przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem

FOT. WWW.DOMPOLSKI.EU
Rewolucjonista w sutannie i ugodowiec, apologeta Aleksandra Wielopolskiego, gorący patriota, ekskomunikowany ultramontanin, współpracownik konserwatystów, narodowych demokratów, socjalistów i ludowców, prekursor ruchu ludowego i chrześcijańsko-społecznego na ziemiach polskich… Wszystkie te określenia odnoszą się do jednej osoby – ks. Stanisława Stojałowskiego, działacza społecznego i politycznego, budzącego olbrzymie kontrowersje i atakowanego ze wszystkich możliwych stron.
Kazimierz Chłędowski w swoich „Pamiętnikach” przedstawił w taki oto przerysowany sposób postać naszego bohatera: „Do reszty obrzydliwą figurą był ksiądz Stojałowski /…/ istna figura zbrodniarza. Chudy, blady, bez cery, w zasmarowanej brudnej sutannie, nie umyty, nie uczesany, o spojrzeniu stępionym, podstępnym, pełen fałszu i obłudy. Wyglądał tak, jakby ciągle walał się po szynkach i domach publicznych, a dla odpoczynku przychodził od czasu do czasu do parlamentu. Usta jego zapełnione były śliną ropuchy, która truje, gdy padnie na inne żywe stworzenie…”1. U stóp pomnika św. Stanisława w Szczepanowie znajduje się natomiast niewielkie popiersie z dedykacją: „Ks. Stanisławowi Stojałowskiemu, niestrudzonemu bojownikowi i obrońcy praw ludu, w dowód czci i wdzięczności ludność parafii i okolic Szczepanowa”.
Ks. Stojałowski to bowiem niewątpliwie postać, która położyła niezwykle wielkie zasługi, jeżeli chodzi o walkę o prawa warstw upośledzonych społecznie oraz o rozbudzenie świadomości ludności wiejskiej. Był jednym z pierwszych działaczy tego typu – konsekwentnie, przez lata, nie zrażając się piętrzącymi trudnościami i kłodami, które rzucano mu pod nogi, pracował usiłując urzeczywistnić swe ideały. Wincenty Witos pisał wręcz, iż „nie może ulegać najmniejszej wątpliwości, że pierwszeństwo w pracy nad obudzeniem śpiącego snem wiekowym chłopstwa należy się bezwzględnie temu kapłanowi. Tej prawdy nie mogą zmienić ani jego błędy, ani przewinienia, jakie mu zarzucano, ani też mniejsze czy większe wyniki prowadzonej przez niego roboty”2.
***
Stanisław Stojałowski urodził się 14 maja 1845 r. w Zniesieniu koło Lwowa, w ubogiej rodzinie szlacheckiej. Uczył się w Przemyślu, później w gimnazjum we Lwowie. W 1863 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego, gdzie zyskał solidną formację duchową i intelektualną, studiując m.in. filozofię i teologię w Krakowie. W 1870 r. przyjął święcenia kapłańskie, po czym został przez przełożonych wysłany do Belgii w celu pogłębienia prowadzonych przez siebie studiów nad kwestiami społecznymi.
Po powrocie opuścił zakon, przechodząc w szeregi duchowieństwa diecezjalnego. Najpierw został wikariuszem w Gródku Jagiellońskim, później we Lwowie, wreszcie zaś proboszczem w Kulikowie niedaleko Lwowa, gdzie rozwinął ożywioną działalność duszpasterską i społeczną. Wincenty Witos rysuje obraz ówczesnego chłopa, pisząc, iż sam uważał się on „za niższe i mniej wartościowe stworzenie od innych. Nie tylko że w to sam święcie wierzył, ale i drugich w tym umacniał, obniżając rozmyślnie swoją wartość w ich oczach. Był niewolnikiem tak z krwi, tradycji, wychowania, jak i z własnej woli”, przerażał go „żandarm, wójt, urzędnik. Czuł wieczny lęk przed leśnym, karbownikiem, polowym, nie śmiał oczu podnieść na księdza, nauczyciela, leśniczego, ekonoma. /…/ Namnożył sobie różnych nie istniejących grzechów i przestępstw, z którymi nie mógł sobie dać żadnej rady. Strach niemal przed wszystkim i przed wszystkimi, niewiara w swoje siły i niemożliwość zmiany robiły z niego posuwający się mechanicznie automat pozbawiony woli. /…/ Poza tym wiecznym strachem przed wszystkim i wszystkimi, stosunki uczyniły chłopa podejrzliwym, nieufnym i niewiernym. Nie wierzył nikomu, bo został prawie przez każdego oszukany, podejrzewał też wszystkich, że czyhają na niego, bo miał do tego dosyć powodów”3. Ks. Stojałowski postawił sobie za cel zmianę tego stanu rzeczy, poświęcając w zasadzie całe życie pracy z ludem, wśród ludu i dla ludu, kontynuując dzieło wielkich poprzedników, ks. Bronisława Markiewicza czy ks. Wojciecha Blaszyńskiego.
***
W 1875 r. nabył, dzięki wsparciu finansowemu i przychylności lwowskiego Arcybiskupa Franciszka Wierzchleyskiego, bankrutujące wydawnictwo, do którego należały dwa pisma – „Wieniec” i „Pszczółka”. Stojałowskiemu udało się ożywić podupadające periodyki. W jego zamierzeniu „Wieniec” poświęcony miał być tematyce społeczno-gospodarczej i politycznej, natomiast „Pszczółka” kwestiom religijno-moralnym. W 1895 r. będą miały już 4,5 tys. prenumeratorów przede wszystkim wśród ludności wiejskiej, co, zważywszy na poziom analfabetyzmu na ówczesnej wsi galicyjskiej, było wynikiem imponującym.
Dzięki sukcesowi wydawniczemu, Stojałowski mógł poszerzyć ofertę o nowe pisma. Dla inteligencji przeznaczono „Piasta” i „Polskę”, do duchowieństwa skierowany był „Dzwon”, do już istniejących stworzono specjalistyczne dodatki („Niewiasta”, „Cepy”, „Gospodarz Wiejski”, „Rolnik”). Po latach napisał o sobie: „Postanowiłem zostać agitatorem – i bez układania obszerniejszych programów, których w owym czasie i tak nie byłby lud zrozumiał, ująłem program i hasło ruchu ludowego w dwóch słowach: gazetki polityczne i wiece. To były środki, a celem, który mi przyświecał, było unarodowienie chłopa i pozyskanie dla ojczyzny nowych synów i obrońców”4.
Pisma te stanowiły narzędzie, za pomocą którego ks. Stojałowski usiłował szerzyć wśród ludu oświatę, zachęcać do wdrażania nowych technologii i metod upraw, uczyć postaw obywatelskich, organizacji pracy, propagować ideały pomocy wzajemnej, a także podnosić poziom intelektualny i moralny. Niemało uwagi poświęcił walce z plagami będącymi jego zdaniem ważnymi przyczynami takiej, a nie innej kondycji ludu – wśród nich naczelne miejsce zajmowało pijaństwo. Środkiem walki z tym problemem miały być zakładane przez niego tzw. Bractwa Trzeźwości.
W działalności na rzecz ludu ks. Stojałowski nie stał bynajmniej na stanowisku klasowym, o co niejednokrotnie był oskarżany, nie dążył do jątrzenia i pogłębiania różnic. Zgodnie z wytycznymi przedstawionymi przez Leona XIII w encyklice Rerum novarum, wzywał do zgodnej współpracy klas i warstw w imię dobra powszechnego, widząc w solidaryzmie jedyny sposób na rozwiązanie bolączek ówczesnego życia społeczno-gospodarczego. Dewiza Zygmunta Krasińskiego – „Z polską szlachtą polski lud”, stanowiła niejako dyrektywę całej jego działalności. Terminem „lud” określał nie tylko ludność wiejską, ale i proletariat. Zadanie jakie sobie stawiał, to uczynienie z ludu świadomych Polaków i obywateli, mogących wziąć samodzielnie odpowiedzialność za własny los. Podobnie jak w tamtym czasie narodowi demokraci z Janem Ludwikiem Popławskim na czele, wydawca „Pszczółki” dążył do wprowadzenia w krwioobieg organizmu narodowego tego ciągle jeszcze nieuświadomionego, biernego elementu. Podkreślał, iż aby to osiągnąć, należy do ludu się zbliżyć, kształcić go, wciągać w sprawy publiczne, rozwijać jego naturalne predyspozycje.
Tego rodzaju praca stanowiła także, zdaniem ks. Stojałowskiego, najwłaściwszą drogę do odzyskania niepodległości, choć żmudną i nie przynoszącą natychmiastowych efektów. Jawił się on jako przeciwnik „gorączki patriotycznej”, nieprzygotowanych i bezsensownych zrywów powstańczych, pociągających za sobą jedynie wzmożenie represji ze strony zaborców. Uznawał, że tylko systematyczna praca u podstaw i czekanie na międzynarodową koniunkturę sprzyjającą wybiciu się na niepodległość, może przynieść trwałe i wymierne efekty. Wzór utożsamienia sprawy narodowej z ludową stanowił dla niego Śląsk, który – jak podkreślał – posiada taką samą ilość ludności polskiej co Galicja czy Wielkopolska, z tą różnicą, że są to przede wszystkim chłopi i robotnicy, ponieważ szlachta i inteligencja uległa w większości zniemczeniu. „Chłop śląski – jak pisał – przez to, że został chłopem polskim uratował tę dzielnicę dla Polski /…/ rozbudził sprawę narodową, pomnożył naród o pół miliona”5.
Praktyczny wyraz działalności ks. Stojałowskiego z ludem i dla ludu stanowiło chociażby Towarzystwo Ludowe Oświaty i Pracy, założone w 1878 r. Jego celem było niesienie pomocy właścicielom małych gospodarstw rolnych. Prowadziło działalność oświatową, rolniczą, kredytową, handlową, ubezpieczeniową. W 1882 r. założył natomiast Towarzystwo Kółek Rolniczych, popierane w zasadzie przez wszystkie ugrupowania polityczne w Galicji. Poza tym organizował różnego rodzaju spółki rzemieślnicze, związki zawodowe (np. Polski Związek Chrześcijańskich Robotników i Robotnic w Białej) stowarzyszenia robotnicze „Bratnie Pomoce”, placówki oświatowo-kulturalne6.
***
W swej działalności ks. Stojałowski napotykał na poważne przeszkody. Wszedł w konflikt ze środowiskiem konserwatystów galicyjskich, którzy nie przebierając w środkach usiłowali zdyskredytować jego dzieło. Przedstawiciele tych kręgów byli najzacieklejszymi wrogami i krytykami działalności ks. Stojałowskiego. On sam wobec nich nie pozostawał zresztą dłużny, mimo że jeszcze w 1876 r. wysuwał projekt utworzenia stronnictwa polsko-katolickiego, skupiającego wszystkich Polaków-katolików – bez względu na pochodzenie społeczne – pod kierownictwem krakowskich konserwatystów. Do urzeczywistnienia tej idei jednak nie doszło, a projekty współpracy przerodziły się w bezpardonową walkę, pełną wzajemnych oskarżeń. Jeden z czołowych przedstawicieli tego środowiska, Stanisław Tarnowski, pisał w związku z tym o ks. Stojanowskim, iż był „przebiegły i zręczny, umiał w pismach swoich i prawdę przekręcić i do umysłów trafić, namiętny, przewrotny, umiał wymownie namiętność podżegać. Jedną ręką drukował pisemka, drugą w prywatnych listach grozi biskupom i świeckim”7. Stojałowskiemu zarzucano sianie zamętu i anarchii, propagowanie haseł wywrotowych, komunistycznych.
Skutkiem tego było umieszczenie przez biskupów lwowskiego, przemyskiego i tarnowskiego pism „Wieniec” i „Pszczółka” na indeksie, a następnie suspendowanie ich redaktora pod zarzutem zaniedbywania obowiązków duszpasterskich. W wyciszeniu konfliktu nie pomagał porywczy charakter ks. Stojałowskiego, który coraz mocniej okazywał nieposłuszeństwo biskupom, otwarcie krytykował ich postępowanie. W efekcie Kongregacja Świętego Officjum 22 kwietnia 1896 r. zagroziła mu klątwą, a jako że ks. Stojałowski nie ukorzył się, w maju nuncjusz papieski orzekł wobec niego suspensę i interdykt, a 5 sierpnia 1896 r. papież Leon XIII nałożył na niego imienną ekskomunikę.
Wincenty Witos wspomina, iż „Rzucona /…/ klątwa na ks. Stojałowskiego /…/ zrobiła w powiecie niesłychane wrażenie. Podczas odczytywania jej w kościołach rozlegały się głośne płacze i przytłumione szlochania. Tak klątwa, jak i ceremoniał zastosowany przy odczytywaniu robiły prawdziwą grozę i przestrach, ale równocześnie wzbudzały też nie tylko zaciekawienie, ale cichy, zacięty bunt, żal do władzy i sympatię dla wyklinanego. Ks. Stojałowski stawał się dla chłopów jakąś wielką legendarną postacią, budzącą z jednej strony obawę, lecz z drugiej rosnący dla niego z dnia na dzień niezwykły szacunek. Za jego wyklętymi gazetami specjalnie szukano, czytano je w nocy po kryjomu, chroniąc się przed żandarmami i niektórymi księżmi”8. Pomimo więc suspensy i klątwy, a tym samym zakazu kontaktów z ks. Stojałowskim oraz czytania wydawanych przez niego pism, spotkał się on z pomocą i poparciem w środowisku wiejskim.
Początkowo ks. Stojałowski zareagował na to wszystko w swoim stylu, hardo i buńczucznie. Ogłosił pismo pt. „Nie pójdziemy do Kanossy”, w którym twierdził, iż klątwa nie robi na nim żadnego wrażenia9. Wkrótce jednak złożył na ręce papieża obszerny memoriał „Fractionis Christiano-Socialis in Polonia Austriaca”, w którym przedstawił swoje poglądy społeczno-polityczne. Dołączono do niego również pisemne oświadczenia znanych austriackich działaczy społecznych, Karla Luegera i księcia Johanna von Liechtensteina, którzy udzielali mu poparcia, ręcząc, że propagowany przez niego program jest całkowicie zgodny z nauczaniem katolickim. Papież po zapoznaniu się z memoriałem nie wyraził żadnych zastrzeżeń wobec przedstawionych tam poglądów.
W związku z tym po odwołaniu i potępieniu przez ks. Stojałowskiego swojego postępowania względem zwierzchników, nie było już przeszkód, aby ekskomunika została cofnięta, co stało się faktem 5 września 1897 r. Nie oznaczało to jednak końca kontrowersji pomiędzy krnąbrnym duchownym a jego zwierzchnikami, zwłaszcza kardynałem Janem Puzyną, jednak ks. Stojałowski był już o wiele ostrożniejszy. Po oczyszczeniu się z zarzutów udał się do Białej na Podbeskidziu (obecnie Bielsko-Biała), gdzie kontynuował swoją pracę.
***
Ks. Stojałowski mocno angażował się również w działalność polityczną, będąc jednym z prekursorów na ziemiach polskich nie tylko ruchu ludowego, ale i chrześcijańsko-demokratycznego. Na tej płaszczyźnie także nie obeszło się bez poważnych trudności i szykan, kilkakrotnie bowiem ks. Stojałowski w związku ze swoją aktywnością był aresztowany.
W wyborach do Sejmu Galicyjskiego z 1889 r. czynnie uczestniczył w kampanii, przeprowadzając wybór trzech posłów na czele ze Stanisławem Potoczkiem, którzy utworzyli klub katolicko-ludowy, będący zalążkiem powstałego w 1892 r. Stronnictwa Chłopskiego (SCh). Ks. Stojałowski, choć wszedł do jego zarządu, to na przewodniczącego wysunął właśnie posła Potoczka. Wkrótce jednak nastąpiło zerwanie między SCh a Stojałowskim, który przed wyborami do sejmu w 1895 r. zaangażował się w stworzenie międzypartyjnego Stronnictwa Ludowego. Ostatecznie nie wszedł jednak do niego i w konsekwencji w 1895 r. ogłosił program nowopowstałej formacji Stronnictwo Chrześcijańsko-Ludowe (SChL).
