Po rozsypce ruchu progresywnego

Po rozsypce ruchu progresywnego

Na początku czerwca w swoim tekście na tych łamach opisywałem, jak za zgodą ostentacyjnie „radykalnych” działaczy amerykańskiego ruchu progresywnego wprowadzane są rozwiązania umacniające i tak już bardzo plutokratyczny charakter społeczeństwa i gospodarki USA. Pisałem wtedy również gorzko: „Z pewnością za jakiś czas progresywni parlamentarzyści i aktywiści będą proponować nałożenie podatku majątkowego od majątku, który pomogli przetransferować do najbogatszych”.

Na początku sierpnia senator Bernie Sanders wystąpił z inicjatywą jednorazowego podatku nałożonego na miliarderów, opodatkowującego 60% tej części ich majątku, która powstała w czasie pandemii. Sam pomysł oczywiście nie ma już dziś żadnych szans powodzenia, zaś amerykański ruch progresywny staje się radykalną na pokaz przystawką Partii Demokratycznej – jednej z dwóch grup zarządzających pseudopolitycznym teatrem i umacniających neoliberalną hegemonię kapitału. W nadchodzącym, 84. numerze „Nowego Obywatela”, opisuję, jak na pole walki z plutokracją, opuszczone przez ruch progresywny w USA (w tym jego „czerwoną”, socjalistyczną część) wchodzi nowa grupa, z bardzo ciekawym i ugruntowanym w rzeczywistości planem bitwy.

Jeszcze pół roku temu było to nie do pomyślenia. Wielu amerykańskich lewicowców deklarowało wstrzymanie się z poparciem Joe Bidena, kandydata Partii Demokratycznej na prezydenta, do momentu uzyskania od niego ustępstw. Bardzo szybko jednak okazało się, iż szlachetnie motywowani postępowcy w chwili próby wybrali toczenie symbolicznych sporów kulturowych, zamiast realnego sporu politycznego o władzę. Warto uważnie obserwować sygnały wskazujące, iż progresywiści z pozycji przeciwników oligarchii przechodzą do roli sojuszników centrowych neoliberałów.

Dla sił amerykańskiego i globalnego status quo, odpowiadających za nieograniczoną ekspansję kapitału kosztem zniszczenia wspólnot i środowiska, ma to olbrzymią zaletę. Neutralizuje bowiem zagrożenie socjaldemokratycznej korekty nakładającej twarde regulacyjne ograniczenia na antyspołeczne sposoby akumulacji kapitału. Takie zagrożenie, szczególnie w latach 2016-2017, było realne, czego wyraz stanowiły niedalekie od sukcesu kampanie Sandersa w USA i Partii Pracy w Wielkiej Brytanii. Dla oligarchii oczywiście nie ma znaczenia, czy u władzy jest osłaniający ich interesy projekt centrowo-neoliberalny, czy równie osłaniający ich interesy projekt prawicowo-neoliberalny. Problemem dotychczas była jedynie szybka „zużywalność” politycznych osłon. Politycy biorący na siebie niepopularną politykę musieli liczyć się z żywiołowymi protestami, a co gorsza z groźbą zorganizowanego ruchu politycznego walczącego przy urnach wyborczych.

Jakim cudem progresywni aktywiści z roli reformatorów mieliby przejść do roli pomocnika sił niszczących amerykańską wspólnotę? Właśnie powstają odpowiednie rynkowe zachęty dla zmęczonych ekonomiczną niepewnością głównie młodych wykształconych lewicowców. „Jeżeli tolerujesz rasizm, wykasuj sobie aplikację Uber” – brzmi treść billboardów firmy Uber, niedawno jeszcze będącej w defensywie, krytykowanej za praktyki zatrudnienia, dziś zaś, wraz z resztą korporacyjnej Ameryki raźno patrzącej na szanse oferowane przez wypranie reputacji na antyrasistowskim sentymencie. Skoncentrowany kapitał, nigdy przesadnie niezaaferowany czyimś kolorem skóry, może się ustawić „po jasnej stronie mocy” pomagając walczyć z innymi „złymi”. Chociaż miejsc pracy w działach HR i PR korporacji nie starczy dla zbyt wielu lewicowych aktywistów – to wspólny front już widać w zarysie.

Progresywni reformatorzy, jeżeli tylko uklękną i pocałują pierścień władców kapitału, w ramach centrowo-neoliberalnego obozu mogą objąć rolę tworzących i popularyzujących postępowe wykładnie w zakresie języka i obyczajów. Przykładowo, taką wykładnią jest zastąpienie słowa Latino (określającego populację latynoską) słowem Latinx. Spora część tych wysiłków ma swoje dobre uzasadnienie, ale istotne w tym zjawisku jest co innego. Przyglądając się dyskursowi korporacyjnych mediów USA zachodzi podejrzenie, iż celem obozu neoliberalnego jest stygmatyzacja członków klasy ludowej (nienależących do mniejszości) jako „niegodnych” i ksenofobicznych obywateli drugiej kategorii. Byłoby to przygotowanie gruntu pod odebranie klasie ludowej pełni praw człowieka i obywatela, w tym zmian w zakresie prawa wyborczego. W istocie byłaby to kara za asynchronię: niedopasowanie w czasie rzeczywistym do zmian zachodzących w kulturze.

Jeszcze pół dekady temu ruchy progresywnego sprzeciwu wobec status quo w USA i Europie miały ambicję politycznego działania nie tylko „dla” i „w imieniu” klasy ludowej, ale też razem „z” nią. Zbędny werbalny „czerwony” radykalizm nie pomagał im jednak w budowaniu szerokiego poparcia dla potrzebnych reformistycznych rooseveltowskich rozwiązań: marksizm jest obecnie dużo bardziej popularny na uczelniach niż w fabrykach. Antykapitalizm jest niezrozumiały dla klasy ludowej, często marzącej o karierze przedsiębiorcy, która to ścieżka (niewymagająca wykształcenia) jest dla nich jedyną dostępną możliwością znaczącego polepszenia swojej pozycji społecznej. W USA m.in. dlatego Donald Trump, niezależnie od ostatecznej wygranej lub porażki, w listopadowych wyborach może spodziewać się uzyskania najwyższego spośród republikańskich kandydatów ostatnich dziesięcioleci odsetka głosów populacji latynoskiej i czarnoskórej. O ile przedstawiciele klasy ludowej mogą jakkolwiek wyobrazić sobie siebie jako odnoszących sukces w obecnym systemie (ciężką pracą przy znaczącym udziale łutu szczęścia), to zawierzenie w projekty utopii podsuwane przez lewicowych inteligentów wymaga od nich bujnej wyobraźni. Można zresztą podejrzewać, że w teoretycznie niehierarchicznym społeczeństwie urządzanym przez demokratycznych socjalistów, faktyczny status i dostęp do pozycji władzy w dużej mierze opierałby się na wykształceniu.

