przez Jarosław Górski | piątek 8 listopada 2013 | inspiracje, z Polski rodem
Henryk Michał Kamieński, którego dwusetną rocznicę urodzin obchodziliśmy w tym roku, to myśliciel znany i doceniony zarówno przez sobie współczesnych, jak i przez historyków idei i filozofii. Pochodzący z prominentnego ziemiańskiego rodu, syn bohatera kampanii napoleońskich i powstania listopadowego, poległego w bitwie pod Ostrołęką generała Henryka Ignacego. Sam także jako 18-letni młodzieniec był oficerem powstańczych wojsk, rannym w obronie Warszawy. Gruntownie wykształcony, był jednym z tych niepodległościowych działaczy i myślicieli, którzy w historycznych nieszczęściach Polski – upadku I Rzeczypospolitej, zaborach, klęsce powstania listopadowego i późniejszym zaostrzeniu kursu zaborców – zaczęli poszukiwać nie tyle i nie tylko okazji do narodowej żałoby, ale sensów głębszych. A także szans i okazji.
Lata 30. i 40. XIX wieku to czas niezwykłego fermentu wśród polskich elit intelektualnych. Stało się dla nich jasne, że dotychczasowa formuła szlacheckiej polskości wyczerpała się definitywnie. Jeśli naród polski ma przetrwać, musi zdefiniować się na nowo – nie może istnieć naród ekskluzywny, którego byt ekonomiczny i społeczny jest oparty na wykluczeniu i eksploatacji amorficznych mas.
Kamieński postrzegany jest jako jeden z najbardziej radykalnych teoretyków przyszłego narodowego powstania. Jego dzieła publicystyczne z lat 40. XIX wieku zostały uznane za zbyt radykalne przez współczesnych, także przez emigracyjnych przyjaciół autora z Towarzystwa Demokratycznego. Chodzi przede wszystkim o wydane pod wymownym pseudonimem Filareta Prawdoskiego w 1844 r. w Brukseli „O prawdach żywotnych narodu polskiego” i późniejszy o rok „Katechizm demokratyczny, czyli opowiadanie słowa ludowego”. Akcentowały one potrzebę natychmiastowego uwłaszczenia chłopów i ich włączenia do narodowych starań o niepodległość. Prawdoskiego postrzegano jako szalonego komunistę, zagrzewającego lud do anarchicznej rewolucji i ślepej zemsty na szlachcie. Tymczasem intencje Kamieńskiego wcale nie zmierzały w tym kierunku. Dla autora „O prawdach żywotnych…” sprawą najistotniejszą było przekształcenie anachronicznego polskiego narodu w taką postać, która mogłaby nie tylko odzyskać dla Polski niepodległość, ale także twórczo żyć i rozwijać się w nowoczesnym świecie.
Mickiewicz, Słowacki i sens polskiej niewoli
Spośród pojawiających się po powstaniu listopadowym wizji rodzącego się polskiego narodu największy zasięg i najgłębszy wpływ miała ta zaproponowana przez Mickiewicza w „Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego”. Autor przedstawił dzieje Polski i Polaków jako naznaczone szczególnym sensem i mające wyjątkową funkcję w dziejach Europy i świata. Narody europejskie po epoce średniowiecza, w której jakoby panowała chrześcijańska jedność, zaczęły odchodzić od jedynego Boga. Etyczna wspólnota Europejczyków musiała zginąć, gdy władcy poszczególnych narodów zaczęli narzucać poddanym nowe wartości. Oczywiście wartości fałszywe, bo pochodzące z tego, a nie tamtego świata. Francuzom Boga zastąpił więc honor, Hiszpanom potęga i władza, Anglikom mamona, Niemcom dobrobyt itp. Jedynym narodem, który od prawdziwego Boga nigdy nie odszedł i nie splamił się czcią wobec bałwanów, byli oczywiście Polacy.
Przechowali oni prawdziwe chrześcijaństwo i przeprowadzili je przez nieprzyjazne stulecia. Również politykę uprawiali w sposób podobny jak pierwsi chrześcijanie. Nie prowadzili więc wojen zaborczych, ale wyłącznie obronne, i to najczęściej powodowani miłością bliźniego, a więc chroniąc przed barbarzyńskimi najeźdźcami europejskich odstępców. I co najważniejsze, ekspansja narodu i państwa polskiego, podobnie jak ekspansja chrześcijaństwa, miała etyczny, a nie militarny charakter. Narody sąsiednie, zachwycone prawością i umiłowaniem wolności wśród Polaków, lgnęły do nich i były przyjmowane do braterstwa analogicznie do nawróceń dawnych barbarzyńców na etycznie atrakcyjne chrześcijaństwo. W ten sposób doszło m.in. do unii polsko-litewskiej, która z Polaków uczyniła europejską potęgę.
„Księgi narodu i pielgrzymstwa…” dawały także wyjaśnienie społecznego rozwarstwienia i zniewolenia większej części polskiego narodu. Szlachta polska poprzez swoje umiłowanie wolności dążyła nie tylko do etycznej ekspansji zewnętrznej, ale także wewnętrznej. Jej bardzo silne ekonomiczne i społeczne zróżnicowanie zostało u Mickiewicza wyjaśnione etyczną doskonałością narodu, zjednoczonego w braterstwie wokół wzniosłej idei wolności, a nie przyziemnej i bałwochwalczej idei bogactwa. Upośledzenie ludu przedstawione zostało w procesie: szlachta polska przez stulecia chętnie przyjmowała tych przedstawicieli społeczeństwa, którzy świadomie przyjęli jej wartości i dowiedli tego czynem, a więc tak umiłowali wolność, że byli gotowi za nią umrzeć. Wedle Mickiewicza nobilitacja, a więc chrzest będący znakiem przyjęcia do szlacheckiego (i szlachetnego) narodu, odbywała się niejako automatycznie wraz z etycznym postępem indywidualnym lub zbiorowym. Polskość jest więc odpowiednikiem chrześcijaństwa, tzn. wynika ze świadomego przyjęcia wiary i systemu wartości warunkującego życiową postawę, a nie z przesłanek etnicznych, stanowych, politycznych czy jakichkolwiek innych.
Zresztą według Mickiewicza upadek Polski wynikał właśnie z jej inkluzywności. Tyrani świata przerażeni tym, że polska szlachta postanowiła proces przyspieszyć i przyjąć do narodu cały bez wyjątku lud (Konstytucja 3 maja), spodziewali się, że wskutek etycznego postępu także ludy cierpiące pod ich uciskiem zatęsknią do polskiej wolności. Proces rodzenia się polskiego narodu, podkreślmy, proces o kierunku zdeterminowanym przez obecne w naturze każdego człowieka dążenie do wolności, dobra, a także etycznego i duchowego wzrostu, został więc brutalnie przerwany przez tyranów.
Naród polski jest więc wciąż nieuformowany, a jego wolnościowe dążności wynikają także z niezgody na istniejące wewnątrz niego samego niesprawiedliwości i nierówności. Dlatego w Mickiewiczowskiej wizji nie ma dla Polaków zasadniczej różnicy między powstaniem narodowym a społeczną rewolucją.
Takiemu wyobrażeniu Polski jako narodu często przeciwstawia się wizję Juliusza Słowackiego. Wizję jakoby o wiele bardziej w swoim mesjanizmie radykalną, ponieważ przewidującą odrodzenie Polski i jej narodu dopiero wtedy, gdy Polacy dowiodą etycznej dojrzałości. I to dowiodą nie gotowością do śmierci, ale rzeczywistą śmiercią. Podmiot liryczny „Grobu Agamemnona” uważa, że stan narodowej i osobistej niewoli jest tak poniżający, iż Polak w niewoli przestaje być Polakiem, a Polska przestaje być Polską. Jak w starożytnej Sparcie, gdzie każdego, kto za cenę biologicznego przeżycia skapitulował w walce, otaczała pogarda i nienawiść, tak teraz pogarda i nienawiść należą się Polakom żyjącym pod panowaniem tyranów. Nie należą się im ani żadne współczucie, ani zewnętrzna pomoc, ponieważ nie są już Polakami.
Przyjęło się odczytywać wizję Słowackiego jako przekraczającą wymiary realnego, materialnego i historycznego świata. Jednak można ją postrzegać również jako metaforyczne przedstawienie zjawisk, które zachodzą na tym świecie, w rzeczywistości materialnej. Polska to przecież nie tyle państwo, którego warunkami istnienia są terytorium, ludność, władza, bogactwa itp. Polska to naród rozumiany właśnie bardzo po Mickiewiczowsku, jako zespół idei – wartości i wyobrażeń etycznych. Utrata materialnego zakorzenienia jest właśnie sprawdzianem idei. Jeżeli polskie wartości przetrwają nie tylko bez państwa, ale także bez narodu, to dopiero wtedy staną się nieśmiertelne, bo zdolne do życia bez śmiertelnego, materialnego ciała, bez terytorialnych czy etnicznych ograniczeń. Funkcją proponowanej przez Słowackiego metafory Polski odradzającej się po śmierci Polaków może być więc bardzo przesadne podkreślenie aksjologicznego, etycznego, a nie etnicznego, terytorialnego, religijnego czy politycznego charakteru polskości. Polskości jako ducha, który po utracie niedoskonałego ciała znajdzie sobie następne – lepsze. Być może ciałem tym będą dotychczasowi nie-Polacy, a więc amorficzny i poniekąd bezetyczny polski lud?
Spoić podzielone klasy, stworzyć jeden naród
Henryk Kamieński również stawia pytanie o sens utraty niepodległości przez Polskę. Jego rozpoznanie dalekie jest jednak od chrześcijańskiego mesjanizmu. Używa co prawda, to znak czasów, teologicznej frazeologii – mówi o „ofierze”, o „męczeństwie” Polski – jednak nie kryje się za tym przekonanie, że dziejami zbiorowymi i jednostkowymi kierują siły osobowe, a w polityce istnieje suweren wyższy od ludu. W „Katechizmie demokratycznym”, a więc broszurze, która w zamierzeniu miała służyć krzewieniu „wiary demokratycznej” i powstańczych idei wśród ludu, często odwoływał się do ewangelicznych przykładów. Ale już w „O prawdach żywotnych…”, czyli w tekście programowym i skierowanym do wykształconego czytelnika, nie stosuje takich zabiegów.
Jednym z najwyższych celów Kamieńskiego jest stworzenie i upowszechnienie „wiary demokratycznej”, która przemieniłaby sposób myślenia i działania Polaków, stworzyła zupełnie nową narodową aksjologię. Podobnie jak Mickiewicz, postrzega on naród jako zbiorowość, której spoiwem jest nie tyle pochodzenie, lecz wspólne wartości. Jednak jest bardziej od autora „Dziadów” radykalny w przekonaniu, że wartości te można kształtować świadomie i wbrew historii. Kamieński polemizuje także z Mickiewiczowskim przekonaniem o dziejowej misji Polaków. Uważa, że owszem, mogą i powinni odegrać znaczącą rolę w wyzwalaniu spod tyranii innych narodów. Jednak nie wynika to wcale z predestynacji Polski, ale z charakteru rewolucji, która zawsze dąży do rozszerzenia. A więc to nie męczeństwo Polski będzie dla świata moralnym wstrząsem, ale zwycięstwo prawdziwej demokracji, przeniknięcie jej duchem i przemienienie wielkiego narodu.
