przez Jarosław Tomasiewicz | niedziela 17 września 2017 | Kwartalnik, nr 75 (lato-jesień 2017), z Polski rodem
Można zaryzykować stwierdzenie, że cały etos dawnej Polskiej Partii Socjalistycznej, wyrosły tyleż z marksizmu, co z polskiej tradycji romantycznej, zawiera się w jednym słowie: WOLNOŚĆ.
Wolność ta miała różne wymiary: społeczny, dążący do wyzwolenia pracy spod kapitalistycznej eksploatacji; narodowy, a więc walkę z uciskiem zaborcy; indywidualny, czyli zapewnienie jednostce swobód obywatelskich i praw demokratycznych; wreszcie duchowy, wyrażający się w antyklerykalizmie socjalistów. Polskę pepeesowcy postrzegali jako ofiarę potrójnego zniewolenia – przez kapitał, kościół i obcy despotyzm. Drogę wyzwolenia widzieli w walce zbrojnej.
Nic dziwnego, że spośród polskich sił politycznych Polska Partia Socjalistyczna miała najbujniejsze tradycje stosowania przemocy. Antycarska działalność bojowo-spiskowa (czy, jak kto woli, „terrorystyczna”) PPS jest jednak szeroko znana i była wielokrotnie opisywana, dlatego pozwolę sobie wspomnieć ją tylko skrótowo w kilku zdaniach. Już w 1904 roku partia zaczęła tworzyć Samoobronę Robotniczą, później przekształconą w Organizację Spiskowo-Bojową (Techniczno-Bojową). Józef Piłsudski uczynił z Organizacji Bojowej PPS jedną z największych grup terrorystycznych ówczesnej Europy, liczącą – jak wykazał Jerzy Pająk – nie mniej niż 7631 bojowców. Po upadku rewolucji 1905 roku socjaliści zaangażowali się w działalność Związku Strzeleckiego, którego koła robotnicze skupiały 1500 członków. W czasie I wojny światowej członkowie PPS utworzyli Oddział Lotny Wojsk Polskich, masowo też wstępowali w szeregi Polskiej Organizacji Wojskowej. Utworzona z inicjatywy „towarzysza Ziuka”, jak nazywano Piłsudskiego, POW początkowo była uważana za zalążek przyszłej armii ludowej.
Stopniowo jednak w kierownictwie PPS zaczął narastać dystans wobec piłsudczyków, wyraźnie realizujących własną politykę, coraz bardziej odległą od marksizmu. W lutym 1917 roku Centralny Komitet Robotniczy PPS zdecydował o odbudowie samodzielnej organizacji zbrojnej. Tadeusz Szturm de Sztrem na bazie dawnego Centralnego Oddziału Lotnego zorganizował bojówkę pod komendą Józefa Korczaka. Po XIII zjeździe partii (7–10 czerwca 1917 roku) prace organizacyjne przyspieszyły. W grudniu ukonstytuował się Centralny Wydział Bojowy PPS, w skład którego weszli Tomasz Arciszewski, Stanisław Jarecki, Józef Kobiałko, Bronisław Ziemęcki, Korczak i Szturm de Sztrem. Centralnemu Wydziałowi podlegały: dział organizacyjny tworzący struktury w terenie (13 wydziałów okręgowych) i prowadzący wywiad, dział techniczny odpowiedzialny za logistykę (m.in. laboratorium materiałów wybuchowych, składy broni, szkoła bojowa, biuro paszportowe) oraz Sztab Bojowy, planujący i przeprowadzający akcje zbrojne. Podstawową jednostkę Pogotowia Bojowego PPS stanowiła „szóstka”. Jesienią 1918 roku liczbę bojowców oceniano na 1500.
Bojówka PPS prowadziła żywą i zróżnicowaną działalność. Już w 1917 r. chroniła demonstrację pierwszomajową w Łodzi, a w październiku tego roku – obchody stulecia śmierci Tadeusza Kościuszki. Przeprowadzała akcje sabotażowe, niszcząc m.in. transformator na ul. Chłodnej w Warszawie w lutym 1918 roku. Odbijała uwięzionych towarzyszy, np. jesienią 1918 roku uwolniła skazanego na śmierć bojowca Nowakowskiego ze Szpitala Dzieciątka Jezus. Istotną rolę odgrywały ekspropriacje, z których największa (300 tys. koron!) miała miejsce w październiku 1918 roku w Garbowie. Schwytany podczas tej akcji Stanisław Dzięgielewski był przez żandarmów torturowany tak, że ochromiał; nie przeszkodziło mu to jednak później brać udziału w powstaniach śląskich. Pogotowie miało też na koncie zamachy terrorystyczne – zabójstwa szpicli i funkcjonariuszy władz okupacyjnych: naczelnika niemieckiej policji politycznej w Warszawie Ericha Schultzego (1 października 1918 roku), komisarza niemieckiej tajnej policji Żychlińskiego w Warszawie (dwa dni później), komisarza austro-węgierskiej tajnej policji Terleckiego w Lublinie.
W obliczu zbliżającego się wyzwolenia Rada Partyjna PPS w październiku 1918 roku podjęła decyzję o utworzeniu masowej Milicji Ludowej. Od połowy października Wydział Bojowy przeprowadzał reorganizację Pogotowia Bojowego, tworząc w dzielnicach i fabrykach rezerwy milicyjne. „Komitety dzielnicowe […] upatrzyły już sobie lokale, które zajmą w chwili przewrotu, przepędzając z nich […] instytucje niemieckie” – wspominał Zygmunt Zaremba. Pogotowie zajęło m.in. 10 listopada 1918 r. redakcję i drukarnię dziennika „Godzina Polski” przy ul. Wareckiej 7 na potrzeby PPS-owskiego „Robotnika”. W miarę rozkładu okupacji oddziały Milicji ujawniały się, rozbrajając okupanta i przejmując władzę w wielu miejscowościach. 1 listopada ML powstała w Radomiu (komendant Stanisław Kępisz, potem Józef Grzecznarowski), 6 – w Lublinie (komendant Stefan Kirtiklis), 7 – w Dąbrowie Górniczej (komendant Maksymilian Szyprowski, potem Bronisław Galbasz) i Częstochowie (Antoni Wołowski), 12 – w Pabianicach, 13 – w Łodzi (komendant Aleksander Napiórkowski, potem Władysław Konopczyński) i Warszawie, 14 – w Płocku.
Początkowo głównym ośrodkiem Milicji był Lublin. Do jej organizatorów należeli tam Marian Buczek, Adam Landy, Tadeusz Puszczyński i Władysław Uziembło, jednak w połowie listopada Komenda Główna (komendant Józef Korczak) i Sztab Główny (szef Stanisław Jarecki) ML zostały utworzone w Warszawie – najpierw przy ul. Oboźnej, potem w Pałacu Staszica. Komenda Główna przystąpiła do tworzenia jednolitej ogólnokrajowej struktury Milicji opartej na komendach okręgowych i obwodowych, dokonując zarazem podziału sił na część stałą (umundurowaną i skoszarowaną) oraz rezerwę. Ponieważ w Radomiu ML skonfiskowała znaczny zapas czarnego sukna, mundury miały kolor czarny. Podstawową jednostką była sekcja (7–12 milicjantów), trzy sekcje tworzyły pluton, trzy plutony – kompanię, trzy kompanie – batalion. W Warszawie powołano Komendę Okręgu Warszawskiego, której podlegał tzw. I legion (w sile 4 kompanii) i 9 komend dzielnicowych, w sumie 900 osób. ML w Radomiu miała liczyć 1500 milicjantów, w Dąbrowie Górniczej – 830, w Płocku – 500, w Lublinie – 324, w Siedlcach – ponad 150. Zakładano, że na początku grudnia 1918 roku Milicja będzie dysponować łącznie 6 tysiącami skoszarowanych i 10 tysiącami rezerwy.
Nowa formacja miała mieć podwójny charakter: zarazem partyjny i publiczny, co wynikało z faktu aspirowania przez socjalistów do roli czołowej siły w Polsce niepodległej. Mieczysław Niedziałkowski przyznawał po latach, że Milicja początkowo „miała zabarwienie partyjne, jako spadkobierczyni dawnej Milicji Ludowej PPS”. Charakterystyczne, że Milicja chroniła manifestacje PPS. „Tymczasowy regulamin wewnętrzny” formacji stanowił, że Milicja „formowana jest […] z czynnych członków PPS i jej najbliższych sympatyków, a podlega politycznemu i technicznemu kierownictwu Polskiej Partii Socjalistycznej”. Organ żydowskiej partii robotniczej Bund stwierdzał: „Milicja Ludowa – jest Czerwoną Gwardią, w jej lokalu wisi czerwony sztandar, przyjmuje się jedynie ludzi rekomendowanych przez partie socjalistyczne”. Zarazem ML miała być organem ludowego samorządu, a nawet „organizacją zbrojną ludu mającą zastąpić wojsko stałe”. Natomiast w ocenie komunistów PPS organizowała Milicję mając na celu „utrzymanie mas pracujących w karbach posłuszeństwa wobec władz państwa burżuazyjnego”.
W rzeczywistości Milicja Ludowa powstawała żywiołowo, tworzona przez różne elementy. Pod szyldem ML były formowane oddziały z inicjatywy Polskiej Organizacji Wojskowej, Rad Delegatów Robotniczych, Tymczasowego Rządu Ludowego; w Żyrardowie Milicja powstała na podstawie porozumienia między PPS a Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy. Różnoraki skład skutkował chaotycznymi konfliktami ML nie tylko z prawicą (np. Strażą Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie), lecz także z komunistyczną Czerwoną Gwardią (w Dąbrowie Górniczej), wojskiem (w Ząbkowicach, Garwolinie, Dęblinie i Zagłębiu Dąbrowskim), a nawet z bliską ideowo POW (Żyrardów, Lubartów, Płockie).
W tych warunkach pojawiły się projekty uregulowania statusu Milicji. Płynęły one z dwóch stron. PPS chciała dla swej formacji monopolu na egzekwowanie prawa, np. dzielnica powązkowska partii domagała się 23 listopada 1918 roku rozwiązania żandarmerii i bojówek endeckich oraz przekazania ich zadań Milicji. Także problemy aprowizacyjne i logistyczne wymuszały szukanie oparcia w państwie, dlatego Sztab Główny ML – wbrew oporowi lewicy (Adam Landy, Wacław Fabierkiewicz, Zygmunt Zaremba) – wystąpił z propozycją podporządkowania się Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Zarazem, jak wspominał Niedziałkowski, „rząd upaństwowił Milicję Ludową w momencie silnego napięcia walk partyjnych, […] [gdy] uznał, że musi mieć pewną, oddaną sobie siłę egzekucyjną”. Dlatego Norbert Barlicki 30 listopada wystąpił z postulatem upaństwowienia ML „dla ochrony i zapewnienia spokoju i bezpieczeństwa ludności miast i wsi, walki z wszelkimi przejawami bezrządu społecznego”. 5 grudnia wydano dekret, w myśl którego „Milicja Ludowa obejmuje pieczę nad utrzymaniem porządku i bezpieczeństwa w kraju, współdziała w razie potrzeby z zależnymi od ciał samorządowych milicjami miejskimi i powiatowymi, do których należy przede wszystkim spełnianie zadań policji miejscowej”.
Socjaliści sądzili, że upaństwowienie ML, połączone z rozbrojeniem bojówek prawicowych, zapewni lewicy udział we władzy, jednak w rozgrywkę włączył się jeszcze jeden czynnik. Mianowany 13 grudnia 1918 roku komendantem Milicji kpt. Ignacy Boerner „miał od Naczelnego Wodza instrukcję tajną sformułowania pod etykietką Milicji Ludowej zespołu zbrojnego z partyjnych bojówek wszelkich odcieni. Organizacja ta miała również wchłonąć w swe szeregi różnorodne elementy ochotnicze o ciemnej mniej lub więcej przeszłości, posiadające broń po okupantach. […] Ppłk Boerner otrzymał od Naczelnego Wodza rozkaz rozbrojenia swych podkomendnych w przeciągu pół roku, przy czym elementy odpowiednie miały być wcielone do wojska regularnego, reszta zaś ulokowana w więzieniach lub pozbawiona broni”.
Pacyfikacja Milicji Ludowej nie postępowała jednak bez oporów. Radykalizm milicjantów pchał ich do konfliktów z bojówkami prawicy (warszawską Strażą Narodową, żyrardowską Strażą Obywatelską), ale też z regularnym Wojskiem Polskim: pod koniec grudnia ML rozbroiła szwadron ułanów w Błoniu, doszło też do starcia z żołnierzami w Kozłowie. Dążąc do zapewnienia sobie monopolu, Milicja rozbrajała też formacje komunistyczne, np. w Zagłębiu Dąbrowskim czy w Warszawie. Kulminacja konfliktu nastąpiła podczas nieudanej próby prawicowego puczu na początku stycznia 1919 roku. W Radomiu zaalarmowana tym faktem Milicja Ludowa pod wodzą Józefa Grzecznarowkiego zaatakowała w nocy z 6 na 7 stycznia koszary 26. pułku piechoty; do krwawych walk doszło też w Żyrardowie.
Ciosem dla planów PPS była porażka w wyborach do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 roku, w których partia uzyskała zaledwie 9,1 procent głosów. Rozczarowanie doprowadziło do zawiązania się w szeregach ML pepeesowskiej konspiracji, która w marcu przekazała partii 400 rewolwerów. Milicjanci wspierali strajk w Warszawie 8 lutego 1919 roku, w marcu demonstrowali w Zagłębiu Dąbrowskim, Żyrardowie i Lublinie, z czerwonymi kokardami na mundurach, brali udział w manifestacjach pierwszomajowych. W szeregach Milicji pojawiły się wpływy Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Marian Buczek wywiózł broń z magazynów milicyjnych w Lublinie, a następnie wysadził je w kwietniu 1919 roku, by zatrzeć ślady.
Nastrojów rewolucyjnych jednak nie było, fala rewolucji już opadała. Socjalista Marian Jasiński (który w grudniu 1917 r. był dowódcą ochrony Smolnego – ówczesnej głównej kwatery bolszewików) w rozmowie z bolszewickim liderem Karolem Radkiem tłumaczył: „Dopóki z Niemiec grozi kontrrewolucja niemiecka, rewolucja w Polsce jest niepodobieństwem. Równałaby się zagładzie Polski. Trzeba bronić niepodległości kraju”. Już w marcu 1919 roku została rozbrojona Milicja Ludowa w Zagłębiu Dąbrowskim. Wyzwaniem, przed jakim stanęła ML, była obrona kraju. Część z 23 tysięcy milicjantów zgłosiła się na ochotnika na front czeski lub białoruski. Inni jednak sprzeciwiali się militaryzacji – w maju bezwzględnie stłumiono bunt batalionu Milicji pod Pińskiem. 1 lipca formacja została ostatecznie zlikwidowana.
Osobną kartę stanowią zbrojne działania socjalistów w obronie granic odradzającej się Rzeczypospolitej. Pierwszym chronologicznie przykładem stał się udział socjalistów w obronie Śląska Cieszyńskiego przed agresją czechosłowacką w styczniu 1919 roku. Polska Milicja Księstwa Cieszyńskiego, choć miała charakter ponadpartyjny, powstała z inicjatywy działacza Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Tadeusza Regera, a rekrutowała się głównie z górników zagłębia karwińskiego i hutników okręgu trzynieckiego. W walkach z najazdem brali udział m.in. członkowie lewicowego Stowarzyszenia Młodzieży Robotniczej „Siła”. Jedną z form oporu przeciw Czechosłowakom był strajk kopalń Karwiny. Pozwalało to armii czechosłowackiej głosić, że wkracza, by ratować Śląsk przed anarchią i bolszewizmem.
Podczas wojny polsko-bolszewickiej PPS, choć krytyczna wobec wyprawy kijowskiej Piłsudskiego, w obliczu ofensywy Armii Czerwonej przystąpiła do organizowania oporu. Już w lipcu 1920 roku powołała Wydział Wojskowy z Tomaszem Arciszewskim i Jędrzejem Moraczewskim na czele, a na początku sierpnia Robotnicze Komitety Obrony Niepodległości (Robotniczo-Włościańskie Komitety Walki z Najazdem) w Warszawie, Lublinie i Płocku. Organizacje te prowadziły werbunek ochotników do walki z bolszewikami. W samej Warszawie zgłosiło się 1624 robotników, z których uformowano Robotniczy Pułk Obrony Warszawy, przekształcony następnie w 202. pułk piechoty. Podobna jednostka powstała w Lublinie. W innych częściach kraju Biuro Werbunkowe PPS przyjęło 1643 ochotników, którzy zostali skierowani do 201. pułku piechoty pod komendą Adama Koca. Jak napisał „Kurier Warszawski”: „PPS zaprowadza w pułkach przez siebie zwerbowanych i organizowanych regulamin socjalistyczny, zalecając żołnierzom przemawiać do przełożonych słowami »Towarzyszu komendancie«”. Oprócz jednostek regularnych, socjaliści formowali też oddziały partyzanckie. Z inicjatywy Mariana Zyndram-Kościałkowskiego działacze Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie” i PPS utworzyli tajny Związek Obrony Ojczyzny, organizujący antybolszewickie grupy dywersyjne na tyłach wroga: w Łomżyńskiem, Płockiem, Białostockiem, Siedleckiem. Pepeesowcy powołali też I Oddział Partyzancki ZOO w okręgu łódzkim. Dowódcą jednego z takich oddziałów był Antoni Wołowski – bojowiec Pogotowia, funkcjonariusz Milicji, powstaniec śląski – rozstrzelany przez czerwonoarmistów pod Wyszkowem w sierpniu 1920 roku.
