A nie mówiłem?

Miało być o czymś innym. Ale w międzyczasie doszło do politycznego trzęsienia ziemi w skali globu: Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.

Nie zaskoczyło mnie to. Żeby było jasne: nie należę do niezliczonych obecnie osób twierdzących, że „wiedziały”, iż Trump wygra, bo „od początku to było pewne”. Jedynym, który jasno i jednoznacznie przepowiadał zwycięstwo Trumpa był, jak pamiętam, Sławomir Sierakowski. Ja uważałem, że jest to możliwe i że szanse Trumpa wraz z upływem czasu rosną: informacje z wyciekających e-maili Demokratów stopniowo przesiąkały do opinii publicznej przez warstwę sensacyjnych newsów o kolejnych brzydkich postępkach Republikanina, analiza sondaży agregowanych przez RealClearPolitics wykazywała tendencję wzrostową popularności Trumpa. Należało też brać pod uwagę „nieśmiałych” trumpistów. Pamiętając wszakże powtarzane aż do „prawidłowego” skutku referenda w Danii i Irlandii, będąc świadom prawie nieograniczonych możliwości manipulacji medialnych i socjotechnicznych, wynik uważałem do końca za niepewny. Z drugiej strony referendum w sprawie Brexitu sugerowało, że wszystko jest możliwe.

I stało się. Kolejna – która już? – klęska lewicy (czy też raczej, jak to określa „Krytyka Polityczna”, „nieprawicy”). Na razie na „lewicy” przeważa wyparcie tego faktu. To nieprawda, że Clinton przegrała wybory, przecież dostała więcej głosów, winna jest ta zła, głupia, przestarzała ordynacja. Problem w tym, że ta sama ordynacja obowiązywała cztery i osiem lat temu, gdy wygrywał Obama. Nikomu wtedy nie przeszkadzała, a Demokraci w cuglach odnosili sukcesy. Ci, do których dotarło już, że przegrali, upierają się, że może i doszło do porażki, ale najważniejsze, że masy ludowe murem stoją za Demokratami: to bogacze zagłosowali na Trumpa! Ignorują przy tym fakt, że Trump po prostu odziedziczył większość elektoratu republikańskiego, który z natury jest zamożniejszy od Demokratów. Gdy jednak porównamy wyborców Trumpa z wyborcami choćby Romneya, dostrzeżemy wyraźny przypływ głosów plebejskich1.

I tu jest pies pogrzebany.

Podobno amerykańska „lewica” ubolewa, że zaniedbała białą klasę robotniczą na rzecz koalicji kobiet (de facto: feministek), mniejszości i milenialsów2. „Krytyka Polityczna” cytuje „New York Timesa” (Jedną z wielu lekcji niedawnych wyborów prezydenckich […] jest to, że należy skończyć z tożsamościowym liberalizmem), „Harvard Business Review” (Męska godność jest poważną sprawą dla mężczyzn z klasy pracującej, a oni nie czują, żeby dalej ją mieli. […] Płace białych mężczyzn z klasy pracującej zatrzymały się w latach 70. i dostały jeszcze cios pod postacią kryzysu z 2008 roku. […] A co proponują Demokraci? New York Times sugeruje, żeby mężczyźni po szkole średniej poszukali sobie pracy w sektorze różowych kołnierzyków) i innych (Pas Rdzy zbuntował się przeciwko neoliberalnej Nowej Ekonomii i wielokulturowemu społeczeństwu)3. Radykalna lewica woli powoływać się na World Socialist Web Site: Duże, uprzemysłowione stany, które zostały zdewastowane przez likwidacje fabryk […], które głosowały na Obamę w 2012 roku, przeszły teraz na stronę Partii Republikańskiej […]. Stało się to głównie dzięki głosom ludzi pracy, z których większość to akurat biali – wybrali oni Trumpa w swoim proteście przeciwko prokorporacyjnej i antyrobotniczej polityce, którą kontynuował i nasilił wręcz Obama4.

Niesamowite! Co za odkrycia! Więc Obama jednak nie był mesjaszem amerykańskiej i światowej lewicy, tylko reprezentantem korporacji? Więc istnieje coś takiego, jak biała (!) klasa robotnicza (!), i klasa ta ma świadomość marginalizacji? Więc lewicowości nie da się zredukować do „tęczowej koalicji” opartej na kwestiach kulturowych? Szok.

Tak się składa, że w czasach, kiedy jeszcze aktywnie zajmowałem się publicystyką (czyli 10-20 lat temu), z uporem maniaka wołałem na lewicowej puszczy: nie odrywać się od ludu, słuchać ludu, być z ludem na dobre i na złe. Starać się artykułować interesy większości, a nie mniejszości. Postrzegać rzeczywistość przez pryzmat interesów ekonomicznych, a nie ideologicznych zbieżności. Wystrzegać się jakiejkolwiek kolaboracji czy bodaj faktycznego pomocnictwa w stosunku do globalnego kapitału, nawet wtedy, gdy występuje pozorna zbieżność interesów, gdyż sojusze między nierównorzędnymi stronami kończą się z reguły wykorzystaniem słabszego partnera jako „pożytecznego idioty”5. Niestety, sytuacja przyśpieszającej globalizacji nie sprzyjała takiemu staroświeckiemu zrzędzeniu. Stałem pod prąd „strumienia historii”…

W tym momencie pojawia się konieczność poczynienia dygresji natury historycznej. Istotą lewicowości było kiedyś to, co dziś nazywa się „populizmem”: lewica wypowiadała się w imieniu ludu, starała się artykułować interesy zwykłych ludzi, próbowała reprezentować plebejską większość. Zarazem socjalizm rodził się w konfrontacji z nacjonalizmem i religią, które proponowały alternatywne wobec klasowej formuły solidarności i tym samym były instrumentami pacyfikowania proletariatu przez rodzime klasy panujące. W poprzedniej epoce kapitalizm zamykał się w zasadzie w ramach narodowych, dlatego narodowa solidarność była mu na rękę; opierał się na produkcji, więc sprzyjał ascetycznemu etosowi pracy i tradycyjnej moralności legitymizującej rodzinę nuklearną. Tymczasem w dobie globalizacji wyrosła w pełni kosmopolityczna burżuazja, ponadnarodowe koncerny, którym jakiekolwiek bariery polityczne i kulturowe na globalnym rynku utrudniają maksymalizację zysków. Nowy kapitalizm wymaga maksymalnej mobilności jednostki, dlatego chce usunąć wszystko, co to utrudnia, unieważnić struktury społeczne takie jak rodzina, sąsiedztwo, naród. Postindustrialny casino capitalism rozwija się dzięki nieograniczonej, rozpasanej, marnotrawnej konsumpcji, więc wszelkie etyczno-religijne ograniczenia i tabu stanowią dla niego zawadę. To wszystko sprawiło, że w latach 90. kapitalizm rozszedł się z nacjonalizmem i religią, kapitał odrzucił niepotrzebne mu już protezy.

Lewica tego nie zauważyła, a jeśli nawet – to źle zinterpretowała. Nie dostrzegła, że w nowych warunkach nacjonalizm i religia mogą być instrumentami mobilizowania ludu. Zamiast tego postanowiła wykorzystać koniunkturę do załatwienia starych porachunków z nacjonalistami i kościołami. O ile wcześniej uważała, że zniesienie kapitalizmu przyniesie pożądane zmiany kulturowe, to teraz – w obliczu ekonomicznej zapaści „systemu socjalistycznego” – uznała, że lepiej skoncentrować się właśnie na odcinku „nadbudowy”. Skoro nie można frontalnym atakiem obalić kapitalizmu, to trzeba pod jego osłoną przeforsować przemiany obyczajowe, a dopiero gdy przedpole zostanie oczyszczone – budować globalny socjalizm. Ponieważ nacjonalizm i religia stały się przeciwnikiem zarówno lewicy, jak i kapitalizmu, sukcesy na tym froncie były znaczące. Problem w tym, że te „zwycięstwa” przypominały bajkę o słoniu i mrówce idących przez most. Mrówka mówi do słonia: „Ale my tupiemy!”. Goszyści stanowili tylko pomocniczy oddział turbokapitalizmu pacyfikujący niedobitki reakcji. Co więcej, okazało się, że przemiany kulturowe bardziej wzmacniają kapitalizm niż lewicę – tyleż rozładowując opór niektórych peryferyjnych sektorów, co dezintegrując tradycyjną ludową bazę lewicy.