Kamieński, inaczej niż Mickiewicz, daleki jest od apologii przedrozbiorowej Rzeczypospolitej i jej szlacheckiego narodu. Daleki jest także od postrzegania rozbiorów i późniejszej niewoli jako wydarzenia oburzającego. Tyloletnia niewola – pisze – nie ciąży nad naszymi głowami jako marne losu igrzysko; jej misją jest jak najściślej spoić klasy podzielone niegdyś nienawistną stanów różnicą; ona to sprawia, że rewolucja społeczna odbędzie się u nas bez owych ciężkich konwulsji, domowych zatargów i rozlewu krwi bratniej. Bo muszą zgodnie działać i najściślejszymi ogniwami się połączyć ludzie mający jeden interes wobec jednychże nieprzyjaciół głównych. Męczeństwo Polski okupia ją od owych krwawych a widzianych już w dziejach ludzkości scen, bez których inaczej nie byłaby się obyła. A zespolić z nimi wyobrażenie tego postępu, który przez rewolucję społeczną koniecznie objawić się musi, jednocześnie z pierwszym samodzielnym krokiem naszej ojczyzny, z pierwszym naszym powstaniem, jest to nie pojmować głębokiego znaczenia tego męczeństwa1.
A więc niewola to nie przypadek, a wręcz przeciwnie, dar od Dziejów, który należy właściwie rozpoznać. To dla Polaków wielka szansa, aby z obcych i wrogich sobie stanów stworzyć jeden naród, wspólnotę połączoną walką z wspólnym wrogiem i ciemiężcą. Aby uniknąć bratobójczej, krwawej rewolucji społecznej, która mogłaby naród podzielić na zawsze; aby we wspólnej narodowej walce o wolność wytopić jak w tyglu nowy, oczyszczony naród.
To nie zewnętrzna, twierdzi Kamieński, ale właśnie wewnętrzna przemoc, niesprawiedliwość społecznych stosunków i obojętność klas wobec siebie nawzajem doprowadziły Polskę do upadku. Nadszedł on w momencie, w którym Polska rozumiana jako naród była wciąż żywotna, a nawet odzyskiwała nadwątlone siły poprzez budzącą się świadomość konieczności przemian społecznych. Narody, tak jak pojedynczy ludzie, mogą ginąć przedwcześnie […], jeśli się w nich objawi wewnętrzne zepsucie organów żywotnych. […] To może pochodzić tylko z wewnątrz. Zewnętrzna przemoc zupełnie inaczej na narodowość działa: przez nadanie jej spójności wykształca ją na wewnątrz. Ona to ludziom wspólny nadając interes, zlewa ich w jedność, a tak głównie wpływa na utworzenie nowych i wykształcenie istniejących narodowości2.
Dla szlachty to oczywiście szansa na opamiętanie się i dostrzeżenie niesprawiedliwości i okrucieństwa dotychczasowej organizacji społecznej narodu. Do upadku Polski przyczynił się bowiem przede wszystkim – według Kamieńskiego w stopniu tak wysokim, że wszelkie inne przyczyny można uznać za mało istotne – stan ludu trzymanego w poddaństwie na przywilej, który człowieka robił własnością jakoby rzecz lub bydlę. […] Stan powszechny ucisku najliczniejszej klasy, na której główna siła narodu i cała nadzieja obrony ojczyzny zależały3. Kamieński niejednokrotnie odwołuje się do arytmetyki, wskazując nie tylko na głęboką niemoralność takiej sytuacji, ale także na jej gospodarczą, polityczną i militarną nieracjonalność. Ponieważ niewolnik nie ma ojczyzny, więc chłopi patriotyzmu nie żywili i w efekcie Polacy w zmaganiach z zaborcami występowali nie jako naród dwudziestomilionowy4, lecz o wiele mniejszy, nie mający szans wobec obcej przemocy. Tylko niewielka część mieszkańców polskich ziem mogła uznać się za Polaków i nikt nie był temu winny bardziej niż sami Polacy.
Precz z historią
Kamieński w swoich badaniach przyczyn klęski Polski uderza nawet w narodową świętość – Konstytucję 3 maja. Wbrew jej legendzie i funkcji w mesjanistycznych (m.in. Mickiewiczowskich) koncepcjach zauważa jej zachowawczy, a nawet, w kontekście nieuchronności społecznej rewolucji, reakcyjny charakter5. Przypomina pogląd Mochnackiego, że powstanie kościuszkowskie było jakoby „konfederacją włościan”, potężniejszą od barskiej. Jednak sam ocenia udział w nim massy jako doraźny, pozbawiony świadomości własnych celów i nie z jej inicjatywy wypływający.
Podobnie miażdżąco ocenia powstanie listopadowe, które według niego było co prawda dowodem żywotność polskiego ducha, ale jednocześnie jego stagnacji i braku woli rozwoju. Inaczej niż większość emigracyjnych krytyków powstania widzi przyczynę klęski nie w zdradzie i nieudolności przywódców, lecz właśnie w co najmniej braku rewolucyjnych intencji, jeśli nie w jawnie kontrrewolucyjnym nastawieniu tych, którzy przejęli powstanie z rąk warszawskiego ludu. Zresztą przejęcie władzy nad powstaniem przez szlachecki rząd, w dodatku złożony z ludzi, którzy z racji swojej pozycji i urodzenia doświadczyli umizgów rządów zaborczych, zawsze musi zakończyć się ich wahaniem lub odstępstwem od idei rewolucji. Dlatego Polacy walczący o wolność powinni pamiętać o dotychczasowych powstańczych doświadczeniach i traktować je właśnie jako przestrogę, a nie czcić i wspominać z dumą.
Nowy naród w ogóle powinien odwrócić się od historii. Żadnego historycznego sentymentalizmu, który tylko konserwuje dawne wyobrażenia. Żadnego usprawiedliwiania narodu, który upadł. Dlategośmy zginęli, żeśmy źle mieli w głowie6 – wielokrotnie powtarza Kamieński. Toteż postuluje nawet radykalną przemianę polskiej literatury, i to zarówno tej wysokiej, pisanej, jak i tej śpiewanej i powtarzanej sobie z ust do ust w polskich domach. Koniec z czcią oddawaną niesprawiedliwym czasom, ich bohaterom, a już zwłaszcza tym, którzy ponieśli klęskę. Pieśń powinna być zwrócona ku przyszłości. Chwalić Polskę taką, jaka być powinna, a nie taką, która była ku pohańbieniu swojego ludu.
Jednak to negowanie polskich dziejów nie jest w żadnym razie czarnowidztwem, a wręcz przeciwnie, wynika z niewzruszonego optymizmu Kamieńskiego. Jest on przekonany, że w Polsce nigdy dotąd nie doszło do wydarzenia zasługującego na cześć, a więc do rewolucji, czego dowodem jest zresztą znalezienie się narodu w obcej niewoli.
Prawdziwie ludowa (czy też socjalna) rewolucja, krwawa czy bezkrwawa, musi zakończyć się zwycięstwem. Armie tyranów, po pierwsze, zawsze są mniej liczne od mas, po drugie składają się z żołnierzy walczących wbrew własnym interesom, czyli mniej skłonnych do poświęcenia, więc mniej skutecznych od powstańców świadomych walki o swoje7.
Wszyscy muszą się zmienić
Cała nadzieja naszej przyszłości – pisze Kamieński – jest w postępie naszych narodowych pojęć, za którym idzie niechybnie skuteczne powstanie8. Powstanie narodowe tak ściśle ma być spojone z rewolucją społeczną, że nie da się ich oddzielić.
Myślenie Kamieńskiego o niezbędności rewolucji jest tak radykalne, że aż paradoksalne. Co prawda inne narody europejskie nie zgotowały swoim ludom losu tak opłakanego jak Polacy; co prawda to właśnie polska szlachta ma wobec polskiego ludu najwięcej grzechów – ale w dziejowej perspektywie fakty te mogą przynieść nam więcej korzyści niż strat. Ludy zachodnie – dla Kamieńskiego szczególnie jaskrawy jest tu przykład Francuzów – nie zyskały wcale bezwzględnej wolności i równości, bo też wartości te nigdy nie były dla nich najistotniejsze. Rewolucja francuska przyniosła ludowi sporo ustępstw ze strony klas panujących, ale te ustępstwa spowodowały wyhamowanie rewolucyjnej energii, która dodatkowo wyczerpała się w wojennych przedsięwzięciach Napoleona, dalekich od rewolucyjnych celów. Teraz więc Francuzi są zdolni najwyżej do krótkich zrywów, które w żaden sposób nie są w stanie zagrozić istniejącemu stanowi rzeczy. Inaczej z Polakami zahartowanymi przez dotychczasową niewolę. Szlacheckie pragnienie wolności, które zlałoby się z ludowym poczuciem społecznej krzywdy i poniżenia, miałoby gigantyczną rewolucyjną siłę.
Ale warunkiem tego jest – jak wielokrotnie sugeruje Kamieński – rzeczywiste zlanie się tych tworzących naród świadomości, a nie, jak twierdziło wielu jego współczesnych, jedynie przekazanie ludowi szlacheckich wartości. Szlachta tak samo musi uwewnętrznić chłopskie poczucie krzywdy i poniżenia, które w połączeniu z jej własną dumą uwewnętrznioną przez przedstawicieli ludu stworzy piorunującą rewolucyjną mieszankę9.
Kamieński wierzy w to, że duża część polskiej szlachty dojrzała już do zrozumienia anachroniczności, niesprawiedliwości i nieracjonalności swojej uprzywilejowanej pozycji, która musiała przynieść upadek Polski. Szlachta jest dla powstania i dla przemienionego narodu bardzo potrzebna, ponieważ może podjąć się zadania oświaty ludu. Oświata jest zresztą rozumiana przez Kamieńskiego jako propagowanie „wiary demokratycznej”, potrzeby wolności oraz niezgody na poniżenie, a więc działanie, które wymaga od szlachty zaprzeczenia interesom stanowym lub osobistym. To właśnie stan wyższy będzie musiał na skutek powstania i rewolucji stracić najwięcej, ponieważ najwięcej teraz posiada. Ale ma to głębokie znaczenie moralne i praktyczne dla rewolucji. Ludzie wyższego stanu przyczynić się mogą przykładem widoczniejszego poświęcenia i każdy z nich pojedynczo wzięty uczyni więcej wrażenia na ludzi10 niż ktokolwiek z niższego lub średniego stanu.
Naród może istnieć bez elit
Szlachta musi jednak pamiętać o tym, że nieunikniona rewolucja udać może się także bez niej, choć z pewnością byłoby to ze szkodą zarówno dla samej rewolucji, jak i dla powstałego wskutek niej narodu. Gdyby szlachta jednak trwała przy dawnych wyobrażeniach, broniła własnej elitarności11 i uprzywilejowanej pozycji, rewolucja mogłaby przybrać krwawy, bratobójczy obrót i nie sprzęgnąć się z narodowym powstaniem. Kamieński postuluje najpierw przymuszanie za pomocą krwawego terroru, a później szczególnie surową rozprawę z tymi przedstawicielami wyższego stanu, którzy będą sprzeciwiać się połączeniu narodowego powstania z ludową rewolucją społeczną. Skoro śmierć reakcjonistów będzie jedyną szansą dla nadania rewolucji także narodowowyzwoleńczego charakteru, należy tę szansę wykorzystać. Naród bez szlachty może istnieć. Bez ludu nie może.
