przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
„Jeden drugiego brzemiona noście…”
(Ga 6,2)
Droga, jaką przed wielu laty obrał prof. Caro, nie była łatwą ani wdzięczną. Walka z ówczesnym kapitalizmem to walka z silnymi. Pod tym względem Caro poszedł w ślady prof. Schmollera, reprezentanta szkoły historyczno-etycznej, przedstawiającej ekonomikę jako naukę związaną z etyką i głoszącą w miejsce liberalizmu i socjalizmu hasło dobra ogółu /…/ Ukochał on prawdę i walczył o jej supremację, nie zważając ani na nienawiść możnych, ani wzruszenie ramion obojętnych, ani na niezrozumienie ze strony tych, którym przede wszystkim pragnął służyć i w obronie których od najwcześniejszej swej młodości staczał boje. Wrażliwy i czujny na wszelką krzywdę ludzką, wprzągł swój twórczy intelekt w obronę słabszych od pierwszej chwili swej pisarskiej działalności, pełnej młodzieńczego entuzjazmu i uczuciowości – tak pisał w księdze pamiątkowej wydanej po śmierci Leopolda Caro jego uczeń, Jan Karol Sondel1.
Natomiast późniejszy Prymas, ks. Stefan Wyszyński, na łamach „Ateneum Kapłańskiego” w ten sposób przedstawiał lwowskiego ekonomistę: Myślą przewodnią wielkiej ilości dzieł, rozpraw i artykułów prof. Caro jest walka o moralność życia gospodarczego. Walka o prymat etyki w życiu gospodarczym, to bodaj największa zasługa prof. Caro i dla nauki i dla polskiego życia społeczno-gospodarczego. Prof. Caro widział dobrze bliski związek spraw społeczno-gospodarczych z naukami moralnymi; różne zagadnienia gospodarcze usiłował oświetlać i rozwiązywać według zasad religijno-moralnych i w nich szukał światła dla dziś coraz to trudniejszych rozwiązań w złożonym życiu gospodarczym. Już w swej pierwszej i znanej ekonomistom zagranicznym pracy, ujmującej głęboko zagadnienia lichwy: „Der Wucher, eine socialpolitische Studie” (Lipsk, 1893, s. 311, XV.) przyznał w życiu gospodarczym etyce pierwszeństwo przed wolnością2.
***
Leopold Caro urodził się 27 maja 1864 r. we Lwowie w rodzinie o tradycjach patriotycznych – jego ojciec Henryk był powstańcem z 1863 r. Po ukończeniu szkoły powszechnej oraz gimnazjum, rozpoczął we Lwowie studia na wydziale prawa, a później także filozofii, uzyskując w 1887 r. tytuł doktora praw oraz absolutorium z filozofii. W latach 1885-1887 podjął też studia ekonomiczne w Lipsku pod kierunkiem prof. Miaskowskiego.
Już w czasie studiów dużo publikował, głównie na tematy społeczno-ekonomiczne. W krakowskim „Czasie” ogłaszał cykliczne „Pogadanki ekonomiczne”. W tamtym czasie powstały jego pierwsze większe rozprawy; w 1892 r. w Lipsku ukazała się poświęcona problematyce żydowskiej praca „Die Judenfrage eine ethische Frage”, którą rok później przetłumaczono na polski i wydano w kraju. W drukarni „Czasu” opublikował natomiast rozprawę poświęconą Augustowi Cieszkowskiemu, w której nazywa dzieło autora „Ojcze nasz” rękawicą rzuconą całemu materialistycznemu światu i protestem przeciw uciskowi, niewoli i ślepej nienawiści jednych a zaskorupiałemu egoizmowi i bezczynności a rozpuście drugich…3.
W tym samym roku ujrzały światło dzienne kolejne jego prace w języku polskim i niemieckim, które przyniosły mu już pewien rozgłos – stanowiły one podsumowanie badań dotyczących zagadnienia lichwy4. W pracach tych Caro zdecydowanie i ostro wystąpił przeciwko lichwiarstwu, żądając surowego karania osób parających się tym procederem. W związku z tym oczywiście musiał pokusić się o definicję lichwy. Duża część wzmiankowanych rozpraw to właśnie rozważania teoretyczne dotyczące tego zagadnienia, wszystko to Caro ilustruje konkretnymi przykładami z Galicji, pokazującymi mechanizmy, omijanie prawa, różnego rodzaju machinacje osób trudniących się lichwą. Książka „Der Wucher” spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem najwybitniejszych wówczas ekonomistów, obszerne recenzje ukazały się m.in. w prestiżowych pismach „Jahrbücher für Nationalökonomie” i „Political Science Quarterly”.
Po zdaniu egzaminu adwokackiego, na trzy lata osiadł Caro we Lwowie. Do pracy habilitacyjnej usiłował go pozyskać jego lwowski profesor, Roman Pilat, do czego jednak nie doszło, podobnie zresztą jak w przypadku późniejszej propozycji z Uniwersytetu Lipskiego. W 1897 r. po ślubie z Salomeą Chelińską przeniósł swą kancelarię prawną do Krakowa. Mając zapewnione znaczne wpływy z praktyki adwokackiej, coraz więcej uwagi poświęcał sprawom naukowym.
Przede wszystkim zainteresowała go kwestia emigracyjna, poświęcił wiele czasu i środków na zbadanie położenia polskich emigrantów zarówno stałych, jak i sezonowych. Jak pisze Jan K. Sondel: Emigranta traktowano wtedy na równi z towarem jako ładunek okrętowy; o obowiązkach społeczeństwa i państwa wobec wychodźców nikt nie myślał /…/ [Caro] pierwszy i jedyny w Europie, z wielkim nakładem własnych funduszów objeżdżając porty europejskie, z których wyjeżdżali nasi wychodźcy, badając urządzenia w portach, stan okrętów, opiekę duchowną, badając bezpośrednio wyjeżdżających i przyjeżdżających do kraju wychodźców, wypytując się o ich los, korespondując z konsulami w Ameryce, studiując prasę zamorską /…/ zebrał w ciągu lat czterech (1905-1909) ogromny materiał i zdobył tak gruntowną znajomość zagadnień emigracyjnych, że miewał w tej dziedzinie odczyty w Wiedniu, Berlinie, Budapeszcie, Pradze, Brukseli, Dreźnie, Warszawie, Lwowie i Krakowie. Został też delegowany przez Austriackie Towarzystwo Ekonomiczne /…/ na kongresy w Berlinie 1909 i w Budapeszcie 1910, gdzie udało mu się przeprowadzić szereg rezolucji, zawierających program nowoczesnej polityki emigracyjnej i wyjednać znaczne ulgi dla polskich robotników sezonowych w Niemczech5. Zaowocowało to wszystko tym, iż wybitny niemiecki ekonomista Gustaw von Schmoller, prezes Towarzystwa Polityki Społecznej (Verein für Sozialpolitik), zaprosił go do napisania książki poświęconej polityce emigracyjnej. Efektem tego stała się praca „Auswanderung und Auswanderungspolitik in Österreich”, wydana w 1909 r. w Lipsku w prestiżowej serii „Schriften des Vereins für Socialpolitik”.
W czasie pobytu w Krakowie, Caro wraz z ks. Włodzimierzem Ledóchowskim, późniejszym generałem jezuitów, założył Towarzystwo św. Antoniego opiekujące się szwaczkami, Towarzystwo św. Zyty, zajmujące się losem służby domowej oraz Towarzystwo św. Józefa, opiekujące się robotnicami z krakowskiej fabryki cygar. Prowadził również darmowe biuro porad prawnych.
W 1914 r. został powołany do armii austriackiej, w której służył do końca wojny, kiedy to zgłosił się jako ochotnik do wojska polskiego. Pełniąc służbę we Lwowie jako oficer korpusu sądowego, otrzymał z Politechniki Lwowskiej propozycję objęcia katedry ekonomii społecznej. Przyjął ją i wkrótce został mianowany profesorem ekonomiki społecznej i nauk prawniczych. W latach 1922-1923 wykładał również na Uniwersytecie Jana Kazimierza w zastępstwie, sprawującego wówczas urząd ministra, Stanisława Grabskiego. W 1927 r. został wybrany prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, które przez 12 lat, kiedy sprawował tę funkcję, rozwinęło działalność na szeroką skalę. W tym samym roku został również powołany przez ówczesnego premiera, Kazimierza Bartla, na członka Komisji opiniodawczej przy Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów. W 1934 r. na życzenie papieża Piusa XI została powołana przez Prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda, Rada Społeczna, która za główny cel stawiała sobie popularyzowanie programu społecznego, zawartego w encyklice Quadragesimo anno. Prezesem Rady został ks. Antoni Szymański, natomiast funkcję wiceprezesa do 1938 r., kiedy to zrezygnował ze względu na stan zdrowia, pełnił właśnie Leopold Caro.
Okres II Rzeczypospolitej to czas, w którym powstały najważniejsze jego prace. Przedstawił w nich swoją wersję solidaryzmu chrześcijańskiego. Zagadnienie to przewija się we wszystkich jego pracach, począwszy od najwcześniejszych, początkowo jednak taka problematyka obecna była naskórkowo. We w pełni dojrzałej i wykrystalizowanej formie podjął ją właśnie w latach międzywojennych, w takich pracach jak: „Zasady nauki ekonomii społecznej”, „Solidaryzm”, „Współczesne prądy gospodarcze a spółdzielczość”, „Zmierzch kapitalizmu”, „Problem społeczny w katolickim oświetleniu”, „Prawa ekonomiczne i socjologiczne”, „Liberalizm i kapitalizm” czy „Kapitalismus und Solidarismus”. Zmarł 8 lutego 1939 r., został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.
***
Należy zgodzić się z jego uczniem, iż niemożliwym jest wyodrębnienie w pracach Caro poszczególnych zagadnień, że próba oddzielenia od siebie problematyki etycznej, społecznej, ekonomicznej, filozoficznej czy socjologicznej jest z góry skazana na niepowodzenie i musi razić sztucznością. Caro bowiem traktował wszystko to łącznie, kwestie te przeplatały się w jego pracach, zachodziły na siebie, daleki był od „kawałkowania” życia ludzkiego czy społecznego, wyodrębniania z niego rzekomo izolowanych obszarów. Stojąc na stanowisku uniwersalistycznym, widział dokładnie zazębianie się zjawisk gospodarczych z rozmaitymi przejawami życia. Z tego względu obcą i nieżyciową była dla Niego koncepcja „człowieka ekonomicznego”, wyjałowionego ze wszystkich uczuć, którą posługiwała się szkoła liberalna przy formułowaniu swych praw ekonomicznych6. Sam Caro zresztą podkreślał, iż solidaryzm traktuje ekonomikę jako naukę opartą na etyce, rozumie, że człowiek myślący, działający i gospodarujący, nie dadzą się od siebie odłączyć i że każdy człowiek, mający samoistny, wyższy cel w życiu, działa i gospodaruje zarazem z tych wyższych pobudek, w których tkwi rękojmia przyszłego rozwoju i spełnienia posłannictwa całej ludzkości7.
Czym jest ów solidaryzm? Pojęcie to jest dość powszechnie używane, w ciągu kilku ostatnich lat było odmieniane przez wszystkie przypadki, jednakże niewielu tak naprawdę potrafi coś na jego temat powiedzieć. Traktowane jest przez tych, którzy nim szermują, raczej jako swoisty wytrych, słowo-klucz czy pałka na przeciwników politycznych. Tymczasem jest to rozbudowana doktryna, mającą solidne podstawy teoretyczne, swoją historię, odmiany i wybitnych przedstawicieli.
Co gorsza, widoczna jest aż nadto tendencja, o której pisał już Caro, polegająca na sprowadzaniu całokształtu spraw ekonomiczno-społecznych do walki między liberalizmem a socjalizmem. Wszelkie inne rozwiązania, „trzecie drogi”, miałyby być jedynie zakamuflowaną, służącą zmyleniu przeciwnika wersją jednej z tych koncepcji lub idee fixe niepoprawnych marzycieli-teoretyków. Są ludzie wmawiający w ogół – pisał Caro – że dwa tylko kierunki, dwa światopoglądy istnieją w nauce ekonomii społecznej, liberalny, czyli indywidualistyczny i socjalistyczny. Dla prawowiernych liberałów każdy, kto żąda od kapitału ruchomego uwzględniania interesu publicznego także i wówczas, gdy wchodzi on w kolizję z interesem majątkowym jednostek, otrzymuje w najlepszym razie przydomek marzyciela lub człowieka przy zielonym stoiku, nie rozumiejącego praktycznego życia. Najchętniej przedstawiono by go jako prostego ignoranta lub ukrytego socjalistę i nawet czyni się tak, póki tylko to jest możliwym. /…/ Podobną jest sytuacja i po drugiej stronie. W oczach socjalistów /…/ każdy, kto nie przysięga na Marksa i nie jest zwolennikiem jego teorii materializmu dziejowego, jest tym samym „drobnomieszczaninem”, zwyczajnym „burżujem”, z którym i mówić nie warto. W tej sytuacji, atakowani z dwóch stron, znaleźli się w Europie powojennej w chwili renesansu myśli liberalnej, dawni zwolennicy szkoły historyczno-etycznej niemieckiej, solidarystycznej francuskiej i szkoły samopomocy spółdzielczej z Nimes, demokraci chrześcijańscy i solidaryści. Leon Bourgeois i Gustaw Schmoller, Leon XIII i Walter Rathenau, Henryk Pesch, Karol Diehl i Othmar Spann, Henryk Ford i Benito Mussolini, słowem wszyscy, ludzie różnych wyznań i obozów politycznych, którzy widzą jasno zarówno bezdroża liberalizmu, jak i nieuniknione przepaści socjalizmu8.
Wróćmy jednak do solidaryzmu. Sam termin jest stosunkowo młody, jako jeden z pierwszych użył go francuski saintsimonista Pierre Leroux (ten sam, który przypisywał sobie również ukucie pojęcia socjalizm) w 1839 r. na łamach lewicowego „L’Humanité Socialiste”. Przez długi czas określenie to charakteryzowało poglądy niemarksistowskiej lewicy, która odrzucając kapitalizm dystansowała się równocześnie od ideologii walki klasowej. Caro jednak podkreśla, że korzenie solidaryzmu są o wiele starsze, jego przewodnie idee odnajduje on w Mahabharacie, myśli Lao-Tse, Państwie Platona, Polityce Arystotelesa, w Starym i Nowym Testamencie, filozofii stoików, pismach Ojców Kościoła czy św. Tomasza z Akwinu, a nawet wskazuje takowe w „Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” Adama Smitha. Następnie zaś przywołuje jako bezpośrednich prekursorów kierunku solidarystycznego nazwiska tak wydawałoby się odległych ideowo myślicieli, jak Adam Müller, Jean Charles Sismonde de Sismondi, Henri Saint-Simon, Philippe Buchez, August Comte, Charles Fourier, Louis Blanc, Pierre-Joseph Proudhon, Charles Kingsley, Thomas Carlyle, John Ruskin, Benjamin Disraeli, William Godwin, Piotr Kropotkin, Frédéric Le Play, Albert de Mun, René de La Tour du Pin, ks. Franz Hitze, bp Wilhelm von Ketteler, Karl von Vogelsang, Leon XIII.
Za właściwego twórcę solidaryzmu, już jako określonej szkoły czy kierunku myślowego, uznaje natomiast Charlesa Gide’a (lidera szkoły z Nimes, jednego z czołowych teoretyków spółdzielczości), który wskazał na trzy główne zasady solidaryzmu. Po pierwsze, jak podkreśla Gide, nawet egoista, rozumiejący jednak istnienie solidarności międzyludzkiej, winien dobrze życzyć bliźnim, wiedząc, iż wszystko dobre i złe co się im przydarzy, wpływa również na jego losy. Po drugie, musi sam wobec innych dobrze postępować, w związku z wpływem ich położenia na swoje własne. Wreszcie, każdy pod wpływem tego kierunku musi stać się wyrozumialszy dla błędów innych, a bardziej wymagający wobec siebie samego9.
Kolejny twórca solidaryzmu par excellence to Leon Bourgeois, autor pracy „La solidarité”, w której wskazywał, iż jedni zyskują przewagę nad innymi często bez własnej zasługi, z czego wynika konieczność zmian w imię sprawiedliwości. Dopiero gdy uznamy jednych za dłużników drugich, kiedy zrozumiemy, iż niektórzy wzbogacają się kosztem innych, przywłaszczając sobie korzyści, na które nie zapracowali, może nastąpić wyrównanie. Powstaje w ten sposób rodzaj quasi-kontraktu pomiędzy ludźmi, który rodzi określone zobowiązania – to, co dotychczas uznawane było za zwykły akt hojności, staje się w świetle tych ustaleń aktem sprawiedliwości, spłaceniem długu i niczym więcej10.
Solidaryzm przeciwstawia się zarówno zasadom leseferyzmu, jak i marksizmu, jednakże siłą rzeczy, w związku z dominacją w ówczesnym świecie liberalizmu ekonomicznego, Caro gros uwagi poświęca krytyce „prawd objawionych” przedstawicieli tego ostatniego. Jak podkreśla, naczelna teza liberalizmu głosi, że każdy winien dbać o własny interes, o dobro własne, a „całość sama się złoży”, suma dóbr jednostkowych składa się bowiem na dobro wspólne. Egoizm jest czymś pożądanym i dobrym, gdyż przynosi korzyść ogółowi, można więc mówić o sacro egoismo, czy nawet za Ayn Rand o cnocie egoizmu. Liberalizm w tym podobny jest do gąsienicy, siedzącej na liściu a nie wiedzącej i nie troszczącej się o drzewo, którego integralną częścią jest gałąź, a jej znów cząstką liść ów zjadany przez to żarłoczne a ograniczone stworzenie, podczas gdy solidaryzm widzi w społeczeństwie samoistny organizm, żyjący własnym życiem i naginający jednostki, acz nie pozbawione, jak w kolektywizmie, gospodarczej samodzielności, do działania gwoli dobru publicznemu11. Solidaryzm bowiem odrzuca zdecydowanie traktowanie człowieka jako środka służącego osiągnięciu określonego celu – nieważne, czy tym celem jest zysk jednostki, kapitalisty, czy korzyść ogółu, na którą powołuje się komunizm.
