodarczego.

Aby zabezpieczyć się przed falą bezrobocia technologicznego, niezbędny jest sprawny system edukacji, obejmujący całe życie, nie tylko pierwsze dwadzieścia kilka lat. Ważne jest, aby tworzyć miejsca pracy w nowej gospodarce. Tych miejsc tak czy inaczej nie będzie bardzo wiele i, o ile dostosowanie systemu edukacji jest ważne, nie jest proporcjonalne do skali wyzwań.

Pomysły typu minimalny dochód gwarantowany mają szansę co najwyżej łagodzić skutki, nie rozwiązując źródła problemu. Krytycy tego rozwiązania mają nieco słuszności. Populacja bez dochodu, kraj bez dochodu do redystrybucji przy braku nowoczesnych sektorów gospodarki powodują, że system dochodu gwarantowanego nie będzie mieć silnych podstaw. Byłaby to próba wytworzenia popytu bez bazy strony podażowej (wytwórczej). Opodatkowanie cyfrowej gospodarki będzie w Polsce mrzonką, jeżeli ta gospodarka w kraju nie będzie istnieć w zaawansowanej formie konkurencyjnych cyfrowych przedsiębiorstw. Aby uniknąć sytuacji, w której rzesze populacji nie mają dochodu, a zatem nie mają również siły nabywczej, konieczne będzie stworzenie nowej gospodarki, zdolnej utrzymać i powiększać dobrobyt obywateli.

W związku z tym państwo powinno już teraz rozpocząć tworzenie funduszu inwestycyjnego technologii cyfrowych, który mógłby w przyszłości objąć dużą część gospodarki – stając się współwłaścicielem wielu technologii dających społeczeństwu dochody z własności kapitału.

Jak taki fundusz powinien działać? W jego ramach powinny istnieć subfundusze, inwestujące większość środków w polskie przedsiębiorstwa rozwijające technologie sztucznej inteligencji, jak również inwestujące w aktywa zagranicznych przedsiębiorstw tego typu. Fundusz mógłby zatem stać się również istotnym elementem polityki zagranicznej, budując wpływ w rosnących sektorach gospodarek naszych sąsiadów. Dodatkowo, poprzez inwestycje w zaawansowane globalne przedsiębiorstwa, czyniłby polskie społeczeństwo właścicielem rent globalnej gospodarki przyszłości. W przypadku inwestycji krajowych konieczne byłoby stworzenie (wzorując się częściowo m.in. na sposobie działania Instytutu Fraunhofera) silnego Centrum Rozwoju Technologii Cyfrowych, zapewniającego mocne kompetencje badawcze i akceleracyjne projektów polskich przedsiębiorstw.

Wykres: Szkic architektury funduszu Inwestycje Cyfrowe:


Możemy być pionierem nowej gospodarki i złagodzić społeczne ruchy tektoniczne, które nieodzownie nastąpią w związku z przemianami technologicznymi. Już za umiarkowanie duże środki (na początku np. 5 miliardów euro w ciągu pięciu lat) będziemy w stanie rozpocząć proces unowocześnienia gospodarki i zabezpieczenia przyszłych pokoleń. Mądry Polak przed szkodą? Poszukiwanie rozwiązań na nadchodzące zmiany na świecie jeszcze się na dobre nie zaczęło. Należy z tego skorzystać.

Krzysztof Mroczkowski

Artykuł jest zmodyfikowaną wersją wystąpienia panelowego z II Ogólnopolskiego spotkania sieciującego dla Ośrodków Wsparcia Ekonomii Społecznej (OWES), które odbyło się 11.06.2018 r. w Warszawie.

Socjal albo barbarzyństwo

Socjal albo barbarzyństwo

Prezydent Republiki Włoch Sergio Mattarella zaakceptował propozycję składu nowego rządu. Wobec tego powołanie gabinetu ze stabilną, wyłonioną w wiosennych wyborach większością, stało się faktem.

Dwa ugrupowania, które utworzyły nowy włoski rząd – Liga oraz Ruch Pięciu Gwiazd (M5S), nie mieszczą się w tradycyjnym głównym nurcie włoskiej polityki partyjnej, zdominowanej od II wojny światowej przez bloki ugrupowań centroprawicy i centrolewicy. Liga (dawniej: Liga Północna) to ugrupowanie o skrajnie szowinistycznych, czasem wręcz neofaszystowskich inspiracjach, dotychczas nawet nie marzące o tak wielkim wpływie na kształt państwa włoskiego. Ruch Pięciu Gwiazd to formacja eklektycznego populizmu, aideologicznego, lecz nieodcinającego się od nastrojów ksenofobicznych i nacjonalistycznych.

Czas będzie grać na korzyść populistów, szczególnie Ligi, która dzięki zręcznemu przywództwu ucieknie od odpowiedzialności za stan gospodarki, koncentrując się na widowiskowych akcjach antyimigranckich. Umocniony demokratyczną elekcją nowy włoski rząd Ligi i M5S, a zatem i włoskie państwo, byłyby pierwszym tak wpływowym podmiotem realizującym w polityce zagranicznej przesłanie „Europy egoizmów”, popularne również w naszym kraju.

Rządy nacjonalistyczne i reżimy hybrydowe mogą w ciągu kilku cykli wyborczych stać się popularnym modelem politycznym w Europie. Transformacji ulec mogą stosunki wewnątrz społeczeństw, jak również stosunki między państwami, w tym w ramach Unii Europejskiej. Obecnie dezintegrujące się liberalne establishmenty nie szukały recept na rosnący społeczny niepokój, wywołany m.in. trwałym bezrobociem, pogorszeniem standardów życia, likwidacją usług publicznych. Pozwoliły, aby wielu ludzi wycofało swoją legitymizację dla systemu. Reżimy ksenofobicznego populizmu nie popełnią tego błędu, wskazując społeczeństwom „kozły ofiarne” – wewnątrz i na zewnątrz krajów – i budując stabilność swojej władzy na gruncie złych myśli, słów i czynów.

Rosnące nierówności społeczno-ekonomiczne wśród społeczeństw zachodnich podważają coraz mocniej legitymizację istniejącego systemu politycznego. Najmocniejszą reakcją liberalnego establishmentu jest marketingowy face lifting starych idei, przeprowadzany za pomocą charyzmatycznych liderów obiecujących zmianę: Baracka Obamy w USA, Emmanuela Macrona we Francji, Justina Trudeau w Kanadzie. To wszystko oczywiście tylko odsuwa w czasie logiczną konsekwencję konstrukcji systemu. Te procesy nie są zaskoczeniem dla wołających o silne reformy zwiększające spójność społeczną obywateli.