Szczególną rolę zarówno w przygotowaniu i przeprowadzeniu powstania, jak i w tworzeniu nowego narodu przewiduje Kamieński dla „stanu średniego”. Autor „Katechizmu demokratycznego” poniekąd tworzy taką kategorię społeczną, zaliczając do niej te warstwy, które nie utrzymują się – jak stan wyższy – ani z poddaństwa innych, ani – jak lud, stan niższy – nie żyją w poddaństwie. Stan średni to nie tylko drobnomieszczaństwo, rzemieślnicy, drobni kupcy, ale także czy przede wszystkim niezliczeni wiejscy oficjaliści i ekonomowie. Stan średni może pełnić funkcję mediatora między nienawidzącymi się i nierozumiejącymi nawzajem klasą wyższą i zniewolonym ludem, ponieważ do obu jest mu blisko. Z ludem dzieli ubóstwo i życiową konieczność przyjęcia znienawidzonej uniżonej postawy wobec wyższych od siebie. Ze stanem wyższym łączy go możliwość kształcenia się oraz aspiracje do lepszego życia. Ponieważ ludzie stanu średniego na co dzień obcują z ludem, mogą więc aktywnie działać na rzecz jego oświaty, a więc zaszczepienia aspiracji społecznych i przekonania, że to właśnie powstanie narodowe i zwrócenie się przeciwko zaborcom awansuje lud do roli narodu, nada mu godność i lepszy los.
Rewolucyjne przemiany polskiego narodu muszą być oparte na powszechnym i bezwzględnym wyzwoleniu i uwłaszczeniu chłopów, oddaniu im tej ziemi, na której pracują. Ziemia do wszystkich ludzi zarówno należy i wszyscy jednakie mają do niej prawa. […] Prawo do ziemi jest właściwie prawem do życia12 – twierdził Kamieński. Jednak w tym miejscu radykalizm myśliciela – i właściciela dużego folwarku na Chełmszczyźnie – ustępował miejsca obawie, że szlachta przerażona wizją utraty majątku odwróci się od powstania. Chłopi mieli więc dostać na własność wyłącznie ziemię przez siebie użytkowaną, a folwarki pozostałyby w szlacheckich rękach. Czy było to kunktatorstwo, czy też taktyczne przemilczenie dalszych przemian, do których (jak można sądzić z wyrażanego w pismach Kamieńskiego przekonania o niemoralności wielkiej własności ziemskie) musiałoby dojść już po zwycięstwie powstania? Trudno powiedzieć. Mimo to przekonanie, że lud – wolny i uwłaszczony, z własnością jako gwarancją wolności – będzie stanowił podstawę nowego narodu, jest u Kamieńskiego dominujące.
Wszystkie stany są jednak nowej Polsce niezbędne, bo każdy z nich wnosi do narodu własne doświadczenie i wartości. Ludowi potrzeba szlacheckiej godności i wysokich aspiracji tak samo, jak szlachcie ludowego zakorzenienia w życiu i pracy. Szlachecka pycha i chłopskie poniżenie mogą spotkać się w postaci polskiej narodowej dumy. Dopiero naród, który jest syntezą ludowego i szlacheckiego doświadczenia ma szansę nie tylko na zwycięstwo w powstaniu i samodzielne istnienie, ale także na wskazanie innym nacjom drogi do wyzwolenia i godnego bytu.
Cała władza w ręce ludu!
Kamieński, mówiąc o przyszłej rewolucji, jest absolutnie przeciwny popularnemu wśród pisarzy i myślicieli romantycznych poglądowi, że na czele powstania, które doprowadzi do odbudowania Polski, powinna stanąć charyzmatyczna jednostka (albo sprzysiężenie, rząd czy dynastia złożone z takich jednostek), która będzie uosabiać najlepsze cechy narodu, a także precyzować jego cele i dążenia. Wiara w osobistą charyzmę przywódców niejednokrotnie doprowadziła już powstańcze przedsięwzięcia Polaków do klęski, i to bynajmniej nie dlatego, że nie trafiono do tej pory na jednostkę odpowiednio obdarzoną cnotami i wolą. Oczekiwanie od jednostki, że zapomni o własnych celach, uprzedzeniach czy korzyściach jest zawsze naiwne. Podobnie jak oczekiwanie, że jednostka przekroczy pojęcia wpojone jej przez własną klasę. A ponieważ charyzmę przypisuje się z reguły właśnie przedstawicielom stanu wyższego, przy powierzeniu przywództwa jednostce wszelkie powstańcze działania cechują się partykularnymi, stanowymi celami klasy wyższej. To nie charyzma, nie jednostkowy geniusz czy władza dynastii, ale zasady mają być skalą na każdego człowieka publicznego; najwyższym prawem, do którego ma się stosować; w obrębie którego ma działać koniecznie. Ten zatem, który te zasady, to najwyższe prawo stanowi: duch publiczny, lud, jest rzeczywiście najwyższym władcą, a natenczas dopiero władzę swoją wywierać może, władzę którą ma de facto, kiedy te zasady rozwinie, za prawo najwyższe położy, ich wykonania strzeże. W takim razie rząd, ster, nie jest władzą; jest tylko narzędziem wykonawczym najwyższej woli objawiającej się przez duch publiczny w braku wyraźnej, że tak powiem: urzędowej, formy. Natenczas, czy ten rząd z jednej lub więcej osób się składa, jest rzeczą obojętną, od towarzyszących okoliczności zależącą13.
Polski duch publiczny, wypowiadany głosem całego narodu, powinien więc mieć prawo i obowiązek natychmiast odwołać rządzących (czy, jak chyba lepiej byłoby w tym przypadku powiedzieć: zarządzających), jeśli zostanie stwierdzona ich prywata, klasowy partykularyzm lub nieudolność. „Sternikom sprawy” nie należą się żadne przywileje, cześć czy specjalne prawa. Mają być wybierani nie jednorazowo, ale permanentnie, stale kontrolowani i oceniani pod kątem użyteczności we wprowadzaniu w życie zasad, którymi kieruje się lud. Absolutnie więc, nawet w sytuacji militarnego zaangażowania, na czele narodu nie powinni stać dyktatorzy, lecz urzędnicy całkowicie zależni od ludowej zwierzchności.
Kamieński mówi tu o władzy w czasie powstania, jednak proponowane przez niego rozwiązania dotyczące władzy odnoszą się nie tylko do sytuacji nadzwyczajnych. Władza, podobnie jak ziemia, mocą prawa przyrodzonego należy się bezwzględnie i wyłącznie ludowi, który może jej sprawowanie powierzyć swoim przedstawicielom. Despotią jest nie tylko ta władza, która przejmuje rządy nad narodem na drodze uzurpacji (monarchia, oligarchia, arystokracja). Staje się nią także ta otrzymana z poręki ludu, gdy sprzeciwi się „duchowi publicznemu”. A że despotia w Polsce jest znienawidzona, biada tyranom, którzy by się tu objawili.
Idee żyją mimo zwątpienia
Henryk Kamieński w 1845 r. został przez władze carskie aresztowany i za swą działalność i publicystykę skazany na trzyletnie zesłanie w głąb Rosji. Gdy tam przebywał, w 1846 r. w kraju doszło do takiej właśnie katastrofy, jakiej za wszelką cenę chciał zapobiec. Fatalnie przygotowane narodowe powstanie spaliło na panewce, wybuchła zaś, z inspiracji zaborcy, zadawniona chłopska nienawiść wobec szlacheckich ciemiężców. Po rozpaczliwych próbach przyciągnięcia ludu do powstania zginął Edward Dembowski, kuzyn i towarzysz Kamieńskiego w narodowej działalności.
Nasyciwszy w rabacji galicyjskiej żądzę zemsty i mordu, lud zadowolił się nagrodą od zaborcy w postaci rozpoczęcia procesu uwłaszczenia. Postrzegał teraz cesarza i jego instytucje nie jako tyrana, ale dobroczyńcę, któremu należy się wdzięczność. Szlachta zaboru rosyjskiego bardziej niż o braterstwie z ludem myślała o tym, by uprzedzić nieuchronne zniesienie feudalnych stosunków gospodarczych i na gwałt próbowała zapobiec stratom, uwalniając chłopów od pańszczyzny i rugując z użytkowanych przez nich gospodarstw.
Kamieński powrócił do kraju, w którym idea narodowego powstania przeprowadzonego łącznie z socjalną rewolucją wydawała się już zupełnie nierealna. Na zesłaniu przekonał się dobitnie, że wbrew polskim nadziejom Rosja nie jest bynajmniej kolosem na glinianych nogach, a lud rosyjski wcale nie marzy o rewolucji i odmianie swego złego losu. Widział teraz świat i polską sprawę bez rewolucyjnego optymizmu i entuzjazmu. Wiarę w przemienienie narodu w zupełnie nową jakość zamienił na tradycjonalizm i gorzkie dla rewolucjonisty przekonanie, że ochrona narodowej substancji ważniejsza jest niż marzenia o kraju równych i wolnych ludzi.
A jednak przetrwały i w wielu ważnych dla naszego kraju momentach odzywały się narodowe idee Kamieńskiego: przekonanie, że Polacy winni być wspólnotą etyczną, a nie etniczną; że warunkiem zaistnienia takiej wspólnoty jest włączenie do niej każdego na jednakowych zasadach; że świadomość narodu jest syntezą doświadczeń i przekonań wszystkich jego warstw, a nie tylko doświadczeniem i światopoglądem elity narzuconym masom; że niewola, niesprawiedliwość i okrucieństwo, których Polacy doznali od Polaków, tworzą zarówno moralną powinność, jak i predestynują nas do dbałości o stworzenie narodowych więzi w duchu wolności, równości i braterstwa; że naród winien szukać w historii raczej wiedzy o przyczynach swojego kształtu i położenia niż potwierdzenia własnych wyobrażeń i łatwego pokrzepienia; że wszyscy uczestnicy narodowej wspólnoty powinni ponosić wyrzeczenia na jej rzecz, a największe ci, którzy mają najwięcej; że Polacy nie potrzebują nad sobą rządów, choć bardzo potrzebują sprawnego zarządu.
A że idee są nieśmiertelne, może jeszcze kiedyś warto będzie do nich sięgnąć?
Jarosław Górski
Przypisy:
- H. Kamieński, O prawdach żywotnych narodu polskiego przez Hipolita Prawdoskiego, Bruksela 1844, s. VI–VII.
- Ibid., ss. 33–34.
- Ibid., s. 56.
- Na tyle szacuje Kamieński liczbę Polaków. Stanowczo zbyt optymistycznie. Polska we wszystkich trzech zaborach utraciła na rzecz zaborców ok. 11 mln mieszkańców.
- Pogląd Kamieńskiego na rewolucyjny bądź reakcyjny charakter Konstytucji 3 maja nie jest konsekwentny. W „Prawdach żywotnych…” i „Katechizmie demokratycznym” kilkakrotnie podaje ten akt jako przykład zrozumienia przez szlachtę konieczności rezygnacji z części (na razie) przywilejów.
- Ibid., s. 46.
- Czymże jest w porównaniu mas drobna garstka siepaczy despotyzmu! – ibid., s. 49.
- Ibid., s. XV.
- Poczucie tego, że rewolucja i narodowe powstanie wymagają nie tyle oświecenia ludu przez szlachtę, ale idącego z obu stron wysiłku zmierzającego do wzajemnego oświecenia się, dzielił Kamieński ze swoim kuzynem, także wybitnym rewolucyjnym i niepodległościowym myślicielem i działaczem, a w roku 1846 faktycznym przywódcą powstania krakowskiego, Edwardem Dembowskim (1822–1846). Dembowski, z urodzenia arystokrata, chadzał w chłopskiej sukmanie, co – dużo wcześniej zanim taki gest zdewaluowała młodopolska ludomania – było symbolem konieczności oddania przez szlachcica chłopom części własnego splendoru i godności, a przyjęcia ich wartości, a także – co nie mniej ważne – zrównania stylu i poziomu życia.
- H. Kamieński, Stan średni i powstanie, Warszawa 1982, s. 89.
- Ibid., s. 113.