A więc z progresywnego ludowego frontu nici, ale niezadowolenie społeczne jak było, tak narasta. W związku z tym tworzony jest nowy model zarządzania debatą publiczną i sferą wymiany myśli, zawierający antidotum na „zużywalność” polityków osłaniających korporacyjną eksploatację. Kluczem jest polaryzacja społeczeństw wokół dwóch obozów (dotyczy to również takiego systemu wielopartyjnego, jak polski), w której rola zderzaków biorących na siebie uderzenia walki politycznej przypadłaby samemu społeczeństwu en masse. Zarysowuje się nowym mechanizm walk obozów tożsamości, w którym do tradycyjnych bodźców represji i zagłuszania protestu (jak np. używanie propagandy medialnej podawanej w formie „informacji”) dochodzą nowe bodźce związane z „cyfrową smyczą”, na której poprzez tworzenie i uzależnianie od baniek społecznościowych trzymają nas możni. Robią to nie tylko amerykańskie korporacje technologiczne. Również polskie partie czy grupy interesu, mogą hurtowo kupować „boty” w mediach społecznościowych, oddziaływując psychologicznie: tworząc syntetyczne wrażenia „poparcia” bądź „osaczenia” własnych poglądów.

Wbrew pozorom, ludzie nie są dobrym materiałem na bezmyślnych sekciarzy, dla zachęt krzywdzących innych, chociaż w ekonomii przez długi czas czyniono założenie o instynktownie egoistycznych kalkulacjach człowieka. Homo economicus miał mieć na uwadze tylko swój interes, zaś szeroka sfera wspólna miała być tylko zachętą do oszukiwania i wykorzystywania wspólnoty przez egoistyczne jednostki. Ostatnie trzydzieści lat prac na marginesach głównego nurtu ekonomii zaowocowało nową dawką wiedzy z zakresu ekonomii behawioralnej czy też zwykłych eksperymentów. To, czego się dowiedzieliśmy, nie sposób pogodzić z neoliberalnym obrazem człowieka-egoisty. Samuel Bowles czy Rutger Bregman pokazali, że w praktyce ludzie są motywowani o wiele bardziej bezinteresownie i wspólnotowo.

Jednak długotrwałe inwestowanie w tworzenie własnych sekt, jakkolwiek na tym trudnym „materiale ludzkim” jest kosztowne, to warte każdej ceny, gdyż daje elitom status quo wspaniałe narzędzie uniknięcia odpowiedzialności. Nie lubisz Donalda Trumpa? To akceptuj korporacyjny program Partii Demokratycznej, cokolwiek by w nim było. Nie lubisz Demokratów? To głosuj na Trumpa, nie daj satysfakcji przeciwnej drużynie. Podobnie jest oczywiście na polskim podwórku. Nie podoba ci się planowana kradzież kolejnego skrawka ziemi pod deweloperski wieżowiec? Nie krytykuj decyzji samorządu, bo krytykując podważasz obóz demokracji. Kolejny partyjny nominat konsumuje finansowe konfitury z pomocą państwa? Nie krytykuj obozu przechowującego pamięć o śp. Lechu Kaczyńskim.

Kluczowe jest oczywiście, aby zadania policji dyscyplinującej „własny obóz” wypełniali sami w nim osadzeni. Ważne, aby kompletnie zamazać cokolwiek poza plemiennym tożsamościowym sporem: związki przyczynowo-skutkowe, fakty, teorie, a szczególnie wartości, stanowią zagrożenie i muszą być eliminowane. Liczy się pozostająca emocja. Fan PiS już nie pamięta, jak przekonywano go, że Tusk jest zdrajcą, który ma krew na rękach po spisku z Putinem. Smoleński przekaz zwinięto, gdyż wytłumaczenia są niepotrzebne. Bezrozumny fan PiS oddał swoją głowę niewiele mądrzejszym (lecz o wiele bardziej cynicznym) od siebie, i dla niego Tusk może być zdrajcą bez uzasadnienia. Podobnie fan PO i samozwańczego obozu demokracji już nie pamięta, że do czasu „afery taśmowej” w 2014 roku hołdował hipotezie „sprawiedliwego świata” i racjonalizował wszystkie mafijne aspekty rzeczywistości jako „teorie spiskowe”. Dziś już fałszowanie kart wyborczych przez złych ludzi nie jest w tych samych kręgach teorią spiskową, lecz szacowną hipotezą.

Ktoś powie: „Tacy fani obu środowisk nie mają w społeczeństwie większości! Nawet dziś przy tej polaryzacji ludzie mają o wiele większy dystans do tych spraw!”. To prawda, ale rzecz nie toczy się o przekonanie sceptyków, lecz o wymuszenie posłuszeństwa, o zdławienie krytyki w zarodku i uczynienie jej kosztowną. Dlatego „najniższy wspólny mianownik” przejmuje megafon w bańkach społecznościowych. Coraz częściej, tak w świecie cyfrowym, jak i na żywo, widzimy szokujące efekty odwrócenia procesu socjalizacji. A gdy nie wystarcza podłości i łajdactwa wśród żywych, dokupywane są na farmach botów. Ekonomia polityczna wzmaga ten proces: dwa obozy zarządzające podziałem hegemonizują niemal całość zasobów niebędących w dyspozycji prywatnego biznesu.

Dla środowisk rozumiejących konieczność antyoligarchicznej, solidarystycznej korekty, wnioski są jasne. Nie można przestawać mówić prawdy i nie można przystawać na reguły establishmentu dotyczące „dozwolonej krytyki”. Nie można dać sobie zabrać głowy, nawet gdy jest to wygodne. Inaczej… możemy kiedyś zatęsknić za choćby formalną demokracją.

A czy powinniśmy opłakiwać koniec ruchu progresywnego? Ten moment w historii jest już za nami i projekty z poprzedniej dekady załamały się w dużej mierze nie ze swojej winy. Oby kolejna antyoligarchiczna insurekcja, w której wielu progresywnych działaczy może mieć swój udział, miała więcej powodzenia.

Krzysztof Mroczkowski

Good bye Ameryka, quo vadis Europo?

Good bye Ameryka, quo vadis Europo?

Czasami to, co niewyobrażalne, jest niezbędne. Świat rozwinięty, cywilizowany i kulturalny, a zatem Ameryka i Europa, zmaga się właśnie z wielkim testem. Sytuacje nadzwyczajne, takie jak pandemia koronawirusa COVID-19, często brutalnie odsłaniają relacje władzy i zależności poszczególnych porządków społecznych. Możemy dowiedzieć się, ile naprawdę warte jest ludzkie życie, ile pieniędzy i wysiłku wkładają poszczególne rządy w to, aby je chronić. Widzimy podział pracy w społeczeństwach, przekładalny często na ryzyko zarażenia i powikłań.

Destrukcyjna logika nieregulowanego kapitalizmu doprowadziła w poszukiwaniu wyższych rent wynikających z taniej siły roboczej do niepotrzebnych śmierci i innych strat. Rozciągnięte do granic możliwości łańcuchy dostaw leków, sprzętu, odczynników i komponentów, skutkują bardzo realnymi ludzkimi tragediami, ale odpowiedzialni za nie hiperglobaliści nie będą pociągnięci do odpowiedzialności. Fundusze private equity możnych tego świata niszczą tradycyjne biznesy, dobrze działające dawniej w warunkach regulowanego kapitalizmu, ale wystawiane na śmierć w nowej rzeczywistości. Ta nowa rzeczywistość wymaga monopoli i oligopoli na każdym rynku. Wymaga tworzenia korporacyjnych gigantów, samoregulujących się dzięki przekuciu siły gospodarczej we władzę polityczną. Wymaga podejmowania miliardowego ryzyka kosztem społeczeństwa, jeżeli ma przynieść choćby jednego dolara więcej. Każde inne działanie byłoby sprzeczne z interesem akcjonariuszy, a zatem nielegalne oraz „nieetyczne”.

