przez Marcin Malinowski | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
W moich poprzednich tekstach („Niech znów ruszą maszyny”, „Szczepionka na neoliberalizm” i „Odzyskać państwo”) bardzo się starałem, aby nie wychodzić poza ramy narodowego, publicznego i społecznego interesu Polski i Polaków. Uznałem, że poruszane w nich tematy nie są ani „lewackie”, ani „prawicowo-oszołomskie”, ani antyklerykalne czy prokościelne. Sytuują się raczej na styku relacji większości polskiego społeczeństwa z „resztą”, czyli szeroko pojętą globalizacją, szkodliwym neoliberalnym światopoglądem, częścią oderwanych od rzeczywistości polskich elit politycznych oraz egoistycznych elit finansowych. Polska nie jest dużym graczem na scenie międzynarodowej, dlatego ma ograniczone pole manewru, choć ono rzecz jasna istnieje. Należy tym bardziej uzmysłowić sobie jego granice i możliwości, które się z nim wiążą, ponieważ determinują one przyszły los polskiej wspólnoty, a więc nas.
Temat ochrony polskich zasobów naturalnych i strategicznej infrastruktury, czyli zrównoważonego rozwoju, również warto poruszać, dążąc do mianownika wspólnego dla Polaków – chociaż jest to już ćwiczenie trudniejsze, ponieważ niektóre składowe tego zagadnienia, np. stosunek do zmian klimatycznych, energii odnawialnej, nuklearnej, wydobycia gazu łupkowego czy do samej definicji zrównoważonego rozwoju, mogą budzić duże emocje.
Co rozumiem przez zrównoważony rozwój? To zintegrowane i skuteczne prowadzenie różnych polityk, służące długoterminowym celom i interesom państwa oraz jego obywateli bez narażania interesu przyszłych pokoleń.
Państwo dobre, czyli jakie?
Dobre państwo to, moim zdaniem takie, z którego obywatele nie emigrują i które nie ma problemów z demografią, ponieważ istnieją tam dobry rynek pracy, rzetelne zabezpieczenia socjalne, solidna publiczna służba zdrowia, edukacja, przedszkola, żłobki czy usługi komunalne.
To państwo, które konkuruje nie tylko tanią siłą roboczą, lecz przede wszystkim produkcją zaawansowanych technologii opatentowanych przez rodzime podmioty gospodarcze. To także zróżnicowana ekonomia, z silnym krajowym kapitałem w sektorach finansowym, telekomunikacyjnym, handlowym, z produkcją zawansowanych i średniozaawansowanych, ale innowacyjnych produktów, sprawnym rolnictwem i sektorem produkcji żywności.
To państwo, które umiejętnie kontroluje konieczne monopole oraz dba o konkurencyjność na rynkach. Troszczy się o swoje środowisko naturalne, ekologię, lasy, rzeki i jeziora, o piękno architektoniczne, ma sprawną armię, solidną policję i inne służby. To państwo o stabilnych finansach, z bezpiecznym prywatnym i publicznym długiem oraz oszczędnościami obywateli zarządzanymi zgodnie z interesem narodowym, posiadające dość rezerw, aby móc aktywnie reagować na nieprzewidziane szoki i kryzysy.
Przede wszystkim to jednak organizm, który sam jest w stanie określić, co jest dobre i realne dla jego obywateli, bez bezmyślnego kopiowania zagranicznych wzorów, często niewpisujących się w nasz specyficzny kontekst kulturowy i geopolityczny.
Oznacza to konieczność istnienia bardzo sprawnych instytucji i systemu politycznego zdolnego do zarządzania tymi wszystkimi elementami.
Obecność pięciu poniższych obszarów stanowi, moim zdaniem, minimum konieczne do zaistnienia zrównoważonego rozwoju.
Zasoby naturalne
Kontrola nad polskimi zasobami naturalnymi i zarządzanie nimi w sposób zrównoważony stanowi jedną z podstaw przyszłego dobrobytu Polski. Zarządzanie tego typu zawsze było powodem konfliktów międzypaństwowych, co widać na przykładzie ropy czy gazu. Również obecnie toczy się o nie brutalna gra między państwami a grupami kapitałowymi. Miliardy dolarów ukryte w rajach podatkowych wracają stamtąd, by zostać ulokowane m.in. w zasobach naturalnych, także w Polsce. Konieczne jest wypracowanie takich strategii i polityk, które zapewnią zrównoważoną i dobrze przemyślaną ich eksploatację, zasilenie polskiego systemu socjalnego (a nie dywidend wielkiego kapitału), a dodatkowo wezmą pod uwagę interes przyszłych pokoleń oraz będą przyjazne środowisku naturalnemu.
Wszystkie poniższe obszary są ze sobą powiązane, np. wydobywanie złóż mineralnych na obszarach Natura 2000 wpływa na stan tych terenów, nawożenia ziemi – na jakość wody pitnej, oddziaływanie wydobycia gazu łupkowego – na wody podziemne itd. Dlatego wszystkie strategie powinny brać pod uwagę istniejące między nimi współzależności.
a) Woda pitna
Polska jest terenem stepowiejącym i nieposiadającym wielkich zasobów wody pitnej. Tegoroczna susza sprawiła, że wiemy już, co oznacza jej niedobór. Można także zauważyć, że coraz częściej pojawiają się gwałtowne opady powodujące powodzie – ale również długie okresy bezdeszczowe.
Dlatego należy, po pierwsze, zapewnić strategiczną kontrolę państwa nad odpowiednią ilością zasobów wody pitnej oraz zdecydowanie uniemożliwić ich przejmowanie przez wielki kapitał. Po drugie, stworzyć i wdrożyć plan ograniczający kurczenie się jej zasobów, poczynając od wód podziemnych. Po trzecie, rozbudować systemy przeciwpowodziowe (wały, poldery itd.), gdyż ich brak będzie powodował ogromne straty finansowe powodowane coraz częstszymi powodziami. Trzeba także rozbudować systemy ograniczające straty w czasie suszy (zbiorniki wodne), poprawić czystość zasobów wód powierzchniowych i w ten sposób rozszerzać ich dostępność. Obecnie tylko 1 proc. zasobów to woda I klasy czystości.
b) Ziemia rolna
Państwo powinno mieć taką kontrolę nad strategicznie konieczną ilością ziemi rolnej, aby w razie potrzeby było w stanie zapewnić samowystarczalność żywnościową Polski. Rynki produktów rolnych są poddane manipulacjom spekulacyjnym, ceny mogą gwałtownie się zmieniać, a potencjalne przyszłe konflikty – doprowadzić do gwałtownych niedoborów żywnościowych.
Należy więc wdrożyć, wzorem niektórych krajów Europy Zachodniej, mechanizmy, które uniemożliwią Polsce i polskiemu kapitałowi utratę kontroli nad ziemią rolną, a więc spekulację tą ziemią, gdyż, wbrew poglądom neoliberałów, nie powinna być ona traktowana jako zwykły towar. Należy też pilnować, aby Art. 23. Konstytucji RP był właściwie przestrzegany. Brzmi on: Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne. Warto zadbać o odpowiednie normy ekologiczne zapobiegające erozji ziemi oraz zanieczyszczaniu gleb i wód, np. z powodu używania nawozów.
c) Lasy
W wyniku zawirowań historycznych polskie lasy są w większości własnością państwową i tak powinno zostać, gdyż leży to w interesie społecznym. Taka forma własności promuje swobodny dostęp do nich (chociażby w czasie grzybobrania), zabezpieczenie drzewostanu przed nadmiernym wyrębem, ochronę pięknych krajobrazów, zwierząt czy ostatnich dzikich ostępów leśnych. Wystarczy popatrzeć na niektóre zachodnie państwa – tam własność prywatna oznacza grodzenie. Lasy regulują również korzystnie ilość wody i klimat. Istnieją zakusy różnych grup, aby na własność przejąć polskie lasy, co jest sprzeczne z naszym interesem.
Warto więc wzmocnić konstytucyjnie państwową własność terenów leśnych, aby nie dało się dokonać przekształceń własnościowych na drodze ustawowej za pomocą zwykłej większości w sejmie. Na szczęście, zgodnie z polskim interesem narodowym i społecznym, 27 października 2015 r. Prezydent RP zawetował zmianę ustawy o lasach. Haczyk tkwił w podkreślonym fragmencie, który umożliwiałby sprzedaż gruntów leśnych:
Art.1.1.2. Lasy stanowiące własność Skarbu Państwa mogą być zbywane wyłącznie w przypadkach określonych w ustawie w celu zachowania trwale zrównoważonej gospodarki leśnej lub realizacji celu publicznego w rozumieniu przepisów o gospodarce nieruchomościami.
Konstrukcja tego zapisu jest podobna do ustępu konstytucyjnego o ograniczeniu zadłużenia publicznego, który pozwala na manipulację metody wyliczania długu publicznego za pomocą zwykłej ustawy. Jak to działa w praktyce, okazało się przy nacjonalizacji prywatnych pieniędzy z OFE. Jeśli np. IKEA czy jakiś fundusz spekulacyjny zaproponowaliby „trwale zrównoważony” projekt zarządzania 100 tys. hektarów lasów, to mogliby kupić taki obszar od Państwa, bo weryfikację projektu przeprowadzałoby Ministerstwo Ochrony Środowiska. Wygląda to więc na rezultat profesjonalnego lobbingu, którego celem była możliwości obejścia Konstytucji.
Należy również zwiększać poziom ochrony i obszar parków narodowych czy krajobrazowych i poprawić jakość państwowych instytucji zarządzających lasami.
d) Złoża kopalin energetycznych i nieenergetycznych
Zdecydowałem się umieścić oba typy kopalin obok siebie, gdyż są podobne pod wieloma względami. Różnica jest taka, że kopaliny energetyczne są dodatkowo kluczowe dla bezpieczeństwa energetycznego – mówimy tu np. o węglu kamiennym i brunatnym, gazie konwencjonalnym, gazie łupkowym, metalach żelaznych i nieżelaznych, kryształach, pierwiastkach ziem rzadkich, surowcach budowlanych.
Zasoby wszelkich kopalin to kapitał Polaków na przyszłość. Odpowiednia strategia i jej systematyczne wdrażanie mogą być jedną z podstaw zmiany obecnego neokolonialnego modelu rozwoju Polski na model podmiotowy, taki, jakim cieszą się Szwecja czy Korea Południowa. Mówiąc inaczej, zyski z wydobycia kopalin mogą zasilać budżet państwa, strategiczne inwestycje w technologie czy zabezpieczenia socjalne, edukację i przedszkola. Mogą również – jeśli sprawy nie zostaną dopilnowane – być transferowane z Polski w postaci dywidendy dla zagranicznych właścicieli. Obecnie nie ma żadnej solidnej strategii zrównoważonego rozwoju pozyskania kopalin. Firmy takie jak KGHM odprowadzają miliardy podatku CIT do państwowej kasy. Mimo to ich rozwój jest zagrożony przez ciągłe kłopoty budżetowe, które powodują czasami zbytni nacisk podatkowy ze strony rządzących.
Różne polskie organizacje, np. Polska Platforma Technologiczna Surowców Mineralnych, od lat alarmują o zaniechaniach rządów na tym polu oraz promują propozycje strategii politycznych. Koncepcja taka powinna być długoterminowa i brać pod uwagę spore wahania cenowe surowców na światowych giełdach. Niepoważnym postępowaniem jest przejadanie sporych zysków w okresie krótkotrwałej hossy oraz zamykanie kopalń przy wahnięciach cenowych w dół, jak to ma miejsce obecnie. Wydobycie, zwłaszcza złóż rzadkich, opłaca się długoterminowo, ale trzeba realizować je w ramach polskiego interesu, a nie w imię zysków wielkiego kapitału.
Państwo powinno inwestować w badania geologiczne, aby uzupełniać mapy polskich zasobów kopalnych. Analizy te muszą być wykonywane przez podmioty zależne od polskich instytucji, aby utrzymywać kontrolę nad cennymi informacjami. Niektóre zidentyfikowane złoża można klasyfikować według odpowiednio zdefiniowanych kryteriów, np. jako kluczowe dla interesu publicznego, i tym samym chronić je przed takim użytkowaniem gruntów, które uniemożliwiłoby ich późniejsze wydobycie. Równolegle powinno się inwestować w rozwój technologii geologicznych pozwalających na badania na coraz większych głębokościach.
Warto także wydawać środki na badania i rozwój technologii wydobywczych, co zmniejszy technologiczne uzależnienie od zagranicy oraz ułatwi potencjalny dostęp do cennych złóż na większych głębokościach, równocześnie niwelując zagrożenia ekologiczne. Państwo powinno też promować rozwój polskich firm wydobywczych, aby mogły czerpać zyski (uczciwie odprowadzając podatki do kasy państwowej) i oferować solidne miejsca pracy. Równolegle można ułatwiać im zagraniczną ekspansję, jak ma to miejsce w przypadku KGHM. Przyznawanie koncesji wydobywczych powinno zostać ulepszone zgodnie z polskim interesem narodowym, publicznym oraz społecznym, i powiązane z długoterminową strategią wydobywczą. Pewne kopaliny są rzadkie i jest na nie globalny popyt, stąd można je eksploatować szybko, w sposób rabunkowy albo rozsądnie zarządzać wydobyciem, biorąc pod uwagę wahania globalnej koniunktury. Tym samym ważne jest systematyczne analizowanie globalnych rynków surowcowych w celu neutralizowania wahań i baniek spekulacyjnych, aby zapewnić rozsądną długoterminową kontrolę nad zrównoważonym wydobyciem. Niektóre złoża są już nieopłacalne pod względem eksploatacji albo będą opłacalne wraz z postępem technicznym za np. 30 lat – takie szacunki powinny stać się elementem planowania i być zsynchronizowane z postępem w badaniach nad rozwojem lepszych technologii górniczych. Równolegle proces przyznawania koncesji należy powiązać z wymaganiami dotyczącymi planowanych kopalń sformułowanymi z punktu widzenia ochrony środowiska oraz z obowiązkowym konsensusem z lokalnymi społecznościami, by uniknąć konfliktów społecznych i ustalić korzyści płynące dla nich z wydobycia. Tu wzorem są takie kraje, jak Szwecja, Finlandia czy Kanada.
Prawo geologiczne i górnicze powinno być dopasowane do realiów, gdyż obecnie do nich nie przystaje i nie realizuje właściwie polskiego interesu. Przede wszystkim nie jest odporne na rabunkową gospodarkę surowcową, na spekulacje rynkowe oraz na te inwestycje zagranicznego kapitału, które są niepotrzebne i nieopłacalne dla Polski. Przepisy powinny wspierać zarządzanie wydobyciem kopalin, uwzględniając cały cykl wydobywczy – zaczynając od mapowania geologicznego, a kończąc na zarządzaniu odpadami górniczymi i rehabilitacji terenów pogórniczych. Niektóre właściwie przerobione odpady górnicze nadają się do powtórnego umieszczenia w ziemi i z czasem staną się wartościową kopaliną. Dzięki odpowiedniej konserwacji terenów pogórniczych mogą powstać obszary wartościowe przyrodniczo lub społecznie, np. jeziora w byłych kamieniołomach lub rezerwaty przyrody.
Warto rozwijać przemysł recyklingu i związane z nim prawo i technologie, gdyż jego znaczenie rośnie. Z milionów zużytych samochodów, pralek, telefonów komórkowych, telewizorów da się w rentowny sposób odzyskać cenne surowce, które ograniczą popyt na eksploatację złóż. Istotny z tego punktu widzenia jest także rozwój przemysłu hutniczego, może on bowiem wytwarzać kolejne zyski, przetwarzając surowce na materiały o wysokiej wartości dodanej.
Strategia zarządzania kopalinami powinna wybiegać nawet o 100 lat do przodu i bazować na zarządzaniu polskimi kopalinami oraz na wydobyciu zagranicznym, jak w przypadku chilijskiej inwestycji KGHM. Zagraniczne spółki doradcze nie powinny pełnić wiodącej roli w tworzeniu tego typu programów, a zlecanie audytu spółek węglowych niemieckiej firmie doradczej, jak to miało miejsce, jest przynajmniej nieświadomym działaniem na szkodę Skarbu Państwa ze względu na konflikt interesów. Zagraniczne firmy wydobywcze są konkurencją firm polskich w dostępie do rentownych kopalin w naszym kraju.
Inteligentna infrastruktura (poza miastami)
Infrastruktura energetyczna, transportowa i telekomunikacyjna (w tym Internet) ma strategiczne znaczenie i jako taka powinna podlegać ochronie konstytucyjnej, jak dzieje się np. w Niemczech. Tamtejsza Konstytucja w artykule 87e stwierdza, że koleje żelazne, wraz z opisem chronionych funkcji, są własnością państwa. Również inne strategiczne usługi, takie jak poczta, transport powietrzny i telekomunikacja, są chronione odpowiednio w artykułach 87d i 87f. Tym samym skandaliczna i lekkomyślna prywatyzacja PKP Energetyka nie mogłaby się tam zdarzyć. Nie warto nawet wspominać o „prywatyzacji” Telekomunikacji Polskiej przez sprzedanie jej państwowej telekomunikacyjnej spółce francuskiej.
Te zadania wymagają dobrej koordynacji. O wiele łatwiej i taniej jest chociażby otrzymać pozwolenia, przygotować projekt i wybudować autostradę wraz z linią szybkich kolei, sieciami energetycznymi i położeniem kabli światłowodowych niż w przypadku wykonawstwa tych wszystkich prac z osobna. Planowanie takich inwestycji powinno być uzgadniane z MON, aby np. w przypadku konfliktu zbrojnego mosty czy autostrady nadawały się do szybkiego przerzutu wojsk. Obecnie taka koordynacja nie jest wdrożona.
Warto zwrócić uwagę na kilka istotnych elementów. Po pierwsze, inwestycja w infrastrukturę wymaga sporych wydatków na technologie – a zatem trzeba rozwijać strategie badania, rozwoju i wdrażania polskich technologii w celu częściowego uniezależnienia się od ich importu – oraz rozwoju polskiego przemysłu wytwarzającego zaawansowane technologicznie produkty, poczynając od technologii energetycznych i maszyn budowlanych, a kończąc na pociągach czy komponentach elektronicznych. Po drugie, trzeba wziąć pod uwagę syndrom NIMBY (angielski skrót od frazy „nie w moim ogródku”), czyli typową postawę w przypadku takich inwestycji. Zaistnieć więc powinny rozsądne procedury decyzyjne, gwarantujące odpowiednie konsultacje społeczne i rekompensaty dla właścicieli terenów, na których powstaje infrastruktura.
Warto wspierać rozwój polskich firm, które – w miarę możliwości – powinny budować, remontować i rozwijać inwestycje tego typu, a z czasem mogłyby podjąć zagraniczną ekspansję. Działania te przyczynią się do zwiększenia bezpieczeństwa i poziomu zatrudnienia.
Niestety, z powodu coraz bardziej gwałtownych zmian pogodowych katastrofy naturalne, takie jak upały, susze, gwałtowne wiatry i powodzie, będą w Polsce coraz częstszym zjawiskiem. Dlatego warto zrobić przegląd norm technicznych, zgodnie z którymi buduje się strategiczną infrastrukturę, aby zwiększyć jej wytrzymałość. Zagraniczny kapitał specjalizuje się w jej wykupie, ponieważ jest bardzo dochodowa i w zasadzie gwarantuje monopolistyczną rentę. Odpowiednie prawo powinno to uniemożliwić i stworzyć strategię ponownego przejęcia kontroli nad bezmyślnie sprzedanymi obcemu kapitałowi aktywami o wartości strategicznej. To bardzo ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski. Być może warto zastanowić się, jak wykorzystywać do tego oszczędności zgromadzone w OFE i inne oszczędności Polaków – takie inwestycje mogą być bardzo dochodowe.
Należy brać pod uwagę także interes społeczny, czyli dostępność tej infrastruktury w regionach, w których nie jest możliwa jej rentowność, ale jej istnienie jest konieczne ze względów społecznych. Warto spojrzeć na zyski w perspektywie szerszej niż tylko bilansowa. Na przykład szybka kolej podmiejska może zwiększyć zatrudnienie w miejscowościach podmiejskich i zarazem zmniejszyć liczbę klientów pomocy społecznej, co jest ogromną korzyścią, choć nie widać jej w bilansie spółki przewozowej.
Produkcja i dystrybucja energii
Ten temat jest bardzo istotny, gdyż tani prąd stanowi podstawę gospodarki i jej konkurencyjności. Dostęp do taniej energii jest w interesie społecznym. Gdy go zabraknie, rozwija się tzw. ubóstwo energetyczne.
Bezpieczeństwo energetyczne jest ściśle powiązane z dostępnością surowców energetycznych i z jakością sieci przesyłowej prądu, których topologia zależy od rodzaju źródeł. Sieci przystosowane do obsługi rozproszonych źródeł odnawialnych są o wiele droższe w budowie i w utrzymaniu od tych rozprowadzających prąd z kilkunastu wielkich elektrowni. Warto uświadomić sobie, że dostosowanie sieci do obsługi energii odnawialnej jest dużo droższe niż samo wystawienie wiatraków czy paneli, i że koniec końców koszt takich inwestycji odbije się na cenie prądu, o czym oficjalnie się nie mówi. Nie powinno się też zapominać, że zmiana mieszanki energetycznej, np. wykluczenie używania węgla, to koszmarnie drogi, 30- czy 40-letni proces inwestycyjny. Przyjrzyjmy się poniżej różnym źródłom energii elektrycznej.
Główną zaletą węgla brunatnego i kamiennego jest to, że mamy ich ogromne złoża, co wpływa na nasze bezpieczeństwo energetyczne.
Słabością tego źródła energii jest zaś to, że jego spalanie przyczynia się do emisji CO2, przez co jest ono na cenzurowanym. Polska ma problem, ponieważ z jednej strony w naszym narodowym interesie jest zapewnienie sobie bezpieczeństwa energetycznego, a z drugiej rośnie międzynarodowa presja na ograniczanie spalania węgla. Poniższa tabela pokazuje, że nasz rząd nie popisał się w negocjacjach klimatycznych. Polska emituje zaledwie 40 proc. CO2 na osobę w porównaniu z emisjami Luksemburga i 83 proc. w przypadku Niemiec, a mimo to jesteśmy postrzegani jako „brudny producent energii”. Również Belgia, Holandia, Finlandia, Czechy i Estonia emitują więcej CO2 na głowę niż Polska.