W ramach globalizacji klasa robotnicza została wyeksportowana z Zachodu na peryferie, jej resztki nie nadążały za „postępem”. Robotnicy stali się – jak prorokował to Marcuse czy Negri – passé. Niczym w kiepskim horrorze Duch Wieczny Rewolucjonista opuścił ten zewłok przenosząc się w bardziej atrakcyjne ciała. W praktyce najwierniejszym zapleczem przeistoczonej „lewicy” stali się zblazowani BoBo (bourgeois bohemian) i wystylizowani na „prekariuszy” hipsterzy. Pod wpływem nowego środowiska, preferującego wygodę i rozrywkę ponad wysiłek i poświęcenie, „lewica” zatraciła swą kolektywistyczną tożsamość stawiającą dobro zbiorowości ponad interes jednostki („Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”… pamięta to ktoś jeszcze?). W to miejsce przetransplantowano liberalne ideały indywidualizmu i hedonizmu: dokonała się Wielka Podmiana. Dziś nowa lewica walczy w imię tych samych wartości, co kapitalistyczny establishment, zarzucając mu tylko niekonsekwencję i hipokryzję (to my jesteśmy prawdziwymi obrońcami jednostki!). Rozmieniła Wielką Utopię na drobne udogodnienia lub ekscentryczne fantasmagorie (obowiązkowo w ramach liberalnej narracji), przekształciła się w „Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa” z frakcją „Ekscentrycznych Ekstremistów”.

W ten sposób dochodzimy do sedna: goszyści odnaleźli swe miejsc w Systemie. Status „Opozycji Jego Królewskiej Mości” okazał się całkiem wygodny. Większość lewicy mogła się grzać w słoneczku późnego kapitalizmu, pławić się w przychylności mediów, korzystać z grantów i dotacji, w razie potrzeby sięgać nawet po karzącą rękę burżuazyjnej sprawiedliwości w walce z przeciwnikami ideologicznymi6. W rezultacie „lewica” zrosła się z establishmentem tysięcznymi nićmi powiązań towarzyskich, ideowych, instytucjonalnych, finansowych. Żyje w symbiozie z wysokorozwiniętym kapitalizmem, nie wyobraża już sobie życia poza Systemem. Oczywiście zmiany w „postępowym” kierunku tak, jak najbardziej, ale – na Oświecenie! – nie próbujmy wywrócić łodzi, którą płyniemy, na ciemnych odmętach populizmu, fundamentalizmu, faszyzmu! I mamy do czynienia z żałosnym spektaklem, gdy zdezorientowani lewicowcy z mniejszym lub większym zapałem bronią status quo (Brexit) i solidaryzują się z establishmentem (Clinton) jako „mniejszym złem”, a prawicowcy stają na czele osieroconego ludu w walce o zmianę.

Dlatego niech wolno mi będzie to powiedzieć: nie płakałem po Clinton7. Wystarczy popatrzeć na wyborczą mapę USA, by zauważyć, że triumf Trumpa to bunt peryferii przeciw Centrum. Oczywiście to, że wygrał Trump nie oznacza, że wygrały peryferie. Taki naiwny nie jestem.

I muszę wyznać jeszcze jedno: tak naprawdę nie lubię mówić „A nie mówiłem?”. To gorzka satysfakcja. Nie sądzę, by Kassandra była uradowana spełnianiem się jej przepowiedni.

Przypisy

  1. Moją intuicję potwierdziła empiria: http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/stany-zjednoczone/20161115/lekcja-orbana-lekcja-trumpa
  2. http://www.tvn24.pl/ameryka-wybiera-wybory-prezydenckie-2016,145,m/trwaja-poszukiwania-przyczyn-porazki-clinton,691371.html
  3. http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/stany-zjednoczone/20161122/wscieklosc-prowincji-klasy-sredniej-czy-przesyt-politycznej-popr
  4. http://www.socjalizmteraz.pl/pl/Artykuly/?id=1042/Rasa,_klasa_i_wybor_Trumpa
  5. Aby nie być gołosłownym: Wyznania nonkonformisty (Mat’ Pariadka 8), Wokół nacjonalizmu (Magazyn Antyrządowy 24/25), Ideologie czy ludzie? (Inny Świat 15), Tezy o populizmie (Dyktatura.info), Jaki populizm? (Obywatel 6) i wiele innych temu podobnych populistycznych manifestów. A do pewnego lewicowego aktywisty pisałem we wrześniu 2005 r.: „mniej więcej (data symboliczna) od rewolty 1968 r. […] klasa robotnicza na Zachodzie zburżuazyjniała i rewolucyjna lewica utraciła swą tradycyjną bazę. Skoro dłużej nie można było trzymać się koncepcji większościowego bloku klas ludowych, lewica […] zaczęła zwracać się do rozmaitych niezadowolonych mniejszości, próbując sklecić z nich koalicję antysystemową. […] obecnie, w warunkach demontażu państwa opiekuńczego i pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego […] pojawią się przesłanki do odbudowania większościowego bloku ludowego”.
  6. Na wszelki wypadek wyjaśniam, że nie opisuję tu współczesnej Polski, tylko wysokorozwinięte państwa Zachodu. Polska neolewica takiego statusu nie ma, ale za takim statusem tęskni, uważa, że należy jej się jak psu miska.
  7. Nie tylko ja – również nieposzlakowani lewicowcy jak https://jaroslawpietrzak.com/2016/11/24/trump-i-clinton-burzuazyjna-demokracja-umiera-brzydka-smiercia/ czy http://www.aljazeera.com/programmes/upfront/2016/11/zizek-electing-trump-shake-system-161116062713933.html=

Błogosławieni

Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.
Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.
Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.
Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.
Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.
Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.
Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom.
(Łk 6, 20–26)

Lewica zawdzięcza chrześcijaństwu więcej, niż chciałaby przyznać. Idea, że ludzie są równi wobec Boga, zaowocowała egalitaryzmem społecznym. Przekonanie, że wszyscy są dziećmi jedynego Boga, którego panowanie rozciąga się na cały świat i przekracza plemienne panteony, legło u podstaw uniwersalizmu. Nawet koncepcja Postępu nie mogłaby zaistnieć bez wcześniejszego zadomowienia się w ludzkich umysłach linearnej koncepcji czasu, w myśl której historia dzieje się od punktu Alfa do punktu Omega, od stworzenia świata do paruzji…

Tak, chrześcijaństwo było ruchem rewolucyjnym. Nawet jeśli niektóre z tych idei występowały wcześniej (np. w stoicyzmie), to dopiero ono poniosło je w masy. Było także u swego zarania ruchem ludowym. Fryderyk Engels pisał: Z jakich żywiołów rekrutowali się pierwsi chrześcijanie? Przeważnie z „cierpiących i obciążonych”, z najniższych warstw społecznych, jak przystoi żywiołowi rewolucyjnemu. A z kogo składały się te warstwy? W miastach z podupadłych wolnych, należących do najrozmaitszych narodów, […] dalej z wyzwoleńców (byłych niewolników) i zwłaszcza z niewolników; w wielkich posiadłościach ziemskich Włoch, Sycylii, Afryki – z niewolników, na wsi chłopów, upadających coraz bardziej pod brzemieniem długów. To ich aspiracje i marzenia chrześcijaństwo wyrażało, obiecując Królestwo Niebieskie, Miasto Święte – Jeruzalem Nowe, w którym wynagrodzona będzie cnota: I otrze Bóg wszelką łzę z oczu ich: a śmierci dalej nie będzie, ani smutku, ani krzyku, ani boleści więcej nie będzie. Marksistowski historyk żydowskiego pochodzenia Max (Moses) Beer uważał, że komunizmem proletariatu rzymskiego był chrześcijanizm.