Czasami konsekwencje są już bardzo blisko niszczycieli i wydaje się, że lada moment doświadczą oni, jak kruchy świat urządzili. Tak jak w 2012 roku, gdy rekiny finansjery z Wall Street, podobnie jak reszta nowojorczyków, znaleźli się w następstwie przerwanych przez huragan Sandy globalnych łańcuchów dostaw w odległości jednego dnia od kompletnie pustych sklepów i magazynów z żywnością. Chociaż pewnie i wtedy nie połączyliby faktów.

W ekstremalnych warunkach pandemii COVID-19 amerykańscy oligarchowie zadbali o zarządzony przez Kongres USA, a administrowany przez Rezerwę Federalną, transfer bogactwa od społeczeństwa do siebie. W bezprecedensowy sposób zamieniają na świeże zielone dolary śmieciowe obligacje korporacyjne, których nikt na rynku nie chciałby dotknąć (tzw. obligacje high-yield, czyli wysoko-rentowne, a w praktyce ekstremalnie ryzykowne). Technicznie wszystko jest bardzo skomplikowane, przykładowo Fed skupuje obligacje o nic nie mówiących nazwach, typu „SPDR HY Bond ETF”, zawierające w sobie w istocie dług. W praktyce jednak nie różnie się to wiele od emisji pieniądza przez same prywatne fundusze (skoro pieniądze z Eurobiznesu mogą wymienić na dolary). To wszystko powoduje, że gdy amerykańscy obywatele i biznesy liczą każdy cent i często są zmuszeni do bankructwa, oligarchia finansowa z walizkami pieniędzy może kupić każdy biznes, budynek czy inne aktywa. Amerykańscy miliarderzy zwiększyli swój stan posiadania o 565 miliardów dolarów od momentu przeprocedowania przez Kongres pod koniec marca specjalnej ustawy kryzysowej.

Aby dopełnić obrazu rozpaczy, warto nadmienić, iż transfer bogactwa (tzw. CARES Act) odbył się za przyzwoleniem i z poparciem zarówno parlamentarnej, jak i pozaparlamentarnej lewicy (od Berniego Sandersa i Alexandrii Ocasio-Cortez, po komentatorów socjalistycznego pisma „Jacobin”). Zapowiadający werbalnie radykalną rewolucję wykazali się kompletnym niezrozumieniem faktycznych mechanizmów akumulacji władzy gospodarczej i politycznej przez korporacyjną oligarchię. Mogliby pobierać nauki o tym, jak okiełznać ich władzę od Franklina D. Roosevelta, gdyby nie to, że bardziej niż wielkiego prezydenta doceniają niszowych myślicieli owiniętych w czerwoną flagę. Z pewnością za jakiś czas progresywni parlamentarzyści i aktywiści będą proponować nałożenie podatku majątkowego od majątku, który pomogli przetransferować do najbogatszych. Jedyny sensowny zapis CARES Act, o dofinansowaniu płac głównie małych i średnich firm, na który i tak przeznaczono niewystarczające środki, wywalczył prawicowy senator Marco Rubio…

Stany Zjednoczone Ameryki były projektem, którego wizjonerscy przywódcy byli świadomości ogólnoludzkiego znaczenia. Pisma i przemówienia XIX-wiecznego amerykańskiego prezydenta Abrahama Lincolna doskonale to pokazują. Lincoln chciał zniszczyć nieludzki system społeczny i zbudować opartą na przemyśle konkurencyjną gospodarkę jako wzór dla innych i nowy biegun siły. Przewidywał także, iż siła USA może przydać się w inny sposób i być może wojska amerykańskie będą musiały przekroczyć Atlantyk, aby bronić demokratycznych wolności przed zakusami tyranii. Dzisiaj to USA są pod butem tyranów-plutokratów i chociaż zrzucenie tej tyranii jest niezbędne, to trudno to sobie wyobrazić.

Patrząc na stan naszych amerykańskich przyjaciół, Europa musi sama wykazać się w trudnych momentach przywództwem i solidarnością wobec innych kontynentów. Nie tylko Stany Zjednoczone potrzebują pomocy. Z Afryki dobiegają głosy o pladze szarańczy, która będzie mieć wpływ na zaspokojenie potrzeb żywnościowych. Jest też zwiastunem trudnych dekad związanych z wieloma nawarstwiającymi się kryzysami ekologicznymi. Z kolei z Azji dochodzą niepokojące sygnały o kruchości poszanowania wolności indywidualnych, a także o zagrożonej podmiotowości mniejszych państw. Niewykluczone, że sukces Europy jest historyczną koniecznością.

Jak wspominano już na tych łamach, przerwanie negatywnej spirali europejskiej depresji, dezintegracji i powstania ksenofobicznych reżimów mają w swojej gestii „niemiecki rząd i niemiecki podatnik”. Nawiasem mówiąc, warto, abyśmy jako Polska byli świadomi, iż potencjalne globalne znaczenie naszych działań ma mniej wspólnego z byciem wysuniętym przyczółkiem NATO (co oczywiście też jest istotne), a więcej z byciem sąsiadem i ważnym partnerem państwa o kluczowym wpływie na przyszłość Unii. Wewnętrzna polityka niemiecka wpłynie na całą Europę i w związku z tym powinna być traktowana jako oczywiste pole aktywności innych państw europejskich.

To decyzje Berlina dotychczas powstrzymywały wzięcie wspólnej odpowiedzialności przez państwa Unii za zapewnienie stabilności finansowej bardziej narażonym na ataki spekulacyjne, a potrzebującym inwestycji krajom południa UE. Co gorsza, niemiecki sąd konstytucyjny uznał w trakcie pandemii, iż musi wymóc od Europejskiego Banku Centralnego zapewnienia o właściwości działań EBC (tzw. luzowanie ilościowe), których nie wymagał (w ich opinii – nie dopełniając swych obowiązków) Europejski Trybunał Sprawiedliwości. EBC nie zamierza się tłumaczyć powołując się na ETS, zaś niemiecki sąd nakazuje wycofanie współpracy z EBC niemieckiemu bankowi centralnemu (który jest częścią struktury EBC). Polityk CDU Elmar Brok skrytykował sąd konstytucyjny, mówiąc, że spełnił on wszystkie życzenia skrajnej prawicy.