Rozwiązaniem dla Polski wydają się inwestycje w nowe technologie energetyczne. Obecnie średnia wydajność naszych przestarzałych elektrowni węglowych to około 33 proc., podczas gdy nowe technologie pozwalają na zwiększenie jej do nawet 50 proc. Gdy dodamy kolejne 10-15 proc. z kogeneracji [czyli jednoczesnej produkcji prądu i ciepła – przyp red. NO], będzie można istotnie zmniejszyć emisje CO2 bez ograniczania bezpieczeństwa energetycznego.
|
Kraj
|
Emisja CO2 w tonach na
osobę w 2013 r.
|
Emisja CO2 w kilotonach
na kraj w 2013 r.
|
|
Luksemburg
|
20,9
|
10 832
|
|
Australia
|
16,9
|
390 000
|
|
Arabia Saudyjska
|
16,6
|
490 000
|
|
USA
|
16,6
|
5 300 000
|
|
Kanada
|
15,7
|
550 000
|
|
Estonia
|
14
|
18 650
|
|
Korea Pd
|
12,7
|
630 000
|
|
Rosja
|
12,6
|
1 800 000
|
|
Japonia
|
10,7
|
1 360 000
|
|
Czechy
|
10,4
|
109 486
|
|
Finlandia
|
10,2
|
54 767
|
|
Niemcy
|
10,2
|
840 000
|
|
Holandia
|
10,1
|
168 007
|
|
Belgia
|
8,8
|
97 766
|
|
Polska
|
8,5
|
320 000
|
|
Austria
|
7,8
|
65 203
|
|
Wielka Brytania
|
7,5
|
480 000
|
|
Chiny
|
7,4
|
10 330 000
|
|
UE
|
7,3
|
3 740 000
|
|
Dania
|
7,2
|
40 377
|
|
Włochy
|
6,4
|
390 000
|
|
Afryka Pd.
|
6,2
|
330 000
|
|
Szwecja
|
5,5
|
52 145
|
|
Francja
|
5,7
|
370 000
|
|
Iran
|
5,3
|
410 000
|
|
Meksyk
|
3,9
|
470 000
|
|
Indonezja
|
2,6
|
510 000
|
|
Brazylia
|
2,4
|
480 000
|
|
Indie
|
1,7
|
2 070 000
|
Emisja CO2 na kraj i osobę w 2013 r. (Źródła: Bank Światowy i Wikipedia. Dotyczy tylko emisji CO2 ze spalania paliw kopalnych i produkcji cementu).
Sporo się słyszy o sekwestracji dwutlenku węgla – wyłapywaniu go i składowaniu pod ziemią. Odradzam ten proces z co najmniej dwóch powodów: technologia ta zużywa bardzo dużo energii i de facto wymaga budowy dodatkowej elektrowni. Ponadto składowanie CO2 pod ziemią nie jest certyfikowane jako bezpieczne – skompresowany dwutlenek węgla to trucizna.
Kolejnym źródłem energii jest gaz konwencjonalny. Polska wydobywa go dużo mniej, niż zużywa, co uzależnia nas od importu z Rosji. Z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego to spore ryzyko, dlatego warto inwestować w konkurencyjne źródła zaopatrzenia w gaz, choćby w celu zdobycia lepszej pozycji negocjacyjnej. Krokami w dobrym kierunku są budowa gazoportu w celu umożliwienia importu skroplonego gazu oraz rozbudowa połączeń gazowych z Czechami, Słowacją i Niemcami, co zapewni więcej alternatyw w przypadku problemów na wschodzie. Ciekawą opcją jest też gazyfikacja węgla.
Następnym potencjalnie ważnym źródłem energii jest gaz łupkowy. To zapewne ciekawa możliwość zwiększenia naszego bezpieczeństwo energetycznego. Sporo mówi się o sukcesie wydobywczym w Stanach Zjednoczonych. Jest tylko jedno ale: obecne technologie nie są bezpieczne dla zasobów wody. Biorąc pod uwagę opisane wyżej problemy ze zmniejszającą się dostępnością wody pitnej w Polsce, nie powinniśmy się spieszyć z takim wydobyciem, możemy natomiast inwestować w badania i rozwój lepszych technologii wydobywczych, które nie degradują środowiska. Ponadto nie zabezpieczono procesu koncesyjnego przed wrogim przejęciem i wiele koncesji zostało wykupionych przez naszego wschodniego sąsiada – w przyszłości trzeba unikać tak oczywistych błędów w tworzeniu i wdrażaniu kluczowych strategii.
Ważnym źródłem energii stanie się energia ze źródeł odnawialnych. Pozyskiwanie jej ma wielu zwolenników, co wynika z faktu, że w czasie dyskusji o tym sposobie pozyskiwania energii zwraca się uwagę tylko na brak emisji CO2 i ograniczenie wydobycia węgla. Sprawa nie jest jednak tak prosta. Z punktu widzenie cyklu życia produktu wygląda to zupełnie inaczej. Masowa produkcja tych technologii również wykorzystuje mnóstwo kopalin oraz powoduje zużycie energii, a więc emisję dwutlenku węgla. Ich instalacja (zwłaszcza wiatraków) jest obciążająca dla środowiska, sąsiedztwa i zwyczajnie niszczy piękno krajobrazu. Recykling, szczególnie paneli słonecznych, jest bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy. Warto więc kalkulować wszystkie korzyści i straty, a nie tylko ich wąski wycinek zgodny z dominującą ortodoksją.
Produkcja energii odnawialnej wymaga całkowitej modernizacji sieci dystrybucji energii elektrycznej. Liczne rozproszone źródła energii oraz zmienność wiatru czy nasłonecznienia powodują, że sieci trzeba naszpikować gigantyczną ilością drogiej elektroniki, aby zarządzać niestabilnymi dostawami prądu. Dodatkowo należy budować rezerwowe elektrownie gazowe, które uruchamia się w okresie niedoboru wiatru lub słońca. Produkcja i odpady po zużyciu się technologii stanowić będą dodatkowe obciążenie dla środowiska, wliczając emisję CO2. To oczywiście ogromne dodatkowe koszty inwestycji, których obecnie nie bierze się pod uwagę.
Na zastosowaniu tych technologii zarabiają zwłaszcza ich producenci, stąd można zrozumieć zaangażowanie np. Niemiec w ich promocję, gdyż dla tego kraju oznacza ona nowe rynki eksportowe. Polska również powinna inwestować w ich rozwój.
Trochę inną kwestią są elektrownie wodne, wymagające sztucznych zbiorników, których budowa ma zazwyczaj fatalne następstwa dla okolicznego ekosystemu. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę rosnące zagrożenia powodziowe oraz problemy z rezerwami wody pitnej, jest to alternatywa warta rozważenia.
Ciekawą opcją jest geoenergia. Jej ewentualna popularyzacja powinna bazować na wynikach badań geologicznych. Warto pamiętać, że np. Islandia pozyskuje z tego źródła większość energii.
Energia ze spalania śmieci nie jest najbardziej ekologiczną formą wytwarzania, ale alternatywę stanowi składowanie odpadów na wysypiskach. W Skandynawii istnieje sporo takich spalarni, więc to opcja warta rozważenia
Nie jestem zwolennikiem produkcji energii z roślin, jeśli ogranicza ona obszary rolne służące produkcji żywności. Chyba że mówimy o biogazowniach wykorzystujących odpady z produkcji roślin spożywczych, np. słomę z żyta czy pszenicy. Jest to na pewno temat wart uwagi.
Elektrownie atomowe trudno ocenić jednoznacznie. Przyjrzyjmy się kilku minusom. Po pierwsze, w razie problemów elektrowni atomowej nie da się wyłączyć. Co to oznacza, dowiedzieliśmy się w Czarnobylu i Fukushimie. Argument producentów tych technologii, mówiący, że teraz są one już bardziej zaawansowane, jest mylący, bo zawsze istnieje pewne ryzyko, za które producent nie bierze odpowiedzialności, a skutki i koszty ponosi społeczeństwo. Poza tym Polska zapewne musiałaby importować uran, co niekoniecznie poprawi nasze bezpieczeństwo energetyczne. Budowa takiej elektrowni to ogromna emisja CO2 (beton, cement itd.), czyli uzasadnienie odwołujące się do niskoemisyjności elektrowni atomowych z punktu widzenia cyklu życia jest nie do końca prawdziwy.
W przypadku konfliktu międzynarodowego taka elektrownia to wymarzony cel ataku rakietowego lub terrorystycznego. Być może problem ten można by przekuć w zaletę, gdyby taką elektrownię zbudować w województwie lubuskim, blisko granicy z Niemcami. Byłaby to dobra odpowiedź na rurociąg Nordstream.
Odpady nuklearne są znacznym ryzykiem dla środowiska. Na przykład Francja składuje je na swoich wyspach na Pacyfiku, co stwarza potencjalne zagrożenie, lecz zwykle nie jest brane pod uwagę w rozważaniu wad energii nuklearnej.
Wśród plusów wymieńmy przede wszystkim fakt, że warto mieć grupę specjalistów od kwestii nuklearnych, która będzie dysponowała odpowiednią wiedzą o produkcji technologii tego typu, w razie gdyby sytuacja geopolityczna jej wymagała. To także zawsze pewna dywersyfikacja źródeł zaopatrzenia w energię.
Infrastruktura transportowa
Kolejnym zagadnieniem jest transport drogowy, kolejowy, rzeczny i lotniczy. Obecnie rzuca się w oczy brak zintegrowanego rozwoju sieci transportowej. Tworzy się wspólne strategie, aby zoptymalizować całą sieć, np. kontenery najlepiej przewozić koleją, a dowóz węgla z południa na północ mógłby być wykonywany za pomocą transportu rzecznego. Poza tym rozwój sieci transportowej powinien być integrowany z sieciami telekomunikacyjnymi i energetycznymi (gaz, ropa, prąd).
Szybka kolej, jako forma transportu najbardziej przyjazna środowisku, powinna być priorytetem. Dotyczy to zarówno transportu osobowego, jak i towarowego. Proces usprawniania kolei musi być zintegrowany z badaniami i rozwojem polskich technologii, aby ten ogromny rynek stał się kołem zamachowym dla polskich producentów pociągów czy zasilania energetycznego, a także firm budujących i utrzymujących infrastrukturę. Większość tranzytu towarowego przez Polskę powinna być transportowana koleją, aby odciążyć drogi.
Rozwój sieci drogowej jest strategicznie istotny. Nie jestem zwolennikiem niekorzystnego dla Polaków systemu opłat – powinny go zastąpić przynajmniej kilkumiesięczne winiety, co jest formą podatku regresywnego: osoby zamieszkałe w Polsce często korzystające z płatnych dróg płacą relatywnie mniej, a osoby mieszkające za granicą relatywnie więcej.
Transport rzeczny jest sferą niedoinwestowaną, mimo korzystnej sieci rzek północ-południe i poniemieckiej infrastruktury na Odrze.
W kwestii transportu lotniczego od lat widać nadmierną ambicję polityki regionalnej, aby w każdym mieście było lotnisko, co jest nieekonomiczne i naraża państwo na marnotrawienie środków. Polsce wystarczy tylko kilka lotnisk pasażerskich, ważne jest połączenie ich z szybką koleją, aby zapewnić sprawny dowóz pasażerów.
Infrastruktura telekomunikacyjna
Sprzedaż Telekomunikacji Polskiej państwowej spółce francuskiej jest przykładem patologii obecnego systemu i braku rozwagi decydentów. Kontrola państwa nad siecią telekomunikacyjną jest jednym z jego celów, a polityka ta powinna być zintegrowana z próbą odbudowy polskiej produkcji tych technologii oraz z ochroną przed cyberterroryzmem czy cyberwojną. Również utrzymanie i rozwój tej infrastruktury muszą być prowadzone przez polskie spółki kontrolowane przez państwo, gdyż ma to znaczenie strategiczne.
Inteligentne miasta
Znaczna część Polaków mieszka w miastach, stąd miejsca te stanowią specjalne wyzwanie, jeśli chodzi o rynek pracy i wykorzystywanie zasobów. Spójrzmy na nie z punktu widzenia zużycia zasobów w budynkach, w transporcie, przy utylizacji śmieci oraz w kanalizacji, oświetleniu itp.
Budynki zużywają sporo energii (prąd, gaz, olej opałowy itd.) i wody. Warto więc inwestować w oszczędzanie tych zasobów. W przypadku ogrzewania należy zacząć od właściwego docieplenia, a dopiero w drugiej kolejności zainwestować w instalacje technologii regulującej używanie oświetlenia, klimatyzacji, ogrzewania, wody czy generujące prąd z energii słonecznej, np. na szybach czy na powierzchniach dachowych.
Transport w miastach zużywa sporo energii oraz zanieczyszcza otoczenie szkodliwymi wyziewami i hałasem. Warto inwestować w transport elektryczny, taki jak tramwaje, elektryczne autobusy czy metro, a także promować w aglomeracjach miejskich auta elektryczne. Trzeba jednak pamiętać, że baterie obsługujące elektryczne auta robione są między innymi z litu, który wydobywa zaledwie kilka państw na świecie. Oznacza to kolejne uzależnienie od importu surowców.
Proces ten powinien być wspierany przez dobrze przemyślany system opłat parkingowych, limitowaną liczbę pozwoleń na poruszanie się autami w tłocznych centrach czy darmową (lub tanią) komunikację. Skutkiem będzie zmniejszenie poziomu hałasu (samochody elektryczne są ciche) oraz kosztów opieki zdrowotnej (transport elektryczny nie wydziela trujących emisji powodujących np. choroby dróg oddechowych). Warto inwestować w szybką kolej podmiejską, jak robią to Niemcy, aby podmiejskim społecznościom bardziej się opłacało dojeżdżać do pracy w miastach kolejką niż samochodami. Ważnym zadaniem jest tworzenie infrastruktury komunikacji rowerowej. Planowanie różnych typów infrastruktury transportowej powinno być zintegrowane.
Oszczędzanie wody, stacje jej uzdatniania, kanalizacja i oczyszczalnie ścieków są ważną infrastrukturą konieczną do ochrony niewielkich zasobów wody pitnej w Polsce. Miasta zużywają również na miejskie oświetlenie ogromne ilości prądu. Inwestując w nowoczesne systemy oświetleniowe, można sporo oszczędzić.
Ważne budynki, np. elektrownie, serwerownie itd., są potencjalnym celem ataków terrorystycznych i militarnych w przypadku wojny. Ponieważ ich działanie jest kluczowe dla państwa, należy inwestować w technologie, które zabezpieczą je przed takim ryzykiem.
Inteligentne sieci elektryczne, doprowadzające prąd do domów (tzw. ostatnia mila), również mają spory potencjał oszczędności energii. W mniejszych miejscowościach istnieje dodatkowo możliwość rozwoju lokalnego generowania prądu. Liczne zakłady produkcyjne zużywają sporo energii i wody. Odpowiednie normy i zachęty powinny wspierać ich oszczędzania, np. poprzez zamknięty obieg wody lub zmianę silników diesla obsługujących maszyny na silniki elektryczne.
Warto te procesy sprzęgnąć z rozwojem polskich technologii, odpowiednimi normami i umiejętnym definiowaniem zamówień publicznych, aby duże inwestycje generowały dodatkowy rozwój w regionach.
Inteligentne łańcuchy dostawcze produktów, ich recykling i opakowania
Użytkowane na co dzień produkty, np. auta, maszyny, AGD, telewizory, komputery, klimatyzatory, serwery itd. zużywają sporo energii i surowców w procesie produkcyjnym, a po zużyciu lądują zazwyczaj na śmietnisku. Dodatkowym problemem ekologicznym są wszechobecne plastikowe opakowania. Można temu zaradzić.
Większość tych produktów jest importowanych lub jedynie składanych w Polsce. Tym samym można się zastanowić, jak obligatoryjnie wydłużyć ich gwarancje, aby producenci byli zmuszeni do produkcji trwalszych wersji. Oczywiście podniosłoby to ich cenę, ale byłyby dłużej sprawne i zmniejszyłoby się zużycie zasobów naturalnych potrzebnych do ich produkcji. Istnieje wiele obowiązkowych norm minimalizujących zużycie prądu, ale niekoniecznie są one skuteczne z punktu widzenia klienta i środowiska naturalnego.
Warto inwestować w odzyskiwanie surowców ze zużytych technologii, które są prawdziwą kopalnią zasobów obejmujących całą tablicę Mendelejewa. To rosnący sektor, stopniowo generujący ogromne zapotrzebowanie na nowe technologie do wyłuskiwania surowców ze zużytych sprzętów. Technologie te można rozwijać także w Polsce.
Koszmarem dla środowiska są plastikowe opakowania. Warto znajdować prawne rozwiązania i wprowadzić obowiązek używania bardziej ekologicznych materiałów.
Inteligentne finansowanie
Powyższe inwestycje w zrównoważony rozwój wymagają dużych zasobów pieniężnych. Sektor finansowy powinien więc być zachęcany do tworzenia odpowiednich produktów finansowych, które ten proces wesprą.
Warto analizować, jak oszczędności Polaków – bankowe czy emerytalne – mogłyby zostać użyte, oczywiście z należnym zyskiem dla ich właścicieli, do finansowania tych koniecznych i dochodowych inwestycji oraz do wykupienia strategicznej infrastruktury, które została nierozważnie sprzedana zagranicznym inwestorom. W tym kontekście jasny staje się sens postulatów przemyślanej repolonizacji sektora bankowego. Zagraniczny kapitał nie ma interesu we wchodzeniu w konflikt z kapitałem ze swoich krajów, zainteresowanych zwiększaniem udziału na polskich rynkach strategicznej infrastruktury. Podobnie warto rozważać, jak można byłoby użyć kapitału zgromadzonego w OFE. Równocześnie trzeba ograniczać rozwój finansowych, spekulacyjnych instrumentów pochodnych, jeśli nie służą interesowi społecznemu czy publicznemu. Można tego dokonać np. przez niewielki podatek obrotowy od każdej transakcji. Niektóre z tych instrumentów są korzystne tylko dla instytucji finansowych, wykorzystujących je do spekulacji na rynkach, np. energii.
Podsumowanie
Można pokusić się o kilka ogólnych wniosków.
Po pierwsze, państwo powinno zachować lub odzyskać kontrolę nad strategicznymi zasobami naturalnymi i kluczową infrastrukturą energetyczną, telekomunikacyjną i transportową.
Po drugie, umiejętne zarządzanie zasobami naturalnymi i ważną infrastrukturą może stanowić podstawę dofinansowania ochrony zdrowia, edukacji, badań i rozwoju czy mieszkalnictwa komunalnego.
Po trzecie, we wszystkich tych obszarach rośnie zapotrzebowanie na nowoczesne technologie. Popyt ten powinien być w miarę możliwości zaspokajany przez polskich naukowców i producentów, co wpłynie na jakość rynku pracy i zamożność regionów.
Po czwarte, większość zasobów naturalnych jest konsumowana w miastach. Dlatego warto inwestować w koncepcje inteligentnych miast w celu oszczędnego zużywania tych surowców.
Po piąte, należy wpływać na całe łańcuchy produkcyjne, aby oszczędnie zużywały zasoby naturalne. Obowiązkowa dłuższa gwarancją na takie produkty, uzupełniona o recykling zużytych, wydaje się dobrym kierunkiem.
Po szóste, warto pracować nad rozwojem inteligentnych instrumentów finansowych, wspierających zrównoważony rozwój Polski i pomnażających oszczędności Polaków. Zapewne jedną z opcji jest wspieranie repolonizacji sektora bankowego czy wykupu infrastruktury strategicznej.
Po siódme, w związku z gwałtownymi zmianami pogodowymi, warto zrobić przegląd norm strategicznej infrastruktury w celu zwiększenie jej odporności na coraz silniejsze wiatry, częstsze powodzie i susze oraz wyższe temperatury.
Po ósme, powstać powinna zintegrowana strategia zrównoważonego rozwoju w zakresie zasobów naturalnych i kluczowej infrastruktury na nadchodzące 20-30 lat. Jej wdrażanie winno się odbywać na podstawie kilkuletnich planów inwestycyjnych.
przez Marcin Malinowski | czwartek 8 października 2015 | opinie
W neoliberalnym systemie ekonomiczno-społecznym aplikowanym Polsce od 26 lat, rozwój mierzy się głównie wybranymi wskaźnikami ekonomicznymi – korzystnymi z punktu widzenia globalnego kapitału, możliwości maksymalizacji zysku wielkich graczy czy zdolności państw do obsługi długu publicznego (czyli jego maksymalizacji). Wskaźniki takie jak wielkość długu publicznego, wzrost PKB czy inflacja nie są złe jako takie, gdyż kierują państwo w stronę stabilności ekonomicznej. Natomiast istnieje wiele innych wskaźników, które leżą w interesie społecznym i narodowym Polski i Polaków, a które są w konflikcie z celem maksymalizacji zysku przez globalny kapitał, za to zbieżne z celem zrównoważonego rozwoju społeczeństwa. Mówiąc inaczej, chodzi o podział dochodów wypracowanych w danym państwie i jakość jego rozwoju. Chodzi o to, mówiąc w skrócie, czy to kraj pełen zagranicznych oddziałów firm unikających płacenia podatków dochodowych, przejmujących krajowe dochodowe rynki i przyczyniających się do wzrostu dobrobytu w kraju swojego pochodzenia, czy kraj prężnego lokalnego kapitału zdolnego konkurować globalnie oraz płacącego wystarczająco dużo podatków na dobrą publiczną edukację, publiczną służbę zdrowia, zabezpieczenia od bezrobocia, solidne pensje. W poniższym tekście skoncentruję się na statystykach, dzięki którym można zrozumieć, na czym polega ten konflikt ekonomiczny.
Tabela 1. Dane statystyczne w miliardach (źródła: Eurostat, GUS, Global Financial Integrity, obliczenia własne).