Najdobitniej jednak zaznaczyli socjaliści swój udział w walkach o Górny Śląsk. Był to obszar szczególny, na którym ukształtowało się zjawisko tzw. etnoklas, czyli pokrywania się podziałów narodowościowych ze społecznymi. W postfeudalnej strukturze społecznej Górnego Śląska ziemiaństwo i mieszczaństwo było niemieckie, co sprawiało, że awans społeczny automatycznie wiązał się z germanizacją. Tę klarowną regułę zaburzył dynamicznie rozwijający się proletariat – wywodzący się ze wsi górnicy i hutnicy nie tylko nie wyrzekali się swego języka, ale bardziej niż chłopi byli skłonni identyfikować się z polskością. Działacz plebiscytowy Teodor Tyc pisał: „Na żadnym obwodzie przemysłowym świata nie ciąży tak wyraźne piętno dwoistości sił, które do jednej pracy są tu sprzężone – dwoistości świata panów i niewolników. Nie ma tu świadomej pracy jednego narodu. Akcjonariuszem, dyrektorem, inżynierem, dozorcą – słowem frakowcem, śmietanką, jaśnie panem jest Niemiec. Polak może być robotnikiem, szleperem, proletariuszem, pariasem, chacharem”. Nic dziwnego, że Górny Śląsk odgrywał pierwszoplanową rolę w programie polityki zagranicznej PPS – o ile socjaliści dystansowali się od ekspansji na wschodzie, postrzeganej jako obrona majątków polskich obszarników, to w pełni solidaryzowali się z postulatem przyłączenia do Polski proletariackiego Śląska.
W trakcie I powstania śląskiego powstał z inicjatywy Kazimierza Pużaka Komitet Opieki nad Powstańcami. Tomasz Arciszewski przybył do przygranicznego Sosnowca już 18 sierpnia 1919 roku, by pokierować pomocą partii dla powstańców. Niebawem dotarli tam Tadeusz Hołówko i Tadeusz Szturm de Sztrem, których zadaniem było zorganizowanie oddziałów dywersyjnych. W tym celu grupa socjalistów (bracia Julian, Izydor i Edmund Grobelni, Edmund Rogoziński, Henryk Rutkowski, Walenty Bień, Leon Ślązak, Franciszek Hamankiewicz, Józef Grabowski) uruchomiła produkcję materiałów wybuchowych, początkowo w Warszawie przy ul. Śliskiej, od czerwca 1920 roku w Sosnowcu przy ul. Mariackiej. Wytwórnia została podporządkowana Tadeuszowi Puszczyńskiemu ps. „Wawelberg”.
Puszczyński, członek PPS od 1913 roku, POW od 1915 roku i Milicji Ludowej od stycznia 1919 roku, w kwietniu 1920 roku został kierownikiem Wydziału Plebiscytowego B, kierującego z ramienia Oddziału II Sztabu Generalnego działaniami Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska. W Wydziale znaleźli się też inni socjaliści: były członek ML Henryk Krukowski (kierownik Referatu I), Marian Kenig (kierownik Referatu I), Wacław Bruner (kierownik Referatu I). W Szefostwie Sztabu POW GŚ powołano Referat Broni (na czele którego stanął kolejny milicjant Wacław Wardaszko) i Referat Zadań Specjalnych (kierownik Stanisław Machnicki, wcześniej w Pogotowiu Bojowym). W październiku 1920 roku „Wawelberg” zrezygnował ze stanowiska, by od grudnia wspólnie z Machnickim organizować sabotażowo-dywersyjny Referat Destrukcji. Puszczyński, tworząc referat, opierał się głównie na socjalistach. Szkolenie kadr prowadzili dawni członkowie Pogotowia Bojowego: Szturm de Sztrem, Józef Kobiałko, Franciszek Konieckiewicz, Władysław Lizuraj, Antoni Purtal, Stanisław Pelc, Ludwik Romanowski. W maju 1921 roku powstała Grupa Destrukcyjna „Wawelberga” złożona z trzech podgrup: „Północ” (Lucjan Miładowski), „Południe” (Stanisław Baczyński) i „Wschód” (Dobiesław Damięcki).
Wśród bojowców Referatu szczególnie wyróżniała się grupa działaczy Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej: Wacław Bruner, Wacław Wardaszko, D. Damięcki, Stanisław Dubois, Przemysław Głębicki, Tadeusz Janiszewski, Michał Kaczorowski, Kazimierz Kuszell, Stanisław Leśniewski, Bohdan de Nisau, Tadeusz Paszkowski, Stanisław Pelc, Stanisław Saks, Marian H. Serejski, Józef Szymański, Lucyna Woliniewska. W swej odezwie z 10 listopada 1920 roku oznajmiali: „Idziemy do walki o Górny Śląsk z hasłami […] [walki] o wyzwolenie i zjednoczenie narodowe, o spotęgowanie siły proletariatu polskiego, o zwycięstwo demokracji i postępu, o Polskę pracy”.
Byli to ludzie nietuzinkowi. Weźmy na przykład Henryka Krukowskiego – na kanwie jego życiorysu można by nakręcić serial sensacyjny. Członek Polskiej Partii Socjalistycznej, a zarazem harcerz (w latach 1912–1915 drużynowy „czerwonej drużyny” patronackiej PPS) działał w Związku Strzeleckim. W 1915 roku zaciągnął się do 1. pułku ułanów Władysława Beliny-Prażmowskiego w Legionach. W lipcu 1917 roku, po kryzysie przysięgowym, gdy legioniści odmówili złożenia przysięgi na wierność Niemcom, wstąpił do POW. W listopadzie 1918 roku odnalazł się w Milicji Ludowej, z której w kwietniu 1920 roku Puszczyński ściągnął go na Śląsk. W III powstaniu był dowódcą jednostki bojowej w podgrupie destrukcyjnej „Północ”. Po wojnie w latach 1922–1925 studiował leśnictwo na SGGW, potem przez dwa lata przebywał w Amazonii, a po powrocie do kraju był nadleśniczym w Puszczy Białowieskiej. We wrześniu 1939 roku został zmobilizowany, ale nie zdążył dotrzeć do pułku. Wstąpił do konspiracyjnego Związku Walki Zbrojnej. Gdy w 1942 roku musiał uciekać przed aresztowaniem, jego losy przypominały epopeję Franka Dolasa z komedii „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”: najpierw trafił do Austrii, potem spędził rok w jugosłowiańskiej partyzantce komunistycznej Tito. Przerzucony do włoskiego Bari, w 1943 roku wstąpił do 3. Dywizji Strzelców Karpackich i walczył pod Monte Cassino jako dowódca rozpoznania. W 1947 roku wrócił do Polski, gdzie schronił się w lesie – ale nie jako „żołnierz wyklęty”, lecz leśnik – i pracował tam do 1960 roku.
Ciekawą postacią był też Bohdan de Nissau. Od 1914 roku należał do PPS Frakcja Rewolucyjna, w 1919 roku wstąpił do ZNMS. W kwietniu 1920 roku znalazł się na Śląsku, gdzie współredagował socjalistyczną „Gazetę Robotniczą”. Jego radykalizm sprawił, że przez władze partii został – podobnie jak Saks – oskarżony o komunizm; wystąpił wówczas z PPS, ale nie opuścił obszaru plebiscytowego. W listopadzie 1920 roku znalazł się w Referacie Destrukcji, w III powstaniu walczył w szeregach podgrupy destrukcyjnej „Północ”. Po powstaniu został wybrany do kierownictwa ZNMS, w 1922 roku wstąpił też do KPRP. Z ramienia kompartii organizował Niezależną Partię Chłopską w Lubelskiem, a od 1927 roku rozłamową PPS-Lewicę. Niebawem musiał uciekać do ZSRR, ale tam też dał znać o sobie jego niepokorny duch – de Nissau został oskarżony o trockizm i skazany na łagier. Zmarł w 1943 roku.
Najsilniejszy kontyngent socjalistów – obok ZNMS-owców z Warszawy byli to też miejscowi proletariusze, jak górnik Wilhelm Chrobok – znalazł się w podgrupie destrukcyjnej „Północ”. Do brawurowych akcji tego komanda należało m.in. wysadzenie mostu na trasie Gogolin – Strzelce Opolskie pod Kalinowem, torów linii kolejowej Opole – Strzelce Opolskie pod Szymiszowem, mostów w Kamieniu Śląskim i Poznowicach. W działaniach podgrupy można też odnaleźć rys walki klasowej. Obiektem ataku dynamitardów z „Północy” stały się pałacyk dyrektora wapienników w Szymiszowie i pałac grafa Strachwitza w Izbicku.
Oczywiście socjaliści byli obecni nie tylko w elitarnych jednostkach specjalnych Powstania. Większość służyła we frontowych oddziałach Wojsk Powstańczych lub na zapleczu frontu. Roman Motyka wspominał dziesięć lat później ten okres: „Niejednemu naszemu członkowi zbiry orgeszowskie [niemieccy bojówkarze – przyp. J.T.] ukróciły życie. […] Odnieśliśmy zwycięstwo, choć niejeden drogi nam członek stracił życie, choć wysadzono w powietrze domki naszych towarzyszy”. Dopatrywać można się też podskórnego wpływu socjalistów – raczej ideowego niż politycznego – na bunt Grupy Wojsk Powstańczych „Wschód” (nie mylić z podgrupą destrukcyjną o tej samej nazwie) pod dowództwem Karola Grzesika i Michała Grażyńskiego 3 czerwca 1921 roku. Zbuntowani przeciw dyktatorowi powstania Wojciechowi Korfantemu oficerowie łączyli radykalizm narodowy (sprzeciw wobec wygaszania powstania) ze społecznym (pomysły uspołecznienia przemysłu). Wątek ten zasługuje jednak na odrębny artykuł.
Różne były późniejsze losy bojowców Pogotowia i Milicji. Jedni związali się z dryfującą na prawo piłsudczyzną, jak oskarżany o powiązania z defensywą (kontrwywiadem) Marian Malinowski czy Stanisław Jarecki, który u schyłku Drugiej Rzeczypospolitej został wojewodą stanisławowskim. Inni poszli w przeciwnym kierunku. Czesław Trojanowski – uczestnik zamachu na Schultzego, potem odznaczony Śląską Wstęgą Waleczności i Zasługi – w 1926 roku został oskarżony o działalność komunistyczną i wysadzenie arsenału w forcie na Żoliborzu. Tą samą drogą podążył Marian Buczek, w PRL czczony jako symbol komunistycznego patriotyzmu. Zdecydowana większość członków bojówki pozostała jednak wierna sztandarowi Socjalizmu i Niepodległości – Szturm de Sztrema odnajdziemy jako organizatora socjalistycznej konspiracji Wolność Równość Niepodległość w czasie II wojny światowej, Arciszewskiego jako „nieprzejednanego” premiera rządu emigracyjnego.
Druga Rzeczpospolita, którą z bronią w ręku współtworzyli socjaliści, nie stała się wymarzoną przez nich Polską Ludową, Polską „szklanych domów”. Niemniej jednak PPS odcisnęła wyraziste piętno na jej kształcie. Już manifest Tymczasowego Rządu Ludowego w Lublinie pchnął odradzającą się Polskę na postępowe tory, zapewniając republikańską formę rządów, pełne równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary czy narodowości, wolność sumienia, słowa, zgromadzeń, zrzeszania się i strajków, powszechne prawo wyborcze – także kobiet (tymczasem np. we Francji kobiety mogły głosować dopiero w 1946 roku). Dekret z 23 listopada 1918 roku zapewniał polskim robotnikom najkrótszy w Europie 46-godzinny tydzień pracy, 3 stycznia 1919 roku wprowadzono ochronę pracowników, ustanawiając państwową inspekcję pracy i sądy pracy, 16 stycznia 1919 roku została wydana ustawa o ochronie lokatorów. W 1922 roku zapewniono pracownikom (wcześniej niż w wielu krajach zachodnioeuropejskich!) płatne urlopy wypoczynkowe. Dwa lata później uchwalono ustawę o pracy chronionej, wprowadzającą m.in. 6-godzinny dzień pracy młodocianych, urlopy macierzyńskie dla kobiet, zakaz wykonywania przez kobiety i młodzież prac uciążliwych i szkodliwych dla zdrowia. Dodajmy do tego rozbudowany (a współfinansowany z budżetu państwa) system ubezpieczeń społecznych zapewniający pracownikom pomoc leczniczą (Kasy Chorych), zasiłki chorobowe i połogowe, świadczenia emerytalne, renty powypadkowe. Dodajmy budownictwo komunalne. Dodajmy obowiązkową i bezpłatną szkołę powszechną (ustawa z 7 lutego 1919 roku). Te socjalne zdobycze klasy pracującej zostały okupione również krwią bojowców Pogotowia i ludowych milicjantów.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Jarosław Tomasiewicz | piątek 23 czerwca 2017 | opinie
Przy okazji dyskusji na temat „Dlaczego lewica przegrała spór o pamięć i tożsamość” na tegorocznym Festiwalu Nowego Obywatela padło – fundamentalne, przyznajmy – pytanie: po co właściwie o tym dyskutować? Tożsamość to jakoby temat charakterystyczny dla prawicy, lewica zawsze więc będzie na tym polu przegrywać, dlatego lepiej „wybrać przyszłość” i zająć się uniwersalną perspektywiczną emancypacją.
Chyba najpierw należałoby pochylić się nad samym pojęciem „tożsamości” i wyjaśnić sobie, o czym mówimy. Czy rzeczywiście tożsamościowość nie ma nic wspólnego z lewicowością? Wszak zachodnia nowa lewica od dekad uprawia „identity politics” adresowaną do mniejszości rasowych, etnicznych, seksualnych, opartą na gender lub światopoglądzie. Prawdziwy festiwal partykularyzmów! Cała koncepcja multikulturalizmu zasadza się na kategorii tożsamości. Dinozaury reprezentujące starą lewicę od dawna wyrzucają to nowolewicowcom jako odstępstwo od marksistowskiej ortodoksji. Nie utożsamiam się z tą klasistowską orientacją, ale rozumiem ją i szanuję.
Można jednak odnieść wrażenie, że w krytyce tej nie chodzi o tożsamość afroamerykańską, muzułmańską, romską, żydowską, gejowską czy feministyczną, a o jedną, konkretną formę tożsamości: o tożsamość narodową. Zwłaszcza o polską tożsamość narodową. W tym wariancie mamy do czynienia po prostu z ojkofobią w kamuflażu uniwersalizmu: „Nienawidzę was, moi wąsaci sąsiedzi chlejący wódę w oparach grilla, wy seby, janusze i grażyny słuchające disco-polo i chamskich wiców, wy Ferdkowie i Waldkowie Kiepscy w dresach i niemodnych garniturach, i chciałbym żebyście zniknęli sprzed moich oczu! Chciałbym, żeby było nowocześnie, swobodnie, egzotycznie, kolorowo, fajnie, tak jak jest na całym świecie – tylko nie tutaj”.
I do tego pierwotnego odruchu dorabia się wyrafinowaną racjonalizację, teorie o genetycznym skażeniu polactwa „folwarczną mentalnością” etc. Skoro zaś z polaczkami nic pozytywnego nie da się uczynić, to jedynym wyjściem jest rozpuszczenie polskości w europejskości, a finalnie w uniwersalności („polonoliza”, jak pisał Kazimierz Malinowski w „NIErządzie”). Teorie te mają dla swych wyznawców nie tylko tę zaletę, że pozwalają z pogardą traktować ciemną masę, ale dodatkowo ich fatalizm zwalnia od realnej pracy politycznej, uzasadniając uwieszanie się u klamki zagranicznych instytucji.
Ojkofobia nie jest jednak niczym lepszym ani szlachetniejszym od ksenofobii, natomiast na pewno jest mniej racjonalna. Jest nieracjonalna choćby dlatego, że trudno jest pozyskać kogoś, komu na każdym kroku okazuje się pogardę, niechęć, w najlepszym razie irytację. Ludzie nie są głupi. Fałszywą sympatię zresztą też wyczują.
W dodatku nadzieje na rychły zanik narodów, tak żywe w okresie triumfującej globalizacji lat 90., okazały się złudne. Globalizacja, paradoksalnie, doprowadziła do ożywienia nacjonalizmów, postrzeganych jako forma oparcia, jakiegoś zakotwiczenia w chaotycznym świecie. We współczesnej epoce narastających wstrząsów geopolitycznych procesy te będą prawdopodobnie ulegały – już ulegają! – wzmocnieniu. To Sławomir Sierakowski napisał: „Nacjonalizm is not dead. To jedyna ideologia, której udało się przetrwać w czasach postideologicznych. To jedyna idea, którą ludzie odbierają jak niekwestionowaną prawdę. Odwołujący się do nacjonalizmu populiści zyskują poparcie w każdym kraju niezależnie od przyjętego modelu gospodarczego i stanu gospodarki” (choć wnioski z tej konstatacji wyciągnął oczywiście takie same, jak z wcześniejszego przeświadczenia o końcu nacjonalizmu).