Caro krytykuje również hipokryzję liberałów, którzy powołując się na wyższość idei miłości nad zasadą sprawiedliwości, domagają się wyłącznie dobrowolnych świadczeń na rzecz bliźnich, wskazując, iż przymusowość pozbawia je jakiejkolwiek wartości moralnej, a dobroczyńców jakiejkolwiek zasługi. W życiu społecznym, jak pisze Caro, idzie jednak nie o pobudki czynów dobrych, rozstrzygające w dziedzinie religii i etyki. Idzie przede wszystkim o same czyny. Nie o danie sposobności temu lub owemu, by sam wzniósł się na wyższy szczebel moralny lub zyskał pochwałę współobywateli, ale o to, aby każdego współmieszkańca danego państwa zabezpieczyć przed ostateczną nędzą niezależnie od stopnia uświadomienia społecznego i poczucia obowiązku poszczególnych jednostek i każdemu ze swego nadmiaru przyjść w razie potrzeby z pomocą. Pole dobroczynności i miłości bliźniego pozostaje obok tego jeszcze bardzo szeroko otwarte12.
Kapitalizm, mając jako ideę przewodnią zysk, deifikując go, traktując jako bożka, któremu wszystko musi być podporządkowane, implikuje liczne patologie. Caro daje liczne przykłady takich zachowań wypływających właśnie z kapitalistycznego oddawania czci Mammonowi. I tak w Brazylii – pisze on – w roku 1930 zniszczono 4 miliony krzaków kawowych. Ogromnych ilości kawy użyto jako nawozów lub je spalono. W Santos zatopiono w morzu 5000 worków dobrej kawy brazylijskiej. Pełne ładunki okrętowe cukru oraz wiele tysięcy cetnarów korzeni zatopiono w morzu. W Argentynie zużywa się ogromne masy kukurydzy na karmę dla bydła lub się je spala. Od kilku lat pali się bawełnę w Ameryce, Egipcie, Indiach, a farmerzy bawełny popadli w nędzę wskutek niemożności jej zbytu. /…/ Na Cejlonie zrywa się z roślin herbacianych tylko po dwa listki zamiast trzech w celu obniżenia zbiorów o 75-100 milionów funtów angielskich. A równocześnie tyle milionów ludzi łaknie herbaty, kawy, cukru i ciepłych ubrań, a tylko nie jest w stanie za nie zapłacić13.
Dążenie do jak największego zysku indywidualnego spowodowało więc zupełne nieliczenie się z dobrem czy interesem powszechnym. Zysk jest wartością najwyższą i jedyną, której wszystko inne zostało podporządkowane. Wychodzący z tego założenia „człowiek ekonomiczny” czyni tylko to, co przynosi mu korzyść, co jest zgodne z jego indywidualnymi interesami, nie zważając przy tym na inne wartości czy dobro społeczne. Dostarcza broni dla Burów podczas wojny z nimi, chociaż jest Anglikiem, uważa bowiem, że wojnę prowadzi państwo, a jego interes indywidualny nie może z tego powodu ponieść uszczerbku. Jeśli rząd chiński zabrania dowozu do Chin opium, w interesie zdrowia i życia własnych obywateli, w imię wolności handlu wymusza na rządzie brytyjskim wojnę z Chinami, z powodu tak zacofanego zakazu: wszak jeśli opium szkodzi zdrowiu Chińczyków, sami będą mieli ten rozum, że nie będą go kupowali. Jego sumienie kapitalistyczne nic mu nie mówi, że sprzedając towar szkodliwy dla ludzkiego zdrowia i życia popełnia zbrodnię, tudzież że nie wszyscy ludzie wiedzą równie dobrze, co wychodzi na ich szkodę14.
Odrzuca również Caro ideę wolnej konkurencji w wersji propagowanej przez teoretyków liberalizmu. Poddaje krytyce przekonanie, że mamy tutaj do czynienia z samoregulującym się mechanizmem, który powoduje, iż np. ceny układają się na optymalnym poziomie. Ceny tworzone przez wolną konkurencję – pisze Caro – mają być najlepsze, najodpowiedniejsze, „naturalne”. Ale wszak poszczególni kupujący i sprzedający nie mają przecie poglądu na całość rynku i skoro każdy z nich – wiedząc w najlepszym razie wszystko, co zaszło przedtem i nie wiedząc z natury rzeczy tego, co robią równocześnie inni konkurenci, to bowiem osłonięte jest tajemnicą interesu – powiększa lub odnawia swoją produkcję, musi w następstwie powstać chaos i nadmiar. Co więcej, każde nowe cło, nowy traktat handlowy, nowa taryfa frachtowa, nowy wynalazek, odkrycie nieznanego dotąd miejsca istnienia surowca lub otwarcie nowego terenu zbytu zmienić mogą /…/ zasadnicze warunki wymiany międzynarodowej. /…/ Czy rolnik czeka może na automatyczne pokonanie chwastów przez pszenicę, czy też czynnym współdziałaniem, w danym wypadku bezwzględnym tępieniem chwastów „miesza się” do produkcji? I czy nie zwymyślano by go od idiotów, gdyby postępował wedle pierwszego szablonu? W Polsce moc jest ludzi, mających starsze tradycje gospodarcze, większą wprawę i zdolności handlowe od rdzennych Polaków. Ludzie ci nie są lub jeszcze nie są Polakami i sami się do tego przyznają. Sympatiami swymi ciążą często ku krajom leżącym poza Polską. Dlaczegoż ich zwycięstwo miałoby być koniecznością gospodarczą i dlaczego rządowi polskiemu nie miałoby być wolno pomagać Polakom, aby byli panami we własnym domu15.
Wolny rynek to dla Caro tak naprawdę mit, który został stworzony przez oligopole i monopole, aby zabezpieczyć ich interesy. Wolnej konkurencji we właściwym tego słowa znaczeniu nie ma we współczesnym świecie, ponieważ doskonale dbają o to kartele. Wolną konkurencję porzucili ostatecznie właśnie jej wyznawcy w kartelach. Zachowała ona żywot tylko w podręcznikach szkół akademickich16. Podstawowa zasada ekonomiczna liberałów – tanio kupować, drogo sprzedawać – również zostaje przez Caro całkowicie zdyskredytowana, jako nie mająca większego sensu, efektowna, acz pozbawiona treści. Przecież aby ktoś tanio kupił, ktoś inny musi mu daną rzecz tanio sprzedać, i odwrotnie: aby drogo sprzedać, musi się znaleźć osoba, która pod wpływem nagłej potrzeby dany towar przepłaci. Na połowę ludzi robiących dobre interesy, wypadałaby w ten sposób druga połowa kroczących prostą drogą ku ruinie. Okazuje się stąd, że ta idea przewodnia liberalizmu gospodarczego już w założeniu swym obliczona jest nie na przyniesienie pożytku całemu ogółowi ludzi, ale że jest hasłem pasożytniczym, wymagającym dla własnej egzystencji i rozwoju utrzymania połowy ludzkości na poziomie zupełnego analfabetyzmu gospodarczego17.
Spiżowe prawa ekonomii, na które częstokroć powołują się liberałowie, to zdaniem lwowskiego naukowca kolejny wybieg. Nie ma bowiem żadnych „niezłomnych” czy „żelaznych” praw gospodarczych, których wyszukiwaniem trudnią się myśliciele liberalni, uznający, iż rolą nauki i rozumu jest ich wykrywanie, a następnie implementacja. Podkreślają oni całkowitą autonomię tej dziedziny życia, odrzucając wszelką ingerencję „pozagospodarczych” czynników, takich jak moralność czy państwo. Tajemnicze prawa gospodarcze – pisze z ironią Caro – wydają się więc silniejszymi, niż siła elektryczna pioruna, ujarzmionego wszak przez piorunochrony; siła przyciągania ziemi, zniwelowana przez aeroplany; niż wszelka odległość, unicestwiona przy pomocy telegrafu czy telefonu; niż przeszkody gór i oceanów, usunięte w drodze budowy tuneli, statków i łodzi podwodnych. Tu wola ludzka zwyciężyła, tam tylko żadnej nie odgrywa roli. Niezwykła to istotnie potęga praw gospodarczych!18 Kapitalizm wedle Caro przyczynia się do erozji więzi międzyludzkich, atrofii komunikacji społecznej, niszczy naturalne wspólnoty, których istnienia nie potrzebuje i nie zauważa, widząc jedynie jednostkę, wyalienowanego homo oeconomicusa. Jedyny związek, który pozostaje, to – mówiąc słowami Thomasa Carlyle’a – cash nexus, wszystko staje się przedmiotem handlu, kontraktu, oceniane jest przez pryzmat zysku, jaki może przynieść. Rockefeller – podkreśla autor „Solidaryzmu” – na widok gołębi, myśli o ich cenie na targu, jak sam przyznaje się do tego w swoich pamiętnikach. Nie przychodzi mu na myśl ich piękność, wzajemne przywiązanie do siebie, ani fakt, że były one od tysięcy lat symbolem pokoju i miłości. /…/ Przyroda, to dla niego surowce, które można odszukać w głębi ziemi, to dochody z gleby i hodowli, nic więcej. Drugi człowiek, to bądź siła kapitałowa, bądź też ręce robocze19.
W ten sposób system ów prowadzi do dehumanizacji i reifikacji człowieka, przyczynia się też do zalewu bylejakości i tandety, przyjęcie tych zasad implikuje bowiem uniformizację, pośpiech, oparcie produkcji na zasadzie „jak najwięcej i jak najszybciej”. Caro wskazuje na spółdzielczość jako model, który wart jest propagowania, gdyż sprzyja tworzeniu więzi międzyludzkich, solidarności, uczy współpracy i samopomocy. Spółdzielczość, jego zdaniem, przynosi niezwykle doniosłe i pozytywne zmiany gospodarcze, ale, co nawet bardziej istotne, także mentalne, zmieniając gruntownie myślenie ludzi; wszystko to dobrze służy sprawie solidaryzmu, przybliża jego ustanowienie, stąd z całą mocą należy ją wspierać20. Żadna ustawa sama przez się, choćby najlepsza, żaden przymus etatyzmu i socjalizmu nie zda się na nic, gdy materiał ludzki będzie lichy i tępy. Przerabianie ludzi na lepszych i dojrzalszych to szczytne zadanie spółdzielczości21. Warto nadmienić, iż w twórczości Caro pobrzmiewają wyraźnie pewne wątki mesjanistyczne, jego zdaniem bowiem Polska ma szczególne predyspozycje, by wprowadzić idee solidarności i sprawiedliwości, nie tylko w stosunki gospodarcze, ale i narodowe.
Ksiądz Józef Tischner pisał w książce „Etyka solidarności”, iż solidarność wyrasta na fundamencie poczucia wspólnoty między ludźmi. Gdy człowiek zrozumie, że nie jest samotną monadą, iż nigdy nie jest sam, wtedy dopiero może rozkwitnąć solidarność, stanowiąca spontanicznie powstałą wspólnotę ludzi dobrej woli. Solidarność to przede wszystkim budowanie i tworzenie, a nie walka czy niszczenie; działa ona dla dobra ogółu, a nie przeciw komukolwiek22. Uczeń prof. Caro w swoich wspomnieniach natomiast słusznie podkreślał, iż: Nie ulega wątpliwości, że solidaryzm wymaga przemiany dusz i dlatego trudno liczyć na wprowadzenie go w życie z dnia na dzień. Prof. Caro jednak głęboko wierzył, że przemiana taka jest możliwą i całe życie poświęcił pracy nad jej przygotowaniem i urzeczywistnieniem. Wierzył w potęgę woli ludzkiej, która zdołała ujarzmić potężne siły przyrody i zaprząc je do pracy dla swego dobra. Wierzył, że za postępem technicznym pójdzie i postęp moralny ludzkości, który dopiero umożliwi korzystanie wszystkim ze zdobyczy geniuszu ludzkiego23.
Na zarzuty, iż solidaryzm jest jedynie konstruktem myślowym, niedostatecznie rozwiniętym, nie mającym żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, Caro odpowiadał zaś, iż krytycy solidaryzmu zachowują się w tym przypadku tak samo, jak ów systematyk niemiecki, który wzbraniał się wejść do wody, póki nie nauczy się pływać. Innymi słowy, postanowiono zażądać od reprezentantów solidaryzmu i kierunków pokrewnych opracowania we wszystkich szczegółach planów przyszłego gospodarstwa społecznego, by w ten sposób przenieść teren dyskusji z krytyki kapitalizmu na krytykę nowych pomysłów. Życie jednak nie czeka i zanim ten program zostanie w sposób zadowalający wielki kapitał opracowany we wszystkich szczegółach, może nastąpić potop. Pływać bowiem nauczyć się można tylko w wodzie24.
Przypisy:
1 Dr J. K. Sondel, Życiorys i prace śp. prof. dra Leopolda Caro /w:/ Księga pamiątkowa ku czci śp. dra Leopolda Caro, prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego i profesora ekonomii Politechniki Lwowskiej, pod. red. E. Hauswalda, Lwów 1939, ss. 11, 13.
2 ks. S. Wyszyński, Śp. Prof. Leopold Caro, „Ateneum Kapłańskie” 1939, t. 43.
3 Dr L. Caro, August Cieszkowski, Kraków 1893, s. 15.
4 L. Caro, Lichwa na wsi w Galicji w latach 1875-1891. Pogląd na zebrany dotąd materiał statystyczny wraz z projektem nowego badania w tym przedmiocie, Lwów 1893; Idem, Der Wucher. Eine socialpolitische Studie, Leipzig 1893.
5 Dr J. K. Sondel, op. cit., s. 21.
6 W. Romanów, Wspomnienie /w:/ Księga pamiątkowa…, s. 175.
7 L. Caro, Solidaryzm. Jego zasady, dzieje i zastosowania, Lwów 1931, ss. 5-6.
8Ibid., ss. 5-6.
9 Ibid., s. 87.
10 Ibid., s. 77.
11 Ibid., s. 7.
12 Ibid., ss. 10-11.
13Idem, Zmierzch kapitalizmu, Poznań 1934, s. 12.
14 Idem, Zasady nauki ekonomii społecznej, Lwów 1926, ss. 164-166.
15 Idem, Zmierzch…, ss. 14-15.
16 Idem, Liberalizm i kapitalizm, Włocławek 1937, s. 30.
17 Idem, Zmierzch…, s. 23; Idem, Liberalizm…, s. 34.
18 Idem, Solidaryzm…, s. 206.
19 Idem, Liberalizm…, ss. 91-92.
20 Idem, Współczesne prądy gospodarcze a spółdzielczość, Lwów 1932, ss. 13-14. Zob. też rozdział Przez spółdzielczość do solidaryzmu /w:/ Idem, Solidaryzm…, s. 229.
21 Idem, Solidaryzm…, s. 249.
22 J. Tischner, Etyka solidarności, Kraków 1981.
23 W. Romanów, op. cit., s. 177.
24 L. Caro, Współczesne prądy…, s. 11.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Roman Dmowski w mowie pożegnalnej na pogrzebie Popławskiego stwierdził, iż to, co jest najlepsze w zakresie polskiej myśli politycznej, wyrosło z ziaren przez Popławskiego zasianych1. Pisząc o początkach ruchu narodowego, podkreślał, że Te młode koła były dziećmi epoki względnie trzeźwej, społeczeństwa przekształcającego się w kierunku nowożytnym, miały zaczątki rozumienia rzeczywistości polskiej i miały wśród siebie człowieka o dziesiątek lat od swych współpracowników starszego, który tę rzeczywistość ogromnie jasno widział i o Polsce szerszą, niż ktokolwiek wówczas, wiedzę posiadał. /…/ Był to duchowy ojciec nowoczesnej polityki polskiej2.
***
Jan Ludwik Popławski urodził się 17 stycznia 1854 r. w Bystrzejowicach pod Lublinem, w rodzinie ziemiańskiej, jako trzecie dziecko Wiktora i Ludwiki z Ponikowskich3. W Lublinie uczęszczał do gimnazjum, jednak został usunięty za awanturę z kolegą szkolnym, którego podejrzewał o szpiegostwo i donosicielstwo. W związku z tym wydarzeniem maturę zdał eksternistycznie w 1872 r. W 1873 r. rozpoczął studia na Wydziale Prawa Carskiego Uniwersytetu Warszawskiego i wkrótce włączył się tam w konspiracyjną działalność studencką.
W 1877 r. założył z Adamem Szymańskim organizację, która funkcjonuje w literaturze przedmiotu pod nazwą Związek Synów Ojczyzny. Powiązana była ona prawdopodobnie z galicyjską Konfederacją Narodu Polskiego. Organizacja Popławskiego stawiała sobie za cel przygotowanie w Królestwie struktur organizacyjnych przyszłego antyrosyjskiego powstania, które planowano wywołać w przypadku wojny pomiędzy zaborcami. W 1878 r. grupa została rozbita przez carską Ochranę, a Popławskiego osadzono w X Pawilonie warszawskiej Cytadeli, gdzie spędził rok. W styczniu 1879 r. został skazany na ośmioletnie zesłanie w głąb Rosji, z którego wrócił jednak już w 1882 r. dzięki usilnym staraniom rodziny i w związku z chwilową liberalizacją w Rosji za rządów Michała Loris-Mielikowa.
W rok po powrocie do kraju Popławski podjął pracę w tygodniku „Prawda”, wydawanym przez „papieża pozytywizmu”, Aleksandra Świętochowskiego. Dość szybko zyskał w piśmie ważną pozycję wraz ze swoim przyszłym szwagrem, Janem Karolem Potockim. W tym samym roku został ponownie aresztowany i odsiedział trzy miesiące w warszawskiej Cytadeli, oskarżony o działalność propagandową w duchu rewolucyjnym i utrzymywanie kontaktów z członkami „Proletariatu”. Rok później Popławski i Potocki odchodzą z „Prawdy”, argumentując to polityką pisma, które nie dość konsekwentnie miało eksponować „kwestię ludową” (w szerokim rozumieniu tego słowa) – przedstawiało co prawda nędzę i wyzysk robotników, nie wskazując jednak palcem sprawców tego stanu rzeczy.
