Polityka ma zawsze rację

Niemal od zawsze ludzi zaprzątają pytania o źródła dobrobytu oraz o efektywne, a przy tym korzystne dla społeczeństw sposoby sprawowania władzy. Wraz z narodzinami kapitalizmu i nauk społecznych zagadnienie to jeszcze bardziej zyskało na wadze. Z reguły nasze realia opisywane są zgodnie z „obiektywną logiką rynkową”, poza obszar której wypada choćby zainteresowanie wzajemnymi relacjami między instytucjami publicznymi a procesami gospodarczymi i ich różnorakimi podmiotami. Zupełnie inny punkt widzenia prezentuje książka „Dlaczego narody przegrywają. Źródła władzy, pomyślności i ubóstwa” Darona Acemoglu i Jamesa A. Robinsona.

Pierwszy z autorów jest profesorem ekonomii, wykładowcą w Massachusetts Institute of Technology i laureatem Medalu Clarka, przyznawanego przez Amerykańskie Stowarzyszenie Ekonomiczne. Drugi to politolog i ekonomista, profesor Uniwersytetu Harvarda, zajmuje się problematyką sprawowania władzy. Przedmiotem ich zainteresowania są wielkie różnice dochodów i poziomu życia, które bogate kraje świata – takie jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania czy Niemcy – przeciwstawiają krajom biednym: w Afryce Subsaharyjskiej, Ameryce Środkowej, Azji Południowej. Te dociekania prowadzą ich przez dzieje i kontynenty – badacze ukazują, w jaki sposób dominacja niektórych narodów/państw wpływała i wpływa – na ogół negatywnie – na realia podporządkowanych im peryferii, terytoriów kolonizowanych.

Podczas lektury niejednokrotnie miałem wrażenie, że to opowieść nie-wprost o przyczynach stopniowego pogrążania się Polski w pułapce „rozwoju dla bogatych i uprzywilejowanych”. Nie jest to jednak lektura o tym, dlaczego socjalizm jest dobry, a kapitalizm zły, nie jest to też „krótki kurs etatyzmu”. To praca ukazująca, w jaki sposób, w konkretnych warunkach historycznych, społeczeństwa oraz ich elity okazują się zdolne lub niezdolne do stworzenia podstaw dobrostanu i dalszego harmonijnego rozwoju. Uniwersalną odpowiedzią nie są ani wolny rynek, ani skrajny centralizm. Kluczem jest sprawne polis, wcielone w dopełniające się instytucje polityczne i ekonomiczne. Wbrew znanemu złudzeniu, nie ma ekonomii bez polityki – i nie ma polityki bez ekonomii. Problemem nie jest to, jak je raz na zawsze „rozłączyć” lub jak skutecznie doprowadzić do dominacji jednej z tych dziedzin nad drugą. Wyzwaniem jest utrzymanie instytucji państwa i rynku w zasięgu rzeczywistego oddziaływania obywateli, tak aby jak najszersze warstwy mogły partycypować w wypracowanych dobrach.

Na papierze recepta wydaje się prosta, ale autorzy nie mają złudzeń, że rzadko bywa ona realizowana. Stąd taki, a nie inny tytuł książki, w którym pobrzmiewa nuta pesymizmu: odmienności dzisiejszych instytucji [w krajach rozwiniętych i kolonizowanych – K. W.] są głęboko zakorzenione w przeszłości, bo gdy społeczeństwo zorganizuje się w określony sposób, zwykle taki stan rzeczy się utrzymuje. Także głęboka nierówność jest wynikiem interakcji instytucji politycznych i gospodarczych. Pozbawiona kontroli społecznej „dyktatura bogatych i uprzywilejowanych” bacznie pilnuje swoich wpływów, nawet jeśli oznacza to stopniowe rozszerzanie stref ubóstwa wskutek transferu dóbr ku nielicznym grupom.

Rozważając kondycję państw, w których wydarzyła się „arabska wiosna”, oraz przyczyny buntu tamtejszych społeczeństw, autorzy zauważają: Egipt cierpi biedę właśnie z tego powodu, że włada nim wąska elita, która organizowała społeczeństwo dla własnej korzyści, ze szkodą dla wielkich mas obywateli. Władza polityczna skoncentrowała się w rękach nielicznych, a ci wykorzystali ją do budowania wielkich fortun. […] Egipt tkwił w biedzie, gdyż nie zmieniała się jego podstawowa struktura społeczna. I przeciwnie, bogate społeczeństwa Zachodu nie stały się takimi za sprawą „niewidzialnej ręki rynku”: Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone stały się bogate, gdyż ich obywatele obalili elity sprawujące władzę i stworzyli społeczeństwa, w których prawa polityczne były o wiele powszechniejsze, których rządy były odpowiedzialne przed obywatelami i reagowały na ich potrzeby, a z możliwości gospodarczych mogły korzystać wielkie masy ludzi.

Możliwość handlu i wolność gospodarcza, ale także instytucje służące redystrybucji dóbr i prawa chroniące pracowników/konsumentów przed dominacją właścicieli kapitału, są wynikiem politycznej działalności społeczeństw świadomych własnych interesów. Dobre instytucje, przekonują Acemoglu i Robinson, to te, które stanowią formę samoobrony przed nadmierną władzą polityków, finansistów i właścicieli koncernów, oraz zachowują charakter służebny wobec społeczeństw, zawsze podlegając ich kontroli.

Na początku jest polityka jako aktywność społeczeństw – reszta to jej pochodne. Tam, gdzie kapitalizm okazał się opłacalny nie tylko dla nielicznych, ludzie walczyli o prawa polityczne, a gdy je zyskali, skorzystali z nich, aby poszerzyć swe możliwości gospodarcze. Efektem była całkowicie odmienna [niż u pozostałych społeczeństw – K.W.] trajektoria polityczna i gospodarcza.

Jako wymowny przykład służy historia polityczna i gospodarcza miasta Nogales, przedzielonego granicą USA – Meksyk. Nogales amerykańskie jest o wiele bogatsze, jego instytucje – przewidywalne, umożliwiające walkę z korupcją, a życie w nim bardziej stabilne. Nogales meksykańskie jest biedniejsze, dotknięte znaczną przestępczością, ma wysoki wskaźnik śmiertelności noworodków. Jest również, co istotne, miastem o mocno skorumpowanej i nieprzewidywalnej sferze instytucjonalnej. Jak zaznaczają autorzy: ludzie po obu stronach granicy mają podobną genealogię. Zdecydowanie dzielą ich natomiast różnice instytucjonalne, sięgające głęboko w kolonialną przeszłość Meksyku i w dzieje amerykańskiej – nieidealnej, ale zawierającej korzystne rozwiązania – demokracji.

Specyfika kolonialnych podbojów pozostawiła niezatarte piętno na Meksyku: na wszystkich terenach skolonizowanych przez Hiszpanów pojawiły się podobne instytucje i struktury społeczne. Po początkowej fazie łupienia oraz żądzy złota i srebra Hiszpanie wypracowali sieć instytucji, których celem był wyzysk tubylców. [Przyjęty system] miał na celu obniżanie do jak najniższego poziomu standardów życia mieszkańców, aby mogli oni zaspokoić tylko podstawowe potrzeby, gdyż pozwalało to Hiszpanom zabierać wszelkie nadwyżki. W tym celu Hiszpanie wywłaszczali Indian, zmuszali ich do pracy za podłe wynagrodzenie, nakładali wysokie podatki i ustalali wysokie ceny na towary. Korona hiszpańska zarobiła na tym krocie, konkwistadorzy i ich potomkowie dorobili się wielkich majątków, ale zarazem zrobili z Ameryki Łacińskiej kontynent, gdzie nierówność jest największa na świecie, a do tego zniszczyli wielką część jej potencjału gospodarczego.

Kariera jednego z najbogatszych ludzi na świecie, Carlosa Slima, przypomina po części historię Jana Kulczyka: Slim zdobył pieniądze nie dzięki innowacjom. Początkowo doskonale sobie radził na giełdzie, kupując i reorganizując nierentowne firmy. W 1990 r. przejął Telmeks, meksykańskiego monopolistę z branży telekomunikacyjnej. Dzięki koneksjom politycznym wcale nie zaproponował najwyższej stawki, nie zapłacił też za przejęte udziały natychmiast – wykorzystał do tego dywidendy przejętej firmy. Korzystał przy tym z takich narzędzi jak recurso de amparo – to petycja, jaką można wnieść do sądu, aby wykazać, że konkretna ustawa nie odnosi się do danego podmiotu. Stanowi ona pozostałość po konstytucji Meksyku z 1857 r., która w zamierzeniu jej twórców miała zapewniać obywatelom prawa i swobody. Slim, gdy próbowano ograniczyć jego pozycję monopolisty telekomunikacyjnego, odwołał się do amparo. Acemoglu i Robinson zauważają: w rękach Telmeksu i innych monopolistów meksykańskich [petycja – K.W.] stała się potężnym narzędziem wykorzystywanym do umacniania posiadanego monopolu. Ostatecznie więc „amparo” nie broni praw obywateli, lecz pozwala ominąć zasadę równości wobec prawa. Z czasem Slim rozszerzył wpływy także na pozostałe państwa Ameryki Łacińskiej.

Zdaniem autorów „Dlaczego narody przegrywają” meksykański potentat zyskał swą pozycję głównie dzięki koneksjom politycznym i temu, że instytucje polityczne i prawne świata latynoamerykańskiego umożliwiły mu stałe rozszerzanie monopoli i ekspansji rynkowej. Slim nie mógł jednak poczynać sobie podobnie w realiach północnoamerykańskich. W 1999 r. należąca do niego Grupo Corso wykupiła sieć sklepów komputerowych CompUSA, powiązaną z siecią COC Services, która na terenie Meksyku miała prowadzić sprzedaż na zasadach franczyzy. Slim złamał umowę i „zrezygnował” z usług COC, gdyż zamierzał wprowadzić na jej miejsce własną sieć sklepów i wyeliminować konkurenta. COC Services pozwała przejęty przez Slima CompUSA przed sąd w Dallas. Slim nie mógł odwołać się do amparo przed północnoamerykańską instytucją. Przegrał i zmuszony był zapłacić 454 miliony dolarów grzywny. Zdaniem Acemoglu i Robinsona: Wystarczyło, by znalazł się w zasięgu instytucji amerykańskich, aby jego zwykła metoda zarabiania pieniędzy przestała działać. Dobrze widać na tym przykładzie, że to nie rynek ma zawsze rację, a najistotniejsza jest specyfika ustrojowa poszczególnych państw. Wymowny jest także los amparo: trwale skorumpowana rzeczywistość południowoamerykańskiego kraju sprawiła, że prawo, które w zamierzeniu miało chronić zwykłych ludzi przed nadmiernymi roszczeniami ze strony silniejszych od nich, z czasem stało się narzędziem w ręku najpotężniejszych.

Narzucony model instytucjonalno-gospodarczy zdeterminował historię Ameryki Południowej. Jej stałymi tendencjami są stagnacja gospodarcza, wojny domowe i zamachy stanu: pojawiło się wprawdzie powolne rozszerzanie praw politycznych, ale dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku w większości krajów latynoamerykańskich wprowadzono ustrój demokratyczny, co i tak nie zapobiegło ich politycznej niestabilności. Ma to bardzo konkretne konsekwencje dla gospodarek tych państw, takie jak niska innowacyjność i znaczne rozwarstwienie oparte na licznych przywilejach polityczno-ekonomicznej oligarchii.

A jak jest w Stanach Zjednoczonych? Autorzy pracy nie idealizują przeszłych ani współczesnych realiów tego państwa, zwracają jednak uwagę na elementarną odmienność jego instytucjonalnej formacji. Już na wczesnym etapie (XVII w.) zapewniała ona osadnikom nie tyle „wolny rynek”, co prawa polityczne do samostanowienia i samoorganizacji – także wbrew brytyjskim instytucjom politycznym i handlowym. Wskazują ponadto, że „amerykańskie marzenie”, które pozwala zostać milionerem nawet pucybutowi, ma głębokie zakorzenienie w przyjętych rozwiązaniach: na wszystkich poziomach życia społecznego ważne są indywidualne talenty, ale nawet one potrzebują ram instytucjonalnych, które pozwolą zrobić z nich pozytywną siłę. To stabilność instytucji publicznych i rozwiązań prawnych oraz przewidywalność relacji społeczno-gospodarczych umożliwia realizację zamierzonych celów choćby takim ludziom jak Bill Gates.

Nie oznacza to, że Microsoft nie dąży do supremacji w skali globalnej. Jednak – pod pewnymi warunkami i w określonych realiach ustrojowych – musi liczyć się ze społeczeństwami, na których próbuje zarobić. Tymczasem lokalni oligarchowie działający w obrębie swojego dominium nie mają tego problemu. Rynek wolny choćby od korupcji zapewnia właśnie efektywna kontrola polityczna, na którą realny nacisk mogą wywierać podmiotowe społeczeństwa. Każda instytucja rynkowa okazuje się instytucją polityczną także dlatego, że jest żywo zainteresowana kontrolowaniem społeczeństw, w obrębie których działa. Nie bez przyczyny istotną częścią działań rynkowych jest silny lobbing wywierany na prawodawców poszczególnych państw przez potężne instytucje gospodarcze. Im mniejsza kontrola społeczna, tym skuteczniejszy jest z reguły lobbing. Niedowład lub podmiotowość polityki determinuje relację między państwem, rynkiem i ludzkimi wspólnotami.