Głównym celem, który stawiała sobie ta organizacja, było przywrócenie „prawu chrystusowemu” znaczącego miejsca w życiu społeczno-gospodarczym i politycznym oraz działania na rzecz warstw upośledzonych. Ruch ten bez wątpienia możemy określić mianem jednego z pierwszych na ziemiach polskich ugrupowań o charakterze chrześcijańsko-demokratycznym czy raczej chrześcijańsko-społecznym. Jest to demokracja chrześcijańska w duchu encykliki Graves de communi Leona XIII czy też głównego teoretyka tej problematyki z przełomu XIX i XX w., Giuseppe Toniolo, podkreślającego, iż „chrześcijańska demokracja jest to porządek społeczny, w którym wszystkie siły społeczne, prawne i ekonomiczne w pełni swego rozwoju hierarchicznego współdziałają proporcjonalnie dla dobra wspólnego, aby osiągnąć ostateczny cel – przeważającą korzyść dla klas niższych”10.
Rozumienie tego terminu jest zatem diametralnie odmienne od współczesnego – opiera się nie na zacieraniu różnic, lecz na hierarchicznej strukturze społeczeństwa. Dowodem na to jest chociażby fakt, iż ks. Stojałowski był zwolennikiem monarchii, uznając ją za ustrój najdoskonalszy. Nie negował również potrzeby istnienia warstwy szlacheckiej, akcentując jej niezwykle doniosłą rolę jako rezerwuaru narodowych tradycji, obyczaju czy wiary. Nie ma więc mowy o brataniu się z ludem, a ten, kto żyje pośród niego „tak w karczmie jak i w chacie”, nie wart jest miana szlachcica. Dla ks. Stojałowskiego istniejąca stratyfikacja ma charakter naturalny i trzeba ją podtrzymywać, wykluczone jest mechaniczne zrównanie, zglajszachtowanie wszystkiego, a zwłaszcza równanie w dół. Mimo tego, że nie przebierając w słowach krytykował szlachtę za sobkostwo i lenistwo, to widział potrzebę jej istnienia jako odrębnego stanu. Zróżnicowanie owo nie upoważnia jednak szlachty do wyzysku warstw niższych. Pomiędzy istniejącymi klasami, wedle ks. Stojałowskiego, powinna zapanować nie walka, a pokój i współpraca. Z biegiem lat zaś, jak przewidywał, różnice owe być może zostaną zniwelowane na skutek postępu społecznego i nowej redystrybucji dóbr. Winno jednak to zachodzić stopniowo, ewolucyjnie, a nie na drodze nagłego przewrotu.
Przeciwny był również nadmiernemu wzmacnianiu uprawnień organów centralnych. Obserwując zapewne rozbudowę aparatu biurokratycznego w Austrii, stwierdzał, iż nazbyt szeroka działalność państwa niszczy oddolne inicjatywy, ducha samodzielności, kreatywność jednostek. Postulował więc, zgodnie z fundamentalną dla katolickiej nauki społecznej zasadą pomocniczości, ograniczenie interwencji państwa w sprawy tak jednostek, jak i mniejszych grup społecznych.
Specyfiką ruchu ks. Stojałowskiego, w porównaniu z analogicznymi organizacjami tworzącymi się w całej Europie, jak np. Partia Chrześcijańsko-Społeczna Karla Luegera, z którym zresztą ks. Stojałowski współpracował, było to, iż o ile tamte nastawiały się na prace w środowisku robotniczym, o tyle założyciel SChL kierował swoją uwagę w stronę wsi. Związane jest to oczywiście przede wszystkim z terenem, na którym przyszło mu działać. W słabo uprzemysłowionej Galicji, będącej synonimem biedy i zacofania, zainteresowanie społeczników siłą rzeczy musiało zwracać się w kierunku ludności wiejskiej. Nie ma tutaj jednak mowy o jakiejś wyłączności – na Śląsku Cieszyńskim oddziały SChL miały bowiem już charakter przede wszystkim robotniczy.
W 1906 r. doszło zaś do połączenia SChL ze Stronnictwem Katolicko-Narodowym i utworzenia nowej formacji pod nazwą Polskie Centrum Ludowe11. Miała ona charakter stronnictwa ponadklasowego, na jej czele stanął ks. Leon Pastor, a do komitetu wykonawczego weszli poza ks. Stojałowskim duchowni, chłopi, przedstawiciele arystokracji (np. Andrzej Beaupré, wówczas związany z „Głosem Narodu”, a w latach międzywojennych redaktor krakowskiego „Czasu”) czy profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego (m.in. Włodzimierz Czerkawski i Maurycy Straszewski). Zasadnicze cele, jakie stawiała sobie ta formacja, to obrona rodziny, wiary, własności, narodowości oraz warstw pracujących, głównego przeciwnika postrzegała zaś w konserwatystach galicyjskich. Po kilku latach, na skutek animozji pomiędzy ks. Pastorem a ks. Stojałowskim, doszło do rozpadu i likwidacji PCL. Wówczas to ks. Stojałowski coraz mocniej zbliżał się do narodowej demokracji. W wyniku połączenia posłów reaktywowanego SChL z posłami narodowymi, w 1909 r. powstał w parlamencie wiedeńskim blok partyjny pod nazwą Związek Narodowo-Ludowy. Na kilka miesięcy przed śmiercią pisma „Wieniec” i „Pszczółka” przekazał Stronnictwu Narodowo-Demokratycznemu.
Ostatnie lata życia spędził w Krakowie, umierając w nędzy i zapomnieniu 23 października 1911 r. Pochowany został na Cmentarzu Rakowickim, pogrzeb zgromadził olbrzymie tłumy. Na nagrobku widnieje napis: „Ks. Stanisław Stojałowski, obrońca ludu polskiego, ur. 15 maja 1845 zm. 23 października 1911 r. Wiecznie wdzięczny lud polski”.
***
Wielu badaczy podkreśla, iż w zasadzie ks. Stojałowski nie osiągnął tego, co chciał i mógł. Na przeszkodzie miała stanąć jego bezkompromisowość, nadmiernie wybujały temperament, indywidualizm i porywczość. Cechy te stanowiły z pewnością przyczynę dość częstych wolt politycznych ks. Stojałowskiego, prób zawierania porozumień z przedstawicielami w zasadzie wszystkich partii w Galicji.
Trzeba jednak pamiętać, że przewodnią ideą niezmiennie pozostawało dobro ludu, był to naczelny imperatyw całokształtu jego działań. W związku z tym wszelkie sojusze traktował instrumentalnie, jako środek przybliżający do tego nadrzędnego celu. Charakterystyczna dla ks. Stojałowskiego, a wynikająca zapewne z jego temperamentu, była olbrzymia ilość różnorakich inicjatyw, które podejmował, a przy tym niestety częstokroć ich krótkotrwałość.
Jednak jego wieloletnia, żmudna, pełna wyrzeczeń i przeciwności praca, nie poszła na marne. Cytowany już Witos konstatuje wręcz, w swoich wspomnieniach pisanych na emigracji w Czechosłowacji, iż powiaty, w których działał ks. Stojałowski „należą dziś do najlepszych, tak pod względem zdrowia moralnego, jak i solidarności chłopów. Dotyczy to szczególnie Małopolski środkowej. Zachodnie powiaty, zarażone socjalizmem, były gorsze. Więcej tam widać warcholstwa, samolubstwa i małostkowości”12.
Przypisy:
1 K. Chłędowski, Pamiętniki. Wiedeń 1881-1901, t. II, Wrocław 1951, ss. 280-281.
2 W. Witos, Moje wspomnienia, cz. 1, Warszawa 1998, s. 200.
3 Ibid., ss. 64, 65, 66.
4 Cyt. za: A. Zakrzewski, Od Stojałowskiego do Witosa, Warszawa 1988, s. 13.
5 Warszawiak [wł. ks. S. Stojałowski], Ze spraw śląskich, Lwów 1895, s. 169.
6 A. Kudłaszyk, Ksiądz Stanisław Stojałowski. Studium historyczno-prawne, Wrocław 1998, ss. 53-56.
7 S. Tarnowski, Lud wiejski między ładem i rozkładem, Kraków 1896, s. 23.
8 W. Witos, op.cit., ss. 192-193.
9 A. Kudłaszyk, op. cit., s. 16.
10 Cyt. za K. Domagalski, Pionierzy katolickiej nauki społecznej, Ząbki 2000, s. 223.
11 Cz. Strzeszewski, Chrześcijańska myśl i działalność społeczna w zaborze austriackim w latach 1865-1918 [w:] Historia katolicyzmu społecznego w Polsce 1832-1939, red. Cz. Strzeszewski, R. Bender, K. Turowski, Warszawa 1981, ss. 167-168.
12 W. Witos, op. cit., s. 203.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Wybitny działacz i teoretyk społeczny, ks. Aleksander Wóycicki, pisał: „Głównym i pierwszym organizatorem robotniczych zrzeszeń chrześcijańskich jest bezsprzecznie ks. Marceli Godlewski. Działacz ten jest postacią w naszym duchowieństwie nieprzeciętną. Energiczny, pełen inicjatywy, nie liczący się z żadnymi trudnościami, umiejący chcieć i wytrwale dążyć do urzeczywistnienia swych planów, ks. Godlewski wyrasta /…/ o całą głowę ponad przeciętny ogół swych współbraci duchownych”1.
Królestwo Polskie pod koniec XIX w. stało się terenem dynamicznego rozwoju przemysłu, a co za tym idzie, wzrostu liczebności warstwy robotniczej. Jej problemy stopniowo będą wysuwać się na pierwszy plan zagadnień społecznych na tych terenach. Kościół i duchowieństwo katolickie nie od razu potrafili właściwie zareagować na dokonujące się zmiany. Jednym z pierwszych w tym kręgu, który dostrzegł tragiczne położenie robotników, był ks. Marceli Godlewski. Analizując sytuację, pisał on, iż robotnicy zostali zdani „/…/ na łaskę i niełaskę fabrykanta i administracji fabrycznej. A nawet i wówczas, gdy prawo bierze w obronę pracującego, przedsiębiorcy potrafili prawo obejść bez względów żadnych, nawet czysto ludzkich. Chęć osiągnięcia jak największych zysków zagłusza wszelkie uczucia. Na robotnika patrzono więc tylko jako na siłę roboczą, jako na maszynę czysto mechaniczną, z której chciano wycisnąć jak największą korzyść. Wówczas, gdy robotnik zarabiał zaledwie tyle, aby tylko z głodu nie umarł, to kierownicy fabryk otrzymywali pensje aż nazbyt wygórowane…”2. W związku z takimi konstatacjami postanowił podjąć pracę społeczną i wychowawczą w środowiskach robotniczych.
***
Ksiądz Marceli Godlewski urodził się 15 stycznia 1865 r. we wsi Turczynie k. Łomży, jako syn Ignacego i Katarzyny z Kuczyńskich3. Po ukończeniu szkoły powszechnej w Szczuczynie oraz gimnazjum w Suwałkach, kontynuował naukę w Seminarium Duchownym w Sejnach. W lutym 1888 r. otrzymał tam święcenia kapłańskie, po czym wyjechał do Rzymu, gdzie podjął studia na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. W 1893 r. uzyskał stopień doktora teologii. Od 1890 r. pracował jako wikary w Nowogrodzie k. Łomży, następnie zaś w Zambrowie i Jedwabnem. Po przeniesieniu do archidiecezji warszawskiej pełnił posługę duszpasterską w Mieleszkach i Szymanowie pod Łodzią, a potem w parafii św. Krzyża w Łodzi i od 1896 r. w kościele św. Krzyża w Warszawie. W 1897 r. otrzymał nominację na profesora Warszawskiego Seminarium Duchownego. W 1906 r. został rektorem kościoła św. Marcina, a następnie w latach 1915-1945 był proboszczem parafii Wszystkich Świętych w Warszawie. W 1906 r. uzyskał honorowy tytuł szambelana papieskiego oraz ustanowiony przez Leona XIII w 1888 r. order „Pro Ecclesia et Pontifice”.
Głównym celem ks. Godlewskiego było stworzenie w Polsce prężnej Demokracji Chrześcijańskiej, czyli ruchu, który realizowałby zadania nakreślone przez Leona XIII w encyklice Rerum novarum. W związku z tym wszedł w skład Komisji Pracy Społecznej, powołanej 9 maja 1905 r. przez episkopat. Komisja wkrótce opracowała zasady Chrześcijańskiej Demokracji, w których czytamy, iż jest „/…/ faktem, że w obecnym ustroju społecznym panują stosunki nienormalne /…/ Ludzie przejęci ideą sprawiedliwości, nie mogą patrzeć obojętnym okiem na taki stan rzeczy, dlatego łączą się, zrzeszają, aby zwalczać zło wspólnymi siłami we wspólnej akcji. Taką właśnie akcją jest Demokracja Chrześcijańska. Nazywa się demokracją, dlatego że obejmuje wszystkich ludzi, dla wszystkich pracuje, dla wszystkich żąda sprawiedliwości. Ponieważ zaś sprawiedliwości tej najbardziej jest pozbawiony lud, klasy pracujące, przeto najpierw dla ludu i z ludem należy dążyć do reform społecznych. Zaznaczamy, że demokracja nie jest opieką nad ludem, lecz idzie razem z ludem, uświadamia go, walczy razem z nim i chce przez lud wywalczyć dla ludu słuszne prawa i odpowiednie warunki życia. Demokracja nazywa się Chrześcijańską dlatego, że wypływa z ducha nauki Chrystusowej i opiera się na zasadach etyki Chrystusowej”.
Zastrzegano jednak, iż niewłaściwym byłoby postrzeganie jej jako akcji stricte religijnej. Jest ona bowiem „/…/ pracą społeczną. Stara się ona przede wszystkim, aby zapanowała idea sprawiedliwości w stosunkach społecznych, występuje w imię ideałów i haseł ogólnoludzkich i pracuje dla całej ludzkości”. Z drugiej strony podkreślano, że „Demokracja Chrześcijańska wyklucza ze swego programu politykę i nie służy żadnym partiom i żadnym celom politycznym”4. Twórcy tej deklaracji byli wiernymi uczniami Leona XIII, rozumieli termin chrześcijańska demokracja w ten właśnie sposób, w jaki został on przezeń zdefiniowany w encyklice Graves de communi, w której czytamy, iż termin ów nie powinien być upolityczniany, natomiast należy dążyć, by „/…/ ci, którzy żyją z pracy rąk i ze swego zawodu, znaleźli się w znośniejszym położeniu i stopniowo tyle zarabiali, by sami o siebie troszczyć się mogli, w domu i w życiu publicznym swobodnie pełnić mogli obowiązki cnoty i religii, by się czuli nie zwierzętami, lecz ludźmi /…/. Do tego celu zmierzać powinna działalność ludzi, przychylnie usposobionych dla ludu chrześcijańskiego, któremu w tym kierunku nieść należy pomoc, by go ustrzec od zarazy socjalizmu”5.
***
Pomysł zajęcia się kwestią robotniczą zaczął kiełkować u ks. Godlewskiego w 1891 r. podczas pobytu w Wielkim Księstwie Poznańskim. Tam działalność społeczna duchowieństwa rozwijała się dynamicznie już od lat sześćdziesiątych XIX w. Ksiądz Godlewski zetknął się ze stowarzyszeniami robotniczymi i zapoznał z metodami pracy w tym środowisku. Również pobyt w Belgii, Niemczech czy Holandii niewątpliwie miał swoje znaczenie.
Pierwsze prace w tym kierunku podjął ks. Godlewski w parafii św. Krzyża w Łodzi, następnie kontynuował je w Warszawie przy kościele pod tym samym wezwaniem, gdzie na przełomie lat 1903 i 1904 zaczęły zbierać się osoby zainteresowane sprawami społecznymi. Ksiądz Godlewski gromadził też wokół siebie coraz liczniejsze grono robotników, prowadząc w każdą niedzielę po nieszporach pogadanki o treści społecznej. Wkrótce tym sposobom pracy nadano formy organizacyjne na prośbę samych robotników. W ten sposób powstaje tajne stowarzyszenie „Straż” Królestwa Polskiego i Litwy. Jego statut zawierał 8 punktów, w których stawiano za cel m.in. zwalczanie teorii niezgodnych z duchem chrześcijańskim i narodowym, zapobieganie i przeciwdziałanie strajkom, popieranie przemysłu i handlu polskiego, szerzenie oświaty, promowanie zasad solidaryzmu czy stworzenie kasy samopomocowej dla członków stowarzyszenia6.