***
Po zerwaniu z „Prawdą”, Popławski i Potocki zakładają tygodnik „Głos”. W Prospekcie, poprzedzającym wydanie pierwszego numeru pisma, deklarowano: W naszym „Głosie” znajdą swój wyraz i poparcie przekonania i dążenia ludzi, którzy potrafią swe interesy oraz sympatie społeczne, polityczne i narodowe skojarzyć z wymaganiami rzetelnych potrzeb ludu4. Wśród członków zespołu redakcyjnego i stałych współpracowników znajdujemy postacie reprezentujące różnorodne kierunki ideowe: marksistów, patriotycznych socjalistów, ludowców – m.in. Ludwika Krzywickiego, Wacława Nałkowskiego, Aleksandra Łętowskiego, Mieczysława Brzezińskiego, Teodora Tomasza Jeża (Zygmunta Miłkowskiego) czy Edwarda Paszkowskiego. Ten ostatni to autor powieści opisującej zespół głosowiczów, w której Popławski (powieściowy Pacławski) przedstawiony został jako idealista i altruista, heroicznie walczący o realizację wyznawanych przez siebie ideałów oraz niekwestionowany przywódca całego środowiska, górujący nad nim intelektualnie5. W „Głosie” debiutowali m.in. Stefan Żeromski, Jan Kasprowicz, Władysław Reymont czy Kazimierz Przerwa-Tetmajer.
Decydujący wpływ na kształt pisma miał właśnie Popławski. Objął on funkcję redaktora politycznego i sekretarza redakcji, jego autorstwa była większość artykułów wstępnych z działu społeczno-politycznego i ekonomiczno-społecznego, stały felieton pt. „Z kraju” oraz poważna ilość recenzji, omówień, krytyk, polemik itp. W swej publicystyce Popławski kontynuuje tematykę ludowo-narodową, której wiele uwagi poświęcał już wcześniej, jego poglądy na te sprawy wyraźnie krystalizują się w tym okresie. Przede wszystkim samo pojęcie ludu zostaje wyraźnie poszerzone – w ujęciu Popławskiego obejmuje ono nie tylko ludność chłopską, ale także robotników i warstwy pośrednie. Coraz więcej miejsca w jego pisarstwie zaczyna wówczas zajmować tematyka znaczenia zachodnich terenów kraju – można go wręcz uznać za twórcę polskiej myśli zachodniej.
W 1887 r. „Głos” staje się de facto ekspozyturą nowoutworzonej organizacji Liga Polska (LP), natomiast Popławski jej komisarzem w Królestwie Polskim. Z kolei w 1890 r. poznaje debiutującego wówczas na łamach „Głosu” Dmowskiego, z którym pozostanie w przyjaźni do końca życia. Rok później wspólnie zorganizują w Warszawie obchody stulecia Konstytucji 3 Maja, a w następnym roku wespół jeszcze z trzecim „ojcem założycielem” obozu narodowego, Zygmuntem Balickim, doprowadzą do przekształcenia LP w Ligę Narodową (LN). „Głos” zostaje zamknięty przez władze carskie w 1894 r., po aresztowaniu – w trakcie manifestacji w stulecie insurekcji kościuszkowskiej – współpracowników pisma. Po reaktywacji periodyku w 1895 r., Popławski współpracuje z nim już tylko przez niespełna rok, do czerwca 1896 r.
***
Wkrótce po opuszczeniu więzienia przedostaje się nielegalnie do Lwowa. Początkowo współpracował tam z wydawanym przez Bolesława Wysłoucha i Karola Lewakowskiego „Kurierem Lwowskim”, następnie przejął kierownictwo nad świeżo pozyskanym przez Ligę Narodową „Przeglądem Wszechpolskim”, który będzie redagował do 1902. W tym głównym organie teoretycznym LN Popławski jest autorem artykułów wstępnych, a także stałych felietonów pt. „Z całej Polski”, które podpisuje pseudonimem J. L. Jastrzębiec lub po prostu Jastrzębiec, od swojego rodowego godła. Słynne były również jego „korespondencje” z zaboru pruskiego, które preparował na podstawie doniesień prasowych z tamtych ziem – jak wspominał Dmowski, samym Poznaniakom wydawały się one tak autentyczne, że ich autora doszukiwano się wśród dziennikarzy ze stolicy Wielkopolski6.
W październiku 1896 r. rozpoczął wydawanie miesięcznika dla ludu pod tytułem „Polak”. Formalnie redaktorem pisma był Kasper Wojnar, faktycznie zaś kierował nim Popławski, przynajmniej do roku 1901. Pismo było przeznaczone dla ludności wiejskiej wszystkich zaborów. Nie bez słuszności „Polak” uważany jest za najwybitniejsze osiągnięcie publicystyczne Popławskiego, spośród pism obozu narodowego cieszył się on też największą popularnością. Popławski prowadził w nim regularnie, aż do 1907 r., stałą rubrykę „Sprawy polskie”, w której przybliżał dzieje Polski, eksponując zwłaszcza tradycję wojen obronnych i powstań narodowych, a szczególnie udział w nich przedstawicieli ludu (Bartosz Głowacki, Jan Kiliński), oraz omawiał zagadnienia z zakresu polskiej geografii, kultury, obyczajów i języka. Wszystko to oczywiście służyć miało rozbudzeniu świadomości narodowej wśród ludności wiejskiej, przetworzeniu tej biernej masy w Polaków rozumiejących swą ponadzaborową jedność oraz w obywateli zdających sobie sprawę z obowiązków, jakie nakłada przynależność do jednego narodu.
Zasługą Popławskiego był również cały szereg inicjatyw powołanych do życia we Lwowie w celu popularyzacji idei wszechpolskiej oraz dających „kolonii emigrantów” z Królestwa Polskiego stałą pracę i dochód. Można tutaj wymienić: Kasę Pożyczkową, prowadzoną przez Ernesta Adama, przetworzoną później w Kredytowy Bank Ziemski; fabrykę wyrobów chemicznych i kosmetyków „Tlen”, założoną przez Bronisława Koskowskiego; powołane w 1897 r. Towarzystwo Wydawnicze, nakładem którego ukazały się m.in. „Syzyfowe prace” Żeromskiego; Związek Naukowo-Literacki, którego prezesem został Jan Gwalbert Pawlikowski, będący ośrodkiem spotkań i forum wymiany myśli lwowskich sfer naukowych, artystycznych i dziennikarskich; Szkołę Nauk Politycznych. W 1902 r. Liga Narodowa nabyła we Lwowie drugi dziennik – założone jeszcze przez Stanisława Szczepanowskiego „Słowo Polskie”. Popławski wchodzi do redakcji pisma, w którym zaczyna odgrywać coraz ważniejszą rolę, w styczniu następnego roku bierze zaś udział w powołaniu tygodnika „Ojczyzna”, przeznaczonego dla ludności wiejskiej w zaborze austriackim.
W 1906 r. powrócił do Warszawy, aby przejąć po Dmowskim redakcję „Gazety Polskiej”. W dzienniku tym pracował jednak tylko do jesieni 1907 r., bowiem stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Od tego momentu odsunął się od działalności politycznej, zaprzestał pracy zawodowej. Dodatkowo, jak się wydaje, był w tym okresie dość krytycznie nastawiony do polityki realizowanej przez Ligę, wyrażał swoje wątpliwości wobec angażowania jej w bieżącą politykę poprzez udział w Dumie oraz wobec uczestnictwa w ruchu neosłowiańskim. Zmarł 12 marca 1908 r. w Warszawie, bezpośrednią przyczyną był rak gardła. Pochowany został trzy dni później na warszawskich Powązkach.
***
Dwa tematy zdominowały publicystykę Popławskiego: kwestia ludowa i zachodnia. Były one ściśle powiązane ze sprawą odzyskania przez Polskę niepodległości. Popławski poszukiwał środków, które ową niepodległość mogą przynieść, zastanawiał się, co należy uczynić, aby jej osiągnięcie stało się realne. Usiłował też wskazywać, jak ta niepodległa Polska winna wyglądać. Rozumiejąc, iż niepodległość nie jest czymś danym raz na zawsze, niemało uwagi poświęcił ziemiom zachodnim i kwestii granic, uznając, że ich odpowiednia konstrukcja jest równie ważna jak samo odbudowanie państwa. Jeśli przyszła Polska nie ma być tworem efemerycznym czy też zależnym od krajów ościennych, konieczna jest, jak podkreślał, jej rekonstrukcja w odpowiednim kształcie terytorialnym.
Oceniając szanse na odzyskanie niepodległości, Popławski uznawał, iż jest ono możliwe jedynie w przypadku wojny – albo pomiędzy mocarstwami zaborczymi, albo któregoś z nich z innym państwem – i połączonego z nią powstania narodowego. Nie twierdził jednak bynajmniej, iż do tego momentu należy czekać z założonymi rękami, wyglądając z utęsknieniem sprzyjającego Polsce rozwoju wypadków. Wręcz przeciwnie – należy ten czas wykorzystywać w sposób optymalny, uruchamiając procesy, które w odpowiedniej chwili umożliwią powodzenie zrywu niepodległościowego. Wytężona praca na różnych polach jest bowiem najlepszym gwarantem tego, iż w sprzyjającym momencie Polacy będą w stanie odbudować swoje państwo.
W artykule z 1900 r. pisał, iż kwestia odzyskania niepodległości politycznej Polski przedstawiać się musi każdemu, kto się nad nią zastanawia, jako rezultat współdziałania dwóch czynników: zbiegu pomyślnych okoliczności zewnętrznych, w bardzo małym stopniu od nas zależnych lub niezależnych wcale i od naszej wewnętrznej siły narodowej i społecznej. Nasza polityka narodowa przed 1863 r. zwracała szczególną uwagę na okoliczności zewnętrzne – kombinacje dyplomatyczne i zatargi międzynarodowe lub ruchy rewolucyjne. Nie lekceważyła ona bynajmniej siły wewnętrznej społeczeństwa, jak to niektórzy publicyści dziś twierdzą, sądziła jednak, że ta siła istnieje w stanie utajonym…7. Popławski, jak się wydaje, nie wierzył w te czekające na sygnał ukryte siły, które zostaną zbudzone w odpowiednim momencie. Uważał, iż na tym polu również konieczna jest wielka praca, że doraźna propaganda i agitacja nie są w stanie ad hoc zorganizować i poruszyć tej drzemiącej rzekomo potencji. Stąd też zainteresowanie Popławskiego i waga, jaką przykładał do tzw. kwestii ludowej.
***
Termin „lud” oznaczał dla niego początkowo przede wszystkim ludność wiejską, której instynktownie narodową postawę, wyrażającą się choćby w obronie swej ziemi przed zakusami Komisji Kolonizacyjnej w zaborze pruskim, przeciwstawiał wątpliwej jakości patriotyzmowi szlachty („Głos” drukował np. nazwiska Polaków sprzedających Niemcom swe majątki w Wielkopolsce i na Pomorzu). Lud stanowił więc dla niego naród in statu nascendi, swego rodzaju potencjał narodowy, który należało zaktualizować i wykorzystać. Popławski uznał nawet, iż w Polsce istnieją dwie odrębne cywilizacje – chłopska i pańska, będące względem siebie przeciwstawne. Po jednej stronie /…/ stoi cała warstwa uprzywilejowana w jakikolwiek sposób, cała inteligencja narodu – po drugiej zwarta masa ludowa, związana tylko nieświadomym poczuciem wspólności plemiennej – naród pański i naród chłopski. /…/ Interesy ludu nie tkwiły dotychczas w interesach narodu. Doprowadzenie dwóch tych liczb do wspólnego mianownika – to zadanie przyszłości, ale zadanie nie tak łatwe, jak się na pozór zdaje8.
Chłopi uosabiali dla Popławskiego przywiązanie do tradycji, obyczajów, ziemi, języka oraz tzw. poczucie gromadzkie, stojące w opozycji wobec liberalnego indywidualizmu. Tak mocne akcentowanie kwestii ludowej było zresztą powodem wysuwanych pod jego adresem zarzutów o powielanie na gruncie polskim wzorców rosyjskiego narodnictwa. Paralele takie wydają się jednak zupełnie nietrafione. Podstawowa różnica pomiędzy narodnikami a Popławskim jest tego rodzaju, że ci pierwsi idealizowali lud, wyposażając go we wszystkie możliwe przymioty, postrzegali go jako nosiciela prawdy oraz usiłowali niejako „uludowić” cały naród, przeciwstawiając sobie te dwa pojęcia. U Popławskiego nie ma natomiast jakiejś naiwnej „ludomanii”, kultu „swojszczyzny”, programu uczenia się od ludu czy postulatów uludowienia narodu.
Wręcz przeciwnie – chodziło mu o unarodowienie ludu. Jego antyszlacheckość, jak i widoczny czasami antyklerykalizm, również nie miały charakteru programowego. Krytyka tych warstw wynikała z przeświadczenia, że zbyt mało uwagi poświęcały one sprawom ludu, co niekorzystnie wpływało na kwestię narodową. Z biegiem czasu Popławski rozszerzył zakres semantyczny tego pojęcia, obejmując nim całość tzw. warstw pracujących, a więc włączając również robotników, inteligencję i mieszczaństwo. Już w artykule z 1887 r. pisał: Osobiście sam należę do ludu, bo lud stanowią nie tylko ci, którzy ziemię orzą lub w fabryce mają robotę, ale i ci wszyscy, którzy żyją wyłącznie z rezultatów swojej pracy osobistej. Lud to po prostu zbiorowość wszystkich klas pracujących9.
***
Nowe społeczeństwo polskie, którego stworzenie postulował Popławski, wymagało, aby – jak pisał Norwid w „Promethidionie” – została zasypana przepaść pomiędzy „słowem ludu, a słowem pisanym i uczonym”. Lekarstwem na to rozdarcie miała być demokratyzacja, stopniowe zlewanie się tych warstw w jedną całość. Proces ten jednak oczywiście sam z siebie nie jest w stanie zajść, potrzebny jest więc ogromny wysiłek warstw wyższych, inteligencji w kierunku podnoszenia ludu, włączenia warstw ludowych w krwioobieg narodowy, stworzenia z nich Polaków świadomych, a można byłoby rzec – wręcz nowoczesnych, przekształcenia biernej narodowo masy etnograficznej w aktywną siłę polityczną. Gdyby polityka Poznańczyków – pisał Popławski w 1888 r. – od dawna weszła na tory demokratyczne, gdyby z pominięciem interesów warstw innych wszystkie usiłowania skierowano ku podniesieniu moralnego i materialnego stanu ludu, stworzono silną ekonomicznie drobną własność, tanie instytucje kredytowe, szkoły rękodzielnicze, stowarzyszenia wytwórcze itp., kolonizacja niemiecka i próby germanizacji byłyby raz na zawsze pozbawione podstaw działania10.
Bez współpracy wszystkich warstw społecznych, marzenia o niepodległości pozostaną zdaniem Popławskiego jedynie mrzonkami, nie mającymi żadnego pokrycia w rzeczywistości. Szlachta posiadała bowiem tradycje politycznego działania, lud natomiast mógł zapewnić jej polityczną siłę. Tak też należy chyba rozumieć głoszoną przez Popławskiego formułę podporządkowania interesom ludu interesów warstw odrębnych, jego przekonanie, iż sprawa ludowa bynajmniej nie zawiera się w sprawie narodowej jak część w całości oraz hasło „nie przez naród do ludu, lecz przez lud do narodu”11. Popławski stwierdza bowiem, iż w danym momencie historycznym podporządkowanie interesów wszystkich klas interesom ludu w pełni odpowiada interesom całego narodu, przybliżając niepodległość12.
***
Wydawałoby się, że postulaty Popławskiego bliskie były tym, które w owym czasie lansowali pozytywiści. Jednak bliskość ta jest pozorna. Owszem, zarówno Popławski, jak i pozytywiści kładli nacisk na coś, co możemy określić mianem „pracy organicznej”, jednak ten pierwszy wcale nie miał zamiaru w związku z tym spychać na drugi plan kwestii niepodległości. Niepodległość bowiem to dla Popławskiego „wielka idea”, która winna towarzyszyć wszelkim poczynaniom Polaków.
Program pozytywistyczny, oznaczający rezygnację z dążeń niepodległościowych w imię spokoju, rozwoju gospodarczego oraz możliwości indywidualnego bogacenia się, to dla niego obniżenie ideałów społecznych. W związku z tym stwierdzał wręcz, iż teza, że w polityce nie wolno rządzić się uczuciem, a tylko rozsądkiem, jest tyleż efektowna, co fałszywa. Nie można bowiem jego zdaniem zaprzeczać doniosłości udziału uczuć w sprawach społecznych, należy owszem liczyć się z nimi i na nich politykę swoją opierać, inaczej bowiem najkunsztowniej zbudowane jej rusztowanie runie przy pierwszej próbie jak domek z kart13.
Tak więc Popławski mówił nam ni mniej ni więcej to, że właśnie prawdziwy realizm polityczny wymaga liczenia się z uczuciami, brania pod uwagę również tego czynnika. Praca organiczna, codzienna, praktyczna – jak najbardziej tak, ale w jej imię nie można zapominać o celu zasadniczym, ponieważ jedynie wówczas ma ona wartość, sens i znaczenie, gdy ją ogrzewa i oświeca płomienne słońce jakiejś wielkiej idei14. Bez tej wielkiej idei nie uda się nawet skutecznie wypełniać owych drobnych, codziennych obowiązków, ona bowiem stanowi najlepszy katalizator działań, nadaje im „ruch i spójnię” i jest dla nich „magazynem zapasowym siły”.
Złudzeniem jest również wedle Popławskiego pogląd, iż poprzez działania zmierzające do rozwoju gospodarczego, żmudną, codzienną pracą można powoli, stopniowo osiągając coraz większą autonomię, doprowadzić do odzyskania przez Polskę niepodległości. Przekonywał on, iż państwa ościenne nigdy z własnej woli do tego nie dopuszczą, że jeśli własnym wysiłkiem zbrojnym i przelaną krwią Polacy do tego nie doprowadzą, to nie ma co liczyć na jej urzeczywistnienie. Praca organiczna, codzienna to środek wspomagający, pomocniczy jedynie, natomiast sama niepodległość musi wiązać się ze zrywem powstańczym, który jednak poprzez tę mozolną pracę zostanie właściwie przygotowany.