Nazistowski zbrodniarz Heinrich Brüning

W czasie Wielkiego Kryzysu gospodarczego na początku 1930 r. rządy w przedwojennych Niemczech (Republice Weimarskiej) objął liberalny technokrata Heinrich Brüning. W obliczu szybko słabnącej aktywności gospodarczej i kłopotów budżetowych uczynił priorytetem stabilizację budżetową – kosztem gospodarki. Liczba bezrobotnych zwiększyła się do sześciu milionów, w ich szeregach wiarę w system straciło wielu przyszłych wyborców Narodowosocjalistycznej Partii Niemiec (NSDAP). Olbrzymią niechęć zwykłych Niemców do Brüninga rekompensowało mu poparcie ekonomicznych i intelektualnych elit – zarówno w Niemczech, jak i za granicą. Jego sława jako „żelaznego kanclerza”, niepoddającego się popularnym dążeniom i prośbom, zapewniła mu m.in. obecność na okładce magazynu „Time”.

Gdy składał urząd kanclerza po ponad dwuletnich rządach, marsz nazistów do władzy był już nie do powstrzymania (udało się zaledwie odsuwać go przez kolejny rok). Można by wówczas zapytać kanclerza Brüninga, czy całe poświęcenie obywateli było warte osiągniętych rezultatów. Dzięki relacjom samego kanclerza znamy jego ówczesną odpowiedź: było warto.

Co jednak o wiele bardziej interesujące, kilkadziesiąt milionów ofiar wojny później, w latach pięćdziesiątych, Heinrich Brüning nadal nie zmienił zdania. W powojennej Europie jego gwiazda jako europejskiego reformatora może już nieco przygasła, z pewnością jednak nie był przytłoczony pretensjami o przyczyny, które spowodowały tamte skutki.

Wygląda to śmiertelnie poważnie, gdy echa kariery żelaznego kanclerza tak doskonale słychać chociażby w krótkiej (2011-2013), acz pełnej zdarzeń misji rządowej włoskiego premiera Mario Montiego. Premier technokrata, wcześniej, w latach 2005-2011, członek rady doradczej firmy inwestycyjnej Goldman Sachs (fakt ten pominięto w anglojęzycznej wersji Wikipedii), przeprowadził cały szereg cięć budżetowych.  Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu zachował pogodę ducha, gdy jego koleżanka z rządu, Elsa Fornero, wybuchła płaczem podczas ogłaszania cięć drakońskich dla włoskich rodzin, co stało się wówczas medialną sensacją.

Przed szkodą, po szkodzie i po następnej szkodzie

Wiele razy opisano, co należy zrobić, by odwrócić bieg wydarzeń, na którego końcu jest faszyzm. W krótkich syntetycznych prezentacjach, w pięknych długich esejach, w mądrych głębokich książkach. Dwa lata temu w Davos, kilkanaście lat temu w (Nowym) „Obywatelu”, w latach trzydziestych w prospołecznych wydawnictwach. Na podstawowym poziomie w tej dyskusji nie ma już nic do dodania. Ruch od dawna jest po stronie liberalnego establishmentu. Przynajmniej teoretycznie może nastąpić gwałtowna zmiana sposobu myślenia. Mało kto jednak wstrzymuje w napięciu oddech.

Wypada z zaciekawieniem spojrzeć na wysiłki środowisk takich, jak polska „Kultura Liberalna”, przekonujących establishment liberalnego centrum do zmian. Takie pedagogiczne podejście zakłada, iż zasadniczą przeszkodą w zaakceptowaniu konieczności dokonania prospołecznych zmian jest wywołana samozadowoleniem i długotrwałą jednomyślnością niemoc poznawcza tegoż establishmentu. Idąc tym tokiem myślenia, wystarczyłoby (odpowiednio wiele razy) wykazać związki przyczynowo-skutkowe zachodzących procesów społecznych, aby przekonać liberalny establishment do konieczności reakcji poprzez głębokie reformy społeczne, nie zaś za pomocą marketingowych sztuczek. To lekko obraźliwe (wobec establishmentu) podejście może być oparte na chybionych kalkulacjach.

Niewypowiedzianym zagrożeniem pozostaje to, że, szczególnie dla biznesowej części establishmentu, stopniowe i niechętne przyłączenie się do szowinistyczno-populistycznej fali może okazać się ostatecznym rozwiązaniem problemu tracenia legitymizacji przez obecny porządek społeczno-gospodarczy. Zasadnicza część sposobu funkcjonowania stosunków społecznych w hybrydowych nieliberalnych demokracjach nie ulegnie zmianie. Część specjalistów i menedżerów z obszarów polegających na mechanizmach merytokratycznych odczuje negatywne konsekwencje, lecz dla wielkiego biznesu możliwości działania pod ideologiczną ochroną pozostaną szerokie. Nie zmieni się konstrukcja porządku społecznego: skrzywiony rozkład równości szans, reglamentowana dystrybucja szacunku, rosnąca koncentracja majątku. Zmieni się „tylko” otoczenie: więcej akceptacji dla nienawiści, więcej konformizmu, zuchwałości i podłości. W zamian stabilność społeczno-polityczna i utrzymanie hegemonii w sferze własności i gospodarki.

Przykłady antyfaszystowskich polityk społecznych przedwojennych Stanów Zjednoczonych i Francji pokazują, że z zaklętego kręgu można wyjść, ale nie bez gwałtownego zerwania z dotychczasowymi założeniami co do tego, co jest dopuszczalne i możliwe. Społeczeństwo coraz bardziej klasowo podzielone w reżimie ksenofobicznego populizmu albo społeczeństwo dóbr publicznych i szeroko rozpowszechnionego dobrobytu. Jedno – albo drugie. Po tym wyborze poznajemy priorytety deklaratywnych humanistów.

XXI wiek

Może zarysowany powyżej obraz nie jest pełen i nie warto polegać na powtarzaniu raz wymyślonej recepty „mniej cięć i nierówności, więcej usług i redystrybucji” jako remedium na każdy objaw chorobowy? Analogie z najciemniejszymi latami trzydziestymi mogą budzić wątpliwości. Konkretne sytuacje poszczególnych krajów europejskich znacząco się między sobą różnią. Wielu ekspertów zajmujących się tematyką populizmu wskazuje na nie-bezpośrednio-ekonomiczne źródła wzrostu populizmu i stopnia delegitymizacji status quo. Na dodatek nasz czas jest coraz bardziej czasem groźby  wojen handlowych bądź manewrów, cyber- i hybrydowych operacji zaczepnych, wojen propagandowych, przyspieszającej technologii wraz z potencjalnie niebezpieczną sztuczną inteligencją. Słowem – jest to czas, gdy najbardziej potrzebni są właśnie technokraci i eksperci, będący rdzeniem, podporą, mieczem i tarczą liberalnego establishmentu.