Naród stanowi REALNĄ (a nie utopijną) formę solidarności społecznej, która może mieć różne – pozytywne i negatywne – oblicza. W dyskusji na Festiwalu Nowego Obywatela padł argument, że należy się odwoływać do uniwersalistyczno-emancypacyjnego dorobku lewicy, którym jest m.in. dekolonizacja. Zabawne. Sudańscy mahdyści, partyzanci Mau-Mau z Kenii, projapońscy nacjonaliści Sukarno w Indonezji – jako bojownicy uniwersalizmu. Właśnie dekolonizacja dokonana została w imię celów na wskroś partykularnych, narodowych. Jeśli lewica odegrała w niej jakąś rolę, to tam – jak w Wietnamie – gdzie sięgnęła po hasła narodowowyzwoleńcze, gdy odwoływała się akurat do tożsamości.
Tożsamość jest niezbędnym spoiwem każdego społeczeństwa, które nie jest w stanie funkcjonować, jeśli więzi międzyludzkie zostaną zredukowane do nagiej gry interesów. Od tego się nie ucieknie. Otwarte jest tylko pytanie o kształt tej tożsamości – inną jest tożsamość francuska, inną jankeska, inną saudyjska. Natomiast kwestionując samą potrzebę tożsamości, udziela się zarazem odpowiedzi na pytanie, dlaczego lewica przegrała ten spór. Oczywiście odwoływanie się do tradycji i tożsamości nie jest jedynym sposobem na legitymizację własnej pozycji politycznej. Stan polskiej lewicy unaocznia jednak empirycznie, że innych pomysłów na legitymizację ona też nie ma.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Jarosław Tomasiewicz | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
„Religia to opium dla ludu”. Któż z lewicowców nie znałby tej, niedokładnie cytowanej, frazy Karola Marksa? Niektórzy wręcz sprawiają wrażenie, jakby z całego dorobku myśliciela z Trewiru zapamiętali tylko to jedno zdanie. Pełny cytat nie jest już wszakże tak jednoznaczny. Nędza religijna – pisze Marks – jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Opium w XIX wieku było jednak używane nie jako środek halucynogenny, lecz znieczulający. Twórca materializmu historycznego zauważa wszak, że religia może być też „protestem przeciw nędzy rzeczywistej”, motywacją do walki. Trzymając się medycznej analogii: „amfetaminą ludu”.
Historia dostarcza niezliczonych przykładów owego swoistego dżihadu w imię sprawiedliwości społecznej. Także w chrześcijaństwie. Niektórzy wyznawcy Chrystusa nie tylko gorąco pragnęli urzeczywistnienia ideałów ewangelicznego braterstwa, ale też – zamiast nadstawiać drugi policzek – przypominali inne, niepokojące słowa Jezusa: „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10, 34–36).
U schyłku imperium rzymskiego ośrodkiem chrześcijańskiego radykalizmu była Afryka Północna. W Kartaginie i w Numidii bujnie rozkwitł kult męczenników, którzy stracili życie w czasie Wielkich Prześladowań za cesarza Dioklecjana, propagowany przez wpływową chrześcijankę Lucyllę. Jego rewersem była pogarda wobec lapsi (upadłych), czyli odstępców od wiary oraz traditores (zdrajców) – biskupów uległych wobec państwa. Gdy w 312 roku na stolicę biskupią w Kartaginie powołany został Cecylian ze stronnictwa umiarkowanych, radykałowie zwołali synod, odwołali go z urzędu i wybrali swym przywódcą Majoryna, a potem Donata. Donat, świetny mówca i organizator, stworzył prężną strukturę, która po dwudziestu latach liczyła już 270 biskupstw. Istotą jego doktryny było twierdzenie, że Kościół składa się tylko ze świętych, a więc gotowych do męczeństwa, grzesznicy zaś są zeń wykluczeni; co więcej, sakramenty udzielane przez grzeszników są nieważne.
Ponieważ cesarz wsparł w tym sporze cecylian, donatyści przeszli do opozycji. W 317 roku administracja cesarska przystąpiła do odbierania schizmatykom ich kościołów siłą, co spotkało się z czynnym oporem. Pod wodzą Makida i Fasera powstały grupy agonistów (bojowników) Chrystusa, uzbrojone początkowo w laski (gdyż w Księdze Wyjścia napisano: „Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i laska w waszym ręku”), potem – w miecze. Na skutek represji agoniści musieli prowadzić walkę typu partyzanckiego, krążąc w pobliżu miast, dlatego nazwano ich circumcelliones. Rygoryzm donatystów największy odzew zyskał wśród tych, którzy mieli najmniej do stracenia – wśród biedoty i ludności autochtonicznej. Nic dziwnego, że zbrojne ramię „kościoła świętych” łączyło fanatyzm religijny z postulatem zaprowadzenia równości wśród ludzi. Circumcelliones wyzwalali niewolników, unieważniali długi biedaków, doraźnie wymierzali sprawiedliwość. Przekazy głoszą, że gdy napotykali pana jadącego powozem i sługę biegnącego za nim, zmuszali ich do zamiany miejsc. Pogarda dla śmierci i pragnienie męczeństwa (aż do samobójstwa włącznie) sprawiały, że agoniści byli wyjątkowo trudnym przeciwnikiem dla sił Imperium. Wytępieni zostali dopiero przez barbarzyńskich Wandalów, którzy najechali Afrykę w 429 roku.
W odróżnieniu od donatystów, późniejsi o pięćset lat bułgarscy bogomili reprezentowali odmienny, bo pacyfistyczny nurt herezji. Bogomilizm stał się wyznaniem słowiańskiego chłopstwa, okrutnie uciśnionego przez bizantyjskie państwo i zhellenizowaną arystokrację. Ortodoksyjny teolog Kosmas uskarżał się, że bogomili uczą swych współwyznawców nieposłuszeństwa panom, potępiają bogatych, nienawidzą cara, wyśmiewają starszych, gardzą wysoko urodzonymi, tych, którzy służą carowi, uważają za znienawidzonych przez Boga, i podburzają niewolników, by nie wykonywali poleceń właścicieli. Zarazem podkreślał ich kwietyzm i pokorę: „Są jak owieczki”. U podłoża bogomilizmu legła zapożyczona od azjatyckich manichejczyków idea immanentnej grzeszności materii – świat doczesny z całą jego nędzą i krzywdą miał być dziełem szatana. Koncepcja ta wywarła przemożny wpływ na większość średniowiecznych herezji, ostro akcentujących dualizm dobra i zła, ducha i materii. Zasada prymatu ducha nad materią prowadziła nie tylko do kultu ascezy i dobrowolnego ubóstwa, ale też – niekiedy – do czynnego potępienia bogaczy.
Istniał też nurt odmienny, zakorzeniony w panteizmie Szkota Eriugeny (IX wiek), a rozwinięty przez Amalryka (zm. w 1204 roku). Jego zwolennicy, zwani „braćmi wolnego ducha”, uważali się za przepełnionych duchem świętym; jako tacy stawiali się ponad wszelkim prawem, poza dobrem i złem. Głosili, że człowiek, który osiągnął świadomość swej jedności z Bogiem, nie grzeszy, cokolwiek by czynił, gdyż czego człowiek chce, tego chce Bóg. Amalrycjanie nie byli wszakże rewolucjonistami. Ta anarchoindywidualistyczna tendencja odrzucała własność prywatną, ale nie na rzecz wspólnego posiadania, lecz w imię prawa „wolnych duchów” do korzystania ze wszystkiego. Braci wolnego ducha cechowała też nieskrępowana swoboda obyczajowa (w tym wolna miłość), dlatego socjalistyczny historyk M. Beer skomentował: przekonani o tym, że są w posiadaniu świętego ducha, lekceważyli sobie wszelką moralność, przez co przynieśli wiele szkody ruchowi komunistycznego kacerstwa.
Religia i rewolucja spotkały się natomiast w XII wieku w stolicy chrześcijaństwa – Rzymie. Bogacące się mieszczaństwo dążyło do decydowania o własnych sprawach, do samorządu, a ideologiczne uzasadnienie tych dążeń odnajdywało zarówno w rzymskiej tradycji republikańskiej, jak i w ruchu ewangelicznym. Rzecznikiem tego ruchu stał się Arnold z Brescii, uczeń słynnego filozofa Abelarda (znanego również z miłości do Heloizy). Jako przeor klasztoru kanoników regularnych w Brescii postulował powrót Kościoła do życia z czasów apostolskich, głosząc dobrowolne ubóstwo duchowieństwa i występując przeciw świeckiej władzy kleru, za co został potępiony na synodzie w Sens (1140 rok). Po pewnym czasie trafił do Rzymu, gdzie współorganizował Republikę opartą na wzorcach starorzymskich, ale też inspirowaną przykładem pierwszych gmin chrześcijańskich; papież Eugeniusz III musiał opuścić Wieczne Miasto (1146 rok). W 1154 roku nowy papież Hadrian IV obłożył Rzym interdyktem, co doprowadziło do konfliktu Arnolda z senatem. Zdaniem Karola Kautsky’ego rzymskie kupiectwo obawiało się radykalnej idei „Kościoła ubogiego”, gdyż czerpało korzyści z wyjątkowego statusu Rzymu jako Stolicy Apostolskiej: nie należy zbyt bezwzględnie obchodzić się z papiestwem, jeśli nie chce się zarżnąć kury znoszącej złote jajka. Wypędzony Arnold wpadł w ręce cesarza Fryderyka I Barbarossy, który wydał zbiega papiestwu i w 1155 roku ideolog Republiki został powieszony.
Jego koncepcje powrotu do ewangelicznego ubóstwa jednak przetrwały. W 1173 roku Piotr Waldo, bogaty kupiec z Lyonu, w czasie panującego głodu rozdał – ponoć pod wpływem „Legendy o św. Aleksym” – swój majątek biednym, a sam podjął działalność wędrownego kaznodziei. Rychło pozyskał licznych uczniów (głównie spośród tkaczy i szewców), którzy tworzyli wspólnoty na wzór wczesnochrześcijański. Gdy w 1184 roku waldensi zostali ekskomunikowani przez synod w Weronie, stworzyli własny kościół, który zyskał zwolenników zwłaszcza w południowej Francji, ale także we Włoszech, Niemczech i Czechach. Waldensi dzielili się na dwie klasy: „doskonałych” (perfecti), żyjących we wspólnocie majątkowej i stanie bezżennym, oraz „uczniów” (discipuli), którym pozwalano na małżeństwa i zachowanie prywatnej własności; „uczniowie” mieli obowiązek utrzymywania „doskonałych”. Cechą charakterystyczną waldensów było równouprawnienie płci – kobiety głosiły kazania na równi z mężczyznami. Pomimo krucjat i prześladowań ciągnących się aż po XVII wieku, waldensi przetrwali w alpejskich dolinach do naszych czasów.
Podobny charakter mieli begardzi w Niderlandach i bracia apostolscy w Italii. Z tymi ostatnimi wiąże się wydarzenie, które marksistowscy historycy uważają za pierwsze powstanie komunistyczne na Zachodzie. Ruch braci apostolskich powstał jako zakon żebrzący, założony około 1260 roku przez Lombardczyka Gerarda Segarellego. W 1286 roku zakon został zakazany, co sprawiło, że bracia zeszli do podziemia. Po straceniu Segarellego (w 1294 lub 1300 roku) na czele sekty stanął były nowicjusz franciszkański Dolcino (Dulcyn). Czytelnicy „Imienia róży” pamiętają zapewne postać mnicha Remigiusza z Varagine, który walczył pod komendą Dulcyna. Umberto Eco wkłada mu w usta idee dulcynian: wynieśliśmy ubóstwo do powszechnego przykazania, i mieliśmy prawo zawładnąć bezprawnymi bogactwami innych […] Chcieliśmy świata lepszego, pokoju i dworności, i szczęścia dla wszystkich, chcieliśmy zabić wojnę, którą wy niesiecie razem z waszą chciwością.
Zimą 1303/1304 roku Dolcino pojawił się na czele zbrojnego oddziału w Piemoncie, zdobywając zamek Gattinara. Pod jego sztandar tłumnie zbiegali się zarówno bracia apostolscy, jak i okoliczni chłopi, a także zwykli awanturnicy. Wkrótce miał pod swymi rozkazami 5000 ludzi i był panem doliny Sesji. Było to jednak apogeum potęgi ruchu. Chłopstwo Valsesji zadowoliło się doraźnymi ustępstwami feudałów, obce były mu komunistyczne projekty i plan marszu na Rzym. Miasta przerażone łupiestwem dulcynian były wrogie powstaniu. Ruch nie rozwinął się, pozostając lokalną ruchawką o charakterze na poły rozbójniczym. Zimą 1306/1307 roku walczący z braćmi apostolskimi krzyżowcy otoczyli obóz buntowników na górze Rubello, starając się wziąć go głodem. Po długotrwałym oblężeniu 23 marca 1307 roku doszło do szturmu, który zakończył się rzezią dulcynian. Sam Dolcino i jego towarzyszka, piękna Małgorzata di Trenk, zostali skazani na męki (obdzieranie ze skóry i darcie z nich pasów, rwanie ciała obcęgami i żganie pikami), a potem spaleni na stosie. Herezji nie wyrzekli się do końca.
Dolcino pozostawał pod wpływem proroctw Apokalipsy, a zwłaszcza koncepcji Trzeciego Królestwa stworzonej przez Joachima de Fiore (1145–1201), opata klasztoru cystersów w Corazzo. Według tego kalabryjskiego mistyka dzieje ludzkości dzielą się na trzy epoki: starotestamentową Boga Ojca, trwającą Syna Bożego i nadchodzącą Ducha Świętego: Najpierw był czas, w którym ludzie służyli ciału; zaczął się on od Adama, a skończył z Chrystusem. Potem nadszedł czas, gdy służyli obu, zarówno ciału jak duchowi; ten czas trwa po dziś dzień. Ale nadejdzie inny wiek, w którym ludzie żyć będą tylko dla ducha. W tym tysiącletnim trzecim królestwie stan mniszy (status monachorum), zasadzający się na wspólnocie majątkowej, obejmie całą ludzkość. Jest rzeczą konieczną, żebyśmy doszli do prawdziwego naśladowania życia apostołów, nie dążyli do posiadania dóbr doczesnych, lecz raczej ich się wyrzekli – pisał Joachim od Kwiatów. Pisma proroka z Kalabrii wywierały wpływ na radykalnych reformatorów jeszcze w XVI wieku, a pisarz Andrzej Kuśniewicz odnajdywał ich echa nawet w młodzieżowej kontestacji 1968 roku.
Kolejnym ogniwem w łańcuchu „lewicowych herezji” stali się angielscy lollardowie – „ubodzy księża” pozostający pod wpływem begardów z Flandrii. Ich czołowym przedstawicielem był John Wycliffe (1320–1384), który głosił, że wszystko należy do Boga, a grzech śmiertelny znosi prawo własności. Bardziej radykalny był John Ball, prawdopodobnie franciszkanin z Kent, który miał głosić w swych kazaniach: w Anglii nie będzie lepiej, dopóki wszystko nie stanie się wspólną własnością, dopóki nie zniknie podział na poddanych i szlachtę, dopóki wszyscy nie będziemy równi. […] Wszak wszyscy pochodzimy od tych samych rodziców, od Adama i Ewy. […] my pracujemy i wytwarzamy to, co oni [szlachta – J.T.] przejadają. A buntownicza pieśń lollardów niosła słowa:
When Adam delved and Eve span,
Who was then the gentleman?
[Gdy Ewa len przędła, a Adam orał łan
Gdzie wtenczas się podziewał nasz jaśnie pan?]
To lollardowie przyczynili się do tego, że powstanie Wata Tylera było najdojrzalszym, najlepiej zorganizowanym powstaniem chłopskim w średniowiecznej Europie. Wybuchło 10 czerwca 1381 roku równocześnie w kilku punktach, m.in. w ośrodku tkackim w Norfolk i w hrabstwie Kent. Kilkudziesięciotysięczna armia chłopska pod wodzą byłego żołnierza Tylera i duchownego Jacka Strawa pomaszerowała na Londyn (uwalniając po drodze uwięzionego Balla), a następnie wdarła się do stolicy, której bramy otwarli ich sympatycy spośród uboższych mieszczan. Powstańcy spalili pałac księcia Lancaster i siedzibę gildii prawników, ale – rzecz w tych czasach niespotykana! – nie rabowali, a skoro kogo schwycili na kradzieży, tego ścinali, jako ludzie, którzy najbardziej nienawidzą złodziejstwa. Zdradzieckie zabójstwo Tylera doprowadziło do rozgromienia ruchu – 1500 powstańców ukarano śmiercią, w tym Balla i Strawa.
Chrześcijański radykalizm społeczny rozkwitł w całej swej mocy w następnym stuleciu pod postacią husytyzmu, obecnego w popkulturze za sprawą choćby pisarstwa Andrzeja Sapkowskiego czy piosenek Daniela Landy. Ojczyzną tego rewolucyjno-religijnego ruchu nieprzypadkowo stały się Czechy. W XIV wieku kraj ten przeżywał niezwykle dynamiczny rozwój gospodarczy, który zawdzięczał głównie kopalniom srebra w Kutnej Horze. Owoce tego rozwoju były jednak dzielone bardzo nierównomiernie. Korzyści z czeskich bogactw czerpali przede wszystkim cesarz, duchowieństwo, zniemczeni możnowładcy i napływowa niemiecka ludność miast. Rdzenni Czesi spychani byli natomiast na margines, ubodzy cierpieli na skutek towarzyszącej rozwojowi „rewolucji cen”. W rezultacie doszło do szczególnego splotu antagonizmów społecznych, narodowych i religijnych. W XV-wiecznym piśmie „Krátké sebranie z kronik českých k výstraze věrných Čechů” czytamy: Czesi powinni pilnie baczyć […], aby się nie dostali pod panowanie niemieckie; bo […] naród ów jest najstraszniejszym wrogiem Czechów i Słowian.