***
Wspomniana druga sfera aktywności Popławskiego, to kształt przyszłego niepodległego państwa polskiego. Zasługi Popławskiego na tym polu to przede wszystkim zwrócenie uwagi na znaczenie ziem zachodnich. Można śmiało powiedzieć, iż to właśnie za jego sprawą doszło do przeorientowania polityki w kwestii etnicznie polskich ziem zachodnich. Roman Dmowski pisał wprost o doniosłej roli współtwórcy Ligi Narodowej na tym polu, podkreślając, iż Człowiekiem, który otworzył oczy naszemu pokoleniu na znaczenie ziem zaboru pruskiego dla przyszłości Polski, który jasno widział, że bez tych ziem możemy być tylko słabym, uzależnionym od sąsiadów, stopniowo topniejącym narodkiem, w którego nieocenionych i po dziś dzień niedocenionych pismach politycznych ta myśl przewija się nieustannie – był Popławski15. Tenże bowiem już w 1887 r. podkreślał: Wolny dostęp do morza, posiadanie całkowite głównej arterii wodnej kraju – Wisły, to warunki konieczne prawie istnienia naszego. /…/ Nasi politycy marzą jeszcze o Wilnie i Kijowie, ale o Poznań mniej dbają, o Gdańsku zapomnieli prawie zupełnie, a o Królewcu i Opolu nie myślą zgoła16.
W związku z takimi konstatacjami pilnie śledził i analizował Popławski dane statystyczne dotyczące areału ziemi i liczby gospodarstw polskich czy też zmian struktury narodowościowej w zaborze pruskim. Akcentował negatywne dla Polaków tendencje jeżeli chodzi o stan posiadania, natomiast pozytywne w sferze przyrostu demograficznego na tych terenach17. Ranga ziem zachodnich była wedle Popławskiego tak duża, iż dopuszczał nawet możliwość zrzeczenia się Litwy, Białorusi i Ukrainy w przypadku, jeśli wymagałyby tego interesy pozyskania terenów zaboru pruskiego. Walka toczona na kresach zachodnich była jego zdaniem problemem o fundamentalnym znaczeniu dla całego narodu.
Przywołując ukute po Kongresie Wiedeńskim hasło „głupia Polska bez Poznania”, Popławski pisał, że marna byłaby ta przyszła Polska, dla której żyjemy i działamy, ta Polska, której nie doczekamy zapewne, ale którą oglądać będą dzieci i wnuki nasze – nie tylko bez Poznania, ale i bez Śląska, bez dostępu do morza, a więc bez Gdańska i Królewca. Te prowincje, które dziś do Prus należą, są koniecznym warunkiem istnienia państwa polskiego, już dziś są warunkiem utrzymania potęgi prusko-niemieckiej. Dla nas tym bardziej nie może być w tej sprawie kompromisu. /…/ bez tych ziem Polska nie może istnieć, że choćby w innych granicach powstała, do opanowania tych ziem dążyć musi. Niemcy już to rozumieją – my nie wszyscy jeszcze18. Konflikt polsko-niemiecki w zaborze pruskim w związku z tym postrzegał on jako coś nieuchronnego ze względu na strategiczne znaczenie tych ziem nie tylko dla Polski, ale i dla Niemiec.
***
Popławski niewątpliwie był człowiekiem, który stworzył podwaliny ideowe obozu narodowego, mimo iż nie pozostawił po sobie żadnego zwartego dzieła. Jego ogromna spuścizna (rozsiane w prasie artykuły zdaniem wydawcy jego „Pism politycznych” złożyłyby się na około 40 tomów po 300 stron każdy!19), nie odeszła w zapomnienie. W latach międzywojennych mieliśmy nawet do czynienia ze swego rodzaju sporem o nią między Stronnictwem Narodowym a ugrupowaniami dysydenckimi, które zdecydowały się na współpracę z rządami sanacyjnymi, argumentując ten krok trzymaniem się właśnie wskazań politycznych Popławskiego.
Nieżyjący już wówczas „mistrz” zawsze podkreślał, iż trudno przewidzieć, w jakich okolicznościach Polacy zyskają możliwość odbudowy państwa i w związku z tym nie można opracować szczegółowego planu działania oraz dokonać wyboru środków potrzebnych do urzeczywistnienia tego zasadniczego celu. Mimo to jednak, kierunek wszelkich działań powinien mieć charakter stały. Należy przede wszystkim skupić się na dążeniu do wytworzenia takiego zasobu siły narodowej, do takiego jej wyćwiczenia i uruchomienia, żebyśmy zawsze mogli w chwili sposobnej skorzystać z pomyślnych okoliczności i odpowiednio je wyzyskać dla osiągnięcia ostatecznego celu polityki narodowej – niepodległości państwowej Polski20.
W związku ze 150. rocznicą jego urodzin podjęto inicjatywę, aby uchwałą Sejmu RP ogłosić rok 2004 „Rokiem Jana Ludwika Popławskiego”. Niestety, projekt ten został odrzucony głosami postkomunistów.
Przypisy:
1 T. Kulak, Wstęp /w:/ J. L. Popławski, Wybór pism, wybór, wstęp i opracowanie T. Kulak, Wrocław 1998, s. 16.
2 Roman Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa t. I, Warszawa 1988, ss. 51-52.
3 Biografia Popławskiego głównie na podstawie książek: T. Kulak, Jan Ludwik Popławski 1854-1908. Biografia polityczna t. 1 i 2, Wrocław 1989; E. Maj, Jan Ludwik Popławski. Poglądy i działalność polityczna, Lublin 1991.
4 J. Żurawicka, Zespół redakcji „Głosu” (1886-1894), „Roczniki Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego” 1962, t. 1.
5 E. Paszkowski, Podniebie. Z kroniki czwartego piętra, Lwów 1901.
6 Roman Dmowski, Popławski i młodzież jego czasów, „Akademik” nr 8-9, 1923.
7 J. L. Popławski, Podwójna polityka /w:/ Tenże, Wybór…, s. 142.
8 Tenże, Demokratyzacja zasad /w:/ Tenże, Wybór…, ss. 19-21.
9 Tenże, Z kraju, „Głos” nr 23, 1887.
10 Tenże, Łamańce oportunistyczne, „Głos” nr 33, 1888.
11 Tenże, Lud i naród /w:/ Tenże, Wybór…, s. 50.
12 Tenże, Interesy ludu i polityka narodowa /w:/ Tenże, Wybór…, s. 74.
13 Tenże, Obniżenie ideałów /w:/ Tenże, Wybór…, s. 28.
14 Tenże, Wielkie i małe idee /w:/ Tenże, Wybór…, s. 31.
15 R. Dmowski, Polityka…, s. 64.
16 J. L. Popławski, Środki obrony /w:/ Tenże, Wybór…, s. 45.
17 Ibid., ss. 33-42.
18 Tenże, Polityka polska w zaborze pruskim /w:/ Tenże, Wybór…, s. 86.
19 Z. Wasilewski, Na widowni, „Myśl Narodowa” nr 15, 1933.
20 J. L. Popławski, Organizacja sił narodowych /w:/ Tenże, Wybór…, s. 117.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Konrad Sieniewicz w swoich wspomnieniach dotyczących Jana Hoppego pisał, iż był on przede wszystkim patriotą i całe swe życie, swą pracę i swe myśli oddał służbie Polsce /…/. Był żarliwym wyznawcą zasad chrześcijaństwa. Swym prywatnym i organizacyjnym czy politycznym życiem świadczył o niezmienności i jedności chrześcijańskiej etyki. Był gorącym demokratą, który szanował poglądy i opinie innych i który nigdy swego zdania nie narzucając umiał przekonywać. W każdym człowieku widział towarzysza pracy lub towarzysza dyskusji, dyskusji zorganizowanej, wiodącej do uzgodnień, a potem do realizacji. /…/ Był niezrównanym nauczycielem i wychowawcą politycznym, promieniując szeroko swym umysłem i sercem. Dawał przykład swoją postawą, zapalając do pracy i do czynu entuzjazmem i porywającym słowem. Był przyjacielem oddanym i wiernym, gotowym do ofiar i samowyrzeczenia, gdy zachodziła potrzeba był surowy w krytyce, ale zawsze pełny taktu i serdeczności; można było na nim bezwzględnie polegać1.
***
Jan Władysław Hoppe urodził się 27 grudnia 1902 r. w Skierniewicach. W czasach szkolnych angażował się mocno w działalność harcerską. W latach I wojny światowej został ewakuowany do Rosji, wrócił do kraju w 1918 r. i rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W 1920 r. wziął udział jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej.
Po wojnie mocno zaangażował się w działalność związków zawodowych. Pełnił funkcję wiceprzewodniczącego Rady Okręgowej Związku Zawodowego Pracowników Umysłowych, a następnie sekretarza centrali tej organizacji. W 1928 r. został redaktorem naczelnym pisma „Pracownik”. W tych właśnie środowiskach tworzą się zalążki grupy „Jutro Pracy”, tam poznaje jej późniejszych znaczących członków.
W 1930 r. powstał tygodnik „Jutro Pracy”, wokół którego narodziło się wkrótce środowisko polityczne – jego czołowymi postaciami byli Wacław Budzyński, Julian Dudziński, Zbigniew Madeyski czy Brunon Sikorski. Pismo początkowo zajmowało się przede wszystkim tematyką pracowniczą i związkową, będąc organem Unii Związków Zawodowych Pracowników Umysłowych. Stopniowo jednak rozszerzało zakres tematyczny, podejmując problemy z zakresu polityki państwowej, kultury i życia narodowego.
W 1932 r. Hoppe został sekretarzem Rady Naczelnej Organizacji Pracy Obywatelskiej Młodzieży „Straż Przednia”, powołanej z inicjatywy Adama Skwarczyńskiego. Jej celem było powstrzymanie rosnących wpływów ruchu narodowego wśród młodzieży szkół średnich, jej konsolidacja w duchu „wychowania państwowego” oraz przygotowanie do udziału w akademickiej organizacji „Legion Młodych”2. Idee głoszone przez „Jutro Pracy” znalazły uznanie jednej z czołowych postaci obozu sanacyjnego – Walerego Sławka, pełniącego funkcję prezesa Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR). Hoppe został nawet osobistym sekretarzem pułkownika oraz kierownikiem referatu społecznego BBWR. Dzięki jego poparciu, w wyborach z 1935 r. grupa „Jutro Pracy” wprowadziła do Sejmu 16 posłów. W latach 1935-38 Hoppe pełnił mandat poselski, sprawując przy tym eksponowane funkcje sekretarza Prezydium Sejmu oraz Komisji Prawniczej. Jak wspominał Karol Popiel, wśród sześciu okręgów wyborczych, na które podzielono Warszawę /…/ w okręgu najbardziej robotniczym, obejmującym Wolę z przyległymi dzielnicami, liczba głosujących była nieporównanie wyższa niż w innych okręgach, w których przeważali wyborcy z kół inteligencji i mieszczaństwa. Po bliższym zbadaniu tego bądź co bądź niezwykłego zjawiska okazało się, że ta rekordowa frekwencja była rezultatem kampanii wyborczej, prowadzonej przez kandydata, którym był… Jan Hoppe3.
W 1937 r. na zaproszenie płk. Adama Koca, Hoppe podjął rozmowy w sprawie wejścia grupy „Jutra Pracy” do nowo powstałego Obozu Zjednoczenia Narodowego (Ozon). Jak pisał: Po długich rozważaniach „za i przeciw” postanowiono całej grupy formalnie nie angażować, a mnie zlecono podjąć próbę współpracy. Może w ten sposób uda się choć w pewnym stopniu hamować nadmierne apetyty wielu rozpolitykowanych wojskowych, wyznawców metod twardej ręki4. Hoppe został sekretarzem Sektora Miejskiego oraz członkiem Rady Naczelnej Ozonu – jak pisał, aby całkowicie się nie zaprzedać i nie uzależnić, zrezygnował z proponowanego wynagrodzenia. Przynależność do Obozu nie była jednak zbyt długa i owocna, od początku Hoppego cechował duży krytycyzm wobec tego tworu. Przekonanie to gwałtownie pogłębiło się wraz z czynionymi obserwacjami dotyczącymi jego ewolucji ideowej i organizacyjnej.
W związku z tym w 1938 r. wystąpił z Ozonu, co rozpoczęło represje i szykany wobec tygodnika i środowiska skupionego wokół niego. Obejmowało to m.in. częstą konfiskatę numerów pisma, utrudnianie kolportażu, wyrzucenie starego legionisty dr. Zbigniewa Madeyskiego ze Związku Legionistów, a nawet planowano czynną napaść na Hoppego, która została udaremniona na skutek ostrzeżenia ze strony gen. Jana Jur-Gorzechowskiego, męża Zofii Nałkowskiej5.
Politykę Ozonu nazwał później Hoppe mianem kiczu politycznego, pisząc: Kicz lubi operować świętościami. Twórcy kiczów umieją grać na wielkich uczuciach, wiedzą na przykład, że miłość ojczyzny to samograj niezawodny /…/ Pójdziesz z nami – wołano – zdobędziesz tanim kosztem patent na patriotyzm. Ociągasz się, ważysz – nie kochasz Polski i wodza! /…/ Tu już zaczęła się gra symboli i grzmiących haseł. Buława /…/, „byczo jest” i „ani guzika” – to akcenty tamtych dni, a gorliwi dziennikarze do każdego z nich dorabiali kadzidlane głosy6.
Po rozstaniu z Ozonem, grupa „Jutra Pracy” zaczęła nawiązywać coraz ściślejsze kontakty z opozycją. Prowadzono rozmowy i podejmowano współpracę z różnymi środowiskami politycznymi: ludowcami, Stronnictwem Pracy czy ONR „ABC”. Hoppe propagował w tym okresie swoisty ekumenizm polityczny, wzywając do pojednania wszystkich sił, którym dobro Polski leży na sercu. Nic mi to nie przeszkadza – pisał – że byłeś endekiem czy pepeesowcem. Jeszcze parę lat temu /…/ nie mógłbym z Tobą gadać – zapewne odwróciłbym się plecami i odszedł. Dziś, jeżeli ożywia nas dobra wola zespalania wysiłku i chęć wspólnego poszukiwania rozwiązań – wyciągam dłoń. /…/ Czym byłeś wczoraj? Endekiem? Pepesowcem? Nic mnie to nie obchodzi. Wiem tylko to, że wczoraj byliśmy słabi, a dziś musimy być mocni7.
***
Grupę „Jutra Pracy” i jej lidera trudno jednoznacznie zakwalifikować do którejś ze stron sceny politycznej. Jedni widzą w niej prawicę obozu piłsudczykowskiego, ze względu na deklarowany przez jej członków nacjonalizm oraz mocne akcenty antymasońskie czy krytykę wpływów Żydów w sferze gospodarczej. Inni skłonni są wskazywać na lewicowe komponenty w ich programie, walkę o polepszenie bytu robotników, projekty syndykalistyczne itp. Adam Skwarczyński, będący niekwestionowanym autorytetem dla Hoppego, trafnie, jak się wydaje, podsumował swoiste zawieszenie tego środowiska pomiędzy różnymi obozami politycznymi: …dla marksistów za dużo w was śladów romantyzmu, za dużo chrześcijańskiej miłości bliźniego. Myślę, że kolor krwi nie jest waszą ulubioną barwą. Dla bezkompromisowych klasowców za dużo macie w sobie wyniesionych z harcerstwa, a zaczerpniętych z dawnego arsenału, pojęć. Takie słowa jak służba, honor, obowiązek, niesienie pomocy słabym, to mieszanina słownictwa dawnych formacji społecznych. /…/ wy macie duże skłonności do kompromisów społecznych. Rewolucjoniści nie lubią tych tendencji. Przejęliście od Brzozowskiego, a zwłaszcza od Sorela wiarę w moc legend i mitów, ale sorelowski mit strajku generalnego, jako końcowy akcent działań rewolucyjnych, nie należy do waszego programu. Szukacie półśrodków8.
Najbardziej charakterystycznym jednak elementem programu tego środowiska jest idea „uspołecznienia państwa”, aktywizacji społeczeństwa, które śmiało winno wejść w życie publiczne, przejmując część uprawnień od państwa. Hoppe sam przyznawał, iż z dorobku myślowego piłsudczyków najwięcej interesowała go wciąż nieskrystalizowana, ale zaprzątająca umysły wielu ludzi, koncepcja czy idea uspołecznienia państwa9. Odrzucał on koncepcję państwa jako „stróża nocnego” nie tylko jako szkodliwą, ale przebrzmiałą, nie przystającą do warunków aktualnych10. Z drugiej jednak strony obawiał się nadmiernego rozrostu jego prerogatyw, zbyt dużej etatyzacji wszystkich dziedzin życia, przesadnej jego ingerencji w życie obywateli, wiedząc, że więcej władzy oznacza automatycznie mniej społeczności i wewnętrznego życia.
Zdawał sobie sprawę, że jeśli wspólnota będzie nakładać na swych członków stale rosnące zobowiązania, wówczas zacznie obumierać ich autonomia, a wspólnotowe więzi osłabną, bowiem powinności społeczne zamienią się w przykre, narzucane z zewnątrz obowiązki. I odwrotnie: nadmierny wzrost sił odśrodkowych powoduje poważny uszczerbek wspólnoty, ale i zmniejszenie autonomii pojedynczych osób, zależnych od tejże wspólnoty w sferze zaspokojenia podstawowych potrzeb. Jak pisał Hoppe, „stróż nocny” rozrósł się, zbogacił i zagospodarował. Widzimy dalej, że ten „stróż” coraz silniej zaczyna wkraczać w ramy życia zbiorowego. Zaczyna wychowywać i pouczać, zaczyna sam gospodarować, regulować przez swe organa stosunki na rynku pracy, kontrolować życie gospodarcze, budować porty, okręty, drogi i fabryki. /…/ Masy ludzkie – obywatele, też zmieniają swój charakter. Na miejsce dawnych, niezależnych przedsiębiorców, kupców i rzemieślników widzimy coraz liczniejsze szeregi pracowników najemnych, robotników i urzędników. /…/ Dotychczasowa zasada nieograniczonej wolnej konkurencji zaczyna być rewidowana i poddawana krytyce, gdyż życie gospodarcze doszło do takiego stanu komplikacji, gdzie kryterium interesu jednostki nie daje gwarancji rozwiązania nagromadzonych trudności. Na pytanie: obywatele czy poddani? – odpowiadał zdecydowanie – obywatele11. Już po wojnie pisał, iż obywatelskość i samorządność – to podstawowe cechy naszej społecznej kultury. Prawo na pewno musi zawierać elementy przymusu, ale polski model współżycia – to dobrowolność plus przymus12.