Tabela 1 pokazuje rozwój kilku istotnych wskaźników ekonomicznych i jest kopalnią informacji o przemilczanych aspektach polskiej „Zielonej Wyspy”. Skoncentrujmy się na kilku z nich:
- Widać, że średni wzrost PKB jest niższy od sumy dotacji netto z UE i od wzrostu długu publicznego. Gdyby dodatkowo oczyścić wzrost PKB z inflacji, dodać koszt odsetek długu publicznego oraz nielegalne wypływy finansowe z Polski, mit „Zielonej Wyspy” można wrzucić do kategorii baśni i fantazji. Statystyki pokazują jasno, że realny wzrost – w sensie bogacenia się Polski – nie istnieje od wielu lat i nawet nie pokrywa wzrostu długu i funduszy unijnych. Jeśli w perspektywie finansowej UE 2021-2027 drastycznie zmniejszą się fundusze dla Polski, to biorąc pod uwagę ograniczenia wynikające ze słusznej, konstytucyjnej zasady ograniczenie długu publicznego, okaże się – i widać już dzisiaj – że rozwój Polski jest toksyczną bombą z opóźnionym zapłonem. Po 2020 r., wraz z nałożeniem się problemów demograficznych, musi ona wybuchnąć, jeśli rzecz będzie się toczyć obecnym tokiem. Gdy patrzymy na zadłużoną Grecję i jej fundusz powierniczy, kluczowego znaczenia nabiera wzmocnienie konstytucyjnej ochrony państwowej kontroli nad lasami, zasobami mineralnymi, wodą pitną, ziemią rolną i strategiczną infrastrukturą energetyczną i transportową. Wtedy nie będzie wolno za pomocą zwykłej ustawy sprywatyzować tych aktywów, aby spłacać dług publiczny.
- Na czerwono został zaznaczony efekt nacjonalizacji 154 miliardów zł oszczędności emerytalnych Polaków w OFE. Oczywiście realnie żadnych problemów finansowych to nie zmieniło i było zwykłym trikiem księgowym mającym na celu odskoczenie od konstytucyjnego limitu zadłużenia. Samo zadłużenie realnie wzrosło w 2014 r. zapewne o przynajmniej 100 miliardów złotych. Tym samym nasuwa się istotny problem nieszczelności art. 216. Konstytucji RP: Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa – a dokładnie pogrubionej części, pozwalającej na manipulacje wyliczaniem wysokości długu za pomocą zmiany ustawy w sejmie przez zwykłą większość.
- Warto tu zwrócić uwagę na nielegalne wypływy finansowe z Polski. Zapewne jest to kwota sporo mniejsza, niż drenowanie zysku z Polski przez duże, zagraniczne korporacje celem uniknięcia zapłacenia i tak w sumie niewielkiego podatku CIT. Biorąc pod uwagę omijanie tego problemu przez władze oraz fakt nacjonalizacji OFE, a także np. podatek Belki uderzający w zwykłych obywateli, jasno widać beneficjentów i sponsorów obecnego układu politycznego.
- Odsetki za dług zagraniczny są spore i bardzo ryzykowne, patrząc na przykład „frankowiczów”. Dług niezłotówkowy powinien być zamieniony na złotówkowy w pierwszej kolejności.
Tabela 2. Dane statystyczne w % (źródła: Eurostat, GUS, Global Financial Integrity, obliczenia własne).

W tabeli 2 rzuca się w oczy kilka elementów:
- Na niebiesko został zaznaczony wzrost zadłużenia publicznego w latach 2008-2011. Zapewne był to efekt przeciwdziałania kryzysowi finansowemu, co kosztowało ekstra, porównując ze średnim przyrostem długu, około 10% PKB.
- Na czerwono ponownie widać efekt manipulacji ustawą obliczającą dług publiczny (efekt nacjonalizacji OFE). Biorąc pod uwagę, że Grecja podobnie manipulowała długiem przez lata, widać, jakie to może mieć dramatyczne skutki kilka lat później.
- Na szczególną uwagę zasługuje średnio -4,1% PKB rocznego bilansu płatniczego Polski, czyli dwukrotność wydatków na armię. To bardzo ważna informacja i wskaźnik, na którego zmniejszenie należy zwracać baczną uwagę w przyszłości.
- Warto być świadomym malejących funduszy UE w relacji do PKB. Zapewne trend ten będzie kontynuowany.
- Średnio 2,4% PKB Polska wydaje na odsetki (nie mylić ze spłatą) od długu publicznego. To około 50% kwoty wydawanej na publiczną służbę zdrowia, która, jak pokazuje tabela 3, wynosi zaledwie około 4,7% PKB.
- Około 1,1% PKB to zidentyfikowane nielegalne wypływy finansowe z Polski.
Tabela 3. Wybrane dane ekonomiczne z baz danych Banku Światowego i Eurostatu (lata 2011-2013).

W tabeli 3 rzuca się w oczy kilka kwestii:
- Widać, że w Polsce przeznacza się około 10% PKB mniej na cele socjalne, niż robią to kraje rozwinięte. Ta brakująca kwota zapewne jest bilansowana przez nielegalne wypływy finansowe, unikanie płacenie podatków przez zagraniczne korporacje, uprzywilejowanie podatkowe polskich superbogaczy itd., czyli istnienie de facto regresywnych, a nie progresywnych podatków, sumując CIT, PIT, VAT, akcyzy, podatki lokalne itd.
- Polski rynek pracy charakteryzuje się niskim udziałem pensji w PKB. Tygodnik „Polityka” podawał wartość 35,6%, mówi się też o około 48% – różnice to kwestia metodologii, jednak komunikat jest oczywisty: pensje są za niskie w relacji do PKB o przynajmniej 10%. Widać również strukturalnie za wysokie bezrobocie i za niski udział zatrudnionych w populacji. Mówiąc inaczej, polski rynek pracy jest bardzo niskiej jakości, jako patologiczny rezultat działań tak hołubionej przez neoliberałów „niewidzialnej ręki rynku”.
- Zwraca też uwagę, porównując np. z Czechami, zbyt niski odsetek eksportu zaawansowanych technologii. Jest to pośrednio powiązane z poniższym wykresem 1, pokazującym, że Polska na badania i rozwój wydaje dużo mniejsze kwoty niż inne państwa. Produkcja zaawansowanych technologii nie bierze się z „odwiecznych praw rynku”, lecz jej warunkiem koniecznym (choć niewystarczającym) jest zapewnienie odpowiednich publicznych finansów i przemyślanej, długoterminowej polityki przemysłowej.
- Spore zagrożenie dla rozwoju Polski stanowi nadmierny udział zagranicznego kapitału w polskiej bankowości. Takie kraje, jak Niemcy czy Dania wiedzą, co robią, utrzymując go na niskim poziomie i warto je naśladować. Pouczający jest poniższy wykres 2.
Wykres 1. Wydatki na badania i rozwój w latach 2002-2012 jako procent Produktu Krajowego Brutto (Źródło: Eurostat).

Wykres 2. Udział banków kontrolowanych z zagranicy w aktywach największych 10 banków w 2008 r. (za: http://www.sgh.waw.pl/katedry/kzfp/konferencjeseminaria/CS-SGH2012.01.17.pdf/download).

Poniższe tabela 4 i wykres 3 powinny być memento dla zwolenników nadmiernego zadłużania, zwłaszcza w obcych walutach. Mianowicie widać, jakie ryzyko niesie za sobą przy nadmiernym zadłużeniu skokowy wzrost kosztów obsługi długów, spowodowany utratą wiarygodności na rynkach finansowych czy atakami spekulacyjnymi.
Tabelka 4. Zadłużenie wybranych państw UE i odsetki od długu.

Wykres 3. Koszty obsługi długu publicznego (odsetki) jako % PKB (2012 r.).

Rosnące nierówności społeczne to poważny problem w Polsce. Za pomocą wskaźnika Giniego można ten problem pokazać. Poniższy wykres 4 pokazuje, jak kształtuje się ten wskaźnik w różnych krajach.
Wykres 4. Wskaźnik Giniego dla wybranych państw (Źródło: Wikipedia).

Polska nie wypada tu najgorzej, choć gorzej to wygląda patrząc na rozwój wieloletni, co pokazuje poniższy wykres 5. Chile, neoliberalny raj wg licznych polskich „ekspertów”, ma jeden z wyższych poziomów nierówności, a USA idą łeb w łeb z Ukrainą i Rosją, wyprzedzając Chiny.
Wykres 5. Wskaźnik nierówności społecznych Giniego dla wybranych państw w latach 1985-2012 (źródło Bank Światowy).

Wykres 5 pokazuje kilka ciekawych rzeczy:
- Widać, że kraje komunistyczne miały w 1985 r. podobną wartość wskaźnika Giniego, około 0,25. Porównując z Rosją czy Chinami, Polska była nawet pionierem wzrostu nierówności w latach 1992-1997.
- Niewielki spadek od 2004r. łączy się ze zmianą metodologii liczenia.
- Nierówności społeczne rosną dużo szybciej w Chinach, Rosji czy Ukrainie, niż w Polsce.
- Czechy i Węgry nie poddały się neoliberalnej presji i utrzymują niski wskaźnik nierówności.
- Boliwia została poddana neoliberalnej kuracji kilka lat przed Polską. Można sobie tylko wyobrazić, jaki to oznaczało dramat dla tego, i tak ubogiego, społeczeństwa. Dopiero około roku 1999 odrzucono założenia Konsensusu Waszyngtońskiego, więc Boliwia, podobnie jak inne kraje Ameryki Łacińskiej, poszły swoją, zdroworozsądkową drogą. Ciekawostką jest, że znany nam dobrze prof. Jeffrey Sachs pełnił podobną rolę w Boliwii, jak potem w Polsce będąc doradcą z ramienia Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
W powyższym tekście pokazałem kilka wskaźników, które, powiedzmy, nie należą do wiedzy i refleksji mainstreamowej w Polsce. Widać z nich, że Polska w wielu obszarach rozwija się w sposób charakterystyczny dla kraju eksploatowanego w sposób niezrównoważony.
W ostatniej, poniższej tabeli 5 zastanowimy się, jak te wskaźniki powinny wyglądać za około 20 lat. Niestety, szybkie zmiany nie są tu możliwe, gdyż sprawy zaszły za daleko. To żmudny proces, który należy bardzo dobrze zaplanować i konsekwentnie wdrożyć.
Tabela 5. Przykładowe cele dla roku 2035 dla Polski jako wyraz wdrażania art. 2 Konstytucji RP o sprawiedliwości społecznej.

Oczywiście, tabela 5 może być rozwinięta o inne wskaźniki, takie jak demografia, imigracja, emigracja, bieda i wykluczenie społeczne, udział wydatków w PKB dla edukacji czy ubezpieczenie od bezrobocia. Zaproponowane cele odzwierciedlają sytuację w krajach, na których powinniśmy się wzorować, takich jak Finlandia, Dania, Niemcy, a w niektórych przypadkach także Czechy i Węgry. Co takie zmiany by oznaczały?
- W obszarze finansów widać wyraźnie, że główną ofiarą takich zmian byłaby szeroko pojęta zagranica, obecnie drenująca Polskę z zasobów poprzez niewłaściwy system podatkowy, unikanie płacenia podatku od zysków kapitałowych, nielegalne wypływy kapitałowe oraz spore odsetki od długu publicznego. Straciliby także niektórzy polscy superbogacze, wyprowadzający swoje aktywa do rajów podatkowych. System podatkowy da się uszczelnić w kilka lat, natomiast oddłużanie to proces na 20-30 lat.
- Tym samym wywoła to zmasowaną kampanię przeciwko takiemu kierunkowi. W praktyce jej metodologię można zaobserwować już teraz, kiedy się mówi o podatku obrotowym dla dużych sieci handlowych oszukujących na podatku CIT, o przewalutowaniu kredytów we frankach czy o kwestii wzmocnienia konstytucyjnej ochrony lasów państwowych: liczne jednostronne artykuły w mediach, opinie „autorytetów” związanych z zagranicznym kapitałem, grożenie międzynarodowym arbitrażem, zwalczanie sił politycznych popierających ten kierunek czy epatowanie społeczeństwa katastroficznymi wizjami.
- Sfera socjalna jest obecnie niedofinansowana na około 10% PKB, co widać w marnych wydatkach na publiczną służbę zdrowia, publiczne nakłady na mieszkania czy – nieujęte w powyższych zestawieniach – niewielkie wydatki na ubezpieczenie od bezrobocia.
- Szczególnie zaniedbany jest rynek pracy. Jest on za mały, ze szczególnym wskazaniem na osoby starsze oraz udział pensji w PKB, który powinien wzrosnąć o kolejne przynajmniej 10%. To proces na lata, obarczony dużym ryzykiem konfliktów społecznych.
- Dobry rynek pracy to konkurencyjny przemysł, czyli produkcja zaawansowanych technologii. Tu brakuje kolejne 2% PKB rocznie na badania i rozwój, by z czasem polskie technologie zaczęły być globalnie konkurencyjne w masowej skali.
- To wszystko oznacza jednak duże wydatki publiczne, których nie wolno finansować przez zaciąganie kolejnych długów. Ich sfinansowanie powinno być dokonane dzięki systematycznej zamianie obecnego regresywnego systemu podatkowego na progresywny, wliczając w to najbogatszych rodaków oraz największe zagraniczne firmy, zwłaszcza w sektorach usług krajowych.
- Opodatkowanie zagranicznego kapitału sektorów produkcyjnych jest trudniejsze i powolniejsze, gdyż wiąże się z ryzykiem szybkiej wyprowadzki z Polski. Tym samym zwiększenie obciążeń podatkowych powinno być dostosowane do konkretnych sektorów i ich logiki biznesowej. Dotyczy to również Specjalnych Stref Ekonomicznych, których powolna fiskalizacja jest koniecznością.
- System bankowy to krwioobieg gospodarki. Obecnie nadmierny wpływ zagranicznego kapitału jest rażący i średnioterminowo powinien zostać zmniejszony o przynajmniej 50%, również dzięki inteligentnym regulacjom.
- Wskaźnik nierówności społecznych Giniego powinien systematycznie się polepszać. Myślę, że poziom Węgier, Czech czy Słowacji nie jest czymś niemożliwym.
- Dlaczego Polska nie miałaby stać się za 20 lat zamożniejszym państwem niż Niemcy czy Szwecja? To oczywiście trudny cel, ale czy nierealny, mimo że 20 lat to bardzo mało na wygenerowanie takiego wzrostu? Chodzi jednak o prowokację intelektualną. Dlaczego nie możemy mieć ambitnych celów i je realizować, zwłaszcza biorąc pod uwagę polskie zasoby naturalne, kapitał ludzki, silną tożsamość i kulturę?
Przykłady celów opisanych w tabeli 5 są zgodne z interesem narodowym i społecznym Polski i Polaków oraz z art. 2 Konstytucji RP, który stanowi, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Moim zdaniem wiele powyższych celów realizuje zapisy tego artykułu, a utrzymanie obecnego, neoliberalnego kierunku jest niekonstytucyjnym zaniechaniem.
przez Marcin Malinowski | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
Jakie elementy naszego pejzażu politycznego przyczyniają się do niskiego zaufania społecznego wobec polskiej polityki i do niewydolności krajowych instytucji? Jak można jej zaradzić?
Wielcy inwestorzy zagraniczni są uprzywilejowani. Przykładami są choćby lukratywna prywatyzacja wartościowych aktywów przez ostatnie 25 lat, brak zdroworozsądkowych barier w niezrównoważonym przejmowaniu krajowych rynków i wypychaniu z nich polskiej małej i średniej konkurencji, brak utrudnień w wyprowadzaniu nieopodatkowanych zysków, likwidacja prawnej ochrony „taniej siły roboczej”, zwolnienia podatkowe w Specjalnych Strefach Ekonomicznych.
Polskie elity finansowe mają sporo praw, ale mało obowiązków względem społeczeństwa, dzięki któremu mogły się wzbogacić. Nie ma dla nich żadnych przeszkód w wyprowadzeniu kapitału z Polski, mają też uprzywilejowany dostęp do polityków.
Polskie elity polityczne marginalizują dialog społeczny ze związkami zawodowymi lub organizacjami obywatelskimi. Nie wykazują się ponadto specjalną odpowiedzialnością za resztę społeczeństwa (poza wspomnianymi uprzywilejowanymi grupami) i za przyszłe pokolenia, zadłużając kraj. Wykazują silną tendencję do głoszenia propagandy sukcesu i zaklinania rzeczywistości.
Dotychczas elity polityczne potrafiły przeprowadzać tylko bardzo strategiczne projekty, takie jak wejście do NATO czy UE. Kilkanaście innych krajów osiągnęło ten sam rezultat, więc trudno mówić o wyjątkowym sukcesie. Widać brak rezultatów w całościowym prowadzeniu polityk, ich długoterminowym planowaniu, wdrażaniu z dbałością o szczegóły techniczne, kuleje także ich krytyczna analiza i korekta. Deficyt ten można zauważyć zwłaszcza w kluczowych obszarach szeroko pojętego bezpieczeństwa społeczno-ekonomicznego, takich jak redystrybucja dochodów, zadłużenie, przyzwolenie na drenowanie nieopodatkowanych zysków kapitałowych z Polski, prawo pracy, energia, transport, obronność, technologie, ochrona zdrowia.
Polskie społeczeństwo obywatelskie dopiero uczy się swojej roli, w czym państwo mu nie pomaga lub wręcz przeszkadza.
Polska klasa średnia, niepowiązana z elitami politycznymi, de facto utrzymuje państwo. Sumując podatek dochodowy PIT, a w przypadku małych i średnich przedsiębiorców CIT, podatek od towarów i usług VAT z prywatnej konsumpcji, różnego rodzaju akcyzy i innego rodzaju podatki, otrzymamy realne i uśrednione opodatkowanie zapewne przekraczające 50% dochodu. To dużo więcej, niż w przypadku osób zamożnych czy zagranicznego kapitału, stąd skumulowane podatki są w Polsce de facto regresywne i bardzo łagodne dla elit finansowych. W zamian klasa średnia pozwala na dokręcanie sobie śruby fiskalnej oraz na dziką konkurencję z silniejszym kapitałem zagranicznym.
Rosnące masy prekariatu pozostawiono samym sobie i właściwie skazano na postępującą wegetację lub emigrację. Niehumanitarne jest opodatkowanie minimalnych pensji, ledwo pozwalających na egzystencję.
Instytucje państwowe są w zasadzie niewydolne, poddane rytmowi politycznemu, a reguły dostępu do pracy w nich nie są przejrzyste. Chlubnym wyjątkiem są niektóre instytucje specjalistyczne.
Decyzje polityczne zawsze mają dwie praprzyczyny: władzę polityczną i pieniądze. Trzecim, pochodnym powodem jest inercja w polityce, warunkowana rytmem politycznym. Politycy pracują głównie dwa lata po wyborach, zaś przez kolejne dwa lata zajmują się kolejną kampanią.
Kto jest winny obecnej sytuacji? Warto przyjrzeć się ramom instytucjonalnym, które decydują o naszym życiu jako pochodna władzy politycznej i pieniędzy.
Zacznijmy od pieniędzy (patrz tabela poniżej).
Tabela 1. Wybrane dane ekonomiczne z baz danych Banku Światowego i Eurostatu (lata 2011–2013)
|
Czynnik
|
Polska
|
Niemcy
|
Dania
|
Finlandia
|
Czechy
|
Chile
|
|
Udział wydatków socjalnych w PKB
|
18,1%
|
29,5%
|
34,6%
|
31,2%
|
20,8%
|
—
|
|
Udział zagranicznego kapitału w produkcji krajowej wartości dodanej (>50% udziałów w wartości firmy)
|
35%
|
18,1%
|
24,6%
|
20,8%
|
42,9%
|
—
|
|
Udział pensji w PKB
|
35,6%
|
51%
|
59%
|
—
|
—
|
—
|
|
Saldo rachunków bieżących, jako
% PKB
|
-4,7%
|
6%
|
5,5%
|
-0,5%
|
-2,6%
|
-1,1%
|
|
Suma publicznych (bez prywatnych) wydatków na zdrowie, jako % PKB
|
4,7%
|
8,6%
|
9,5%
|
6,8%
|
6,5%
|
3,5%
|
|
Udział prywatnych wydatków na zdrowie w całych wydatkach (prywatne i publiczne)
|
29,9%
(trend rosnący)
|
23,7%
|
14,5%
|
24,6%
|
15,2%
|
51,4%
|
|
Udział zatrudnionych w populacji (>15 lat)
|
51%
|
57%
|
58%
|
55%
|
55%
|
58%
|
|
Stopa bezrobocia
|
10,4%
|
5,3%
|
7%
|
8,2%
|
6,9%
|
6%
|
|
Eksport zaawansowanych technologii, (jako % całego eksportu produktów)
|
7%
|
16%
|
14%
|
9%
|
16%
|
5%
|
|
Udział kapitału zagranicznego w 10 największych bankach (szacunkowe dane z internetu 2012 r.)
|
60%
|
5%
|
10%
|
50%
|
90%
|
nn
|
Zestawienie pokazuje, że Polska wydaje o przynajmniej 10% PKB za mało na cele społeczne w porównaniu z krajami mającymi dobry standard takich zabezpieczeń. Podkreślam, piszę o procentach, a nie o konkretnych kwotach, jest to więc kwestia uregulowania redystrybucji dochodu, a nie fanaberia bogatszych krajów.
Udział pensji pracowników w PKB powinien być wyższy o przynajmniej 15% PKB, aby zbliżyć się do poziomu Danii czy Niemiec. Obecnie w Polsce systematycznie się on zmniejsza i do roku 2013 spadł aż o 7,8 pkt. proc. PKB w płacach w ciągu 10 lat.
Rynek pracy powinien zostać tak udrożniony, aby wchłonąć co najmniej dodatkowe 5% populacji. Te brakujące kilka procent to głównie emigracja i osoby powyżej 58. roku życia
Polska eksportuje mało zaawansowanych technologii (7%) przy sporym udziale kapitału zagranicznego. Można się tu pokusić o hipotezę, że nie da się płacić dużo, konkurując mało zaawansowanymi technologicznie półproduktami o niskiej wartości dodanej.
Pomimo dopływu milardów z funduszy unijnych z Polski i tak wypływa rocznie około 5% PKB, jak pokazuje saldo rachunków bieżących. To zapewne zaniżona suma „optymalizacji podatkowej” wielkiego kapitału i drenowanie go z Polski przez elity finansowe do rajów podatkowych, takich jak Luksemburg, Cypr czy Monako. Aby pokazać, że takie wrażliwe statystyki mogą się jeszcze pogorszyć, warto spojrzeć choćby na przykład Chile.