Ideologiem niezadowolonych stał się Jan Hus, profesor uniwersytetu praskiego, proboszcz Kaplicy Betlejemskiej, spowiednik królowej Zofii. Ten pochodzący z ubogiej rodziny duchowny, zainspirowany pismami Wycliffe’a, stworzył własną doktrynę. Twierdził, że jedynym autorytetem jest Pismo Święte (Lepiej słuchać Boga niż ludzi); że Kościół jako ciało mistyczne tworzą wyłącznie sprawiedliwi z Jezusem Chrystusem na czele, a rola papieża i duchowieństwa jest podrzędna; że grzech śmiertelny pozbawia panującego władzy. Głosił powrót Kościoła do „prostoty ewangelicznej”. Popierał też postulat udzielania świeckim komunii pod dwoma postaciami (chleba i wina), symbolicznie zrównujący laikat z klerem. Poglądy te sprawiły, że Hus został przez sobór w Konstancji uznany za winnego herezji i spalony na stosie 6 lipca 1415 roku.
Śmierć Husa zainicjowała rewolucję husycką. Przez kraj zaczęła przetaczać się fala tumultów wzniecanych przez oburzonych zwolenników męczennika. 30 lipca 1419 roku wybuchł bunt w Pradze: husyci opanowali ratusz, król Wacław IV schronił się na Hradczanach, gdzie niebawem zmarł. Władzę w mieście przejęło zgromadzenie Wielkiej Gminy, w którym prawo głosu miał każdy posesjonat. W 1421 roku husycki sejm wybrał 20-osobowy dyrektoriat, sprawujący rządy w kraju.
Ruch husycki od początku był jednak rozdwojony. Jego skrzydło umiarkowane – utrakwiści, reprezentujące szlachtę i praskie mieszczaństwo, nie dążyło do zmiany ustroju społecznego, zadowalało się postulatami religijnymi i narodowymi. Ich program zawierały tzw. artykuły praskie głoszące m.in. komunię pod dwoma postaciami dla wszystkich chrześcijan, swobodę głoszenia Słowa Bożego (a co za tym idzie uznanie języka narodowego w Kościele) i zakaz posiadania majątków ziemskich przez duchownych (co pozwalało na ich przejęcie przez szlachtę i patrycjat). Ale objawiło się też skrzydło radykalne, złożone z chłopów i miejskiej biedoty. W marcu 1420 roku radykałowie założyli na wzgórzu nad rzeką Łużnicą miasto nazwane Tabor na pamiątkę palestyńskiej góry, na której dokonać miało się Przemienienie Jezusa Chrystusa. Tak pojawił się w Europie ośrodek rewolucyjny, przez XX-wiecznego historyka porównany do Moskwy lat dwudziestych. Taboryci byli millenarystami wierzącymi, iż żyją w czasach ostatecznych. Głosili bliski powrót Chrystusa, który ustanowi tysiącletnie królestwo wolności, równości i sprawiedliwości; paruzja w ich ujęciu była równoznaczna ze światowym przewrotem społecznym oznaczającym ostateczne zwycięstwo Dobra nad Złem. Co istotne, przewrót ów miał być wprawdzie dziełem Boga, ale dokonanym rękami ludzi, „bożych wojowników”. Wzywali więc wiernych, by osobiście przelewali krew przeciwników prawa Chrystusowego i umyli ręce w krwi Jego wrogów.
Boskiej proście pomocy i uwierzcie Niego.
Z Nim zawsze w końcu zwyciężycie!
Chrystus umarł za wasze winy,
obiecuje stokroć więcej.
Ten kto umrze z Jego imieniem, żyć będzie wiecznie.
Pobłogosławi każdego, kto umrze za prawdę
– głosił hymn taborytów „Ktož jsú boží bojovníci”.
Ich wizja Królestwa Bożego przypominała republikę socjalistyczną: na ziemi nie będzie króla albo panującego ani też poddanego i ustanie płacenie wszelkich podatków i ceł. Nikt nikogo do niczego zmuszać nie będzie, wszyscy bowiem będą równi sobie, jak bracia i siostry. Jak w mieście Taborze nie ma różnicy między moim a twoim, lecz wszystko jest wspólne, tak wszystko ma być wspólne na zawsze, nikt nie ma posiadać własności osobistej, a kto ją ma, popełnia grzech śmiertelny.
W praktyce taboryci musieli iść na kompromisy z realiami. Wojenne warunki wymusiły podział ich zbiorowości na gminę polową i gminę domową: pierwsza zajmowała się wojowaniem, druga swą pracą utrzymywała całą społeczność. W ramach gminy domowej każda rodzina pracowała dla siebie i oddawała do wspólnej kasy tylko wypracowaną nadwyżkę. Ten stan rzeczy wywołał opór skrajnej lewicy, domagającej się konsekwentnego zniesienia zarówno własności osobistej, jak i rodziny, będącej jej ostoją. Pod wpływem „braci i sióstr wolnego ducha”, którzy do Taboru dotarli aż z Flandrii, narodził się ruch adamitów (nazwany tak od stanu rajskiej niewinności, w jakim żyć miał biblijny Adam). Adamici wierzyli, że Bóg mieszka w sercach dobrych ludzi, a szatan – w sercach złych, siebie zaś uważali za równych Jezusowi. W życiu codziennym odrzucali nie tylko własność i małżeństwo, ale też chodzili nago. Anarchistyczne skłonności adamitów były nie do pogodzenia z militarną organizacją taborycką. W marcu 1421 roku dowódca wojskowy Taboru, Jan Žižka, wypędził sekciarzy z miasta, a w październiku zaatakował zbudowane przez nich opodal Przibienic osiedle. Pokonanych spalono na stosie. Podobno na śmierć szli ze śmiechem.
Ustrój Taboru można nazwać teodemokratycznym – jego struktura religijna pokrywała się z administracyjną. Każdy wierny mógł zostać księdzem, gdyż taboryci z pogardą odnosili się do uczoności (uczeni w Taborze musieli zająć się rzemiosłem), a Pismo Święte miało być ich zdaniem wyryte w sercach ludzi. Księży wybierała gmina, a księża wybierali biskupów. Duchowni byli utrzymywani przez gminę i pełnili w niej funkcje urzędników publicznych: pisarzy, sędziów, nauczycieli. Istotna była rola czynnika militarnego, wyodrębnionego w gminę polową i dowodzonego przez obieralnych hetmanów, będących czasem zawodowymi żołnierzami (jak Žižka), czasem duchownymi (jak Prokop).
Armia taborycka nie miała sobie równych w Europie. Była to pierwsza nowożytna formacja zbrojna: zdyscyplinowana, jednolicie ćwiczona, walcząca w zwartych szykach. Znakomicie posługiwała się nowymi technologiami, takimi jak artyleria czy sprzężone wozy (osławione „tabory”). Pozwoliło to husytom nie tylko odeprzeć pięć kolejnych krucjat, ale też przeprowadzić najazdy na Niemcy oraz wspomagać Polskę w jej zmaganiach z Krzyżakami. W 1433 roku czeskie oddziały dotarły aż do Bałtyku, w Tczewie spaliły na stosie swych służących Zakonowi rodaków za to, że przeciw własnemu narodowi dawali pomoc Niemcom i przyszli […] najemniczym orężem wojować z […] Polakami, którzy dla wspólnego języka zawsze byli Czechom przychylni.
W ruchu husyckim dokonywały się jednak przemiany. Kraj był wyniszczony wojnami i anarchią. Czescy wieśniacy coraz mniej chętnie garnęli się pod sztandar z czerwonym Kielichem, za to coraz liczniej w szeregi „bożych wojowników” napływali zubożali rycerze i pospolici awanturnicy, także z ościennych krajów. Wojsko taboryckie ulegało profesjonalizacji nieuchronnej w warunkach niekończącej się wojny, a nawet demoralizacji związanej z grabieżami. Nic dziwnego, że po śmierci Žižki (1424) z jego oddziałów uformowało się odrębne stronnictwo „sierotek” (sirotci) – to ono brało udział w wyprawie na Pomorze. Natomiast utrakwiści zainteresowani byli zawarciem pokoju, dążyli więc do kompromisu z katolikami. W listopadzie 1433 roku pełnomocnicy Kurii rzymskiej i przywódcy utrakwistów podpisali „kompakty bazylejskie”, stanowiące złagodzoną wersję artykułów praskich. Taboryci odrzucili porozumienie jako zdradę.
30 maja 1434 roku pod Lipanami spotkały się dwie armie: połączone siły katolicko-utrakwistyczne z jednej strony, taboryci Prokopa Wielkiego i „sierotki” Jana Čapka z drugiej. Tym razem taboryci musieli walczyć przeciwko nieprzyjacielowi, który nie tylko przewyższał ich liczebnie, ale też stosował taką samą taktykę. Bitwa skończyła się rzezią radykałów – Prokop poległ, Čapek uciekł z pola. Przez pewien czas stawiał jeszcze opór w zamku Syjon oddział Jana Roháča, który został rozbity w 1437 roku. Tabor jako osiedle rzemieślnicze zachował autonomię do 1452 roku, jednak z jego komunistycznego ustroju nic już nie zostało. Resztki taborytów przyjęły pacyfistyczną doktrynę Petra Chelčický’ego, tworząc ruch „braci czeskich”, którego kontynuacją jest Herrnhut.
Echa husytyzmu rozbrzmiewały jednak nadal. Taborytom nieobce były ambicje rozszerzenia swej wiary na całe chrześcijaństwo, prowadzili więc intensywną propagandę w innych krajach. Pod jej wpływem w południowych i środkowych Niemczech ukształtował się silny prąd socjalistyczny, ujawniający się zwłaszcza wśród niższych warstw ludności miejskiej i zagrażający, poza Żydami, przede wszystkim bogatej hierarchii kościelnej – pisał XIX-wieczny niemiecki historyk. Na tym podłożu wyrósł ruch anabaptystów – nowochrzczeńców, domagających się powrotu do pierwotnego chrześcijaństwa. Jeden z anabaptystów oświadczał: Najwyższym przykazaniem Boskim jest miłość. […] A miłość ta daje się poznać we wspólności dóbr doczesnych. Praktykowanie przez nich chrztu dorosłych stanowiło wyzwanie rzucane kościołom państwowym. O ile anabaptyści szwajcarscy odrzucali wszelką przemoc, o tyle wśród niemieckich panowały nastroje rewolucyjne. Do ruchu tego należała m.in. gmina w Zwickau, z którą związany był Tomasz Münzer.
Münzer, doktor teologii, wikary w rzemieślniczym kościele św. Katarzyny w Zwickau, początkowo współpracował z Marcinem Lutrem, inicjując m.in. liturgię w języku niemieckim. Szybko jednak jego poglądy uległy radykalizacji. Pod wpływem lektury Joachima de Fiore zwrócił się w kierunku mistycyzmu. Wbrew Lutrowi, postulującemu literalne rozumienie Biblii (sola scriptura), Münzer uważał, że Pismo Święte musi być poparte głosem wewnętrznego objawienia, natchnieniem ducha Bożego: Choćbyś zjadł całą Biblię, nic ci to nie pomoże. To nie uczoność (wtedy dostępna wszak nielicznym) wiodła do zbawienia, ale asceza (Ażeby zaś człowiek usłyszał i odczuł Słowo, Bóg musi mu odjąć jego chuć cielesną). Ascezie sprzyjało wyrzeczenie się własności prywatnej: wszystko jest wspólne (omnia sunt communia) i wszystko powinno być każdemu wydzielone według potrzeby – pisał, powołując się na Platona. Z kolei panteistyczna idea wszechobecności Ducha Świętego (niebo i ziemia pełne są Boga) skłaniała Münzera do koncepcji demokratycznych. Z woli Boga, podkreślał, cała gmina ma władzę miecza […], książęta nie są panami, lecz sługami miecza. Mistycyzm, jak widzimy, nie kierował marzyciela z Zwickau w zaświaty. Odrodzone społeczeństwo miało być bramą do Królestwa Bożego na Ziemi, w którym my, ludzie cieleśni, ziemscy, staniemy się bogami przez wcielenie Chrystusa.
Gdy w Niemczech wybuchła wojna chłopska, Münzer, człowiek czynu, mógł spróbować zrealizować swój program. Spotkał się z przywódcami powstania szwabskiego, którym pomógł sformułować program („Dwanaście Artykułów”): wolność osobista, ograniczenie świadczeń na rzecz dworu, podatek ograniczony do dziesięciny ze zboża, a przeznaczany na potrzeby gminy, gminna własność lasów i części gruntów, sądzenie tylko „według prawa pisanego”, wybór proboszcza przez gminę, nauczanie wyłącznie Ewangelii „bez żadnych ludzkich dodatków”. 17 marca 1525 roku Münzer opanował miasto Mühlhausen, z którego starał się uczynić bazę rewolucji. Wierząc, że bezbożni nie mają prawa do życia, chyba o tyle, o ile pozwolą im wybrani, wzywał do rewolucyjnego terroru wobec panów: Nie dopuśćcie do siebie litości, jak to Bóg przykazał przez Mojżesza. […] Niech miecz wasz nie ostygnie z krwi; […] Dopóki oni żyją, nie możecie się pozbyć strachu ludzkiego. Wezwania do powszechnego buntu trafiały jednak w próżnię, poszczególne gromady chłopskie zainteresowane były tylko lokalnymi sprawami. 14–15 maja 1525 roku doszło do bitwy pod Frankenhausen, w której siły Münzera poniosły druzgocącą klęskę. On sam dostał się do niewoli i po okrutnych torturach został stracony 27 maja.
Anabaptyści jeszcze raz zerwali się do walki. Pod wpływem krwawych prześladowań w Niderlandach pojawiła się frakcja, której przywódcy – Jan Mathys (piekarz z Haarlemu) i Jan Bockelson (krawiec z Lejdy) – gotowi byli odpowiedzieć przemocą na przemoc. Uchodzący przed represjami anabaptyści skupiali się w Münster, mieście próbującym wyzwolić się spod władzy biskupa katolickiego. Gdy w lutym 1534 roku biskup próbował zbrojnie zająć miasto, anabaptyści stawili najenergiczniejszy opór, a wkrótce potem wygrali wybory do rady miejskiej. Niebawem jednak radę zastąpił „wydział dobra publicznego”, tworzony przez dwunastu „starszych [sędziów] pokoleń Izraela”, czyli anabaptystowskich kaznodziejów wybieranych w poszczególnych parafiach. Faktycznie jednak dyktatorską władzę pełnił – tu znów biblijna terminologia – „król Syjonu” (najpierw Mathys, a po jego rychłej śmierci Bockelson), który mianował dwunastu komendantów bram. Münster zostało proklamowane Nową Jerozolimą. Szlachetne kruszce uległy uspołecznieniu, handel zastąpiono wymianą barterową. W parafiach została stworzona instytucja diakonów, którzy początkowo opiekowali się chorymi i biednymi, organizowali wspólne wieczerze, w końcu zaś wzięli na siebie aprowizację ludności. Część rzemieślników została zobowiązana do produkcji na rzecz gminy.
Rewolucja anabaptystowska budziła wiele kontrowersji. Przywódcom Nowej Jerozolimy zarzucano stosowanie krwawego terroru, pławienie się w zbytku (co kontrastowało z nędzą oblężonego miasta), rozpustę. W Münster oficjalnie wprowadzono – powołując się na starotestamentowe wzory – poligamię; Bockelson miał piętnaście żon. Kautsky wyjaśnia to jednak koniecznością ekonomiczną: w mieście było dwa-trzy razy więcej kobiet niż mężczyzn, obowiązek dołączenia samotnych kobiet do kierowanych przez mężczyzn gospodarstw domowych miał pomóc im przetrwać. Pośrednim na to dowodem ma być udział kobiecych oddziałów w obronie Nowej Jerozolimy. Ale i on przyznaje, że Anabaptyści münsterscy […] wcale nie byli zwolennikami emancypacji kobiety.
Ustanowienie wielożeństwa wywołało opór rodowitych münsterczyków, którzy w lipcu 1534 roku podnieśli bunt. Choć stłumiony, osłabił siły Nowej Jerozolimy. Próby wzniecenia anabaptystowskiej rewolucji w Niderlandach na Wielkanoc 1535 roku zostały zdławione w zarodku. W czerwcu tego roku, po wielomiesięcznym oblężeniu, wojska biskupie zdobyły Münster. W styczniu 1536 roku „króla Syjonu” i jego towarzyszy stracono. W anabaptyzmie ostatecznie wygrał kierunek pacyfistyczny, który przetrwał do naszych czasów pod postacią wspólnot amiszów i huterytów w USA.