W kontekście tych rozważań ważne jest rozróżnienie, jakie wprowadzają Acemoglu i Robinson dla opisania narastających dysproporcji między światami bogactwa i ubóstwa. Instytucje gospodarcze i polityczne pojawiające się w różnych częściach światach dzielą oni na włączające i wyzyskujące. Instytucje włączające to te, które bronią praw własności szerokich mas oraz tworzą zasady „gry o dobrobyt”, obowiązujące wszystkich jej uczestników. Co ważne, włączające instytucje gospodarcze wspierają włączające instytucje polityczne i są przez nie wspierane, gdyż przy tych drugich dokonuje się pluralistyczne rozłożenie władzy, zapobiegające powstawaniu monopoli i oligarchizacji życia społeczno-gospodarczego. Natomiast instytucje wyzyskujące zawsze zmierzają do ustanowienia autorytaryzmu polityczno-ekonomicznego: wyzyskujące instytucje gospodarcze są synergicznie sprzężone z wyzyskującymi instytucjami politycznymi, koncentrującymi władzę w rękach nielicznych, którzy mają wtedy mocne powody, aby zachowywać i rozwijać instytucje wyzyskujące, dzięki nim bowiem gromadzą zasoby pozwalające im umacniać władzę polityczną.

Powyższa koncepcja autorów „Dlaczego państwa przegrywają” pozwala wiele zrozumieć z polskich realiów. Jeśli uznamy, że jako wspólnota cierpimy na „wyuczoną bezradność polityczną”, czyli nie potrafimy o własnych siłach zbudować instytucji włączających, to łatwiej będzie nam odczytać nie tylko rzeczywiste przyczyny nieumiejętnego prowadzenia polityki społecznej, zdrowotnej, edukacyjnej czy mieszkaniowej. Zrozumiemy również, dlaczego nie dochodzi do znaczącego rozpowszechnienia własności prywatnej, i to pomimo kilku dekad jej specyficznego kultu i usilnych przekonywań, że dzięki zdaniu się na „obiektywne mechanizmy rynkowe” z pewnością osiągniemy sukces gospodarczy i zbudujemy dostatnie społeczeństwo.

Czy oznacza to, że w warunkach prymatu instytucji wyzyskujących nie jest możliwy rozwój gospodarczy? Czy instytucje wyzyskujące i wzrost PKB wykluczają się wzajemnie? Acemoglu i Robinson udzielają odpowiedzi, która pozwala lepiej rozumieć reguły gry panujące w naszym kraju. Jak twierdzą, każda elita zainteresowana jest jak największym sukcesem gospodarczym, gdyż dzięki mechanizmom i instytucjom wyzysku może więcej zagarnąć dla siebie. Do pewnego momentu – dzięki czynnikom zewnętrznym albo możliwości eksploatacji zasobów pozostających pod jej kontrolą – gospodarki i społeczeństwa opanowane przez elity wyzyskujące mogą generować zyski. Jednak „trwały wzrost wymaga innowacji”. A wyzyskujące instytucje polityczne i gospodarcze nie tyle nie są nim zainteresowane, co nie są zdolne do tworzenia takiej jakości, gdyż zakłada ona chociażby przełamywanie status quo i wprowadzenie na scenę nowych aktorów życia społeczno-gospodarczego, niekontrolowanych przez elitę. W sytuacjach skrajnych zaś (realia państw Afryki czy Ameryki Południowej) brak powszechnego dostępu do dóbr kontrolowanych przez nielicznych wzmacnia niepokoje społeczne i sprzyja rewolucjom. Na ogół nie prowadzą one jednak do upowszechnienia dobrobytu, lecz tylko do „korekt” w obrębie elit wyzyskujących. W demokracji peryferyjnej taka sytuacja skutkuje zmianą jednego szyldu politycznego na drugi i nieco innym transferem środków w obrębie grup, jakie wraz ze zmianą uzyskują (lub tracą) dostęp do „polityki wyzysku”. Na przykład w pewnym stopniu mogą zmieniać się wysokości kwot i adresaci środków płynących z instytucji politycznych i gospodarczych choćby w kierunku mediów, prywatnych firm wykonujących państwowe zamówienia, instytucji kulturalnych itd. W takich realiach imitacyjne próby reform czy modernizacji (Pendolino!) zawsze okazują się więcej niż dwuznaczne pod względem korzyści ogólnospołecznych.

Zdaniem Acemoglu i Robinsona problem z kolonializmem nie polegał tylko na ekonomicznym wyzysku i grabieży dóbr oraz zasobów ludzkich. Dokonywana ekspansja miała przede wszystkim charakter polityczny, gdyż to polityka decyduje o sposobach samoorganizacji ludzkich wspólnot. W ten sposób dewastacja sięgała korzeni. Kolonializm przede wszystkim zniszczył autonomię społeczną i polityczną obszernych połaci świata, „wybił je” z ich własnej historii. Kolonizatorzy przynieśli podbijanym ludom takie instytucje i obyczaje, które przede wszystkim były nastawione na ich eksploatację, albo znacznie potęgowały zastane realia wyzysku. Społeczna i polityczna niesuwerenność, wypracowane dla ich podtrzymania i wzmocnienia instrumentarium, przyczyniły się do pogrążenia „terytoriów zależnych” w długotrwałej stagnacji. Jest to o tyle ważne, że godzi w dużą część postkolonialnych stereotypów, z którymi spotykamy się i dziś w mniej lub bardziej wyrafinowanych formach. Część z nich głosi, np. że Murzyni są głupi i leniwi albo że tylko „biały człowiek” zdolny jest do stworzenia globalnej cywilizacji. Przyjrzyjmy się kilku przykładom.

Handel transatlantycki był wstępem do „europeizacji” świata. Jednak większy i bardziej powszechny dobrobyt okazał się przede wszystkim doświadczeniem Ameryki Północnej. Dlaczego? Wskutek wydarzeń wieku XV i XVI Korona angielska – w przeciwieństwie do francuskiej i hiszpańskiej – nie była w stanie kontrolować całego handlu zamorskiego. W rezultacie we Francji i w Hiszpanii to monarchia i związane z nią elity najbardziej korzystały z wielkich zysków przynoszonych przez handel transatlantycki i ekspansję kolonialną. Na terytorium USA „odrębne społeczeństwo” stworzyło własne instytucje polityczne, które umożliwiły szeroką partycypację w wypracowywanych i eksploatowanych zasobach. Nigdy nie było to społeczeństwo idealne, o czym świadczy los północnoamerykańskich Indian, jednak potrafiło w trosce o własne interesy zbudować taki świat, który nie powstał choćby w Ameryce Południowej. Złożyło się na to wiele czynników: instytucjonalna trajektoria Ameryki Północnej zawdzięcza swoistość temu, że ludność przed kolonizacją żyła w rozproszeniu, co sprawiło, że europejscy osadnicy mogli wystąpić przeciw elitom, które usiłowały ustanowić Virginia Company i Korona angielska. Natomiast hiszpańscy konkwistadorzy zastali na terenie dzisiejszego Peru scentralizowane i oparte na wyzysku państwo, które mogli przejąć, a także dużą populację tubylców, których mogli zmusić do pracy w kopalniach i na plantacjach.

Rewolucje polityczne i przemysłowe w Europie doprowadziły do radykalnych zmian w strukturach politycznych i gospodarczych, które umożliwiły nie tylko demokratyzację życia publicznego, ale również „demokratyzację zasobów”. Ale nie musiało się tak stać – gdyby wiele wieków wcześniej Europę przetrzebioną przez czarną śmierć opanowali najeźdźcy ze Wschodu, mogliby wykorzystać zastane struktury polityczno-gospodarcze do zainstalowania tutaj swojego modelu kolonizacji i zaszczepienia własnych instytucji wyzyskujących.

Trzeba przy tym pamiętać, że społeczeństwa, które potrafią tworzyć własne instytucje włączające, nie muszą zabiegać o cudze dobro, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak o swoje. W trosce o zyski, transferowane z peryferii ku centrom kapitałowym, mogą skutecznie prowadzić gospodarkę rabunkową na terytoriach, na których dokonują ekspansji. Autorzy „Dlaczego narody przegrywają” określają ten proces mianem blokowania rozwoju. Jako przykład służy choćby XVIII-wieczna historia Czarnego Lądu. To przerażająca karta z dziejów „wzajemnych relacji” między cywilizowanymi najeźdźcami a ludami tubylczymi: nagłe pojawienie się na wybrzeżach Afryki Zachodniej i Środkowej Europejczyków gotowych kupować niewolników musiało wywrzeć istotny wpływ na społeczeństwa afrykańskie. Większość niewolników wywożonych do Ameryk stanowili jeńcy wojenni, których następnie przewożono na wybrzeże. Podczas owych wojen szeroko wykorzystywano broń i amunicję, którą Europejczycy wymieniali na ludzi.

Kolonizatorzy podsycali wzajemne animozje i nastroje wojenne wśród ludów Afryki – tak rodziło się jeszcze jedno źródło fortuny bogatego świata. Według statystyk podawanych przez autorów Brytyjczycy w latach 1750 a początkiem XIX w. sprzedali od 283 do 394 tysięcy sztuk broni rocznie. Afrykanie kupowali broń i śmierć, kolonizatorzy – niewolników, którzy pracowali na rozwój elit i społeczeństw świata europejskiego. Istotny jest także fakt, że te wojny przyniosły Afryce trwałą destabilizację polityczną i wzrost tendencji do „militarnego”, skrajnie despotycznego sposobu sprawowania władzy: przez wyzyskujące instytucje gospodarcze i polityczne oparte na handlu niewolnikami industrializacja nie objęła regionów afrykańskich na południe od Sahary, które pogrążyły się w stagnacji, a nawet uległy regresowi gospodarczemu, podczas gdy inne części świata przekształcały swe gospodarki.

Równocześnie z kolonializmem pojawił się na Czarnym Lądzie nowy typ państw, których jedynym powodem istnienia było chwytanie niewolników. Odbiło się to także na instytucjach religijnych. Na przykład wyrocznia Arochukwa we wschodniej Nigerii pełniła pierwotnie rolę rozjemcy między największymi lokalnymi grupami etnicznymi. Gdy jednak rozpowszechniła się sprzedaż niewolników, powszechnym „obyczajem” stało się, że osoby, które weszły do jaskini, gdzie „urzędowało” bóstwo, były prowadzone do ujścia Rzeki Krzyżowej, a tam na „dostawę” czekały już europejskie okręty. Działo się tak dlatego, że kapłani, którzy przekazywali decyzję wyroczni, związani byli z ludźmi z plemienia Aro, zajmującymi się łapaniem i sprzedażą niewolników. Tak – w najgłębszym tego słowa znaczeniu – korumpowano ludy Czarnego Lądu. Stereotypowy obraz Afryki pogrążonej w wojennym chaosie, tak chętnie do dziś podtrzymywany przez ludzi usprawiedliwiających dawną i obecną kolonizację, nie wziął się znikąd – to Europa zabrała Afryce szanse na pokój i dobrobyt.

Nieco inną strategię względem terytoriów objętych swoimi wpływami przyjęły w XVII w. Niderlandy. W 1602 r. powstała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, stanowiąca odpowiednik brytyjskiej spółki akcyjnej powołanej dla celów kolonizacji: powstanie obu tych spółek to prawdziwy kamień milowy w rozwoju nowoczesnych korporacji, które odgrywają kluczową rolę we wzroście gospodarczym Europy. […] Miały własne armie i były dostateczne potężne, aby prowadzić wojny i kolonizować obce kraje. Holendrzy objęli kontrolą wyspę Banda (Azja Południowo-Wschodnia) z zamiarem zmonopolizowania handlu gałką muszkatołową. Zastana tam struktura polityczna była zbyt rozproszona, aby skutecznie scentralizować handel, nie istniał też system danin. Lokalny system instytucjonalny kompletnie nie sprzyjał „globalnemu rynkowi”. Jak się w takich warunkach robi zarówno zyskowną politykę, jak i handel? Ponieważ Holendrzy nie chcieli się z nikim dzielić zyskami, w 1618 r. stworzyli na Jawie twierdzę Batawia, która de facto została stolicą Kompanii. Trzy lata później podbili wyspę i w celach podporządkowania sobie ludności wymordowali około 15 tys. autochtonów. Skoncentrowali się na lokalnej elicie: wszystkich przywódców zgładzono […] zostawiając przy życiu nielicznych, aby nie utracić wiedzy o tym, jak z muszkatołowca uzyskać gałkę i osnówkę.

Zastosowana „terapia szokowa” stanowiła nauczkę dla wielu społeczności-państw regionu. Zaprzestawały one eksportu gałki muszkatołowej i zarzucały działalność komercyjną. Był to świadomy wybór polityczny, dyktowany nadzieją na przetrwanie. Na wyspie Banten ścięto wszystkie drzewa pieprzowe, żeby uchronić się przed ekspansją Holendrów. Podobne praktyki stosowano gdzie indziej, co prowadziło do wyludniania miast, upadku tradycyjnych szlaków handlowych, niemożności prowadzenia suwerennej polityki, w tym gospodarczej. Autorzy stwierdzają: mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej przestali zajmować się handlem, odwrócili się od zagranicy i popadali w większy absolutyzm. Przez następne dwa stulecia nie byli w stanie wykorzystać innowacji, które przyniesie ze sobą rewolucja przemysłowa. A rezygnacja z handlu wcale nie uchroniła ich przed Europejczykami; pod koniec wieku XVIII niemal wszystkie te tereny stały się częściami europejskich imperiów kolonialnych.