Poniższa tabela prezentuje, jak PKB rozkłada się na różne grupy społeczne.
Tabela 2. Udział różnych grup społecznych w PKB w 2012 r. (Bank Światowy)
|
Czynnik
|
Polska
|
Niemcy
|
Dania
|
Finlandia
|
Czechy
|
Chile
|
|
Najbogatszych 10%
|
25%
|
24,4%
|
22,1%
|
22,6%
|
22,2%
|
41%
|
|
Najbogatszych 20%
|
40,9%
|
39,1%
|
36,2%
|
37,1%
|
36,2%
|
57%
|
|
Drugie 20%
|
12,3%
|
13%
|
14,5%
|
13,8%
|
14,6%
|
8,2%
|
|
Trzecie 20%
|
16,6%
|
17,1%
|
17,9%
|
17,4%
|
17,9%
|
11,9%
|
|
Najuboższe 20%
|
7,9%
|
8,3%
|
9,1%
|
9,2%
|
9,3%
|
4,5%
|
|
Najuboższe 10%
|
3,3%
|
3,3%
|
3,3%
|
3,7%
|
3,7%
|
1,7%
|
Pokazuje ona dwie rzeczy: gdy patrzymy na Chile, wzorzec polskich neoliberałów, widać, że do dna jeszcze daleko i że najzamożniejsze 20% Polaków jest tylko odrobinę mniej solidarnych w porównaniu np. z Niemcami czy Czechami oraz daleko bardziej solidarnych niż w Chile. Pieniądze „gubią się” więc gdzie indziej. Zapewne większość tych 10% PKB, których brakuje na cele socjalne, to właśnie nieopodatkowane zyski wielkiego kapitału.
Efekt wpływu tego środowiska na polski system ekonomiczny to duszenie rozwoju małej i średniej przedsiębiorczości, która korzysta z możliwości kombinacji podatkowych na mniejszą skalę, a także ma gorszy dostęp do finansów z powodu przewagi zagranicznego kapitału w polskiej bankowości. To znów „dusi” dochody polskich pracowników, generując przesunięcie przynajmniej kolejnych 10% PKB z ich wypłat do właścicieli kapitału, którzy często dodatkowo unikają zapłacenia podatku kapitałowego. Jednak kapitał robi swoje, czyli zarabia, gdy mu się pozwala, więc trudno dywagować w tym zakresie o etyce. Dlaczego jednak państwo sprzyja mu fiskalnie, czym skazuje uboższą część obywateli na wegetację, nędzę i emigrację?
Władza polityczna
Władza polityczna to tworzenie ustaw, także tych decydujących o obowiązującym systemie podatkowym oraz… regulowanie dostępu do władzy innym. Władza więc to partie rządzące – na każdym szczeblu. Faktyczna władza znajduje się jednak w rękach tych, którzy decydują o listach wyborczych, przysługuje zatem wąskiemu gronu zasiadających w zarządach krajowych głównych partii. To tam ocenia się ryzyko kluczowych decyzji, biorąc pod uwagę szanse na utrzymanie lub przejęcie władzy, i tam, za pomocą decydowania o listach wyborczych, kontroluje się aparat partyjny oraz dostęp do kluczowych funkcji w instytucjach. To tam podejmowane są strategiczne decyzje o niedrażnieniu zagranicznego i krajowego wielkiego kapitału, o duszeniu rozwoju firm mniejszych, o rozmontowywaniu państwa socjalnego lub prawa pracy oraz, gdy jest się w opozycji, o atakowaniu rządu, nawet gdy ten chce zrobić coś sensownego. W tym względnie wąskim gronie jest skoncentrowana odpowiedzialność za sukcesy, porażki i zaniechania ostatnich 26 lat.
Dlaczego władza dopuszcza do rosnącego ubóstwa biedniejszych Polaków oraz nie chroni polskiego biznesu przed silniejszym kapitałem zagranicznym? Zwyczajnie boi się go, ponieważ jeśli wejdzie z nim w konflikt, np. skutecznie opodatkowując i utrudniając przejęcie rynków, może on rękami lobbystów, mediów zależnych od ich reklam czy presji krajów, z których pochodzi, zwłaszcza tych z grupy G7, po prostu zagrozić owej władzy. Poza tym wielu byłych polityków pracuje jako lobbyści u elit finansowych.
„Władza” nie boi się też niezorganizowanych grup społecznych, takich jak pracownicy, właściciele małego i średniego biznesu oraz społeczeństwo obywatelskie. Na razie wystarczą wszechobecny PR i „sztuczne konflikty na tematy marginalne”, aby odwrócić uwagę od spraw istotnych i niewygodnych. To układ sił, nad którego zmianą warto pracować, władza bowiem zazdrośnie strzeże swej pozycji i nie dopuszcza do niej konkurencji.
Partie polityczne są napędzane krótkoterminową logiką wyborczą i brutalną konkurencją. Obecny system nie generuje zachęt do myślenia strategicznego, którego wdrożenie spowoduje widoczne korzyści dopiero po następnych wyborach. Na przykład rozsądne inwestycje w nowoczesną infrastrukturę energetyczną to przynajmniej kilkanaście lat systematycznej pracy polityczno-instytucyjnej. Efekt jest więc taki, że od 25 lat nikt poważnie takich inwestycji nie tknął, sieci przesyłowe są w złym stanie, nowe inwestycje istnieją tylko na papierze.
Instytucje państwowe, znajdujące się pod wpływem kalendarza wyborczego, siłą rzeczy nie mogą działać strategicznie i długoterminowo. Z powodu zdominowania ich przez politykę wytworzyła się swoista kultura bierności i przeczekiwania. Aktywnością łatwo się narazić politykom kontrolującym instytucje i drżącym o każdą reakcję mediów. Dlatego warto zachować powściągliwość w oskarżaniu urzędników o całe zło, bo urzędnik to tylko trybik, zresztą konieczny, zależny obecnie na każdym szczeblu od polityki. Warto też dostrzegać różnicę między politykiem a urzędnikiem.
Władza polityczna to także kontrola instytucji państwowych, komunalnych czy spółek skarbu państwa za pomocą własnych ludzi i obsadzanie nimi ważnych stanowisk. To przynajmniej kilka tysięcy kierowniczych, świetnie płatnych miejsc pracy. Trzeba podkreślić, że procedury naboru na zwykłych pracowników np. ZUS, agencji rządowych, w tym rolnych, urzędów powiatowych, gminnych, miejskich, wojewódzkich, itd., delikatnie mówiąc, nie są przejrzyste. Mamy więc dziesiątki tysięcy personelu instytucji państwowych, wyselekcjonowanego niekoniecznie według przydatności do funkcji, nie wspominając o nepotyzmie. Jak zatem instytucje te mogą funkcjonować strategicznie, przewidująco i inteligentnie, jeśli nie są rynkiem pracy dla najzdolniejszych zorientowanych propaństwowo Polaków?
Polityka wymusza na instytucjach raportownie według przedziwnych wskaźników, a od ich wypracowania zależą nagrody finansowe. To oczywisty absurd, gdyż wydajności pracy instytucji nie da się zmierzyć za pomocą prostych wskaźników, mimo to polityka domaga się mierzalnego postępu. W zasadzie ocena może być tylko opisowa, a nie numeryczna. Na przykład, w policji liczy się wykrywalność. Za przyłapanie dwójki nastolatków z miękkimi narkotykami dostaje się więcej punktów niż za skomplikowane śledztwo przeciwko przestępcom, dlatego tak wygodniej alokować czas pracy. Strach pomyśleć, od czego zależą premie pracowników Urzędów Skarbowych.
Z powodów wymienionych powyżej zaufanie społeczeństwa do polityki i jej legitymizacja społeczna są znikome.
Jak to zmienić?
Rozwiązania zdają się kryć przede wszystkim w zmianach instytucjonalnych. Brak ich wdrażania jest obecnie ważną przeszkodą dla zrównoważonego rozwoju Polski oraz przyczyną niskiej legitymizacji władzy (około 80% społeczeństwa nie głosuje na rządzące koalicje). Upolitycznienie jest zaś ważnym powodem nieufności społeczeństwa.
Skoncentrujmy się na czterech głównych barierach: wpływie wielkiego kapitału na polskie instytucje; utrudnionym „dostępie do polityki” dla nowych ugrupowań; znikomym znaczeniu społeczeństwa obywatelskiego; upolitycznieniu instytucji państwowych. Poniższe sugestie nie rozwiązują problemu, ale mogą być przydatną wskazówką dla organizacji społeczeństwa obywatelskiego – jak myśleć o usprawnieniu instytucji, a także dla polityków – jak pracować nad zaufaniem społecznym.
I. Ograniczenie wpływu wielkiego kapitału na polskie instytucje
Temat jest tak rozległy, że można pokusić się tylko o kilka ogólnych uwag.
Warto pomyśleć nad uregulowaniem relacji reklamodawców z mediami, gdyż to właśnie zyski z drogich reklam powodują uzależnienie mediów od dużego, często zagranicznego kapitału. Warto też przeanalizować, jak duży wpływ, powodujący widoczną niechęć do poruszania tematów niewygodnych dla zagranicznych inwestorów oraz dla polskich elit politycznych i finansowych, mają na politykę głównych prywatnych mediów reklamy spółek skarbu państwa. Dobrze też, na wzór węgierski, zastanowić się nad postulatem solidnego, progresywnego opodatkowania zleceń reklamowych i przejrzystości reklam, w tym reklam spółek skarbu państwa, zależnych od „władzy”.
Lobbing powinien zostać uregulowany tak, aby wymusić absolutną przejrzystość finansowania organizacji lobbingowych i związków zatrudnianych tam pracowników z lobbowanymi instytucjami. Lobbyści to czasami osoby mające z nimi osobiste lub rodzinne powiązania. Powinniśmy się również zastanowić nad dużym, silnie progresywnym podatkiem obrotowym od firm lobbingowych, często finansowanych przez bogate korporacje. Prowadziłoby to do zmniejszenia finansowej asymetrii w dostępie do „władzy” oraz stanowiło nowe źródło podatków, inne niż dochody Polaków, zazwyczaj zarabiających niewiele. Organizacje lobbingowe niepłacące takiego podatku nie powinny się znaleźć w rejestrze mających dostęp do instytucji. Taki publicznie dostępny rejestr mógłby zawierać listę certyfikowanych lobbystów wraz z informacją o ich dochodach, prywatnym majątku, budżecie, darczyńcach oraz informacją o podatku obrotowym. Raportowana powinna być każda relacja ze szczeblem kierowniczym w państwowych instytucjach, posłem działającym w istotnej komisji sejmowej czy ważnym członkiem zarządu krajowego partii pobierającej subwencje państwowe.
Politykom potrzeba jasnych wytycznych o charakterze etycznym, w formie kodeksu postępowania, aby po skończeniu kariery, gdy np. pracują jako de facto lobbyści dla obcych państw czy korporacji, które płacą im bardzo wysokie pensje za korzystanie ze swojego kapitału relacji zdolnego wywierać realny wpływ, potrafili uniknąć konfliktu interesów. Podobne sytuacje mają miejsce w przypadku byłych znanych polityków, w tym dwóch byłych premierów dużych europejskich państw. Byli pracownicy instytucji państwowych, od wiceministra w górę, powinni mieć zakaz wykonywania pracy w lobbingu przez 5 lat od zakończenia misji publicznej. Miejsce i typ zatrudnienia takich osób, w tym dochody, powinny być publicznie dostępne w zbiorczym rejestrze przez np. 10 lat, aby uniknąć konfliktu interesów i zapewnić przejrzystość.
Apolityczność mediów publicznych względem partii politycznych powinna zostać wzmocniona. Obecna sytuacja, gdy media publiczne są łupem rządzących partii, jest zaprzeczeniem idei tych mediów, co ma fatalny wpływ na jakość demokracji. Ścisłe kierownictwo mediów publicznych powinno móc wykonywać tylko raz swoją 5–6-letnią misję, a Sejm – nie mieć możliwości ich odwołania.
Rynek mediów prywatnych warto uregulować tak, by nie mógł znaleźć się w konflikcie z polskim interesem narodowym, publicznym i społecznym. Uniemożliwienie nadmiernej koncentracji własności i finansowe wsparcie dla mediów społecznych są dobrymi kierunkami działania.
Państwo powinno też umożliwić lepszą kontrolę społeczną nad powyższymi sytuacjami, na przykład przez przyznawanie rozsądnych grantów na tzw. społeczne „watchdogi”.
Z pewnością warto analizować, z punktu widzenia współczesnego jurgieltnictwa, zjawiska zatrudniania polityków jako lobbystów oraz wpływu, jaki dzięki publikowaniu drogich reklam, można uzyskać na media.
II. Zwiększenie „dostępu do polityki” nowym organizacjom politycznym, niezwiązanym z elitami politycznymi.
Obecny system polityczny promuje istniejące partie poprzez regulowanie dostępu do subwencji państwowych, na mocy ustawy o partiach politycznych z 27 czerwca 1997 r. Trudno mi ocenić słuszność art. 27, dotyczącego prywatnego finansowania partii, podkreślam jednak, że to ważne, aby polskie i zagraniczne elity finansowe nie mogły przejąć nad nimi kontroli.
Społeczeństwo obywatelskie mogłoby się skoncentrować na art. 28 i 29 tej ustawy. Art. 28 ustala minimalny odsetek głosów uzyskanych w wyborach do sejmu uprawniający do otrzymania subwencji – na 3% dla samodzielnych komitetów wyborczych i na 6% dla koalicji. Warto żądać zmiany tego zapisu na np. 0,5% i 1%, aby wyrównać finansowe szanse nowym inicjatywom politycznym.
Art. 29 reguluje wielkość subwencji zależnie od wyniku wyborczego. Warto byłoby postulować większą regresywność, czyli zwiększenie kwot za pierwsze 5% i 10%, a drastyczne zmniejszenie kwoty powyżej 20%. Zmniejszyłoby to nieuzasadnioną finansową przewagę wielkich partii politycznych.
Dobrym posunięciem byłoby również wprowadzenie limitu rocznej kwoty do wydania na reklamę oraz ustalenie wytycznych dotyczących minimalnych demokratycznych standardów dla statutów partii otrzymujących subwencję, np. wprowadzić zasadę, by polityk mógł zasiadać w zarządzie krajowym partii najwyżej przez dwie kolejne kadencje.
Należy się zastanowić, jak ograniczyć możliwość decydowania o składzie list wyborczych wąskiemu gronu z centralnych zarządów partii. Być może powinny o tym decydować poziomy regionalny i lokalny, a krajowe zarządy powinny móc tylko odrzucić lub przyjąć taką listę. Zmiana propozycji mogłaby skutkować ustawową utratą prawa do subwencji. Obecna sytuacja zupełnie wypacza sens demokracji i nosi znamiona faktycznej dyktatury kilku osób z zarządów partii. Na poziomie regionalnym i lokalnym warto pomyśleć o zależnym od wyniku w wyborach lokalnych postulacie subwencji dla komitetów, co mogłoby znacznie wzmocnić ruchy oddolne.
Byłbym bardzo ostrożny z kwestionowaniem ordynacji proporcjonalnej oraz 5-procentowego progu wyborczego, gdyż mają one sens z punktu widzenia decyzyjności i reprezentatywności Sejmu, co widać na przykładzie reprezentacyjności senatu wybieranego właśnie większościowo czy wyniku majowych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii. Być może odpowiedzią na zastrzeżenia niektórych ruchów może być ordynacja mieszana na wzór niemiecki. Jednak nawet w tym przypadku liczba mandatów większościowych nie powinna przekraczać 10%. Ponadto w sejmie powinny zostać zagwarantowane 1–2 miejsca dla komitetów wyborczych mających pomiędzy 1% a 5% głosów. Warto też dyskutować, czy kraj o tak historycznie niestabilnym położeniu geopolitycznym jak Polska nie powinien mieć silniejszej władzy wykonawczej.
III. Zwiększenie znaczenia społeczeństwa obywatelskiego
Nacisk ze strony organizacji społecznych na bardziej przejrzysty system przydzielania im grantów dałby również szansę grupom niezwiązanym z elitami politycznymi. Warto rozmawiać o tym, jak finansować społeczny nadzór nad monitoringiem władzy i wpływem elit finansowych na stanowienie prawa.
Organizacje powinny także kłaść nacisk na lepsze prawne umocowanie Komisji Trójstronnej, bez czego nie da się prowadzić poważnej dyskusji o niwelowaniu nierówności społecznych. Pomocne tu są artykuły 20. i 24. Konstytucji RP, obligujące państwo do nadzoru nad warunkami wykonywania pracy oraz stanowiące, że solidarność, dialog i współpraca partnerów społecznych są podstawą ustroju gospodarczego RP. Należy również nalegać na lepszą edukację obywatelską, poczynając od przedszkoli, a kończąc na uniwersytetach. Organizacje pozarządowe mogłyby także rozmawiać z liderami głównych partii o koniecznych systemowych zmianach, aby ustalić wspólne cele i terminy wdrożenia konkretnych regulacji. Otwartość partii na konkrety miałaby spore znaczenia dla odzyskiwania zaufania obywateli do polityki, wzajemnego uznania oraz legitymizacji władzy. Równolegle organizacje społeczne powinny organizować się, aby forsować takie zmiany w sposób zintegrowany, słusznie spodziewając się braku zainteresowania dominujących partii, niechętnych dobrowolnemu ograniczaniu swoich wpływów.
Tym samym organizacje, w celu zwiększenia skuteczności realizowania takich systemowych zmian mających na celu restrukturyzację polityki, powinny stworzyć jedną platformę do ich wypracowania i promowania. Rozproszone działania nie będą skuteczne i zostaną zignorowane przez elity polityczne.
Gdy analizowałem konfrontację mieszkańców Krakowa z władzą w sprawie planowanej zimowej olimpiady, zajrzałem do ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym. Kluczowy jest tu art. 5a, który stanowi, że: 1. W wypadkach przewidzianych ustawą oraz w innych sprawach ważnych dla gminy mogą być przeprowadzane na jej terytorium konsultacje z mieszkańcami gminy. 2. Zasady i tryb przeprowadzania konsultacji z mieszkańcami gminy określa uchwała rady gminy.
Art. 5.a.1. powinien być zmieniony na „mają być przeprowadzane”, tak jak i winna być zmieniona wymowa art. 5.a.2. Istotne jest także ujednolicenie w całym kraju zasad i trybu postępowania jako wytycznych rządowych, włączając w to obowiązek publicznego raportowania wyniku konsultacji, uzasadnienia niewzięcia pod uwagę wyniku konsultacji oraz obowiązek analizy skutków społeczno-ekonomicznych. Obecna sytuacja daje lokalnym partiom politycznym rządzącym w gminach pełną swobodę działania i przeczy duchowi demokracji.
Kompetencje powiatowe i wojewódzkie powinny znaleźć się pod lupą, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że po 2020 r. zmniejszą się fundusze unijne, którymi zajmują się obecnie tysiące pracowników. Poza tym, w celu oszczędzenia finansów publicznych, warto rozważyć audyt i likwidację powiatów oraz redukcję liczby kosztownych miejsc w radach gminnych, miejskich, powiatowych czy sejmikach.
Organizacje polskiego społeczeństwa obywatelskiego powinny myśleć o podnoszeniu swoich umiejętności politycznych, gdyż bez nich nie da się być skutecznym i łatwo się ośmieszyć przed opinią publiczną. Mogłyby np. rozmawiać z rządem o możliwości przeznaczenia niewielkiej kwoty z Europejskiego Funduszu Społecznego na takie szkolenia.
Ważne byłoby też wsparcie dla rozwoju związków zawodowych i rad pracowniczych, które są istotnym instrumentem wyrównania rosnących asymetrii między pracodawcami a pracobiorcami. Na przykład w Niemczech przedstawiciele pracowników zasiadają z mocy prawa w radach nadzorczych korporacji.
Niektóre kraje trzecie są zainteresowane wykorzystywaniem organizacji społeczeństwa obywatelskiego do nacisków politycznych, np. przez różnego rodzaju granty wydawane przez współzależne organizacje. To istotne ryzyko, które warto mieć na względzie i poddać monitoringowi.
Średnioterminowa zdolność do poprawy dostępu do usług społecznych jest ściśle związana z własnością kluczowych zasobów naturalnych i infrastruktury, takich jak zasoby mineralne (węgiel, gaz, metale, minerały), lasy, rezerwy wody pitnej, ziemia rolna, infrastruktura energetyczna, transportowa, komunalna (wodociągi, kanalizacja) itd. Jeśli przejmą je aktywnie za tym lobbujące polskie i zagraniczne grupy kapitałowe, poprawa sytuacji będzie prawie niemożliwa, gdyż zyski zostaną sprywatyzowane, zamiast zasilać budżet państwa i tym samym finansować usługi publiczne. W przypadku innych strategicznych aktywów, takich jak bankowość i telekomunikacja, polski interes publiczny i społeczny nie został dopilnowany. Organizacje społeczne powinny pod tym względem monitorować władzę i żądać konstytucyjnego wzmocnienia zasady państwowej kontroli nad takimi strategicznymi aktywami i zasobami. W przypadku ziemi rolnej pomocny jest Art. 23. Konstytucji RP stanowiący, że Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne.
Rzecz w tym, że podczas pierwszych problemów z obsługą polskiego zagranicznego długu publicznego państwu polskiemu zostaną nieformalnie postawione takie warunki wsparcia finansowego, które wymuszą niekorzystną prywatyzację wyżej wymienionych aktywów na rzecz konkretnych zagranicznych grup kapitałowych. To bardzo popularna praktyka w przypadku problemów fiskalnych państw zasobnych w wartościowe aktywa. Formalnie takie warunki stawia MFW, w których silne państwa mają większość. Warto sobie z tego ryzyka zdawać sprawę i przed nim zabezpieczyć. Odpowiednio skrojone zapisy konstytucyjne utrudniłyby rządzącym partiom, przestraszonym perspektywą utraty władzy w przypadku niewypłacalności państwa, taką niekorzystną prywatyzację. Warto o to przepytywać partie starające się o elekcję w tegorocznych wyborach do sejmu.