…Donatyści, bogomili, waldensi, dulcynianie, lollardowie, taboryci, anabaptyści. Gąszcz dziwnie brzmiących, zapomnianych nazw. Czy może to jeszcze zainteresować kogoś poza garstką hobbystów? Chyba tak. Myśl postsekularna poszukuje w religii rewolucyjnego żaru wciąż tlącego się pod warstwą instytucjonalno-dogmatycznego popiołu. Amerykański pisarz anarchistyczny Peter Lamborn Wilson, znany pod pseudonimem Hakim Bey, w swym eseju „Religia i Rewolucja” głosi: „Lud-mesjasz” nie wstępuje w homogeniczną identyczność ani w piekielną separację entropicznego kapitalizmu, lecz w różnorodność i obecność rewolucji – w walkę, „świętą wojnę”. Na samym tym fundamencie możemy zacząć pracę nad teorią pojednania pozytywnych sił religii i sprawy oporu. Próbę rehabilitacji religii jako przejawu ludzkiej woli utopijnej podjął dysydencki filozof marksistowski Ernst Bloch. Jak napisał Leszek Kołakowski: Cała filozofia Blocha okazuje się w końcu teogonią, fantastyczną projekcją Boga, który się stanie. Tym tropem podąża lewicowy socjolog meksykański Luis Martinez Andrade, który w swej książce „Ameryka Łacińska: Religia bez odkupienia” doszukuje się tkwiącego w religii potencjału rewolucyjnego. Wierzy, że teologia powinna służyć uciskanym, ponieważ […] może przywrócić materializmowi historycznemu jego ładunek […] mesjanistyczny i rewolucyjny […] doprowadzić do emancypacji ludzkiej […], która ostatecznie nie będzie dziełem boskim, lecz wynikiem współpracy Boga i istot ludzkich.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Jarosław Tomasiewicz | piątek 10 lutego 2017 | opinie
Od dekad krytykuję polską lewicę za intelektualną impotencję wyrażającą się w bezmyślnym importowaniu zagranicznych wzorów. CTRL+C, CRTL+V. To takie błędne koło: specyficzny splot czynników geopolitycznych, historycznych, społeczno-ekonomicznych i kulturowych spowodował, że lewica w Polsce pozostawała na ogół (pomijając kilka historycznych wyjątków) osamotnioną mniejszością; poczucie izolacji sprawiało, że z utęsknieniem wyczekiwała pomocy z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”); stawianie na „bratnią pomoc” zamiast na pracę w rodzimym społeczeństwie pogłębiało alienację lewicy. Przy czym, o ile sto lat temu lewica rozkwitała intelektualnie (Brzozowski! Abramowski! Luksemburg! Kelles-Krauz! Machajski! Hempel! – i wielu, wielu innych), to obecnie, po dziesięcioleciach gonienia obcych wzorów i implementowania ich w „tym kraju”, stała się intelektualnie wyjałowiona. Sprowadzenie polskiej lewicy do roli translatora zewnętrznych trendów dostrzegam nie tylko ja – „bardzo dziwna postać”, jak raczył nazwać mnie ongiś jeden z lewicowych redaktorów – ale też nieposzlakowani lewicowcy.
Ale spokojnie, tym razem nie będę przynudzał i powtarzał się. Wręcz przeciwnie – skrytykuję domorosłych lewaków z nadwiślańskiego zaścianka za niedostrzeganie najnowszych mód zrodzonych w Ojczyźnie Światowej Klasy Kreatywnej.
Po kolei. Przez ostatnie lata hipster-lewica, udająca obecnie lewicę radykalną, wygrzewała się w ciepłym słoneczku liberalnego mainstreamu, który zdominował układ geopolityczny. Można było bezpiecznie walczyć o postęp mając za plecami liberalne państwo – oczywiście nie będące szczytem marzeń goszysty, pryncypialnie krytykowane za „błędy i wypaczenia”, ale jednak uważane za mniejsze zło niż ciemnogród i populizm. Ono samo było trzymane w ryzach przez „oświecony absolutyzm” Unii Europejskiej, a tę znowuż asekurował – jako zwornik globalnego ładu – dobrotliwy Wielki Wujek Barack. W ten sposób mogło pojawić się zjawisko charakterystyczne dla schyłkowych imperiów: imperialistyczna lewica pragnąca sfinansować reformy socjalne w metropolii profitami z poddanych hegemonicznemu uciskowi peryferii, dlatego zainteresowana w utrzymaniu istniejącego ładu geopolitycznego (zjawisko brytyjskiego socjalimperializmu XIX/XX w. opisywał Bernard Semmel). Bezzębna prawica mainstreamowa, skoncentrowana na liczeniu korporacyjnych zysków, mogła sobie wszczynać kulturowe wojenki, ale generalnie zepchnięta została do głębokiej defensywy, oddając jedną pozycję po drugiej. Skrajna prawica w większym stopniu egzystowała w histeryczno-sensacyjnych medialnych stories niźli w realu.
Aż tu nagle demon powrócił. Objawił się AltRight – „prawica alternatywna”, alternatywna wobec mainstreamu; zjawisko skądinąd niejednolite. To nie jest reaganowsko-thatcherowska neoliberalna/neokonserwatywna New Right, której ostatnim wyrazem była Tea Party. AltRight to odrodzenie twardej „Starej Prawicy” – etnopolitycznej, tradycjonalistycznej, populistycznej – w nowych postmodernistycznych formach. Swoisty powrót do korzeni. I to właśnie altrightowcom udało się pokonać mainstreamową lewicę na jej własnym polu: zdobyć poparcie robotników używając nie haseł kulturowych (Thomas Frank trochę się zdezaktualizował), lecz ekonomicznych. Robotnicy z Pasa Rdzy poparli protekcjonizm przeciw globalizmowi.
Dla lewicy, która zdążyła już zapomnieć o cechującym ją kiedyś antyimperializmie, to geopolityczne trzęsienie ziemi, ba – coś w rodzaju odwrócenia magnetycznych biegunów Ziemi. Nagle zabrakło punktu oparcia, punktu odniesienia. Lewica musi odnaleźć się w nowej sytuacji, dokonać samokrytyki, reorientacji, przewartościowania. Odpowiedzieć sobie na pytanie: co robić? Najpopularniejsza odpowiedź brzmi: to, co dotąd, tylko bardziej. Zewrzeć szeregi, okopać się na swych pozycjach. To reakcja mieszczanina przestraszonego załamaniem status quo. Bastionami oporu (safe zones) stają się uniwersytety i liberalne samorządy wielkich miast. Magazyn „Rolling Stone” opisuje formowanie się koalicji anty-Trumpowej. Znajdą się w niej organizacje proimigranckie, ekologiczne, feministyczne, mniejszości seksualnych, walczące o ograniczenie dostępu do broni i – co ciekawe – „prawdziwi konserwatyści” (czyt. neokonserwatyści) niechętni izolacjonizmowi Trumpa. Nie brakuje wam tu kogoś? Bo mi brakuje – związków zawodowych. Wygląda na to, że lewica obraziła się na robotników. Zamiast tego Trump spotyka się z liderami związkowymi.
Jednak nie wszyscy amerykańscy lewicowcy są wyznawcami kultu cargo, ufnymi, że powtarzanie pewnych rytuałów zapewni im pomyślność. Niektórzy uważają, że wyzwanie ze strony AltRight wymaga symetrycznej odpowiedzi: stworzenia alternatywnej wobec mainstreamu lewicy odwołującej się do zapomnianych fundamentów lewicowości. Przeciwnicy postrzegają kiełkujący fenomen AltLeft jako nowe wcielenie sojuszu ekstremów, „miejsce, gdzie Pat Buchanan spotyka Ralpha Nadera” (choć alt-leftists odrzucają jakiekolwiek formy współpracy z faszystami, rasistami, antysemitami, fundamentalistami). Zwolennicy akcentują, że jest to de facto powrót do tradycji Starej Lewicy – „lewicy takiej, jaką była od II wojny światowej do kontrkultury lat 60.”.
Oznacza to przede wszystkim prymat ekonomiki nad kulturą, pierwotność bazy wobec nadbudowy, powrót do Marksowskiej tezy, że „byt kształtuje świadomość”. Pogarda wobec biednych i przegranych traktowana jest jako najważniejszy z grzechów. My będziemy lewicowi w sprawach ekonomicznych […], lecz raczej centrowi w sferze kultury – napisał „alternatywny lewicowiec” Robert Lindsey. Takie podejście stawia AltLeft w opozycji zarówno do technokratycznej socjaldemokracji, która już dawno zdezerterowała do obozu neoliberalizmu, porzucając klasę ludową, jak i wobec „lewicy kulturowej” (Cultural Left) dominującej po lewej stronie barykady. Ci pierwsi to po prostu „zdrajcy klasy robotniczej”, wróg klasowy. Drugim, jako „błądzącym towarzyszom”, poświęca się większość polemicznego ferworu.
AltLeft toleruje zwolenników Cultural Left pod warunkiem, że nie eksponują swych antagonizujących poglądów. Lewica kulturowa krytykowana jest nie co do zasadności czy kierunku przemian kulturowych, ale ze względu na ekstremizm. Lindsey pisze: Prawa gejów – tak! Gejowska polityka – nie! Wsparcie i tolerancja dla biologicznych homoseksualistów, aby żyli wedle swego wyboru w wolności i szczęściu. […] Z drugiej strony homoseksualizm nie powinien być wywyższany ani wychwalany […]. Prawa kobiet – tak! Kobieca polityka – nie! Alternatywna lewica popiera feminizm równościowy, ale nie feminizm genderowy, radykalny, nienawidzący mężczyzn. Według alt-leftists promowana przez kulturalistów „polityka tożsamościowa” prowadzi do zastępowania walki klas konfliktem rasowym i/lub płciowym. W tym ujęciu biali ludzie są złem […] a każdy kto nie jest biały, automatycznie jest świętym. Oznacza to nie tylko dzielenie klasy pracującej według rasistowskich kryteriów, ale też stosowanie odpowiedzialności zbiorowej (zwróćmy przy tym uwagę, że o ile przynależność klasową można zmienić stosunkowo łatwo, to rasowej czy płciowej raczej nie, co czyni antagonizm nieprzezwyciężalnym).
Innym aspektem „alternatywnej lewicy” jest internacjonalizm rozumiany jako antyimperializm, a nie kosmopolityzm. Lindsey podkreśla, że pragnienie ludzi, by […] posiadać narodową, etniczną czy religijną tożsamość powinno być postrzegane jako prawo, w które nie wolno się wtrącać. Wynika z tego akceptacja dla wielokulturowości imigrantów w pierwszym pokoleniu, ale promowanie asymilacji w następnych. Z jednej strony krytykowany jest szowinizm (extreme patriotardism) i wsparcie dla zachodniego imperializmu – także ze strony Berniego Sandersa, klasyfikowanego jako „zimnowojenny liberał”. Z drugiej strony, odrzuca się pogląd, że „Zachód jest zły, a nie-Zachód jest cudowny”. AltLeft odcina się zarówno od antysemityzmu, jak i od radykalnego syjonizmu, akceptując antysyjonistów, ale też… umiarkowanych syjonistów.
Amerykańska AltLeft istnieje niewiele ponad rok (strona Altleft.com pojawiła się w listopadzie 2015 r.), jest ugrupowaniem niewielkim i do tego zróżnicowanym, o niewykształconej jeszcze fizjonomii. Jeden z jego zwolenników napisał: Niestety, AltLeft przyciąga szeroki wachlarz dziwnych typów, z których każdy ma swoje błazeńskie pomysły na to, czym AltLeft być powinna. No cóż, początki zawsze są trudne.
Czy Polacy powinni naśladować AltLeft? Nie. Wystarczy powrót do rodzimej tradycji, rzeczowa, nieuprzedzona analiza rzeczywistości, po prostu zdrowy rozsądek. Jaskółki można dostrzec.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Jarosław Tomasiewicz | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
…Pozwolę sobie zacząć od osobistej dygresji1. W pierwszej połowie lat 90. uczestniczyłem w hucznej domówce w Krakowie, w gronie tamtejszych radykalnych aktywistów politycznych. Wdałem się w gorącą, obficie podlewaną alkoholem dysputę z Markiem Kurzyńcem. Będąc wówczas gorliwym orędownikiem ludowego „rewolucyjnego nacjonalizmu”, zarzucałem mojemu anarchistycznemu adwersarzowi oderwanie od rzeczywistości, od problemów i poglądów zwykłych ludzi. Kurzyniec zareplikował: „Ty się tylko stylizujesz na proletariusza!”. Niestety, musiałem przyznać mu rację: choć nauczycielska pensja była żałośnie niska, to wyższe wykształcenie i praca umysłowa w czasach przed taśmową produkcją dyplomów i postindustrialną transformacją alienowały mnie od mas robotników fabrycznych. Mogłem jednak oddać cios, stwierdzając, że proletariacki image anarchistów też nie jest niczym innym, jak stylizacją, że myli im się cyganeria z klasą pracującą2.
I ten problem po dziś dzień pozostaje, w mojej opinii, główną słabością polskiej lewicy. Jest oderwana od mas ludowych, które rzekomo ma reprezentować. Część polskiej lewicy (?) otwarcie zerwała z tradycją artykułowania plebejskich interesów3. Większość z tych, którzy tkwią na starych, klasowych pozycjach, identyfikuje się de facto nie tyle z ludem, ile ze swoim – wyidealizowanym i zideologizowanym – wyobrażeniem o tymże ludzie. W ich wizji proletariusz jest obowiązkowo antyklerykałem, internacjonalistą i feministą (a w miarę możności także wegetarianinem) – a jeśli nie jest, to znaczy, że żaden z niego proletariusz4.
Dlatego artykuł niniejszy poświęcę ruchowi autentycznie ludowemu, zrodzonemu z oddolnych walk społecznych, a nie z ideologicznej inspiracji5, ruchowi, który nie musiał się „stylizować” i, niczym mitologiczny Anteusz z matki-ziemi, z ludu wprost czerpał swą moc.
I
W 1990 roku spadły na Polskę dobrodziejstwa planu dostosowawczego Międzynarodowego Funduszu Walutowego opracowanego przez Jeffreya Sachsa, a firmowanego przez Leszka Balcerowicza. Inflacja w pierwszym roku obowiązywania Planu Balcerowicza wyniosła 585,8 proc. (dla porównania: w 1989 roku – 251,1 proc., a w 1988 – 60,2 proc.). Działo się to w warunkach faktycznego zamrożenia płac większości pracowników za sprawą osławionego „popiwku”, czyli podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń. „Przeciętne wynagrodzenie realne pracowników sektora państwowego i spółdzielczego było w 1990 roku niższe o 28 proc. niż w roku poprzednim” – donosił sucho Główny Urząd Statystyczny. Wskaźnik przeciętnych miesięcznych wynagrodzeń realnych malał systematycznie aż do roku 1993 włącznie. A nie wszyscy mieli szczęście otrzymywać jakieś wynagrodzenie: w ciągu 1990 roku bezrobocie wzrosło z 0,3 proc. w styczniu do 6,5 proc. w grudniu; trzy lata później wynosiło już 16,4 proc.6
W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się wszakże rolnicy. Znów zacytujmy informację GUS: „Ceny artykułów zbywanych przez rolników wzrosły ok. dwukrotnie wolniej od cen nabywanych przez nich środków produkcji”. Nieubłaganie rozwierały się, jak w czasie przedwojennego Wielkiego Kryzysu, „nożyce cen”. Spadek stopy życiowej na wsi – i tak zacofanej w porównaniu z resztą kraju – był jeszcze większy niż w mieście. Paradoksalnie, polityka Balcerowicza uderzyła najdotkliwiej w gospodarstwa duże, wysokotowarowe, produkujące na rynek. Ich właściciele w poprzedniej dekadzie brali na korzystnych warunkach kredyty, pozwalające zmodernizować i zintensyfikować produkcję. Teraz skokowy wzrost bankowych odsetek wepchnął ich w pętlę zadłużenia. Nie mogąc spłacić kredytów – bankrutowali, a ich gospodarstwa były licytowane. Nic dziwnego, że w tej grupie nastroje desperacji były najsilniejsze7. Już w 1990 roku doszło do masowych protestów rolniczych – tylko w lipcu zorganizowano 927 blokad dróg. Przeciw protestującym w Mławie rolnikom premier Tadeusz Mazowiecki wysłał transportery opancerzone (pod naciskiem Aleksandra Halla i… Jacka Kuronia).
Wśród niezadowolonych był Andrzej Lepper, urodzony w 1954 roku absolwent technikum rolniczego. Przez pewien czas pracował w Państwowych Gospodarstwach Rolnych w województwie słupskim, w 1978 roku został najmłodszym w Polsce kierownikiem PGR-u. Wstąpił wtedy do PZPR8, jednak zakończył przynależność już dwa lata później, gdy w 1980 roku zdecydował się na prowadzenie indywidualnego 63-hektarowego gospodarstwa. We wrześniu 1991 roku stanął na czele protestu zadłużonych rolników w Darłowie, a w październiku tego roku został liderem ogólnokrajowego Komitetu Obrony Rolników, który walczył o wstrzymanie grożących rolnikom egzekucji komorniczych.
Pokłosiem tych protestów było utworzenie Związku Zawodowego Rolnictwa „Samoobrona”, zarejestrowanego 10 stycznia 1992 roku. Samoobrona stanowić miała nieprzejednaną opozycję, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych organizacji rolniczych – Krajowego Związku Rolników i „Solidarności” Rolników Indywidualnych, którym zarzucała ugodowość wynikającą z powiązań, odpowiednio, ze starym i nowym aparatem władzy. Łączył się z tym radykalizm metod. W marcu I Krajowy Zjazd ZZR powołał tzw. brygady antyegzekucyjne, które miały zajmować się udaremnianiem zajęć komorniczych w zadłużonych gospodarstwach. W kwietniu stuosobowa grupa związkowców zajęła gmach resortu rolnictwa. W czerwcu w dziesięciu województwach (m.in. we Włocławku) odbyły się blokady dróg publicznych. Apogeum protestów miało miejsce w lipcu, gdy Samoobrona próbowała przeprowadzić „marsz gwiaździsty”. 72 kolumny rolników ruszyły na Warszawę, czemu towarzyszyły starcia z policją. Związkowcy grozili wysadzeniem w powietrze cystern z paliwem, 91 protestujących aresztowano, wielu zostało poturbowanych, a kilku trafiło do szpitala. Późniejsze akcje Związku w tym okresie (jak blokada przejść granicznych w Świecku i Kołbaskowie) miały już wyraźnie mniejszą skalę, jednak wciąż cechował je radykalizm. Należały do nich m.in. starcia z policją w Warszawie w kwietniu 1993 roku, wywiezienie na taczce burmistrza Praszki w sierpniu 1993 roku, pobicie zarządcy zlicytowanego gospodarstwa w Kobylnicy w lipcu 1994 roku.