„Straż” funkcjonowała jako zrzeszenie nielegalne do jesieni 1905 r., kiedy to wykorzystując liberalizację wywołaną zamętem rewolucyjnym, ks. Godlewski przekształcił ją w legalne Towarzystwo św. Józefa, mające przede wszystkim cele kulturalne i etyczne. Było to jednak niewystarczające, w całym Królestwie narastało wrzenie rewolucyjne, mnożyły się strajki, zaogniała walka pomiędzy socjalistycznymi a endeckimi organizacjami robotniczymi. Ks. Godlewski uznał, iż w tej sytuacji należy zająć stanowisko, wyciągnąć do robotników pomocną dłoń, zwłaszcza iż oni sami zwrócili się do niego przekonani, że „/…/ należy im się jakaś pomoc od Kościoła, że w tej walce między organizacjami /…/ jest naturalny pośrednik – kapłan katolicki”7.
W związku z tym ks. Marceli w niedzielę 16 września 1905 r. w kościele św. Marcina oznajmił przybyłym robotnikom powołanie do życia Stowarzyszenia Robotników Chrześcijańskich (SRCh). Statut SRCh zarejestrowany został dopiero 21 grudnia 1906, ale nie czekając na jego formalne zatwierdzenie ks. Godlewski zaczął tworzyć koła Stowarzyszenia, liczące minimum 30 członków. Powstał też Komitet Ratunkowy SRCh, którego zadaniem było niesienie doraźnej pomocy robotnikom i ich rodzinom, np. w postaci darmowych obiadów, których wydawano setki dziennie. Statut przewidywał, iż SRCh będzie organizacją ogólnokrajową i stwierdzał, że stawia sobie ono za cel „/…/ podniesienie stanu robotniczego pod względem religijno-moralnym, umysłowym, materialnym i narodowym”. W 1908 r. wprowadzono do niego zapis mówiący o zakazie agitacji partyjno-politycznej w łonie organizacji. Złamanie tego zakazu skutkować miało wykluczeniem ze Stowarzyszenia, poza nim natomiast „/…/ każdy członek może należeć według własnego uznania do wszelkich partii politycznych na gruncie narodowym stojących, zgodnych z zasadami wiary”8.
O członkostwo w stowarzyszeniu mogli ubiegać się nie tylko katolicy, ale wszyscy chrześcijanie, choć udział niekatolików nie był nazbyt imponujący – należało do niego kilku ewangelików i jeden prawosławny. Tym niemniej, kwestia ta była przedmiotem poważnych kontrowersji. Głównymi oponentami Godlewskiego byli ks. Włodzimierz Jakowski z Częstochowy i ks. Andrzej Rogoziński z Łodzi, propagujący wizję czysto katolickiego zrzeszenia. Kwestia ta stanowiła zagadnienie o charakterze ogólnokościelnym, po tym jak w Niemczech wybuchł spór zwany berlińsko-kolońskim, dotyczący preferowanego modelu związków robotniczych – czy mają mieć one charakter mono- czy międzykonfesyjny. W sprawie zabrał głos papież Pius X wydając w 1912 r. encyklikę Singulari quadam, w której dopuścił pod pewnymi warunkami możliwość udział robotników katolickich w stowarzyszeniach międzywyznaniowych.
Drugi spór w SRCh dotyczył zasad funkcjonowania ruchu. Ks. Godlewski opowiadał się za jak największym udziałem samych robotników w kierowaniu Stowarzyszeniem, ks. Jakowski natomiast stał na stanowisku zwanym patronalistycznym i postulował znaczne rozszerzenie zakresu władzy księży. Na II Zjeździe SRCh, który odbył się 9-10 stycznia 1907 r. w Warszawie, przyjęto jednak, iż duchowni patroni będą mieć decydujący głos w sprawach moralno-religijnych, w pozostałych natomiast jedynie doradczy, gdyż robotnicy powinni sami rozstrzygać o kwestiach bezpośrednio ich dotyczących9.
***
Stowarzyszenie realizowało cele m.in. poprzez urządzanie regularnych spotkań, na których dyskutowano najistotniejsze problemy dotykające robotników, tworzenie biur pośrednictwa pracy i porad prawnych, bibliotek, sądów polubownych, instytucji samopomocowych oraz organizowanie wolnego czasu robotników. W kwestii odpowiedniej formacji religijno-moralnej stanu robotniczego twórcy SRCh wychodzili z dość pesymistycznych konstatacji. Nie było u nich hurraoptymizmu, wynikającego z pełnych świątyń na niedzielnych nabożeństwach czy z generalnie dobrej kondycji polskiego Kościoła w porównaniu z jego odpowiednikami na zachodzie Europy. Dlatego niemało uwagi poświęcono organizowaniu rekolekcji robotniczych czy odczytów i pogadanek, którym przyświecała dążność do tego „/…/ aby dać w sposób jasny i przystępny światopogląd chrześcijański i zasady katolickie, a w sercach rozbudzić gorące umiłowanie wiary i Kościoła”10.
Nie zaniedbywano rozwoju intelektualnego oraz godziwej rozrywki. Temu miały służyć robotnicze domy ludowe zakładane przez SRCh na terenie całego kraju – warto nadmienić, iż żadna inna organizacja nie utworzyła na terenie Królestwa Polskiego tylu tego rodzaju placówek. Organizowano w nich nie tylko posiedzenia, ale i koncerty, odczyty, zabawy, przedstawienia teatralne, pokazy filmowe, w nich rozwijały się i ćwiczyły chóry robotnicze, orkiestry, teatry amatorskie. Zakładano również szkoły oraz kursy dla analfabetów. Wydawano też tygodnik dla robotników pt. „Pracownik Polski”, wychodzący w szczytowym okresie rozwoju w nakładzie 18 tys. egzemplarzy. Na jego łamach propagowano idee Leona XIII z encykliki Rerum novarum i analizowano aktualne, konkretne kwestie społeczno-gospodarcze z punktu widzenia katolickiej nauki społecznej. Problematyce tej poświęcano także niemało miejsca na łamach redagowanych przez ks. Godlewskiego miesięczników „Któż – jak Bóg” i „Ruch Chrześcijańsko-Społeczny” oraz pisma „Pracownica Polska”.
Stowarzyszenie prowadziło również ożywioną działalność gospodarczą, mającą na celu pomoc materialną robotnikom. Wyrazem tego były organizacje samopomocowe i spółdzielcze. Zakładano kasy zapomogowe dla chorych, zapomogowo-pogrzebowe oraz zapomogowo-pożyczkowe czy oszczędnościowo-pożyczkowe, przy warszawskim oddziale funkcjonowała również „kasa oszczędności dla dzieci ludu pracującego”. Spółdzielcze efekty pracy SRCh również były niemałe, z inicjatywy jego członków powstało bowiem ok. 500 takich inicjatyw, głównie spożywczych. Warto także odnotować funkcjonowanie biura porad prawnych oraz punktu porad lekarskich.
W latach 1907-08 SRCh liczyło w Królestwie Polskim 79 kół, skupiających ponad 22 tys. robotników. Istnieją jednak informacje wskazujące na dwa razy większą liczebność – obejmują one prawdopodobnie nie tylko osoby płacące składki, ale i sympatyków Stowarzyszenia, biorących mniej lub bardziej regularnie udział w jego pracach.
***
Pierwsze trzy lata to zdecydowanie najlepszy okres organizacji. Później początkowy dynamizm zaczął słabnąć i SRCh przeżyło wyraźny kryzys. Zadecydowały o tym nie tylko przyczyny zewnętrzne, ale i słabość samego ruchu, który zaczął się kurczyć, gdy znikł pierwszy zapał. Jego twórcy nie ustrzegli się licznych błędów. Brak było spójnego, długofalowego planu funkcjonowania i rozwoju SRCh, działano spontanicznie i trochę po omacku. „W działaniu /…/ – jak podkreśla A. Wóycicki – nie widać żadnego systemu, planu, nie ma nowych metod, wypróbowanych gdzie indziej, jak np. w Księstwie Poznańskim lub zagranicą”11.
Do tego doszły przeszkody stawiane przez władze rosyjskie, brak poparcia dla działań ks. Godlewskiego ze strony pracodawców, rodzimej inteligencji i hierarchii kościelnej. Niektóre środowiska w polskim Kościele darzyły SRCh nieskrywaną niechęcią i zaczęły wysuwać pod adresem ks. Godlewskiego zarzuty o inklinacje modernistyczne. Były one szczególnie nośne w tamtym okresie i dotkliwe dla oskarżonego, ponieważ w 1907 r. papież św. Pius X potępił tzw. tendencje modernistyczne w dekrecie Lamentabili oraz encyklice Pascendi Dominici Gregis. W odpowiedzi delegacja SRCh z ks. Godlewskim udała się do Rzymu. Przyjęto ich na specjalnej audiencji, w czasie której Papież wyraził jednoznacznie poparcie dla ich działalności: „Błogosławię was wszystkich, wasze rodziny, wasze prace, a gdy wrócicie do swoich, powiedzcie im, że z całego serca błogosławię waszą organizację, aby zawsze wierną będąc Bogu, rozwijała się z jak największym pożytkiem dla swych członków”12.
Pierwsza wojna światowa ostatecznie doprowadziła do wygaśnięcia działalności SRCh. Po odzyskaniu niepodległości doszło do odrodzenia ruchu, jednak ks. Godlewski już w jego pracach nie uczestniczył.
***
W latach międzywojennych coraz mocniej współpracował z obozem narodowym, z którym już wcześniej był powiązany jako członek Ligi Narodowej. Nie wrócił do aktywnego udziału w życiu chrześcijańsko-społecznym, zajmując się przede wszystkim problematyką żydowską. Sprawiło to, że zaczęto określać go mianem jednego z czołowych antysemitów w polskim Kościele.
Życie jednak przynosi niespodzianki i obala utarte stereotypy. W listopadzie 1940 r. kościół Wszystkich Świętych przy pl. Grzybowskim znalazł się za murami getta. Ks. Godlewski dobrowolnie pozostał w swojej parafii. Wkrótce zaczął nieść ofiarną pomoc ludności żydowskiej. Uczynił to człowiek, który przed wojną postulował bojkot handlu żydowskiego, nie zgadzając się z opiniami osób, które w imię zasad chrześcijańskich nawoływały „/…/ abyśmy nie omijali handlu Żydów i zaniechali pracy nad odżydzeniem handlu i przemysłu polskiego”; człowiek twierdzący, iż popierając hasło „»swój do swego« jako chrześcijanie nie wykraczamy przeciwko wierze katolickiej, lecz przeciwnie, spełniamy jej wskazania i do niej się stosujemy”13.
Ludwik Hirszfeld, światowej sławy serolog i immunolog pochodzenia żydowskiego, poświęcił mu w swoich wspomnieniach osobny rozdział, zatytułowany „W cieniu kościoła Wszystkich Świętych”. „Prałat Godlewski – czytamy we wspomnieniach Hirszfelda. – Gdy wymawiam to nazwisko, ogarnia mnie wzruszenie. Namiętność i miłość w jednej duszy. Ongiś bojowy antysemita, kapłan wojujący w piśmie i słowie. Ale gdy los zetknął go z tym dnem nędzy, odrzucił precz swoje nastawienie i cały żar swego kapłańskiego serca poświęcił Żydom. Gdy pojawiała się jego piękna siwa głowa, przypominająca oblicze Piotra Skargi z obrazu Matejki, w miłości i pokorze schylały się przed nim głowy. Kochaliśmy go wszyscy: dzieci, starcy i wyrywaliśmy go sobie na chwilę rozmowy. A nie skąpił siebie. Uczył dzieci katechizmu, stał na czele Caritasu dzielnicy i kazał rozdawać zupę bez względu na to, czy głodny jest chrześcijaninem, czy Żydem. Często przychodził do nas, by pocieszać i pokrzepiać. Nie tylko myśmy go cenili. Chciałbym przekazać, co o nim myślał prezes gminy [żydowskiej] Czerniaków. Na posiedzeniu u docenta Zweibauma zebraliśmy się z okazji rocznicy [tajnych] kursów [medycyny]. I tam prezes opowiadał, jak prałat rozpłakał się w jego gabinecie, gdy mówili o żydowskiej niedoli, i jak się starał pomóc i tej niedoli ulżyć. Mówił on, ile ten ksiądz, b[yły]. antysemita, serca Żydom okazywał”14.
Po zamknięciu kościoła i usunięciu duchownych z getta, ks. Godlewski kontynuował działalność. Organizował tajne lokale, w których ukrywano dużą liczbę Żydów. Szczególną opieką w świetle relacji i wspomnień, otaczał dzieci żydowskie15. Zmarł 26 grudnia 1945 r. w Aninie k. Warszawy.
Przypisy:
1 Ks. dr A. Wóycicki, Chrześcijański ruch robotniczy w Królestwie Polskiem. Monografia społeczna, Piotrogród 1915, s. 154.
2 Cyt. za R. Bender, Społeczne inicjatywy chrześcijańskie w Królestwie Polskim 1905-1918, Lublin 1978, s. 84.
3 Na temat ks. Godlewskiego zob. R. Bender, Marceli Godlewski [w:] Słownik biograficzny katolicyzmu społecznego w Polsce, t. 1, Lublin, 1994, ss. 147-148; Marceli Godlewski [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. VIII, Wrocław-Kraków-Warszawa, 1959-1960, s. 180.
4 Cyt. za R. Bender, Społeczne inicjatywy… op. cit., ss. 66-67.
5 Leon XIII, Graves de communi [w:] K. Grzybowski, B. Sobolewska, Doktryna polityczna i społeczna papiestwa (1789-1968), Warszawa 1971, ss. 279, 280, 281.
6 Ks. dr A. Wóycicki , Chrześcijański ruch robotniczy w Polsce. Monografja społeczna, Poznań-Warszawa 1921, s. 81.
7 Ibid., s. 82.
8 Cyt. Za R. Bender, Społeczne… op.cit., s. 72.
9 S. Gajewski, Społeczna działalność duchowieństwa w Królestwie Polskim 1905-1914, Lublin 1990, ss. 60-66.
10 Ks. dr A. Wóycicki, Chrześcijański ruch robotniczy w Polsce… op.cit., s. 118.
11 Ibid., s. 143.
12 Ibid., s. 120.
13 Ks. M. Godlewski, Bojkot Żydów a Kościół, „Głos Narodu” nr 63/1913.
14 L. Hirszfeld, W cieniu kościoła Wszystkich Świętych [w:] Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945, oprac. W. Bartoszewski, Z. Lewinówna, Kraków 1969, s. 817.
15 Zob. W. Smólski, Losy dziecka, Warszawa 1961, ss. 238-240; Tenże, Zaklęte lata, Warszawa 1964, ss. 290-294.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Była to bez wątpienia postać nietuzinkowa, o olbrzymim charyzmacie, niespożytej energii, działająca z równym powodzeniem na różnych płaszczyznach. Z wielkim poświęceniem pomagał, jak ujął to ks. Jan Zieja, zarówno osobom ociemniałym fizycznie, jak i duchowo1.
W swoich wspomnieniach kardynał Stefan Wyszyński pisał, iż: „Wśród kapłanów, którym przypisuję największy wpływ na moje życie, w pierwszym rzędzie znajduje się ksiądz Władysław Korniłowicz, jeden z twórców dzieła dla niewidomych w Laskach, najbliższy współpracownik i duchowy kierownik Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek. Temu kapłanowi zawdzięczam bardzo dużo, chociaż /…/ nie wszystko wziąłem, co mógłbym od niego wziąć, na skutek właściwych człowiekowi oporów przeciwko łasce, jakiej wiele można było przez niego otrzymać”2.
Wskutek pochodzenia oraz wychowania ks. Korniłowicz był związany z kręgiem inteligencji polskiej epoki pozytywizmu. Urodził się w 1884 r. jako trzeci syn dr. Edwarda Korniłowicza, znanego w Warszawie psychiatry, „pozytywisty z przekonań, przyrodnika i psychologa z wykształcenia”3. Jak pisze s. Teresa Landy, ksiądz Korniłowicz „wyniósł z atmosfery rodziny o wysokim poczuciu obywatelskim, uspołecznionej i szlachetnej, ścisłą więź ze swoim pokoleniem oraz szczególne dane do przyszłej swojej działalności apostolskiej. Choć rodzina zwłaszcza w osobach ojca i braci nastawiona racjonalistycznie, włączyła się w życie tworzącej się inteligencji radykalnej i wolnomyślnej, Władysław Korniłowicz nie uległ wpływom rodzinnym jeśli chodzi o sprawy religijne i zachował żywą wiarę dzieciństwa”4. Co więcej, jak się wydaje, owe doświadczenia pomogły mu później w dotarciu do osób o podobnej postawie – „kółkowicze” ks. Korniłowicza będą rekrutować się głównie spośród osób religijnie indyferentnych.