Nie miejmy złudzeń: państwa bogate wciąż wiążą swoje zyski z budowaniem i wzmacnianiem politycznych i gospodarczych instytucji wyzyskujących na obszarach podlegających ich wpływom. A nawet jeśli starają się dziś zabiegać o rozszerzanie współczesnych standardów cywilizacyjnych – takich jak prawa obywatelskie – na regiony zapóźnione, to i tak prowadzą bardzo dwuznaczną grę. Mogą na przykład finansować organizacje zajmujące się promowaniem swobód obywatelskich i gospodarczych. W praktyce może to oznaczać osłabienie lokalnych form instytucjonalnej kontroli nad rynkiem i łatwiejszy transfer zysków poza miejscowe struktury polityczno-gospodarcze. W takim kontekście pewne strategie, organizacje czy idee, służące „demokratyzacji” czy „liberalizacji”, nie będą współtworzyć strategii włączających, lecz wyzysk.

Według koncepcji Acemoglu i Robinsona kryterium rozpoznania realnej roli poszczególnych organizacji „pierwszego świata” działających w „światach podporządkowanych” będzie zawsze to, czy przyczyniają się do wzrostu lub zmniejszenia rozwarstwienia, zaniku lub budowania autentycznej polityczności, skostnienia i skorumpowania lokalnych elit. Spojrzenie na Polskę w świetle koncepcji tych badaczy pozwala domyślać się, że nasze instytucje polityczne i gospodarcze mają charakter dualny, schizofreniczny: często reprezentują zarówno logikę włączającą, jak i wyzyskującą. Być może jest to cecha społeczeństw i państw „pogranicznych”, zbyt słabych, by uzyskać instytucjonalną podmiotowość i zbyt silnych, aby dało się je skolonizować według najbardziej brutalnych reguł. Dla takich krajów istnieje szansa: przede wszystkim ich społeczeństwa muszą sobie uświadomić własną kondycję i miejsce na mapie światowego (niedo)rozwoju.

Daron Acemoglu, James A. Robinson, Dlaczego narody przegrywają. Źródła władzy, pomyślności i ubóstwa, tłum. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014.

Grzech wołający o pomstę do nieba

Grzech wołający o pomstę do nieba

Dorota Wellman, znana dziennikarka telewizji śniadaniowej, ciepło uśmiecha się do widzów z ekranów telewizorów. Jakiś czas temu została Króliczkiem Playboya i na tę okoliczność udzieliła pismu wywiadu. Tomasz Golonko z portalu natemat.pl rzecz opisuje następująco: Prezenterka na sesję w negliżu co prawda się nie zgodziła, natomiast odkryła to, co naprawdę jest sexy – myśli. O czym konkretnie? W wywiadzie dla miesięcznika ocenia kobiety polskiej polityki i nie kryje rozczarowania ich postawą. Co rozczarowuje panią z telewizji i co czyni ją tak seksowną w oczach dziennikarza z portalu Tomasza Lisa? Oddajmy głos jej samej: Pani Kopacz nie jest potrzebna żadna „Viva” ani żadna „Gala”. Nie jest jej potrzebny także wywiad w telewizji, w którym opowiada o bolących nogach na wysokich obcasach, ani o tym, że robi brzuszki. Powinna powiedzieć co zrobi z górnikami i co zrobi z roszczeniami, które będą narastać. I albo będzie panią Thatcher, albo zakopiemy panią Kopacz w pamięci historycznej.

Jestem pełen podziwu. Seksowna na umyśle Dorota Wellman i słowami potrafi się bawić, i wykazać należytą klasową czujność w sprawie cholernych roszczeniowców. Do tego wzruszająca, nieugaszona nostalgia za Margaret Thatcher, które to uczucie kojarzymy na ogół ze środowiskami okołoprawicowych wyznawców ideologii wolnego rynku. A przecież mogło być jeszcze dowcipniej. Widz oglądający telewizję przy porannych kiełkach lub kanapce z paprykarzem szczecińskim, przy kawie instant z dużą ilością cykorii za dziesięć złotych z dyskontu lub popijający herbatę, której kilka gramów kosztuje kilkadziesiąt złotych, mógłby np. usłyszeć, że premier Kopacz powinna zakopać górników. Dajmy na to – w sztolniach.

No ale dziś nasz system nie jest już aż tak bezwzględny. Nie musi. Ewentualnie postraszy Śląsk policyjnymi lufami. Nie są to jednak lufy czołgów. Poza tym ostateczny argument władzy i kapitału wobec większości Polaków od dobrej dekady brzmi „wegetuj albo emigruj”. Na pożegnanie serdecznie się do opuszczających kraj uśmiechnie jakaś pani Dorota z telewizji, której wewnętrzne ciepło aż bije po oczach. Każdy system bije na swój sposób. Kłopot w tym, że jeśli nawet wyjedziesz na zmywak, z obrzydzeniem myśląc o takich funkcjonariuszach mediów jak pani Wellman, to niewykluczone że stamtąd będziesz kibicował Korwinowi, czyli wizji „naprawdę wolnego rynku”. Tak przesiąkłeś tutejszą atmosferą.

Na marginesie: jak to nie mieliśmy polskiej Margaret Thatcher? Mieliśmy. Polska Thatcher nazywała się Jerzy Buzek. Jego rząd przejechał się po Polsce walcem tzw. reform na tyle skutecznie, że wywołał pierwszą w okresie postkomunistycznym dużą falę emigracji. Prawda – nie trzeba było rozganiać związkowców, bo znaczą ich część, tę solidarnościową, pan premier miał za sobą. A i duża część wyborców nie posiadała się z radości, że wreszcie rządzą dobrzy, „nasi”, sól umęczonej ziemi – prawica. „Buzkiści” walcowali społeczeństwo czterema reformami, a znaczna część wyborców klaskała w patriotycznie napuchłe łapki i witała walec kwiatami, oczekując na prawy liberalizm z ludzką twarzą. Jeśli jeszcze gdzieś żyją ludzie, którzy wtedy głosowali na Akcję Wyborczą „Solidarność”, a nieco później musieli racjonalizować swój wybór, przyglądając się opłakanym skutkom polityki społeczno-gospodarczej, edukacyjnej i zdrowotnej owej nieszczęsnej ekipy, to niestety szczerze im nie współczuję.

Weźmy inny przykład: o. Adam Szustak, wzięty kaznodzieja. Cieszy się popularnością nie tylko w kręgach bogatych i bogobojnych. Miałem ostatnio okazję wysłuchać w Internecie pogadanki o. Szustaka OP zatytułowanej „Nie posyłajcie dzieci do szkoły”. Tych dziewięć minut wartych jest odsłuchania (materiał dostępny tutaj).

O czym mówi dominikanin? Że edukacja publiczna i powszechny obowiązek szkolny to zło, że genialni samoucy nie potrzebowali szkoły, że najlepszy jest homeschooling (edukacja domowa), a kształcenie ogólne to marny pomysł, bo najlepsza jest (wąska) specjalizacja. W pogadance przemieszane są tezy schlebiające gustom i przekonaniom sporej części dzisiejszej prawicy, które wyrażają się w krytyce państwa, z wątkami wartościowymi, choćby takimi, że nie należy dziecka nadmiernie przeciążać nauką albo że znaczna część dzisiejszej wyższej edukacji jest wyższa tylko z pozoru i nie gwarantuje żadnego realnego przełożenia na dalszą karierę zawodową.

Dziewięć minut dominikańskiej demagogii wymaga co najmniej dziewięćdziesięciu minut sprostowań, wzięcia pod lupę każdego ze zdań, wypowiadanych wartko i z wielką pewnością siebie. Szczególnie bogatym i bogobojnym łatwo dziś przychodzi deprecjonowanie szkół publicznych (ach, ta cudowna AWS-owska reforma szkolnictwa!), bo bez trudu znajdują dla swoich dzieci furtkę w postaci homeschoolingu i szkół prywatnych. Słowem, uciekają oni przed tym, co w edukacji upichcił rząd, jaki wielu z nich popierało. Rzecz jasna, aktualny stan rzeczy jest daleki od doskonałości i wymaga krytyki, ale na ogół proponuje się nam zastąpienie dżumy cholerą. Rzadko kiedy krytyka idzie w parze z refleksją, że potrzebujemy choćby więcej szkół na prowincji o wyższym poziomie – dla zwykłych dzieci ze zwykłych rodzin. Niestety, póki co media donoszą o tym, że samorządy przymierzają się do zamknięcia kolejnych dwustu wiejskich szkół w skali kraju.

Szustak nie musi oczywiście niczego wiedzieć o systemie szkolnictwa publicznego w Finlandii, albo o tym, że instytucjonalną siłę zachodnich państw buduje ich wyższe szkolnictwo, bo nie ma własnego kapitału ekonomicznego bez własnego kapitału kulturowego. Nie musi nic wiedzieć o tym, że szkolnictwo wymaga np. dobrego skoordynowania z transportem publicznym. Nie musi nic wiedzieć o tym, że realny kapitał kulturowy, żeby był udziałem znacznej części społeczeństwa mniej bogatego i mniej bogobojnego (czyli znakomitej większości Polaków), wymaga właśnie dobrej, powszechnej edukacji, a nie zamykania kolejnych szkół. Nie musi wiedzieć, że receptą na obecną sytuację nie jest elitaryzm homeschoolingu oraz szkół dla bogatych i bogobojnych, ale systemowa reforma istniejących instytucji i struktur, która zapobiegnie z jednej strony coraz bardziej przepełnionym klasom, a z drugiej rosnącemu rozwarstwieniu edukacyjnemu. Nie musi też wiedzieć, że nauczyciele są coraz bardziej urabiani przez wskaźniki i parametryzację, bo kult wydajności już dawno panuje nie tylko w świecie gospodarki, ale i w szkolnictwie.

Kaznodzieja nie musi wreszcie wiedzieć o tym, że pewien zasób wiedzy poza wąską specjalizacją umożliwia lepszą znajomość świata, że wreszcie dziedzina, którą sam się zajmuje, czyli współczesna biblistyka, jest interdyscyplinarną syntezą bardzo wielu nauk humanistycznych, od lingwistyki, przez różne działy historii, po nauki społeczne. I nie mogłaby powstać, gdyby w Kościele poważnie traktowano paplaninę o. Szustaka o dobrodziejstwach wąskiej specjalizacji.

Zresztą, gdyby nawet się dowiedział i zmienił kiedyś zdanie, sporo straciłby zapewne na popularności w kręgach, które obsługuje. Dodam: nie mam nic przeciw jego ewangelizacyjnej działalności. Ale obskurantyzmowi w kaznodziejskich szatkach, który schlebia i „pobożnie” sankcjonuje wyłącznie interesy bogatych i bogobojnych – mam do zarzucenia wiele.

Ktoś zapyta: co łączy Dorotę Wellman i o. Adama Szustaka? Po pierwsze: współtworzą pstrokatą mozaikę ideologii sankcjonującej realny liberalizm. Ale jest jeszcze druga kwestia, która odnosi się nie tyle do nich, co do ich odbiorców. To „grzech wołający o pomstę do nieba”: bezmyślność karpi głosujących za przyspieszeniem Bożego Narodzenia. To problem bezmyślności czy może braku refleksji ludzi, którzy łykają te poglądy jak gęś szperkę i nie wiedzą, że przyklaskują dalszemu pogarszaniu własnej sytuacji życiowej. Ale najpierw uwaga ogólna. W dyskusjach ze zwolennikami współczesnej odmiany liberalizmu gospodarczego często słyszę pytanie: gdzie widzisz ten rzekomy kult wolnego rynku i liberalnych, coraz bardziej indywidualistycznych strategii przetrwania? Otóż dźwięki tej muzyki docierają do uszu przeciętnego Polaka z najróżniejszych stron. Sympatycznie uśmiechnięta Dorota Wellman opowiada o tym, że Polsce trzeba Margaret Thatcher. Ojciec Szustak przekonuje owieczki, że publiczna edukacja nadaje się tylko do zaorania: wynajmijcie nauczycieli dla swojego dziecka albo sami nauczcie się matematyki! – powiada. I tu kryje się potężne kłamstwo: owszem, bogaci rodzice wynajmą swoim dzieciom nauczycieli, ale biedniejsi rodzice nie nauczą się przecież masowo i matematyki, i dydaktyki.

Ta symfonia rozlega się zewsząd i sączy się do uszu Polaków, gdy ci jedzą śniadanko lub idą do kościoła. To tu, to tam, by zacytować barda, ktoś urabia masy wedle przekonań korzystnych dla bardzo wąskiego grona. Skutecznie urabia. A rodacy patrzą na państwo, jego degrengoladę i korupcję, doskwierają im jego braki i myślą sobie: no tak, to nie działa, oni pewnie mają rację. Przypomina to sytuację, w której małe ogłupione zwierzątko kręci się w kołowrotku, wytwarza prąd, i raz po raz dostaje silny bodziec elektryczny, motywujący do jeszcze szybszego zasuwania przed siebie, czyli donikąd. I znów: często jedyny sensowny skok poza logikę tego kieratu to emigracja. Uciekamy, zamiast się zbuntować i zacząć zmieniać to, co jest tutaj. Nie krytykuję emigrantów – stwierdzam fakt.