Równolegle Samoobrona rozbudowywała zaplecze społeczne i polityczne. Nawiązała współpracę z pracowniczymi związkami zawodowymi (m.in. z NSZZ „Solidarność ’80”, z Wolnym Związkiem Zawodowym „Sierpień ’80”, z Federacją Związków Zawodowych Górników), współtworząc Międzyzwiązkowy Krajowy Komitet Negocjacyjno-Strajkowy. W czerwcu 1992 roku utworzona została partia polityczna Przymierze Samoobrona, w skład której obok związkowców weszli grupa członków Polskiej Partii Zielonych z Januszem Bryczkowskim na czele oraz szereg osób kojarzonych z narodowo-komunistycznym skrzydłem PZPR (Bohdan Poręba, Bożena Krzywobłocka, Józef Balcerek). Pod koniec roku powstał Komitet Samoobrony Narodu, który miał stanowić szeroki ruch społeczny z udziałem – oprócz wymienionych – także Komitetu Obrony Bezrobotnych, środowisk kombatanckich (Stowarzyszenie Ofiar Wojny, gen. Stanisław Skalski, płk Antoni Heda) i drobnych grup nacjonalistycznych, takich jak Stronnictwo Narodowe „Ojczyzna”. Samoobrona próbowała w ten sposób wyrwać się z wiejskich opłotków.
Pomimo to start w wyborach parlamentarnych we wrześniu 1993 roku okazał się porażką: partia uzyskała zaledwie 2,78 proc., co wynikało m.in. z braku porozumienia z Partią X Stanisława Tymińskiego, głoszącą nieomal identyczny radykalno-populistyczny program społeczny. Ruch wszedł w kryzys. W grudniu 1993 roku z partii został usunięty Bryczkowski, który założył jawnie faszystowski Front Narodowy Samoobrona (potem Polski Front Narodowy). W sierpniu 1994 roku Lepper został aresztowany, co Bryczkowski bezskutecznie usiłował wykorzystać do próby przejęcia kontroli nad ZZR. Wewnętrzne rozbicie w połączeniu z opadaniem fali niezadowolenia społecznego drastycznie ograniczyło możliwości mobilizacyjne Samoobrony. Przez kilka najbliższych lat ograniczała się do punktowych wystąpień wykorzystujących lokalne konflikty społeczne. W regionie świętokrzyskim powstała Samoobrona Mieszkańców, której celem była obrona praw lokatorskich. W czasie budowy gazociągu jamalskiego Samoobrona nawiązała współpracę z Polskim Stowarzyszeniem Budowniczych Rurociągów Witolda Michałowskiego, domagając się wyższych odszkodowań dla rolników. U schyłku tysiąclecia związkowcy połączyli wysiłki z Federacją Zielonych i obrońcami zwierząt w proteście przeciw ekspansji firmy Smithfield Foods (Kongres Rolniczo-Ekologiczny w maju 2000 roku).
Efekty były jednak niewielkie. W wyborach prezydenckich 1995 roku na Leppera głosowało zaledwie 1,32 proc. wyborców. Dwa lata później w czasie wyborów parlamentarnych okazało się, że Samoobrona potrafi wystawić kandydatów tylko w 16 okręgów (na 52), uzyskując w sumie 0,08 proc. głosów.
Wiatr ponownie zaczął dąć w żagle Samoobrony pod koniec lat 90., w miarę jak znów pogarszała się sytuacja życiowa Polaków (tzw. drugi plan Balcerowicza: w 2001 roku stopa bezrobocia sięgnęła 17,5 proc.). W 1998 roku nasiliły się rolnicze protesty, na których czele stanęła Samoobrona wespół z innymi związkami rolniczymi; głośnym echem odbiło się zniszczenie importowanego zboża na przejściu granicznym w Muszynie. W styczniu 1999 roku miała miejsce blokada polsko-niemieckiego przejścia granicznego w Świecku, w której uczestniczyły ponad 3 tysiące związkowców. 27 maja w całym kraju odbyły się blokady dróg, których liczba miała sięgnąć dwustu. W sierpniu 1999 roku protest Samoobrony w Bartoszycach przeistoczył się w gwałtowne rozruchy, w wyniku których 11 policjantów znalazło się w szpitalu. Udział mieszkańców miast w tych wydarzeniach pokazywał, że Samoobronie udało się pozyskać zwolenników spoza wsi.
Ugrupowanie Leppera zmodyfikowało strategię, co podkreślała nowa nazwa: Samoobrona Rzeczypospolitej Polskiej. Doszło do wymiany części kadr – dawnych działaczy pokroju Leszka Zwierza zastąpili ludzie tacy jak Janusz Maksymiuk czy Krzysztof Filipek. Współpraca z profesjonalistą od PR Piotrem Tymochowiczem zaowocowała nowym, „dystyngowanym” image Leppera. Mówić można o Samoobronie 2.0. Coraz wyraźniejsze stało się otwarcie Samoobrony na opozycję lewicową: w 1999 roku lepperowcy wzięli udział wraz z Sojuszem Lewicy Demokratycznej w pochodzie pierwszomajowym i w wielkiej manifestacji 24 września. Strategią ruchu pozostała jednak budowa „frontu narodowo-ludowego”. W styczniu 2000 roku ogłoszono utworzenie Bloku Ludowo-Narodowego obejmującego SRP, WZZ „Sierpień ‘80” i nacjonalistyczny Front Polski gen. Tadeusza Wileckiego. Blok okazał się martwym płodem, gdyż nie był w stanie wyłonić wspólnego kandydata w nadchodzących wyborach prezydenckich9. W rezultacie Lepper zdobył 3,05 proc., co wciąż lokowało Samoobronę w kategorii politycznego planktonu. Lepperowcy byli jednak przekonani, że przyszłość należy do nich. W ich opinii potwierdzało to podpalenie w maju 2000 roku domu Stanisława Łyżwińskiego w Hucie Skaryszewskiej, w którym zatrzymał się Lepper; interpretowali to jako próbę zabójstwa ludowego przywódcy.
Okazało się, że mieli rację, wierząc w powodzenie swej sprawy. W wyborach parlamentarnych 2001 roku SRP osiągnęła bezprecedensowy sukces – 10,2 proc. głosów i 53 mandaty – stając się trzecią siłą polityczną w Polsce. Dotychczasowi pariasi nagle zostali partnerami najważniejszych aktorów sceny politycznej. Zauważalna już wcześniej ewolucja ku lewicy zaowocowała warunkową współpracą z koalicją SLD-PSL. Samoobrona była jedynym klubem spoza koalicji, który poparł rząd Leszka Millera, a Lepper został wicemarszałkiem Sejmu. Istniał nawet projekt włączenia SRP do koalicji rządowej, lansowany przez grupę wojskowych z gen. Sławomirem Petelickim na czele, nie doszło jednak do tego wskutek sprzeciwu Aleksandra Kwaśniewskiego.
Sielanka nie trwała długo. Już w listopadzie 2001 roku Lepper zaszokował posłów, sugerując korupcję i kryminalne powiązania czołowych polityków SLD i PO, co spowodowało jego odwołanie z funkcji wicemarszałka. W grudniu Samoobrona wraz z Ligą Polskich Rodzin i Prawem i Sprawiedliwością forsowała wniosek o wotum nieufności wobec ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza. Nie oznaczało to jednak jeszcze opozycji totalnej. Szereg inicjatyw rządu Millera popieranych było w Sejmie przez lepperowców. Po sukcesie SRP w wyborach samorządowych w 2002 roku (16 proc. poparcia na poziomie województw), w ośmiu sejmikach wojewódzkich utworzyła ona koalicje z SLD. Lepper jednak stopniowo radykalizował stanowisko i w kwietniu 2003 roku zażądał od działaczy partii zerwania sojuszów z lewicą w terenie (co doprowadziło do kilku rozłamów, np. w Lublinie odeszła grupa Konrada Rękasa). Jeszcze ostrzej atakowany był rząd Marka Belki, uważanego za człowieka Kwaśniewskiego. Samoobrona współpracowała coraz ściślej z prawicową opozycją, popierając np. tzw. raport Ziobry dotyczący „afery Rywina” czy wniosek o popełnieniu przestępstwa przez szefa Wojskowych Służb Informacyjnych gen. Marka Dukaczewskiego. Lepper żądał też ustąpienia prezydenta Kwaśniewskiego, ogłaszając go przedstawicielem „układu polityczno-biznesowo-mafijnego”.
Ten wspólny front z prawicą nie oznaczał jednak zwrotu SRP w prawo. Przeciwnie – plan Leppera zakładał przejęcie przez Samoobronę hegemonii na lewicy. IV zjazd ZZR w styczniu 2004 roku odmawiał SLD lewicowości, a pod koniec roku Lepper deklarował: „Stawiam sobie za cel tak przekonać elektorat lewicy, by zrozumiał, że jedyną lewicową, prospołeczną i patriotyczną partią jest obecnie Samoobrona”. W tym celu nawiązano współpracę z Demokratyczną Partią Lewicy, Ruchem Ludzi Pracy i Krajową Partią Emerytów i Rencistów. W szeregach SRP znaleźli się działacze Sojuszu (np. Grzegorz Tuderek, Bolesław Borysiuk) i Unii Pracy (Andrzej Aumiller). W dużej mierze plan Leppera się powiódł. Wprawdzie odnotowano odpływ części starego elektoratu Samoobrony w kierunku Ligi Polskich Rodzin, ale zostało to zrekompensowane przez przejęcie wielu dotychczasowych wyborców lewicy – głównie emerytów i rencistów, robotników upadłych zakładów pracy, byłych funkcjonariuszy służb mundurowych. Już w wyborach do europarlamentu w 2004 roku lepperowcy wyprzedzili SLD10.
Równolegle do aktywności parlamentarnej SRP starała się działać na niwie społecznej. Partia podjęła współpracę z organizacjami osób niepełnosprawnych (wyznaczając nawet specjalnego pełnomocnika ds. kontaktów z nimi) i środowiskiem matek samotnie wychowujących dzieci. Próbowano nadal prowadzić akcje bezpośrednie, takie jak obrona targowiska we Włocławku w 2001 roku, zablokowanie Chińskiego Centrum Handlowego w Woli Kosowskiej i wysypanie na tory importowanego zboża w Warszawie w 2002 roku, pikiety przeciw wojnie w Iraku w 2004 roku, poparcie protestów służby zdrowia i rybaków bałtyckich w 2005 roku. Wyraźnym jednak było, że inicjowane przez Samoobronę protesty stawały się coraz słabsze liczebnie, mniej żywiołowe, wręcz zrytualizowane.
…Przerwijmy w tym momencie beznamiętną narrację historyka odautorskim komentarzem. Wybiegając w przyszłość: Samoobrona odniosła sukces, ale go zmarnowała. „Miałeś, chamie, złoty róg”, ciśnie się na usta. Lepper nie wykorzystał tych sześciu lat tłustych, kiedy miał popularność, pieniądze, dostęp do mediów, na stworzenie sieci organizacji społecznych, która zapewniałaby trwałe oparcie w społeczeństwie, niezależne od zmiennej koniunktury wyborczej. Wprawdzie w maju 2002 roku powstała Ogólnopolska Młodzieżowa Organizacja Samoobrony, jednak partyjna młodzieżówka skupiała raczej karierowiczów niż ideowców11. Komórki takie jak Centrum Informacji Aferalnej czy Centrum Analiz Wyborczych miały charakter fasadowy – wystarczy powiedzieć, że obsługę szeroko rozreklamowanego jako instytucja antykorupcyjna CIA przydzielono… jednemu pracownikowi. Zamiast żmudnej pracy u podstaw preferowano pozyskiwanie podmiotów zewnętrznych zainteresowanych współpracą dopóki przynosiła ona wymierne korzyści. Zupełnie zaniedbana została praca ideotwórcza i formacyjna: zaprzestano wypracowywania ideologii12, która stanowiłaby niekoniunkturalną motywację i spoiwo członków partii, nie zrealizowano pomysłu wydawania teoretycznego periodyku „Trzecia Droga”. Zlekceważono nawet budowę własnego aparatu propagandowego, uniezależniającego ruch od nieprzychylnych mu mediów. Pojawił się wprawdzie dwutygodnik „Samoobrona”, jednak jego wydawcą (faktycznie niezależnym od partii) został znany antysemita Leszek Bubel, który niebawem zerwał z Lepperem. Pod względem kadrowym, zamiast oprzeć się na lokalnych społecznikach, Lepper preferował biznesmenów (jak Piotr Misztal, skazany za łamanie prawa pracy) i zawodowych polityków, jak były prezes Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego Ryszard Czarnecki.
Z czego te zaniechania wynikały? Niewątpliwie olbrzymią rolę odegrała typowo polska krótkowzroczność, stawiająca improwizację, prowizorkę i drogę na skróty ponad systematyczną pracę organiczną. Przywódca ruchu był też niewątpliwie pod rosnącym ciśnieniem posłów, radnych, szeregowych działaczy, którzy chcieli jak najszybciej skonsumować sukces wyborczy, sięgając po stanowiska, wpływy i pieniądze. Zapewne dotknęło to i samego Leppera, którego w tym czasie dotknęły kłopoty zdrowotne – syndrom „zmęczonego rewolucjonisty”, przekonanego, że należy mu się nagroda za dawne trudy, ilustrują choćby dzieje przedwojennych piłsudczyków. Można też przypuszczać, że Lepper celowo zaniedbał instytucjonalizację i ideologizację ruchu, gdyż silne struktury ograniczałyby jego wodzowską pozycję, a skonkretyzowana ideologia – swobodę politycznego manewru.
Podwójne wybory 2005 roku potwierdziły sukces SRP: w wyborach parlamentarnych uzyskała 11,41 proc. głosów (nieznacznie więcej niż SLD), w prezydenckich Lepper zajął trzecie miejsce z 15,11 proc. Wyniki były jednak gorsze od oczekiwanych. Zwycięstwo PiS sprawiło, że scena polityczna nie uległa polaryzacji, jak oczekiwał Lepper, na obóz prawicowo-liberalny, kierowany przez Platformę Obywatelską, i lewicowo-populistyczny, którego główną siłą byłaby Samoobrona. Zamiast tego wytworzył się podział na „Polskę liberalną” (PO, w pewnej mierze SLD) i „Polskę solidarną” pod przewodem PiS. Pojawiła się możliwość zaistnienia szerokiego frontu antyliberalnego (postulowanego wszak przez Leppera w latach 90.), ale SRP była jego podrzędnym elementem.
Logika tego podziału – jak również wspomniane parcie lepperowców do władzy – pchały Samoobronę w objęcia prawicy. Już w drugiej turze wyborów prezydenckich Lepper udzielił poparcia Lechowi Kaczyńskiemu. W lutym 2006 roku Lepper wraz z Jarosławem Kaczyńskim i Romanem Giertychem podpisali „pakt stabilizacyjny”, w maju SRP weszła w skład koalicji rządowej. Lepper został wicepremierem i ministrem rolnictwa, Samoobrona uzyskała też stanowiska ministrów pracy i budownictwa, osiemnastu wiceministrów, kierownictwo Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz KRUS. Koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann oficjalnie oznajmił, że nie ma żadnych dowodów na inspirowanie ruchu Leppera przez byłych funkcjonariuszy SB.
Lepper usilnie starał się zrzucić odium awanturnictwa i radykalizmu, zaprezentować się jako odpowiedzialny polityk. Bezskutecznie. Przeciwko sobie miał otwartą wrogość mediów i słabo skrywaną niechęć koalicjanta. W jego własnej partii silne były tendencje odśrodkowe, część posłów z Janem Bestrym ciążyła ku PiS. Nieustanne tarcia w koalicji już we wrześniu 2005 roku doprowadziły do kryzysu gabinetowego i dymisji Leppera, który zagroził wejściem w sojusz z… PO. W październiku kryzys został zażegnany, jednak SRP wyszła z niego osłabiona. Jasne się stało, że Lepper nie panuje nad własnym ugrupowaniem: zerwanie koalicji doprowadziłoby do dezintegracji partii, bo wielu posłów nie chciało wracać do opozycji. Wiarygodność ruchu i jego przywódcy drastycznie się zmniejszyła z powodu nieustannych wolt; nie można było nie zauważyć, że Samoobrona przypomina sobie o postulatach programowych na ogół przy okazji konfliktów personalnych. Symbolem degrengolady stało się udaremnienie egzekucji komorniczej przez posła SRP, który powołując się na poparcie ministra sprawiedliwości, chronił… własny majątek.
Rozczarowany elektorat Samoobrony przechodził do obozu PiS, czego dowiodły wybory samorządowe w 2006 roku – na szczeblu wojewódzkim ugrupowanie Leppera uzyskało tylko 5,54 proc. głosów. Obserwatorzy byli zgodni, że sprawowanie władzy okazało się zabójcze dla partii protestu. „Może dziś już tak bardzo ucywilizowany Lepper nie podoba się radykałom na wsi?” – pytał socjolog Radosław Markowski. Dziennikarka Janina Paradowska potwierdzała: „Lepper w kręgu rządowego establishmentu nie może już być wyrazicielem społecznego protestu i jego pozycja musi słabnąć”.