- H. Kamieński, Filozofia ekonomii materialnej ludzkiego społeczeństwa z dodaniem mniejszych pism filozoficznych, Warszawa 1959, s. 253.
- H. Kamieński, O prawdach żywotnych…, s. 29.
przez Jarosław Górski | wtorek 8 października 2013 | opinie
Niedawno odnowiłem umowę z operatorem telefonu komórkowego. Z żadną tam firmą-krzak, lecz należącą do wielkiej międzynarodowej korporacji, notowanej na giełdach całego świata. Ponieważ ostatnio dużo rozmawiam, z pomocą miłego i pomocnego konsultanta telefonicznego wybrałem zupełnie inne warunki niż do tej pory; miałem płacić nieco więcej, ale już nie martwić się, że przekroczę limity przydzielonych minut i każda dodatkowa będzie mnie słono kosztować. Pan konsultant polecił mi nowoczesny aparat i poradził, że jeśli będę chciał czasem skorzystać także ze starego, dobrze by było, gdybym kupił za jedyne 10 zł adapter karty SIM, bo nowa karta nie pasuje do starszych urządzeń. Dogadaliśmy się, podpisaliśmy umowę, a ponieważ akurat nie było w magazynie ani takiego aparatu, jaki sobie wybrałem, ani adaptera, przyniósł je kilka dni później kurier.
Po miesiącu dostałem rachunek do zapłacenia. Był on o kilkadziesiąt złotych wyższy, niż się spodziewałem. Ale pamiętałem, jak konsultant mówił, że do pierwszego rachunku zostaną dołączone wszelkie dotychczasowe zaległości, a poza tym nie miałem akurat czasu i głowy, żeby to wszystko sprawdzać, więc pocieszyłem się myślą, że właśnie pozbyłem się jakichś zadawnionych zobowiązań i od tej pory wszystko będzie, jak planowałem. Niestety, po miesiącu rachunek przyszedł znów o kilkadziesiąt złotych wyższy, niż oczekiwałem. O dziesięć złotych niższy co prawda, niż poprzedni, ale nie taki, na jaki się umawiałem. Zadzwoniłem na infolinię. I tam okazało się, że wszystko jest jak najbardziej w porządku. W tym miesiącu nie przekroczyłem limitu i zapłaciłem tyle, ile miałem zapłacić, miesiąc temu zapłaciłem dokładnie tyle samo, i jeszcze dziesięć złotych za adapter karty SIM.
No, tu już mną trochę zatrzęsło. Wziąłem do ręki umowę i przeczytałem tym razem konsultantce, miałem to czarno na białym, że przecież umawiałem się na niższą kwotę. Ale miła pani po drugiej stronie słuchawki poinformowała, że mój troskliwy operator zaopatrzył mnie nie tylko w te usługi, które były zapisane w umowie, ale także w kilka innych niezbędnych udoskonaleń, takich jak puszczanie osobom chcącym się ze mną połączyć muzyczki do słuchania czy esemesy z jakimiś ważnymi informacjami biznesowymi, pogodowymi i innymi (przychodziły, ale brałem je za uporczywy spam i od razu kasowałem). Poza tym okazało się, że połączenie internetowe po wyczerpaniu niewielkiego limitu darmowych megabajtów nie zwalnia prędkości, jak zapewniał mnie pan konsultant, ale zamienia się w drogi płatny pakiet. A że nowoczesne telefony łączą się z Internetem stale…
Długo trwało odkręcanie radosnej twórczości poprzedniego konsultanta i rezygnowanie z tych wszystkich dodatków. Oczywiście pieniędzy za dwa miesiące niekorzystania z niezamówionych usług nie dało się już odzyskać. Na koniec wygłupiłem się upierając, że żadnego adaptera karty SIM nie dostałem. Bo rzeczywiście, w przesyłce nie było zupełnie nic, co wyglądałoby na urządzenie o wartości 10 zł. Dopiero konsultantka uświadomiła mi, że ów tajemniczy adapter to kawalątek plastiku o wielkości może centymetr na półtora i wadze może ćwierć grama. Kosztuje to w budkach z telefonicznymi gadżetami kilkadziesiąt groszy, co i tak jest ceną sporo przesadzoną.
***
No i tak sobie siedzę wściekły. Bo przecież dałem się podejść jak dziecko, okazałem się frajerem, którego można strzelić na jakąś stówę, można wepchnąć mu za dziesięć złotych coś, co warte jest może z grosz, a za kolejne złotówki coś, co nie jest warte splunięcia (ta muzyczka chociażby czy esemesy z ogólnodostępnymi informacjami). I oczywiście zaczynam obwiniać siebie: że nie znam się na sprzęcie, że nie czytam dokładnie umów, które podpisuję, a jeszcze dokładniej tego, co w nich małym druczkiem. Że wykazuję się brakiem czujności, naiwnością, ufnością, mimo że przecież wiem doskonale, że kapitalizm to nic miłego, a przedsiębiorstwa są w nim po to, żeby generować zysk, a nie po to, żeby zaspokajać moje potrzeby. Przypominam sobie podobne przygody. Jak kiedyś za namową osoby zwanej doradcą bankowym skusiłem się na kredyt odnawialny o w miarę przyzwoitych odsetkach, które (co było napisane w umowie maleńkim druczkiem i w zadziwiającym miejscu) po kilku dniach stawały się lichwiarskie. Jak kupiłem komputer, który okazał się mieć zupełnie inne (oczywiście gorsze) parametry, niż twierdził sprzedawca i kartka informacyjna w renomowanym sklepie. Jak dałem się nabrać kilku pracodawcom, którzy potrzebowali mojej pracy natychmiast, mówili że nie ma czasu na sporządzanie umowy, no ale przecież polecił mnie wspólny znajomy… Jak dałem się oszukać innym pracodawcom, którzy obiecywali kwotę netto, a płacili brutto…
I jeszcze przypominam sobie przygody moich znajomych. Jeden, jak i ja prekariusz, dla fasonu nazywający się freelancerem, postanowił oszczędzać na starość i założył w banku dobrze oprocentowaną lokatę, która – znów maleńkim druczkiem – okazała się spekulacyjnym funduszem obłożonym zabójczymi prowizjami, które przez kilka lat zjadły trzy czwarte kwoty („Masz to jak w banku” – mówiło się kiedyś. Boże, kiedy to było?). Inny, wśród uśmiechów, z kawką i ciasteczkami, podpisał umowę na korzystny kredyt, który po doliczeniu wszystkich prowizji, ubezpieczeń i ubezpieczeń ubezpieczeń, okazał się zabójczy. Inni, wielu takich młodych, którzy uwierzyli stażodawcom, że jeśli zostaną na kolejne bezpłatne trzy miesiące, to później już na pewno otrzymają płatną umowę. Inni – starsi państwo – kupili grzejnik antyreumatyczny opracowany w kosmicznych laboratoriach NASA, a później zobaczyli taki sam w sklepie, dwudziestokrotnie tańszy.
A potem pokrzepiam się przypomnieniem sobie, że przecież już nie za każdym razem daję się nabrać, sfrajerzyć, zrobić w wała, w bambuko, że użyję tu tylko cenzuralnych określeń. Że już na wszelki wypadek nie daję sobie wcisnąć żadnych bankowych udogodnień i odrzucam wszelkie propozycje spotkań z doradcami, że czytam uważnie umowy (teraz zagapiłem się, wstyd mi), że wiem, że trzeba wszystko mieć na piśmie. Że aby nie czuć się jak ostatni frajer, na wszelki wypadek traktuję doradców, sprzedawców, konsultantów – a zwłaszcza ich przełożonych, wymyślających te wszystkie marketingowe sztuczki i cisnących podwładnych, aby za wszelką cenę wciskali ludziom różne niepotrzebne rzeczy, wyciskając w zamian ich pieniądze i ufność – z góry jak oszustów. Oczywiście takich oszustów, którzy w razie czego są kryci, mogą przecież pokazać umowę z trzydziestym siódmym punktem zapisanym maczkiem i powiedzieć: trzeba było czytać uważnie, trzeba było nie dać się zbajerować miłemu konsultantowi, trzeba było pilnować swoich interesów, trzeba było się znać na parametrach urządzeń, paragrafach prawa, stopach i procencie składanym, trzeba było wiedzieć, co to jest adapter karty SIM – frajerze! Jak ci artyści marketingu stojący niegdyś na Bazarze Różyckiego z trzema kartami i pokrzykujący: „Ja mam dwie ręce i nimi kręcę, a ty masz gały, żeby patrzały!”.
No ale potem myślę o kontaktach z potencjalnymi nowymi pracodawcami, którym nie mogę przecież z góry okazywać nieufności, żądać natychmiast precyzyjnych umów i zabezpieczać się na wszystkie strony, bo przecież w ten sposób przekreślałbym swoją szansę na pracę i zarobek. Więc także dla ratowania własnego samopoczucia zgadzam się na rozpoczęcie pracy przed podpisaniem umowy, ale tak na wszelki wypadek przygotowuję się gdzieś tam w głowie do tego, żeby w razie czego nie wyjść, przed sobą samym, na ostatniego frajera, móc powiedzieć sobie: wiedziałem, że to oszust, przejrzałem jego intencje i sztuczki, no ale co miałem robić? Oczywiście, lepiej później musieć przyznać, że się niesłusznie źle myślało o człowieku czy firmie, zwłaszcza że przecież myślało się dla siebie, nie zrobiło się im żadnej krzywdy, niż znowu wyjść na frajera i to permanentnego, takiego, co to go już tyle razy ograli w trzy karty, a który wciąż przystępuje do gry i wciąż głupi nie rozumie, że w to nie da się wygrać…
No ale w końcu myślę sobie, że te wszystkie reakcje obronne, nawet słuszne – to ciągłe profilaktyczne uważne czytanie umów, celowo konstruowanych tak, żeby nie dało się ich zrozumieć, to patrzenie na ręce urzędnikom bogatych banków, agentom wielkich firm ubezpieczeniowych, sprzedawcom w sieciach sklepów, odkładanie słuchawki, kiedy tylko zabrzmi w niej głos telemarketera – to są objawy jakiejś potężnej aberracji. Przecież porządny człowiek powinien ufać innym ludziom, niezależnie od tego, jaki zawód wykonują i w jakiej społecznej roli występują. Nie może być tak, że w obronie przed gangsterami zaczyna się patrzeć na świat jak gangster. Przecież tak właśnie być powinno, tak właśnie jest dobrze, kiedy wierzy się człowiekowi, gdy coś mówi. Przecież krzywdzimy wielu porządnych ludzi podejrzeniem, uprzedzeniem, oczekiwaniem od nich najgorszego, tym łapaniem się w ich towarzystwie za portfel; krzywdzimy nawet wtedy, gdy nie wychodzimy z tym na zewnątrz. Przecież te odruchy zaczynają rządzić naszym życiem, odzywają się w relacjach z innymi ludźmi, i to także tymi najbliższymi. W końcu nieufność rozlewa się po duszy czarnym cieniem, pokrywającym całą paletę barw naszych bliźnich.
Przypomina się tu dobrze opisana przez artystów słowa, historyków i socjologów, mentalność pańszczyźnianych i popańszczyźnianych chłopów, których utrwalone doświadczenia kazały im wciąż obawiać się krzywdy i oszustwa. Powodowało to chroniczną nieufność i niechęć do innych, ale także usprawiedliwiało własne nieuczciwości, popełniane nawet nie z chęci zysku, ale z potrzeby złagodzenia poczucia bycia ofiarą wykorzystania. W końcu skoro pan mógł bezkarnie gnać chłopa do roboty, podnosić normy, oszukiwać na obrachunku, a w wolnych chwilach gwałcić żonę i córkę, to kradzież drewna z pańskiego lasu zyskiwała walor terapeutyczny. Dziś, zachowawszy wszelkie proporcje, możemy zaobserwować podobne zjawiska w umysłach ludzi wolnych, choć przecież zależnych od jednostek i instytucji potężniejszych od siebie.