IV. Zwiększenie apolityczności instytucji państwowych
Obecne ramy instytucjonalne państwa są nieefektywne. To wynik ich upolitycznienia, uzależniania od rozedrganego rytmu politycznego, niechęci do konfrontacji z mediami oraz z polskimi i zagranicznymi elitami finansowymi. Również nabór kadry kierowniczej na podstawie zaufania kierownictwa rządzących partii politycznych, a nie profesjonalizmu, propaństwowości i rzetelności, powoduje upolitycznienie. W związku z tym instytucje nie są w stanie działać strategicznie, systematycznie i długoterminowo.
Należy wdrożyć zasadę absolutnej apolityczności służby cywilnej na szczeblach rządowym, regionalnym i lokalnym. Inaczej mówiąc, partie polityczne i instytucje nie powinny mieć możliwości uznaniowego zatrudniania pracowników instytucji państwowych – od gminy, powiatu, województwa, po administrację rządową, agencje rządowe, policję, ZUS, NFZ czy Urzędy Skarbowe. Aby to osiągnąć, należy rozważyć powołanie centralnego urzędu egzaminacyjnego, odpowiedzialnego za uczciwy nabór chętnych do pracy w służbie cywilnej. Obowiązywałaby zasada, że urzędnikiem państwowym mógłby zostać tylko ktoś, kto zdał taki egzamin. Żelazną regułą takiego egzaminu powinno być to, że pierwszy etap odsiewa przynajmniej 80% chętnych i jest absolutnie anonimowy dzięki testowi komputerowemu, co pozwoliłoby znacznie ukrócić nepotyzm. Lista osób, które taki egzamin zdały, powinna być docelowo jedynym źródłem kadr dla polskiej służby cywilnej.
Zatrudnianie pracowników tymczasowych, niemogących z zasady pełnić żadnych funkcji kierowniczych, powinno być regulowane odrębnie, na mocy decyzji apolitycznego członka służby cywilnej po zdanym egzaminie państwowym. Taki pracownik nie mógłby zostać urzędnikiem państwowym, chyba że zda wspomniany egzamin.
Obecni pracownicy służby cywilnej, mający już za sobą egzaminy państwowe, powinni mieć zapewnioną kontynuację zatrudnienia. Wielu z nich to osoby o naturze państwowców, oddane swojej pracy, i byłoby błędem poddawać ich ostracyzmowi, jak proponują niektóre małe partie polityczne.
Powinna powstać jasna i przejrzysta siatka płac, zasad awansów, uzupełniona pakietem ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych. Obecnie wielu najzdolniejszych pracowników polskiej służby cywilnej myśli o pracy w instytucjach międzynarodowych, co jest skutkiem marnych zarobków, zwłaszcza gdy porówna się je z rynkiem pracy dla wielojęzycznych prawników, ekonomistów czy inżynierów. Sens przyzwoitych płac w służbie cywilnej polega na tym, że urzędnik, zajmujący się np. regulacją decydującą o miliardowych inwestycjach w infrastrukturę energetyczną czy polską polityką względem międzynarodowych instytucji, jest w mniejszym stopniu podatny na korupcję czy pokusę koncentrowania się na szukaniu pracy w takich świetnie płacących instytucjach. Sens „niezwalnialności” (poza poważnymi wykroczeniami) polega na tym, aby urzędnik mógł powiedzieć „nie” ważnemu politykowi, który potrzebuje szybkiego sukcesu medialnego kosztem jakości wykonania publicznego projektu. Dlatego warto rozważyć, czy apolityczna służba cywilna nie powinna być chroniona konstytucyjnie, aby uniemożliwić robienie z niej wygodnego kozła ofiarnego w przypadku błędów polityków, jak to ma obecnie miejsce.
Powstać mogłaby lista politycznych miejsc pracy, które podlegają fluktuacji po wyborach, takich jak minister, premier, ich gabinety, gabinety posłów itd. Te kilka tysięcy etatów należy oddać do dyspozycji partiom tworzącym koalicję rządową oraz wchodzącym do ciał ustawodawczych. Tacy pracownicy nie powinni mieć żadnych możliwości zostania członkami służby cywilnej bez zdania egzaminu państwowego, wliczając w to anonimowy pierwszy etap. Natomiast, jako osoby blisko władzy, powinni być oni dobrze opłacani, bo to praca ciężka, odpowiedzialna i pełna stresu.
Kluczowa jest absolutna przejrzystość nominacji na kierownicze stanowiska w zarządzaniu własnością państwową, taką jak spółki skarbu państwa czy spółki komunalne. Ma to na celu promocję najlepszego kierownictwa, a nie osób najlepiej ustosunkowanych w świecie polityki. To samo dotyczy np. szkół czy szpitali, gdyż jest tajemnicą poliszynela, że nie jest możliwa nominacja na dyrektora szpitala powiatowego bez poparcia lokalnej władzy, co jest absurdem.
Obecnie nowy minister czy wiceminister wydają po wyborach polecenia ministerstwu, jakie projekty kontynuować, a jakich nie. Jest zwyczajem, że inicjatywy poprzedników wyrzuca się do kosza, bo minister jest politykiem i chce szybko firmować swoje, a nie cudze sukcesy. Efekt jest taki, że projekty wymagające długoterminowej troski nie są realizowane albo są realizowane źle, jak widać na przykładzie stanu armii, bałaganu w służbie zdrowia, edukacji, w sektorze energii, transportu, na rynku pracy, pełzającej prywatyzacji usług komunalnych i społecznych itd. Krótkoterminowe myślenie polityka popada w konflikt interesów z długoterminowym interesem publicznym i społecznym. Podobnie jest na poziomach regionalnym i lokalnym. System powinien być uregulowany tak, aby polityk musiał się bardziej liczyć z długofalowymi sugestiami instytucji zatrudniających apolityczną i fachową służbę cywilną. Te relacje winny być uregulowane na każdym szczeblu.
Obecnie kultura pracy w administracji publicznej ma bardzo pasywny charakter. Praktyka 26 lat III RP i 45 lat PRL nie promowała aktywności instytucji, czekających biernie na polecenia kierownictwa PZPR lub, jak teraz, ministrów czy wiceministrów. Warunkiem wstępnym do dyskusji nad zachętami do bardziej aktywnej postawy jest zwiększenie apolityczności instytucji. Politycy żądają od administracji raportów o efektywności, która jest mierzona według wskaźników. Powinno się odejść od idei mierzenia niemierzalnego na rzecz tworzenia zachęt dla pracowników administracji promujących aktywność, strategiczne i krytyczne myślenie w interesie narodowym, publicznym i społecznym.
Pożądane byłoby powołanie specjalnej komórki w administracji rządowej, odpowiedzialnej za całościowe zarządzanie politykami, np. współzależnymi planami zakupu technologii wojskowych, energii czy polityką przemysłową. Obecnie brak takiej koordynacji. Dziś rząd nie ma możliwości wycofania projektu, jeśli sejm wypaczy jego cele. Dobrze opłacani eksperci powinni pracować w rządzie jako służba cywilna i móc postulować wycofanie projektu przez ministra, jeśli w sejmie nastąpiło jego zupełne rozminięcie się z rzeczywistością i wcześniejszymi założeniami. Powinno się również znacząco dofinansować i rozwijać specjalistyczne polskie instytuty analityczne, tworzące profesjonalne raporty w kwestiach kluczowych dla przyszłości kraju. Zagraniczne korporacje doradcze popadają tu w konflikt interesów, a obecna polityka państwa jest niezrozumiała i szkodliwa. Obecnie Polska jest de facto „ślepa”.
Warto wzmocnić monitoring jakości dysponowania budżetem. Obecnie mówi się tylko o przychodach, a nikt nie analizuje, czy wydatkowanie jest gospodarne. W Szwecji co roku pojawia się w internecie szczegółowy raport na temat wydatków państwa. Społeczeństwo obywatelskie powinno żądać przejrzystości.
Instytucje państwowe mogłyby też zacząć promować spółdzielczość wśród swoich usługodawców. Nie ma powodu, aby siedziby instytucji były np. sprzątane przez prywatne firmy; podobnie jest z systemem żywienia pracowników instytucji. Przetargi na takie usługi powinny promować spółdzielnie pracownicze, a nie prywatne firmy, zatrudniające pracowników, często kobiety, na umowach śmieciowych. Warto z tego punktu widzenia przeanalizować np. ustawę o prawie zamówień publicznych z dnia 29 stycznia 2004 r.
Powinno się również naciskać na władze wszystkich szczebli, aby publiczne instytucje miały konta w bankach z dominacją polskiego kapitału, jak PKO BP czy w regionalnych bankach spółdzielczych. Nic nie uzasadnia tego, by drogie prowizje finansowały zyski zagranicznych grup bankowych.
Takie postulaty można mnożyć w nieskończoność, ale te wydają się najlepsze dla stworzenia sprawnych i strategicznie myślących instytucji oraz dla przywrócenia instytucjom państwowym zaufania społecznego.
Wnioski
Wzrost zaufania społeczeństwa do państwa oraz stworzenie „inteligentnych” jego instytucji, działających w interesie narodowym, społecznym i publicznym, wymaga zmniejszenia asymetrii między deklaracjami politycznymi a rzeczywistością. Można obecnie zaobserwować postępujące niedofinansowanie sfery socjalnej, fiskalne uprzywilejowanie elit finansowych, drenaż nieopodatkowanych zysków kapitałowych z Polski, nepotyzm w sferze instytucji państwowych, niezdolnych do strategicznego i długoterminowego działania, lekceważenie społeczeństwa obywatelskiego, ogólny wzrost ubóstwa, niepewności jutra u zapewne ponad 50% społeczeństwa i pełzający neokolonializm. Malejące zaufanie społeczne do państwa nie bierze się znikąd.
Odwrócenie tego trendu wymaga zmian instytucjonalnych, w tym demokratyzacji obecnej „partiokracji”. Aby jednak nie skończyło się na słowach, warto zdawać sobie sprawę, gdzie są śrubki prawne do wprowadzania takich zmian systemowych. Mam nadzieję, że wiele z nich udało mi się wskazać.
Rzecz w tym, że konstruktywne zmiany wymagają redystrybucji „dostępu do władzy”, a na to beneficjenci obecnego status quo się nie zgodzą bez bardzo silnej presji społecznej. Jej brak zaś powoduje staczanie się polskiej rzeczywistości do roli politycznego i ekonomicznego przedmiotu polityki międzynarodowej oraz prowadzi do dalszego łamania Art. 2 Konstytucji RP, stanowiącego, że: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Zmiany instytucjonalne są warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, do realizacji zapisów tego artykułu.
Ponieważ około roku 2021 r. nawarstwią się problemy demograficzne, a także radykalnie zmniejszą się fundusze unijne dostępne dla Polski, mamy tylko kilka lat na rozpoczęcie zmian. Później będzie coraz trudniej, a statystyki z tabel 1 i 2 będą nas z czasem coraz bardziej zbliżać do chilijskiego wolnorynkowego „raju”.
Zmian tych nie da się jednak przeprowadzić szybko. Ten powolny proces ewolucji, rozciągnięty być może na 10–20 lat, zacząć się powinien od politycznej edukacji organizacji społecznych, formułowania rozsądnych postulatów, umiejętnego dialogu z państwem. Kluczowe jest tu wywieranie skutecznej presji na kierownictwa partii politycznych. Wymaga to determinacji, politycznego profesjonalizmu i masowości ruchów społecznych, przede wszystkim jednak platformy współdziałania zainteresowanych organizacji społeczeństwa obywatelskiego, solidnej strategii, formułowania konkretnych i dobrze przemyślanych postulatów zmian instytucjonalnych, finansów, „mocy przerobowych”, planu akcji i systematycznego promowania zmian. Inaczej para pójdzie w gwizdek, a rozproszone działania nie przyniosą efektu.
Jeśli takie zmiany w interesie publicznym i społecznym będą następować, a społeczeństwo obywatelskie będzie widziało w nich sens, słupki zaufania do polskiej polityki ponownie zaczną rosnąć, a instytucje państwowe oraz służba cywilna cieszyć się będą szacunkiem społecznym.
przez Marcin Malinowski | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Od dłuższego czasu niektóre środowiska w Polsce alarmują, że stajemy się ekonomiczną neokolonią. Opinii tej zaprzeczają inne, często związane z elitami odpowiedzialnymi za model reform wprowadzanych w Polsce po roku 1989. Po jednej stronie dominuje wyrywkowość i ogólnikowość diagnoz, po drugiej dążenie do ochrony „świętych” i nietykalnych życiorysów oraz – pośrednio – obrony obecnego status quo i jego beneficjentów.
Tło historyczne neoliberalizmu i jego skutki w Polsce
Neoliberalny model ekonomii był od lat 80. promowany przez kraje G7 jako propozycja dla ekonomicznej i społecznej transformacji takich regionów, jak Afryka i Ameryka Łacińska oraz, następnie, krajów postkomunistycznych, np. Polski. W praktyce oznacza on umożliwienie zagranicznemu kapitałowi:
- przejmowania zysków z lukratywnych rynków państw będących w trakcie transformacji oraz ich najwartościowszych aktywów;
- przejęcia potencjalnej konkurencji technologicznej (np. wrocławskie Elwro);
- zapewnienia stabilnych ram ekonomicznych dla maksymalizacji zysków i unikania ich opodatkowania.
Większość transformujących się państw poddała się takiej kuracji, wyjątek stanowią Chiny. Instytucjami zajmującymi się promowaniem „neokolonialnych” ram ekonomicznych były Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), Bank Światowy (BŚ) czy Światowa Organizacja Handlu (WTO), w których dominowały kraje G7, a obecnie swoje wpływy zwiększają Chiny.
Metodą perswazji była warunkowość. Kraje mające problemy ze spłatą zagranicznych długów, jak Polska w 1989 r., zwracały się o pomoc finansową np. do MFW, a ten udzielał jej pod warunkiem zobligowania się do wprowadzenia pakietu reform według neoliberalnej miary.
Ważnym narzędziem utrzymania globalnych neoliberalnych ram jest Międzynarodowe Centrum Rozstrzygania Sporów Inwestycyjnych. Odpowiada ono za arbitraż, który jest de facto przebiega w oderwaniu od podstawowych zasad prawnych, takich jak prawo do odwołania czy jawność postępowań.
Obecnie w warunkach polskich pociąga to za sobą rozmaitość negatywnych skutków. Wiele zagranicznych korporacji unika płacenia podatku CIT, co zwiększa presję podatkową na małe i średnie polskie przedsiębiorstwa, klasę średnią w ogóle i prowadzi do zubożenia kraju. Jednocześnie ma miejsce przejmowanie dochodowych rynków, np. w dziedzinach handlu i finansów, oraz wypieranie z nich rodzimego kapitału. Problemy pojawiają się także w dziedzinie demografii – pracownicy, postrzegani jako „koszt bez praw”, nie mają warunków do zakładania rodzin i wychowania dzieci, co prowadzi do masowej emigracji i technologicznego pustynnienia kraju. Neoliberalne ramy ekonomiczne wpływają również na niekorzystny dla nas podział zysków w polskiej gospodarce oraz zachęcają podmioty międzynarodowe do ekspansji ekonomicznej.
Czy Polska obecnie jest neokolonią?
Odpowiedź na takie pytanie wymaga przedstawienia statystyk, które opisywałyby strukturę głównych rynków i obszarów, udział w nich własności zagranicznej, podział na małe i średnie oraz duże przedsiębiorstwa oraz poziom płaconego CIT. Właśnie obserwując rozwój udziałów zagranicznej własności w poszczególnych rynkach/obszarach, można ocenić stan i kierunki „neokolonizacji”.
Jak jednak zdefiniować pojęcie rynków? Ponieważ nie poruszamy się w dziedzinie nauk ścisłych, definicja ta powinna być umowna i zgodna ze zdrowym rozsądkiem, zaś jej granice nieostre. Dość ogólnie definiuje rynki tygodnik „Polityka” w swoim corocznym rankingu 500 największych firm. Analizując go, widzimy, że brakuje tam najciekawszych danych – np. informacji o płaconym CIT, opisu praktyk transferu pieniędzy za granicę celem niewykazania zysków w Polsce, udziałów własności polskiej i zagranicznej, udziału firmy w rynku, kluczowych powiązań kapitałowych ułatwiających praktyki kartelowe, zależności holdingowych itd. O co chodzi, widać w poniższym diagramie rynku banków, który należy do kluczowych wskaźników w rozróżnianiu, czy dany kraj jest podmiotem czy przedmiotem globalnej ekonomii, ponieważ decyduje, kto zarządza prywatnymi oszczędnościami, będącymi podstawą finansowania inwestycji krajowych.
Obserwując polską gospodarkę przez pryzmat tendencji w wybranych obszarach, można zrozumieć, jak postępuje neoliberalna „infekcja” krajowej gospodarki oraz zastanowić się nad „szczepionką”. Chcę jednak podkreślić, że zagraniczny kapitał, nawet w opisywanych tu rynkach nietechnologicznych, nie jest zły ani dobry. Jest konieczny – to miejsca pracy, innowacje w zarządzaniu, konkurencja itd. Natomiast gdy ramy prawne są złe, przejmuje on kontrolę nad rynkami – tworzy kartele, oligopole, monopole czy unika płacenia podatków; gdy jest go za dużo w wybranych sektorach – wówczas dusi rozwój słabszego polskiego kapitału, który mógłby z czasem stać się dojrzały do ekspansji zagranicznej. Kluczem są więc odpowiednie ramy prawne.
Dla dalszych rozważań zastosuję uproszczony podział na sześć obszarów, istotnych z punktu widzenia odwracania tendencji neoliberalnych: a) bezpieczeństwo finansowe, b) bezpieczeństwo ekonomiczne (poza finansowym), c) obszary wrażliwe społecznie, d) media, wiedza i informacja, e) handel detaliczny, f) inne dochodowe rynki nietechnologiczne.
Bezpieczeństwo finansowe

W wyniku nieroztropnej metody prywatyzacji polskich banków kapitał zagraniczny kontroluje ponad 60% polskiej bankowości. Oto zagrożenia wynikające z nadmiernej koncentracji zagranicznego kapitału:
- Drenaż zysku za granicę, zamiast krajowych reinwestycji.
- Brak zainteresowania tworzeniem produktów kredytowych wspomagających rozwój polskich przedsiębiorstw, zdolnych konkurować np. z ważnymi klientami banku-matki z kraju jego pochodzenia.
- Uniemożliwianie wytworzenia się silnych polskich grup bankowych, zdolnych do zagranicznej ekspansji.
- Ryzyko używania oszczędności Polaków do finansowania ważnych inwestycji, np. infrastruktury energetycznej, dróg, itd. w kraju banku-matki zamiast w Polsce.
- Ryzyko zmów kartelowych.
- Ryzyko użycia polskich oszczędności do rozwiązywania problemów finansowych i bilansowych banku-matki.
Rozwiązaniem jest zwiększenie udziału polskiego kapitału w sektorze bankowym. Jednym z celów mogłoby być osiągnięcie udziału co najmniej 70-procentowego, jak w Austrii czy Holandii, a także ułatwienie rozwoju regionalnej bankowości spółdzielczej. Warto też rozważyć rozdział bankowości oszczędnościowej od inwestycyjnej – jego brak naraża oszczędności obywateli na ryzykowne spekulacje finansowe, jak miało to miejsce na świecie w 2008 r. Kolejnym działaniem może być zamknięcie kont w niepolskich bankach przez instytucje publiczne i otworzenie ich albo w PKO BP, albo w krajowych bankach spółdzielczych.
Rynek obowiązkowych składek emerytalnych jest szczególnie atrakcyjny dla zagranicznych instytucji finansowych, gdyż prowizje od gromadzonego kapitału to znaczne kwoty i łatwy zysk. Ryzyko związane z nadmiernym wpuszczeniem prywatnych instytucji finansowych na ten wrażliwy społecznie rynek, jest następujące:
- Wygórowane prowizje, przez wieloletnią kumulację znacznie zmniejszające emerytury.
- W przypadku nieostrożnych zmian prawnych – ryzyko użycia tych długoterminowych oszczędności do finansowania inwestycji poza Polską, np. w strategiczną infrastrukturę energetyczną czy transportową.
W przypadku OFE warto zwrócić uwagę na kilka ważnych elementów:
- Nie ma żadnego śladu analizy skutków czy szacunku kosztów utworzenia OFE. Jeśli ich nie ma, to znaczy, że cała reforma, mająca wpływ na emerytury milionów Polaków, została wprowadzona „na oko”.
- Zmiany z roku 2014 r. de facto jedną ustawą znacjonalizowały prywatne oszczędności milionów Polaków odłożone w funduszach.
Z tego punktu widzenia istotna jest optymalizacja zarządzania obowiązkowymi oszczędnościami emerytalnymi. Powinno się rozważyć likwidację OFE, ale bez nacjonalizacji zebranych oszczędności. Wystarczyłoby powołanie jednej instytucji, która zatrudniłaby 50 świetnie opłacanych, polskich specjalistów ds. finansów. Miałoby to wymierny wpływ na wysokość emerytur, ponieważ zwiększyłyby się one o obecne wysokie prowizje od zgromadzonego kapitału firm obsługujących OFE. Koszty funkcjonowania takiej instytucji byłyby dużo mniejsze niż obecne opłaty.

Wielkość długu publicznego ma znaczenie o tyle, o ile jego nadmiar, zagrażający niewypłacalnością państwa, jest kartą przetargową wielkiego kapitału przy wymuszaniu neoliberalnych reform. Obserwując wzrost długu publicznego w Polsce w stosunku do rosnącego PKB i rozwój kosztów obsługi odsetek i spłaty długu (Wykres 2), a także ostatnie manewry władz w celu sztucznego zmniejszenia długu publicznego, można wyraźnie dostrzec, że dług publiczny wciąż rośnie wraz ze wzrostem PKB i spadkiem oprocentowania długu. Towarzyszy temu manipulowanie sposobem obliczania długu i PKB, czyli księgowe zaniżanie wartości długu, co niestety realnie go nie zmniejsza.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że dług zagraniczny jest dużo bardziej ryzykowny od krajowego. Wynika to m.in. z ryzyka wahań walutowych, o czym świetnie wiedzą „frankowicze”.