Zauważał Hoppe, iż społeczeństwo staje się coraz bardziej znaczącym czynnikiem w życiu publicznym i pragnął, aby ten proces nabrał jeszcze większej dynamiki. Stojąc na gruncie zasady subsydiarności państwa, podkreślał, iż społeczeństwo domaga się coraz mocniej oficjalnego miejsca w konstrukcji państwa, chce być jego organiczną i uznaną częścią składową, spełniającą szereg przekazanych mu funkcji. Tak, jak kiedyś jednostka chciała ograniczać uprawnienia państwa, tak teraz organizujące się społeczeństwo walczy o nowe zadania i prace, pragnie przejmować szereg uprawnień, dąży do wyodrębnienia pewnych dziedzin życia, na których zamierza pod nadzorem władz państwowych samodzielnie gospodarować13.
Warto wspomnieć, iż Hoppe nie stworzył żadnego całościowego i szczegółowego programu reform społeczno-gospodarczych. Pisał, iż nie ma zamiaru wskazywać nowych form ustroju gospodarczego, nie chcąc naśladować tych wszystkich, którzy w kawiarniach, salonach i na wiecach lekkomyślnie konstruują formy przyszłości i wypisują recepty na dzisiejsze choroby życia publicznego14. Cechowała go mająca wręcz konserwatywny rys wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o budowanie sztucznych, gotowych koncepcji czy programów. Nie wierzył w możliwość ich mechanicznego wdrożenia bez przemian na płaszczyźnie psychicznej, bez zmian oddolnych i spontanicznych.
Pozbawiony był też złudzeń co do tego, że społeczeństwo obywatelskie można stworzyć ad hoc za pomocą odgórnego dekretu. W jednej z jego prac czytamy: to musi być rezultat ciężkiej i systematycznej pracy zwartych gromad i zespołów, pracy zharmonizowanej z głoszonymi hasłami, pracy i trybu życia, opartego o przymus praktykowania zasad, pracy, w której pełne nastawienie woli i energii będzie zwrócone w kierunku realizacji idei. Drogi do istotnego uzdrowienia są proste: redukcja blagi – więcej prostoty – podobnie jak w sztuce, jak w architekturze, jak w obyczajach więcej prawdy, ale blagi nie niszczy się suchą formą przepisu – dekretem, dlatego nie przywiązujmy tak wielkiej wagi do spraw formalnych, do form ustrojowych, do programów. Pracę tę należy rozpoczynać z innego końca, od dołu, od podstaw15. Uspołecznienie państwa to – jak podkreślał – ciężka praca, przejęcie niektórych funkcji od państwa wiąże się z nowymi zadaniami i obowiązkami. Ten zatem, kto głosi tego rodzaju ideały, niech na pierwszym miejscu stawia twardą szkołę nowych obowiązków, pracy i odpowiedzialności, a w drugim rzędzie dopiero niech myśli o rozbudowie uprawnień16.
***
Główna idea, jaka mu przyświecała zwłaszcza w drugiej połowie lat 30., to Polska i jej dobro. Przeczuwając zbliżającą się katastrofę, wzywał wszystkie patriotycznie nastawione siły polityczne do zdecydowanego działania na rzecz wzmocnienia kraju. Stąd też jego coraz mocniej deklarowany nacjonalizm. Zdawał sobie sprawę z geopolitycznego położenia Polski i rozumiał, że jeśli chcemy mieć jakiekolwiek szanse przeciwstawienia się sąsiadującym z nami państwom totalnym, to musimy wypracować własną doktrynę, która zdołałaby wzmocnić potęgę narodową, uwolnić drzemiącą energię, zogniskować wszystkie siły społeczne na wspólnych zadaniach i celach. Wzdragał się jednak przed kopiowaniem wzorów obcych, zwłaszcza tych totalitarnych. Z pesymizmem konstatował co prawda, iż zapewne i nas moda na totalizm nie ominie, gdyż „prawa wojny są totalne”, jednak apelował aby odrzucić to słowo, będące dobrą glebą dla przeróżnych hitlerkowatych pomysłów o zamachach, przewrotach, wstrząsach, a zastąpić je terminem „polska myśl żołnierska”17.
W pracy z 1937 r. Hoppe, sam przecież będący admiratorem Sorela, pisał: Towarzysze soreliści i socjaldemokraci, jesteście we mgle, w takich razach znacznie praktyczniej jest patrzyć na ziemię, aniżeli w słońce. Bardzo to niebezpieczna i zwodnicza metoda ulokować cały kapitał swego entuzjazmu i umiłowań w jakiejś, choćby najbardziej czcigodnej, ale do warunków własnej ojczyzny niedopasowanej teorii. Jest to metoda studencka – dobra dla peleryniarzy, ale nie dla odrodzonych Polaków, których los postawił w roli strażników kraju z natury bezbronnego. Jeżeli słowo naród jest dla was czymś żywym, jeżeli okrzyk „proletariusze wszystkich krajów łączcie się!” nie zamroczył was doszczętnie, to zostawcie w spokoju mit strajku generalnego, weźcie się lepiej do studiów nad historią Sparty – to pewno będzie dla Polski pożyteczniejsze18. Wzywał: Zróbmy wielkie święto palenia. Na oczach narodu spalmy kukły sanacji, endecji, PPS, Partii Pracy itp. i wprowadźmy na tron symbol zjednoczenia. Rozpuśćmy na kraj wici – niech popłynie gromkie wołanie o wspólny wielki, nowy front narodu polskiego. /…/ Własność, praca, drobny warsztat, rodzina, bez marksizmów, bez materializmów. Kultura musi być polską kulturą. Wyprzedaż starych zabawek – antykwariusze smutnej przeszłości do dymisji19.
***
Okres okupacji to dla Hoppego przede wszystkim czas ożywionej działalności w konspiracyjnej organizacji Unia. Do jej narodzin doszło w wyniku połączenia kilku mniejszych inicjatyw wiosną 1940 r. Główny trzon ugrupowania stanowiły trzy podziemne grupy: Warszawianka, Grunwald i Nowa Polska. Pierwsza z nich założona została już 6 października 1939 r. w środowisku związanym z osobą prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Inicjatorami jej powołania były właśnie osoby wywodzące się z przedwojennego „Jutra Pracy”: Jan Hoppe, Cyprian Odorkiewicz, Henryk Pawłowicz i Bronisław Chajęcki. Hoppe obok Jerzego Brauna, Kazimierza Studentowicza czy Stanisława Bukowskiego należał do czołowych postaci tej organizacji. W czasach, gdy hitlerowskie hordy okupowały Polskę, a hordy bolszewickie szykowały się by nas „wyzwolić”, kiedy – jak pisze Hoppe – na ulicach płynęła krew, a niestety i alkohol, w melinach „Unii” kipiała i burzyła się myśl20, tworzono fantastyczne projekty uniwersalnej reformy moralno-politycznej świata poprzez odnowienie wszystkiego w Chrystusie, stosując się do maksymy Norwida, iż „równocześnie do powstania mieczem, trzeba powstania siłą myśli”.
13 lutego 1943 r. doszło do połączenia Unii ze Stronnictwem Pracy. Jak podkreślał Hoppe: Unioniści weszli do Stronnictwa Pracy, ale nie zmienili swej postawy myślowej i nadal pozostawali unionistami, bo formy nie mogą zmieniać tego, co jest znacznie silniejsze, co się narodziło w innym duchowym laboratorium21. Co więcej, unioniści nie tylko nie zrezygnowali z wypracowanych przez siebie koncepcji, lecz potrafili je zaszczepić Stronnictwu, a tym samym zdominować je ideologicznie. Hoppe pełnił również od 1943 r. funkcję redaktora naczelnego oficjalnego organu prasowego Stronnictwa Pracy, jakim było pismo „Reforma”, był także przewodniczącym komisji koordynującej działalność wydawniczą ugrupowania22.
W marcu 1945 r. został aresztowany przez NKWD podczas spotkania w Brwinowie z przewodniczącym krajowego Stronnictwa Narodowego, Aleksandrem Zwierzyńskim, na którym próbowano uzgodnić wspólną taktykę w zaistniałej sytuacji. Zaopatrzony w sfałszowane dokumenty na nazwisko Jan Chmielewski, został wywieziony na początku kwietnia do Swierdłowska23. W ZSRR przebywał do 1947 r., wrócił schorowany, jednak władza komunistyczna nie zapomniała o nim. W lutym 1949 r. został aresztowany, a następnie skazany w procesie działaczy Stronnictwa Pracy na karę dożywotniego więzienia. Jerzy Braun, który zetknął się w jednej celi z Hoppem w 1953 r., pisał, że cechą tego już poważnie schorowanego po pobycie na Syberii człowieka był niczym nie zmącony spokój i stoicyzm w znoszeniu przeciwności losu. U ludzi małego wzrostu – a Hoppe miał wzrost i wygląd niemal chłopięcy – zaznacza się nieraz dążność do rekompensaty i górowania nad otoczeniem władzą, wolą, samokontrolą, niezłomnością charakteru. W Hoppem wyczuwało się ciągłą dbałość o „zachowanie twarzy”, o powagę postawy i decyzji, odpowiedzialność za słowa i czyny, by żaden jego postępek, żadna wypowiedź nie kolidowała z wypracowanym w sobie ideałem człowieka, przywódcy i działacza społecznego. /…/ W więzieniu, w ciągłym obcowaniu wzajemnym, w warunkach niezmiernie uciążliwych, wymagających opanowania i wielu wyrzeczeń, wychodzą na jaw wszystkie ujemne i pozytywne cechy charakterów. /…/ Nic nie da się ukryć i zakamuflować. Odebrane są wszystkie akcesoria władzy, posiadania, stanowiska, piastowanego urzędu. /…/ W takim klimacie duchowym i scenerii „zachować twarz” i zdobyć autorytet jest niesłychanie trudno. Autorytet ten zdobywał Hoppe gdziekolwiek się zjawił, zarówno wśród ludzi wybitnych, olśnionych jego logiką, jasnością ocen, etyczną nieskazitelnością, jak i wśród maluczkich, nawet prawdziwych bandytów i złodziei. Był nie tylko podziwiany i szanowany, lecz i kochany. Jego talent wychowawcy, kierownika dusz ludzkich, wypróbowany już w harcerstwie, zjednywał mu szczególnie młodych, którzy jeszcze po wyjściu z więzienia lgnęli do niego jak do ojca, uważali go za swój drogowskaz i wzór życiowy24.
W 1956 r. opuścił więzienie. Lekarze zalecili mu zmianę klimatu na łagodniejszy w miesiącach zimowych. Starania o zezwolenie na wyjazd do Włoch w celu podreperowania zdrowia zakończyły się sukcesem. Obserwując z bliska na Zachodzie politykę prowadzoną przez niektóre środowiska emigracyjne wobec kraju, a w zasadzie społeczeństwa polskiego, stawał się wobec niej coraz bardziej krytyczny. Karol Popiel pisał, iż odgradzanie się, bojkotowanie zwykłych ludzkich stosunków między emigracją a społeczeństwem w kraju, wszystkie te przejawy emigracyjnej niezłomności były dla niego /…/ świadomym kopaniem przepaści pomiędzy synami jednej ojczyzny i budowaniem pomiędzy nimi jakiegoś niesamowitego „chińskiego muru”. I to w sytuacji, gdy tylko zacieśnienie stosunków między społecznością emigracyjną a macierzą mogło skutecznie hamować proces utraty dla polskości młodych pokoleń25.
Władze jednak postanowiły nie dać mu o sobie zapomnieć. Jesienią 1967 r. zażądano od niego wysłania do trzech wybranych osobistości w Rzymie listu, w którym poddałby krytyce postawę Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Hoppe nie przystał na to, co zaowocowało wstrzymaniem paszportu. Odmowę tę powtórzono w roku następnym, co prawda po odwołaniach uzyskał w końcu zgodę na wyjazd, ale było już za późno. Wiadomość o tym przyszła do niego bowiem 17 lutego 1969 r., w przeddzień śmierci26.
Ciężka praca, a nie blaga czy gra; służba zamiast interesu; czyn, a nie hasła; świadomy obywatel w miejsce poddanego; konkret zamiast frazesu – to idee, które przez całe życie przyświecały Hoppemu w pracy społecznej, politycznej czy pisarskiej. Jego zdaniem, stanowiły one kluczowe elementy życia publicznego, od których zależeć miało powstanie, jak dziś zwykło się mówić, „społeczeństwa obywatelskiego”.
Przypisy:
1 K. Sieniewicz, Jan – pragmatyk /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, Człowiek ze spiżu, Wrocław 1987, ss. 71-72.
2 M. Grzybowska, Adam Skwarczyński jako ideolog obozu sanacji. Koncepcje publiczno-ustrojowe, Kraków-Kielce 1997, ss. 168-169.
3 K. Popiel, Droga ideowego piłsudczyka /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, op. cit., s. 12.
4 J. Hoppe, Wspomnienia, przyczynki, refleksje, Londyn 1972, s. 190.
5 Ibid., s. 223.
6 Ibid., ss. 227-228.
7 J. Hoppe, Wierzyłem (Artykuły), Warszawa 1938, ss. 12, 14.
8 Idem, Wspomnienia…, ss. 32-33.
9 Ibid., s. 136.
10 Myśl społeczna. Gawędy i wykłady, oprac. J. Hoppe, Warszawa 1933, ss. 30-32.
11 Ibid., s. 36.
12 Idem, Wspomnienia…, s. 260.
13 Myśl społeczna…, ss. 41-42.
14 Ibid., s. 32.
15 Ibid., s. 59.
16 J. Hoppe, Adam Skwarczyński. Myśli o związkach zawodowych, Warszawa 1934, s. 30.
17 J. Hoppe, Wierzyłem…, s. 11.
18 Idem, Mozaika robotnicza (Artykuły), Warszawa 1937, ss. 42-43.
19 Idem, Wierzyłem…, ss. 51, 53.
20 Idem, Wspomnienia…, s. 289.
21 Ibid., s. 341.
22 K. Sieniewicz, op. cit., ss. 86-87.
23 Ibid., s. 104.
24 J. Braun, Jan Hoppe – polityk w służbie idei /w:/ J. Braun, K. Popiel, K. Sieniewicz, op. cit., ss. 213-214.
25 K. Popiel, op. cit., s. 34.
26 Ibid., s. 31.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Nigdy nie uwierzę, żeby rozdawnictwo ciepłej zupy zmarzniętym, kula w łeb tyranowi, kolonie wakacyjne dla dzieci, jasne mieszkanie dla biednych, organizacja minimum utrzymania dla każdego, kto się w społeczeństwie urodził i chce w nim żyć, nawet opieka nad zwierzętami, żeby to były rzeczy w oczach Pana Boga mniej ważne i mniej warte niż uniesienie św. Teresy i jej ucznia św. Jana – deklarował Karol Ludwik Koniński1.
O nim samym natomiast, ponad czterdzieści lat temu, Bronisław Mamoń, niestrudzony popularyzator spuścizny Konińskiego, pisał: …to pisarz niezwykły, nie mający swoich poprzedników oraz następców w literaturze polskiej, z rodziny wielkich gwałtowników chrześcijańskich: Pawłów i Orygenesów, Pascalów i Newmanów, Kierkegaardów i Mounierów. W dwudziestoleciu międzywojennym zajmujący ważną i bardzo własną pozycję w życiu intelektualnym – Irzykowski zaliczał go do pierwszej dziesiątki publicystów – dziś prawie nieznany przez szerokie kręgi czytelników, wyłączony z żywego obiegu kulturowego, czekający wciąż na odkrycie i „zaszeregowanie” w historii myśli polskiej, odpowiednie jego randze2. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o recepcję jego niezwykle bogatej twórczości. Nawet gdy mamy do czynienia z pewnymi symptomami świadczącymi o odkrywaniu Konińskiego w ostatnich latach, to przede wszystkim jako krytyka literackiego, popularyzatora kultury ludowej oraz pisarza religijnego3, mniej natomiast znany jest jako myśliciel społeczny i polityczny4.
***
W jednym ze swoich niedokończonych pamiętników Koniński zanotował: Urodziłem się 1. XI [1]891 we Lwowie; musiało to być w nocy, gdyż matka moja mówiła mi z naiwną dumą żem od razu patrzył na lampę: chętnie bym stwierdził mój horoskop, choć astrologia wydaje mi się nonsensem: nieraz myślę o tym, że dzień umarłych, w którym przyszedłem na świat, położył się cieniem swoim na całym moim życiu5.

CC BY-NC-SA Rob Ireton, http://www.flickr.com/photos/aoisakana/483863069/
Szkołę elementarną Karol wraz z rodzeństwem przerabiał w domu. Gdy jego rodzina przeprowadziła się do Krakowa, tamże ukończył szkołę średnią i rozpoczął w 1911 r. studia. Uczęszczał głównie na zajęcia z historii i literatury. W owym czasie zwrócił się w kierunku nacjonalizmu, czytał pisma Dmowskiego, Balickiego, Popławskiego.
Odkrył jednak wówczas także twórczość Stanisława Brzozowskiego i Karola Irzykowskiego, dwóch osób, które kto wie, czy nie w największym stopniu odcisnęły piętno na jego twórczości.
Jeszcze jako student podjął pracę w krakowskim magistracie, a jesienią 1916 r. został wcielony do 16. pułku strzelców. Służba wojskowa zaważyła na jego całym późniejszym życiu – wiosną 1917 r. zachorował na zapalenie płuc, złe warunki w wojsku i nieprawidłowe leczenie powodują w późniejszym czasie nawroty choroby oraz kilkumiesięczny pobyt w szpitalu, a wreszcie gruźlicę kręgosłupa. W 1918 r. polska komisja zwalnia go z wojska jako osobę o stuprocentowej niezdolności zawodowej, od 1919 r. przechodzi zaś na rentę inwalidzką.
W tamtym czasie Koniński coraz śmielej włącza się w życie intelektualne Krakowa, nawiązuje kontakt z „Głosem Narodu”, na łamach którego publikuje swoje teksty, wkrótce podejmuje współpracę z kolejnymi periodykami, jak „Przegląd Warszawski”, „Przegląd Współczesny”, „Przegląd Wszechpolski”, „Myśl Narodowa” czy „Trybuna Narodu”. Na ich łamach zaczynają się krystalizować zręby jego publicystyki, ześrodkowanej wokół zagadnień narodowych, literackich i religijnych. W 1929 r. ze względu na stan zdrowia przeprowadza się z Krakowa do Zakopanego, gdzie nawiązuje kontakty m.in. z Marią Kasprowiczową i Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, które przerodzą się w trwałe przyjaźnie.