Kolejny cios uderzył w SRP w grudniu 2006 roku, gdy „Gazeta Wyborcza” oskarżyła wiceprzewodniczącego partii, Łyżwińskiego, a także samego Leppera, o wykorzystywanie seksualne kobiet związanych z Samoobroną13. W lipcu 2007 roku Centralne Biuro Antykorupcyjne aresztowało pod zarzutem korupcji dwóch pracowników ministerstwa rolnictwa związanych z Lepperem, którego też oskarżono o udział w procederze. Choć zarzutów wobec Leppera nie udowodniono, został odwołany ze stanowiska, co doprowadziło do rozpadu koalicji i przedterminowych wyborów.
SRP zaczęła wykonywać desperackie ruchy. Najpierw zdecydowano o połączeniu z LPR w nową formację Liga i Samoobrona, niedługo później porozumienie zerwano, wykonując ostry zwrot w lewo, czego symbolem było przyjęcie na listy Samoobrony Leszka Millera i Piotra Ikonowicza. Trudno uznać, by takie chaotyczne działania poprawiały wiarygodność partii. W dodatku przeceniono popularność Millera, któremu lewicowy elektorat pamiętał poparcie dla podatku liniowego i dla wojny w Iraku. Skutkiem była wyborcza katastrofa: 1,53 proc.
Późniejsze dzieje Samoobrony to już wegetacja, przypominająca sentencję Marksa o historii powtarzającej się jako operetka. Lepper zapomniał starej prawdy, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Po akcesji do Unii polskie społeczeństwo przeszło przyśpieszoną transformację. Wieś się rozwarstwiła: część rolników wyraźnie się wzbogaciła, innych uzależniły unijne dotacje14. Masa bezrobotnych wyjechała na przysłowiowy zmywak. Lud się zmienił, zmieszczaniał; proletariat przeistoczył bądź to w salariat, bądź to w prekariat. Samoobrona stała się anachroniczna. Tytułowy Anteusz postanowił stać się Ikarem; gdy pojął grozę sytuacji, zapragnął schronić się na ziemi – ale ta zniknęła. Znalazł się w stanie nieważkości.
Morał tej opowieści jest prosty: lewica nie może odrywać się od swej plebejskiej bazy. Ma artykułować jej interesy i poglądy. „Wèi rénmín fúwù” (służyć ludowi!), jak mawiali maoiści. Jeśli w Polsce nastąpi odrodzenie lewicy, to w formie pragmatycznego neopopulizmu, być może odwołującego się właśnie do tradycji Samoobrony.
II
Oblicze ideowo-polityczne Samoobrony pozostawało nieodgadnione. Zwolennicy odwoływali się do enigmatycznego (neofaszyzm? postsocjaldemokracja?) pojęcia „trzeciej drogi” pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem. Przeciwnicy zadowalali się klasyfikowaniem lepperowców jako „populistów” (a populista w oczach nie tylko establishmentu, ale i współczesnych lewicowców to, wiadomo, nieświadomy faszysta albo zamaskowany faszysta – Kukiz, Farage, Trump). Wielkomiejska lewica, która zastąpiła ideę sojuszu robotniczo-chłopskiego modnymi teoriami o „nowej klasie robotniczej” złożonej z „białych kołnierzyków”, traktowała wiejski ruch nieufnie. Gdy jednak poddamy program Samoobrony chłodnej politologicznej analizie, okazuje się, że ma on charakter klasycznie socjaldemokratyczny (tj. sprzed blairowsko-schröderowskiej transformacji).
Zacznijmy, po marksistowsku, od „bazy”, czyli problematyki społeczno-gospodarczej, która w programie Samoobrony zajmowała miejsce pierwszoplanowe. Ruch deklarował, zwłaszcza w latach 90., antykapitalistyczną orientację, uważając, że „kapitalizm to prymat kapitału i zysku nad pracą i człowiekiem”, i deklarując (1994): „Kapitalizm nie jest systemem wiecznym. Ustąpić on musi nowym koncepcjom stosunków międzyludzkich, nowej ekologicznej moralności. Nowa epoka postkapitalistyczna już się rodzi”.
Alternatywą miał być ustrój zapewniający sprawiedliwą redystrybucję dóbr w imię nadrzędnego interesu społecznego. Samoobrona wyobrażała sobie ów postkapitalistyczny system jako gospodarkę wielosektorową, opartą na współistnieniu własności państwowej (przemysł surowcowy i wydobywczy, energetyczny, zbrojeniowy, infrastruktura komunikacyjna oraz bankowość i ubezpieczenia), pracowniczej (przekształcanie przedsiębiorstw państwowych w spółki pracownicze), spółdzielczej (m.in. nowe formy kooperatyw na wsi) i prywatnej (głównie małe i średnie rodzime przedsiębiorstwa, które postulowano chronić przed ekspansją wielkiego kapitału zagranicznego). W gospodarce takiej kierowniczą rolę odgrywałoby państwo, które w stosunkach zewnętrznych miało prowadzić politykę protekcjonistyczną chroniącą rynek wewnętrzny, a w wewnętrznych – stosować na szeroką skalę interwencjonizm, poprzez m.in. tworzenie prawnych i instytucjonalnych ram rynku, rozbudowę infrastruktury w kluczowych dziedzinach, pomnażanie kapitału ludzkiego poprzez rozwój nauki i edukacji, dbałość o opiekę społeczną i ochronę środowiska. Szczególną rolę przyznawano polityce monetarnej i fiskalnej. Proponowano zwiększenie obciążeń podatkowych dla osób najwięcej zarabiających, przy jednoczesnym zwolnieniu z podatków najuboższych, obniżenie podatków pośrednich oraz wprowadzenie podatku obrotowego. Narodowy Bank Polski miałby ponosić odpowiedzialność za rozwój gospodarczy oraz poziom zatrudnienia i z tych zadań być rozliczany przez parlament.
Z tych pozycji Samoobrona krytykowała neoliberalny kierunek transformacji ustrojowej lat 90. Podzielając powszechną wówczas opinię o rabunkowym charakterze przekształceń własnościowych, głoszono: „Większość prywatyzacji przeprowadzonych w Polsce wykonano źle, z naruszeniem interesów gospodarczych Polski i z istotnym naruszeniem interesów Skarbu Państwa”. Logiczną konsekwencją tego stanowiska był postulat przeprowadzenia lustracji majątkowej i gospodarczej, rozliczenia skorumpowanych elit. Zarazem Lepper zwracał uwagę – na ileż wcześniej przed „postkolonialnymi” modami lewicy! – na kompradorski charakter wprowadzanego w Polsce modelu kapitalizmu. Beneficjentem transformacji był jego zdaniem w pierwszym rzędzie wielki ponadnarodowy kapitał. Zwłaszcza prywatyzacja sektora bankowego prowadzić miała do utraty kontroli państwa nad zachodzącymi w Polsce procesami gospodarczymi oraz do osłabiania polskiej przedsiębiorczości poprzez dyskryminacyjną politykę kredytową.
Dużo mniej uwagi poświęcano sprawom polityczno-ustrojowym. Samoobrona bez zastrzeżeń uznawała demokratyczne fundamenty państwowości, co nie znaczy, że zadowalał ją konstytucyjny kształt III Rzeczypospolitej. Przede wszystkim domagała się uzupełnienia instytucji przedstawicielskich elementami demokracji bezpośredniej, np. wprowadzenia możliwości rozpisywania – na wniosek 500 tysięcy obywateli – referendum w sprawie skrócenia kadencji parlamentu lub usunięcia z urzędu głowy państwa. Zgodnie z tradycjami tak ruchu ludowego, jak PPS chciała też zastąpienia Senatu przez izbę społeczno-zawodową, złożoną z przedstawicieli związków zawodowych, organizacji pracodawców, samorządów terytorialnych oraz organizacji pozarządowych. Proponowała odejście od zasady wolnego mandatu na rzecz związania mandatu poselskiego z partią, zniesienie immunitetu parlamentarnego i ograniczenie sprawowania mandatu do trzech kadencji. Relatywnie sceptyczny pozostawał stosunek Samoobrony do samorządu terytorialnego – partia przestrzegała przed zbytnią decentralizacją sfery publicznej, obawiając się zarówno rozkwitu mikrooligarchicznej patologii na szczeblu lokalnym, jak i utraty sterowności państwa przez rząd. I jeszcze jedna osobliwość: idąc pod prąd opinii, Samoobrona opowiadała się przeciw uzawodowieniu armii, a za utrzymaniem jej obywatelskiego charakteru opartego na powszechnym poborze.
Charakterystycznym rysem koncepcji ustrojowych Samoobrony, również zgodnym z tradycyjnymi koncepcjami socjaldemokratycznymi, było umieszczanie instytucji i mechanizmów demokratycznych w ramach państwa narodowego. Wewnętrzna suwerenność ludu przekładała się na zewnętrzną suwerenność narodową – niezależność państwa wobec ponadnarodowych organizacji, instytucji, korporacji.
Idea, że Rzeczpospolita Polska winna być samodzielnym podmiotem na arenie międzynarodowej, warunkowała koncepcje ruchu w zakresie polityki zagranicznej. Pryncypium dbałości o interes narodowy prowadziło w pierwszej kolejności do skrajnie pragmatycznego postulatu „ekonomizacji” polityki zagranicznej, która miała być oparta wyłącznie na kryterium korzyści płynących z wymiany handlowej z określonymi krajami. To z kolei sprawiało, że Samoobrona bliska była – choć wprost tego nie wyartykułowała – koncepcjom polityki wielowektorowej i, co za tym idzie, świata wielobiegunowego, taką politykę umożliwiającego. Ruch pozostawał sceptyczny wobec idei unifikacji globu, zauważając, że nie istnieje jedna idealna forma ustrojowa, w jednakowym stopniu odpowiadająca wszystkim społeczeństwom. Lepper podkreślał, że „każde państwo ma swoje tradycje, kulturę, i należy to uszanować”.
Takie podejście stawiało Samoobronę w opozycji do jednoznacznie prozachodniej polityki zagranicznej III Rzeczypospolitej. Ruch oponował przeciw członkostwu Polski w NATO, uważając, że oznacza to podporządkowanie polskich sił zbrojnych obcemu dowództwu i ich użycie w egzotycznych konfliktach15. Z tych pozycji Samoobrona protestowała w 1999 roku przeciwko nalotom na Jugosławię („NATO odrzuciło maskę paktu obronnego, a stało się żandarmem, pilnującym interesów międzynarodowej finansjery”), a w 2003 roku (wraz z LPR) przeciw udziałowi Polaków w interwencji w Iraku. Lepper krytykował „wasalizację” Polski przez USA, niektórzy działacze porównywali wręcz relacje łączące Warszawę z Waszyngtonem do satelickiego statusu PRL. Najwięcej jednak uwagi Samoobrona poświęcała (zwłaszcza w pierwszym okresie działalności) groźbie uzależnienia ze strony Niemiec. Dla rolników z Ziem Odzyskanych „niemieckie zagrożenie” miało realny wymiar roszczeń majątkowych byłych niemieckich właścicieli czy też wykupu przez Niemców ziemi (w Polsce znacznie tańszej16). Dlatego już w 1994 roku Samoobrona przestrzegała przed „tłumieniem czujności wobec nacjonalizmu i rewizjonizmu niemieckiego”. Ekspansja ekonomiczna Niemiec wiązać miała się z rozwarstwieniem majątkowym pomiędzy wspomaganą przez Berlin mniejszością niemiecką a miejscową ludnością polską.
Antyniemieckie nastawienie rzutowało też na nieufność wobec integracji europejskiej, postrzeganej początkowo jako instrument niemieckiego imperializmu. W latach 90. Samoobrona była orędowniczką radykalnego eurosceptycyzmu, uzasadnianego wszakże – w odróżnieniu od narodowo-katolickiej prawicy – nie argumentami tożsamościowymi, lecz ekonomicznymi. Według Leppera struktury europejskie zdominowane były przez największe państwa i funkcjonowały, opierając się na kapitalistycznych dogmatach, a akcesja do Unii będzie miała negatywne skutki, gdyż Polska stanie się jedynie rynkiem zbytu i rezerwuarem taniej siły roboczej dla zachodnich firm. Szczególnie dotkliwie integrację odczuć miała polska wieś, która nie wytrzymałaby konkurencji dotowanego rolnictwa zachodnioeuropejskiego. Nic dziwnego, że jeszcze w 2001 roku Samoobrona wzięła udział – wraz z takimi ugrupowaniami jak Unia Polityki Realnej – w I Polskiej Konferencji Eurosceptyków.
Później wszakże ów eurosceptycyzm słabł, Samoobrona przesuwała się w kierunku tzw. eurorealizmu, uzależniając swe poparcie dla projektu integracyjnego od konkretnych warunków wynegocjowanych z instytucjami unijnymi. Wynikało to w dużej mierze z faktu, że wielu rolników stało się po akcesji beneficjentami Wspólnej Polityki Rolnej UE. Dostrzegając pozytywne aspekty integracji, próbowano sformułować własną wizję Unii Europejskiej, opartą z jednej strony na poszanowaniu suwerenności państw, z drugiej – na implementacji standardów socjalnych chroniących interesy świata pracy. Projekt ten, łączący koncepcje lewicowe z suwerenizmem, można by nazwać „socjalną Europą Ojczyzn”, choć sami lepperowcy mówili o „wielkiej ludowo-humanistycznej integracji Narodów Europy”. Oznaczało to selektywne podejście do inicjatyw integracyjnych. Samoobrona np. krytykowała kształt europejskiego Traktatu Konstytucyjnego (2005) i kwestionowała przyjęcie przez Polskę wspólnej waluty, ale zarazem popierała dalsze poszerzanie Unii Europejskiej (również o Turcję). Uznając zróżnicowanie interesów, aspiracji i poziomu rozwoju poszczególnych krajów członkowskich, akceptowała istnienie różnych stopni integracji („Europa wielu prędkości”).
Poparcie Samoobrony dla rozszerzenia Unii wiązało się ze wschodnim wektorem polityki zagranicznej, od początku postulowanym przez Leppera. W enuncjacjach partii pojawiały się nawet echa koncepcji panslawistycznych, wyrażające się w akcentowaniu wspólnoty kulturowej narodów słowiańskich, jednak podłoże „orientacji wschodniej” było zasadniczo pragmatyczne. Lepper uważał, że Polska powinna szukać sojuszników „w najbliższym otoczeniu, a nie za morzami, na innych kontynentach”, a obszar poradziecki był ważnym rynkiem zbytu dla polskiego rolnictwa, dlatego Samoobrona przykładała wielką wagę do dobrych stosunków ze wschodnimi sąsiadami. Lepper znany był przede wszystkim jako admirator modelu białoruskiego, ale opowiadał się też za ścisłą współpracą z Ukrainą, sugerując nawet możliwość wspólnego przystąpienia obu krajów do UE. Pierwszorzędne znaczenie miały mieć oczywiście obopólnie korzystne relacje z Federacją Rosyjską, nie oznaczało to jednak identyfikowania się z racjami rosyjskimi. Partia np. domagała się od Rosjan przekazania wszystkich archiwaliów dotyczących zbrodni katyńskiej oraz uznania jej za ludobójstwo, a na forum Parlamentu Europejskiego posłowie SRP protestowali przeciw budowie Nord Stream. W późniejszym okresie kierunek wschodni został przedłużony aż do Chin, uznanych za priorytetowego partnera w przyszłości. W kręgu Samoobrony pojawiały się koncepcje integracji całej przestrzeni eurazjatyckiej od Atlantyku po Pacyfik.
Partia nie wypracowała natomiast jednolitego programu w sprawach światopoglądowych i kulturowo-obyczajowych, zadowalając się doraźnym prezentowaniem zdroworozsądkowego stanowiska w duchu umiarkowanego konserwatyzmu. Lepper podkreślał, że jako katolik przeciwny jest przywróceniu kary śmierci, choć w szeregach partii pojawiały się też odmienne wypowiedzi. Akceptując urządzanie „parad równości” (trwała wówczas dyskusja dotycząca ich zakazu) czy legalizację związków partnerskich, zdecydowanie występował przeciwko homoseksualnym małżeństwom, a zwłaszcza adopcji przez nie dzieci. Uznawał konieczność poszanowania praw kobiet, ale równocześnie akcentował ich rolę rodzinną. W kwestii przerywania ciąży stał na stanowisku „kompromisu aborcyjnego” z 1993 roku, zwracając zarazem uwagę na społeczne przyczyny zabiegów aborcyjnych. W 2005 roku poparł zakaz stosowania kar fizycznych wobec nieletnich. Pod koniec życia skłaniał się ku depenalizacji „lekkich” narkotyków. Na pewno Samoobrona nie była obyczajową awangardą, ale zauważyć można, że poglądy Leppera ewoluowały wraz ze zmianami opinii publicznej.
Program Samoobrony miał więc, jak widać, charakter wyraźnie lewicowy, jednak w Polsce dużo większą rolę odgrywa sfera symboliczna, ta zaś nie była już tak jednoznaczna. Ideologia ruchu miała charakter eklektyczny. Korzenie Samoobrony tkwią przede wszystkim w tradycji radykalnego ruchu ludowego, w myśli agrarystycznej – bogatej, choć całkowicie zapomnianej przez wielkomiejską polską lewicę. Idealizowana wieś miała być fundamentem i zarazem ostatnią redutą polskiego społeczeństwa. „Każda zagroda, każde gospodarstwo rolne staje się bastionem oporu przeciwko obłędnej, antynarodowej polityce rodzimych i zagranicznych liberałów” – głosiła Samoobrona.