Istotne jest uszczelnienie konstytucyjnej kontroli nad długiem publicznym. Polska klasa polityczna zachowuje się pod tym względem nieodpowiedzialnie (tabela 1). Należy pozbawić ją możliwości obchodzenia art. 216 Konstytucji RP, który można by zmienić np. od 2019 r. w następujący sposób: Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3⁄5 wartości rocznego produktu krajowego brutto z roku 2018. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa z roku 2014. Taka przykładowa zmiana uniemożliwi triki księgowe i powiększanie długu kraju w wyniku wzrostu PKB. Dług zagraniczny powinien być zmniejszany w pierwszej kolejności.
Tabela 1. Rozwój długu publicznego Polski
|
Rok
|
Dług publiczny w mld. zł
|
Roczny przyrost długu publicznego w mld. zł
|
|
1991
|
210
|
10
|
|
1995
|
220
|
10
|
|
1997
|
230
|
10
|
|
1998
|
210
|
10
|
|
1999
|
250
|
10
|
|
2000
|
260
|
10
|
|
2001
|
270
|
10
|
|
2002
|
280
|
10
|
|
2003
|
352
|
72
|
|
2004
|
408
|
56
|
|
2005
|
440
|
32
|
|
2006
|
466
|
26
|
|
2007
|
506
|
40
|
|
2008
|
527
|
21
|
|
2009
|
597
|
70
|
|
2010
|
669
|
72
|
|
2011
|
747
|
78
|
|
2012
|
774
|
27
|
Sporo zaczyna się mówić w Polsce o tym, że duże zagraniczne korporacje unikają płacenia podatku od dochodu kapitałowego CIT, przy pomocy sztuczek księgowych nie wykazując zysków w Polsce. Równolegle słyszy się o tym, że najbogatsi Polacy przesuwają kapitały do zagranicznych fundacji lub np. do Monako albo na Cypr celem unikania podatku CIT lub spadkowego. Skutkuje to dokręcaniem śruby podatkowej klasie średniej, która ma mniejsze możliwości wywierania presji na władzę, a także utrudnia np. zwiększanie kwoty wolnej od podatku czy dofinansowanie publicznej służby zdrowia. Ponieważ neoliberalizm jest doktryną służącą superbogatym, takie opodatkowanie regresywne, de facto zwalniające najbogatszych z podatku dochodowego i spadkowego, jest globalnym trendem, który powoduje zwiększanie się rozwarstwienia majątkowego.
Propozycja rozwiązania to wprowadzenie zrównoważonego, zrozumiałego i progresywnego systemu podatkowego. Aby zapewnić odpowiednie finansowanie obszarów ważnych społecznie, urząd skarbowy powinien poprosić właścicieli dużego kapitału, aby rzetelnie płacili podatki. Natomiast ekspansja gospodarcza – zwłaszcza zagraniczna – polskich milionerów powinna być promowana przez państwo. W parze z takim wsparciem powinny jednak iść obowiązki, a uczciwe płacenie podatków to jeden z nich. W ten sposób można by odciążyć podatkowo polską klasę średnią i zwiększyć kwoty wolne od podatku dla najmniej zarabiających, co korzystnie wpłynie na demografię.
Niedawny przypadek „frankowiczów” – kredytobiorców we frankach szwajcarskich, pokazuje, że klienci są niedoinformowani oraz manipulowani przez pożyczkodawców. Pozostawienie ich samym sobie może doprowadzić do sytuacji podobnej jak w Hiszpanii, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi zostało wprowadzonych w błąd przy udzielaniu kredytów hipotecznych, a ich życie zrujnowano. Propozycją jest więc regulacja rynków kredytów prywatnych, która wymuszałaby na kredytodawcach solidną informację dla potencjalnych klientów na temat ryzyka pożyczek, np. hipotecznych, czyli choćby o ryzyku walutowym czy groźbie załamania się rynku nieruchomości. Ponieważ zysk agentów wynika z liczby i wysokości sprzedanych kredytów w ogóle (a nie tylko kredytów bezpiecznych), warto tu antycypować ryzyko. Można również pomyśleć o edukacji obywatelskiej w tym obszarze.
Warto także wspomnieć o kapitale spekulacyjnym. Jest on formą hazardu i służy „rozbujaniu” rynków, np. towarów czy akcji celem wyprowadzania zysków. Jest bardzo szkodliwy dla długoterminowego i zrównoważonego rozwoju realnej gospodarki. Niewielki podatek obrotowy, na przykład 2 promile, od każdej transakcji, tzw. podatek Tobina, jest tu optymalnym rozwiązaniem. Nie należy jednak mylić kapitału spekulacyjnego z kapitałem zagranicznym w ogóle, korzystnym i koniecznym dla polskiej gospodarki.
Bezpieczeństwo ekonomiczne (poza finansowym)
Polska powinna zachować konieczną kontrolę nad własnymi strategicznymi zasobami i aktywami, a wypracowane przez nie zyski powinny służyć finansowaniu ważnych usług publicznych.
Kontrola nad ziemią rolną to ważne zagadnienie z niedocenianej dziedziny, jaką jest bezpieczeństwo żywnościowe. To problem strategiczny, gdyż obecnie wykup ziemi rolnej przez fundusze inwestycyjne czy państwa ma miejsce na masową skalę np. w Afryce. Wydaje się, że polscy politycy nie popełnili błędu wyprzedaży nadmiernej ilości ziemi zagranicznemu kapitałowi.
Rynkiem bardzo dochodowym i kluczowym z punktu widzenia energetycznego bezpieczeństwa państwa są surowce mineralne (metale, węgiel, gaz itp.), zwłaszcza w perspektywie ostatnich wydarzeń za wschodnią granicą. Na szczęście polskie firmy tej branży nie podzieliły losu banków, więc krajowy kapitał ma tu wciąż spory udział.
Warto zwrócić uwagę, że toczy się globalny wyścig o zapewnienie dostępu do kurczących się rezerw surowców. Wielki kapitał specjalizuje się w nabywaniu tych zasobów. W takim właśnie kontekście warto obserwować niedawny kryzys górniczy w Polsce, a zwłaszcza zmiany we własności złóż, prawie do ich wydobycia i opodatkowaniu zysków.
Tania energia jest kluczowa dla rozwoju gospodarczego każdego kraju. Ma również znaczenie społeczne, bo gdy jest zbyt droga, odbiera uboższym Polakom np. możliwość ogrzania domów w zimie. Warto ten społeczny wpływ kalkulować przy długoterminowym planowaniu inwestycji w rozwój infrastruktury energetycznej i jej kosztów.
Rynek energii jest bardzo dochodowy, a polski kapitał wciąż ma tu sporo do powiedzenia. Obecnie toczy się bezwzględna walka o kierunek energetycznego rozwoju Polski – od jej wyniku będzie zależeć, kto zarobi na naszych przyszłych rachunkach za prąd i ogrzewanie. Ważne jest więc opracowanie i wdrożenie zrównoważonej strategii energetycznej, skrojonej na potrzeby i możliwości Polski. Widać obecnie, że państwo nie radzi sobie z zagadnieniem tak ważnym dla naszego sukcesu ekonomicznego.
Sektor telekomunikacji to kolejny strategiczny i dochodowy rynek, zazwyczaj zdominowany przez kilku wielkich graczy. Telekomunikacja Polska została „sprywatyzowana” przez sprzedaż państwowej francuskiej spółce telekomunikacyjnej. Natomiast w telefonii komórkowej konkurują ze sobą trzy firmy, przy czym właścicielem tylko jednej jest Polak. Tym samym ważne jest promowanie zwiększenia udziału polskiego kapitału w rynku telekomunikacji oraz uniemożliwianie zagranicznemu kapitałowi całkowitego przejęcia go.
Obszary wrażliwe społecznie
Warto również postulować zablokowanie urynkowienia obszarów wrażliwych społecznie. Sektory, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy usługi komunalne nie powinny być nastawione na maksymalizację zysku wypłacanego właścicielom, lecz na dostępność dla ogółu, a tym samym powinny zachować charakter publiczny.
Dostępność powszechnej i darmowej edukacji jest rzeczą ważną i powinno się unikać prywatyzacji edukacji finansowanej z podatków. Inną jednak sprawą jest, czy opłaca się społeczeństwu np. bezwarunkowo darmowa (i bardzo droga) edukacja lekarzy lub inżynierów, z których wielu zaraz po studiach wyjeżdża do pracy za granicę. Jest to temat wart dyskusji – czy prawo do darmowej edukacji pociąga za sobą obowiązki względem sponsorującego ją społeczeństwa, czy też nie. W każdym razie bez wysokiego poziomu edukacji publicznej Polska nie ma szans na awans w światowej lidze państw. Ewentualna prywatyzacja edukacji ograniczy społeczeństwu dostęp do niej, a w konsekwencji obniży jego zdolność do globalnej konkurencji.
Bardzo ważny obszar społeczny stanowi służba zdrowia. Również w tej sferze prywatyzacja podraża dostęp do usług, wyklucza mniej zamożną część społeczeństwa oraz koncentruje się na generowaniu zysku, a nie na tanim i skutecznym wyleczeniu czy profilaktyce. Problem ochrony zdrowia w Polsce polega również na tym, że obowiązkowe składki zdrowotne finansują w coraz większym zakresie działalność prywatnych spółek lekarskich, siłą rzeczy zorientowanych na zysk, a nie na dostępność usług i tanie, lecz skuteczne leczenie. Ze względu na optymalizację dostępu do usług medycznych publiczne zakłady opieki zdrowotnej funkcjonują lepiej niż prywatne. Natomiast prywatne ubezpieczenia zdrowotne, finansowane tylko z dobrowolnej składki zdrowotnej, powinny rozwijać się nieskrępowanie.
Obecnie w Polsce systematycznie zmniejsza się udział płacy w PKB. Według „Polityki” (23 grudnia 2013), polscy pracownicy stracili aż 7,8 pkt. proc. PKB w płacach w ciągu 10 lat. Według danych Eurostatu z 2013 r. w Polsce udział płac w PKB wynosi tylko 35,6% PKB, gdy w Niemczech aż 51,6%. Równocześnie systematycznie rośnie udział dochodów kapitałowych w PKB. Pracownik został sprowadzony do roli „nadmiernego kosztu”. Warto myśleć, jak systematycznie zwiększać udział płac do przynajmniej 50% PKB.
Tu propozycją jest ulepszenie prawa pracy. Ochrona pracowników jest ważną funkcją państwa. Wspieranie tworzenia rad pracowniczych, związków zawodowych, promowanie umów zbiorowych, nadanie właściwego znaczenia Komisji Trójstronnej, wspieranie dialogu społecznego, stałych umów o pracę, rozsądnej płacy minimalnej i kwoty wolnej od podatku – wszystko to są ważne cechy cywilizowanego państwa oraz wyraz elementarnego szacunku wobec obywateli.
Niestety, jednej rzeczy nie da się obejść. Pracodawca musi mieć bezproblemową możliwość zwolnienia pracownika w przypadku tarapatów finansowych. Za to pracownik powinien mieć solidne ubezpieczenie od bezrobocia, aby zwolnienie nie było zupełną tragedią. Inaczej trudno pogodzić zdolność do konkurowania kapitału z poczuciem bezpieczeństwa pracowników.
Podobnie jak z ochroną zdrowia, prywatyzacja usług komunalnych (wodociągi, kanalizacja, wywóz i utylizacja śmieci) prowadzi do wzrostu cen, wykluczenia z nich uboższej części społeczeństwa oraz drenażu zysku do kieszeni prywatnych monopolistów.
Swobodny dostęp społeczeństwa do przyrody jest ważny, więc państwowa własność w tym zakresie powinna być chroniona. Lasy stały się państwowe i takie powinny pozostać, aby każdy mógł z nich korzystać. O żadnej reprywatyzacji nie powinno być mowy.
W kwestii produkcji żywności zauważyć można powolny spadek jej jakości, m.in. z powodu nacisku hipermarketów i dyskontów na cięcie kosztów produkcji. W konsekwencji może dojść do sytuacji analogicznej jak w USA – tylko niezdrowa żywność jest dostępna dla warstw uboższych, czego rezultatami są otyłość i związane z nią problemy zdrowotne. Oczywiście ma to też spore, choć pośrednie znaczenie dla kosztów służby zdrowia. Widać również powolną ekspansję produktów modyfikowanych genetycznie i niezdrowej żywności sprzedawanej przez zagraniczne sieci gastronomiczne. Trudno ocenić, jakie są udział zagranicznego kapitału w sektorze produkcji żywności oraz jego struktura, ale jest to temat wart analizy i wyciągnięcia wniosków.
Tutaj postulatem jest uregulowanie rynku w duchu promowania żywności zdrowej i taniej. Powinno się za pomocą norm dbać o wysoką jakość żywności oraz promować rozwój polskich przedsiębiorstw, w tym rzemiosła (piekarze, masarze itd.), oraz o dobrą edukację zawodową dla przyszłych rzemieślników. Warto też podchodzić z ostrożnością do żywności modyfikowanej genetycznie, bo tu głównym graczem są globalne koncerny, nieponoszące odpowiedzialności za długoterminowe skutki jej wprowadzania na rynek.
Spółdzielczość jest bardzo niewygodna dla doktryny neoliberalnej, ponieważ ogranicza udział prywatnego kapitału w dochodowych rynkach, takich jak handel, produkcja, finanse czy budownictwo. Widać, że państwo nie dba o tę formę działalności gospodarczej. Wspieranie rozwoju spółdzielczości to sprawienie, aby ramy prawne zarządzania spółdzielczością zostały poprawione, a sama kooperacja promowana np. w budownictwie, handlu czy bankowości.
Sfera opinii publicznej i emocji społecznych
Obszar ten ma szczególne znaczenie dla rozwoju społeczeństwa i budowania tak niewielkiego w Polsce zaufania społecznego oraz dla upodmiotowienia Polaków. W tym obszarze odbywa się każdy publiczny spór i ma on wpływ na tendencje opinii publicznej, jej gusta czy fobie.
Nie ma co się łudzić, że prywatna własność w mediach nie kieruje się chęcią zysku. Ofiarą tego pada jakość informacji, stającej się zwykłym towarem, wypieranym przez produkt tańszy i gorszy. Widoczny jest deficyt mediów publicznych, bezkarność mediów brukowych, znaczne uzależnienie prasy od kapitału zagranicznego oraz uzależnienie mediów prywatnych od reklamodawców. Dobrym krokiem wydaje się ucywilizowanie rynku mediów w duchu interesu publicznego. Powinno się promować silne media publiczne dbające o interes społeczny i narodowy oraz za pomocą regulacji uniemożliwiać nadmierną koncentrację kapitału w mediach prywatnych. Warto też stworzyć takie ramy, aby zagraniczny kapitał miał warunki działania uniemożliwiające przejęcie poszczególnych rynków medialnych. Na rynku doradztwa i konsultingu dominuje kilka zagranicznych spółek. Temat wart jest pogłębionej analizy potencjalnych praktyk kartelowych i ich wpływu na powstanie i okrzepnięcie polskich spółek doradczych. Warto też monitorować, jaki obrót mają obecni potentaci i jaki wykazują zysk. Ponadto firmy takie nie powinny pełnić istotnej roli przy wspieraniu tworzenia polskiego prawa, gdyż zachodzi tu oczywisty konflikt interesów, wyrażony ryzykiem promowania rozwiązań prawnych korzystnych dla wielkich zagranicznych klientów, w tym państw i korporacji.
Słuchając w Polsce radia czy oglądając telewizję, można przeżyć prawdziwy koszmar z powodu ciągłych, długich i często „niesmacznych” reklam. Reklamy znacząco zaśmiecają także przestrzeń publiczną. Jednocześnie drogie reklamy stanowią ważne źródło dochodów prywatnych mediów. Warto rozważać, w jakim stopniu wpływa to na obiektywność oceny reklamodawcy i jego konfliktu z interesem społecznym czy publicznym.
Powinno się więc rozważyć lepsze uregulowanie rynku reklam, m.in. z punktu widzenia szkodliwości społecznej niektórych typów reklam (np. leków), relacji reklamodawców z mediami, a także zaśmiecania przestrzeni publicznej.
Mogłyby również powstawać instytuty monitorujące media pod względem ich obiektywności względem podmiotów zamawiających reklamy.
Handel detaliczny
W handlu detalicznym można zauważyć rosnącą dominację zagranicznego kapitału oraz następujące zagrożenia i zaniedbania:
- Wypychanie z rynku polskich sklepów, co uniemożliwia im wzrost i wytworzenie masy krytycznej, pozwalającej na ekspansję zagraniczną.
- Ryzyko drenażu zysku celem unikania płacenia podatku CIT.
- Nadmierną koncentrację kapitału w handlu, będącą zagrożeniem dla całej strefy produkcyjnej polskich małych i średnich przedsiębiorstw zaopatrujących sklepy. Uniemożliwia im ona „zdrowy” wzrost, niezależną ekspansję zagraniczną czy osiąganie większych zysków, ponieważ duże sieci handlowe mają swoje metody ograniczania rentowności małych dostawców. Taka dominacja degeneruje polską ekonomię.
Rynek hipermarketów jest całkowicie przejęty przez kapitał zagraniczny. Jego nadmierny rozrost, poza ogólną logiką wynikającą z powyższych rozważań, powoduje eliminację polskiej konkurencji w handlu spożywczym, kosmetykami, chemią domową czy elektroniką, a także generuje spore ryzyko tworzenia zmów kartelowych.
Rynek ten należy uregulować. Pierwszym instrumentem powinien być solidny podatek obrotowy nałożony na hipermarkety. Drugim – regulacja jasno definiująca ograniczenia w powstawaniu nowych hipermarketów oraz uniemożliwiająca ich nadmierną ekspansję. Kolejnym elementem winien być surowy monitoring antykartelowy wraz z odpowiednimi karami finansowymi wraz z nadzorem nad kapitałowymi relacjami między hipermarketami a dyskontami. Powinno się też ucywilizować relacje z dostawcami, często polskimi małymi i średnimi przedsiębiorstwami, obecnie „drenowanymi” i marginalizowanymi przez nadmiernie silną pozycję hipermarketów.
Rynek sklepów spożywczych i dyskontów jest częściowo zdominowany przez zagraniczny kapitał, zwłaszcza w średnich i dużych miastach. Ryzykiem jest możliwość powiązań kapitałowych z hipermarketami. Jego nadmierny rozrost powoduje wymieranie rodzinnych, osiedlowych sklepików.
Stąd istotne jest także uregulowanie i tego rynku. Kapitał zagraniczny powinien móc swobodnie funkcjonować, ale nie mieć możliwości przejęcia większości rynku. Głównym instrumentem powinien być również i tu progresywny podatek obrotowy. Progresja powinna zaczynać się od obrotu, od którego wielkość dyskontu zaczyna być szkodliwa dla zdrowego funkcjonowania rynku. Regulację należałoby zdefiniować tak, aby otworzyła przestrzeń dla rozwoju i koncentracji polskiego kapitału, czy to przez jego wzrost, czy organizowanie się w grupy dyskontów, czy to powstawanie spółdzielni.
Warto podkreślić, że rozproszony kapitał krajowy zaczyna się bronić, np. za pomocą zrzeszania się w polskiej grupie kapitałowej Nasz Sklep. To jedna z właściwych dróg.
Inne dochodowe rynki
Wiele znanych produktów codziennego użytku, jak sprzęt do golenia, pasty do zębów, przekąski, napoje gazowane, woda, lody, gumy do żucia czy alkohole, jest kontrolowanych przez kilka wielkich funduszy inwestycyjnych, posiadających w skali globu, przez łańcuszek firm, setki znanych marek. Deformujący wpływ takiej koncentracji na rynki w Polsce i na polską konkurencję, wytwarzającą podobne produkty, musi być ogromny, choć rzadko się słyszy, aby było to przedmiotem publicznej analizy. Mimo iż są to potężni, globalni gracze, często zarządzający kapitałem większym, niż kilkuletni PKB Polski.
Powyższe przykłady można by mnożyć, ale widać, że cały neoliberalna kolonizacja Polski jest urządzona według schematu: przejąć dochodowe rynki i wydrenować z nich nieopodatkowane zyski oraz wykupić wartościowe aktywa, jak surowce, ziemia uprawna czy lasy; przy okazji uniemożliwić wyrośnięcie lokalnej konkurencji, którą się od siebie uzależnia lub – za pomocą dumpingu cenowego – doprowadza do bankructwa (jak w przypadku Malmy czy obecnych prób wobec Fakro), wraz z tanią i pozbawioną praw siłą roboczą. Dodatkowo prywatyzuje się obszary wrażliwe społecznie celem tworzenia nowych obszarów zysku.
Ponieważ w Polsce wciąż jeszcze są rynki i „zasoby” nieskomercjalizowane, jak sektor energetyczny, ziemia, złoża mineralne czy lasy, do pełnej „neokolonizacji” jeszcze trochę brakuje, jednakże „neoliberalny rak” systematycznie postępuje. W przypadku niewypłacalności Polski temat „prywatyzacji” tych obszarów wróci jako warunek restrukturyzacji długu.
Jak „obalić” neoliberalizm i upodmiotowić Polskę?
Ponad 25 lat po obaleniu komunizmu trzeba się zastanowić, jak wprowadzić w życie art. 2. Konstytucji RP. Stanowi on, iż Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Dotychczas mieliśmy natomiast do czynienia z urzeczywistnianiem zasad neoliberalizmu.
Oczywiście zagraniczny kapitał będzie się bronił przed utratą wpływów, rynków i dochodów. Jego instrumentami wywierania nacisku na rządy, prawodawstwo i opinię publiczną są działy dużych korporacji ds. relacji z rządami i ich lobbingowe organizacje, presja medialna, oparta na kosztownej reklamie, czy oferowanie lukratywnych ofert pracy we wpływowych koncernach. Specyficznym i skutecznym narzędziem wpływu są fundacje finansowane przez różnej maści globalnych spekulantów lub rządy silnych państw trzecich. Wywierają one tzw. miękki wpływ na naszą rzeczywistość przez umiejętny i dyskretny lobbing pozornie bezstronnych specjalistów.