Cnotą chrześcijańską była pokora i życie skromne, znamionujące biednych. Był to pogląd na wskroś rewolucyjny, bo w dotychczasowych systemach teologicznych bogactwo traktowano na ogół jako widomy dowód przychylności bogów. Chrześcijanie natomiast uważali, że aby wyzwolić się z mocy szatana, pana tego świata (kuszącego Chrystusa słowami: Dam ci całą tę potęgę i wspaniałość, bo jest mi dana, a komu chcę daję ją, Łk 4, 6–7), trzeba wyrzec się dóbr materialnych. Żaden nie może dwóm panom służyć. […]. Nie może służyć Bogu i mamonie, mówi Jezus (Mt 6, 24). Gdy więc pewnego razu przystąpił do Jezusa pobożny młodzieniec, pytając, jak ma postępować, aby „mieć żywot wieczny”, rada Nauczyciela była jednoznaczna: Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Usłyszawszy to młodzieniec odszedł smutny, bo posiadał wielkie dobra. Jezus zaś rzekł uczniom swoim: zaprawdę powiadam wam, bogacz tylko z trudnością wejść może do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz powtarzam wam: łatwiej przejdzie wielbłąd przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do królestwa Bożego (Mt 19, 21–24). Swoich uczniów napominał: żaden z was, jeśli nie wyrzeknie się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem (Łk 14, 33). Warto tu zwrócić uwagę, że Jezus nie rozróżniał między bogaczami, którzy w sposób godziwy nabyli swój majątek, i bogaczami, którzy wzbogacili się w sposób nieetyczny – potępiał bogaczy w ogóle.

Ideał Dwunastu miał charakter nie tylko antykonsumpcyjny, ale też antyprodukcyjny. Uczeń Chrystusa miał troszczyć się o zbawienie, a nie o codzienność, zdawać się na łaskę Boga, brać przykład z ptaków niebieskich czy kwiatów polnych (Mt 6, 25–32). Wynikało to z faktu, że światopogląd pierwszych chrześcijan był na wskroś apokaliptyczny – wierzyli oni, że starcie sił dobra z siłami zła, koniec starego świata i ustanowienie Królestwa Bożego na ziemi nastąpią jeszcze za ich życia. Zobaczą, jak Bóg rozprasza pysznych i ich serc zamysły, strąca mocarzy z tronów, a wywyższa pokornych. Głodnych napełnia dobrami, a bogaczy odprawia z pustymi rękoma (Łk 1, 51–53). Nadejdzie Dzień Sądu, wyrównanie krzywd.

Kosmiczna rewolucja nie następowała, należało więc organizować sobie życie doczesne w ramach istniejącego społeczeństwa. Mistyczna egzaltacja ustępowała praktyce życia codziennego, jednak chrześcijanie starali się postępować zgodnie z nakazami Chrystusa. Najwyższym nakazem etycznym była – oprócz miłości Boga – miłość bliźniego (gr. agape), która miała manifestować się codziennymi uczynkami. Ks. prof. Mieczysław Żywczyński pisze: Tu wszystkich łączyła miłość i kto jej nie praktykował, nie był właściwie chrześcijaninem. Oznaczało to obowiązek wzajemnej pomocy: Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe (Ga 6, 2).

W Jerozolimie pierwsi wierzący ustanowili koinonia, wspólnotę dóbr, oddając swój majątek we wspólne posiadanie: Wszyscy, którzy przyjęli wiarę, stanowili jedno serce i jedną duszę. Nikt nie nazywał swoim tego, co posiadał, i wszystko było im wspólne. […] Nikt więc spomiędzy nich nie cierpiał niedostatku. Bo kto posiadał ziemię lub domy, sprzedawał je, a uzyskane stąd pieniądze przynosił i składał u stóp apostołów. A z tego przydzielano każdemu według potrzeby (Dz 4, 32–35). Dzieje Apostolskie przytaczają charakterystyczną opowieść o Ananiaszu, który próbując zachować dla siebie część pieniędzy ze sprzedaży majątku, nie tylko został surowo skarcony przez św. Piotra, ale w dodatku zaraz zmarł (Dz 5, 1) – to czytelna sugestia boskiej kary za samolubstwo. Zwyczajem pierwszych chrześcijan były też codzienne wspólne posiłki, podczas których wierni łamali chleb po domach i spożywali pokarm z radością i w prostocie serca(Dz 2, 46). „Wspólność dóbr” była tu wspólnością użytkowania, nie wytwarzania. Każdy chrześcijanin mógł użytkować dobra swych współbraci, ci zaś, którzy coś posiadali, nie mogli odmawiać nieposiadającym. Właściciel nie tracił swych praw, ale dzielił je z innymi. Ten wczesnochrześcijański komunizm spożycia występował w początkach nowej religii, gdy chrześcijanie byli jeszcze nieliczni, za to ogarnięci świętym zapałem.

Jednak również w okresie późniejszym, gdy gminy chrześcijańskie przestały prowadzić wspólne gospodarstwa, utrzymały charakter organizacji samopomocowych. Wbrew pozorom wsparcie to nie ograniczało się do jałmużny i dobroczynności. Homilia „Pseudo Clementina” z III wieku mówi, że obowiązkiem chrześcijan jest dawać pracę zdolnym do niej, niezdolnym zaś okazywać miłosierdzie. Dlatego przede wszystkim starano się potrzebującym pomocy zapewnić zajęcie, a jeśli nie mieli odpowiednich kwalifikacji, usiłowano ich przyuczyć. Św. Cyprian organizował pomoc dla jednej z biednych gmin afrykańskich, posyłając m.in. rzemieślników, którzy mogliby nauczyć rzemiosła jej członków. W rezultacie ówcześni chrześcijanie to już nie „ptaki niebieskie”, ale społeczność ludzi pracy, głównie fizycznej. Nawet kapłani i biskupi utrzymywali się sami. Św. Justyn (II wiek) pisze, że wszyscy chrześcijanie utrzymują się z pracy swych rąk. Potwierdzał to przeciwnik chrześcijaństwa Celsus, opisując z pogardą chrześcijan jako zbiorowisko szewców, tkaczy i krawców.

Nie wszyscy jednak członkowie gminy byli w stanie sami się utrzymywać. Osoby chore, kalekie, niedołężne, a zwłaszcza wdowy i sieroty – oni wszyscy musieli żyć z pomocy współbraci. Trzeba było nie tylko od czasu do czasu zapewniać im wsparcie w pieniądzu czy w naturze, lecz także zorganizować stałą opiekę, gdy nie mieli przy sobie nikogo. Gmina wspierała też współwyznawców przebywających w więzieniach. Niechętny chrześcijanom Lucjan z Samosaty opisał ich postępowanie: Bo jest rzeczą nie do wiary, jak prędko ci ludzie [chrześcijanie] znajdą się wszędzie, gdzie idzie o jakąś sprawę dotyczącą ich wspólnoty, nie szczędzą wtedy niczego. Wynikać miało to z faktu, że ich pierwszy prawodawca wpoił w nich mniemanie, że wszyscy są między sobą braćmi, skoro się nawrócą.

Generalnie pomoc zapewniano braciom w wierze. Były jednak i przypadki pomagania poganom. Gdy około 251 roku w Aleksandrii wybuchła zaraza, chrześcijanie opiekowali się wszystkimi chorymi, zbierali i chowali zmarłych bez różnicy wyznania. Jeszcze w IV wieku cesarz Julian Apostata pisał ze zdumieniem o tym pomaganiu przez chrześcijan poganom.

Taka pomoc wymagała dużych środków, które pochodziły z ofiar wiernych. Jałmużna nie była obowiązkiem prawnym, lecz religijnym – kto jej nie udzielał, popełniał grzech (delictum według św. Cypriana). Akt pomocy bliźniemu był taką czynnością jak modlitwa, wymagał stanu łaski. Dawało się nie ludziom, ale Bogu, a potrzebujący otrzymywał pomoc nie od ludzi, lecz od Boga. Dlatego bogatsi nie dawali ofiar bezpośrednio biednym (choć nie było to zakazane), ale biskupowi, bo ten był przedstawicielem Boga, i biskup w imię Boże pomagał potrzebującym. Ofiary uiszczali wszyscy (choć w zależności od możliwości), był to więc swego rodzaju podatek.