O ile można się zgodzić, że wyzwania są wielowymiarowe, o tyle trudno obronić tezę, iż w jakimkolwiek z wymiarów liberalny establishment da sobie z nimi radę. W tym zakresie, w którym za wzrost populizmu nie odpowiadają czynniki ekonomiczne, lecz związane ze sferą kultury i wartości, globalistycznie zorientowane liberalne elity mają niewielkie szanse na nawiązanie empatycznego dialogu z marginalizowanymi „lokalnymi”. W kwestiach bezpieczeństwa i relacji międzynarodowych liberalna elita „cnotę straciła i rubelka nie zarobiła”, zdobywając w dobie internetowej widzialności miano pełnej hipokryzji. W dodatku poprzez strategiczną nieskuteczność systematycznie obniżała geopolityczne znaczenie Zachodu. W zakresie rewolucji technologicznej, która właśnie się zaczyna, a w ciągu najbliższych dekad dramatycznie zmieni wygląd rynków pracy, nie zabezpieczyła społeczeństw przed nadciągającym społecznym tsunami bezrobocia technologicznego oraz gospodarczymi skutkami technologicznych oligopoli. Możliwe również, że autokanibalizacja potencjału rozwojowego sprawiła, iż państwa Zachodu przegrają bitwy o przewagę w sferze kluczowej technologii przyszłości – sztucznej inteligencji – z Chinami.

Sytuacja nie pozwala na samozadowolenie. Potencjał polityczny ruchów prospołecznych w większości krajów europejskich jest ograniczony – w walce o schedę po obecnym status quo populistyczni szowiniści są na uprzywilejowanej pozycji. Niewiele, nawet gdyby chciały, są w stanie zdziałać kraje mniejsze, których los w Europie Ojczyzn, czyli de facto Europie Egoizmów, będzie niewesoły, ale które już teraz nie mają dużego wpływu na agendę, pamiętne losu Grecji.

Kto mógłby zatem faktycznie rozpocząć zmiany ratujące Europę przed osunięciem się w reżimy populistów? Niemiecki rząd i niemiecki podatnik.

Krzysztof Mroczkowski

O wątpliwych korzyściach z udawania idioty

Nie lubimy w Polsce słuchać rzeczywistości. Skłonni do wiary w słowa i gesty, nie doceniamy tego, co może nam ona powiedzieć. A może nam powiedzieć kilka niewygodnych prawd. Od wyszukanej erudycji po rynsztokowy ściek, znajdujemy sposoby na wyparcie tego, co nam mówi.

Niewygodne prawdy nie dochodzą do naszych uszu. Rzeczywistość, którą wypieramy, może nam przypomnieć, iż koniec Polski był dziełem Polaków. To cechy wewnętrzne społeczeństwa polskiego doprowadziły do upadku państwa. Konstrukcja i charakter zbiorowości, a także przymioty jednostek, zadecydowały o końcu na długo przed rozbiorami. Prawdą jest również, iż na liście wewnątrzpolskich przyczyn klasowy egoizm ustępuje jedynie głupocie. Upadek Polski był naturalnym rezultatem upartych destrukcyjnych wyborów polskiej elity: wyboru systemu społecznego, gospodarczego, instytucjonalnego. Wciąż i wciąż osiągając gorsze rezultaty, Pierwsza Rzeczpospolita konsekwentnie ciążyła na dno. Są to kwestie znane, a jednak wolimy karmić się opowieściami o winie garstki zdrajców i łupieżczych sąsiadach, zamiast przyznać, że upadek to logiczna i nieunikniona konsekwencja intelektualnego niemowlęctwa.

Tradycja krytyczna uznaje, że przepracowanie rodzimych wad nie ujmuje godności narodowej, lecz jest zasadniczym obowiązkiem obywatela. Wartość tej wiedzy nie jest bowiem antykwaryczna, a ma zasadnicze znaczenie dla kształtowania się przyszłych losów narodu. Rzeczywistość mówi bowiem, że lekcje z przeszłości są aktualne, a popełniając podobne błędy, jesteśmy na drodze do podobnego końca. Podobieństwo do teraźniejszości nie jest wydumane. Aleksander Świętochowski wykazał w „Genealogii teraźniejszości” żywotność i „teraźniejszość” w latach 30. XX wieku tych samych patologii i bolączek, które doprowadziły do katastrofy Polski w wieku XVIII. Czy lub na ile polski charakter zmienił się od czasu, gdy nad jego brakiem rozwoju lamentował Świętochowski?

Dzisiejszy polski krajobraz skrzy się od artefaktów nowoczesności, a obok tej zewnętrznej powłoki w przekonaniu o nowoczesności zdają się utwierdzać nas twarde fakty. Rosnące PKB, widoczne pozytywne zmiany wielu aspektów społecznej codzienności – wszystkie niezaprzeczalne sukcesy transformacyjnego popeerelowskiego ćwierćwiecza. Do tej pory tego pozytywnego obrazu nie zakłóciło żadne „sprawdzam”. Na ile dzisiejsze zakorzenienie Polski w Zachodzie, w przeciwieństwie np. do losu Ukrainy, podyktowane jest wewnętrznym rozwojem, a na ile szczęśliwym położeniem geograficznym, uruchamiającym szereg procesów, na czele z instytucjonalnym dostosowaniem do integracji z Unią Europejską? Jak będziemy potrafili bez opatrznej pomocy kształtować nasze jutro?

Coraz częstsze ewidentnie samoszkodliwe działania (na przykład polski minister spraw zagranicznych wyzywający niemieckiego polityka od niedouczonych „lewaków”) wprawiają nas w osłupienie lub stają się pożywką dla drwin. W istocie powinny stać się wkładem do pilnej diagnozy obecnego stanu rzeczy. Czy rację może mieć Jan Sowa, w „Fantomowym ciele króla” wskazujący, iż polskie nieracjonalne działania mogą być nieuświadomioną realizacją popędu śmierci? Wiemy na pewno, że żyjemy w kraju, w którym wysoki rangą funkcjonariusz państwowy, z życiorysem zaświadczającym o teoretycznym przygotowaniu do pełnienia swojej funkcji, uporczywie nie uznaje istnienia rzeczywistości.