W 1903 r. po zdaniu matury postanowił wstąpić do seminarium duchownego. Decyzja ta spotkała się z dezaprobatą ojca, który wymógł na synu przesunięcie rozstrzygnięć w tej sprawie do czasu ukończenia studiów przyrodniczych w Zurychu. Okres studiów w Szwajcarii ułatwił mu z pewnością znalezienie wspólnego języka ze swoim pokoleniem, zaznajomił z kierunkami dominującymi w ówczesnej nauce oraz z poglądami i postawami powszechnymi wówczas w środowiskach akademickich i inteligenckich. Tam też zetknął się z prof. Friedrichem W. Foersterem, którego wykłady wywarły na niego duży wpływ i definitywnie utwierdziły w zamiarze porzucenia studiów przyrodniczych i wstąpienia do seminarium duchownego, co uczynił w 1905 r.5 W seminarium w Warszawie przebywał kilka miesięcy, po czym w kwietniu 1906 r. udał się do Fryburga Szwajcarskiego, gdzie podjął studia teologiczne. Miejsce to było wówczas ośrodkiem formacji tomistycznej, więc studia tam dały mu gruntowną znajomość owej doktryny. Kardynał Wyszyński pisał po śmierci ks. Korniłowicza, iż: „Najbardziej charakterystyczną cechą umysłowości i duchowości Ojca był tomizm. Nie był Ojciec książkowym naukowcem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Nie szperał w Tomaszu, ale żył nim. /…/ Cała duchowość Ojca była tomistyczna, tu znalazł miarę dla swej pracy w dziedzinie moralnej i duszpasterskiej. /…/ Tomizm stał się potężnym narzędziem apostolskiej działalności Ojca. Cały wielki jego wpływ na inteligencję, na młodzież akademicką, na odbiegłych od Boga, na szukających Go, na siostry zakonne, na młodzież ociemniałą tłumaczy się przeżyciem tomistycznym Ojca”6.
W 1912 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie, następny rok poświęcił przygotowaniom do doktoratu. Przerwała je wojna. Lata 1914-1916 spędził w Kuźnicach, pracując z młodzieżą. Następnie jako kapelan polowy przebywał na froncie. Stanisław Krzywoszewski wspomina, iż spędził on „/…/ blisko tydzień w okopach razem z żołnierzami /…/ pokazał nam wartość cierpienia i ofiary, wartość pogardy śmierci, wartość energii ducha i ciała – bez kazań – tylko w rozmowach po kilka osób lub po jednemu, w okopie i na placówce”7. Później zaś wrócił do Warszawy, gdzie w 1917 r. powstało „Kółko”.
***
Jedna ze współzałożycielek „Kółka”, s. Teresa Landy pisała: „»Kółko« powstało w 1917 r. w sposób czysto rodzinny /…/ Grupka przyjaciół – sześć do ośmiu osób – widziała braki swego uświadomienia religijnego, rozumiała że musi je uzupełnić. W skład tej pierwszej grupki, jak zresztą przez cały czas trwania »Kółka«, wchodziła młodzież o wybitnych zainteresowaniach i zdolnościach naukowych lub artystycznych. Religia przyjęta w entuzjazmie wiary domagała się pogłębienia i ugruntowania intelektualnego w myśl zasady fides quaerens intellectum [wiara poszukująca rozumu – przyp. red.] /…/ Zaczęto zbierać się w małej grupce, zdobywać książki religijne, o które było wtedy bardzo trudno w Warszawie. Poprosiliśmy ks. Korniłowicza, by nam pomógł”8.
„Kółko” nie było formalną organizacją i nie stawiało sobie określonych celów. Stanowiło grupę ludzi, która wspólnie czytała, dyskutowała, modliła się. Większość członków „Kółka” stanowili konwertyci lub ludzie przełamujący po prostu utrwalony indyferentyzm religijny. Grono to ciągle się powiększało, obejmując stopniowo coraz szersze kręgi inteligencji. W charakterze gości lub sympatyków brali udział w zebraniach „Kółka” m.in. literaci Zofia Nałkowska i Czesław Miłosz, krytycy literaccy Karol Irzykowski, Ludwik Fryde czy Jan Kott, dziennikarze, artyści, lekarze, prawnicy i filozofowie. Byli to ludzie wywodzący się z różnych środowisk, o różnorakich poglądach. Dość powiedzieć, iż można tam było spotkać jednocześnie zarówno Ludwika Winteroka, w latach 30. redaktora „Robotnika” – centralnego dziennika Polskiej Partii Socjalistycznej, jak i Jana Mosdorfa, w latach 1926-1934 przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej, Rady Naczelnej Obozu Wielkiej Polski, Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego, później współzałożyciela i przywódcę Obozu Narodowo-Radykalnego.
Ksiądz Korniłowicz nie był kierownikiem czy przełożonym „Kółka”, lecz raczej jego inspiratorem i duchowym opiekunem. W świetle wspomnień s. Teresy Landy, nie chciał on niczego narzucać w kwestii tematów i metod prowadzenia obrad, często jego rola ograniczała się tylko do podsumowania czy podsunięcia ewentualnych rozwiązań9. Zadaniem „Kółka” miało być uformowanie nowej elity katolickiej, świadomej swej wiary, jej zasad. Pogłębianie znajomości prawd wiary było tak ważne dlatego, iż sytuację polskiego katolicyzmu w tamtym czasie miała charakteryzować powierzchowna, tradycyjna religijność. Ojciec Jacek Woroniecki konstatował, że „elita katolicka w Polsce żyje tylko okruchami wiary, nie domyślając się nawet całego bogactwa, jakie się w niej zawiera”10. Charakterystycznym miał być też brak znajomości doktryny społecznej Kościoła11. „W zachodnio-europejskiej inteligencji – pisał ten dominikanin – ustosunkowanie się do religii jest owocem głębokiego przemyślenia, które doprowadziło do stworzenia sobie zasady. Dalsze postępowanie jest już tylko zastosowaniem się do przyjętych zasad i odznacza się męską konsekwencją. U nas niestety – inaczej – wszyscy unikają myślenia jak największej chłosty”12.
***
„Kółko” w znacznej mierze przyczyniło się do odrodzenia życia religijnego i tworzenia elity katolickiej w Polsce. Wyrazem tej działalności oraz jej narzędziem był założony przez „kółkowiczów” kwartalnik kulturalno-społeczny „Verbum”. Zdaniem wielu, „Verbum” było najlepszym czasopismem katolickim dwudziestolecia, prezentującym nową, intelektualną, otwartą postawę katolickiej inteligencji polskiej. Wywierało ono wpływ nie tylko na środowiska katolickie, związane z Kościołem, ale także na pewne koła inteligencji niewierzącej13. Periodyk stanowił dość elitarne pismo, o czym świadczyła zarówno „/…/ tematyka artykułów, jak i nazwiska autorów, wśród których znajdowali się najwybitniejsi polscy i obcy myśliciele katoliccy”14. „Verbum” powstało w 1934 r. Redaktorem naczelnym dwóch pierwszych numerów był Konrad Górski, historyk literatury i krytyk literacki, uczestnik zebrań „Kółka” od 1926 r. Po nim funkcję tę pełnił do roku 1939 sam ks. Korniłowicz. Na łamach pisma można było spotkać artykuły takich autorów jak: Jacques Maritain, ks. Charles Journet, o. Innocenty M. Bocheński, Leopold Caro, Ludwik Górski, ks. Konstanty Michalski, Czesław Strzeszewski i wielu innych. Swoje poezje zaś zamieszczali w nim m.in. Czesław Miłosz, Leopold Staff, Wojciech Bąk, Jerzy Liebert czy Kazimiera Iłłakowiczówna.
Równocześnie z czasopismem powstało wydawnictwo o tej samej nazwie, które opublikowało szereg pozycji, m.in. „Rewolucja pokojowa” Antonio de Oliveiry Salazara, „Trzej reformatorzy: Luter – Descartes – Rousseau” Jacquesa Maritaina, Modlitwy i pieśni św. Franciszka z Asyżu czy Księgę Psalmów w przekładzie Leopolda Staffa.15
Fakt, iż „Verbum” stanowiło nową jakość na rynku prasy katolickiej w Polsce międzywojennej potwierdzają liczne wypowiedzi i opinie z tamtego okresu. Maria Morstin-Górska odnotowywała pojawienie się nowego periodyku, pisząc, iż wnosi on „/…/ do naszej literatury religijnej jakiś nowy ton, wypełnia lukę, którą się w tym dziale piśmiennictwa naprawdę odczuwało. /…/ Wszystkie /…/ pisma redagowane przez duchowieństwo mają założenia ściśle dydaktyczne, nauczanie i oświecanie wiernych. Żadne z nich nie stało się wyrazem tej przemiany jaka nastąpiła w stosunku społeczeństw do religii katolickiej /…/. Ten ton młodości i pracy twórczej, ten dynamiczny ton dzisiejszego katolicyzmu znajduje właśnie swój wyraz w »Verbum«”16. Wojciech Bąk natomiast konstatował, iż „wśród czasopism kulturalno-literackich wysuwają się na pierwszy plan tak ważkością poruszanych zagadnień, jak i objętością dwa kwartalniki »Marchołt« i »Verbum«. /…/ Katolicyzm polski nie odgrywa w życiu kulturalnym Polski roli jaką mógłby odgrywać. Jest to w dużej mierze jego wina. /…/ Brak poważnego, odważnego, intelektualnego, wysoko stojącego organu publicystyki stara się powetować »Verbum«. Oczywiście ono jedno nie wystarcza. Dobrze jest jednak, że istnieje choć jedno katolickie pismo, które prezentuje nie katolicyzm »prostaczków«, ale usiłuje się zbliżyć i tym samym zbliżyć czytelnika do katolicyzmu »doktorów«”17.
„Verbum” niewątpliwie promowało styl katolicyzmu inny od wówczas dominującego. Jego cechami była otwartość intelektualna i ideologiczna, aprobata wszystkiego, co nowe i twórcze w katolicyzmie europejskim, tolerancja wobec odmiennych poglądów. Propagowało katolicyzm świadomy intelektualnie, poświadczony działaniem i podkreślający rolę świeckich w życiu Kościoła. Wynikało to wprost z charakteru i postawy samego ks. Korniłowicza, który, jak wspominają liczne osoby, był człowiekiem niezwykle otwartym, bezpośrednim w kontaktach z ludźmi, akceptującym inne osoby z ich słabościami, problemami, a jednocześnie bezkompromisowym w sprawach wiary i moralności, stawiającym wobec innych wymagania, jakie stawiał samemu sobie. Henryka Twarowska pisze, iż był on człowiekiem serdecznym, bezpośrednim i przyjacielskim, ośmielał wręcz „/…/ ludzi do zawierania z nim znajomości. Cechowała go delikatność, powodująca, że niczego innym nie narzucał. Miał dar uważnego słuchania człowieka i niesienia mu natychmiastowej pomocy. Do wszystkich odnosił się jednakowo; nie obojętne były mu smutki i radości drugiego człowieka /…/ Cechowała go szlachetność i wyrozumiałość dla ludzkich słabości, ale nie pobłażliwość”18.
***
Jednak najbardziej znanym dziś efektem działalności ks. Korniłowicza są Laski. „Laski służą niewidomym – pisał przed laty Tadeusz Mazowiecki – zwłaszcza niewidomym dzieciom. Ale także ludzie obdarzeni wzrokiem widzą tu więcej. Laski to równocześnie pojęcie we współczesnej kulturze i historii chrześcijaństwa w Polsce. I wreszcie Laski to miejsce codziennej ciężkiej pracy wielu ludzi: Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, świeckich, księży, pracowników, wychowawców, nauczycieli. /…/ Laski są cząstką chrześcijaństwa i cząstką Polski, uformowaną poprzez cierpienie i poprzez otwartość wobec ludzi; są jednym z tych miejsc w świecie, którym dane było i jest być dla innych znakiem na drodze”19.
W roku 1922 ks. Korniłowicz przeprowadził się do Lublina, gdzie rozpoczął pracę jako dyrektor konwiktu księży studiujących w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. „Kółko” jednak nie zaprzestało swej działalności po jego przenosinach. Wręcz przeciwnie – ciągle się rozwijało. Zebrania coraz częściej odbywano w Bibliotece Wiedzy Religijnej w Warszawie. Bibliotekę tę, z inicjatywy ks. Korniłowicza, założyła w 1919 r. Irena Tyszkiewiczowa, która później, po śmierci męża rozstrzelanego w Powstaniu Warszawskim, wstąpiła do Zgromadzenia SS. Franciszkanek. Zebrania organizowane w bibliotece były jednym z przejawów zbliżenia „Kółka” do matki Elżbiety Czackiej i środowiska Lasek.
Ks. Korniłowicz w 1918 r. zetknął się i rozpoczął wieloletnią współpracę z Matką Czacką – prawnuczką Tadeusza Czackiego, która utraciła wzrok w 1898 r., w 1910 r. założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Warszawie, a w 1917 r. przyjęła habit III Zakonu św. Franciszka jako siostra Elżbieta20. Przez pierwsze lata kontakty były incydentalne, ponieważ ks. Korniłowicz dojeżdżał wówczas z Lublina do Warszawy, a od 1922 r. do Lasek, gdzie przeniesiono Zakład. Dzięki Korniłowiczowi w pracę Zgromadzenia SS. Franciszkanek włączyli się nowi ludzie. „Kółko” zacieśniło współpracę z dziełem matki Czackiej z chwilą, gdy jedna z jego współzałożycielek, Zofia Sokołowska, zdecydowała się wstąpić do franciszkanek21. W 1924 r. ks. Korniłowicz wspólnie z matką Czacką nadali dziełu Lasek nazwę „Triuno”, która miała symbolizować jedność trzech podmiotów (sióstr franciszkanek, świeckich pracowników i niewidomych) oraz trzech celów (charytatywnego, wychowawczo-tyflologicznego i apostolskiego)22.
Był to także rok, w którym samo „Kółko” weszło w nowy okres rozwoju. Związane było to przede wszystkim z osobami Jerzego Lieberta i Rafała Marcelego Blutha, o których s. Teresa Landy pisze, że wnieśli „całe bogactwo swoich zainteresowań i dociekań literackich”23. W tym czasie powstał pod wpływem spotkań Laskowych najdojrzalszy i najlepszy tom poezji Lieberta – „Gusła”, w którym mówi on o ks. Korniłowiczu „ksiądz, słup w sutannie żywego ognia”24. Z czasem zebrania w sposób naturalny przeniosły się do Lasek, gdzie w 1927 r. zorganizowano pierwsze zamknięte rekolekcje „Kółka”. Jednak najbardziej zbliżył „Kółko” do dzieła matki Czackiej powrót z Lublina ks. Korniłowicza, który w 1930 r. został kapelanem Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.
W 1933 r. z inicjatywy Korniłowicza i dzięki jego wsparciu finansowemu – przeznaczył na ten cel pieniądze, które otrzymał w spadku – powstał w Laskach Dom Rekolekcyjny. Ks. Korniłowicz przykładał do tej inicjatywy olbrzymią wagę, uznając za jednym ze swoich mistrzów, Friedrichem Foersterem, iż domy takie są we współczesnym świecie bardziej potrzebne niż sanatoria. Laski, jak pisał jeden z „kółkowiczów”, „/…/ były i dla Kółka i dla innych związanych z ks. Korniłowiczem środowisk, nie tylko zresztą świeckich, szkołą praktycznego uczenia się chrześcijańskiego świadectwa ad extra”25. Ze wspomnień mieszkańców ośrodka w Laskach, dotyczących ks. Korniłowicza, wyłania się postać nie tylko wyjątkowego kierownika duchowego i spowiednika, ale także osoby pełnej humoru, towarzysza zabaw dzieci ociemniałych. Mirosław Miroński, przebywający w Laskach w latach 1933-43, pisze o nim, iż „miał duże poczucie humoru i wprowadzał wiele radości /…/ Ojciec zawsze umiał znaleźć czas, by być razem z nami. Śpiewaliśmy i bawiliśmy się, a Ojciec umiał tak się do nas dostroić, że nie wytwarzał dystansu”26.