***
System, w którym przyszło nam żyć, a w którym zarabianie pieniędzy jest najwyższą cnotą najsilniejszych, jest trochę jak mityczna wróżka Kirke. Posiadł umiejętność – przynajmniej w pewnym stopniu – zamieniania ludzi w świnie. I naprawdę trzeba być mądrym jak Odyseusz, by obronić się przed takim czarem. Jeśli ktoś zna jakieś kontrzaklęcie, proszę, by mi je zdradził. Ja tymczasem mam tylko taki pomysł, by o tych czarach pamiętać, mówić głośno i także głośno mówić o tym, że dobrze jednak jest być marynarzem, a nie świnią.
I mam ponadto taką refleksję. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu właściciele fabryk na całym świecie, prywatni i państwowi, nie przejmowali się oczyszczaniem spalin ani ścieków. Po prostu zarabiali, brali pieniądze do kieszeni, a odchodami, których w tym procesie nie dało się uniknąć, obdzielali nas wszystkich. Zyski były prywatne lub państwowe, a koszty publiczne. W końcu jednak podtruwani ludzie zaczęli domagać się zakładania filtrów na kominy i upusty, słusznie przecież obawiając się o to, co wspólne i wszystkim nam niezbędne. No i w pewnym przynajmniej stopniu udało się fabrykantów zmusić – bo przecież nie uprosić – do myślenia o czystości powietrza, wody i ziemi. Może warto byłoby teraz pomyśleć o ekologii naszych umysłów i wzajemnych relacji i w końcu zacząć domagać się, aby to właśnie ci, którzy zarabiając niewyobrażalne pieniądze wypuszczają między nas swoje ścieki, masy moralnego brudu, który powstaje w tym procesie, zaczęli ponosić za to odpowiedzialność.
przez Jarosław Górski | wtorek 20 sierpnia 2013 | opinie
Ludowe baśnie zawsze kłamią. Kłamią, bo kończą się w takim momencie, w którym bohaterowie tylko pozornie dają sobie radę ze swoimi problemami, a tak naprawdę dopiero wdeptują w prawdziwe kłopoty. Baśń kończy się, gdy Kopciuszek zwraca uwagę królewicza i wychodzi za niego za mąż. Albo kiedy szewczyk zabija smoka i w zamian dostaje za żonę królewnę i we władanie pół królestwa. Dalsze losy bohaterów baśń załatwia zdawkowym „i żyli długo i szczęśliwie”, chociaż ci, którzy baśnie swoim dzieciom opowiadają, sami raczej osobiście nie znają żadnego prostaczka, który by posiadł królewnę, i wiedzą, że królewicz może mieć czasem ochotę na jakiegoś kopciuszka, ale raczej nie będzie planował z nim długiego życia. Baśń obiecuje wspaniałą nagrodę za naśladowanie ukazywanych w niej postaw i zachowań. Oczywiście takiej nagrody niemal żaden realny naśladowca Kopciuszka czy szewczyka nie otrzymuje. Jest to dowodem na to, że stara się za słabo, że coś z nim jest nie tak.
Kiedy baśń zaczyna kłamać
Niedawno nasze media oraz blogosfera zachwycały się pomysłem Kariny Gos, która wymyśliła niebanalny sposób na zdobycie posady copywriterki. Sprawę opisał m.in. Michał Wąsowski z portalu NaTemat w entuzjastycznym tonie i pod wiele mówiącym tytułem „Młodzi, przestańcie narzekać na brak pracy. Weźcie przykład z Kariny i jej genialnej akcji na Foursquare”. Młodzi są roszczeniowi, bierni i nie umieją skonstruować CV – wynika z tekstu Wąsowskiego. Tymczasem przypadek Kariny Gos pokazuje, że „wystarczyło ruszyć głową, trochę popracować nad formą i praca w zasadzie sama do niej przyszła – młoda kobieta już po 18 dniach od rozpoczęcia akcji dostała propozycję od firmy VML, którą kieruje Michał Wolniak. VML to jedna z największych światowych agencji kreatywnych”.
Pani Karinie Gos tą drogą serdecznie gratuluję zdobycia posady, panu Michałowi Wolniakowi gratuluję zatrudnienia zdolnej pracownicy. Redaktorowi Wąsowskiemu gratuluję talentów opowiadacza baśni. Bo jego tekst jest niczym innym jak baśnią. Gdyby miał być tekstem dziennikarskim albo choćby poradnikiem poszukiwania pracy, moglibyśmy spodziewać się po nim odpowiedzi na takie, istotne chyba dla osób pragnących skorzystać z przykładu, pytania: Jakie były wcześniejsze profesjonalne doświadczenia pani Gos? Skąd brała ona środki na utrzymanie w czasie absorbującej akcji na Foursquare? Czy odbyła jakieś rozmowy z przyszłym pracodawcą, zanim podpisała z nim umowę? O co była pytana? Jakie umiejętności i kompetencje zainteresowały pracodawcę oprócz wrażenia wywołanego genialną akcją na Foursquare? Jakie warunki pracy zaproponował pracodawca? Jaki zaproponował typ umowy i jaką płacę? Czy pani Gos przyjęła warunki od razu, czy zaproponowała swoje? Czy będzie mogła się z tej pracy samodzielnie utrzymać? Jak się pracuje w firmie prezesa Wolniaka? Na czym polega praca? Czego pracownica będzie musiała się douczyć, aby utrzymać posadę? Czy pracownica i pracodawca są zadowoleni ze współpracy? No i oczywiście warto byłoby odczekać jakiś czas, aby zorientować się, czy pracownica utrzyma posadę, a pracodawca – pracownicę. Historia urwana w najciekawszym momencie nie ma żadnego waloru poznawczego, jest po prostu baśnią.
Opowieść o znakomitym pomyśle i sukcesie Kariny Gos jest oczywiście oparta na prawdziwej historii, ale zaczyna kłamać, gdy próbuje nawoływać innych do brania z niej przykładu; kiedy próbuje się bohaterkę przeciwstawiać tym, którzy pracy nie znaleźli. Wśród niezliczonych młodych ludzi szukających pracy z pewnością znajdą się i tacy, którym sukces (polegający – przypomnijmy – na samym otrzymaniu zatrudnienia, o dalszym ciągu oraz o wszelakich komplikacjach baśń powinna milczeć) zapewniło CV z dołączonym zdjęciem w bardzo skąpym bikini albo z nagim torsem kulturysty. I ci, którzy pracę uzyskali dzięki takiemu (przyznajmy, o wiele mniej wyrafinowanemu i eleganckiemu niż pani Gos) pomysłowi, również mogą odczuwać wielką chęć udzielenia już nie czytelnikom, ale przynajmniej znajomym porad i podzielenia się własnym doświadczeniem. A że pomysł w innym wypadku nie zadziała? Cóż, będzie to po prostu dowód na to, że nie wszyscy równie dobrze prezentują się w bikini lub z naprężonym nagim torsem. W każdym razie wyśmiewane przez korporacyjnych specjalistów od (przepraszam za wyrażenie) zarządzania zasobami ludzkimi zwyczaje aplikantów rozsyłających wzmacniane różnymi ekscentrycznymi pomysłami CV mogą mieć swoje racjonalne jądro, mogą właśnie wynikać z brania przykładu z kogoś, o którym ktoś słyszał, że kiedyś mu się udało.
Jak Wańka rozbawił cara
Artykuł o sukcesie młodej kreatywnej poszukiwaczki pracy wzmacnia ramka z opowieścią, jak to niegdyś staż uzyskała dzisiejsza zastępczyni redaktorki naczelnej „Przekroju”, Hanna Rydlewska: „Zachowałyśmy się dosyć bezczelnie, bo na recepcji powiedziałyśmy, że jesteśmy umówione z redaktor naczelną. Oczywiście nie byłyśmy. Zostałyśmy doprowadzone przed oblicze Zuzy Ziomeckiej, która na szczęście jest osobą otwartą na takie sytuacje. Zamiast pokazać nam drzwi, zadała kilka pytań. Rozmawiało nam się na tyle dobrze, że zaproponowała nam staż”. Ta historia oczywiście także jest baśnią, bo nie znamy ani jej dalszego ciągu, ani rewersu. Nie opublikujemy przecież o wiele liczniejszych opowieści o tym, jak podobne sposoby poszukiwania pracy skończyły się dla aplikantów zrzuceniem ze schodów lub przynajmniej obsobaczeniem przez szefów mniej otwartych na takie sytuacje. Nie dowiemy się też nigdy, czy obecne, wciąż dołujące wyniki sprzedaży „Przekroju” mają jakiś związek z tym, że jego naczelna dobiera sobie współpracowników na zasadzie otwartości na różne sytuacje.
Baśnie opowiadane przez panie Gos i Rydlewską mają jeden wspólny element, zresztą występujący bardzo często w podaniach ludowych przekazujących życiową mądrość feudalnej proweniencji. Aby osiągnąć sukces, należy po prostu spodobać się temu, kto z łaski swojej udziela dóbr i zaszczytów. Rzadko ma to związek z jakimiś wypracowanymi umiejętnościami, częściej z cechami przyrodzonymi, takimi jak uroda, śmiałość, spryt i przebiegłość. Kopciuszek musi się więc spodobać królewiczowi, głupi Wańka zostanie koniuszym, kiedy rozbawi znudzonego cara. W opowieściach o sukcesie pań Gos i Rydlewskiej ten element – spodobania się pracodawcy-suwerenowi – jest kluczowy, choć oczywiście może być nieprawdziwy. W cieniu pozostają takie kwestie jak rzeczywiste umiejętności obu pań, ich zdolność skupienia się na mało spektakularnej, codziennej pracy, doświadczenie, wykształcenie itp. Oczywiście każda z nich z pewnością te umiejętności posiada, ale w przedstawionych opowieściach rzucamy światło tylko na ten moment, w którym aplikant spodobał się władcy.
Nasze media pełne są narzekań, że uczniowie i studenci migają się od nauki, że młodzi pracownicy wymigują się od roboty, próbując jak najwięcej zwalić na innych, a przy okazji zrobić dobre wrażenie. Ale może takie postawy mają swoje racjonalne jądro i wynikają z płynącej między innymi z takich baśni ludowej mądrości mówiącej tyle, że w pracy nie sama praca jest najważniejsza, ale po pierwsze jej odpowiednio spektakularne zdobycie, a po drugie umiejętne zrobienie wrażenia na decydujących o jej udzieleniu ważnych osobach. Można tego dokonać uroczą bezczelnością, można pieczołowitym wydreptywaniem odpowiednich ścieżek i dokumentowaniem tego przy pomocy nowoczesnych aplikacji, byle spodobać się księciu, byle rozbawić znudzonego cara. Najważniejsze w życiu jest sprawianie dobrego wrażenia na tych, którzy udzielają łask: decydują o przyjęciu do pracy mającej status deficytowego dobra pracy, a także o kwocie płacy mającej status dobra jeszcze bardziej deficytowego. A najsmutniejsze jest to, że taka postawa ma również swoje racjonalno-irracjonalne jądro.