Wiara w siłę sprawczą własnego wyobrażenia o świecie jest w niemal równie dużym stopniu rozpowszechniona wśród polskich elit różnych odcieni i ma się dobrze w całym społeczeństwie. Dlatego naiwne jest pokładanie nadziei w wymianie elit na jeden z istniejących nurtów ideowopolitycznych. Nie istnieje w Polsce bowiem żaden silny nurt zapewniający społeczny rozwój. Andrzej Zybała zebrał w swojej ostatniej książce „Polski umysł na rozdrożu” esencję polskiej kultury umysłowej. Wnioski: króluje myślowe, poznawcze lenistwo, brak jest nawyków krytycznej analizy. Bez ewolucji w polskim systemie społecznym i wypracowania choćby aspirujących alternatyw trwamy w klinczu, w którym proeuropejski technokratyzm wzmacnia tylko populistyczną radykalizację. Chociaż zagrożenie (nieświadomie) antyeuropejskiego kierunku polityki zagranicznej jest stworzone przez jedno środowisko elit politycznych, to brak modernizacji cechuje wszystkie środowiska. Nie została wypracowana żadna „metoda” dobrego myślenia o sprawach publicznych, która chroniłaby nas przed popadnięciem w inne pułapki nierzeczywistości.

Nowy sposób myślenia o sprawach społecznych, oparty na więcej niż deklaratywnej wierze w godność i wartość obywatela w procesie budowy społeczeństwa i państwa – jest konieczny, ale czy możliwy? O ten nowy sposób dopomina się wiele niszowych środowisk, od lewicowych sygnatariuszy „Listu”, przez umiarkowane centrum (Kongres Obywatelski), po proinstytucjonalną prawicę (Klub Jagielloński). Bez godności obywateli nie zbudujemy republiki zdolnej do rozwoju. Niestety, nie są to dobre czasy dla godności, a zły przykład płynie z góry.

Społeczne mechanizmy napiętnowania są silniejsze niż kiedykolwiek, a Internet zdaje się intensyfikować uzależnienie od upokarzania. Dehumanizacja w różnych obliczach staje się standardem. Reakcja polskich opiniotwórców jest symptomatyczna. Manichejski konflikt wyjaławia umysłowo, a jednoczenie się wobec „wroga” zaciera podziały, równając do poziomu „swojego” najniższego wspólnego mianownika. Stawia to nas w trudnej sytuacji, gdy z już niskiego pułapu polskie zasoby umysłowe raźno szorują w dół.

Poziom wypowiedzi ludzi tworzących sferę publiczną systematycznie się obniża. Niski poziom nie ma na celu „nazywania rzeczy po imieniu”, krytycznego zmazywania samozadowolenia. Niebojąca się status quo, przemyślana krytyka niedomagań rzeczywistości byłaby przecież konieczna. Taki poziom wynika jednak z czego innego: z potrzeby celowego spłaszczania przekazu. Normą stała się autocenzura wypowiedzi, stosowana celem wyeliminowania z niej niuansów, złożoności, półcieni – słowem: rozumu. Udawanie idioty wchodzi w krew i staje się normą. Belki TVP Info i sondy wPolityce powoli przestają szokować. Ten specyficzny, prowadzący odbiorcę ton przejmuje też druga strona – wybrane artykuły strony „opozycyjnej” w podobny sposób kształtują swoich „konsumentów”. Dehumanizacja i szczucie, oto coraz częstszy posmak życia w sferze wspólnej obywateli, także za sprawą opiniotwóczych elit.

Działanie wbrew polskiej racji stanu staje się usankcjonowaną normą, dzięki przybraniu różnych masek, pod jakimi występuje głupota. Minister spraw zagranicznych Waszczykowski przejął publicystyczny ton i prowadzi politykę wiary we własne słowa. Przesada przestaje być przesadą, niepostrzeżenie znika cudzysłów, a udający szaleńca staje się szaleńcem.

Brak wyczucia własnego interesu, odejście od rzeczywistości. Skutkiem dla narodów jest najpierw ciąg błędów, a później zawężające się pole gry. Coraz mniejsza ilość dobrych wyjść, coraz mniejsza ilość jakichkolwiek wyjść. Może to trwać pokolenia, a może tylko dekady, ale koniec jest jeden. Na końcu tej drogi nie znajdują się ani niskie standardy, ani podzielone społeczeństwo, lecz śmierć Rzeczpospolitej.

Krzysztof Mroczkowski

Cenzurka dla władzy

Koniec okresu wysokiego poparcia dla obozu rządzącego jest pożywką dla rodzimego komentariatu. Pojawia się duża liczba spostrzeżeń i analiz próbujących wyjaśnić bądź też „opowiedzieć” przyczyny zmiany preferencji sondażowych. Dobrym i logicznym uzasadnieniom towarzyszą niewiarygodne. Trudno się do końca połapać, czy błahe przyczyny skutkują istotnymi zdarzeniami, czy to istotne przyczyny niosą błahe skutki.

Ten moment stanowi dla mnie pretekst do pierwszego podsumowania dotychczasowych rządów Zjednoczonej Prawicy. Niby to jeszcze nie czas równej rocznicy, w jakie zwykło się wystawiać oceny rządzącym, ale przecież ostatnie półrocze każdej kadencji jest już w zasadzie okresem kampanii wyborczej. Wedle chronologii przywracanego właśnie czteroletniego liceum rządy prawicy kończyć będą za chwilę swoją drugą klasę. Jakie stopnie powinny widnieć na świadectwie władzy?

Polityka społeczna: 5

Ocena jest wysoka, mimo świadomości zarówno niedoskonałości programu 500+, jak i faktu, że obszar polityki społecznej nie kończy się (a przynajmniej nie powinien) na jednym programie. Ta ocena pojawia się na świadectwie jako wyraz uznania za to, że przez ostatni rok dokonał się największy i najdonioślejszy zwrot prospołeczny w III RP. Ani efekty „becikowego”, ani obniżki podatku PIT (minimalne dla niezamożnych) nie mogą się równać z tą skalą transferu środków, jaka jest efektem programu 500+. Dodatkowe 20 miliardów złotych pojawiające się co roku w kieszeniach osób zazwyczaj niezamożnych – jest działaniem bezprecedensowym.