***
Działalność „Kółka” została brutalnie przerwana przez wojnę. Wielu jego członków poniosło przedwczesną śmierć. Rafał M. Bluth – rozstrzelany w 1939 r. jako jedna z pierwszych ofiar hitlerowskiego terroru; Ludwik Bujalski – ranny w czasie oblężenia Warszawy, zginął w 1939 r. w zbombardowanym szpitalu; Stanisław Krzywoszewski – więzień obozu oświęcimskiego, w którym zmarł w 1940 r.; Jerzy Siwecki – śmiertelnie ranny w czasie kampanii wrześniowej.
Ksiądz Korniłowicz w czasie okupacji musiał się ukrywać, ponieważ poszukiwało go gestapo w związku z odezwą do katolików niemieckich, którą ogłosił tuż przed wybuchem wojny. Przebywał pod przybranym nazwiskiem w Żułowie, gdzie znajdowała się placówka Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Opieką duszpasterską otaczał tam nie tylko mieszkańców placówki, ale i okoliczną ludność. Organizował rekolekcje, prowadził regularne studia tomistyczne dla sióstr ze Zgromadzenia oraz dla osób świeckich.
Okres ten to jednak również czas, gdy coraz szybciej rozwijała się u niego choroba nowotworowa. W kwietniu 1944 r. ks. Korniłowicz przeszedł pierwszą operację głowy, po której przyjechał do Lasek. Tam właśnie zmarł 26 września 1946 r. po drugiej operacji nowotworu mózgu. Pochowany został na tamtejszym cmentarzu, na tablicy nagrobnej napisano proste słowa: „Nasz Ojciec”. W 1976 r. rozpoczął się proces informacyjny jako wstęp do procesu beatyfikacyjnego ks. Korniłowicza.
***
Zakład w Laskach okazał się najtrwalszym jego dziełem. W czasie wojny powstał na jego terenie szpital wojskowy, którego wzmożona działalność przypadła na czasy powstania warszawskiego. Stanowił on także punkt kontaktowy oddziałów konspiracyjnych. W 1942 r. do Lasek przybył ks. Stefan Wyszyński, który spędził tam następne trzy lata, pełniąc funkcję kapelana obwodu AK.
Po wojnie placówka działała nadal. Miała ona istotne znaczenie nie tylko ze względu na działalność tyflologiczno-wychowawczą. Władze PRL na wiele sposobów przeszkadzały w funkcjonowaniu Lasek, a nawet próbowały w latach 50. doprowadzić do zamknięcia ośrodka. Mimo tych problemów, nastąpił dynamiczny rozwój placówki, m.in. dzięki darom Polonii amerykańskiej powstały nowe budynki przedszkola, szkół i warsztatów. Laski stały się też wówczas dla dużej części intelektualistów swego rodzaju przystanią, miejscem zadumy, przemyśleń, wyciszenia, mniej lub bardziej formalnych spotkań, oazą spokoju i wolności w czasach PRL. Nieprzypadkowo cmentarz w Laskach pełen jest nagrobków z nazwiskami wybitnych ludzi, którzy postrzegali to miejsce jako swoją duchową ojczyznę – dość wymienić Mariana Brandysa, Jana Lechonia, Jerzego Lieberta, Andrzeja Munka, Antoniego Słonimskiego, Jerzego Zawieyskiego, ks. Jana Zieję i wielu innych. Laski stały się nawet miejscem regularnych odwiedzin i pobytu osławionej Julii „Luny” Brystygierowej, w pierwszej połowie lat 50. dyrektora Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnego m.in. za walkę z Kościołem27.
Obecnie Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym przygotowuje do samodzielnego życia ok. 300 niewidomych i niedowidzących dzieci z całej Polski. Oprócz ośrodka w Laskach funkcjonują również placówki Towarzystwa w Żułowie, Sobieszewie oraz Rabce.
Przypisy:
1 s. E. J. Niszczota FSK, Ojciec wszystkich poszukujących. Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz, spowiednik, kierownik duchowy i wychowawca, Warszawa 1998, s. 477.
2 Stefan Kardynał Wyszyński, Nasz Ojciec Ksiądz Władysław Korniłowicz, Warszawa 1986, s. 53.
3 B. Cywiński, Rodowody niepokornych, Paryż 1985, s. 304.
4 Siostra Teresa Franciszkanka [T. Landy], Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1959 nr 57, s. 366.
5 s. T. Landy, s. R. Wosiek, Ksiądz Władysław Korniłowicz, „Znak” nr 207, 1971, ss. 1167-1169.
6 ks. S. Wyszyński, Ksiądz Władysław Korniłowicz, „Tygodnik Powszechny” nr 50/1946, s. 1.
7 s. E. J. Niszczota FSK, op.cit., s. 27.
8 [T. Landy], op.cit., ss. 370-371.
9 [T. Landy], op.cit., s. 371.
10 ks. J. Woroniecki, Pełnia modlitwy, Poznań 1924, s. 7.
11 ks. A. Wóycicki, Zadania i potrzeby katolicyzmu społecznego w Polsce, Warszawa 1922, ss. 9, 19.
12 ks. J. Woroniecki, Życie religijne współczesnej inteligencji polskiej, „Prąd” nr 1, 1926, s. 3.
13 Por. Verbum (1934-1939). Pismo i środowisko, Lublin 1976, s. 7; J. Turowicz, Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1957 nr 40, ss. 403-409.
14 S. Sawicki, Verbum – Pismo i środowisko, „Znak” nr 108, 1963, ss. 648-649.
15 Ibid., ss. 473-477.
16 Ibid., s. 51.
17 Ibid., ss. 59-60.
18 s. E. J. Niszczota FSK, op. cit., ss. 459-460.
19 Ludzie Lasek, pod red. T. Mazowieckiego, Warszawa 1987, ss. 8-9.
20 s. R. Wosiek, Podstawy ideowe dzieła Lasek, „Tygodnik Powszechny” nr 20/1974, s. 5.
21 S. Sawicki, op. cit., s. 647.
22 s. R. Wosiek, op. cit., s. 5.
23 [T. Landy], op. cit., 382.
24 J. Liebert, Romantyczność, [w:] Poezje zebrane, Warszawa 1951, s. 138.
25 S. Frankiewicz, Ojciec Władysław Korniłowicz, „Więź” nr 9/1971, s. 80.
26 s. E. J. Niszczota FSK, op. cit., s. 395.
27 J. Żaryn, Córka marnotrawna, czyli Luna w Laskach, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” nr 11, 2005.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Imię moje CZŁOWIEK. Nie jestem na ziemi sam. Podobnych do mnie – są miliony. Jestem jednym z wielkiej rodziny, której na imię ludzkość. Z ludzkością łączę się przez swą rodzinę i przez swój NARÓD.
/…/
Kocham swój naród. KOCHAM POLSKĘ.
I dokądkolwiek losy mnie poniosą, zawsze i wszędzie, będę o niej pamiętał i dla niej pracował.
JESTEM POLAKIEM.
I ja, i moja rodzina, i cały nasz lud, i cała ludzkość należymy do Boga; jesteśmy drobniuchną cząsteczką wielkiego Bożego Królestwa, które od wieków powoli staje się wśród ludzi.
Ks. Jan Zieja, Życie religijne
Największym problemem, na który napotyka autor usiłujący przybliżyć postać ks. Jana Zieji jest to, jak choćby z grubsza zarysować wszystkie pola jego aktywności. Wojna polsko-bolszewicka, działalność społeczno-polityczna w okresie II Rzeczypospolitej, kampania wrześniowa, konspiracyjny Front Odrodzenia Polski, Rada Pomocy Żydom „Żegota”, Szare Szeregi i Armia Krajowa, powstanie warszawskie, Laski, Komitet Obrony Robotników. Mógłby ktoś zadać pytanie, czy jest człowiek, który brał aktywny udział we wszystkich z tych wydarzeń i przedsięwzięć. Odpowiedź brzmi: tak! Tą niezwykłą osobą jest właśnie ksiądz Zieja.
Człowiek niezwykle aktywny, wszechstronny, o niespożytej energii, a przy tym skromny, oddany cały sobą Bogu i bliźnim. Wedle zgodnej opinii osób, które miały szczęście spotkać go na swojej drodze, prawdziwy „szaleniec Boży” i kandydat na ołtarze.
Stanisław Szczepański w swoich wspomnieniach dotyczących ks. Zieji pisał, iż dla niego to jeden z najważniejszych tematów, z jakimi w czasie całego życia miałem styczność. To rzecz święta. Tak jak Powstanie Warszawskie, Armia Krajowa, Katyń, Monte Cassino. To, co teraz piszę, z całą pewnością jest zrozumiałe dla każdego przedstawiciela mojego pokolenia. Wzrastaliśmy w klimacie niedopowiedzianych, mówionych szeptem i nie do końca, a tak do końca wyczuwanych spraw1. Kazimiera Iłłakowiczówna zaś podkreślała, iż przede wszystkim był on wrażliwy na krzywdę ludzką i niesprawiedliwość społeczną. Swoją postawą nawiązywał do najlepszych polskich tradycji społecznikowskich i obywatelskich. Gdziekolwiek się pojawiał, natychmiast powstawały uniwersytety ludowe, gimnazja chłopskie, kursy dokształcające, dom dla samotnych matek. /…/ Ludzie go kochali i trudno nawet dzisiaj wymienić wszystkie tytuły, którymi go obdarzali – sam ks. Zieja czułby się zapewne zakłopotany, gdyby je usłyszał. Pisano o nim: świadek Ewangelii, szaleniec Boży, prorok XX wieku, natchniony kaznodzieja, kapelan wszystkich potrzebujących. Ale chyba najwymowniejsze świadectwo pozostawił anonimowy osobnik, który przed wojną w Radomiu, napisał na drzwiach jego mieszkania: „Tu mieszka dobry ksiądz”. Papież Jan Paweł II, który jako biskup nominat uczestniczył w rekolekcjach prowadzonych przez ks. Zieję, określił go jako „kapłana o wybitnej osobowości”. Św. Urszula Ledóchowska mówiła o nim „bardzo dobry i święty”. Czy Święta mogła się mylić?2
***
Urodził się w 1897 r. w biednej chłopskiej rodzinie we wsi Osse w powiecie opoczyńskim. Od chodzącego po kolędzie proboszcza matka pięcioletniego Jana usłyszała, iż chłopca należy koniecznie edukować. Tak też się stało. Najpierw w domu, później na plebanii, zaś od 1907 r. w warszawskiej szkole Zieja pobierał nauki. W 1915 r. wstąpił do Seminarium Duchownego w Sandomierzu, gdzie w 1919 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Mariana Ryxa. W październiku tego roku rozpoczął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego, które jednak wkrótce przerwał i zgłosił się w maju 1920 r. do wojska, w którym służył jako kapelan podczas wojny polsko-bolszewickiej.
Doświadczenia wojenne odcisnęły na nim niezatarte piętno. W latach późniejszych wspominał: Mój wzięty od Mickiewicza entuzjazm malał, gdy przechodziłem przez kolejne pola walk i potyczek. Widziałem, czym naprawdę jest wojna od strony nas, broniących się, i tych, którzy nas napastują. Całkowicie się wtedy nawróciłem na przekonanie, że Boskie przykazanie: Nie zabijaj znaczy nigdy nikogo, że udział w wojnie jest przeciw woli Bożej3. To przekonanie utwierdzą w nim później walki bratobójcze w trakcie zamachu majowego z roku 1926.
Po wojnie kontynuował studia teologiczne, najpierw w Warszawie, potem w Rzymie. W kolejnych latach pracował jako prefekt szkół podstawowych w Radomiu i Zawichoście. W ostatnim z tych miejsc podjął decyzję o wstąpieniu do zakonu kapucynów, uznając, iż nie będzie w stanie pracować na parafii po tym, jak otrzymał upomnienie od władz zwierzchnich, aby stosował się do oficjalnie przyjętych taryf za usługi duszpasterskie. W zakonie jednak również nie wytrwał długo – po dwóch miesiącach odszedł rozczarowany m.in. tym, iż kapucyni dla siebie gotowali zupę na mięsie, a dla biednych chudą, nie okraszoną.
Po wystąpieniu z zakonu został wikariuszem w Kozienicach, a wreszcie w 1929 r. przeniósł się na Polesie, do biskupa diecezji pińskiej, Zygmunta Łozińskiego, który pozwolił mu wcielać w życie swe poglądy na temat duszpasterstwa i prowadzenia parafii. Został proboszczem parafii w Łohiszynie, liczącej trzy tysiące wiernych, spośród których połowa przystąpiła do baptystów prowadzących ożywioną działalność misyjną na tych terenach. Najbardziej spektakularnym owocem pracy duszpasterskiej ks. Zieji był gremialny powrót mieszkańców do Kościoła katolickiego.
Wkrótce jednak biskup mianował go organizatorem i dyrektorem Akcji Katolickiej na całą diecezję pińską oraz dyrektorem „Caritasu”. W 1932 r. wrócił do Warszawy, gdzie przez dwa lata studiował judaistykę na Uniwersytecie Warszawskim, odnawiając wówczas wcześniejsze kontakty ze Stowarzyszeniem Młodzieży Katolickiej „Odrodzenie”. Współpracował też z ks. Edwardem Szwejnicem, założycielem organizacji studenckiej o charakterze samokształceniowym i samowychowawczym – „Iuventus Christiana”.
Włączył się również w działalność Związku Młodzieży Wiejskiej RP, zwanego „Wiciami”. Był to radykalny ruch młodzieży chłopskiej, oskarżany o komunizowanie, w którym w pewnym momencie za sprawą zwłaszcza Józefa Niećki i Ignacego Solarza ujawniły się nawet tendencje o charakterze neopogańskim. Nic więc dziwnego, że Kościół patrzył nań z wielką nieufnością. Zieję do „Wici” przyciągnął ich program społeczny. Był on bowiem szczególnie wyczulony na krzywdę społeczną. Jak pisała Zofia Kossak-Szczucka, gdy mówił o niej, z ust jego padały gromy. Omawiając siódme przykazanie, stwierdzał, że Bóg, który wszystko przewidział, zaopatrzył ziemię w wystarczającą ilość środków żywności dla ludzi każdej epoki. „Jeżeli komuś brak chleba – wołał z uniesieniem – to dlatego, że ktoś drugi ten chleb skradł. Skradł, gromadząc u siebie nadmiar! Biada tym złodziejom, co nie z głodu, a z chciwości okradają bliźnich! Nie znajdą miłosierdzia u Pana!”4. Formalnie nie będąc członkiem „Wici”, został zaproszony na ogólnopolski zjazd tej organizacji w 1932 r. Dzięki niemu, w dyskutowanym wówczas projekcie deklaracji ideowej zamiast sformułowania o walce z klerykalizmem miało znaleźć się zdanie, iż organizacja w swojej działalności będzie opierać się na zasadach moralności chrześcijańskiej.