Legendy rzymska z V wieku mówi, że gdy urzędnik zapytał diakona Wawrzyńca o skarby kościelne, ten wskazał mu tłum biednych – to miała być ta, użyjmy współczesnego języka, „inwestycja Kościoła”, gdyż środki pochodzące z ofiar były tym lepiej zabezpieczone, im bardziej święcie zostały użyte. Urzędnik miał zapałać nienawiścią do niezrozumiałej religii,która nakazuje takie używanie bogactw.

W ślad za praktyką podążała wczesnochrześcijańska myśl społeczna, a zwłaszcza refleksja dotycząca własności. Problem stawał się tym bardziej palący, im większą popularność zyskiwało chrześcijaństwo, gdyż pociągało to za sobą rozwarstwienie majątkowe gmin. Wstępowali do nich coraz częściej ludzie zamożni, którzy niechętnie pozbywali się swego majątku. Opinie chrześcijan na temat tego problemu były podzielone. Rygoryści, tacy jak Minucjusz Feliks (II wiek), krytykowali własność prywatną jako ostoję egoizmu, żądali zrzeczenia się majątku na rzecz gminy przez wiernego, który miał zostawić sobie tylko pewne minimum. Nie odwracaj się od biedaka – czytamy w „Didache” (II wiek) – ale podziel się wszystkim z bratem swoim i nie zwij niczego swą własnością, albowiem, jeśli macie wspólny udział w nieśmiertelności, tedy ileż więcej w rzeczach znikomych. Wtórował temu św. Jan Chryzostom (IV wiek): Nic więcej ani nic cenniejszego nie zostało dane bogaczowi, nic mniej ani nic gorszego biednemu, wszystkich powołał[Bóg] jednakowo i po równo wszystkim dał zarówno rzeczy doczesne, jak i duchowe. Skąd zatem pochodzi tak wielka nierówność w życiu? Pochodzi z chciwości i zuchwalstwa bogaczy. I dodawał: Niepodobna się wzbogacić bez nieprawości. A jeśli ktoś odziedziczył po swym ojcu? Wówczas dziedziczy mienie nieprawością zdobyte.

Również św. Ambroży uważał własność prywatną za sprzeczną z prawem natury. Mimo arystokratycznego pochodzenia należał do najbardziej radykalnych chrześcijan. Choć jako biskup Mediolanu był zarządcą rozległych dóbr ziemskich, uważał majątek kościelny za własność diecezjan i sam żył bardzo skromnie. Nie ograniczał się jednak do osobistego przykładu i doraźnej krytyki krzywd, ale tworzył chrześcijańską teorię sprawiedliwości społecznej. Twierdził, że wszystko na ziemi zostało stworzone przez Boga na użytek ludzi. Bóg kazał przyrodzie rodzić w tym celu, aby każdy mógł się wyżywić. Ponieważ zaś ludzie rodzą się w łączności wzajemnej, by sobie nawzajem mogli być pożyteczni, wnioskował, że natura wytwarza wszystko dla wspólnego użytku wszystkich (natura enim omnia omnibus in commune profudit). Zdaniem Ambrożego więc natura stworzyła wspólne prawo własności, uzurpacja wytworzyła prywatne prawo własności (natura igitur ius commune generavit, usurpatio ius fecie privatum). Bóg chciał, by ziemia była posiadłością wszystkich ludzi i owocami służyła wszystkim, lecz chciwość rozdała prawa własności – głosił. Uważał, że własność prywatna jest skutkiem grzechu. Wyjaśniał więc bogaczom: Nie z twego dajesz biedakowi, lecz zwracasz mu z tego, co jego jest, co bowiem wspólne na użytek wszystkich jest dane, to sobie uzurpujesz, ziemia należy do wszystkich, nie do bogaczy (quod enim commune est in omnium usum datum solus usurpas. Omnium est terra, non divitum). Rufin z Akwilei wyciągał stąd wniosek: Ziemia wspólnie wszystkim ludziom została dana, niech nikt nie nazywa swoim tego, co zostało wzięte ze wspólnego ponad własną potrzebę i otrzymane siłą.

Głos rygorystów, choć z początku donośny, ostatecznie znalazł się jednak w mniejszości. W Kościele zwyciężył pogląd, że chrześcijanin może zachować majątek, by wspierać nim bliźnich. Klemens Aleksandryjski (II-III wiek) oznajmił, że Bóg nie odrzucił bogatych i nie zamknął przed nimi zbawienia, o ile gotowi są spełniać wolę Bożą, tzn. jeśli nie będą używać swej własności wyłącznie dla siebie, ale też dla potrzebujących. Bogactwo miało być tylko narzędziem czynienia dobra w służbie bożej. Różnica ze stanowiskiem rygorystów leżała raczej w sferze rozwiązań praktycznych niż założeń teoretycznych. Umiarkowani zgadzali się, że dobra ziemskie Bóg stworzył jednakowo dla wszystkich, a nierówność majątkowa jest następstwem grzechu. To Bóg jest rzeczywistym właścicielem wszystkich dóbr, które służyć mają wszystkim, a posiadacze doczesnych tytułów własności są jedynie Jego powiernikami. Instytucja własności prywatnej była więc akceptowana jako przypadłość grzesznego świata, nakładano jednak na nią chrześcijańskie powinności. Dobre używanie własności miało polegać na tym, że właściciel zachowywał dla siebie tylko to, co jest konieczne do utrzymania, a resztą dzielił się z innymi zgodnie z zasadą miłości bliźniego.

Św. Cyprian w III wieku uważał, że grzeszy ten, kto zatrzymując bogactwa dla swych dzieci, nie zmniejsza ubóstwa potrzebujących. Jeszcze w VI wieku Grzegorz Wielki pisał:Nie wystarcza, że się innym nie zabiera ich własności; nie jest bez winy, kto zachowuje dla siebie dobra, które Bóg stworzył dla wszystkich. Kto nie daje innym, co ma, jest zbójem i mordercą; ponieważ bowiem zachowuje dla siebie, co mogło by służyć do utrzymania ubogich, więc można powiedzieć, że dzień w dzień zabija on tylu, ilu mogłoby wyżyć z jego zbywających bogactw. Kiedy dzielimy się z potrzebującymi, to nie dajemy im niczego, co do nas należy, lecz to, co do nich należy. Nie jest to miłosierdzie, lecz spłata długu.

Przytoczmy jeszcze jeden przykład radykalnej interpretacji wczesnochrześcijańskiej teorii własności, wymagającej użytkowania jej na rzecz dobra ogółu. Biskup Cezarei, św. Bazyli, tak opisywał egoistycznych bogaczy: Jak gdyby ktoś, zająwszy w teatrze miejsce na widowni, nie chciał tam wpuszczać przychodzących, uważając za swoją własność to, co wspólnie stoi otworem dla powszechnego użytku, tak właśnie postępują bogacze. Zająwszy bowiem naprzód wspólną własność, przywłaszczają sobie na podstawie wcześniejszego zajęcia. A gdyby każdy zabierał sobie tylko to, co wytwarza na jego własną potrzebę, a to, co nadto, pozostawiał potrzebującemu, to nikt nie byłby bogaty i nikt biedny. I dalej zwracał się wprost do nich: A skąd pochodzi to, co masz? Jeśli powiesz, że ze zrządzenia losu, toś bezbożnik, co nie zna Stworzyciela ani nie poczuwa się do wdzięczności wobec Dawcy, jeśli zaś przyznajesz, że masz to od Boga, to powiedz nam, dlaczegoś to dostał? Czy Bóg, który nierówno rozdzielił dobra ziemskie, nie jest niesprawiedliwy? Czy to nie musi być dlatego, abyś i ty otrzymał zapłatę za swoją poczciwość i dobre włodarstwo, i on odebrał wielką nagrodę za cierpliwość? Ty zaś, ogarnąwszy wszystko nienasyconym łonem chciwości, sądzisz, że nikogo nie krzywdzisz, choć tylu pozbawiasz ich części?