Można się oczywiście zżymać, że motywacją prawicy nie była chęć stworzenia lepszego porządku społecznego, lecz raczej chęć zdobycia władzy za pomocą obietnicy socjalnej oraz chęć dokonania rewanżu na przeciwnikach politycznych. Chińska mądrość ludowa mówi nam jednak, że nie jest ważne, czy kot jest czarny, czy biały – ważne, żeby łapał myszy. Częstokroć istotne i potrzebne rzeczy dzieją się obok motywacji głównych sprawców. W Stanach Zjednoczonych Monica Lewinsky była głównym, choć przypadkowym powodem niezlikwidowania przez prezydenta Billa Clintona jednego z najważniejszych świadczeń społecznych (Social Security). Być może to jej zatem zawdzięczamy to, że prezydentem USA jest dzisiaj „tylko” śmieszno-straszny Donald Trump, nie zaś prawdziwy proto-faszystowski demagog, jaki bez trudu mógłby wyrosnąć na gruncie społecznego spustoszenia. Tym bardziej nie powinniśmy mieć problemu z akceptacją pozytywnej zmiany społecznej w Polsce jako rezultatu wyborczego kontraktu.

Dlaczego do tego transferu nie doszło wcześniej? Część powodów była technokratyczno-obiektywna. Rok 2008 uderzył w rządzących podwójną kombinacją globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego oraz niższych wpływów podatkowych (i składki rentowej), wywołanych obniżką PIT-u. Formalnym ograniczeniom wydatkowym związanym z narzuconą przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu towarzyszyła nieformalna, lecz równie realna groźba rozgniewania globalnych rynków finansowych „lekkomyślnym rozdawnictwem”.

Jednocześnie jednak już nawet te ograniczenia „obiektywne” kształtowane były również przez samoograniczenia mentalne polskiego konsensusu obecnego w debacie publicznej. Jedno takie ograniczenie: brak możliwości stworzenia trzeciej stawki podatkowej, znacząco zawęziło pole do umożliwienia transferów socjalnych. Ograniczenia mentalne polskiej warstwy opiniotwórczej (tej samej, dla której wprowadzenie programu 500+ było „niemożliwe”) są bardzo podobne do tych, na które cierpi w krajach Zachodu ich „klasa profesjonalna”, a które tam doprowadziły do wezbrania fali populizmu (Trump, Brexit, Le Pen, AfD, Hoffer itd.), grożącej rozniesieniem porządku, jaki znamy i zastąpieniem go czymś gorszym. Zbyt łatwo zapomina się o ekonomii politycznej determinującej sposób podziału majątku. Ekspertki i eksperci klasy profesjonalnej w naturalny sposób odnoszą się do swoich (pozytywnych) społecznych i materialnych doświadczeń. Odmienne, często trudniejsze doświadczenia części społeczeństwa, nie mają możliwości wpłynięcia na los tych grup z powodu braku reprezentacji w mediach, w think tankach, instytucjach i urzędach. Tymczasem realna możliwość dokonania głębszych zmian istniała cały czas, a stosowany w III RP sposób podziału dochodu narodowego był tylko jedną z wielu możliwości praktykowanych w krajach kapitalistycznych.

Raz uruchomiony, mechanizm redystrybucyjny wpłynie na realną dynamikę społeczną, już zmieniając sytuację ekonomiczną części społeczeństwa. Chociaż efektów 500+ nie należy przeceniać, to ograniczenie palących problemów społecznych – spadający poziom ubóstwa i wykluczenia, w szczególności biedniejszych i w szczególności dzieci – jest faktem doniosłym nie tylko poprzez swą skalę, ale również przez wymiar etyczny. Walka z negatywnymi zjawiskami, takimi jak ubóstwo dzieci, nawet gdyby występowały one względnie marginalnie (a tak niestety nie jest), jest ważnym testem i sprawdzianem dla zbiorowości. Nawet sarkający na 500+ i niedostrzegający jego znaczenia są beneficjentami tej dobrej zmiany: mogą żyć we wspólnocie w lepszy sposób realizującej cywilizacyjną misję tworzenia „coraz bardziej ludzkiego” świata.

Inne, bardziej potoczne poczucie sprawiedliwości również jest „wygranym” programu 500+. Zwiastuje on bowiem koniec podejścia „brać i nie kwitować”, charakteryzującego kolejne technokratyczne agendy reformatorów. Społeczeństwo i gospodarka podlegają oczywiście określonym ekonomicznym koniecznościom i, na przykład, bezbolesna transformacja gospodarcza nie była możliwa. Nie można jednak po tej konstatacji przez ćwierć wieku przechodzić do porządku dziennego nad tym, że kolejne technokratyczne wyrzeczenia wymagane są od tych, którzy już i tak radzą sobie gorzej. Symbolicznym przykładem może być przywoływana przez pewnego komentatora telewizyjna dyskusja na temat systemu emerytalnego, w której dziennikarka i profesor mówią o tym, jak to oboje lubią swoją pracę i chcą pracować do siedemdziesiątki. Deficyty poznawcze nie pozwalały opiniotwórczym elitom zrozumieć przyczyn oporu dużej części społeczeństwa wobec reform, w dodatku niewielu się na ten wysiłek zrozumienia poważyło.

Oczywiście program 500+ jest krytykowany za potencjalnie negatywne kształtowanie postaw, czyli zachęcanie do bezczynności i przyzwyczajenie do „rozdawnictwa”. Nie słychać jednak żadnego przekonującego argumentu, dla którego sposób podziału dochodu narodowego sprzed dobrej zmiany miałby być bardziej naturalny, sprawiedliwy i niekorumpujący ludzkich zachowań niż ten nowy.

Teoretyczne „eksperckie” rozważania na temat słuszności programu redystrybucji wypadają miałko przy sile praktyki tego programu, pozwalającej uniknąć tych katastrofalnych skutków, które krótkowzroczność i nieskuteczność klasy profesjonalnej przynosi wraz z falą populizmu. Beneficjenci tej zmiany to nie rządzący, lecz wszyscy ceniący spokój społeczny. Zarówno ci, którzy uważają rosnące nierówności, atomizację, stratyfikację i brak dystrybucji szacunku społecznego za zjawiska złe, jak i ci, którzy sądzą, że jedynym problemem są barbarzyńcy zakłócający ich dotychczasowe dobre życie.

Polityka gospodarcza: 4-

Taka ocena wydaje się być wysoka jak na dotychczasowe, ale również i przyszłe efekty (nie powinniśmy się spodziewać zbyt pozytywnych skutków). Na tle poprzednich rządów wyniki gospodarcze są umiarkowane, zaś na tle zapowiedzi i rozbudzonych ambicji – skromne. Prawdopodobnie wpadki, które będą czekać rząd, groziły będą skompromitowaniem idei wspierania wzrostu gospodarczego przez państwo (pisałem o tym już tutaj).