Pojawia się pytanie o możliwość zmiany. Nie powiem tu niczego niezwykłego. Człowiek jest istotą, której działanie zależy od myślenia. A sądzę, że duża część dzisiejszego bezmyślnego przyjmowania paplaniny reprezentantów uprzywilejowanej kasty wynika z faktu, że ludzie naprawdę nie znają alternatywy. Nie mają kontrargumentów wobec tez Wellman czy o. Szustaka. Nawet jeśli coś im się nie zgadza – milczą, bo nie wiedzą co odpowiedzieć, bo dla świętego spokoju nie chcą spotkać się z oskarżeniami o „socjalizm” czy „roszczeniowość”. Za to zawsze łatwo i przyjemnie włączyć się w szczucie i nagonkę na tych, co jeszcze potrafią się postawić. Lepiej od tego się biedapolakom nie zrobi – ale przynajmniej zyskują poczucie, że są po dobrej stronie. I chyba szczerze wierzą, że gdy zaklną przed telewizorem na górników, nauczycieli, rolników czy pielęgniarki, to zaczarują własny los „jedynie słusznymi” opiniami. Wielu zdaje się, że dzięki odpowiednim poglądom jak równy z równym zjedzą sobie poranną kanapkę z Dorotą Wellman i będą, podobnie jak ona, „seksownie” myśleli.

A czego potrzeba do zmiany? Szanowny prowincjuszu, szanowna prowincjuszko, szanowny młody wykształcony kredytowiczu z wielkiego miasta – podpowiem ci prostą rzecz. Zaprenumeruj „Nowego Obywatela”. Zaopatrz się w argumenty, które pozwolą ci zaśmiać się w twarz funkcjonariuszom władzy i kapitału, i tym z telewizora, funkcjonariuszom oligarchii, i tym z przykościelnej salki, schlebiającym bogatym i bogobojnym. I tym z TVN, i tym obsługującym internetowe dyskusje. Skonfunduj ich własną wiedzą i argumentacją. Niech zrozumieją, że jedna głowa mniej jest ich własnością.

Kościół katolicki zna grzechy wołające o pomstę do nieba. O jednym z nich w polskim Kościele mówi się całkiem sporo: to grzech sodomski. Do tego dodajmy umyślne zabójstwo. Ale są dwa grzechy, które pewnie nieprędko staną się przedmiotem jakiejkolwiek kościelnej akcji billboardowej: to uciskanie ubogich, wdów i sierot oraz zatrzymywanie zapłaty pracownikom. A przecież ten ostatni grzech jest dziś polską normą i trudno mi uwierzyć, że duchowieństwo o nim nie wie. Prywatnie, zupełnie niekonfesyjnie dodam kolejny, wspomniany wyżej „grzech”, nasz dzisiejszy „grzech zaniechania” i bezmyślności: powszechne przyzwolenie na antyspołeczną propagandę, uprawianą kosztem tych, co mniej mogą i mniej mają. Czyli, najprawdopodobniej, także Waszym kosztem, szanowni czytelniczko i czytelniku.

Zwycięstwo i klęska „Solidarności”

Solidarność a polityka antypolityki Davida Osta, choć napisana ponad ćwierć wieku temu, prezentuje refleksje, które nawet w zmienionych realiach ustrojowych zachowują wartość nie tylko poznawczą i ideową, ale także praktyczną. Sednem książki jest przekonanie, że patologiczne formy państwowości wymuszają – w formie reakcji na niechciane status quo – z pozoru niepolityczne, bo oddolne, obywatelskie formy działania, które kumulując się prowadzą do wielkiej zmiany politycznej. Niestety, finał przemian nie wyklucza pyrrusowego zwycięstwa „antypolitycznych”. Historyczne doświadczenie „Solidarności” pokazuje, że ceną za taką wygraną może być… klęska.

Warto wskazać na historyczno-biograficzne tło powstania recenzowanej książki. Jesień 1975 r. Amerykanin Ost spędził w Moskwie w ramach wymiany studenckiej. To doświadczenie przekonało go, że ZSRR nie jest miejscem zapewniającym rzetelną wiedzę o politycznych przemianach w bloku wschodnim. Zwrócił więc uwagę na Polskę. Do naszego kraju trafił na początku lat 80. XX w. Jak wspomina: wiele przemyśleń przedstawionych w tej książce zrodziło się podczas mojego długiego pobytu w Polsce w latach 1981–1982, kiedy robiłem notatki do doktoratu i pisywałem do tygodnika „In These Times”.

Rdzeniem pracy jest doktorat Osta, poświęcony Solidarności z lat 1980–1981, lecz w wersji gruntownie poprawionej i znacznie rozszerzonej. Ostatnie rozdziały powstawały w latach późniejszych, gdy nieoczekiwanie historia znów przyspieszyła. Robocza wersja książki trafiła do wydawcy w styczniu 1989 r., w dniu, gdy na nowo zalegalizowano opozycyjny związek zawodowy. Sytuacja była na tyle dynamiczna i zagadkowa, że Ost zastanawiał się, czy nie napisać ostatniej części książki od nowa. Postanowił jednak zostawić tekst niezmieniony, aby przekazać poczucie dziejącej się transformacji, tyleż nieuchronnej, co niepewnej.

Czym jest „polityka antypolityki”? Antypolityczność to nie proste zaprzeczenie polityczności jako formy publicznego myślenia i działania, ale jej alternatywna konceptualizacja i realizacja. Opiera się ona na przekonaniu, że warunkiem sine qua non sprawiedliwego ładu nie są przyjazne rządy i dobrzy ludzie u władzy, tylko prężne, aktywne, samoświadome, samorządne i kreatywne społeczeństwo (wszystkie podkreślenia pochodzą od Osta lub innych cytowanych przez niego autorów). Jest to jednak strategia tyleż dynamizująca społecznie, co patologiczna, bo wymuszona przez opresyjność ustroju. Ost zwraca uwagę na fakt, że „antypolityczność polityki” jest wynikiem dojmującej desperacji niereprezentowanych oficjalnie (albo reprezentowanych tylko pozornie) grup społecznych. Klasa robotnicza, nominalnie reprezentowana przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, była faktycznie pozbawiona realnego przedstawicielstwa w świecie, w którym z przyczyn fundamentalnych – monopartyjny ustrój geopolitycznie zdeterminowany przez zależność od ZSRR – znacznie ograniczono obywatelom i całym klasom społecznym możliwości udziału w realnej władzy.

W takim kontekście pojawia się termin, który po dekadach (nad)używania go brzmi nieledwie jak frazes: „społeczeństwo obywatelskie”. To właśnie ono jest celem „nowej nauki (anty)polityki”. Ost wskazuje, że antypolityczna metoda aktywności publicznej nie jest polskim odkryciem. Punktem odniesienia w jego analizach są zachodnie doświadczenia lat 60. XX w., które po części były znane polskim opozycjonistom, przede wszystkim z późniejszego Komitetu Obrony Robotników. Wiele różnic między liberalnym Zachodem a sowieckim Wschodem trudno sprowadzić do wspólnego mianownika. Jednak, zdaniem Osta, antypolityka wschodnioeuropejskich dysydentów była elementem szerszego przekonania, że państwo nie jest najważniejsze, że nie jest ono kluczem do zbudowania lepszego, bardziej ludzkiego świata. W tle pojawiają się tutaj – mniej dla nas rozpoznawalne – zachodnie napięcia związane z kryzysem tamtejszych państw dobrobytu. Nowa Lewica nie była tylko lewicą obyczajową, lecz głosiła również, że niekoniecznie to państwo i jego instytucje są gwarantami życiowego spełnienia dorastających w zamożności młodych pokoleń.

Pojawia się tu jeszcze jeden ważny motyw, który zapewne tuż po wydaniu książki po angielsku w 1990 r. nie był zbyt interesujący dla tych polskich czytelników, którzy się z nią zapoznali w oryginale. Autor zwraca uwagę, że zachodnia sfera publiczna, niekontrolowana w takim stopniu przez państwo, pozostawia o wiele więcej miejsca różnorodnym grupom społecznym. Czy gwarantuje to rzeczywisty pluralizm opinii? Tu pojawiają się wątpliwości. Zdaniem Osta sferze publicznej na Zachodzie najbardziej szkodzi presja rynku, choć oczywiście demokracja kapitalistyczna wiąże się z wolnością prasy i zgromadzeń. Formalnie „każdy” ma prawo stworzyć własne media, jednak faktyczną barierą są czynniki rynkowe: Choć każdy „może” założyć gazetę, w rzeczywistości udaje się to tylko tym, którzy mają dużo pieniędzy albo za którymi stoi ktoś bardzo bogaty. Dlatego właśnie nie tyle potęga idei, ile potęga pieniądza zapewnia wpływy w sferze publicznej. Sfera publiczna przetrwała w społeczeństwie zdominowanym przez rynek – a nawet ma się lepiej niż w klasycznym systemie państwowego socjalizmu – jednak przetrwała w stanie niekompletnym i niezadowalającym. Warto sobie uświadomić, że jeszcze ostrzej ten problem przedstawia się w państwach takich jak Polska, gdzie rachityczne społeczeństwo obywatelskie jest silniej poddane presji rynku zdominowanego przez zagraniczny kapitał i podmioty lokalne, także stojące przede wszystkim na straży interesów pieniądza.

Skupmy się jednak na realiach PRL. W rozdziale „Geneza opozycji politycznej w PRL, 1944–1970” Ost ukazuje, w jaki sposób siły polityczne traktowane przez komunistów jako niechciane próbowały ocalić istnienie w sferze politycznej/publicznej i starały się zachować wpływ na państwo. Jawna opozycyjność ustała dość szybko wskutek brutalnego i totalnego działania nowej władzy. Pozostał „koncesjonowany” udział w polityce, który jednak okazał się mocno fasadowy. Ostatnią liczącą się próbą realnej zmiany był rewizjonistyczny projekt reformy ustroju na drodze wewnętrznych przeobrażeń z udziałem mniej autorytarnych członków władzy. Jednak polski Marzec ‘68, czyli szok kolejnej fali przemocy i dyskryminacji ze strony państwa, położył kres tym mrzonkom. Rewizjonistyczna opozycja, środowiskowo i rodzinnie bliska socjalistycznym koncepcjom państwa, zrozumiała wtedy, że nie ma nic wspólnego z […] partią, nie wydawało się więc sensowne kierowanie do niej demokratycznych suplik. Władzy nie da się zmienić nawet przez koncesjonowane współuczestnictwo, sugerujące możliwość efektywności reformatorskich prób. Trzeba było szukać innej drogi, skupionej na reaktywowaniu i animowaniu życia świadomej wspólnoty obywatelskiej, ale w sposób tak delikatny, by partyjna nomenklatura nie poczuła się zagrożona w swoich interesach. Należało „zdemokratyzować społeczeństwo, omijając państwo”. Było to jednak bardzo trudne zadanie, bo nawet protest w sprawie nieświeżego jedzenia w przyzakładowej stołówce mógł być odebrany jako zamach na „ludową ojczyznę”.

W latach 70., zdaniem Osta, zaczął krystalizować się i wzmacniać nowy model polityczności. Dążył on do możliwie najmniej konfliktowej realizacji swoich celów. W znacznej części program ów polegał na odtwarzaniu klasycznych instytucji nowoczesnej sfery publicznej: miejsc wymiany opinii, nieocenzurowanej prasy, organizacji reprezentujących różne interesy, oczywiście przy założeniu, że w istniejących realiach wszystko to będzie obarczone doświadczeniem „podziemności”. Powstanie Komitetu Obrony Robotników, a następnie Wolnych Związków Zawodowych było szansą na spełnienie nieledwie anarchistycznego scenariusza, który zarysował Adam Michnik w tekście „Nowy ewolucjonizm”. Przekonywał w nim, że odnowiony socjalizm demokratyczny winien być nie tylko – i może nawet nie głównie – strukturą prawną i instytucjonalną, ale nade wszystko rzeczywistą, codziennie współtworzoną wspólnotą ludzi wolnych. Trzeba tu jednak zwrócić uwagę, że – jak przyznawał Michnik – „Solidarność” powstała zupełnie niezależnie od teoretycznych projektów autorstwa stołecznych dysydentów, którzy zdecydowanie wątpili w szanse powstania tego rodzaju ruchu w ówczesnych realiach. Ostatecznie jednak doszło do spotkania, które umożliwiło wyruszenie wspólną drogą lewicowym i lewicującym intelektualistom, inteligencji technicznej i pracownikom wielkiego przemysłu.

I nastało lato 1980 roku. Karnawał Solidarności jawił się jako spełnienie snu o „wspólnocie ludzi wolnych”. Wolnych, co było mocno dwuznaczne, także od państwa, które nie mogło na dłuższą metę uznać takiej wolności. Jak zauważa Ost, o ile przed Sierpniem opozycja skupiała się na odtworzeniu społeczeństwa obywatelskiego, o tyle po Sierpniu zaistniała potrzeba jego instytucjonalizacji. I jeszcze coś więcej: aby Solidarność mogła stać się normalną częścią systemu, konieczne wydawały się polityczne zmiany, bo system państwowego socjalizmu nie dopuszcza z natury niezależnych instytucji społecznych. To postawiło nową kwestię, która początkowo nie była rozumiana przez opozycjonistów: obywatelska „antypolityka” znów zaczęła mocno zbliżać się do świata ściśle politycznego.