Zasady te jednak były z biegiem czasu interpretowane w sposób coraz bardziej elastyczny. Przyczyniły się do tego przemiany w łonie chrześcijaństwa. Nawrócenia zamożnych zmieniały strukturę gminy, ich masowość sprawiała, że konwertyci nie dostosowywali się do dawnych zwyczajów, ale wnosili do Kościoła podziały klasowe. Już w II wieku Hermas skarżył się na pychę bogatych chrześcijan wobec biedaków i na niechęć zamożnych do dawania jałmużny. Tymczasem gminy obrastały w dobra i instytucje, co rodziło nowe hierarchie. Od początku istnieli duchowni (biskupi), którzy wskutek pracy dla gminy nie mieli możności zarabiać na swe utrzymanie, dlatego żyli z datków wiernych. W miarę upływu czasu wyjątek przerodził się w regułę. Duchowieństwo rozrosło się liczebnie, wyodrębniło w zwartą grupę, wewnętrznie uhierarchizowaną. Część bogaciła się kosztem biednych, zaniedbywała chorych, wdowy i sieroty – opisywali takie przypadki już m.in. Orygenes i Cyprian. Choć majątek gminy nadal był uważany za „dziedzictwo ubogich”, to zmieniły się zasady jego użytkowania. W V wieku dochody kościelne dzielono na cztery równe części, przeznaczane odpowiednio dla biskupa, kleru, kościoła (budowa i utrzymanie świątyń) i biednych.

W ślad za ukorzenianiem się Kościoła w strukturze społeczeństwa rzymskiego narastały tendencje kompromisowe wobec panującego ładu. Tkwiący w samym rdzeniu chrześcijaństwa pierwiastek pacyfistyczny interpretowany był już nie tylko jako odrzucenie gwałtu, ale pogodzenie się z immanentnie skażoną złem doczesnością. Pokora wobec wyroków Opatrzności zmieniała się w akceptację instytucji wyrosłych z grzechu pierworodnego. Swój finał ewolucja ta znalazła w pismach św. Tomasz z Akwinu, który stworzył teologiczne uzasadnienie dla własności prywatnej. Warto jednak zauważyć, że Akwinata nie zerwał z fundamentami myśli wczesnochrześcijańskiej. W jego ujęciu własność jest nadana człowiekowi w użytkowanie przez Boga, dlatego nie oznacza (jak w prawie rzymskim) prawa do „użycia i nadużycia”, ale wymaga właściwego wykorzystania. W zgodzie z Ojcami Kościoła Tomasz uważał, że właściciel ma stosownie do rozmiarów swego majątku obowiązek pomagania bliźnim przez udzielanie jałmużny. Przyznawał nawet, że w sytuacji wyjątkowej wolno przy pomocy siły zabrać nadwyżkę własności i rozdać ją potrzebującym.

Ostatnim bastionem chrześcijańskiego kolektywizmu były klasztory. Pojawiły się one w IV wieku (pierwszy został założony przez byłego żołnierza Pachomiusza w 323 roku), gdy chrześcijanie mogli już działać legalnie, a zarazem łagodzenie rygorów rodziło wśród chrześcijańskich radykałów tęsknotę za ewangelicznymi ideałami. Jednak nie tylko fundamentaliści garnęli się do wspólnot monastycznych. Jak zauważył jeden z najwybitniejszych marksistów przełomu XIX i XX wieku Karol Kautsky, klasztory stanowiły przytułek dla proletariuszów i ciemiężonych włościan. Potwierdzał to św. Augustyn, pisząc, że służbie Bożej poświęcają się najczęściej niewolnicy lub wyzwoleńcy, […] albo chłopi, rzemieślnicy i inni plebejusze. Zwracają uwagę, że twórcy monarchizmu – Antoni, Pachomiusz, Benedykt z Nursji – nakazywali mnichom pracę ręczną, Kautsky stwierdzał: Większość klasztorów były to związki ludzi ubogich, którzy się zjednoczyli, aby wspólnie łatwiej zapracować na kawałek chleba. […] Pod względem charakteru i celu można klasztory porównać do stowarzyszeń wytwórczych proletariuszów naszych czasów. Usprawiedliwiał nawet celibat: Odrębne małżeństwa jednostkowe w klasztorze byłyby niewątpliwie rozbiły jego komunizm […]. Klasztorom nie pozostawało nic innego jak wyrzeczenie się małżeństwa, jeżeli chciały ratować swój komunizm, a przez to i same siebie.

Zakony niebawem podzieliły los duchowieństwa świeckiego. Hojne nadania sprawiły, że klasztory, jak pisał Kautsky, ze stowarzyszeń wytwórców stały się stowarzyszeniami wyzyskiwaczy. Zakonnicy nie musieli już pracować, zaś bezczynność – wbrew najsurowszym nawet wymogom reguły – prowadziła do demoralizacji. Upadkowi obyczajów cyklicznie wypowiadano wojnę: ruchy takie jak Cluny (X/XI wieku) czy cystersi (XI/XII wieku) wymagały od mnichów powrotu do ewangelicznej prostoty, wyrzeczenia się własności osobistej, bezwzględnego posłuszeństwa i surowego umartwienia popędów cielesnych. Po pewnym czasie wszystko wracało jednak w stare koleiny.

Najbardziej radykalna była próba reformy podjęta przez św. Franciszka z Asyżu na przełomie XII i XIII wieku Franciszek nawiązał do tradycji zakonu żebraczego, rozciągając jednak nakaz ubóstwa nie tylko na mnichów, ale na całe zgromadzenie. Zakon Braci Mniejszych nie mógł mieć majątku ani prowadzić działalności gospodarczej. Miał się utrzymywać wyłącznie z własnej pracy, o jałmużnę (ale nie pieniężną!) prosić tylko w skrajnych przypadkach. Zwolennicy złagodzenia rygorów rychło znaleźli jednak furtkę. Papież Innocenty IV w 1245 roku uznał, że franciszkanie mogą użytkować dobra nie jako swą własność (ta przynależała papiestwu), ale „posiadłość”. Reforma wywołała opozycję spirytuałów (fraticelli), którzy opierając się na tercjarzach, czyli świeckich zakonnikach, będących najczęściej rzemieślnikami, domagali się prawa do przestrzegania reguły całkowitego ubóstwa.

Ruch spirytuałów został stłumiony przez Jana XXII (1316–1334), ale duch św. Franciszka odżył jeszcze w XVI wieku, gdy franciszkanin Mateusz z Bascio założył zakon kapucynów oparty na pierwotnej regule Braci Mniejszych. To „bractwo życia pustelniczego” praktykowało surową ascezę (mieszkanie w szałasach, odziewanie się w szorstkie suknie, chodzenie boso), a kaznodziejstwo, adresowane do prostego ludu, łączyło z działalnością dobroczynną („sklepy chrystusowe” dla ubogich, spichlerze monti frumentari dla głodujących).

Dzieje chrześcijaństwa to nieustanne zmagania między ewangelicznym duchem a ciążeniem materii. Chrześcijaństwo, stając się religią panującą, nie tylko zinstytucjonalizowało się, sformalizowało i zrytualizowało, ale też odeszło od pierwotnych maksymalistycznych ideałów w kierunku pragmatyzmu. Ale czy był to jedyny ruch społecznej przemiany, który wejście w główny nurt okupił daleko idącymi kompromisami? Czyż nie mamy takich przykładów w XX czy nawet XXI stuleciu?

Miasto słońca. O odwiecznym marzeniu i pierwszej rewolucji

Lubimy patrzeć na przeszłość przez współczesne okulary, przypisywać przodkom nasze motywacje, poglądy i pojęcia, doszukiwać się w mrokach dziejów swoich ideowych antenatów. Nieważne, że na ogół to anachronizm, wpasowywanie zupełnie odmiennej rzeczywistości w schematy z innej epoki.

Lewica nie jest tu wyjątkiem. Za swego protoplastę uznała Spartakusa – przywódcę powstania niewolników z I wieku przed Chrystusem. Gladiator z Tracji stał się patronem zarówno protokomunistycznej frakcji Róży Luksemburg, jak i jednej z trockistowskich grupek, wsławionej obroną pedofilii. Obecnie zewłok zbuntowanego niewolnika przeżuwa amerykańska popkultura, produkując kiczowate seriale łączące wulgarny erotyzm i sadyzm z polityczną poprawnością. Trudno dziś wszakże ocenić, na ile Spartakus – niewątpliwie dzielny wojownik i zdolny wódz – rzeczywiście nadaje się na świętego lewicy. W jego ruchu nie można dostrzec wizji Lepszej Przyszłości – buntownicy nie zamierzali zmieniać ustroju, ich celem była osobista wolność, którą chcieli zdobyć, opuszczając Italię i wracając do swych krajów.