Bardzo wyraźna (i jeszcze bardziej irytująca polskich lewicowców, uparcie ignorujących istnienie lewicowych nacjonalizmów) była retoryka patriotyczna – Lepper mówił o sobie, że jest „narodowcem i ludowcem”. Samoobrona stawiała sobie za cel obronę nie tylko interesów rolników i warstw pracujących, ale całego narodu, upośledzonego w międzynarodowym podziale pracy. Naród rozumiany jako organiczna wspólnota połączona kulturą i historią uznawany był za podmiot polityki. Z akcentowania więzi kulturalnej wynikał postulat ochrony rodzimej kultury przed ekspansją obcej kultury masowej. W stosunku do mniejszości głoszono potrzebę „poszanowania […] odrębności kulturowych wszystkich mniejszości narodowych i religijnych zamieszkujących Polskę”, jednak w retoryce ruchu pojawiały się akcenty antysemickie. Sam Lepper w 1993 roku oznajmił, że „to wstyd, że rządzi nami mniejszość; to Polacy powinni rządzić, a o mniejszość trzeba dbać, tylko że ona musi być na swoim miejscu”. Cztery lata później partia nawoływała do zaostrzenia polityki wizowej i imigracyjnej. Zarazem w 2006 roku przewodniczący Samoobrony protestował przeciw publikacji karykatur Mahometa jako obraźliwych dla wyznawców islamu17.
Odległym od kanonów lewicowej ortodoksji źródłem inspiracji była też katolicka nauka społeczna. Dziś Sławomir Sierakowski wciąga na sztandary lewicy papieża Franciszka – Lepper dawno temu wyszukiwał antykapitalistyczne akcenty w nauczaniu Jana Pawła II. W programie partii z 2003 roku można przeczytać: „Samoobrona Rzeczypospolitej Polskiej kieruje się nauką społeczną Kościoła i w pełni podziela zawarte w encyklikach wskazania największego autorytetu moralnego naszych czasów, za jaki uznajemy Papieża Jana Pawła II”. W działaniach Samoobrony często występowała symbolika religijna (krzyże, obrazy, pieśni kościelne), co wiązało się z religijnością wiejskiego elektoratu; nie bez znaczenia była też osobista religijność Leppera, praktykującego katolika. Nie oznaczało to jednak klerykalizmu. Zwłaszcza w latach 90. w Samoobronie żywa była krytyka hierarchii kościelnej za brak wrażliwości społecznej i materializm. Lepper mawiał, że biskupi „bardziej cenią pieniądz niż Boga”. Dopiero w 2005 roku doszło do zbliżenia partii z narodowo-tradycjonalistycznym nurtem Kościoła skupionym wokół Radia Maryja. „Radio Maryja nie utrzymując się z reklam, jest niezależne od wielkich międzynarodowych koncernów i kapitału zagranicznego” – podkreślał wtedy Lepper.
Narodowo-chrześcijańskie elementy Samoobrona potrafiła łączyć z sentymentem do PRL, a ściślej – do panującego wtedy bezpieczeństwa socjalnego i względnego egalitaryzmu. Politolog Mirosław Karwat w 2005 roku uznał Samoobronę za „chyba jedyną partię polityczną dobrze mówiącą o Polsce Ludowej”. „Nie zgadzam się z tym, […] że te 45 lat było dla Polski stracone, że dzisiaj wszystko zaczynamy od zera” – twierdził Lepper, zwracając uwagę na osiągnięcia tej epoki. Nie negował faktu podporządkowania ZSRR (brak suwerenności), ale zaprzeczał twierdzeniu o „sowieckiej okupacji” (brak niepodległości). Sprzeciwiał się stosowaniu zbiorowej odpowiedzialności wobec wszystkich członków PZPR, wprowadzając w zamian rozgraniczenie między skorumpowanymi elitami PRL a szeregowymi członkami partii. Te pierwsze wespół z kierownictwem „Solidarności” miały pójść na służbę międzynarodowego kapitału, zawierając układ okrągłostołowy. „Po 4 czerwca w 1989 roku nikt w Polsce nikomu władzy nie oddał, tylko podzielono się wpływami. Sekretarze partii, ludzie z dawnego układu, zajęli się biznesem, przeszli do banków, potworzyli różne spółki, a Solidarność zajęła się prywatyzacją i obsadzaniem stanowisk państwowych. To wszystko była polska Jałta” – mówił Lepper. To sprawiało, że Samoobrona poparła lustrację rozumianą jako pełne ujawnienie archiwów IPN. Tradycja Polski Ludowej (zwłaszcza okresu Gierka) była ścieżką, którą postępowała ideowa ewolucja tego populistycznego ruchu w kierunku lewicowym. W 2005 roku Lepper oznajmił, że Samoobrona jest formacją „lewicy patriotycznej, lewicy postępowej, nowoczesnej, tolerancyjnej, bez żadnych skrajności i dewiacji”.
Lepper sięgał też czasem do dorobku zachodniej myśli politycznej. O ile w latach 90. była to tzw. ekonomika hamiltoniańska18, propagowana przez Lyndona LaRouche’a jako pierwowzór keynesizmu, o tyle w XXI w. znajdziemy liczne odwołania do antyglobalizmu. Antyglobalistyczne diagnozy pułapek rozwoju zależnego okazywały się zbieżne z intuicjami i refleksjami działaczy Samoobrony. „Jestem przeciwko takiej globalizacji, do jakiej chcą doprowadzić międzynarodowe instytucje finansowe – Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Jest to globalizacja biedy i budowanie miliardowych fortun nielicznych rodzin światowego biznesu. To jest globalizacja, która prowadzi do największego wyzysku w dziejach świata. Globalizacja w obecnym jej kształcie jest początkiem końca demokracji, władzę polityczną nie tylko nad całymi państwami, ale nawet nad społecznościami lokalnymi zaczynają przejmować wielkie koncerny” – pisał Lepper, powołując się m.in. na Josepha Stiglitza. W ideologii ruchu odnajdziemy też wątki ekologiczne. Samoobrona żądała – w interesie małorolnego chłopstwa – zakazu upraw roślin genetycznie modyfikowanych i przemysłowych metod hodowli zwierząt, domagała się uwzględniania kosztów ekologicznych. Lepper szukał dla tych postulatów uzasadnienia ideologicznego (tzw. humanizm ekologiczny), mówiąc np., że „niestety człowiek działa wbrew naturze, wbrew otoczeniu: dewastuje przyrodę. I dlatego mamy rozmaite kataklizmy. Ingerencja człowieka w naturę zawsze kończy się tragedią”.
Z tych jakże odmiennych komponentów Lepper starał się stworzyć spójną ideologię, łączącą w jedną całość lewicowy i prawicowy antyliberalizm. „Ojca Rydzyka, okres Gierka oraz działania Samoobrony łączy dążenie do rozwoju kraju, gospodarki, aby ludzie mogli żyć godnie w Polsce” – mówił przed wyborami w 2005 roku. Pozycjonował Samoobronę jako przeciwnika ponadpartyjnego obozu liberalnego, rozciągającego się od SLD przez PO do PiS, wspólnie odpowiedzialnego za negatywne skutki transformacji. „Liberałowie spod znaku wymienionych partii dbają o interesy swoich mocodawców reprezentujących kraje ościenne i międzynarodowy kapitał spekulacyjny” – głosił.
Cała ta rodząca się w bólach przez kilkanaście lat koncepcja rozsypała się jednak w listopadzie 2005 roku, gdy Lepper w wywiadzie da „Pulsu Biznesu” zaprezentował nowe oblicze Samoobrony: „socjalliberalizm”. Aby złagodzić wizerunek, wycofał się nawet ze swego sztandarowego hasła „Balcerowicz musi odejść”. Populistyczny ruch protestu bez oporu zaakceptował reguły gry. Partia miała stać się przyjazną biznesowi (niektórzy działacze mówili wprost o konieczności „wymiany elektoratu”). Koalicja z radykalną prawicą uniemożliwiła zakończenie ewolucji w kierunku socjaldemokratycznym, przeistoczenie się w „polski SMER”; zamiast tego pojawiła się partia władzy pokrywająca bezideowość bezładną, wielokierunkową demagogią. W felietonie „Aksamitny kapelusz Leppera” („Nowy Robotnik”, nr 11 z 2005 roku) napisałem wtedy: „Tym razem zwrot dokonany przez przewodniczącego jest nazbyt gwałtowny, na tym wirażu Samoobrona wypadnie z toru”. I to nastąpiło.
Chaotyczny finał nie zmienia jednak faktu, że Samoobrona była czy też, mówiąc precyzyjnie, stawała się lewicą – lewicą plebejską, organicznie wyrastającą z codziennych problemów zwykłych ludzi. Mamy tu do czynienia z lewicowością aposterioryczną, która bierze się z uogólnienia życiowych doświadczeń swojego środowiska, swojej klasy, a nie z przejęcia się abstrakcyjnymi teorematami. Kwestionują ten typ lewicowości wyznawcy „lewicowego aprioryzmu”, samozwańczy strażnicy czystości doktryny. Na ogół jednak ich uniwersalistyczne uroszczenia są tylko maską skrywającą pogardę dla plebsu19.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
Przypisy:
- Na ogół rygorystycznie oddzielam swoje publikacje obiektywno-naukowe od subiektywno-publicystycznych, tu jednak postanowiłem połączyć oba ujęcia. Dlatego wyróżniłem czcionką dwa rodzaje tekstu: naukowy (normalna czcionka) i publicystyczny (kursywa).
- Poza wiecznie żywa – według trafnego opisu Cezarego Michalskiego: „papieros, przekrzywiony kaszkiet, fryzura z Peaky Blinders i patetyczna minka proletariusza na studiach doktoranckich”.
- Przykładem mogą być publikowane w „Krytyce Politycznej” teksty Macieja Gduli, takie jak „Kłusem o klasach i polityce” czy „To walka o rząd dusz w klasie średniej”. Takie stanowisko wynika faktycznie z trafnego, niezmistyfikowanego rozpoznania własnej pozycji społecznej. Niektórzy próbują jednak dorobić do tego ideologię. T. R.Wiśniewski już w 2002 roku pisał: „Filozoficzna ważkość klasy robotniczej w wieku XIX brała się wszak nie ze współczucia dla ich fatalnego położenia ekonomicznego, lecz z faktu, że jej partykularne interes wyrażały wówczas uniwersalne interesy ludzkości jako całości. […] Dzisiejsza sytuacja społeczna późnego kapitalizmu stawia problem stratyfikacji ludzkości w zupełnie innym świetle. Nowe formy zniewolenia […] ujawniają się w segmentach społeczeństwa, których rozpoznanie jest dla klasy robotniczej czymś istotowo niemożliwym. […] Walka proletariatu utraciła już swoją poznawczą wyższość nad innymi formami emancypacji społecznej”. To Platońska wizja dziejów, w której liczy się Idea, a nie ludzie – ci są tylko narzędziem, raz użytecznym, innym razem wyrzucanym na śmietnik Historii. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wyznawcy tej wizji kultem abstrakcyjnego Człowieka przesłaniają swój egocentryzm: to realni ludzie mają dostosować się do oczekiwań „świadomej elity”, jej wyobrażeń o świecie. Narcyzm upozowany na uniwersalizm.
- Stąd fenomen rzekomej „lewicy socjalnej”, dla której najważniejszym (a w każdym razie najbardziej emocjonującym) problemem jest los uchodźców oglądanych w telewizji – im bardziej egzotycznych, tym bardziej zasługujących na zaangażowanie.
- Nad teorią spiskową o roli tajnych służb w tworzeniu Samoobrony pozwolę sobie przejść do porządku dziennego. Służby mogą wykorzystywać, ale nie kreować niezadowolenie społeczne. Przypuszczenie, że bez wrażych knowań ciemnych sił ludzie nie odczuwaliby gniewu z pauperyzacji, jest absurdalne. Niejasne jest też, jaki interes owe „służby” miałyby w podtrzymywaniu rządu PiS w 2006 roku (a do tego sprowadzał się udział Samoobrony w koalicji rządowej).
- Może jeszcze jeden wskaźnik, już nie ekonomiczny: w 1990 roku w Polsce było 4970 samobójstw, w 1991 roku – 5316, w 1992 roku – 5713…
- Stąd przyczepiana nieraz Samoobronie etykietka „partii obszarników”. Pomijając już krzywdzącą przesadę tego określenia, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że siłą napędową praktycznie każdej rewolucji – od francuskiej 1789 roku po „Solidarność” 1980–1981 – są z reguły „wyższe warstwy ludu” (drobna burżuazja we Francji, wykwalifikowani robotnicy w Polsce) o podniesionym poziomie świadomości i aspiracji, a nie nędzarze z samego dna hierarchii społecznej.
- Liczebność PZPR przekraczała wtedy 3 mln osób. Biorąc pod uwagę, że liczba zatrudnionych w Polsce wynosiła ok. 12 mln szacować można, że 1/4 osób czynnych zawodowo w tzw. sektorze uspołecznionym przynależała do partii.
- Na gruzach Bloku powstała jednak rok później Alternatywa Ruch Społeczny, z której z kolei wyrosła Polska Partia Pracy.
- Postępująca „socjaldemokratyzacja” Samoobrony i związane z tym łagodzenie stanowiska wobec integracji europejskiej powodowały secesje elementów prawicowo-nacjonalistycznych: w 2003 roku powstały Polski Blok Ludowy Wojciecha Mojzesowicza i Polska Racja Stanu Zbigniewa Witaszka, w 2005 roku – Samoobrona Narodu Polskiego Tadeusza Mazanka.
- Przewodnicząca OMOS Maja Jankowska już trzy lata później odeszła, stwierdzając, że „jej poglądy przestały być zbieżne z programem Samoobrony”.
- Jeszcze w 1996 roku Samoobrona zorganizowała sympozjum dotyczące koncepcji „trzeciej drogi”, z udziałem m.in. prof. Aleksandra Legatowicza.
- Z Wikipedii: „9 grudnia 2006 podano wyniki badań DNA, z których wynika, że Stanisław Łyżwiński nie jest ojcem trzyipółletniej córki Anety Krawczyk. Adwokat Krawczyk zażądała wtedy badań DNA Andrzeja Leppera, twierdząc, że skoro Krawczyk współżyła w tamtym czasie tylko z nimi dwoma, to Lepper musi być ojcem dziecka Krawczyk. […] 8 lutego 2007 badanie DNA Andrzeja Leppera wykazało, iż nie jest on ojcem najmłodszego dziecka Anety Krawczyk”. Sprawa nie została wyjaśniona. Ze względu na śmierć Leppera jego proces został umorzony. W przypadku Łyżwińskiego Sąd Najwyższy w 2012 roku uchylił cztery z pięciu punktów wyroku – w tym gwałtu i przyjmowania oraz żądania korzyści osobistych o charakterze seksualnym – uznając, że doszło do naruszenia wymogów rzetelnego procesu. Rok później postępowania karne wobec Łyżwińskiego zostały zawieszone z uwagi na zły stan jego zdrowia.
- Widać to było już w 2007 roku, gdy zadowoleni wyborcy Samoobrony poparli PiS (25,5 proc.), a niezadowoleni – PSL (18 proc.).
- Później to stanowisko uległo złagodzeniu – w 2005 roku gen. Z. Poznański, ekspert partii odpowiadający za sprawy obronności, deklarował, że „bardzo dobrze, że nasz kraj jest członkiem potężnego sojuszu euroatlantyckiego – NATO”.
- W 2004 roku w Polsce 1 hektar gruntów rolnych kosztował 1261 (Agencja Nieruchomości Rolnych) lub 1788 (rynek prywatny) euro, w Niemczech – 9233.
- Warto też wspomnieć, że pierwszy ciemnoskóry polski parlamentarzysta – Bengalczyk Hubert Costa – został wybrany do Sejmu właśnie z listy Samoobrony.
- Aleksander Hamilton (1755–1804) jako sekretarz skarbu w gabinecie Jerzego Waszyngtona był zwolennikiem aktywnej polityki finansowej państwa i ochrony rodzimego przemysłu; do jego pomysłów nawiązali progresywiści Woodrowa Wilsona na początku XX w.
- Pogardę ową doskonale oddaje portret Leppera – parweniusza, chama w zabłoconych butach, polskiego Artura Ui – nakreślony przez Stefana Chwina („Droga na Belweder”) w „Krytyce Politycznej” nr 4 z 2003 roku.
Bibliografia:
- M. Drozd-Piasecka, Andrzej Lepper – chłopski przywódca charyzmatyczny?, „Etnografia Polska” 2001, t. XLV, z. 1–2.
- A. Lepper, Każdy kij ma dwa końce. Nowa droga dla Polski, Warszawa 2001.
- A. Lepper, Przemówienia Przewodniczącego Partii Samoobrona RP Posła na Sejm RP Andrzeja Leppera w czasie IV kadencji Sejmu RP, Warszawa 2003.
- M. Piskorski, Samoobrona RP w polskim systemie partyjnym (mps dysertacji doktorskiej, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, 2010).
- J. Tomasiewicz, Niepogoda dla populistów. Kampanie prezydenckie Andrzeja Leppera i Bogusława Ziętka w 2010 r. w: Wybory prezydenckie 2010, Katowice 2011.
- J. Ul, A. Lepper, Samoobrona: Dlaczego? Przed czym?, Warszawa 1993.