Niemieckie ministerstwo finansów zareagowało na tę próbę narzucenia ograniczeń w zadziwiająco odważny sposób – poprzez „ucieczkę do przodu” i pierwszy wyraźny zwrot solidarnościowy na rzecz cierpiących społeczeństw południa UE. Na wspólnej konferencji przywódców Francji i Niemiec 19 maja zaproponowano wyemitowanie przez Komisję Europejską (a zatem nie przez EBC) wspólnotowego długu przeznaczonego na nowe wydatki. Do 500 miliardów euro grantów dojdzie 250 miliardów euro pożyczek, z czego w nieproporcjonalnie wysoki sposób mają skorzystać kraje południa, w tym uderzone koronawirusem Włochy. To może otworzyć perspektywę tak zwanego „momentu hamiltońskiego” (od sekretarza skarbu Alexandra Hamiltona, który uwspólnotowił dług poszczególnych stanów USA, tworząc de facto organizm państwowy).

Skąd Unia chce wziąć nowe przychody? Ponieważ nowy dług jest długoterminowy, ta kwestia jeszcze nie została rozstrzygnięta, ale mówi się o nowych źródłach dochodu od razu z poziomu centralnego UE, takich jak np. podatek węglowy, cyfrowy, od transakcji finansowych. Stawiałoby to rządy państw UE w lepszej sytuacji w przyszłości. Gdyby UE miała własne źródło przychodów, poszczególne państwa nie musiałyby wewnętrznie tłumaczyć się z finansowania przed podatnikami, wyłączając ten obszar z gry politycznej.

Dodatkowo niemieccy politycy chcą podejść do narzekania na „południową niegospodarność” w bardziej konstruktywny sposób niż dotychczas, tj. ograniczyć unikanie podatków w tych krajach poprzez europejski audyt podatków dochodowych i majątkowych.

To wszystko oczywiście niesie szereg zagrożeń. Zmierzanie w kierunku ściślejszej konfederacji o cechach bliższych federacyjnym lub wręcz państwowym stawia szereg pytań o wykonalność tych zamysłów w warunkach deficytu demokracji UE i nacjonalistycznych impulsów targających krajami. Podobnie jak poprzednie pomysły integracyjne oderwanych od społecznego pulsu euroentuzjastów, ten również napotka i wywoła wstrząsy. W przeciwieństwie jednak do np. wprowadzenia euro w taki sposób jak to nastąpiło, idea wspólnego długu jest niezbędna dla zachowania spójności wspólnoty europejskiej. W efekcie pójścia tą drogą uniknięta zostanie dezintegracja UE i polityczny upadek podzielonej Europy, ale każdy kraj UE będzie musiał uznać za swoją politykę wewnętrzną polityki wewnętrzne innych państw (na czele z zagrożeniami niemieckimi typu AfD). Że przy 27 krajach jest to niespotykana w historii świata ekwilibrystyka? Najwyraźniej nie mamy wyjścia i musimy się tego nauczyć.

Krzysztof Mroczkowski

Ekonomia polityczna, czyli kto ma miejsce przy stole?

Ekonomia polityczna, czyli kto ma miejsce przy stole?

Obecny światowy kryzys zdrowia publicznego stawia Polskę i dużą część świata przed wyzwaniem uniknięcia wieloletniej i głębokiej recesji gospodarczej. Polski pakiet antykryzysowy, przyjęty pod koniec marca przez parlament, zakłada optymistycznie, iż od końca wiosny będziemy mieli do czynienia z widocznym odbiciem gospodarczym i powrotem na ścieżkę wzrostu. Te kalkulacje wydają się niepewne i zapewne niedługo będziemy rozmawiać o nowym pakiecie antykryzysowym.

Ze względu na charakter kryzysu potrzebne będzie jednoczesne osiągnięcie dwóch celów: utrzymania dochodów ludności na poziomie bliskim przedkryzysowemu oraz utrzymanie większości sektora przedsiębiorstw w stanie żywotności i gotowości do skorzystania z ożywienia gospodarczego, a także okazji tworzonych na globalnym rynku przez załamanie się części dotychczasowych umów biznesowych (jak również przecenę aktywów). Innymi słowy, potrzebujemy niezubożonego społeczeństwa i nieprzetrzebionych firm, gotowych zamienić czas pokryzysowy w okazję.

Jeżeli okres depresji gospodarczej będzie przedłużać się do końca roku, lub nawet nieco dłużej, koszty utrzymania poziomu dochodów Polaków oraz gotowości produkcyjnej i handlowej firm będą olbrzymie. Jest jednak dobra wiadomość: polski rząd jest w stanie stworzyć takie instrumenty (oraz użyć istniejących), aby dużą część tego tytanicznego kosztu „wziąć na siebie” i przenieść gospodarkę oraz społeczeństwo na bezpieczny drugi brzeg. Rządzący muszą odrzucić przy tym głosy środowisk biznesowych i liberalnych ekspertów, domagających się powrotu do polityki oszczędzania przez państwo kosztem społeczeństwa (przesunięcia budżetowe od programów socjalnych do przedsiębiorców) i biznes (przesunięcia od świata pracy do kapitału). Posłuchanie tych głosów miałoby jednoznacznie depresyjny efekt popytowy. Jednocześnie jednak nie warto stosować odwrotnej logiki (antybiznesowej) proponowanej przez część głosów prospołecznych, szczególnie identyfikujących się jako lewicowe. Bezwarunkowy dochód podstawowy miałby krótki żywot w państwie ze zdewastowanym biznesem. Konieczne jest utrzymanie dochodów ludności oraz żywotności przedsiębiorstw jednocześnie – nie „albo-albo”.

Pierwsza faza reakcji antykryzysowej rządu wyglądała jako bliższa tej pierwszej logiki: zaprojektowana (zbyt mała i nieadekwatna) pomoc dla biznesu ma być finansowana w dużej części przez pracowników (poprzez środki z ich składek). Ta obserwacja prowadzi do kolejnej wiadomości, tym razem złej. Natura kryzysu i możliwych odpowiedzi na niego będzie prowadzić do dużych przesunięć podziału majątku i dochodu narodowego. Będziemy mieli wielkich wygranych i wielkich przegranych. Odsłoni się przed nami w pełnej krasie działanie ekonomii politycznej, zazwyczaj niewidocznej. W grze rozbieżnych interesów o różnej sile, rozsądzające decyzje instytucji państwa przesuwać będą moc gospodarczą w jedną bądź w drugą stronę. Zmiany czekają nas nie tylko w trójkącie biznes – państwo – pracownicy, ale równie wewnątrz samego sektora przedsiębiorstw. Niepewność co do długości kryzysu i nierówno rozłożony wpływ kryzysu będą stawiać pytania o priorytety i instrumenty (przykładowo: „ile miesięcy warto utrzymywać zamknięte biznesy restauracyjne?”). Na to wszystko oczywiście nakłada się brutalna siła lobbingowa oraz wielkie pokusy nadużycia wyjątkowej sytuacji do transferu środków do wybranych sektorów i firm. Przy czym niepodejmowanie decyzji może być jeszcze bardziej brzemienne w skutkach, gdy awersja wobec ryzyka „prokuratorskiego” może doprowadzać od bankructwa firmy oczekujące na pomoc.