W latach 30. jego związki z obozem narodowym rozluźniają się, Koniński coraz bardziej zniesmaczony jest nasilaniem się antysemickich akcentów w publicystyce narodowców. Jego zdaniem, tego typu działalność powoduje, że uwaga społeczeństwa skierowana zostaje na Żydów, zamiast na poczynania Niemców, będących rzeczywistym, ogromnym zagrożeniem. Postrzegał to nawet jako zakamuflowaną formę dywersji, mającej na celu moralne rozbrojenie polskiego narodu. Wyrazem niechęci do tego rodzaju postaw i działań był chociażby artykuł, w którym bezpardonowo zaatakował Adolfa Nowaczyńskiego6. W związku z tym coraz mniej publikuje w pismach endecji, nawiązuje natomiast kontakt z „Gazetą Literacką”, a następnie pismem „Zet” Jerzego Brauna, „Prosto z mostu” i „Marchołtem” Stefana Kołaczkowskiego, a wreszcie pod koniec lat 30. ze związanymi z Frontem Morges, a później Stronnictwem Pracy periodykami „Polonia”, „Odnowa” czy „Zwrot”. W 1938 r. wstępuje w szeregi Stronnictwa Pracy.
Mimo poważnej choroby realizuje się również jako działacz społeczny. W 1937 r. razem Jerzym Płomieńskim oraz S. I. Witkiewiczem organizują letnie kursy naukowo-literackie w Zakopanem, które w zamierzeniu miały się przerodzić w uniwersytet wakacyjny. W 1938 r. program kursów obejmował 40 odczytów wygłaszanych pomiędzy 11 VII a 1 VIII w sali hotelu „Morskie Oko”, w gronie prelegentów obok Konińskiego i Witkiewicza znajdowali się m.in. Roman Ingarden, Karol Irzykowski i Leon Chwistek. Wkrótce zaś wraz z Marią Kasprowiczową podejmuje działania mające na celu utworzenie Uniwersytetu Wiejskiego im. Jana Kasprowicza na Harendzie, prace nad wdrożeniem tego pomysłu przerwała jednak wojna. W 1938 r. wydaje natomiast dwutomową antologię pt. „Pisarze ludowi. Wybór pism i studium o literaturze ludowej”, której poświęcił wiele lat życia. Zawierała ona fragmenty pamiętników nie tylko chłopów, ale także bezrobotnych oraz amatorską poezję, prozę, dramaty i publicystykę.
W lutym 1939 r. Koniński wyjeżdża do sanatorium w Lanckoronie, gdzie zastaje go wojna. Tam powstaje dziennik „Wojna” oraz jego najdojrzalsze, obok późniejszego „Nox atra”, dzieła z gatunku medytacji religijnych – „Ex labiryntho” i „Uwagi”. Prace te, jak pisał Konrad Górski, to …rodzaj intymnego dziennika, odtwarzającego różne etapy zmagań wewnętrznych o zdobycie pewności prawd religijno-moralnych i filozoficznych, które by uregulowały wewnętrzny stosunek autora do Boga i świata7. Bieda, postępująca choroba, poczucie bezsensu, oderwanie od rzeczywistości, brak książek, towarzystwa i miejsca do pracy dają mu się mocno we znaki, pogrążając go w coraz większej rozpaczy: Gdybym mógł ludziom pomagać, pomagałbym, gdybym mógł pracować i walczyć, pracowałbym i walczył; ale ani ludziom pomagać, ani pracować i walczyć nie mam sposobności ani możliwości […]. Po co właściwie żyć? Na co czekać? Jaki obowiązek mnie łączy z tą ziemią smutku? Nie pomogę nikomu, nikomu nie kupię mleka i chleba, kto głoduje8.
Pod koniec 1940 r. Konińscy przenoszą się rodzinnego domu żony w Rudawie k. Krakowa. Tam powstają m.in. dwie rozprawy dotyczące tematów społecznych – „Gospodyn” i „Humanizacja własności”. Umiera 23 marca 1943 r. w związku ze zwyrodnieniem nerek na tle gruźliczym.
***
Bronisław Mamoń dzieli publicystykę polityczną Konińskiego na dwa okresy. Pierwszy obejmuje lata 1926-1935 i wiąże się z oddziaływaniem ideologii endecji, drugi natomiast lata 1937-1939 i związany jest ze zbliżeniem do Frontu Morges i Stronnictwa Pracy. Oczywiście podział tego rodzaju jest umowny, trudno bowiem dostrzec jakąś radykalną woltę w myśli samego Konińskiego. Co najwyżej mamy do czynienia z narastającym krytycyzmem pod adresem obozu narodowego i zmianą zainteresowań, jednak ta następowała bardziej ewolucyjnie. Poza tym trochę na wyrost Koniński bywa niekiedy klasyfikowany jako przedstawiciel nacjonalizmu integralnego spod znaku obozu narodowego. Owszem, współpracował z pismami narodowymi, określał się mianem nacjonalisty, jednak ciężko go zaliczyć w poczet teoretyków endeckich. Jego wersja nacjonalizmu zawsze różniła się od propagowanej w obozie narodowym, np. brak było w niej choćby śladów antysemityzmu; zajmował tam niewątpliwie własne, odrębne miejsce9. Jak pisał już w późniejszym okresie, odnosząc się do swego skomplikowanego i bogatego drzewa genealogicznego, obfitującego w przodków różnych stanów i narodowości: Czuję się Polakiem zrośniętym fanatycznie z tą ziemią i tym narodem. Tylko jak widzę czasami polskie niedołęstwo, myślę o sobie, że jestem trochę kalwinem szwajcarskim, trochę Niemiaszkiem, trochę arystokratą francuskim10.
Stałym punktem publicystyki politycznej Konińskiego jest duży krytycyzm wobec sanacji i wprowadzonych przez nią metod rządzenia, obniżenia standardów moralnych w polityce, nepotyzmu i serwilizmu; przewrotu majowego (który oceniał jako zbrodnię), cenzury, Brześcia i Berezy. W 1938 r. na łamach „Zwrotu” pisał, iż patrząc na …tę obojętność, bezsilność, martwotę, na ten przy tym nasz polski blichtr i polor, beztroskę, dobry humor, parady, ambasady, biesiady, luksusy, limuzyny, fraki, ordery, bubki, zgrzybiałość, elegancję, dystynkcję, mocarstwowość, pawiość, papużenie się, słowem całe to polskie pozoróbstwo, to nam się zmarszczki robią na czole, zdaje się nam niekiedy, że jesteśmy Naród-Jesień, i że skrawe kolory to jest załgana purpura i zgniłe złoto uwiądu…11 Konsekwentnie przez lata uważał, że największe niebezpieczeństwo dla Polski stanowią Niemcy i zarzucał sanacji nie tylko niezrozumienie tego, ale wręcz umizgi wobec Hitlera. Wyrażał przekonanie, że nazizm stanowi nową niemiecką wiarę, opartą na „micie krwi”, przeciwstawiał się postrzeganiu go jako kierunku ideowego narzuconego od góry narodowi niemieckiemu przez garstkę ideologów – zwracał uwagę na jego mocne zakorzenienie w społeczeństwie, masowy charakter i niebezpieczeństwa stąd płynące. Wreszcie zaś konstatował, nie bez pewnej dozy profetyzmu, iż nazizm może niejako utorować drogę komunizmowi, gdyż dla narodów podporządkowanych przez Niemcy w pewnym momencie „marzeniem stałby się komunizm”. Stąd akcentował doniosłą cywilizacyjną rolę Polski: W naszej pozycji pomiędzy bolszewizmem a gotującym się do skoku neohakatyzmem niemieckim, dźwigamy na sobie los kultury chrześcijańskiej i humanitarnej12.
Szukając możliwości jakiegoś wyjścia z tej rozpaczliwej sytuacji wysuwał fantastyczne koncepcje Cesarstwa Polskiego pod panowaniem Habsburgów, jednoczącego kraje położone w międzymorzu B.P.A. (Balticus – Pontus – Adria). Koniński uważał, iż jedynie unia dynastyczna pomiędzy Węgrami i Austrią, a następnie Polską, jest w stanie doprowadzić do stworzenia organizmu skupiającego kraje Międzymorza oraz trwałego ośrodka personalnego i dyspozycyjnego, będącego warunkiem funkcjonowania takiego tworu; iż tylko w ten sposób można odciągnąć Austrię, a być może i południową, katolicką niemczyznę, od Niemiec hitlerowskich13. Odrzucał jednak przy tym zdecydowanie ideę europejskiego narodu wysuniętą przez Juliena Bendę. Nie wierzył w jej urzeczywistnienie, ponadto pokusy rozpuszczenia narodów w jednym paneuropejskim tworze, wizje ich niwelacji, uważał za niebezpieczne. Jedna Europa miała się urzeczywistniać nie poprzez destrukcję narodów, ale federacje, bloki państw tworzone z potrzeb geopolitycznych. Nie ma bowiem, jego zdaniem, …wyrzeczenia się narodowego bez nadpsucia się już nie jakiejś specjalnie narodowej, ale ogólnoludzkiej moralności. Tej samej moralności, bez której nie zakwitnie żaden w ogóle ideał14.
***
Pod koniec życia, w latach wojny, Koniński mocniej zainteresował się kwestiami społeczno-gospodarczymi, problemem sprawiedliwego ustroju. Zagadnienia te pojawiały się w jego publicystyce już wcześniej, jednak zazwyczaj marginalnie, natomiast w czasach okupacji pokusił się wręcz o wypracowanie spójnego, przemyślanego programu, który określił mianem socjalizmu chrześcijańskiego, uznając, iż jedynym socjalizmem w pełni humanistycznym, mogącym zagrodzić drogę socjalizmowi materialistycznemu, ustrzec przed przemocą, walką klas, terrorem – może być socjalizm religijny, rozwinięty pod dewizą …Boga, który jest Miłość i który jest Światło15. Pisał o tym, iż szerzy się coraz bardziej przekonanie, że po wojnie będzie musiała zostać ustanowiona jakaś forma socjalizmu, …przez co ja rozumiem, że będzie musiała przyjść sprawiedliwość od władcy, ktokolwiek nim będzie, sprawiedliwość rozdzielcza: nikt za mało, nikt za wiele; nędzarz bezrobotny, robotnik nędzny – próżniaczy bogacz ze swoją kurtyzaną wykwintną, ślubną czy nieślubną – te typy muszą zaniknąć i to nie tylko na skutek kaznodziejstwa i moralistyki, ale na skutek interwencji władzy w życie gospodarcze16.
Koniński zawsze wykazywał dużą wrażliwość na krzywdę społeczną. Już w 1929 r. pisał: Przenieśmy się myślą do któregoś z krajów, gdzie w wieku XIX nastąpił intensywny rozwój wielkiego przemysłu; uprzytomnijmy sobie dolę ówczesnego robotnika; uprzytomnijmy sobie zarazem sytuację moralną w ówczesnych warunkach człowieka na serio chrześcijańskiego. W latach czterdziestych ub. w. rząd angielski przeprowadził po kopalniach ankietę, z której wynika, że dzieci pracowały pod ziemią po 11, 12, 13, 14 godzin na dobę, że pracowały dzieci częstokroć poniżej 5 lat życia, a nawet zdarzało się, że dziecko 3-letnie, cały dzień siedząc pod ziemią, otwierało drzwi i zamykało je za przejeżdżającymi wózkami. I któż wobec takich faktów będzie śmiał jeszcze twierdzić, że nastroje i ruchy rewolucyjne w. XIX są do przypisania wyłącznie spiskom ludzi zaprzysiężonych przeciwko chrześcijaństwu?!17
Od tego czasu, jak konstatuje, wiele zmieniło się na lepsze, jednak ciągle dużo jest do zrobienia. Winą za taki stan rzeczy obarczał w dużej mierze liberalizm, który stworzył współczesnego homo oeconomicusa, kierującego się wyłącznie egoizmem. Nie podzielał też liberalnego optymizmu, że likwidacja ubóstwa i niesprawiedliwości w stosunkach społecznych dokona się automatycznie, za sprawą działania samych mechanizmów rynkowych. Efekty, które przynosi gospodarka liberalna, są bowiem wręcz odwrotne. Są nimi nie tylko powszechne zglajszachtowanie i standaryzacja, co drażniło konserwatywną naturę Konińskiego, ale i coś, co poruszało jego wrażliwość społeczną, czyli olbrzymie kontrasty i rozwarstwienie. We wspomnianym systemie masy, jak pisze, giną …w nędzy ostatniej, gdy tymczasem liberalna gospodarka światowa daje oczom przerażonym zdumiewające widowisko milionów ton owoców, kaszy, zboża, tłuszczu, palonych i niszczonych, aby uniknęły spadku cen, doczekaliśmy się paradoksalnej i bluźnierczej „klęski” gospodarczej, klęski nadprodukcji.
Liberalna teoria mówiąca o samoregulującym się mechanizmie rynkowym, jak konstatował, do pewnego momentu jest prawdziwa, jednak nie uwzględnia …jednego momentu tej naturalnej równowagi, którym jest czas. Zawsze jakiś czas mija, zanim nastąpi automatyczne wyrównanie między konsumpcją a produkcją, jakiś czas, kiedy zawsze jest czegoś gdzieś za dużo, a czegoś za mało; wobec czego, zawsze jest gdzieś jakiś zastój w produkcji i gdzieś jakieś niedomaganie po stronie konsumpcji. Zawsze więc gdzieś jacyś robotnicy są niepotrzebni, a zwłaszcza, gdy maszyna zastępuje człowieka, gdy zarazem podział dochodu społecznego nie jest taki, aby przy wzroście produkcji, ona znalazła w czas odpowiednią sobie konsumpcję; zawsze leżą jakieś nieskonsumowane zapasy a bezrobocie utajone trwa ciągle, od czasu do czasu, nieomal regularnie wybuchając klęską żywiołową. Dodajmy, że znaczna część kapitału produkcyjnego obracana jest na produkcję zbędną, luksusową i pseudoluksusową, nieraz wprost szkodliwą. I dodajmy, że znaczna część kapitałów, która by mogła być pożytecznie produkcyjnie użyta, jest trawiona konsumpcyjnie, często głupio i niezdrowo18.
W związku z tym nawoływał do podjęcia wysiłku w celu ustanowienia ustroju społecznej sprawiedliwości, wskazywał, iż miłosierdzie indywidualne (jałmużna), jak i miłosierdzie indywidualno-społeczne (dobroczynność, fundowanie czy wspieranie przez osoby prywatne instytucji użyteczności publicznej) nie wystarczą, nie są w stanie rozwiązać kwestii społecznej. Oczywiście są potrzebne jako swoiste dopełnienie, ale nie można wszystkiego składać na ich barki, z natury rzeczy nie są one bowiem zdolne poradzić sobie z poważnymi problemami społecznymi. Indywidualna działalność charytatywna, jak podkreślał, im bardziej żarliwa, …tym prędzej uczuje się beznadziejną: kropla w pustyni. Lecz i miłosierdzie indywidualno-społeczne jest niedostatecznym do wyplenienia nędzy, w której tylu się marnuje; np. nie jest w stanie rozwiązać kwestii mieszkaniowej, podjąć się przebudowy miast; lecz przede wszystkim nie jest w stanie zlikwidować głównej plagi społecznej naszych czasów, chronicznego bezrobocia. Nawet heroiczne miłosierdzie indywidualno-społeczne chorobę społeczną, którą nazywa się nędzą mas, leczy objawowo a nie przyczynowo; nie przykłada siekiery do samego korzenia zła. A zatem: Jałmużny? Tak. Fundacje dobroczynne i składki na te fundacje? Tak. Ale obok tego i ponad to polityczny instytucjonalizm w duchu sprawiedliwości społecznej19.
Liczenie jedynie na dobrą wolę i wyrzekanie się przymusowego zinstytucjonalizowania walki z biedą, to dla niego wyraz moralizatorskiego utopizmu, bujanie w obłokach i manifestowanie niewiary w możliwość lepszego urządzenia stosunków w tej sferze. Jałmużna to rzecz dobra, ale – jak podkreśla Koniński – nie po to istnieje nędza, aby służyła bogatym jako okazja do dobrych uczynków. Lepszy od jałmużny jest sprawiedliwy ustrój społeczny, w którym jeśli nawet nie dojdzie do zaniku jej potrzeby, to będziemy mieli do czynienia ze znacznym ograniczeniem konieczności uciekania się do takich form. Wizję tego nowego ustroju Koniński zarysowywał już w latach dwudziestych. W jednym z artykułów odniósł się do niektórych pomysłów Othmara Spanna – łatwo można w nim zauważyć konstatacje i recepty, które później zostaną niejako usystematyzowane w koncepcji socjalizmu chrześcijańskiego. Ideałem indywidualisty jest wolność, uniwersalisty – sprawiedliwość – pisał Koniński – […] Idzie bowiem o to, żeby znieść owo głębokie osamotnienie, w jakim żyjemy, owo nowożytne, atomistyczne rozproszenie społeczne – osamotnienie i rozproszenie w grozie całej występujące zawsze wtedy, gdy człowiek został przez los zwyciężony – osamotnienie i rozproszenie tym potworniejsze, że za tło służy mu cywilizacja, która się zowie „chrześcijańską”. Należy więc wytworzyć naokoło człowieka znacznie gęstszą, tęższą i trwalszą niż obecnie tkań społeczną, która by podtrzymywała go fizycznie i moralnie20.
Chodzi więc w pierwszym rzędzie o ponowne „zakorzenienie” liberalnego człowieka-indywiduum w różnorakich wspólnotach, odwrócenie postępującego procesu erozji więzi międzyludzkich. Ustrój sprawiedliwości społecznej, jak podkreślał, musi też zerwać z liberalną wiarą w zbawienną moc niewidzialnej ręki rynku, nie może obejść się bez pewnej dozy planowania. Koniński pisał wprost o potrzebie gospodarki planowej, choć z jego pism wyłania się raczej obraz czegoś, co moglibyśmy określić, za Czesławem Strzeszewskim, „gospodarką z planem”21. Chodzi bowiem nie o centralne sterowanie i regulowanie całokształtu sfery społeczno-gospodarczej przez państwo, ale o działanie w imię jakiegoś planu, umiarkowany interwencjonizm, powodujący, iż niknie pojęcie własności absolutnej, właściciel traci nieograniczoną swobodę dysponowania nią, następuje lepsza redystrybucja dóbr, zostaje zlikwidowane zjawisko lichwy.