W 1934 r. wrócił na Polesie i przy Kościele katedralnym w Pińsku założył bractwo Nauki Chrześcijańskiej. Po śmierci bpa Łozińskiego nowy ordynariusz piński, bp Kazimierz Bukraba, skierował ks. Jana Zieję do pracy z szarymi urszulankami Serca Jezusa Konającego. Ich założycielka, Matka Urszula Ledóchowska, otrzymała w darze folwark i postanowiła rozszerzyć na Polesie apostolsko-oświatową działalność swojego zgromadzenia. Jak wspomina jego członkini: Dla naszej Założycielki ta pomoc kapłańska była wielkim darem Opatrzności i znakiem, że miłe są Panu Bogu te małe dwu i trzyosobowe placówki apostolskie, które zaczęły powstawać coraz liczniej w najbardziej zaniedbanych zakątkach Polesia, całkowicie pozbawionych kościoła i kapłana. Ksiądz Zieja dojeżdżał kolejno do wszystkich tych maleńkich placówek z posługą kapłańską, z której korzystały nie tylko siostry, ale i okoliczna ludność przybywająca nieraz z odległych stron. Od lipca 1937 roku powstał większy ośrodek urszulański w Mołodowie, w majątku ofiarowanym Zgromadzeniu przez rodzeństwo Skirmunttów. Ksiądz Zieja objął tam obowiązki stałego kapelana dla wspólnoty zakonnej, liczącej ponad dwadzieścia sióstr, i duszpasterza – „proboszcza” dla okolicznej ludności. W promieniu ponad dwudziestu czterech kilometrów nie było ani kościoła, ani księdza, choć wśród ludności tamtejszej nie brakowało rodzin katolickich. Wkrótce ksiądz Zieja zasłynął jako ukochany pasterz tej rozległej „parafii”, w skład której wchodzili nie tylko katolicy, ale także prawosławni oraz wyznawcy wielu szerzących się na Polesiu sekt, zwłaszcza baptyści. Służył niezmordowanie, zawsze z wielką godnością, a jednocześnie z prostotą i pogodną łagodnością. Dobry, przystępny dla dzieci i starszych, dla zdrowych i chorych, których często w domach odwiedzał i zaopatrywał na ostatnią drogę do wieczności. Bezgranicznie dobry i serdeczny był dla smutnych i biednych, z którymi dzielił się nie tylko sercem i współczuciem, ale także odzieżą, pościelą i żywnością – wszystkim cokolwiek miał na sobie czy w swoim ubożuchnym mieszkaniu. Był też ksiądz Zieja utalentowanym nauczycielem i wychowawcą. Miał w Mołodowie trzy swoje szczególnie ukochane dzieła: Pierwsze – to gimnazjum. Żal mu było wiejskich chłopców, którzy, podobnie jak on sam kiedyś w rodzinnej wsi Osse, chcieli się dalej uczyć, a po ukończeniu szkoły powszechnej nie mieli żadnych ku temu możliwości. Prosił więc, aby się do niego zgłosili, a on będzie ich uczył. Zanosiło się, że kandydatów będzie sześciu. Tymczasem na ten apel zgłosiło się dwudziestu czterech chłopców i dwie dziewczyny. Na ich naukę poświęcał ksiądz Zieja trzy-cztery godziny dziennie. Przerobili w półtora roku program III i IV klasy gimnazjum, łącznie z łaciną. Wszyscy uczyli się z ogromnym zapałem i wytrwałością. Warto dodać, iż ks. Zieja przerobił ze swoimi prawosławnymi uczniami nawet program z religii, gdyż duchowny prawosławny odmówił uczenia za darmo.
Drugim dziełem księdza Zieji był uniwersytet ludowy dla gospodarzy z Mołodowa. Zbierali się w każdą niedzielę po południu w izbie szkolnej, wypełniając ją po brzegi. Siedzieli w kożuchach, bo nie było szatni, a izba była niewielka. Z własnego wyboru zapragnęli czytać z księdzem Pismo Święte, ale z objaśnieniami i dyskusją. Byli spragnieni wiedzy o świecie, o Bogu, o życiu, mieli swoje problemy, pytania, wątpliwości. Zarówno ksiądz jak i słuchacze byli niestrudzeni. Zajęcia kończono, gdy gasła lampa naftowa z powodu braku tlenu, bo w izbie nie było otwieranych okien. Trzecie dzieło to Koło Przyjaciół Bożej Radości, skupiające sporą gromadkę dorastającej młodzieży, zagubionej i nie widzącej przed sobą przyszłości w trudnych i smutnych przedwojennych czasach na Polesiu5.
***
Gdy wybuchła wojna, ks. Zieja znów poszedł do wojska – jako kapelan 84 Pułku Strzelców Poleskich. Po kapitulacji został z rannymi żołnierzami najpierw w Modlinie, a później w Legionowie, gdzie Niemcy przenieśli szpital. Pod koniec listopada po zwolnieniu przez Niemców udał się do Lasek, gdzie został w zastępstwie ukrywającego się przed okupantem ks. Władysława Korniłowicza kapelanem Zakładu dla Ociemniałych, prowadzonego przez Siostry Franciszkanki.
Wkrótce włączył się aktywnie w działalność ruchu oporu. Współpracował z Frontem Odrodzenia Polski, podziemną organizacją założoną przez Zofię Kossak-Szczucką i Witolda Bieńkowskiego, był też pracownikiem komórki „Credo”, stanowiącej ośrodek dyspozycyjny ugrupowania6. Wedle relacji Jana Hoppego, równie bliska współpraca miała łączyć go z organizacją „Unia” Jerzego Brauna7. Brał też udział w akcji ratowania Żydów, współpracując z Radą Pomocy Żydom „Żegota”. Przede wszystkim został naczelnym kapelanem „Szarych Szeregów”, a później Komendy Głównej Armii Krajowej oraz Batalionów Chłopskich.
Jak pisała Zofia Kossak-Szczucka: Wojna wyrwała proboszcza Zieję z parafii, rzuciła na palący stopy bruk zajętej przez Niemców Warszawy. Ksiądz Jan nie przestał nigdy tęsknić za swym Mołodowem, lecz wokół czekała praca. Był kapelanem sióstr urszulanek, ale to łatwe i miłe zajęcie wyczerpywało zaledwie ułamek jego energii. Nędzy nigdy nic brakło, w owe zaś czasy widmo jej straszyło zewsząd. Ludzie byli obdarci, a zimy szły srogie, jakich nie pamiętano od lat. Ksiądz Jan oddawał przygodnym znajomym ubranie, bieliznę, zatrzymując tylko płaszcz. Siostry urszulanki dokonujące co pewien czas inspekcji garderoby swego kapelana uzupełniały najbardziej rażące braki. Nie na długo. Ksiądz Zieja był niepoprawny i uciułany z trudem przez siostry przyodziewek tegoż samego dnia zazwyczaj zmieniał właściciela. Do zajęć spowiednika i kwestarza dołączyło się wprędce ratowanie Żydów. Pomoc tym najnieszczęśliwszym stanowiła wówczas obowiązek każdego katolika. Mało kto uchylał się od tego obowiązku, lecz podejście bywało różne. Przeciętny człowiek ratował Żydów z litości, z poczucia powinności chrześcijańskiej, uważając w duchu całą sprawę za ciężki dopust Boży. Ksiądz Jan inaczej. Ukrywał skazańców z radością, z miłością, jak ukochane rodzeństwo. Inni liczyli się ze swoimi możliwościami. „Możemy przyjąć najwyżej jedno dziecko…”. On nie liczył. Często nie miał gdzie nocować, gdyż swój pokoik oddał paru rodzinom żydowskim. Okupacja zamierzona na jedną noc przeciągała się nieraz na dłużej. Domyślni przyjaciele ofiarowywali bezdomnemu księdzu nocleg. Przyjmował z wdzięcznością i wieczorem przyprowadzał jakiegoś „podopiecznego” o wybitnie semickim wyglądzie. „Dajcie mu to miejsce, co miało być dla mnie”8.
W czasie powstania warszawskiego miał osobiście przenosić rannych, nierzadko spod pola ostrzału. Teresa Bojarska tak wspomina postać ks. Zieji, z którym zetknęła się w tamtym czasie: Człowiek w zakurzonych wysokich butach, w ubielonym wapnem, wytartym cegłą kombinezonie, takim jak mój, z taką jak moja biało czerwoną opaską na ramieniu i ze stułą spowiednika na szyi. Chwilę biegniemy obok siebie. Szepczę, nie, krzyczę, by głos przeniknął huragan dźwięków, swoje wyznanie winy. Uniesiona dłoń, znak krzyża, Ego te absolvo, ta, ta ta ta… zamiast palca spowiednika pukającego w drzewo konfesjonału zaterkotała salwa. Rozbiegliśmy się. Kapłan przyklęknął nad rannym, odprowadzić go w lepszy świat, ja – odbiegłam donieść meldunek9.
Można zapytać, jak to wszystko pogodzić z bezkompromisowym pacyfizmem ks. Zieji. On sam w rozmowie z Jackiem Moskwą stwierdzał, iż: Każdy człowiek musi tutaj wybierać za siebie. Nikt nie może mu dyktować; on sam ma podjąć decyzję. Chrystus mówi: Kto może pojąć, niech pojmuje. Wzywał nas i wyraźnie pokazywał drogę, jaką sam szedł. Chce, abyśmy nią szli. Dla mnie – ja tak przyjąłem – jest to droga wyrzeczenia się przemocy, wierności temu Boskiemu przykazaniu Nie będziesz zabijał jako Nie zabijaj nigdy nikogo. We mnie tak to stanęło, ale widzę, że u innych – biskupa Łozińskiego na przykład, który jest kandydatem na ołtarze – ta sprawa inaczej wyglądała. Muszę uszanować sumienie każdego człowieka. Każdy odpowiada za siebie, tak samo jak ja. Kiedy się bierze Ewangelię i wszystko zestawi razem, nie tylko jedno zdanie czy jakieś powiedzenie, ale całość, zostaje właśnie to: ty odpowiadasz i on odpowiada. Ty inaczej, on też inaczej, ale wszyscy odpowiadamy przed Chrystusem, jak Go zrozumieliśmy10.
Po powstaniu został z tłumem cywilów ewakuowany do Pruszkowa, a następnie uciekł stamtąd do Lasek. Po kilku dniach przedostał się do Krakowa. Tam został zastępcą ks. Ferdynanda Machaya, który pełnił funkcję archiprezbitera w Kościele Mariackim, a także opiekunem wszystkich księży z innych diecezji, którzy znaleźli w Krakowie schronienie. Wkrótce jednak ks. Zieja prawie chyłkiem uciekł z „ciepłej posadki” i podążył na zachód, dowiedziawszy się, iż brakuje tam kapłanów. Dzięki pomocy AK otrzymał papiery niemieckie na wyjazd do Królewca na roboty w charakterze pomocnika ogrodnika, gdzie jednak nie udało się mu dostać. Ostatecznie dotarł w okolice Rugii, gdzie pracował jako robotnik rolny i niósł pomoc duchową wywiezionym tam przymusowo Polakom.
***
W czerwcu 1945 r. rozpoczął pracę duszpasterską w Słupsku, gdzie początkowo był jedynym księdzem katolickim, obsługującym cztery kościoły w mieście oraz kilka następnych w powiecie. Tam wraz z Anielą Urbanowicz zorganizował i prowadził Dom Matki i Dziecka, w którym w grudniu 1946 r. znajdowało schronienie 40 matek i 60 dzieci. Z jego inicjatywy powstał w Słupsku pierwszy w Polsce i przez długi czas jedyny pomnik Powstańców Warszawskich11.
W kronice parafialnej z tamtego okresu czytamy: Praca w Słupsku to praca od podstaw: duszpasterstwo w czterech kościołach, ich remonty, nauka w trzech szkołach podstawowych, w gimnazjum i liceum, troska o więźniów, otwarcie Uniwersytetu Ludowego mającego swą siedzibę początkowo na plebanii i wykłady w nim. W niedzielę trzy msze święte, cztery lub pięć kazań, chrzty, śluby i wyjazdy do kościołów filialnych, odległych od Słupska do 35 km12. Jak widzimy, praca ponad siły dla każdego człowieka, a zwłaszcza osoby zupełnie nie dbającej o swoje potrzeby i z zapałem realizującej ideały franciszkańskiego ubóstwa.
W tej samej kronice czytamy zapis mówiący o tym, iż ks. Zieja chciałby być najuboższy we wszystko na całej swojej parafii /…/, najmarniej się odżywiać, mieć tylko siennik, koc i ze słomy poduszkę do spania. On sam zaś w liście z 18 września 1945 r., zatytułowanym „Do moich kochanych i bardzo mi drogich współpracowników w parafii słupskiej”, oświadczał, że jego „pragnieniem i szczerym postanowieniem było zawsze i jest dążyć do najwyższego ubóstwa, to znaczy do takiego sposobu życia, żeby w mej parafii nie było nikogo uboższego ode mnie w rzeczy tego świata, co do odzienia, pożywienia i mieszkania”. Bez prowadzenia takiego trybu życia, chociaż przez tę resztę dni, jakie mi na ziemi pozostały, lękam się stanąć przed sądem Bożym13. Skrajne ubóstwo z wyboru, dzielenie się wszystkim z bliźnimi, ale bez żadnego cierpiętnictwa, zadęcia i ostentacji…
Po śmierci kard. Augusta Hlonda, w listopadzie 1948 r. prymasem Polski i arcybiskupem metropolitą warszawsko-gnieźnieńskim został Stefan Wyszyński, długoletni przyjaciel i współpracownik ks. Zieji. Wkrótce po ingresie ks. Prymas sprowadził ks. Zieję do Warszawy, chcąc mieć go blisko siebie. Najpierw został wiceproboszczem, a później proboszczem parafii św. Wawrzyńca na Woli, a od 1950 r. rektorem warszawskiego kościoła Wizytek. Po aresztowaniu prymasa Wyszyńskiego, gdy realne niebezpieczeństwo zaczęło grozić ks. Zieji, za radą ponoć samego Józefa Cyrankiewicza przekazaną Anieli Urbanowiczowej, usunął się z Warszawy. Najpierw udał się do Nowej Wsi pod Michalinem k. Warszawy, a następnie w celu podreperowania zdrowia wyjechał do Zakopanego; wedle zgodnych relacji rekonwalescencja wyglądała dokładnie tak, jak możemy się tego domyślać.
W 1956 r. został współtwórcą i kapelanem Klubu Inteligencji Katolickiej, powstałego na fali tzw. odwilży. Niósł również pomoc więźniom powracającym z ZSRS. Utworzono bowiem wówczas za zgodą rządu przy Zarządzie Głównym Czerwonego Krzyża komórkę pod nazwą „Ogólnopolski Komitet Pomocy Repatriantom z Rosji”, na czele której stanął minister oświaty Władysław Bieńkowski. W skład prezydium wszedł również ks. Zieja. Jak wspomina Ryszard Saper, wówczas zastępca Bieńkowskiego, ksiądz należał do najaktywniejszych działaczy: nie szczędząc trudu wraz z ministrem Bieńkowskim i ze mną jeździł do odległych punktów repatriacyjnych (Terespol, Medyka). Podejmował się razem ze mną skutecznych interwencji u ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza. Zasługą ks. Zieji było też uzyskanie od kardynała Stefana Wyszyńskiego znacznych funduszy na pomoc dla ludzi wracających z łagrów sowieckich14.
W latach 1960-63 był profesorem w Seminarium Duchownym w Drohiczynie, zaś od 1963 r. aż do śmierci żył i pracował w domu Sióstr Urszulanek Szarych na warszawskim Powiślu, gdzie od czasów okupacji czekało na niego zawsze przygotowane miejsce. Poświęcał się wówczas przede wszystkim pracy pisarskiej i duszpasterskiej. Przesłał na ręce polskich uczestników II Soboru Watykańskiego memoriał dotyczący piątego przykazania Dekalogu, wskazując w nim, iż przykazanie „Nie zabijaj” należy rozumieć jako: „Nie zabijaj nigdy nikogo”. Zafascynowany postacią sekretarza generalnego ONZ Daga Hammerskjölda i jego działaniami podejmowanymi na rzecz pokoju na świecie, nauczył się szwedzkiego i przetłumaczył na język polski jego książkę „Drogowskazy”.
We wrześniu 1976 r. znalazł się wśród 14 sygnatariuszy założycielskiego apelu Komitetu Obrony Robotników. Pełnił funkcję przewodniczącego Rady Funduszu Samoobrony Społecznej KOR. Przesłuchiwany w prokuratorze w związku ze swoją współpracą z tym środowiskiem stwierdził, iż związał się z nim z tego powodu, że ludzie ci jawnie wystąpili w obronie słabszych, pokrzywdzonych, prześladowanych, poniżanych, pozbawianych pracy, niosąc im pomoc materialną i prawną. Osoby związane z KOR w tamtym czasie nazywają go „empirycznym dowodem na istnienie Boga”, podkreślając, że łagodził spory nie dlatego, że był księdzem czy sędziwym starcem, ale dlatego, że uczył nas patrzenia na problemy z innej perspektywy. Henryk Wujec podkreślał, iż w KOR, zwłaszcza wśród „starszych państwa”, byli ludzie o niesamowitych biografiach. Ale nawet na tym tle ks. Zieja się wyróżniał. Symbol świętości. Gdy brał udział w zebraniach, była inna atmosfera. Czuliśmy, że jest wśród nas ktoś, kto ma bezpośrednią łączność z rzeczywistością, która przekracza nasze doświadczenie. /…/ Starał się nas jednoczyć. Michnik, Kuroń, Macierewicz, wszyscy mu byli bliscy. KOR był takim małym parlamentem i do ostrych dyskusji dochodziło. Ale to, że do końca istnienia (wrzesień 1981) nigdy się brzydko nie podzielił, jest zasługą łagodzenia księdza Zieji15. W późniejszych latach był sympatykiem „Solidarności”, wspierając ją duchowo aż do śmierci.