Jednakże, jak już wskazywałem wcześniej na tych łamach, pomimo śmierci pacjenta, operacja może okazać się udana. Niepowodzenie flagowych projektów resortu rozwoju będzie trudne do uniknięcia, ale w trakcie tych prób może się wytworzyć unikalne know-how, potrzebne, by Polska stała się zaawansowaną gospodarką. Wyzwanie inteligentnej koordynacji podmiotów prywatnych i publicznych, firm i instytucji, pomoże wytworzyć wzorce skutecznej współpracy i adaptacji do zmieniających się warunków rynkowych. Ambitne, czasami wręcz nierealistycznie postawione cele mogą stać się siłą organizującą modernizację polskich organizacji państwowych i prywatnych, ich dojrzałe zachowania, sięganie po najlepsze wzorce.

Jednocześnie zauważalny jest szereg zagrożeń, które powodują, że ocena 4- na końcowym, maturalnym świadectwie rządów prawicy w 2019 r. stoi pod dużym znakiem zapytania. Wizjonerskim zapowiedziom często nie towarzyszy potrzebna praca organiczna, czego dobrym przykładem mogą być działania w sferze energetyki, gdzie poza flagowymi projektami brakuje konsekwentnej pracy nad modernizacją sektora oraz wytyczenia ścieżki do osiągnięcia celów gospodarki niskoemisyjnej.

Nierówna, często niewysoka jakość kadr „dobrej zmiany” może przyczynić się do utraty czasu i zasobów w państwowych spółkach, a w konsekwencji do utraty przez demos wiary w możliwość stymulowania przez państwo dobrej polityki gospodarczej. Dodatkowo gospodarka cierpi i będzie cierpieć przez działania „dobrej zmiany” na innych polach. Niestabilność instytucji (w tym orzecznictwa, regulacji dotyczących dysponowania własnością) może osłabić koniunkturę, nie pozwalając gospodarce rozwinąć pełnej prędkości.

Instytucje i sprawy publiczne: 2

Przez ostatnie półtora roku słyszeliśmy wiele opinii o świetnym ładzie prawnym panującym w III RP aż do nastania „złej zmiany”. Absolutystyczne stwierdzenia autorytetów co do demokratycznych i ustrojowych zasad upraszczają ważny, wręcz dramatyczny wymiar dylematu stojącego przed polską zbiorowością: naprawiać instytucje czy budować od nowa? Można zmieniać istniejące instytucje, czasami również w sposób radykalny. Wiele z nich jest bardzo kiepskich, nie zasługujących na obronę, a w opinii społeczeństwa (ale także ekspertów) często uchodzą one za siedlisko złych praktyk. W niektórych sytuacjach „szarpnięcie cuglami” może się w wydawać wręcz zbawienne jako metoda kruszenia zblatowanych, zinstytucjonalizowanych układów (przykładem takiego zblatowania mogą być poszczególne przypadki warszawskich reprywatyzacji). Radykalne zmiany PiS, jak np. w przypadku sądów przekreślające trójpodział władzy, często nie oferują jednak dobrej alternatywy i nie budują mechanizmów ulepszania wzorców i standardów, zastępując jedynie jedną lojalność grupową inną lojalnością, bynajmniej nie lojalnością wobec zasad.

Środowiska dotknięte myśleniem korporacyjnym (np. adwokatura, akademia), które nie wytworzyły wystarczająco dobrych wzorców sprawnego i społecznie pożytecznego działania, powinny być przede wszystkim zdiagnozowane pod kątem istnienia wewnętrznych mechanizmów samousprawniania. Te zaś mechanizmy – często słabe lub wewnętrznie przez korporację tępione – powinny zostać przez władzę wykonawczą wsparte miękkimi działaniami z zewnątrz. Radykalna interwencja w dane instytucje, przy braku utraty możliwości wsparcia mechanizmów samousprawniających, staje się próbą zabicia muchy młotkiem.

Szkody wyrządzane instytucjom są częścią szerszego nurtu psucia spraw publicznych, w którym obóz rządowy, choć odgrywa główną rolę, nie jest osamotniony. Nadanie konfliktowi środowiskowemu wymiaru wojny dobra ze złem nie podwyższa, lecz obniża poprzeczkę wobec standardów promowanej kultury umysłowej. „Swoim” wolno więcej i więcej im się wybacza. Tożsamościowe kibolstwo doskonale zlewa się z aspektem psucia instytucji w przypadku telewizji publicznej. Jej przekazy informacyjno-publicystyczne są rzadko widzianym w świecie rozwiniętym okazem tępej propagandy i świadectwem nieprawdopodobnego zaniku jakiejkolwiek autorefleksji autorów. Ich płytki przekaz jest wyrazem braku szacunku dziennikarzy i wydawców do widzów i do samych siebie. Wytworzony syntetycznie w politycznych gabinetach w 2006 r. spór stał się wielkim tożsamościowym biznesem, pochłaniającym kolejne połacie państwa jako scenografie do swojej walecznej ekspansji. Pochłania również wielkie zasoby i organizuje część życia zbiorowego, wypaczając jego wzorce i mechanizmy. Jak pisał Józef Szujski: Dobre systemy z figurantów robią ludzi, a złe z ludzi robią figurantów.

Niestety, ocena jest niska, a rokowania na ocenę końcową równie złe.

Sprawy zagraniczne: 1

Ostatni rok był czasem wielkiego przegrupowania w światowej polityce. Sojusz euroatlantycki staje pod znakiem zapytania, podobnie jak rola świata zachodniego w ogóle. Stany Zjednoczone, ze względu na osobę nowego prezydenta, stają się globalnym czynnikiem nieprzewidywalności i ryzyka. Wielka Brytania zdecydowała o rozpoczęciu procesu wyjścia z Unii Europejskiej. Sama Unia przeżywa wzrost ruchów nacjonalistycznych w poszczególnych państwach członkowskich. Broniąc się przed opcją nuklearną powrotu do Europy egoizmów, kraje „starej” UE zwierają szeregi, tworząc wspólne i bardziej zintegrowane jądro polityczne, zmobilizowane do utrzymania zasad wspólnoty interesów i wzajemnej pomocy, ale już w węższym gronie (do którego Polska się nie zgłasza).

Przez ten czas polska dyplomacja starała się raźno ciąć gałąź, na której siedzimy, przy każdej okazji opowiadając się werbalnie za Europą egoizmów, za powrotem do panowania na naszym kontynencie prawa dżungli, które niechybnie doprowadzić musi do kolejnego polskiego dramatu. W przypadku Donalda Trumpa, francuskich nacjonalistów, brytyjskich krytyków UE, niemieckich przeciwników kanclerz Merkel, polskie czynniki rządowe znajdywały ciepłe słowa, przyłączając się do krytyki i forsując niejasną wizję reform opartych na woluntarystycznej partycypacji w politykach UE i implikującej jako reakcję tworzenie „dwóch prędkości” przez kraje „starej Unii”.