Bo oczywiście gadanie o tym, że kapitalizm jest zawsze racjonalny, a ludzie zarządzający prywatnymi przedsiębiorstwami kierują się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, ma się nijak do rzeczywistości. Bardzo wielu pracodawców przypomina klientów restauracji, którzy skoro wydali na obiad pieniądze, nie mogą sobie odmówić poniżenia kelnera, mimo iż doskonale wiedzą, że on za to napluje im do zupy lub zamiesza kawusię palcem umoczonym w pewnej niewymownej czeluści. Potrzeba poczucia władzy, dominacji czy bycia świetnym gościem jest dla nich warta każdych pieniędzy i każdej straty. Jedni z nich będą tę potrzebę realizowali poniżając swoich pracowników, inni odbierając od nich pożądane zachowania. Wcale nierzadkie są takie, z ekonomicznego punktu widzenia irracjonalne, przypadki, kiedy właściciel lub zarządzający z sobie tylko znanych powodów prześladuje i w końcu pozbywa się pracownika przynoszącego firmie największe korzyści, a hołubi takiego, który co prawda niewiele robi, ale potrafi zaaranżować sytuację, na którą szef jest otwarty, sprawić, że poczuje się miło. I oczywiście bardzo wielu młodych (i nie tylko młodych) ludzi zdaje sobie z tego sprawę, a czytane w mediach baśnie jeszcze to przekonanie wzmacniają.
Praca i posada
To właśnie jest racjonalne, iż ludzie przekonani o tym, że pożądane skutki przynosi robienie wrażenia na pracodawcy, a nie sama praca, przestają przykładać się do pracy, a przykładają się do robienia wrażenia. Jeśli ktoś jest bez pracy przez wiele miesięcy albo też całymi latami stażuje i skacze od jednego dorywczego zajęcia do drugiego, nie ma możliwości doskonalenia się w pracy. Tym bardziej będzie on skłonny przypisywać swoje niepowodzenia temu, że robi nie dość dobre wrażenie, i tym bardziej będzie skłonny pracować nad tym wrażeniem. I jeśli usłyszy baśń, jak to Karina Gos zrobiła wrażenie na prezesie Wolniaku, opowieść w stosownym momencie urwaną i zakończoną domyślnym „i żyli długo i szczęśliwie”, zacznie raczej po swojemu naśladować „genialne akcje”, niż doskonalić inne umiejętności.
Można się domyślić, jakie społeczne skutki może przynieść albo już przynosi takie zjawisko. Wpojone przekonania i utrwalone podczas jałowych poszukiwań odruchy dadzą o sobie znać, kiedy posada już zostanie zdobyta. Oczywiście pracownik przekonany o tym, że wartość ma zdobycie i utrzymanie miejsca zatrudnienia, a nie sama praca, także będzie pracował, także wytworzy jakąś wartość dodaną, dzięki której zadowoli szefa-suwerena. Ale czy będzie twórczy, skłonny do doskonalenia efektów własnych działań, nawet gdy jego wizja przekracza wizję suwerena i kiedy twórczość niesie ryzyko wypadnięcia z łask? Czy technologiczne zapóźnienie naszego kraju, jego niska innowacyjność, wizualna brzydota i banalność, wtórność idei czy choćby – przepraszam prezesa Wolniaka, który jest tutaj skojarzeniodawcą, a nie adresatem przykładu – budzący zażenowanie poziom polskich reklam atakujących zewsząd każdego z nas – nie wynikają w jakimś stopniu z tego, że ludzie tak dużo troski, energii i wysiłku poświęcają zdobyciu i utrzymaniu zatrudnienia, a tak mało samej pracy?
Zakończona wezwaniem do naśladowania baśń o genialnym pomyśle młodej aplikantki niesie przede wszystkim takie przesłanie, że klęska w staraniach o pracę świadczy o niskiej osobistej jakości starającego się. O jego braku pożądanych cech takich jak kreatywność, odwaga, zdecydowanie i co tam jeszcze. Sugeruje, że osoba delikatna, o odmiennym niż proponowane poczuciu godności, która nie jest skłonna narazić się na śmieszność i zniewagę, na wyprowadzenie przez ochronę z biura naczelnej czy w końcu na tygodnie wydreptywania ścieżek i informowania o tym potencjalnych pracodawców, powinna się całkowicie i radykalnie zmienić. Nie ma tu nic do rzeczy fakt, że taka delikatna i godna osoba mogłaby być znakomitym pracownikiem. To nieważne, gdyż baśń mówiąca o poszukiwaniu pracy ceni posadę, a nie pracę.
Kwestia godności
Świetnie ujęła takie sugestie i oczekiwania w swoim emocjonalnym blogowym wpisie rówieśniczka Kariny Gos, Sandra Borowiecka: „Młodzi, zacznijcie trenować boks. Zapiszcie się na karate, czy inne sztuki walki. Stańcie się przebiegli jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Sprawni Jak Chuck Norris, który nie szukałby pracy, bo to praca szukałaby jego. Bądźcie jak MacGyver, gotowi do otwierania drzwi biura szefa szpilką, do wskakiwania przez zamknięte okna, do czołgania się kanałami wentylacyjnymi. Musicie być kreatywni, czujni, szukać tam, gdzie inni nie szukają, przechodzić po ciałach tych co zdechli jak psy, leżąc na ulicach z lupami w dłoniach szukając tej jedynej, wyśnionej pracy. Bądźcie bezwzględni i czochrajcie szefa, gdy tylko nadarzy się okazja. Wrzućcie do internetu wszystko, co tylko możecie, zdjęcia majtek czystych i brudnych, swoich i czyichś. Proście o polubienia, o kliknięcia, o wyświetlenia. Pozbądźcie się złudzeń o doświadczeniu i wiedzy, zastąpcie je kreatywnością – tylko tak macie szanse, by zaistnieć na rynku pracy”.
Oczywiście sugerowanie ludziom poszukującym pracy całościowej zmiany samych siebie prowadzi wprost do pozbawienia ich godności, i to takiego, które oni sami uwewnętrznią. Człowiek pracujący lub starający się o pracę na mocy kontraktu z pracodawcą powierza mu jeden z najistotniejszych aspektów swojego życia: pracę. Ale nie powierza siebie. I na mocy kontraktu pozwala pracodawcy oceniać swoją pracę, ale nie siebie. To dla godności człowieka bardzo istotne, żeby wiedział, iż oceniana jest jego praca, względnie jego potencjał pracownika, ale nie on sam. Żeby mógł rozgraniczyć role, w których występuje: pracownika, który swoją pracę komuś sprzedaje, oraz siebie – osoby, której niezależnie od okoliczności nikomu nie wolno zmieniać, łamać, naginać.
A baśnie opowiadane przez redaktora Wąsowskiego i jego kolegów nastawione są na coś zgoła przeciwnego: takie złamanie przekonań i charakterów młodych ludzi, żeby rzeczywiście uwierzyli oni w to, że bezskuteczność starań zmierzających do zdobycia pracy świadczy o ich całościowo niskiej wartości. A ludzie o tym przekonani zgodzą się w końcu na każde warunki pracy, aby tylko uniknąć ostatecznego poniżenia, i jeszcze zaczną głosić peany na cześć pracodawcy. Tak jak kandydatka na Kopciuszka odrzucona przez kolejnych królewiczów wyjdzie w końcu za szewca-pijanicę, brutala i brudasa. I – mimo nienawiści – wobec sąsiadów zacznie go nazywać swoim księciem.
przez Jarosław Górski | piątek 12 lipca 2013 | opinie
Kwestii skrajnej prawicy, nacjonalizmu, faszyzmu, nazizmu, kwestii wściekłych szowinistycznych łysoli nie da się w Polsce rozwiązać, bo ci skrajni prawicowcy, nacjonaliści, faszyści, naziści, wściekli szowinistyczni łysole są Polsce potrzebni. A w każdym razie są potrzebni tym, którzy własne potrzeby utożsamiają z potrzebami Polski i w dodatku umieją dorobić do tego ideologię. Są potrzebni polskiemu filistrowi, polskiemu liberałowi.
1.
Sto z górą lat temu zaobserwowano istnienie pewnego typu umysłowego – a może także klasy społecznej – określanego jako filister. Polski filister miał najczęściej korzenie szlacheckie lub takie sobie przypisywał, od kilku pokoleń w miarę stabilną sytuację materialną, inteligenckie aspiracje, a często także zajęcia. Filister był zarówno konserwatystą, jak i postępowcem, to znaczy uznawał i szanował społeczne hierarchie, przyjmował pełną rewerencji i nieco uniżoną postawę wobec autorytetów, lubił swoje zamożne, spokojne życie, obawiał się społecznych wstrząsów, a w jego systemie wartości wysoką rolę odgrywały higiena, edukacja i nabywanie wiedzy, pewna delikatność obyczajów i form, nawet jeśli niezbyt udolnie naśladowana z zachowań wyższych sfer. Wyróżniającą cechą polskiego filistra było przeświadczenie o tym, że własne obyczaj, sposób zachowania, system wartości i przekonań są głęboko słuszne, a do tego niejako obiektywne. Mimo że wykształcony filister miał świadomość, iż systemy wartości i obyczaje są różne, a także zmieniają się w czasie, jednak swój obyczaj traktował jako ostateczny punkt dojścia takiego ewentualnego procesu.
Szacunek i cześć dla własnej moralności, a może także niechęć do nadmiernego a męczącego zgłębiania problemów tego świata, powodowały, że polski filister bardzo niechętnie przyjmował do wiadomości, iż przekonania i zachowania ludzi mogą być jakoś zależne od ich utrwalonych doświadczeń i związanego z nimi sposobu widzenia świata, od ich materialnego i społecznego statusu, od poczucia – lub jego braku – własnej wartości, twórczości i sprawczości. Ponieważ filister uważał oglądanie i ocenianie świata w złożonych kategoriach społecznych, ekonomicznych i historycznych za niebezpieczne dla własnego systemu wartości, rozwadniające czy może zbyt trudne, wobec tego oceniał świat w swoiście rozumianych kategoriach moralnych i reagował oburzeniem na wszelkie odstępstwa od swego moralnego wzorca. Aczkolwiek odstępstwa te były mu potrzebne jak powietrze, ponieważ utwierdzały go w przekonaniu, że jego własna uprzywilejowana pozycja w tym świecie wynika właśnie z tego, że to on reprezentuje wartości prawdziwe i słuszne.
Filister reagował więc miłym i krzepiącym świętym oburzeniem na wiadomości o tym, że chłop dziecko chore na krup wiezie do szeptuna, a nie do lekarza; że robotnik z każdą tygodniówką idzie do knajpy, po czym tłucze żonę i dzieci domagające się obiadu; że w żydowskim sklepie klient nie może się dogadać po polsku; że znów gdzieś tam wyrodna matka podrzuciła dziecko pod kościół. Filister zbierał takie informacje skrzętnie, bo potwierdzały one jego wizję świata, w której on sam – dzięki temu, że przecież tak gorliwie obserwował obyczaje wyższych sfer, śledził pojawiające się wciąż nowoczesne idee, a jednocześnie strzegł odwiecznych wartości – był miarą dla innych. Miał więc najświętsze prawo widzieć wokół siebie świat złożony z przyjaznych, a przynajmniej zrozumiałych jemu podobnych istot oraz z ciemnego chłopa, brutalnego robotnika, obcego i panoszącego się Żyda oraz w ogóle z motłochu pozbawionego moralności. A że filister był właśnie nowoczesny i higieniczny, lubił opisywać świat przy pomocy higienicznych pojęć. Dzielił się on znów na czyste osoby i brudne zbiorowości, w których chłop śmierdział gnojem, robotnik potem, Żyd czosnkiem, a wyrodna matka rozpustą.