Koniński kładł wyjątkowo mocny nacisk na kwestie związane ze sprawiedliwością rozdzielczą, podziałem dochodu społecznego. Wskazywał na zbyt wielkie skupienie gospodarki liberalnej na produkcji, na przesadną wiarę w to, że wzrost PKB musi się przekładać na poprawę położenia szerokich mas społeczeństwa. Tymczasem nie ma tutaj prostej zależności, a jeśli redystrybucja dochodu społecznego jest wadliwa, to o niczym takim nie można mówić. Równocześnie jednak jawił się jako obrońca instytucji własności, wszelkie próby jej likwidacji, zastąpienia tzw. wspólnym posiadaniem, stanowiły dla niego zamach na ludzką godność. Nieodłącznym składnikiem godności jest bowiem wolność od cudzej ingerencji; nie może być zatem, jak pisał, …wolności bez własności. Albowiem wolność bezczynna jest czczym słowem; każdy zaś czyn w świecie rzeczywistym […] polega czy to na jakimś zmienianiu tych rzeczy, czy przynajmniej na przenoszeniu ich z miejsca na miejsce; czyn więc, a przeto wolność niekłamana, domaga się, abym miał jakieś privatum dominium nad jakimiś rzeczami. Bardziej po prostu powiedziawszy, kto nic nie ma, ten jest niewolnikiem, a kto jest niewolnikiem, ten nie może zachować godności22.
Rodzi się więc problem, w jaki sposób pogodzić postulowaną przez niego potrzebę ograniczania tego prawa własności w niektórych wypadkach, z traktowaniem jej jako warunku zachowania ludzkiej godności. Koniński stwierdza, iż syntezą stanowiska altruistyczno-socjalnego i liberalno-indywidualistycznego jest podejście personalistyczne, wskazujące na prymat osoby nad społecznością, ale jednocześnie podkreślające, że człowiek jest istotą społeczną i w związku z tym winien mieć na uwadze również dobro wspólne, które nie jest tylko liberalną sumą dóbr jednostkowych. W argumentacji w obronie prywatnego posiadania ujawnia się też konserwatywny wymiar sposobu myślenia Konińskiego o rzeczywistości, swoista ostrożność i szacunek dla zastanych instytucji. Jego zdaniem, …wszystko co już istnieje, ma prawo istnieć nadal, o ile jawnym i oczywistym nie jest, że nie powinno istnieć […] na reformatorze spoczywa obowiązek ścisłego i słusznego dowodu, że dany stan bycia nie zasługuje na dalsze trwanie. Niech trwa wszystko, co nie jest jawnie szkodliwe, i niech trwa wszystko co po uleczeniu jeszcze zdolne będzie do życia23.
Przedstawiając wizję ustroju sprawiedliwości społecznej, Koniński zwracał uwagę na konieczność zmian także na innych płaszczyznach, przemian, które stanowią kluczowy warunek powodzenia całego przedsięwzięcia. Poddając krytyce katolicyzm społeczny za pewien pasywizm, stawianie kwestii społecznej na gruncie cnoty miłosierdzia, a nie sprawiedliwości, stwierdzał, iż dalszy rozwój chrześcijańskiego dynamizmu socjalnego, walczącego o zmiany instytucjonalne, wymaga również pewnych przeakcentowań metafizyczno-teologicznych. Im bardziej dynamiczna wizja Boga – pisał – tym żarliwsza i niecierpliwsza religia24. Wołał o teologię twórczości, czynu, która miała zastąpić tę dominującą dotychczas, kontemplatywną; o teologię …akcentującą Boga jako działacza, jako tego, który „dotąd pracuje” […] przy tej akcentuacji teologicznej, praca przestaje być dopustem Bożym, a staje się radosną sprawą człowieka; jego nie tyle obowiązkiem cierpliwej pokory, ile motywem religijno-metafizycznej dumy […] praca jako rodzaj modlitwy – lecz i modlitwa jako rodzaj pracy…25.
Postulował również powstanie i rozwój w Polsce typu człowieka, który określał mianem Gospodyna. Wszelkie reformy i zmiany techniczne na nic się bowiem jego zdaniem nie zdadzą, jeżeli nie dojdzie do przemian mentalnych i jak najszerszego upowszechnienia takiego wzorca osobowego: Gospodyn czyli władca, ale władca dobry, nie typu najezdniczego, lecz typu ojcowskiego […] We władcy typu ojcowskiego koncentrują się i kondensują wartości typu civis, obywatel; każdy czujący się obywatelem Rzeczpospolitej, tę żywiący ambicję, aby być obywatelem rzeczywiście wartościowym, jest zarazem jednym z patres patriae, jednym z dobrych władców, potencjalnym Gospodynem. Demokratyczny ustrój państwa powołuje wszystkich dojrzałych uczestników społeczeństwa do obywatelstwa: a przeto i do władztwa26. Jest to ideał silnego, zdecydowanego człowieka, obywatela działającego na rzecz dobra wspólnego, rozumiejącego i śmiało podejmującego obowiązki, które nań ciążą, mocnego a dobrego, mocnego mimo dobroci, dobrego, mającego do dyspozycji rozkazodawczą siłę woli27.
Nie bał się przy tym głosić niepopularnych opinii, grzmieć, krytykować, prowokować i zmuszać do myślenia jednocześnie. Przykładem mogą być mocne słowa, wskazujące na bezwarunkowość udzielania jałmużny: Wasza gościnność: im kto biedniejszy, tym mniej z nim gościnnie; im kto więcej ma, tym lepiej go przyjmować. Ktoś, kto by biednych przyjmował lepiej niż bogatych, ten byłby wariatem i dziwakiem. Chrystus skandalizuje, dziwaczy, przewraca szablony do góry nogami. Chrystianizm ekscentryczny, oryginalny, paradoksalny, antyfilisterski, mistyczna bohema, profetyzm; walka z faryzeuszami, to nie walka z jakimiś niegodziwcami, ale z wami właśnie porządni, pobożni, sformalizowani, oschli ludzie. […] pamiętam, jak ks. pastor przyjmował biednego włóczęgę z takimi samymi szykanami, na jakie by sobie pozwolił każdy rzymskokatolicki ks. Bezduszek. Filisteria jest międzywyznaniowa.
„Nie dam nic, na pewno na wódkę chcecie”.
„Macie ode mnie na wódkę”.
„Pan demoralizuje człowieka”.
„A czy Pan nigdy wódki nie pije? Ja też piję wódkę, my wszyscy pijemy wódkę, wszyscy, którzy ciepło mieszkamy i dobrze się odżywiamy i tylko biedny, który marznie i głoduje ma się popisywać abstynencją”28.
***
Bronisław Mamoń pisał o Konińskim, iż każdy objaw niesprawiedliwości pogrążał go w cierpieniu, szarpiącym nim nieustannie; że próbował każdej możliwości, aby pomagać drugim, odbierać im część bólu. Świadomość, że nie może zaradzić pewnym rzeczom, pogrążała go w rozpaczy. Koniński, jego zdaniem, nigdy nie chciał zamykać się w kręgu własnego bezpieczeństwa, przeciwnie – żył wiecznymi, niezawinionymi wyrzutami sumienia, że ma co jeść i gdzie mieszkać, podczas gdy inni są głodni, brudni, bez pracy. To pragnienie sprawiedliwości stanowiło główny wektor jego życia i podłoże etyczne dla filozofii przezeń głoszonej29.
Taka charakterystyka przywodzi na myśl Simone Weil. Wydaje się, że można dostrzec wiele podobieństw między tymi dwoma postaciami: zbliżone wyczulenie na krzywdę społeczną, wrażliwość, a nawet nadwrażliwość wynikająca może z uwarunkowań fizycznych, doświadczenia choroby i cierpień z nią związanych, troska o najuboższych, najbardziej poniewieranych, najsłabszych. Pragnienie zmiany, przebudowy świata na bardziej sprawiedliwych zasadach, swoiste zmaganie się z Bogiem, zainteresowanie problematyką teodycealną, stawianie pytań dotyczących sensu cierpienia i zła. Wreszcie zaś specyficzna religijność, mistycyzująca, heterodoksalna, zdaniem niektórych wręcz gnostycka, w każdym razie z pewnością wymykająca się ciągle z bezpiecznych terenów ortodoksji.
Koniński jednak wierzył, iż świat można zmienić, przetworzyć, zbudować ustrój sprawiedliwości; u Weil tej wiary jakby mniej, większa zaś fascynacja pracą i ubóstwem oraz silniejsze położenie akcentu na empatię. Mimo tego ona również pisała, że Ludzie, których jedyną troską jest dobro powszechne, mogą być zdolni – albo niezdolni – zapewnić je swoim współobywatelom. Jest za to absolutnie pewne, że tam, gdzie nikt nie skupia uwagi na dobru ogółu, nie dokona się nic, co by służyło dobru powszechnemu30.
Przypisy:
1 K. L. Koniński, Uwagi 1940-1942, Poznań 1987, s. 55.
2 B. Mamoń, Karol Ludwik Koniński, Kraków 1969, s. 5.
3 Zob. A. Kalbarczyk, U podstaw krytyki. O aksjologii literackiej Karola Ludwika Konińskiego, Lublin 2001; A. Fitas, Głos z labiryntu. O pismach Karola Ludwika Konińskiego, Wrocław 2003.
4 Oprócz wspominanej pracy Mamonia, zagadnieniom tym poświęcono więcej miejsca jedynie w artykule T. Sikorskiego, „Nacjonalizm humanistyczny”, czyli patriotyzm wolny od uprzedzeń w pisarstwie politycznym i krytyce literackiej Karola Ludwika Konińskiego (1891-1943), „Templum Novum” nr 7, 2007/2008.
5 K. L. Koniński, Mój pamiętnik [w:] Idem, Kartki z brulionów, Kraków 2007, s. 28.
6 Idem, O panu Nowaczyńskim i jego frankofobii, „Zwrot” nr 28, 1938.
7 K. Górski, O pismach religijno-filozoficznych Karola Ludwika Konińskiego [w:] K. L. Koniński, Ex labiryntho, Warszawa 1962, s. 5.
8 K. L. Koniński, Wojna [w:] Idem, Kartki…, s. 273.
9 Zob. T. Sikorski, op.cit.
10 K. L. Koniński, Pamiętnik [w:] Idem, Kartki…, s. 26.
11 Idem, Moment, „Zwrot” nr 32, 1938.
12 Idem, Logika swastyki, „Przegląd Powszechny” t. 197, 1933.
13 Idem, Cesarstwo polskie, „Zet” nr 1-2, 1936; Idem, Cesarski pomysł, „Zet” nr 5, 1936. Zob. też Idem, Dyskusja o „Bloku Trzech Mórz”, „Prosto z mostu” nr 32/1939.
14 Idem, Idea narodu europejskiego, „Gazeta Literacka” nr 4, 1934.
15 Idem, Humanizacja własności (chrystianizm, socjalizm, liberalizm) [w:] Idem, Kartki…, s. 107
16 Idem, Uwagi…, s. 82.
17 Idem, Z tęsknot i myśli kryzysu, „Przegląd Współczesny” nr 80, 1928.
18 Idem, Humanizacja własności…, ss. 114-115.
19 Ibid., ss. 110-111.19.
20 Idem, Z tęsknot…, zob. też: Idem, Uniwersalizm całości, „Myśl Narodowa” nr 29, 1934; Idem, Uniwersalizm „dziejowości”, „Myśl Narodowa” nr 31-32, 1934.
21 Zob. Cz. Strzeszewski, Gospodarka planowa czy z planem, „Kultura” nr 13, 1939.
22 K. L. Koniński, Humanizacja własności…, s. 118.
23 Ibid., s. 119.
24 Ibid., s. 101.
25 Ibid., s. 112.
26 Idem, Gospodyn czyli władca. Uwagi o typie przodowniczym trzeciej Polski [w:] Idem, Kartki…, s. 67.
27 Ibid., s. 83.
28 Idem, Uwagi…, s. 81.
29 B. Mamoń, op. cit., s. 41.
30 S. Weil, Myśli, Warszawa 1985, s. 11.
przez dr hab. Rafał Łętocha | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem

CC BY-SA Klapi (http://pl.wikipedia.org/wiki/Wikipedysta:Klapi),
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/cb/Piotr_Wawrzyniak_tablica_%C5%9Arem.jpg
W drugiej połowie XIX w. wzmogły się w Wielkopolsce naciski germanizacyjne przy zastosowaniu nowych metod. Zmagania odbywały się na kilku płaszczyznach, zarówno duchowej, jak tzw. walka o duszę, kulturę i język, jak i materialnej – o ziemię czy miasta. Sprawy religijne ściśle splatały się tutaj z narodowościowymi, choćby z tego powodu, iż antyreligijne i antypolskie zarządzenia władz zaborczych szły w parze. Stąd też duże zaangażowanie duchowieństwa we wspomniane kwestie i czołowa pozycja, jaką odgrywało ono na froncie tej walki.
Jednym z pionierów i liderów zmagań na tym odcinku, ale i działalności społecznej duchowieństwa na ziemiach polskich, był niewątpliwie ks. Piotr Wawrzyniak. Można wręcz powiedzieć, iż stanowił punkt odniesienia i wzór kapłana-społecznika. Liczba różnego rodzaju inicjatyw, w które się zaangażował, a najczęściej je współtworzył, jest imponująca. Sama lista funkcji pełnionych przez niego społecznie, może przyprawić o zawrót głowy: prezes Towarzystwa Przemysłowego św. Wojciecha w Śremie, dyrektor Banku Ludowego w Śremie, patron Związku Towarzystw Przemysłowych, patron Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych, prezes Związku Kapłanów „Unitas”, prezes Związku Fabrykantów na Rzeszę Niemiecką, i kilkanaście innych.
Był osobą, która realizowała się przede wszystkim w konkretnej „robocie”. Nie zostawił po sobie w zasadzie żadnych pism (oprócz tekstów wykładów, zazwyczaj o charakterze stricte instruktażowym), nie tworzył rozwiniętych koncepcji teoretycznych, skupiając się na codziennej, mozolnej pracy. Jak sam podkreślał, praca społeczna w warunkach, z jakimi miano wówczas do czynienia, stanowiła wręcz obowiązek kapłana. Pisał, iż księża muszą naśladować onych mężów izraelskich, którzy oblężoną Jerozolimę fortyfikowali, dzierżąc w jednej ręce miecz, a w drugiej kielnie dla wznoszenia murów. Tym mieczem jest dla nas praca około społeczeństwa w jednej ręce, podczas gdy drugą trzymamy się ołtarza i krzyża. Kto by z nas zadania swego nie rozumiejąc, obydwu rękami trzymał się ołtarza, ten święty zostanie, ale obowiązków całego człowieka nie wykona.
***
Piotr Wawrzyniak urodził się w zamożnej rodzinie chłopskiej w Wyrzece (powiat kościański) 30 stycznia 1849 r. Jako dziecko podjął naukę w wiejskiej szkole elementarnej, w 1858 r. natomiast w gimnazjum w Śremie, którą wkrótce musiał przerwać w związku z brakami w wykształceniu. Dopiero po ich uzupełnieniu w domu, wrócił po pół roku do szkoły.
Drugi raz przerwał naukę w 1863 r., gdy na wieść o wybuchu powstania styczniowego udał się do lasów, gdzie przez kilka tygodni bez powodzenia szukał jakiegoś oddziału zmierzającego do Królestwa Polskiego. W czasie nauki w śremskim gimnazjum zetknął się z organizacją konspiracyjną „Marianie”, której program zakładał samokształcenie w dziedzinie historii i języka polskiego. Wawrzyniak został członkiem organizacji w 1865 r., a już w 1866 r. wybrano go prezesem.
Po ukończeniu gimnazjum, w 1867 r. rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Poznaniu, które od 1870 r. kontynuował w seminarium w Gnieźnie. Bardzo dobre wyniki na egzaminach sprawiły, iż zainteresował się jego osobą ks. abp Mieczysław Ledóchowski, który doprowadził do przyznania Wawrzyniakowi stypendium i wysłania go na studia teologiczne do Monastyru. Uniwersytetu w Monastyrze jednak nie ukończył, w lipcu 1872 r. wrócił na studia w gnieźnieńskim seminarium, które wkrótce sfinalizował, po czym 11 sierpnia otrzymał święcenia kapłańskie z rąk ks. bpa Józefa Cybichowskiego.
Po przyjęciu święceń, władze kościelne skierowały ks. Wawrzyniaka na stanowisko wikariusza w parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Śremie, gdzie początkowo pracował z innym znanym społecznikiem, późniejszym prymasem Polski, ks. Florianem Stablewskim. On właśnie zaszczepił w ks. Wawrzyniaku zainteresowanie sprawami społecznymi wciągając go do pracy w funkcjonującej w Śremie Kasie Oszczędności i Pożyczek.
Wawrzyniak dość szybko, mimo iż nigdy wcześniej nie zajmował się systematycznie ekonomią, mocno zaangażował się w działalność placówki. Robił to na tyle szybko i skutecznie, iż wkrótce zaczął pełnić funkcję opiekuna Kasy, która w 1873 r. z jego inicjatywy została przekształcona w Bank Ludowy. Ksiądz Wawrzyniak wszedł w skład jego zarządu w charakterze wicedyrektora, natomiast od 1876 r. przez następne 20 lat pełnił obowiązki dyrektora śremskiego banku, po rezygnacji z tego stanowiska objął natomiast funkcję prezesa jego rady nadzorczej, którą sprawował aż do śmierci. Bez żadnej przesady można powiedzieć, że to właśnie on przekształcił wegetującą instytucję w dynamiczną placówkę, dysponującą pokaźnym kapitałem – liczba członków i wysokość udziałów pieniężnych za czasów jego rządów zwiększyły się ponad trzydziestokrotnie. W sprawozdaniu tej spółdzielni kredytowej z 1883 r. dano temu wyraz, pisząc, iż Jemu zawdzięczamy owo powszechne zaufanie, jemu rozwój i wzrost naszego banku.