Można nie mieć wiele sympatii do europejskiego establishmentu (którego dzisiejsze kłopoty są w dużej mierze zasłużone), lecz traktowanie przez ministra Waszczykowskiego polityki zagranicznej jako sposobności do dowolnej wypowiedzi publicystycznej dla własnej emocjonalnej satysfakcji jest dyskwalifikujące. Możliwości manewru polskiej polityki zagranicznej znacząco się zawężają i bez „pomocy” rządu, i być może okres pozytywnej koniunktury geopolitycznej Polski, gdy jeszcze istnieją jakiekolwiek dobre wyjścia, powoli zmierza ku końcowi. Powinniśmy jednak próbować otwierać choćby nie najbardziej obiecujące furtki, aby jak najdłużej obyć się bez nieodwracalnych strat dla swojego położenia. W tym względzie polityka rządu była katastrofalna i nie zasługuje na jakąkolwiek ocenę wyższą niż niedopuszczająca.

Widoczne są pewne symptomy poprawy, aby ocena końcowa za dwa lata była wyższa, jednak konieczna będzie zmiana nie tylko na pozycji ministra. Ze średniej ważonej wszystkich ocen wynikałaby słaba trójka, jednak najsłabsze ogniwo to 1 za politykę zagraniczną za osłabienie podstaw wspólnoty, za co nie należy się promocja. Cieszy, że na tym punkcie wyczuleni są również Polacy i wypchnięcie kraju poza obręb UE jest dla nich nieakceptowane. Odbywająca się obecnie  społeczna korekta i karcenie władzy w sondażach będzie, miejmy nadzieję, koniecznym otrzeźwieniem.

Krzysztof Mroczkowski

Misiewicze kontra Morawiecki

Każda zmiana władzy politycznej niesie ze sobą głębsze lub płytsze, lecz nieuchronne zmiany kadrowe w spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa. Kolejne ekipy rządzące starają się, by obsada stanowisk w tych przedsiębiorstwach odpowiadała ich zapatrywaniom co do profilu pożądanego menedżera i specjalisty. Część komentatorów dopatruje się w tym zwykłej chęci „obdarowania swoich”, inni wskazują na konieczność budowania lojalnego zaplecza dla zapewnienia sprawności wykonawczej. Faktem jest jednak, że przypadki, w których nominowani na nowe posady nie przeszli testu przydatności na podobnych stanowiskach w sektorze prywatnym, budzą powszechną niechęć, podzielaną również przez znaczną część zwolenników rządzącego od roku układu politycznego.

Zjawisko nie jest nowe. Obejmowanie stanowisk w państwowych firmach przez osoby o kompetencjach ograniczających się do obszaru polityki jest tradycją podtrzymywaną przez kolejne rządy. Pamiętne zdanie, że „Staszek chce się sprawdzić w biznesie”, było komentarzem do nominowania polityka z ministerialnym stażem na stanowisko prezesa dużego państwowego przedsiębiorstwa. Jednak stopień upolitycznienia firm nigdy nie był totalny. „Polityczni” menedżerowie swoje braki kompetencyjne uzupełniali kadrami menedżerów i specjalistów z doświadczeniem z sektora prywatnego. Często dochodził do tego proces nauki przez praktykę. To wszystko razem sprawiało, że nie można uznać ostatniego ćwierćwiecza funkcjonowania tego typu spółek za jednoznacznie stracone. Co więcej, da się wskazać wiele przykładów spółek kontrolowanych bezpośrednio lub pośrednio przez Skarb Państwa, które w III RP wykorzystały swoje szanse i przewagi, rosnąc i modernizując się – i nie pasowały do karykaturalnego wizerunku przedsiębiorstwa państwowego jako archaicznego skansenu.

Pomimo niealarmujących doświadczeń historycznych, dzisiejszy brak troski rządzących o jakość kadr w spółkach Skarbu Państwa powinien być powodem do zmartwienia. W perspektywie kilku lat symboliczne niezręczności rządzących, takie jak awansowanie kadr przysłowiowej „Apteki w Łomiankach” na wysokie funkcje w gospodarce, mogą stać się idiomem zastępującym dyskusję o aktywności państwa w gospodarce. W połączeniu z nieuchronnymi niepowodzeniami niektórych aspektów „planu Morawieckiego” powstać może zbitka pojęciowa ośmieszająca nie-neoliberalne podejście do polityki gospodarczej. PiS, zapewne wbrew swoim intencjom, może uczynić prowadzenie wieloaspektowej polityki gospodarczej w przyszłości znacznie trudniejszym.

Taki obrót spraw byłby wielką szkodą, gdyż rządowa „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” (SOR), pomimo niedoskonałości, dostrzega wagę potencjalnych korzyści z odgrywania przez państwo aktywnej roli w stymulowaniu procesów rozwojowych. Strategia wskazuje na istotny problem braku koordynacji aktorów sceny gospodarczej, diagnozuje istotne źródła potencjalnego wzrostu gospodarczego oraz oferuje szeroki wachlarz instrumentów stymulujących rozwój. Istotnym kamieniem milowym w polskiej debacie o polityce gospodarczej jest wyraźne sformułowanie chęci stymulowania prac sektorowych oraz horyzontalnych – produktowych. Innymi słowy, rząd w SOR uznaje, że bogacenie się krajów zależy nie tylko od polityki makroekonomicznej, lecz również od wsparcia na poziomie „meta”, czyli rozwijania konkretnych, coraz bardziej wiedzochłonnych sektorów, ale także na poziomie wręcz „mikro”, czyli konkurencyjności czołowych produktów eksportowych o globalnym zasięgu rynkowym.

To ujęcie rzeczywistości wsparte jest w SOR również postawieniem sobie przez rząd, poza celami makroekonomicznymi, konkretnych celów w zakresie sukcesu polskich branż i produktów. Mają być one osiągnięte za pomocą programów strategicznych oraz projektów flagowych. To cele często zbyt precyzyjne przy obecnej dynamice i stopniu skomplikowania niektórych rynków. Ta bardzo wysoko zawieszona poprzeczka może natomiast zmusić Ministerstwo Rozwoju do tworzenia bodźców organizujących usprawnienie koordynacji między polskimi instytucjami, sektorem finansów, spółkami Skarbu Państwa i sektorem prywatnych przedsiębiorstw.