Ostatnie 28 lat życia spędził w warszawskim domu urszulanek przy ulicy Wiślanej i tam właśnie, nad ranem 19 października 1991 r. zmarł. Cztery dni później w kościele sióstr wizytek odbyło się nabożeństwo pogrzebowe za zmarłego, które odprawił Prymas Polski kard. Józef Glemp. Ksiądz Zieja został pochowany na cmentarzu w Laskach. Kilka lat później okres od 19 października 1996 r. do 19 października 1997 r. ogłoszono Rokiem Pamięci Ojca Jana Zieji16.
***
Jerzy Turowicz w przedmowie do wywiadu-rzeki z ks. Zieją pisał: Ewangelia dla Jana Zieji znaczyła: prawda, miłość i ubóstwo. Wcielał ją w swoje życie z – można by rzec – chłopskim uporem, co wywoływało nieraz postawy nonkonformizmu, czasem konflikty, gesty kontestacji /…/. Jest człowiekiem charyzmatu, człowiekiem wielkiej, profetycznej wizji, człowiekiem modlitwy i kontemplacji. Należy do tej franciszkańskiej rasy ludzi, którzy umiłowali ubóstwo i służbę ubogim, do takich jak Matka Teresa z Kalkuty, Dom Helder Camara, Dorothy Day, Jean Vanier czy nasz Brat Albert17.
Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Postać ks. Zieji ciągle fascynuje i działa na wyobraźnię, traktowany jest przez wielu jako wzór kapłana, święty naszych czasów, a wręcz prorok. Należał do owych marszałków, o których mówił doktor Delbende w „Pamiętniku wiejskiego proboszcza” Georgesa Bernanos – upadających na kolana przed biedakiem, kaleką czy trędowatym, podczas gdy kaprale poprzestają na przyjacielsko-protekcjonalnym poklepaniu go po ramieniu. Można powiedzieć, iż w całej działalności był wierny maksymie Marka Aureliusza, radzącego, aby ten, kto wyświadcza jakieś dobrodziejstwo nie rozgłaszał tego, lecz przechodził do innej sprawy, jak winna latorośl by w porze stosownej zawsze owoc wydać18.
Przypisy:
1 S. Bartos, G. Wójcik, Ks. Jan Zieja – w służbie Bogu i ludziom, Krynica-Zdrój [2008], s. 93.
2 Ibid., ss. 119-120.
3 Cyt. za Ks. W. Wojdecki, Wstęp [w:] Ks. J. Zieja, W ubóstwie i w miłości. Wybór kazań, Leszno k. Błonia 1997, s. 10.
4 Z. Kossak, W Polsce Podziemnej. Wybrane pisma dotyczące lat 1939-1944, Wybór i opracowanie Stefan Jończyk, Mirosława Pałaszewska, Warszawa 1999, cyt. za http://www.zieja.ovh.org/relacje_kossak.htm
5 Matka Andrzeja Górska, Ks. Jan Zieja i jego współpraca z bł. Urszulą oraz Zgromadzeniem Sióstr Urszulanek SJK w latach 1935-1991, „Szary Posłaniec” nr 56, 1991.
6 Cz. Żerosławski, Katolicka myśl o Ojczyźnie. Ideowopolityczne koncepcje klerykalnego podziemia 1939-1944, Warszawa, 1987, s. 18.
7 J. Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Londyn 1972, s. 287.
8 Z. Kossak, op. cit.
9 S. Bartos, G. Wójcik, op. cit., s. 115.
10 J. Moskwa, Ewangelia według księdza Zieji, „Tygodnik Powszechny” nr 10/1997.
11 T. Rogowski, Pierwszy powstańczy, „Gość Niedzielny” 2004, za: http://www.zieja.ovh.org/art_pomnik.htm
12 Ks. W. Wojdecki, op. cit., s. 28.
13 Ibid., ss. 29-30.
14 Ryszard Saper, Wspomnienie o ks. Janie Zieji, „Tydzień Polski” (Londyn) nr 51/1991.
15 M. Nocuń, A. Brzeziecki, Prorok. Ks. Jan Zieja (1897-1991): świadek wieku XX, „Tygodnik Powszechny” nr 4/2007 (dodatek „Historia w Tygodniku”).
16 K. i J. Piątkowscy, Ks. Jan Zieja – prorok XX wieku, „Niedziela” 30.03.1997.
17 J. Turowicz, Przedmowa [w:] Ks. Jan Zieja. Życie Ewangelią. Spisane przez Jacka Moskwę, Paryż 1991.
18 Marek Aureliusz, Rozmyślania, Kęty 2003, s. 41.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Biskup Stanisław Adamski to postać wciąż niestety budząca pewne kontrowersje czy raczej nieporozumienia, będące wynikiem jego działalności w czasie II wojny światowej.
Pracując bowiem na Śląsku w czasach niemieckiej okupacji, biskup postanowił wszelkimi dostępnymi środkami ratować mieszkających tam Polaków, nie dopuścić do ich masowych wyjazdów i tym samym do zmajoryzowania ludności polskiej przez niemiecką, w związku z czym postanowił znieść w kościołach diecezji katowickiej śpiew i publiczne modlitwy w języku polskim, nakazując wykorzystanie w zamian pieśni łacińskich, a nawet zaczął wzywać do przyznawania się w tzw. palcówce (deklaracji narodowościowej, potwierdzonej odciskiem palca) do niemieckości. Miało to stanowić jedynie metodę maskowania się i uchronić ludność polską przed deportacjami, aresztowaniami i innymi prześladowaniami. Uczynił to w porozumieniu z rządem gen. Władysława Sikorskiego oraz Stolicą Apostolską, a sam zadeklarował narodowość polską. Główny cel został przez bpa Adamskiego osiągnięty, całą sprawę zresztą wyjaśnił obszernie w wydanej zaraz po wojnie broszurze1. Mimo to, jego poczynania dały komunistom asumpt do oszczerczej nagonki, która niestety do dziś odbija się czkawką i powoduje, że jest on kojarzony przede wszystkim z działaniami z czasów II wojny światowej. Zapomina się zaś zazwyczaj o jakże bogatej jego aktywności z lat wcześniejszych.
***
Stanisław Adamski urodził się 12 kwietnia 1875 r. w małej miejscowości Zielona Góra niedaleko Szamotuł jako najstarszy spośród trzech synów Piotra i Heleny. Do szkoły elementarnej uczęszczał w Obrzycku, później kontynuował naukę we Wronkach, Poznaniu i Międzyrzeczu. W 1896 r. rozpoczął studia w Seminarium Duchownym w Poznaniu, trzy lata później zaś otrzymał święcenia kapłańskie. Pracę duszpasterską podjął w Gnieźnie w parafii Świętej Trójcy, od początku angażując się w działalność społeczną. Zafascynowany postacią znanego wielkopolskiego społecznika, ks. Piotra Wawrzyniaka, zainteresował się sprawami związanymi ze spółdzielczością, czego efektem była broszura dotycząca zakładania kas oszczędnościowych2.
Jego działalność nabrała rozmachu, gdy został przeniesiony do Poznania i mianowany wikariuszem przy kolegiacie św. Marii Magdaleny, przy której następnie pełnił funkcję kanonika i prałata kustosza. Trafił tam pod opiekę ks. Antoniego Stychla, społecznika i organizatora stowarzyszeń robotniczych. Wkrótce ks. Adamski został sekretarzem generalnym Związku Katolickich Towarzystw Robotników Polskich w archidiecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej, założył organ Towarzystwa – czasopismo „Robotnik”, ukazujące się w Poznaniu w latach 1904-1939. Powołał do życia Związek Stowarzyszeń Kobiet Pracujących oraz jego organ prasowy, „Gazetę dla Kobiet”. Ponadto uczestniczył w pracach krzewiącego czytelnictwo i zakładającego na wsiach biblioteki Towarzystwa Czytelni Ludowych, fundującego ubogiej młodzieży stypendia Towarzystwa Pomocy Naukowej im. Karola Marcinkowskiego3, Towarzystwa Kolonii Wakacyjnych i Stacji Sanitarnych „Stella” oraz Towarzystwa Opieki nad Wychodźcami Sezonowymi. Zasiadał w zarządzie Towarzystwa Społeczno-Higienicznego, Opieki Katolickiej nad Służbą Żeńską, przewodniczył Towarzystwu Opieki nad Dziećmi Katolickimi. Współtworzył też, a następnie redagował dwutygodnik „Ruch Chrześcijańsko-Społeczny” i tłumaczył na język polski prace znanych przedstawicieli niemieckiego katolicyzmu społecznego, ks. Franza Hitze oraz Josepha Biederlacka.
Jak pisał w swych wspomnieniach: W 1904 r. powołał mnie śp. arcybiskup Florian Stablewski do Poznania, na stanowisko sekretarza generalnego diecezjalnego Związku Katolickich [Towarzystw] Robotników Polskich. Byłem sekretarzem generalnym związku do końca 1910 roku. Robotnicy rolni oraz kobiety nie posiadali jeszcze w owym okresie w państwie pruskim praw koalicyjnych, czyli nie wolno im było łączyć się w związki zawodowe, które by wpływały na polepszenie warunków płacy i pracy. Wobec tego, za inicjatywą śp. arcybiskupa Stablewskiego, zakładaliśmy dla nich, w myśl encykliki Rerum novarum, stowarzyszenia o charakterze oświatowym, kulturalnym i samopomocowym. Stowarzyszenia lokalne połączyliśmy w związek, obejmujący archidiecezję gnieźnieńską i poznańską. Zakładaliśmy stowarzyszenia w poszczególnych parafiach. W ciągu mojego urzędowania, jako sekretarz generalny, założyłem w archidiecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej około 250 nowych stowarzyszeń. Liczba członków indywidualnych wzrosła do 30 tysięcy. Działalność ta była solą w oku władz pruskich i uchodziła za polonizacyjną, a tym samym wrogą państwu. Pozostawała ona jednak w ramach prawnych, dlatego jej nie uniemożliwiono. Każdy mój wyjazd na zebranie kontrolowali wysłannicy policji pruskiej, usiłując bądź stawiać przeszkody, bądź też uzyskać materiał do oskarżenia o działalność niedozwoloną. Nie zdołano nam jednak wykazać przekroczeń. Znaliśmy doskonale ustawę pruską o stowarzyszeniach i zebraniach i przestrzegaliśmy dokładnie jej przepisów4.
Bardzo mocno zaangażował się w popularyzację wśród polskich robotników ubezpieczeń społecznych, które w owym czasie weszły w życie w państwie niemieckim. W związku z barierą językową, robotnicy polscy początkowo korzystali z nich rzadko. Ks. Adamski postawił sobie w związku z tym za cel ich upowszechnianie. Czynił to publikując cały szereg broszur i artykułów w „Robotniku”, organizując różnego rodzaju kursy, szkolenia i zebrania. Przy sekretariacie generalnym zaś – jak wspomina – urządziłem centralne biuro porady prawnej, w którym prawnik udzielał członkom związku /…/ porad prawnych w języku polskim. Nadto założyłem bezpłatne biura porady prawnej w szesnastu mniejszych miastach Wielkopolski, aby robotnikowi ułatwić korzystanie z porad i wykorzystanie ubezpieczeń robotniczych. Prócz tego urządzałem kursy dokształcające dla członków stowarzyszeń, zwłaszcza dla członków zarządu5.
***
Jednak głównym polem jego aktywności stała się spółdzielczość. Już w czasie pracy w Gnieźnie wszedł do zarządu „Kasy Ul”, stanowiącej początkowo spółdzielnię handlową drobnych rzemieślników, która następnie przekształciła się w spółdzielnię oszczędnościowo-kredytową dla wszystkich zawodów. W 1906 r. został zaś wybrany członkiem zarządu Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych całego zaboru pruskiego. Patronem, czyli prezesem spółdzielni, był w tamtym czasie ks. Piotr Wawrzyniak, lecz po jego nagłej śmierci w 1910 r. funkcję tę objął właśnie ks. Adamski, pełniąc ją przez następne 17 lat. Związek był centralą wszystkich spółdzielni polskich znajdujących się na terenie Rzeszy, obejmował banki ludowe, spółki rolniczo-handlowe, spółdzielnie mleczarskie, parcelacyjne, kupieckie i spożywcze.
Spółdzielczość stanowiła dla ks. Adamskiego główne narzędzie walki z antypolską polityką, germanizacją ziem zaboru pruskiego i próbami zmuszenia ludności polskiej do emigracji lub sprowadzenia jej do rangi obywateli drugiej kategorii. Stanowiła więc instrument służący utrzymaniu polskości na tych ziemiach, a w dalszej kolejności odzyskaniu niepodległości. Zdaniem bpa Adamskiego, Dzięki zgodnej i zręcznej propagandzie polskiej – spółdzielczość polska stała się głównym czynnikiem jednolitej i zwartej ekonomicznej siły i obrony polskiej przeciw agresji niemieckiej. Patron spółdzielni stał z natury rzeczy na czele frontu walki ekonomicznej społeczeństwa polskiego przeciw naporowi rządu pruskiego /…/ Przybywszy jako gimnazjalista do Poznania w roku 1886 policzyłem z ciekawości polskie sklepy na Starym Rynku w Poznaniu. Naliczyłem ich tylko sześć. Po przeprowadzeniu zaś podobnej statystyki w roku 1913, sytuacja tak się odwróciła, że na Starym Rynku stwierdzono już tylko sześć sklepów niemieckich i żydowskich; inne przeszły w ręce polskie. W tym samym czasie zmniejszyła się liczba Niemców w miasteczkach Wielkopolski i Pomorza tak dalece, że z dawnych 70% pozostało zaledwie 5-7%. Wynik ten zawdzięczamy rosnącemu uświadomieniu narodowemu szerokich warstw, pracy organizacji polskich, a przede wszystkim spółdzielczości polskiej6.
W 1917 r. na zjeździe kierowników wszystkich central i związków spółdzielczych z całej Polski, który odbył się w Lublinie, ks. Adamski został wybrany przewodniczącym zjazdu i powierzono mu zadanie zorganizowania następnych tego rodzaju spotkań. Odbyły się one we Lwowie i Poznaniu i doprowadziły do zacieśnienia współpracy pomiędzy różnymi związkami spółdzielczymi. Jednak zasadniczy cel, jakim było scalenie całej spółdzielczości polskiej w jedną organizację, nie został osiągnięty. Jak wspominał bp Adamski, Rozmowy dr. Stefczyka i jego ludzi ze mną i moją grupą o utworzenie wielkiego połączenia raiffeisenowskiego7 i wielkopolskiego systemu w jedną całość nie doprowadziły do wyniku. Wobec tego dr Stefczyk założył Zjednoczenie Spółdzielni Rolniczych, do którego przyłączyły się spółdzielnie typu raiffeisenowskiego w Małopolsce i Królestwie. Związek zaś spółdzielni zarobkowych i gospodarczych w Poznaniu, związek spółdzielni kredytowych w Królestwie, związek kas oszczędnościowo zaliczkowych oraz związek ekonomiczny kółek rolniczych z Małopolski utworzyły drugą wielką grupę nazwaną: Unia Związków Spółdzielczych, pod moim przewodnictwem. »Społem« ze swymi spółdzielniami tworzyły trzecią grupę. Każda z tych grup działała na zasadzie swojej ideologii i starała się włączyć do swojego zespołu coraz to szersze koła spółdzielczości i społeczeństwa polskiego. Współzawodnictwo okazało się raczej czynnikiem dodatnim. /…/ Przewodniczącym Unii Związków Spółdzielczych byłem aż do złożenia urzędu patrona spółdzielni. /…/ Liczba oszczędzających była bardzo wielka. Byli to ludzie wszelkich stanów i zawodów: włościanie, rzemieślnicy i robotnicy. Składali oni swe oszczędności na zaopatrzenie swych dzieci, na starość lub na czarną godzinę. Poza tym składali u nas pieniądze ludzie wszelkich zawodów, posiadający pewne zasoby pieniężne, których nie zużywali na razie w swoich warsztatach pracy. Jednym z najważniejszych zadań kierowników spółdzielczości była propaganda za składaniem każdego zbędnego grosza w Banku Ludowym, gdyż wtedy stanie się on pożytecznym społeczeństwu i ułatwi obronę polskości8.