To stawia przed nami nieubłaganie pytanie: kto ma miejsce przy stole, przy którym podejmowane są decyzje? W zasadzie jedyni gospodarczo kompetentni ludzie w centrum władzy (KPRM, Ministerstwo Finansów, NBP, Polski Fundusz Rozwoju) są finansistami, wyczulonymi na problemy sektora finansowego. To pozwala pozytywnie zadziałać „od góry” – zapewnić płynność rynkowi obligacji skarbowych oraz bankom, a w dalszej kolejności części silniejszych i mniej narażonych przedsiębiorstw. Nie zabezpiecza jednak gospodarki „od dołu”. W przypadku tego kryzysu nie wystarczy tylko pomóc „koniom pociągowym” (wielkim firmom konkurującym międzynarodowo), gdyż zatrzymanie aktywności tysięcy małych podmiotów może przenieść się na otoczenie firm-czempionów. Przykładowo, firmy niepłacące czynszu operatorom nieruchomości mogą po pewnym czasie zatrzymać ruch „zdrowych” firm budowlanych, potrzebujących nowych projektów nieruchomościowych. To zaś może wpłynąć na podwykonawców wyrobów stalowych. Już dzisiaj widać, iż krytycznym ogniwem transmisyjnym załamującym otoczenie biznesu mogą być firmy małe, lecz zatrudniające powyżej 9 osób, pozostawione na razie bez pomocy.

To nie wina premiera Morawieckiego, że musi na siebie przyjąć rolę Wielkiego Planisty polskiej gospodarki, kierującego fiskalną, monetarną i regulacyjną odpowiedzią na kryzys. Natomiast sposób, w jaki będzie wypracowywać rozwiązania i dzielić się odpowiedzialnością z partnerami społecznymi, będzie szedł na jego konto. Rada Dialogu Społecznego (RDS), sama w sobie zbytnio pomijana w opracowywaniu rozwiązań, w swoim kształcie nie zapewnia odpowiedniej reprezentacji. Pomijając nawet problem zbyt wielkich wpływów dużego biznesu kosztem małego w reprezentacji przedsiębiorców, również reprezentacja związkowa nie zapewnia pilnowania interesu społecznego. O ile pracownicy w uzwiązkowionych sektorach mogą liczyć na próbę reprezentacji przez środowiska związkowe w RDS, o tyle inni pracownicy i samozatrudnieni są w gorszej sytuacji. Wielkim problemem jest brak środowisk ekspertów gospodarczych o nastawieniu prospołecznym. Postuluję rozszerzenie Rady Dialogu Społecznego lub powołanie dodatkowego ciała doradczego w kwestii działań antykryzysowych.

O jakich rozwiązaniach warto dyskutować? Część jest już znana i tylko awersja do zwiększenia długu publicznego może tłumaczyć umiarkowaną skalę działania rządu. Należy rozszerzyć udział państwa w finansowaniu płac pracowników z obecnych 40% do co najmniej 80% – z dodatkowego deficytu budżetu budżetowego, nie zaś z plądrowania środków przeznaczonych na składki. Należy stworzyć zasilony płynnością wehikuł Polskiego Funduszu Rozwoju, dokonujący wsparcia dużych, ważnych dla konkurencyjności Polski firm, w zamian za udziały (np. sieci marek ubraniowych, firmy przemysłowe). Dodatkowo, ponieważ czas i skala kryzysu będą dla poszczególnych firm i sektorów wyglądać różnie, w pewnych przypadkach, aby uratować biznes, obok instrumentów ogólnych finansujących część kosztów biznesów trzeba byłoby stworzyć instrumenty „celowane”, w tym być może tak awangardowe jak „państwo jako kupiec ostatniej szansy”. Aby uniknąć zarówno „pokusy nadużycia” dyskrecjonalnych działań oraz groźby bezczynności ze względu na ryzyka „prokuratorskie”, w bieżącym nadzorze tych działań powinien uczestniczyć szeroki czynnik społeczny – np. osoby delegowane z rozszerzonej Rady Dialogu Społecznego.

Ze względu na olbrzymie koszty pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego należy na razie pozostawić na przyszłość, zwiększając jedynie znacząco poziom zasiłków dla bezrobotnych. Przy dużym wzroście bezrobocia obecny poziom zasiłku będzie wylęgarnią problemów społecznych, a także gospodarczych, jak na przykład niespłacanie kredytów hipotecznych. Dodatkowo należy stworzyć finansowe zachęty dla firm, które już zwolniły pracowników, do ponownego zatrudnienia tych osób. Dla pracujących na umowach cywilno-prawnych państwo powinno wejść bezpośrednio w rolę pracodawcy – przykładowo, w Norwegii państwo płaci „wolnym strzelcom” równowartość 80% przedkryzysowych miesięcznych przychodów.

O ile rok 2020 powinien być rokiem ratowania gospodarki i firm, to przy powodzeniu całej operacji w przyszłym roku pojawi się problem długu. Ze względu na potrzebę rozpędzenia gospodarki, warto przynajmniej do 2022 roku wstrzymać się z podwyższaniem opodatkowania, nawet dla „silniejszych”, przy zastrzeżeniu, że ostatecznie obciążenie musi trafić na najsilniejsze barki, a wzrost długu nie może być pretekstem do zwijania raczkującego „polskiego państwa dobrobytu”. W krótkim okresie obsłużenie długu nie powinno być problemem – inwestorzy nie uciekną z braku alternatyw. Oczywiście, zawsze istnieje ryzyko, że inwestorzy sprzedadzą obligacje po to, by zainwestować w inne aktywa. Przy załamującej się gospodarce aktywa te przez długi czas tracą na wartości, więc obligacje są raczej „bezpieczną przystanią” w pierwszej fazie kryzysu. Od przyszłego roku będziemy musieli się zastanowić nad sposobem obsługi obciążenia. Nawet jeżeli (co powinniśmy zrobić) podwyższymy konstytucyjny limit długu publicznego wynoszącego obecnie 60% PKB, jest już najwyższy czas, by zmienić podział ciężarów i korzyści gospodarczych.

Wyzwanie jest dużej skali, ale przy odważnym sięganiu po instrumenty na bazie państwowego deficytu możemy sobie z nim poradzić, choć może nas to kosztować nawet kilkanaście procent PKB jako dodatkowy dług w latach 2020-21. Dzięki finansowej kładce trwającej od kilku miesięcy, nawet po początek przyszłego roku, możemy uniknąć depresyjnej spirali i zacząć mierzyć się z pokryzysowymi zagadnieniami, w tym z długiem, inflacją, oraz możliwością deglobalizacji produkcji i rynku światowego. Na końcu tej drogi, za ten cały okres i problemy ktoś zapłaci i będzie przegranym. Będą też wygrani – ci, którzy teraz zasiądą przy stole decyzyjnym.

Krzysztof Mroczkowski

Czas na solidarnych demokratów!

Czas na solidarnych demokratów!

Dzień wyborów nadchodzi, jeszcze niedawno odległy o długie miesiące i tygodnie, a wkrótce już tylko o dni. Nasze pojedyncze głosy ułożą się w jednoznaczny werdykt lub zniuansowaną ocenę, ale w przeciwieństwie do sondażowych wprawek będą mieć nieodwołalne skutki.

Krytycy rządów prawicy z ostatnich czterech lat z pewnością mają sporo racji. Bezsprzecznie w wielu instytucjach publicznych obniżają się standardy, a społeczne obyczaje psują. Coś złego dzieje się z regułami postępowania. Akceptowalne staje się to, co wcześniej nie uchodziło, a pod osłoną pseudopatriotycznego frazesu rozkwita doprawiony małością oportunizm.