Takie zjawiska nie były rzadkością. Anarchiczne ruchy uciskanych nazbyt często sprowadzały się do ślepego odwetu. Nie szło tu o sprawiedliwy ład, ale o zamianę ról. Z czasów egipskiego Średniego Państwa pochodzą tzw. Nauki Ipuwera – dokument opisujący powstanie ludowe prawdopodobnie ok. XIX wieku p.n.e. Kraj obrócił się jak koło garncarskie. Biedni stali się bogaczami, bogacze biedakami… Panowie, którzy mieli mnóstwo strojów, chodzą teraz w łachmanach, a ten, kto nie tkał dla siebie, stał się właścicielem cienkiego płótna… Ludzie zależni stali się panami innych ludzi… Kto służył do posyłek, teraz posyła innego… dzieci osób wysokiego rodu rozbito o ściany murów… W Chinach ludowy ruch Czerwonych Brwi w 23 roku obalił cesarza Wang Manga, po czym ogłosił Synem Niebios przedstawiciela wcześniej panującej dynastii Han (Liu). Trzynaście wieków później żebrak i sługa klasztorny Czu Jüan-czang stanął na czele chłopskiej armii Czerwonych Turbanów, wypędził z kraju Mongołów i jako cesarz, założyciel dynastii Ming, doprowadził feudalne imperium chińskie do szczytu potęgi.

Bywały też odmienne przypadki. Niektórzy władcy reprezentowali typ (jak paradoksalnie by to nie zabrzmiało) reakcyjnego reformatora. W XXIV wieku p.n.e. w sumeryjskim mieście Lagasz doszedł do władzy Urukagina, który próbował odrodzić „prawo boskie”, tzn. prastare prawo zwyczajowe wspólnot rodowych. Obejmowało ono zmniejszenie danin, przywrócenie „majątku bogów” (własność gminną) i roztoczenie opieki nad masami ludowymi, a także, co ciekawe, walkę z obecnymi w życiu rodzinnym arystokracji przejawami matriarchatu. W III wieku p.n.e. Agis, król Sparty, postanowił odnowić ustrój ustanowiony przez legendarnego Likurga: wspólnotę równych obywateli, którzy uprawiali jednakowej wielkości działki i razem spożywali posiłki. W tym celu chciał znieść wszystkie długi i przeprowadzić nowy, sprawiedliwy podział ziemi. W Rzymie w II wieku p.n.e. bracia Tyberiusz i Gajusz Grakchowie, skądinąd wywodzący się ze środowiska arystokratycznego, usiłowali przeprowadzić egalitarne reformy (parcelacja gruntów państwowych między bezrolnych, roboty publiczne), które miały przeciwdziałać postępującemu rozwarstwieniu majątkowemu społeczności Rzymu i zarazem utrzymać obywatelski charakter armii rzymskiej. Charakterystyczne przy tym, że egalitaryzm Tyberiusza zamykał się w obrębie Rzymu – w stosunku do ludów zależnych podtrzymywał on imperialistyczne stanowisko. Tym niemniej tragiczna śmierć Grakchów otwarła drogę do oligarchizacji republiki, a później do jedynowładztwa cezarów; zarazem dochody płynące z grabieży podbitych prowincji sprawiły, że rzymska biedota przeistoczyła się w pasożytniczy proletariat.

Retrospektywna utopia złotego wieku, odgórna rewolucja – to jednak też nie jest ideał lewicy. Lewica chciałaby oddolnego ruchu ludowego występującego z ideologiczną wizją lepszego jutra. Poszukajmy takiego.

Zjawisko tego typu mogło zaistnieć dopiero wtedy, gdy pojawiła się grecka filozofia – przejaw myśli opartej na rozumowej spekulacji, a więc niezależnej od religijnych tradycji.

Polityczno-filozoficzne spekulacje Hellenów szły w różnych kierunkach. Sofiści reprezentowani przez Kaliklesa zbliżali się do swoistego protofaszyzmu (lub przynajmniej socjaldarwinizmu), głosząc naturalną nierówność ludzi, uznając prawo silniejszego do ujarzmiania i wykorzystywania słabszych, pochwalając wojnę. Platon antycypował totalitarne państwo komunistyczne, łączące kastową hierarchię i pełną kontrolę życia obywateli ze wspólną własnością dóbr i zniesieniem rodziny. Podobną wizję społeczeństwa Panchajczyków (która zdaniem M. Beera była wyidealizowanym obrazem faraońskiego Egiptu) przedstawił Euhemer z Messyny: Zasadą jest bowiem, iż nikomu nie wolno posiadać nic więcej niż dom i ogród; wszelkie wytwory i dochody zabierają kapłani i dzielą sprawiedliwie, każdemu odpowiednią rację… Cyników jako prekursorów anarchizmu prezentowałem jeszcze w latach 80. na łamach „Azotoxu Porannego”, fanzina wydawanego przez zespół Dezerter: Ich odpowiedź na pytanie – jak żyć w nowej rzeczywistości, była surowa, skrajnie anarchistyczna, nie pozbawione elementów katastrofizmu. Brzmiała ona: żyć własnym życiem, kształtować swą osobowość bez oglądania się na formy licencjonowane przez państwo. Najwyższą wartością w życiu człowieka jest jego szczęście. Szczęście polega na cnocie, ta zaś na życiu zgodnym z naturą. […] Natura identyfikowała się z przyrodą; naturalne potrzeby człowieka stanowi to, co mu absolutnie niezbędne. Był to program minimalizmu życiowego, kult prostoty życia i ascezy – rozkosze cywilizacji utrudniają życie zgodne z naturą. Ideałem cyników był Diogenes, o którym legenda mówiła, że żył w beczce i odziewał się tylko jednym płaszczem. Skrajny indywidualizm i minimalizm, a także pochwała życia na łonie przyrody prowadziły cyników do odrzucenia krępujących konwencji społecznych; nie do przyjęcia, bo niezgodnych z naturą. Byli w związku z tym przeciwni państwu. […] Państwo jest złem, bo stanowi twór nienaturalny. Idea bezpaństwowości, połączona z tezą, że człowiek ma tylko jedną ojczyznę, a tą jest cały świat, wiązała się w ruchu cyników z daleko posuniętym „prymitywizmem”, m.in. aprobatą całkowitej swobody obyczajowej.

Nas jednak szczególnie zainteresuje dziś stoicyzm. Założyciel szkoły, Zenon z Kition, miał być zwolennikiem wszechludzkiego braterstwa, równości płci i wspólnoty dóbr. Materialistyczna filozofia stoików uznawała jedność wszechświata, będącego organicznym bytem – żywym, celowym, rozumnym – który jest po prostu Bogiem. Z tej panteistycznej wizji wynikała stoicka etyka postulująca życie zgodne z naturą, z powszechną harmonią kosmosu, z Logosem. Etyka Stoi – racjonalistyczna, optymistyczna, uniwersalistyczna – w życiu społecznym ujawniała cechy ascetyzmu i kolektywizmu: człowiek jest istotą społeczną i ma obowiązki wobec współtworzonych przez siebie zbiorowości, od rodziny do ludzkości (oikoumene). Przeniesiona na grunt polityki wydawała różne owoce: mogła to być idea globalnego imperium i oświecony absolutyzm Marka Aureliusza, ale też koncepcje egalitarnych reform społecznych. Spartańscy królowie-rewolucjoniści Agis i Kleomenes pozostawali pod wpływem Sfajrosa, ucznia Zenona z Kition. Wychowawcą i przyjacielem Tyberiusza Grakchusa był Gajusz Blossiusz z Cumae, uczeń stoickiego filozofa Antypatra z Tarsu.