Oczywiście wszelkie próby przedstawiania filistrowi propozycji zobaczenia świata w kategoriach innych niż w jego rozumieniu moralne musiały spalić na panewce. Filister nie chciał słuchać, że istniejące w wielkiej skali ciemnota, brutalność, obcość czy rozpusta to społeczne problemy, które można i powinno się rozwiązywać przy pomocy społecznych środków (choć zdaje się, nigdy nie rozwiąże się do końca). Że jeśli da się ludziom szansę na osiągnięcie względnej materialnej zamożności i wykształcenia, pozwoli im się doświadczyć w miarę trwałej pewności egzystencji i godności własnej, jeśli się człowiekowi pozwoli poczuć, że od jego starań i działań wiele zależy, czyli jeśli się człowiekowi da takie wyposażenie, które za zasługę dobrego urodzenia było dane filistrowi, to człowiek ten zacznie poszukiwać dla siebie łagodniejszych obyczajów, będzie miał jakąkolwiek motywację, żeby swoim bliskim i w ogóle światu zacząć okazywać czułość, a nie nienawiść. I może nawet zachce mu się myć po robocie, może zacznie szukać bardziej wyrafinowanych sposobów odpoczynku niż wódka, mordobicie czy rozpusta.
Takie rozumowanie było dla filistra nie do przyjęcia, było świadectwem naiwnego pięknoduchostwa lub złowrogiej ideologii, rozwadniało tylko moralną ocenę i służyło ukryciu faktu, że na świecie istnieje cywilizacja, której trzeba strzec, oraz dzikość, przed którą trzeba się chronić. Jedynym ratunkiem dla nielicznych przedstawicieli zbiorowości złych i dzikich z natury było bezkrytyczne przyjęcie systemu wartości filistra, zapomnienie o własnym indywidualnym i zbiorowym doświadczeniu, dochrapanie się jego materialnego statusu i stylu bycia, a więc całkowite wyzbycie się empatii i solidarności z miejscem, z którego wyszli.
2.
Dziś polski filister ma się całkiem dobrze i mimo że może należeć do zwalczających się politycznych obozów oraz wyznawać różne ideologie, jednego jest pewien: swojej moralnej i wszelkiej innej wyższości nad tłumem, którego istotą jest po prostu tłumność i którego nie wolno postrzegać inaczej niż w kategoriach zbiorowych. Dziś sam siebie nazywa liberałem, bo liberalizm to taka ideologia, która pozwala mu posiadać miłą świadomość, że swoją uprzywilejowaną pozycję zawdzięcza zaletom ducha i umysłu. Jedną ze spraw dzielących dzisiejszego prawicowego i lewicowego liberała jest jakoby stosunek do rozszerzającego się nacjonalistycznego i rasistowskiego ekstremizmu. Jednak prawicowy liberał nie postrzega tego zjawiska zasadniczo inaczej niż lewicowy.
Prawicowy liberał jest pewien, że jego wartości i poglądy na życie są słuszne, a indywidualna wartość niezwykle wysoka, i to predestynuje go do odgrywania wiodącej roli w narodzie. Niestety, na skutek ogólnego upadku cywilizacji zapanowała d…kracja (jak zwykł mawiać trochę trzymany na dystans, ale jednak mistrz i nauczyciel prawicowego filistra) i roli tej nie można odgrywać wprost, zajmując po prostu należne sobie stanowiska w społecznej hierarchii oraz – co tu dużo gadać – hierarchii władzy; trzeba udawać, że się ją współdzieli z motłochem. I wciąż walczyć z liberałem lewicowym, którego na pomieszanie dobrego i złego zwie się socjalistą. Który zawłaszczył narzędzia kontroli masy, a więc i stanowiska. I oto właśnie zjawia się masa, już zorganizowana, już działająca, spragniona własnej sprawczości i znaczenia. Masa, która jest na tyle tępa, że własną pogardę do niej można jej sprzedać jako troskę i zrozumienie. Masa, przed którą Zawisza może przedstawiać się jako mąż stanu, Ziemkiewicz jako intelektualista, a Poręba jako niezłomny autorytet moralny. Taką masę – wydaje się prawicowemu liberałowi uwielbiającemu politykowanie i uważającemu, że w d….kracji politykuje się nie z masami, ale przy użyciu masy – wystarczy dowartościować, trzeba więc zataić własną do niej pogardę, zagonić do urn, gdzie zagłosuje pod dyktando, postraszyć nią politycznych przeciwników, a później się ją weźmie za mordę, bo oczywiście wolność jest wartością najwyższą, ale przecież dotyczy to jednostek, nie masy. To, że przekonania, historyczna tradycja i działania masy są wstrętne, to prawicowego filistra nie obchodzi. Jednego nie obchodzi dlatego, że podziela część tych poglądów i metod działania, a innego dlatego, że w ogóle całą masę, wraz z jej poglądami i metodami działania, uważa za wstrętną, ale jednak niezbędną do tego, żeby nią prowadzić politykę. Bo prawicowy filister wie, że polityka to rzecz brudna, ale prawdziwy mężczyzna musi się czasem pobrudzić, aby ochronić przed brudem to, co najcenniejsze: swoje kobiety i dzieci.
Lewicowy liberał również jest pewien, że jego wartości i poglądy na życie są słuszne, a indywidualna wartość niezwykle wysoka, i to predestynuje go do odgrywania wiodącej, oczywiście służebnej – jak to definiuje inteligencki etos, na który filister chętnie się powołuje – roli w społeczeństwie. Jest feministą i kocha mniejszości, o których prawa gotów jest walczyć. Wie, że człowiek cywilizowany nie tylko używa widelczyka do ciasta i pija latte, ale także jest otwarty na inność i nie okazuje swojej wyższości, co w odniesieniu do masy jest naprawdę bardzo męczące. I oto nadchodzi ratunek: nacjonaliści, faszyści, naziole, łyse pały. I nagle można poluzować politpoprawnościowe zwieracze, bo przecież wobec takiej swołoczy nie obowiązują żadne zasady. Można w końcu zacząć głośno mówić o tym – nie tylko emocjonalnie, na wiecach i demonstracjach, ale także w rzetelnej publicystyce – jak się odwiecznie pojmuje świat: istniejemy my, pojedynczy i osobowi, cywilizowani i do cywilizacji predestynowani, oraz oni, nieosobowi i bezosobowi, do ucywilizowania niezdolni, których można opisywać wyłącznie w kategoriach zbiorowych i przyrodniczych. Bydło, motłoch, swołocz, masa, czemużby nie czerń? Bydło żądne krwi, złożone z czystej nienawiści i męskiej frustracji.
Wykształcony i czysty lewicowy liberał doda jeszcze nieco pojęć higienicznych i medycznych, ze szczególnym uwzględnieniem endokrynologii: ociekające potem i śliną, śmierdzące spermą, buchające testosteronem i adrenaliną. Zwały mięśni przewalające się masami. „Przyglądam się hordzie – pisze socjolożka Kinga Dunin. – Przede wszystkim jest szczęśliwa, nabuzowana adrenaliną i testosteronem. Zwycięska. Wywrzaskują swoją pogardę z sadystyczną satysfakcją, jaką sprawia im poniżanie i nienawiść”. „To czysta nienawiść – orzeka pisarz Ignacy Karpowicz, kiedy już dał sugestywny opis tłuszczy śmierdzącej spermą i ociekającej testosteronem. – Czysta nienawiść, ale margines, mówią niektórzy. O co tyle szumu, przecież nikogo nie zabili, mówią inni. Otóż nie. Taki margines się rozszerza niezauważalnie na całą stronę zeszytu. Najpierw jest małe, potem większe. Najpierw jest niechęć, potem Holocaust. Wszyscy, którzy nienawidzili w Orli, Krynkach czy Białymstoku powinni trafić za kratki. W resocjalizację nie wierzę. Nienawiść się nie resocjalizuje, tylko zapieka i wzrasta”. Cóż taki opis implikuje? Że ta nienawiść bierze się już nawet nie z ideologii, którą przyjmują z takich czy innych powodów sfrustrowani ludzie, ale wprost z ich natury, jest wydzielana przez ich organizmy tak jak płyny fizjologiczne i hormony. Nienawiść, która, skoro się pojawiła, może tylko wzrastać, a więc najmniejszy jej objaw znaczy tyle co zbrodnia, co Holokaust, bo zawsze do nich prowadzi.
Oczywiście biologiczno-zbiorowa wizja nazistowskiej nienawiści zwalnia od dociekania innych jej przyczyn, a nawet od razu dyskwalifikuje dążenia do takiego dociekania. Wszelkie próby wskazywania na to, że nienawiść i frustracja to nie jakieś biologiczne determinizmy, lecz problemy społeczne, którym sprzyjają obojętność wspólnoty na los jednostki, rozwarstwienie ekonomiczne czy utrwalone – choćby w szkole lub w staraniach o pracę – przekonanie o bezskuteczności własnych indywidualnych wysiłków i nieważności własnych indywidualnych aspiracji, traktowane będą jako w najlepszym razie pięknoduchostwo, w najgorszym natomiast jako akces do brunatnej zarazy. I nie ma żadnego tłumaczenia, że przyczyn zjawiska szuka się nie dla usprawiedliwiania podłych czynów, ale z przekonania, że brunatnej zarazie należy i można zapobiegać. Lepiej takich prób nie podejmować, bo po co się narażać na opinię obrońcy faszystów.
A poza tym frustracja traktowana jest w dyskursie naszego zadowolonego z siebie, sytego lewicowego liberała nie jako problem społeczny, któremu należy zapobiegać, ale jako obelga. Jeśli w liberalnej prasie pojawia się pogłębiony artykuł biograficzny o jakimś przeciwniku czy niezbyt gorliwym wielbicielu jej aktualnej linii, można być pewnym, że konkluzją i wyjaśnieniem jego wyboru, a jednocześnie podaną z satysfakcją obelgą, będzie frustracja bohatera. Dziś do modnych słów-kluczy lewicowego liberała, którymi się zbywa problemy społeczne i załatwia prywatne porachunki, dołącza również „resentyment”. Także o frustracji i resentymencie całych grup społecznych liberał mówi z satysfakcją jako o dowodzie własnej wyższości, nie doszukując się ani ich przyczyny, ani sposobów zapobiegania. Bo filister-liberał nie chce ani dociekać przyczyn, ani zapobiegać. Potrzebuje frustratów, żeby mógł wciąż mobilizować własne poczucie wyższości i uprzywilejowanego miejsca w społecznej hierarchii.
3.
Liberalna optyka – prawicowa czy lewicowa – jest dziś właściwie jedyną obecną w publicznym dyskursie. Problem prawicowego ekstremizmu będzie więc narastać, bo polski liberał potrzebuje społecznej frustracji. Nawet jeśli uda się coś zdziałać dzielnemu ministrowi, który już po nich idzie, będzie odrastać. Bo naziści potraktowani policją i represjami, zamknięci do więzienia, kiedyś z tego więzienia wyjdą. Teraz dopiero nabuzowani nienawiścią. I wyciągną wnioski. Skoro do tej pory, przez ponad dwadzieścia lat, w miarę nie niepokojeni zastraszali całe miasta – Olsztyn, Białystok, Wrocław – i skoro łamali nosy i żebra, cięli nożami twarze, glanowali, lżyli i podpalali, a wszystko to w miarę uchodziło na sucho, natomiast policyjne pokazowe represje rozpoczynają się po kilku akcjach polegających na wyciu i wrzaskach podczas wykładów ważnych profesorów i redaktorów, to będzie znaczyło, że trzeba na jakiś czas przestać widowiskowo burzyć spokój profesorów i redaktorów. I wrócić do mało spektakularnej pracy organicznej: łamania nosów i żeber, cięcia twarzy, glanowania, lżenia i podpalania. Naziści szybko nauczą się, że polski liberał jest uczulony na dyskomfort tych, których postrzega jako ważnych, oraz obojętny na los tych, których postrzega jako nieważnych. A wtedy niech bogowie mają nas, ich sąsiadów, w opiece!