Działalności na odcinku spółdzielczym poświęcił ks. Adamski wiele aktywności, wspierając tego rodzaju inicjatywy przez kilkadziesiąt lat. Widać u niego jednak bardzo zdroworozsądkowe podejście do tej kwestii. Podkreślał bowiem, iż spółdzielczość bynajmniej nigdy nie była jego bożyszczem. Nie byliśmy nigdy fanatykami spółdzielczości, sądzącymi, że spółdzielczość jedyną jest i wyłączną formą gospodarczą, uprawnioną do bytu i życzliwości społeczeństwa. Spółdzielczą formę organizacji społeczeństwa uważaliśmy raczej za neutralną, za jedną z licznych form gospodarczych, z których każda w pewnych warunkach największe daje dogodności. Potrafiliśmy na sejmikach spółdzielni dawać rady spółdzielniom, aby zamieniły się na inną formę handlową, gdy przekonaliśmy się, że forma spółdzielni błędnie była zastosowaną. Uważamy, że spółdzielczość jako typ organizacji gospodarczej, zapewniający trwałe korzyści pewnym warsztatom pracy lub ludziom skazanym na współdziałanie, niczym nie może być zastąpiona9.
***
O ile przed I wojną światową spółdzielczość odgrywała w jego wizji przede wszystkim rolę narzędzia walki z antypolską polityką zaborców, środek obrony „wobec napaści wymierzonej przeciw Polakom, jako narodowi”, to w latach międzywojennych na czoło wysunęły się jej inne aspekty. Oczywiście nie przestał być aktualny narodowy wymiar spółdzielczości, która stanowić ma najlepszy instrument zmagań z obcym kapitałem, ale większą uwagę zwrócił ks. Adamski na pozostałe jej zalety.
Przede wszystkim chodziło o podstawy moralne spółdzielczości i o coś, co moglibyśmy określić jej psychologicznymi skutkami. Ks. Adamski podkreślał, iż sprzyja ona rozwojowi pożądanych cech, postaw i zachowań, a więc spełnia rolę formacyjną czy wychowawczą. Pisał, iż angielscy, niemieccy czy polscy pionierzy spółdzielczości od samego początku odbiegali od pewnych zasad kupieckich i z góry opierali swoją działalność finansową i ekonomiczną na momentach, które się w kupiectwie zwykłym uwzględnia dopiero w późniejszym stadium rozwoju, po licznych, dobrych doświadczeniach. Oparli oni swój system na zaufaniu do ludzi, na miłości bliźniego, na wzajemnej życzliwości i na uczciwości sumiennego człowieka, to znaczy, oparli go na etycznych wartościach zachodu, czyli na moralności chrześcijańskiej.
Zasady moralności chrześcijańskiej, jak konkluduje ks. Adamski, wręcz muszą stanowić fundament każdej spółdzielczej pracy, jeśli ma ona przynieść rezultaty, wymierne efekty. Nie da się bowiem nakłonić ani nakłaniać nikogo do przejęcia nieograniczonej odpowiedzialności całym swym majątkiem za zobowiązania innych, jeżeli się nie ma przeświadczenia, że tamci stoją na dostatecznie wysokim stopniu moralnym i że zasad uczciwości chrześcijańskiej w życiu gospodarczym przestrzegać będą niezachwianie. Nie może Rada Nadzorcza oddać kierownictwa spółdzielni w ręce ludzi, do których uczciwości nie ma pełnego zaufania, wiedząc, że kontrola, chociażby najlepiej zorganizowana, zdoła wprawdzie sprzeniewierzenie wykryć, ale nie zdoła przed nim uchronić spółdzielni. /…/ Powodzenie, rozwój, zaufanie do spółdzielczości podnosi się i upada w miarę poziomu moralnego członków spółdzielni i jej pracowników. Sama forma spółdzielni nie obroni nas przed krzywdą i oszustwem, jeżeli zdrowe zasady moralności i sumienności członków i pracowników nie zapewnią nam bezpieczeństwa gospodarczego10.
W związku z tym ubolewał bardzo mocno nad kryzysem spółdzielczości w pierwszych latach II Rzeczypospolitej, opiniami jakoby była przestarzałą formą gospodarczą, która swoje zadania już wypełniła w czasach zaborów i może oraz powinna zostać zastąpiona przez inne modele organizacyjne. W następnych latach jednak z satysfakcją zauważał, iż wszystkie te ponure proroctwa nie sprawdziły się, lecz doszło do ożywienia i rozkwitu spółdzielczości zamiast jej zmierzchu. Okazało się bowiem, jak stwierdzał ks. Adamski, że spółdzielczość jest i pozostanie tak ważnym narzędziem w rękach ekonomicznie odradzających się społeczeństw, tak wyłącznym środkiem gospodarczego podniesienia się najszerszych warstw zarobkujących i drobnych warsztatów pracy, tak niezastąpioną studnią wielkich zasobów finansowych, tworzących się z okruchów rozproszonych i rozsianych w rękach tysięcy ludzi, tak dogodnym źródłem pożyczek dla tych, którym trudno dotrzeć do wielkich źródeł kredytu, tak znakomitym środkiem regulowania cen na rynku towarowym i tak dobrym sposobem zbiorowego władania tymi środkami produkcji, które dla jednostek biednych są nie do owładnięcia, że zastąpić spółdzielczości ani pod względem jej wszechstronności, ani pod względem jej użyteczności nie można żadną inną formą organizacji, jakąkolwiek dotąd stosowano w dziejach świata w dziedzinie spraw ekonomicznych11. Rzeczywiście, wedle danych Państwowej Rady Spółdzielczej, którymi posiłkował się ks. Adamski, w 1924 r. udzielono spółdzielczych pożyczek na sumę 253 milionów złotych, natomiast 3 lata później już na 787 milionów złotych, wkłady oszczędnościowe zaś w analogicznym okresie wzrosły z 18,6 miliona do 225 milionów złotych. Liczby te wskazują na znaczny i systematyczny wzrost znaczenia spółdzielczości, która bez wątpienia stanowiła jeden z najistotniejszych czynników gospodarczych w skali całego kraju.
***
Państwo, jak podkreślał to z całą mocą ks. Adamski, winno troszczyć się o spółdzielczość, pielęgnować ją i wspierać, ponieważ przynosi to wymierne korzyści ogółowi społeczeństwa. Odnosząc się do skarg kupiectwa niezadowolonego z udzielania spółdzielczości ulg podatkowych i argumentującego, iż wszystkie podmioty gospodarcze należy traktować jednakowo, stwierdzał, iż wcale tak nie powinno być: Spółdzielczość bowiem jest organizacją samopomocy zainteresowanych, załatwiających zbiorowo pewne gospodarcze czynności. Spółdzielnia jest zrzeszeniem jednostek, zmierzających ku wspólnemu celowi, i załatwia pewne sprawy gospodarcze w ich imieniu i na ich korzyść, a nie na korzyść spółdzielni jako takiej. Ani Państwo, ani spółdzielczość nie wykluczają żadnej warstwy ludności ani żadnego stanu od udziału w korzyściach spółdzielczej organizacji samopomocy. Przeciwnie, czynią wszelkie ułatwienia, ażeby każdy stan mógł się posługiwać organizacją spółdzielczą celem ułatwienia sobie zbiorowej pracy.
Władze publiczne powinny popierać spółdzielczość poprzez ustawodawstwo choćby z tego powodu, iż podnosi ona zdolność zarobkową obywateli, a tym samym wpływa na zwiększenie ich siły podatkowej. Stanowi w życiu gospodarczym państwa zbiornik „najdrobniejszych okruchów sił finansowych i ekonomicznych”, tworząc z nich istotną siłę gospodarczą, która nigdy by nie powstała, gdyby nie te działania. Ułatwia też spółdzielczość bankowi emisyjnemu i rządowi politykę gospodarczą, wprowadzając do obiegu „drzemiące zasoby pieniężne”. Stanowi wreszcie szkołę ekonomiczną dla szerokich warstw ludności, które właśnie za jej sprawą poznają podstawowe zasady handlowe, znaczenie oszczędności itp., czyli pełni po prostu rolę edukacyjno-wychowawczą. Z tego powodu jest ona jednym z najpoważniejszych państwowo-twórczych czynników samopomocy ekonomicznej swoich obywateli12.
Co więcej, spółdzielczość niezmiernie pozytywnie wpływa również na rzeczywistą konkurencyjność w handlu czy produkcji, jest jednym z gwarantów i stymulatorów prawdziwie wolnego rynku. Korzystają z tego wszyscy – nawet ci, co towary zakupują nie w naszych spółdzielniach, lecz u firm nam obcych i konkurencyjnych. Nie rozumieją oni, że jeżeli w tych firmach uzyskują ceny dogodne i towar dobry, w wielkiej części jest to zasługą ruchu spółdzielczego. Wystarczy sobie przypomnieć pierwsze czasy zakładania „Rolników”. Zakładaliśmy „Rolnika” w Nakle. Istniała tam potężna firma Baerwalda. Rolnictwo skarżyło się, że jedyny ten na miejscu kupiec płacił ceny [skupu] o wiele niższe od wszelkich notowań. Zaledwie spisano protokół zakładający „Rolnika”, jeszcze „Rolnik” nie był zarejestrowany, a tym mniej nie zaczął działać, a już p. Baerwald z obawy przed przyszłą konkurencją zaczął podnosić ceny i dostosowywał je do rynku ogólnego13.
***
W latach międzywojennych ks. Adamski brał również czynny udział w życiu politycznym, pełniąc zarówno mandat posła, jak i senatora. W 1919 r. stworzył w Sejmie Narodowo-Chrześcijański Klub Robotniczy, następnie zaś powołał do życia partię pod nazwą Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Robotnicze, która następnie przekształciła się w Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Pracy, aby ostatecznie przyjąć nazwę Polskiego Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji. Pełnił wówczas nie tylko rolę przywódcy polskiej chadecji, lecz także był twórcą jej podwalin ideowo-programowych14. Na zaproszenie premiera Władysława Grabskiego brał czynny udział w przygotowywaniu reformy walutowej, kierował Drukarnią i Księgarnią św. Wojciecha w Poznaniu, a na Uniwersytecie Poznańskim prowadził wykłady z zakresu spółdzielczości.
Po zamachu majowym wycofał się z działalności politycznej i gospodarczej, oddając się przede wszystkim pracy duszpasterskiej. Poświęcił wówczas wiele uwagi powołaniu Akcji Katolickiej, opracowując statuty i zostając pierwszym dyrektorem jej Naczelnego Instytutu z siedzibą w Poznaniu. Ideę Akcji Katolickiej propagował bardzo mocno papież Pius XI, miała ona być w założeniu organizacją koordynującą i kontrolującą działania wszystkich organizacji i stowarzyszeń katolickich w poszczególnych krajach, za pomocą której usiłowano skuteczniej oddziaływać na sferę społeczną i doprowadzić do chrystianizacji czy też rechrystianizacji wszystkich dziedzin życia. Oczywiście tego rodzaju cele, które zostały przedstawione przez Piusa XI w encyklice Ubi arcano Dei, bliskie były zapatrywaniom ks. Adamskiego, który podkreślał niejednokrotnie potrzebę „odnowienia wszystkiego w Chrystusie”, konstatując, iż główną przyczyną problemów, z którymi boryka się współczesny świat, jest fakt, iż opuścił on drogę przez Chrystusa wskazaną, zerwał łączność z Bogiem i podeptał wolę Bożą. /…/ Do czasu zachowuje pozory życia pokąd w nim działają ostatki soków i sił, swego czasu zaczerpniętych z pnia Chrystusowego. Ale gałąź oderwana od pnia nie ma dopływu nowych sił i chociaż może jeszcze zrodzi liść nowy, chociaż zakwitnie pozorami rozwoju, owocu nie przyniesie a końcem jej być musi rozkład i zgnilizna. /…/ Świat ten więc jest skazany na to: albo marnie zginąć w rozbiciu duchowym i anarchii życia zbiorowego, albo ocalić się, wracając do Chrystusa. Innej nie ma drogi, innego nie ma sposobu ocalenia15.
W 1930 r. został mianowany przez Piusa XI biskupem katowickim. Diecezją tą kierował do końca życia, choć nie bez poważnych perturbacji związanych ze zmuszeniem go do jej opuszczenia w czasach okupacji przez władze niemieckie w 1941 r., a później z wydanym przez władze PRL w 1952 r. zakazem pobytu na jej terenie przez okres pięciu lat za rzekomą działalność godzącą w interesy społeczne Państwa Polskiego.
Zmarł 12 listopada 1967 r. w Katowicach, będąc wówczas najstarszym polskim biskupem. Mszę pogrzebową odprawił ówczesny metropolita krakowski, kard. Karol Wojtyła, natomiast mowę pożegnalną wygłosił prymas Polski kard. Stefan Wyszyński.
Uczeń i następca ks. Szamarzewskiego, ks. Wawrzyniaka, ks. Stychla, abp. Stablewskiego, zwolennik pracy organicznej, pozostawił po sobie ogromny wkład w różnych dziedzinach życia, był bowiem człowiekiem niesłychanej energii i pracowitości, skupiającym jednocześnie w swoich rękach wiele funkcji, poświęcającym uwagę równocześnie i z analogicznym zaangażowaniem różnorakim kwestiom. W szkicu pośmiertnym ks. Stanisław Szymecki pisał, iż jego cechą charakterystyczną było to, że: Ufał Bogu i ludziom. Wierzył człowiekowi. Wierzył w dobroć i uczciwość drugiego człowieka. Nie chodził w obawie, że go ktoś może nabrać albo wykorzystać. Nie posługiwał się nigdy ironią i nie kpił z człowieka. Miał wielki szacunek dla ludzi. /…/ Ks. Biskup, który nie bawił się w spekulację, widział zawsze konkretnych ludzi. Tak było w ciągu całego życia, kiedy poświęcał swój wolny czas i swoje siły organizując różne związki i fundusze dla człowieka, który potrzebował pomocy materialnej i moralnej16.
Przypisy:
1 S. Adamski, Pogląd na rozwój sprawy narodowościowej w wojew.[ództwie] śląskim w czasie okupacji niemieckiej, Katowice 1948.
2 X. St. Adamski, Kasy oszczędności w obrębie towarzystw, Poznań 1904.
3 Abp S. Szymecki, ks. inf. R. Rak, Biskup Stanisław Adamski jakiego nie znamy, Katowice 2003, s. 30.
4 Z życia i publicznej działalności biskupa Stanisława Adamskiego, do druku przygotował, wstępem i przypisami opatrzył A. Gulczyński, Poznań 2000, ss. 50-51.
5 Ibid., s. 53.
6 Ibid., ss. 63-64.
7 Tym mianem określa się spółdzielnie rolnicze i kasy pożyczkowe, których założycielem był niemiecki działacz społeczny Friedrich Wilhelm Raiffeisen (1818-1888). Różniły się od wcześniejszych organizacji pomocowych tym, że ich działalność koncentrowała się jedynie na gwarantowaniu pożyczek, a pożyczkobiorcy musieli być członkami związku. W Polsce na wzór kas Raiffeisena powstały w Galicji „Kasy Stefczyka”.
8 Z życia… op. cit., ss. 68-69.
9 Ks. S. Adamski, Najbliższe zadania spółdzielczości zorganizowanej w Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych. Przemowa wstępna na Sejmiku Spółdzielni wygłoszona dnia 25 września 1923 roku, Poznań 1924, s. 11.
10 Ibid., ss. 14-15.
11Tenże, Unia Związków Spółdzielczych w Polsce, Poznań 1929, s. 7.
12 Ibid., ss. 21-22.
13 Tenże, Przeszłość i przyszłość „Rolników”. Spółdzielni Rolniczo-Handlowych, Poznań 1924, s. 11.
14 Zob. Tenże, Zasady i dążenia Chrześcijańsko-Narodowego Stronnictwa Pracy, Poznań 1921; Tenże, Zadania Chrześcijańskiej Demokracji w Polsce, Poznań 1922.
15 Tenże, W służbie wielkiej idei, Warszawa b.d.w., ss. 12-13.
16 Ks. S. Szymecki, Kwitnąca jesień. Wspomnienie o zmarłym Biskupie Adamskim, „Gość Niedzielny” nr 3/1968.