Antagonizmy i niesprawiedliwości zaprzeczające stoickiemu ideałowi harmonii najbardziej jaskrawe były na półperyferiach ówczesnego systemu, takich jak egejska wyspa Delos – największy targ niewolników, gdzie sprzedawano czasami nawet 10 tysięcy ludzi dziennie. Jak szokująco by to nie zabrzmiało – niewolnictwo było w swoim czasie instytucją postępową; wcześniej (a także później – choćby w państwie Azteków) jeńców po prostu mordowano. Faktem jest też, że położenie niewolników było zróżnicowane – inna była sytuacja niewolnika w kopalni, inna służby domowej; byli i tacy wśród niewolnych, którzy jako zausznicy pana zyskiwali większe dochody i znaczenie niż wolni obywatele. Jednak oczywiście warunki życia olbrzymiej większości niewolników były nieludzkie i wyzute z wszelkiej nadziei. Byli piętnowani, aby łatwiej można było ich ująć w razie ucieczki. Wypędzano ich do pracy batami, a za najmniejsze przewinienie okrutnie karano. Ciężka praca wypełniała im cały czas, na noc zamykano ich w ergastulach przypominających więzienia. Pokarmu dostawali tylko tyle, żeby nie umrzeć z głodu. Katon Starszy w „Traktacie o gospodarstwie wiejskim” pisał, że niewolnika warto trzymać dopóki może pracować, a gdy się zestarzeje lub zachoruje – trzeba się go pozbyć jak chorego bydła. Niewolnicy na ogół nie mieli rodzin, ich potomstwo było własnością pana. Plutarch podkreślał, że w ich środowisku trzeba stale podtrzymywać spory i waśnie. Odmawiano im w ogóle człowieczeństwa. Rzymski pisarz Warron w swym podręczniku rolnictwa podzielił narzędzia na nieme (np. wozy), wydające nieartykułowane dźwięki (woły) i mówiące (niewolnicy).

Warto pochylić się nad słowami Tadeusza Borowskiego, które znajdujemy w opowiadaniu „U nas, w Auschwitzu”: Jaką potworną zbrodnią są piramidy egipskie, świątynie i greckie posągi! Ile krwi musiało spłynąć na rzymskie drogi, wały graniczne i budowle miasta! Ta starożytność, która była olbrzymim koncentracyjnym obozem, gdzie niewolnikowi wypalano znak własności na czole i krzyżowano za ucieczkę. Ta starożytność, która była wielką zmową ludzi wolnych przeciw niewolnikom! Pamiętasz, jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży ciężka, krwawa praca człowieka. A potem: Nie ma piękna, jeśli w nim leży krzywda człowieka. Nie ma prawdy, która tę krzywdę pomija. Nie ma dobra, które na nią pozwala.

Nieopodal Delos, w Azji Mniejszej, leżał Pergamon. To hellenistyczne państewko powstało wokół… skarbca, którego nadzorca, eunuch Filetajros, wykorzystując zamęt wojny domowej, uniezależnił się od króla Macedonii. Jego następcy Attalidzi umocnili niezależność Pergamonu, przekształcając go w liczący się ośrodek gospodarczy i kulturalny (Biblioteka Pergamońska!). Polityka ścisłego sojuszu z Rzymem, głównym mocarstwem ówczesnego świata, pozwoliła Attalidom znacznie poszerzyć granice państwa, które jako powiernik rzymskiej potęgi stało się lokalnym hegemonem. Ekonomicznym fundamentem potęgi Pergamonu było rolnictwo – władcy posiadali rozległe majątki ziemskie uprawiane przez przypisanych do ziemi chłopów (tzw. ludzi królewskich). Ważną rolę odgrywały też wielkie warsztaty rzemieślnicze (ergasterie), zwłaszcza tkackie i ceramiczne, oparte na pracy niewolniczej. Znaczne dochody przynosiła również eksploatacja kopalń. Na peryferiach świata hellenistycznego podziały społeczne często pokrywały się z kulturowymi: elity były zhellenizowane lub zgoła greckiego pochodzenia, a masy ubogiej ludności (zwłaszcza w odległych regionach kraju) pozostawały przy swej tubylczej mowie, obyczajach i wierzeniach, choć nieraz mieszały je z importowaną kulturą grecką.

Przytoczyć warto opis Pergamonu autorstwa Anny Świderek. Jak pisała, miasto z równiny nadrzecznej zdawało się wstępować powoli na wysokie wzgórze wznoszące się między dwoma głębokimi wąwozami. Właściwie były tu jakby trzy oddzielne miasta. W najniższym, najuboższym mieszkali głównie azjatyccy poddani Attalidów. Ponad nim rozkładało się obszernymi tarasami miasto greckie z trzema gimnazjonami, stadionem, świątyniami Hery i Demeter. Z wysoka panował nad wszystkim wspaniały akropol ze świętym okręgiem Zeusa… Na samym szczycie stał pałac królewski. I dalej: Im jaśniej błyszczały marmurem górne tarasy dumnego Pergamonu, […] tym boleśniej odczuwali swe upośledzenie żyjący w dole u stóp królewskiego wzgórza nędzarze.

Ostatni z władców Pergamonu, Attalos III Filometor (Kochający Matkę), prawdopodobnie był szalony. Chorobliwie podejrzliwy, żył zamknięty w swym pałacu, opustoszałym i na wpół wymarłym, nie pokazując się poddanym. Nie golił brody ani nie obcinał włosów (zapewne nie ufając balwierzom), odziewał się niechlujnie. Czas poświęcał badaniom naukowym z zakresu zoologii i botaniki (interesowały go szczególnie zioła trujące), tudzież modelowaniu i odlewaniu z brązu rozmaitych posągów. Israel S. Clare w swej „Library of Universal History” napisał: Pięć lat jego rządów było panowaniem terroru. Filometor wymordował wielu krewnych i przyjaciół swego ojca i stryja oraz ich domowników, jego ofiarą padła też… matka. Gdy latem 133 roku p.n.e. sporządzał własnoręcznie jej pomnik, doznał porażenia słonecznego i po siedmiu dniach choroby zmarł bezpotomnie. Państwo uważano ówcześnie za osobistą własność władcy, który mógł nim dowolnie dysponować, tym niemniej powszechne było zdumienie, gdy okazało się, że ostatni z Attalidów w swym testamencie obdarzył wolnością Pergamon i inne greckie miasta, a resztę kraju zapisał… Rzymowi. Mocarstwo znad Tybru stanęło w Azji mocną stopą.

Możni oraz greckie mieszczaństwo zaaprobowali taki rozwój sytuacji. Wielki sojusznik, i tak od lat będący faktycznym hegemonem w regionie, zdawał się gwarantem ich osobistego i klasowego status quo. Sprzeciwił się jedynie przyrodni brat Attalosa z nieprawego łoża, bękart poprzedniego władcy Eumenesa II, zrodzony przez cytrzystkę z Efezu. Aristonikos uważał, że tron Pergamonu należy się właśnie jemu z racji płynącej w jego żyłach królewskiej krwi i na znak tego przyjął imię Eumenesa III.

Niewielu znalazł zwolenników. Pergamon i inne miasta (za wyjątkiem Fokai) zatrzasnęły przed nim swoje bramy. Pretensje do tronu musiał ogłosić w niewielkim porcie Leukaja, gdzie na jego stronę przeszła część floty i armii. Niebawem wierna mu flotylla została rozgromiona przez marynarkę Efezu w bitwie morskiej pod Kyme, co zepchnęło rebeliantów z wybrzeża w głąb interioru. Mniej więcej w tym samym czasie, prawdopodobnie na początku 132 roku p.n.e., w obozie Aristonika znalazł się uchodźca z Italii, wspominany tu już Blossiusz z Cumae. To, co zaczęło się jako próba pałacowego przewrotu, przyjęło zgoła odmienną postać.

Aristonik, osamotniony w klasach posiadających, musiał poszukać sobie sojuszników w warstwach dotąd nieobecnych na arenie politycznej – wśród niewolników i wolnej biedoty. Jak napisał rzymski historyk Strabon: Skierował się wówczas [Aristonik] do wnętrza kraju i zebrał pospiesznie mnóstwo ludzi wolnych i niewolników przyciągniętych obietnicą wolności, nazwał ich heliopolitami.