Innymi metodami ułatwiającymi wywieranie wpływu są przejmowanie rynku medialnego przez zagraniczny kapitał, skargi do Unii Europejskiej, używanie międzynarodowego arbitrażu. Wszystkie te instrumenty presji są uruchamiane w razie potrzeby. Tak właśnie działo się w czasie zmniejszenia zasięgu OFE i tak będzie się dziać, gdy zostanie zagrożony zysk zagranicznego kapitału w Polsce. Można się też spodziewać „spontanicznych” protestów pracowników w obronie miejsc pracy, mimo że obecnie te same koncerny aktywnie zwalczają organizowanie się w związki zawodowe czy rady pracownicze oraz płacą, mimo sporej rentowności, pensje minimalne lub zmuszają do bezpłatnych nadgodzin czy pracy ponad siły. Należy być świadomym, że takie trudności będą częścią procesu zmian.
W zasadzie „szczepionka na neoliberalizm” powinna polegać na:
- Stopniowym zmniejszeniu udziału zagranicznego kapitału w newralgicznych obszarach ekonomii do bezpiecznego poziomu i zastąpienie go dojrzewającym kapitałem polskim.
- Umożliwieniu wzrostu i zagranicznej ekspansji polskiego kapitału.
- Opodatkowaniu ukrywanych zysków zagranicznych korporacji i wprowadzeniu podatków progresywnych.
- Zablokowaniu ekspansji prywatnych rynków na obszary, które mają duże znaczenie społeczne, oraz na dbałości o rozwój tych obszarów.
- Trzymaniu w ryzach długu publicznego, aby nie było możliwe użycie głównego instrumentu presji na utrzymanie status quo.
Ponieważ nie da się prowadzić nowoczesnej i roztropnej polityki bez stosownej wiedzy, należy umożliwić rozwój polskich think tanków promujących polski interes społeczny i narodowy. Zagraniczne firmy konsultingowe wchodzą tu w oczywisty konflikt interesów i nie powinny odgrywać istotnej roli w procesach „naprawy” neoliberalizmu i doradztwa polskim instytucjom politycznym i gospodarczym. Dlaczego? Wystarczy wspomnieć ich doradczą rolę przy prywatyzacji.
Takie dobrze dofinansowane think tanki powinny regularnie tworzyć skrojone na polskie potrzeby analizy, raporty czy statystyki konieczne dla skutecznego aplikowania „antyneoliberalnej szczepionki” i dla zrównoważonego rozwoju Polski. Na podstawie tych analiz powinno się „skalować” regulacje w każdym istotnym obszarze. W sytuacji zaś opierania się instytucji państwowych przy tworzeniu prawa na raportach zagranicznych firm konsultingowych warto wymóc absolutną przejrzystość działań.
Polska podpisała wiele międzynarodowych zobowiązań, które ograniczają pole manewru, choć nie uniemożliwiają zmian. Po pierwsze, prawo Unii Europejskiej zabrania narodowych preferencji w regulacjach. Dlatego żadna polska regulacja nie może rozróżniać narodowości kapitału, gdyż zostanie unieważniona przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Natomiast znając strukturę rynków i charakterystykę części zagranicznego kapitału, można działać skutecznie bez wyrażania wprost celu zawartego w regulacjach. Na przykład można opodatkować hipermarkety 2-procentowym podatkiem obrotowym, ale to, że opodatkowaniu podlega w tym przypadku kapitał zagraniczny, ma wynikać z analizy rynku, a nie z zapisów ustawy. Podobnie z dyskontami – jeśli analiza mówi, że zagraniczny kapitał dominuje, mając 3 mld PLN rocznego obrotu, a polski ma maksymalnie 1 mld PLN, należy wprowadzić podatek obrotowy 1,5-procentowy i zrobić wyjątek dla firm mających roczny obrót mniejszy od 2 mld PLN, a wszystko to uczynić pod hasłem promowania małej i średniej przedsiębiorczości.
Po drugie, warto uwzględniać to, że zagraniczne korporacje mają możliwość odwołania się do międzynarodowego arbitrażu, i tak definiować regulacje, aby nie było podstaw do skargi. W tym kontekście należy zachować ostrożność w ograniczaniu praw polskiego sądownictwa w zakresie relacji z międzynarodowym kapitałem.
Podsumowanie
Narracje neoliberalizmu i jego praktyczne tendencje stoją w sprzeczności z upodmiotowieniem się Polski i Polaków oraz z art. 2 Konstytucji RP. Żądanie korekty jego wadliwych elementów nie neguje wartości wolnego rynku jako takiego, lecz dąży do korekty jego zdegenerowanych elementów, stojących w jawnej sprzeczności ze sprawiedliwością społeczną i interesem narodowym Polski i Polaków.
Takie usystematyzowanie powinno ułatwić wypracowanie spójnej i uniwersalnej wizji dla różnych rozproszonych organizacji, które chcą działać w społecznym, lokalnym czy narodowym interesie. Różnice światopoglądowe nie powinny tu mieć znaczenia.
Spróbowałem opisać, za pomocą jakich instrumentów można praktycznie doprowadzić do zmiany. Oczywiście są one bardzo ogólne i zapewne niedoskonałe. Do precyzyjnego wymodelowania takich procesów trzeba sztabu specjalistów, procesu legislacyjnego, konsultacji społecznych. Chodzi jednak o pokazanie ogólnych założeń. Osiągnięcie takich zmian to kilkanaście lat systematycznej pracy, której metody są ograniczone przez międzynarodowe zobowiązania Polski. „Ograniczone” nie znaczy jednak „niemożliwe do wprowadzenia” – tyle że trzeba być kreatywnym oraz świetnie znać praktykę wdrażania prawa międzynarodowego i precedensy.
Nie powinno się również potępiać kapitału zagranicznego jako takiego. Natomiast temu mniej pożytecznemu, w przypadku nadmiernej koncentracji mającemu tendencje do tworzenia karteli, spekulacji czy uniemożliwiania rozwoju polskiej konkurencji, warto stworzyć ramy działania korzystne z punktu widzenia interesu Polski. Interes publiczny, społeczny i narodowy Polski i Polaków musi stać się wartością nadrzędną, będącą ponad interesem zagranicznych korporacji wspieranych przez neoliberalny dyskurs i jego akolitów.
Kim lub czym chcemy być za 15–20 lat? Zamożnym, w miarę sprawiedliwym społecznie, średnim podmiotem na międzynarodowej scenie, podobnym do Korei Południowej czy Szwecji, czy też przedmiotem w globalnej rozgrywce, smutną, niesprawiedliwą, zwasalizowaną neokolonią, zdominowaną przez zagraniczne korporacje, podobną do wielu krajów postkolonialnych? Wybór wciąż jeszcze należy do nas.
przez Marcin Malinowski | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Niedawno w mediach zaczął pojawiać się temat reindustrializacji, czyli odbudowy przemysłu w Polsce. Zagadnieniu temu warto przyjrzeć się bliżej, ponieważ należy ono, w moim przekonaniu, do najważniejszych wyzwań dla naszego kraju. To m.in. na polu polityki przemysłowej rozstrzygać się będą nasza przyszłość oraz szanse rozwojowe.
Zacznijmy od zacytowania dwóch paragrafów z Komunikatu Komisji Europejskiej dotyczącego polityki przedsiębiorczości z 2012 r.:
Europa musi przywrócić swemu przemysłowi należną mu rolę w XXI w. Jest to jedyny sposób, by zapewnić zrównoważony wzrost gospodarczy, tworzyć miejsca pracy wysokiej jakości i rozwiązywać obecne problemy społeczne. Aby to osiągnąć, potrzebna jest całościowa wizja, skupiająca się na inwestycjach i innowacjach […].
Skupienie uwagi polityków na przemyśle zasadza się na konstatacji, że silna baza przemysłowa jest konieczna dla dobrobytu i sukcesu gospodarczego Europy.
Główną przeszkodę dla reindustrializacji w Polsce stanowi jej sprzeczność z teorią neoliberalną, w oparciu o którą została przeprowadzona transformacja ekonomiczna. Herezją wobec tej doktryny jest jakakolwiek istotna interwencja państwa w gospodarkę – co ma oczywiście zastosowanie także w przypadku planowej polityki państwa na rzecz odnowy przemysłu. Obecnie doktryna neoliberalna sama stała się w świecie zachodnim „dinozaurem” i jest poddawana daleko idącej krytyce. W Polsce nadal jednak trzyma się dość mocno, popierana przez znaczną część środowisk opiniotwórczych.
W minionych dekadach mieliśmy już do czynienia z przypadkami, kiedy to niektóre państwa prowadziły aktywną i skuteczną politykę przemysłową, co przyczyniło się do rozkwitu ich gospodarek. Szczególnie znane są przykłady „wschodnioazjatyckich tygrysów”: Korei Płd., Tajwanu, Chin, Japonii czy Singapuru. Kraje te, dzięki szybkiemu rozwojowi produkcji przemysłowej, zaczęły wypychać z licznych globalnych rynków dotychczasowych potentatów z Unii Europejskiej czy USA. Ważnym składnikiem ich sukcesu są inteligentne zabiegi mające na celu ochronę swoich rynków, przede wszystkim dyskretne tworzenie tzw. nietaryfowych barier handlowych (non-tariff barriers). W krajach służących za liberalny wzór, jak USA czy Wielka Brytania, nastąpił w tym okresie powolny zmierzch przemysłu. Dopiero w ostatnich latach trend zaczął się odwracać. Szczególnie skuteczne okazały się reindustrializacyjne poczynania Stanów Zjednoczonych, napędzane tanią energią z gazu łupkowego.
Znakomite przykłady efektów takiej polityki przemysłowej przynosi obserwacja sytuacji na rynkach elektroniki, statków i samochodów. Jeszcze kilkanaście lat temu wiele marek telewizorów pochodziło z krajów nieazjatyckich. Obecnie na rynku dominuje kilka azjatyckich firm. Europejscy producenci, tacy jak Philips, przetrwali tylko dzięki uzależnieniu od dostaw komponentów z Azji (wielkości około 80 proc. wartości produktu) i w zasadzie zajmują się głównie końcowym wzornictwem. Innego przykładu z dziedziny elektrotechniki dostarcza rynek telefonów komórkowych, szeroko omawiany po bankructwie Nokii. Nie jest przypadkiem, że Azja zdominowała rynek elektroniki, spychając starych liderów do nisz. Ta azjatycka dominacja to właśnie owoc starcia neoliberalnej doktryny nieingerencji państwa w gospodarkę z dobrze przemyślaną, aktywną polityką przemysłową.
Na tej samej zasadzie polskich stoczni nie „wykończyły” regulacje UE w zakresie pomocy państwowej, jak się tu i ówdzie czyta, ale przede wszystkim inteligentne subwencje dla stoczni jednego z krajów azjatyckich. W efekcie także i w tym sektorze europejska konkurencja została zepchnięta do specjalistycznych nisz. Wyglądało to tak, że najpierw koreańskie stocznie zaniżały ceny statków, a później ich straty wyrównywał państwowy bank. Z uwagi na wieloletni rytm finansowania było to trudne do wychwycenia. W konsekwencji po jakimś czasie konkurencja wycofała się, a de facto monopolistyczna pozycja na globalnym rynku dużych statków szybko wynagrodziła państwu koszty subwencji. Zresztą w tej chwili inny wschodzący gigant z Azji – Chiny – rozpycha się na rynku dużych okrętów podobną metodą, podkopując pozycję poprzedniego hegemona.
Jeśli chodzi o samochody, na europejskich drogach widać miliony aut produkcji japońskiej. Jednocześnie Europa sprzedaje do tejże Japonii zaledwie kilka tysięcy aut rocznie, i to w zgodzie z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO)! Oczywiście, istnieje jedna dyskretna bariera handlowa, tyle że zaprojektowana tak sprytnie, aby nie stała w sprzeczności z międzynarodowymi umowami. Polega ona na nieformalnych ustaleniach między dealerami samochodów a producentami japońskich aut. W konsekwencji Japonia korzysta z otwartych rynków USA i UE, równocześnie chroniąc własny, a tym samym miejsca pracy w swoim przemyśle. Właśnie liczne przypadki tego rodzaju sprawiły, że w wolny globalny handel, „niewidzialną rękę rynku” czy neoliberalizm wierzy już niewielu ekspertów (zwłaszcza pozostających poza organizacjami od dekad żyjącymi z głoszenia takich teorii). Praktyczne efekty neoliberalizmu to masowe bezrobocie powodowane konkurencyjną porażką i upadkiem firm pozbawionych wsparcia państwa (np. Nokia czy Loewe). Nie ma sensu prowadzenie wolnego handlu z krajami, które po cichu chronią swój rynek, pośrednio przyczyniając się do likwidowania miejsc pracy gdzie indziej. Zasada wzajemności wydaje się tu właściwym podejściem. Ale dla ortodoksyjnych wyznawców wolnego handlu nawet tak pragmatyczne postawienie sprawy stanowi herezję.
Obecnie Polska jest niemal wyłącznie krajem oddziałów zagranicznych przedsiębiorstw. A w najlepszym wypadku – dostawcą nisko lub średnio przetworzonych produktów dla zagranicznych marek. Oznacza to niewielkie marże (a więc skromny zysk) oraz łatwą zastępowalność w „globalnym łańcuchu gospodarczym” przez kraje o jeszcze tańszej sile roboczej – czyli stałe zagrożenie jeszcze wyższym bezrobociem.
Celem każdego strategicznie myślącego państwa powinno być unowocześnianie struktury przemysłu. Taka polityka powinna się opierać na tworzeniu dla przedsiębiorstw optymalnych warunków do podwyższania swojej konkurencyjności poprzez różnorakie, dobrze zsynchronizowane instrumenty polityki gospodarczej. Zamieszczona poniżej tabelka stanowi szacunkowe przedstawienie tego, gdzie jako kraj jesteśmy, oraz dokąd powinniśmy dążyć.
Pożądanej struktury przemysłu nie sposób osiągnąć bez osłabienia dominacji neoliberalnej ortodoksji. Zmiany byłyby możliwe w perspektywie dwóch dekad, ale tylko przy zintegrowanej i wielopoziomowej polityce gospodarczej. Potrzebne jest całościowe podejście – od wypracowania mądrej polityki handlowej dla wybranych sektorów po dostęp do kredytowania dla małych i średnich przedsiębiorstw. Do tego dochodzi polityka podatkowa czy usprawnienie sądownictwa orzekającego w zakresie sporów między firmami. Wiele decyzji istotnych dla konkurencyjności przedsiębiorstw nie zapada w Polsce, lecz np. w UE lub WTO. Dlatego elementem polityki zintegrowanej i wielopoziomowej musi być pilnowanie, by polska perspektywa była tam w należytym stopniu brana pod uwagę. Podobnie jak dzieje się to w przypadku interesów innych krajów członkowskich.
Postulat tak pojętego interwencjonizmu nie oznacza, że państwo musi budować fabryki albo nakazywać przedsiębiorstwom państwowym kupowanie wskazanych firm (choć może to robić, gdyż UE nie zabrania państwowej własności). Wykluczone jest też, aby zalecane ustawy wyszły spod pióra jakiejkolwiek partii politycznej. Tego się nie da zrobić bez użycia machiny rządowej: publicznych konsultacji itd. Można natomiast określić realistyczne cele – co Polska powinna osiągnąć za 5, 10 czy 20 lat – i zależnie od nich definiować właściwe instrumenty działania. Na przykład za pomocą, o zgrozo, planów 5-letnich – jak robią to choćby Chiny. Nie chodzi tu o demonizowane praktyki rodem z PRL, lecz o wyznaczenie założeń i celów, które co kilka lat podlegają ewaluacji i ewentualnej korekcie – to normalna praktyka w nowoczesnym policy making. Nie chodzi również o promowanie firm Polaków – priorytetem powinno być tworzenie lepszych miejsc pracy w Polsce. W tym celu potrzebujemy zmiany struktury przemysłu z gorszej, mniej dochodowej i tworzącej nisko płatne miejsca pracy na lepszą i nowocześniejszą. Taki proces zwiększy zamożność Polski i jej stabilność w szybko globalizującej się gospodarce.
| Obecna struktura polskiego przemysłu |
Pożądana struktura polskiego przemysłu |
| Skromna baza instytutów badawczych wyspecjalizowanych w rozwoju, patentowaniu i komercjalizacji zaawansowanych i średnio-zaawansowanych technologii |
Solidna baza instytutów badawczych wyspecjalizowanych w rozwoju, patentowaniu i komercjalizacji zaawansowanych i średnio-zaawansowanych technologii |
| Brak liczących się za granicą polskich marek produkujących zaawansowane technologie (polska marka to taka, której centrala produkcyjna i większość aktywności badawczo-rozwojowych są ulokowane w Polsce; teoretycznie właścicielem może być Marsjanin, byleby powyższe warunki były spełnione) |
Kilka znanych i dużych „flagowych” polskich marek produkujących zaawansowane technologie |
| Importer średnio i wysoko zaawansowanych technologicznie produktów |
Importer surowców i nisko technologicznie zaawansowanych produktów |
| Eksporter surowców, nisko i średnio przetworzonych produktów oraz złożonych w Polsce zaawansowanych technologicznie produktów z importowanych części, na podstawie zagranicznych technologii i patentów |
Eksporter przetworzonych i technologicznie zaawansowanych produktów zaprojektowanych, opatentowanych i skomercjalizowanych w Polsce |
Uogólniony obraz obecnej struktury przemysłu w Polsce i jej stan pożądany.
Jak się „robi” reindustrializację?
Po pierwsze – należy podważyć w Polsce neoliberalny dyskurs i utopię „niewidzialnej ręki rynku”. W rzeczywistości jest to ręka dobrze zorganizowanego lobbingu, wypychającego z rynków nowy i słabszy kapitał z krajów rozwijających się. Dziś jednak sami tradycyjni liderzy technologiczni są spychani do nisz przez budzącą się Azję. Alternatywa, jaką dysponujemy, nie polega wcale na prymitywnym protekcjonizmie ani powrocie do rozwiązań rodem z realnego socjalizmu, jak to demagogicznie przedstawiają akolici neoliberalizmu. Wystarczy zwyczajne unowocześnienie myślenia o przemyśle, polityce przemysłowej oraz jej wpływie na miejsce Polski w świecie. Musimy również odejść od dogmatu bezrefleksyjnej prywatyzacji wszelkiej własności nieprywatnej (państwowej, komunalnej, spółdzielczej itd.), zwłaszcza w sektorach mających specjalne znaczenie strategiczne lub społeczne. W niektórych gałęziach gospodarki lepiej sprawdza się właściciel prywatny, w niektórych państwowy, a w jeszcze innych – spółdzielczy czy komunalny. Mówiąc inaczej, wolny rynek ma swoje ograniczenia i trzeba mieć ich świadomość. W Niemczech czy Szwecji traktuje się jako oczywistość pozostawanie wielu sektorów pod kontrolą państwa. Zła kondycja wielu polskich państwowych spółek nie wynika natomiast z formy ich własności, lecz ze skolonizowania przez politykę, co powoduje merytorycznie mizerny dobór kadry kierowniczej, a w konsekwencji – marne zarządzanie i takież wyniki finansowe.
Po drugie – sama wzmianka decydentów o reindustrializacji Polski wywołałaby dobrze zorganizowaną reakcję obronną beneficjentów obecnej, niekorzystnej struktury przemysłu. Na każdej zmianie ktoś traci. Dlatego dla realizacji programu reindustrializacji niezbędne jest przygotowanie strategii komunikacyjnej.
Po trzecie – należy myśleć o przemyśle całościowo. Decyzje w tym obszarze polityki powinny zapadać w jednym miejscu – inaczej wszystko rozpłynie się w konsultacjach międzyresortowych, sprzecznych interesach, lobbingu itd. Rozdrobnienie decyzyjności to częsty błąd, który poważnie utrudnia zmiany, a wynikający z „terytorialnego” myślenia polityków chroniących swoje „dominia”, które z kolei decydują o zdolności załatwiania posad dla swoich ludzi.
Po czwarte – należy przeprowadzić rzetelny audyt przemysłu w Polsce, aby dokładnie wiedzieć, gdzie jesteśmy ćwierć wieku po zmianie systemu. Przeprowadźmy analizę poszczególnych rynków. Jakie sektory dają nadzieje na rozwój technologiczny Polski? Kto wykonuje badania nad technologiami albo testuje wdrażanie nowych rozwiązań? Czy satysfakcjonuje nas struktura własności przemysłu (udział kapitału polskiego i zagranicznego)? Jakie przedsiębiorstwa mają w Polsce centrale lub ośrodki badawczo-rozwojowe? Czy firmy sumiennie odprowadzają w Polsce podatki od zysku, czy raczej unikają płacenia podatków za pomocą inżynierii finansowej? Jakie są główne bariery dla naszego rozwoju? Czy i w jakich sektorach dochodzi do stosowania praktyk kartelowych i monopolistycznych? Jaką rolę odgrywają w polskiej gospodarce małe i średnie przedsiębiorstwa? Jak wygląda ich relacja z dużymi klientami i dostawcami? Co blokuje dostęp do kredytów dla przedsiębiorstw, zwłaszcza tych mniejszych? Z jakimi patologiami mamy do czynienia na styku instytucji państwa z biznesem? Jaki typ zagranicznego kapitału sprzyja rozwojowi, a jaki zubaża i degeneruje naszą gospodarkę (np. kapitał spekulacyjny inwestowany na giełdzie, kapitał nastawiony na kartelizację sektorów gospodarki, kapitał uniemożliwiający rozwój polskiego kapitału, np. w handlu czy finansach)? Podobne pytania można by mnożyć w nieskończoność, a waga problemu nie pozwala na lekceważenie żadnego z nich. Analiz tego rodzaju nie powinny przeprowadzać zagraniczne spółki doradcze, ponieważ są one zagrożone konfliktem interesów. Analizy dla przemysłu niemieckiego opracowują wyłącznie zaufane niemieckie instytuty lub personel zrzeszeń producenckich (tylko zatrudnieni pracownicy, żadne zlecenia). To dobry wzór do naśladowania.
Dopiero na bazie audytu można zdefiniować cele w odpowiedniej perspektywie. A zdefiniowawszy cele, przejść do pisania lub nowelizowania ustaw czy narzucania sposobu działania instytucjom je wdrażającym. Na końcu pozostaje monitoring realizacji wyznaczonych zadań i wprowadzanie ewentualnych korekt w miarę rozwoju sytuacji.