Kształtowanie się i zmiany w strategii „Solidarności” w tamtym czasie dzieli Ost na trzy okresy. Pierwszy obejmuje czas między sierpniem a grudniem 1980 r. Opozycyjny ruch/związek unika polityki. Twierdzi, że nie ma ambicji wpływania na sposób rządzenia państwem przez partię, a jedynie troszczy się o prawa pracowników. Koncentruje się na budowaniu swoich struktur. Co za tym idzie, poszukuje rozwiązań umożliwiających działanie na rzecz demokratyzacji społecznej w dotychczasowym politycznym otoczeniu. Drugi okres obejmuje czas od grudnia 1980 do sierpnia 1981 r. „Solidarność” zaczyna wówczas szukać rozwiązań politycznych, które bezpośrednio wiążą się już z przebudową państwa. Okres trzeci to miesiące między sierpniem a grudniem 1981 r. Związek rozumie nieadekwatność, a także niespójność antypolitycznego modelu społecznej demokratyzacji. Naciska na bardzo oporne władze w imię porozumienia, które wymagałoby jednak fundamentalnej przebudowy istniejącego systemu rządów. Pojawia się spór między osobami akcentującymi potrzebę większej centralizacji związku/ruchu a zwolennikami związkowego pluralizmu/decentralizacji struktur.

Interesującym elementem książki Osta jest precyzyjne ukazanie strategii władzy wobec rodzącej się „Solidarności”. Wymienia cztery sposoby: 1) próby kupowania strajkujących podwyżkami płac; 2) propozycja odnowy starej centrali związkowej, będącej jeszcze jedną instytucją władzy/monopartii, zamiast tworzenia nowych, niezależnych związków. Było to o tyle trudne, że podczas strajków latem 1980 r. stare związki zawodowe były zwykle najzacieklejszym wrogiem robotników. W lipcu w Lublinie ich przedstawiciel do końca negocjacji zasiadał wraz z dyrekcją po przeciwnej stronie stołu; 3) próby ograniczania zasięgu nowych związków do wybranych regionów – bardzo silny spór formalnoprawny, czy Porozumienia Gdańskie dotyczą tylko części Pomorza, czy całego kraju, próby obniżenia rangi Porozumień Gdańskich poprzez przeciwstawienie im mniej czytelnych i mniej korzystnych dla strajkujących Porozumień Szczecińskich. Na porządku dziennym były próby oszukiwania związkowców przez dyrekcje zakładów oraz różnorakie formy zastraszania; 4) próby „reklamowania” starych związków w nowym opakowaniu. Już tylko te kwestie uświadamiają, że antypolityczność nie była możliwa w sytuacji, gdy władza musiała podjąć bardzo złożony wysiłek na rzecz odzyskania jedynowładztwa w sferze publicznej.

W obrębie samej „Solidarności” pojawił się natomiast istotny spór o to, jaka jest właściwie natura związku jako instytucji zupełnie nowej w obozie „demokracji ludowych”. Po pierwsze, zaistniała potrzeba/możliwość stworzenia ogólnokrajowej sieci związków zdolnych wyegzekwować swoje prawa od władz lokalnych; po drugie, związkowej opozycji potrzebna była centralna instancja umożliwiająca negocjowanie z władzami państwowymi. Jak przypomina Ost, gdańscy stoczniowcy nie myśleli o powołaniu gigantycznego, ogólnokrajowego związku, tylko o licznych mniejszych organizacjach związkowych w całym kraju. We wrześniu 1980 r. powstały regionalne komitety założycielskie posługujące się nazwą „Solidarność” w Warszawie i Łodzi, na Śląsku funkcjonowały trzy niezależne od siebie komitety założycielskie w trzech różnych zakładach. Decentralizacja była o tyle kusząca, że stare państwowe związki zawodowe kojarzyły się z komunistyczną centralizacją. „Decentraliści” twierdzili, że za ich koncepcjami przemawia szansa na skuteczniejszy opór wobec państwa, ponadto pluralizm wewnątrzzwiązkowy miałby odzwierciedlać także tendencje decentralistyczne w obrębie odtwarzanego społeczeństwa obywatelskiego.

Zwolennicy bardziej centralistycznej formuły „Solidarności” uważali z kolei, że w sytuacji, gdy władze próbują zniweczyć zdobycze Sierpnia, najskuteczniejszym sposobem obrony będzie połączenie się w jeden ogólnokrajowy związek. Przyjmowali zatem, że konflikt z państwem wyszedł już poza etap „społecznej demokratyzacji”, ale nie potrafili tego ująć w formie nowej wizji programowej. Ostatecznie, w wyniku gdańskiego spotkania organizacyjnego przedstawicieli niemal 35 komitetów założycielskich „Solidarności” z całego kraju (17 września 1980 r.) zawarto swoisty kompromis, który można określić jako federalistyczny, rozdzielający prerogatywy instytucji centralnych związku oraz organizacji lokalnych. Jednak, jak dodaje Ost, zatarte zostały granice między centralizacją a decentralizacją – co więcej, zatarte celowo. Takie rozwiązanie umożliwiało bowiem efektywniejsze formy reakcji na nieprzychylne czy dwuznaczne poczynania władz.

Strategię związku autor książki ujmuje następująco: opozycja wysyłała do władz podwójny komunikat: 1) że uderzenie w centrum nie zniszczy ruchu; 2) że jeśli nie będą współpracować z uprawnionymi do tego przedstawicielami Solidarności, z którymi można się dogadać, grozi im wybuch niekontrolowanych strajków i koniec spokoju społecznego. Związek podjął się bardzo trudnej gry: jednocześnie musiał być scentralizowaną instytucją i zdecentralizowanym ruchem. Umożliwiało to – przynajmniej do czasu, gdy władza wycofała się z wszelkich negocjacji na kilka miesięcy przed przygotowywanym stanem wojennym – stosowanie specyficznego szantażu: związek może kontrolować masy, choć zarazem nie zawsze je kontroluje. Warto zauważyć na marginesie, że taka strategia umożliwiała jednak władzom PRL wyselekcjonowanie liderów opozycyjnych nie tylko w ramach nieco późniejszego internowania, ale także grupy zdolnej do przyjęcia roli „koncesjonowanej opozycji”, z którą dało się zawrzeć racjonalny wedle logiki obu stron kompromis okrągłostołowy.

Skupmy się jeszcze na wskazanych wyżej drugim i trzecim okresie istnienia „Solidarności”, łącznie obejmujących czas od grudnia 1980 do grudnia 1981 r. Według Osta wtedy to pojawiło się pytanie o możliwość neokorporacyjnego modelu koegzystencji państwa/władzy monopartii oraz związku jako politycznej reprezentacji społeczeństwa obywatelskiego. Rzecz jasna, eksperci „Solidarności” nie stawiali tej kwestii tak, jak ujmuje ją amerykański naukowiec. Dowodzi on jednak, że ten właśnie model realnie przyjmowali jako potencjalną możliwość dalszego istnienia wobec i w sporze z władzą. Ost nawiązuje wprost do tez Philippe Schmittera, definiującego korporacjonizm społeczny (czyli neokorporacjonizm w ujęciu Osta) jako sytuację, w której uprzywilejowany status niektórych najważniejszych grup interesu jest rezultatem oddolnego nacisku na państwo, wywieranego przez niezależne instytucje społeczne. Istotne jest również, że „uprzywilejowane grupy” (w tym przypadku „Solidarność”, która przecież musiała twardo walczyć o swoją „uprzywilejowaną pozycję”) uzyskują status prawny i instytucjonalny. Równocześnie neokorporacyjny porządek zapewnia demokratyzację przestrzeni publicznej, gdyż rozszerza obszar udziału w życiu zbiorowym i sprzyja przestrzeganiu prawa do swobodnego zrzeszania się. Akceptując taką formułę, „Solidarność” zmuszona była wpływać na temperowanie nastrojów społecznych i daleko idące kompromisy, wskazujące, że jest wiarygodnym partnerem. Dowodem tego było choćby odwołanie strajku generalnego w marcu 1981 r., bardzo źle przyjęte przez znaczną część klasy robotniczej.

Ostatecznie jednak to władze PRL były aktorem, który nie chciał pogodzić się z myślą, że nawet w ten ograniczony sposób związek zawodowy wejdzie w przestrzeń publiczną jako ośrodek (bardzo umiarkowanie) decyzyjny. Kryzys gospodarczy i polityczny był faktem, a mimo to władza nadal nie zamierzała traktować „Solidarności” jako rzeczywistego partnera. W sierpniu 1981 r. reprezentujący władzę Mieczysław Rakowski zerwał negocjacje z opozycją, pytając retorycznie, czy „Solidarność” zechce współpracować, czy też będzie chciała kroczyć drogą donikąd, którą jak dotąd podążała. Karol Modzelewski wskazywał nieco później, w trakcie spotkania Komisji Krajowej „Solidarności”, że rząd uważa, iż Związek ogranicza jej pole manewru. Ale jak zaznaczał: jest to konsekwencją wywalczonych przez opozycję swobód demokratycznych, podczas gdy władza zorganizowana jest do rządzenia w warunkach, gdzie tych swobód jest brak.

Potężny problem z „Solidarnością” jako „obcym ciałem” w przestrzeni publicznej antypluralistycznego państwa stał u podstaw coraz bardziej konsekwentnego ignorowania Związku przez władzę. Zerwanie przez Rakowskiego negocjacji okazało się preludium do stanu wojennego. Ost nazywa ten krótki czas „strajkiem rządowym”, czasem „nieobecności władzy”, która przygotowywała się już do „normalizacji” z udziałem sił militarnych: rząd starał się coraz bardziej stwarzać poczucie chaosu i nieuchronnego załamania w kraju „ogarniętym anarchią”, który tylko wojsko będzie w stanie „uratować”. Solidarność zaś coraz usilniej […] dążyła do politycznego rozwiązania. Co prawda władza markowała jeszcze zainteresowanie dyskusją, ale po 17 listopada ustały wszelkie negocjacje. W tym czasie, na co wskazywał później Lech Wałęsa, Związek próbował stworzyć układ trójkowy pomiędzy władzą, Kościołem i Solidarnością, co napotykało opór także pośród znacznej części opozycjonistów różnych szczebli.

Warto zwrócić uwagę, że opis sytuacji przedstawiony przez autora „Solidarności…” nie pozostawia złudzeń co do faktu, że rozpowszechniana (także po 1989 r.) narracja na temat „opozycyjnych anarchistów i warchołów”, którym próbowała przeciwstawić się szukająca „pokoju społecznego” władza, to zwykłe kłamstwo, wciąż zbyt łatwo i bezrefleksyjnie przyjmowane. A generał Jaruzelski nie był mężem stanu, który chciał dać Polakom pokój. Był postawionym w bardzo trudnej sytuacji wysokim funkcjonariuszem państwa i ze względu na samą istotę systemu musiał spacyfikować opór i nadzieje przynajmniej kilku milionów ludzi, którzy uwierzyli, że mogą być obywatelami w kraju, który jednak uznawali za swój.

13 grudnia 1981 r. położył kres (anty)politycznemu projektowi „Solidarności”. Ale wprowadzenie stanu wojennego nie rozwiązało problemów społecznych i gospodarczych, a jedynie je – jeśli można tak to ująć – zmilitaryzowało. Jednak wojsko było przede wszystkim czynnikiem (dez)organizującym na nowo przestrzeń publiczną i gospodarczą w kraju państwowego socjalizmu. Powrót do idealnej dla władzy sytuacji, w której nie musi z nikim niczego negocjować i nikogo o nic prosić – okazał się niemożliwy. A choć może się wydawać, że naczelnym celem umundurowanej władzy było odzyskanie sterów nad procesami gospodarczymi, okazało się, że skrajnie etatystyczny centralizm nie może wykluczyć czynnika ludzkiego/społecznego, jak zresztą żadna forma gospodarki, o czym bardzo chętnie zapominają z kolei dzisiejsi wolnorynkowcy. Można było internować przywódców „Solidarności”, ale nie dało się w ten sam sposób kontrolować całego społeczeństwa, mimo narzuconych obostrzeń i rzeczywiście daleko idącej inżynierii społecznej.

W większym niż dotąd stopniu pojawiło się miejsce dla Kościoła. Ost ujmuje to następująco: rząd dążył do stabilizacji bez udziału Solidarności, szukał więc kogoś, kogo społeczeństwo zechce wysłuchać. Był to także proces bardzo skomplikowany, choćby ze względu na bardzo niejednoznaczne (wbrew dzisiejszym opiniom) relacje ludzi „Solidarności” z klerem, szczególnie wyżej umiejscowionym w hierarchii duchownej. Władza z kolei z jednej strony grała na współpracę z Kościołem, z drugiej nie wahała się posunąć do morderstwa, którego ofiarą padł ks. Jerzy Popiełuszko. Generalnie jednak to właśnie umundurowane władze PRL, neutralizując „Solidarność”, stworzyły wysokiej hierarchii kościelnej przestrzeń do negocjowania warunków i gry politycznej. I wskazuje na pewien rzadko uświadamiany fakt: w latach 80., mimo najgorszego od dziesięcioleci kryzysu budownictwa mieszkaniowego, popadających w ruinę szkół i szpitali, a także dramatycznego niedoboru żłobków, przedszkoli, świetlic, sanatoriów i domów starców, budownictwo kościelne kwitło. W miasteczkach i miastach, w nowych dzielnicach, gdzie nie było jeszcze telefonów – wszędzie powstawały nowe kościoły. Zdaniem amerykańskiego naukowca dwuznaczna gra, jaką państwo toczyło przede wszystkim z prymasem Józefem Glempem, zaowocowała choćby tym, że Kościół z coraz większym zniecierpliwieniem odnosił się do mniej lub bardziej podziemnej opozycji, która nie chciała się pogodzić z „normalizacją” w dekoracjach stanu wojennego.