Zwróćmy uwagę na to ostatnie słowo. Heliopolita to obywatel Heliopolis, Miasta (czy też Państwa) Słońca. Dlaczego buntownicy za swego patrona przyjęli podrzędne bóstwo z greckiego panteonu, dalece ustępujące Zeusowi, Posejdonowi czy Atenie? Zapewne słyszymy tu echo poglądów stoika Kleantesa, według którego Słońce jest rozumem świata, władcą wymierzającym sprawiedliwość, bogiem obdarzającym wszystkich jednakowo swym światłem. Tadeusz Wałek-Czarnecki widział tu raczej wpływ utopii Jambulosa, opisującego idealne społeczeństwo żyjące na odległej południowej Wyspie Słońca. Zwróćmy jednak uwagę na jeszcze jeden trop. Helios mógł być bliski powierzchownie zasymilowanym masom jako bóstwo solarne, powszechnie występujące w azjatyckich religiach – to hellenistyczny odpowiednik Mitry. Według Mircei Eliadego w II i I stuleciu p.n.e. na Bliskim Wschodzie popularność zyskują apokaliptyczne idee powszechnego upadku, nadejścia króla mesjasza i ostatecznej bitwy, wyrażane np. w antyrzymskiej „Przepowiedni Hystaspesa”: kiedy Zło wydaje się zwyciężać, bóg wysyła solarnego boga Mitrę (Heliosa), który panuje w siódmym tysiącleciu.

Tłumom zrewoltowanych niewolników, wyrobników, wieśniaków, półdzikich górali potrzebny był sztandar, wokół którego by się skupili, idea zapewniająca im motywację do walki. Dynastyczne rozgrywki takim hasłem być nie mogły. Sama obietnica nadania wolności to środek doraźny. Tu mamy zaś do czynienia z zalążkiem rewolucyjnej ideologii, formułującej utopijny ideał społeczny. Stoickie marzenie o królestwie sprawiedliwości społecznej, idealnym państwie rządzonym przez Wielkie Powszechne Prawo, zaczęło przeobrażać się z abstrakcyjnego teorematu w program polityczny. Mamy tu zarazem do czynienia z działaniem „prawa retrospekcji przewrotowej”, sformułowanego przez Kazimierza Kelles-Krauza, które mówi o Przeszłości splatającej się z Przyszłością w opozycji do Teraźniejszości. W pamięci społeczeństw epoki hellenistycznej kołatała się jeszcze pamięć wspólnoty pierwotnej i plemiennej demokracji wiecowej, lecz stawała się coraz bardziej mglista, dlatego łatwo ulegała idealizacji i przemianie w uniwersalny utopijny model ustrojowy.

Powstanie rozgorzało od Hellespontu na północy po Karię na południu. Heliopolici opanowali znaczne obszary Myzji i Lidii, Aristonik zdobył Apollonis, Tyatejrę i Kolofon. Pod jego rozkazy oddawały się liczne statki pirackie. Niepokoje ogarnęły niewolników na wyspach Delos i Samos. Echa rewolty dało się słyszeć nawet po drugiej stronie Morza Egejskiego, gdzie zbuntowali się niewolnicy pracujący w kopalniach srebra w attyckim Laurion. Armii Heliopolis nie udało się jednak zdobyć Smyrny ani Pergamonu, któremu w ostatniej chwili przyszedł z odsieczą król Pontu, Mitrydates. W opozycji do rewolucji uderzającej w same fundamenty ładu społecznego uformowała się szeroka koalicja lokalnych władców, którzy nie ośmielili się wykorzystać okazji wyzwolenia od Rzymu. Przywołajmy znów Strabona: polis [wolne greckie miasta] wysłały przeciwko niemu licznych żołnierzy, przyszedł im z pomocą [król] Nikomedes Bityńczyk jak również królowie Kappadokijczyków. Następnie przybyło pięciu legatów rzymskich, potem wojsko z konsulem Publiuszem Krassusem.

Rzym postanowił zrobić wreszcie porządek w zbuntowanej prowincji. Do Pergamonu udał się osobiście jeden z dwóch konsulów, a więc najważniejszych dygnitarzy Republiki, Publiusz Krassus, znany ze swych bogactw i wykształcenia. Gdy wiosną 130 roku p.n.e. obległ kolebkę rebelii, Leukaję, losy wojny wydawały się przesądzone. Przypomnijmy, że kilkadziesiąt lat wcześniej rzymskie legiony, rozgramiając w bitwie pod Pydną (168 rok p.n.e.) falangę macedońską, zapewniły sobie nimb niezwyciężonej armii. Jednak tym razem Aristonik nadciągnął niespodziewanie z głębi lądu i rozbił Rzymian. Gdy ci wycofywali się w nieładzie ku wybrzeżu, Krassus dostał się do niewoli. Niewola pana świata u niewolników – większej hańby wyobrazić sobie nie można! Legenda głosi, że upokorzony Krassus wykłuł oko żołnierzowi eskortującemu go do Aristonika, by szybciej umrzeć.

Zwycięstwo pod Leukają było apogeum rewolucji heliopolickiej. Rzym uznał, że nie może dłużej lekceważyć buntowników i wysłał przeciw nim dwóch kolejnych konsulów: Marka Perpernę, a potem Maniusza Akwiliusza. Perperna przybył do Azji ze świeżymi siłami, zebrał i zreorganizował pozostałych żołnierzy Krassusa, ściągnął posiłki od lokalnych sojuszników. Natychmiast przystąpił do planowej ofensywy przeciw heliopolitom. Nie trzeba było długo czekać, by ujawniły się wszystkie słabości rewolucyjnej armii: brak wyszkolenia, uzbrojenia, organizacji, dyscypliny. Niekarne gromady wieśniaków i niewolników poszły rychło w rozsypkę pod ciosami legionistów. Aristonik i Blossiusz z resztkami sił wycofali się do silnie ufortyfikowanej Stratonikei. Rzymianom nie udało się zdobyć fortecy szturmem, ale wzięli ją głodem. Blossiusz popełnił samobójstwo, Aristonik jako jeniec został wysłany do Rzymu.

Pomimo śmierci wodza powstanie trwało nadal. Akwiliusz, który po niespodziewanej śmierci Perperny przejął dowództwo sił rzymskich, jeszcze przez długie miesiące musiał potykać się z heliopolitami. Ich ostoją stały się trudno dostępne górzyste masywy Myzji na północy i Karii na południu, gdzie popierające Heliopolis plemiona prowadziły walkę partyzancką. Rzymianie zdobywali górskie punkty oporu jeden po drugim, w walce z nieuchwytnym wrogiem posunęli się do zatruwania studni i źródeł. Wreszcie w 129 roku p.n.e. Akwiliusz mógł przystąpić do organizacji rzymskiej prowincji Azja.

Rewolucja heliopolitów stała się na poły zapomnianym epizodem historii. W odróżnieniu od powstania Spartakusa, które odbywało się w centrum ówczesnego świata (używając dzisiejszego języka – nieomal w błysku fleszy), na temat dłuższej pod względem czasowym, rozleglejszej terytorialnie i dojrzalszej ideologicznie rewolty w Azji Mniejszej po prostu brakuje nam źródeł, musimy więc uzupełniać je domysłami. Jednak jeśli nawet przyjmiemy, jak czynią to sceptyczni historycy, że Aristonik nie był szczerym wyznawcą ideologii heliopolickiej, a jedynie żądnym władzy awanturnikiem, który – nie mając szans na poparcie ze strony możnych – posłużył się ideą Państwa Słońca dla pozyskania mas, nie zmieni to faktu, że uruchomił potężny ruch społeczny. Odwieczna ludzka tęsknota za lepszym bytem, za sprawiedliwym ładem uosobiła się w idei państwa sprawiedliwości społecznej. Jako wizja świetlistego Miasta na Górze przetrwała w Taborze husytów i Nowym Syjonie münsterskich anabaptystów, w „Utopii” św. Tomasza Morusa i „Mieście Słońca” Campanelli, w „Słonecznym Jeruzalem” Słowackiego i Ikarii Cabeta. Próby jej urzeczywistnienia raz po raz przynosiły gorzkie rozczarowania, lecz żyje ona w człowieku po dziś dzień.