Polityka horyzontalna i sektorowa reindustralizacji
Polityka ds. przedsiębiorstw powinna składać się z dwóch zsynchronizowanych elementów: horyzontalnego i sektorowego.
Polityka horyzontalna wytyczać powinna ogólne kierunki i zawierać rozstrzygnięcia wspólne dla całego przemysłu. Jej przykładowy zakres obejmowałby takie obszary, jak np. dostęp do finansowania kredytów, synchronizacja polskiego ustawodawstwa z politykami Unii Europejskiej, ustalanie ogólnych kierunków ekonomicznych w relacjach międzynarodowych, polityka względem małych i średnich przedsiębiorstw, ramy podatkowe, postępowania antymonopolowe i antykartelowe, koordynacja polityk sektorowych, synergia między sektorami.
Polityka sektorowa zajmowałaby się natomiast rozwiązaniami dotyczącymi konkretnych sektorów.
Odpowiednio skoordynowane polityki sektorowe i polityka horyzontalna powinny zajmować się wszystkimi głównymi aspektami otoczenia prawnego, które mają wpływ na konkurencyjność przemysłu oraz na jakość i ilość miejsc pracy w Polsce. Odpowiedzialna za politykę przemysłową jednostka rządowa powinna mieć właściwą strukturę (odzwierciedlającą strukturę rynków) oraz blisko współpracować z pozostałymi instytucjami mającymi wpływ na otoczenie ekonomiczne przedsiębiorstw, takimi jak komisje sejmowe, inne ministerstwa, urzędy skarbowe, Państwowa Inspekcja Pracy, agencje zajmujące się różnego rodzaju kontrolami itp.
W dalszych rozważaniach skoncentruję się na najbliższym moim kompetencjom przemyśle produktów inżynieryjnych (zresztą technologie inżynieryjne to ok. 30 proc. wartości dodanej przemysłu krajów rozwiniętych technologicznie), w tym technologii przemysłu obronnego. Przemysł produktów inżynieryjnych to szeroka kategoria, na którą składają się przemysły: maszynowy, elektrotechniczny, elektroniczny i obróbki metalu (od metalowych komponentów, maszyn budowlanych, silników i technologii produkcyjnych po półprzewodniki, telefony komórkowe, komponenty elektroniczne czy sprzęt optyczny). Sektory te należy traktować łącznie, ponieważ znaczna część zaawansowanych technologicznie produktów przemysłowych składa się obecnie z metalu, półprzewodników, silników i komponentów elektronicznych. Wiele produktów ma również wbudowane oprogramowanie oraz wymaga serwisowania po sprzedaży (czyli usług), co regulują odpowiednie umowy z klientami. Wymienione sektory dzieli się z kolei na podsektory, np. technologie energetyczne, maszyny, komponenty elektroniczne, elektronikę konsumpcyjną, sprzęt AGD, technologie informacyjne i komunikacyjne itd.
Trudno dziś ocenić, w jakich sektorach czy podsektorach tkwi potencjał koła zamachowego reindustrializacji Polski. Temu powinna służyć proponowana wcześniej analiza. Zakładam, że do pierwszego miejsca pretenduje dwóch kandydatów: przemysł obronny (czyli de facto technologie inżynieryjne o zastosowaniu militarnym) oraz liczne małe i średnie przedsiębiorstwa sektora inżynieryjnego, które powstały w Polsce po transformacji ustrojowej i odniosły sukces ekonomiczny, takie jak perełki polskiej prywatnej myśli technologicznej: PESA SA, Solaris Bus & Coach SA czy Wilk Elektronik SA.
Przemysł obronny stanowi zapewne jedyny sektor technologiczny w Polsce, który wciąż działa na dość dużą skalę i posiada sporą bazę rozwojowo-badawczą. Jeśli dodamy do tego znaczne plany zakupowe wojska, stanie się jasne, że z pomocą rzetelnego policy making możemy uczynić z niego solidne koło zamachowe polskiej ekonomii.
Małe i średnie przedsiębiorstwa powstały m.in. w następujących obszarach: produkcja software (np. oprogramowanie produktów inżynieryjnych), produkcja komponentów metalowych do maszyn oraz sprzętu kuchennego. Kilka chlubnych wyjątków działa w branży transportowej. W ciągu kilkunastu lat polskie MŚP mogą stać się nowoczesnymi, stabilnymi, międzynarodowymi podmiotami ze sporym „ekosystemem” dostawców. Jedno przedsiębiorstwo, produkujące zaawansowany technologicznie produkt i zatrudniające ok. 200 pracowników, może mieć w swoim łańcuchu dostawczym zakłady zatrudniające kilka tysięcy osób. Gra toczy się więc o sporą stawkę, a inżynieryjne MŚP to potencjalnie kury znoszące złote jaja. Obecna gospodarka oparta na technologiach składa się nie tylko z produktów masowych, ale także z licznych nisz ekonomicznych, co otwiera sporą szansę dla ewentualnych nowych graczy, takich jak Polska.
Jak w praktyce uczynić polski przemysł obronny liderem reindustralizacji?
Warto podkreślić, że Polska wydaje rocznie kilka miliardów złotych na nowe uzbrojenie. To o wiele za dużo, żeby nie myśleć o tych wydatkach perspektywicznie.
Reprezentanci zbrojeniówki deklarują, że ok. 70 proc. pieniędzy trafia do niej, a tylko 30 proc. do zagranicznych kontrahentów. Realnie udział polskich przedsiębiorstw w zyskach jest prawdopodobnie dużo mniejszy, ponieważ nawet jeśli to u nas składa się np. wóz pancerny Rosomak, to kilkadziesiąt procent jego wartości dodanej jest importowane (zwłaszcza technologie – silniki, optyka, elektroniczne komponenty itd.).
Jak zmienić sytuację w polskim sektorze zbrojeniowym na jego i nas wszystkich korzyść? Oto zarys działań, które należałoby podjąć.
Po pierwsze, należy stworzyć grupę zarządzającą całym projektem przebudowy zbrojeniówki, obejmującą ludzi kompetentnych i wpływowych, posiadających silne wsparcie polityczne. Grupa ta zorganizowałaby się z kolei w dwa typy technicznych podgrup. Z jednej strony zespoły zajmujące się wymiarami horyzontalnymi procesu: bariery prawne, otoczenie prawne UE, finansowanie projektu, polonizacja patentów wojskowego uzbrojenia, ich komercjalizacja w polskim przemyśle cywilnym, ochrona przez odpowiednie służby, strategia komunikacyjna, globalne analizy itd. Z drugiej – zespoły do spraw konkretnych produktów.
Ważne, aby z procesu tworzenia strategii działania wyłączyć zagraniczne firmy (zwłaszcza te, które stracą na wzmocnieniu polskiego przemysłu), ponieważ nie są one zainteresowane powodzeniem projektu tego typu. Włączeni powinni być natomiast ewentualni strategiczni partnerzy, najlepiej z krajów zaawansowanych technologicznie, nie za dużych, mających podobne problemy z bezpieczeństwem, dla których Polska może stworzyć efekt skali.
Po drugie, trzeba zidentyfikować wszystkie grupy interesu (w sensie pozytywnym, tzn. grupy, które mają władzę, możliwości i wiedzę) oraz potencjalne ofiary zmian. A następnie umieścić problem w globalnym kontekście – prześledzić światowe trendy i dokonać analizy SWOT (silnych i słabych stron, szans i zagrożeń – dop. red.) polskiego przemysłu. Wizualizacja za pomocą tego rodzaju heurystycznych technik analitycznych to potężne narzędzie w policy making, ułatwiające doprowadzenie do konsensusu.
Po trzecie, konieczne jest zwięzłe zdefiniowanie celu. To bardzo trudne zadanie. Wojsko dąży do maksymalizacji potencjału obronnego kraju i jest mu obojętne, czy sprzęt wyprodukowano w Polsce, czy poza nią. Z kolei polskiemu przemysłowi zależy na maksymalizacji zysku. Do tego dochodzą interesy przemysłu zagranicznego (przejęcie polskiego rynku i maksymalizacja zysku bez konieczności dzielenia się patentami), związków zawodowych (podwyżka zarobków i brak zwolnień), polskich ośrodków badawczo-rozwojowych (implementacja rozwiązań ich autorstwa, nawet jeśli niektóre są kiepskie), polityków rządzących (szybkie i medialne sukcesy), polityków opozycji (krew rządu za wszelką cenę), mediów (skandale do nagłośnienia) itd. Trzeba więc mieć świadomość, że pojawią się liczne konflikty interesów.
Przykładowy zapis celu mógłby brzmieć tak: Długoterminowym celem inwestycji Polski w nowoczesne uzbrojenie jest maksymalizacja krajowego potencjału obronnego i globalnej konkurencyjności polskiego przemysłu obronnego (w tym polonizacji zaawansowanych technologii), rozwój ośrodków badawczo-rozwojowych w Polsce oraz stworzenie platformy napędzającej rozwój i konkurencyjność polskiego przemysłu cywilnego, dającego szansę na tworzenie konkurencyjnych miejsc pracy dzięki cywilnej komercjalizacji wojskowych patentów.
Wokół celu sformułowanego w ten sposób należy wypracować konsensus polityczny, aby nie był on co kilka lat podważany i demontowany. Na jego bazie należy ponadto spisać wizję projektu (vision paper). Warto podkreślić, że ewentualny sukces przyniesie dopiero co najmniej dekada ciężkiej, systematycznej pracy.
Po czwarte, zdefiniowany cel trzeba poprzeć konkretnymi liczbami, aby umożliwić dokonywanie koniecznej co kilka lat ewaluacji procesu i formułowanie ewentualnych korekt do wcześniejszych założeń. W praktyce okazują się one często niedokładne, gdyż okoliczności się zmieniają – nie jest to jednak powodem do wstydu, lecz zwykłą częścią policy making. Jeden z celów, jakie można by wyznaczyć, to 70 proc. wartości dodanej wytwarzanej w oparciu o polskie patenty, w tym przynajmniej 50 proc. w oparciu o zaawansowane technologie.
Po piąte, stworzenie kilku projektów pilotażowych pomogłoby zdobyć niezbędne doświadczenia, a także przetestować i skorygować plany. Jako pilotażowe produkty powinno dobrać się takie, których armia będzie potrzebować długoterminowo (oraz, rzecz jasna, możliwe do wykonania przez polski przemysł).
Po szóste, niezbędne jest zorganizowanie wokół każdego projektu pilotażowego platformy na poziomie eksperckim, z udziałem przedstawicieli rządu, wojska, przemysłu, politechnik etc. To ta platforma będzie zarządzała projektem na poziomie technicznym, komunikowała się z platformą polityczną oraz z odpowiednimi instytucjami (np. dostawcy, ośrodki badawczo-rozwojowe itd.).
Siódmy element to ewaluacja każdego projektu pilotażowego za pomocą osobnych kryteriów, istotnych z punktu widzenia wyznaczonych celów. Platforma każdego projektu musiałaby zatem zdefiniować czynniki szczególnej wagi dla pilotowanego przedsięwzięcia.
Kluczowa dla powodzenia projektu będzie wymiana zagranicznych technologii na takie, które kontrolowane są – zarówno od strony produkcyjnej, jak i patentowej – przez firmy działające w Polsce. Na dokonanie tego rodzaju operacji nie ma jednej dobrej metody, bo zagraniczni producenci broni zazdrośnie strzegą swych sekretów.
Można się jednak pokusić o ogólne zasady:
- wiedzmy, czego chcemy, żeby właściwie negocjować. Można, czytając prasę, onieść wrażenie, że porażka offsetowa podczas zakupu F-16 wynikała z uległości strony polskiej względem USA, braku odpowiedniego przeszkolenia w prowadzeniu negocjacji (w tym z wytrzymywania presji negocjacyjnej) oraz z braku jasno ustalonych priorytetów;
- przyjrzyjmy się skandynawskiemu rynkowi uzbrojenia: Szwecja, Norwegia czy Finlandia to małe kraje, ale technologiczni giganci. O ile dla Stanów Zjednoczonych jesteśmy malutkim rynkiem, o tyle kraje skandynawskie traktują nas jako poważnego klienta z dużą siłą negocjacyjną – można więc z nimi wynegocjować lepsze umowy czy wręcz partnerstwo. Państwa te podzielają polskie obawy związane z rozwojem sytuacji na Ukrainie, więc mają polityczny interes we wzmacnianiu polskiej armii;
- rozmawiajmy z MŚP w krajach zaawansowanych technologicznie. Produkują one nowoczesne produkty, często lepsze od wytwarzanych przez gigantów, jednak ci ostatni wypychają je z rynków. Można też oferować zlecenia zagranicznym ośrodkom badawczo-rozwojowym, a w kontrakcie zastrzec własność patentu lub otwarcie oddziału w Polsce z mieszanym kapitałem.
Podsumowując, należy: zapewnić solidne polityczne wsparcie projektowi; zastosować właściwą metodologię; stworzyć platformę projektu; wypracować cele projektu i jego wizję; zorganizować projekty pilotażowe służące udoskonaleniu metodologii i zdobyciu doświadczenia; we właściwym czasie uruchamiać kolejne projekty; poświęcić szczególną uwagę na przepływ know-how do polskiego przemysłu obronnego, a następnie do cywilnego; zintensyfikować współpracę z krajami skandynawskimi; odpolitycznić zarządzanie spółkami sektora obronnego.
Mimo sporego znaczenia określania celów w liczbach i procentach, nie wolno ich absolutyzować. Służą one wytyczaniu kierunków, ale planowanie gospodarcze to nie nauka ścisła. Należy się kierować elastycznością i zdrowym rozsądkiem.
Jak pracować nad konkurencyjnością MŚP sektora inżynieryjnego?
Sytuacja małych i średnich przedsiębiorstw przemysłowych jest trochę inna aniżeli sektora obronnego, który w zasadzie ma wszystko – od sporych zleceń i pewnego rynku po solidne wsparcie budżetowe, zdolność wytwarzania całych produktów i ośrodki badawczo-rozwojowe (OBR).
Tymczasem większość sektora inżynieryjnego po 1989 r. albo zbankrutowała, albo została wrogo przejęta przez zagraniczne firmy, co ograniczyło ich samodzielny byt i w zasadzie zakończyło działalność prywatnych działów badawczo-rozwojowych. Umowy prywatyzacyjne nie zapewniły im kontynuacji, jak miało to miejsce np. w byłym NRD. Poza sektorem obronnym baza naukowo-badawcza przemysłu inżynieryjnego ogranicza się dziś do politechnik.
Proces wzmacniania konkurencyjności MŚP powinno się zacząć od analizy sektora oraz identyfikacji polskich firm wykazujących innowacyjność, wytwarzających zaawansowane technologicznie produkty lub usługi, a także prowadzących działalność badawczo-rozwojową lub zamawiających ją.
Jak wesprzeć polskie MŚP? W Austrii funkcjonuje chociażby program Leitbetriebe (Przedsiębiorstwa Wiodące), wspierający najlepsze firmy. UE funduje zaś takie projekty jak Lead Markets Initiative (Inicjatywa Rynków Wiodących) czy Key Enabling Technologies (Kluczowe Technologie). Wszystkie te inicjatywy mają na celu wspieranie podmiotów działających na rzecz rozwoju „rynków przyszłości”, takich jak energia odnawialna, mikroelektronika czy materiały zaawansowane. Warto je krytycznie obserwować i z niektórych rozwiązań brać przykład, bo wiele szlaków zostało już przetartych. Warto zachęcać polską stronę do aktywnego udziału w tych projektach. Oczywiście polska platforma nie byłaby w stanie od początku działalności opierać się na tak zaawansowanych technologiach, ale trzeba zacząć od tego, co osiągalne. Nie warto dzielić i tak skąpych środków na badania czy innowacje między wszystkie firmy sektora. Albo przedsiębiorstwo wykazuje innowacyjność, albo nie. Dotacje nie pobudzą innowacyjności tam, gdzie nie ma dla niej potencjału. Stąd rozlewanie jak konewką takich funduszy „po równo” dla wszystkich jest ich zwyczajnym marnotrawieniem.
UE, której prawodawstwo w znacznej mierze przekłada się na regulacje polskiej gospodarki, promuje zasadę Think Small First (Najpierw myśl na małą skalę). W imię tej zasady pozwala się na różne wyjątki od antyetatystycznych zapisów prawa unijnego, np. jeśli chodzi o subwencje dla MŚP. Ułatwia to stymulację rynku za pomocą wszelakich bodźców, co nie powinno stanowić celu samego w sobie, ale wypada o tym wiedzieć, zwłaszcza że polskie firmy to głównie MŚP. W rozwijanym projekcie można się oprzeć na powyższej zasadzie.
Prawo UE nie pozwala natomiast na klasyczny protekcjonizm. Nie dopuszcza więc dzielenia firm – na poziomie prawa krajowego – na polskie i niepolskie. Wobec tego jedyną metodą wspierania rodzimej przedsiębiorczości pozostaje użycie alternatywnych kryteriów: wielkości obrotu, udziału w lokalnym rynku itd.
Po zidentyfikowaniu wyróżniających się MŚP i uzyskaniu od nich informacji zwrotnej o chęci udziału w projekcie należałoby stworzyć platformę nim zarządzającą. Powinna składać się z reprezentantów rządu, wyselekcjonowanych polskich firm, polskiego sektora bankowego, struktur samorządów, w których firmy są zgrupowane, ośrodków badawczo-rozwojowych, politechnik itp. Nie istnieje obiektywnie właściwy schemat działania. Wypracować da się go jedynie w konstruktywnym dialogu, z wzięciem pod uwagę specyficznych warunków lokalnych. Na sukces projektu składają się następujące elementy:
- Współfinansowanie z funduszy państwowych projektu badawczego wraz z komercjalizacją i opatentowaniem rozwiązań.
- Dofinansowanie przez budżet ośrodków badawczo-rozwojowych celem obsłużenia konkretnych zamówień MŚP.
- Pomoc państwa w zakupie zagranicznych licencji.
- Analiza sektora w skali globalnej, służąca obraniu właściwej strategii.
- Wsparcie dla polskich podmiotów w ubieganiu się o granty badawcze UE. Kształtowanie rynku polskich przetargów celem ułatwienia absorpcji rozwijanych w Polsce technologii przez rynek i tym samym tworzenia dobrych miejsc pracy. Zagadnienie to wymaga dokładnej analizy zgodności z prawem unijnym.
- Przedstawienie rządowi rekomendacji w kwestii kształtowania istotnych dla grupy polityk UE.
- Zmniejszenie nieścisłości prawnych blokujących krajowy rozwój technologii.
- Zachęty podatkowe promujące badania i rozwój.
- Współpraca z polskim sektorem obronnym celem transferu technologii do polskiego przemysłu cywilnego i otrzymywania zleceń w projektach zbrojeniowych.
- Wspieranie ekspansji zagranicznej wybranych MŚP.
- Organizacja kursów uczących, jak profesjonalnie zarządzać platformami technologicznymi na poziomie regionalnym.
- Wypracowanie z bankami propozycji w zakresie innowacyjnych instrumentów finansowych pomocnych dla rozwoju MŚP i ośrodków badawczo-rozwojowych.
- Współpraca z politechnikami na rzecz lepszej edukacji inżynierów oraz poprawienia oferty badawczej na potrzeby MŚP.
- Zachęty dla zagranicznych MŚP na rzecz lokowania działalności w Polsce, np. poprzez otwarcie rynku w sektorach kontrolowanych przez państwo. Silne w badaniach i rozwoju MŚP chętnie podejmą działalność tam, gdzie w mniejszym stopniu grozi im konkurencja ze strony większych pomiotów.
Projekt musi cechować całościowe podejście, z wzięciem pod uwagę każdego istotnego elementu konkurencyjności danego sektora. Nie ma sensu inwestować pieniędzy i czasu w sektor, w który inwestują też inni (a przynajmniej działać bez uwzględnienia tego faktu).
Tego rodzaju działania można podjąć także w sektorach innych niż inżynieryjny. Chociażby w sektorach energetycznym, chemicznym, transportu kolejowego i miejskiego, rafineryjnym czy górniczym. Państwo posiada w nich znaczne udziały, co może ułatwić współpracę rozwojową. Co więcej, sektory te wydają miliardy na zakup technologii, które, czerpiąc wzór z liderów technologicznych, niekoniecznie musimy kupować za granicą, jeśli polskie firmy zapewniają odpowiednią jakość. Tym samym fakt zakupu pociągu Pendolino, a nie taboru z PESA SA, albo wybór – na etapie wstępnej edycji – chińskich autobusów elektrycznych w Warszawie, a nie pojazdów polskiego Solarisa, jest, delikatnie mówiąc, brakiem szacunku dla polskich pracowników, wyborców i przedsiębiorców. Jest to również świadectwo ewidentnego rozminięcia się politycznej praktyki z interesem ekonomicznym Polski.
Metodologia projektu wygląda mniej więcej podobnie do sugestii względem przemysłu zbrojeniowego opisanych wcześniej. Choć oczywiście inny cel oznacza inne instrumenty.
Propozycje zawarte w tym artykule to tylko zarys ogólnego kierunku. Tak jednak postępują dziś nowoczesne państwa. Aby pchnąć polski przemysł technologicznie do przodu, państwo musi podjąć rolę koordynatora, wygospodarować pieniądze i usprawnić prawo, gdyż dezindustrializacja zaszła przez ostatnie 25 lat zbyt daleko, aby to stało się samo. Jak zresztą widać na poniższym wykresie, Polska ma ciągle dużo mniejsze inwestycje w badania i rozwój niż inne kraje europejskie.

Wydatki na badania i rozwój w latach 2002–2012 jako procent Produktu Krajowego Brutto (Źródło: Eurostat).
Niewielki wzrost tych wydatków w ostatnich latach po części można tłumaczyć funduszami unijnymi. To właśnie skutek błędów przeszłości. Brak aktywnej roli państwa będzie powodował dalszy dryf w kierunku statusu pustyni technologicznej. Globalnej konkurencji będzie się to bardzo podobać.
Alternatywa? Zdobądźmy doświadczenie poprzez projekty pilotażowe. Bądźmy cierpliwi, bo na efekty przyjdzie poczekać ładnych paręnaście lat. Wymagajmy od polityków ponadpartyjnego konsensusu w kwestii tego, co służy długofalowemu interesowi Polski.