Warto na koniec zwrócić uwagę na jeszcze jeden wątek. Powszechnie mówi się o tym, że stan wojenny „złamał kręgosłup” Solidarności i wygasił opór społeczny. Ost wskazuje jednak na nieco inną kwestię, która przy baczniejszej analizie może wiele wyjaśniać z przemian, jakie zachodziły w Polsce w drugiej połowie lat 80. i na początku transformacji. W podziemiu toczył się spór między Jackiem Kuroniem a ukrywającym się Zbigniewem Bujakiem, dotyczący dalszej strategii rozbitego związku/ruchu społecznego. Kuroń dowodził (z czego jednak szybko się wycofał), że nadal trzeba utrzymać centralizm związkowy. Bujak wskazywał, że znów nastał czas „społeczeństwa równoległego” (co chyba można traktować jako formę antypolityczności, ale bardzo już szczątkową), które siłą rzeczy będzie „nieokreślone i różnorodne”.

Autor „Solidarności…” przyznaje rację temu drugiemu, wskazując, że decentralizacja była naturalną konsekwencją nasilenia przemocy i kontroli ze strony państwa. Zwraca jednak także uwagę na interesującą konsekwencję: bez centralnego kierownictwa każdy kto wzniósł flagę z charakterystycznym logo Solidarności, stawał się automatycznie członkiem solidarnościowego klubu. […] Wkrótce okazało się, że jest wiele Solidarności, czyli w praktyce nie ma żadnej. Nawet jeśli uznać tezę Osta za przerysowaną, to rzeczywiście tak postawiona kwestia daje przynajmniej częściową odpowiedź na pytanie o przyczyny rozmycia solidarnościowego przekazu właśnie w jego społeczno-gospodarczym, propracowniczym i egalitarnym wymiarze. Bo jeśli „każdy” może być „Solidarnością”, czyli traktować mit jako własny, to ostatecznie co zostaje jego właściwą treścią?

Dziś już wiemy, że w zbiorowej wyobraźni solidarnościowe godło stało się głównie symbolem walki o niepodległość i krzyże w polskich szkołach. Moim zdaniem nie jest to złe samo w sobie, choć w znacznej mierze ahistoryczne. Rzadko kto chce natomiast pamiętać, także wśród starszego pokolenia hierarchii kościelnej, które czasem jeszcze w swoich kazaniach wspomina o „Solidarności”, że była ona w czasach świetności o wiele bardziej propracownicza, a ks. Popiełuszko nie był sentymentalnym bogoojczyźnianym bajarzem, piętrzącym wzniosłe metafory, za którymi skrywa się milczenie o sporej części dzisiejszej Polski. Był człowiekiem, który twardo upominał się o interesy klasy robotniczej. Na tyle bezkompromisowo, że zabiła go „polska zjednoczona partia robotnicza”, a po latach prymas Glemp przyznawał, że zrobił zbyt mało, aby temu zapobiec. Nie są to bynajmniej kwestie istotne tylko dla historyków. Pytania o relacje między lewicą, Kościołem, władzą, a dziś w znacznej mierze także rynkiem – wciąż wracają w dyskusjach praktyczno-ideowych, prowadzonych również przez reprezentantów młodszych pokoleń Polaków, niepogodzonych ze współczesnymi sztampami.

David Ost, Solidarność a polityka antypolityki, tłum. Sergiusz Kowalski, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2014.

Grzech wołający o pomstę do nieba

Ojczyzna pańszczyzna na wieki wieków amen

Po śmierci Józefa Oleksego jeden z portali przypomniał wywiad, jakiego polityk udzielił „Dziennikowi Trybuna” w 2013 r. W rozmowie z Agnieszką Wołk-Łaniewską, długoletnią współpracownicą Jerzego Urbana z tygodnika „NIE”, były premier barwnie opowiadał o swojej karierze politycznej jeszcze w poprzednim ustroju. Istotny wątek rozmowy dotyczył kwestii dość dla Polaków wstydliwej – awansu społecznego czasów PRL, którego dziedzicami są przecież dzisiejsze pokolenia. Życiorys Oleksego jest pod tym względem nieledwie wzorcowy – inteligentny i ambitny prowincjusz z niższych warstw społecznych zdobywa średnie wykształcenie (właściwie dzięki przykościelnej szkole), później trafia na studia na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Rok po marcu 1968 zapisuje się do partii, a już niespełna 10 lat później zasila wysokie kręgi władzy.

Dopełnieniem tej rozmowy jest inny wywiad, jakiego Oleksy udzielił Robertowi Mazurkowi w „Rzeczpospolitej”. Podsumowując swoją działalność w Polsce Ludowej polityk stwierdzał w nim: Właściwie żyłem porządnie, starałem się nie wyrządzać ludziom zła, nie krzywdzić ich. Nawet jak byłem w reżimie komuny, unikałem sytuacji, w których bym czegokolwiek nadużył, kogoś sponiewierał. Po lekturze tych wywiadów lepiej zrozumiałem, na czym polega fenomen zaangażowania Polaków w komunizm. I co, najprawdopodobniej, wciąż stanowi dziedzictwo „polakokomuny” w naszych realiach.

W czasach Polski Ludowej dokonała się duża transformacja społeczna, w znacznej mierze związana głębszymi procesami zachodzącymi w naszym kręgu cywilizacyjnym. Opierała się ona na migracji mas ludności ze wsi do miast, narzuceniu społeczeństwom wielkomiejskiej modernizacji, której podstawowym elementem był wzrost znaczenia przemysłu. Pod tym względem dynamika realnego socjalizmu niewiele różniła się od modelu rozwoju przyjętego w świecie kapitalistycznym. W obrębie obu systemów bodaj najistotniejszym elementem modernizacyjnej układanki była industrializacja i mniej lub bardziej udane próby upowszechnienia dobrobytu. Także po to, żeby pracownik najemny/robotnik, sprzedający „tanią siłę roboczą”, wegetujący na obrzeżach społeczeństwa, państwa i rynku, mógł stać się obywatelem, konsumentem, człowiekiem zdrowym… i przewidywalnym w swoich wyborach politycznych. W krajach Zachodu te warstwy społeczne, które według słów Marksa nie miały nic do stracenia oprócz kajdan, wykorzystały sprzyjające warunki rosnącej demokratyzacji życia publicznego, zorganizowały się i wywalczyły sobie prawa do większego udziału w wypracowywanym kapitale. Z czasem, po dekadach ciężkich walk o swoje, twardoręcy robotnicy i ich kasłające gruźliczą krwią żony przemienili się w drobnych ciułaczy, turystów zwiedzających świat i emerytów spędzających leniwie czas z wędką. A dzieci poszły do szkół, zamiast na drugą zmianę.

W świecie realnego socjalizmu to satelickie wobec Związku Radzieckiego monopartie były gwarantem tutejszej wersji „państwa dobrobytu”. Projekt okazał się mniej udany niż zachodni tak na poziomie gospodarczym, jak i obywatelskim. PRL-owski awans społeczny nierzadko okazywał się problematyczny. Albo trzeba było płacić za niego lojalnością wobec skorumpowanej monopartii, albo – co pokazuje historia regularnych robotniczych wystąpień – towarzyszyło mu ciągłe poczucie braku i krzywdy; poczucie awansu społecznego, ale ze ślepą kuchnią, krzywymi ścianami mieszkania w bloku, sklepowymi kolejkami i zapisami na radio, telewizor, lodówkę i pralkę. Niby wszystko było – ale często na niby. Prowizorka i bubel – te słowa dobrze zapamiętałem z interwencyjnego programu konsumenckiego z telewizji czasów PRL. Dorzucić można by było jeszcze „lojalkę” – i mielibyśmy realny socjalizm w pigułce. Najkrótsza z możliwych historii Polski Ludowej: nad pomyślnym trwaniem niepomyślnego systemu czuwali chłopscy synowie z awansu społecznego, pilnujący innych chłopskich synów, którzy z bezrolnych i małorolnych przemienili się w wielkoprzemysłowy proletariat.

Aktorów na tej scenie da się wymieniać po nazwiskach: po jednej stronie Anna Walentynowicz, robotnica z PRL-owskiego awansu społecznego, kobieta nieustępliwa i zajadła, która użerała się z władzą o nieświeże jajka w przyzakładowej stołówce. Po drugiej stronie – Józef Oleksy, rzemieślnicze dziecko spod Nowego Sącza. Był on, jak sam mówił, dobrym człowiekiem. Cenił też, co arcyludzkie, święty spokój i miłe luksusy. To, że ktoś kogoś bezkarnie bił w imię socjalizmu i władzy ludu, że z folwarków i robotniczych osiedli wyzierała nędza – to szczegóły z wielu przyczyn dziś nieinteresujące, tak jak mało interesująca dla beneficjentów aktualnego systemu są dzisiejsze bieda i wyzysk. Jowialni, mili (starsi) panowie o delikatnych palcach i podniebieniach smakoszy, chętnie zapominają o takich szczegółach – niezależnie od ustroju.

Tu ktoś zawoła oburzony: a dlaczego autor nic nie mówi o żydokomunie?! Dlaczego nic nie ma o sowieckim imperium, nadzorującym kolonialne projekty określane mianem „ludowych demokracji”. Problem z tym wątkiem polega na tym, że bardzo często stanowi świetny pretekst do tego, by w ogóle nie mówić o polakokomunie, czy też – patrząc szerzej i głębiej – o pańszczyźnianym dziedzictwie, zachowanym w obyczajach i strukturach społeczno-gospodarczych. A przecież pańszczyzna, komuna i kapitalizm po polsku stanowią różne historyczne wariacje na ten sam temat – wewnętrznej i zewnętrznej kolonizacji. Józef Oleksy to nie tylko twarz, to nie tylko imię i nazwisko. To maska, którą da się nałożyć na wiele, bardzo wiele postaci w naszych dziejach – od zarządców folwarków, do polityków III Rzeczpospolitej, przez kastę rodzimych menadżerów, ekspertów i publicystów, zarządzających gospodarką, instytucjami i wyobraźnią społeczną Polaków. Oni wszyscy niczemu nie są winni. Potrafią być mili dla sprzątaczek i kelnerów. Oni tu tylko nadzorują i zarządzają, zgodnie z wytycznymi określonej epoki. A przy okazji – dobrze z tego żyją, pilnując, żeby polaczki-biedaczki znały swoje miejsce w tak a nie inaczej urządzonej rzeczywistości.

Ta kolonizacja ma także swoją drugą stronę. Jeśli wnikliwiej przyjrzeć się polskiej historii, to jest to lekcja ubezwłasnowolnienia szerokich mas. Powtórzę oczywistość nie dość wciąż oczywistą: polskie społeczeństwo jest społeczeństwem pochłopskim. I społeczeństwo to praktycznie nigdy w dziejach nie było na dłużej (i na serio) podmiotem własnego życia społeczno-gospodarczego. Nie ma niemal żadnych doświadczeń z budowaniem instytucji własnego, suwerennego państwa. Nie odziedziczyło ich jako trwałego nawyku, trwałej zdolności wypracowanej przez następujące po sobie pokolenia. Może dlatego zawsze czuje się wobec państwa obco – nawet gdy zasila jego administrację, instytucje publiczne, struktury centralne. Wie, że państwo można oszukać z korzyścią dla siebie, swojej rodziny i znajomych, ale często nie wie, jak je budować. Zaś władze państwa i wyższa kasta urzędnicza, także w zasadniczej mierze pochodzące z awansu społecznego, łatwo wchodziły w buty „nadzorców folwarku”. Pomocą w tym względzie służyły i służą mechanizmy kooptacji, czyli dostosowania do reguł gry wyznaczanych przez mniej lub bardziej brudny kapitał społeczny. W skrócie: dołączenie do elity niemal zawsze wiązało się z przyjęciem logiki zarządców folwarku, ze wspólnictwem w korupcji, naginaniu prawa, przymykaniu oczu na złodziejstwo, uznaniu, że wszystko jest trochę na niby, poza własną kiesą. Posłuchajcie kuluarowych rozmów nadzorców zasobu ludzkiego – często właśnie to w nich usłyszycie.

Oto polska tragedia: konieczność wmyślenia się i wżycia w logikę panów obcych i swoich, właścicieli wielkich majątków i latyfundiów, przez tych, którzy mają ambicje, potencjał i zdolności. Z ciasnych izb, z baraków robotniczych, z (naj)gorszych dzielnic wielkich miast, z zabitych dechami wioszczyn niektórzy szli, idą i będą dalej „iść w pany”. Za jaką cenę? Przyjęcia cudzych reguł gry dotyczących tych grup społecznych, z których „się wyszło”. Niewiele się tutaj różni prowincjusz Oleksy, „gubernator Polski wschodniej”, polujący z flintą w przygranicznych lasach, od dzisiejszych „nowopolaków”, którzy odpoczywają w termach w Białce Tatrzańskiej i wydają tam dziennie kwoty, jakie większości polskich rodzin muszą wystarczyć na miesięczne utrzymanie.