Niektóre media, jako część systemu będąca na widoku, są najlepszą ilustracją tej rzeczywistości. „Dziennikarze” tworzą treści bez żadnego szacunku do standardów dziennikarskich, uwłaczając godności odbiorców i twórców. Nie zbywajmy tego dystansem. Nie zasłużyliśmy na kierowanie w naszą stronę tak płaskiego przekazu, ale też nikt nie zasłużył na możliwość realizowania się jako twórca tak podłych treści. Zły system tworzy złe postawy i zmienia ludzi w gorszych niż by chcieli. Ta choroba, na której ofiary powinniśmy patrzyć bardziej z troską niż z pogardą, nie jest przypadłością tylko jednego obozu politycznego. Jawna manipulacja w złej wierze, czytelna, zaczyna uchodzić za normę.

Standardy publiczne przed 2015 rokiem nie były jednak tak wysokie, jak twierdzą tęskniący za ancien regimem. Weźmy przykład koncentrujący wyobrażenia „obrońców demokracji”: polski wymiar sprawiedliwości i korporacje prawnicze. Robert Krasowski pisał już kilka lat temu, że „polskie elity padały przed togą”. Dzisiejsze heroizowanie elit prawniczych przez tożsamościową opozycję wywołuje zdumienie niejednego pozbawionego ideałów członka prawniczej elity. W każdym razie fasada budowana przez obrońców demokracji („wspaniali sędziowie, profesorzy i adwokaci”) ma braki widoczne gołym okiem. Przypominają się słowa protagonisty – rozgrywającej się w Polsce początku lat dziewięćdziesiątych – powieści Eustachego Rylskiego „Człowiek w cieniu”, opisującego fikcyjnego mecenasa Lancę, uznanego za wielką postać adwokatury: – Rozmawiałem z Lancą – skłamał. – Nie ma żadnej koncepcji obrony. To przereklamowana gwiazda. Zadufany w sobie, efekciarz. Lansują go wpływowe koterie, bo czasy potrzebują wielkości, ale to jest lepienie cokołów z g…a.

Już poza obszarem fikcji literackiej, część polskich elit prawniczych, drastycznie łamiąc etykę zawodową i elementarną przyzwoitość, uczestniczyła w procesach „dzikiej” reprywatyzacji, do dziś mszcząc się za ujawnianie tego procederu. Nie spotkał ich wewnątrzkorporacyjny ostracyzm, a mechanizmy samooczyszczające środowisko prawnicze nie zadziałały skutecznie. Jan Śpiewak, stołeczny aktywista ujawniający reprywatyzacyjne nieprawidłowości, stał się obiektem vendetty ze strony części tego środowiska. A jednak w obliczu walki z obozem władzy wiele sympatyzujących z opozycją wpływowych kręgów i mediów uznało elity prawnicze za nieomal dar opatrznościowy dla naszego kraju.

Stawianie cokołów jest więc przedsięwzięciem ryzykującym ośmieszenie dobrych wzorów obywatelskich zamiast ich wzmocnienia. Jednak wspólnota powinna doceniać rzeczy dobre i udane. Kilka spraw udało się zrobić dobrze w naszym kraju, także w okresie transformacji. Trudno zaprzeczyć, że jest wiele aspektów, z których jako społeczność możemy być dumni. Warto doceniać obywatelskie postawy, które tworzyły i tworzą lepszą wspólnotę. Szczególnie że, choć tyle mówiło się w czasie transformacji o zasługach zwykłych Polaków, budujących codziennym wysiłkiem dobrobyt, to faktyczne docenienie nie miało miejsca. Zamiast autentycznego hołdu słyszeliśmy co najwyżej nieszczerą przedwyborczą kokieterię.

Tworzenie lepszej wspólnoty to przełamywanie impulsu egoizmu na rzecz dobra wspólnego. Impuls egoistyczny to skupienie się na wąskim – indywidualnym, familiarnym, klanowym lub klasowym – interesie. Jego konsekwencją jest tworzenie się systemów oligarchicznych, które ekonomista Daren Acemoglu i politolog James A. Robinson, autorzy pracy „Dlaczego narody przegrywają”, nazywają systemami ekstrakcyjnymi. Oligarchiczne mechanizmy wypaczają funkcjonowanie sfery publicznej, nie tworząc zachęt dla dobrego postępowania, a jedynie nakłaniają do „wyszarpywania” swojej części kosztem innych. Przełamanie tego impulsu poprzez solidarność z innymi członkami wspólnoty i przekroczenie wąskiego interesu jest jednak dopiero początkiem budowania dobrego społeczeństwa. Indywidualny prometeizm, bez uformowania trwałego śladu, byłby tylko ozdobą.

Solidaryzm musi się przerodzić z jednostkowego zjawiska w nowe zasady. Aby je wykształcić, społeczeństwo potrzebuje armatniego mięsa etycznych nonkonformistów, postępujących tak, jak należy, a nie tak, jak się opłaca. Im bardziej egoistyczne, zoligarchizowane, ekstrakcyjne społeczeństwo, tym większe koszty ponoszone przez rzesze tych cichych bohaterów, których istnieniu wiele zawdzięczamy, a których nigdy nie ujrzymy na pomnikach. Upowszechnienie nowych dobrych wzorców zachowań i lepszych reguł życia w społeczeństwie, tworzy i umacnia instytucje przyjazne obywatelowi i wspólnocie. Cieszmy się z tego, co udało się zrobić, również w ciągu transformacji (jak np. przyjaźniejsze urzędy, nieskorumpowana drogówka), ale poza lansowanymi herosami uczcijmy przyzwoite zachowania i codzienny trud zwykłych bohaterów i kierujmy do nich dobre myśli. Lepsza organizacja świata potrzebna nam jest dla dobrego życia niemal na równi z ekonomiczną bazą zapewniającą materialne bezpieczeństwo.

Potrzebujemy zarówno dobrego impulsu solidarnościowego, który buduje fundamenty, jak i rozwiniętych form instytucjonalnych tworzących codzienną podmiotowość społeczeństwa, demokrację. Bez demokratycznych instytucji rządzący, nawet mający solidarnościowy gest, mogą ten gest wycofać, a oprócz tego uczynić życie nieznośnie zależnym od widzimisię wpływowych klik i patronów. W samym społeczeństwie zapewne większość obywateli widzi potrzebę zarówno solidarności, jak i demokracji. Byłoby dobrze, aby solidarni demokraci znaleźli swoją reprezentację również w procesie politycznym.

Za ogólnymi rozważaniami musi pójść konkretny wybór. Rządzący obóz zjednoczonej prawicy oferuje znaną mieszankę pozytywnych i negatywnych osiągnięć. Dużo lepszej niż przed 2015 rokiem polityce społecznej towarzyszy w miarę rozsądna bieżąca polityka gospodarcza, ignorująca jednak potężne wyzwania energetyczne. W sferze instytucji i spraw publicznych mamy do czynienia ze znaczącym pogorszeniem, a w sferze polityki zagranicznej z krytyczną groźbą zawężania pola manewru.