Od początku działalności w banku, ks. Wawrzyniak dążył do powiązania go z innymi inicjatywami. Dlatego już w 1873 r. wziął udział w zjeździe Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych, pierwszego zrzeszenia polskich spółdzielni, powołanego w 1871 r. przez Mieczysława Łyskowskiego, Franciszka Rakowicza i ks. Augustyna Szamarzewskiego. Stanowiło ono centralę koordynującą działalność rodzimych banków i spółdzielni oszczędnościowo-kredytowych. Kierowany przez niego bank przystąpił do Związku 5 lat później. Sam ks. Wawrzyniak w 1883 r. został wybrany do zarządu ZSZiG, od 1887 r. pełnił w nim obowiązki wicepatrona. Po śmierci w 1891 r. kierującego Związkiem ks. Szamarzewskiego, to właśnie Piotr Wawrzyniak został jednogłośnie wybrany na stanowisko patrona – funkcję tę pełnił do końca życia.
O roli patrona tak pisał dr Józef Kusztelan: Czuwa nad porządkiem w Spółkach, daje rady i wskazówki, służy pomocą w trudnych okolicznościach, bada niedomagania i poucza, jak je usunąć, wytyka błędy, wskazuje drogę do poprawy, gdzie potrzeba gani i karci, to znowu staje w obronie, gdy niepowołani szarpią dobre imię spółek. W spółkach samych jest tym, który dogląda dobra wszystkich tych, którzy składają w kasach spółkowych swe oszczędności i swe mienie – wobec społeczeństwa przejmuje odpowiedzialność za prawidłowe i sumienne wykonywanie tych funkcji, które zarządy i władze kontrolujące wypełniać powinny w administracji Spółek.
Sprawując funkcje kierownicze w spółdzielczości, ks. Wawrzyniak skupiał się na propagowaniu wśród ludności polskiej nawyku oszczędzania oraz lokowania nadwyżek pieniężnych w bankach. Na zebraniach, spotkaniach, wiecach, ale i podczas kolędowania głosił, iż przyzwyczajenie oszczędzania należy w sobie wykształcić. Jednocześnie po powstaniu pierwszych polskich spółek kredytowych apelował o pobieranie z nich pożyczek. Przyniosło to pożądany skutek, tak iż po latach mógł z satysfakcją skonstatować usunięcie lichwiarstwa, które – jak stwierdzał – należy u nas już do legendy i wspomnień minionych czasów.
Obserwując działalność poszczególnych spółdzielni, ks. Wawrzyniak zauważył, że jedne z nich mają nadwyżki pieniędzy, inne cierpią na niedobór środków. W związku z tym zrodziła się w jego głowie idea powołania banku spółdzielczego, w którym jedne ze spółek mogłyby deponować niewykorzystywane zasoby pieniężne, drugie zaś zaciągać kredyty. W ten sposób powstał w 1886 r. Bank Związku Spółek Zarobkowych. Pomysłodawca zasiadał w jego pierwszej radzie nadzorczej, a później aż do śmierci pełnił funkcję kuratora.
Spółdzielczość odgrywała istotną rolę, jeśli chodzi o utrzymanie polskiego stanu posiadania w gospodarce w Wielkopolsce i Prusach Zachodnich. Stanowiła skuteczne narzędzie walki z polityką realizowaną przez pruską Komisję Kolonizacyjną, dążącą do wykupienia ziemi z rąk polskich i przekazania niemieckim osadnikom. Ksiądz Wawrzyniak, aby być skutecznym, musiał działać na tym polu bardzo ostrożnie. Pilnował bardzo skrupulatnie, aby nie dać władzom zaborczym żadnego pretekstu do działań wymierzonych w polskie spółki. W związku z tym musiały one powstrzymywać się od jakiejkolwiek działalności politycznej. Jak podkreślał, spółki przede wszystkim mają na celu podnoszenie dobrobytu i muszą stać ponad wszelkimi walkami stronnictw, różnicami wyznaniowymi i narodowościowymi. Wyrazem takiej polityki ks. Wawrzyniaka była jego reakcja na zarządzenie władz pruskich z 1904 r., nakazujące wycofanie przez niemieckich urzędników i członków ich rodzin depozytów z polskich banków. Część polskich spółdzielni w odpowiedzi miała zamiar zażądać od Niemców natychmiastowego zwrotu udzielonych pożyczek. Wawrzyniak jednak skutecznie odwiódł je od tego typu rewanżystowskich działań, zdając sobie sprawę, iż mogłyby one w perspektywie długofalowej wyjść im samym na szkodę.
Zasługą ks. Wawrzyniaka było również uporządkowanie spraw wewnątrzorganizacyjnych w Związku. Z jego inicjatywy powstał w 1891 r. statut Związku, a w 1892 r. regulamin patronatu. Określiły one obowiązki i uprawnienia poszczególnych funkcjonariuszy i ciał kolegialnych organizacji, jej zakres terytorialny, najwyższą i najniższą liczbę spółek związkowych, warunki przynależności do zrzeszenia, zasady rewizji itp. W pracy organizacyjnej Związku ważną rolę odgrywało jego walne zebranie, zwane sejmikiem – ks. Wawrzyniak zwiększył częstotliwość zebrań, zamiast raz na trzy lata, miały obradować rokrocznie. Zmiana ta okazała się niezwykle doniosła w skutkach, bowiem częstsze spotkania pozwoliły na szybsze reagowanie w przypadku nieprawidłowości, a także na lepsze koordynowanie działalności i częstszą wymianę członków poszczególnych komisji, którzy nie sprawdzali się w pracy.

Z inicjatywy Wawrzyniaka zaczął się ukazywać w 1892 r. oficjalny organ Związku – „Poradnik dla Spółek”. Na jego łamach informowano o przepisach dotyczących pracy związkowej, podatkach, sposobie prowadzenia dokumentacji oraz o sukcesach ruchu spółdzielczego. Dla tych samych celów ks. Wawrzyniak napisał swoisty podręcznik spółdzielcy pt. „Wskazówki dla członków rady nadzorczej w spółkach”, stąd też mówi się czasami nawet o „szkole” Wawrzyniaka, jeśli chodzi o kształcenie administracji spółdzielczej. Dzięki tego rodzaju działaniom, a także organizowanym z jego inicjatywy wykładom i kursom doszło bowiem do wykształcenia odpowiednio licznej i kompetentnej kadry spółdzielczej, z czym wcześniej były poważne problemy.
Wielką uwagę przykładał również do kontroli poszczególnych spółdzielni, zwanej rewizją – przez lata sprawowania urzędu patrona dokonał ich osobiście ponad 500. W związku z tym, iż chciał mieć pieczę nad wszystkim, osobiście wielu rzeczy dopilnować, ciągle był w rozjazdach. Niezwykłą aktywność ks. Wawrzyniaka dobrze ilustruje fragment listu, w którym przedstawia najbliższe plany: We wtorek dnia 19 VI 1897 roku będę w Berlinie, w piątek w Raszkowie, w poniedziałek w Brodowie, w środę w Krakowie. Tam myślę trochę pobobrować po Galicji, zwłaszcza u Hucułów za Kołomyją. Nie wiem, czy się to uda, jeżeli będę musiał być około 20 VII w Berlinie. Zamierzam wpaść na parę dni do Sztokholmu. W liście zaś pisanym trzy lata później, czytamy: Dziś wyjeżdżam do Śremu, a wracam w piątek; we wtorek po Wielkiej Nocy będę w Węgiercach, a w środę w Hrabsku na rewizji gospodarczej, czwartek w Pakości, w niedzielę w Gębicach, w poniedziałek 23 mamy wielki wiec w Gnieźnie od godz. drugiej. Wieczorem wyjadę o godz. 8.22 z Gniezna i przybędę do Bydgoszczy o godz. 10.44. We wtorek dnia 24 wyjadę rano o godz. 8, skąd wrócę tak, iż w Mogilnie będę na 9 wieczorem. Nazajutrz mam tutaj procesję św. Marka.
W latach sprawowania przezeń funkcji patrona Związku organizacja przeżyła niezwykły rozkwit. Liczba spółdzielni w nim zrzeszonych wzrosła z 76 w 1891 r. do 248 w 1910 r., liczba członków z 26 553 do 116 849, zaś aktywa spółdzielni przyrosły z 18 mln marek do 234 mln.
Wawrzyniak utrzymywał ścisłą współpracę ze spółdzielniami z ziem polskich z innych zaborów, pozostawał w przyjaźni z czołowym ich działaczem w Małopolsce, dr. Franciszkiem Stefczykiem, również w Królestwie Polskim wygłaszał odczyty nt. spółdzielczości czy wizytował tamtejsze kooperatywy kredytowe. Za sprawą ks. Wawrzyniaka Związek rozwinął kontakty międzynarodowe, na jego zaproszenie przybył w 1893 r. do Wielkopolski działacz spółdzielczości angielskiej, Henry W. Wolff, na którym duże wrażenie zrobiły dokonania polskiego kooperatyzmu pod panowaniem pruskim. Na skutek tego Związek Spółek Zarobkowych i Gospodarczych został przyjęty do powstałego dwa lata później International Co-operative Alliance, na czele którego stał właśnie Wolff.
Obok spółdzielczości kredytowej, ważnym polem działalności ks. Wawrzyniaka było rolnictwo, a przede wszystkim kółka rolnicze, z którymi współpracował od początku kapłaństwa. Już w 1872 r. uczestniczył w charakterze obserwatora w zebraniach pierwszego w Wielkopolsce Kółka Rolniczego w Dolsku, wkrótce potem został wybrany prezesem Kółka w Zbrudzewku Śremskim, następnie zaś, w 1878 r. – w Śremie. Temu ostatniemu prezesował aż do 1898 r., kiedy to objął probostwo w Mogilnie, w nowej parafii od razu zresztą wszedł do zarządu Towarzystwa Kółek Rolniczych na powiat mogileński. Brał również aktywny udział w zebraniach Związku Kółek Rolniczych prowincji poznańskiej. To wszystko natchnęło go do utworzenia polskich spółdzielni handlowych, zajmujących się skupem produktów rolnych i zaopatrywaniem wsi w nawozy oraz inne artykuły. Pierwsza tego rodzaju spółdzielnia powstała w Poznaniu w 1901 r. pod nazwą „Rolnik”, następne zostały zorganizowane przez niego w Żninie, Wrześni, Śremie, Pakości, Kcyni, Barcinie. „Rolniki” stanowiły niezwykle ważny instrument w walce handlu polskiego z ekonomicznie silniejszymi i dyktującymi w związku z tym wyższe ceny przedsiębiorstwami niemieckimi i żydowskimi.
Na tym nie koniec jego zaangażowania społecznego. Innym polem aktywności księdza stały się inicjatywy edukacyjne. W 1873 r. wybrany został prezesem Towarzystwa Przemysłowego, skupiającego głównie rzemieślników – jego zasadniczym celem było podniesienie kultury zawodowej i osobistej członków. Podczas spotkań Towarzystwa ks. Wawrzyniak wygłaszał liczne wykłady z zakresu religii, historii, ekonomii, techniki, organizował zabawy, wieczornice, obchody rocznic narodowych, wycieczki. Z jego inspiracji powołano także szkołę wieczorową dla rzemieślników, w której nauczał arytmetyki, geografii gospodarczej i korespondencji kupieckiej – niestety placówka po pół roku została zamknięta przez władze pruskie. Po przeniesieniu na parafię w Mogilnie, zrezygnował z funkcji prezesa Towarzystwa Przemysłowego w Śremie, wszedł jednak natychmiast do zarządu Towarzystwa Przemysłowego w Mogilnie. W 1876 r. założył w Śremie pierwszą czytelnię ludową, która przekształcona została w ogniwo Towarzystwa Czytelni Ludowych, którego zresztą ks. Wawrzyniak był aktywnym działaczem. Również z jego inicjatywy rok później powołano stowarzyszenie czeladzi katolickiej, mające sprawować opiekę nad młodzieżą rzemieślniczą.
Pomimo fiaska „szkoły wieczorowej dla rzemieślników”, ks. Wawrzyniak nie porzucił idei stworzenia polskiego szkolnictwa zawodowego. W 1896 r. założył w Śremie Szkołę Gospodarstwa Kobiecego i Pracy Domowej, która w ciągu 14 lat istnienia wychowała 1000 uczennic z Wielkopolski, Prus Zachodnich, Śląska, ale i Królestwa Polskiego. Również jako członek Towarzystwa Pomocy Naukowej im. Karola Marcinkowskiego wspierał Wawrzyniak, także materialnie – w 1897 r. przekazał z własnych oszczędności na jej „fundusz żelazny” 10 000 marek – polską młodzież pobierającą nauki w szkołach zawodowych, średnich i na uniwersytetach. W latach 1893-1898 pomagał finansowo i służył wsparciem również Towarzystwu Naukowemu i Bratniej Pomocy oraz polskim organizacjom studenckim w Berlinie.
W 1893 r. kandyduje do sejmu pruskiego i wygrywa wybory w okręgu Śrem, Środa, Września. Mandat poselski pełnił do 1898 r., wykazując dużą aktywność w działalności sejmowego Koła Polskiego. Po wygaśnięciu mandatu ubiegał się o reelekcję, jednak bezskutecznie. W 1902 r. objął natomiast szefostwo w Księgarni św. Wojciecha w Poznaniu. Pod jego wodzą nabrała rozmachu, drukując coraz więcej książek i czasopism o tematyce religijnej i narodowej. Jedną z cenniejszych inicjatyw tamtego okresu było powołanie do życia dwutygodnika „Ruch Chrześcijańsko-Społeczny”, będącego pismem o profilu społeczno-ekonomicznym, które spełniło nieocenioną rolę w propagowaniu na ziemiach polskich społecznego nauczania Kościoła.
Nowatorskie i pomysłowe były też jego inicjatywy na rzecz poprawy doli księży. W 1907 r. założył Związek Kapłanów „Unitas”, będący swego rodzaju związkiem zawodowym duchowieństwa. Organizacja zajmowała się ubezpieczeniami od nieszczęśliwych wypadków, chorób, śmierci, odpowiedzialności prawnej, ognia czy włamań, a także emeryturami, organizowaniem życia naukowego i towarzyskiego. „Unitas” promował polskie towarzystwa ubezpieczeniowe, z których wcześniej księża często nie korzystali m.in. wskutek braku informacji. W 1909 r. zaangażował się zaś w ideę powołania do życia domu wypoczynkowego dla kapłanów, organizując Towarzystwo Domu Zdrowia dla Kapłanów Katolickich i samemu przeznaczając na ten cel 10 000 koron. „Księżówkę” otwarto w Zakopanem wiosną 1910 r.; w pensjonacie mogli wypoczywać duchowni z całej Polski.
***
Ks. Piotr Wawrzyniak zmarł 9 listopada 1910 r. wieczorem (urzędowe stwierdzenie śmierci nastąpiło po północy, stąd czasem podaje się datę 10 listopada). Uroczystości żałobne rozpoczęły się 12 listopada w Domu Katolickim w Poznaniu, stamtąd kondukt żałobny przeszedł do świątyni farnej w tym mieście. Homilię wygłosił ks. Jan Kłos, który nazwał w niej ks. Wawrzyniaka „królem czynu”. Przy tym wszystkim, jak zauważył, ks. Wawrzyniak nie po to rozsiewał zasady spółkowego gospodarstwa i zakładał spółki na dobrodziejstwo i na dźwignię maluczkich i wyzyskiwanych, aby społeczeństwo zbogacone zawodziło taniec bałwochwalny około złotego cielca, lecz aby wzmożony dobrobyt stał się stopniem, z którego łatwiej sięgnie po dobra wyższej natury. Za to, że Spółkom Zarobkowym taki dał rozmach, że zbudził przez nie cnotę rozumnej oszczędności, że wywiódł niewolników z jarzma lichwiarzy, że granitowe kładł fundamenty pod rozwój zdrowego stanu średniego, za to błogosławi dziś naród cały jego dzieło.
Trumna z ciałem ks. Wawrzyniaka przewieziona została do Mogilna, gdzie został pochowany następnego dnia. Spełniając prośbę zmarłego, na grobie nie składano kwiatów, a zaoszczędzone pieniądze przekazano Towarzystwu Czytelni Ludowych. Na łamach niemieckiego czasopisma „Die Ostmark” mimo woli uhonorowano ks. Wawrzyniaka, pisząc, iż śmierć mogileńskiego proboszcza wyrwała ze społeczności najniebezpieczniejszego, ale zarazem i najskuteczniejszego przeciwnika wschodnich marchii Niemiec. Był on rzeczywistym przywódcą polskiego społeczeństwa. Jako finansista oraz mężczyzna z żelazną wolą i niewyczerpaną energią musiał mądrze łączyć zagorzałą nienawiść wobec niemczyzny ze zdrowym rozsądkiem; był on nie tylko polskim ministrem finansów, ale w wyniku równoczesnego pełnienia wielu różnych ważnych funkcji społecznych również osobą wywierającą decydujący wpływ na wszystkie duże polskie organizacje. W każdym razie jego śmierć spowodowała w wojującej społeczności polskiej w Wielkopolsce dużą lukę, którą niełatwo będzie wypełnić.
Bibliografia:
- M. Banaszak, Pokolenie księdza Piotra Wawrzyniaka [w:] Na okazanie drogi. Praca zbiorowa poświęcona pokoleniu księdza Piotra Wawrzyniaka, Poznań 1975.
- R. Dzwonkowski, Ksiądz Piotr Wawrzyniak jako działacz społeczny [w:] Na okazanie drogi op. cit.
- Historia katolicyzmu społecznego w Polsce 1832-1939, Warszawa 1981.
- Ksiądz Piotr Wawrzyniak – król czynu, Poznań 1936.
- Cz. Łuczak, Ks. Piotr Wawrzyniak (1849-1910), Poznań 2000.
- A. Poszwiński, Pamięci Księdza Piotra Wawrzyniaka, Poznań 1935.
- M. Rezler, Piotr Wawrzyniak 1849-1910, Poznań 1985.
- K. Śmigiel, Ks. Piotr Wawrzyniak. Człowiek, kapłan, społecznik, Poznań 1985.
- G. Wrońska, Śladami ks. Piotra Wawrzyniaka, Poznań 2008.
- K. Zimmermann, Ks. Patron Wawrzyniak, Kraków 1911.