Być może Oleksy był bardziej od nich sentymentalny, być może częściej śnił mu się w nocy obraz Najświętszej Panienki i umęczona ojczyzna jak postaw sukna na wszystkie strony rozdzierana. Ale na dobrą sprawę oni wszyscy realizują systemowe wytyczne swoich czasów. Dawno temu mówili językiem ludzi z dworków, później językiem sanacyjnych pułkowników, po wojnie mową okołosowieckiego marksizmu. Dziś mówią językiem wypracowanym na potrzeby wielkich instytucji finansowych. A zawsze wypowiadają swoje kwestie z wielkim przekonaniem – nawet gdy uronią przy tym łzę lub skrzywią usta w życzliwym grymasie współczucia. I zawsze są pewni, że tak właśnie trzeba, że inaczej nie da się z polakoludem, z polakobiedą, polakonajemnikami. Choć sami są polakoludem i polakonajemnikami. Od reszty społeczeństwa różni ich to tylko, że za swoje podwykonawstwo – biznesowe, medialne, polityczne czy ideologiczne – więcej dostają. W ich polakobigosie o smaku sushi więcej jest tłustych kąsków, gdy reszta musi napchać brzuch kapustą. Jest kwestią kulturowej otoczki, czy jedzą to danie z (cudzych) sreber rodowych, na porcelanie kupionej w komisie czy z drogich designerskich talerzy. Jest zwykle kwestią nadbudowy, czy przed posiłkiem robią znak krzyża, czy wyznają inne wiary i światopoglądy.

Tu uwaga konieczna dla zniuansowania obrazu: kolejne wcielenia poddaństwa nie zawsze podlegają logice zerojedynkowej. Relacje władzy i dominacji przebiegają w poprzek przez różne szczeble hierarchii władzy, pieniądza, zarządzania ideami. Dlatego dobry Polak pracujący w PRL jako kierownik sklepu meblowego, szefowa lokalnego Pewexu czy kaowiec na rejsie po nadbałtyckich ośrodkach wczasowych „tylko się dopasowywali”. Komunie wierzyli mniej lub bardziej, ale zawsze dbali o swoje. Byli w partii albo nie byli, ale podstawiali miseczkę, gdy skapywało. Byli w „Solidarności” albo nie byli, ale i tam podstawiali miseczkę. Jak to śpiewał Kelus? Wierzący co wierzą, że muszą być w Partii / bo żona bo dziecko bo raty bo maluch / partyjni co chyłkiem przyjmują komunię / bo bony na cukier bo bony do raju. Byli zdeprawowani? Nie wątpię, choć ich demoralizacja miała inny kontekst, niż demoralizacja wysokiej rangi polakoczynowników.

Co najistotniejsze: z pokolenia na pokolenie uczono ich, że z głębin biedy i polakopańszczyzny można wydobyć się tylko chłopskim sprytem i zaradnością, nadstawianiem miseczki albo pleców. Niewiele mieli innych wzorców, a ich dzieci i wnuki też nie mają ich zbyt wiele. Dzisiejszy system opiera się o bardzo podobne mechanizmy, choć na całe szczęście jest mniej szczelny – w takim chociażby sensie, że nie operuje już hasłami „powszechnej jednomyślności”. Obojętnych i niechętnych pozostawia na ogół samym sobie – jeśli ktoś nie chce uczestniczyć w jego rytuałach i obchodach na cześć, to może się wycofać i nie musi w tym celu emigrować w Bieszczady ani na Mazury. Może wyjechać za chlebem albo znaleźć sobie w ramach polskiego systemu jakąś niszę. Przy łucie szczęścia nawet ta nisza może okazać się złotą klatką – choćby dla koncesjonowanych radykałów.

Na pogrzebie Józefa Oleksego dwóch prezydentów ogłosiło, a biskup ich słowa potwierdził święconą wodą, że zmarły był wybitnym politykiem i prawdziwym patriotą. Wszystko się zgadza i pięknie wpasowuje w wielowiekową tradycję polakopańszczyzny. Tutaj surmy złote grają tym, co zwykle. Tak już być musi. Na wieki wieków amen i o jeden folwarczny dzień dłużej.

Na tropach zaginionej pamięci

Na tropach zaginionej pamięci

– z Michałem Tyrpą rozmawia Krzysztof Wołodźko

Jaka jest geneza inicjatywy na rzecz przywrócenia pamięci o Witoldzie Pileckim?

Michał Tyrpa: Hasło zainaugurowanej w 2008 r. akcji brzmi „Przypomnijmy o Rotmistrzu” (w wersji angielskiej „Let’s Reminisce About Witold Pilecki”) i taka, a nie inna forma czasownika „przypominać” została wybrana nieprzypadkowo. Podkreśla, że istnieje jakieś „my”. Wspólnota, której członków powinno łączyć konsekwentne przypominanie zepchniętej w niepamięć postaci Bohatera. Przypominanie przez tych, którzy identyfikują się ze wspólnotą, dla której rtm. Pilecki poniósł najwyższą ofiarę, ale także tym wszystkim, którzy do owego „my” nie należą – wypływa z dwóch źródeł. Z jednej strony jest to przekonanie, iż w sensie moralnym i metafizycznym jesteśmy dłużnikami bohaterów. Z drugiej – zawstydzająca konstatacja, że dziś, 20 lat po upadku PRL, nazwisko Rotmistrza wciąż jest niemal powszechnie nieznane. Niejednokrotnie miałem okazję przekonać się, że Witold Pilecki nie kojarzy się z niczym wziętemu lekarzowi, pułkownikowi Wojska Polskiego, adwokatom, nauczycielom, studentom, licealistom… A przecież dokonania twórcy konspiracji w KL Auschwitz powinny być w Polsce znane co najmniej tak dobrze, jak data bitwy pod Grunwaldem! Tym bardziej, że losy rtm. Pileckiego stanowią apogeum i podsumowanie losów wielu osób z jego pokolenia.

Jakie były pierwsze kroki podjęte w ramach kampanii? Z jakiego rodzaju narzędzi ona korzysta?

M. T.: Sam pomysł zrodził się pod koniec 2007 r. Akcja społeczna „Przypomnijmy o Rotmistrzu” ostateczny pod względem koncepcyjnym kształt uzyskała w styczniu 2008 r. Zasadnicze cele, o których realizację walczymy to upowszechnienie tzw. Raportu Witolda z 1945 r. (od 25 maja 2008 r. promujemy w Internecie także angielski przekład tego dokumentu), lobbing na rzecz superprodukcji filmowej, opowiadającej losy „ochotnika do Auschwitz” (od listopada 2007 r. staramy się pozyskać do tego Mela Gibsona), oraz ustanowienie rocznicy zamordowania Rotmistrza – 25 maja – europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Ta ostatnia sprawa w lutym 2010 r., po zeszłorocznym skandalu z głosowaniem, wróciła na forum Parlamentu Europejskiego.

Najważniejszym narzędziem, z którego korzystamy, jest Internet: opiniotwórcze fora dyskusyjne, popularne serwisy społecznościowe, komunikatory itd. O postępach w sprawie, o którą walczymy, informuję także dziennikarzy, którym jednak – co trzeba podkreślić – brakuje czasu lub ochoty na zainteresowanie naszym projektem. Jednak niektóre z wydarzeń związanych z akcją zostały odnotowane przez media głównego nurtu: agencje prasowe, telewizje, gazety. O tym, że nasze „przypominanie o Rotmistrzu” odbywa się nie tylko w sferze wirtualnej, można przekonać się na podstawie dokumentacji dostępnej w materiałach publikowanych od dwóch lat pod adresem www.michaltyrpa.blogspot.com.

Jakie sukcesy w przywracaniu pamięci o Rotmistrzu udało się osiągnąć?

M. T.: Za największy uważam ujawnienie się ogromnego potencjału dobrej woli ze strony tzw. zwykłych ludzi. Osób, które na co dzień nie zajmują się historią, eschatologią, polityką, wielkimi ideami, i które pomimo miałkości i cynizmu polityczno-medialnych celebrytów nie zatraciły owej staropolskiej intuicji, iż zawsze możliwa jest rozumna troska o dobro wspólne. Że każdy, a nie tylko „zawodowi” politycy, może mieć w niej udział. I że horyzontem zamierzeń i działań nie musi być mamona…

W naszą akcję włączyło się kilkaset osób z kilku kontynentów. Siedmiu byłych więźniów Auschwitz oraz 750 internautów podpisało apel do europosłów w sprawie europejskiego święta 25 maja (zob. www.petycje.pl/4376). Moralnego poparcia udzieliło nam kilkadziesiąt podmiotów instytucjonalnych z kraju i zagranicy. Osiągnięciem akcji jest dotarcie z postacią Rotmistrza aż do Parlamentu Europejskiego. Satysfakcję daje życzliwe zainteresowanie, z jakim nasza inicjatywa spotkała się m.in. ze strony Prezydenta Republiki Czeskiej, Przewodniczącego Rady Europejskiej, premierów Szwecji i Hiszpanii, przedstawicieli Komisji Europejskiej, poprzedniego i obecnego Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, a także Prymasa Polski, stowarzyszeń i samorządów.

Za sukces można uznać opublikowanie w Internecie, dokładnie w 60. rocznicę śmierci Rotmistrza, angielskiego przekładu „Raportu Witolda” (zob. www.witoldsreport.blogspot.com). Wielokrotnie mogłem przekonać się, jak ogromne wrażenie robi ów dokument na internautach z całego świata, szczególnie tych bez polskich korzeni. Do osiągnięć akcji należy także zaliczyć pozytywne odpowiedzi władz lokalnych na nasze wnioski o nadanie imienia Witolda Pileckiego skwerowi w Katowicach i ulicom w Poznaniu, Zakopanem, Zamościu, Rzeszowie, Łodzi, Olsztynie, Wadowicach i innych miejscowościach. Jednak z drugiej strony mam poczucie, że wciąż jesteśmy na początku drogi.

Na jakie problemy napotkała kampania?

M. T.: Największym rozczarowaniem okazała się niechętna naszemu przedsięwzięciu postawa naczelnych władz Rzeczypospolitej oraz ważnych instytucji odpowiedzialnych za dziedzictwo i narodową pamięć. Muszę przyznać, że z tej strony liczyłem na coś więcej, niż całkowity brak zainteresowania wobec oddolnej inicjatywy obywatelskiej. Tym bardziej, że informacje i zaproszenia wielokrotnie kierowałem pod adresem prezydenta, premiera, marszałków parlamentu. Jak się okazało, prędzej można doczekać się odpowiedzi na e-maile wysłane do nie-polskich wysokich urzędników unijnych oraz głów i szefów rządów obcych państw, niż na priorytetowe listy polecone kierowane do naszych oficjeli! Natomiast szczególnie przykre jest to, że akcja „Przypomnijmy o Rotmistrzu” nie mogła liczyć na współpracę z Muzeum Powstania Warszawskiego, Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz Instytutem Pamięci Narodowej. Ze strony ostatniej z wymienionych instytucji spotkaliśmy się wręcz ze zwalczaniem… Okazało się, że akurat od tych urzędników, którzy w podobnej sprawie powinni być największymi sojusznikami, inicjatywy obywatelskie mogą spodziewać się w najlepszym wypadku protekcjonalnego lekceważenia.

Proszę skomentować relacje z elitami kulturalnymi i politycznymi, ludźmi kształtującymi opinię publiczną. Jak Pan ocenia ich reakcje, bilans dotychczasowego wsparcia dla akcji?

M. T.: Z perspektywy ponad dwuletnich doświadczeń można pokusić się o stwierdzenie, iż współczesna Polska jest krajem, którego ustrój to – wbrew konstytucji i zaklęciom gazetowo-telewizyjnych mędrców – nie tyle demokratyczne państwo prawne, co „postkomunistyczny feudalizm”. Jest to ustrój, który harmonijnie łączy najgorsze cechy „komuny” i feudalizmu. Charakteryzuje go niespotykane w dojrzałych demokracjach zadufanie rozmaitych panów na urzędach, szczera pogarda dla zwykłego człowieka, traktowanego li tylko jako wyborcze mięso armatnie, cynizm i dewaluacja języka sfery publicznej oraz partyjniackie zacietrzewienie. Doświadczenia naszej akcji wiele mówią o rzeczywistym stanie relacji władza-obywatel. Chodzi przy tym o elity polityczno-urzędniczo-medialne. Za charakterystyczną ilustrację można w tym kontekście uznać np. nasze zabiegi o współpracę z IPN, Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau i Muzeum Powstania Warszawskiego. A także przemilczenie przez media takich wydarzeń, jak apel byłych więźniów Auschwitz w sprawie europejskiego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem, albo list byłych więźniów obozu, Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich, Fundacji Paradis Judaeorum i europosłów do „La Repubblica” z żądaniem zadośćuczynienia za określenie „polski obóz” w Auschwitz. Bilans wsparcia dla akcji ze strony tych, którzy mogą więcej niż zwykli obywatele, nie wypada zbyt pięknie.