Jak mogłyby wyglądać kolejne cztery lata w wykonaniu obozu dotychczas rządzącego?

W sferze solidaryzmu społecznego należy się spodziewać, przy obecnym przywództwie prawicy, kontynuacji rozpoczętych programów, bez znaczącego ich poszerzania, ale również bez ograniczania. Presja budżetowa spowodowana przez brak wystarczających podatkowych instrumentów redystrybucji ograniczałaby apetyty na wydatki. To zaś oznaczałoby kolejne cztery lata bardzo solidnych, choć niezwiększanych, przepływów pieniężnych pomimo rosnącej znowu presji budżetowej. Ich efekt to spadek nierówności społecznych i wzrost zamożności szerszych warstw, a co za tym idzie mniejsze podłoże społecznych niepokojów. W sferze gospodarczej do ryzyka pogorszenia światowej koniunktury dodałby się negatywny skutek odkładanej na święty nigdy modernizacji energetyki. Należałoby też spodziewać się dojścia kosztów narastającej i w większości samozawinionej izolacji Polski wobec głównych europejskich stolic i całej wspólnoty europejskiej. To może przełożyć się na zmniejszony budżet unijny dla Polski i inne pośrednie koszty pozostawania przez nas obok głównego procesu decyzyjnego UE.

W obszarze instytucji i spraw publicznych można się spodziewać znaczącego pogorszenia i tak już niedobrego trendu. Choć część instytucji ma się pomimo lub dzięki obecnej kadencji rządów prawicy dobrze, to degradacja szeregu innych powinna zwrócić naszą uwagę. Jeszcze bardziej niepokojące dla perspektyw instytucji jest coraz bardziej rozpowszechnione nastawienie przedstawicieli i klientów obozu prawicy, wykazujące znamiona bezkarności, znieczulicy, nieświadomości bądź obojętności wobec skutków własnych działań i nieodpowiedzialności w obliczu czynionych szkód. Inną jest sytuacja, gdy łamiący reguły świadomie i z cieniem rozterki te reguły łamie, a inną jest sytuacja obecna. Wielu nowych władców nie uznaje istnienia reguł lub świadomie postanawia je znieść, jako niepotrzebne ograniczenie swojego sprawstwa. Ta intencja zwiastuje potężny problem dla społeczeństwa w ładzie wewnętrznym (m.in. medialnym), gdyż naginanie rzeczywistości do politycznej woli kończy się upadkiem instytucji. W sferze polityki zagranicznej oznacza to kłopoty dla całego państwa, gdyż za nieuznawanie ograniczeń rzeczywistości płaci się wielką cenę.

Alternatywa w postaci obozu liberałów u władzy byłaby próbą powrotu do polityki cięć kosztem świadczeń społecznych pod pretekstem balansowania nierównowagi budżetowej. Poza wszystkim innym, takie podejście skutkuje efektami odwrotnymi od oczekiwanych. Liberalna polityka zaostrza i radykalizuje obóz niezadowolonych, zwiększając szeregi zwolenników niebezpiecznego ksenofobicznego populizmu. W efekcie, po kilku latach, instytucje są zagrożone bardziej niż uprzednio.

Nie znaczy to jednak, że jesteśmy bez wyboru. Przynajmniej raz na cztery lata ten wybór mamy. Gdy jedni chcą nam poskąpić solidarności, a drudzy demokracji, obywatele muszą szukać wyjścia poza tymi obozami klinczu. Solidarni demokraci, jakimi są w wielkiej mierze Polacy, są w stanie włożyć między dwa potężne obozy (deficytu solidarności i deficytu demokracji) siłę blokującą większość. Jeżeli tak się stanie, to można będzie nam postawić w przyszłości prawdziwy pomnik.

Krzysztof Mroczkowski

Oparte na faktach

Oparte na faktach

Nieczęsto zdarza się, aby rządowy materiał analityczny, bez jakiegokolwiek przełożenia na prawodawstwo, miał szansę zmienić postrzeganie sytuacji w kraju przez jego elity. Niedawno opublikowana została analiza, która powinna „zmienić wszystko”. Jeden z liberalnych komentatorów ekonomicznych z przerażeniem skonstatował, iż ostatni raport Ministerstwa Finansów pokazuje, że Polska notuje poziomy nierówności dochodowych znane z „afrykańskich satrapii”. O jakim raporcie mowa? Zacznijmy od zarysowania tła.

Optymiści i krytycy

Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.

Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.

Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.

Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.

To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.

Odkrywając fakty

Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.

Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.

Krytycy kursu neoliberalnego mieli niełatwe zadanie. Trudno było oczekiwać przezwyciężenia wpływów instytucjonalnych zwolenników istniejącego porządku społeczno-gospodarczego np. na legislację czy ośrodki eksperckie. Sprzyjające neoliberalizmowi były, i w większości nadal są, główne media. Dodatkowym utrudnieniem był brak danych jednoznacznie wskazujących na dużą skalę problemu, mimo iż realia poza Polską metropolitalną dawały istotne przesłanki do bicia na alarm. Nierówności rosły podczas polskiej transformacji, gdy w wielu miejscach upadały duże zakłady pracy, zwijana infrastruktura utrudniała awans osobom z prowincji, niepewne i śmieciowe warunki zatrudnienia nie zabezpieczały przed nieprzewidzianymi zdarzeniami. Odzwierciedlenie w statystykach można było zauważyć, ale na poziomie zagregowania tak dużym, że ocierającym się o abstrakcję – podział dochodu między pracę a kapitał uprzywilejowywał ten drugi znacznie bardziej, niż w krajach, do których realiów aspirowaliśmy. Również podatki dochodowe nie miały korekcyjnej roli redystrybucyjnej, jak na upragnionym Zachodzie. W kraju ekonomicznie wyedukowanym na modłę neoliberalną, wyższa progresja podatkowa do dziś jest pomysłem niepopularnym.

Krytycy od dawna podejrzewali, iż nierówności są faktycznie o wiele wyższe niż wskazywały na to oficjalnie podawane dane ankietowe GUS. Już kilka lat temu jednemu z ekonomistów udało się dotrzeć do danych PIT z województwa dolnośląskiego, wskazujących, iż poziom nierówności dochodowych jest znacznie wyższy, niż podawanych w statystykach GUS. Do podobnych wniosków doszli niedawno badacze powiązani z Thomasem Pikettym: P. Bukowski i F. Novokmet. Brakowało jednak danych pozwalających na jednoznaczne wnioski.

Dopiero wydany w tym miesiącu raport Ministerstwa Finansów „Wybrane aspekty systemu podatkowoskładkowego na podstawie danych PIT i ZUS 2016” pozwala na skok jakościowy, jeśli chodzi o poziom wiedzy na temat rozkładu dochodów Polaków. Analiza została opracowana w oparciu o połączone bazy danych podatkowych i ubezpieczeniowych.