Przy tych zaletach Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju nie trafia w sedno w swoim rozumieniu niezbędnych źródeł sukcesu gospodarczego Polski. Zbyt dużą wagę przypisuje oszczędnościom jako źródłu inwestycji oraz zadaniu mobilizowania zasobów kapitałowych jako kluczowym barierom, których przełamanie przyniesie wzrost. W istocie takie postawienie sprawy może prowadzić m.in. do chęci wzmocnienia sektora finansowego oszczędnościami Polaków, ale już niekoniecznie do wzmocnienia międzynarodowej pozycji konkurencyjnej Polski. Dzisiejszą barierą rozwoju gospodarczego nie jest bowiem brak oszczędności prywatnych i przedsiębiorstw, które mogłyby finansować inwestycje rozwojowe. Jest nią brak możliwości inwestycyjnych. Akumulacja kapitału jest istotnym czynnikiem rozwojowym, ale w tym momencie nie najistotniejszym.

Dla rozwoju Polski najbardziej decydującym, sprawczym czynnikiem jest i będzie w najbliższym czasie know-how (umiejętności, wiedza, wzorce), gdyż jego deficyt jest „trwalszy” niż brak kapitału do zainwestowania. Fundamentalna bariera to bowiem brak zdolności do organizowania przedsięwzięć o wyższej wartości dodanej – a brak ów wynika z niedostatków organizacji i zarządzania w polskich firmach. To w dużej mierze kwestie warunkowane kulturowo, zaś ich zmiana (czyli rozpowszechnienie dobrych wzorców, w tym postaw sumienności, uczciwości, aktywności) jest niełatwa. Obecny, patriarchalny i nieoparty na wiedzy model organizacji i zarządzania podmiotów polskiej gospodarki, jest największą przeszkodą w organizowaniu tych trudniejszych projektów. Projekty wprowadzające zmianę jakościową mają bowiem skalę, dynamikę i wymagania rynku, do których polskie życie gospodarcze nie przywykło.

Rola szybszego przyswajania wiedzy podczas procesów, które musimy przejść, aby osiągnąć wyznaczone cele, jest znacznie większa niż dotychczasowe wyzwania, zatem nie powinno dziwić, że, wbrew optymistycznym zapowiedziom rządu, instytucje międzynarodowe prognozują powolny spadek tempa wzrostu gospodarczego Polski. Nowemu wyzwaniu nie można podołać bez troski o wzrost umiejętności – zarówno indywidualnych, jak i przede wszystkim odnoszących się do pracy zbiorowej, organizacji i zarządzania. Polska musi się stać, mówiąc najbardziej generalnie, bardziej „wielkopolska”, opierając swoje nadzieje na przyszłość na sportowej rywalizacji z zachodnim rywalem. Rywalizacji na podstawie umiejętności indywidualnych i współdziałania, wytrwałości i rzetelności.

Waga zarządzania i organizacji tym bardziej jeszcze wzrasta, o im większej skali trudności przedsięwzięć mówimy. W przypadku niepodejmowanych do tej pory inicjatyw, trudniejszych, lecz generujących potencjalnie wyższą wartość dodaną, potrzebne umiejętności (od rzadkich kompetencji sektorowych, przez zaawansowane finansowanie projektowe, po nadzór i koordynację) są bardzo rzadkie i warto wręcz postawić otwarcie kwestię uzupełniania braków zachodnimi specjalistami. Tym bardziej martwi w niektórych przypadkach polityka kadrowa rządowego zaplecza, gdzie i tak rzadkie, trudno dostępne krajowe kompetencje, nie są komasowane przez kluczowe podmioty wyzwania SOR, jakimi są spółki Skarbu Państwa. Ich pozycja rynkowa, zgromadzone zasoby finansowe, możliwości oddziaływania są bardzo duże i mogłyby odegrać potencjalnie pozytywną rolę w realizowaniu planu Morawieckiego i w bieżącej pracy.

O kompromitację tych wysiłków jest dużo łatwiej, gdyż wyzwania są jakościowo trudniejsze. Te wyzwania wiążą się nie tylko z programami rozwojowymi SOR (choć te są dobrym przykładem), ale również z przyspieszającym tempem rozwoju gospodarek i nowymi modelami biznesowymi. Brak należytych starań o wzrost kompetencji kadry w tej sytuacji, wymagającej uwagi i wyobraźni, skończyć się może spektakularnymi wydarzeniami, w tym np. upadłością spółki Skarbu Państwa, brakiem przejścia do fazy wdrożenia projektu flagowego lub poważną porażką rynkową któregoś przedsięwzięcia.

Nie znaczy to, że niepowodzenie SOR zależeć będzie wyłącznie od polityki kadrowej. Już na starcie poprzeczka postawiona została przez Ministerstwo Rozwoju dość wysoko. Możliwe „wpadki” w zarządzaniu będą więc w pewnej mierze spowodowane wysokim poziomem trudności, lecz zła polityka kadrowa nada temu dodatkowy wymiar – niszczący zaufanie do możliwości pozytywnego wpływania przez państwo na procesy gospodarcze. Bez wątpienia część opiniotwórców o nastawieniu sceptycznym wobec obecności państwa w gospodarce wykorzysta tę okazję do wieszczenia klęski „projektu państwowego”. Największym przeciwnikiem Morawieckiego mogą się okazać jego właśni „sprzymierzeńcy”.

Można jednak projekty, instytucje i inicjatywy wychodzące z Ministerstwa Rozwoju potraktować jako istotne i przede wszystkim potrzebne ćwiczenie z zakresu koordynacji polityki gospodarczej. Ćwiczenie angażujące przez kilka lat zasoby i instytucje. Warto podejść do niego poważnie i zmobilizować wszystkie siły w celu dobrego wykonania projektowanych przedsięwzięć. Jednak SOR nie jest celem samym w sobie, a może stać się ważnym krokiem na drodze do zbudowania inteligentnego systemu wsparcia rozwoju i konkurencyjności kraju. Potencjalne nauki płynące z realizacji planu Morawieckiego – tak sukcesów, jak i porażek – są nie do przecenienia i warto nie marnować tej okazji do nauki poprzez zanegowanie całego dorobku obecnego rządu w obszarze gospodarki.

Koncepcja bardziej zaawansowanej aktywności państwa we wsparciu rozwoju gospodarczego jest bowiem kierunkiem nieuchronnym, jeżeli chcemy nadrobić dystans do krajów zaawansowanych, które takich instrumentów używały bądź używają. Fakt, że brakuje nam społecznej dojrzałości do wytworzenia instytucji i organizacji mogących w łatwy sposób sprostać temu zadaniu, nie oznacza, że nie powinniśmy się starać.