A odzew społeczny?

M. T.: Krzepiące jest to, że akcję „Przypomnijmy o Rotmistrzu” poparło wiele osób i środowisk. Warto w tym miejscu podkreślić, że nasza inicjatywa w stu procentach opiera się na wolontariacie. To naprawdę wspaniałe, że bez politycznej „koncesji”, ogromnych środków i medialnego wsparcia, w realizację tego celu włączyło się tak wielu ludzi dobrej woli. Są to osoby o różnych biografiach, z różnych pokoleń, a nawet z różnych kontynentów. Nie zamierzam oczywiście przeceniać skali oddziaływania naszej akcji. Ale kiedy od Amerykanki z Kalifornii, głęboko poruszonej lekturą „Raportu Witolda”, dowiaduję się, że Polska historia jest niezwykle ciekawa; kiedy nieznani mi osobiście ludzie piszą, że nie tylko sami przeczytali ten dokument, ale zachęcili do tego kilku znajomych, a ci kolejne osoby; kiedy listy z poparciem otrzymuję od studentów, licealistów, kombatantów, nauczycieli, kuratorów oświaty, samorządowców, przedstawicieli władz lokalnych – przekonuję się, że zapotrzebowanie na autentyczną kulturę i żywą pamięć narodową wciąż istnieje. Że mimo wysiłków polityków i mediów nie do końca jeszcze udało się zdławić czy upartyjnić to, co nazywamy społeczeństwem obywatelskim.

Jest Pan również prezesem fundacji Paradis Judaeorum. Dlaczego uważa Pan kwestię relacji polsko-żydowskich za tak istotną? Proszę opowiedzieć o misji fundacji i sposobach jej działania.

M. T.: Wynika to ze względów historycznych. Fundacja Paradis Judaeorum zrodziła się z podziwu dla zjawiska unikatowego w historii naszego kontynentu, jakim był trwający setki lat rozwój różnych grup etnicznych, które przybyły na ziemie Piastów i Jagiellonów wskutek niedostatku lub prześladowań. Obok m.in. Ormian, Tatarów, Niemców, Holendrów, Karaimów czy Szkotów, szczególnie wyrazistą grupę stanowili Żydzi. W XVI w. krakowski rabin Mojżesz Isserles nazwał Polskę „rajem Żydów” (para­dis Judaeorum). Dwa wieki później hasło to powtórzyła Wielka Encyklopedia francuskiego Oświecenia. Dzisiaj, po dwudziestowiecznych kataklizmach, mało kto w Polsce, a prawie nikt poza nią zdaje sobie sprawę z wielowiekowego dziedzictwa polskiej gościnności wobec Żydów. Z faktu, iż przez setki lat wybierali oni właśnie Polskę jako „miejsce, w którym można odpocząć” (Po-lin). To w ramach owej szczególnej kultury polityczno-prawnej, której symbol stanowi parlamentaryzm I Rzeczypospolitej i postaci takich władców, jak Bolesław Pobożny, Kazimierz Wielki, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt August, Stefan Batory, Jan Sobieski, możliwa była unikalna w Europie autonomia narodu w diasporze, z gminami, kahałami, ziemstwami i Sejmem Czterech Ziem na czele. Te doświadczenia należy dziś przypomnieć. Są one naszym wkładem w dziedzictwo Europy i powinny stać się jednym fundamentów, na których oparty jest międzynarodowy dialog. Tymczasem dziś, o czym pisałem na łamach „Rzeczpospolitej”, jedyną perspektywę dyskursu o relacjach polsko-żydowskich wyznacza dokonane przez Niemców ludobójstwo. Celem, który stawia sobie nasza fundacja, jest poszerzenie tak zawężonego spektrum i pogłębienie powszechnej świadomości. A ponieważ nie dysponujemy własną gazetą i wpływowymi lobbystami, w realizacji tej misji korzystamy ze „środków ubogich”, przede wszystkim z Internetu.

Relacje polsko-żydowskie są trudnym, niebezpiecznym gruntem. Jakie są Pańskie dotychczasowe doświadczenia w tej dziedzinie? Przykładowo, jak Polacy reagują na działalność fundacji, a środowiska żydowskie – na akcję przywracania pamięci o Rotmistrzu? Z jakiego rodzaju niezrozumieniem czy atakami się Pan spotkał?

M. T.: Można tu mówić o całej palecie reakcji. Od pełnego poparcia, przez rezerwę, niezrozumienie, uporczywy brak woli zrozumienia, aż po lekceważący paternalizm i agresję. Parę lat temu pozbierałem co bardziej malownicze komentarze i pomieściłem w tekście pt. „Fundacja Paradis Judaeorum – to jest zawsze podejrzane”. Daje on pogląd, co to znaczy znaleźć się w sytuacji Chestertonowskiej – jak przeczytałem w komentarzu umieszczonym pod tym tekstem w Salonie24: Jeśli jeden mówi panu, że jest pan zdecydowanym kurduplem, a drugi, że jest pan bez wątpliwości za wysoki, to jest szansa, że jest pan średniego wzrostu, a to oni mają problem. Jeśli chodzi o „Przypomnijmy o Rotmistrzu”, zaproszenie do niej przyjęło kilkadziesiąt bardzo różnych polskich podmiotów instytucjonalnych. Jest wśród nich również „Obywatel”, co bardzo sobie cenię. Natomiast, pomimo moich starań, w inicjatywę nie włączyła się żadna z instytucji reprezentujących środowiska żydowskie w Polsce.

Co stanowi o współczesnej tożsamości kultury polskiej – czy nawiązuje ona do tradycji przedwojennych, czy to zupełnie nowa jakość? Ma charakter mono- czy multikulturowy? W którym kierunku, Pańskim zdaniem, powinna być kształtowana?

M. T.: Nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Pomimo katastrof dwudziestowiecznych totalitaryzmów, zaborów, strat biologicznych, materialnych i kulturowych, z których skali nie zdajemy sobie sprawy, polska tożsamość zachowuje ciągłość. Jest kontynuacją tej sprzed stu, dwustu, pięciuset lat. Doskonale widać to w momentach przełomowych, takich jak żałoba narodowa po Tragedii Smoleńskiej. Polskość, polski modus trwa pomimo kataklizmów. Oczywiście współczesny Polak więcej ma pewnie wspólnego z tym z okresu ogólnego rozprzężenia za króla Sasa, niż z pokoleniem „Kolumbów”. Nie znaczy to jednak, że ów wymiar heroiczny został całkowicie zagłuszony przez konsumpcjonizm, ludyczność, mieszczańskie cie­pełko i globalnie sformatowane „narracje”. Spotkałem wielu „zwykłych ludzi”, od licealistów do emerytów, z różnych środowisk, dla których Witold Pilecki, ów – rzec by można – „bohater ekstremalny”, stał się kimś naprawdę bliskim. Kimś, kto stanowi punkt odniesienia w prywatnych, życiowych decyzjach. Ten rosnący społeczny „kult” postaci, która uosabia najszlachetniejsze polskie tradycje, świadczy o tym, iż niemieckim narodowym socjalistom, sowieckim komunistom i globalnym mamonistom nie udało się zabić w Polakach wrażliwości, którą zawdzięczamy poprzednikom. Jeśli miałbym się pokusić o jakieś projekty na przyszłość, chciałbym, aby jednym z fundamentów, na których opiera się tożsamość nowoczesnych Polaków i Europejczyków stał się „Raport Witolda”. Dokument, który w moim najgłębszym przekonaniu jest dla kultury polskiej jednym z najważniejszych tekstów. Również z tego względu już w 2008 r. podjęliśmy starania o wprowadzenie „Raportu Witolda” do polskiego i europejskiego kanonu lektur szkolnych.

Co będzie dla Pana miarą sukcesu podjętych działań? Proszę opowiedzieć o celach, które stanowią horyzont działań akcji „Przypomnijmy o Rotmistrzu” oraz Fundacji. Wspominał Pan o filmie poświęconym Pileckiemu.

M. T.: Wierny prawdzie historycznej film, przy tym zrealizowany z hollywoodzkim rozmachem, niewątpliwie bardzo by pomógł sprawie, o którą uczestnicy akcji walczą. Sukces takich produkcji, jak „Braveheart”, „Szeregowiec Ryan”, „Kompania Braci” czy „The Pacific”, pozwala sądzić, że i „Ochotnik do Auschwitz” byłby filmowym przebojem.

Natomiast o prawdziwym sukcesie akcji można by mówić wówczas, gdyby przeciętny Polak, Europejczyk, mieszkaniec globalnej wioski, zaczął kojarzyć nazwisko Witolda Pileckiego. Gdyby polski polityk, dziennikarz, działacz społeczny, nauczyciel, lekarz, policjant, wojskowy etc. pamiętał słowa epilogu „Raportu Witolda” i takie jego fragmenty, jak te, w których Autor opisuje egzekucję „z okazji” narodowego święta czy Wigilię w Auschwitz. Gdyby na planie każdego polskiego miasta można było znaleźć ulicę lub plac imienia Rotmistrza Witolda Pileckiego. Byłbym również rad, gdyby chrześcijańscy duchowni zaczęli mówić o Rotmistrzu z ambon, a Kościół katolicki rozważył jego beatyfikację (o którą zabiegamy od 17 września 2008 r.). Z kolei miarą sukcesu fundacji byłoby upowszechnienie w Europie, Ameryce i wszędzie indziej faktów historycznych o tym, któremu z krajów i narodów Żydzi zawdzięczają najwięcej. Sukcesem byłoby również wyeliminowanie ze światowych mediów określeń typu „polskie obozy koncentracyjne”. Tego rzecz jasna nie da się osiągnąć z dnia na dzień. Na krótką metę pełną satysfakcję dałoby mi ukoronowanie ponad dwuletnich starań uczestników akcji „Przypomnijmy o Rotmistrzu” – ustanowienie 25 maja Międzynarodowym Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem.

Dziękuję za rozmowę.

Kraków, 13 kwietnia 2010 r.


Ochotnik do Auschwitz

Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 r. w Ołońcu na północy Rosji, w rodzinie ziemiańskiej. Jego dziadek, Józef Pilecki, spędził siedem lat na zesłaniu na Syberii za udział w powstaniu styczniowym. W 1910 r. Witold rozpoczął naukę w Wilnie, gdzie związał się z zakazanym przez władze rosyjskie skautingiem.

Na przełomie 1918/19 r. wraz z grupą starszych harcerzy wziął udział w obronie miasta, następnie walczył w oddziale ułanów dowodzonym przez rtm. Jerzego Dąmbrowskiego „Łupaszkę”. Ponownie w szeregi Wojska Polskiego wstąpił wraz z wybuchem wojny polsko-bolszewickiej, wziął udział m.in. w Bitwie Warszawskiej; dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych.

W 1922 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Jako właściciel rodzinnego majątku Sukurcze prowadził działalność społeczną (założył m.in. kółko rolnicze i mleczarnię, rozwijał opiekę społeczną), za którą otrzymał w 1938 r. Srebrny Krzyż Zasługi.

We wrześniu 1939 r. walczył w wojnie obronnej jako dowódca plutonu. Po przejściu do konspiracji został jednym z założy­cieli i dowódców Tajnej Armii Polskiej. Wobec wzmagającej się fali aresztowań żołnierzy podziemia niepodległościowego, we wrześniu 1940 r. podjął się ochotniczo misji przedostania się do obozu koncentracyjnego Auschwitz w celu zorganizowania na jego terenie ruchu oporu (późniejszy Związek Organizacji Wojskowej) oraz zdobycia wiarygodnych danych o skali niemieckich zbrodni. Gdy w 1943 r. rozpoczęły się aresztowania jego najbliższych współpracowników, wraz z dwoma współwięźniami podjął udaną próbę ucieczki z obozu. W 1944 r. brał udział w tworzeniu organizacji „NIE”, walczył w powstaniu warszawskim. W następstwie upadku powstania trafił do niemieckiej niewoli (obóz w Łambinowicach, a następnie w Murnau).

Po wyzwoleniu walczył w 2. Korpusie Polskim we Włoszech, gdzie spisał najobszerniejszy ze swych raportów oświęcimskich. W październiku 1945 r. Pilecki na rozkaz gen. Andersa powrócił do Polski i rozpoczął tworzenie siatki wywiadowczej oraz działalność w ramach powstającej organizacji Wolność i Niezawisłość. Nie zareagował na rozkaz Andersa, polecający mu opuszczenie ojczyzny w związku z zagrożeniem aresztowaniem, 8 maja 1947 r. wpadł w ręce Urzędu Bezpieczeństwa. Poddany brutalnemu, wielomiesięcznemu śledztwu, skazany w procesie pokazowym na karę śmierci za szpiegostwo, 25 maja 1948 r. Rotmistrz Witold Pilecki został zamordowany strzałem w tył głowy w celi śmierci mokotowskiego więzienia, a następnie pochowany potajemnie w nieznanym do dziś miejscu.

W 1990 r. Sąd Najwyższy uniewinnił rtm. Pileckiego. Publikacja pełnego tekstu raportów „Witolda” miała miejsce dopiero w 2000 r. (w PRL nazwisko Pileckiego objęte było ścisłą cenzurą). W lipcu 2006 r. Prezydent Lech Kaczyński odznaczył Rotmistrza pośmiertnie Orderem Orła Białego.