A materiał na uzupełnianie nazistowskich kadr też będzie odrastać, jeśli obok policyjnych nie zaczniemy podejmować – i to w skali państwowej – społecznych środków walki ze społeczną frustracją, upokorzeniem, z wyuczonym przekonaniem o bezskuteczności jakichkolwiek środków komunikowania się ze światem poza brutalnymi oraz o nieważności wszelkich indywidualnych wysiłków. Ale jak przekonać do tego polskiego liberała, który chyba boi się stracić swój punkt odniesienia: nędzną sfrustrowaną hordę?
przez Jarosław Górski | poniedziałek 3 czerwca 2013 | opinie
Minęły już 24 lata od pamiętnego czwartego czerwca, od dnia, którego, jak powiedziała w słynnej telewizyjnej migawce Joanna Szczepkowska, „skończył się w Polsce komunizm”. Czy uproszczenie świetnej aktorki było dopuszczalne, czy zbyt daleko idące, można dyskutować; można, powinno i dyskutuje się także o tym, czy pierwsze częściowo wolne wybory były rzeczywiście zwycięstwem demokratycznej opozycji. Faktem jest jednak, że 4 czerwca 1989 roku stał się pewną cezurą dzielącą w naszych głowach czasy Peerelu i niepodległej Polski. Obalenie niesprawiedliwego i siłą narzuconego ustroju, odzyskanie przez naród własnego państwa, a przez społeczeństwo możliwości samostanowienia z pewnością warto czcić państwowym świętem. A że proces przemiany był długi i skomplikowany, żadna Bastylia nie padła, żaden charyzmatyczny wódz nie przyjechał z wygnania, to elity proponują nam świętowanie dnia wyborów, co prawda demokratycznych tylko w 1/3, ale jednak będących znakiem nowego. I w tym roku święto ma być radosne, a w dodatku ma się wówczas odbyć zwieńczenie akcji społecznej mającej na celu przełamanie wizerunku Polaka-zrzędy, o wiecznie skwaszonej minie, niedostrzegającego wokół siebie pozytywów i wciąż mającego do kogoś pretensje. W całej Polsce zapowiadają się radosne festyny i pochody.
A ja, zamiast kiwać sobie wesołym balonikiem, w przeddzień czerwcowego święta czytam świadectwo Ryszarda Kapuścińskiego z czasów sierpniowych strajków z 1980 roku. Strajków, które zapoczątkowały ciąg zdarzeń prowadzących do 4 czerwca 1989 roku:
„Do lokalu Komitetu Strajkowego stoczni gdyńskiej przyszło pięć kobiet z miejscowej spółdzielni rzemieślniczej. Byłem świadkiem tej sceny. Przyszły, aby przyłączyć się do strajku. Nie chciały podwyżek, nie domagały się nowego przedszkola. One zdecydowały się strajkować przeciw swojemu prezesowi, który był chamem. Wszelkie próby nauczenia go grzeczności i szacunku do nich – kobiet i matek – kończyły się fatalnie, kończyły się szykanami i prześladowaniami. Wszelkie odwołania do wyższych czynników nie przyniosły nic – prezes był dobry, ponieważ zapewniał wykonanie planu. A one dłużej nie mogą tego znieść. One przecież mają swoją godność. Wobec doniosłości postulatów stoczniowych, motyw strajku tych pięciu kobiet zdawał się być drugorzędnym. Ileż u nas rozjuszonego chamstwa! Ale młodzi stoczniowcy, którzy wysłuchiwali tej skargi, odnieśli się do niej z największą powagą. Oni też walczyli przeciw rozpanoszeniu biurokracji, przeciw pogardzie, przeciw »róbcie a nie gadajcie«, przeciw nieruchomej i obojętnej twarzy w okienku, która mówi »nie!«. Kto stara się sprowadzić ruch Wybrzeża do spraw płacowo-bytowych, ten niczego nie zrozumiał. Bowiem naczelnym motywem tych wystąpień była godność człowieka, było dążenie stworzenia nowych stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszystkich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obowiązująca każdego bez wyjątku, zasada według której podwładny jest jednocześnie partnerem” („Lapidarium”, Warszawa 1990, s. 31, podkreślenie moje – J.G.).
Kapuściński trafił w sedno. Podłość tamtego ustroju polegała na tym właśnie, że nie dawał ludziom szans na zachowanie godności. Pracownice pozbawiane godności przez prezesa-chama musiały to akceptować, aby nie wystawić się na represje, nie stracić pracy, nie skazać na nędzę swoich dzieci. Robotnicy stoczni doskonale rozumieli, jak poniżające są nie same wyzwiska czy chamskie odzywki, ale to, że dla jakiegoś przyziemnego dobra należy znosić je w milczeniu, może nawet udawać, że bierze się je za dobry żart, a szefa ma nie za prostaka, lecz za równego chłopa, który umie postępować z ludźmi. „Róbcie a nie gadajcie!”, „to ja jestem od myślenia!”, „nie podoba się, to won!” – to była istota stosunków między przełożonymi a podwładnymi.
Człowiek spędzający w pracy bardzo istotną część czasu traktował ją przez to jako boży dopust, jako daninę, którą z własnego życia, z przyrodzonej godności musi złożyć, aby utrzymać się na powierzchni.
Tego przekonania, że jest się nikim, nabywało się przecież nie tylko w pracy: już od małego, w szkole, w której należało uczyć się odtąd-dotąd, bez zbędnych pytań i bez własnych wniosków; u lekarza specjalisty, do którego odczekać trzeba było czasami w wielomiesięcznej kolejce, a który badając człowieka, zwracał się do niego tak, jakby wydawał polecenia; w urzędzie, gdzie człowiek był zasypywany dziesiątkami bezsensownych formularzy, ankiet, załączników i opłat skarbowych, odsyłany od okienka do okienka, zanim udało mu się załatwić jakąś sprawę; w rozmowie z milicjantem, który – zwłaszcza młodego człowieka, za którym nie stał nikt ważny – mógł zwymyślać, znieważyć, pobić, zamknąć w areszcie, oskarżyć fałszywie; w ciągłej krzątaninie i pogoni za pieniędzmi, których mimo starań, mimo wykańczającej pracy i bolesnego zaciskania zębów przy kolejnych chamskich odzywkach prezesa wciąż było za mało, wciąż najwyżej na styk. Zostawały marzenia, że kiedyś będzie więcej, że można będzie sprawić sobie takie marne pocieszacze, aby tylko zapomnieć o upodleniu: „telewizor, meble, mały fiat…”.
A na wszelkie swoje skargi słyszał taką oto odpowiedź, że przecież odczuć subiektywnych nie można traktować tak poważnie jak obiektywnych kryteriów ujętych w statystykach: rosnącego tonażu wydobycia miedzi i spustu surówki, wykonanych prefabrykatów betonowych do budowy nowych stadionów i dróg, zwodowanych rudowęglowców. Że narzekanie to piasek w tryby, woda na młyn, a w ogóle to nasza paskudna narodowa cecha, której powinniśmy się wstydzić. I że w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę, że obiektywnych procesów historii nie da się w żaden sposób zatrzymać ani ominąć, a kto tego nie chce zrozumieć, jest wrogiem albo żałosnym frustratem. I to wszystko przekładało się w końcu na nieznośną samoświadomość człowieka, przekonanego, że skoro zewsząd dostaje sygnały świadczące o tym, że jest nikim, że jest nieważny, że nic od niego nie zależy, to może rzeczywiście jest on nikim. A praktyka dnia codziennego pokazywała, że jeśli chce się zostać chociaż trochę bardziej kimś, to trzeba w swoim działaniu zacząć brać pod uwagę prawa dziejowej konieczności: czasem szepnąć szefowi, o czym rozmawiają koledzy na papierosie, zapisać się do odpowiedniej organizacji, wyszarpać dla siebie stanowisko, na którym będzie można innym dawać do zrozumienia, jak mało są ważni…
I chyba warto dziś, przy okazji czerwcowego święta, przypomnieć tę lawinę, która ruszyła w sierpniu 1980 roku. Przypomnieć ludziom, którzy zewsząd słyszą, że są nieważni, bezwartościowi, że ich zdanie się nie liczy, a wpływ na ich życie ma kto inny. Już od małego, w szkole, w której należy uczyć się odtąd-dotąd, bez zbędnych pytań i bez własnych wniosków; u lekarza specjalisty, do którego odczekać trzeba czasami w wielomiesięcznej kolejce, a który badając człowieka, zwraca się do niego tak, jakby wydawał polecenia; w urzędzie, gdy człowiek jest zasypywany dziesiątkami bezsensownych formularzy, ankiet, załączników i opłat skarbowych, odsyłany od okienka do okienka, zanim uda mu się załatwić jakąś sprawę; w rozmowie z policjantem, który – zwłaszcza młodego człowieka, za którym nie stoi nikt ważny – może zwymyślać, znieważyć, pobić, zamknąć w areszcie, oskarżyć fałszywie; w ciągłej krzątaninie i pogoni za pieniędzmi, których mimo starań, mimo wykańczającej pracy i bolesnego zaciskania zębów przy kolejnych chamskich odzywkach prezesa, wciąż jest za mało, wciąż najwyżej na styk. Zostają marzenia, że kiedyś będzie więcej, że można będzie sprawić sobie takie marne pocieszacze, aby tylko zapomnieć o upodleniu… O! jeśli chodzi o marzenia, to postęp jest niewiarygodny: willa z basenem, sportowy samochód – taki, że mózg staje, i w ogóle, i w ogóle…
A na wszelkie swoje skargi słyszy odpowiedź, że przecież odczuć subiektywnych nie można traktować tak poważnie jak obiektywnych kryteriów ujętych w statystykach: rosnącego PKB, kilometrów autostrad, wspaniałych stadionów, szybujących pod niebo wieżowców i średniej płacy. Że narzekanie to relikt poprzedniego ustroju, objaw roszczeniowej postawy, a w ogóle to nasza paskudna narodowa cecha, której powinniśmy się wstydzić. I że w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę, że obiektywnych praw rynku nie da się w żaden sposób zatrzymać ani ominąć, a kto tego nie chce zrozumieć, jest wrogiem albo żałosnym frustratem. I to wszystko przekłada się w końcu na nieznośną samoświadomość człowieka, przekonanego, że skoro zewsząd dostaje sygnały świadczące o tym, że jest nikim, że jest nieważny, że nic od niego nie zależy, to może rzeczywiście jest on nikim. A praktyka dnia codziennego pokazuje, że jeśli chce się stać chociaż trochę bardziej kimś, to musi w swoim działaniu zacząć brać pod uwagę prawo rynku: czasem szepnąć szefowi, o czym rozmawiają koledzy na papierosie,przestać być wyzyskiwanym, a zacząć samemu wyzyskiwać, wyszarpać dla siebie takie życiowe miejsce, z którego będzie można innym dawać do zrozumienia, jak mało są ważni…
Niech więc czerwcowe święto będzie czasem radości z podjęcia przez Polaków udanej próby obalenia podłego ustroju i okazją do przypomnienia, że„naczelnym motywem wystąpień [które do tego doprowadziły – J.G.] była godność człowieka, było dążenie stworzenia nowych stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszystkich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obowiązująca każdego bez wyjątku, zasada według której podwładny jest jednocześnie partnerem”.