Raport Ministerstwa Finansów, jest „dymiącym pistoletem”, dowodem, przyłapaniem neoliberalizmu na gorącym uczynku. W komentarzach medialnych do raportu skupiono się na różnych poziomach nierówności między województwami oraz na wysokim poziomie nierówności w województwie mazowieckim. Takie ujęcie wskazuje na poboczną ciekawostkę, podczas gdy główne, druzgocące wnioski wyłaniają się na poziomie kraju. Wskaźnik Giniego na poziomie 0,51 stawia Polskę w jednym rzędzie z krajami Afryki subsaharyjskiej. Sceptycy mogą debatować na temat teoretycznej porównywalności różnych metod pomiaru między krajami, jednak inne fakty z raportu nie powinny podlegać debacie. Z raportu dowiadujemy się, iż 1 (słownie: jeden) procent Polaków o najwyższych dochodach uzyskuje 14 procent dochodów wszystkich podatników. Statystyczny „Polak z jednego procenta” uzyskuje więc 14-krotnie większy dochód niż po prostu statystyczny Polak.

Jak to możliwe? Najbogatsi podatnicy najczęściej czerpali dochody z działalności gospodarczej (opodatkowanej często w liniowy sposób). Podczas gdy mechanizmy rynkowe kreują nierówności, system podatkowo-składkowy ich nie niweluje, lecz wręcz powiększa. Podatnicy uzyskujący dochód powyżej miliona złotych brutto są efektywnie opodatkowani (łącznie ze składkami) średnio na poziomie 20%, podczas, gdy dla najbiedniejszych, o dochodzie do 10 tysięcy złotych brutto, obciążenie podatkowo-składkowe wynosi blisko 60%. Jednocześnie zamożni posiadają dodatkowe źródła dochodu, jak np. papiery wartościowe, ale też nieruchomości (za wynajem których, jak można się domyślać, płacą mniej zamożni).

Powyższe grafiki pochodzą z raportu omawianego w tekście

 

Metodologicznie raport daje obraz bliski pełnego, ale nie pełen. Z jednej strony nie uwzględnia (nie rozliczających się PIT) rolników i bezrobotnych, co zapewne mocno powiększyłoby wskaźnik nierówności, ale z drugiej strony nie uwzględnia również wpływu 500+. Nie wskazuje też (z braku danych) roli czynnika majątkowego, który wpływa na dochód do dyspozycji: niski dochód dla osoby z własnym mieszkaniem jest dużo mniej uciążliwy niż dla wynajmującego lub kredytobiorcy. Można się jednak domyślać, że dzięki wysokim dochodom osoby lepiej zarabiające są w stanie zgromadzić majątek pozwalający na niezmniejszanie dochodu do dyspozycji.

Od krytyki do praktyki

Autorom raportu oraz wszystkim, którzy przyczynili się do jego powstania, należą się słowa wdzięczności. Ich praca wskazuje, jak duży potencjał analityczny istnieje w instytucjach państwa. Słusznie autorzy i ministerstwo zbierają dziś gratulacje od środowiska ekonomicznego za swoją pracę. Pod względem naukowym ich materiał przysłuży się wielu wartościowym opracowaniom. Główna wartość leży jednak w roli, jaką powinien odegrać poza wąskim środowiskiem zawodowych ekonomistów.

Obecny system społeczno-ekonomiczny wymaga mocnych korekt. Jest to sprawa ważna nie tylko z punktu widzenia obowiązku etycznego, ale też pragmatyki. W widoczny sposób nierówności ekonomiczne i różnice doświadczeń między ścieżką merytokratyczną a ścieżką ograniczonych szans przekładają się na poparcie ksenofobicznych populistów rozpoczynających swój marsz po władzę w krajach Europy. Ignorowanie problemu byłoby groźne dla wszystkich, gdy łańcuch przyczynowo-skutkowy między neoliberalizmem a społecznym rozpadem jest już jasny. Raport Ministerstwa Finansów wytrąca z ręki argumenty tym, którzy chcą usprawiedliwić bezczynność. Szukanie wymówek musi się skończyć w obliczu niezaprzeczalnych faktów, podobnie jak skończyło się negowanie problemu smogu.

Jak pisałem na początku, ten raport powinien „zmienić wszystko”, gdyż w przeciwieństwie do dowodów anegdotycznych nie zawiera narracji, lecz fakty. W polskiej debacie na temat nierówności społecznych nie będzie można go zignorować. Powinien – ale nie wstrzymujmy oddechu w oczekiwaniu. Czy w naszej rzeczywistości wiedza wystarcza do podjęcia działań? Przykład smogu jest dobrą ilustracją – od zrozumienia i potakiwania do znaczących działań droga jest daleka. Podobnie jest w przypadku nierówności. W świecie Zachodu wytworzył się wręcz rynek na powtarzanie ex cathedra „byliśmy głupi” i stawianiu jeżeli nie przenikliwych, to na pewno trafnych diagnoz, za którymi jednak nie idzie praktyka.

To podejście pozwala na długie kursowanie po panelach dyskusyjnych lub promocjach własnych książek. Ta w teorii krytyczna postawa kończy się nagle przy jakiejkolwiek możliwości wsparcia faktycznej zmiany. O tym, jak nierówności niszczą społeczeństwa i karczują drogę do zwycięstw ksenofobicznemu populizmowi, pisali w ostatnich latach m.in. Robert Peston, Ed Luce, Iwan Krastew, i wielu innych dziennikarzy, komentatorów i publicznych intelektualistów mainstreamu (lista byłaby bardzo długa, można by ją uzupełnić również o polskich autorów). Brytyjczyk Peston nie posiada się ze złości na obecny stan rzeczy, nie powstrzymując się przed bluzgami na status quo nawet w tytule swojej książki. Kiedy jednak w swoim kraju ma przemyślany projekt polityczny (Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna), proponujący wiarygodne rozwiązania problemów, Peston nie znajduje dla niego nawet jednego dobrego słowa.

Ten schemat powtarza się w kolejnych krajach przy kolejnych okazjach. Kiedy ze statystyk o nierównościach lub podziałach społecznych można ukuć zręczny cytat pełen moralnego wzmożenia – kolejka chętnych jest długa. Kiedy przychodzi do poparcia inicjatyw faktycznie walczących z problemami (choćby w ograniczony sposób) – robi się pusto. Dla Edwarda Luce’a zwieńczeniem dobrej analizy problemu staje się groteskowe lokowanie nadziei w osobie… Emmanuela Macrona (oczywiście do czasu, gdy niespodziewanie „okaże się”, że ten nie sprosta wyzwaniu). W czym więc rzecz i po co ta farsa? Kto nie rozumie tego, co się dzieje, a kto nie chce uczynić pożytku z dostępnej wiedzy? Czy nominalny krytyk nie zachowuje się jak optymista, który nic nie chce zmieniać?

Pozostaje nie zwracać uwagi na tych, którzy krytykują obecny stan rzeczy tylko w teorii. Upowszechnienie się krytycznej interpretacji obecnego porządku, coraz bardziej prawdopodobne, powinno być dla prospołecznych środowisk dopiero początkiem. Zdezorientowanemu społeczeństwu sprzedawani są w krytycznej otoczce zarówno cyniczni populiści, jak i bezideowi technicy kampanii wyborczych. Od nich ruchy prospołeczne muszą się odróżnić wyrazistą wizją, popularnym konkretem i widoczną praktyką.

Krzysztof Mroczkowski